Na: Społeczeństwo bez mężów i ojców

Na himalajskim pograniczu prowincji Syczuan i Junnan, z dala od wielkich ośrodków miejskich, na dalekich peryferiach chińskiej cywilizacji, żyje niewielkie plemię Na. Mówią jednym z dialektów chińsko-tybetańskich. Ich populację szacuje się na około 40 tysięcy osób. Opisu ich struktury społecznej i obyczajów seksualnych dostarczył nam Cai Hua, antropolog z Uniwestytetu Pekińskiego. W Europie jego książka o ludzie Na ukazała się w przekładzie na francuski w 1997. W 2008 wydawnictwo amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology opublikowało przekład angielski.

Na są społeczeństwem matrylinearnym. W antropologii oznacza to, że pokrewieństwo, genealogię i przynależność do rodziny, rodu czy klanu określa się po matce, matce matki i tak dalej – mówiąc po naszemu, „po kądzieli”. Antropologów nic takiego nie dziwi, społeczeństw matrylinearnych opisano wiele. Na różnią się od pozostałych tym, że w ogóle nie uznają pokrewieństwa „po mieczu”, a słowa mąż i ojciec najzwyczajniej nie istnieją w ich języku, bo nie występują w ich życiu odpowiadające im role społeczne. Podobnie zresztą jak instytucja małżeństwa, za wyjątkiem rodzin o statusie lokalnej „arystokracji”, które pośredniczyły w kontaktach między lokalną społecznością a kiedyś Chinami cesarskimi, teraz z Chińską Republiką Ludową; pod presją tych kontaktów przyjęły one pochodzące z zewnątrz zwyczaje małżeńskie. Podobno władze w Pekinie usiłują w ostatnich dekadach wypromować wśród Na zwyczaje małżeńskie przyjęte ogólnie w Chinach, widząc w nich przejaw cywilizacji i postępu, pojęć, do których nominalnie wciąż socjalistyczne państwo jest mocno przywiązane.

Tradycyjnie jednak Na żyją w gospodarstwach domowych, na czele których stoi kobieta, zwykle najstarsza. Władzę dzieli ze swoim najstarszym bratem, który reprezentuje domostwo wyłącznie w kontaktach z innymi klanami i w ogóle światem zewnętrznym. Wewnątrz głową domu, jego „matką”, jest wyłącznie ta kobieta. Pozostali mieszkańcy gospodarstwa to w normalnej sytuacji jej córki i synowie, oraz dzieci jej córek. W całym domu żadna z kobiet nie ma męża, żadna z osób, dzieci i dorosłych, nie ma też formalnie uznanego ojca. Synowie „matki domu”, bracia jej córek, pozostają niemal na zawsze w tym domostwie, żyjąc z matką, siostrami i dziećmi swoich sióstr. Pochodzący od wspólnej matki czy babki Na mówią o sobie, że są „z tej samej kości”.

Cai Hua Na

Kilkaset lat temu Na przyjęli buddyzm – ale w eklektyczny sposób, to jest nie rozstając się ze swoimi starszymi wierzeniami w duchy przodków i lokalne bóstwa. Do dzisiaj wierzą, że kobieta rodzi się nosząc już w sobie zalążki płodów, które w przyszłości się w niej rozwiną i staną się jej dziećmi. Te zalążki znalazły się w jej ciele za sprawą bogini Abaogdu. Na nie uznają żadnego substancjalnego wkładu mężczyzny w poczęcie dziecka, w jego biologiczną materię, która jest dziełem wyłącznie matki i Abaogdu. Mężczyzna jest tylko „katalizatorem”, który przyspiesza jego wzrost, niczym deszcz, który pomaga roślinie wzrastać, ale jej nie tworzy. Dlatego spermę Na nazywają słowem, które można by przetłumaczyć jako „wodę z penisa”. Żeby kobieta miała dzieci, musi mieć kontakty seksualne z mężczyznami, ale tylko po to, żeby oni niejako „podlewali” płód, który już w niej czeka. Są więc Na pod tym względem przeciwieństwem Baruya, o których pisałem tydzień temu, bo Baruya uważali, że kobieta jest tylko „naczyniem”, czymś w rodzaju inkubatora, w którym rozwija się dziecko stworzone całkowicie ze spermy mężczyzny.

W domostwach Na obowiązuje bezwzględny zakaz stosunków seksualnych między domownikami, będący jednocześnie zakazem kazirodztwa, bo tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy do domu wprowadził się ktoś z zewnątrz, taki stosunek nie byłby kazirodztwem. Zakazane jest jednak nawet poruszanie w świetle dnia tematów dotyczących stosunków seksualnych. Naruszenie tego zakazu może być ukarane kilkudniowym wykluczeniem z domostwa. W przypadku naruszenia zakazu kazirodztwa sprawcy zostaliby zaryglowani w jamie i skazani w niej na śmierć z głodu.

W innych aspektach kulturę seksualną Na charakteryzuje natomiast daleko posunięty permisywizm. Wszystko dlatego, że Na potrzebują, by poszczególne domostwa i lineaże wymieniały się spermą, żeby podtrzymywana była jej cyrkulacja pomiędzy rodzinami.

Pod osłoną nocy siostry przyjmują kochanków wymykających się do nich z innych domów. Bracia wymykają się z własnego domu i przesmykują do innych. Spotkania zwykle są umówione i uzgodnione za dnia. Stają się oni kochankami, açia. Zarówno kobiety jak i mężczyźni mogą być jednocześnie w kilku relacjach açia – mężczyzna odwiedza wtedy różnych nocy różne kobiety, a kobieta przyjmuje różnych mężczyzn. Kierunek jest zawsze taki – mężczyźni odwiedzają kobiety, nigdy na odwrót. Mężczyźni cyrkulują więc pomiędzy grupami kobiet. Ta cyrkulacja podtrzymuje u Na istnienie społeczeństwa, umożliwia jego biologiczną reprodukcję.

Ludzie jednak czasem przypadają sobie do gustu i przywiązują się do siebie znacznie bardziej. W takich sytuacjach ich związek może przekształcić się w jawny i długotrwały. Mężczyzna i kobieta wymieniają się symbolicznie pasami, dając otoczeniu do zrozumienia, że pragną, aby ich związek stał się widoczny dla wszystkich. Kobieta rozmawia z „matką domu”, informując ją, że jest mężczyzna, z którym chce nawiązać długotrwały związek. Mężczyzna ów jest wówczas zapraszany na ceremonialny posiłek organizowany w domu jego kochanki. Z posiłku wykluczeni zostaną wszyscy żyjący pod tym dachem mężczyźni, będą na nim same kobiety i wspomniany wybranek jednej z nich wraz ze swoim „posłańcem”. Kochanek w trakcie tego posiłku wyraża oficjalnie swoją prośbę i ofiarowuje swojej kochance prezenty. Jeśli prośba zostanie przyjęta, zostaje na noc do rana i od tamtej pory otoczenie uznaje, że między tymi dwojgiem istnieje relacja seksualnego przywileju, który powinien być uszanowany także przez innych.

