Barcelona. Trzy miniatury

Miniatura 1. Lokalna przychodnia

Barcelona jest jak film Almodóvara.

Kiedy już uzyskałem NIE (hiszpański numer identyfikacyjny dla cudzoziemców), podpisałem kontrakt, zarejestrowałem się w tutejszym systemie ubezpieczenia społecznego, zacząłem pracę i załatwiłem (przy ogromnej pomocy Dmitrija, który na szczęście dobrze znał cały proces) empadronamiento (tutejszy odpowiednik zameldowania), przyszła kolej na zapisanie się w lokalnej przychodni. W taki sposób człowiek zostaje tu wciągnięty na listę systemu ochrony zdrowia. W Hiszpanii, w przeciwieństwie do np. Wielkiej Brytanii, jest to konieczne nawet w razie dwudniowego przeziębienia, trzeba do pracy dostarczyć papier z przychodni, bez niego nieobecność będzie nieusprawiedliwiona.

No więc znalazłem moją przychodnię CatSalut (katalońska publiczna służba zdrowia), dotarłem na piętro (drugie), na którym się taka rejestracja w tej konkretnej przychodni odbywa. Pobrałem numerek, bo w Hiszpanii prawie wszędzie pobiera się numerek, żeby stanąć lub usiąść w kolejce i czekać na wezwanie. No i zostałem w końcu wezwany.

Kobieta, która mnie wezwała, była niczym Agrado z Wszystko o mojej matce. Miała podobny głos, podobne włosy, tylko dłuższe, zachowywała się podobnie i mówiła z takimi samymi manieryzmami. W pewnym momencie zorientowała się, że rozumiem co najwyżej połowę z tego, co mówi, więc zapytała, czy rozumiem i czy mówię po hiszpańsku. Ja na to, że tylko trochę. Ale się uczę! – dodałem szybko, kładąc na blacie tom wybranych poezji Lorki w wydaniu oksfordzkim, w którym każdy wiersz jest w oryginale (po lewej) i w angielskim przekładzie (po prawej), co jej niezwłocznie pokazałem. Z Lorką to będzie trudne, odpowiedziała, muy difícil, podkreśliła jeszcze, robiąc jedną z tych min jak Agrado.

„Agrado” obejrzała się w lewo, na krześle obok siedział jej kolega. Zapytała go, który z lekarzy mówi po angielsku, żebym się mógł dogadać bez problemu. Jej kolega odpowiedział jakimś nazwiskiem, ale nie wyglądał na szczególnie przekonanego, więc „Agrado” złapała za telefon i zadzwoniła do tego lekarza albo lekarki, czy może mu albo jej przypisać takiego nowego cudzoziemca. „Agrado” przez chwilę słuchała odpowiedzi płynącej ze słuchawki, wyglądało mi na to, że lekarz bądź lekarka się wzbrania trochę, niepewny bądź niepewna swojego angielskiego, bo „Agrado” wyprostowała się nagle, żeby zainterweniować: Ale on się uczy! Z Lorką!

Po chwili się rozłączyła. Miałem więc już lekarza. Skserowała mój paszport, moje empadronamiento, mój NIE, wydrukowała, co tam trzeba z CatSalut, dała mi tymczasową kartę, ta właściwa dotrze w przeciągu trzech miesięcy. Na koniec wskazała palcem mojego Lorkę, znowu zrobiła jedną z tych min Agrado – Ale musisz się naprawdę uczyć, dużo, ciężko – mucho, duro.

 

Miniatura 2. Siłownia imienia Joana Miró.

Barcelona to jest chyba jedyne miasto na świecie, które nazwałoby siłownię imieniem artysty wizualnego. Mieszkam nieopodal Plaça d’Espanya (to po katalońsku, po hiszpańsku Plaza de España). I chyba dlatego, że nie tak daleko, po drugiej stronie MNAC (Narodowego Muzeum Sztuki Katalońskiej) jest muzeum Joana Miró, a jeszcze bliżej park imienia tegoż, lokalny „klub sportowy”, całkiem imponujący (tylko hiszpańskim zwyczajem jest jak na mój gust i potrzeby za mało ciężarów i przestrzeni na nie, na korzyść zajęć grupowych, ale mniejsza o to) – no więc nazwali ten klub Centre Esportiu Joan Miró. Logo „zrobione” jest z lekko gryzmołowantej, roztrzęsionej sygnatury Miró.

Barcelona nie potrzebuje swojego „gejowskiego dystryktu”, czegoś w rodzaju londyńskiego Soho. Całe miasto jest jak jedno wielkie Soho. Mój małżonek dołączył tu do mnie niedawno, zjechał z Londynu, i poszliśmy go zapisać na tę siłkę.

Dziewczyna w recepcji: Rozumiem, że jesteście parą.

Tu należy się pauza – żeby docenić powagę sytuacji. To nawet nie było właściwie pytanie, to była konstatacja.

W Barcelonie to jest normalna rozmowa nieznających się lub znających się powierzchownie osób w miejscu publicznym. Dwóch facetów, jeden biały, drugi czarny, przyszło razem się zapisać na siłownię, więc o co innego może chodzić, rozumiem, że jesteście parą.

Tak, jesteśmy, my na to. Chodziło o to, że po tym promocyjnym okresie, z którego skorzystaliśmy, żeby uniknąć „zapisowego”, możemy zaoszczędzić parę euro, korzystając potem z karnetu rodzinnego.

 

Miniatura 3. Praca, czyli dom wariatów

Niby pracuję tu w międzynarodowej niemieckiej korporacji (jak wiemy od Samira Amina, międzynarodowe korporacje mają zawsze mimo wszystko jakąś „narodowość”), ale moje biuro to dom wariatów. Też jakby z Almodóvara.

Dwa tygodnie temu poszliśmy na poranną przerwę, na drugie śniadanie. Ja, Włoch Teo i Baskijka Nekane. Teo ciągle opowiada o różnych gejowskich imprezach, na które chodzi, a jak nie, to o swoich chłopakach. Prawie wszyscy byli z Europy Wschodniej, twierdzi, że to dlatego, że są spokojni.

Ja: Faceci z Europy Wschodniej są spokojni?

Teo: No, wiesz, ja tu porównuję do Latynosów, facetów z Europy Południowej. W porównaniu z nimi – tak. Z Latynosem to bym nie wytrzymał, sam jestem z Włoch, to już by było za dużo.

Więc siedzieliśmy na tym drugim śniadaniu, Nekane zapytała mnie, z kim mieszkam, ja na to, że mój mąż właśnie przyjechał, mieszkamy z takim znajomym z Londynu, Rosjaninem Dmitrim.

Teo (westchnął, jak usłyszał o tym mężu): Ja to nigdy nie będę miał męża. (Westchnął jeszcze raz) Może to moja wina, może to ja tak naprawdę nigdy żadnego nie chciałem.

Jest faktem, że trudno sobie wyobrazić, że to on mógłby być systematycznie odrzucany. Teo jest dość nieprzeciętnym mężczyzną, jest hałaśliwy, jest, jak to mówią po angielsku flamboyant, ale jest też cholernie przystojny i spektakularnie muskularny, w doskonałej formie. Przychodzi do pracy w szortach i w podkoszulkach bez rękawów, czasem nawet takich głęboko wciętych, błyskając na wszystkie strony swoimi muskułami i tatuażami.

Niedawno przyjęli dwudziestoparoletniego Niemca, który mówi nawet parę zdań po polsku, bo go jego polscy przyjaciele w rodzinnym mieście w Niemczech nauczyli. Tim ma chłopaka z Algierii, który jednak z powodów wizowych tkwi w Kanadzie. Niedawno miał urodziny i Tim poprosił wszystkich, nie wyłączając mojej intrygującej syryjskiej przełożonej, żeby powiedzieli mu życzenia urodzinowe, każdy w swoim języku, on to nagrywał na telefonie, potem to zlepił wszystko i mu wysłał taki film w prezencie.

Tydzień temu wyszliśmy na przerwę w cztery osoby, staliśmy w słońcu przed naszym biurowcem. Kate, która wspomniała o swojej żonie i zapytała mnie o mojego męża; Tim, który ma chłopaka z Algierii; i Romain, który, cały czas się wygłupia, że ma na Tima ochotę, choć wcale nie jest homo i zaczęło się od tego, że poczuł się zagrożony – do czasu przyjęcia Tima Romain był jedynym w biurze mężczyzną z (blond) kucykiem; kiedy Tim przyszedł pierwszego dnia, z bez porównania dłuższymi blond włosami, do połowy pleców, Romain rozglądał się na wszystkie strony i z paniką w oczach rzucał każdemu nerwowe: Cholera, mam konkurencję, mam konkurencję.

Romain siedzi za moimi plecami, obok Williama, z którym całymi dniami popychają po francusku (William jest Belgiem francophone) jakieś zupełnie rozkojarzone pierdoły, ale w tak zabawny sposób, że kilka razy dziennie zwijam się ze śmiechu. Kilka dni temu Romain coś do mnie mówił i nagle spojrzał na moje łydki, bo miałem na sobie szorty. Złapał mnie nagle za muskuł.

Romain: Rany boskie, jakie ty masz łydki, jak moje uda!

Nekane siedzi obok, właśnie dzwoniła do Meksyku, niestety linia często jest nienajlepsza, więc zaczęła go uciszać.

