Kultury siłowni. Autobiograficzne notatki etnograficzne

Comme une allumette

Pierwszy raz ćwiczyć na siłowni zacząłem na drugim roku studiów. Byłem wtedy strasznym chudzielcem – jak zapałka, comme une allumette – mówili mi we Francji, wciąż jeszcze niemal chłopcem. Ważyłem wtedy 56 kilo, przy 171 cm wzrostu.

Byłem przez cały ów rok w stanie bliskim depresji – minionego lata byłem pierwszy raz we Francji, gdzie się na zabój zakochałem w pięknym studencie algierskiego pochodzenia, który okazał się hetero, choć mnie się przez całe lato wydawało, że ze mną flirtował. Djamel po prostu taki był, ale zrozumienie tego nie wystarczyło, żeby się wyleczyć z tej miłości, odległość (ja wróciłem do Polski, on został w Paryżu) też nie – to było jedno z najgwałtowniejszych i najbardziej obezwładniających uczuć, jakie mnie kiedykolwiek opanowały. Intensywna, regularna aktywność fizyczna była moją próbą zapanowania nad własnym stanem, wymuszenia na moim skołowanym organizmie produkcji serotonin, żeby te zagłuszyły uczucie rozpaczy wywołanie świadomością, że nigdy mojego pięknego arabskiego przyjaciela nie dotknę w taki sposób, jakbym chciał. Coś w ten deseń. Świadome sprawianie konstruktywnego bólu ciału było sposobem na niwelowanie bólu duszy.

Był to też mój sposób na uzyskanie kontroli nad własnym ciałem, podporządkowania go – jego fizycznego rozwoju – mojej woli, mojemu własnemu działaniu, moim wyborom, a przez to zaakceptowanie go, uzyskanie w nim i poprzez nie trochę więcej pewności siebie. W skład tego wchodził bolesny i skomplikowany proces mojego godzenia się z najbardziej wstydliwym, bulwersującym i nieposłusznym wymiarem mojego doświadczenia własnego ciała: tego, że pragnęło ono mężczyzn.

Pełniło to więc dla mnie funkcję terapeutyczną.

Timothy Gbadeyan (4)

Timothy Gbadeyan

Moje życie pełne przeprowadzek, dziwnych zwrotów akcji, urywanych kontraktów i gwałtownych zerwań z miejscami, których nie mogłem już dłużej wytrzymać, spowodowało wiele przerw i nieregularności w moim machaniu hantlami i podnoszeniu sztangi, cykle upadku formy i powrotów do niej. Dwa razy spulchniłem się o dobrych parę kilo na dłuższy czas. Przez dwa lata po studiach pracowałem we Francji na krótkich kilkumiesięcznych kontraktach w różnych zwykle małych miejscowościach, gdzie nie było pod ręką takich miejsc, a ja nie miałem czasu na nic poza pracą. Raz przerwałem jakąkolwiek aktywność fizyczną na rok chyba, zmęczony i udręczony pracą i dojazdami, w pułapce łupieżczej umowy abonamentowej z siłownią, która okazała się koszmarem i zaczęła mnie ścigać jakimiś windykacyjnymi zbirami, kiedy powiedziałem, że nie będę więcej płacił, bo oni nie wywiązują się ze swojej części umowy (zepsute maszyny pozostawiane bez naprawy miesiącami). Takie historie z siłkami, zwłaszcza dużych sieci, są w Wielkiej Brytanii na porządku dziennym – neofeudalne praktyki obracania klienta w chłopa pańszczyźnianego dosłownie uwięzionego w umowach nie do rozwiązania to brytyjska plaga. Przytyłem wtedy dobrych parę kilo i sflaczałem, na szczęście nie na zawsze. Niemniej jednak, ostatecznie różnica między znacznie większym mężczyzną, którym jestem dzisiaj, o wiele, wiele silniejszym, a tą przestraszoną życia „zapałką”, którą byłem wtedy, to jest też różnica psychologiczna.