Niemniej jednak nie jest to małżeństwo. Związek może zostać zerwany w każdej chwili przez każdą ze stron, kochanek wciąż odwiedza swoją kochankę, tylko na noc, nie wprowadza się do niej, ani ona do niego, nikt nie postrzega ich dzieci jako jego dzieci (pozostają one wyłącznie jej dziećmi, dziećmi jej rodziny). Nie powstaje też żadna, wynikająca normalnie z instytucji małżeństwa, więź między obydwiema grupami krewniaczymi, tą, z której pochodzi mężczyzna, i tą, do której należy kobieta – nikt nie staje się dla nikogo szwagrem, zięciem, teściową ani synową.

Tylko w wyjątkowych sytuacjach ktoś się do kogoś przeprowadza i spędzają odtąd razem nie tylko noce, ale po prostu cały czas. Wtedy ich związek przekształca się po raz kolejny, tym razem w relację stałego wspólnego zamieszkiwania. Zwykle nie jest to jednak motywowane samymi tylko pragnieniami i uczuciami obydwu stron, ale obiektywnymi okolicznościami. Kobieta przeprowadzi się do mężczyzny, z którym jest w stałym związku, tylko wówczas, jeśli w jego domostwie nie została już żadna kobieta – matka, siostra, ciotka – ostali się tam już sami mężczyźni. Wówczas to ta dołączająca do nich kobieta zostanie głową domu. Mężczyzna może się wprowadzić do domu swojej kochanki, jeśli obydwie rodziny wyrażą zgodę, ale będzie tam zawsze wykluczony z dostępu do pewnych rytualnych funkcji czy prawa do reprezentowania domostwa w kontaktach ze światem zewnętrznym. Dla wszystkich dzieci w domu będzie wujkiem – jakby był jednym z braci jej matki. Nie będzie mógł traktować własnych z nią dzieci w jakikolwiek wyróżniający je spośród innych dzieci w domu sposób.

Przykład Na, odizolowanego górskiego społeczeństwa, pozwala nam podstawnie domniemywać, że funkcja ojca nie istniała w ludzkich społeczeństwach od zawsze. Że odkrycie związku między stosunkiem seksualnym a zapłodnieniem, a więc także roli mężczyzny i kobiety w zapłodnieniu i zapoczątkowaniu nowego ludzkiego życia, mogło naszym przodkom zająć dziesiątki, nawet setki tysięcy lat (najnowsze odkrycia dokonane w Maroku wskazują, że istniejemy jako gatunek jakieś 300 tysięcy lat). Biorąc pod uwagę, jak długi okres czasu dzieli u człowieka poczęcie od narodzin, a nawet od samych pierwszych widocznych objawów ciąży, społeczne zrozumienie dokładnych związków przyczynowo-skutkowych w warunkach pozbawionych wiedzy naukowej było dla naszych praprzodków wielkim i wcale nieoczywistym zadaniem. Samce naszych najbliższych krewnych w świecie zwierząt, szympansów (98% genów identycznych z nami), nie mają świadomości, że któreś z młodych w stadzie są „ich”, nie rozpoznają ich jako własne. Bawią się z młodymi bez względu na to, którego z nich są potomstwem, bardziej dlatego, że zyskuje im to względy ich matek. Rodzina rozumiana jako ojciec, matka i ich dzieci, sprzedawana dziś przez konserwatystów jako „naturalna”, nie jest wcale wytworem natury, wytworzyła ją dopiero kultura, w toku bardzo długiego procesu.

Jarosław Pietrzak

Tekst w wersji nieco skróconej ukazał się w Tygodniku Faktycznie (nr 26/2017). Redakcja postanowiła użyć innej nazwy opisywanego ludu, Mosuo, ja jednak wolę trzymać się tej stosowanej przez Cai Hua.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ilustracja nad tekstem: Wang Hui, Kwitnące brzoskwinie i łódka rybacka (fragment).

 

Reklamy

Domy mężczyzn

Maurice Godelier uważany jest dzisiaj za największego żyjącego francuskiego antropologa. Jego wielka książka o metamorfozach struktur pokrewieństwa, Métamorphoses de la parenté, wydana w 2004, sprawiła, że urodzony w 1934 badacz niejako zdetronizował w tym temacie autora poprzedniej branżowej „Biblii” w tym temacie, Claude’a Lévi-Straussa. Był zresztą jego uczniem. Występował zawsze z mocno materialistycznych pozycji, nigdy nie przestał odwoływać się do tradycji podpisującej się pod dorobkiem Karola Marksa, niektóre jego książki należą do klasyki antropologii marksistowskiej.

Godelier rozpoczynał swoją antropologiczną karierę, badając w latach 60. XX wieku żyjące w Papui Nowej Gwinei plemię Baruya. Żył z nimi w ich wioskach, obserwował i analizował ich gospodarkę i strukturę społeczną. Napisał o nich cały szereg prac opublikowanych w specjalistycznych periodykach. Jednym z bardziej zdumiewających rysów tego społeczeństwa, które się jego oczom wyłoniły, była sprecyzowana i paradoksalna rola, jaką praktyki homoseksualne pełniły wśród Baruya w procesie społecznego stawania się mężczyzną.

Kobiety i mężczyźni

System społeczny tego plemienia opierał się na bardzo ścisłym rozdziale płci i dominacji mężczyzn nad kobietami – ale dominacji sprawiającej wrażenie chwiejnej, kruchej, tak jakby powstałej po dopiero co wygranej wojnie między płciami, w której pozycja zwycięskich mężczyzn wciąż może być w każdej chwili wywrócona, a w każdym razie mężczyźni wydawali się bardzo tego obawiać.

W niektórych wioskach istniał system równoległych dróg, z których ta umieszczona wyżej była przeznaczona dla mężczyzn, a biegnąca niżej – dla kobiet. Gdy drogi nie były odseparowane, kobiety mijające mężczyzn musiały wykonywać zrytualizowany gest osłaniania się przed ich spojrzeniem.

Nad wioską dominował zwykle wznoszony na kilka lat, słabo wewnątrz oświetlony, „dom mężczyzn”. Kobiety obowiązywał absolutny zakaz zbliżania się w jego okolice. Każdy chłopiec w wieku dziewięciu lub dziesięciu lat był odbierany rodzinie, odrywany od świata kobiet, które go dotychczas wychowywały. Trafiał stamtąd do owego domu mężczyzn, gdzie miał przejść liczony na wiele lat – około dziesięciu-dwunastu – proces stawania się mężczyzną, od tamtej pory wyłącznie pod opieką innych młodych mężczyzn, czasem z udziałem starszych mężczyzn przeprowadzających chłopców przez kolejne stadia inicjacji w zrytualizowanych uroczystościach.

