Brazylijska przemoc

Najbardziej zdumiewającym wymiarem brazylijskiej przemocy – skali przemocy w Brazylii – wcale nie jest to, jak tej przemocy jest dużo. Najbardziej zdumiewa, że jest jej tak mało. Tak, wszyscy znamy Miasto Boga – powieść Paulo Linsa i film Fernando Meirellesa i Katii Lund, wszyscy znamy Elitarnych Jose Padilhi, wszyscy widzieliśmy w telewizji relację z jakiejś krwawej jatki na ulicach Rio de Janeiro czy São Paulo, strzelaniny w szkole, napadu z bronią, czy wojny między druglordami wciąż sprawującymi władzę w niejednej faweli a jednostkami Policia Pacificadora.

A jednak, mimo wszystko, podtrzymuję: najbardziej zdumiewającym rysem przemocy w Brazylii jest to, jak jej jest niewiele.

miasto boga

Miasto Boga (2002)

Jak zostałem obrabowany

Byłem w Brazylii dwa razy – drugi raz prawie trzy miesiące. Faktycznie, zostałem raz okradziony. Rzecz się miała tak.

Moi znajomi z São Paulo, Péricles i Fabio, zabrali mnie od swojego rodzinnego domu na plaży, w znajdującej się półtorej godziny samochodem od finansowego centrum kraju miejscowości Bertioga. Fabio został w domu, bo nie lubi być długo na słońcu. Ja po sześciu latach życia w Londynie i po zimie poprzedniego roku, która stanowiła w stolicy Albionu, ni mniej, ni więcej, tylko siedem miesięcy mokrych ciemności, byłem wygłodniały słońca, więc razem z Périclesem snuliśmy się po plaży, na której było trochę ludzi, ale rozstrzelonych na jej długości bardzo nierównomiernie. Po jakimś czasie takiego łażenia wzdłóż brzegu, ze stopami podmywanymi wodą, stwierdziliśmy, że wejdziemy na chwilę głębiej do wody. Byliśmy akurat na pustej części plaży, w dość dalekim promieniu nie widać było żywej duszy.

Rozłożyliśmy moją cangę z Salvadoru (canga to to coś, co Brazylijczycy rozkładają na piasku zamiast ręcznika, turystom często sprzedawane są z flagą Brazylii, mozaiką z Copacabany, albo Chrystusem z Corcovado). Na niej położyliśmy torbę, do której Péricles włożył nasze klapki, gdy już byliśmy stopami w wodzie, swoje stare okulary słoneczne i może z sześć czy siedem reais, gdybyśmy chcieli na plaży kupić wodę czy coś. Jest to mniej więcej równowartość dwóch funtów szterlingów. Zostawiliśmy te nasze szpargały kilka metrów od linii brzegu i poszliśmy do wody.

Trzeba było zejść dość daleko od brzegu, bo woda długo była płytka. Cały czas rozmawialiśmy, ale w pewnym momencie obaj obejrzeliśmy się za siebie, za grupą trzech nastoletnich chłopców, przemierzających plażę na rowerach. Przejechali obok naszych rzeczy, jakby otaczając je, z dwóch stron. Obaj pomyśleliśmy „Oh, fuck!”, ale nic nie powiedzieliśmy, bo nie chcieliśmy być za bardzo paranoiczni. Chłopcy odjechali, nie ruszając naszych rzeczy. Nad plażą, niemal nad naszymi głowami, unosił się śmigłowiec policji wojskowej. Odwróciliśmy się ponownie od brzegu wyczekując nadchodzącej fali. Coś nas jednak tchnęło i obaj obejrzeliśmy się znowu za siebie. Jeden z tych trzech chłopców zawrócił. Dwaj stali może kilkadziesiąt metrów dalej. Ten, który zawrócił, zasuwał w stronę naszych szpargałów. Zaczęliśmy krzyczeć i biec do brzegu, ale biegnąc w wodzie nie mogliśmy być ani trochę tak szybcy, jak chłopak na rowerze. Wciąż jadąc, przechylił się, wyciagnął rękę i już zawracał z naszą torbą w garści. Byliśmy już na brzegu, może dziesięć metrów od złodzieja, ale on się szybko oddalał, a Périclesa złapał skurcz w łydce. Chłopak na rowerze zrównał ze swoimi dwoma kolegami i odjechali szybko w trójkę. Widać było, że nie zaglądają, co jest w skradzionej torbie, dopóki nie będą bezpiecznie daleko.

„Co myśmy w ogóle myśleli, biegnąc za nim?” – westchnął Péricles. – „Że go złapiemy i co, będziemy się z nim bić o torbę z klapkami i kilkoma monetami w środku?”

Faktycznie. Cała trójka naszych “złoczyńców” musiała kilka minut później przeżyć pewne rozczarowanie. Na pewno liczyli na coś więcej, jakiś porfel, telefon, ale my nic takiego z rozmysłem nie zabraliśmy na plażę. Frustrujące trochę jednak dla nas było, że to się wydarzyło pod okiem patrolującego plażę helikoptera policyjnego.

To jedyna rzecz, jaka została mi kiedykolwiek w Brazylii skradziona. Klapki były na dodatek stare, kupione jeszcze za czasów poprzedniego pobytu w Brazylii, w 2011 roku. Dni swojej świetności miały już za sobą, bo zabierałem je w międzyczasie na każdy urlop w ciepłe strony. Nosiłem się już z zamiarem ich wyrzucenia i zastąpienia nowymi.

Nie znaczy to, że cała ta historia nie wyrządziła nam krzywdy. Péricles miał tam też swoje okulary przeciwsłoneczne, stare, ale jedyne, jakie zabrał na ów weekend na plaży. No i musieliśmy wracać do domu na bosaka.

Już piasek na plaży, tam gdzie zaczynał się suchy, bo fale już dalej nie docierały, był potwornie gorący, rozpalony lejącym się z nieba żarem. Ale prawdziwy koszmar zaczął się, gdy wyszliśmy z plaży na wyłożoną kostką, a potem betonowymi płytami drogę. Péricles obolały po skurczu w nodze, żaden z nas nieprzyzwyczajony do chodzenia na bosaka po betonie. Francisco w Itaparice nie miał z tym problemu, ale jak powiedział, “na to trzeba lat praktyki”. Desperacko wyszukiwaliśmy wyłaniających się czasem koło krawężnika lub spomiędzy betonowych płytek kępek trawy, staraliśmy się skakać szybciej, gdy w promieniu kilku czy kilkunastu metrów majaczył jakiś nieśmiały, blady trawnik. Ulga była jednak niewielka. O ile trawa miała zwykle temperaturę niższą niż beton, była już do szczętu spalona słońcem, sucha, połamana i twarda, kaleczyła jeszcze dodatkowo nasze poparzone już, czerwone stopy.

Był to chyba najdłuższy kilometr w moim życiu. Kiedy dotarliśmy do domu, wrzuciłem zwłoki moich stóp do basenu i nie wyciągnąłem ich stamtąd przez chyba dwie godziny. Jestem trudny do zdarcia – kiedyś przez trzy tygodnie chodziłem ze złamaną stopą, nie wiedząc, że jest złamana (myślałem, że to tylko lekka opuchlizna spowodowana zwichnięciem) – nocą jeszcze wtarłem w swoje stopy mnóstwo jakiegoś kremu i nazajutrz byłem cały i zdrów. Péricles jednak nie mógł normalnie chodzić przez kilka kolejnych dni, wszystko to bowiem obudziło jakiś starszy, niedoleczony problem w jego stopach.

Oprócz tego byliśmy oczywiście wściekli, że nas taka kretyńska sytuacja spotkała, że się wystawiliśmy na tak głupi łup jakimś młokosom.

Jak na doświadczenie legendarnej “brazylijskiej przemocy” było to jednak niewiele. Nikt do nas nie strzelał, nie groził nożem, nasze straty materialne w skradzionych dobrach były śmiesznej wartości, a obrażenia Périclesa były raczej skutkiem głupiego łańcucha koincydencji, które się w tak przykry złożyły koniec, niż samego aktu dokonanego przez tych przypadkowych chłopców.

Jak już powiedziałem, był to jedyny przypadek, kiedy padłem w Brazylii ofiarą przemocy. Każdy się chyba ze mną zgodzi, że był to przypadek bezprzykładnie niespektakularny; na moim osiedlu w Dąbrowie Górniczej działy się nieraz bardziej sensacyjne wydarzenia. Nie byłem też nigdy świadkiem aktów przemocy skierowanej w stosunku do innych osób, a wybrałem się kiedyś na całą noc do nocnego klubu w faweli w Rio de Janeiro, w innej faweli, słynnej Rocinhi, rządzonej wtedy wciąż przez gangi narkotykowe, nawet się kiedyś zgubiłem.

Przemoc jako rzeczywistość

Ale nie, nie znaczy to wszystko, że w Brazylii nie istnieje problem przemocy i że nic nikomu nigdzie nie grozi. Kto szuka kłopotów, w Brazylii bez większego problemu je znajdzie. Ja nie kusiłem losu i nie zostawiłbym nigdy swojego ukochanego aparatu fotograficznego na plaży, na “kandze”, tak jak z Périclesem zostawiliśmy torbę ze starymi klapkami i sześcioma reais wrzuconymi tam luzem. Nosiłem przy sobie umiarkowane ilości gotówki i najwyżej jedną kartę kredytową. Kiedy po północy robiło się wokół mnie zbyt gęsto, rozglądałem się wokół i rozważałem, czy nie schować jednak mojego canona w plecaku. Ufałem też swojemu instynktowi. Jeśli jakaś ponura ulica w Salvadorze odbijała się dreszczami na moich plecach (a są tam takie ulice – po zmroku tak na mnie działała rua Chile), nigdy więcej nie zapuszczałem się tam po zmierzchu, a już na pewno nie w pojedynkę.

Raz w czasie całego mojego pobytu przestraszyłem się idących w moim kierunku dwóch wysokich młodych mężczyzn, których spojrzenie wywołało u mnie to, co Anglicy nazywają trafnym – jak tak wiele w języku angielskim – słowem unease. Był to ostatni dzień mojego pobytu w Rio, w rękach miałem tego mojego canona, z kartą pamięci pełną zdjęć. Głupio byłoby to stracić tuż przed wyjazdem na lotnisko Galeão. Tym razem nie miałem nawet z sobą plecaka, żeby go gdzieś schować. Miałem wrażenie, że ci dwaj młodzi ludzie wstali na mój widok ze stopni, na których wcześniej siedzieli i zmierzali w moim kierunku. Ponieważ zazwyczaj młodzi brazylijscy mężczyźni wywołują we mnie raczej fascynację – nigdzie nie widziałem tylu tak zabójczo pięknych mężczyzn, jak w Brazylii – niż jakąkolwiek formę lęku, postanowiłem dać wiarę swojemu instynktowi i przyspieszyłem kroku, schodząc im z drogi i znikając z ich radaru.

Ale mimo wszystko, przez cały okres swojej podróży chodziłem z moim canonem wszędzie, gdzie tylko chciałem, nierzadko sam, wielokrotnie włócząc się z nim do późna w noc, w miastach małych i dużych, przytulnych jak Lençóis czy Ouro Preto i słynących – jak Salvador, Rio i São Paulo – z przemocy i ulicznego złodziejstwa, czasem bardzo bezczelnego (w São Paulo opowiadano mi o młodych mężczyznach podjeżdżających na motorach do chodników przy ulicach i wyrywających swoim ofiarom torby czy aparaty fotograficzne, nierzadko odcinając w przelocie nożem paski trzymające je na szyi czy ramieniu pechowego piechura; w filmie Linha de passe Waltera Sallesa i Danieli Thomas możemy zobaczyć, jak wyrywają je z samochodów, w których wybijają szyby). Nic realnie złego nigdy mnie nie spotkało.

police (8)

Policia militar na jednej z ulic Wyższego Miasta w Salvadorze w stanie Bahia

A stranger is a friend you haven’t met yet. To moja ulubiona definicja obcego i lubię trzymać się jej w podroży. Obcy, w każdym razie przez czas mojej podróży przez Brazylię, zwracali mi tę samą monetę. I odwrotnie. Jeśli przestraszysz się chłopaka, bo ma czarną skórę, on nie będzie tak całkiem bez racji, jeśli zapragnie dać ci za to po mordzie i zachować się w sposób, do jakiego go swoją na niego reakcją wezwałeś.

Przyszłym podróżnikom do Brazylii, jeśli potrzebują mniej poetyckiej porady, zalecam zachowywanie się w sposób, który nie kieruje zbyt wiele uwagi na posiadane przez nich wartościowe przedmioty. Jeśli twoja troska o aparat, czy cokolwiek tam nosisz przy sobie, przybiera postać zbyt nerwową, podrywami paniki reagujesz na każdego zbliżającego się człowieka, nerwowo zasłaniasz swój drogocenny obiekt przed widokiem innych, wysyłasz dość jasny komunikat, że cokolwiek tam masz, musi być cholernie drogie: może warto zaryzykować i spróbować ci to zakosić. Ja w nocy zmieniałem mojemu canonowi obiektyw na jasny, fizycznie krótki, bez zmiennej ogniskowej, przeznaczony do zdjęć przy niskiej ilości światła (nie używam flesza), który sprawia, że cały aparat zaczyna wyglądać znacznie bardziej niepozornie; dzięki temu mogłem się zachowywać, jakby był znacznie skromniejszy niż jest w istocie. W miejscach bardzo zatłoczonych, albo po zmroku, gdy mamy przy sobie coś wartościowego, np. aparat fotograficzny, bezpieczniej jest nie pozostawać cały czas w jednym miejscu; lepiej przemieszczać się w tłumie, nie dając potencjalnym złodziejom czasu na oszacowanie dystansu, ryzyka, możliwych podejść i na zorganizowanie samego podejścia do obiektów, które mamy przy sobie.

Przestępczość i przemoc nie są wytworem fantazji radykalnych brazylijskich filmowców, pragnących wstrząsnąć sumieniami swojego społeczeństwa i przekonać je do swoich tez; pewne miejsca są w Brazylii niezbyt bezpieczne. Jak by nie było, Miasto Boga powstało z kompilacji osobistych doświadczeń Paulo Linsa i socjologiczno-antropologicznego materiału testymoniów zgromadzonego przez niego i jego współpracowników w ramach akademickiego projektu badawczego, z którego potem zrodziła się powieść. Innymi słowy, Miasto Boga, powieść i film, zasadniczo ulepione są z faktów i relacji niemal bezpośrednich[1].

W tym samym hostelu w Santa Teresa, w którym i ja przebywałem będąc w Rio – przepiękny hostel Alma de Santa przy rua Andres Belo – zatrzymały się też dwie Angielki, które na dzień przed wylotem z powrotem do Londynu wybrały się na Corcovado, każda ze swoim aparatem, by sfotografować Rio spod stóp betonowej figury Cristo Redentor. Zachowywały sie bardzo rozważnie, bo spod Corcovado wróciły taksówką, tak daleko, jak tylko się dało. Niestety nie dało się pod same drzwi Alma de Santa, bo ulica Andresa Belo nie jest tak naprawdę ulicą, a pnącymi się stromo długimi schodami, z domami po obydwu stronach. Dziewczyny zajechały tą taksówką do samego szczytu tych schodów. Taksówkarz odjechał w swoją stronę, dziewczyny zaczęły schodzić po stopniach w stronę hostelu.

Na stopniach siedziało dwóch młodych mężczyzn, którzy na ich widok wstali. Podeszli do nich, zagrodzili im drogę, postraszyli je bronią – choć najprawdopodobniej była to jakaś atrapa: trwał wtedy Karnawał. Zabrali obydwa aparaty, kartę kredytową i niewielką ilość gotówki, które jedna z dziewczyn miała przy sobie. I błyskawicznie się ulotnili. Najprawdopodobniej do jednej z faweli, które wspinają się na wzgórze niedaleko stamtąd. Roztrzęsione dziewczyny nie mogły pojąć, że to się stało zaledwie kilkanaście kroków od celu, od hostelu, w którym mogły się zamknąć i schronić, ostatniego dnia ich trwającej dwa miesiące z hakiem podróży po kontynencie. Ale uderzyło mnie, jak opisując tę sytuację, podkreślały, że obaj sprawcy byli “czarnymi facetami”, “black guys”… Nie było mnie tam, nie widziałem, ale całkiem możliwe dwaj młodzi negros zobaczyli w oczach turystek strach przed “czarnymi z faweli” i pod wpływem impulsu postanowili je za tę zniewagę ukarać…

Tanya, moja koleżanka z pracy, w czasach kiedy jeszcze pracowałem w firmie internetowej w Londynie, została napadnięta i obrabowana pierwszego dnia w Rio de Janeiro, jeszcze w drodze z lotniska do hostelu. Jest faktem, że ze swymi bardzo jasnymi włosami i germańskim typem urody Tanya wygląda tak bardzo gringo, że bardziej już nie można. Innym faktem jest, że turystki są w Brazylii znacznie bardziej narażone na napady rabunkowe niż ich koledzy płci męskiej. Napastnicy niemal nigdy nie szukają zaczepki, okazji do bitki ani uszkodzeń ciała. Jeśli ryzykują kradzież czy napaść na turystę – a jest to jednak spore ryzyko, bo policja w Brazylii jest uzbrojona po zęby, lubi czasem pokazowo zademonstrować, że turyści są w tym kraju bezpieczni i do chłopców z faweli strzela bez wahania – jest to zwykle motywowane pragnieniem odniesienia szybkiej, jednorazowej korzyści materialnej. Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że zdrowo wyglądający mężczyzna, tym bardziej ich grupa, będzie się trochę skuteczniej bronił (tak, w każdym razie, rozumują).

Dobry aparat fotograficzny wart jest w Brazylii pół lub nawet półtora roku pracy, jeśli zarabia się minimalne wynagrodzenie, a że w Brazylii nie wszyscy są włączeni w obieg gospodarki formalnej, wielu ma do dyspozycji nawet mniej niż oficjalne wynagrodzenie minimalne. Na dodatek sprzęt elektroniczny, smartfony Apple’a czy laptopy wszystkich marek są w Brazylii nawet kilka razy droższe niż w USA czy Europie Zachodniej. Odpowiada za to fenomen, który w biznesie nazywają podobno Brazilian opportunity, ‘brazylijską okazją’ – te same firmy, które sprzedają te dobra znacznie taniej w Europie czy w Ameryce Północnej, w Brazylii naliczają wielokrotnie większe marże, bo wąska grupa najbogatszych Brazylijczyków gotowa jest zapłacić tyle, w zamian za prestiż, w zamian za możliwość demonstrowania, że ich na to stać; wielkim biznesom mechanizm ten pozwala osiągać ten sam zysk przy sprzedaży znacznie mniejszej ilości sztuk, czyli mniejszym wysiłkiem. Wielu brazylijskich nastolatków wie, że ich rodzice nigdy nie odłożą tyle pieniędzy, że sami, sprzedając piwo i wodę na plaży też nigdy nie zarobią tyle, żeby te przedmioty znalazły się w zasięgu ich ręki. Tanya została zaatakowana z użyciem bezpośredniej fizycznej przemocy. Marcos Vinicios, piękny dwudziestopięciolatek z Niterói, pracujący w Rio (Niterói to miasto po drugiej stronie zatoki, nad którą leży Rio de Janeiro i drugiej stronie mostu, który tam prowadzi z Rio), zorientował się tylko, podziwiając jedno z karnawałowych blocos, że złoty naszyjnik w kształcie serca zniknął z jego szyi, ktoś go zerwał.

Przemoc jako fantazja

Czasami można odnieść wrażenie, że to sami Brazylijczycy najbardziej panikują i najbardziej straszą przyjezdnych brazylijską przemocą i przestępczością, malując obraz kraju, w którym na każdym kroku na przybysza z zewnątrz czyha jakieś zagrożenie. Nikt tak często jak Brazylijczycy nie będzie ci odradzał zabrania gdziekolwiek aparatu fotograficznego czy laptopa; Brazylijczycy będą o krok od doradzenia ci, żebyś najlepiej w ogóle nie wyciągał aparatu, bo z aparatem to nigdzie nie jest tak naprawdę bezpiecznie.

Brazylijczycy są ludźmi bardzo serdecznymi i wielu z nich motywuje realna troska o twój dobrostan, nawet jeśli dopiero co cię poznali.

Wielu Brazyliczykom doskwiera też coś w rodzaju nerwicy na tym punkcie. Péricles powiedział mi, że kiedyś przestał w ogóle oglądać w telewizji i czytać w prasie bieżące wiadomości, bo już nie mógł spać od tego, że cały czas relacjonują mu jakieś akty przemocy. Problem z tymi relacjami polega na tym, że kreują one wyolbrzymione i skrzywione wrażenie kraju, w którym dzień powszedni każdego mieszkańca to poszukiwanie przesmyków pomiędzy strzelaniną, napadem z bronią w ręku, agresywną awanturą a, powiedzmy, wypadkiem samochodowym.

“To jest wielki kraj, pół kontynentu, prawie dwieście milionów ludzi. A ogólnokrajowa telewizja i gazety relacjonują każdy napad, każdy strzał z pistoletu, każdego szaleńca czy frustrata, któremu coś odbiło gdzieś na drugim końcu kontynentu, w Amazonii czy w Pernambuco. Wyobraź sobie, że w angielskiej telewizji relacjonują ci każde morderstwo, każdy śmieszny napad na prowincjonalny bank dokonany w całej Europie, gdzieś na obrzeżach Norwegii, w jakimś mieście na Węgrzech, w Estonii i Bóg wie gdzie jeszcze. Można by było zwariować, no nie?”