Przy wszystkich moich radykalnych a częstych, transgranicznych zmianach adresów, mam za sobą doświadczenia siłowni, „gymów” w Polsce (w Dąbrowie Górniczej i w Warszawie), w Londynie, w Barcelonie i w Amsterdamie. Jak w przypadku każdego rodzaju instytucji „w Malinowskim sensie tego słowa”, różnice pomiędzy nimi mówią coś o całych społeczeństwach i grupach (klasach) społecznych.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Polska: Dąbrowa Górnicza i Warszawa

Siłki w Dąbrowie Górniczej były pewnie fundamentalnie podobne do lokali tego rodzaju w całej prowincjonalnej Polsce, choć jedną z nich charakteryzował zaskakujący gest sięgnięcia po „kapitał symboliczny” właściwego polu społecznemu kulturystyki. Poznałem kiedyś (i fotografowałem) w Londynie młodego słoweńskiego aktora, bardzo pięknego, wysokiego, atletycznego, błękitnookiego blondyna, który mi opowiedział o jednym z projektów, w które był zaangażowany, choć wciąż jedynie na papierze. Miał to być biograficzny film o niemieckim pionierze kulturystyki, Adrei miał grać główną rolę, gdyby rzecz wypaliła. Więcej szczegółów pisał nie będę, bo dawno z nim nie rozmawiałem i nie wiem, jaki jest dzisiaj status tego projektu. Chciałem powiedzieć to, że Andrei powiedział coś w rodzaju „Na pewno go nie kojarzysz, Eugen…”, a ja dokończyłem, ku jego zaskoczeniu: „…Sandow?” Nie żebym się jakoś interesował historią kulturystyki, ale go znałem, bo ta siłownia w Dąbrowie Górniczej nosiła właśnie jego imię, nazywała się Sandow. Sandow, a nie np. Schwarzenegger czy Sly Stalone. Było w tym coś zaskakująco ambitnego, to odwołanie do wartości specyficznych historii kulturystyki jako pola społecznego, zdumiewające w zderzeniu z materialnymi standardami lokalu, jakim to miejsce faktycznie było. Tak rzadko bywam w Dąbrowie Górniczej, że nie wiem, czy to miejsce jeszcze istnieje i jak teraz wygląda. Jednak wtedy, w moich latach studenckich (ukończyłem kulturoznawstwo ze specjalizacją filmoznawczą na UŚ-u w 2005) była to typowa polsko-prowincjonalna siłka osiedlowa.

bloki (12)

Dąbrowa Górnicza

Takie prowincjonalne polskie siłki pachniały kurzem wbitym w wykładziny, potem wyciśniętym w sztuczną skórę ławek, mieściły się w przypadkowych miejscach (największa, jaką wtedy znałem w Dąbrowie Górniczej – w piwnicy wynajmowanej od szkoły szukającej dodatkowego źródła dochodu; inna, bardzo nieduża – wstydliwie na tyłach salonu fryzjersko-kosmetycznego chyba połączonego z solarium, choć na sto procent nie pamiętam). W szatniach nie było nawet szafek, tylko wieszaki, trzeba było ufać, że mimo wkurwionego, wygolonego na łyso wyrazu twarzy połowy bywalców, nikt nikomu jednak nic, excuse my French, nie zajebie.

Moje chuderlawe chłopięce przestraszenie, gdy wstępowałem w te – zwłaszcza te większe, w których było zawsze sporo ludzi – przybytki wykuwania dominującej, normatywnej męskości, mogło wykrzywiać moją perspektywę. Na pewno bałem się trochę niejednego z tych mężczyzn, którzy lekką ręką wyciskali na klatę czy rwali w martwym ciągu dwa razy tyle, co ja cały ważyłem, czułem się przy nich jak szczyl. Ale nawet tak skrzywiona perspektywa musiała rejestrować coś przynajmniej częściowo realnego.

