Dlaczego Imperium żąda głowy Assange’a?

Tekst ukazał się pierwotnie 12 stycznia 2021 na łamach portalu Strajk.eu.

W kalejdoskopie bieżących wydarzeń warto nie zapominać o sprawie Juliana Assange’a. Jest ona ważniejsza niż wynikałoby z miejsca, jakie zajmuje w przekazie większości polskich mediów. Kolejny akt tej tragedii (coraz wyraźniej, niestety, widać, że to się inaczej niż tragicznie nie skończy) rozegrał się w dwóch odsłonach przed londyńskim sądem Old Bailey.

W pierwszej odsłonie, 4 stycznia, sędzia Vanessa Baraitser odrzuciła amerykański wniosek o wydanie go amerykańskiemu wymiarowi „sprawiedliwości”. Uzasadniła to jedynie dramatycznym stanem jego zdrowia fizycznego i psychicznego, który może oskarżonego doprowadzić nawet do samobójstwa. Odrzuciła natomiast wszystkie argumenty obrony odnoszące się do meritum. Że amerykańskie żądania są bezprawne, bo Assange’a chronią gwarancje wolności słowa i prasy (Assange jest pierwszym w historii dziennikarzem ściganym na podstawie Espionage Act, amerykańskiej „Ustawy o szpiegostwie”). Że prawdziwe powody amerykańskiego postępowania przeciwko niemu są stricte polityczne, a ekstradycja w sprawach politycznych jest explicite zakazana przez traktat ekstradycyjny między Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi.

Nazajutrz ten sam sąd odrzucił wniosek o wypuszczenie Assange’a za kaucją z więzienia o podwyższonym rygorze, Belmarsh, w którym wyniszczony niemal kompletną izolacją Assange umiera na raty. Prawnicy Waszyngtonu nie składają broni i będą się odwoływać. Brytyjczycy czekają jedynie, aż do Białego Domu wprowadzi się nowy lokator i da jasno do zrozumienia, jakie są intencje wstępującej administracji wobec Australijczyka.

Assange i WikiLeaks

Słynny australijski dziennikarz i wydawca jest na celowniku Stanów Zjednoczonych i posłusznej ich woli Wielkiej Brytanii już od ponad dekady. Unieruchomiony najpierw w ambasadzie Ekwadoru w Londynie – dostał tam azyl polityczny za prezydentury Rafaela Correi, w 2012 roku. Nie mógł się stamtąd ruszyć, bo na zewnątrz cały czas czekała gotowa go aresztować brytyjska policja, a Amerykanie szukali możliwości, jak go z ambasady porwać lub jak go tam otruć. Było to już formą uwięzienia, ale stało się uwięzieniem sensu stricto, gdy władzę w Ekwadorze przejął Lenin Moreno (w 2017). Moreno, pomimo iż startował jako namaszczony przez Correę jego ideowy następca, po przejęciu władzy przeszedł na pozycje proamerykańskie. Oznaczało to m. in. sprzedanie Assange’a w zamian kredyty z kontrolowanych przez Amerykanów międzynarodowych instytucji finansowych. Na początek było to uprzykrzanie mu życia, znaczące pogorszenie warunków jego pobytu, szpiegowanie wszystkich jego kontaktów (w tym z prawnikami i najbliższymi mu osobami) za pośrednictwem hiszpańskiej firmy ochroniarskiej i przekazywanie zdobywanej tak wiedzy Waszyngtonowi. W końcu Ekwador po prostu wydał go Wielkiej Brytanii, żeby ta wydała go następnie Amerykanom.

Dziesięć lat pościgu, podstępów i osaczenia. W tym czasie: dwóch amerykańskich prezydentów, demokrata i republikanin, wkrótce na urząd wstąpi trzeci; po naszej stronie oceanu: trzech brytyjskich premierów. Wołanie Imperium o głowę Assange’a – bez zmian, cały czas to samo.

Czytaj dalej

Brokat i warcaby z zakrętek

O filmach: Cidade Baixa, reż. Sérgio Machado (2005) i Madame Satã, reż. Karim Aïnouz (2002). Fragment książki: Smutki tropików: Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne.

Między Cidade Baixa (Niższe miasto) Sérgio Machado z roku 2005 a nieco wcześniejszym Madame Satã Karima Aïnouza (z 2002), choć filmy te opowiadają zupełnie różne historie, osadzone w innych epokach i na odległych krańcach brazylijskiego – jak to kiedyś powiedziano – „kontynentu”, znaleźć można szereg intrygujących podobieństw, od przygodnych po leżące na poziomach, które ustanawiają ich filmową strukturę i „teksturę”. Podobieństwa te zebrane razem zachęcają do „czytania” obydwu filmów „w pakiecie”, jak teksty, które się uzupełniają i wzmacniają nawzajem; teksty dwóch przyjaciół, którym zdarzało się razem pracować i którzy sami widzą między sobą pewne zbieżności[1] (Machado współpracował także przy scenariuszu Madame Satã).

W obydwu filmach jedną z głównych ról gra fascynujący (zwłaszcza w Madame Satã) Lázaro Ramos.  W Cidade Baixa bohaterowie zmierzają do punktu, w którym w trójkę uformują dalece niestandardową „komórkę społeczną”, która – twórcy w tę stronę kierują nasze domysły – razem zabierze się za wychowywanie dziecka i (przynajmniej na jakiś czas, ale kto wie) wspierać się będzie nawzajem ekonomicznie i emocjonalnie we wspólnym gospodarstwie domowym. W Madame Satã takie niestandardowe, nieuporządkowane, zrodzone z ekonomicznego chaosu i ekonomicznej konieczności gospodarstwo, liczące dokładnie tyle samo dusz i zamieszkujące budynek w podobnym (tzn. nienajlepszym) stanie materialnym, jest już środowiskiem, w jakim João, przyszły/a Madame Satã, żyje, gdy jest nam przez film przedstawiony (i gdy akurat nie ukrywa się przed policją, ani nie siedzi w więzieniu). Mieszka razem z Lauritą, jej córeczką i transwestytą Tabu. Wszyscy dorośli członkowie tego gospodarstwa mają w swoim życiu ekonomicznym co najmniej epizody świadczenia prostytucji, a także pracy w branży rozrywek późnowieczornych, czyli to, z czego u Machado na codzień żyje Karinna. Akcja każdego z tych dwóch filmów toczy się w mieście emblematycznym, reprezentatywnym dla jakiegoś etapu historycznego rozwoju Brazylii, czy też – może paradoksalnie, ale za to bardziej precyzyjnie – historycznego rozwoju jej niedorozwoju: Salvador był stolicą Brazylii w okresie, gdy była ona opartą na grabieży ziemi i eksploatacji pracy niewolniczej kolonią portugalską, Rio de Janeiro z kolei miejscem, dokąd stolicę przeniesiono, ustanawiając niepodległe, ale niezrywające w żaden zupełnie sposób ze strukturą opartej na niewolnictwie gospodarki kolonialnej, konserwatywne Cesarstwo Brazylijskie. Obydwa filmy pulsują energią seksualną świata przedstawionego i samego swojego stylu, opowiedziane są intensywnie zmysłowymi obrazami, mnóstwem intymnych zbliżeń, w ciepłym świetle lub w mroku, często z prowadzonej z ręki, bardzo blisko twarzy i ciał aktorów, kamery; obrazami pozwalającymi musnąć wzrokiem faktury i niemal poczuć zapach ich skóry, przesyconymi erotyzmem[2]. Erotyzmem swoich bohaterów jako ciał nacechowanych pragnieniem – z całym tego pragnienia nadmiarem, z całym tego nadmiaru polimorficznym nieporządkiem i jakby a-nowoczesnym nieusystematyzowaniem. Ale zmuszonych wpisać to pragnienie jakoś w ramy nieułatwiającego życia, nieprzejawiającego raczej nadmiaru sensu, kontekstu społeczno-ekonomicznego i własnego w tym kontekście miejsca (miejsca dalece nieuprzywilejowanego, przez co szczególnie deficytowego w długofalowe sensy).

Jest takie ujęcie w Cidade baixa, wśród innych obrazów z ulicznego życia brazylijskiego Salvadoru, w którym widzimy planszę do gry w warcaby, a na niej rozstawione dwa „sety” plastikowych zakrętek od butelek po napojach: jeden zestaw jest czerwony, drugi niebieski. W pewien sposób motyw warcabów zaimprowizowanych z plastikowych zakrętek otwiera niespodziewany nadmiar znaczenia – metaforyzuje życiowe strategie bohaterów obydwu filmów: dążenie do ciągłego, ustawicznego składania sobie jakoś życia z niepasujących, przypadkowych elementów, nadania im jakiejś w miarę spójnej – choć niekoniecznie przewidzianej przez same elementy – formy, umieszczenia ich na narzuconej im z zewnątrz planszy rzeczywistości tak, żeby coś w miarę spójnego dało się z tego wszystkiego wycisnąć, wystrugać; nawet jeżeli rezultaty są zupełnie tymczasowe, lub ich trwałości nie sposób oszacować, to – z braku szerszej perspektywy, w jakiej można sobie swoje sprawy ułożyć – przynajmniej w tej tymczasowej płaszczyźnie, przynajmniej póki co, działają.

W Cidade baixa czarny Deco (Ramos) i biały Naldinho (Wagner Moura, później znany jako porucznik Nascimento z Elitarnych José Padilhi), przyjaciele z dzieciństwa, są sobie bliscy jak bracia – do tego stopnia, że nawet rzucony przez Naldinho na temat Deco żart, że ten ostatni jest wnukiem czarnej sprzątaczki jego rodziców, uchodzi na sucho, nie ukarany resentymentem i nieodebrany jako rasistowski. Żyją bez stałego dachu nad głową, realizując na rzece transportowe fuchy posiadaną wspólnie, umęczoną motorową łodzią, na której też mieszkają, z epizodami reperujących budżet mniejszych lub większych przekrętów, czasem kradzieży (tabletek na potencję z nocnej apteki – to Naldinho) czy ustawionych walk bokserskich (Deco). Karinnę (Alice Braga, debiutująca u Machado córka słynnej niegdyś Soni Bragi) poznają w jednej z transportowych tras na rzece. Oferują jej podrzucenie do leżącego w dole rzeki Salvadoru, w zamian za świadczenie im po drodze usług seksualnych. Dziewczyna ma 20 lat, zdana na siebie (w filmie nie pojawia się żadne odniesienie do jakicholwiek jej żyjących krewnych, być może więc zdana na siebie od dawna), już pewnie czas jakiś sprzedaje jedyne, co bez wykształcenia i wsparcia krewnych może wystawić na sprzedaż na odległych obrzeżach tego, co bajki liberałów nazywają „wolnym” rynkiem. Sprzedaje swoje ciało na dwa sposoby: tańcząc w nocnym klubie i świadcząc, jak to mówią w zachodnich naukach społecznych, sex work. Całą trójkę zwiążą jednak znacznie mocniejsze uczucia, obydwaj mężczyźni oszaleją na punkcie Karinny, która nie będzie skłonna wybrać jednego kosztem drugiego.