W toku tego trwającego ponad dekadę procesu chłopcy dowiadywali się wielu rzeczy, które mężczyźni utrzymywali w tajemnicy przed kobietami. Że dziwne zwierzęcopodobne dźwięki, o których dzieci i kobiety myślą z przerażeniem, że pochodzą od złych duchów żyjących w lasach, są tak naprawdę wytwarzane w ukryciu przez mężczyzn. Dowiadywali się, że wytwarzanie szczególnie przez Baruya cenionych fletów i innych obiektów, nawet potrzebnych męskim rzemiosłom łowiectwa i wojny łuków, a także opartych na soli pieniędzy, były umiejętnościami, które mężczyźni wykradli w przeszłości ich prawdziwym wynalazczyniom, kobietom. Odebrali im także pamięć o tej kradzieży – chłopcy uczyli się, że nie mogą nigdy tej tajemnicy wyjawić kobietom, nie mogą im przypomnieć, że to one stworzyły te wynalazki, obecnie pod kontrolą mężczyzn.

Kultura Baruya przesiąknięta była strachem przed kobiecością, przed organami seksualnymi kobiety jako tej sile, która może mężczyznę pozbawić męskości, może nawet zaburzyć równowagę świata.

Mężczyźni wierzyli, że kobieta – która rodziła z dala od widoku mężczyzn, w specjalnie odosobnionej chacie – mogła zabić ich dziecko, gdyby okazało się chłopcem, tylko dlatego, żeby pozbawić ich syna, kontynuatora ich własnej męskości. To oskarżenie padało nieraz w przypadkach naturalnej śmierci noworodków w rzeczywistości nieznającej zdobyczy nowoczesnej medycyny. Badania Godeliera potwierdziły, że kobiety Baruya w pewnych bardzo dramatycznych przypadkach faktycznie zabijały swoje nowonarodzone dzieci i w rozumieniu Baruya dysponowały w zasadzie takim prawem. Ich motywacje były jednak zgoła inne niż te, które przypisywali im mężowie obawiający się żon-synobójczyń. W przypadkach, które Godelier udokumentował, kobiety zabiły swoje noworodki albo dlatego, że miały już zbyt dużo dzieci, żeby zapewnić materialne przetrwanie ich rosnącej liczbie, albo dlatego, że ich mąż był tak brutalny w stosunku do niej i dzieci, które już z nim wychowywała, że wolały śmierć kolejnego dziecka zanim uzyska świadomość niż skazanie go na takie samo cierpienie. Bo mężczyźni Baruya wychowywani byli do tego, by traktować swoje żony – w przeciwieństwie do matek i sióstr – brutalnie, przy użyciu przemocy. Okazywanie fizycznej i emocjonalnej bliskości żonie czy małym dzieciom przy świadkach groziło utratą twarzy (zaczęło się to jednak dynamicznie zmieniać począwszy w latach 70. i 80. XX wieku).

Mężczyźni i mężczyźni

Przez ponad dekadę przeżytą głównie w murach domu mężczyzn i w towarzystwie przede wszystkim innych tego domu mieszkańców chłopcy byli odizolowani od kontaktu z kobietami. Obowiązywał ich ścisły zakaz kontaktów seksualnych – ale tylko tych z kobietami. Bo jednocześnie obowiązywał ich bezwzględny przymus uczestnictwa w zrytualizowanych oralnych stosunkach homoseksualnych wewnątrz domu mężczyzn, pomiędzy jego mieszkańcami.

Baruya wierzyli, że chłopiec staje się prawdziwym mężczyzną spijając spermę innych mężczyzn nieskażonych jeszcze w swojej męskości kontaktem seksualnym z kobietą, który według nich stanowił zagrożenie dla męskości. Chłopcy i młodzi mężczyźni w domu mężczyzn podzieleni byli na cztery kategorie, odpowiadające stadiom inicjacji do roli pełnoprawnego mężczyzny. Najmłodsi, należący do pierwszej i drugiej kategorii, połykali spermę starszych, należących do trzeciej i czwartej, aż sami weszli do grupy trzeciej, kiedy mieli przyjąć rolę odwrotną i sobie znaleźć chłopca w młodszej kategorii, który miał odtąd spijać ich spermę. Te relacje między chłopcami i młodymi mężczyznami mogły przybierać kształt czułych więzi emocjonalnych, ale były obowiązkowe, żeby stać się mężczyzną. Chłopiec, który chciałby się od nich wykręcić, byłby zmuszony przemocą, mógłby nawet zostać zabity.

Młody mężczyzna opuszczał dom mężczyzn w wieku około dwudziestu – dwudziestu dwóch lat. Po to, żeby się ożenić, z dziewczyną dogadaną zwykle przez krewnych, w procesie wymiany, w którym najczęściej jego siostrę obiecano bratu jego przyszłej żony.

Kiedy mężczyźni w osadzie pomogli mu już postawić dom (zwykle w jeden dzień), młody Baruya wprowadzał się do niego ze swoją przyszłą żoną. Formalnie przez pierwszych kilka tygodni (czas potrzebny na naturalne wyczernienie ścian sadzą) obowiązywał ich zakaz kopulacji, ale jego nowa małżonka miała w tym okresie połykać jego spermę, czyli mieli uprawiać stosunki oralne. Baruya wierzyli, że spijając spermę swojego mężczyzny, kobieta zyskuje zdolność wytwarzania mleka dla ich przyszłych dzieci, choć zdaniem Godeliera wśród samych kobiet istniał też nurt silnej opozycji wobec tego wyjaśnienia, jakby część kobiet stanowczo broniła własnego, pochodzącego z samych właściwości kobiet, charakteru zdolności matki do żywienia swoich niemowląt.

Od tego momentu – od momentu pierwszego oralnego stosunku ze swoją nową żoną – młodego mężczyznę obowiązywał jednak bezwzględny zakaz stosunków seksualnych z mężczyznami, praktyki z domu mężczyzn na zawsze miały tam i tylko tam pozostać. Miały też na zawsze pozostać utrzymane w tajemnicy przed kobietami.

Wszyscy jesteśmy biseksualni?

Kiedy jego monumentalne Metamorfozy pokrewieństwa ukazały się po raz pierwszy po angielsku, w 2011, Godelier powiedział w jakiejś radiowej audycji, że w gruncie rzeczy, jako gatunek, na poziomie biologicznym, jesteśmy wszyscy po prostu biseksualni. Miał na myśli to, że potencjalnie jesteśmy, choć z różną siłą odczuwamy erotyczne pragnienia w stosunku do osób własnej i przeciwnej płci. Że to dopiero kultura i jej złożone symboliczne szarady, łączące różne elementy w strukturalne powiązania, dopowiadają dotykalną treść i prawdziwe ciało naszemu pragnieniu seksualnemu i naszym sposobom jego realizowania. Każą nam jedne realizować, z jednych być dumnymi, inne wypierać, chować po szafach i zwalczać, dopóki nie staną się tak silne, że nic się już z tym nie da zrobić, oprócz obrócenia ich w tożsamość (np. tożsamość gejowską), a jeszcze inne ukrywać pod zamaskowaną postacią złożonych rytuałów. Ile rytuałów sportowych zostało wymyślonych po to, żeby mężczyźni pragnący zachować swój status „prawdziwych mężczyzn”, mogli jednak czasem podotykać i poocierać się o innych mężczyzn!

