Salvador: Kultura jako gospodarka – na peryferii peryferii

Miejsce na liście ‘Światowego Dziedzictwa Ludzkości’ UNESCO to pocałunek śmierci. Kiedy etykietka zostanie już przyklejona, miasto zaczyna oddawać ducha; jest gotowe na wypchanie. Takie miastobójstwo – straszne słowo – nie jest dokonywane rozmyślnie. Wręcz przeciwnie, popełniane jest w najlepszej wierze i przy najszlachetniejszych intencjach: by zachować – w nienaruszonym stanie – ‘dziedzictwo’ ludzkości. Samo słowo już coś wskazuje, ‘zachować’ znaczy zabalsamować, zamrozić, uchronić przed rozkładem wynikającym z upływu czasu; ale tutaj oznacza także zatrzymywanie czasu, unieruchomianie obiektu niczym w fotografii, chronienie go przed wzrostem i zmianą.

Marco D’Eramo[1]

Pierwsza stolica Brazylii

Brazylijski ekonomista Ladislau Dowbor podkreśla na kartach Demokracji ekonomicznej, że Brazylia jest krajem, w którym współistnieją z sobą środowiska ekonomiczne z różnych epok i stadiów rozwojowych kapitalizmu[2]. Ultrawspółczesna gospodarka oparta na wiedzy, komunikacji, środkach przekazu i operacjach finansowych z centrum w São Paulo współistnieje z wciąż żywymi pozostałościami starszych cyklów gospodarczych, starszych formacji kapitalistycznych, czy też może peryferyjno-kapitalistycznych, które wciąż trwają w innych częściach kraju, zwłaszcza na od dawna w znacznym stopniu ekonomicznie porzuconym, wciąż i ponownie „zapominanym” obszarze brazylijskiego Północnego Wschodu (Nordeste)[3]. Ludzie wciąż pracują tam na wielkich, należących do najbogatszych brazylijskich rodzin, plantacjach wytwarzających podstawowe produkty rolne z przeznaczeniem na rynki światowe. Na niektórych z tych plantacji wysłane przez prezydenta Lulę wojsko jeszcze w XXI wieku wyzwalało ludzi pracujących tam w warunkach faktycznego niewolnictwa.

Salvador, stolica stanu Bahia, pierwsza, historyczna stolica kraju z czasów, kiedy powstał on jako kolonia portugalska, jest takim miastem, które zastygło w swojej przeszłości. Miasto zbudowane kiedyś na eksploatacji niewolników na okolicznych plantacjach, wraz z całym stanem Bahia ekonomicznie potem porzucone, gdy zmieniły się relacje między surowcami na rynkach światowych. Baianos (mieszkańcy stanu Bahia) i soteropolitanos (mieszkańcy Salvadoru) byli od tamtej pory konsekwetnie omijani przez kolejne fale modernizacyjnych ambicji, gdy te zabierały się od czasu do czasu za ekonomiczne struktury największego kraju Ameryki Południowej celem „nadgonienia zacofania”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ale odkąd, niosąc cierpienie i przemoc, Europejczycy przekuli cały świat w nowoczesny system-świat kapitalizmu[4], pozostawanie jakiegoś miejsca zastygłego w ekonomicznej przeszłości odbywa się zawsze w integracji z procesami ekonomicznym jak najbardziej współczesnymi, z jakimiś interesami jak najbardziej aktualnymi. Dziś, w przypadku Salvadoru, te procesy, te współczesne interesy, to chociażby potrzeby przemysłu turystycznego.

W 1985 roku, w toku 9 sesji World Heritage Committee UNESCO przy placu Fontenoy w Paryżu, historyczne centrum miasta, znane pod nazwą Pelourinho, w Górnym Mieście (Cidade Alta), zostało dopisane do słynnej listy. Wyrok śmierci, którego mianem D’Eramo określa to wydarzenie w swoim eseju, to jeszcze nie był – miasto jest na tyle duże, że inwazja turystów nie zarżnęła go tak i nie obróciła w scenografię dla przesuwających się szybko wycieczek, jak powiedzmy słynną portugalską Sintrę. Ale i w Salvadorze widać, nad czym D’Eramo ubolewa. Moment ten, wydaje się, utrwalił i zintensyfikował pewne procesy i tendencje miasta: schwytał w pułapkę, unierouchomił, zafiksował intencje i ambicje jego włodarzy i elit.

Jest w mieście Salvador coś, co sprawia, że odruchowo odczuwamy je jako swego rodzaju diametralne przeciwieństwo São Paulo. Z jednej strony tego zestawienia potęga finansowa instytucji i korporacji wokół Avenida Paulista, z drugiej miasto niezwykle rozległych obszarów biedy. Z jednej metropolia doskonale zintegrowana ze zglobalizowanymi obiegami kapitału, symboli, współczesnych przemysłów kultury, towarów i usług, z drugiej miasto od stuleci tkwiące w ekonomicznym nie-rozwoju, bez niemal żadnego prawdziwego, godnego tego słowa przemysłu, który by je wyrwał z tego uporczywego, uciążliwego złego snu. O ile São Paulo zachowuje się tak, jakby chciało ukryć swój wiek (początkową niewielką osadę założono w 1554 roku), sprzedać się jako miasto całkiem młode, nowe i supernowoczesne, istniejące tylko w czasie teraźniejszym i przyszłym, wymazujące wieżowcami prawie wszystkie ślady swojej kilkusetletniej historii, o tyle Salvador (założony zaledwie pięć lat wcześniej, w 1549) jest przywiązany do swojej historii – trochę jakby dlatego, że to być może najlepsze, co ma. W każdym razie to mu się wydaje najlepsze ze wszystkiego, czym dysponuje, do wystawienia na globalnym rynku.

Salvador obraca historię, wciąż materialnie obecną w murach XVII-, XVIII- i XIX-wiecznych budowli Pelourinho, Carmo czy San Antonio, w swoją wizytówkę, podstawę swojej tożsamości, w swoją „markę”, w swój najważniejszy produkt w wielkim pasażu handlowym zglobalizowanej płynnej nowoczesności – celem zwabienia międzynarodowych przepływów pieniędzy i turystów jako agentów tego przepływu.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Odkąd przyznane przez UNESCO miejsce na liście światowego dziedzictwa ludzkości zadekretowało nienaruszalność architektonicznego kompleksu w historycznym centrum miasta i podniosło jego pozycję w notowaniach branży turystycznej, tendencje dążące do uczynienia turystyki podstawą gospodarki Salvadoru i jego najważniejszym „przemysłem” jedynie się nasiliły. Dzielnice historycznego centrum miasta zostały w znacznym stopniu opustoszone z wcześniej zamieszkujących je społeczności i obrócone w hostele, pensjonaty, hoteliki, restauracje, bary i adresowane do turystów sklepy.

Jednocześnie projekt budowania przyszłości miasta na jego zakumulowanej przeszłości, materialnych świadectwach historii i bogactwie kulturowych praktyk stworzonych i rozwijanych przez etniczną, „rasową” i religijną mieszankę, która stworzyła to miasto i cały stan Bahia, stanowi swego rodzaju „wymówkę” dla braku jakiegokolwiek innego pomysłu na rozwój miasta. Braku przede wszystkim po stronie politycznych i ekonomicznych elit miasta, które byłyby w stanie podjąć decyzje o implementacji innych pomysłów na rozwój.

Salvador jest miastem boleśnie niedoinwestowanym – poza infrastrukturą turystyczną w wyznaczonych na turystyczne atrakcje częściach miasta i kilkoma dzielnicami dla zamożnych soteropolitanos. Co ważne, takie zamożniejsze dzielnice stanowią też w Salvadorze wyraźnie – widoczne jest to gołym okiem – mniejszą proporcję całego miasta, niż ich odpowiedniki w São Paulo, Rio de Janeiro czy Brasílii. Za to fawele Salvadoru ciągną się kilometrami we wszystkich kierunkach.

„Fawele w Salvadorze są rozmiarów całego Rio”, powiedział mi czarnoskóry carioca Marcelo. Marcelo, którego poznałem w Rio, jest trochę filmowcem, trochę badaczem kultury wizualnej, trochę sam wizualnie eksperymentuje. Marcelo autentycznie nienawidzi Salvadoru za stopień, w jakim władze tego miasta spokojnie i na wieki wieków czekają, aż problemy kulturowo najbardziej „afrykańskiego” miasta Brazylii rozwiążą się same. Nieliczne inwestycje infrastrukturalne, jakie rzuciły mi się w Salvadorze w oczy i nie były związane z nadchodzącymi Mistrzostwami Świata w piłce nożnej, a adresowane były faktycznie do mieszkańców miasta i odpowiadały na ich potrzeby (np. mieszkaniowe), nie były nawet zainicjowane przez lokalne władze czy lokalnych inwestorów, tylko ze środków rządu federalnego w Brasílii. W Salvadorze, mieście, w którym w latach 40. XX wieku narodziła się jedna z największych brazylijskich korporacji i jedna z największych korporacji budowlanych na świecie – Odebrecht!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Miasto i jego elity czekają, aż ekonomiczne wybawienie przyniesie bóg podróżników i obiecane przez niego bogactwo niesione w kieszeniach jego podopiecznych. Wybawienie i bogactwo jednak nie nadchodzą, pomimo iż mija już trzecia dekada, odkąd Pelourinho uzyskało od UNESCO „certyfikat aury”. Populacja miasta, w ogromnej większości afrykańskiego pochodzenia, pozostaje w rzędzie najbiedniejszych w Brazylii.

Teoretycy tacy jak Krzysztof Nawratek od dawna polemizują z teoriami przypisującymi kulturze moc stania się motorem rozwoju ekonomicznego miast – nawet w przypadku miast, w których dynamicznie rozwijają się nowoczesne, silnie dokapitalizowane przemysły kulturowe (przemysł filmowy, telewizyjny, muzyczny, rozwój usług internetowych), tylko w nielicznych i wyjątkowych przypadkach późnonowoczesne „przemysły kreatywne” są w stanie przekroczyć próg 10% realnej gospodarki danego miasta i realnego w niej zatrudnienia. Tym bardziej złudne i na wyrost są nadzieje miast, które liczą na nisko-kapitałową lokalną kulturę jako dźwignię swojej gospodarki. Jak bardzo nie byłaby ona atrakcyjna, piękna i fascynująca – a w przypadku Salvadoru jest niewątpliwie bardzo atrakcyjna, piękna i fascynująca (capoeira, afrykańskie i afrykańsko-chrześcijańskie obrzędy i tradycje, muzyka dosłownie eksplodująca w różnych punktach miasta i zalewająca całe jego dzielnice) – jej wartość ekonomiczna polegać może tylko na przyciąganiu pasjonatów turystyki kulturalnej.