Romain: Jesteś po prostu zazdrosna, bo ja go dotykam a ty nie możesz!

Któregoś dnia Gökce, Turczynka z Holandii, rozmawiała z Williamem i kilkoma osobami, które były akurat w okolicy. Dopiero po chwili zacząłem zwracać uwagę, więc nie kojarzę od czego się zaczęło, ale –

Gökce: Wiesz, jeżeli masz na koncie chociaż tysiąc euro, to już samo to plasuje cię w bogatszej części ludzkości.

William: Chcesz zobaczyć moje konto? Jego saldo się wyraża w liczbach ujemnych!

Gökce (po chwili, lekko zbita z tropu; jest nowa, jeszcze nie załapała, że William i Romain to dwa pajace, których nigdy nie należy traktować poważnie): To co zamierzasz z tym zrobić? Jak zamierzasz to spłacić?

William: No nie wiem właśnie. Zastanawiam się, handel narkotykami albo może prostytucja?

Tim (ożywił się nagle i odgarnął swą blond grzywę na bok): O co chodzi? O czym oni tam gadają?

Ja: William się zastanawia, jak spłacić swój debet, waha się między handlem narkotykami a prostytucją.

Tim (wyrzucając swoje muskularne ramiona w górę i błyskając wielkim pierścionkiem na środkowym palcu lewej dłoni): Prostytucja! Prostytucja!

William: O, proszę, już mam pierwszego klienta!

Tim (do Isabel, Meksykanki): No co ja poradzę, William jest taki ładny, podoba mi się.

William jest przystojny w zupełnie inny sposób niż Teo – Teo wkłada w to mnóstwo pracy, poczynając od dwunastu godzin spędzanych tygodniowo na siłowni, William natomiast jest czarujący jakby od niechcenia i przy okazji. Z nowozapuszczoną (mówi, że z lenistwa, bo golić mu się nie chce) brodą wygląda na poważnego człowieka, którym nie jest. Kiedy mu się nudzi, albo nie chce mu się pracować, zabawia się oglądaniem wideo tego dzieciaka, co przekonuje Amerykanów do komunizmu, albo imitowaniem japońskiego akcentu – brzmi wtedy jak Toshiro Mifune w filmie Akiry Kurosawy. Kiedyś Nekane coś mi tłumaczyła, William przechodził akurat obok i połaskotał mnie pieszczotliwie za uchem – o ile mi wiadomo, nie jest homo, chciał tylko zobaczyć, jak zareaguję (What just happened??) i wybuchnął śmiechem.

Ale dzisiaj wyrzucili Williama z pracy. Wyszedł w południe, nie mówiąc nikomu ani słowa.

 

Na zdjęciu detal z muzeum Fundacji Joana Miró.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Reklamy

Manifest Partii Pracy

Na tydzień przed oficjalnym ogłoszeniem do mediów wyciekł tekst Manifestu wyborczego Partii Pracy pod przewodnictwem Jeremy’ego Corbyna. Ponieważ tekst, zatytułowany For the many not the few (Dla wszystkich, nie dla nielicznych) wyciekł do prawicowego „The Telegraph” i od dawna jawnie anty-Corbynowskiej BBC, wyciek jest być może kolejnym epizodem „wojny domowej” w szeregach Labour Party, kolejną świnią podłożoną Corbynowi przez blairystowskie skrzydło partii. Uważa się, że głównym autorem 43-stronicowego dokumentu jest Seumas Milne, były publicysta m. in. „The Guardian”, odpowiedzialny w sztabie Corbyna za komunikację.

O ile sam wyciek przed oficjalnym ogłoszeniem ostatecznego kształtu dokumentu jest dla partii wizerunkowym obciachem, a „The Telegraph” opatrzył swoje rewelacje złowrogimi komentarzami o tym, że Corbyn „zabierze kraj z powrotem do lat 70.”, to już sam tekst Manifestu bynajmniej nie musi zaszkodzić Labour. Właśnie dlatego jest przedmiotem takiego ataku, że jeśli zostanie przez Brytyjczyków uważnie przeczytany, może znacząco podnieść szanse Labour w wyborach.

Autorzy tekstu wyszli z założenia, że jak długo na czele Labour stoi socjalista z prawdziwego zdarzenia, wielkie korporacyjne media będą jej nieprzychylne i nic tego nie zmieni, dlatego w zasadzie zrezygnowali z prób przypodobania się im, stawiając raczej na mocny przekaz, który będzie szukał społecznego poparcia z dala od mediów głównego nurtu, za to np. za pośrednictwem mediów społecznościowych, które są prawdziwą przestrzenią komunikacji zwolenników Corbyna.

Partia zamierza zrenacjonalizować nie tylko koleje – o tym Corbyn mówił od dawna – ale także pocztę (Royal Mail, sprywatyzowaną przez rząd Davida Camerona) i sektor energetyczny. Choć w Polsce brzmi to jak bluźnierstwo, są to plany niezwykle popularne wśród Brytyjczyków. Prywatyzacja kolei uczyniła transport kolejowy w Wielkiej Brytanii najdroższym i jednym z najgorzej zorganizowanych w Europie.

Manifest obiecuje spektakularne zwiększenie inwestycyjnej roli państwa w gospodarce (250 miliardów funtów przez dziesięć lat), stworzenie banków inwestycyjnych na poziomie narodowym i regionalnym, które mają interweniować tam, gdzie banki komercyjne zawodzą i odpowiedzieć na potrzeby obszarów kraju od dziesięcioleci niedoinwestowanych. Labour zamierza przeprowadzić wielkie inwestycje infrastrukturalne, między innymi w poprawę infrastruktury internetowej, wyjątkowo kiepskiej w porównaniu z innymi gospodarkami na podobnym poziomie uprzemysłowienia. Labour obiecuje też, że do roku 2030 60% energii będzie pochodziło w Wielkiej Brytanii ze źródeł odnawialnych, planując wielką ekologiczną transformację tego sektora.

Ma też zamiar przeznaczyć 3% PKB na badania naukowe i rozwój, a także docelowo zmienić strukturę zatrudnienia, zwiększając udział miejsc pracy o charakterze wysoko wykwalifikowanym, tak żeby stanowiły one 60% miejsc pracy. Obecnie względnie niski w porównaniu z innymi krajami europejskimi poziom bezrobocia idzie niestety w parze z masowo pogarszającą się jakością większości miejsc pracy – nie wymagająca wysokich kwalifikacji praca w usługach, coraz gorzej płatna (przeciętne wynagrodzenia od lat spadają, są dziś o prawie 10% niższe niż niecałą dekadę temu, gorszy spadek miał w Europie miejsce tylko w zrujnowanej kryzysem Grecji). Labour obiecuje też znieść opłaty za studia na państwowych uczelniach.

Labour zamierza podnieść podatki dla 5% najlepiej zarabiających i wyposażyć Fiskusa w instrumenty ścigania i ściągania podatków od podmiotów, które usiłują się od tego na różne sposoby wykręcać. Znów inaczej niż w Polsce, gdzie przeciętny Kowalski dał sobie wmówić, że podatki to samo zło i to przez nie nie został jeszcze milionerem, sprawiedliwość podatkowa jest ważnym elementem współczesnej brytyjskiej świadomości politycznej, unikanie podatków jest szeroko potępiane, pragnienie, żeby z tym procederem coś w końcu zrobić – powszechne.

Jeżeli chodzi o stanowisko w sprawie imigracji, Labour deklaruje sprzeciw wobec restrykcji. Nie będzie żadnych „targetów” ograniczania liczby imigrantów. Jest to zwycięstwo linii Diane Abbott, jednej z najbliższych współpracowniczek Corbyna, która podkreślała od dawna, że ograniczanie imigracji zawsze idzie w parze z ograniczeniem mobilności pracowników na miejscu, celem wymuszenia na nich przyjmowania pogarszających się warunków. Jeżeli inni nie mogą przyjechać za pracą do twojego miejsca zamieszkania, szybko okazuje się, że twoje prawo opuszczenia tego miejsca w poszukiwaniu lepszych warunków i perspektyw, jest nieodłączną drugą stroną medalu.

Labour zamierza wprowadzić zasadę, że kontrakty rządowe przysługiwałyby wyłącznie przedsiębiorstwom, w których najwyżej zarabiający otrzymują nie więcej niż dwudziestokrotność najniżej w nich zarabiających (obecnie w wielu firmach w Wielkiej Brytanii stosunek ten wynosi ponad 300:1).

W kwestii Brexitu Partia Pracy obiecuje, że wyprowadzi Wielką Brytanię z Unii Europejskiej tylko pod warunkiem wynegocjowania umowy z Brukselą. Inaczej niż konserwatywna premier Theresa May, która mówi, że wystąpi z Unii nawet, gdy nie wynegocjuje porozumienia, po prostu zrywając wszystkie umowy z Unią.

Brexit jest jednym z przedmiotów wywołujących rozgoryczenie ogromnej części zwolenników Labour Party. Kiedy nowa premier May przyjęła kurs na „twardy Brexit”, wielu zwłaszcza młodych ludzi oczekiwało po Partii Pracy opozycji wobec Brexitu, wskazując m. in. na jego prawdopodobne negatywne konsekwencje dla gospodarki i dla miejsc pracy. Corbyn postanowił jednak przyjąć wynik referendum i sprzeciwiać się jedynie kształtowi Brexitu, jaki chcą mu narzucić Torysi. Dlaczego i czy ma rację? Pospekulujmy na podstawie tego, co wiemy o przekonaniach Corbyna – i jego bliskiego współpracownika Johna McDonnella, odpowiedzianego w gabinecie cieni za gospodarkę.

