O niepożytkach z Johna Olivera

Oko.press przedstawia się jako „portal sprawdzający fakty i prowadzący dziennikarskie śledztwa”, który chce być „obywatelskim narzędziem kontroli władzy”. Niedawno uznał, że takim śledztwem i aktem kontroli władzy będzie publikacja obszernego streszczenia jednego odcinka programu polityczno-satyrycznego anglosaskiego komika. Bo padło w nim kilka ostrych słów o polskim rządzie i Jarosławie Kaczyńskim. Odcinka programu dostępnego przecież bez problemu na YouTubie i Facebooku. Drobiazgowa relacja napisana jest w tonie takim, jakby streszczała wykład o autorytaryzmie i faszyzmie autorstwa co najmniej Theodora Adorno.

Przy całym szacunku dla Johna Olivera i jego zasług, nie jest on Theodorem Adorno. Oliver jest zaledwie liberałem, lewicowym, ale liberałem. Jego komentarze są tak ważne w amerykańskim kontekście, bo „lewicowy liberalizm” to już dużo jak na warunki mainstreamu amerykańskich mediów. Już ustawia go blisko lewej ściany tego, co amerykańska publiczność kiedykolwiek zobaczy w dużej sieci telewizyjnej.

Lewicowy liberalizm i liberalna demagogia

Jako „lewicowy liberał” John Oliver dostrzega oczywiście przerażającą konsolidację sił autorytarnych i otwarcie skrajnie prawicowych, ich kolejne triumfy w różnych częściach globu, ostatnio w osobie Jaira Bolsonaro w Brazylii. Nawet przeciętny „liberalny liberał” je widzi, tylko nie wie, co z tym zrobić i nie rozumie, że sam należy do przyczyn. I żeby się w tym komfortowym niezrozumieniu utrzymać, woli wymieszać i pokazać jako przykłady „tego samego zjawiska” wszystko, co nie ma wybranej – powierzchownej, ale łatwej do pokazania palcem – cechy modelowej demokracji liberalnej, niezależnie od tego, czy istnieją między nimi jakiekolwiek strukturalne podobieństwa. Tylko w taki sposób Trump w Waszyngtonie i Orban w Budapeszcie mogą być dla kogokolwiek częścią „tego samego procesu”, co Maduro w Caracas czy Xi Jinping w Chinach. Takie zestawienie to liberalna demagogia.

Orban, Kaczyński, Trump i Bolsonaro są częścią tego samego procesu, podobieństwa są strukturalne, ma też miejsce wzajemna wymiana inspiracji i wzajemne przyciąganie na arenie międzynarodowej. To te podobieństwa sprawiły, że Bolsonaro jest wielbicielem urzędowego antykomunizmu rządu Prawa i Sprawiedliwości w Polsce (już zaczęły upadać pomniki Che Guevary). To za sprawą tych podobieństw już mówi się o strategicznym zbliżeniu między Białym Domem a Brasilią, gdy tylko urząd w Pałacu Planalto obejmie oficjalnie Bolsonaro. Zbliżeniu celem połączenia sił przeciwko Kubie i… Wenezueli Maduro. Która w ujęciu liberalnych demagogów, w tym Johna Olivera, jest częścią tego samego problemu, co Trump i Bolsonaro.

Nawet jeśli prawdą jest jakaś część tego, co słyszymy o represjach i „autorytaryzmie” rządu Maduro (a większość tych głosów wytwarzana jest przez amerykański aparat propagandowy i nie da się jej oderwać od amerykańskiego zainteresowania wenezuelskimi złożami ropy naftowej), to Wenezuela jest zupełnie innym przypadkiem. Przypadkiem lewicowego projektu, który doszedł i utrzymał się u władzy długą serią demokratycznych wyborów, o potwierdzonej prawidłowości, ale ulega postępującej degrengoladzie, uginając się pod presją amerykańskich sankcji, ekonomicznego sabotażu ze strony międzynarodowego kapitału i współpracującej z nim rodzimej burżuazji, pod ciężarem swoich własnych nierozwiązanych sprzeczności, a także wskutek utraty potężnego protektora w sąsiedztwie, czyli rządów Luli i Dilmy Rousseff w Brazylii. Nawet jeżeli mają tam miejsce owe mityczne represje pod adresem politycznej opozycji, to za mało na dowód, że Maduro jest twarzą „tego samego”, co Trump, Duterte i Bolsonaro.