Przez jakiś czas ogromny znak zapytania zawiśnie nad trwającą całe dotychczasowe życie przyjaźnią obydwu mężczyzn, a Karinna będzie już pakowała walizki, żeby wynieść się z miasta i więcej już, dla bezpieczeństwa całej trójki i własnego świętego spokoju, żadnego z nich nie widzieć. I wtedy w przepięknej scenie finałowej, wszyscy troje, zgromadzeni pod jednym dachem, patrzą sobie w oczy, gdy Karinna zmywa z ich potłuczonych (potłukli je sobie nawzajem) twarzy krew, która miesza się w misce z wodą. I chociaż film w tym momencie się kończy i nie zostaniemy w trybie oznajmującym poinformowani, co się wydarzy dalej (czy będą „żyli długo i szczęśliwie”), to jednak nie możemy tego odczytywać inaczej niż jako momentu, w którym rodzi się postanowienie, że cała trójka zamieszka razem. Krew obydwu mężczyzn symbolicznie się miesza, niczym w jakimś chłopięcym rytuale „braci krwi”; spróbują więc razem być „podwójnym” ojcem dla dziecka, które biologicznie jest pewnie jednego z nich, ale też nie można wykluczyć, że kogoś zupełnie innego (tzn. jednego z klientów Karinny). Jesteśmy świadkami zawiązania się rodziny, w której obaj agresywni, bardzo samczy (macho) mężczyźni będą musieli – i najwyraźniej się na to właśnie decydują – zawiesić swoje pragnienie dominacji, żeby to przedsięwzięcie w ogóle mogło funkcjonować; wrócić do braterstwa między sobą i prawdopodbnie – skoro sami są tak nieodpowiedzialnie emocjonalni i impulsywni – poddać się zdrowemu rozsądkowi najbardziej z całej tej trójki racjonalnej Karinny.

Tak o tym mówi sam Machado:

„Myślę, że większość najlepszych filmów zrobionych w Brazylii w ciągu ostatnich 10 lat jest głównie o przetrwaniu. […] Niektóre bardzo reprezentatywne brazylijskie filmy są o ludziach, którzy łączą się razem, tworzą odmienne rodzaje rodziny, i starają się przetrwać. Dworzec nadziei jest o tym: dwoje dryfujących ludzi, starsza pani i chłopiec, łączą się, by przetrwać. Mój film jest o tym, Madame Satã i nowy film Karima [Aïnouza – przyp. JP] są o tym. I Kino, aspiryna i sępy[3] też.

[…] Tutaj masz młodą prostytutkę w stanie Bahia. Ona nie jest głupia, wie, że życie najprawdopodobniej nie będzie dla niej świetne, nigdy; jakoś została do prostytucji zmuszona, więc teraz będzie jej trudno wyjść za mąż, no bo jest prostytutką. Co ona może zrobić? Nie ma znaczenia, czy tych troje zostanie razem na resztę życia czy na kilka sekund. Co mnie interesuje, to nacisk na to, by się nie poddawać, wola improwizowania, eksperymentowania.”[4]  

Machado i Aïnouz różnią się bardzo, jeśli chodzi o ich inspiracje i drogę do filmu, a także o pozycje, jakie zajmują w stosunku do portretowanych przez nich miast. Są w podobnym wieku (Aïnouz: rocznik 1966, Machado: 1968). Machado jest wrośniętym w swoje miasto (choć urodzony w Cearze, wychował się w bogatszej części Salvadoru, „górnym mieście”) i organicznie związanym z jego mieszkańcami i kulturą soteropolitano (tak na siebie mówią mieszkańcy Salvadoru); w świat filmu na dobre wstrzelił się za sprawą „sztandarowego” pisarza stanu Bahia, Jorge Amado, który zarekomendował jego krótki metraż Troca de cabeças Walterowi Sallesowi, wówczas już znanemu na całym świecie twórcy Dworca nadziei. Alice Braga, filmowa Karinna, jest córką aktorki, która swoją sławę zawdzięczała m.in. filmowi Doña Flor i jej dwóch mężów, na podstawie powieści samego Amado. Główni aktorzy jego debiutu (bo Cidade baixa to debiut), Ramos i Moura, to miejscowi, tak jak on sam, soteropolitanos. Na nabrzeżu tytułowego „dolnego miasta” Machado napisał swój scenariusz. Machado za swoich filmowych mistrzów uważa klasyków rzetelnej filmowej narracji (John Ford, Akira Kurosawa…); Aïnouz ma natomiast podejście bardziej estetyzujące, trafił o kina raczej za pośrednictwem zainteresowania różnymi awangardami – to awangardowe środowiska przyniosły jego pierwsze inspiracje, to w ich towarzystwie obijał się po Nowym Jorku, gdy tam w młodości wyjechał. Aïnouz jest w stosunku do opisywanego miasta (po Madame Satã wrócił do Rio w 2011 r., toczącym się niemal w całości w ciągu jednej nocy Srebrnym urwiskiem) outsiderem – pochodzi z Fortalezy na północnym wschodzie kraju, arabskie korzenie i homoseksualność wzmacniają jeszcze tę osobność i poczucie „wyobcowania”, bycia nieco na zewnątrz, co sam kiedyś (w 2011 r.) podkreślił na spotkaniu z widzami w Londynie. Wyobcowanie to jest jednak także pozycja zafascynowanego, czułego dla swego obiektu, obserwatora.

Madame Satã

Starający się przetrwać ludzie, którzy w Madame Satã są przedmiotem obserwacji, to postaci wyprowadzone z pamiętników autentycznej postaci, awanturnika, życiowego kabotyna i mitomana, ale też wybitnego artysty estradowego w jednym. João Francisco dos Santos zmarł w 1976 r. znany pod swoim estradowo-karnawałowym pseudonimem Madame Satã. Film osadzony jest jednak w latach 30., w okresie kształtowania się ludyczno-artystycznej osobowości João (Ramos), zanim wymyślił on sobie i zmaterializował przed światem (światem jako swoją publicznością) sambodromową, karnawałową personę Madame Satã (inspirowaną filmowym musicalem Cecila B. DeMille’a Madam Satan z r. 1930). W pewnym sensie jest to więc opowieść o drodze João do stania się Madame Satã. João mieszka w jednym gospodarstwie z czarnoskórym transwestytą Tabu (Flavio Buaraqui), którego jedynym źródłem dochodu jest prostytucja i sporadyczne kradzieże, oraz prostytutką Lauritą (Marcelia Cartaxo). Tabu jest osobą, która bardzo głęboko zinternalizowała swoje wykluczenie i własną ekspozycję na przemoc otoczenia, ale jednocześnie niejako rzuca otoczeniu wyzwanie, wystawiając się na jeszcze większe tej przemocy ryzyko (np. świadcząc seksualne usługi policjantom, co powszechnie w „środowisku” uchodzi za igranie z ogniem, bo policjanci stanowią najbardziej prawdopodobnych oprawców; obserwujemy to także w sposobie, w jaki rozmawia z João, w stosunku do którego demonstruje widoczne gołym okiem przywiązanie). Laurita z kolei jest prostytutką i samotną matką. Cała trójka wspomaga się nawzajem; razem, w zależności od tego, kto jest do dyspozycji, opiekują się córką Laurity. Jest jasne, że mieszkają razem, bo żadnego z całej tej trójcy nie stać na wynajmowanie mieszkania samodzielnie; żadne nie ma pewnego, regularnego źródła dochodu, na którym długofalowo mogłoby polegać; każde podejmuje działania o charakterze aktywności ekonomicznych w chaotycznych, nieregularnych porach dnia i tygodnia – w trójkę rosną szanse, że ktoś się zawsze w domu, przy dziecku, znajdzie. Dzielone wspólnie położenie ekonomiczne wytwarza między nimi bardzo bliskie więzi emocjonalne, nawet jeśli relacje między João a Tabu naznaczone są dziwną, pokraczną grą, opartą na dialektyce demonstracyjnej, choć głównie słownej, agresji (z strony João, jakby odgrywającego komedię „jedynego mężczyzny” w domu) i wzajemnej czułości.

Ta quasi-rodzinna konstelacja, rodzina ad hoc, u Aïnouza tym się filmowo różni od tego, jak relacje między swoimi bohaterami a samym opowiadaniem skonstruował Machado, że w Madame Satã narracja ma jednak swój punkt skupienia w osobie jednego bohatera, nie czyniąc całej trójki bohaterami na równych prawach. Widowiskowej malowniczości takiej postaci jak João wystarcza jednak w zupełności, by udźwignąć wielki film. Jego życie to również takie warcaby z plastikowych zakrętek, tożsamościowy kolaż, opowieść na chybił trafił poskładana w całość, na tyle spójną, na ile to doraźnie możliwe, z elementów znalezionych w pozbawionej planu wędrówce po peryferiach peryferyjnej metropolii, społeczno-ekonomicznych marginesach metropolii zagubionej na dalekiej peryferii globalnego systemu ekonomicznego. Elementów albo zepchniętych na ubocze życia społecznego i ekonomicznego, albo wyrosłych na tym uboczu jako „strategia przetrwania”, albo podpatrzonych, zgapionych lub przetworzonych z tego, co na takie pobocza spada z lokalnych i globalnych stołów władzy ekonomicznej i symbolicznej (np. snów produkowanych przez Hollywood).