Po pierwsze, wynik referendum można rozumieć jako przejaw kryzysu legitymizacji współczesnej demokracji liberalnej: ludzie zagłosowali za wystąpieniem, by po raz pierwszy od neoliberalnej transformacji poczuć realny wpływ na zmianę polityki, wyrazić swoje niezadowolenie – i żeby sprawdzić, czy ich głos choć tym razem zostanie wysłuchany. Gdyby teraz odrzucić Brexit, pogłębiłoby to jeszcze bardziej ten kryzys, bo pokazałoby społeczeństwu, że ma prawo głosu tylko wtedy, gdy zagłosuje „właściwie” (po całej serii dotyczących UE referendów zlekceważonych przez europejskie klasy polityczne, gdy ich rezultaty okazywały się „niepożądane”). Byłaby to woda na młyn dla prawicowych populistów grających na takich resentymentach.

Ci, którzy wskazują na katastrofę ekonomiczną, do której doprowadzi Brexit, wydają się zakładać, że jeśli uda się uniknąć Brexitu, uda się uniknąć gospodarczej katastrofy. Tymczasem przed nami jest tylko kryzys, niezależnie od Brexitu. Uniknięcie Brexitu nie unieważni prawa malejącej stopy zysków. Uniknięcie Brexitu odsunie tylko katastrofę o dwa lata, być może zwiększając jej rozmiary, bo dając strukturalnym problemom więcej czasu na nabrzmiewanie. McDonnell wielokrotnie mówił, że jest marksistą i jako marksista wie, w jak poważnym strukturalnym kryzysie akumulacji się obecnie znajdujemy. W takich warunkach tylko przejęcie przez państwo roli aktywnego inwestora i nacjonalizacja kluczowych przemysłów mogą wyprowadzić świat na prostą. Corbyn i McDonnell wiedzą, że w ramach Unii Europejskiej taka polityka napotka poważne przeszkody ze strony instytucji unijnych i postrzegają być może wystąpienie z Unii jako ich jedyną szansę na wyłamanie się z paradygmatu neoliberalnego, trochę na zasadzie, że jeżeli nie teraz, to być może nigdy. Prawdziwe pytanie byłoby raczej o to, czy program wyłożony w Manifeście jest wystarczająco radykalny (nie zawiera nacjonalizacji banków i instytucji finansowych).

Manifest podejmuje też problemy polityki międzynarodowej, stwierdzając m. in., że Labour nie wyśle nigdy wojsk na wojnę, jeśli nie wykorzystane zostały wszystkie dostępne środki dyplomatyczne. Zawiera otwartą krytykę zachodniej polityki zwłaszcza na Bliskim Wschodzie i w Zachodniej Azji oraz deklarację solidarności z aspiracjami Palestyńczyków.

Manifest Labour, w socjaldemokratycznym stylu ambitny, zawiera jasną wizję społeczeństwa bardziej sprawiedliwego i inwestującego we własną przyszłość, w tym w aktywną politykę klimatyczną. Przemawia do aspiracji zwłaszcza młodych ludzi najbardziej ograniczonych w swoich życiowych możliwościach wskutek spustoszenia neoliberalizmem. Będzie bezlitośnie atakowany w prasie, ale ma szanse na zdobycie Labour wyborców. Jeszcze nic nie jest przesądzone – Theresa May rozpisała wybory w momencie, kiedy Partia Konserwatywna miała nad laburzystami 20 punktów procentowych przewagi w sondażach. Ale już zaczęła te punkty tracić. Żeby móc głosować, masowo rejestrują się ludzie młodzi – a to wśród nich Corbyn ma największe poparcie. Jeśli tylko frekwencja wśród tych poniżej 35 roku życia będzie wysoka, ich głosy mogą odegrać decydującą rolę. Jego postulaty i proponowana przez niego polityka cieszą się znacznie szerszym poparciem niż on sam jako polityk. Poza tym Wielka Brytania ma jeden z najbardziej zniekształcających wyniki systemów wyborczych – do większości miejsc w Parlamencie wcale nie potrzeba większości głosów, jest to swego rodzaju loteria.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 15 maja 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

David Hockney: wieś, pożądanie i wille z basenem

portraitofanartistpoolwithtwofigures1971

Portrait of an Artist (Pool with Two Figures) 1972

 

David Hockney (ur. 1937) jest malarzem w Wielkiej Brytanii znanym, szanowanym i cenionym, nawet uwielbianym, na skalę, której się nie domyślałem, zanim się tutaj nie przeniosłem; nazywanie go „największym żyjącym brytyjskim artystą” jest na porządku dziennym. Londyńska Tate Britain celebruje właśnie sześć dekad jego kariery wielką retrospektywą podsumowującą całość jego dorobku (do 29 maja 2017), gromadzącą najbardziej reprezentatywne i najsłynniejsze dzieła od wczesnych do najnowszych.

Mnie Hockney zawsze odpychał swoimi kolorami, plamą, kompozycją, a jego pejzaże (Outpost Drive, Hollywood, 1980; Going Up Garrowby Hill, 2000), tarasy, ogrody i doniczki (Red Pots in the Garden, 2000) doprowadzały mnie czasem do szału. Wystawa w Tate Britain jest świetnie przygotowana, jest ogromna, prac zgromadzonych jest mnóstwo, pozwala przejść się pośród stylów i tematów podejmowanych przez artystę, który w ostatnich latach gustuje w iPadzie jako narzędziu. Mnie jednak umocniła w niechęci. Najszczerzej mi się podobały kolaże fotograficzne, m. in. z polaroidów, w których wielkoformatowe przedstawienia złożone są z setek mniejszych zbliżeń poszczególnych elementów przedstawianej sytuacji (Billy + Audrey Wilder Los Angeles April 1982, 1982).

Hockney, uważany za inicjatora pop artu na Wyspach, stał się z czasem czymś w rodzaju sztandarowego artysty mieszczańskiej Anglii. Jego świat to wygodne salony, w których siedzą z kotem na kolanach zamożni mieszczanie (Mr and Mrs Clark and Percy, 1970-71), wielkie sypialnie z oknem na duży ogród (The Room, Tarzana, 1967), „turystyczna wzniosłość” Wielkiego Kanionu i angielska wieś. Angielska wieś rozumiana jednak nie jako przestrzeń pracy i produkcji (wytwarzania żywności), a miejsce, do którego zamożni mieszczanie uciekają z miasta, jak już się dorobią w City of London. Ten las, te nieprzytomnie barwne łąki, kwiaty, kręte dróżki, mają im ślicznie przesłonić resztę świata, osłonić ich przed widokiem społeczno-ekonomicznego spustoszenia, w jakim ze swojego biura na Canary Wharf brali aktywny udział, zarabiając na swoją wiejską posiadłość.

Nic ze społecznych wstrząsów minionej dekady nie przedostało się na płaszczyznę któregokolwiek z późnych dzieł pozera z Yorkshire, zgrywającego czasem „angielskiego Picassa”. Między innymi dlatego trudno przy głębszej inspekcji jego zainteresowanie iPadem odbierać inaczej niż jako ersatz „kontaktu z rzeczywistością” i „nadążania” za nią.

Mój szczególny opór wywołuje użytek, jaki Hockney zrobił z tematu pragnienia homoerotycznego i własnej nieukrywanej gejowskiej tożsamości, zwłaszcza odkąd zaczął jeździć do i pomieszkiwać w Los Angeles (We Two Boys Clinging Together z 1961 jeszcze takie nie było). Odkąd zagustował w Kalifornii, homoseksualne pragnienie zamieszkuje u Hockneya wille z odkrytymi basenami (Peter Getting Out of Nick’s Pool, 1966; Sunbather, 1966) i automatycznie podlewanymi trawnikami (A Lawn Being Sprinkled, 1967) oraz drogie mieszkania (portrety pisarza Christophera Isherwooda i jego partnera, malarza Dona Bachardy’ego), sąsiaduje z oszklonymi biurowcami, w których swoje korporacyjne kariery rozwijają mieszkańcy takich nieruchomości (Savings and Loan Building, 1967). Podmiot i przedmiot takiego pożądania zawsze są białymi mężczyznami, żadne ciało „kolorowe” nigdy sobie na to nie zasłużyło.

Nienormatywne pragnienie, nienormatywne formy seksualnej ekspresji nie wydają się w malarstwie Hockneya prawem istot ludzkich w ogóle, w ich uniwersalnej i niezbywalnej równości, a raczej przywilejem tych, którzy mogą go sobie kupić; tych, których stać na willę z basenem, tych, którzy pracują w kalifornijskim przemyśle rozrywkowym (w pracach powracają Hollywood, Beverly Hills i Malibu), itd. Motywy homoerotyczne wydają mi się u Hockneya ściemą, atrapą „postępowości” w morzu jego z biegiem lat coraz bardziej zachowawczej i eskapistycznej twórczości; radykalizmem pozorowanym. Jak dla mnie stawką dla Hockneya nie była nigdy równość i równoprawność homoseksualnego pragnienia, a raczej przekucie go w element mechanizmów budowania klasowych dystynkcji i klasowych przywilejów.

