Garść tłumaczeń

Mam na sumieniu kilka tłumaczeń, do których czuję się przywiązany, wrzucę je więc tutaj zebrane w postaci linków:

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: akwedukt w Segovii.

Doroty Kędzierzawskiej kino pozornej wrażliwości

W 1991 roku islandzki reżyser Fridrik Thor Fridriksson zrealizował swój chyba najpiękniejszy film, Dzieci natury, nominowany do Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Opowiada o dwojgu staruszków, mężczyźnie i kobiecie, których kiedyś łączyła młodzieńcza miłość, a teraz spotkali się w domu starców. Razem z niego uciekają, by umrzeć w rybackiej okolicy, z której pochodzili.

Dorota Kędzierzawska może i chciała zrobić coś z tej beczki – przyjrzeć się człowiekowi będącemu już blisko naturalnej śmierci, samotnemu ze swoją starością, odstawionemu na boczny tor przez społeczeństwo, które kultem otacza młodość, a ludziom w takim wieku daje do zrozumienia, że ich nie potrzebuje. Wyszło jej jednak to, co zwykle.

Twórczość Doroty Kędzierzawskiej mogłaby służyć za materiał do wykładu „Jak spacyfikować temat o potencjale krytycznym, by ten potencjał wypędzić z niego w całości”. Apogeum tej jej tendencji stanowi Nic, film opowiadający o sterroryzowanej przez męża kobiecie, która ukrywa przed nim swoją kolejną ciążę, bo boi się jego gniewu z tego powodu. Po porodzie zabija dziecko. Rzecz jest jednak do tego stopnia przeestetyzowana, że człowiek zamiast się przejąć ma wrażenie, że ogląda album przepięknych fotografii, a głównym tematem filmu staje się to, jak pięknie układa się światło na rupieciach, pośród których mieszkają żyjący w biedzie bohaterowie. Dzięki takim filmom polskie tzw. „elity kulturalne” mogą się pozachwycać, posnobować i oszukać same siebie, że oto widziały „ważny” film, a więc potrafią się czasem zainteresować „poważną”, „społeczną” problematyką.

Najnowszy film Kędzierzawskiej, Pora umierać jest oczywiście przewspaniale sfotografowany przez operatora Arthura Reinharta, znakomicie zmontowany, no i świetnie zagrany przez Danutę Szaflarską. Jednak towarzyszenie starej, samotnej kobiecie, która rozmawia głównie ze swoim psem i samą sobą jest tu fasadą, za którą kryje się coś zgoła innego.

Autorka filmu wyraźnie podziela światopogląd swojej bohaterki, i oczekuje sympatii doń ze strony widza. Bohaterka Szaflarskiej ma być wcieleniem cnót przedwojennych polskich elit, którym PRL kazał się podzielić wielkimi domami z jakimś okropnym, nieucywilizowanym pospólstwem, a nawet – w tym miejscu bohaterka już nawet nie przywdziewa swojej klasowej pogardy w żadne dystyngowane szmatki – z Ruskimi! To dopiero zniewaga dla wyrafinowanego gustu Anieli. Upadek PRL dał bohaterce możliwość odzyskania własności i wypędzenia profanów z inteligenckiej świątyni, jaką jest jej dom. Dom jest zrujnowany, stanowi jedynie słabe echo swej dawnej świetności, odpowiadają za to jednak dziesięciolecia pomieszkiwania w nim barbarzyńców i jakże niesprawiedliwego uszczuplenia przez Polskę Ludową dochodów tej prześwietnej ongiś rodziny.

Nieprzebrane cnoty i zalety przedwojennych polskich elit, wcielone w Anielę, skonfrontowane są z kilkoma wcieleniami barbarzyństwa. Pierwsze to nuworysze-prostaki z sąsiedztwa. Konfrontacja cnót elit „prawdziwych” (tzn. takich, które były bogate już przed wojną) z barbarzyństwem tych, którzy wzbogacili się dopiero co, ma wskazać na to, że są te cnoty immanentną właściwością tylko tamtych elit. Może ktoś powinien pani Kędzierzawskiej powiedzieć, że to już sąsiaduje z rasizmem, albo i nawet już w nim się mieści?