João jest niezwykle atrakcyjnym fizycznie mężczyzną, kompozycją doskonale wyrzeźbionej muskulatury, opiętej piękną, aksamitną skórą, której od mięśni wydaje się nie dzielić nawet gram tłuszczu i której ciemna barwa potęguje jeszcze wrażenie drzemiącej w jego ciele siły, bo kontrasty uzyskiwane za sprawą padającego na nią światła dodatkowo dramatyzują efekt rzeźby każdej najmniejszej grupy mięśni. Jest zwinny, szybki, silny, nawet agresywny – jak się wścieknie, to nie ma zmiłuj. Fizycznie jest więc pod wieloma względami takim mężczyzną, albo dysponuje fizycznymi atutami takiego mężczyzny, na jakiego chciałoby wyrosnąć wielu chłopców: mężczyzny normatywnego, nawet hipernormatywnego (bo realizującego przypisywany przez zachodnią kulturę czarnoskórym mężczyznom nadmiar, eksces nagiej, niezapośredniczonej, niezłagodzonej mieszczańskimi zaokrągleniami męskości). Nienormatywnymi (pamiętamy o Jasbir Puar et consortes, ale akcja toczy się w latach 30. XX w.) ścieżkami, ku innym mężczyznom, chadza jednak jego pożądanie, przyjmując jednocześnie romantycznie „kobiecą” formę miłości do pięknego wielkomiejskiego kanciarza z marginesu, Renatinho (Fellipe Marques), który żyje szybko i umrze młodo. To swoje ponadprzeciętnie „męskie” ciało przetwarza przy użyciu fantazmatycznego ekscesu kobiecości: kostiumów stylizowanych na hollywoodzkie wyobrażenia o arabskich tancerkach, manierycznego śpiewu, a nawet spektakularnych wrzasków, agresywnego makijażu (mięsiste usta czarnego mężczyzny zmieniąją wtedy swoje symboliczne zadania i zaczynają ucieleśniać fantazję o bujnych, przeerotyzowanych wargach kobiecych) i kilogramów sztucznego blichtru, brokatu. W intrygujący sposób niektóre elementy tej fantazmatycznej kobiecości – przy okazji, paradoksalnie i mimochodem – podbijają jeszcze ekspozycję niektórych męskich walorów João, zwłaszcza jego muskulatury – wystającej spod odsłaniającego więcej niż zasłaniającego kostiumu „arabskiej” bajadery.

Richard G. Parker w swojej książce o kulturze seksualnej współczesnej Brazylii[5] opisał główne systemy ideologiczne, które kształtują postrzeganie przez brazylijską kulturę ludzkiej seksualności. Dostarczają one siatek kategorii, pojęć, norm i znaczeń seksualnego pragnienia i jego ekspresji w praktyce. Stanowią bardzo różne – czasami  uzupełniające się, czasami zupełnie nieprzystające, nierzadko rozmijające się lub otwarcie z sobą nawzajem skonfliktowane – porządki symboliczne. Wyobrażenia narzucane przez katolicyzm; ideologia patriarchalnej dominacji i rozdziału płci; wyobrażenia przednowoczesne (które w przypadku społeczeństwa wymieszanego z elementów tak różnorodnego pochodzenia, wywodzą się z rozmaitych kręgów kulturowych); wyobrażenia nowoczesne (Foucaltowska „prawda seksu jako prawda podmiotu” i „dyscyplinarna” władza „urządzenia seksualności”), ideologia „erotyzmu” Brazylii („nic nie jest grzechem po drugiej stronie równika”), dyskurs medyczno-naukowy, późno- płynno- czy ponowoczesny dyskurs emancypacyjny (emancypacji mniejszości seksualnych, itd.), wreszcie wyjątkowo istotny w brazylijskiej kulturze nurt „karnawalizacji rzeczywistości”, wielu z „odgórnych” ideologii seksualnych idący na przekór, ale też formalizujący i kodyfikujący ich transgresje. Ten ostatni nurt wykracza daleko poza oficjalny kalendarzowy okres samego spektakularnego brazylijskiego karnawału i jego oficjalne lokalizacje; posiada swoje epizodyczne powtórzenia na przestrzeni całego roku, eksploduje w nie do końca przewidzianych miejscach, dysponuje podmiotami, które niejako uosabiają karnawał przez cały rok oraz enklawami karnawału permanentnego. Jedną z tych enklaw jest Lapa, dzielnica Rio de Janeiro, w której toczy się spora część filmu Aïnouza, dzielnica nocnych lokali, nocnych imprez, nocnych artystów i prostytutek (dzisiaj także transseksualistów), dzielnica, która jest naturalnym żywiołem João i po dziś dzień jest jedną wielką, niemal niekończącą się, oszałamiającą imprezą.

João bardziej jednak niż tylko permanentnym „nosicielem karnawału w sobie” jest podmiotem, który przy użyciu m.in. elementów siatki znaczeń karnawału jako całego rozbudowanego podsystemu brazylijskiej kultury rozbija się o kanty nieprzyjaznej ekonomicznie rzeczywistości, usiłując otworzyć sobie, wygospodarować przestrzeń dla własnego ekscesu pragnienia i nadmiaru radości życia w ogóle, które się w jego karnawałowym i poskładanym z przeciwstawnych elementów przeseksualizowaniu (useksualizowaniu ponad rozsądnie czy pragmatycznie określoną potrzebę czy konieczność) wyrażają. Ale wyrażają się też w jego scenicznej personie, której mogłoby być na imię Nadmiar, w sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem zatracaniu się w całym spektrum emocji i wygrywaniu ich do całego ich ekscesywnego kresu, aż do moralnego kaca, który przychodzi potem. Jak kiedy postanawia wrócić i zabić człowieka, który go obraził, podczas gdy miał czas ochłonąć i dla własnego dobra puścić to w zapomnienie; jak w jego mitomanii, która była pewnie jedną z rzeczy, które przyciągły do tej postaci Aïnouza[6]. W przeżywaniu przez João życia w całym jego nadmiarze, z całym ekscesem tego życia radości, seks pełni szczególną rolę, którą eksploatuje on w swojej roli karnawałowo-scenicznej. To dlatego, że podążanie za pragnieniem jest dla niego autoteliczną, samousprawiedliwiającą się wartością, po tym, jak udzieli Tabu agresywnej reprymendy za sypianie (za pieniądze) z policjantem (co jest potencjalnie niebezpieczne dla transseksualisty w epoce, gdy „odchylenia” seksualne podlegają formalnej i nieformalnej społecznej represji), zmieni nagle ton i z czułością w głosie zapyta Tabu, czy – pod względem uzyskanej rozkoszy – było warto. Rozkosz jest stawką, o którą warto grać, dla obiecywanej przez nią nadwyżki szczęścia warto ryzykować – tej kwestii nie obciążają u niego nadmierne wątpliwości.

João lepi ten swój życiowy bricolage, rozpychając dla siebie łokciami przestrzeń na obrzeżach i pod brzuchem oczywiście nie tylko tego, co dominujące, odgórne „ideologie seksualności” pozostawiają poza swoją jurysdykcją bądź w różnych szarych strefach swojego braku czy to zainteresowania, czy to konsekwencji. João porusza się w i otwiera dla siebie przestrzeń usytuowaną w odniesieniu do aparatów i ideologii rzeczywistej, materialnej władzy – symboliczne siatki pojęć i norm seksualnych są jej instrumentami i przedłużeniami.

Widz poznaje João, gdy ten jest (niejedyny w swoim życiu raz) aresztowany przez policję. Jego twarz nosi fizyczne ślady ich władzy i przemocy, z jaką tę swą władzę w stosunku do niego wyegzekwowali – obicia, sińce i krew. Słyszymy, jak policja wykonuje swój obowiązek władzy (władzy dyscyplinarnej, dyscyplinującej) i wytwarza João jako przedmiot swojej wiedzy, tym samym usiłując go nauczyć, kim z punktu widzenia interesu władzy jest – jako podmiot. Zapisane zostanie nazwisko, pochodzenie, wiek; że jest zawadiaką, wielokrotnym kryminalistą i „pasywnym homoseksualistą”. Władza próbuje mu narzucić tożsamość, z którą João wcale utożsamiać się nie pragnie, ani jakoś specjalnie nie zamierza. Może i bywa pasywny (receptywny) w swoich relacjach seksualnych, ale w innych scenach w filmie widzimy, że jest równie, jeśli nie bardziej albo przede wszystkim, w swoim żywiole, jako aktywny (insertywny) partner w stosunku homoseksualnym. W pozycji receptywnej go w filmie nie widzimy notabene nigdy. W swoim dziwnym gospodarstwie domowym, choć ani z Tabu, ani tym bardziej z Lauritą, nie łączą go (w każdym razie w okresie objętym ramami czasowymi filmu) żadne stosunki seksualne, przyjmuje rolę dominującą („aktywną”) w stosunku do współdomowników, a zwłaszcza Tabu, jako queera „zniewieściałego”, w odniesieniu do którego João postępuje według kodów bliższych machismo. Zachowanie policji w stosunku do João łączy więc w sobie elmenty nowoczesnego paradygmatu władzy – władzę dyscyplinarną jednocześnie włączającą João w „urządzenie przestępczości”[7], jak i w „urządzenie seksualności”[8] („karając” go za „perwersyjne” zachowanie klasyfikacją wyrzucającą poza nawias heteroseksualnej męskiej „normy”) – z elementami przednowoczesnej pojęciowej siatki seksualnych norm i kategorii, podkreślając, jak widzimy w filmie – niezbyt w zgodzie z prawdą, że jego homoseksualizm jest „pasywny”.

Jak (nie wszystkim) wiadomo[9], tożsamość homoseksualna, określająca podmiot na podstawie podejmowanych przez nią praktyk seksualnych i kierunku odczuwanego pragnienia, łącząca – w przypadku mężczyzn – w jedną grupę mężczyzn podejmujących aktywną i pasywną rolę w analnym stosunku seksualnym, jest produktem specyficznie nowoczesnym i specyficznie zachodnim, z czasem dopiero „eksportowanym” na peryferie w procesach imperializmu kulturalnego. Jedną z cech charakterystycznych siatek przednowoczesnych seksualnych kategoryzacji w wielu kręgach kulturowych (w tym w Europie i Ameryce Północnej jeszcze w pierwszych dekadach XX w.) jest/była zasada, że poza ramy męskości normatywnej wypada(ł) tylko mężczyzna pasywny w stosunku seksualnym z innym mężczyzną. Mężczyzna, który kontakty seksualne z innymi mężczyznami miał tylko jako partner aktywny („insertywny”), przez siebie i otoczenie mógł być i był postrzegany jako mieszczący się w kategorii męskości normatywnej. Policjanci w swoim raporcie zdającym sprawę z zatrzymania i „przesłuchania” João usiłują dokonać jakiegoś uzgodnienia, rekoncyliacji nakładających się, niekompatybilnych porządków pojęciowych i żeby wypchnąć João z porządku normy w porządek patologii i perwersji, „na wszelki wypadek” uzupełniają przypisanie mu nowoczesnej, „medycznej”, dyscyplinarnej i heteronormatywnej kategorii homoseksualizmu dodatkową „informacją” mającą za zadanie wypchnąć go z pola społecznie akceptowanej normy skuteczniej niż gdyby tej dodatkowej kwalifikacji, w warunkach tylko „częściowo” i „niekompletnie” nowoczesnego (nowoczesnego na sposób peryferyjny) kontekstu społecznego, brakowało.