Jest symptomatyczne, że partnerem prasowym wystawy w Tate Britain jest konserwatywny „The Telegraph”, przez niechętnych zwany „Torygraphem”.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

W Barcelonie taksówki rozpływają się w deszczu

Dmitry zachęcił mnie, żebym sobie zainstalował aplikację MyTaxi – rano, jak się obudzę, zabukuję sobie taksówkę, żeby dojechać szybko i sprawnie po dokumenty z mojego nowego miejsca pracy do przedstawienia na komisariacie policji, żeby dostać potrzebny cudzoziemcom numer NIE.

W biurowcu miałem się stawić o 9:30.

O ósmej rano okazało się, że zostawiona na całą noc aplikacja się jednak nie ściągnęła poprawnie na mój telefon i ciągle nie działała, więc Dmitry zamówił mi taksówkę ze swojego telefonu. Aplikacja przyjęła i potwierdziła zamówienie. Taksówka miała przyjechać o 9:05.

Dmitry: Dzisiaj pada straszny deszcz, może się okazać, że jednak taksówka nie przyjedzie –

Ja: Jak to, taksówki nie przyjeżdżają, gdy pada deszcz?

Dmitry: No niestety, mnie to już spotkało wiele razy. Więc jakby nie przyjechała –

Ja: A czemu tak się dzieje?

Dmitry: Nie wiem, czy są z papieru te taksówki, czy oni masowo rezygnują z wyjazdu do pracy, jak pada deszcz, czy coś jeszcze innego, nie wiem. Ale tak już jest. No więc, gdyby się tak okazało, że nie przyjedzie, to możesz pobiec pod ten duży hotel niedaleko, przy Plaça d’Espanya, tam zawsze stoją taksówki, bo wiadomo, duży hotel. No jakby tam też nie było, to wsiadaj w metro.

9:00 – aplikacja MyTaxi informuje, że nie udało się jak dotąd skierować do mnie żadnej taksówki, okazało się, że nie ma wolnego kierowcy, nikt nie podjął wciąż zamówienia.

Dmitry: A nie mówiłem? Lepiej się zbieraj i biegnij pod hotel.

Ja: A jak się spóźnię, fuck, czy ja się muszę zawsze spóźnić do nowej pracy?

Dmitry: Jestem pewien, że oni tam zrozumieją, przecież widzą, że pada.

Ja: To znaczy, że to takie oczywiste tutaj, pada deszcz, więc się spóźniłem, spóźniłem się, bo pada deszcz?

Dmitry: Hm… Raczej tak.

Potrząsam głową z niedowierzaniem.

Biegnę pod ten hotel. Nie ma taksówek, tych kilka, które się pojawia, już są zajęte, zabukowane. Pod hotelem, chowając się przed deszczem, czeka już grupa kilku osób, wszyscy w nadziei na taksówkę. Kilka przejeżdża ulicą, ale wszystkie zajęte, nie zatrzymują się. Dziesięć minut, żeby pierwsza osoba złapała jedną. W takim tempie to co najmniej do dziesiątej będę czekał na taksówkę, mam być w biurze o 9:30. Decyduję się na metro. Zbiegając na dół po schodach wybieram numer do A. z działu Human Resources, żeby się wytłumaczyć, że jestem w drodze, niestety zamówiona taksówka nie przyjechała, więc się spóźnię, szukam właściwego połączenia metrem.

A: No tak, z powodu deszczu, wiem, rozumiem, nic nie szkodzi. Czekamy, zapytaj o mnie w recepcji, jak już dojedziesz.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Twoje oczy Arjuna Rampala

Pierwszy rozdział mojej właśnie kończonej powieści Nirvaan. Na wzbudzenie zainteresowania. Trzymajcie kciuki za rozmowy z wydawcami!

*****

My real name is Nirvaan, powiedziałeś tamtego wieczoru, kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy, w tej małej kiepskiej kawiarni na ostatnim piętrze tego kompleksu rozrywkowego, z którego wchodziło się wtedy do Cineworld na Shaftesbury Avenue. Chciałeś usiąść gdzieś, gdzie nie jest głośno, gdzie można porozmawiać. Tej dziwnej, kiepskiej, kawiarni już od dawna nie ma, zasłużenie, podobnie zresztą jak tego kina. My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, już byłem cały twój. Imię równie piękne jak jego właściciel. Patrzyłem na ciebie zachwycony, na twoje miękkie ale zaczesane do góry, czarne jak smoła włosy, na twoją przecudownie śniadą cerę, na twoje wielkie czarne oczy, które wydawały mi się przymglone jakimś smutkiem, a ta kępka włosów pomiędzy twoją dolną wargą a podbródkiem podniecała mnie na myśl, jak będzie łaskotała, jeśli uda mi się ciebie pocałować. Jak nirvana? – zapytałem. Tak, ty na to, just with the last two characters swapped. Przy swapped wykonałeś ten gest palcami, w którym zastąpiły się nawzajem miejscami.

Zawsze miałem słabość do mężczyzn o pięknych imionach, ale Nirvaan! – to imię przebiło wszystko, malownicze (śląskie? góralskie? – nigdy nie wiedziałem) nazwisko Maćka, przebiło nawet Djamela. Pamiętam jak dzisiaj piękny ciepły dzień tamtego lata, kiedy po raz pierwszy pojechałem szukać jeśli nie szczęścia, to materialnego ratunku, na Zachód, w moje pierwsze zagraniczne poszukiwanie pracy „w Unii”, kiedy Polski jeszcze „w Unii” nie było. W powietrzu unosiła się wilgoć z poprzedniego dnia ulewnego deszczu. Djamel szedł w swoich ciemnoszarych spodniach na kant, ale bez butów, boso po żwirze, którym usypana była droga z zamku do bramy. Na zamku w Châtillon Djamel był przewodnikiem, a ja przyjechałem właśnie, żeby przez całe lato być skrzyżowaniem pokojówki, kelnera, sprzątaczki, pomocnika od wszystkiego. Djamel pociągał mnie od pierwszej chwili, kiedy spojrzał na mnie, spod tych swoich gęstych, brązowych brwi, tymi swoimi wielkimi, bardzo jasnymi jak na Araba oczyma, tak mi się wtedy wydawało, że były bardzo jasne, jak na Araba, spojrzał na mnie sponad książki, którą czytał przy drewnianym stole w ogrodzie, gdy gruby, trochę gburowaty strażnik Daniel przywiózł mnie z dworca. Chciałem jakoś zagadać, podtrzymać kontakt, który, wydawało mi się, zaiskrzył już owego pierwszego dnia, na linii naszych skrzyżowanych spojrzeń. Ton prénom, Djamel – ça veut dire quelque chose en arabe? – zapytałem o znaczenie jego imienia, w nadziei, że rozmowa na tematy mniej lub bardziej językowe nie grozi z mojej strony żadną kompromitacją, że zrobię dobre wrażenie i jakoś się to dalej potoczy. Arabskie imiona zwykle mają dosłowne znaczenie. Ponieważ byłem wtedy jeszcze bardziej nieśmiały, jeszcze wtedy po prostu śmiesznie nieśmiały, spuszczałem co chwilę wzrok, który siłą rzeczy spadał jakoś na jego stopy. Piękne stopy. Ludzkie stopy, ta najbardziej niedorzeczna część ludzkiego ciała, tak rzadko są piękne, ale jego naprawdę były. Długie, dłuższe od moich, ale naprawdę piękne, z długimi, kształtnymi, zwartymi palcami; do dzisiaj pamiętam ten duży palec z pięknym, szerokim paznokciem i kilkoma włoskami, pamiętam, że nawet ten najmniejszy palec miał zdecydowany kształt, z każdym stawem wyraźnie zarysowanym. Djamel się zaśmiał i odpowiedział tą swoją przyjemną, miedzianą chrypką: Oui, ça veut dire ‘beauté’. C’est con, s’appeller comme ça, tu trouves pas? – zapytał. Petit garçon, comment t’apelles-tu? Beauté, madame – wygłupiał się, imitując dialog dziecka z zadającą mu pytania „panią”. Nie, ja wcale nie uważałem, żeby to było con, s’appeller comme ça, oczarowało mnie, że można mieć na imię Piękno, i że to akurat on, ten przedziwnie – nietypowo, nie dla każdego oka, ale jednak przecholernie – piękny student filozofii tak pięknie miał na imię. Od tamtej pory nie mogłem zasnąć po nocach, pragnąc tego piękna dotknąć, pragnąc tego piękna posmakować, poczuć je przez skórę, poczuć je językiem, poczuć je innymi członkami mojego ciała. Wyczekując każdego z tych spotkań – na kamiennych kręconych schodach zamku, w ogrodzie przed zamkiem, popijając coś wieczorem w barze czy w którymś z salonów. Albo przy stole. Ja tamtego lata podawałem do stołu, service russe: pochylasz się z tyłu każdej osoby, podsuwając tacę z mięsem czy rybą od lewej strony. Djamel siedział z gospodarzami przy stole. Wyczekiwałem każdego z tych posiłków. Jego włosy, kręcone, brązowe, niespecjalnie arabskie, może takie właśnie są kabilskie włosy, cholera wie, nigdy wcześniej nie znałem żadnego Kabila, nie słyszałem nawet o ich istnieniu; jego śniady kark, jego szczupłe ramię – dzieliły ode mnie tylko wątłe centymetry lipcowego, potem sierpniowego powietrza. Dzięki temu jego Merci, Jarek brzmiało za każdym razem jak szept do ucha.