Dopiero konfrontacje z kulturami tak odmiennymi jak Baruya uzmysławiają nam czasem pewne rzeczy.

Zachód na długo połączył pragnienie homoseksualne z „brakiem męskości”, jej deficytem, z byciem „nie-mężczyzną”, żeby uzasadnić strukturę męskiej dominacji i zbudować nad nią całą swoją wielką katedrę symboli. Baruya połączyli dziwną kombinację przymusu i zakazu homoseksualizmu (odpowiednio: w domu mężczyzn i po wyjściu z niego), jako ich własną nadbudowę struktury dominacji mężczyzn nad kobietami.

Fakt, że obydwie sytuacje były historycznie możliwe (tak jak było wiele innych kombinacji między tymi i innymi czynnikami), świadczy w pewnym sensie o tym, że te wszystkie kombinacje są na swój sposób przypadkowe, nawet te, które odniosły sukces w najbardziej zwycięskich kręgach cywilizacyjnych. Zbiły je z sobą nawzajem długofalowe historyczne zbiegi okoliczności.

Ale ostatecznie – teraz, kiedy już to wiemy – wynika z tego coś politycznie niezwykle obiecującego.

Możemy je wszystkie zdekonstruować, rozbić, skompromitować, obnażając ich własne wewnętrzne sprzeczności – po to, by wymyślić struktury nowe, by wszystko przetasować. Po co nam uzasadnienia wyższości jednych ludzi nad drugimi, czy to ze względu na płeć ich własną czy płeć przedmiotu ich pożądania? Długofalowo wszyscy na tym tracą, i ten chłopiec, który nigdy nie pragnął żadnego ze swoich starszych kolegów w domu mężczyzn, i ten, który pragnął któregoś wciąż po wyjściu stamtąd. Nie wspominając o ich żonach i dzieciach, które tak często musiały się ich bać.

Możemy te struktury wymyślić na nowo. Męskość, kobiecość, relacje między nimi, relacje między nimi a pragnieniem hetero- i homoseksualnym. Ich kombinacje były już tak dziwne, że możemy sobie społecznie wypracować lepsze, tym razem oparte na równości ich wszystkich, albo na tym, że jakiekolwiek różnice między nimi najzwyczajniej nie mają znaczenia.

Jarosław Pietrzak

Tekst (w skróconej wersji) ukazał się 22 czerwca w Tygodniku Faktycznie (nr 25/2017).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Joseph Mannah

Garść tłumaczeń

Mam na sumieniu kilka tłumaczeń, do których czuję się przywiązany, wrzucę je więc tutaj zebrane w postaci linków:

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: akwedukt w Segovii.

Barcelona. Trzy miniatury

Miniatura 1. Lokalna przychodnia

Barcelona jest jak film Almodóvara.

Kiedy już uzyskałem NIE (hiszpański numer identyfikacyjny dla cudzoziemców), podpisałem kontrakt, zarejestrowałem się w tutejszym systemie ubezpieczenia społecznego, zacząłem pracę i załatwiłem (przy ogromnej pomocy Dmitrija, który na szczęście dobrze znał cały proces) empadronamiento (tutejszy odpowiednik zameldowania), przyszła kolej na zapisanie się w lokalnej przychodni. W taki sposób człowiek zostaje tu wciągnięty na listę systemu ochrony zdrowia. W Hiszpanii, w przeciwieństwie do np. Wielkiej Brytanii, jest to konieczne nawet w razie dwudniowego przeziębienia, trzeba do pracy dostarczyć papier z przychodni, bez niego nieobecność będzie nieusprawiedliwiona.

No więc znalazłem moją przychodnię CatSalut (katalońska publiczna służba zdrowia), dotarłem na piętro (drugie), na którym się taka rejestracja w tej konkretnej przychodni odbywa. Pobrałem numerek, bo w Hiszpanii prawie wszędzie pobiera się numerek, żeby stanąć lub usiąść w kolejce i czekać na wezwanie. No i zostałem w końcu wezwany.

Kobieta, która mnie wezwała, była niczym Agrado z Wszystko o mojej matce. Miała podobny głos, podobne włosy, tylko dłuższe, zachowywała się podobnie i mówiła z takimi samymi manieryzmami. W pewnym momencie zorientowała się, że rozumiem co najwyżej połowę z tego, co mówi, więc zapytała, czy rozumiem i czy mówię po hiszpańsku. Ja na to, że tylko trochę. Ale się uczę! – dodałem szybko, kładąc na blacie tom wybranych poezji Lorki w wydaniu oksfordzkim, w którym każdy wiersz jest w oryginale (po lewej) i w angielskim przekładzie (po prawej), co jej niezwłocznie pokazałem. Z Lorką to będzie trudne, odpowiedziała, muy difícil, podkreśliła jeszcze, robiąc jedną z tych min jak Agrado.

„Agrado” obejrzała się w lewo, na krześle obok siedział jej kolega. Zapytała go, który z lekarzy mówi po angielsku, żebym się mógł dogadać bez problemu. Jej kolega odpowiedział jakimś nazwiskiem, ale nie wyglądał na szczególnie przekonanego, więc „Agrado” złapała za telefon i zadzwoniła do tego lekarza albo lekarki, czy może mu albo jej przypisać takiego nowego cudzoziemca. „Agrado” przez chwilę słuchała odpowiedzi płynącej ze słuchawki, wyglądało mi na to, że lekarz bądź lekarka się wzbrania trochę, niepewny bądź niepewna swojego angielskiego, bo „Agrado” wyprostowała się nagle, żeby zainterweniować: Ale on się uczy! Z Lorką!

Po chwili się rozłączyła. Miałem więc już lekarza. Skserowała mój paszport, moje empadronamiento, mój NIE, wydrukowała, co tam trzeba z CatSalut, dała mi tymczasową kartę, ta właściwa dotrze w przeciągu trzech miesięcy. Na koniec wskazała palcem mojego Lorkę, znowu zrobiła jedną z tych min Agrado – Ale musisz się naprawdę uczyć, dużo, ciężko – mucho, duro.

 

Miniatura 2. Siłownia imienia Joana Miró.

Barcelona to jest chyba jedyne miasto na świecie, które nazwałoby siłownię imieniem artysty wizualnego. Mieszkam nieopodal Plaça d’Espanya (to po katalońsku, po hiszpańsku Plaza de España). I chyba dlatego, że nie tak daleko, po drugiej stronie MNAC (Narodowego Muzeum Sztuki Katalońskiej) jest muzeum Joana Miró, a jeszcze bliżej park imienia tegoż, lokalny „klub sportowy”, całkiem imponujący (tylko hiszpańskim zwyczajem jest jak na mój gust i potrzeby za mało ciężarów i przestrzeni na nie, na korzyść zajęć grupowych, ale mniejsza o to) – no więc nazwali ten klub Centre Esportiu Joan Miró. Logo „zrobione” jest z lekko gryzmołowantej, roztrzęsionej sygnatury Miró.