Bohaterowie Machado, siedem dekad później, również (wciąż) poruszają się w przestrzeni seksualnie niedoprecyzowanej, polimorficznej, „niezdyscyplinowanej” do końca przez nowoczesne dyskursy seksualności, a jednocześnie nie znajdującej się do końca pod suwerenną kontrolą żadnej innej seksualnej ideologii. Łączą się w trójkąt, którego głową pewnie będzie Karinna; żaden z mężczyzn nie będzie dominował nad stadłem; co najmniej jeden będzie wychowywał dziecko innego mężczyzny; jest nawet kilka takich scen w filmie, gdy obaj mężczyźni obejmują Karinnę, jednocześnie pieszczotliwie dotykając rąk jeden drugiego – mamy aż prawo przynajmniej postawić sobie pytanie, czy częściowo za dzielenie pożądania do tej samej kobiety nie odpowiada możliwość mediowania przez jej osobę pierwiastka pożądania, odczuwanego przez mężczyzn do siebie nawzajem, dając im możliwość zastępczej realizacji erotycznej. Moglibyśmy mieć do czynienia z wyparciem tego homoerotycznego pragnienia, i wtedy bylibyśmy w królestwie nowoczesnej dyscypliny „urządzenia seksualności”, żądającej dla takich pragnień banicji lub zamknięcia ich w odrębnej tożsamości. Ale chyba nie mamy, bo obaj mężczyźni, gdy się w takich okolicznościach dotykają, nie szukają kompulsywnej ucieczki w homofobiczne gesty utwierdzania się o swojej „prawdziwej” męskości. Mamy raczej do czynienia z erotyczną potencjalnością; materialną obecnością pragnienia nie do końca wciąż skolonizowanego dyscyplinującymi siatkami dojrzałej nowoczesności w swoim hegemonicznym, centralnym (tzn. nieperyferyjnym) wcieleniu.

Roberto Schwarz, przez wielu uznawany za najwybitniejszego brazylijskiego krytyka literackiego i najznakomitszego krytyka kultury piszącego współcześnie w tradycji Szkoły Frankfurckiej[10], na przestrzeni wielu prac interpretujących materialistycznie brazylijską kulturę poświęcił wiele miejsca rozwijaniu analitycznego konceptu, który znakomicie oddaje już tytuł jego najgłośniejszego eseju, As idéias fora do lugar[11] (poza Brazylią znanego pod tytułem angielskiego przekładu: Misplaced Ideas[12]). Na polski moglibyśmy to przetłumaczyć jako „Idee nie na swoich miejscach”. Owe zagubione w niewłaściwych kontekstach idee to dla Schwarza idee związane z wielkim projektem europejskiej nowoczesności i Oświecenia, zwrócone przeciw przednowoczesnym irracjonalizmom i arbitralności feudalnych zależoności między ludźmi, przeciw feudalnemu przywilejowi, a postulujące uniwersalizm wraz z indywidualną wartością i wolnością każdej ludzkiej jednostki – które to idee trafiły w Brazylii na zupełnie niespójny z nimi grunt społeczno-ekonomiczny, bo gospodarczo oparty na niewolnictwie. Jednocześnie:

„Brazylia nie była jednak dla Europy tym, czym feudalizm dla kapitalizmu. Wręcz przeciwnie, byliśmy funkcją europejskiego kapitalizmu, więcej nawet, nigdy nie byliśmy feudalni, bo nasza kolonizacja była od początku dziełem kapitału handlowego”[13].

Brazylijska „anomalia” gospodarki niewolniczej była funkcją europejskiej nowoczesności, zapewniającą Europie wiele niezbędnych jej do rozwoju ekonomicznego (a co za tym idzie, kulturalnego) surowców naturalnych; była więc zintegrowana ekonomicznie z rozwojem europejskiej nowoczesności, lecz w jej własnych, wewnętrznych relacjach społecznych i ekonomicznych dominował skandal niewolnictwa i korupcja „przysługi”, stojące ideom uniwersalizmu, liberalizmu, „wolności podmiotu”, „nagrody za zasługi” itd., na przeszkodzie w osiągnięciu w życiu społecznym i kulturalnym funkcji innych niż ornamentacja i dystynkcja. Schwarz jest oczywiście w pełni świadom, że idee te również w centrum kapitalizmu były ideologią, tzn. nie objaśniały rzeczywistości obiektywnie, a raczej legitymizowały nowe formy władzy i organizacji społecznej, z jej własnymi formami dominacji, przemocy i wykluczenia, ale w brazylijskim kontekście stały się one „ideologiami drugiego stopnia”, tzn. oderwanymi zupełnie od rzeczywistości modami i strategiami bez mała wyłącznie estetycznymi, praktykowanymi przez garstkę uprzywilejowanych, wyznających brytyjski liberalizm właścicieli plantacji i niewolników. Wreszcie:

„Kiedy europejskie idee i motywy zdołały się zaczepić, mogły służyć, i wielokrotnie służyły, jako usprawiedliwienie, nominalnie ‘obiektywne’, czegoś, co w nieunikniony sposób było arbitralną praktyką przysługi i względów”[14].

Z tą przysługą i względami chodzi Schwarzowi o to, że w strukturze ekonomicznej, w której większość procesów produkcyjnych odbywała się w warunkach instytucjonalnych systemowej eksploatacji niewolnej siły roboczej, przez przechwycenie całej wytwarzanej przez nią wartości dodatkowej i w warunkach unieruchomienia podmiotów tej siły roboczej jako własności i formy kapitału trwałego przedsiębiorcy/kapitalisty, ogromnej redukcji ulegała przestrzeń do ekonomicznych kontraktów między „wolnymi podmiotami” tardycyjnej narracji liberalnej. Nie będący niewolnikiem, ale też nie dysponujący własnością pozwalającą na życie „z renty” człowiek odnajdował się w sytuacji, w której pracy swoich rąk nie może ot tak oferować na rynku, za jej wartość wymienną, bo rynek większość koniecznej do wykonania pracy (produkcyjnej i innej) może w takiej sytuacji zrealizować, kierując w tym kierunku niewolniczą siłę roboczą, której pozostawianie choćby okresowo niezaangażowaną w procesy ekonomiczne oznaczało kosztowne unieruchomianie kapitału. Człowiek wolny, a bez własności, wpadał więc w quasi- czy neo-feudalną, zupełnie „nieliberalną”, ekonomię świadczenia przysług w zamian za gesty wdzięczności i „łaski”. A wszystko to, by zapewnić reprodukcję porządku mającego na celu zapewnienie dostaw cukru, kawy i kakao na potrzeby jak najbardziej nowoczesnego rynku światowego.

Strukturalne konsekwencje tego kolonialnego dziedzictwa do dzisiaj na wiele sposobów kształtują stosunki własnościowe, ekonomiczne i kulturalne Brazylii. Dokonana w tych warunkach akumulacja (ekspansywne zawłaszczenie) wielkiej własności ziemi w niewielu rękach (proces szczegółowo opisany przez Alidę C. Metcalf[15]) na zawsze podzieliła kraj na nieprowadpodobnie bogatą, niezwykle wąską elitę, oddzieloną od reszty, której do podziału pozostało znacznie mniej, ogromną ekonomiczną przepaścią, niemożliwymi dla większości do przekroczenia progami wstępu. W takich warunkach zniesienie w końcu niewolnictwa nie otworzyło procesów mobilności społecznej i pozostawiło dawnych niewolników na niewiele lepszej niż wcześniej pozycji ekonomicznej. Bez dróg awansu czy opcji na realizację aspiracji. Pozostawiło także kulturę, w której praca nie funkcjonuje jako coś, za wytrwałość w czym spotka cię kiedyś nagroda, a awans społeczny czy różne nagrody pochodzą ze skorumpowanej ekonomii przysług i gestów łaski.

„[K]oniec niewolnictwa nie oznaczał przekształcenia niewolników i ludzi zależnych w obywateli, a dominującą nutą procesu, który miał zamiast tego miejsce, było, wręcz przeciwnie, przeszczepianie prekarnych rodzajów pracy najemnej do starych relacji własności i władzy, które w ten sposób weszły w nową epokę ledwie naruszone.”[16]

I tak w początkowych partiach Madame Satã przekonujemy się, że za swoją pracę w nocnym lokalu rozrywkowym João od dawna oczekuje (cierpliwie, ale do czasu) na akt łaski w postaci wynagrodzenia.

Ta nieregularna, na różne sposoby „nieprawidłowa” struktura wyworzyła społeczeństwo dziwnie niepodomykanych, niepełnych, niezgrywających się z materialną rzeczywistością ekonomiczną aparatów władzy oraz aparatów i systemów ideologicznych tej władzy. Np. potencjalnymi „kryminalistami”, tzn. przedmiotem zainteresowania aparatu represji wcielonego w policję i system sprawiedliwości, są w takiej strukturze znacznie większe niż w centrach kapitalizmu rzesze pozbawionych ekonomicznego zakotwiczenia ludzi. Przez co zresztą samo trafienie w tryby procesu nowoczesnego ujarzmienia (assujetissement)[17] machiny aparatu represji i dyscypliny jest też bardziej przypadkowe, niesystematyczne, arbitralne. Peryferyjna machina państwowego aparatu sprawiedliwości nie dysponuje wystarczającymi siłami, by tak samo systematyczną dyscypliną i zainteresowaniem objąć wszystkich, którymi teoretycznie mogłaby być zainteresowana, na ogromnym terytorium kraju z połaciami przestrzeni bardzo rzadko zaludnionych. Bardziej niż logiczną konsekwencją postępowania jej ciosy wydają się przez to być wypadkową pecha, wyrokiem ślepego losu. W społeczeństwie, w którym bardzo długo ogromna jego część żyła w nieuregulowanej, nieskonsolidowanej kulturze pokrewieństwa – aż do 1888 r., ogromna część społeczeństwa nie miała kontroli nad własnym życiem rodzinnym, bo każdy członek rodziny (partner, partnerka, rodzic, dziecko) mógł decyzją właściciela zostać od reszty stadła oddzielony i sprzedany albo np. odesłany do innego miejsca niewolniczej pracy – stan taki jeszcze daleko w XX w. pozostawiał po sobie reprodukujące się jeszcze długo dziedzictwo nieuporządkowania reguł socjalizacji stosunków seksualnych, praktyki zakładania rodzin i ich ekonomicznej reprodukcji.