Turystyka jednak, pozostawiona samej sobie, w środowisku, w którym niewiele poza nią się ekonomicznie dzieje, wywiera presję na płace, dążąc do utrzymania ich na poziomie tak niskim, jaki tylko jest możliwy. To one – niskie płace – są głównym gwarantem rentowności przedsiębiorstw nastawionych na świadczenie usług turystom. Inne mechanizmy maksymalizacji zysku oferują bowiem w turystyce bardzo wąskie pole manewru. Niewiele w tej branży da się zrobić, by zwiększyć wydajność, nie tak wiele da się zmechanizować, i tak dalej. Stąd miasta i kraje, których głównym produktem są usługi turystyczne, z reguły nie są nigdy w stanie wydostać się z biedy. Jednocześnie napływ odwiedzających, których kieszenie są pełniejsze, a konta w bankach bez porównania większe niż kieszenie i konta miejscowych, pociąga za sobą wzrost cen – nieruchomości, usług, towarów. Czyni życie miejscowych coraz trudniejszym, coraz droższym, wypycha ich z jednej dzielnicy po drugiej, coraz większym wyzwaniem czyniąc znalezienie w miarę stabilnego dachu nad głową.

Rozmawialiśmy o tym z Benem, gdy dołem miasta maszerowała licząca chyba z pół miliona ludzi kolumna soteropolitanos celebrujących Lavagem do Bonfim oraz miejscowych i turystów podziwiających to intrygujące święto, jeden z największych dorocznych festiwali odbywających się w stanie Bahia. Spoglądaliśmy na Cidade Baixa, „Dolne Miasto”, mnie już od dawna na swój sposób znane z genialnego filmu Sérgio Machado pod tym właśnie tytułem, przez palisadę ciągnącą się na lewo od Elevador Lacerda. Elevador Lacerda to budynek windy, którą można zjechać do Dolnego Miasta lub wjechać do Górnego, omijając długą pętlę, jaką w przeciwnym razie trzeba zrobić na piechotę lub samochodem. Ben pochodzi z Maroka, rozmawialiśmy po francusku. Jest informatykiem. Z Salvadoru wybierał się do Amazonii.

„Trzeba coś wytwarzać, nie można tylko czekać, aż turyści przywiozą worki z pieniędzmi, bo to się nigdy nie zmaterializuje. W Maroku jest tak samo. Najbiedniejsze są te miasta, które są najbardziej nastawione na turystykę – Casablanca, Marakesz. To tam jest najwięcej ludzi żyjących naprawdę w nędzy, pracujących za grosze, mieszkających w strasznych warunkach w slumsach, albo w ogóle bezdomnych. W mniejszych miejscowościach, z dala od Casablanki i Marakeszu, ludzie mogą być biedni – w sensie, że mają bardzo niedużo pieniędzy. Ale nie żyją w nędzy. Każdy gdzieś mieszka, w przyzwoitym domu. Każdy ma co do garnka włożyć, choćby z pola czy ogrodu, które należą do jego rodziny.”

Miasto uzależnione od turystyki – a tym bardziej biedne, peryferyjne miasto uzależnione od turystyki – czekając, aż mityczni zagraniczni turyści przywiozą mu w końcu któregoś dnia, w swoich plecakach i walizkach jego przyszłą prosperity, może czekać ad calendas graecas.

„A oprócz tego uzależnienie od turystów” – ciągnął Ben, wpatrując się to w tłum zmierzający wśród muzyki, tańca i wozów ku słynnemu kościołowi Senhor de Bonfim, to na ponurą, wylizaną ciemnymi plamami szarość betonu zapuszczonych wielopiętrowych budynków mieszkalnych Cidade Baixa – „prowadzi do wytworzenia całej takiej mentalności i kultury usłużności i podlizywania się w oczekiwaniu na łaskę napiwku”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

„Machada”

Jednocześnie jednak pierwsze spotkanie z Salvadorem wcale nie musi być dla gringo przyjemnym i łatwym doświadczeniem. „Trudy pierwszego spotkania” potrafią się rozciągnąć na kilka dni. Żyjący z turystów soteropolitanos rzucają się na każdą dostrzeżoną w historycznym centrum miasta nową twarz i wciskają mu tandetne wisiorki, za które chcą 20 reais, pęczki wstążek z kościoła Senhor de Bonfim za 10 reais, swoje usługi jako przewodników. Oferujący swoje usługi przewodnicy opowiadają przy tym zawsze, jak straszne niebezpieczeństwa czekają każdego, kto by chciał na własną rękę, bez lokalnego przewodnika wybrać się do Cidade Baixa. Jeżeli wyglądasz jak gringo, będą ci próbowali sprzedać to samo piwo, które miejscowy chłopak właśnie kupił za 3 reais, za 6 reais, to samo acarajé, które na stoisku obok ktoś kupuje za 5 reais, za 7 czy 8 reais, i tak dalej.

Pamiętam dwie Baianas w tradycyjnych strojach, które w czarujący sposób oskubały mnie kilka kroków od mojego hostelu (świetny hostel Laranjeiras w samym sercu Pelourinho). Nie zapytałem ich o imiona, w duchu, na własne potrzeby dałem jednej z nich – tej bardziej cwanej i rozbrajająco przy tym czarującej – ksywkę Machada. Machada zapytała, czy chcę sobie zrobić z nimi zdjęcie. Odpowiedziałem, że tak, przede wszystkim chciałem im zrobić zdjęcia, bo wyglądały w tych swoich tradycyjnych strojach Baianas bardzo malowniczo. A Brazylijczycy są przepięknym tematem dla fotografa[5]. Poprosiły o dziesięć reais, ja miałem tylko banknot 50 reais. Machada odpowiedziała, że wyda mi resztę. Zanim wzięła pieniądze zdążyła mnie już jakimś sposobem, nie tracąc z twarzy rozbrajającego uśmiechu, przekonać, że te 10 reais to, ma się rozumieć, na głowę, czyli po dyszce dla każdej z nich dwóch. A potem „okazało się”, że ma wydać tylko 20 reais – ale w zamian zaoferowały, żebym po prostu zrobił więcej zdjęć. Cena dziesięciu reais w ciągu tych kilku minut spuchła o dwieście procent. Nieopodal, na stopniu jednego z domów, siedział mieszkający od jakiegoś czasu w Pelourinho Francuz tureckiego pochodzenia, który widział całe to zdarzenie i śmiał się ze mnie, że dałem się wykiwać. Gdybym poszedł na plac Terreiro de Jesus, który znajduje się o kilka kroków stamtąd, Baianas, które tam się snują, nie kasują za to pieniędzy, bo są zatrudnione przez jeden z tych sklepów z koszulkami i akcesoriami w rodzaju torebek i szali, Lembrança da Bahia (‘Wspomnienie Bahii’).

Nazwałem ją sobie Machada, bo jej ironiczny dystans do różnych dyskursów – w wypadku, który mnie dotyczy, do dyskursu uprzejmości wobec cudzoziemca, do dyskursu rynku, do dyskursu kupieckiej uczciwości, i tak dalej – skojarzył mi się z największym brazylijskim pisarzem XIX wieku, Machado de Assisem. Brazylijski krytyk kultury, Roberto Schwarz, wskazuje, że literacka i intelektualna wielkość Machado de Assisa tkwi w jego zdolności literackiego, ironicznego ukazania Brazylii jako nierówno i niekompletnie poprzykrywanej nieprzystającymi do niej, importowanymi, przyniesionymi głównie siłą snobizmu na fali zagranicznych mód intelektualnych, ideologii[6]. Baiana z Pelourinho wydawała mi się jego daleką intelektualną krewną, mniej wykształconą, która pewnie nigdy nie napisze książki, jednak nasyconą tym samym pierwiastkiem dystansu do oficjalnych ideologii, do dyskursów, o których doskonale wie, że i tak wyraźnie nie pasują do rzeczywistości.

Kilka dni zajęło mi, żeby nauczyć się nawigowania między takimi skubaczami gringos, rozpoznawać, które „oferty” są jawnymi nadużyciami, i kogo z „oferentów” ewidentnie należy omijać. Ponieważ zostałem w Salvadorze na prawie trzy tygodnie, poznałem też wielu z tych ludzi i oni mnie już po kilku dniach rozpoznawali, oferując nawet zniżki i specjalne (tym razem już naprawdę specjalne) oferty dla regularnego klienta. Okazało się, że bardzo niewielu Polaków odwiedza Salvador, rozpoznawano mnie też z daleka, bo cały czas nosiłem z sobą aparat. Kiedy zdarzyło mi się go z sobą nie zabrać, gdy snułem się po historycznym centrum po nocy, pytali, co się stało, martwili się, że może ktoś mi ukradł.

Cudzoziemiec nie ma jednak moralnego prawa skarżyć się ani obrażać na soteropolitanos. Wystarczy się rozejrzeć.

Selektywna wszechobencość policji

Jedną z rzeczy, które najbardziej w Salvadorze rzucają się w oczy, jest wszechobecność sił policyjnych różnych formacji. Z wyjątkiem Straży Miejskiej w Brazylii są one wszystkie formacjami militarnymi. Można wręcz odnieść wrażenie, że miasto znajduje się pod militarną okupacją. Większość tych policjantów  jest uzbrojona po zęby, stąpają ciężkimi, wojskowymi buciorami. Jeśli jednak rozglądasz się uważnie i oddalisz się czasem od ścieżek ubijanych dzień w dzień przez turystów, zobaczysz, że to, co na pierwszy rzut oka wydawało się być zupełną wszechobecnością policji, jest wszechobecnością wysoce selektywną.