Tel eating apple

Terence Eastburn

Pamiętam te przestrzenie jako miejsca, w których z nikim nie rozmawiałem – bo prawie nikt z nikim tam nie rozmawiał, z wyjątkiem nielicznych grup dwóch lub trzech młodych mężczyzn, którzy przychodzili ćwiczyć razem, bo się znali ze szkoły średniej albo studiowali razem na śląskiej polibudzie lub w jakiejś miejscowej „wyższej szkole zarządzania marketingowego”. Ewentualnie, rzadkie przypadki prawdziwych wyczynowców, takich, co brali udział w zawodach – bywało, że ćwiczył jeden z drugim albo z partnerem treningowym, albo z trenerem, ale na takiej prowincji to były rzeczy wyjątkowe. Kobiet nie było w tych miejscach wcale, tylko na recepcji. To była przestrzeń mężczyzn, sztang, ciężarów, ławek, modlitewników, dźwigania, wyciskania, podnoszenia. Nikt się tam nie pedalił z cardio, w tym celu biegało się w parku albo jeździło na rowerze, if ever. Niemal nikt tam z nikim nie rozmawiał. Każdy mężczyzna stał tam w samotnej walce z samym sobą, w walce o stawki męskości. Mężczyźni wyglądali na zapiekłych, zagniewanych, wkurwionych, nie chciałeś nikomu wejść w drogę, zawadzić, jeśli ważyłeś tylko połowę tego, co on. Oczywiście, że nie wszyscy, ale to dlatego, że wyjątki były tak rzadkie, tych do policzenia na palcach jednej dłoni mężczyzn, którzy się zawsze uśmiechali, żartowali z każdym przypadkowym człowiekiem, mógłbym pewnie rozpoznać nawet dzisiaj, piętnaście lat później, na ulicy, tak bardzo odstawali od reszty.

Diagnoza o fundamentalnym narcyzmie takiej konstrukcji męskości nie musi być niesprawiedliwa.

Amir Aghayi (2)

Amir Aghayi

Wiem, że te fenomena mają w Polsce bardzo klasową dystrybucję, choć nigdy nie miałem okazji poznać wystarczająco wielu zróżnicowanych rejestrów. Pochodzę z robotniczej rodziny i nie mogłem sobie w latach studenckich, jak mój przyjaciel z liceum, którego rodzice wyjechali do Włoch i tam pracowali, pozwolić na to, żeby jeździć samochodem na jakąś wypasioną, przyhotelową siłkę w Katowicach. W Warszawie wiecznie „czekałem na przelew”, przez dwa miesiące chodziłem tylko na siłkę w starym postsocjalistycznym ośrodku sportowym, który stał kilka minut drogi od mojej kawalerki, ale jego część zwana siłownią miała wszelkie cechy siłowni prowincjonalnych – dlatego pewnie, że miejsce to było tanie i zdominowane przez klasę robotniczą. Z opowieści i sporadycznych inspekcji (np. kiedy w kinie Światowid wygrałem sesję w saunie w wypasionym kompleksie w Katowicach) wnioskuję, że burżuazyjne siłownie są w Polsce czystsze i zadbane, nowocześnie zaplanowane i urządzone sprzętami jednego dostawcy, mają szatnie z szafkami, maszyny do kardio w dużej liczbie, ale – correct me if I’m wrong – są tak samo przestrzeniami indywidualnych, odseparowanych neoliberalnych podmiotów doskonalących siebie, tyle że z ustępstwami na rzecz obecności kobiet, w amerykańskim stylu.

Dopiero później zrozumiałem, że te cechy polskich siłowni, lęk przed którymi musiałem w sobie łamać, żeby się nauczyć tam chodzić, być może nie są tak bardzo cechami współczesnej kultury siłowni rozumianej transnarodowo, globalnie, a być może cechami specyficznie polskiej współczesnej męskości, wyrażającymi się w praktyce siłowni jako „instytucji” akurat w Polsce. Te zaciśnięte usta, wiecznie wkurwione spojrzenia, nieodzywanie-się-nikogo-do-nikogo.