Barcelona nie potrzebuje swojego „gejowskiego dystryktu”, czegoś w rodzaju londyńskiego Soho. Całe miasto jest jak jedno wielkie Soho. Mój małżonek dołączył tu do mnie niedawno, zjechał z Londynu, i poszliśmy go zapisać na tę siłkę.

Dziewczyna w recepcji: Rozumiem, że jesteście parą.

Tu należy się pauza – żeby docenić powagę sytuacji. To nawet nie było właściwie pytanie, to była konstatacja.

W Barcelonie to jest normalna rozmowa nieznających się lub znających się powierzchownie osób w miejscu publicznym. Dwóch facetów, jeden biały, drugi czarny, przyszło razem się zapisać na siłownię, więc o co innego może chodzić, rozumiem, że jesteście parą.

Tak, jesteśmy, my na to. Chodziło o to, że po tym promocyjnym okresie, z którego skorzystaliśmy, żeby uniknąć „zapisowego”, możemy zaoszczędzić parę euro, korzystając potem z karnetu rodzinnego.

 

Miniatura 3. Praca, czyli dom wariatów

Niby pracuję tu w międzynarodowej niemieckiej korporacji (jak wiemy od Samira Amina, międzynarodowe korporacje mają zawsze mimo wszystko jakąś „narodowość”), ale moje biuro to dom wariatów. Też jakby z Almodóvara.

Dwa tygodnie temu poszliśmy na poranną przerwę, na drugie śniadanie. Ja, Włoch Teo i Baskijka Nekane. Teo ciągle opowiada o różnych gejowskich imprezach, na które chodzi, a jak nie, to o swoich chłopakach. Prawie wszyscy byli z Europy Wschodniej, twierdzi, że to dlatego, że są spokojni.

Ja: Faceci z Europy Wschodniej są spokojni?

Teo: No, wiesz, ja tu porównuję do Latynosów, facetów z Europy Południowej. W porównaniu z nimi – tak. Z Latynosem to bym nie wytrzymał, sam jestem z Włoch, to już by było za dużo.

Więc siedzieliśmy na tym drugim śniadaniu, Nekane zapytała mnie, z kim mieszkam, ja na to, że mój mąż właśnie przyjechał, mieszkamy z takim znajomym z Londynu, Rosjaninem Dmitrim.

Teo (westchnął, jak usłyszał o tym mężu): Ja to nigdy nie będę miał męża. (Westchnął jeszcze raz) Może to moja wina, może to ja tak naprawdę nigdy żadnego nie chciałem.

Jest faktem, że trudno sobie wyobrazić, że to on mógłby być systematycznie odrzucany. Teo jest dość nieprzeciętnym mężczyzną, jest hałaśliwy, jest, jak to mówią po angielsku flamboyant, ale jest też cholernie przystojny i spektakularnie muskularny, w doskonałej formie. Przychodzi do pracy w szortach i w podkoszulkach bez rękawów, czasem nawet takich głęboko wciętych, błyskając na wszystkie strony swoimi muskułami i tatuażami.

Niedawno przyjęli dwudziestoparoletniego Niemca, który mówi nawet parę zdań po polsku, bo go jego polscy przyjaciele w rodzinnym mieście w Niemczech nauczyli. Tim ma chłopaka z Algierii, który jednak z powodów wizowych tkwi w Kanadzie. Niedawno miał urodziny i Tim poprosił wszystkich, nie wyłączając mojej intrygującej syryjskiej przełożonej, żeby powiedzieli mu życzenia urodzinowe, każdy w swoim języku, on to nagrywał na telefonie, potem to zlepił wszystko i mu wysłał taki film w prezencie.

Tydzień temu wyszliśmy na przerwę w cztery osoby, staliśmy w słońcu przed naszym biurowcem. Kate, która wspomniała o swojej żonie i zapytała mnie o mojego męża; Tim, który ma chłopaka z Algierii; i Romain, który, cały czas się wygłupia, że ma na Tima ochotę, choć wcale nie jest homo i zaczęło się od tego, że poczuł się zagrożony – do czasu przyjęcia Tima Romain był jedynym w biurze mężczyzną z (blond) kucykiem; kiedy Tim przyszedł pierwszego dnia, z bez porównania dłuższymi blond włosami, do połowy pleców, Romain rozglądał się na wszystkie strony i z paniką w oczach rzucał każdemu nerwowe: Cholera, mam konkurencję, mam konkurencję.

Romain siedzi za moimi plecami, obok Williama, z którym całymi dniami popychają po francusku (William jest Belgiem francophone) jakieś zupełnie rozkojarzone pierdoły, ale w tak zabawny sposób, że kilka razy dziennie zwijam się ze śmiechu. Kilka dni temu Romain coś do mnie mówił i nagle spojrzał na moje łydki, bo miałem na sobie szorty. Złapał mnie nagle za muskuł.

Romain: Rany boskie, jakie ty masz łydki, jak moje uda!

Nekane siedzi obok, właśnie dzwoniła do Meksyku, niestety linia często jest nienajlepsza, więc zaczęła go uciszać.

Romain: Jesteś po prostu zazdrosna, bo ja go dotykam a ty nie możesz!

Któregoś dnia Gökce, Turczynka z Holandii, rozmawiała z Williamem i kilkoma osobami, które były akurat w okolicy. Dopiero po chwili zacząłem zwracać uwagę, więc nie kojarzę od czego się zaczęło, ale –

Gökce: Wiesz, jeżeli masz na koncie chociaż tysiąc euro, to już samo to plasuje cię w bogatszej części ludzkości.

William: Chcesz zobaczyć moje konto? Jego saldo się wyraża w liczbach ujemnych!

Gökce (po chwili, lekko zbita z tropu; jest nowa, jeszcze nie załapała, że William i Romain to dwa pajace, których nigdy nie należy traktować poważnie): To co zamierzasz z tym zrobić? Jak zamierzasz to spłacić?

William: No nie wiem właśnie. Zastanawiam się, handel narkotykami albo może prostytucja?

Tim (ożywił się nagle i odgarnął swą blond grzywę na bok): O co chodzi? O czym oni tam gadają?

Ja: William się zastanawia, jak spłacić swój debet, waha się między handlem narkotykami a prostytucją.

Tim (wyrzucając swoje muskularne ramiona w górę i błyskając wielkim pierścionkiem na środkowym palcu lewej dłoni): Prostytucja! Prostytucja!

William: O, proszę, już mam pierwszego klienta!

Tim (do Isabel, Meksykanki): No co ja poradzę, William jest taki ładny, podoba mi się.