Dzielnice, które nie są na codziennym celowniku aparatów fotograficznych turystów, są nierzadko zupełnie pozbawione jakiejkolwiek policyjnej ochrony przed przemocą. Mieszkańcy nie ufają też policji i często mają na jej temat bardzo złe zdanie. Nie tylko jej funkcjonariuszom niespecjalnie spędza sen z powiek kwiestia dostarczania minimum bezpieczeństwa mieszkańcom ubogich części miasta – to policja często postrzegana jest i faktycznie stanowi dla najbiedniejszych soteropolitanos realne zagrożenie, wielu z nich nie spodziewałoby się po policji niczego dobrego. W całym kraju policja nie ma opinii siły szczególnie sympatycznej, ale policja w Salvadorze nawet na takim tle słynie na skalę ogólnobrazylijską ze swojej brutalności. W ostatnich latach organizacje pozarządowe utrzymywały, że z szeregami policji w Salvadorze powiązany jest szwadron śmierci eliminujący młodych czarnoskórych mężczyzn, na których uciążliwość skarżyli się właściciele niektórych biznesów. Ciała tych młodych mężczyzn znajdowano potem na śmietnikach[7].

Soteropolitanos, których poznałem, opowiadali mi, jak policjanci zatrzymywali chłopców z faweli pod byle pretekstem, a nawet podrzucali im do plecaka narkotyki, prawdopodobnie, żeby wyrobić jakieś „targety” ilości zatrzymań. Jednocześnie na własne oczy widziałem, jak narkotyki podawano sobie – pod osłoną nocy i tłumu słuchającego baterii bębniarzy – w odległości dwóch metrów od policjanta, tyle że ten dostawał pewnie swoją dolę za uprzejme niedostrzeganie realizowanych w zasięgu jego wzroku transakcji.

Wystarczy pobyć w Salvadorze dłużej niż kilka dni, by stało się jasne, że policja jest tam po to, żeby chronić nie mieszkańców a turystów. Posterunek przy Largo Terreiro de Jesus mówi to nawet wprost swoją nazwą: „Jednostka Ochrony Turystów”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Soteropolitanos mają wszelkie podstawy i racje, by odczuwać wielopoziomowy resentyment, niezależnie od tego, czy go racjonalizują, czy pozostaje on na poziomie przedrefleksyjnego reprodukowania pewnych praktyk zbiorowo wypracowanych w kulturze, w której taki resentyment jest częścią – mówiąc Pierre’em Bourdieu – ich klasowego habitusu.

Najpierw ich przodków przywieziono tu przemocą, by wyciskać z nich pot i krew na plantacjach trzciny cukrowej. W mieście wciąż stoją materialne świadectwa tamtej fundującej je przemocy. Nawet sama nazwa Pelourinho wzięła się od stojącego przed kościołem świętego Franciszka wolno stojącego na środku placu słupa, do którego przywiązywano niepokornych niewolników i pokazowo ich biczowano. Po zniesieniu niewolnictwa w miejscu tego pręgierza postawiono krzyż, który stoi tam do dzisiaj. Taki słup stał w każdym kolonialnym portugalskim mieście w Brazylii, zawsze przed jego centralnym kościołem. Kościół katolicki w ten sposób dostarczał symbolicznej legitymizacji niewolnictwu i przemocy stojącej na jego straży. Słowo pelourinho oznacza po portugalsku właśnie ten słup, ten pręgierz.

Gdy kolejne rozdziały historii kapitalizmu pozbawiły brazylijski cukier jego wcześniejszej pozycji eksportowej, wyciśniętych jak cytryny Baianos porzucono i zostawiono w stanie permanentnego ekonomicznego nie-rozwoju, skazanych na wieki na niedowartościowaną pracę. Dziś, w ich własnym mieście, którego wąskie elity czerpią ogromne korzyści z jego zacofania, bo gwarantuje ono ogromne zasoby gotowej pracować za grosze siły roboczej, z ich podatków i z wartości dodatkowej wyciskanej z ich systematycznie niedowartościowanej pracy finansowane są siły policyjne, które wydają się mieć za swe główne zadanie chronić przybyszów, turystów, zwiedzających – przed nimi właśnie, przed mieszkańcami miasta. Przed mieszkańcami miasta, których na potrzeby przybyszów obrócono w dostarczycieli malowniczego tła, odgrywających role w wielkim spektaklu kulturalnych i kulturowych atrakcji na potrzeby widzów z zewnątrz, uśmiechających się i podlizujących w nadziei na napiwek. Ich wspaniałe dziedzictwo kulturalne stało się towarem na sprzedaż dla zwiedzających; towarem, z którego sprzedaży zysk jakoś ich zwykle omija, lądując nie wiadomo gdzie. Omija ich, bo to oni de facto, jako depozytariusze i aktywne podmioty tego dziedzictwa kulturalnego, są tu jak gdyby samym towarem – przedmiotem transakcji bardziej niż jej stroną.

Soteropolitanos wyczuwają więc – w mniej lub bardziej zracjonalizowany sposób – nieuczciwy, eksploatatywny charakter takiego urządzenia ich codziennej rzeczywistości. Oskubanie od czasu do czasu jakiegoś turysty to akt mikrooporu, mikrorebelii, drobnej ekonomicznej i symbolicznej dywersji wobec takiego stanu rzeczy.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Przypisy:

[1] Marco D’Eramo, UNESCOcide, tłum. Nicholas Dines „New Left Review”, nr 88 lipiec/sierpień 2014, s. 47.

[2] Ladislau Dowbor, Demokracja ekonomiczna: Alternatywne rozwiązania w sferze zarządzania społecznego, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 113.

[3] Dla zainteresowanych tym regionem ważną pozycją do dziś pozostaje kanoniczne dzieło brazylijskiej literatury przełomu XIX i XX w., Os sertões Euclidesa da Cunhi.

[4] Immanuel Wallerstein, The Modern World-System, t. 1: Capitalist Agriculture and the Origins of the European World-Economy in the Sixteenth Century, New York-London: Academic Press 1974; tegoż, The Modern World-System, t. 2: Mercantilism and the Consolidation of the European World-Economy, 1600-1750, New York: Academic Press, 1980; tegoż, The Modern World-System, vol. III: The Second Great Expansion of the Capitalist World-Economy, 1730-1840’s, San Diego: Academic Press, 1989; tegoż, The Capitalist World-Economy, Cambridge: Cambridge University Press 1979.

[5] Jeżeli Czytelnika interesują fotografie z mojej brazylijskiej podróży, wiele z nich jest dostępnych na moim fotoblogu Surface and Matter, http://surfaceandmatter.blogspot.co.uk/.

[6] Roberto Schwarz, A Master on the Periphery of Capitalism: Machado de Assis, tłum. (z port. na ang.) John Gledson, Durham – London: Duke University Press, 2001; Roberto Schwarz, Misplaced Ideas. Essays on Brazilian Culture, red. i tłum. (na ang.) John Gledson, London-New York 1991.

[7] Lena Azevedo, Jovens negros na mira de grupos de extermínio na Bahia, „Publica”, 11 lipca 2013, http://apublica.org/2013/07/jovens-negros-na-mira-de-grupos-de-exterminio-na-bahia/

Jarosław Pietrzak

Niniejszy tekst stanowi fragment ebooka Notes brazylijski.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Lekcje Brasílii

„Co ty tam będziesz robił przez trzy dni?”

„Na trzy dni? Co ty tam będziesz robił przez trzy dni?” – Vitor, który z zawodu koordynuje z Salvadoru wakacje głównie dla zachodnich turystów, zrobił wielkie oczy, kiedy odpowiedziałem na jego pytanie, na jak długo jadę do Brasílii. No nie tak całkiem trzy dni. Trzy noce, owszem, ale ponieważ przylecę wieczorem a z kolei trzy dni później samolot do São Paulo mam bardzo wcześnie rano, to dni tak naprawdę spędzę tam tylko dwa. No i jak to, co ja będę tam robił? Zwiedzał miasto, a poza tym w stolicy na pewno można coś znaleźć, coś się musi dziać ciekawego – broniłem swoich planów. Przecież dwa, a nawet trzy dni, to krótko, miałbym się fatygować tak daleko w głąb kontynentu tylko na jeden dzień? Jako człowiek, który uwielbia odkrywać nowe miasta, ale samą podróż jako taką traktuje raczej jako characz, który trzeba za te rozkosze płacić, niż przyjemność samą w sobie, nie znoszę podróżowania dzień po dniu. Te godziny marnowane w drodze na lotniska i na samych lotniskach, ten ból pleców i karku w autokarach, te męczące godziny w samolotach, które prawie zawsze przesadzają z klimatyzacją i w których powietrze suche jak papier ścierny zawsze w ten okropny sposób rozpala skórę na twarzy.

„W Brasílii zupełnie nie wiadomo, co z sobą zrobić wieczorem; bardzo trudno jest znaleźć jakieś miejsca z muzyką, rozrywką” – ciągnął z przekonaniem Vitor. Wszystkie hotele są w jednym miejscu i są tam tylko hotele, nic innego tam nie ma, żadnych barów, dosłownie niczego. Zawiało grozą, brzmiało prawie jak Nicość w Niekończącej się opowieści. Wszystko inne jest daleko, jest drogie, i naprawdę ciężko to znaleźć. A zjeść w Brasílii, to już w ogóle graniczy z cudem. Będziesz jeść w hotelu lub w food courts w centrach handlowych; na szczęście są dwa takie centra obok dzielnicy hoteli, po jednym z każdej strony.

Pozostałem jednak niezmiennie podekscytowany na myśl, że wreszcie na własne oczy ujrzę to miasto. Pragnąłem je zobaczyć, odkąd jako chłopiec dorwałem jego zdjęcia i opis w jednej z tych książek w rodzaju “sto cudów świata”, czy „cuda architektury”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Właściwie wszystko, co powiedział Vitor, okazało się prawdą. A jednak Brasília bynajmniej nie była na trasie mojej podróży rozczarowaniem. Cieszę się, że byłem wystarczająco asertywny wobec wszystkich tych, którzy próbowali mnie zniechęcić, podkreślając negatywy tego dziwnego miasta. Nie tylko mnie Brasília nie rozczarowała, ale gdybym kiedyś jakimś cudem był nieco poważniej przy kasie, chętnie bym tam wrócił na dłużej i odkrył więcej niż tylko zapierającą dech w piersiach centralną Oś Monumentalną.