Ale Nirvaan – to imię przebiło nawet Djamela. Jeszcze z tym fascynującym, podwójnym a. Znaczy to samo, co nirvana, dodałeś. Pomysł twojej babci, to ona chciała, żebyś miał tak na imię, żeby ci to wróżyło stan wiecznego szczęścia.

My real name is Nirvaan

Dlaczego w ogóle musiałeś mi „wyjawiać” swoje prawdziwe imię? Bo w mailu, odpowiadając na mojego posta na Gumtree (Gumtree miało wtedy jeszcze sekcję Dating, a w niej podsekcję Guys Seeking Guys), podpisałeś się Theo. Adres email, którego użyłeś, nie składał się z prawdziwego nazwiska, ani nie zawierał prawdziwego imienia, mówił tylko coś, że jesteś „Saffa”, czyli pochodzisz z Republiki Południowej Afryki. Pamiętam, że zapytałem, jeszcze zanim się spotkaliśmy, może w pierwszym mailu, czy może jesteś greckiego pochodzenia. Tak z głupia, bez podtekstów, żeby cokolwiek zagaić, Theo wydawało mi się bardzo greckim imieniem, miałeś czarne włosy i śniadą cerę, w pierwszej chwili pasowało mi to do Śródziemnomorza, no i jako nowoprzybyłego, ekscytował mnie ten londyński tygiel ludzi przybyłych ze wszystkich stron świata. A jednak nie nazywałeś się Theo tylko Nirvaan, a nie podpisałeś się prawdziwym imieniem, bo nie chciałeś ujawniać swoich indyjskich korzeni. W obawie przed kolejnym odrzuceniem. Ktoś powiedział ci parę tygodni wcześniej, że nie chciał kontynuować znajomości i wiedziałeś, dał ci to jakoś wyczuć, że to dlatego, że jesteś Hindusem. Ktoś bił po oczach na Gumtree, Gaydarze i na Gay Romeo, że co prawda nie jest rasistą i nie ma uprzedzeń, ale jednak absolutnie „no Indians”. Ktoś inny opowiedział ci historię swojej minionej już miłości. Opowiedział ci ją, żeby ci wytłumaczyć, dlaczego tak wielu gejów ucieka tu przed Hindusami. Spotkał pięknego Hindusa, oszalał na jego punkcie, byli razem przez jakiś czas. Ten Hindus też był do niego przywiązany, ale jednak rozstał się z nim, gdy rodzina zażądała, by się w końcu ożenił. Powszechna na londyńskiej „scenie” opinia o Hindusach jest, jak mi powiedziałeś, taka, żeby nie wiązać się z nimi na poważnie i nie liczyć na nic poważnego z ich strony; żeby omijać szerokim łukiem, jeśli się czegoś poważnego szuka, bo Hindus może być homo, ale jak rodzina zażąda, to on się zwinie w sobie i spełni pragnienia swoich rodziców. Hindus nigdy nie postąpi wbrew ich woli, podobno, tak mówią.

Pamiętam, że wzrok mi uciekał w stronę twoich dłoni. Twoje dłonie były przepiękne. Z tymi twoimi długimi palcami, jednak tak harmonijnie długimi, harmonijnie w proporcjach do twojego wysokiego wzrostu. Ty się jednak spłoszyłeś tą wędrówką moich oczu i jak mały chłopiec – przy twoim wzroście to było rozczulające – schowałeś obie dłonie pod pachy. Powiedziałeś, że strasznie ci wysychają, bo tu jest tak zimno. Próbowałeś już różnych kremów, ale nic nie pomaga, matka miała ci coś kupić w Durbanie i przywieźć z sobą, jak przyjedzie w odwiedziny. Był kwiecień, jak na mój gust nie było wcale aż tak zimno, ale ja pochodzę z krainy prawdziwych mrozów, a ty, bądź co bądź, z Afryki.

Dopiero, kiedy mi powiedziałeś, że tak naprawdę masz na imię Nirvaan, zdałem sobie sprawę, że od razu mogłem był zidentyfikować twoją „indyjską tożsamość”, gdybym tylko nie zafiksował się na tym, że Theo to greckie imię. Po twoich oczach Arjuna Rampala. Twoich oczach pięknych jak u Arjuna Rampala, takich jak jego oczy. Pamiętam, o czym jeszcze rozmawialiśmy tamtego wieczora. O indyjskim kinie, bo opowiedziałem ci o projekcie filmu dokumentalnego o kinie w Indiach, który napisałem, i nawet dostaliśmy jakiś grant z tego nieszczęsnego Instytutu Filmowego w Polsce, wtedy nawet mieliśmy już zdeklarowanych francuskich koproducentów, ale polska strona budżetu wciąż była niedopięta i ciągnęło się to już tak wiele miesięcy, że nie wiedziałem, czy kiedykolwiek coś z tego wyjdzie. Jakiś czas potem okazało się, że dopiąć się tej polskiej części budżetu nigdy nie udało, projekt się rozleciał, podobnie jak inny tuż przed moim wyjazdem. Ty powiedziałeś mi, że twój ojciec wynajmuje często w Durbanie dom bollywoodzkim filmowcom, gdy kręcą jakieś zdjęcia w RPA, co im się często zdarza. Znał na przykład Saifa Alego Khana. Jakby co, to mógły z kimś skontaktować, może mógłby w czymś pomóc.

Pytałeś, dlaczego wyjechałem z Polski. Właśnie dlatego. Dlatego, że miałem już dosyć życia w kraju, w którym nic się nie da, w którym nic nie zależy od mojej pracy, od moich zdolności, od mojej wiedzy, od mojego wysiłku, od mojej woli, po prostu nic nie jest możliwe, nic się nie da, jeśli twój ojciec kogoś nie zna, jeśli jakaś pizdunia na carskim tronie w Instytucie nie ma kaprysu, żeby obdarzyć cię łaską grantu czy stypendium, jeżeli nie jesteś wiecznie pochylonym paziem na dworze któregoś z ojców chrzestnych w tej czy innej Republice Kolesi. Projekty filmowe składały się jak domki z kart, gazety nie płaciły, albo płaciły z wielomiesięcznymi opóźnieniami, z tłumaczeniami to samo, zresztą wszystko to były śmieszne pieniądze, z których na dłuższą metę wyżyć się w Warszawie nie dało. Kiedyś pracowałem – pisałem, tłumaczyłem – prawie codziennie, siedem dni w tygodniu, a przez ponad dwa miesiące nikt mi za nic nie zapłacił, nie przyszedł ani jeden malutki nawet przelew. Musiałem pożyczyć pieniądze od mojego młodszego brata, żeby zapłacić czynsz. Dla ciebie to było dziwne, w świecie anglosaskim jeśli pisujesz dla ogólnokrajowych tygodników czy miesięczników, to brzmi dumnie, i co jak co, ale wyżyć to się z tego chyba raczej dało, przynajmniej jeszcze wtedy, no ale niestety w Polsce z freelansowania często się nie da. Bałem się, że niedługo albo zabiję siebie, albo przypadkowych ludzi na ulicy, więc spakowałem walizki i wyniosłem się gdzieś, gdzie mnie jeszcze nigdy nie było. Pragnąłem całkowicie zmienić otoczenie, potrzebowałem, żeby wszystko wokół mnie się zmieniło, żebym mógł zresetować sobie mózg, żeby otoczył mnie nowy świat, którego będę się musiał nauczyć od początku, żeby to uczenie się go zajęło całą moją uwagę i pozwoliło zapomnieć o frustracji i rozgoryczeniu. Dlatego przeniosłem się nagle do Londynu, miasta, w którym nigdy wcześniej nie byłem nawet na weekend.

Ty powiedziałeś mi, że nie znosisz Bollywood, prawie nic nie oglądałeś. Twoi rodzice robili ci wyrzuty, że przecież jesteś Hindusem, jak możesz tak się odcinać od własnej kultury. Ale ty z tego wszystkiego lubiłeś tylko Madhuri Dixit. O tak, ona jest wspaniała – oczy mi się zaświeciły, gdy zacząłeś o niej mówić, bo Devdasa widziałem kilka razy; ten taniec na siedząco przy piosence Mar Dala, to jest naprawdę coś niebywałego. Zapytałeś, czy widzałem Aaja Nachle. Nie, nie widziałem. Twoja twarz rozpromieniła się wyrazem szczerego uznania – Dixit jest tam wspaniała, powiedziałeś. To jedyna indyjska gwiazda filmowa, którą naprawdę lubiłeś, reszta cię w ogóle nie obchodziła. Ale byłeś pod wrażeniem mojej wymowy ich nazwisk, to pamiętam, choś nie pamiętam, o kim jeszcze rozmawialiśmy. Pewnie o Rani Mukherji, nie mogłem jej nie wspomnieć. Powiedziałeś mi, że zawsze chciałeś być nie-Hindusem, być „białym”. Nigdy nie lubiłeś kultury swojej rodziny, nie odczuwałeś jej jak własnej, czułeś się w niej uwięziony. Nawet curry nigdy nie gotowałeś. Sam to powiedziałeś, to nie był jakiś mój głupi, rasistowski komentarz.