Bohaterowie Machado i Aïnouza poruszają się w rzeczywistości, która w latach 30. XX w. i na przełomie wieków XX i XXI, w dwóch miastach-pomnikach różnych etapów brazylijskiej historii, zachowuje ciągle cechy tego strukturalnego peryferyjnego nieporządku. W tym nieporządku tworzą sobie miejsca na obrzeżach i w szarych strefach niepełnej kontroli różnych niezgranych ze sobą reżimów władzy i struktur ideologicznych, składając sobie życie i swoją tożsamość na prawach pomysłowego brikolażu, złożonego z tego, co w danym momencie w tym celu dostępne. Z tego, co na bazie dostępnych form zostało przez nich ad hoc, w gestach swego rodzaju podmiotowej, emancypacyjnej odwagi, wymyślone, poskładane. I choć widzimy tu dziwny, na swój sposób tragiczny los peryferii (nie tak nam znowu obcy w Polsce), gdzie procesy społeczne, ekonomiczne, ideologiczne, kulturalne, polityczne, odbywają się albo za późno, albo za wcześnie, albo w inny sposób „nie na miejscu” w stosunku do „obiektywnych warunków” i do siebie nawzajem, owocując katastrofami w rodzaju np. „konserwatywnej modernizacji” faszystowskiej junty, to Machado i Aïnouz pokazują nam inną, pozytywną stronę, korzyść, jaką peryferie mogą (my możemy) z tego wyciągnąć. Pomysł na emancypację i sięganie po obietnice nowoczesności bez kompulsywnego „nadganiania”, „nadrabiania” i powtarzania całej jej drogi ze wszystkimi jej kosztami. Ogromny potencjał możliwości spontanicznego tworzenia życia na sposoby tworzące i zagospodarowujące przestrzenie słabo lub wręcz nieskolonizowane przez ideologie władzy, nawet przez rasizm, najtrwalszą, najpotężniejszą, najbardziej kluczową i najbardziej elastyczną ideologię świata, w którym władzę sprawuje Kapitał[18].

W przestrzeniach klasowej rzeczywistości, po których rozbijają się Deco, Naldinho, Karinna, João, Tabu, Laurita, tych dosłownie kilka w sumie marginalnych klasyfikowalnych jako rasistowskie komentarzy, które gdzieś w ich okolicach padają, uderza głównie przez kontrast, z jakim odbija się na tle tej rzeczywistości: przez kontrast, z jakim odbija się jako wyjątek. Właściciel i „gwiazda” pierwszego lokalu, w którym João pracuje, są najpewniej przedstawicielami lekko zdeklasowanej, mniejszej lub większej burżuazji (brazylijskie mechanizmy dziedziczenia dużych majątków, celem zachowania wysoce skoncentrowanego charakteru wielkiej własności, zawsze zakładały jakąś liczbę członków rodziny wykluczonych, często dość bezwzględnie, z prawa do dziedziczenia, często wtedy wkraczających na drogę w dół drabiny społecznej[19]). Ze dwa razy, u Machado i u Aïnouza, jakaś rasistowska obelga pada z ust przedstawiciela klas ludowych, ale jest to np. sfrustrowany pijak, szukający zaczepki. W Brazylii rasizm cechuje kulturę burżuazji, choć ta kultura raczej nie artykułuje go expressis verbis, instytucjonalizując go „dyskretnie” w strukturze własności (która jest zasadniczo „biała”) i już nie tak dyskretnie w mechanizmach policyjnej obrony tej własności (uderzających np. w „kolorowe” fawele). Przestrzeń społeczna, po której rozbijają się bohaterowie Machado i Aïnouza, jest tak samo nieskolonizowana przez rasizm, jak w zakończeniu Cidade Baixa relacja między trójką bohaterów uwolniona się okaże od ciążenia ku strukturom męskiej dominacji.

Jednego z czołowych brazylijskich krytyków literackich, Antonio Candido[20], fascynował ten fenomenalny składnik brazylijskiej kultury: względna wolność kultury brazylijskich klas ludowych od wpływu najgorszych globalnych ideologii systemu wyzysku i przemocy, rasizmu czy religijnego fanatyzmu, słaby stopień kolonizacji tej kultury przez te ideologie. Pozwoliłoby nam to nie tylko marzyć, ale i – przekażmy głos raz jeszcze Schwarzowi – odważniej spekulować:

„spekulować o mniej nieprzyjaznym porządku światowym, który sądząc po kontekście, byłby post-burżuazyjny. Tak więc, utrzymuje [Candido], matryca niektórych spośród najlepszych aspektów brazylijskiego społeczeństwa leży w tych rodzajach społecznych relacji, które rozwijane są przez biednych, i przyszłość może dać im [tym relacjom – JP] szansę”[21].   


[1] D. Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, s. 215 i in.

[2] „Również podobnie do Kubańczyków, mieszkańcy Bahia [stanu, którego stolicą jest Salvador – przyp. JP] są seksowni. Jest tutaj bardzo osobliwe, otwarte podejście do seksu. Wędrując po Bahia, można to w bardzo jasny sposób zobaczyć”. Sérgio Machado w rozmowie z Demetriosem Metheou w: D. Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, s. 213.

[3] Cinema, aspirinas e urubus, reż. Marcelo Gomes, scen. Karim Aïnouz, Paulo Caldas, Marcelo Gomes, 2005.

[4] D. Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, s. 212.

[5] Richard G. Parker, Bodies, Pleasures and Passions. Sexual Culture in Contemporary Brazil, Boston: Beacon Press, 1991.

[6] D. Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, s. 197-199.

[7] M. Foucault, Nadzorować i karać.

[8] M. Foucault, Historia seksualności, t. 1, Wola wiedzy.

[9] Zob. np. George Chauncey, Gay New York: Gender, Urban Culture and Making of a Gay Male World, 1890-1940, New York: Basic Books (Perseus Books Group) 1994.

[10] P. Anderson, Lula’s Brazil.

[11] R. Schwarz, As idéias fora do lugar, „Estudos Cebrap”, 3, 1973.

[12] R. Schwarz, Misplaced Ideas, przeł. R. Schwarz, Edmund Leites, [w:] R. Schwarz, Misplaced Ideas: Essays on Brazilian Culture, red. John Gledson, London – New York: Verso 1992, s. 19-32. Pierwodruk przekładu ang. w: „Comparative Civilization Review”, 5, 1980.

[13] R. Schwartz, Misplaced Ideas, s. 23.

[14] Tamże.

[15] A.C. Metcalf, Family and Frontier in Colonial Brazil.

[16] R. Schwarz, A Master on the Periphery of Capitalism: Machado de Assis, przeł. na j. ang. John Gledson, Durham – London: Duke University Press, 2001, s. 153.

[17] M. Foucault, Nadzorować i karać.

[18] E. Balibar, I. Wallerstein, Race, Nation, Class.

[19] Alida C. Metcalf, Family and Frontier in Colonial Brazil.

[20] Zob. np. Antonio Candido, Formação da literatura brasileira, Belo Horizonte, 1975. Tegoż, Dialética de malandragem, „Revista do Instituto de Estudos Brasileiros”, 8, São Paulo, 1970; tłum. na ang. Howard S. Becker, The Dialectic of Malandroism, [w:] Antonio Candido, On Literature and Society, Princeton, NJ.

[21] Roberto Schwartz, Objective Form: Reflections on the Dialectic of Roguery, tłum. (na ang.) John Gledson [w:] tegoż, Two Girls and Other Essays, s. 29.


Tekst stanowi jeden z esejów zebranych w mojej książce Smutki tropików: Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne, Warszawa: Książka i Prasa, 2016, s. 247-263. Ilustracje stanowią fotosy Davida Protcharda do filmu Madame Satã.


Moja nowa książka – powieść pt. „Nirvaan” – jest do nabycia tutaj.

Rzuć też okiem na Soho Stories.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ciała, dzieła, granice

Film, który zarobił dla Tunezji pierwszą nominację do Oscara (za najlepszy film międzynarodowy – tak się teraz w Amerykańskiej Akademii Filmowej nazywa film zagraniczny) ma ekranową energię włoskich filmów politycznych, gwiazdę Monikę Bellucci na przynętę w obsadzie, a jego akcja rozpięta jest między Syrią i Libanem z jednej, a Brukselą, stolicą Europy, z drugiej strony. Człowiek, który sprzedał swoją skórę (reż. Kaouther Ben Hania, 2020) jest „zrobiony” z obrazów, których długo nie zapomnimy: zachwycających plastycznie (jak na film o sztuce przystało) i zarazem dynamicznych (jak z przystało na film polityczny).

Tunezja, ojczyzna reżyserki – to tam jeden zdesperowany człowiek dał początek „arabskiej wiośnie”, podkładając ogień pod swoje życie. Syria – tam „arabska wiosna” poszła umrzeć. Otwierające film ujęcie osadzone jest najpewniej w europejskiej galerii sztuki lub muzeum, ale ta pierwsza scena to koniec, nie początek całej historii. Ku właściwemu początkowi skaczemy zaraz potem: do Syrii w momencie jej niebawem zawiedzionej fantazji o rewolucji. Człowiek z tytułu, Sam Ali musi zostać uchodźcą w Libanie, a jego ukochana Abir wychodzi za mąż i ucieka do Europy. W ekranową parę wcielają się syryjski aktor Yahya Mahayni i francuska aktorka syryjskiego pochodzenia Dea Liane, którzy (oboje) zaklinają kamerę swoimi hipnotyzującymi błękitnymi oczyma, sporą część filmu widując się tylko na webcamach – gdy jej męża (nie jest nim Sam) nie ma w domu.

Ale i tak prawdziwie kłopotliwa relacja łączy Sama z kimś zupełnie innym: postacią amerykańsko-belgijskiego artysty, supergwiazdy świata sztuki, skrzyżowania Fausta z Midasem, który „bezwartościowe przedmioty zamienia w złoto, dodając do nich swój podpis”. Jeffrey Godefroi (Koen De Bouw) proponuje Samowi możliwość przekraczania granic – w tym barier, które go dzielą od ukochanej, postawionych przez Europę na drodze uchodźców z „energonośnych” krain, umykających przed wywołanymi między innymi przez Europę wojnami – jeżeli podpisze cyrograf. Godefroi nie chce jego duszy, chce jego pleców – obraca je w płótno, na którym „maluje” (igłą i tuszem) wizę strefy Schengen.

Czytaj dalej

Co z tym „Nirvaanem”?

W pierwszych dniach grudnia moje drogi zejdą się znowu w przestrzeni z materialną, papierową postacią mojej powieści. Drogi te rozminęły się w okolicznościach, które wyjaśniałem niedawno. Od tamtej pory większość nakładu czekała zmagazynowana w kartonach w biurze mojego brata, oddzielona ode mnie granicami dwóch państw i setkami kilometrów.

Wszyscy, którzy zaklepali sobie egzemplarz (lub dwa, lub pięć) na Kickstarterze, otrzymają swoje egzemplarze najpóźniej gdzieś w grudniu. W nagrodę za to cierpliwe oczekiwanie każda z osób oczekujących otrzyma w bonusie Soho Story. Jeżeli ktoś miał już w wybranym pakiecie jedną, trzy lub sześć Soho Stories, otrzyma o jedną więcej, niż miał otrzymać. Osoby, które zamówiły sześć, będą musiały na tę siódmą jeszcze trochę poczekać, ponieważ piszę dopiero piątą, ale wszyscy otrzymają o jedną więcej, niż myśleli.

W międzyczasie chciałem podkreślić, że to nie jest jedyny sposób, żeby zdobyć książkę – jeżeli ktoś przegapił Kickstartera.