Brasília, jako realizacja urbanistyczna i architektoniczna, jest jednym z najbardziej niezwykłych miast na świecie. Jest w Brasílii coś, co nie pozwala ani na chwilę przestać odczuwać tego fascynującego wrażenia, że nie ma na świecie nic podobnego do Brasílii. Jest urbanistycznym i architektonicznym arcydziełem, jej retrofuturystycznemu pięknu trudno się oprzeć, kiedy się tam już postawi fizycznie nogę. Te rozpięte z rozmachem pomiędzy budynkami ogromne połacie niemal kobaltowego niekiedy nieba, ta olśniewająca w słońcu bielą kopuła Muzeum Narodowego, wyglądająca, jakby jakiś statek kosmiczny z filmu z lat 50-tych wylądował na środku ogromnego placu, to uczucie uniesienia, kiedy zaczynasz wreszcie zbliżać się do budynków Kongresu Narodowego Federacyjnej Republiki Brazylii znajdujących się w miejscu kokpitu.

W miejscu kokpitu, bo plan Brasílii jej twórcy – urbanista Lucio Costa, architekt krajobrazu Roberto Burle Marx i wielki modernistyczny architekt, wyznawca Le Corbusiera, Oscar Niemeyer – rozpięli na rysunku samolotu. Oś Monumentalna to jego kadłub. Samolot, maszyna umożliwiająca człowiekowi latanie, wcielenie techniki jako zdolnej otworzyć przed człowiekiem zupełnie nowe możliwości, wykraczające daleko poza to, co oferują naturalne możliwości ciała homo sapiens sapiens – to symbol nowoczesności już od czasu awangard pierwszych dekad XX wieku (Kazimierz Malewicz postulował w pewnym momencie ich kadłuby i skrzydła jako najwłaściwsze miejsce dla swoich suprematystycznych kompozycji). To także wyraz jej – nowoczesności – ówczesnego optymizmu i wiary we własną zdolność przeobrażania świata i pokonywania ograniczeń, jakie stawia człowiekowi.

Jednocześnie jest jednak Brasília arcydziełem, którego twórcy, sprawcy jedynej tego rodzaju hybris w XX wieku, popłenili wiele błędów. Nawet jednak ich błędy niosą nam pewne nauki. Brasília, tam gdzie odniosła sukces i tam, gdzie poniosła porażki, udziela nam bowiem lekcji, które nie tylko nie straciły na aktualności, a wręcz być może dziś są nam potrzebne jeszcze bardziej i bardziej dziś domagają się wysłuchania, bardziej też na to wysłuchanie zasługują, niż kiedykolwiek dotąd, licząc od czasu, kiedy prezydent-wizjoner Juscelino Kubitschek wpadł na szalony pomysł wybudowania zupełnie nowej stolicy w odludnym centrum kraju zajmującego niemal równo pół kontynentu. Wpadł, albo może raczej w szalony sposób podjął pomysł, który już w jakiś sposób istniał, wisiał w powietrzu od dawna – założenie nowej stolicy bliżej geograficznego środka Brazylii, tym samym bardziej dostępnej także dla mieszkańców północnych połaci pokrywającego pół kontynentu kraju, było już obiecane przez konstytucję kraju.

Brasília powstała w szalonym tempie, jej kluczowe części zbudowano w zaledwie trzy lata. Budowa nowego miasta rozpoczęła się w roku 1960. Różne prace trwały jeszcze tu i ówdzie, ale oficjalną inaugurację miasta Kubitschek przeprowadził już w roku 1963.

Brasília jest spektakularną realizacją wyobrażeń, jakie lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte miały o cywilizacyjnej przyszłości. Dlatego zwłaszcza centralna oś miasta, wraz ze wszystkim, co zgromadzone wokół niej, wygląda jak coś w przedziwny sposób zarazem retro i futurystycznego, jak gigantyczna scenografia po jakimś starym filmie science fiction, może nawet radzieckim filmie science fiction. Niemeyer był przecież marksistą, został nawet (w latach 1992 roku, po rozpadzie ZSRR) przewodniczącym Brazylijskiej Partii Komunistycznej. Jest to jednocześnie kawał znakomitej architektury tego typu, architektury modernistycznej.

Jedną z zalet założenia, że wszystkie hotele znajdują się w tej samej dzielnicy (“sektorach”, mówiąc nomenklaturą zaplanowaną dla miasta: Setor Hoteleiro Norte i Setor Hoteleiro Sul), jest, że z każdego hotelu trzeba najwyżej kilka minut na piechotę, by dotrzeć do centralnej osi miasta, mniej więcej w okolice wieży telewizyjnej, od której można rozpocząć długi spacer w dół miasta, w stronę kokpitu samolotu, na schemacie którego rozrysowano miasto – w stronę budynków mieszczących polityczne stery kraju. Jest to wyprawa na kilka godzin, trzy do pięciu, w zależności od tempa naszych kroków i tego, czy robimy zdjęcia, a robić je warto, bo naszym oczom odsłaniać się będzie jeden architektoniczny dziw za drugim: Biblioteka Narodowa, wyglądające jak uziemiony latający spodek Muzeum Narodowe Republiki (po portugalsku Museu Nacional da República lub Museu Nacional Honestino Guimarães, miejsce urzekające wspaniałą, demokratyczną, egalitarną atmosferą także w swym wnętrzu), wreszcie – pałace rządowe, budynek Kongresu Narodowego i plac z pomnikiem prezydenta Juscelina Kubitschka. To wszystko na tle nieba, które za sprawą bardzo suchego zwykle powietrza przyjmuje szalenie intensywny kolor, nierozrzedzony obecnością zbyt wielu cząsteczek wody w powietrzu. To samo suche powietrze sprawia, że po kilkugodzinnym spacerze, nawet jeśli ani razu na niczym nie usiądziesz, pokrywać cię będą smugi rdzawoczerwonego pyłu.

Mój znajomy, młody architekt z São Paulo, Fabio, wierny ideom sustainable architecture, architektury oszczędnej ekologicznie, mawia, że Brasília stanowi niestety spektakularny przykład, jak nie należy budować miasta. Jest to w pewnym sensie prawda.

To jest pierwsza lekcja, jakiej udziela nam Brasília: jak nie budować w przyszłości miast.

brasilia_4

Muzeum Narodowe w Brasilii

Jak nie budować miast

Brasília jest szalenie nieprzyjazna człowiekowi, który chciałby dostać się gdziekolwiek na piechotę. Przepastnie szerokim, często wielopasmowym ulicom nie towarzyszą żadne chodniki. Za tę decyzję odpowiedzialność ponosić ma urbanista Lucio Costa. W jego wyobraźni po supernowoczesnym mieście materilizującej się już przyszłości wszyscy poruszać się mieli samochodami. Wielopasmowe ulice, niewiele skrzyżowań – wszystko to sprawia, że poruszanie się po mieście (jeśli tylko znasz drogę[1]) jest łatwe, bez porównania łatwiejsze niż w wielu wielkich miastach Europy, w których setki tysięcy ludzi codziennie grzęzną na całe godziny w korkach, potem krążą w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania, i ciągle dają sobie wciskać ten kit, że posiadanie samochodu daje im „wolność”. W Brasílii coś takiego jak uliczne korki wydaje się po prostu nie występować. Szerokie drogi wydają się swobodnie obsługiwać każdą ilość samochodów, która się na nie wyleje. Wyzwaniem w centrum jest za to najzwyczajniej przejść na drugą stronę ulicy: niemal nigdzie nie ma przejść dla pieszych – na całym odcinku od wieży telewizyjnej u góry Osi Monumentalnej do Kongresu Narodowego dopatrzyłem się, o ile mnie pamięć nie myli, tylko jednego.

Poruszając się pieszo, człowiek czuje się jak byt zupełnie niepożądany, jakby trafił tam przez jakąś dziwną pomyłkę. Jakby wzywany do odpowiedzi na stanowczo stawiane pytanie, co on tu w ogóle bez samochodu robi. Na drugą stronę ulicy można jedynie przebiec, wychwytując momenty, w których na wszystkich pasmach szerokiej ulicy pojawi się wystarczająca przerwa pomiędzy samochodami. Tyle dobrze, że sami kierowcy w Brasílii zdają sobie doskonale sprawę, że pieszy może przekraczać ulice niemal wyłącznie w niewłaściwych miejscach, bo właściwych do tego miejsc prawie nie przewidziano. W przeciwieństwie do Rio de Janeiro, gdzie samochody i autobusy są jedynymi formami istnienia, które się zawsze dokądś szalenie spieszą, w Brasílii zwolnią, gdy zobaczą, że biegniesz na drugą stronę ulicy.

W zależności od pory dnia, idąc Osią Monumentalną można przez nawet ponad godzinę spaceru nie minąć w bezpośredniej bliskości żadnego innego pieszego. Wywiera to na zwiedzającym przedziwne, surrealistyczne wręcz wrażenie: znajdujemy się w samym sercu jednego z największych miast dwustumilionowego kraju, tysiące ludzi mijają nas w samochodach zaledwie kilka czy kilkanaście metrów w prawo lub w lewo od nas, po obydwu stronach Osi Monumentalnej widzimy wielopiętrowe budowle, a jednak idziemy jak przez pustkowie. Budynki po obydwu stronach Osi Monumentalnej widzimy jednak przez większą część tego spaceru naprawdę daleko od nas – to kolejna cecha charakterystyczna miasta zaprojektowanego dla samochodów bardziej niż dla ludzi. Szastanie przestrzenią, bo w zamierzeniu w szczęśliwej i dostatniej – wydawało się, że tak niedalekiej – przyszości każdy miał się z jednego miejsca w drugie przemieszczać samochodem.

Ciągłe poruszanie się po mieście przede wszystkim samochodem jest w jego strukturę wpisane jako warunek codziennego funkcjonowania. Weźmy na przykład ten podział na wyspecjalizowane w poszczególnych dziedzinach sektory i rozmieszczenie wszelkiej aktywności ekonomicznej czy kulturalnej podług tej mapy sektorów. Sprawia to, że w Brasílii trudno załatwić kilka spraw w jednej części miasta: do banku trzeba pojechać do Setor Bancario, na zakupy gdzieś indziej, a do restaucji albo na kilka piw ze znajomymi najlepiej gdzieś na północny wschód miasta, a potem wrócić na noc do któregoś z sektorów mieszkalnych. Ekologiczny i energetyczny koszt funkcjonowania takiego miasta musi być kolosalny.