Większość Brazylijczyków, ile by nie narzekali na korupcję polityków i bezczelność, z jaką kraj eksploatują jego oligarchiczne elity, kocha Brazylię i jest z niej dumna, zwłaszcza z jej dorobku kulturalnego, z globalnej rozpoznawalności jego kultury, oraz z jego naturalnego, tak różnorodnego piękna (jak to sformułowali autorzy jednego z przewodników Lonely Planet: „każdy Brazylijczyk jako swój obraz raju na Ziemi wskaże inne miejsce, niemal na pewno będzie to jednak gdzieś w granicach Brazylii”). Oni by po prostu bardzo chcieli, żeby każdy odwiedzający Brazylię wywiózł stamtąd tylko dobre wspomnienia i spędził resztę życia, opowiadając krewnym i znajomym, jak tam było wspaniale.

Brazylijczycy z klasy średniej z kolei często mają znacznie bardziej ambiwalentne podejście. Trawi ich poważny kompleks, że Brazylia nie spełnia standardów świata cywilizowanego wyznaczanych przez rozwinięte kraje Zachodu i kulturę ich klas średnich; to niespełnianie standardów wywołuje u nich dziwny miks emocji, od irytacji i gniewu po zażenowanie i wstyd. Oni ostrzegają przybysza przed zagrożeniami czyhającymi na każdym kroku w dzikim, wciąż tak mało ucywilizowanym kraju. Jednocześnie robią to w tym celu, żeby przybyszowi, wdrożonemu tymi opowieściami do wzmożonej czujności i szczególnej ostrożności, ostatecznie nic się nie stało, a wizerunek kraju w jego oczach został jako tako ocalony, ostatecznie bardziej pozytywny niż ten, który wyłaniał się z dozowanych mu opowieści grozy; bardziej pozytywny niż ten, na który go przygotowywano.

Przy całej niewątpliwej skali przemocy w Brazylii, pozostaje wciąż zdumiewającym faktem, że przemocy jest w Brazylii, w regularnych międzyludzkich interakcjach, mimo wszystko tak niewiele. W czasie Karnawału w Rio de Janeiro największe zdumienie gringos wywołuje to, że przy tylu milionach pijanych i pijących jeszcze więcej ludzi, którzy wędrują w blocos, tańczą i bawią się na ulicach całego wielkiego miasta, większość uczestników i obserwatorów tego zbiorowego szaleństwa nie spotyka się z żadnymi zachowaniami agresywnymi, wszyscy są niezwykle serdeczni i po prostu bawią się razem. Teraz wyobraźmy sobie million pijanych Polaków czy Anglików na ulicach jednego miasta…

Brazylijczycy mają wszelkie obiektywne powody do agresji i do wybuchów przemocy.

Przemoc i nierówności

Pod względem ekonomicznym Brazylia pozostaje “najbardziej niesprawiedliwym krajem na najbardziej niesprawiedliwym kontynencie”. Według danych z 2011 roku w ręce górnego kwintyla społeczeństwa (20% uzyskujących najwyższe dochody Brazylijczyków) trafia wciąż 57% całości dochodów brazylijskiej gospodarki, zaledwie 3% mniej niż dziesięć lat wcześniej. Dolny kwintyl społecznej drabiny dochodów, 20% najmniej zarabiających Brazylijczyków, uzyskuje zaledwie 3% całości dochodów generowanych przez swoją narodową gospodarkę. Na kontynencie, który cały rozdarty jest drastycznymi ekonomicznymi nierównościami, Brazylię charakteryzują nierówności gorsze jeszcze niż w większości państw regionu. Współczynnik społecznych nierówności (Gini index) wynosi w Brazylii 0.529 (dane wciąż za rok 2011)[2]. Jest to jeden z najbardziej dramatycznych wyników na świecie.

Brazylia, z tak ogromnymi bogactwami naturalnymi, jest jedniocześnie trzecim po Chinach i Indiach państwem z największą populacją zamieszkującą slumsy, zwane tam fawelami. Mają one lokalną specyfikę, lokalne cechy charakterystyczne – przede wszystkim są bez porównania lepiej zbudowane niż shanty towns w innych częściach świata, bo wiele z nich założyli „na dziko” wykwalifikowani robotnicy budowlani. Slumsy pozostają jednak slumsami, nawet kiedy są trochę lepiej zbudowane. Wedle danych podawanych – na podstawie ONZ-HABITAT i innych źródeł – przez Mike’a Davisa, mieszkańców faweli było jeszcze niedawno 51,7 mln, co stanowiło 36,6% ludności kraju[3]. W Chinach slumsy zamieszkuje według tych samych zestawień 37,8% ludności, w Indiach 55,5%.

Chociaż rządząca Partido dos Trabalhadores chwali się, że prowadzona przez nią polityka podniosła w ciągu dekady status materialny ponad 70 milionów ludzi, część wyprowadzając ze skrajnej biedy, część z biedy przenosząc w domenę tego, co w Brazylii uchodzi za klasę średnią (z reguły awans ma miejsce do tamtejszej “niższej klasy średniej”), to pewną rolę w entuzjastycznym tonie tych statystyk odgrywa jednak fakt, jakich w nich użyto miar biedy i skrajnej biedy. Brazylijskie statystyki wyjątkowo nisko ustawiają ich oficjalne progi. Lena Lavinas z Instytutu Ekonomii Universidade Federal de Rio de Janeiro zauważyła, że gdyby brazylijscy ekonomiści (i politycy) stosowali tę samą metodologię, której używa się teraz w Unii Europejskiej (próg biedy wyznaczając na poziomie 50% mediany dochodów), jako żyjących w biedzie trzeba by policzyć aż 40% populacji Brazylii, 70 milionów Brazylijczyków. Na dodatek sama ta mediana dochodu na głowę wynosi w Brazylii zaledwie śmieszne 466 reais miesięcznie, przybliżona równowartość zaledwie 240$[4]. Koszty życia w Brazylii nie należą przy tym do najniższych na świecie, w miastach mogą być porównywalne do Europy, a miasta, które – jak São Paulo czy Brasília – koncentrują w sobie największą władzę polityczną i ekonomiczną, są po prostu bardzo drogie, drogie nawet na zachodnią kieszeń. Ogólnie rzecz ujmując, Brazylia jest najdroższym pod względem kosztów utrzymania państwem w Ameryce Południowej.

pelourinho (42)

Bezdomny śpiący pod dawnym pręgierzem, przy którym biczowano niewolników, na placu przed kościołem św. Franciszka w Salvadorze

Między przemocą a nierównościami społecznymi związek istnieje najzupełniej bezpośredni, jest on też jak najbardziej przyczynowo-skutkowy[5]. Najwyższe miejsca w niesławnych rankingach przestępczości zajmują zawsze i niezmiennie państwa z najwyższym współczynnikiem Giniego. Nierówności kreują frustracje i gniew, które eksplodują nieraz w zupełnie przypadkowych “krótkich spięciach”. Nierówności generują agresywną rywalizację o ograniczone zasoby pomiędzy tymi, którym na drabinie dochodów przypadły  najniższe pozycje. Mechanizmy narastania przemocy i produkcji przestępczości w takich warunkach fenomenalnie pokazują najwybitniejsze brazylijskie favela movies, takie jak Miasto Boga, Linha de passé, Elitarni, Ostatni przystanek 174, oraz filmy dokumentalne, jak Autobus 174. Nierówności popychają w stronę organizacji przestępczych, które nierzadko oferują biednym młodym mężczyznom odciętym od dróg społecznie uznawanego awansu społecznego jedyną drogę do awansu przynajmniej ekonomicznego, nierzadko też najlepszą dostępną im formę kapitału społecznego, bo proponują struktury wzajemnej lojalności, ochrony (przed przemocą innych), i tak dalej.

David Harvey trafnie kiedyś określił też przestępczność jako “prywatyzację redystrybucji”. Nierówności na taką skalę są manifestacją nieistnienia lub porażki realnej polityki ekonomicznej redystrybucji. Pozwalają nielicznym przejmować kontrolę nad coraz szerszymi zasobami bogactwa społecznego, kosztem wyzyskiwanej i wykluczonej z dostępu do tych zasobów większości. Wówczas nierzadko najbardziej dynamiczne jednostki, najbardziej zdeterminowane, by zmienić swój los, nieskłonne tak po prostu zaakceptować swoje liche położenie i jego ideologiczne alibi wciskane im przez uprzywilejowanych (za pośrednictwem mediów, szkoły, Kościoła), biorą sprawy w swoje ręce i przemocą redystrybuują część bogactwa zawłaszczonego przez dominującą ekonomicznie mniejszość. Wielu z nich, gdyby żyło w lepszym („mniej nikczemnym”) świecie, byłoby całkiem prawdopodobnie najbardziej wartościowymi członkami swoich społeczności, wnoszącymi w ich życie nawięcej energii oraz społecznej i ekonomicznej aktywności, asertywność i dynamiczne poszukiwanie rozwiązań.

Brazylijczycy mają wszelkie powody, by być znacznie bardziej agresywnymi, niż są w rzeczywistości. Mają wszelkie powody, by wybuchać użyciem przemocy znacznie częściej i na szerszą skalę, niż im sie to rzeczywiście zdarza. Chłopiec z faweli ma wszelkie powody (i swego rodzaju prawo) rzucać kamieniami w okna luksusowego apartamentowca, którego mieszkańcy odgradzają się od niego i jemu podobnych, a także od odpowiedzialności za nich i za całość społeczeństwa, murem i drutem kolczastym (lub nawet drutem z żyletkami, które po prostu porozcinałyby ciało potencjalnego intruza!); którego mieszkańcy plują mu w twarz swoimi ekonomicznymi przywilejami i swoim pragnieniem fizycznego i symbolicznego odseparowania się od reszty swojego społeczeństwa.

W swojej masowej większości, Brazylijczycy są ciepłymi, przyjaznymi ludźmi, ciekawymi każdego przybysza z daleka, z miejsca zaprzyjaźniającymi się z dopiero co spotkanymi ludźmi. Ich stosunek do otaczającego ich świata społecznego zdefiniowany jest zasadą serdeczności (cordialidade) i przesiąknięty rodzajem ciepłego, zapraszającego do fizycznej i emocjonalnej bliskości, zuniwersalizowanego, adresowanego jakby do całego świata, polimorficznego erotyzmu. Poszczególne lokalne i klasowe wspólnoty nasycone są także pokładami pewnej spontanicznie reprodukującej się, nieprawdopodobnie cierpliwej solidarności, które zapobiegają rozwiązaniom agresywnym oraz chronią te społeczności i ich przedstawicieli przed rozwiązaniami przemocowymi i wybuchami agresji.

capoeira (218)

capoeirista z Salvadoru znany jako Negro Drama

Dlatego, kiedy porzucone przez klasę panującą, coraz bardziej zatłoczone fawele, stoczyły się po równi pochyłej przemocy gangów handlujących narkotykami, Brazylijczycy nie przyjęli tego jak zmian pór roku – że tak to już jest, że ludzie się od czasu do czasu zabijają na ulicy. Pomimo dekad ignorowania całego tego zestawu problemów przez rządzących i elity ekonomiczne, które odpowiedziały jedynie wymianą zamków w drzwiach i symbolicznym obsikaniem swojego terytorium przez zwiększenie liczby pracowników ochrony, większość społeczeństwa była wstrząśnięta rozwojem wypadków tak znakomicie sportretowanych przez Linsa a potem Meirellesa w obydwu (powieściowej i filmowej) tekstualnych odsłonach Miasta Boga. Popularność zwłaszcza filmu, a także udział tej popularności w doprowadzeniu do pierwszego wyborczego zwycięstwa Luli i Partii Pracowników, dowodzą, do jakiego stopnia problem był dla większości Brazylijczyków – zwłaszcza tych, którzy nie mogli się pozamykać w miejskich twierdzach z prywatną ochroną – palący.

Za mało przemocy…

Tak więc – najbardziej zdumiewającym wymiarem przemocy w Brazylii jest wbrew pozorom to, jak jej jest niewiele.

Ale na tym nie koniec. Największym związanym z brazylijską przemocą problemem jest to… że jest jej za mało. Że Brazylijczycy tak rzadko się do niej uciekają: wtedy, kiedy absolutnie należałoby się do niej uciec, pod adresem tych, którzy byliby odbiorcami słusznego gniewu. Że tak łatwo oddają całą przemoc w ręce elit ekonomcznych, wykonawców ich politycznej woli i stojącej na flankach ich stanu posiadania policji. Że za mało jest takiej pięknej, demokratycznej, niemal rewolucyjnej przemocy, jaka ogólnospołeczną energią wylała się na ulice 350 brazylijskich miast w czerwcu, i w lipcu 2013 roku, zanim została zdominowana przez „antykorupcyjne” centrum.

Pięknej demokratycznej, zbiorowej przemocy, skierowanej przeciwko symbolom przywilejów klas panujących.

Reżyser i scenarzysta Karim Aïnouz powiedział kiedyś[6], że jeden z głównych powodów, dla których zainteresowała go postać João Francisco dos Santosa, głównego bohatera jego wspaniałego filmu Madame Satã, leżał w tej właśnie przestrzeni semantycznej. João (we wspaniałej kreacji fascynującego Lazaro Ramosa), wraz ze swą estradowo-karnawałową personą, był dla Aïnouza atrakcyjną i pociągającą odpowiedzią na ten właśnie, charakteryzujący unikających konfrontacji Brazylijczyków, tak przywiązanych do tradycyjnej cordialidade (serdeczności), deficyt agresywnej asertywności. João, kiedy mu się coś nie podobało, kiedy ktoś uzurpował sobie prawa do dominowania nad nim, kiedy ktoś z pozycji władzy – przewagi ekonomicznej (jak w przypadku zatrudniających go miernych artystów kabaretowych), czy monopolu na usankcjonowaną przemoc (jak w przypadku policji), przewagi symbolicznej (jak w przypadku patrzących nań krzywo heteroseksualnych mężczyzn) – to robił sceny, wrzeszczał, dawał w pysk, a nawet strzelał. Konsekwentnie rujnował sobie w ten sposób życie, ale własna godność i własna podmiotowość były dla niego ważniejszymi stawkami.

Do takiej właśnie przemocy odwołuje się Czarny Blok, którego aktywiści działają w przestrzeni publicznej, włączając się w akcje protestacyjne zalewające kraj od czerwca 2013 roku, przy użyciu widowiskowych, zamierzonych aktów wandalizmu. Uważają oni (dość podstawnie), że żadne inne formy protestu nie robią najmniejszego wrażenia na władzy, nie przyciągają też zainteresowania dziennikarzy mainstreamowych mediów, o których mają jak najgorsze zdanie[7]. Nazywają swoje działanie „przemocą performatywną”. Ubrani na czarno młodzieńcy z twarzami pozasłanianymi chustami, trzymający się za ręce, by sprawniej stawiać opór próbującej ich rozbić policji, pojawili się w czerwcu 2013 roku na ulicach dwóch najważniejszych, jeśli idzie o stopień oddziaływania ogólnonarodowego, miastach Brazylii: São Paulo i Rio de Janeiro. Szukali konfrontacji z policją, wybijali okna w oddziałach banków, niszczyli inne symbole globalnego kapitalizmu. W październiku 2013 roku osłaniali swoimi kordonami demonstracje studentów przed przemocą policji. Pozostają ruchem nielicznym (jednorazowo taki „Czarny Blok” liczy na demonstracji w dużym mieście około 50 do 100 osób), raczej marginalnym na tle całości zorganizowanych ruchów protestu, jednak zdołali zająć poczesne miejsce w dyskursie dominujących środków masowego przekazu, zdeterminowanych, by zwalczać ten radykalnie antyautorytarny, antyburżuazyjny i antyelitarystyczny ruch.

Układ sił pomiędzy poszczególnymi klasami społecznymi Brazylii oraz koniunktura ekonomiczna znajdują się obecnie w realnym impasie. Rządząca wciąż PT tkwi w potrzasku właściwych peryferiom kapitazmu ograniczeń burżuazyjnej formalnej demokracji liberalnej oraz wyraźnego wyczerpania się możliwości wzrostu ekonomicznego i poprawy sytuacji mas ludowych bez uderzenia w wielką własność brazylijskiej oligarchii. Wielką własność, na straży nienaruszalności której stoi niekwestionowany przez PT porządek prawny liberalnej demokracji. Jedyne sytuacje, w których PT odważyła się, przy użyciu upolitycznionej siły, uderzyć we własność wielkiej brazylijskiej burżuazji, miały miejsce, kiedy federalne siły zbrojne uderzyły na wykorzystujące pracę niewolniczą plantacje na najbiedniejszym północnym wschodzie kraju (Nordeste). Były to więc sytuacje, w których wielcy właściciele ziemscy w jaskrawy sposób gwałcili podstawy samego porządku burżuazyjnego: zasadę formalnej wolności stron kontraktu (w tym umowy o zatrudnienie) czy minimum uczciwej konkurencji (ich koszty produkcji były niższe niż plantatorów, którzy zatrudniali pracownikom i płacili im regularne wynagrodzenie).

Wielka brazylijska burżuazja nie śpi i odczuwa na swoich bankowych saldach napięcia wynikające ze spowolnienia tempa brazylijskiego wzrostu, a tym samym i procesów akumulacji kapitału. Wielokrotnie w swojej i swojego kraju historii dała jasno do zrozumienia, że nie brzydzi się militarnej i policyjnej przemocy, kiedy potrzebuje odzyskać pełnię kontroli nad procesami ekonomicznego podziału bogactwa i przenieść koszty stagnacji na tych, którzy i tak mają najmniej, wracając na drogę pogłębiania rozdzierających kraj ekonomicznych nierówności. To, co wielka brazylijska burżuazja przedstawiała jako “konserwatywną modernizację” lat 60. i 70., większość świata bez wahania klasyfikowała jako faszystowską dyktaturę.

Jeżeli Brazylijczycy – cała ich większość nie zamieszkująca penthouse’ów Ipanemy ani otoczonych drutem kolczastym pałaców – nie potraktują wydarzeń z czerwca 2013 jako jedynie próby kostiumowej dla większej i bardziej zdecydowanej mobilizacji; jeżeli nie przypomną sobie na czas o możliwości (i konieczności) zastosowania politycznie wyartykułowanej kolektywnej przemocy skierowanej w tych, którzy najbardziej ich wyzyskują, to ci, którzy ich wyzyskują, mogą przypomnieć sobie pierwsi i znów kolektywnie, przy użyciu militarno-policyjnego aparatu represji, uderzyć w tych, których wyzyskują.

Banco de SP

Wieżowiec Banco de São Paulo

Przypisy

[1] Roberto Schwarz, Paulo Lins’ Novel ‘Cidade de Deus’, przeł. (z port. na ang.) John Gledson [w:] City of God in Several Voices. Brazilian Social Cinema as Action, red. Else R.P. Vieira, Nottingham: CCCP 2005, s. 5-12; przedrukowane w: Roberto Schwarz, Two Girls and Other Essays, red. Francis Mulhern, London-New York: Verso 2012, s. 223-234.

[2] Lena Lavinas, 21st Century Welfare, “New Left Review” nr 84, listopad-grudzień 2013, s. 31-32.

[3] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 39.

[4] L. Lavinas, dz. cyt., s. 31.

[5] Zob. np. Richard Wilkinson, Kate Pickett, Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, Warszawa: Czarna Owca, 2011.

[6] Demetrios Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, London: Faber and Faber 2010, s. 191-201.

[7] Esther Solano Gallego i Paulo Rogério Lugoboni, The story of the unsung heroes: Black Bloc Brazil, ROAR Magazine, http://roarmag.org/2014/06/brazil-black-bloc-protests/

Jarosław Pietrzak

Tekst pochodzi z ebooka Notes brazylijski (2015), dostępnego do pobrania na platformie Gumroad.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Reklamy

Lekcje Brasílii

„Co ty tam będziesz robił przez trzy dni?”

„Na trzy dni? Co ty tam będziesz robił przez trzy dni?” – Vitor, który z zawodu koordynuje z Salvadoru wakacje głównie dla zachodnich turystów, zrobił wielkie oczy, kiedy odpowiedziałem na jego pytanie, na jak długo jadę do Brasílii. No nie tak całkiem trzy dni. Trzy noce, owszem, ale ponieważ przylecę wieczorem a z kolei trzy dni później samolot do São Paulo mam bardzo wcześnie rano, to dni tak naprawdę spędzę tam tylko dwa. No i jak to, co ja będę tam robił? Zwiedzał miasto, a poza tym w stolicy na pewno można coś znaleźć, coś się musi dziać ciekawego – broniłem swoich planów. Przecież dwa, a nawet trzy dni, to krótko, miałbym się fatygować tak daleko w głąb kontynentu tylko na jeden dzień? Jako człowiek, który uwielbia odkrywać nowe miasta, ale samą podróż jako taką traktuje raczej jako characz, który trzeba za te rozkosze płacić, niż przyjemność samą w sobie, nie znoszę podróżowania dzień po dniu. Te godziny marnowane w drodze na lotniska i na samych lotniskach, ten ból pleców i karku w autokarach, te męczące godziny w samolotach, które prawie zawsze przesadzają z klimatyzacją i w których powietrze suche jak papier ścierny zawsze w ten okropny sposób rozpala skórę na twarzy.

„W Brasílii zupełnie nie wiadomo, co z sobą zrobić wieczorem; bardzo trudno jest znaleźć jakieś miejsca z muzyką, rozrywką” – ciągnął z przekonaniem Vitor. Wszystkie hotele są w jednym miejscu i są tam tylko hotele, nic innego tam nie ma, żadnych barów, dosłownie niczego. Zawiało grozą, brzmiało prawie jak Nicość w Niekończącej się opowieści. Wszystko inne jest daleko, jest drogie, i naprawdę ciężko to znaleźć. A zjeść w Brasílii, to już w ogóle graniczy z cudem. Będziesz jeść w hotelu lub w food courts w centrach handlowych; na szczęście są dwa takie centra obok dzielnicy hoteli, po jednym z każdej strony.