Amir Aghayi (3)

Amir Aghayi

Londyn

W Londynie siłownie bardzo się różnią – są siłownie burżuazyjne, w zamożnych dzielnicach i tam, gdzie mieszczą się biura wielkich korporacji i instytucji finansowych. Są tańsze siłownie w bardziej robotniczych i mieszanych, imigranckich częściach miasta. Podkategorią tych ostatnich są też tzw. men’s gyms, do których kobiety nie zaglądają i w których podnosi się przeogromne ciężary. W jednej takiej na Bethnal Green fotografowałem kiedyś Timothy’ego, który dzień wcześniej zdobył drugie miejsce w ogólnokrajowych zawodach – tam się czułem prawie tak, jak ten chłopiec, którym byłem, gdy zaczynałem ćwiczyć na osiedlowej siłce w Dąbrowie Górniczej. Na ścianie na schodach do szatni wisiała reklama biura adwokackiego oferującego pomoc w sprawach kryminalnych. Widocznie bywalcom zdarza się miewać takie problemy.

Timothy Gbadeyan (3)

Timothy Gbadeyan

Dla większości korzystających w Londynie z siłowni fizyczna aktywność tam jest doświadczeniem neoliberalnego podmiotu – indywidualnym, a jeśli w towarzystwie, to trenera osobistego w ramach indywidualnego planu treningowego.

Siłownie w robotniczo-imigranckich częściach miasta różnią się jednak znacznie częstszymi przypadkami mężczyzn ćwiczących z kolegami czy przyjaciółmi, czasem przychodzących w grupkach, normą jest nawiązywanie kontaktu z przypadkowo spotykanymi innymi ćwiczącymi – prośby o asekurację przy wyciskaniu sztangi, o wymienianie się na maszynie, itd. Do najbardziej radujących lewicowe oko doświadczeń siłowni we wschodnim Londynie należy radykalny multikulturalizm takich miejsc (kobiety ćwiczące w hidżabach), tworzące się tak ad hoc pary czy trójki ćwiczących, asekurujących się nawzajem mężczyzn są różnego koloru skóry, o zróżnicowanym etnicznym i religijnym pochodzeniu, o różnym poziomie sportowego zaawansowania, mężczyzna o metrowej klacie chętnie pomaga nowicjuszowi.

Baiz Ash (2)

Baiz Ash

Neoliberalne doświadczenie samotnego treningu często więc ulega przekształceniu za sprawą zasady spontanicznej solidarności mężczyzn znajdujących płaszczyznę porozumienia w podobnych celach, w jakich tam przychodzą, a nawet umożliwia im wymienianie się, ni mniej ni więcej, bezinteresownymi gestami opieki. To ostatnie oznaczałoby być może, że choć na pierwszy rzut oka pracują tam oni nad dopasowaniem swoich ciał do wyjątkowo wymagających wizualnych standardów normatywnej męskości, w praktyce łatwo oskarżalnej i oskarżanej o narcyzm, to jednocześnie spontanicznie poszukują sposobów na jakąś tej męskości redefinicję, „debinaryzację” jej składników, komponowanie jej z elementami, które pomogłyby wymyślić ją na jakiś nowy, nieopresywny sposób.