Tak wymyślone i zbudowane miasto jest szalenie „nieergonomiczne”. W tym sensie, że odczuwa się je jako niedopasowane do naturalnych ludzkich potrzeb w naturalnej ludzkiej skali[2]. To niedopasowanie do potrzeb realnych ludzi w niespodziewany sposób wypłynęło na powierzchnię zanim jeszcze ukończono budowę.

Candangos – tak brazylijska historiografia nazywa zastępy robotników budowlanych, którzy postawili Brazylii nową stolicę – przez kilka lat trwania budowy żyli w prowizorycznych obozach na i wokół kolosalnego placu budowy. Przedłużająca się prowizoryczność tego położenia, a także swego rodzaju porzucenie, jakiego ofiarą padali po ukończeniu pracy nad największym przedsięwzięciem budowlanym w historii Brazylii, popchnęła ich do spontanicznej budowy domów dla samych siebie – na obrzeżach, tuż na zewnątrz budowanego miasta. Co jak co, ale budować przecież potrafili. Takie domy wkrótce złożyły się na osiedla i szybko rozrosły się na miejscowości. Cały wianuszek takich chaotycznych, niezaplanowanych, nigdy nawet nie zatwierdzonych przez nikogo, satelickich miejscowości wyrósł ironicznie wokół doskonale zaplanowanego modernistycznego miasta, niczym złośliwy żart historii z ludzkich ambicji przejmowania kontroli nad przyszłością. Stanowi ten wianuszek żywy dowód na to, że plany budowy miasta zupełnie nie uwzględniały elementarnych ludzkich potrzeb ludzi, którzy je budowali. Nie zakładały nawet, że za swój prawdziwie heroiczny wysiłek zasługiwali oni na to, by dostać w tym planie jakieś dzielnice na własne przyszłe potrzeby. Budowniczy tak spektakularnych przedsięwzięć też chcą gdzieś mieszkać, też mają – lub  chcą mieć – rodziny.

Brazylijczycy powiadają, że sposób, w jaki zbudowana jest Brasília, okazał się „jak znalazł” na potrzeby prawicowej, wojskowej junty, która objęła władzę wkrótce po wybudowaniu nowej stolicy (zamach stanu miał miejsce w 1964). Szerokie, wielopasmowe ulice wręcz czekały na mające się przez nie przetoczyć defilady czołgów. Podzielone na sektory miasto bez chodników, bez kawiarenek i barów na rogu okazało się wymarzonym domem dla militarnej dyktatury: ludzie nie mieli gdzie na siebie przypadkowo wpadać, spotykać się z sąsiadami i znajomymi w spontaniczny czy nie rzucający się w oczy sposób, by powymieniać się opiniami o najnowszych wydarzeniach, zorientować nawzajem w swoich poglądach, wykonać rekonesans, z kim i jak można by potencjalnie, na jakimś etapie uformować takie czy inne formy działania opozycyjnego, subwersywnego, krytycznego…

Mówiąc krótko: lekcja numer jeden, jaką nam daje Brasília, to jak nie budować już nigdy miast.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mimo wszystko – budować miasta

Przywołajmy teraz jednak wspaniały esej Mike’a Davisa Who Will Build the Ark?[3] Autor Planety slumsów i Late Victorian Holocausts podkreśla w nim, że choć miasta są wielkim ekologicznym problemem i ich ekspansja, połączona z zasysaniem przez nie coraz więcej ludności z zewnątrz (od 2005 roku, po raz pierwszy w dziejach, ponad połowa ludzkości mieszka w miastach[4]) stanowi jeden z kluczowych czynników ekologicznej dewastacji naszej planety. Dewastacji posuniętej już tak daleko, że pod znakiem zapytania stawiającej biologiczne przetrwanie ludzkości do kolejnego stulecia. Wpływ człowieka na klimat i na środowisko jest dziś tak głęboki, że naukowcy zgadzają się, że żyjemy już w nowej epoce geologicznej, ze względu na ten wpływ nazwanej antropocenem.

„Szukając rozwiązania dla tego narastającego wciąż problemu, warto zwrócić uwagę na pewien paradoks. Otóż może się okazać, że główny powód globalnego ocieplenia, czyli urbanizacja ludzkości, jest jednocześnie potencjalnie najlepszym rozwiązaniem kwestii przetrwania ludzkości w drugiej połowie XXI wieku. Co prawda przy obecnej polityce pogrążone w ubóstwie miasta niemal z pewnością staną się trumnami nadziei. Potrzebujemy zmiany – musimy zacząć myśleć jak biblijny Noe i zbudować Nową Arkę nadziei. Ponieważ większość starych drzew została już wycięta, Nowa Arka będzie musiała być stworzona z materiałów, które ludzkość znajdzie wśród zbuntowanych społeczności, pirackich technologii, nielegalnych mediów, rebeliantów i utopii”.[5]

Miasta mogą się okazać „swoim własnym rozwiązaniem”, rozwiązaniem problemu, który w znacznej mierze stworzyły. Warunkiem jest jednak, że zmienimy nasze myślenie o miastach i społeczną praktykę życia w miastach. Zmienimy zgodnie z tym, co jest tak naprawdę intencją miasta jako takiego, intencją samej idei miasta. Że zamiast każdy harować bez sensu na spłacenie własnego samochodu, przesiądziemy się na transport publiczny. Że zamiast każdy mieszkać we własnym domku (przekleństwo chociażby Londynu – przekleństwo, bo ta obsesja czyni miasto po prostu fizycznie za dużym), będziemy mieszkać w znacznie efektywniej zagospodarowujących przestrzeń i wydajniejszych energetycznie mieszkaniach. Że zamiast marnować przestrzeń i zasoby na prywatne baseny, prywatne ogrody, prywatne sale do ćwiczeń, w pełni wykorzystamy oferowane przez miasto możliwości tworzenia dostępnych przestrzeni rozrywki, rekreacji, spędzania czasu, socjalizacji, kontaktu z kulturą, które będę wspólne, publiczne.

O ile Brasília, ze swoim szastaniem przestrzenią, z przymusem korzystania z samochodu, jaki narzuca, ze swoją nieergonomicznością i wszystkimi sposobami, na które utrudnia codzienne wspólne spotykanie się ludzi, rzeczywiście uczy nas, jak nie budować już miast, to uczy nas ona także, że możemy budować nowe miasta od podstaw, również w miejscach dotychczas odludnych, a jedyne, co jest faktycznie konieczne w tym celu, to wola i determinacja polityczna. Musimy odzyskać tę odwagę, tę bezczelność nawet, którą miał Kubitschek, i zacząć budować nowe miasta. Dokonując określających takie projekty wyborów politycznych.

Miasta, które od dawna istnieją, zwłaszcza te największe, stanowią już zagrożenie dla samych siebie. Pozostawione niemal wyłącznie mechanizmom rynkowym, rozrastają się w chaotyczny zupełnie sposób, do rozmiarów, które życie w wielu z nich czynią już koszmarem. W Londynie prawie nikt nie spędza w drodze do i z pracy mniej niż dwie godziny dziennie. Trzy godziny też nikogo nie dziwią. Trzy i pół – smucą i wywołują współczucie, ale dziwić – też raczej nie dziwią. Jak dla mnie, mieści się to w definicji koszmaru. Szastamy w ten sposób skandalicznie energią, jaką pochłania codniowe przerzucanie milionów ludzi pomiędzy odległymi dzielnicami miejskich molochów. Jest to też ogromne marnotrawstwo naszego „najcenniejszego zasobu nieodnawialnego”[6]: czasu. Nawet w wielkich europejskich stolicach rozwiniętych krajów, coraz więcej dzielnic, w oczekiwaniu, aż niewidzialna ręka rynku rozwiąże ich problemy, zaczyna też obracać się powoli w slumsy.

Brasília uczy nas więc także – i to jest lekcja numer dwa, ważniejsza dziś niż ta pierwsza – że możemy budować nowe miasta. Od zera, gdzie tylko chcemy, także w miejscach zupełnie dziś odludnych, choćby po to, żeby zmodyfikować – uczynić bardziej przyjazną człowiekowi – strukturę gęstości zaludnienia. Musimy tego tylko wystarczająco mocno – kolektywnie, politycznie – chcieć. Musimy mieć wolę dokonania tego.

brasilia-sunset

Zachód słońca nad obrzeżami Brasilii

Od Brasílii do Amazonii i z powrotem

Brasília może nam dać jeszcze jedną lekcję, na nieco wyższym poziomie abstrakcji, jeśli umieścić ją na jednym końcu spektrum, na którego końcu przeciwnym znalazłaby się Amazonia. Z jednej strony: fenomen natury, kolosalny i na skalę globu unikalny – płuca planety, ekosystem, którego pozytywny wpływ sięga nawet bardzo odległych ekosystemów. Z drugiej dzieło wielkiej politycznej mobilizacji kolektywnych sił społeczeństwa, wielka fizyczna i społeczna transformacja przestrzeni dokonana w zaledwie kilka lat na bezludnym wcześniej terenie. Od dzikiej, spontanicznie, żywiołowo, przez tysiąclecia rozwijającej się natury do kolosalnych możliwości techniki, kultury człowieka. Tak można by odmalować skalę dziedzictwa Brazylii, skalę tego, co Brazylia oferuje ludzkości.

Ale teraz okazuje się, że być może wcale niezupełnie. Okazuje się bowiem, że być może cała ta skala – a nie tylko odcinek zmierzający ku Brasílii – to skala potencjalnych możliwości człowieka. Dzisiaj amazońska dżungla jest przedmiotem potężnej ofensywy obojętnych na koszty ekologiczne aspiracji brazylijskiej burżuazji przemysłowej, która dąży do zmonetyzowania jej bogactw naturalnych i przeobrażenia jej sieci wodnej tak, by jeszcze mocniej połączyć Brazylię z krwiobiegiem „gospodarki światowej” (głównie na prawach dostawcy surowców)[7].

Ale choć dzisiaj człowiek (oczywiście nie „człowiek w ogóle” a konkretna klasa ludzi: brazylijska burżuazja) poszedł na wojnę z Amazonią, to jednocześnie wiemy już z coraz większą pewnością – coraz więcej badaczy przyjmuje tę tezę – że amazoński las tropikalny jest w znacznej mierze, w co najmniej kilkunastu procentach (według ostrożnych szacunków) tworem człowieka[8]. Był sadzony przez ludzkie społeczności, które nie dysponowały ani współczesną wiedzą naukową, ani niczym na miarę współczesnej technologii, która dziś porywa się na przebudowę całej sieci wodnej Ameryki Południowej. Wiedziały za to, że niewielki wysiłek konieczny na posadzenie drzew będzie w tym klimacie wynagrodzony owocami bez wysiłku czekającymi na nich i ich potomków przez dziesiątki, setki nawet lat.