Pozostałem jednak niezmiennie podekscytowany na myśl, że wreszcie na własne oczy ujrzę to miasto. Pragnąłem je zobaczyć, odkąd jako chłopiec dorwałem jego zdjęcia i opis w jednej z tych książek w rodzaju “sto cudów świata”, czy „cuda architektury”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Właściwie wszystko, co powiedział Vitor, okazało się prawdą. A jednak Brasília bynajmniej nie była na trasie mojej podróży rozczarowaniem. Cieszę się, że byłem wystarczająco asertywny wobec wszystkich tych, którzy próbowali mnie zniechęcić, podkreślając negatywy tego dziwnego miasta. Nie tylko mnie Brasília nie rozczarowała, ale gdybym kiedyś jakimś cudem był nieco poważniej przy kasie, chętnie bym tam wrócił na dłużej i odkrył więcej niż tylko zapierającą dech w piersiach centralną Oś Monumentalną.

Brasília, jako realizacja urbanistyczna i architektoniczna, jest jednym z najbardziej niezwykłych miast na świecie. Jest w Brasílii coś, co nie pozwala ani na chwilę przestać odczuwać tego fascynującego wrażenia, że nie ma na świecie nic podobnego do Brasílii. Jest urbanistycznym i architektonicznym arcydziełem, jej retrofuturystycznemu pięknu trudno się oprzeć, kiedy się tam już postawi fizycznie nogę. Te rozpięte z rozmachem pomiędzy budynkami ogromne połacie niemal kobaltowego niekiedy nieba, ta olśniewająca w słońcu bielą kopuła Muzeum Narodowego, wyglądająca, jakby jakiś statek kosmiczny z filmu z lat 50-tych wylądował na środku ogromnego placu, to uczucie uniesienia, kiedy zaczynasz wreszcie zbliżać się do budynków Kongresu Narodowego Federacyjnej Republiki Brazylii znajdujących się w miejscu kokpitu.

W miejscu kokpitu, bo plan Brasílii jej twórcy – urbanista Lucio Costa, architekt krajobrazu Roberto Burle Marx i wielki modernistyczny architekt, wyznawca Le Corbusiera, Oscar Niemeyer – rozpięli na rysunku samolotu. Oś Monumentalna to jego kadłub. Samolot, maszyna umożliwiająca człowiekowi latanie, wcielenie techniki jako zdolnej otworzyć przed człowiekiem zupełnie nowe możliwości, wykraczające daleko poza to, co oferują naturalne możliwości ciała homo sapiens sapiens – to symbol nowoczesności już od czasu awangard pierwszych dekad XX wieku (Kazimierz Malewicz postulował w pewnym momencie ich kadłuby i skrzydła jako najwłaściwsze miejsce dla swoich suprematystycznych kompozycji). To także wyraz jej – nowoczesności – ówczesnego optymizmu i wiary we własną zdolność przeobrażania świata i pokonywania ograniczeń, jakie stawia człowiekowi.

Jednocześnie jest jednak Brasília arcydziełem, którego twórcy, sprawcy jedynej tego rodzaju hybris w XX wieku, popłenili wiele błędów. Nawet jednak ich błędy niosą nam pewne nauki. Brasília, tam gdzie odniosła sukces i tam, gdzie poniosła porażki, udziela nam bowiem lekcji, które nie tylko nie straciły na aktualności, a wręcz być może dziś są nam potrzebne jeszcze bardziej i bardziej dziś domagają się wysłuchania, bardziej też na to wysłuchanie zasługują, niż kiedykolwiek dotąd, licząc od czasu, kiedy prezydent-wizjoner Juscelino Kubitschek wpadł na szalony pomysł wybudowania zupełnie nowej stolicy w odludnym centrum kraju zajmującego niemal równo pół kontynentu. Wpadł, albo może raczej w szalony sposób podjął pomysł, który już w jakiś sposób istniał, wisiał w powietrzu od dawna – założenie nowej stolicy bliżej geograficznego środka Brazylii, tym samym bardziej dostępnej także dla mieszkańców północnych połaci pokrywającego pół kontynentu kraju, było już obiecane przez konstytucję kraju.

Brasília powstała w szalonym tempie, jej kluczowe części zbudowano w zaledwie trzy lata. Budowa nowego miasta rozpoczęła się w roku 1960. Różne prace trwały jeszcze tu i ówdzie, ale oficjalną inaugurację miasta Kubitschek przeprowadził już w roku 1963.

Brasília jest spektakularną realizacją wyobrażeń, jakie lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte miały o cywilizacyjnej przyszłości. Dlatego zwłaszcza centralna oś miasta, wraz ze wszystkim, co zgromadzone wokół niej, wygląda jak coś w przedziwny sposób zarazem retro i futurystycznego, jak gigantyczna scenografia po jakimś starym filmie science fiction, może nawet radzieckim filmie science fiction. Niemeyer był przecież marksistą, został nawet (w latach 1992 roku, po rozpadzie ZSRR) przewodniczącym Brazylijskiej Partii Komunistycznej. Jest to jednocześnie kawał znakomitej architektury tego typu, architektury modernistycznej.

Jedną z zalet założenia, że wszystkie hotele znajdują się w tej samej dzielnicy (“sektorach”, mówiąc nomenklaturą zaplanowaną dla miasta: Setor Hoteleiro Norte i Setor Hoteleiro Sul), jest, że z każdego hotelu trzeba najwyżej kilka minut na piechotę, by dotrzeć do centralnej osi miasta, mniej więcej w okolice wieży telewizyjnej, od której można rozpocząć długi spacer w dół miasta, w stronę kokpitu samolotu, na schemacie którego rozrysowano miasto – w stronę budynków mieszczących polityczne stery kraju. Jest to wyprawa na kilka godzin, trzy do pięciu, w zależności od tempa naszych kroków i tego, czy robimy zdjęcia, a robić je warto, bo naszym oczom odsłaniać się będzie jeden architektoniczny dziw za drugim: Biblioteka Narodowa, wyglądające jak uziemiony latający spodek Muzeum Narodowe Republiki (po portugalsku Museu Nacional da República lub Museu Nacional Honestino Guimarães, miejsce urzekające wspaniałą, demokratyczną, egalitarną atmosferą także w swym wnętrzu), wreszcie – pałace rządowe, budynek Kongresu Narodowego i plac z pomnikiem prezydenta Juscelina Kubitschka. To wszystko na tle nieba, które za sprawą bardzo suchego zwykle powietrza przyjmuje szalenie intensywny kolor, nierozrzedzony obecnością zbyt wielu cząsteczek wody w powietrzu. To samo suche powietrze sprawia, że po kilkugodzinnym spacerze, nawet jeśli ani razu na niczym nie usiądziesz, pokrywać cię będą smugi rdzawoczerwonego pyłu.

Mój znajomy, młody architekt z São Paulo, Fabio, wierny ideom sustainable architecture, architektury oszczędnej ekologicznie, mawia, że Brasília stanowi niestety spektakularny przykład, jak nie należy budować miasta. Jest to w pewnym sensie prawda.

To jest pierwsza lekcja, jakiej udziela nam Brasília: jak nie budować w przyszłości miast.

brasilia_4

Muzeum Narodowe w Brasilii

Jak nie budować miast

Brasília jest szalenie nieprzyjazna człowiekowi, który chciałby dostać się gdziekolwiek na piechotę. Przepastnie szerokim, często wielopasmowym ulicom nie towarzyszą żadne chodniki. Za tę decyzję odpowiedzialność ponosić ma urbanista Lucio Costa. W jego wyobraźni po supernowoczesnym mieście materilizującej się już przyszłości wszyscy poruszać się mieli samochodami. Wielopasmowe ulice, niewiele skrzyżowań – wszystko to sprawia, że poruszanie się po mieście (jeśli tylko znasz drogę[1]) jest łatwe, bez porównania łatwiejsze niż w wielu wielkich miastach Europy, w których setki tysięcy ludzi codziennie grzęzną na całe godziny w korkach, potem krążą w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania, i ciągle dają sobie wciskać ten kit, że posiadanie samochodu daje im „wolność”. W Brasílii coś takiego jak uliczne korki wydaje się po prostu nie występować. Szerokie drogi wydają się swobodnie obsługiwać każdą ilość samochodów, która się na nie wyleje. Wyzwaniem w centrum jest za to najzwyczajniej przejść na drugą stronę ulicy: niemal nigdzie nie ma przejść dla pieszych – na całym odcinku od wieży telewizyjnej u góry Osi Monumentalnej do Kongresu Narodowego dopatrzyłem się, o ile mnie pamięć nie myli, tylko jednego.

Poruszając się pieszo, człowiek czuje się jak byt zupełnie niepożądany, jakby trafił tam przez jakąś dziwną pomyłkę. Jakby wzywany do odpowiedzi na stanowczo stawiane pytanie, co on tu w ogóle bez samochodu robi. Na drugą stronę ulicy można jedynie przebiec, wychwytując momenty, w których na wszystkich pasmach szerokiej ulicy pojawi się wystarczająca przerwa pomiędzy samochodami. Tyle dobrze, że sami kierowcy w Brasílii zdają sobie doskonale sprawę, że pieszy może przekraczać ulice niemal wyłącznie w niewłaściwych miejscach, bo właściwych do tego miejsc prawie nie przewidziano. W przeciwieństwie do Rio de Janeiro, gdzie samochody i autobusy są jedynymi formami istnienia, które się zawsze dokądś szalenie spieszą, w Brasílii zwolnią, gdy zobaczą, że biegniesz na drugą stronę ulicy.

W zależności od pory dnia, idąc Osią Monumentalną można przez nawet ponad godzinę spaceru nie minąć w bezpośredniej bliskości żadnego innego pieszego. Wywiera to na zwiedzającym przedziwne, surrealistyczne wręcz wrażenie: znajdujemy się w samym sercu jednego z największych miast dwustumilionowego kraju, tysiące ludzi mijają nas w samochodach zaledwie kilka czy kilkanaście metrów w prawo lub w lewo od nas, po obydwu stronach Osi Monumentalnej widzimy wielopiętrowe budowle, a jednak idziemy jak przez pustkowie. Budynki po obydwu stronach Osi Monumentalnej widzimy jednak przez większą część tego spaceru naprawdę daleko od nas – to kolejna cecha charakterystyczna miasta zaprojektowanego dla samochodów bardziej niż dla ludzi. Szastanie przestrzenią, bo w zamierzeniu w szczęśliwej i dostatniej – wydawało się, że tak niedalekiej – przyszości każdy miał się z jednego miejsca w drugie przemieszczać samochodem.

Ciągłe poruszanie się po mieście przede wszystkim samochodem jest w jego strukturę wpisane jako warunek codziennego funkcjonowania. Weźmy na przykład ten podział na wyspecjalizowane w poszczególnych dziedzinach sektory i rozmieszczenie wszelkiej aktywności ekonomicznej czy kulturalnej podług tej mapy sektorów. Sprawia to, że w Brasílii trudno załatwić kilka spraw w jednej części miasta: do banku trzeba pojechać do Setor Bancario, na zakupy gdzieś indziej, a do restaucji albo na kilka piw ze znajomymi najlepiej gdzieś na północny wschód miasta, a potem wrócić na noc do któregoś z sektorów mieszkalnych. Ekologiczny i energetyczny koszt funkcjonowania takiego miasta musi być kolosalny.

Tak wymyślone i zbudowane miasto jest szalenie „nieergonomiczne”. W tym sensie, że odczuwa się je jako niedopasowane do naturalnych ludzkich potrzeb w naturalnej ludzkiej skali[2]. To niedopasowanie do potrzeb realnych ludzi w niespodziewany sposób wypłynęło na powierzchnię zanim jeszcze ukończono budowę.

Candangos – tak brazylijska historiografia nazywa zastępy robotników budowlanych, którzy postawili Brazylii nową stolicę – przez kilka lat trwania budowy żyli w prowizorycznych obozach na i wokół kolosalnego placu budowy. Przedłużająca się prowizoryczność tego położenia, a także swego rodzaju porzucenie, jakiego ofiarą padali po ukończeniu pracy nad największym przedsięwzięciem budowlanym w historii Brazylii, popchnęła ich do spontanicznej budowy domów dla samych siebie – na obrzeżach, tuż na zewnątrz budowanego miasta. Co jak co, ale budować przecież potrafili. Takie domy wkrótce złożyły się na osiedla i szybko rozrosły się na miejscowości. Cały wianuszek takich chaotycznych, niezaplanowanych, nigdy nawet nie zatwierdzonych przez nikogo, satelickich miejscowości wyrósł ironicznie wokół doskonale zaplanowanego modernistycznego miasta, niczym złośliwy żart historii z ludzkich ambicji przejmowania kontroli nad przyszłością. Stanowi ten wianuszek żywy dowód na to, że plany budowy miasta zupełnie nie uwzględniały elementarnych ludzkich potrzeb ludzi, którzy je budowali. Nie zakładały nawet, że za swój prawdziwie heroiczny wysiłek zasługiwali oni na to, by dostać w tym planie jakieś dzielnice na własne przyszłe potrzeby. Budowniczy tak spektakularnych przedsięwzięć też chcą gdzieś mieszkać, też mają – lub  chcą mieć – rodziny.

Brazylijczycy powiadają, że sposób, w jaki zbudowana jest Brasília, okazał się „jak znalazł” na potrzeby prawicowej, wojskowej junty, która objęła władzę wkrótce po wybudowaniu nowej stolicy (zamach stanu miał miejsce w 1964). Szerokie, wielopasmowe ulice wręcz czekały na mające się przez nie przetoczyć defilady czołgów. Podzielone na sektory miasto bez chodników, bez kawiarenek i barów na rogu okazało się wymarzonym domem dla militarnej dyktatury: ludzie nie mieli gdzie na siebie przypadkowo wpadać, spotykać się z sąsiadami i znajomymi w spontaniczny czy nie rzucający się w oczy sposób, by powymieniać się opiniami o najnowszych wydarzeniach, zorientować nawzajem w swoich poglądach, wykonać rekonesans, z kim i jak można by potencjalnie, na jakimś etapie uformować takie czy inne formy działania opozycyjnego, subwersywnego, krytycznego…

Mówiąc krótko: lekcja numer jeden, jaką nam daje Brasília, to jak nie budować już nigdy miast.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mimo wszystko – budować miasta

Przywołajmy teraz jednak wspaniały esej Mike’a Davisa Who Will Build the Ark?[3] Autor Planety slumsów i Late Victorian Holocausts podkreśla w nim, że choć miasta są wielkim ekologicznym problemem i ich ekspansja, połączona z zasysaniem przez nie coraz więcej ludności z zewnątrz (od 2005 roku, po raz pierwszy w dziejach, ponad połowa ludzkości mieszka w miastach[4]) stanowi jeden z kluczowych czynników ekologicznej dewastacji naszej planety. Dewastacji posuniętej już tak daleko, że pod znakiem zapytania stawiającej biologiczne przetrwanie ludzkości do kolejnego stulecia. Wpływ człowieka na klimat i na środowisko jest dziś tak głęboki, że naukowcy zgadzają się, że żyjemy już w nowej epoce geologicznej, ze względu na ten wpływ nazwanej antropocenem.

„Szukając rozwiązania dla tego narastającego wciąż problemu, warto zwrócić uwagę na pewien paradoks. Otóż może się okazać, że główny powód globalnego ocieplenia, czyli urbanizacja ludzkości, jest jednocześnie potencjalnie najlepszym rozwiązaniem kwestii przetrwania ludzkości w drugiej połowie XXI wieku. Co prawda przy obecnej polityce pogrążone w ubóstwie miasta niemal z pewnością staną się trumnami nadziei. Potrzebujemy zmiany – musimy zacząć myśleć jak biblijny Noe i zbudować Nową Arkę nadziei. Ponieważ większość starych drzew została już wycięta, Nowa Arka będzie musiała być stworzona z materiałów, które ludzkość znajdzie wśród zbuntowanych społeczności, pirackich technologii, nielegalnych mediów, rebeliantów i utopii”.[5]

Miasta mogą się okazać „swoim własnym rozwiązaniem”, rozwiązaniem problemu, który w znacznej mierze stworzyły. Warunkiem jest jednak, że zmienimy nasze myślenie o miastach i społeczną praktykę życia w miastach. Zmienimy zgodnie z tym, co jest tak naprawdę intencją miasta jako takiego, intencją samej idei miasta. Że zamiast każdy harować bez sensu na spłacenie własnego samochodu, przesiądziemy się na transport publiczny. Że zamiast każdy mieszkać we własnym domku (przekleństwo chociażby Londynu – przekleństwo, bo ta obsesja czyni miasto po prostu fizycznie za dużym), będziemy mieszkać w znacznie efektywniej zagospodarowujących przestrzeń i wydajniejszych energetycznie mieszkaniach. Że zamiast marnować przestrzeń i zasoby na prywatne baseny, prywatne ogrody, prywatne sale do ćwiczeń, w pełni wykorzystamy oferowane przez miasto możliwości tworzenia dostępnych przestrzeni rozrywki, rekreacji, spędzania czasu, socjalizacji, kontaktu z kulturą, które będę wspólne, publiczne.

O ile Brasília, ze swoim szastaniem przestrzenią, z przymusem korzystania z samochodu, jaki narzuca, ze swoją nieergonomicznością i wszystkimi sposobami, na które utrudnia codzienne wspólne spotykanie się ludzi, rzeczywiście uczy nas, jak nie budować już miast, to uczy nas ona także, że możemy budować nowe miasta od podstaw, również w miejscach dotychczas odludnych, a jedyne, co jest faktycznie konieczne w tym celu, to wola i determinacja polityczna. Musimy odzyskać tę odwagę, tę bezczelność nawet, którą miał Kubitschek, i zacząć budować nowe miasta. Dokonując określających takie projekty wyborów politycznych.

Miasta, które od dawna istnieją, zwłaszcza te największe, stanowią już zagrożenie dla samych siebie. Pozostawione niemal wyłącznie mechanizmom rynkowym, rozrastają się w chaotyczny zupełnie sposób, do rozmiarów, które życie w wielu z nich czynią już koszmarem. W Londynie prawie nikt nie spędza w drodze do i z pracy mniej niż dwie godziny dziennie. Trzy godziny też nikogo nie dziwią. Trzy i pół – smucą i wywołują współczucie, ale dziwić – też raczej nie dziwią. Jak dla mnie, mieści się to w definicji koszmaru. Szastamy w ten sposób skandalicznie energią, jaką pochłania codniowe przerzucanie milionów ludzi pomiędzy odległymi dzielnicami miejskich molochów. Jest to też ogromne marnotrawstwo naszego „najcenniejszego zasobu nieodnawialnego”[6]: czasu. Nawet w wielkich europejskich stolicach rozwiniętych krajów, coraz więcej dzielnic, w oczekiwaniu, aż niewidzialna ręka rynku rozwiąże ich problemy, zaczyna też obracać się powoli w slumsy.

Brasília uczy nas więc także – i to jest lekcja numer dwa, ważniejsza dziś niż ta pierwsza – że możemy budować nowe miasta. Od zera, gdzie tylko chcemy, także w miejscach zupełnie dziś odludnych, choćby po to, żeby zmodyfikować – uczynić bardziej przyjazną człowiekowi – strukturę gęstości zaludnienia. Musimy tego tylko wystarczająco mocno – kolektywnie, politycznie – chcieć. Musimy mieć wolę dokonania tego.

brasilia-sunset

Zachód słońca nad obrzeżami Brasilii

Od Brasílii do Amazonii i z powrotem

Brasília może nam dać jeszcze jedną lekcję, na nieco wyższym poziomie abstrakcji, jeśli umieścić ją na jednym końcu spektrum, na którego końcu przeciwnym znalazłaby się Amazonia. Z jednej strony: fenomen natury, kolosalny i na skalę globu unikalny – płuca planety, ekosystem, którego pozytywny wpływ sięga nawet bardzo odległych ekosystemów. Z drugiej dzieło wielkiej politycznej mobilizacji kolektywnych sił społeczeństwa, wielka fizyczna i społeczna transformacja przestrzeni dokonana w zaledwie kilka lat na bezludnym wcześniej terenie. Od dzikiej, spontanicznie, żywiołowo, przez tysiąclecia rozwijającej się natury do kolosalnych możliwości techniki, kultury człowieka. Tak można by odmalować skalę dziedzictwa Brazylii, skalę tego, co Brazylia oferuje ludzkości.

Ale teraz okazuje się, że być może wcale niezupełnie. Okazuje się bowiem, że być może cała ta skala – a nie tylko odcinek zmierzający ku Brasílii – to skala potencjalnych możliwości człowieka. Dzisiaj amazońska dżungla jest przedmiotem potężnej ofensywy obojętnych na koszty ekologiczne aspiracji brazylijskiej burżuazji przemysłowej, która dąży do zmonetyzowania jej bogactw naturalnych i przeobrażenia jej sieci wodnej tak, by jeszcze mocniej połączyć Brazylię z krwiobiegiem „gospodarki światowej” (głównie na prawach dostawcy surowców)[7].

Ale choć dzisiaj człowiek (oczywiście nie „człowiek w ogóle” a konkretna klasa ludzi: brazylijska burżuazja) poszedł na wojnę z Amazonią, to jednocześnie wiemy już z coraz większą pewnością – coraz więcej badaczy przyjmuje tę tezę – że amazoński las tropikalny jest w znacznej mierze, w co najmniej kilkunastu procentach (według ostrożnych szacunków) tworem człowieka[8]. Był sadzony przez ludzkie społeczności, które nie dysponowały ani współczesną wiedzą naukową, ani niczym na miarę współczesnej technologii, która dziś porywa się na przebudowę całej sieci wodnej Ameryki Południowej. Wiedziały za to, że niewielki wysiłek konieczny na posadzenie drzew będzie w tym klimacie wynagrodzony owocami bez wysiłku czekającymi na nich i ich potomków przez dziesiątki, setki nawet lat.