Jeszcze jedno wrażenie, nie bez związku z poprzednim akapitem: dla wielu młodych mężczyzn z imigranckich środowisk, będącym pierwszym pokoleniem urodzonym w Europie lub nawet urodzonych jeszcze poza Europą, jeśli sami są heteroseksualni, to właśnie siłownie są dla nich często miejscem, w którym regularnie spotykają homoseksualnych mężczyzn i przekonują się, że nie mają z tym problemu. Bo w siłowniach, zarówno tych burżuazyjnych, jak i tych robotniczo-imigranckich (z wyjątkiem może tych najbardziej hardcore’owych men’s gyms, ale nie wiem z całą pewnością) mężczyźni homoseksualni są zawsze nadreprezentowani. To może być stereotyp, że homoseksualni mężczyźni częściej i bardziej dbają o swój wygląd, o swoje ciała, ale nie wszystkie stereotypy są z zasady nieprawdziwe.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Te kontrasty między tańszymi, robotniczo-imigranckimi siłkami w Londynie a ich prowincjonalnymi odpowiednikami w Polsce, takimi, jak te, które znałem z Dąbrowy Górniczej, sprawiają, że się czasem zastanawiam, jak one się zmieniły od tamtego czasu. Ile z nich, wręcz przeciwnie, stało się np.  wylęgarniami i rekrutowniami skrajnej prawicy? Już wtedy, jak tam chodziłem, w wielu oczach pod tymi wygolonymi głowami widać było właśnie ten rodzaj frustracji, resentymentu i wkurwu. A jeśli we wschodnim Londynie widziałem jakieś radykalne wyjątki, od wzorów, które opisałem, a więc mężczyzn, którzy unikali interakcji z kolorowymi czy czarnobrodymi towarzyszami w ćwiczebnym znoju, albo z tymi, których podejrzewali o homoseksualizm, izolując się od otoczenia tym lodowatym spojrzeniem, które pamiętałem z Dąbrowy Górniczej, to wyglądali oni zawsze na świeżych przybyszy z Europy Wschodniej, a wśród tych najwięcej, oczywiście, jest w Londynie Polaków.

Trenerzy

W londyńskich siłowniach jest bardzo dużo trenerów, którzy czasem prowadzą zajęcia grupowe, ale jednak głównie i najczęściej są trenerami osobistymi. Większość to mężczyźni, ale w niektórych siłowniach jest sporo kobiet, najczęściej trenują one inne kobiety lub prowadzą zajęcia grupowe, które w Londynie są stargetowane głównie dla kobiet.

Amir Aghayi (1)

Amir Aghayi

We wszystkich siłowniach, w których w Londynie bywałem (było tego pięć) zaobserwowałem ogromną nadreprezentację przedstawicieli mniejszości etnicznych/rasowych i imigrantów (jak w większości sektorów usługowych), w szczególności czarnych mężczyzn (pochodzenia afrokaraibskiego lub afrykańskiego). Sam dwa razy przez jakiś czas (niezbyt długi) ćwiczyłem z trenerem, obaj byli z Ghany, jeden pracował w zachodnim, drugi we wschodnim Londynie. Czarni mężczyźni stanowili od jednej czwartej do niemal połowy trenerów pracujących w każdej siłowni, w której bywałem.

Pięć lokali to mała próba, ale jestem pewien, że wystarczająca, żeby coś z tego wyczytać. W dawnych imperiach kolonialnych i społeczeństwach o historii związanej z atlantyckim handlem niewolnikami, czarni mężczyźni są w znacznym stopniu przypisani do tożsamości, aktywności i pracy dotyczącej ciała lub ciałem wykonywanej (w przeciwieństwie do tożsamości, aktywności pracy odwołującej się do rozumu, umysłu). Pamiętacie ten film z silnym Omarem Sy i burżujem na wózku inwalidzkim? No właśnie. Mówiąc trochę Pierre’em Bourdieu, w binarnych opozycjach organizujących te społeczeństwa zajmują oni na płaszczyźnie rasowej miejsce strukturalnie podobne do tego jakie kobiety zajmują w stosunku do mężczyzn na płaszczyźnie płciowej (na osi rozum – ciało w najbardziej uderzający sposób). Ich wyraźna nadreprezentacja w rolach trenerów jest wypadkową z jednej strony ich dyskryminacji w ogólnej strukturze tych społeczeństw i sprzężenia tego z innym czynnikiem: że w przeciwieństwie do kapitału społecznego, dostępu do najlepszych szkół i uniwersytetów (a w Wielkiej Brytanii, jednym z najbardziej kastowych społeczeństw na świecie, wszystko od tego zależy, wszyscy posłowie skończyli Eton, wszyscy w branży wydawniczej skończyli Oxford lub Cambridge, itd.), ich własne ciało jest ich niezbywalną własnością, kapitałem, który zawsze posiadają, więc praca trenera osobistego, trenera sportowego to jedna z realnie bardziej im dostępnych ścieżek kariery oferujących coś aspirational we współczesnym kontekście kulturowym i w tak zdeindustrializowanym społeczeństwie jak brytyjskie.