Brasília i Amazonia stanowią więc w pewnym sensie nie tyle opozycję – natura versus kultura, czy natura versus cywilizacja – co być może raczej dwa bieguny spektrum kolektywnych możliwości człowieka. Możemy budować miasta, w trzy lata postawić na puszczy metropolię, wymyślać nowe sposoby tych miast budowania, by czynić coraz lepszym nasze wspólne życie jako społeczeństwa. Możemy odtworzyć lasy – skoro mogliśmy całe połacie Amazonii stworzyć, dysponując bez porównania mniejszą naukową wiedzą o przyrodzie i świecie. Musimy – tylko i aż – wyzwolić się kolektywnie spod totalitarnej władzy rynku, którego niewidzialna ręka miasta pogrąża w chaosie, a naturę obraca w coraz szybciej zużywane surowce. Musimy zamiast pozwalać mu sprawować nad nami władzę, odzyskać władzę nad rynkiem. Musimy odnaleźć zagubioną, nieodzownie dziś potrzebną, hybris ludzi takich jak Kubitschek. To kolejna, może ciągle jeszcze nie ostatnia lekcja Brasílii.

brasilia-walkpath

Trzech pieszych na chodniku wzdłuż Osi Monumentalnej. Oddalają się od gmachu Kongresu.

Przypisy

[1] W Brasílii nie można – przynajmniej nie można było, kiedy ja tam byłem – polegać na Google Maps. Adresy w tym mieście złożone są ze skrótów i numerów, które wprowadzają Google Maps w kompletną konfuzję.

[2] Por. James Holston, The Modernist City: An Anthropological Critique of Brasília, Chicago: The Chicago University Press, 1989.

[3] Mike Davis, Who Will Build The Ark?, „New Left Review” 2010, nr 61. Po polsku opublikowany został jedynie w skróconej wersji: Mike Davis, Kto zbuduje Arkę?, tłum. Justyna Gąsiorek, Alicja Michalak, Aleksandra Paprot, Iwona Piaskowska, Joanna Przybylska i Anna Przytomska, „Res Publica Nowa”, jesień 2012. Dostępny online: http://publica.pl/teksty/kto-zbuduje-arke-33261.html.

[4] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 11.

[5] M. Davis, Kto zbuduje Arkę?

[6] Ladislau Dowbor, Demokracja ekonomiczna, przeł. Zbigniew Marcin Kowalewski, Warszawa; Książka i Prasa 2009, s. 121.

[7] Porównaj esej Między postępem społecznym a regionalnym imperializmem.

[8] Zob. Charles C. Mann, 1491, “The Atlantic”, 1 marca 2002; dostępny online pod adresem: http://www.theatlantic.com/magazine/archive/2002/03/1491/302445/

Jarosław Pietrzak

Notes brazylijski

Tekst stanowi fragment ebooka Notes brazylijski opublikowanego w 2015 r., dostępnego do pobrania tutaj.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Shard w Londynie

Imperium kulturalne Kataru

Nad horyzontem Londynu góruje już kolosalny szklany szpic Shard of Glass, najwyższy teraz wolnostojący budynek w Europie (310m wysokości). 27 pięter biur, 3 piętra luksusowych restauracji, 18 pięter luksusowego hotelu, 10 apartamentów o rozmiarach pałacu każdy, 4 piętra dostępnych dla zwiedzających tarasów widokowych (w okolicach 70. piętra), sale konferencyjne. Budynek został uroczyście odsłonięty i otwarty na początku lipca.

Jednak rozpoznawalność wieżowca ma jednak służyć nie tylko wizerunkowi brytyjskiej stolicy (przeciwnicy projektu podkreślają, że zdewastuje horyzont niskiej poza tym metropolii; zastrzeżenia, ze względu na sąsiedztwo Tower of London, zgłaszało nawet UNESCO). Dwa zajmujące całe piętro apartamenty będą należały do katarskiej rodziny królewskiej. Inwestycja w 80% należy do banku centralnego małego, ale skandalicznie bogatego (ropa i gaz) emiratu w Zatoce Perskiej, notującego niemal 20-procentowy roczny wzrost gospodarczy i najwyższy PKB per capita. Do Katarczyków w Londynie należą też już m.in. słynny dom handlowy Harrods, a nawet budynek ambasady Stanów Zjednoczonych.

Jak podkreśla ambasador Kataru, Londyn ma na mapie dywersyfikacji katarskich inwestycji znaczenie wyjątkowe jako ceniony partner strategiczny Ad-Dauhy. Ale Londyn jest też po prostu inwestycyjnie wysuszony kryzysem finansowym i cięciami rządu Camerona, wyjątkowo spragniony pieniędzy z zewnątrz. Shard jest jednak nie tylko częścią katarskiego portfela inwestycyjnego. Jest też dziełem Renza Piano, jednego z najsłynniejszych żyjących architektów, twórcy paryskiego Centre Pompidou i dlatego jest też „obliczony” jako epokowa realizacja architektoniczna, innymi słowy: dzieło sztuki. I jako takie jest elementem innego wielkiego katarskiego przedsięwzięcia – z zakresu miękkiej dyplomacji. Chodzi o uczynienie Ad-Dauhy międzynarodowym centrum kulturalnym o globalnym znaczeniu, zdolnym rywalizować z Paryżem, Londynem, Berlinem czy Nowym Jorkiem.

Szejka idzie na zakupy

Najdroższą pod względem rynkowej wartości zgromadzonych na niej eksponatów wystawą w Londynie jest dzisiaj retrospektywa Damiena Hirsta w Tate Modern. Wystawa zamknięta zostanie we wrześniu, kiedy to z Londynu powędruje do Ad-Dauhy, gdzie zostanie ponownie otwarta w przyszłym roku. Jej głównym sponsorem jest Qatar Museums Authority, rządowa instytucja nadzorująca wielkie projekty muzealne naftowego emiratu, urastająca obecnie do roli jednego z kluczowych sponsorów Tate Modern.

W Katarze QMA gromadzi kolekcje i przygotowuje obiekty umożliwiające ekspozycje dzieł z zakresu dorobku sztuki islamu, współczesnej sztuki arabskiej oraz najwyżej notowanej współczesnej sztuki światowej. W lipcu 2011 roku „The Art Newspaper” ujawnił, że Katar, za pośrednictwem QMA, stał się największym (z całą pewnością w kategoriach wydawach sum) nabywcą sztuki współczesnej na świecie. Od siedmiu już lat stoi za większością największych transakcji na światowych rynkach sztuki (przy wielu okazjach nabywcę otaczała atmosfera tajemnicy).

Agencją kieruje córka emira Hamada bin Chalify As-Saniego, wykształcona na amerykańskim Duke University 28-letnia obecnie szejka Al-Majassa bint Hamad bin Chalifa As-Sani. Pismo „Art+Auction” uznało ją za najpotężniejszą dziś osobę na światowym rynku sztuki. Szefem jej biura jest Edward Dolman, przechwycony przez nią były dyrektor domu aukcyjnego Christie’s. Kluczowym pośrednikiem w katarskich zakupach światowej sztuki ma być francuski agent Philippe Ségalot.

Wśród spektakularnych nabytków Kataru wymienia się kolekcję obrazów amerykańskiego malarza Marka Rothko należącą wcześniej do J. Ezry Merkina, sprzedaną przez sąd (w toku postępowania w sprawie jego udziału w oszustwach Bernarda Madoffa) za 310 mln $, tzw. Rothkę Rockefellera, White Center (Yellow, Pink and Lavender on Rose) (72,8 mln $), czy Grających w karty Paula Cézanne’a (jedna z pięciu realizacji tego tematu autorstwa Francuza, 157 mln £). QMA unika komentowania tych wydarzeń – mówi się, że pełną krasę swoich zbiorów Katar chce zaprezentować przy okazji Mistrzostw Świata w piłce nożnej w 2022 roku.

Światowy zasięg

Wystawa Hirsta to nie pierwsza wielka retrospektywa w zachodniej instytucji dofinansowana (sfinansowana?) przez QMA celem wylansowania na arenie światowej katarskich zbiorów i budowy wizerunku Ad-Dauhy jako międzynarodowego centrum kulturalnego. W galerii al-Riwaq Muzeum Sztuki Islamu króluje dziś Japończyk Takashi Murakami, najdroższy artysta Kraju Kwitnącej Wiśni i jeden z 25 najwyżej na światowych rynkach notowanych żyjących artystów. Retrospektywa zatytułowana Ego trafiła do Ad-Dauhy po swoim święcie w Wersalu w 2010 roku. Na marginesie: były premier Francji, Dominique de Villepin, zasiada w radzie QMA.

Instytucje związane z QMA wystawiają obecnie także prace francuskiej artystki Louise Bourgeois, osobiście rekomendowane przez szejkę Al-Majassę, a także chińskiego artystę Cai Guo-Qianga. W planach jest wielka wystawa Jeffa Koonsa i sfinansowanie projektu Richarda Serry. W toku – przedsięwzięcia archeologiczne.

Katar współfinansuje także World Cinema Foundation i produkcje filmowe w wielu krajach arabskich, w tym produkcje twórców z palestyńskich Terytoriów Okupowanych (Doha Film Institute, założony również przez Al-Majassę, dofinansował np. świetnego Człowieka bez telefonu komórkowego). Organizuje też międzynarodowe festiwale filmowe.

Perła w koronie

Wszystkie te przedsięwzięcia mogą być promowane na skalę światową za pośrednictwem największego z tego rodzaju projektów, o którym można powiedzieć, że jest w pełni dojrzały i już zwieńczony ogromnym globalnym sukcesem: telewizji Al Dżazira. Nadającej już ponad 15 lat: na antenie zadebiutowała 1 listopada 1996 roku. Dziś pod tym szyldem i pięknym kaligraficznym logo zgromadzone są m.in.: główny arabskojęzyczny kanał informacyjny, kanały sportowe, kanał filmów dokumentalnych, kanał Al Dżazira Mubaszer (transmisje na żywo), kanał bałkański (nadawany z Sarajewa), kanał dla dzieci oraz Al Jazeera English. Ten ostatni jako jedyna telewizja informacyjna na świecie ma nie tylko zagraniczne biura prasowe, ale cztery regionalne centra nadawcze (Ad-Dauha, Londyn, Waszyngton i Kuala Lumpur) i najbardziej międzynarodowe grono dziennikarzy (z ponad 50 krajów).