Szybciej niż w moje własne ręce (!) Nirvaan trafił do kilku wyjątkowo szczęśliwych księgarni:

Tyle wiem z całą pewnością; będę informował, jeśli ich przybędzie i sam zostanę o tym poinformowany.

(Jeżeli ktoś tutaj sam jest księgarzem i chciałby mieć moją powieść na półce, proszę o kontakt)

Książkę można też zamówić u mnie bezpośrednio:

Nie ukrywam, że to ostatnie to opcja, która w największym stopniu pomaga mi w odzyskaniu kosztów całej operacji, bo cena, którą zapłacisz za książkę, nie rozpada się na szereg pośredników. Cena 15 funtów zawiera już w sobie koszty wysyłki w całej Unii Europejskiej i do Wielkiej Brytanii.

Obecny nakład jest ograniczony. Kiedy startowałem z tym całym przedsięwzięciem, zakładałem, że będę nakład uzupełniał w zależności od zainteresowania, skoro technologia druku cyfrowego pozwala na taką elastyczność i dodruk nawet niewielkich ilości. Czyhające na mnie na każdym kroku nieprzyjemne niespodzianki sprawiły jednak, że koniec końców wszystko okazało się znacznie kosztowniejsze i bardziej skomplikowane (dla osoby prywatnej zamieszkałej poza granicami Polski), niż normalny człowiek mógłby się spodziewać (w Polsce nic nie jest dla osób, wszystko jest dla firm, a Polska to tor przeszkód). Dlatego – ryzykując, że zabrzmi to jak poganianie Was czy pogróżki – uczciwie uprzedzam, że nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy dokładnie będę mógł rzucić w obieg dodruk mojej powieści.

Radzę się spieszyć!

Jestem na Facebooku i Twitterze.

„Nirvaan”: druk z przeszkodami

Po raz kolejny okazało się to, co przecież wszyscy od dawna wiemy: Polska to tor przeszkód.

Już Wam pisałem, że złożyła mnie w pewnym momencie choroba, w której przez dwa tygodnie jechałem na opioidach. A raczej głównie spałem lub lewitowałem w dziwnym półśnie. Wspomniałem też ogólnikowo, że pojawiły się problemy w drukarni. Problemy w drukarni okazały się wydłużyć sprawę o tyle, że nie doczekałem się wydrukowanych egzemplarzy w czasie mojego pobytu w Polsce…

Tak, tak. Byłem w Polsce. Tydzień wyjazdu służbowego i tydzień urlopu, żeby się zobaczyć z rodziną po lockdownach i poznać wreszcie jej nowych członków, bratanicę i bratanka. Wszystko było tak pomyślane, żebym w trakcie tego pobytu otrzymał z drukarni wydrukowany nakład Nirvaana. Myślałem, że wszystko sobie wyliczyłem, i to z wystarczającym marginesem dla ewentualnych opóźnień.

Niestety, Polska to tor przeszkód. Moja choroba spowolniła proces kończenia składu, a potem, kiedy wszystko już wydawało mi się dogadane z drukarnią i byłem gotów zamykać zlecenie i płacić proformę, okazało się – ani słowem nikt o tym wcześniej nie wspominał – że ażeby być klientem, trzeba być firmą, nie wystarczy być człowiekiem. Nigdy mnie nic podobnego w życiu nie spotkało, więc nie byłem na to przygotowany. Mówiłem już, że Polska to tor przeszkód? Długo mnie w kraju nie było. Musiałem znaleźć drogę obejścia tego problemu. W międzyczasie okazało się, że wydłużył się czas realizacji zlecenia, bo im bliżej końca roku, tym dłuższe kolejki, bo większe obłożenie. Natura tej branży – podobno. No i papier, na dokładkę, podrożał.

Obgryzacie paznokcie z niecierpliwości? Mam nadzieję! Nie martwcie się jednak za bardzo.

Nirvaan został wydrukowany i wiem, że wygląda super. Niestety, zszedł z prasy dopiero jak już wróciłem do Amsterdamu. A wydrukowany został w Polsce. Spowodowało to, że kilka egzemplarzy książki – za sprawą mojego wydawniczego partnera, Książki i Prasy – trafiło do pewnej warszawskiej księgarni wcześniej niż do moich rąk i oczu! Sam przed wyjazdem z Polski zdążyłem zobaczyć tylko egzemplarz sygnalny. Jeżeli tam (tzn. do owej księgarni) traficie, jeżeli książkę tam zobaczycie, a Wy wciąż czekacie na własną – wiedzcie, że nie zostaniecie wykiwani, dostaniecie swoje egzemplarze, tylko mi się proces lekko wykoleił i poprzestawiały trochę wagony.

Książka już jest, już istnieje – fizycznie, na papierze. Ma 428 stron. Zdjęcia na dowód. 

Ale mam przed sobą logistyczną zagwozdkę, którą dopiero rozpracowuję. Nirvaan, moje poprzednie Smutki tropików, które wielu z wspierających projekt na Kickstarterze zamówiło w pakiecie, oraz ja osobiście – znajdujemy się fizycznie w różnych miejscach, i to dość od siebie wzajemnie odległych.

Spokojnie, to nie jest problem nie do rozwiązania, ale wymaga jeszcze odrobiny czasu, bo jak większość śmiertelników, muszę też – oprócz pisania homoerotycznych opowieści – zajmować się zarabianiem na życie.

Proszę o jeszcze trochę cierpliwości i wyrozumiałości. Oczekującym wynagrodzę ją jakimś bonusem!

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

PiS, kłamstwa i telewizja

[Tekst ukazał się pierwotnie 15 września 2020 r. na łamach portalu Strajk.eu.]

Kiedy rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak powiedział w telewizji, że edukatorzy seksualni rozdają dzieciom środki farmakologiczne, które zmieniają płeć, zatkało nas wszystkich – było to jednak jedno z tych zaskoczeń, do których tak naprawdę dawno już przywykliśmy. Owszem, była to teza absurdalna, nawet gdyby wśród edukatorów byli i tacy, którym marzy się podstępne osłabianie polskiej tkanki narodowej zaklinaniem potencjalnych husarzy w niewiasty. Ale jednocześnie absurdalność tej tezy wpisuje się logicznie w dotychczasową strategię dyskursywną partii rządzącej, jej koalicjantów i jej aparatów propagandowych, w szczególności TVP (ale przecież nie tylko). Podobne rzeczy słyszymy od pięciu lat.

Jak reagować na tak niedorzeczny przekaz zalewający nas każdego dnia? Może na początek zadać (sobie) pytania o obydwie strony takiego procesu komunikacyjnego: nadawców i odbiorców. O stosunek jednych i drugich do takich komunikatów. Do czego ich używają? Może wcale nie do opisu i rozumienia rzeczywistości, nawet z poprawką na skrzywienie ideologiczne? Może wcale niekoniecznie – albo nie wszyscy – w tym celu? 

Nadawcy

Najpierw nadawcy. Czy politycy PiS i ich propagandyści gadają w jakimś amoku? Czy wierzą w to, co wygadują? Czy wierzą w te tabletki? W to, że dzieci będą na lekcjach uczone masturbacji, jeśli dopuścimy w Polsce do cywilizowanej edukacji seksualnej? Że bezbronną policję atakują na ulicach homoseksualne bojówki? W spiski niemiecko-gejowskie przeciwko polskim świętościom? Że wycinanie lasów chroni przyrodę i klimat? Że cały świat patrzy z zazdrością i zapartym tchem na Polskę i jej bohaterskie konfrontacje z Angelą Merkel?

Nie ulega wątpliwości, że wśród PiS-owskich ujadaczy są – być może całkiem liczni – ludzie w znacznym stopniu obłąkani, którzy wierzą w każde takie (swoje i kolegów) słowo. Nawet jednak jeśli są liczni, to raczej nie stanowią większości. Reszta wykonuje polityczne polecenia, używa dostarczonego mniej lub bardziej dosłownie „skryptu”. Tematy, motywy, kozły ofiarne wystawiane na szczucie – podsuwane są one przez dyrygentów tego kakofonicznego koncertu cynicznie i z rozmysłem. Motywowane to jest jakąś, głęboko amoralną koncepcją „natury” Polaków jako bytu tożsamościowego, połączona ze znajomością technik polaryzowania społeczeństw i ustawiania takich naparzanek wypracowanych przez prawicę amerykańską – a także z jakąś socjologiczną wiedzą na temat polskiego społeczeństwa. Jest to wiedza, której nie należy przeceniać w tym sensie, że nie opiera się ona na głębi filozoficznych koncepcji i nie wynika z niej żaden spójny projekt rozwiązania problemów współczesności – nawet taki, z którym byśmy się nie zgadzali, ale spójny i przemyślany. Jest to jednak wystarczająca do skutecznego zagarniania władzy cyniczna wiedza pragmatyczna na temat polskich lęków i fiksacji, na temat tego, gdzie ustawiać czerwone płachty tak, żeby amerykańskie skrypty „wojen kulturowych” odpaliły z sukcesem w lokalnych warunkach. Na temat tego, jakie traumy okresu restauracji kapitalizmu można przechwycić, urobić, z czym je wymieszać, żeby zwróciły się nie przeciwko temu, co je wywołało (restauracja kapitalizmu) a przeciwko emancypacyjnej tradycji Oświecenia. No i jak to wszystko zrobić, żeby się nadawało do projektu całkowitej dominacji nad polskim życiem społecznym.

Komunikaty

Samo tylko wyśmiewanie tej propagandy i niedorzecznych motywów, z jakich jest komponowana, nie docenia inteligencji i oczytania tych, którzy są w partii rządzącej wielkimi mistrzami dyskursu, nadają mu kierunek, podrzucają tematy a nawet pożądaną frazeologię. Ktoś w PiS, prawdopodobnie sam Kaczyński i część jego otoczenia, jest naprawdę oczytany, i to również w literaturze ideologicznych przeciwników, używanej po to, żeby ich rozumieć, zastawiać na nich pułapki, a nawet trollować całą publiczną dyskusję, a w szczególności opozycję lewicową, którą potrafi ciągle zapędzać do jednego szeregu z liberałami.