William jest przystojny w zupełnie inny sposób niż Teo – Teo wkłada w to mnóstwo pracy, poczynając od dwunastu godzin spędzanych tygodniowo na siłowni, William natomiast jest czarujący jakby od niechcenia i przy okazji. Z nowozapuszczoną (mówi, że z lenistwa, bo golić mu się nie chce) brodą wygląda na poważnego człowieka, którym nie jest. Kiedy mu się nudzi, albo nie chce mu się pracować, zabawia się oglądaniem wideo tego dzieciaka, co przekonuje Amerykanów do komunizmu, albo imitowaniem japońskiego akcentu – brzmi wtedy jak Toshiro Mifune w filmie Akiry Kurosawy. Kiedyś Nekane coś mi tłumaczyła, William przechodził akurat obok i połaskotał mnie pieszczotliwie za uchem – o ile mi wiadomo, nie jest homo, chciał tylko zobaczyć, jak zareaguję (What just happened??) i wybuchnął śmiechem.

Ale dzisiaj wyrzucili Williama z pracy. Wyszedł w południe, nie mówiąc nikomu ani słowa.

 

Na zdjęciu detal z muzeum Fundacji Joana Miró.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Manifest Partii Pracy

Na tydzień przed oficjalnym ogłoszeniem do mediów wyciekł tekst Manifestu wyborczego Partii Pracy pod przewodnictwem Jeremy’ego Corbyna. Ponieważ tekst, zatytułowany For the many not the few (Dla wszystkich, nie dla nielicznych) wyciekł do prawicowego „The Telegraph” i od dawna jawnie anty-Corbynowskiej BBC, wyciek jest być może kolejnym epizodem „wojny domowej” w szeregach Labour Party, kolejną świnią podłożoną Corbynowi przez blairystowskie skrzydło partii. Uważa się, że głównym autorem 43-stronicowego dokumentu jest Seumas Milne, były publicysta m. in. „The Guardian”, odpowiedzialny w sztabie Corbyna za komunikację.

O ile sam wyciek przed oficjalnym ogłoszeniem ostatecznego kształtu dokumentu jest dla partii wizerunkowym obciachem, a „The Telegraph” opatrzył swoje rewelacje złowrogimi komentarzami o tym, że Corbyn „zabierze kraj z powrotem do lat 70.”, to już sam tekst Manifestu bynajmniej nie musi zaszkodzić Labour. Właśnie dlatego jest przedmiotem takiego ataku, że jeśli zostanie przez Brytyjczyków uważnie przeczytany, może znacząco podnieść szanse Labour w wyborach.

Autorzy tekstu wyszli z założenia, że jak długo na czele Labour stoi socjalista z prawdziwego zdarzenia, wielkie korporacyjne media będą jej nieprzychylne i nic tego nie zmieni, dlatego w zasadzie zrezygnowali z prób przypodobania się im, stawiając raczej na mocny przekaz, który będzie szukał społecznego poparcia z dala od mediów głównego nurtu, za to np. za pośrednictwem mediów społecznościowych, które są prawdziwą przestrzenią komunikacji zwolenników Corbyna.

Partia zamierza zrenacjonalizować nie tylko koleje – o tym Corbyn mówił od dawna – ale także pocztę (Royal Mail, sprywatyzowaną przez rząd Davida Camerona) i sektor energetyczny. Choć w Polsce brzmi to jak bluźnierstwo, są to plany niezwykle popularne wśród Brytyjczyków. Prywatyzacja kolei uczyniła transport kolejowy w Wielkiej Brytanii najdroższym i jednym z najgorzej zorganizowanych w Europie.

Manifest obiecuje spektakularne zwiększenie inwestycyjnej roli państwa w gospodarce (250 miliardów funtów przez dziesięć lat), stworzenie banków inwestycyjnych na poziomie narodowym i regionalnym, które mają interweniować tam, gdzie banki komercyjne zawodzą i odpowiedzieć na potrzeby obszarów kraju od dziesięcioleci niedoinwestowanych. Labour zamierza przeprowadzić wielkie inwestycje infrastrukturalne, między innymi w poprawę infrastruktury internetowej, wyjątkowo kiepskiej w porównaniu z innymi gospodarkami na podobnym poziomie uprzemysłowienia. Labour obiecuje też, że do roku 2030 60% energii będzie pochodziło w Wielkiej Brytanii ze źródeł odnawialnych, planując wielką ekologiczną transformację tego sektora.

Ma też zamiar przeznaczyć 3% PKB na badania naukowe i rozwój, a także docelowo zmienić strukturę zatrudnienia, zwiększając udział miejsc pracy o charakterze wysoko wykwalifikowanym, tak żeby stanowiły one 60% miejsc pracy. Obecnie względnie niski w porównaniu z innymi krajami europejskimi poziom bezrobocia idzie niestety w parze z masowo pogarszającą się jakością większości miejsc pracy – nie wymagająca wysokich kwalifikacji praca w usługach, coraz gorzej płatna (przeciętne wynagrodzenia od lat spadają, są dziś o prawie 10% niższe niż niecałą dekadę temu, gorszy spadek miał w Europie miejsce tylko w zrujnowanej kryzysem Grecji). Labour obiecuje też znieść opłaty za studia na państwowych uczelniach.

Labour zamierza podnieść podatki dla 5% najlepiej zarabiających i wyposażyć Fiskusa w instrumenty ścigania i ściągania podatków od podmiotów, które usiłują się od tego na różne sposoby wykręcać. Znów inaczej niż w Polsce, gdzie przeciętny Kowalski dał sobie wmówić, że podatki to samo zło i to przez nie nie został jeszcze milionerem, sprawiedliwość podatkowa jest ważnym elementem współczesnej brytyjskiej świadomości politycznej, unikanie podatków jest szeroko potępiane, pragnienie, żeby z tym procederem coś w końcu zrobić – powszechne.

Jeżeli chodzi o stanowisko w sprawie imigracji, Labour deklaruje sprzeciw wobec restrykcji. Nie będzie żadnych „targetów” ograniczania liczby imigrantów. Jest to zwycięstwo linii Diane Abbott, jednej z najbliższych współpracowniczek Corbyna, która podkreślała od dawna, że ograniczanie imigracji zawsze idzie w parze z ograniczeniem mobilności pracowników na miejscu, celem wymuszenia na nich przyjmowania pogarszających się warunków. Jeżeli inni nie mogą przyjechać za pracą do twojego miejsca zamieszkania, szybko okazuje się, że twoje prawo opuszczenia tego miejsca w poszukiwaniu lepszych warunków i perspektyw, jest nieodłączną drugą stroną medalu.

Labour zamierza wprowadzić zasadę, że kontrakty rządowe przysługiwałyby wyłącznie przedsiębiorstwom, w których najwyżej zarabiający otrzymują nie więcej niż dwudziestokrotność najniżej w nich zarabiających (obecnie w wielu firmach w Wielkiej Brytanii stosunek ten wynosi ponad 300:1).