Rozum i zabobon, obecni i nieobecni

Paralele Olivera stają są najbardziej absurdalne, gdy włącza do swojego zbioru mnożących się i rosnących w siłę autorytaryzmów Chiny Xi Jinpinga. Tak jakby w sposób oczywisty nie wyrastał on raczej z liczącej kilka pokoleń kultury politycznej Komunistycznej Partii Chin, w państwie, którego procesy polityczne w niczym nie przypominają tych na Zachodzie. Podobnie zresztą z ekonomicznymi – nie bez powodu od lat globalne statystyki ekonomiczne podaje się coraz częściej w wersji ogólnej i wersji „bez uwzględnienia Chin”, tak bardzo modyfikują one obraz całości.

Donald Trump stoi na czele chyba najbardziej antynaukowej administracji w historii Białego Domu, odrzucającej między innymi konsensus wokół największego zagrożenia, przed którym jako ludzkość stoimy: katastrofy klimatycznej. Wrogość do nauki w ogóle, a do jej ustaleń ekologicznych w szczególności, łączy go tak z Bolsonaro w Brazylii, jak i z rządem Prawa i Sprawiedliwości w Polsce. Tymczasem Chiny są dziś chyba ostatnim mocarstwem, które nie tylko deklaruje, ale i aktywnie demonstruje zaangażowanie (mierzone siłami, środkami i osiągnięciami) w naukę jako oręże, przy użyciu którego można stawić czoła największym wyzwaniom naszych czasów i naszej kondycji w ogóle. Swoje cele klimatyczne Chiny realizują z kilkuletnim wyprzedzeniem; już są liderem w dziedzinie energii słonecznej. Tylko miniony miesiąc przyniósł informacje o uruchomieniu przez Chińską Akademię Nauk reaktora fuzyjnego, tokamaka („sztucznego słońca”) i o budowie satelity iluminacyjnego do oświetlania nocą wielkich miast („sztucznego księżyca”).

Samo przywiązanie chińskich elit politycznych do Rozumu to już dość, żeby ustawianie Xi Jinpinga w jednym rzędzie z Trumpem traktować jak zabobon. Niezależnie od tego, że Chiny nie są demokracją, a Xi Jinping być może będzie rządził do śmierci – to nie ma związku z tematem. Dziesięć, dwadzieścia i pięćdziesiąt lat temu Chiny też nie były liberalną demokracją, a Mao rządził prawie trzy dekady.

Na liście Johna Olivera jest też oczywiście pewien bardzo znaczący nieobecny, który tak samo ujawnia ograniczenia telewizyjnego anglo-amerykańskiego liberalizmu, nawet „lewicowego liberalizmu”. Binjamin Netanjahu. Tymczasem Trump najdosłowniej się na nim w wielu sprawach wzoruje – ostatnio kazał wojsku rzucać w cywilnych uchodźców przez mur na granicy z Meksykiem puszki z gazem łzawiącym. Gdzie ostatnio widzieliśmy coś do złudzenia podobnego?

„Ale dowalił Kaczyńskiemu!”

Oczywiście, telewizyjny satyryk nie musi mieć doktoratu z filozofii i nauk politycznych, nie trzeba na każdy jego numer odpowiadać żądaniami akademickiej precyzji analizy. Że chciało mi się w ogóle pisać tę interwencję, wynika wyłącznie z tego, z jakim przyjęciem spotkał się ten odcinek w Polsce, w szeregach szerokiego frontu anty-PiS, czego przejawem jest obszerny artykuł poświęcony mu przez Oko.press. Angielski komik w amerykańskiej telewizji ciora Kaczyńskiego po ziemi i porównuje go do Putina! Ale się prawica obrazi!

Jest to, moim skromnym zdaniem, nowe dno w datującym się od momentu restauracji w Polsce kapitalizmu dyskursie polskiej liberalnej inteligencji, polskich liberalnych elit. Mam na myśli tradycję, w której szeroko zakrojonych projektów politycznych ani konkretnych rozwiązań nie debatuje się na podstawie właściwości samych tych projektów i rozwiązań (czy są słuszne i dlaczego, komu służą, jak i dlaczego). Zamiast tego jest narracja, którą można by zatytułować „Co o nas powiedzą na Zachodzie?”.

Najpierw, żeby się przypodobać zachodnim ośrodkom uznania i wyjść na prymusów, liberalne elity zrealizowały w Polsce najbardziej agresywny plan neoliberalnej transformacji, jaki jej podsunięto (Jeffrey Sachs napisał go zresztą Balcerowiczowi tylko po to, żeby przez porównanie łatwiej było przepchnąć któryś z planów łagodniejszych). Za każdym razem, kiedy przegrani tej transformacji szukali jakiejś możliwości artykulacji własnych interesów i próbowali stawić opór wyrządzanym im krzywdom, dowiadywali się o egzaminach, które wciąż muszą jako społeczeństwo zdawać, żeby zasłużyć na uznanie Zachodu – NATO, Unii Europejskiej, jej poszczególnych instytucji. Jak nie, to będzie znaczyło, że „nie dorośli do wolności”.