Al Dżazira jest najpopularniejszą arabską telewizją informacyjną. Pomimo popularności jak dotąd jej utrzymanie wymagało dotacji od emira, głównie ze względu na embargo reklamowe nałożone na kanał przez Arabię Saudyjską. Dom Saudów od dni poczęcia stacji podlegał notorycznej krytyce jej dziennikarzy. Ich założycielskie grono stanowiła zresztą grupa dziennikarzy arabskiego kanału BBC, założonego jako joint venture BBC i saudyjskiej korporacji satelitarnej Orbit. Wbrew warunkom umowy Orbit zaczęła cenzurować przekaz BBC Arabic – dziwne problemy techniczne pojawiły się, gdy na antenie rozmawiano z saudyjskimi dysydentami. BBC w odpowiedzi zamknęła całe przedsięwzięcie, co zbiegło się w czasie z marzeniami emira z nadmiarem pieniędzy o katarskiej telewizji satelitarnej. Wszyscy dziennikarze zlikwidowanej BBC Arabic dostali propozycję pracy w Katarze. Połowa ją przyjęła, i tak się zaczęło. Jak w praktyce działa saudyjskie embargo reklamowe? Kraj Saudów, pomimo jedynie 26 milionów mieszkańców, jest pod względem zagregowanej siły nabywczej największym rynkiem arabskojęzycznym. Kto zleca reklamy na antenie Al Dżaziry, musi się liczyć z groźbą zamrożenia lub nieprzedłużenia intratnych kontraktów handlowych z szejkami pustynnego królestwa. Być może dlatego obserwatorzy mówią o taktycznym złagodzeniu antysaudyjskich ciosów Al Dżaziry…

Sprzedaż materiałów własnej produkcji innym stacjom telewizyjnym stanowi główne źródło dochodu katarskiej telewizji, ale przez większą część jej historii nie wystarczała na pokrycie kosztów funkcjonowania i rozwój. Dlatego po pierwszej dotacji (137 mln $ na pierwsze pięć lat funkcjonowania), posypały się kolejne. Emir dokłada do interesu (niektórzy mówią, że jest to już 100 mln $ rocznie), bo okazał się fenomenalnym sukcesem prestiżowym. Umiejscowił Katar na mapie świata, uczynił go państwem, z którym mimo jego śmiesznych rozmiarów trzeba się liczyć, zrewolucjonizował media w całym świecie arabskim i położył kres globalnemu monopolowi informacyjnemu Zachodu.

Błogosławieństwa i przekleństwa

Shard of Glass jest – jak na łamach internetowej witryny dziennika The Guardian słusznie zauważył Aditya Chakrabortty – symbolem, w którym zbiega się wiele niepokojącyh procesów drążących Londyn. Oto światowa stolica globalnego kapitału sama pada dziś ofiarą demonów wypuszczonych przez Pandorę globalizacji neoliberalnej. Spektakularna budowla sfinansowana przez naftowy emirat, bo pęknięcie globalnej bańki spekulacyjnej pozostawiło brytyjską metropolię ze skurczonymi zasobami inwestowalnego kapitału (58% nieruchomości w londyńskim City jest już podobno w rękach zagranicznych inwestorów); należąca do ludzi, którzy co najwyżej odwiedzą czasem Londyn, żeby spojrzeć na miasto z wysokości sześćdziesiątego czy dziewięćdziesiątego piętra, nie traktując miasta jako „swojego”; dla większości przewidująca jedynie rolę podziwiającego z mieszanką zachwytu i zazdrości plebsu gdzieś tam u stóp kolosa, ewentualnie turystów płacących 25 funtów za wjazd na widokowe piętra tego architektonicznego cudu.

W przedziwnej ekpansji katarskich przedsięwzięć kulturalnych zbiega się z kolei kilka procesów z różnych poziomów rzeczywistości. Globalna dominacja Zachodu i Japonii ulega osłabieniu i mnożą się pretendenci do różnych osłabionych pozycji. Brazylijski Petrobras kupuje pola naftowe w Teksasie, indyjscy biznesmeni kupują amerykańskie studia filmowe, a bajecznie bogaty emirat na Bliskim Wschodzie, który nie wie, co zrobić ze swoimi pieniędzmi, włącza się w walkę o wpływy w świecie sztuki i rzuca wyzwanie globalnemu monopolowi informacyjnemu. Intensywne kolekcjonowanie współczesnej sztuki jest też procesem zachodzącym we wszystkich naftowych emiratach Zatoki Perskiej (wielkie kolekcje, biennale i muzea powstają w Dubaju, Abu Dhabi i Szardża) – jednak Katar wyprzedził pozostałych graczy o kilka długości. Naftowe królestwa Wschodu poszukują również alternatywnych aktywności ekonomicznych. By zainwestować gdzieś lub po prostu skonsumować kolosalne nadwyżki uzyskiwane z wydobycia surowców energetycznych, ale także celem strategicznej dywersyfikacji gospodarki. Dubaj i Abu Dhabi wyprzedziły Ad-Dauhę jako międzynarodowe centra finansowe, niszą upatrzoną przez Katar stały się więc przemysły kultury i „gospodarka wiedzy”. Działanie na rzecz ich rozwoju jest statutowym celem Qatar Foundation, prywatno-rządowej organizacji kierowanej przez żonę emira, szejkę Mozę bint Nasser Al Missned. QF mnoży na małym półwyspie placówki naukowe i oddziały amerykańskich uniwersytetów.

Katar próbuje też uratować sobie skórę. Hugh Miles, autor świetnej książki o Al Dżazirze, przedstawił interpretację najważniejszej funkcji tej telewizji, która wydaje się wciąż słuszna i rozciąga się na pozostałe pola kulturalnej nadaktywności Kataru. Położenie jest źródłem bajecznego bogactwa emiratu, ale też kupy zmartwień. Los pobliskiego Bahrajnu pokazuje, że sąsiedztwo Arabii Saudyjskiej, kiedy samemu jest się takim maleństwem, jest źródłem umiarkoweanej rozkoszy, a w regionie, w którym każdy metr ziemi może kryć w sobie ogromne bogactwa, o zatargi graniczne nietrudno i Katar miał ich już trochę z Saudami. Sposobem na zniwelowanie zagrożenia ze strony wielkiego sąsiada było umożliwienie Amerykanom postawienia wielkiej bazy wojskowej także w Katarze. To z kolei wystawia Katar na pierwszy ogień, gdyby doszło do amerykańsko-izraelskiej inwazji na Iran: zaatakowany Iran uderzy zapewne w najbliższe amerykańskie instalacje wojskowe, czyli między innymi w Katar. Rozwój emiratu w stronę centrum kulturalnego o znaczeniu globalnym, jednego z kluczowych nadawców telewizyjnych, siedziby najdroższych dzieł sztuki z całego świata, globalnego mecenasa artystów i najodważniejszych dziennikarzy, ma być polisą ubezpieczającą mały, dwumilionowy kraj.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Lewica.pl (17 lipca 2012)

Zdjęcie pochodzi z mojego bloga fotograficznego.

Projekt Anni Albers z Bauhausu

Bauhaus na koniec świata

Kwiaty, kwadraty, czosnek i demokracja

 

W 1919 roku pierwszy kwietnia to nie były żarty, w każdym razie nie w Weimarze, i nie dla przyszłości sztuki modernistycznej i całej nowoczesnej kultury. W mieście Goethego, Schillera, Herdera i konstytucji nowej niemieckiej republiki, miejsce miała inauguracja szkoły artystycznej, która okazała się mieć kolosalny wpływ na architekturę, sztuki wizualne i projektowanie przemysłowe. Ludwig Mies van der Rohe, ostatni dyrektor Bauhausu (już po przeniesieniu szkoły do przynajmniej tymczasowo bardziej politycznie i ekonomicznie sprzyjającego klimatu Dessau w Turyngii), pozostaje jednym z najbardziej wpływowych architektów XX wieku. Walter Gropius, założyciel Bauhausu, pozostaje jednym z wielkich architektów, teoretyków i wizjonerów minionego stulecia. Do dzisiaj spotykane rozwiązanie polegające na rezygnacji z dużych liter i pozostawieniu jedynie minuskuły to pomysł właśnie Bauhausu, szczególnie bezczelny w Niemczech, których język dużą literą pisze wszystkie rzeczowniki. Zaprojektowane w Bauhausie obiekty użytkowe Gunty Stölzl, Marianne Brandt i Almy Buscher są w produkcji do dzisiaj – zwycięstwo nad czasem, które odniosło bardzo niewielu designerów. Projekty Josefa Albersa czy Węgra Marcela Breuera nie przestają odbijać się w przestrzeni i przedmiotach, które do dzisiaj znajdujemy wokół siebie. László Moholy-Nagy pozostaje jednym z najwybitniejszych fotografów minionego stulecia, podobnie jak do najważniejszych malarzy nieprzerwanie zaliczani są Wassily Kandinsky i Paul Klee. Wszyscy oni współtworzyli Bauhaus – jako jego mistrzowie i studenci.

Bauhaus to jednak nie tylko ładne kompozycje barw i kształtów, czajniki, z których do dzisiaj chętnie serwowalibyśmy herbatę, drewniane klocki, dzięki którym, bawiąc się, dzieci do dzisiaj dokonują pierwszych rozpoznań prawideł ciążenia, równowagi i prób z kompozycją. Bauhaus to wizja i ferment poszukiwania sposobów na – mówiąc Gropiusem – odjęcie od ludzkiego życia niekoniecznego ciężaru. Na uczynienie otaczającej nas przestrzeni, ale i społecznej rzeczywistości, a więc (po prostu i aż) świata, w którym żyjemy – lepszym miejscem. Lepszym dla wszystkich – nie tylko dla wybranych i uprzywilejowanych. Estetycznym, funkcjonalnym, wygodnym, odpowiadającym na potrzeby i demokratycznym.