Brasília i Amazonia stanowią więc w pewnym sensie nie tyle opozycję – natura versus kultura, czy natura versus cywilizacja – co być może raczej dwa bieguny spektrum kolektywnych możliwości człowieka. Możemy budować miasta, w trzy lata postawić na puszczy metropolię, wymyślać nowe sposoby tych miast budowania, by czynić coraz lepszym nasze wspólne życie jako społeczeństwa. Możemy odtworzyć lasy – skoro mogliśmy całe połacie Amazonii stworzyć, dysponując bez porównania mniejszą naukową wiedzą o przyrodzie i świecie. Musimy – tylko i aż – wyzwolić się kolektywnie spod totalitarnej władzy rynku, którego niewidzialna ręka miasta pogrąża w chaosie, a naturę obraca w coraz szybciej zużywane surowce. Musimy zamiast pozwalać mu sprawować nad nami władzę, odzyskać władzę nad rynkiem. Musimy odnaleźć zagubioną, nieodzownie dziś potrzebną, hybris ludzi takich jak Kubitschek. To kolejna, może ciągle jeszcze nie ostatnia lekcja Brasílii.

brasilia-walkpath

Trzech pieszych na chodniku wzdłuż Osi Monumentalnej. Oddalają się od gmachu Kongresu.

Przypisy

[1] W Brasílii nie można – przynajmniej nie można było, kiedy ja tam byłem – polegać na Google Maps. Adresy w tym mieście złożone są ze skrótów i numerów, które wprowadzają Google Maps w kompletną konfuzję.

[2] Por. James Holston, The Modernist City: An Anthropological Critique of Brasília, Chicago: The Chicago University Press, 1989.

[3] Mike Davis, Who Will Build The Ark?, „New Left Review” 2010, nr 61. Po polsku opublikowany został jedynie w skróconej wersji: Mike Davis, Kto zbuduje Arkę?, tłum. Justyna Gąsiorek, Alicja Michalak, Aleksandra Paprot, Iwona Piaskowska, Joanna Przybylska i Anna Przytomska, „Res Publica Nowa”, jesień 2012. Dostępny online: http://publica.pl/teksty/kto-zbuduje-arke-33261.html.

[4] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 11.

[5] M. Davis, Kto zbuduje Arkę?

[6] Ladislau Dowbor, Demokracja ekonomiczna, przeł. Zbigniew Marcin Kowalewski, Warszawa; Książka i Prasa 2009, s. 121.

[7] Porównaj esej Między postępem społecznym a regionalnym imperializmem.

[8] Zob. Charles C. Mann, 1491, “The Atlantic”, 1 marca 2002; dostępny online pod adresem: http://www.theatlantic.com/magazine/archive/2002/03/1491/302445/

Jarosław Pietrzak

Notes brazylijski

Tekst stanowi fragment ebooka Notes brazylijski opublikowanego w 2015 r., dostępnego do pobrania tutaj.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Skolimowski okładka

Demokracja i komunizm: emigranckie filmy Skolimowskiego

W dwóch filmach Jerzego Skolimowskiego, które nazwę roboczo „emigranckimi” –  Najlepszą zemstą jest sukces (Success Is the Best Revenge) z 1984 oraz Fusze (Moonlighting) z 1982 – przyglądamy się bohaterom przybyłym na Zachód ze wschodu Europy. Wykorzenieni, wyrwani ze swojego społecznego i kulturowego środowiska, są outsiderami żyjącymi gdzieś „na zewnątrz” i „pomiędzy”.

Te dwa tytuły to tylko niewielka część filmów zrealizowanych przez Skolimowskiego po wyjeździe z Polski. Wyróżnia je to, że sam stan czy sytuacja emigracji (w obu przypadkach mamy do czynienia z polskim inteligentem w Londynie w latach 80. XX wieku) jest ich tematem. Konrad Klejsa w eseju analizującym te dwa filmy[1] skupił się głównie emigracji i wykorzenieniu jako doświadczeniu psychicznym, ujmując je jednocześnie w perspektywie indywidualnego, autorskiego stylu Skolimowskiego i problematyki „paktu autobiograficznego” Lejeune’a. Ja chciałbym się przyjrzeć tym filmom pod innym kątem, a mianowicie opisać odbijającą się w nich strukturalną pułapkę polskiej kultury. Dominujące w niej interpretacje rzeczywistości, także geopolitycznej (czy też rzeczywistości kapitalistycznego systemu-świata), i naszego w niej położenia opierają się na fałszywych alternatywach i opozycjach. Uniemożliwia to dokonanie właściwych rozpoznań, nieadekwatnie lokalizuje źródła problemów i kieruje polityczne libido jednostek i całych klas społecznych w stronę zafałszowanych obiektów, co skutkuje nieuchronną klęską.

 

Realizm i alegoria

Klejsa poczynił między innymi taką trafną obserwację:

Nietypowym zabiegiem reżysera była decyzja o pozostawieniu części dialogów w języku polskim – szczególnie zważywszy na status gwiazdy, jakim już wówczas cieszył się aktor [Jeremy Irons – J.P.]. Nic nie stało na przeszkodzie, aby – zgodnie z konwencją znaną z filmów made in USA – pozwolić mu na mówienie po angielsku (co czyni zresztą w voice-over). Tymczasem zastosowana w Fusze „dwujęzyczność” nie tylko nie wzmaga wrażenia realizmu, ale wręcz je podważa – szczególnie z uwagi na fakt, iż w grupie sportretowanych w filmie „gastarbeiterów” to właśnie bohater grany przez Ironsa jako jedyny mówi po polsku; pozostali – wśród nich rodowici Polacy – przeważnie milczą bądź pomrukują coś niezrozumiale[2].

Dla Klejsy uzyskany w ten sposób „efekt dziwności” świadczy o tym, że

Skolimowski chciał uczynić słyszalnym swoje miejsce urodzenia, a tym samym podkreślić wymiar emigracyjnej obcości (który niewątpliwie został odczytany przez widzów zdziwionych potyczkami Ironsa z zapewne egzotycznie dlań brzmiącą polszczyzną)[3].

To prawda, ale owa dziwna, odnaturalniająca dwujęzyczność[4] jest według mnie jednym z tropów, które odsyłają widza do innej niż realistyczna płaszczyzny. W tę stronę kierują też inne filmowe rozwiązania: sceny graniczące z groteską (odprawa na lotnisku w Fusze i wyciągnięty z walizki młotek; diaboliczność bogatego producenta widowisk erotycznych Dina Montecurvy czy urzędniczki bankowej w Najlepszą zemstą…) bądź sekwencje niezwykle wizyjne (stosunek seksualny z urzędniczką miejską czy finałowy teatralny happening w Najlepszą zemstą…). Nie bez znaczenia są tu też nazwiska – bohater grany przez Ironsa nosi jedno z najbardziej pospolitych: Nowak; bohater Yorka nazywa się mniej typowo, za to znacząco: Rodak. Oba filmy są bowiem wieloznacznymi alegoriami politycznymi.

 

Pragnienie kapitalizmu

David Ost w swojej przełomowej analizie[5] negatywnych przemian społecznych, jakie towarzyszyły wprowadzaniu w Polsce po 1989 roku kapitalizmu, wskazał na ciekawy czynnik, który spowodował, że kapitał natrafił tu na środowisko niemal pozbawione zdolności do politycznego oporu. Czynnikiem tym było fałszujące percepcję kapitalizmu doświadczenie setek tysięcy polskich robotników migrujących na Zachód za pracą w latach 80. XX wieku[6]. Doświadczenie bolesne, wyczerpujące i upokarzające – praca bez wytchnienia, z ogromną liczbą nadgodzin, w urągających ludzkiej godności warunkach zakwaterowania (w Fusze Nowak i jego podopieczni śpią w domu, który remontują, piją poranną kawę z metalowych puszek po czymś, co wcześniej zjedli) i płacą w wysokości jednej czwartej wynagrodzenia miejscowych. Za te wyrzeczenia czekała jednak nagroda po powrocie do kraju, kiedy dolary czy inną twardą walutę wymieniło się na złotówki. Upokarzany „na saksach” robotnik w domu okazywał się herosem przynoszącym dobrobyt swojej rodzinie. Dlatego mitologizował kapitalizm, opisując go jako raj, w którym kilka miesięcy pracy pozwala na zapewnienie dostatniego życia.

Podwładni Nowaka (ale też on sam, kiedy z nabożną czcią mówi o dolarach) otaczają fetysze upokarzającego ich systemu niemalże uwielbieniem. Zegarki po dwadzieścia funtów staje się dla nich wręcz materializacją pojęcia luksusu. Dzięki nim pokażą w kraju, że wrócili z tarczą. By je kupić, dokonują aktu przemocy wobec Nowaka – wyrywają mu pieniądze, które zgodnie z obietnicą mieli dostać. Zegarki ujawniają pragnienie kapitalizmu jako takiego – pragnienie, które drążyło społeczeństwa pogrążonego w kryzysie „realnego socjalizmu” Europy Wschodniej. Opierało się ono na siatce fałszywych opozycji organizujących struktury politycznej wyobraźni mieszkańców bloku wschodniego, którzy pożądali kapitalizmu jako zdrowego przeciwieństwa coraz bardziej niewydolnego „komunizmu”.

Gdyby finałową scenę filmu, w której podwładni podnoszą ręce na Nowaka, biją go i kopią, potraktować alegorycznie, to ukazywałaby ona eksplozję gniewu polskich robotników przeciwko „biurokracji jako klasie panującej” (jak by to powiedział Trocki), która sprawuje nad nimi kontrolę. Wyrazem tego gniewu była „Solidarność” – wymierzony w nią stan wojenny Nowak ukrywa przed podlegającą mu ekipą, odcinając ją od wiadomości z kraju, monopolizując dostęp do telewizora, zamykając robotników na klucz i przechwytując korespondencję. Jeśli podążyć tym tropem, mogłoby się okazać, że uderzający w Nowaka/władzę robotnicy pragną ukarać go za to, że oddziela ich od fantazji kapitalistycznego raju, zabrania im dostępu do pełni rozkoszy oferowanych przez kapitalizm. Za swoje pragnienie robotnicy ci wkrótce drogo zapłacą – radykalnym obniżeniem siły nabywczej płac, zniszczeniem związków zawodowych i pozbawioną precedensu w historii – jak twierdzi Mike Davis[7] – gwałtowną pauperyzacją dziesiątków milionów ludzi w upadającym bloku wschodnim. Kapitalizm, jaki nastał po likwidacji biurokracji partyjno-państwowej, zamiast rozkoszy większości Polaków zaoferował śmieci, odbierając za to zabezpieczenia socjalne, a milionom także pracę. Teraz zamiast kilkuset tysięcy (jak w latach 80.) za chlebem po Europie tułać się będą miliony Polaków. Jeżeli moje pokolenie ma jakieś wspólne doświadczenie, to jest nim właśnie migrowanie za pracą, za choć trochę lepszymi warunkami życia – piszę zresztą te słowa w Londynie. Bohaterowie Skolimowskiego jeszcze tego nie wiedzą, ale wieloznaczna struktura jego obu „emigranckich” filmów ujawnia, dlaczego ta historia nie mogła się skończyć inaczej niż klęską.

 

(Pół)peryferie i klasy społeczne

Przy całej odmienności artystycznych temperamentów Skolimowskiego i Emira Kusturicy jest coś strukturalnie podobnego w roli, jaką w stosunku do podległych im ludzi pełnią Nowak z Fuchy i Marko z Undergroundu. Nawet tak samo manipulują ich doświadczeniem, przestawiając w nocy jedyny ogólnie dostępny zegar. Obaj robią to „dla ich dobra” (u Kusturicy – żeby mieszkańcom belgradzkiego podziemia wydawało się, że są w nim zamknięci znacznie krócej niż w rzeczywistości; u Skolimowskiego – żeby robotnikom wydawało się, że dłużej śpią, i żeby czuli się przez to mniej zmęczeni). Tak naprawdę jednak Marko i Nowak usprawiedliwiają w ten sposób sami przed sobą własną dominację. Uosabiają oni polityczne elity półperyferii, które w „realnym socjalizmie” pragnęły wyrwać się z uzależnienia od centrów systemu (np. poprzez uniezależnienie kursów walut i kursów wymiany handlowej w ramach bloku wschodniego od ich fluktuacji na Zachodzie – jednym z efektów tego była nieprzystawalność kosztów utrzymania po obu stronach żelaznej kurtyny). Ostatecznie jednak wyrwać się nie potrafiły.[8] I tak jak Gierek sprzedawał węgiel Hiszpanii, gdzie Franco walczył ze strajkującymi górnikami, tak Marko urządza demonstracyjne popisy wrogości wobec kapitalizmu („rewolucyjne” defilady wojskowe), choć lokalna struktura władzy w Undergroundzie jest ekonomicznie uzależniona od Zachodu, któremu sprzedaje produkowaną tu broń.

Brygada gastarbeiterów z Fuchy reprezentuje część świata, którą postrzegano jako przeciwstawną Zachodowi i kapitalizmowi (choć na tym etapie historycznym, gdy weszła ona w głęboki kryzys strukturalny, była już widziana jedynie jako przeciwieństwo negatywne). Tymczasem była ona częścią większej całości – całości, w której centrum akumulacji kapitału stanowiło Wall Street, a londyńskie City było tego kapitału największym eksporterem. Blok wschodni pogrążył się w tak głębokim kryzysie dlatego, że cały system-świat wszedł w latach 70. w fazę B cyklu Kondratiewa[9]. Półperyferia, zmuszone jednocześnie do wyczerpującej ekonomicznie rywalizacji zbrojeniowej, odczuły skutki tej fazy znacznie mocniej. W konsekwencji zaczęły dostarczać centrom wielokrotnie tańszą siłę roboczą, co pozwoliło tym ostatnim zmniejszać koszty produkcji (a także wywierać presję na miejscową klasę pracującą).

W Fusze na każdym kroku podkreślany jest klasowy dystans dzielący Nowaka i jego podwładnych. Nowak mówi wręcz doskonale po angielsku. Twierdzi co prawda, że rozumie język Brytyjczyków, ale nie wie, co naprawdę mają na myśli, to nic jednak w porównaniu z podlegającymi mu robotnikami, których możliwości kontaktu i komunikacji są bliskie zeru. Nowak porozumiewa się z nimi sporadycznie, używając zdań pojedynczych, wyrażających najczęściej proste polecenia lub informujących o jednostronnie podejmowanych decyzjach. Traktuje ich protekcjonalnie, jak dzieci, ale podszyte jest to lękiem – lękiem uprzywilejowanego, że tak naprawdę to oni są silniejsi, że jest zbyt słaby, gdyby się wspólnie zbuntowali. Co się zresztą na samym końcu okazuje prawdą. Nowak dominuje, ale jest to dominacja na lokalnym terenie, który stanowi część globalnych geopolitycznych struktur dominacji ekonomicznej. Jest więc skazany na ciągłe ratowanie samego siebie – w jakimś sensie znajduje się po prostu między młotem a kowadłem.

Problem klasowości społeczeństwa „realnego socjalizmu” odnajdujemy też w Najlepszą zemstą jest sukces. Tym razem bohater reprezentuje inteligencję humanistyczną: jest artystą, słynnym w Europie reżyserem teatralnym, który dopiero co otrzymał ważne państwowe wyróżnienie we Francji. W scenie rozmowy w restauracji dowiadujemy się, że chodził do szkoły z internatem na zamku w Podiebradach, do której swoje dzieci wysyłały wschodnioeuropejskie elity. Tej samej, do której uczęszczali Václav Havel i sam Skolimowski. Trudno zresztą o dobitniejszy dowód klasowości tego społeczeństwa niż funkcjonowanie w nim takiej szkoły.

 

(O)błędne opozycje: totalitaryzm i liberalna demokracja

Alex Rodak uciekł na Zachód i pragnie poprzez twórczość teatralną wykrzyczeć niezgodę na stan rzeczy we własnym kraju. Wschód Europy Rodak postrzega w kategoriach opresji oraz dojmującego braku wolności politycznych i osobistych. Brak ten, który maksymalnie zmaterializował się w stanie wojennym, jest tematem spektaklu stanowiącego dramaturgiczną kulminację filmu. Zachód to jedyne miejsce, gdzie Rodak można o tym opowiedzieć. Wyraźnie jednak widać, że Zachód pozwala mu na to, bo w pewnym sensie nie ma to dla niego większego znaczenia: to jakieś problemy jednego z tych mało ważnych, dalekich krajów, które nikogo nie obchodzą (producentka spektaklu mówi to nawet Rodakowi wprost). Pozwala za cenę upokorzeń – żebrania o pieniądze (u ludzi w rodzaju Montecurvy i w bankach) i współudziału w wyzyskiwaniu statystów, zdesperowanych imigrantów zarobkowych. Aktorzy, zmanipulowani przez patriotyczny patos spektaklu i przez Montecurvę, który zręcznie ten patos wykorzystuje, podpalają w trakcie przedstawienia kwitki będące jedyną podstawą do otrzymania wynagrodzenia. Nie dostaną więc nic.

Jeżeli problem przedstawiony w londyńskiej inscenizacji ma dla Zachodu jakieś znaczenie, to jest ono zupełnie inne, niż się Rodakowi wydaje. Ekscytacja zachodnich mediów barbarzyństwem „bolszewii”, która krępuje ludzką wolność, pozwala stworzyć ideologicznego wroga. Dzięki niemu kapitalizm może mówić o sobie, że jest synonimem demokracji; że tylko on gwarantuje człowiekowi wolność. I ograniczyć w ten sposób jakąkolwiek próbę zakwestionowania logiki akumulacji kapitału. Film Skolimowskiego ujawnia jednocześnie, że te pretensje kapitalizmu/demokracji liberalnej są fałszywe – stanowią zasłonę dymną, za którą odbywa się restrukturyzacja stosunków społecznych w taki sposób, że każda jednostka jest ostatecznie skazana na łaskę bankierów, na uzależnienie od kredytu i podporządkowanie życia reżimowi credit score – reżimowi zdolności kredytowej i wskaźników jej wyrażania wyznaczających prawo człowieka do uzyskania tej czy innej usługi na „wolnym rynku”. Co więcej, ta władza neofeudalnej bankokracji, którą de facto jest współczesny kapitalizm, nie byłaby możliwa bez stopniowego upolicyjniania państwa, wprowadzanego tylnymi drzwiami. W tym samym czasie, kiedy Rodak realizuje spektakl o tym, jak to w Polsce straszna milicja pałuje robotników, Zachód po cichu zwiększa (np. pod pretekstem walki z terroryzmem) prerogatywy państwa i służb law enforcement – egzekwujących wykonywanie prawa, pozwalając im na rosnące uprawnienia do stosowania przemocy. Telewizyjny materiał na temat kształtowania się w Wielkiej Brytanii państwa policyjnego towarzyszy w tle jednej ze scen filmu. Syn Rodaka udawszy się na wagary, rozgląda się w niepokoju za policjantami.

W świetnej scenie, w której Rodak błaga o kredyt, kierowniczka oddziału banku czerpie nieskrywaną satysfakcję ze swej nieograniczonej władzy nad nim. Upokarzanie petenta, wypominanie mu jego chaotycznej historii finansowej sprawia jej rozkosz. W końcu kategorycznie odmawia udzielenia dalszego kredytu komuś, kto kupuje nastoletniemu dziecku 400 pounds birthday presents on overdraft (warte 400 funtów prezenty urodzinowe kupowane na debecie). Scena jest kapitalna także dlatego, że niespodziewanie przypomina absurdy władzy urzędniczej w PRL-u, jakie pamiętamy z filmów Stanisława Barei.

W jednej z rozmów Rodak rzuca pogardliwie hasło „dyktatura proletariatu” – jest to skrót, który według niego sumuje całe zło, jakie się dzieje w Europie Wschodniej. To dość typowy dla wschodnioeuropejskich liberalnych elit sposób myślenia, w którym winą za stan rzeczy na Wschodzie obciąża się same idee, które stały za rewolucją październikową, socjalizmem i komunizmem. Obserwowane zło miałoby być logiczną konsekwencją prób podważenia „zdrowej” i „zgodnej z naturą ludzką” kapitalistycznej racjonalności. Filmy Barei mają w sobie wiele z tego reakcyjnego nurtu – przedmiotem kpiny są w nich nierzadko właśnie próby realizacji przez PRL idei równości ekonomicznej. Sadyzm bankowej urzędniczki w filmie Skolimowskiego ujawnia jednak zaskakujące podobieństwo systemów władzy po obu stronach żelaznej kurtyny. Okazuje się, że źródłem porażki emancypacyjnych dążeń wyrażonych symbolami sierpa, młota i czerwonej flagi były nie same idee, z których te dążenia się poczęły, ale fakt, że „realny socjalizm” wcale tych idei nie zrealizował. Problemem nie jest więc idea „dyktatury proletariatu”, ale zastąpienie jej, na skutek różnych okolicznościach, „dyktaturą nad proletariatem”. Państwa odwołujące się do rewolucyjnego rodowodu wyrodziły się w społeczeństwa klasowe, z żerującą na „proletariacie” biurokracją. Tyle że władza tej biurokracji niczym się specjalnie nie różni od władzy funkcjonariuszy „bankokracji” na Zachodzie. Wschodnioeuropejscy dysydenci w rodzaju Rodaka nieświadomie pomogli tej zachodniej odmianie biurokracji odnieść globalne zwycięstwo nad systemem, który przynajmniej w teorii zagrażał kapitalizmowi i wymuszał na nim realne ustępstwa na rzecz klas pracujących.