W kwestii Brexitu Partia Pracy obiecuje, że wyprowadzi Wielką Brytanię z Unii Europejskiej tylko pod warunkiem wynegocjowania umowy z Brukselą. Inaczej niż konserwatywna premier Theresa May, która mówi, że wystąpi z Unii nawet, gdy nie wynegocjuje porozumienia, po prostu zrywając wszystkie umowy z Unią.

Brexit jest jednym z przedmiotów wywołujących rozgoryczenie ogromnej części zwolenników Labour Party. Kiedy nowa premier May przyjęła kurs na „twardy Brexit”, wielu zwłaszcza młodych ludzi oczekiwało po Partii Pracy opozycji wobec Brexitu, wskazując m. in. na jego prawdopodobne negatywne konsekwencje dla gospodarki i dla miejsc pracy. Corbyn postanowił jednak przyjąć wynik referendum i sprzeciwiać się jedynie kształtowi Brexitu, jaki chcą mu narzucić Torysi. Dlaczego i czy ma rację? Pospekulujmy na podstawie tego, co wiemy o przekonaniach Corbyna – i jego bliskiego współpracownika Johna McDonnella, odpowiedzianego w gabinecie cieni za gospodarkę.

Po pierwsze, wynik referendum można rozumieć jako przejaw kryzysu legitymizacji współczesnej demokracji liberalnej: ludzie zagłosowali za wystąpieniem, by po raz pierwszy od neoliberalnej transformacji poczuć realny wpływ na zmianę polityki, wyrazić swoje niezadowolenie – i żeby sprawdzić, czy ich głos choć tym razem zostanie wysłuchany. Gdyby teraz odrzucić Brexit, pogłębiłoby to jeszcze bardziej ten kryzys, bo pokazałoby społeczeństwu, że ma prawo głosu tylko wtedy, gdy zagłosuje „właściwie” (po całej serii dotyczących UE referendów zlekceważonych przez europejskie klasy polityczne, gdy ich rezultaty okazywały się „niepożądane”). Byłaby to woda na młyn dla prawicowych populistów grających na takich resentymentach.

Ci, którzy wskazują na katastrofę ekonomiczną, do której doprowadzi Brexit, wydają się zakładać, że jeśli uda się uniknąć Brexitu, uda się uniknąć gospodarczej katastrofy. Tymczasem przed nami jest tylko kryzys, niezależnie od Brexitu. Uniknięcie Brexitu nie unieważni prawa malejącej stopy zysków. Uniknięcie Brexitu odsunie tylko katastrofę o dwa lata, być może zwiększając jej rozmiary, bo dając strukturalnym problemom więcej czasu na nabrzmiewanie. McDonnell wielokrotnie mówił, że jest marksistą i jako marksista wie, w jak poważnym strukturalnym kryzysie akumulacji się obecnie znajdujemy. W takich warunkach tylko przejęcie przez państwo roli aktywnego inwestora i nacjonalizacja kluczowych przemysłów mogą wyprowadzić świat na prostą. Corbyn i McDonnell wiedzą, że w ramach Unii Europejskiej taka polityka napotka poważne przeszkody ze strony instytucji unijnych i postrzegają być może wystąpienie z Unii jako ich jedyną szansę na wyłamanie się z paradygmatu neoliberalnego, trochę na zasadzie, że jeżeli nie teraz, to być może nigdy. Prawdziwe pytanie byłoby raczej o to, czy program wyłożony w Manifeście jest wystarczająco radykalny (nie zawiera nacjonalizacji banków i instytucji finansowych).

Manifest podejmuje też problemy polityki międzynarodowej, stwierdzając m. in., że Labour nie wyśle nigdy wojsk na wojnę, jeśli nie wykorzystane zostały wszystkie dostępne środki dyplomatyczne. Zawiera otwartą krytykę zachodniej polityki zwłaszcza na Bliskim Wschodzie i w Zachodniej Azji oraz deklarację solidarności z aspiracjami Palestyńczyków.

Manifest Labour, w socjaldemokratycznym stylu ambitny, zawiera jasną wizję społeczeństwa bardziej sprawiedliwego i inwestującego we własną przyszłość, w tym w aktywną politykę klimatyczną. Przemawia do aspiracji zwłaszcza młodych ludzi najbardziej ograniczonych w swoich życiowych możliwościach wskutek spustoszenia neoliberalizmem. Będzie bezlitośnie atakowany w prasie, ale ma szanse na zdobycie Labour wyborców. Jeszcze nic nie jest przesądzone – Theresa May rozpisała wybory w momencie, kiedy Partia Konserwatywna miała nad laburzystami 20 punktów procentowych przewagi w sondażach. Ale już zaczęła te punkty tracić. Żeby móc głosować, masowo rejestrują się ludzie młodzi – a to wśród nich Corbyn ma największe poparcie. Jeśli tylko frekwencja wśród tych poniżej 35 roku życia będzie wysoka, ich głosy mogą odegrać decydującą rolę. Jego postulaty i proponowana przez niego polityka cieszą się znacznie szerszym poparciem niż on sam jako polityk. Poza tym Wielka Brytania ma jeden z najbardziej zniekształcających wyniki systemów wyborczych – do większości miejsc w Parlamencie wcale nie potrzeba większości głosów, jest to swego rodzaju loteria.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 15 maja 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

David Hockney: wieś, pożądanie i wille z basenem

portraitofanartistpoolwithtwofigures1971

Portrait of an Artist (Pool with Two Figures) 1972

 

David Hockney (ur. 1937) jest malarzem w Wielkiej Brytanii znanym, szanowanym i cenionym, nawet uwielbianym, na skalę, której się nie domyślałem, zanim się tutaj nie przeniosłem; nazywanie go „największym żyjącym brytyjskim artystą” jest na porządku dziennym. Londyńska Tate Britain celebruje właśnie sześć dekad jego kariery wielką retrospektywą podsumowującą całość jego dorobku (do 29 maja 2017), gromadzącą najbardziej reprezentatywne i najsłynniejsze dzieła od wczesnych do najnowszych.

Mnie Hockney zawsze odpychał swoimi kolorami, plamą, kompozycją, a jego pejzaże (Outpost Drive, Hollywood, 1980; Going Up Garrowby Hill, 2000), tarasy, ogrody i doniczki (Red Pots in the Garden, 2000) doprowadzały mnie czasem do szału. Wystawa w Tate Britain jest świetnie przygotowana, jest ogromna, prac zgromadzonych jest mnóstwo, pozwala przejść się pośród stylów i tematów podejmowanych przez artystę, który w ostatnich latach gustuje w iPadzie jako narzędziu. Mnie jednak umocniła w niechęci. Najszczerzej mi się podobały kolaże fotograficzne, m. in. z polaroidów, w których wielkoformatowe przedstawienia złożone są z setek mniejszych zbliżeń poszczególnych elementów przedstawianej sytuacji (Billy + Audrey Wilder Los Angeles April 1982, 1982).