Być może oferuje im jeszcze coś mniej oczywistego.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Pamiętam, jak bardzo mnie uderzyło, kiedy gdzieś tam w 2009 chyba roku, przez kilka miesięcy korzystałem z usług mojego pierwszego takiego trenera, jak uważną opieką Jason mnie otaczał. Zaskoczyło mnie – pochodzącego z Krainy Chamskiej Męskości rozciągającej się między Odrą a Bugiem, gdzie szacunek mężczyzna tak często zdobywa w grze o sumie zerowej, to jest przez odebranie go komuś innemu; wychowanego w typowej polskiej rodzinie, w której ojciec potrafił się tylko na swoich synów wydzierać i ich upokarzać. Zaskoczyło mnie to, że Jason, który był potężnym, imponującym mężczyzną, spokojnie ponad metr w klatce piersiowej, troszczył się o mnie w sposób, z empatią i uwagą, których wcześniej w życiu doświadczałem raczej ze strony kobiet, a sięgało to aż do fizycznego kontaktu z moim ciałem, kiedy pod koniec treningu pomagał mi zawsze rozciągać mięśnie. Był też mężczyzną bardzo pięknym, o zabójczym uśmiechu, nie wiem, czy się domyślał, że sprawiał mi w ten sposób trochę za dużo przyjemności, ale chodzi mi przede wszystkim o radykalny kontrast z jednymi najbliższymi mu pod kątem profesji mężczyznami, z jakimi miałem w życiu dłuższy kontakt, czyli nauczycielami wuefu, kiedy chodziłem w Polsce do szkoły. W toku całego mojego doświadczenia szkolnego byli oni wszyscy, wyjątków nie pamiętam, sadystycznymi bucami.

Timothy Gbadeyan (2)

Timothy Gbadeyan

Czarni mężczyźni cieszą się nienajlepszą reputacją jako celebrujący wyjątkowo agresywny, maczystowski model męskości źle reagujący na różne formy słabości. Ale co, jeśli ten z kolei stereotyp wcale nie jest prawdziwy, nawet jeśli kiedyś był lub czasem/gdzieś bywa? Kilka lat temu obiło mi się o oczy badanie, którego przedmiotem było zróżnicowanie podziału domowej pracy opiekuńczej i reprodukcyjnej pomiędzy mężczyzn i kobiety w brytyjskich gospodarstwach domowych w zależności od ich etnicznego „backgroundu”. I wyszło, że to w rodzinach pochodzenia afrokaraibskiego i afrykańskiego mężczyźni w największym stopniu dzielili taką pracę ze swoimi partnerkami. Być może więc praca w charakterze trenerów sportowych jest z ich strony odważną praktyką kulturową otwierającą możliwość przemeblowania gmachu „prawdziwej męskości”. Pozwala im wykonywać pracę w znacznym stopniu opiekuńczą (czyli, konserwatywnie rzecz ujmując, „kobiecą”) i jednocześnie ucieleśniać model męskości wysoce normatywnej (we wszystkich znanych mi siłowniach w Londynie z całego personelu to zawsze czarni trenerzy paradowali po lokalach z najpiękniejszymi i najbardziej imponującymi muskulaturami).

Timothy Gbadeyan (1)

Timothy Gbadeyan

Zajęcia grupowe

Zajęcia grupowe to był fenomen, którego długo unikałem. W Londynie niemal zawsze są one niejako obok głównych przestrzeni, tych z ciężarami, sztangami, maszynami i przestrzeniami do kardio, itd., są ich uzupełnieniem, dodatkiem, są też głównie targetowane do kobiet, aerobik, odchudzanie, zumba, itd. Głównie kobiety na nie chodzą – są bardziej społeczne, stawiają silniejszy opór neoliberalnej interpelacji podmiotu? – być może. Mnie odpychało to, że kojarzyły mi się z zajęciami w szkole, tym bardziej, że po angielsku nazywają się classes. A moje wspomnienia z wuefu należą do najgorszych z moich lat szkolnych. Do tego nie mam żadnego wyczucia rytmu, a wiele z tych zajęć opiera się na swoistej choreografii, wydawało mi się, że bym z niej zawsze wypadał, nie nadążał, gubił rytm, zwłaszcza jako nowicjusz, a zanim przestanę być nowicjuszem, to się dawno zniechęcę do całego procederu.