Weźmy tę pamiętną ogólnopolską inbę rozpętaną, kiedy Andrzej Duda określił Unię Europejską mianem „wspólnoty wyobrażonej”. Kaczyński lub ktoś w jego otoczeniu – nie sądzę, żeby był to sam Duda, on pewnie dawno nic nie czytał – wydaje się czasem bardziej oczytany w lewicowej literaturze niż większość Polaków uważających swoje poglądy za lewicowe. Fraza „wspólnoty wyobrażone” – w odniesieniu do wspólnot politycznych i tożsamościowych wykraczających poza więzy pokrewieństwa czy plemienności (a więc poddanych jednego króla, wyznawców tej samej religii, wreszcie przedstawicieli tego samego narodu) – pochodzi z jednej z najczęściej cytowanych anglojęzycznych pozycji humanistycznych XX wieku, autorstwa marksistowskiego historyka Benedicta Andersona. Na dodatek stoi ona już w książki tej tytule, nie trzeba nawet zaglądać do środka, żeby ją znaleźć. A jednak większość Polaków uważających swoje poglądy za lewicowe natychmiast dała się wpuścić w maliny i papugowała liberalne hokus-pokus: ale jak to „wyobrażona”, skoro „daje pieniądze”, a pieniądze są prawdziwe!

To nie jest wcale bagatela. W taki sposób lewica pozwala Kaczyńskiemu wytrącać sobie z ręki oręż w postaci własnego języka krytycznego opisu rzeczywistości i wpychać się do jednego worka z liberałami.

Odbiorcy

No a odbiorcy? Ci, do których pisowskie media są skierowane, ci, którzy oglądają TVP? Czy poważnie wierzą w te tabletki zmieniające płeć, te lekcje masturbacji, te homoseksualne bojówki na ulicach, spiski niemiecko-gejowskie?

Odbiorcy propagandowego przekazu Prawa i Sprawiedliwości są pewnie tak samo zróżnicowani, jak wyborcy tej partii. Jest wśród nich twardy elektorat, wierzący w sposób niemal religijny we wszystko, co z Nowogrodzkiej zadekretuje prezes Polski, ale tych jest za mało. Dziś wszyscy już powinniśmy wiedzieć, że ogromna część elektoratu PiS to elektorat warunkowy, „interesowny”, głosujący na PiS bez entuzjazmu, ze strachu przed powrotem liberałów do steru i koryta. Niektórzy doskonale wiedzą, że PiS u koryta jest jeszcze bardziej bezczelny niż liberałowie, ale przynajmniej wprowadził najodważniejszy instrument redystrybucji dochodu od czasu restauracji kapitalizmu w tym kraju. Instrument niedoskonały, nawet niesprawiedliwy, do tego w gruncie rzeczy neoliberalny (pieniądze do wydania na rynku w miejsce i pod nieobecność rozwijania usług publicznych w zakresie choćby opieki nad dziećmi i ich kształcenia), ale i tak odważniejszy niż cokolwiek, co można było choćby pomyśleć przez poprzednią ćwierć wieku. Przez ćwierć wieku jakikolwiek instrument tego rodzaju był jakoby matematycznie niemożliwy, dlatego warunkowi wyborcy PiS boją się, że liberałowie na powrót u władzy powrócą i do dawnej matematyki.

Co, jeśli tak samo jest z odbiorcami kontrolowanej przez PiS telewizji „publicznej”? Jeśli oni też, wielu z nich, nie wierzą nawet w połowę tego, co tam widzą i słyszą – czy to z ust polityków partii rządzącej, czy to z ust „dziennikarzy”? Wybierają Wiadomości zamiast Faktów TVN nie dlatego, że Wiadomościom bardziej wierzą, a pomimo tego, że i tak im nie wierzą?

Czy z propagandą, w którą znaczna część jej widzów najprawdopodobniej i tak nie wierzy, a mimo to ją wybiera, można walczyć wyliczaniem faktów lub wyśmiewaniem niedorzeczności? A jeżeli nie, to jak?

Może najpierw trzeba zadać kolejne pytanie: do czego tacy widzowie jej w takim razie używają, po co ją oglądają, dlaczego ją wybierają? A jeżeli tylko po to, żeby nie oglądać i nie słuchać liberałów? W geście symbolicznej zemsty na nich lub symbolicznej obrony przed nimi i groźbą ich powrotu do władzy?

Rzeczywistość, przekaz, dyskomfort

Czy takie – nazwijmy je, z chwilowego braku lepszego słowa, przekornym – oglądanie przekazu równie odklejonego od rzeczywistości, choć udającego jej opis, nie wywołuje ciężkiego dyskomfortu? Czy ciężkiego dyskomfortu nie wywołuje obieranie przekazu w takim stopniu nasyconego pogardą i agresją wobec kozłów ofiarnych, jeśli sam odbiorca w gruncie rzeczy aż tak bardzo nic tym gejom czy lesbijkom nie ma za złe? Na pewno wywołuje i na pewno wgryza się powoli w świadomość i w światopogląd, nawet jeśli nie wszystkich przekonując, to stopniowo oswajając ich z takim agresywnym dyskursem. Nie bójmy się tego słowa: dyskursem protofaszystowskim.

Ale co, jeśli taki odbiorca do dyskomfortu, do przekazu odklejonego od rzeczywistości, do pogardy przekaz ten wypełniającej, od dawna był już przyzwyczajony, wdrożony, pogodził się z nim? Przyzwyczaiły go do nich wszystkich dominujące, (neo)liberalne media przez ćwierć wieku przed drugim dojściem PiS do władzy.

Przez ćwierć wieku główne media w Polsce grały unisono, ignorując wszystko to, co nie potwierdzało neoliberalnej fantazji o doganianiu Zachodu, o skrobaniu każdy sobie własnej rzepki, o pracy i kołaczach, o pucybutach i milionerach, o Wielkim Reformatorze Leszku Balcerowiczu, który Nagrody Nobla nie dostał tylko dlatego, że mu nie zależało i nie zabiegał. Przez ćwierć wieku przekaz większości polskich mediów był równie odklejony od rzeczywistości, w jakiej żyła większość Polaków. W odklejeniu przekazu medialnego od rzeczywistości nie ma dla nich nic nowego, masowych mediów nieodklejonych od rzeczywistości nie znają. Media liberałów i media PiS to awers i rewers, dwa oblicza tej samej monety. Nowy jest tylko kąt odklejenia od rzeczywistości. Kto wie, dla ilu odbiorów TVPiS taka odmiana po ćwierćwieczu neoliberalnego unisono ma w sobie coś wręcz świeżego, orzeźwiającego? Niezależnie od siermiężności telewizyjnych form, jakie przyjmuje – w końcu, kiedy w dziejach siermiężność form cokolwiek w Polsce dyskwalifikowała?

No a pogarda? No cóż, jeśli ktoś pochodzi z wielkomiejskiej, inteligenckiej lub „średnioklasowej” rodziny, może być zaskoczony dehumanizującą pogardą, jaką nasycony jest przekaz PiS i jego mediów, może nawet uprawiać sofistykę dowodzącą, że przy wszystkich swoich wadach, (neo)liberałowie przynajmniej nie robili czegoś takiego. Jest to ewidentnie doświadczenie klasowe. Każdy kto wychowywał się w robotniczej rodzinie, w zdeindustrializowanym małym mieście, żył zawieszony w pogardzie, przez ćwierć wieku z każdej strony nią osaczony. Homo sovietus, roszczeniowcy, lenie, nieudacznicy. Sami sobie winni. Mojżesz miał rację, wychowani w niewoli muszą najpierw wymrzeć, żeby coś się dało zbudować nowego. I tak dalej. Ćwierć wieku pogardy wypełniającej media neoliberalne znieczuliły na nią samą, na to, jakim jest złem. W tych, którzy byli na celowniku tej pogardy zasadzając ziarno pragnienia jakiegokolwiek odwetu, na kimkolwiek, żeby poczuć się mniej źle. Możliwość zastępczego odwetu, odesłania komuś tej pogardy przyniosły w końcu media podporządkowane PiS-owi. Na tej płaszczyźnie między mediami liberałów i PiS-u zachodzi relacja nawet nie tylko awers-rewers a wręcz przyczyna-skutek. Gdzie media (neo)liberałów to przyczyna, której media PiS są skutkiem.

Dlatego wyśmiewanie tych, którzy są odbiorcami pisowskiej propagandy, niczemu dobremu się nie przysłuży. Ci, którzy w rządach PiS i ich propagandzie odnaleźli przynajmniej złudzenie wytchnienia od pogardy wcześniej wymierzanej w nich, w wyśmiewaniu zobaczą jedynie przedłużenie starej, dobrze im znanej pogardy liberałów. Znowu w tym samym worku z nimi.

Nadchodzący atak na media

Co z tym robić teraz, gdy PiS chce przystąpić do ataku na media będące wciąż poza jego kontrolą?

Chciałbym zawczasu zaznaczyć, że nie wierzę w pełną „repolonizację” tych, które są w rękach zachodniego kapitału. Wystarczy, że Żorżeta, namiestniczka marchewkowego Kaliguli w Kraju Nadwiślańskim, w obronie wolności amerykańskiego TVN-u kiwnie paluszkiem na Twitterze. Jeżeli ta ofensywa się jednak rozwinie, to po to, żeby dostarczyć instrumentów zastraszania i wywierania presji na media i dziennikarzy dotąd poza kontrolą partii rządzącej. Tu kolejny problem: większość z tych mediów, większość z tych dziennikarzy nie zasłużyła sobie niczym na naszą (lewicy) obronę. Jedyne, co przemawia na ich korzyść, to to, że nie są PiS-em. To niezbyt wiele, większa część świata, nawet większa część Polski, nie jest PiS-em. Wielu z nich jest za to rewersem i przyczyną rządów PiS-u i nastania TVPiS.

Dwie pokusy rodzą się w tej sytuacji na pozbawionej sił, znaczenia i własnych dużych mediów polskiej lewicy. Pierwsza: olać cały ten bajzel, bo żadna ze stron tej wojny nie jest warta funta kłaków. Druga: przyłączyć się bez wybrzydzania do liberałów, zanim PiS przejmie wszystko. „Nie czas krytykować opozycję, kiedy PiS jest już pięć lat u władzy i najwyraźniej chce tam zostać do końca stulecia!”.  

Pierwsza pokusa jest niebezpieczna, bo PiS naprawdę chce sięgnąć po maksimum władzy – we wszystkich możliwych obszarach życia społecznego. Żeby to osiągnąć, gotów jest w pełni znormalizować w Polsce faszyzujący język, przygotowując tym samym Polaków na ewentualny zwrot ku znacznie twardszym formom autorytaryzmu wraz z pogłębianiem się obecnego kryzysu kapitalizmu.

Kiedy PiS uderzy w media, uderzy też w lewicowe, pomimo iż są dziś tak słabe i niszowe, na granicy społecznej rozpoznawalności. Nic tak skutecznie nie zabezpiecza PiS-owi pozostawania u władzy, jak to, że jedyną widoczną w sferze publicznej konkurencję ma w skompromitowanych (neo)liberałach. Uniemożliwienie rozwoju mediów lewicowych, wgniecenie ich na zawsze w wąziutki margines, na którym się dzisiaj znajdują, jest w jego interesie nawet bardziej niż prawdziwa „repolonizacja” telewizji TVN. Dlatego przecież w taki właśnie sposób od dawna rozgrywa lewicę – żeby znajdowała się co chwilę, chce czy nie, w ogonie liberałów; żeby niewtajemniczonemu, człowiekowi z zewnątrz, jawiła się jako ich marginalna, niewyraźna frakcja, pozbawiona cech szczególnych.