Lata 80. XX wieku, kiedy toczy się akcja obu filmów Skolimowskiego, były okresem, kiedy biurokracja Europy Wschodniej szukała już – w obliczu pogłębiającej się niewydolności systemu – sposobów na restaurację peryferyjnego kapitalizmu[10]. Wkrótce potem globalna armia kapitału finansowego, reprezentowana u Skolimowskiego przez kierowniczkę banku, wzięła wszystko. Na własnej skórze najbardziej odczuli to tacy ludzie jak bohaterowie Fuchy.

 

Niemożliwość buntu?

W jednej ze scen Fuchy syn Rodaka farbuje sobie włosy na czerwono i ucieka samolotem do Polski. W przeciwieństwie do Londynu, gdzie czerwone włosy nie są może wszędzie mile widziane, ale zazwyczaj nikomu nie przeszkadzają (a w Camden Town są nawet wysoko premiowane), w Polsce już na granicy spotykają go za nie represje. Chłopak podąża do Polski, ponieważ wierzy, że to właśnie w Europie Wschodniej znajdzie prawdę głębszego doświadczenia, niedostępną na podporządkowanym pieniądzowi Zachodzie. Owa prawda doświadczenia wyraża się dla niego między innymi w polskim katolicyzmie (będzie mógł pójść do „prawdziwego kościoła”) i walce z „komunizmem”. Ta kuriozalna kombinacja – ufarbowane na czerwono włosy, polski, bynajmniej niegustujący w takich przejawach „indywidualizmu” katolicyzm i bezrefleksyjny antykomunizm – to szczególnie wyrazisty przykład fałszywych poznawczo, dezorientujących struktur symbolicznych i ideologicznych, po których poruszają się bohaterowie Fuchy i Najlepszą zemstą jest sukces.

Konrad Klejsa pisał w 2006 roku, że kino Skolimowskiego „zachęca do stawienia oporu, ale jednocześnie demaskuje akt protestu jako jałowy, pozbawiony szans na powodzenie”[11]. Może jednak pokazany w tych filmach protest jest pozbawiony szans na powodzenie tylko tak długo, jak długo wykorzystujemy błędne polityczne współrzędne?

 

Przypisy:

[1] Konrad Klejsa, Obcy we mnie, obcy wśród nas. Doświadczenie emigracyjne w brytyjskich filmach Jerzego Skolimowskiego („Fucha” i „Najlepszą zemstą jest sukces”), „Kwartalnik Filmowy” nr 53, 2006, s. 142–157.

[2] Tamże, s. 149.

[3] Tamże, s. 150.

[4] W przypadku filmu Najlepszą zemstą jest sukces nawet trójjęzyczność, bo mamy tu ceremonię w Paryżu i Anouk Aimée w obsadzie, w polskiego emigranta wcielił się Michael York, a grająca jego polską żonę Joanna Szczerbic mówi do niego po angielsku.

[5] David Ost, Klęska Solidarności, Muza, Warszawa 2007.

[6] Jane Hardy podaje, że w latach 1980–1986 za pracą wyjechało z Polski 640 tysięcy ludzi (Poland’s New Capitalism, Pluto Press, London 2009, s. 26; przekład polski ukaże się nakładem Książki i Prasy pod tytułem Nowy polski kapitalizm).

[7] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2009, s. 232.

[8] Idę tu tropem teorii kapitalistycznej gospodarki-świata Immanuela Wallersteina. Zob. np.  Analiza systemów-światów. Wprowadzenie, przeł. Katarzyna Gawlicz i Marcin Starnawski, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa: 2007; tegoż, Nowoczesny system-świat, przeł. Adam Ostolski, w: Współczesne teorie socjologiczne, [red.] A. Jasińska – Kania, L. Nijakowski, J. Szacki, M. Ziółkowski, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2006; tegoż, The Modern World-System, vol. I: Capitalist Agriculture and the Origins of the European World-Economy in the Sixteenth Century, Academic Press, New York – London 1974; The Modern World-System, vol. II: Mercantilism and the Consolidation of the European World-Economy, 1600-1750, Academic Press, New York 1980; tegoż, The Modern World-System, vol. III: The Second Great Expansion of the Capitalist World-Economy, 1730-1840’s, Academic Press: San Diego 1989.

[9] Nikolai D. Kondratieff, The Long Waves of Economic Life, “Review of Economic Statistics”, nr 17, s. 105-115. Rosyjski ekonomista Kondratiew opracował pod koniec drugiej dekady XX wieku teorię długich cykli gospodarki kapitalistycznej, cykli rozwojowych złożonych z fazy A i B.  Faza A jest fazą długoterminowego wzrostu, która niechybnie przechodzi po około trzech dekadach w fazę B, fazę strukturalnego kryzysu akumulacji kapitału, wywierającą spadkowy wpływ na całą strukturę gospodarki światowej. Koncepcja ta ma wkład w Immanuela Wallersteina teorię systemów światów czy Samira Amina teorię akumulacji na skalę światową. Wedle tych koncepcji, z którymi zgadza się m.in. David Harvey, obecnie znajdujemy się w wyjątkowo długiej fazie B, fazie strukturalnego kryzysu całej światowej gospodarki kapitalistycznej. Jej wyjątkowa długość, wraz z brakiem jakichkolwiek oznak wyjścia z właściwego jej dołka, a nawet z pogłębiającymi się cechami charakterstycznymi wyłącznie dla kryzysowej fazy B, zdają się dla niektórych wskaźnikiem dotarcia całego systemu do granic własnej reprodukcji. Nie musi się on wcale przerodzić w nic lepszego – może w jeszcze gorszy system globalnego neofeudalizmu, wszystko zależy od stosunków sił w walkach między tym, co Wallerstein nazywa „duchem Davos” (interes światowej finansjery itp.) a duchem Porto Allegre (duchem sprzeciwu wyrażanym między innymi przez ruch alterglobalistyczny).

[10] Karol Modzelewski twierdzi, że to Wojciech Jaruzelski otworzył drogę do przemian ustrojowych, zob. tegoż, Jaruzelski utorował drogę Balcerowiczowi, „Le Monde Diplomatique – edycja polska”, grudzień 2006.

[11] Konrad Klejsa, dz. cyt., s. 156.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się w książce Skolimowski: Przewodnik Krytyki Politycznej, Wydawnictwo Krytyki Politycznej (2010). Dziękuję Magdalenie Błędowskiej za pomoc w redakcji tekstu.

Aamir Khan w filmie Rebeliant

Wszyscy jesteśmy niedotykalni

Dialektyka materialistyczna Rebelianta Ketana Mehty

 

Okrucieństwa popełnione przez zrewoltowanych Sipajów w Indiach są przerażające, obrzydliwe, niewysłowione. Ale można się ich spodziewać po zbrojnych buntach narodowych, rasowych czy religijnych. Takie same miała w zwyczaju oklaskiwać czcigodna Anglia, gdy były popełniane przez Wandejczyków na „Niebieskich”, przez hiszpańskich partyzantów na niewiernych Francuzach, przez Serbów na niemieckich i węgierskich sąsiadach, przez Chorwatów na buntownikach wiedeńskich, przez gwardię Cavaignaca albo przez Bonapartego na synach i córkach francuskich proletariuszy. Jak niegodziwe byłoby zachowanie się Sipajów, odbija ono tylko, w skoncentrowanej formie, zachowanie się Anglii w Indiach.

Karol Marks[1]

 

Wiadomo wszakże, że głębokie – może niewysłowione, ale faktycznie rozstrzygające – powody każdego zerwania rozstrzygają o tym, czy jego efektem będzie jedynie oczekiwanie na wolność, czy też wolność sama.

Louis Althusser[2]

 

Zachód i władza spojrzenia

Wynikająca z dominacji ekonomicznej, militarnej i politycznej budowanej przez całą epokę nowożytną/nowoczesną (czyli kapitalistyczną) hegemonia Zachodu w światowym obiegu kultury przyzwyczaiła nas do tego, co tak trafnie wyrażają słowa Karola Marksa z 18 brumaire’a Ludwika Bonaparte: „Nie mogą się sami reprezentować, muszą być reprezentowani”[3]. Dominująca pozycja Zachodu pozwoliła mu poczuć się autorem prawomocnych i jedynie słusznych koncepcji estetyki, jak również dominujących tekstów kultury, punktów widzenia, reprezentacji – literackich, plastycznych, filmowych itd. Pozwoliła mu także narzucać swoje sposoby reprezentacji również przedstawicielom zdominowanych kultur. Oczywiście zawsze było to tylko częścią prawdy, ale kapitalistycznemu Zachodowi sprawia jednak narcystyczną przyjemność przekonanie, że na pewno jest to co najmniej większa część prawdy.

Bollywood istnieje jakby na złość temu wszystkiemu, co dla kulturowej arogancji Zachodu, władcy dyskursów, bywa naprawdę irytujące. Żeby chociaż stawiało mu opór w ścisłym tego słowa znaczeniu! Ale nie. Bollywood po prostu za nic sobie ma jego hegemonię. Najstarsza i jedna z największych cywilizacji ludzkości, ma dziś największą i najpopularniejszą kinematografię planety, reprezentuje samą siebie swoim własnym językiem, własnymi sposobami i z własnego punktu widzenia (czy też może: punktów widzenia). Jest to niewątpliwie podłoże protekcjonalnego traktowania Bollywoodu przez ogromną część zachodniej prasy i zachodniej publiczności, jednoznacznie postrzegających produkcję bombajskiego ośrodka filmowego jako ekscesywny kicz podporządkowany polityce programowego, krańcowego eskapizmu (co ciekawe, ten punkt widzenia mogą na Zachodzie podzielać protekcjonalni krytycy indyjskiego kina popularnego oraz ci spośród jego wielbicieli, którymi kieruje pragnienie eskapistyczne). Taki uniformizujący paternalizm wpisuje się w ideologię imperialistycznej dominacji i eksploatacji, którą Edward Said nazwał „orientalizmem”[4]. Bollywood jest eskapistyczne, dokładnie tak jak Hollywood, ale – podobnie jak Hollywood – nie jest takie zawsze i w każdym przypadku.

 

Pierwsze Kino Trzeciego Świata

Jedyną koncepcją w zakresie teorii filmu, która narodziła się poza kontekstem euroamerykańskim, była ściśle powiązana z filmową praktyką radykalna koncepcja „Trzeciego Kina”. Rozwijana jako platforma wspólnego kulturowego działania twórców i interpretatorów kina na eksploatowanych peryferiach światowego systemu kapitalistycznego, w krajach Azji, Afryki i Ameryki Południowej. W myśl tej koncepcji, „Pierwszym Kinem” byłoby dominujące komercyjne kino gatunków z centralą w Hollywood, „Dugim” zaś wywodzące się z europejskiego filmowego modernizmu kino autorskie, którego świątyniami są miejsca takie jak Cannes i Wenecja. Dialektyczną pozycję powstającego od lat 60. XX wieku „Trzeciego Kina” w stosunku do dwóch pierwszych można wyrazić tak:

  1. w przeciwieństwie do odpolityczniającej i perswadującej zgodę na status quo ideologicznej funkcji „Pierwszego Kina”, „Trzecie Kino” widziało siebie jako środek ekspresji politycznej (emancypacyjnej, antykolonialnej, antyneokolonialnej, antyimperialistycznej, socjalistycznej) specyficznie peryferyjnego doświadczenia i środek upolitycznienia odbiorcy w kontekście tego specyficznego doświadczenia;
  2. inaczej niż „Drugie Kino”, którego punkt ciężkości spoczywał na ekspresji modernistycznie pojmowanej indywidualności Autora filmu (dążenie do formalnej doskonałości, konsekwencja autorskiego stylu), „Trzecie Kino” uznawało się bardziej za praktykę polityczną, przez co akceptowało formalną hybrydyczność, a nawet radykalną niespójność[5].

Indie są na mapie filmowej Trzeciego Świata wyjątkiem, z którym porównywać mógł się w pewnym momencie chyba jedynie Egipt – ekonomicznie partyzancka praktyka twórcza „Trzeciego Kina” pojawiła się tam obok potężnego miejscowego odpowiednika „Pierwszego”. I tu należałoby spojrzeć na rolę miejscowego Pierwszego Kina (z epicentrum w Bombaju i galaktyką innych, wzorowanych na nim, ośrodków), uwzględniając dialektyczną złożoność jego położenia. Potężna społecznie pozycja we własnym kręgu kulturowym pełni niepodważalnie istotną rolę jako czynnik kulturalnego oporu przeciwko wyrażającej się i dokonywanej także za pośrednictwem kultury (i jej przemysłów) imperialnej i neokolonialnej dominacji Zachodu, której przeciwstawia własne formy kulturowej ekspresji (co czyni jednocześnie w bardzo otwarty i inkluzywny dla impulsów z zewnątrz sposób). Jednocześnie, z drugiej strony, popularne kino hindi (i konfiguracje kina popularnego w innych językach Indii i ośrodkach produkcyjnych poza Bombajem) pełni funkcję ideologiczną właściwą „Pierwszemu Kinu”. Polegającą na ideologicznej perswazji przysposabiającej do pokornej akceptacji status quo – w tym konkretnym przypadku status quo peryferii kapitalistycznej gospodarki-świata, odgrodzonych od faktycznej nowoczesności barierami ekonomicznymi, które utrzymują je w pułapce trudnej do przełania, narzuconej przez imperia kolonialne wtórnej przednowoczesności i wytworzonego przez eksploatację kolonialną ekonomicznego nie-rozwoju [underdevelopment, maldevelopment].

Balansowanie na tej dialektycznej krawędzi stanowi jeden z głównych czynników konstytuujących fascynujący fenomen indyjskiego kina popularnego. Rebeliant (2005) Ketana Mehty powstał z tych wszystkich napięć, a nawet jakby z naddatku ich świadomości. Jest filmem dyskursywnie i estetycznie lokującym się w ramach lokalnego „Pierwszego Kina” peryferii (gatunku, jaki stanowi Bombay Cinema[6]), stawiającym sobie jednak kilka politycznych zadań właściwych „Trzeciemu Kinu”. Odpowiada bowiem na problematykę zepchnięcia starej i do końca XVIII wieku potężnej także ekonomicznie kultury indyjskiej na pozycję globalnego marginesu ekonomicznego przez światowe mocarstwa narodzonego w roku 1492 systemu społeczno-ekonomicznego, który w XIX wieku, mniej więcej wtedy, kiedy toczy się akcja Rebelianta, podłączył do siebie ostatecznie – nie pytając swych ofiar o zgodę – całą planetę[7].

Współczesny francuski filozof Alain Badiou określa cztery pola ludzkiej działalności mianem procesów/procedur (w zależności od przekładu) prawdy. Aktywności te odkrywają prawdę i zarazem powołują ją do życia. Są nimi nauka, sztuka, polityka i miłość. Kiedy w latach 60. XX wieku inny francuski filozof, również lewicowy, marksista strukturalny Louis Althusser, opisywał metody dialektycznego dochodzenia przez operacje teoretyczne do prawdy, mówił tylko o dociekaniach naukowych, choć prawda, do której dążyły, miała charakter jak najbardziej polityczny, nakierowany na uczynienie świata lepszym miejscem dla każdej z istot ludzkich[8]. U Althussera, w jego analizie dialektyki materialistycznej, spotkały się już więc dwa pola z późniejszego areału Badiou – nauka i polityka. Przenieśmy to jednak dalej i zastosujmy Althusserowski model dialektyki materialistycznej do przedsięwzięcia z pola sztuki (popularnej, „Pierwszego Kina” peryferii), grającego o najwyższe stawki na polu polityki i mającego na celu przedefiniowanie/odsłonięcie/ustanowienie prawdy.

 

Filmowa praktyka teoretyczna

Powstanie Sipajów wybuchło w 1857 roku. Było największą rewoltą antykolonialną w dziejach ludzkości i przedmiotem jednego z najsłynniejszych wystąpień publicystycznych[9] najwybitniejszego i najważniejszego z krytyków kapitalizmu, Karola Marksa, który bronił powstania przed imperialną propagandą próbującą delegitymizować jego zasadność. Szereg analiz historycznych wykazuje bezpośredni związek wybuchu powstania z nasilającą się eksploatacją kolonialną subkontynentu indyjskiego przez potężną machinę akamulacji kapitału, brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską. Jak jednak podkreśla William Dalrymple[10], powstańcy nie wyrażali się świadomie w takich kategoriach, postrzegając rewoltę jako wojnę stricte religijną, skierowaną przeciwko panoszącym się w kraju innowiercom (dla muzułmanów w szeregach Sipajów był to po prostu dżihad). Można więc powiedzieć, że buntownicy stanowili chwytającą za broń „klasę-w-sobie”, która nigdy do końca nie stała się samoświadomą „klasą-dla-siebie”, posługując się w swej słusznej walce – z braku lepszych – chybionymi strukturami ideologicznymi (tak jak dzisiaj np. Hamas w sprawie palestyńskiej).

Ekspresja polityczna wyrażająca się w tego rodzaju kategoriach jest w tak wielokulturowym kraju jak Indie szczególnie niebezpieczna. Szczególnie dzisiaj. I nie służy bynajmniej żadnym celom wyzwoleńczym, a kanalizowaniu społecznych frustracji narastających w lawinowym tempie od momentu ostatecznego przyjęcia przez Indie neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału (dokonanie to obciąża konto i sumienia rządu premiera P. V. Narasimhy Rao) na eksplozje resentymentów i agresji o podłożu wyznaniowym i etnicznym wewnątrz społeczeństwa indyjskiego. Jedną z najbardziej zmediatyzowanych w ostatnich latach kulminacji tej tendencji była seria zamachów w Bombaju 26 listopada 2008, ale początków procesu należy szukać w eksploatacji przez prawicowe partie BJP (Bharatiya Janata Party), Shiv Sena i Vishva Hindu Parishad problemu meczetu Babara (Babri Masdźid) w Ajodhji[11]. W tej sytuacji narracje wyjaśniające historię przez wąski pryzmat konfliktów między religiami są niebezpiecznym przedmiotem politycznej instrumentalizacji w bynajmniej nie emancypacyjnych kierunkach[12].

Ujmując przedmiot w kategoriach Althusserowskiej dialektyki materialistycznej: stan rzeczy polegający na połączeniu sposobu, w jaki artykułowała się politycznie rebelia Sipajów, ze sposobem, w jaki w potocznym odbiorze interpretowana jest historia w epoce wybuchającego na dolnym biegunie globalizacji neoliberalnej obłędu integryzmów etnicznych i religijnych byłby odpowiednikiem Ogólności I, stanu wiedzy (poznania, rozumienia rzeczywistości) przed uruchomieniem poznawczego cyklu praktyki teoretycznej – Ogólności II, procesu, który ma na celu przedefiniowanie problemu w celu dotarcia do prawdy. Odpowiednikiem Ogólności II, czyli praktyki teoretycznej, która stawia pytania na nowo, by zrozumieć rzeczywistość byłoby fimowe przedsięwzięcie, podejmujące jeden z kluczowych w indyjskiej historii tematów, by przedstawić nowe (mówiąc Lacanem: bliższe Realnemu) odczytanie rzeczywistości – historycznej, ale za jej pośrednictwem także i współczesnej. Jaką to praktykę teoretyczną wykonuje film Mehty i jaką Ogólność III, zamykającą sekwencję dialektyczną, próbuje ustanowić?

Po pierwsze wykonuje serię dialektycznych „owszem, ale…”. Owszem, posługujemy się skodyfikowanym i „zmodułowanym” wehikułem kulturalnym, jakim jest Bombay Cinema, peryferyjnym „Pierwszym Kinem” – ale po to, żeby zagrać o stawki polityczne przeciwne legitymizacji i perswazji status quo. Owszem, posłużymy się kinem popularnym, ale po to, żeby wsparci siłą jego społecznego oddziaływania postawić tezy polityczne może wcale nie nowe, ale brzmiące jak najodważniejsza prowokacja w gąszczu zbłądzeń postmodernizmu. Owszem, główny bohater, Mangal Pandey, jest bohaterem hinduskim, ale żeby zapobiec odczytaniu filmu przez pryzmat tożsamości religijnych, gra go jeden z trzech najbardziej wpływowych muzułmańskich gwiazdorów Bollywoodu, Aamir Khan. Owszem, film posługuje się silnie zmitologizowaną narracją o wybuchu powstania Sipajów (dziś uważa się przedstawione w nim wypadki, a nawet postać Mangala Pandeya, za oderwane od faktycznego wybuchu rebelii, który nastąpił nieco później, bez związku z tymi wydarzeniami[13]), ale robi to po to, żeby pokazać pewne ważniejsze prawdy strukturalne, w perspektywie historycznej, ale przecinające także postkolonialną/neokolonialną współczesność – od niektórych jej przejawów (imperializmu kulturalnego) pozwoliłem sobie rozpocząć niniejszy tekst.

 

Centrum, peryferie i Kapitał

W jednej z początkowych scen „Rebelianta” brytyjski oficer, kapitan William Gordon, przechadza się po targu w towarzystwie Angielki Emily. Spotykają handlarza kobietami, co wywołuje następującą rozmowę:

Emily: W Królestwie zniesiono niewolnictwo. Dlaczego Kompania pozwala na to tutaj?

Gordon: Kompania pozwala, bo potrzebuje niewolnictwa. Tamten człowiek jest z Kompanii.

Emily: Jak to?

Gordon: Kompania skupuje te dziewczyny do domów rozrywki. Dla białych żołnierzy. Żeby zapobiegać chorobom w armii – jakoby.