Zmęczenie strofowanych, ośli upór belfrów

Kiedy PiS pierwszy raz doszedł do władzy w 2005, stało się to w jakimś stopniu dlatego, że wystarczająca część dotychczas tak dyscyplinowanych i strofowanych doszła do wniosku, że gotowa jest już przyjąć ten rzucany w nich „Ciemnogród” jako swoją tożsamość, jeżeli chociaż w ten sposób znajdą możliwość wyrażenia czegokolwiek ze swoich skumulowanych frustracji, w najbardziej pokracznej choćby formie. Liberalna inteligencja i liberalne elity okoliczności, że wówczas partia braci Kaczyńskich tak szybko władzę straciła, nie potraktowały jednak jako lekcji i szansy na jakąś refleksję i zmianę tonu. Odetchnęła z ulgą i wróciła do starych przyzwyczajeń. Nie jest w stanie ich z niej wytrącić także drugie wyborcze zwycięstwo PiS w 2015 i poparcie, które mu uparcie nie maleje.

PiS prowadzi politykę wystarczająco szkodliwą, niebezpieczną i do tego jeszcze tak często nieudolną, żeby zasługiwała ona i dało się ją krytykować i kontrować na samej tej podstawie, merytorycznie. Liberalne elity trzymają się jednak swoich starych nawyków. Elektorat przekonują nie argumentami, a metodą zawstydzania przed światem: nadawaniem w TVN połajanek udzielanych temu niedojrzałemu narodowi przez amerykańskich ambasadorów, opiniami zachodnich gazet, europejskich polityków i instytucji. I ostatnią nadzieję na obronę demokracji pokładają w tych samych instancjach, o których uznanie tak im zawsze chodziło. W ostateczności Unia Europejska na pewno obroni nam demokrację i państwo prawa!

Ale obecna dynamika tego procesu nie ogranicza się tylko do tego, że to już nie działa na elektorat, a być może nawet stało się przeciwskuteczne. Coraz mniej prawdopodobne wydaje się, że Unia Europejska, sama w sobie fundamentalnie niedemokratyczna, „coś zrobi”. Orbanowi na Węgrzech do dzisiaj w żaden sposób nie zagroziła. Przyglądała się spokojnie, jak rząd Rajoya pałował na ulicach Barcelony staruszki zmierzające do głosowania w referendum katalońskim. Niemiecki kapitał wywozi z Polski zbyt wiele zysków, żeby uśmiechały mu się prawdziwe sankcje, na przykład takie, które mogłyby doprowadzić do zawieszenia członkowskich praw Polski w Unii czy siłą rozpędu do Polexitu. Nic nie wskazuje, że pochód autorytarnej, populistycznej prawicy, ksenofobicznej i rasistowskiej, się w Europie skończył. Dopóki nie zabierzemy się za prawdziwe źródło tego problemu (strukturalny kryzys kapitalizmu), kolejne wybory w kolejnych krajach europejskich przynosić będą kolejne takie wstrząsy i ani się obejrzymy, a rząd PiS nie będzie już wcale osamotniony. Unia Europejska może się wtedy po prostu pogodzić z i dostosować do obecności w swoich szeregach rządów autorytarnych, skrajnie prawicowych oraz państw proto- lub całkiem faszystowskich. Autorytarna, populistyczna bądź skrajna prawica zagraża na pewno wolności mojej i twojej, ale nie procesom reprodukcji i akumulacji kapitału, które są nadrzędną troską UE.

Tak więc z jednej strony strofowanie ludu tym, „co Zachód o nas powie”, już nie działa lub wywołuje jedynie opór. Z drugiej – Matka Unia nie rwie się tak naprawdę ratować w Polsce demokrację. Ale te sprzężone okoliczności nie skłaniają liberalnej inteligencji i liberalnych elit do zastanowienia się nad metodą – choćby nad tym, że sama ta metoda jest częścią problemu, gangreny demokracji, bo wpisana jest w nią pogarda dla „niedojrzałego plebsu”, do którego się mówi, któremu się udziela pouczeń i połajanek, ale którego się nigdy nie słucha. Liberałowie idą w zaparte, tylko jedno się zmienia: obniżają coraz bardziej poprzeczkę, jeśli chodzi o rangę prestiżowych instancji, o których uznanie tak zabiegamy. Kiedyś chodziło o Waszyngton, Brukselę, Berlin, Paryż, Londyn. Rynki światowe, inwestorów, agencje ratingowe. Potem już zaledwie ambasadorów. Dzisiaj wystarczy już satyryk w zachodniej telewizji.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Tekst ukazał się 1 grudnia 2018 na łamach portalu Strajk.eu.

Reklamy