I dlatego właśnie druga pokusa jest równie niebezpieczna jak pierwsza. Opór oporowi nierówny. Znalezienie się po raz kolejny w ogonie liberałów, w bezkrytycznej obronie ich mediów, pogłębi tylko marginalizację lewicy, jakkolwiek rozumianej. Lewica musi być przeciwna próbom PiS-u przejęcia całkowitej kontroli nad mediami w Polsce, a jednocześnie nie może iść na żadne ustępstwa w krytyce mediów (neo)liberałów. Iść na sojusz przeciwko PiS-owi w konkretnej sprawie, ale bez umizgów wobec drugiej strony – na każdym kroku, bez pąsów na twarzy, przypominając (neo)liberałom, że PiS jest karą za ich grzechy, powrotem tego, co oni wyparli, zemstą tego, co oni wykluczyli. Że to oni są przyczyną PiS-u, sami na siebie ten bat ukręcili.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie 15 września 2020 r. na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Chcesz moją nową książkę?

Ogłoszenie o opóźnieniu

Drodzy Supporterzy, drodzy Czytelnicy!

Pewnie się niecierpliwicie, przynajmniej niektórzy. Ja też. Jeszcze nie tak dawno byłem przekonany, że połowa października to naprawdę najpóźniejszy termin premiery. Że na pewno już będę miał wszystkie egzemplarze wydrukowane, a może i wysłane do tych, którzy je byli zamówili, wspierając projekt na Kickstarterze, albo w przedsprzedaży za pośrednictwem mojej strony internetowej i platformy Gumroad.

Niestety, sprawy się nam trochę obsunęły.

Na przełomie sierpnia i września rozłożyła mnie niespodziewanie nieznana mi wcześniej, rzadka i w sumie słabo rozumiana choroba: neuralgia nerwu trójdzielnego. Ból był tak paraliżujący, że aby go przetrwać, musiałem uderzyć w organizm opioidami i antykonwulsantami, za sprawą których przez kilka tygodni byłem półprzytomny. Do dzisiaj nie jestem do końca sobą (takim, jakiego siebie znałem dotychczas).

Spowolniło to postępy prac nad składem, opracowaniem graficznym, okładką i skierowaniem wszystkiego do druku, bo powoli reagowałem. A kiedy wróciłem (jako-tako) do życia, drukarnia zaskoczyła nas kolejnymi okolicznościami, które jeszcze bardziej wszystko nam wydłużyły.

Proszę o wyrozumiałość i jeszcze trochę cierpliwości. Nirvaan ukaże się trochę później niż wszyscy myśleliśmy, ale już naprawdę niedługo. Będę Was informował.

Na ilustracji powyżej: zdjęcie egzemplarza sygnalnego, na stole u mojej mamy, na dowód, że sprawy posuwają się jednak do przodu. Projekt okładki: Krzysztof Ignasiak; rysunek na niej wykorzystany: Łukasz Zaręba.

Chciałem jednocześnie przypomnieć, że na razie przedsprzedaż jest jedyną pewną formą nabycia mojej powieści. Nie mam ani środków na drukowanie znaczącego zapasu egzemplarzy, ani dostępu do kanałów dystrybucji. Te ostatnie są poza zasięgiem kogoś wydającego książkę własnym sumptem – jedynie zainteresowanie wyrażone przez paru zaprzyjaźnionych księgarzy i gotowość ze strony mojego partnera wydawniczego – Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa, wydawcy mojej poprzedniej książki – że dostarczy egzemplarze kolejnym, gdyby zgłosiło się ich więcej.

Przedsprzedaż odbywa się pod tym linkiem.

Do usłyszenia wkrótce!

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Druga szansa, druga szansa

Trochę się to wydłużyło, ponieważ miałem niespodziewane i przedziwne problemy ze zdrowiem, ale oto jest, wylądowało. Czwarte opowiadanie/mikropowieść z cyklu pod roboczym szyldem Soho Stories. Spotkacie w nim dwie postaci z poprzednich historii. Tiberiu był już nawet w tytule opowiadania Harvinder i Tiberiu. Teraz przewinie się przez imprezę u Pankaja et al., tego samego Pankaja, który żegnał głównego bohatera na imprezie w Przyjacielu z Kairu. Ale to nie o nich, tak naprawdę.

Druga szansa, druga szansa ma swoją stronę tutaj. A pobrać je (te szanse, bo są dwie) można tutaj.

A zaczyna się tak:

Czytaj dalej

Nirvaan

Pamiętam, że wzrok mi uciekał w stronę twoich dłoni, były przepiękne. O niezwykle długich palcach, ale jak harmonijnie długich, bo w tak doskonałą całość układały się z twoim wzrostem — byłeś ode mnie kilkanaście centymetrów wyższy. Paznokcie były duże, płaskie, zdecydowanie zaokrąglone na końcach i doskonale gładkie. Nie potrzebowałem więcej czasu, już wiedziałem, że chcę, by te dłonie, te palce mnie dotykały. Ty jednak spłoszyłeś się wędrówką moich oczu jak mały chłopiec, przy twoim wzroście było to rozczulające — schowałeś obie dłonie pod pachy. Strasznie mi wysychają, powiedziałeś, bo tu jest tak zimno.

[…]


Przysunąłem się jeszcze bliżej. Raz kozie śmierć, przecież zaprosiłeś mnie na noc, byłem już w twoim łóżku. Jeśli będę czekał na twoją inicjatywę, mogę czekać do końca świata. Pocałowałem cię nieśmiało, bałem się, że serce bije mi za głośno, że to aż śmieszne, jak bardzo jestem podniecony. Czekałeś na to, a jednocześnie byłeś zaskoczony, że to się w końcu stało. Byłeś zaskoczony, ale nie stawiałeś oporu. Nie stawiałeś oporu, ale trwałeś jak sparaliżowany w oczekiwaniu co dalej. Po chwili zamknąłeś jednak laptopa i odłożyłeś go na szafkę nocną obok łóżka. Wykonałeś więc wreszcie jakiś gest na potwierdzenie, że tak, chcesz tego, Fuck the photos from Durban, powiedziałeś.

Nie wykonałeś jednak żadnego innego gestu. Wszystko zależało teraz całkowicie ode mnie i czułem się z tym nieswojo. […]

Czułem się z tym nieswojo, bo wyglądało na to, że najlepiej by było, gdybym to ja wziął ciebie z odwagą i energią, z jaką brał mnie Bala — a ja tej odwagi nie miałem. Cały w lęku, że to nie rola dla mnie, że się nie sprawdzę, że się nie nadaję, że będę do niczego. Czułem się z tym nieswojo, bo leżałeś jak kłoda, bezwładnie wyczekując, co się teraz stanie. Jakbym mógł ci zrobić coś złego. Pragnąłem cię, pragnąłem znaleźć szparę w tym kokonie, w którym byłeś zamknięty, szparę, przez którą mógłbym dostać się do środka, do ciebie, uwolnić cię, ale miałem wrażenie, że nie potrafię do takiej szpary dotrzeć. Zacząłem cię całować — ostrożnie. Zdjąłem okulary, nie chciałem się podnosić, żeby je odłożyć na nocną szafkę, jakbym się bał, że jak się ruszę, to cię stracę. Wziąłeś je ode mnie i odłożyłeś na szafce po swojej stronie. Tak, dostałem się wreszcie tak blisko twoich oczu Arjuna Rampala. Były otwarte. Chciałem w nich zatonąć. Ich głęboka czerń spoglądała na mnie wyczekująco i z lękiem. What were you afraid of? Me? To ja się bałem, nie wiedziałem, jak się z tobą obchodzić po tym, co mi dzisiaj powiedziałeś. Poczułem suchą niepewność twoich ust. Udzieliłem im wilgoci moich własnych, głodnych ciebie. Odnalazłem twój język, który nieśmiało zaczął odpowiadać na działania mojego. Na dolnej wardze czułem ciche łaskotanie twojej bródki, tej cudownej czarnej kępki. Moje palce dotknęły najpierw skóry na twoim policzku, ostrożnie, jakbym się bał, że coś uszkodzę, tak była gładka i piękna — Djamel miał podobną, ale jego nie mogłem nigdy tak dotknąć. Kiedy przestałem się aż tak obawiać, przejechałem kciukiem tuż pod twoim okiem, potem dotknąłem nim twojej brwi. Jakbym potrzebował się upewnić, przez kontakt z różnymi fakturami, że to się dzieje naprawdę, naprawdę dotykam cię w taki sposób, naprawdę jesteś wreszcie mój, tak blisko. Wtedy moje palce podążyły do góry, zanurzyły się w twoich kruczoczarnych włosach, gęstych i naturalnie miękkich, tylko sztucznie czymś utwardzonych. Były matowe, delikatne. Pieszczota palców przywracała im miękkość.

[…]


To są dwa króciutkie fragmenty. Trochę dłuższe można znaleźć tutaj. Całość – w postaci książki! – w październiku. Można ją zamówić w przedsprzedaży tutaj.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Tradycja nie istnieje

Ten tekst będzie takim trochę rozbudowanym przypisem/dopiskiem do mojego tekstu w Le Monde diplomatique – edycja polska, tej trochę recenzji, trochę krótkiego eseju o serialu „Etos”. I o tym, czy często stosowany interpretacyjny wytrych opozycji między nowoczesnością a tradycją naprawę cokolwiek opisuje.

Zacznijmy od pytania. Jak wielu z was, słuchając ścieżki dźwiękowej tego klipu (piosenka Saajanji Ghar Aaye), pomyśli, że te nieprawdopodobnie wysokie nuty, na których szybują tu głosy kobiece (głosy tu wydobywające się pozornie z ust supergwiazdy Kajol i jej ekranowej matki, choć oczywiście nie ich własne głosy – w bollywoodzkim podziale pracy aktor musi umieć tańczyć, ale nie śpiewać) są dźwiękiem indyjskiej „tradycji”? Jak wielu z was pomyśli, że tak właśnie brzmi „tradycyjny” indyjski („hinduski”) śpiew, w wersji na głos kobiecy? We współczesnym przemyśle muzycznym i filmowym (specyfika estetyczna bombajskiego przemysłu filmowego sprawiła, że od udźwiękowienia kina do lat 70. minionego stulecia muzyka popularna i muzyka filmowa to były w Indiach de facto synonimy) znajdujący tylko swoje nowe technologiczne nośniki, sposoby rejestracji, powielania, recyklingu, tworzenia wariacji?

Czytaj dalej