Z wyjątkiem prawn curry. To akurat bardzo lubiłeś gotować i bardzo lubiłeś jeść, jedno z twoich ulubionych dań. Mój angielski pełen był wtedy dziur. Skanowałem zasoby swojej pamięci, ale nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek wiedziałem, co to jest prawn, że kiedykolwiek znałem takie słowo. Próbowałeś mi wytłumaczyć, że to taka jakby ryba, tylko w muszli (tak sobie w myślach przetłumaczyłem shell, ale w istocie chodziło ci o skorupę). Myślałem, że może chodzi o jakieś małże, ale ty dalej, że nie, że jak shrimp raczej, ale co to jest ten shrimp, też nie wiedziałem, albo nie potrafiłem sobie przypomnieć – nie dało się ukryć, nie byłem dobry w owoce morza. Zaśmiałem się zażenowany, przepraszając za słabości mojego angielskiego, obiecałem sprawdzić w słowniku, jak tylko wrócę do siebie.

Tłumaczyłem się, że angielski to mój trzeci język, uczyłem się go później i mniej niż francuskiego, trochę mi czasem brakuje słów i nie wszystko, zwłaszcza, gdy przychodzi do języka mówionego, rozumiem. Ty powiedziałeś, że wyglądam właściwie bardziej na Francuza niż na Polaka. Jakoś nie przypominałem ci innych Polaków, których spotkałeś. Powiedziałeś coś o przyjacielu, którego miałeś, chyba nawet z Katowic, gdzie studiowałem, powiedziałem ci, że pochodzę z miasta tuż obok. Miał na imię Rafał. Twoim zdaniem ubierałem się trochę jak Francuz i mój akcent nie przypomina tego, jaki najczęściej mają w Londynie Polacy, jakiś taki odrobinę francuski. Bawiło mnie to, bo we Francji nieraz mnie brano za Anglika.

I powiedziałeś wtedy rzeczy, od których moje serce w środku skakało z radości, tłukąc się o żebra. Że zrobisz dla mnie to curry z tych prawns, cokolwiek to jest, zaprosisz mnie kiedyś, ugotujesz dla mnie, i zjemy razem. Że pokażesz mi Aaja Nachle. Jeśli tylko chciałem się jeszcze kiedyś spotkać, jeśli tylko chciałem cię jeszcze widzieć i kontynuować znajomość. Że jeżeli zostaniemy przyjaciółmi, to mnie kiedyś chętnie zaprosisz do Durbanu, do domu twojego ojca. Jeden z najpiękniejszych mężczyzn, jakich w życiu spotkałem, powiedziałeś mi w istocie, że tylko ode mnie zależy, jeśli tylko chcę, to się spotkamy, jeszcze wiele razy. Dałeś mi do zrozumienia, że to zależy tylko ode mnie, bo ty byłeś zainteresowany. Jeszcze nigdy tak piękny mężczyzna, mężczyzna, który tak kompletnie i w całości mi się podobał, nie powiedział mi tak otwarcie i tak szybko, że mu na mnie zależy, że mu zależy tak bardzo, że piłka leży teraz tylko i wyłącznie po mojej stronie. Chcesz, to bierz. Tak, bardzo cię chciałem – żebyś wiedział jak bardzo!

Rozmawialiśmy jeszcze o paru sprawach. Opowiadałeś mi, jak bardzo chciałeś się wydostać z Durbanu. Że tam nikt, nawet twoi najbliżsi przyjaciele, nie wie, że jesteś gejem. Swoje jedyne homoseksualne doświadczenia przed przyjazdem do Londynu miałeś w Australii, byłeś tam na zagranicznym stypendium. To było Sydney, Melbourne? Nie pamiętam. W Durbanie nikt nie wiedział, bo tak bardzo obawiałeś się, że wszystko, co powiedziane szeptem, zostanie powtórzone na głos. Ja zadałem jakieś pytania, o to, jak to w końcu jest, być gejem w RPA, w końcu pierwszy kraj, który zakaz dyskryminacji ze względu na orientację homoseksualną wpisał sobie do konstytucji, tak mi się kojarzyło. There is only one gay bar in Durban, powiedziałeś mi, and I can’t go there because in Durban everybody knows my father, and he would know the next day. “Scena” jest w Kapsztadzie. Durban to duże, ale nudne, drobnomieszczańskie miasto. There is only one gay bar, and it’s empty – dodałeś. Jest tylko jeden gejowski bar w Durbanie, i stoi pusty; mało kto tam chodzi, bo się wszyscy boją, że ktoś ich tam zobaczy i powie ich rodzinom. Tak jak ty się bałeś.

Opowiedziałeś mi, jak przez całe studia udawałeś przed światem i rodziną, że jesteś hetero. Nie było łatwo wyrwać się z tej pułapki, bo jesteś wszystkim tym, czego porządka hinduska rodzina chce dla swojej córki: twój ojciec ma pieniądze, pochodzi z najwyższej kasty, jesteś wysoki, byłeś na uniwerku, twoja skóra jest, na hinduskie standardy, jasna; to ostatnie ma znaczenie, bo jasny kolor skóry jest w indyjskiej kulturze synonimem piękna i wysokiej pozycji społecznej – przypomniałeś mi o tym, choć ja doskonale o tym wiedziałem. Powiedziałem ci, że studiowałem kulturoznawstwo. Tak więc na potrzeby tego przedstawienia spotykałeś się z odpowiednimi z matrymonialnego punktu widzenia dziewczynami. Z „porządnymi dziewczynami z porządnych hinduskich rodzin” udawało się stosunkowo łatwo unikać nadmiaru zbyt intymnych okazji, ale zachowywałeś się czasem jak dupek, jak palant, żeby cię jednak za bardzo nie polubiły, żeby sobie za dużo jednak nie zaczęły wyobrażać. Potem zerwałeś jedną taką znajomość, i drugą; zerwałeś je bez sensu, po chamsku, żeby nic z tego nie rozumiały, żeby im przeszło, cokolwiek tam sobie roiły. Byłeś okrutny, ale dlatego, że nie umiałeś wydostać się z tego potrzasku, w którym byłeś nieszczęśliwy.

Dlatego właśnie tak bardzo chciałeś wyrwać się z Durbanu, niczym z przedstawienia, w którym odgrywałeś główną rolę, o którą nigdy nie zabiegałeś; wyrwać się z tego oblężenia, na drugi koniec świata, do Londynu, by wreszcie złapać oddech. Tu można złapać oddech, i nikt nie zna twojego ojca, nikt mu nie powie, że cię widział w Soho. Twojej rodzinie nie podobał się cały ten twój pomysł z wyjazdem do Londynu; ojciec chciał użyć swoich kontaktów, by załatwić ci jakąś porządną posadę tam, w Durbanie. Ale wcisnąłeś im w końcu, że Londyn to możliwości rozwoju, dobry początek kariery, można się wiele nauczyć, zdobyć doświadczenie, które potem zawsze pomaga i robi wrażenie. To do nich przemówiło, ale teraz nie mogłeś się przyznawać, jeśli cokolwiek szło nie tak. Nie mogłeś się przyznać, że tamten pierwszy, dobrze płatny kontrakt się skończył i ponieważ drugiej równie dobrej pracy nie znalazłeś, wziąłeś znacznie gorzej płatną, szeregowego księgowego w wielkiej firmie. Przędłeś tak sobie. W Londynie z kiepsko płatnej pracy ciężko o coś więcej niż elementarne wiązanie końca z końcem, wynajmując u kogoś pokój. Ale rodzinie nie mogłeś o tym powiedzieć. My family needs to think I’m doing well in London. Powiedziałeś, że nie zależy ci na pieniądzach, ale żeby rodzina ci dała spokój, nie molestowała cię o powrót do Durbanu, lepsza praca by nie zaszkodziła. Jeśli o mnie chodzi, powiedziałeś, zupełnie mi nie przeszkadza ubieranie się w H&M, nie muszę nosić swetra za sto funtów, mogę nosić ten za dwadzieścia parę. Wskazałeś na sweter, który miałeś na sobie; był w szerokie, czarne i beżowe pasy, i naprawdę pięknie ci w nim było. Miałem ochotę ci powiedzieć, że jak ktoś jest tak piękny jak ty, z twoim wzrostem, szerokimi ramionami i karnacją, to we wszystkim wygląda tak, że nie sposób się za nim nie obejrzeć. Bałem się jednak przeszarżować, więc nic nie powiedziałem.

Rozumiałem twoją potrzebę wydostania się do Londynu, by zacząć oddychać. Sam przyjechałem tu również po to. By uciec od przenikającego całe polskie powietrze trupiego smrodu tego najgorszego szczepu katolicyzmu; ten trupi smród polskich gejów dusi i tłamsi, aż większość z nich, najdalej do trzydziestki, stanie się albo sfrustrowanymi, cynicznymi pizdami, albo bojącymi się własnego cienia łajzami, uważającymi cały czas, jak tu nikogo swoim istnieniem nie urazić, przerażonymi perspektywą spotkania twarzą w twarz z drugim człowiekiem, które dopuszczają dopiero po przejściu przez zasieki kilkudziesięciu wymienionych maili i wiadomości. Tak, doskonale cię rozumiałem, ja też chciałem w Londynie zacząć oddychać, przyjechałem tu także po to. W mieście, w którym dwóch całujących się na ulicy mężczyzn nie budzi już nawet większej ciekawości, musi być ktoś więcej, niż tylko pizdy i łajzy, ewentualnie przyszłe, jeszcze nieurobione pizdy i przyszłe, jeszcze nie całkiem udupione łajzy.