Hockney, uważany za inicjatora pop artu na Wyspach, stał się z czasem czymś w rodzaju sztandarowego artysty mieszczańskiej Anglii. Jego świat to wygodne salony, w których siedzą z kotem na kolanach zamożni mieszczanie (Mr and Mrs Clark and Percy, 1970-71), wielkie sypialnie z oknem na duży ogród (The Room, Tarzana, 1967), „turystyczna wzniosłość” Wielkiego Kanionu i angielska wieś. Angielska wieś rozumiana jednak nie jako przestrzeń pracy i produkcji (wytwarzania żywności), a miejsce, do którego zamożni mieszczanie uciekają z miasta, jak już się dorobią w City of London. Ten las, te nieprzytomnie barwne łąki, kwiaty, kręte dróżki, mają im ślicznie przesłonić resztę świata, osłonić ich przed widokiem społeczno-ekonomicznego spustoszenia, w jakim ze swojego biura na Canary Wharf brali aktywny udział, zarabiając na swoją wiejską posiadłość.

Nic ze społecznych wstrząsów minionej dekady nie przedostało się na płaszczyznę któregokolwiek z późnych dzieł pozera z Yorkshire, zgrywającego czasem „angielskiego Picassa”. Między innymi dlatego trudno przy głębszej inspekcji jego zainteresowanie iPadem odbierać inaczej niż jako ersatz „kontaktu z rzeczywistością” i „nadążania” za nią.

Mój szczególny opór wywołuje użytek, jaki Hockney zrobił z tematu pragnienia homoerotycznego i własnej nieukrywanej gejowskiej tożsamości, zwłaszcza odkąd zaczął jeździć do i pomieszkiwać w Los Angeles (We Two Boys Clinging Together z 1961 jeszcze takie nie było). Odkąd zagustował w Kalifornii, homoseksualne pragnienie zamieszkuje u Hockneya wille z odkrytymi basenami (Peter Getting Out of Nick’s Pool, 1966; Sunbather, 1966) i automatycznie podlewanymi trawnikami (A Lawn Being Sprinkled, 1967) oraz drogie mieszkania (portrety pisarza Christophera Isherwooda i jego partnera, malarza Dona Bachardy’ego), sąsiaduje z oszklonymi biurowcami, w których swoje korporacyjne kariery rozwijają mieszkańcy takich nieruchomości (Savings and Loan Building, 1967). Podmiot i przedmiot takiego pożądania zawsze są białymi mężczyznami, żadne ciało „kolorowe” nigdy sobie na to nie zasłużyło.

Nienormatywne pragnienie, nienormatywne formy seksualnej ekspresji nie wydają się w malarstwie Hockneya prawem istot ludzkich w ogóle, w ich uniwersalnej i niezbywalnej równości, a raczej przywilejem tych, którzy mogą go sobie kupić; tych, których stać na willę z basenem, tych, którzy pracują w kalifornijskim przemyśle rozrywkowym (w pracach powracają Hollywood, Beverly Hills i Malibu), itd. Motywy homoerotyczne wydają mi się u Hockneya ściemą, atrapą „postępowości” w morzu jego z biegiem lat coraz bardziej zachowawczej i eskapistycznej twórczości; radykalizmem pozorowanym. Jak dla mnie stawką dla Hockneya nie była nigdy równość i równoprawność homoseksualnego pragnienia, a raczej przekucie go w element mechanizmów budowania klasowych dystynkcji i klasowych przywilejów.

Jest symptomatyczne, że partnerem prasowym wystawy w Tate Britain jest konserwatywny „The Telegraph”, przez niechętnych zwany „Torygraphem”.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

W Barcelonie taksówki rozpływają się w deszczu

Dmitry zachęcił mnie, żebym sobie zainstalował aplikację MyTaxi – rano, jak się obudzę, zabukuję sobie taksówkę, żeby dojechać szybko i sprawnie po dokumenty z mojego nowego miejsca pracy do przedstawienia na komisariacie policji, żeby dostać potrzebny cudzoziemcom numer NIE.

W biurowcu miałem się stawić o 9:30.

O ósmej rano okazało się, że zostawiona na całą noc aplikacja się jednak nie ściągnęła poprawnie na mój telefon i ciągle nie działała, więc Dmitry zamówił mi taksówkę ze swojego telefonu. Aplikacja przyjęła i potwierdziła zamówienie. Taksówka miała przyjechać o 9:05.

Dmitry: Dzisiaj pada straszny deszcz, może się okazać, że jednak taksówka nie przyjedzie –

Ja: Jak to, taksówki nie przyjeżdżają, gdy pada deszcz?

Dmitry: No niestety, mnie to już spotkało wiele razy. Więc jakby nie przyjechała –

Ja: A czemu tak się dzieje?

Dmitry: Nie wiem, czy są z papieru te taksówki, czy oni masowo rezygnują z wyjazdu do pracy, jak pada deszcz, czy coś jeszcze innego, nie wiem. Ale tak już jest. No więc, gdyby się tak okazało, że nie przyjedzie, to możesz pobiec pod ten duży hotel niedaleko, przy Plaça d’Espanya, tam zawsze stoją taksówki, bo wiadomo, duży hotel. No jakby tam też nie było, to wsiadaj w metro.

9:00 – aplikacja MyTaxi informuje, że nie udało się jak dotąd skierować do mnie żadnej taksówki, okazało się, że nie ma wolnego kierowcy, nikt nie podjął wciąż zamówienia.

Dmitry: A nie mówiłem? Lepiej się zbieraj i biegnij pod hotel.

Ja: A jak się spóźnię, fuck, czy ja się muszę zawsze spóźnić do nowej pracy?

Dmitry: Jestem pewien, że oni tam zrozumieją, przecież widzą, że pada.

Ja: To znaczy, że to takie oczywiste tutaj, pada deszcz, więc się spóźniłem, spóźniłem się, bo pada deszcz?

Dmitry: Hm… Raczej tak.

Potrząsam głową z niedowierzaniem.

Biegnę pod ten hotel. Nie ma taksówek, tych kilka, które się pojawia, już są zajęte, zabukowane. Pod hotelem, chowając się przed deszczem, czeka już grupa kilku osób, wszyscy w nadziei na taksówkę. Kilka przejeżdża ulicą, ale wszystkie zajęte, nie zatrzymują się. Dziesięć minut, żeby pierwsza osoba złapała jedną. W takim tempie to co najmniej do dziesiątej będę czekał na taksówkę, mam być w biurze o 9:30. Decyduję się na metro. Zbiegając na dół po schodach wybieram numer do A. z działu Human Resources, żeby się wytłumaczyć, że jestem w drodze, niestety zamówiona taksówka nie przyjechała, więc się spóźnię, szukam właściwego połączenia metrem.

A: No tak, z powodu deszczu, wiem, rozumiem, nic nie szkodzi. Czekamy, zapytaj o mnie w recepcji, jak już dojedziesz.

Jestem na Facebooku i Twitterze.