Nowe wraca

Najnowszy film Mii Hansen-Løve Un amour de jeunesse, którego studiująca architekturę bohaterka jedzie na wycieczkę do słynnego kompleksu edukacyjnego Bauhaus Dessau, trafił na ekrany londyńskich kin, gdy dorobek Bauhausu i jego rewolucyjna arcyaktualność są już przedmiotem jednej z najgłośniejszych wystaw mających obecnie miejsce w angielskiej metropolii. W galeriach Barbican Centre, największego kompleksu teatralno-koncertowo-filmowo-wystawowego w Europie, króluje Bauhaus: Art as Life, największa poświęcona szkole ekspozycja w Wielkiej Brytanii od czasu tej w Royal Academy w 1968 (która objechała wówczas także inne wielkie miasta na świecie – m.in. Amsterdam, Paryż, Chicago, Tokio i Buenos Aires). Bardziej kompletna od tamtej, bo w latach 60. obiekty i projekty stanowiące dorobek Bauhausu rozrzucone były, wraz z żyjącymi Bauhauslerami, po dwóch stronach Żelaznej Kurtyny. W tym roku otworzony zostanie także odbudowany, podobnie jak Bauhaus Dessau, ze zniszczeń II wojny światowej, leśny dom Gropiusa w Dessau. Bauhaus znowu jest na rzeczy.

Antena Kandinsky’ego

Imprezy stanowią część studenckiego doświadczenia w każdej szkole wyższej, ale Bauhaus był jedyną, a już na pewno pierwszą, która ich charakter jako fundamentalnej części procesu edukacyjnego deklarowała nawet w swoich dokumentach statutowych. Jak dowiadujemy się z poświęconego imprezom eseju w katalogu wystawy (napisał go Klaus Weber), przy ich okazji Joost Schmidt wystąpił w turnieju zapasów z samym sobą, wygłaszano nonsensowne proklamacje na tematy takie, jak „kwiaty i kwadraty: nowa jedność”, a kostiumy były eksplozjami tego, co dziś nazywamy kreatywnością. Węgierski Bauhausler Farkas Molnár wspominał, jak Kandinsky uwielbiał pojawiać się na nich w stroju anteny, Lyonel Feininger przebrał się za dwa trójkąty, a Gropius za swojego modernistycznego rywala Le Corbusiera.

Imprezy były ważne, bo zabawa była postrzegana jako wyzwalająca ludzką energię i pomysłowość. Ale także dlatego, że za Bauhausem stała wizja całościowego ulepszenia ludzkiego życia, nie omijająca żadnego z tego życia obszarów – społecznych interakcji, wyzwalania twórczej energii, uniwersalnie sprawnej społecznej komunikacji graficznej i typograficznej. Wreszcie: troski o ludzkie ciało – o jego regenarację, dobrostan.

To ostatnie uzasadnia rolę kuchni w życiu i dorobku Bauhauslerów – nie tylko wszystkich zaprojektowanych m.in. przez Marianne Brandt naczyń, znajdującego się na koncie Bauhausu układu nowoczesnej kuchni, czy litografii Georga Muche przedstawiających przygotowany na stole posiłek, ale także ich świadomych wyborów kulinarnych, którym Nicholas Fox Weber poświęca swój esej we wspomnianym katalogu Barbicanu. Starcie dwóch „szkół jedzenia” w murach Bauhausu było konfrontacją dwóch potencjalnych odpowiedzi na pogrążanie się świata w chaosie. W Bauhausie przybały one postać swego rodzaju „szkoły czosnku” i „szkoły rozumu”.

Czosnek i reszta świata

Bauhaus był miejscem koncentracji i konfrontacji idei i ludzkiej kreatywności w świecie, w którym nie działo się dobrze. Znajdował się w samym środku tego, co intelektualiści tradycji materialistycznej, ci, którzy czytują Immanuela Wallersteina i Fernanda Braudela, postrzegają jako drugą wojnę trzydziestoletnią (1914-1945, z dwoma dekadami względnego zawieszenia broni pośrodku). Był to czas chaosu i niepewności wynikający z tego samego, co chaos i niepewność znane nam dzisiaj: z głębokiego, strukturalnego kryzysu akumulacji kapitału na skalę światową, do przezwyciężenia jedynie za cenę teatru destrukcji na planetarną skalę. Podobnie głęboki kryzys, starszy i głębszy niż samo tylko załamanie około-kredytowe 2007-2008, stoi za militaryzacją (nie)porządku światowego ostatnich kilkunastu lat.

Są dwie zasadnicze odpowiedzi na grozę takiej dziejowej nocy. Jedną jest ucieczka w irracjonalizm, który nie przynosi rozwiązania, ale oferuje trans, który oferuje ludzkiej psyche balsamy uśmierzające ból świadomości. Dziś to wszelkiego rodzaju renesansy religii, New Age i postmodernistyczne hokus pokus. Tamten czas chaosu miał ich własne odpowiedniki. Szwajcar Johannes Innes, jeden z pierwszych tzw. „mistrzów” (czyli wykładowców) Bauhausu, przyniósł w jego mury pomysły sekty znanej jako Mazdazdan. Był to założony w USA przez niejakiego Otto Hamisha misz-masz starożytnego perskiego zoroastryzmu z przypadkowymi elementami z innych źródeł. Wyznawcy Mazdazdanu golili głowy na łyso, poddawali się regularnym lewatywom, trzymali dziwaczną, ułatwiającą czyszczenie jelit dietę, do której cech charakterystycznych należały monstrualne ilości czosnku. Jego wszechobecne w Bauhausie opary, unoszące się nawet z porów naśladowców Innesa, doprowadzały do szału żonę Gropiusa, Almę Mahler.

Drugą potencjalną odpowiedzią jest język sprawiedliwego, racjonalnego zaspokojenia potrzeb, który uosoabiały kulinarne praktyki uwielbiającego gotować, ale stroniącego od elitarystycznych fanaberii haute cuisine Paula Klee. Ta opcja odniosła w Bauhausie zwycięstwo, kiedy Innes przekroczył tolerancji władz Bauhausu dla swoich dziwactw, a zwłaszcza wymuszania na studentach i innych wykładowcach podążania za nimi. Wyleciał z Bauhausu w 1923. Wraz z Innesem Bauhaus opuściły tendencje ekspresjonistyczne, których był katalizatorem, a przewagę uzyskały te właśnie, które racjonalnie żądały niemożliwego: sprawiedliwego zaspokojenia potrzeb i uwolnienia potencjału każdego człowieka w społecznej interakcji pomiędzy równymi ludźmi (pomnikiem tych ostatnich postulatów jest zresztą sam akademicki kompleks Bauhaus Dessau). Te ostatnie rzeczy brzmią dziwnie podobnie do niektórych, zwłaszcza tych najbliższych źródłom, definicji komunizmu.

I brzmią tak nie przez przypadek. Gropius definiował swoją wizję architektury i wszystkiego, co powinno wypełniać jej przestrzeń, w radykalnych kategoriach lewicowej zmiany społecznej. Hannes Meyer, który zastąpił go na stanowisku dyrektora, był zdeklarowanym marksistą i próbował nawet zorganizować stały program wymiany studenckiej z młodszą od Bauhausu o rok, założoną przez Lenina w 1920, moskiewską uczelnią Wchutiemas.

Klęska i aktualność

Jak wiele projektów po lepszej stronie historii, Bauhaus, choć tak wiele z jego estetyki wciąż nas otacza (bo Bauhauslerzy roznieśli potem jego idee po całym świecie), przegrał na wielu poziomach. Wielki niemiecki przemysł nie szalał na punkcie pomysłu, by ludziom niezamożnym sprzedawać tak świetnie zaprojektowane, wysokiej jakości przedmioty. Ogromna ich część nie mogła wydostać się poza krąg ręcznej produkcji i elitarnej konsumpcji. Pogłębiały się kłopoty polityczne. Przyjazne początkowo Dessau (dla którego przyjazności szkoła przeniosła się tam z Weimaru) również zaczęło przybierać brunatne barwy polityczne, a próba kolejnych przenosin szkoły na przedmieścia Berlina w 1933 nie zdołała powstrzymać jej szybkiego zamknięcia przez Hitlera w tym samym roku. Dla NSDAP Bauhaus był sztandarowym przykładem „żydowsko-marksistowskiej degeneracji kultury”. Projektowane potem przez Gropiusa na emigracji wille dla bogatych nie były spełnieniem jego ideałów. Ich spełnieniem trudno też nazwać Tel Awiw, jedno z miejsc, do których rozpiechrzli się – i które architektonicznie współtworzyli – Bauhauslerzy. Wkrótce uczynione stolicą ufundowanego na przemocy w stosunku do lokalnej ludności kolonialnego reżimu rasowego apartheidu.

Jednocześnie nigdy jeszcze wizja, jaką głosił Bauhaus, nie była tak palącą potrzebą. Teraz, kiedy po raz pierwszy w ludzkiej historii już ponad połowa ludzkości żyje w miastach. Kiedy przemysł produkuje już tylko bardzo drogie towary dla bardzo zamożnych i obliczone na wymianę za rok badziewie dla reszty, pokrywające planetę zwałami śmieci. Kiedy niesprawiedliwość globalnego podziału zasobów przełamuje kolejne progi na skali skandalu. Kiedy ekologiczna katastrofa w konsekwencji szastania zasobami i postępującej przemysłowej degradacji planety nadchodzi nam naprzeciw – coraz większymi krokami.

Mike Davis, autor Planety slumsów i wciąż niewydanej po polsku przełomowej i wstrząsającej książki Late Victorian Holocausts, jak zawsze piękną prozą, pisał w eseju Who Will Build the Ark? (Kto wybuduje arkę?) z 2010, że jedyny ratunek przed stopniową samozagładą ludzkości tkwi w powrocie do odwagi myślenia w kategoriach całkowitej przebudowy miejskiego życia, myślenia, którego jednym z najwspanialszych celebracji była „wielka majówka Wchutiemasu i Bauhausu”.

Gdy kapitalizm po raz kolejny prowadzi nas na krawędź globalnej katastrofy, znów stoimy przed wyborem: czosnek albo rozum. Rozum i odwaga żądania przebudowy wszystkiego. Zmiany myślenia o wszystkim.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie w tygodniku „Przekrój” w sierpniu 2012.