Powiedziałeś mi jeszcze o kilku czarnych facetach, do których próbowałeś zagadać w sieci, na Gumtree i Gaydarze, może gdzieś jeszcze. Powiedziałeś mi, że lubisz czarnoskórych mężczyzn, bardzo ci się podobają, ale oni wszyscy cię kompletnie zlekceważyli i za każdym razem bardzo cię to zabolało. Nawet nie chcieli z tobą pogadać?, niedowierzałem. Może dlatego, że nie mam w gaciach tyle samo, co oni? – wzruszyłeś z rezygnacją ramionami. A może to był ciągle ten problem z Hindusami?

Robiło się późno, musieliśmy łapać metro, była środa, ty następnego dnia musiałeś iść do pracy. Ja jeszcze (albo znowu) nie miałem pracy. Obaj wzięliśmy Northern Line, tylko z przeciwnych platform, w przeciwnych kierunkach, ja na Finchley, ty do Tooting.

Gdy tylko dotarłem do domu, przywitałem się z Agatą, współlokatorką, która właśnie wróciła z pracy. Trochę ją już intrygowała intensywność mojego życia towarzyskiego w mieście, do którego dopiero co się przeprowadziłem i do niedawna prawie nikogo w nim nie znałem. Pobiegłem do słownika, sprawdzić, co to są te prawns. Napisałem szybko esemesa, że już wiem, i że nie potrafiłem zajarzyć, bo nazwa jest tak niepodobna do francuskiej. I że bardzo chciałbym się jeszcze spotkać, nie tylko na te krewetki. I enjoyed your company and really want to see you again. Skoro piłka była po mojej stronie. Chcesz, to bierz? Biorę więc. Odpowiedź dostałem w mniej niż minutę, co podekscytowało mnie jeszcze bardziej. Odpisałeś, że właśnie do mnie pisałeś, gdy dostałeś mojego esemesa; że polubiłeś mnie – lub podobam ci się, cholera wie z tym I like you – i że musimy się spotkać, że się spotkamy, czym prędzej. Definitely, to nie był koniec naszej znajomości. Zamknąłem się w moim malutkim pokoiku, moim pierwszym lokum, jakie miałem w Londynie, pokoiku, w którym nie mieściło się wiele więcej niż moje wąskie, jednoosobowe łóżko, nawet walizka, w której wciąż, z braku większej szafy, leżała większość rzeczy, jakie miałem z sobą w Londynie, musiała spoczywać wepchnięta pod nie. Leżąc na tym wąskim łóżku ściśniętym między ścianami wąskiego jak kiszka pokoiku, byłem pijany szczęściem, choć tamtej nocy nie wypiłem kropli alkoholu, tylko kawę i jakiś kiepski sok pomarańczowy.

Byłem pijany szczęściem, bo dopiero się uczyłem chodzić po tym mieście, ciągle nie umiałem w nim znaleźć pracy, musiałem w międzyczasie wyskoczyć do Lyonu, a stamtąd do Annecy, żeby pomóc mojemu poprzedniemu polskiemu pracodawcy w formalnościach i kontaktach z prawnikiem, i w ten sposób nadgonić trochę z gotówką (pozostałości ze stypendium scenariuszowego z Instytutu Filmowego ubywało w oczach), mieszkałem w tym ciasnym pokoiku, patrząc na jego okno z pojedynczą szybą z przerażeniem myślałem o tym, co będzie zimą – a jednak czułem, że oddycham. Po tym powrocie z tygodniowej zarobkowej podróży do Annecy przez kilka dni każdego wieczora spotykałem mężczyznę, i każdy wydawał się fajniejszy od poprzedniego, ty wydawałeś się kulminacją tej tendencji, byłeś z nich najpiękniejszy i jakoś tak najlepiej się czułem, najzwyczajniej z tobą rozmawiając. Dwóch rzuciło mnie już było na głębokie wody rozkoszy zupełnie niespodziewanej. A jednak euforia wywołana samym spotkaniem z tobą, samym twoim towarzystwem, widokiem twoich oczu Arjuna Rampala, rywalizowała z orgazmami, które tamci podarowali mi pod osłoną dwóch minionych nocy. Do kolejnego spotkania z tobą tęskniłem bardziej niż do ich ciał, a do tych ciał tak memu ciału zasłużonych tęskniłem, owszem, bardzo. Uda mi się zostać tym, który w tych twoich smutnych oczach Arjuna Rampala rozpali trochę radości? – to było pytanie, z którym zasypiałem.

And you know what? Nigdy nie zrobiłeś dla mnie tego curry z krewetek.

Nirvaan ilustracja (7)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Żyjemy w schyłkowym kapitalizmie. Co przyjdzie po nim?

Kapitalizm, podobnie jak wcześniejsze systemy społeczno-ekonomiczne, dobiegnie końca. Pomimo iż udało mu się przekonać setki milionów ludzi do swojej naturalności i przezroczystości, strukturalne cechy kapitalizmu czynią go systemem, który musi się skończyć znacznie szybciej niż poprzedzające go przednowoczesne systemy „trybutarne”. Kapitalizm jest najbardziej niestabilnym systemem społeczno-ekonomicznym w dotychczasowej historii; cykliczne, wyjątkowo częste, katastrofalne w skutkach kryzysy nie stanowią jego wyjątku a regułę, to one są jego istotą. Systemy poprzedzające kapitalizm w Indiach czy w Chinach potrafiły nie zaznać klęski głodu przez kilkaset lat z rzędu, rzecz, której kapitalizm nigdy na tak wielkim obszarze nie osiągnął. Oprócz strukturalnej tendencji do kryzysów, kapitalizm opiera się także na niszczycielskim tempie eksploatacji zasobów planety, od dawna zużywa naturalne zasoby znacznie szybciej niż natura jest w stanie je odtworzyć.

Zmierzch kapitalizmu

Kapitalizm dobiegnie końca znacznie szybciej niż większość z nas przypuszcza. Jestem przekonany, że większość czytających te słowa umrze już w innym systemie społeczno-ekonomicznym, chyba że władcy tego świata, w obronie swojej pozycji zmiotą nas wszystkich z powierzchni Ziemi w III wojnie światowej, tym razem nuklearnej.

O tym, że kapitalizm jest już obecnie w swojej ostatniej, schyłkowej fazie, świadczą przede wszystkim dwa zespoły problemów. Pierwszy to rozmiary katastrofy klimatycznej, jaką spowodowała kapitalistyczna eksploatacja planety. Powodują one, że nie można już sobie wyobrazić, że kapitalizm jako system produkcji może się rozwijać jeszcze przez choćby jedno stulecie. Niszcząc nasze środowisko w takim tempie, wyginiemy wszyscy znacznie szybciej. Drugi to natura obecnego strukturalnego kryzysu akumulacji kapitału, akcelerowanego załamaniem finansowym 2007-2008. Od tamtego czasu władcy światowej gospodarki próbują wszystkich niekwestionujących podstaw samego kapitalizmu lekarstw, których się nauczyli z poprzednich strukturalnych kryzysów systemu. Unia Europejska, zdominowana przez interesy niemieckiej finansjery, trzyma się uparcie polityki zaciskania pasa i dyscypliny budżetowej. Krytycy tej polityki podkreślają, że jedynie pogłębia ona problemy kontynentu. Niby jest to prawda, ale inne wielkie gospodarki próbują diametralnie innych metod, najczęściej inspirowanych Keynesem – Stany Zjednoczone, Japonia, w pierwszych latach kryzysu także Wielka Brytania wydrukowały prawdziwe oceany pieniędzy, Chiny odpowiedziały inwestycjami infrastrukturalnymi – i żadne z tych rozwiązań nie działa, kryzys cały czas się pogłębia.

Diagnoza, że jesteśmy już w schyłkowej fazie kapitalizmu, który skończy się prędzej raczej niż później, to punkt wyjścia dla fascynującego książkowego eseju, którego autorem jest związany z fenomenalnym amerykańskim magazynem „Jacobin” Peter Frase. Książeczka nosi tytuł Four Futures: Life After Capitalism (Cztery przyszłości: Życie po kapitalizmie). Frase podkreśla, że nie uprawia futurologii – nie pisze, jak potoczy się przyszłość, tego rodzaju literatura już zbyt wiele razy się skompromitowała. Jego książka to raczej rodzaj intelektualnej spekulacji rysującej cztery możliwe scenariusze, cztery możliwe systemy, jakie mogą zastąpić kapitalizm w następstwie jego upadku, który dziś przeżywamy. Każdy z nich wyprowadzony jest z procesów i przemian, które już zachodzą, a także z różnych rozstrzygnięć politycznych, jakie mogą one przynieść. W zarysowaniu tych scenariuszy Frase’owi pomagają obrazowe wizje zaczerpnięte z literatury i kina science fiction, trafnie bowiem traktuje Frase science fiction jako ten gatunek literatury i kina, który najskuteczniej sonduje możliwości i niebezpieczeństwa ewolucji procesów obserwowanych już współcześnie, posuwając do przodu ich wewnętrzną logikę.

Dwa socjalizmy, dwa barbarzyństwa

Frase przypomina słynną frazę Róży Luksemburg, „socjalizm albo barbarzyństwo” i proponuje, że mamy politycznie do wyboru dwa możliwe „socjalizmy” i dwa możliwe „barbarzyństwa”.

