Narendra Modi idzie po Bollywood

Tekst ukazał się pierwotnie 13 listopada 2021 na łamach portalu Strajk.eu.

Ostry zwrot w stronę obskuranckiej prawicy i nowych autorytaryzmów jest procesem tak globalnym, że trudno wskazać jednoznacznego „lidera” i „awangardę”. O palmę pierwszeństwa rywalizuje co najmniej kilku przywódców i ich rządy, w zależności od aspektów, na których skupiałaby się analiza. Indie premiera Narendry Modiego wylądowałyby jednak wysoko w tabeli ze względu na to, jak długo postępują już tą ścieżką, jak daleko posunęły się tam procesy religijnego integryzmu i demontażu instytucji liberalnej demokracji, czy ile już tam miało miejsce pogromów (głównie ludności muzułmańskiej) oraz innych wybuchów religijnej i etnicznej przemocy.

O znaczeniu wszystkiego, co dzieje się w Indiach, decydują wreszcie ich rozmiary. Drugi najludniejszy kraj świata, do dziś odruchowo metkowany jako „największa demokracja”, w żywej pamięci innych społeczeństw – w szczególności globalnego Południa – długo aspirujący do roli „potęgi moralnej” świata ery dekolonizacji, dziś jest niebezpiecznym przykładem wskazującym złą drogę narodom znajdującym się pod jego kulturalnym i politycznym wpływem.

Jednym z wehikułów kulturalnego oddziaływania Indii na świecie jest kinematografia, w szczególności jej największy i najbardziej globalny ośrodek bombajski, popularnie (od lat 70. XX w.) zwany Bollywoodem. Powstają tam filmy w największym spośród 380 języków Indii, hindi. Tamtędy przebiega też jeden z wielu frontów kulturalnych i ideologicznych wojen toczonych przez premiera Modiego i jego skrajnie prawicową partię BJP.

Czytaj dalej

My name is Khan and I am not a terrorist

Niedawno [ tekst ukazał się 25 marca 2010 na łamach bloga Najważniejsza ze sztuk, który prowadziłem wtedy na portalu Lewica.pl] na łamach polskiej edycji „Le Monde diplo” zadawałem z niepokojem pytanie, czy w Bollywood zanosi się na kseofobiczny backlash antymuzułmański, którego symptomy analizowałem w filmie Kurbaan – innymi słowy, czy zanosi się na bliźniacze wobec „Hollywood po 11 września” „Bollywood po 26 listopada 2008”.

W momencie, kiedy tamten tekst wychodził z drukarni, stanęło mi przed oczami, że w Bollywood też już się tym jednak na szczęście martwią i to bardziej niż się spodziewałem. Wygląda to nawet tak, jakby cudowne dziecko Bollywoodu, hindus Karan Johar – producent Kurbaan – zorientował się gdzieś w połowie produkcji tamtego filmu o reakcyjnych treściach dziełka Renzila D’Silvy (nazwisko chrześcijańskie) i zakasał rękawy, by przeciwdziałać backlashowi uderzającemu w wyznawców islamu. I z tego powstał My Name Is Khan (Nazywam się Khan).

Czytaj dalej

Tradycja nie istnieje

Ten tekst będzie takim trochę rozbudowanym przypisem/dopiskiem do mojego tekstu w Le Monde diplomatique – edycja polska, tej trochę recenzji, trochę krótkiego eseju o serialu „Etos”. I o tym, czy często stosowany interpretacyjny wytrych opozycji między nowoczesnością a tradycją naprawę cokolwiek opisuje.

Zacznijmy od pytania. Jak wielu z was, słuchając ścieżki dźwiękowej tego klipu (piosenka Saajanji Ghar Aaye), pomyśli, że te nieprawdopodobnie wysokie nuty, na których szybują tu głosy kobiece (głosy tu wydobywające się pozornie z ust supergwiazdy Kajol i jej ekranowej matki, choć oczywiście nie ich własne głosy – w bollywoodzkim podziale pracy aktor musi umieć tańczyć, ale nie śpiewać) są dźwiękiem indyjskiej „tradycji”? Jak wielu z was pomyśli, że tak właśnie brzmi „tradycyjny” indyjski („hinduski”) śpiew, w wersji na głos kobiecy? We współczesnym przemyśle muzycznym i filmowym (specyfika estetyczna bombajskiego przemysłu filmowego sprawiła, że od udźwiękowienia kina do lat 70. minionego stulecia muzyka popularna i muzyka filmowa to były w Indiach de facto synonimy) znajdujący tylko swoje nowe technologiczne nośniki, sposoby rejestracji, powielania, recyklingu, tworzenia wariacji?

Czytaj dalej