Inna ważna wymiana replik następuje w sekwencji przyjęcia w gronie przedstawicieli Kompanii Wschodnioindyjskiej, krzyżującej wiele poziomów strukturalnych napięć strukturalnych świata przedstawionego.

Emily: Piękny widok. Całe hektary czerwonych maków. To do celów religijnych?

Gordon: Nie, to ziemia Kompanii.

Emily: Po co Kompania uprawia maki?

Gordon: Bo tylko z nich wyrabia się opium. Kompania Wschodnioindyjska zmusza indyjskich rolników do uprawy opium.

Emily: Opium?

Gordon: Tak. Kompania skupuje je po ustalonych przez samą siebie cenach i wysyła do Chin, żeby uzależnić cały naród.

Emily: Dlaczego?

Gordon: Tylko to możemy sprzedawać Chińczykom w zamian za herbatę i srebra.

Inny Brytyjczyk: Lepiej darujmy paniom ten wykład.

Gordon: Cesarz chiński oponuje, nie chce kupować opium. A zatem Kompania postanawia wypowiedzieć mu wojnę. A na tej wojnie to  indyjscy Sipaje muszą walczyć i umierać. Koło się zamyka. Nazywamy to „wolnym rynkiem”.

Te dwie rozmowy znakomicie wyrażają perspektywę, w jakiej film ustawia opisywaną rzeczywistość historyczną i ewokowaną teraźniejszość. Emily naiwnie podąża za oficjalną ideologią brytyjskiego panowania i polityki Kompanii, zadaje krańcowo naiwne pytania, bo przyjmuje za dobrą monetę wszystkie oficjalne deklaracje i fikcje ideologiczne uzasadniające status quo. Kapitan Gordon, ze względu na swoje niskie klasowo i odmienne religijnie pochodzenie (w przeciwieństwie do protestanckiej większości swoich rodaków jest katolikiem), zajmuje ambiwalentną pozycję – w obrębie pola władzy (Kompanii) i jednocześnie na jego marginesie. Dzięki temu podchodzi do ideologii krytycznie i z dystansem. Jego (pozornie cyniczne, ale to tylko maska) riposty obnażają stosunki nierówności, niesprawiedliwości i strukturalnej – ekonomicznej, ale też militarnej i fizycznej – przemocy, na której opiera się błędne koło akumulacji kapitału.

„Wolny rynek”, centralny fetysz i najważniejsza fikcja systemu, legitymizuje się zestawem wolności osobistych i politycznych pozornie oczywistych w metropolii, ale za swój warunek ma przemoc i odebranie ich reszcie świata. Wolność osobistą w Londynie (dodajmy: nigdy nie wszystkich ludzi) umożliwia posługiwanie się niewolnictwem w koloniach, potrzebne choćby – jak tutaj – by kontrolować dyscyplinę i zdrowie seksualne personelu aparatu represji, umożliwiającego eksploatację bogactw Indii. Tak jak dzisiaj „wolny rynek” możliwy jest tylko dzięki finansowaniu zamachów stanu w Ameryce Łacińskiej i wojen domowych w Afryce czy Pakistanie, bombardowaniom Belgradu, skazaniu na śmierć miliona ludzi w Iraku, ufortyfikowaniu Twierdzy Europa, strzałom włoskich żołnierzy do afrykańskich uciekinierów przed głodem i murowi oddzielającemu Palestynę od reszty świata. Gordon wie to, co my dzisiaj wiemy choćby z drobiazgowych analiz takich historyków kapitalizmu, jak Fernand Braudel, Immanuel Wallerstein czy Mike Davis. Coś takiego jak „wolny rynek” nigdy nie istniało inaczej jak w formie fikcji i bezwzględnej przemocy. Przybywało na bagnetach, kulach armatnich, aktach prawnych wywłaszczających społeczności lokalne z właśności wspólnej, głowicach rakiet i szrapnelach. Jedna z drugoplanowych bohaterek filmu Mehty, zmuszona jest na „wolnym” rynku sprzedawać mleko ze swych piersi dziecku europejskiej kobiety, w wyniku czego nie ma go dość dla własnego synka. Jego głód musi tłumić smarując sutki opium. Usypia nim dziecko, czyniąc je być może uzależnionym na resztę życia. Opium produkują miejscowi chłopi. Z przymusu, żeby brytyjska machina akumulacji miała co wymieniać za bogactwa Chin. Zajmowany przez maki areał mogłyby zajmować uprawy żywności, której wystarczająca ilość i kompozycja zapewne pozwoliłyby organizmowi kobiety wytwarzać dość mleka, by karmić obydwoje niemowląt…

W epoce, gdy nawet studia postkolonialne, nawet z perspektywy wyeksploatowanych dawnych kolonii, „oddychają atmosferą ponownego uznania imperialnej dominacji, począwszy od lat siedemdziesiątych, ponownego globalnego narzucenia i umocnienia zarówno ‘logiki unilateralnego kapitału’ (w wymiarze gospodarczym), jak i aktywnie interwencjonistycznego ‘Nowego Ładu Światowego’ z siedzibą główną w Waszyngtonie (w wymiarze politycznym)”[14]; w epoce, gdy nawet indyjscy intelektualiści, jak Arjun Appadurai, sprowadzeni na manowce postmodernistycznego ahistoryzmu, udają że „analizują”[15] współczesne implozje tożsamości kulturowych zapadających się w odmęty integryzmów, czyniąc to w zupełnym oderwaniu od długofalowych procesów i realnych stosunków dominacji ekonomicznej – w takiej epoce film Ketana Mehty ustawia cały świat przedstawiony w perspektywie konfliktu wyznaczającego ukrywane i tak chętnie przemilczane Realne systemu, w którym żyjemy i który właśnie mniej więcej wtedy, kiedy toczy się akcja filmu, objął ostatecznie cały świat.

Realnym jest oczywiście Kapitał i konflikt pomiędzy jego dysponentami z jednej strony a eksploatowanymi ofiarami z drugiej. „Rebelianta” otwiera voice-over wprowadzajacy nas w kontekst historyczny: „Los jednej piątej ludzkości spoczywa w rękach Firmy, Kompanii Wschodnioindyjskiej, najbardziej dochodowego przedsiębiorstwa w historii”. Kiedy indyjscy bohaterowie mówią tu o swoich opresorach, rzadko używają słowa ‘Anglicy’ czy ‘Brytyjczycy’, zamiast niego stosują ‘Kompania/Firma’. Firma jest w filmie figurą Kapitału, trudnej do uchwycenia instancji sprawującej realną władzę w systemie. Scena rozmowy między Sipajem Mangalem Pandeyem a kapitanem Gordonem, w której Anglik próbuje wytłumaczyć swojemu indyjskiemu przyjacielowi, co to właściwie jest Kompania, po co ona istnieje i co nią kieruje, ukazuje jednocześnie kilka problemów. Nieuchwytność Kapitału jako bytu, który wyraża się w niekończącym się pędzie pogoni za zyskiem, Kapitału, którego „nikt nigdy nie widział, ani go nie spotkał” (Frederic Jameson), ale nie czyni go to ani na chwilę siłą ani odrobinę mniej realną. Widzimy jednocześnie, że logika Kapitału jawi się jako zupełnie obca indyjskim społeczeństwom i to właśnie, a nie rzekome zacofanie gospodarcze, jak woli z gruntu fałszywa imperialistyczna interpretacja historii[16], wydaje je tak bezbronnymi na jego pastwę. Ekonomiczna organizacja społeczeństw Indii jako „gospodarki-świata” (Immanuel Wallerstein) zorganizowana była w tzw. trybutarny system produkcji. Polega on na tym, że nadwyżki produkcji i wartości są konsumowane na manifestowanie władzy, a gospodarka podporządkowana jest politycznej funkcji reprodukcji społeczeństwa[17].

W wydajnym trybutarnym systemie produkcji, takim jak Indie do momentu podboju brytyjskiego[18], klasy dominujące utrzymywały swoją pozycję dzięki kontraktowi społecznemu polegającemu na wypełnianiu obowiązku opieki nad klasami ubogimi w sytuacjach kryzysów społecznych i przyrodniczych, które mogłyby np. grozić głodem (miały obowiązek magazynować żywność w okresach dobrych zbiorów i rozdawać ją okresach suszy i powodzi, inwestować w infrastrukturę zapobiegającą skutkom katastrof przyrody, a spekulację cenami żywności w okresach klęsk żywiołowych karały obcinaniem części ciała spekulantów). Dzięki wypełnianiu przez klasy dominujące tych obowiązków, przed przybyciem do Indii Kompanii Wschodnioindyjskiej klęski głodu występowały w Indiach średnio jedynie raz na 120 lat, a przez dwa ostatnie poprzedzające je stulecia nie wystąpiła w Indiach w ogóle. Zanim więc Indie padły ofiarą brytyjskiej kolonizacji, większość mieszkańców subkontynentu nigdy nie doświadczyła ani nie była nawet pośrednio świadkiem klęski głodu. Dwieście lat brytyjskiego panowania, grabieży i wywożenia indyjskiej produkcji rolnej, by spekulować nią na kierowanym pogonią za zyskiem „wolnym rynku” ze światową stolicą w Londynie, oraz wprowadzonego decyzją Londynu tzw. standardu złota (które to posunięcie doprowadziło do depresjacji siły nabywczej rolników w koloniach i na peryferiach kapitalistycznego systemu-świata) spowodowało klęski głodu średnio co trzy-cztery lata. Dlatego świadomą politykę grabieży i morzenia subkontynentu głodem amerykański historyk Mike Davis nazwał jednym z „późnowiktoriańskich holocaustów”[19]. Impozycja „wolnego rynku”, którego elementarny fałsz wyszydzał William Gordon, wyssała bogactwa Indii[20] i wepchnęła subkontynent w struktury ekonomicznego nie-rozwoju (czy też rozwoju nieprawidowego, niekorzystnego dla nich), skazujące go na biedę trwającą do dzisiaj.

Zwróćmy jeszcze uwagę, że zaraz po scenie rozmowy, w której Gordon próbował wyjaśnić Mangalowi „enigmę Kapitału” (David Harvey), Brytyjczyk dostrzega w okolicy rytuał sati – wdowa po starcu prowadzona jest na stos z jego zwłokami, na którym ma zostać spalona. Zderzenie tych dwóch sytuacji w jednej sekwencji nie jest ani przypadkowe, ani bez znaczenia, chodzi w nim bowiem o zamarkowanie strukturalnego i przyczynowo-skutkowego związku między tematami tych dwu scen. Narracja o zacofaniu obyczajowym i kulturalnym społeczeństw peryferii (podnosząca np. wątki opresji kobiet w tych kulturach) jest jednym z ulubionych ideologicznych instrumentów ekspansji kapitalistycznej, wspiera bowiem jedną z głównych narracji uzasadniających podboje kolonialne: narrację o niesieniu „postępu” i walce z „barbarzyństwem”. Od Katherine Mayo i jej książki Mother India[21] po haniebne wyskoki Oriany Fallaci, opowieść o cierpieniu kobiet w Trzecim Świecie uzasadniała rasistowską pogardę oraz tezę o potrzebie dominacji, podboju i złamania oporu poniżanych społeczeństw. Zapominając o drugiej stronie medalu (notabene tej samej, o której zapomina np. Appadurai): że to właśnie eskploatacja kolonialna (i neokolonialna) oraz agresja imperialna tworzą i podtrzymują warunki wpychające w obyczajowe zacofanie i utrzymujące w nim[22], co właśnie najlepiej ilustruje przykład sati. Przed podbojem brytyjskim był to wyjątkowo rzadki obyczaj, praktykowany jedynie w niektórych kastach arystokratycznych. Zakazany przez władze kolonialne jako przejaw wschodniego barbarzyństwa, zaczął się masowo rozprzestrzeniać w coraz to nowych grupach społecznych – jego praktykowanie stało się mechanizmem kulturowej samoobrony, indyjskie społeczeństwa zaczęły z obroną sati utożsamiać obronę własnej kultury – a nawet egzystencji – przed pretensjami najeźdźców. I tak właśnie rysują to kadry Rebelianta.[23] „Zacofanie” obyczajowe, które propaganda impreriów nowoczesnych prezentuje jako uzasadnienie podboju i kolonizacji, w istocie jest ich skutkiem.

 

Progi upolitycznienia i stawki uniwersalizmu

Upolitycznienie Mangala Pandeya i ogółu Sipajów jako bohatera zbiorowego odbywa się w sekwencji kilku progów. Najpierw mamy plotkę, że naboje, do których używania Kompania zmusza Sipajów, a które przed załadowaniem trzeba przegryźć, nasączone są tłuszczem krowim i świńskim – pierwszy łamie więc czystość rytualną hindusów, ponieważ pochodzi od zwięrzęcia dla nich świętego, a drugi muzułmanów, gdyż świnia jest dla nich stworzeniem nieczystym. Następnie, gdy Mangal, w geście zaufania do Williama Gordona – zapewniającego go, że to wszystko nieprawda – przegryzł nabój, okazuje się, że plotka była prawdziwa. Mangal staje wtedy przed przerażającą z tradycjonalistycznego punktu widzenia perspektywą całkowitego wykluczenia na resztę życia, zostania niedotykalnym. Nikt go już nie dotknie, nie zje z nim, ani nie spali jego ciała po jego śmierci. Wtedy następuje kolejny krok upolitycznienia zbiorowości Sipajów: jego towarzysze służby odrzucają reakcyjną strategię wykluczenia na rzecz strategii najgłębszego uniwersalizmu – dotykają jego ramienia i mówią: „Wszyscy jesteśmy niedotykalni”. Jak wiemy choćby od Slavoja Žižka, wartości uniwersalne wcielone są w człowieka na najsłabszej pozycji, na najgłębszym marginesie i wymagają bezwarunkowej solidarności z nim i rewindykacji jego praw.

Kolejnym niezbędnym progiem upolitycznienia stanie się konieczność opuszczenia świątyni w genialnej sekwencji spomiędzy kadrów której słuchać szept Karola Marksa: „religia to opium dla ludu”. Ostre spojrzenia spiskowców planujących rewoltę kontrastują z tępym, nieprzytomnym i nieobecnym wzrokiem pogrążonych w ogłupiającym rytuale, otumanionych narkotykami, pozostałych zebranych w świątyni, śpiewających pieśń wyrażającą główną ideologiczną funkcję religii jako przeszkody na drodze do (mówiąc klasykiem) „emancypacji ludzkiej”[24] – pokorną i głęboką zgodę na status quo, jak okrutny i niesprawiedliwy by nie był. Wyjście ze świątyni oznacza odrzucenie religii (a wraz z nią wszelkiej idelogii podtrzymującej status quo, którą religia reprezentuje na zasadzie pars pro toto). Odtąd nie ma już muzułmanów i hindusów, ofiary stają w uniwersalnej jedności przeciwko wyzyskującemu je Kapitałowi – z napisów końcowych dowiadujemy się, że dołączy do nich także kapitan Gordon. Odkąd jako Realne świata społecznego wkracza Kapitał, wszystkie tożsamości stają się podporząkowaną mu instrumentalnie  fikcją. Tylko jeden wymiar tożsamości nie jest wówczas fikcją: albo jest się dysponentem bądź funkcjonariuszem Kapitału, albo wyzyskiwanym. Kapitan Gordon, wyśmiewany za plecami przez kolegów oficerów syn biednych katolików, przejdzie więc na słuszną stronę powstańców.

Mówiąc „wszyscy jesteśmy niedotykalni”, Sipajowie robią to samo, co zrewoltowani niewolnicy ustanawiający republikę Haiti. Rewolucja Haitańska, najpiękniejsza, najbardziej spójna aksjologicznie, ale też najbardziej zapomniana z wielkich rewolucji nowoczesnych[25], na kartach swojej konstytucji zapisała, że wszyscy są Czarni. Niewolnicy plantacji cukrowych na Haiti potraktowali słowa liberté, égalité, fraternité tak poważnie, jak nigdy nie uczyniła tego słów tych ojczyzna. W ten sam sposób filmowi Sipajowie traktują demokratyczne deklaracje ciemiężących ich Brytyjczyków: wytoczą przeciwko nim jej własne ideały. „W Anglii królowa jest na monetach, ale rządzi lud!”. W Anglii lud nie rządził prawie albo zgoła nigdy, ale Anglia nie może tego przyznać otwarcie: fikcja „demokracji” stanowi jeden z elementów legitymizacji władzy angielskiej (i każdej innej euroatlantyckiej) burżuazji. Dla filmowych Sipajów postulat władzy ludu wymierzony jest w dwu kierunkach: przeciwko Kapitałowi (władzy Kompanii), ale także – uprzedzająco – przeciwko pragnącym odrestaurować status quo ante indyjskich książąt i królów. Sipajowie dają im do zrozumienia, że bunt nie ma na celu powrotu do starego świata dającego przywileje radżom i obsługującemu ich personelowi, a stworzenie nowego, który będzie lepszy od wszystkiego, co było wcześniej.

Skoro była już mowa o wartościach uniwersalistycznych (a więc rewindykujących niezbywalne prawa wszystkich ludzi), za którymi poprzez historię Mangala i jego towarzyszy, opowiada się film, do nich również wydaje się odwoływać sekwencja święta Holi. Wielu autorów krytycznych, z Immanuelem Wallersteinem na czele[26], podkreślało ideologiczny charakter zachodnich pretensji do uniwersalizmu jego własnych liberalnych wartości. Pretensje te przez stulecia były instrumentem zachodniego imperializmu, uzasadniania podboju i eksploatacji niezachodnich społeczeństw. Odpowiedzią, jaką proponuje Rebeliant, jest szukanie potencjału uniwersalizmu w samych kulturach podporządkowanych. Sekwencja Holi pokazuje potencjał uniwersalizmu tkwiący w indyjskiej afirmacji mnogiej różnorodności, której ekspresją jest wzajemne obrzucanie się wszystkich uczestników festiwalu bogactwem kolorowych proszków przy jednoczesnym mieszaniu się wszystkich ludzi w tłumie. O ile pluralizm tożsamości kulturowych był/jest w Indiach wehikułem utrzymywania status quo, bo przez reprodukcję spetryfikowanego podziału pracy zarządza różnicami, które reprodukują także społeczną hierarchię wraz ze stosunkami dominacji i władzy, o tyle nastawienie na mnogość doprowadzone do krańcowej postaci może mimo to unieważnić wszystkie różnice i uczynić wszystkich w tej złożonej różnorodności równymi. To właśnie dokonuje się w obrazach festiwalu, w którym od nadmiaru kolorów wszyscy – pokryci każdy unikalną kombinacją przypadkowych plam barwnych – zaczynają w pewnym sensie wyglądać tak samo. Każdy napotkany człowiek został w ten wir wchłonięty – prostytutki, hidźra, wdowa, która nie chciała umrzeć na stosie, napotkani Anglicy, itd.

 

Wczoraj i dziś

Można powiedzieć, że „Rebeliant” fałszuje rzeczywistość historyczną: opowiada zmitologizowaną wersję wybuchu powstania Sipajów i czyni to na dodatek w sposób ujmujący powstanie w kategoriach znacznie bardziej dojrzałych politycznie, niż ono samo było w stanie się ujmować, uczepione w istocie retoryki wojny o religię. Można także – zatrzymując się na linearnym odbiorze filmu – uznać, że dość naiwnie wieńczy on indyjską historię momentem odzyskania niepodległości przez ruch, którego symbolem był Mahatma Gandhi. Jakby problemy wytworzonej przez epokę kolonialną struktury kapitalizmu zależnego przeminęły wraz z odejściem brytyjskich żołnierzy (tak odczytany, film popadłby na koniec w odpolityczniający komfort afirmacji wyzwolenia, które się jednak rzekomo dokonało – czyli już o nie walczyć nie trzeba, już jest dobrze). I tu docieramy do finalnego „owszem, ale…”.

Owszem, ale film dąży do przerzucenia mostu poznawczego pomiędzy przeanalizowaną materialistycznie przeszłością a teraźniejszością społeczeństwa peryferii kapitalizmu, która to teraźniejszość z tej przeszłości się narodziła i trwa wciąż w tej samej strukturze. Wątek tłuszczu krowiego i świńskiego ewokuje dość bezpośrednio kontekst współczesny – skandal, jaki wybuchł, gdy Indie obiegła wiadomość (plotka?), że w restauracjach McDonald’s w tym kraju stosowano tłuszcz i mięso z krów, bez poszanowania dla panującego w nim kulturowego zakazu zabijania i jedzenia tych zwierząt. Działo(by) się to z tego samego powodu, dla którego Kompania nie używała tuszczu z kruków – tak było taniej. Uruchamiony więc tym samym zostaje poziom interpretacji odsyłający do współczesności. Wciąż żyjemy w tym samym systemie, w którym władzę sprawuje Kapitał, tyle, że dzisiaj jego machina nie nosi nazwy Kompania Wschodnioindyjska tylko CocaCola, McDonald’s, Halliburton, Monsanto… I tak jak obalenie władzy Kompanii Wschodnioindyjskiej nie przyniosło wolności, a tylko kolejny etap walki o nią (Company Raj przeszedł w British Raj), tak wyzwoleniem wciąż nie było (dla żadnego ze społeczeństw postkolonialnych) odzyskanie formalnej niepodległości. Walka o wyzwolenie (o „skok ludzkości z królestwa konieczności do królestwa wolności”) wciąż pozostaje naszym zadaniem i obowiązkiem – mówi tak naprawdę film Ketana Mehty. Kapitał wciąż – nieprzerwanie – sprawuje totalitarną władzę nad życiem nas wszystkich.

Przypisy:

[1] Karol Marks, Powstanie indyjskie, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, t. 12, Warszawa: Książka i Wiedza 1967. Cyt. za przedrukiem w: „Le Monde diplomatique – edycja polska”, nr 8 (18) sierpień 2007, s. 15.