Najbardziej obiektywnym czynnikiem, który będzie wyznaczał ramę dla naszej wspólnej przyszłości jest katastrofa klimatyczna, która jest już przesądzona i rozwija się znacznie szybciej niż sądzono jeszcze kilka lat temu. Zmiany klimatyczne oznaczają szereg ekologicznych ograniczeń, jakie przed nami staną. Oceany się podniosą, zmniejszając powierzchnię wielu krajów, część ziemi obecnie uprawnej może stać się pustyniami lub obszarami niemożliwymi do zamieszkania, całe modele produkcji żywności mogą się okazać niemożliwe do utrzymania, i tak dalej. Drugi czynnik jest technologiczny: postępy w automatyzacji, maszyny, które potrafią się same uczyć, drukarki 3D zdolne postawić dom w trzy godziny bez udziału jednego murarza, wszystko to powiększy możliwości produkcyjne ludzkości i zmniejszy zapotrzebowanie na ludzką pracę. Jeżeli automatyzacja spełniłaby swoje najbardziej entuzjastyczne obietnice, mogłaby zaspokoić większość potrzeb przy naszym, ludzi, minimalnym lub żadnym wysiłku. A więc pierwsze pytanie, to ile zostanie spełnione z obietnicy obfitości złożonej przez maszyny i kapłanów automatyzacji w obliczu ograniczeń ekologicznych. Ale to nie wszystko, bo najważniejszym będzie czynnik polityczny, czyli to, czy zwycięstwo w walce o kształt świata odniosą siły polityczne o charakterze egalitarnym, równościowym czy antyegalitarnym, dążącym do zachowania stosunków hierarchii i dominacji.

Dla celów retorycznych scenariusze zarysowane przez Frase’a zrelacjonuję trochę inaczej niż on sam, od najlepszego do najczarniejszego.

Komunizm

Najbardziej optymistycznym scenariuszem, ale i najtrudniejszym do realizacji, jest dla Frase’a komunizm. Frase jest marksistą i pozostaje obojętny na wszelkie związane z tym słowem fobie; komunizm rozumie tak samo jak brodacz z Trewiru: jako bezklasowe społeczeństwo ekonomicznie równych sobie ludzi wyzwolone (za sprawą maszyn i automatyzacji) z przymusu pracy najemnej i z władzy pieniądza nad wszystkimi relacjami między ludźmi. Byłby to świat, w którym obfitość przyniesiona przez automatyzację zrekompensowałaby wszystko, co stracimy wskutek zmian klimatycznych, a warunkiem jego zaprowadzenia jest uniwersalny dochód wypłacany każdemu człowiekowi niezależnie od tego, czy pracuje, który zrównoważy znikanie miejsc pracy wskutek automatyzacji i jednocześnie popychałby automatyzację dalej do przodu. Frase nie przyjmuje „lewicowych krytyk” dochodu bezwarunkowego, uważając, że ignorują one skalę, na jaką to rozwiązanie przekształciłoby całokształt stosunków społecznych i ekonomicznych. Ludzie są stworzeniami, które nie znoszą nudy, potrzebują w swoim życiu widzieć wartość samą w sobie, dlatego uwolnieni od konieczności pracy najemnej będą robić to, co ich pasjonuje i co uważają za ważne, a za pracę, która jest nie dającą żadnej satysfakcji udręką będą od przedsiębiorców wymagać coraz wyższych wynagrodzeń, wymuszając na nich postępy automatyzacji, przede wszystkim automatyzacji tej pracy, której nikt sam z siebie wykonywać nie chce. Jednocześnie pracą ciekawą i wartościową samą w sobie będą się zajmować z własnej woli, coraz częściej za darmo, powodując, że coraz więcej usług i dóbr będzie między ludźmi wymienianych w ten sposób, zmniejszając i stopniowo rugując gospodarkę pieniężną, z czasem odsyłając ją na śmietnik historii.

Socjalizm

Socjalizm to scenariusz również egalitarny, w którym nie uda się jednak zrealizować pełnej obietnicy obfitości dostarczanej przez zmechanizowane procesy, a ograniczenia wynikające ze zmian klimatycznych będą z jednej strony znaczące, z drugiej jednak rozwiązane tak, byśmy wszyscy mieli równy udział w prawie do przetrwania zmian ekologicznych (a nie np. tylko ludzie zamożni czy mieszkańcy wybranych krajów). W socjalizmie będziemy musieli się zmagać z konsekwencjami ekologicznego zniszczenia planety przez kapitalizm, ale dzięki egalitaryzmowi politycznemu i ekonomicznemu będziemy w stanie przeprowadzić wielką technologiczną transformację, która przestawi nasze systemy energetyczne i produkcyjne na takie, które szanują ograniczoność zasobów planety. Jednocześnie podzielimy się pracą przy tej transformacji, pracą zarządzaną w centralnie planowanych projektach na globalną skalę, bo tylko tak można rozwiązać problemy, jakie przed nami dzisiaj stoją. Częścią systemu powinien wciąż być uniwersalny dochód, nieuzależniony od tego, czy w danym momencie człowiek wykonuje pracę (automatyzacja nie zlikwiduje zapotrzebowania na pracę, ale znacząco je zmniejszy) i systemowe zabezpieczenia przed tym, by ktokolwiek miał indywidualną kontrolę nad wielkimi zasobami bogactwa.

Rentyzm

Rentyzm będzie to system, w którym automatyzacja zapewni obfitość dóbr niezależnie od zmian ekologicznych oraz kolosalnie zmniejszy zapotrzebowanie na pracę, przy jednoczesnym zwycięstwie politycznym sił dążących do utrzymania stosunków silnej dominacji klasowej. Zalążki rentyzmu już mają się dobrze – przejawiają się w ekspansji reżimu praw autorskich i własności intelektualnej dążącego do podboju coraz to nowych obszarów rzeczywistości, obejmowania patentami substancji naturalnych, tradycyjnych lekarstw i odmian roślin uprawianych przez różne społeczeństwa od tysięcy lat, nawet genów, w tym ludzkich. Rentyzm będzie to bowiem system, w którym źródłem fortun klas dominujących będzie pobieranie renty od monopolistycznych tytułów własności rozciągniętych na wszystkie obszary życia. Część populacji zdominowanej znajdzie zatrudnienie w sektorze usług osobistych świadczonych klasie rentierów czy w sektorze bezpieczeństwa ochraniającego ich majątki i przywileje przed gniewem spauperyzowanej reszty, ale źródłem napięć wewnątrzsystemowych będzie to, że takiej pracy nie wystarczy dla wszystkich, co z kolei będzie tworzyło problem z popytem na to wszystko, od czego elity pobierać będą rentę.

Eksterminizm

Najczarniejszym scenariuszem jest system, który Frase nazwał eksterminizmem. Niestety, jest to również ten system, w stronę którego w moim przekonaniu najszybciej zmierzamy. Eksterminizm będzie to system, w którym nie zapanujemy nad katastrofalnymi skutkami ekologicznymi globalnego ocieplenia klimatu, ale za sprawą utrzymania hierarchicznych stosunków dominacji uprzywilejowani zagwarantują własne przetrwanie kosztem mas ludzi skazanych na stopniową systemową zagładę. Te zagłady będą się realizować za sprawą działań zbrojnych, klęsk głodu i pozostawienia całych populacji samym sobie w obliczu klęsk żywiołowych wywołanych zmianami klimatu, a także pozamykanych i porzuconych w obliczonych na ich stopniowe wymieranie, odciętych od świata bantustanach na podobieństwo Palestyńskich Terytoriów Okupowanych, a zwłaszcza oblężonej od lat strefy Gazy. Pisząc w roku 2014 esej Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami, miałem podobne intuicje, co Frase w tym rozdziale Czterech przyszłości. Palestyńskie Terytoria Okupowane są laboratorium wykluwającego się eksterminizmu.

Książka Frase’a powinna być lekturą obowiązkową dla tych na lewicy, którzy każdą radykalną propozycję wychodzącą dalej niż wprowadzanie drobnych, socjaldemokratycznych korekt do logiki systemu kapitalistycznego uważają za nierealistyczne obłąkanie, a za ostateczny horyzont ludzkości robi u nich powojenne państwo dobrobytu. To ostatnie było tymczasem wyjątkowym historycznym wariantem systemu będącego już dziś w fazie schyłku. Jednocześnie odrzucanie przez taką „realistyczną lewicę” radykalnych propozycji mających na celu transformację w stronę socjalizmu lub komunizmu wcale nie przybliża nas do „realistycznych” (a w rzeczywistości anachronicznych) fantazji o zachodnim państwie dobrobytu lat 60. XX wieku tylko pomaga ekonomicznym władcom tego świata odżegnać największe ideologiczne zagrożenia dla ich interesów. Dzięki temu mogą spokojnie pracować na rzecz któregoś z własnych projektów ekonomicznej transformacji globu – ku rentyzmowi lub eksterminizmowi. Jeżeli dopną celu, „realistyczna lewica” będzie ponosić część odpowiedzialności za piekło, w jakim przyjdzie nam żyć.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach portalu Strajk.eu (pt. Peter Frase – polityczny scenarzysta dla ludzkości)

Jestem na Facebooku i Twitterze.