Drugim wcieleniem barbarzyństwa jest oczywiście motłoch – ten wypędzony z domu przez tak zwaną przez kapitalizm „prawowitą właścicielkę” oraz ten, który zamieszkuje okolicę. Motłoch ów charakteryzuje się brakiem szacunku dla własności prywatnej, a więc wdziera się bez pytania na parcelę Anieli, a pewien bezczelny młokos wdrapuje się nawet na werandę. Ten epizod pozwala Kędzierzawskiej rozegrać jeszcze więcej reakcyjnych klasowych uprzedzeń. Daje Anieli możliwość fuknięcia z politowaniem na brak kultury chłopca (sądzi on, że Dostojewski to taki starożytny malarz rosyjski). Gadka chłopca, że nuworysz z sąsiedztwa „na naszej krzywdzie się dorobił” pełni funkcję jawnie satyryczną, ma wyśmiewać „roszczeniową” postawę plebsu, tym bardziej, że chłopiec wszedł do domu w nadziei, że coś ukradnie. Z punktu widzenia Anieli można gardzić dorobkiewiczem, ale poddanie w wątpliwość podstaw fortun elit współczesnych otwierałoby drogę do podważenia tego samego w stosunku do elit przedwojennych i w ogóle kwestionowałoby świętość prywatnej własności środków produkcji.

Gdyby tę historię wziął na warsztat ktoś choćby odrobinę przytomniejszy umysłowo niż Kędzierzawska, to moment, kiedy Aniela orientuje się, że syn chce ją wyrzucić z tego domu, a dom sprzedać nuworyszowi, posiadałby treść krytyczną. Byłby ukazany jako odpowiedź i logiczna konsekwencja systemu wartości wyznawanego przez Anielę i tym samym poddałby ten system wartości krytyce. „To mój dom i moja matka!” odpowiada swojej protestującej żonie syn Anieli, akcentując w obydwu miejscach zaimek dzierżawczy. Święte dla Anieli burżuazyjne prawo własności jako naczelna zasada życia społecznego mści się na niej rykoszetem. Kędzierzawska tego potencjału nie widzi i go zagłusza. Wydaje się sugerować, że źródłem postawy syna jest utrata przezeń klasowych cnót, czego przejawem ma być sposób, w jaki wychowuje on swoją córeczkę (która np. nie stosuje formy wołacza, marudzi i nie przestaje żreć). Za utratę tych cnót znów wydaje się odpowiadać herezja, jaką był PRL, bo przecież w II RP służbę lepiej traktowano niż dziś, po dziesięcioleciach upadku kultury, lekarz zwraca się do pacjenta. Dla Kędzierzawskiej moment rozwiania złudzeń Anieli dotyczących syna jest więc tylko okazją, by bohaterka przed śmiercią mogła jeszcze ukarać niewdzięcznika i popisać się szlachetną filantropią, zapisując dom instytucji organizującej zajęcia dla biednych dzieci. Swojego podejścia do plebejskiego pomiotu Aniela jednak bynajmniej nie zmienia. Umierając na werandzie wzdycha z offu, że na szczęście herbaty z kubka (jak te małe prostaki) pić nigdy nie będzie.

Polskie tzw. „elity” zdołały – wraz z restauracją kapitalizmu – przywrócić zasadniczą strukturę stosunków ekonomicznych, jaką ten kraj miał przed wojną. Połowa dochodu i konsumpcji w rękach zaledwie kilku procent społeczeństwa, większość sprowadzona do ekonomicznego parteru, kraj jako rezerwuar taniej siły roboczej dla gospodarek rozwiniętych, itd. Symbolicznej legitymizacji dla tych stosunków szukają w odgrzewaniu reakcyjnego klasowego „etosu” elit przedwojennych. Kędzierzawska, jak to polski filmowiec, bezkrytycznie wpisuje się w ten proces. Liczy na to, że finałowa śmierć bohaterki zadziała jak śmierć nosiciela większej wartości w Maxa Schelera koncepcji tragizmu: poskutkuje unieśmiertelnieniem wartości, których był nosicielem. Że klasowy „etos” odrodzi się w całej swej wspaniałości. Pod pozorem uniwersalistycznego zainteresowania człowiekiem marginalizowanym z powodu wieku, Kędzierzawska zajmuje się tu tworzeniem estetycznie wyrafinowanych uprawomocnień stosunków władzy.

Jarosław Pietrzak


 

Tekst ukazał się w nieistniejącym już tygodniku Trybuna Robotnicza i na portalu Lewica.pl w grudniu 2007 r.