[2] Louis Althusser, O dialektyce matrialistycznej, [w:] tegoż, W imię Marksa, przeł. Michał Herer, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2009, s. 224.

[3] Cyt. za: Edward W. Said, Orientalizm, przeł. Monika Wyrwas-Wiśniewska, Poznań 2005, s. 27.

[4] E. Said, dz. cyt.

[5] Zob. Np. Rethinking Third Cinema, red. Anthony R. Guneratne, Wimal Dissanayake, New York – London: Routledge 2003; Robert Stam, Film Theory: An Introduction, Malden: Blackwell Publishers 2000; Questions of Third Cinema, red. Jim Pines, Paul Willemen, London BFI Publishing 1989;

[6] Zgadzam się ze stanowiskiem Vijaya Mishry, że Bombay Cinema to odrębny gatunek filmowy. Vijay Mishra, Bollywood Cinema: Temples of Desire, New York/London 2002.

[7] Immanuel Wallerstein, The Modern World-System, vol. I: Capitalist Agriculture and the Origins of the European World-Economy in the Sixteenth Century, New York/London, 1974. Tegoż, The Modern World-System, vol. II: Mercantilism and the Consolidation of the European World-Economy, 1600-1750, New York 1980. Tegoż, The Modern World-System, vol. III: The Second Great Expansion of the Capitalist World-Economy, 1730-1840’s, San Diego 1989. Mike Davis, Late Victorian Holocausts. El Niño Famines and the Making of the Third World, London-New York: Verso 2001.

[8] Louis Althusser, dz. cyt., s. 191-226.

[9] Cytowany tekst Marksa Powstanie indyjskie został napisany 4 września 1857 r. dla amerykańskiego dziennika „New York Daily Tribune” (nr 5119, 16 września 1857).

[10] William Dalrymple, The Last Mughal. The Fall of a Dynasty, Delhi, 1857, London: Bloomsbury 2006. Tegoż, Historia powstania Sipajów czyli model wojny imperialnej, “Le Monde diplomatique – edycja polska” nr 8(18)/2007, s. 14-15.

[11] Raport badającej te wydarzenia przez kilkanaście lat komisji śledczej pod przewodnictwem sędziego Manmohana Singha Liberhana dostępny jest w całości (ponad tysiąc stron) w Internecie, m.in. w portalu „India Times”, pod adresem: http://docs.indiatimes.com/liberhan/liberhan.pdf

[12] Problematykę tę we wpółczesnym kinie bollywoodzkim starałem się zarysować w eseju: Bollywood i muzułmanie, „Le Monde diplomatique – edycja polska”, nr 2(48)/2010. Nieco dłuższa wersja tekstu dostępna jest online pod adresem: http://lewica.pl/index.php?id=21075.

[13] Zob. W. Dalrymple, The Last Mughal…

[14] Neil Lazarus, Studia postkolonialne po inwazji na Irak, przeł. Barbara Sochacka, „Recykling Idei” nr 10, wiosna/lato 2008, s. 42. Pierwodruk: „New Formations”, nr 59, Autumn 2006, s. 10-22.

[15] Np. Arjun Appadurai, Nowoczesność bez granic, przeł. Zbigniew Pucek, Universitas, Kraków 2005.

[16] Do końca XVIII Indie, pojmowane jako gospodarka-świat w rozumieniu Braudela i Wallersteina, były drugą po Chinach potęgą ekonomiczną wytwarzającą około 25% światowej produkcji, daleko wyprzedzając Europę – zacofaną wtedy gospodarczo, jednak inwestującą w rozwój militarny, umożliwiający kolejne etapy globalnej ekspansji i grabieży. Zob. zwł. M. Davis, dz. cyt.; J. Goody, Kapitalizm i nowoczesność. Islam, Chiny, Indie a narodziny Zachodu, przeł. Mariusz Turowski, Warszawa 2006; M. Turowski, Wielkie rozwidlenie? Jak powstał Trzeci Świat, „Lewą Nogą” nr 17, s. 303-331.

[17] W kapitalistycznym systemie produkcji – i tym się on różni od wszystkich przednowoczesnych systemów produkcji – jest odwrotnie: struktury i funkcje polityczne podporządkowane są ekonomicznemu imperatywowi akumulacji kapitału (nawet za cenę systematycznej zagłady części ludzkości, jak tego kapitalizm dowodzi od ludobójstw Indian amerykańskich w pierwszej historycznie fazie akumulacji kapitalistycznej sfinansowanej grabieżą złota zwożonego z Ameryki, po III Rzeszę, czy w końcu dzisiejszy Irak).

[18] Europejski feudalizm był niewydajnym i popadającym w ciągłe kryzysy (klęski głodu, epidemie) inwariantem trybutarnego systemu produkcji. To właśnie jego niewydajność i wewnętrzne sprzeczności popchnęły pragnącą je przekroczyć Europę na drogę akumulacji kapitalistycznej, która Zachodowi przyniosła dynamiczny rozwój, ale kosztem reszty ludzkości, dla której była (i w przeważającej większości jest) monstrualną katastrofą.

[19] M. Davis, dz. cyt.

[20] India is rich, powiada jednemu z przedstawicieli Kompanii jeden z bohaterów drugoplanowych

[21] Katherine Mayo, Mother India, London 1927.

[22] Z nowszych prac odnoszących się m. in. do tej problematyki, warto wskazać Jasbir K. Puar, Terrorist Assemblages. Homonationalism in Queer Times, Duke University Press, Durham and London, 2007.

[23] Podobnie jest zresztą z postacią Hiry (Rani Mukherji) i wątkiem domu publicznego, w którym ona pracuje. Brak szacunku, z jakim europejscy „goście” traktują kurtyzany, jest tu znakiem następującej pod kolonialnym obcasem stopniowej degradacji ich przedtem prestiżowej pozycji społecznej. Byłby to jeden z wielu wymiarów pogarszania się położenia kobiet w bezpośredniej konsekwencji podboju kolonialnego.

[24] Tekst pieśni wyraża bierne, odwodzące od działania oczekiwanie na wyroki Boga. Tekst polskiego przekładu za wydaniem DVD: „O Mesjaszu, do nadziei drogę pokaż nam. / O, Mesjaszu, do nadziei drogę pokaż nam. / Pełen czci do Ciebie lecę, jak do płomienia leci ufna ćma. / Miłościwy Boże, wysłuchaj moich próśb. / Pokaż mi drogę do Twego światła, niechaj mi oczu nie przesłania mgła. / Miłościwy Boże, wysłuchaj moich próśb. / O Mesjaszu, do nadziei, drogę pokaż nam. / O, Mesjaszu, do nadziei drogę pokaż nam. / Serce tak mnie boli, w nocy wciąż się budzę. / Ciągle rzucam się na łóżku, czuję w piersi burzę. / Co to dalej będzie? Co się teraz stanie? / Cały świat zatrzymał oddech, co to będzie dziś? / O mój Panie, o Mesjaszu. / Czemu stawiasz mi przeszkody, próby ognia zsyłasz mi? / Miłościwy Boże, wysłuchaj moich próśb.” Nie należy jednak zapominać, że istnieje też lewicowa, marksistowska wariacja na temat słowa ‘Mesjasz’. Imię jej Walter Benjamin, u którego Mesjaszem jest  – ni mniej, ni więcej – Rewolucja.

[25] Zob. Peter Hallward, Haitańska inspiracja, przeł. Mateusz Janik, “Recykling Idei” nr 10, wiosna/lato 2008, s. 10-15.

[26] I. Wallerstein, Europejski uniwersalizm. Retoryka władzy, przełożył Adam Ostolski, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2007.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się w tomie Bollywood – prawdy i mity pod redakcją Grażyny Stachówny i Katarzyny Magiery, w serii „Studia Filmoznawcze” Wydawnictwa Uniwersytetu Wrocławskiego (2011).

 

Mapa RPA

Krewetki w Soweto

Jeden ze stałych autorów najbardziej „intelektualnego” miesięcznika filmowego w Polsce tak podsumował zarówno sens jak i powody ogromnego sukcesu frekwencyjnego Dystryktu 9, 30-letniego debiutanta z Afryki Południowej Neilla Blomkampa:

„[…] film Blomkampa jest najbardziej dosadną w dziejach kina metaforą apartheidu. Bolesną wszak segregację rasową wobec kosmitów akceptują ci, którzy sami potrafili znieść jej jarzmo – czarna większość Republiki Południowej Afryki. Ale nakreślona przez Blomkampa metafora idzie dalej: jeśli przyczyną odizolowania Obcych od ludzi jest strach przed nieznanym, to również południowoafrykański apartheid był wynikiem strachu białej rasy przed nieznaną czarną siłą. Powód do dumy dla Czarnych, ale i głębszej refleksji dla wszystkich.”[1]

 

Strach przed nieznanym?

Takie sposoby „wyjaśniania” i interpretowania rasizmu są rasizmem w dokładnie takim samym stopniu, jak powody stojące za wprowadzeniem apartheidu. Czy np. tzw. commerce triangulaire wziął się ze „strachu przed nieznanym”, czy może raczej ze stosunków produkcji, które potrzebowały darmowej, pozbawionej praw, możliwej do bezkarnej i nieograniczonej ekslpoatacji siły roboczej, przywożonej na plantacje z Afryki? „Czarna siła” jest fantazmatem nieodłącznie wpisanym w porządek ideologii rasistowskiej, podsycającym strach przed tymi, których się krzywdzi i wyzyskuje, powstrzymującym co wrażliwsze wśród uprzywilejowanych jednostki przed nierozważnymi gestami traktowania „Czarnych” jak ludzi. Jeżeli coś realnego za tym fantazmatem stoi, to to, że zmuszeni do najcięższej pracy fizycznej, rzeczywiście mieli czasem podstawy jawić się jako fizycznie silniejsi niż ci, którzy spędzali życie, konsumując wypracowywaną przez nich wartość. Wbrew temu, co się wydaje krytykowi z szacownego pisma, apartheid nie wziął się ze strachu przed tym, co nieznane. Miażdżącą większość w Południowej Afryce stanowi ludność czarnoskóra, biali są mniejszością, która przybyła niezbyt dawno na okrętach kolonizatorów. Czy gdyby „strach przed nieznanym” sam w sobie był jakimś wyjaśnieniem, to nie zepchnąłby raczej białych na pozycję dyskryminowanych? Strach przed pozbawioną praw i eksploatowaną ludnością czarnoskórą (de facto strach przed potencjalnym wybuchem jej gniewu, strach przed jej zemstą) był skutkiem a nie przyczyną.

Tego rodzaju „rozważania” to kolejny przykład na swój sposób fascynującego fenomenu bezradności intelektualnej mainstreamu polskiej krytyki filmowej w stosunku do krytycznego politycznie kina. Nawet kiedy nie odrzuca ona takiego filmu z góry (zwykle dlatego, że go nie za bardzo zrozumiała), to po omacku usiłuje go przełożyć na własny język naiwnego humanizmu, uzbrojony np. w surogaty kategorii pseudopsychoanalitycznych. Dystrykt 9 jest kolejnym przypadkiem filmu znacznie ciekawszego niżby jego polskie recenzje na to wskazywały.

 

Współczesna przyszłość

Przypomnijmy dla porządku, o czym opowiada film Blomkampa. Nad Johannesburgiem zawisł okręt międzygalaktyczny przybyszów z nieznanej planety. Specjalnym jednostkom wojskowym i policyjnym udało się tam dostać i wydobyć ze środka rzesze uwięzionych na statku, wygłodzonych kosmitów. Zostali umieszczeni w wydzielonym dla nich, odgrodzonym drutami obozie baraków na obrzeżach największego miasta RPA. Poznajemy te wydarzenia w upozowanych na telewizyjne archiwalia retrospekcjach. Główna płaszczyna czasowa filmu rozgrywa się jednak dwadzieścia lat później. Populacja tajemniczych przybyszów pozostaje nierozwiązanym problemem. Ich slums się przeludnia, jest ich tam już 1,8 miliona. W mieście podlegają bezwzględnej rasistowskiej dyskryminacji, w kwestiach aprowizacyjnych zdani są na czarny rynek i gangi. Władze przygotowują – wspomaganą potężną akcją propagandową – operację ich wysiedlenia w jeszcze gorsze warunki, tyle że z dala od miasta, co by nie psuli widoku i samopoczucia miejscowym. Rozwinął się w międzyczasie strukturalnie identyczny z rasizmem dyskurs nazywający ich pogardliwie i z obrzydzeniem „krewetkami”. Miał on zapewne swój udział w moralnym znieczuleniu, koniecznym, by przeprowadzić na nich szereg nagannych etycznie eksperymentów i badań „medycznych”. Przeprowadzenie wysiedlenia tajemnicza (a wszechobecna) instytucja MNU powierza głównemu bohaterowi Wikusowi Van De Merwe (Shalto Copley).

W swoim arcyciekawym eseju „Hegel i niemożliwość przyszłości w kinie science fiction”[2] Todd McGowan przekłada dialektykę Heglowskiego odczytania Kanta na wspomniany gatunek filmowy. Widzi w nim przede wszystkim wehikuł wydobywający na powierzchnię, bezpośrednio przed nasze oczy, nie tyle możliwą przyszłość (czego wbrew pozorom kino sci-fi raczej nie czyni), co obnażone ostateczne etyczne konsekwencje ideologii teraźniejszości. Zamiast jednak koncentrować się na jej segmentach dominujących (czym zajmuje się np. thriller), eksploruje wątki pograniczne, nowe, dopiero się wyłaniające – często zresztą wyłaniające się jako pozornie stawiające opór ideologii, czy też znajdujące się poza nią. W ujęciu McGowana celem widowiska science fiction jest wykazanie funkcjonalnego miejsca tych „ideologii obrzeży” w ideologii dominującej, ich roli domykającej panujący porządek ideologiczny[3].

Jednym z przywoływanych przez McGowana znakomitych przykładów jest film Wyspa (The Island, reż. Michael Bay, 2005), w którym odsłonięta zostaje polityczna ekonomia alternatywnych, zdrowych stylów życia, dbania o zdrowie i chronienia własnego ciała przed zagrożeniami wynikającymi z niekontrolowanego i niszczycielskiego rozwoju przemysłu. Takie „alternatywne style życia” lubią postrzegać siebie jako ośrodki oporu wobec logiki narzucanej podmiotom przez wymagania kapitalistycznych stosunków produkcji i konsumpcji. Wyspa ujawnia jednak, że

„ideał czystego ciała w istocie służy współczesnemu indeksowi ideologicznej kontroli. […] Wyspa pokazuje, jak ideologia czystego ciała przekształca owo ciało w towar ostateczny. Nawet jeśli nikt nie zbiera organów konsumentów lokalnej żywności biologicznej, pierwszeństwo, jakie w swoim myśleniu przyznają oni zdrowiu swojego ciała, przygotowuje ich do stopniowej redukcji wolności obywatelskich urządzanej w imię bezpieczeństwa ich ciał”[4].

Blomkamp postanowił twórczo i pomysłowo przefiltrować te właściwości science-fiction przez postmodernistyczne podejście do formy, czego pierwszym efektem jest tematyzacja samego science fiction jako medium sondującego ideologie teraźniejszości. Film zaczyna się jak telewizyjny dokument, jego wstawki „archiwalne” wyglądają jak stare materiały telewizyjne, logicznie rzecz ujmując film jednak musi rozgrywać się w przyszości, bo jest już po zniesieniu apartheidu. Jak daleka to konkretnie przyszłość, trudno orzec – nie padają w tej sprawie żadne konkrety; od zawieszenia się statku nad Johannesburgiem minęły już dwie dekady, ale nie widać w świecie przedstawionym oznak szczególnie wyraźniejszego postępu technologicznego, o społecznym nie wspominając (jest za to negatyw tego ostatniego: rola, jaką pełni MNU, o czym będzie później). To wszystko na raz oczywiście z jednej strony odbija problem, jaki oparta na przeroście percepcji czasu teraźniejszego, schizofreniczna kultura ponowoczesna ma z szerszą perspektywą czasową i szerszymi społecznymi i historycznymi łańcuchami przyczynowo-skutkowymi[5], a przede wszystkim dokonany przez nią cichaczem pogrzeb idei Postępu. Ale przede wszystkim wydaje się mówić: „to nie jest film o przyszłości i kosmitach, to jest film o współczesności”. Co więcej, w przeciwieństwie do większości tekstów postmodernistycznych, Dystrykt 9 puszcza do widza oko i ironizuje nie po to, by szmuglować treści konserwatywne i zgodę na status quo, a po to, by szmuglować treści krytyczne.

 

Obozy i „nagie życie”

Wschodzącą ideologią współczesności ekspolorowaną przez film Blomkampa (ideologią wschodzącą „na obrzeżach” w niemal ścisłym sensie tego określenia) jest ideologia „czyszczenia” przestrzeni miejskiej połączona z ideologią strachu przed inwazjami głodnych Obcych, przedstawianych jako zagrożenie pochodzące spoza racjonalnego porządku kultury, szturmujące „naszą” przestrzeń życia. Ideologia wymagająca wznoszenia murów i ogrodzeń z drutu kolczastego, wymagająca zamykania Obcych w obozach. Ukryci pod pogardliwym, odbierającym im podmiotowość pseudonimem „krewetek”, mieszkańcy Dystryktu 9 są figurą Agambenowskiego „nagiego życia”, wszystkich tych, którym odmówiono wszelkich praw, zostawiając (jeszcze) jedynie pozbawione praw życie w stanie surowym. Palestyńczycy odgrodzeni murem od swoich miejsc pracy czy zamknięci w potrzasku bombardowanej Gazy, uchodźcy zamykani w obozach na pograniczu hiszpańskich enklaw w północnym Maroku i w obozach północnej Francji, więźniowie Guantanamo czy Abu Ghraib, a także ci wszyscy, których przechwyci założony w Warszawie dla obrony Twierdzy Europa przed imigrantami Frontex. „Krewetki” z Soweto są Homo sacer. Umieszczenie akcji w RPA jest kapitalnym skrótem myślowym. Apartheid nie został obalony – zniesiony formalnie w swojej ojczyźnie, zaprowadzany jest tylnymi drzwiami na skalę planety, na całej jej powierzchni. W przeciwieństwie do Rewolucji, jego niepowodzenie w ścisłych granicach jednego kraju otworzyło przed nim wrota do kariery międzynarodowej.

Podobnie jak typowy dla reżimu Berlusconiego dyskurs demonizujący imigrantów dobijających do wybrzeży Włoch i karający więzieniem za udzielenie pomocy tym znich, którzy toną, nie zadaje pytań o powody, jakie ich „do nas” sprowadziły, tak zohydzający dyskurs o „krewetkach” nie interesuje się specjalnie przyczynami ich migracji. Jeden z indagowanych naukowców rozważał jedynie katastrofę większego okrętu, od którego ten, jego możliwa część, się odczepił. A co jeśli za smutnymi słowami Obcego do jego malutkiego syna, że niestety powrót na ich planetę nie jest obecnie możliwy, stoi nie tylko awaria pojazdu kosmicznego, ale sytuacja polityczna czy ekonomiczna w miejscu ich pochodzenia? Sytuacja, która ich stamtąd wypędziła?

Film Blomkampa niezwykle trafnie pokazuje ideologiczne mechanizmy, których wzajemne wspieranie się umożliwia reprodukcję i rozwój takiego stanu rzeczy. Ideologia obrony przed Obcymi spotyka się z ideologią „oczyszczania” przestrzeni miejskich z „niepożądanego elementu”. Określenie Obcych mianem „krewetek” buduje dystans i odruchowe reakcje obrzydzenia i pogardy, które utrudniają rozpoznanie w nich istot myślących i czujących tak samo jak ludzie. Buduje podziały, które z jednej strony podają się za nieprzekraczalne granice natury biologicznej, wyjaśnialne tylko i wyłącznie tym „kto się kim urodził”. Z drugiej jednak strony – jak każda rasistowska interpelacja podmiotu – podszywa te podziały nieusuwalnym komponentem lęku i niepewności: lęku, że mimo urodzenia istnieje ryzyko niesprostania narzucanym przez włąsną rasę wysokim standardom i wypadnięcia do niższej kategorii (to właśnie spotka Wikusa i to właśnie uruchomi masową – ale manipulowaną z góry – histerię po jego stronie „rasowej” barykady).

Wątek czarnego rynku puszek z jedzeniem dla kotów, jaki kwitnie w slumsie Obcych, generując towarzyszącą mu kulturę obsługujących ten rynek gangów nigeryjskich, które pragną posiąść moc władania ich bronią, porusza za jednym zamachem kilka problemów. Bytowe strategie przetrwania wywodzące się z niezawinionej beznadziei społeczno-ekonomicznego położenia Obcych zostają następnie ideologicznie przetworzone w argumenty dyskursu pogardy, dowody niższości i obrzydliwości „nie-ludzi”. Z kolei warunki ekonomiczne panujące w wykluczonych z obiegu gospodarki formalnej afrykańskich peryferii odbudowują odmalowywane w tak przejmujący sposób przez Mike’a Davisa stosunki neofeudalne i zmuszają ludzi do szukania ratunku w oparach magii i odgrzewanych kultów prymitywnych[6]. Nie stanowią one oczywiście żadnego wyzwania dla kapitalizmu, choć pozornie różnią się od niego nadmiarem pierwiastka ostentacyjnie irracjonalnego – domykają go, zagospodarowując w nieszkodliwy sposób rozpacz tych, których jego logika wykluczyła na swój globalny margines. (Po to, by w dalszej konsekwencji wygenerować z nich potencjalnie niewyczerpaną globalną podaż siły roboczej). Zarządzanie „nagim życiem” za drutami ogradzającymi Dystrykt 9 okazuje się także sprzężone z polityką interwencji w ciała własnej społeczności (badania nad możliwością przejęcia broni Obcych, kompatybilnej z ich DNA i przez to niemozliwej do obsługi przez ludzi), celem umocnienia strategii sprawowania władzy nad całym ciałem społecznym.