Sytuacja zmieniła się dla mnie w Barcelonie, gdzie z mężem mieszkaliśmy przez osiem miesięcy zeszłego roku. Nie wiem, czy to fenomen właściwy całej Hiszpanii czy specyficznie kataloński, ale jedną z cech charakterystycznych tamtejszych siłowni/lokali sportowych jest to, że to raczej przestrzeń dla ćwiczeń siłowych jest tam dodatkiem do tego, co się w Anglii nazywa classes. Także w takich sytuacjach widać, o ile bardziej niż brytyjskie kolektywnymi społeczeństwami są Hiszpanie i Katalończycy. Przed zapisaniem się do jednej, obczaiłem kilka, porównałem to też z opisami moich kolegów w pracy mieszkających w różnych częściach Barcelony i wynikało z tych opowieści, że to w Barcelonie norma.

Jonathan Soukali (5)

Jonathan Soukali

Barcelona

W Barcelonie poszczególne dzielnice mają swoje „miejskie ośrodki sportowe”, po katalońsku nazywa się to centre esportiu municipal i my zapisaliśmy się do najbliższego, kilka minut od Plaza d’Espanya. Chyba tylko barcelończycy nazwaliby siłownię imieniem artysty wizualnego – ta się nazywa Centre Esportiu Joan Miró. Sześć poziomów (dwa wpuszczone pod ziemię), kilka pomieszczeń różnej wielkości, równoległe zajęcia jak dzień długi, od takich, na które przychodzili emeryci po najcięższy wycisk jak w wojsku. My chodziliśmy na bodypump, a więc intensywny trening ze sztangami i ciężarami.

Przemóc mój opór przed udziałem w „klasach” pomagało mi towarzystwo mojego męża, jak również magnetyczny charme jednego z trenerów. Marc był przemiły, miał coś z showmana, poruszał się z tymi sztangami i hantlami jak w tańcu, i opalony aż na brązowo, z tatuażami podkreślającymi obwody jego imponujących bicepsów, był po prostu przepięknym mężczyzną, od stóp do głów.

W przeciwieństwie do Londynu, w Barcelonie w zajęciach grupowych brali udział zarówno mężczyźni, jak i kobiety, w różnych proporcjach. Kobiety ćwiczyły też z ciężarami i sztangami na poziomie, który był siłownią sensu stricto, przestrzenią robienia masy i rzeźby. Kilka z nich było naprawdę silnych, jedna chodziła też na bodypump i naprawdę mi imponowała: dobrych kilka tygodni ćwiczenia po pięć razy w tygodniu zajęło mi dotarcie do poziomu, na którym mogłem swobodnie i do końca seansu używać tych samych ciężarów, co ona. Bardzo mi się to płciowe wymieszanie, wraz z panującym tam wrażeniem jego oczywistości, podobało; widziałem w nim manifestację postępowego, lewicowego ducha, który przenika Katalonię i jej stolicę. Jestem ciekaw, jak to wygląda w „Hiszpanii właściwej”, ktoś wie i mi powie?

Za to trenerami byli wyłącznie mężczyźni, młodzi (z jednym wyjątkiem).

Jonathan Soukali (6)

Jonathan Soukali

Szatnie

Powiedziałem, że Marc był piękny od stóp do głów, bo go takim, w całej i pełnej okazałości wielokrotnie widziałem. W siłowniach i ośrodkach sportowych w Barcelonie, w przeciwieństwie do Londynu, gdzie wszyscy się jednak zasłaniają starannie ręcznikami, pod prysznicami zamykają w nieprzeźroczystych kabinach, itd. – w Barcelonie w szatniach panuje pełny i zupełnie swobodny ekshibicjonizm. Tworzy to przestrzeń jednocześnie oficjalnie oderotyzowaną, a zarazem w milczeniu otwartą na męsko-męskie uwodzenie, bo Barcelona jest miastem niezwykle gay friendly.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

W Amsterdamie w szatniach jest podobnie, ale trochę inaczej. Tzn. wszyscy się rozbierają, nie chowają się jakoś wstydliwie pod ręcznikami, prysznice są otwarte, niepozamykane w kabinach, nawet nie poprzedzielane jakimiś ściankami nawet dla pozoru. Pomimo iż mężczyźni się tam tak bezceremonialnie rozbierają, do szatni zagląda personel obojga płci.

Amsterdam

W Amsterdamie – nie tylko w tej siłce, do której się ostatecznie zapisałem, ale ogólnie, w tych, do których zaglądałem, szukając najlepszej dla siebie – widać od razu mniej kolektywną, bardziej indywidualistyczną kulturę. Zajęć grupowych jest znacznie mniej niż w podobnych rozmiarów ośrodkach w Barcelonie, trochę jak w Londynie. Ale inaczej niż w Londynie, zajęcia nie są z zasady kierowane raczej do kobiet, z udziałem mężczyzn najwyżej mniejszościowym; uczestnictwo jest mieszane, są też zajęcia zdominowane przez mężczyzn, np. boks czy HIIT (high intensity interval training, najnowsza amerykańska moda, a Holandia, kraj, w którym wszyscy mówią świetnie po angielsku, jest bardzo podatna na kulturowe mody ze Stanów Zjednoczonych).

Trenerami za to są zarówno mężczyźni, jak i kobiety, i bynajmniej nie widać zasady, że mężczyźni prowadzą zajęcia dla mężczyzn, a kobiety dla kobiet – większość jest pod tym względem wymieszana. Kilku trenerów jest homoseksualnych, i całkowicie out, robią do tego aluzje, żartują na ten temat, np. o nadchodzącej imprezie gdzieś na Regulierswardstraat (amsterdamski odpowiednik londyńskiego Soho).

Jeden z nich, Latynos, zaprowadza prawdziwie militarny dryl, w ramach którego dyscyplinuje wszystkich mężczyzn na treningu, poniżej jakiego ciężaru „chłopcy” nie powinni schodzić przy tym czy innym ćwiczeniu, jeśli „chłopcy chcą stać się mężczyznami”. Jakby sam stawał się figurą dyscyplinującej normatywnej męskości, wzoru i standardu męskiej siły dla tych wszystkich mężczyzn, mobilizując zwłaszcza tych heteroseksualnych, żeby się nie zbłaźnili przed otwarcie homoseksualnym trenerem. Jest on faktycznie potężnym mężczyzną, przy którym większość obecnych sprawia wrażenie chłopców, i to pomimo iż Holendrzy są z zasady wysocy.

Nie wiem, do jakiego stopnia jest to wszystko reprezentatywne dla wszystkich amsterdamskich siłowni, może ta jest szczególnie gay-friendly (ma umowę o zniżkach na abonamenty z wielką firmą w fashion industry), ale to są pewnie różnice stopnia a nie rodzaju. Stereotyp, ale znowu – jeden z tych prawdziwych.

Basiru Jallow (3)

Basiru Jallow

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu nad tekstem: Amir Aghayi, kulturysta z Iranu pracujący w Lodnynie jako trener.

Na pozostałych zdjęciach, oprócz Amira: Basiru Jallow z Ghany, Timothy Gbadeyan i Tel Eastburn z Anglii, Jonathan Soukali z Francji, Moses Odunmbaku z Nigerii oraz Baiz Ash z Pakistanu. Wszystkie zrobione w Londynie w latach 2015-2018.

 

Reklamy