Czujnemu spojrzeniu młodego filmowca nie umyka i to, że w stosunku do swoich najbardziej pokrzywdzonych ofiar ideologia nie rezygnuje jednocześnie z fikcji (jeżeli nie farsy) jurydycznego podmiotu odpowiedzialnego jakoby samodzielnie za własne położenie. Wikus ze swoimi ludźmi na mieszkańcach Dystryktu 9 wymuszają podpisy pod formalną zgodą na przesiedlenie. Na opornych mają haki.

 

Niebezpieczeństwo paranoi

McGowan trafnie zauważa, że choć kino science fiction znajduje się na „radykalnej krawędzi” głównonurtowego, popularnego kina gatunków, nie należy jednak przeceniać jego zdolności krytycznych. Wpisane jest w nie bowiem „niebezpieczeństwo paranoi”, czy nawet interpretacja świata ściśle właściwa podmiotowi paranoicznemu.

„Idealna postać nieobciążonego brakiem Innego [non-lacking Other] dostarcza klucza do funkcjonowania paranoi. Paranoja przyjmuje postawę sceptycyzmu w stosunku do ideologii, ale postawa ta zatrzymuje się na Innym Innego [the Other of the Other]. W ten sposób, z powodu inwestycji w paranoję jako tryb przedstawiania, zdolność kina science fiction do ujawniania pracy ideologii dociera do swojej granicy: jego brak zaufania do ideologii (wielkiego Innego) nie rozciąga się na Innego Innego, ukrytego agenta, podmiot odpowiedzialny za działanie ideologii. Problem z paranoją – i tym samym problem tak z Kantowską moralnością, jak i z science fiction – to wiara w nieobciążonego brakiem Innego Innego, który autoryzuje strukturę ideologii. Wiara w tę figurę – i w jej całościowość – działa jako bariera, która czyni podmiot paranoiczny (i widzów filmów science fiction) ślepym na prawdę jego własnej aktywności [w ramach ideologii – przyp. J.P.].”[7]

Właściwe paranoi (i kinu science fiction) rozumienie reczywistości zakłada istnienie jakiegoś potężnego „władcy”, który „za tym wszystkim” stoi, pociąga za sznurki i sam jest wolny od mistyfikacyjnej władzy ideologii. Daje to jednocześnie podmiotowi paranoicznemu komfort poczucia, że sam swoimi praktykami w strukturach wyznaczonych ideologią nie przyczynia się do jej trwania, reprodukcji i rozwoju. We wpomnianym filmie Wyspa w pełni samoświadomym (a więc „nieobciążonym brakiem”) Innym Innego jest wszechmocny dyrektor przedsiębiorstwa ubezpieczeniowego uzyskującego dla ubezpieczonych zastępcze organy z ciał ludzi pochodzących z klonowania klientów. On to wszystko wymyślił, trzyma w garści i zarabia na tym fortunę.

Otóż wydaje się, że przedsięwzięte przez Blomkampa zadanie przepracowania formuły science fiction i pociągnięcia jej kilka krytycznych kroków dalej pozwoliło mu na przekroczenie tego największego strukturalnego ograniczenia gatunku. Po pierwsze udaje mu się wpisać eksplorowane ideologie i wyprowadzone z nich ekscesy władzy w strukturę ekonomiczną, której reprodukowaniu służą. Docieramy tu do wszechobecnej w filmowym Johannesburgu MNU – Multi National United, która stanowi coś w rodzaju zrośniętych sił państwa i wysoko skoncentrowanego kapitału w stadium monopolistycznym. W jednej z niby-dokumentalnych „setek” ktoś mówi „MNU lub inny rząd”. Widzimy jednak, że nie mamy tu do czynienia z rządem w tradycyjnym sensie tego słowa. Nie nosi on nazwy państwa, nie powołuje się nigdy na prawo, a logo tej organizacji pojawia się wszędzie, nie tylko na samochodach opancerzonych, ale także na wyglądających na korporacyjne biurowcach. „Multinational” to słowo, które w niejednym języku kojarzy się z określeniem wielkich korporacji ponadnarodowych – np. po francusku jest to une multinationale.

Niedopowiedziany do końca status MNU czyni ją czymś w rodzaju figury kapitalizmu (albo nawet samego Kapitału) epoki globalnych monopoli złączonych w jeden organizm z aparatem państwa niczemu innemu już nie służący, jak tylko obronie interesów tego kapitału. Ponieważ to także MNU pilnuje slumsu w Dystrykcie 9, prowadzi operację jego przesiedlenia, jak również nieetyczne badania na ciałach Obcych, sprawowanie władzy poprzez zamykanie coraz to nowych ludzi za murami i w obozach okazuje się drugim biegunem tego samego procesu reprodukcji systemu opartego na monopolistycznej koncentracji kapitału. Apartheid, kiedy był jeszcze ustrojem tylko jednego kraju, miał na celu obronę kapitalistycznych stosunków własności w warunkach peryferyjnie ekscesywnych nierówności społecznych. Jego współczesny globalny eksport wiąże się z rozprzestrzenianiem się takiej struktury nierówności (rozwieraniem się nożyć między bogactwem a biedą) i monopolistyczną fazą akumulacji kapitału na skalę planety.

McGowan przestrzega również i przed tym, że „nieobciążonym brakiem Innym Innego” nie musi być osoba, może nim być „ucieleśniająca etos i deologię kapitalizmu” korporacja. Tak jest jego zdaniem w filmach RoboCop Paula Verhoevena (1987) czy Alien Ridleya Scotta (1979)[8]. Dystrykt 9 wydaje się jednak z sukcesem przekraczać tę barierę. MNU i wcielony weń Kapitał wydaje się być bardziej znakiem struktury, która wszystko porządkuje, tworzy antagonizm i nim – generując pewne miejsca w swoim obrębie i praktyki z tych miejsc wynikające – zarządza, niż Osobą (choćby zbiorową czy prawną), która jest poza ideologią i w pełni świadomości zza kulis pociąga za sznurki. Dlatego MNU jest tu wszędzie (pod postacią swojego logo) i jednocześnie nie wiadomo, czym właściwie jest („kapitału nikt nigdy nie widział, ani go nie spotkał”, jak powiada Jameson[9]). Więźniami ideologii są tutaj wszyscy i każdy ją na swoim odcinku, praktykami właściwymi dla odcinka, który zajmuje, uskutecznia – od zajmujących się problemem Obcych naukowców miejscowego uniwersytetu, przez funcjonariuszy reprodukujących dyskurs zagrożenia mediów, po wznoszącą wrogie okrzyki biedotę na przedmieściach. Wikus wierzy w słuszność operacji przesiedlenia „krewetek”, dopóki sam nie znajdzie się w krytycznym punkcie na granicy dwóch światów, a więc automatycznie wykluczony z pełnoprawnego uczestnictwa w świecie „lepszych” – jego istnienie zaczyna wówczas kwestionować zupełną oddzielność obydwu tych światów (staje się więc czymś takim jak Żyd dla nacjonalisty – żywym podważeniem samej pozytywnej zasady „Narodu”).

Paranoiczna interpretacja rzeczywistości potrzebuje przeciwwagi dla nieobciążonego brakiem Innego Innego, który trzyma wszystko pod kontrolą. Stanowi ją równie nieobciążony brakiem, idealny podmiot, który odkrywa mistyfikację Innego Innego (jak Neo czyli „One”, „Jedyny” w Matriksie). Jest on gwarancją komfortu podmiotu paranoicznego (i widza science fiction): w przeciwieństwie do reszty – on wie, „jak to jest naprawdę”. Wikus tymczasem jest najpierw gorliwym egzekutorem panującej ideologii (od początku wie, że Obcy zostaną przesiedleni do jeszcze gorszych warunków, ale tak trzeba, żeby oczyścić miasto). Dopiero utrata własnej pozycji w obrębie uprzywilejowanych i fundamentalny brak wykluczający go z rasy „lepszych” (jego ciało zaczyna się upodabniać do Obcych), zmusza go do przebudowy swoich przekonań, i nie dochodzi do tego bynajmniej bezboleśnie ani łatwo. Sceptycyzm jest tu więc konsekwencją braku, a tym samym przekracza paranoiczną strukturę pola widzenia czystego gatunkowo science fiction.

Na koniec wreszcie żaden problem nie będzie w finale rozwiązany, wszystkie pozostawione zostaną w stanie nabrzmiewającym. Populacja Dystryktu 9 powiększy się wkrótce o jedną trzecią; MNU nie przestanie sprawować nienaruszonej władzy, a próby podważenia jej interesów (choćby przez wskazanie łamania przez nią prawa) spotkają się z surowymi represjami; społeczeństwo pozostanie utrzymywane w kłamstwach i przemilczeniach, itd. Wikus nie jest bohaterem Ewana MgGegora w Wyspie, który by uwolnił wszystkich swoich obciążnych brakiem (niewiedzą o przeznaczeniu ich ciał) towarzyszy zniewolenia. Nie jest też bohaterem Ethana Hawka w Gattace, któremu by się udało uratować własną skórę. Tak jak za ideologią nie stoi wszechmocny Inny Innego, tak wyzwolenia nie przyniesie idealny podmiot nieobciążony brakiem – dopóki nienaruszone pozostanie samo Realne społecznego antagonizmu. W pojedynkę, czy nawet we dwójkę, tego się nie dokona. Konieczny jest czyn prawdziwie polityczny.

Przypisy:

[1] Konrad J. Zarębski, Kosmiczny apartheid, “Kino” nr 10/2009, s. 37, cyt. za wersją online.

[2] Todd McGowan, Hegel and the Impossibility of the Future in Science Fiction Cinema, “Film-Philosophy”, t. 13, nr. 1, s. 16-37. <http://www.film-philosophy.com/2009v13n1/mcgowan.pdf>, online.

[3] Tamże, s. 25-28.

[4] Tamże, s. 27.

[5] Zob. Frederic Jameson, Postmodernizm i społeczeństwo konsumpcyjne, przeł. P. Czapliński [w:] Postmodernizm. Antologia przekładów, red. R. Nycz, Kraków 1998, s. 190-213.

[6] Mike Davis, Planeta slumsów, przeł. Katarzyna Bielińska, Warszawa 2009. zob. np. podrozdział o „małych czarownicach z Kinszasy” (s. 264-275).

[7] T. McGowan, dz. cyt., s. 30.

[8] T. McGowan, dz. cyt., s. 30, przyp. 13.

[9] F. Jameson, Mapowanie poznawcze, przeł. Bartosz Kuźniarz, “Krytyka Polityczna”, nr 16/17, s. 238.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się w kwartalniku Bez Dogmatu, nr 83 (2010).

Świecki mit nowoczesnych Indii

Mother India Mehbooba Khana

Każdy zna Indirę Gandhi. Nie każdy jednak w Europie wie, na co powoływał jej polityczny wizerunek. Nieformalny pseudonim „Matka India”, slogan India is Indira, cała polityczna ikonografia, za pomocą której zwracała się do swojego społeczeństwa [1] – wszystko to zbudowane było na odniesieniach do indyjskiego filmu wszech czasów, filmu, który stanowi apogeum i „dzieło absolutne” klasycznego okresu kina bombajskiego [2], później (na początku lat 80.) nazwanego bollywoodzkim [3]. Ten niesamowity film jest jednym z najważniejszych dzieł w dziejach największej kinematografii planety, wziął szturmem ekrany Azji Południowej, Południowo-Wschodniej i świata islamu, zgarnął wiele nagród, w tym nominację do Oscara za najlepszy film zagraniczny, ale pozostaje wciąż niemal zupełnie nieznany w Polsce. Mother India muzułmańskiego socjalisty Mehbooba Khana, reżysera i producenta, który w logo swojej wytwórni Mehboob Productions umieścił na czerwonym tle cokół z inicjałem M wkomponowanym w symbole, w które wierzył: sierp i młot. Indira Gandhi konstruowała swój wizerunek z odniesień do tego filmu i do ikonografii jego gwiazdy, która stała się zarazem tego filmu synonimem: Nargis, najbardziej legendarnej aktorki filmowej XX-wiecznych Indii.

Dlaczego Indira upatrzyła sobie Nargis i ten film? Nie chodzi „tylko” o to, że jest arcydziełem. Bo jest – arcydziełem gatunku „Bombay Cinema” [4]. Chodzi o to, że ten film jest mitem – nie w żadnym tam metaforycznym sensie, ani też nie w sensie, w jakim do mitycznych struktur odwoływali się XX-wieczni pisarze. Ten film naprawdę jest mitem – w ścisłym, antropologicznym sensie tego słowa. Świeckim mitem założycielskim nowoczesnych Indii. W październiku 2007 roku minie 50 lat od jego premiery w kinie Liberty w Bombaju – do dzisiaj nie zszedł z ekranów indyjskich kin; mówi się, że od święta Diwali 1957 nie było dnia, żeby film nie miał przynajmniej jednego seansu gdzieś na subkontynencie [5].

Zachód, królestwo „Rortiańskiej ironistki”, która żadnej z dostępnych jej narracji nie traktuje z powagą, która by z niej czyniła metanarrację czy „wielką narrację”, z trudem wyobraża sobie kulturę wciąż metanarracje posiadającą. Indie są tymczasem taką właśnie kulturą. Starożytne eposy, Mahabharata, Ramajana [6], a także mity mniejszych społeczności składających się na tę niezwykle złożoną cywilizację, nie utraciły wciąż takiego statusu. Ale nie wszyscy Indusi to hindusi. Oprócz nich sto kilkadziesiąt milionów muzułmanów, sikhowie, parsowie, społeczność anglo-indyjska, i inni. Do tego hinduizm nie jest jednolitą religią, a konglomeratem dziesięciu tysięcy bardzo zróżnicowanych kultów, z których część mieści się w kręgu tradycji sanskryckiej, indoaryjskiej, ale jest też wiele zupełnie innych prastarych tradycji drawidyjskich. Weźmy jeszcze do tego setki języków, jakimi się w tym kraju mówi. W nowoczesnej kulturze Indii spoiwem tego wszystkiego, metajęzykiem, który jest ponad tymi wszystkimi podziałami, jest kino popularne, którego najważniejszy, choć bynajmniej nie jedyny, ośrodek znajduje się w Bombaju. Kino stanowi fundament wspólnej kulturowej tożsamości współczesnych mieszkańców tego kraju [7], a kina są „świątyniami nowoczesnych Indii” [8].

Jak rodził się mit?

Francuski antropolog Claude Lévi-Strauss twierdził, że mit, który obumiera jako mit lub przedostaje się do innej kultury, dla której nie ma tak ogromnego znaczenia (bo zbudowana jest ona na fundamentach zupełnie innych opowieści), staje się bajką [9]. Będący pod ogromnym wrażeniem Lévi-Straussa (i strukturalizmu w ogóle) Italo Calvino polemizował z tym stanowiskiem:

Mówi się jak dotąd, że bajka jest opowieścią z domeny profanum, czymś, co przychodzi po micie, jego korupcją, wulgaryzacją lub sekularyzacją, albo też, że mit i bajka współistnieją i są dla siebie wzajemną przeciwwagą, pełniąc każde odmienną funkcję w tej samej kulturze. Logika mojej argumentacji prowadzi jednak […] do wniosku, że to tworzenie bajek poprzedza powstanie mitu. Znaczenie mityczne jest czymś, co wyłania się poprzez proces nieustannej zabawy funkcjami narracyjnymi.

Mit ma tendencję do krystalizowania się w sposób nagły, do wpadania w ustalony układ wzorów, do przechodzenia z fazy tworzenia mitu do fazy rytuału i tym samym z rąk narratora do rąk plemiennych instytucji odpowiedzialnych za przechowywanie i celebrację mitów. Plemienny system znaków jest uporządkowany w odniesieniu do mitu; pewna liczba znaków staje się tabu, wówczas ‘świecki’ opowiadacz nie może stosować ich bezpośrednio. Musi krążyć dokoła nich i wynajdować nowe rozwiązania kompozycyjne, dopóki w toku tej metodycznej i obiektywnej pracy nie dozna kolejnego objawienia ze strony tego, co nieświadome i zakazane. A to zmusza plemię do zmiany swego systemu znaków raz jeszcze.[10]

Nie mnie rozstrzygać, który z nich miał rację, ale film Mehbooba Khana Mother India oraz droga do jego powstania są argumentem na rzecz stanowiska Calvino. Mother India ma w Indiach rangę mitu, opowieści, która ustanawia świat, jego porządek, sposób jego wyobrażania i system wartości, a czyni to poprzez niezwykłą koncentrację i kompozycję tego, co nieświadome z tym, co święte i tego, co święte z tym, co zakazane. Jedyna różnica polega na tym, że tym razem nie działo się to w społeczeństwie plemiennym, na którego przykładzie mówi o tym Calvino, a w społeczeństwie, które stanęło przed wyzwaniem stworzenia własnej wersji nowoczesności. Zanim powstała Mother India, ta Mother India, którą w Indiach zna każdy człowiek, zanim Mehboob Khan i jego współpracownicy doznali „objawienia ze strony tego, co nieświadome i zakazane”, znaki i funkcje narracyjne, z których składa się indyjski film wszech czasów, były tasowane, komponowane i przepracowywane kilkakrotnie [11].

A zaczęło się od walki kolonizowanych i kolonizatorów o symbole, ich prawomocne znaczenie, interpretację i używanie. Bowiem pierwszym tekstem pod tytułem Mother India było coś zupełnie innego: napisana z pozycji i punktu widzenia kolonizatorów rasistowska książka Katherine Mayo z 1927 roku [12]. Mayo była swoistą „pre-inkarnacją” Oriany Fallaci: spędziła życie na wyszukiwaniu uzasadnień dla trwania porządku kolonialnego. Posłużyła się argumentem problemów indyjskich kobiet, seksualnej przemocy i eksploatacji w celu uzasadnienia rasistowskich tez o konieczności trwania w Indiach brytyjskiego panowania (panowania, które skazało dziesiątki milionów mieszkańców „najbardziej bajecznego z królestw Wschodu” na śmierć głodową [13]). Mother India Mayo była w pierwszej połowie XX wieku najbardziej znaną, czytaną i wpływową książką o Indiach w świecie anglosaskim. To ona narzuciła milionom ludzi rasistowskie wyobrażenia o subkontynencie i jego mieszkańcach. Odniesienie do tej książki stanowiło jeden z ważnych tematów indyjskiego ruchu antykolonialnego.

Film Mehbooba Khana, przybierając taki tytuł, był post- i antykolonialną odpowiedzią Indii na kolonialną książkę Mayo. Miał odebrać frazie Mother India znaczenia przypisane przez kolonizatorów i nadać jej inne, nowe i własne, indyjskie. Nawet nie nadać. Przywrócić. Bo fraza ta przywołuje w indyjskiej kulturze bardzo szerokie echo, stanowi w niej transcendental signifier, jak to ujmuje Vijay Mishra. „Mother India” to przywołanie starego zwrotu hindi bhārat mātā (‘matka India’) obarczonego ogromnym ciężarem konotacji, poetyckiego mādre hind w urdu (to samo), sanskryckiego matrbhūmi (‘matka-ziemia’), a także słynnej nacjonalistycznej pieśni Bankima Chandry Bande Mātaram [14].

Ale film Mehbooba Khana też nie nastąpił od razu. Bo najpierw jeszcze był inny, dziś już prawie zapomniany film pod tym samym tytułem z 1938 roku, w reżyserii Gunjala. A jeszcze kilkanaście lat przed powstaniem tej Mother India, jej reżyser Mehboob Khan zrobił w 1940 roku film Aurat („Kobieta”), który opowiada niemal tę samą historię i jest przygotowaniem do późniejszego filmu wszech czasów. Jest bardziej skoncentrowany na bohaterce, na kobiecie, chwalony za realizm, choć fascynacja poetyką włoskich neorealistów ogarnęła indyjskich filmowców dopiero po międzynarodowym festiwalu filmowym w Delhi w 1952. Aurat to film zawdzięczający wiele radzieckiej Matce Wsiewołoda Pudowkina z 1927 według dramatu Gorkiego oraz amerykańskiemu filmowi The Good Earth z 1937, na podstawie książki Pearl Buck o chińskiej chłopskiej rodzinie. Główną rolę w Aurat grała Sardar Akhtar.

Struktura mitu

W 1957 roku Mehboob Khan opowiedział tę samą historię jeszcze raz, obsadzając w głównej roli Nargis, tym razem doznając objawienia, o którym pisał Calvino. Trzy lata produkcji, trzysta dni zdjęciowych! Tak powstał świecki, epicki mit nowych Indii, w którym „uniwersalne pryncypia moralne przekraczają różnice religijne i kastowe, kładąc podwaliny pod nowy porządek symboliczny niepodległych Indii” [15]. W przeciwieństwie do Aurat, film opowiada o całej wiejskiej społeczności, której główna bohaterka Radha staje się z czasem symboliczną depozytariuszką.

Jak każdy mit, Mother India koncentruje i zderza bardzo silne przeciwieństwa, napięcia i zestawienia, dzięki czemu generuje tak ogromną ilość znaczeń i konotacji. Bohaterka odgrywana przez Nargis ma na imię Radha. Jest to imię kochanki Kriszny, ale filmowa Radha, choć jest też kochanką, to głównie jednak jest żoną i matką, więc reprezentuje kompleks znaczeniowy innego mitycznego wcielenia kobiecości w indyjskiej kulturze: Sity. Jej mąż (Raaj Kumar), który utracił w wypadku ręce, odchodzi pewnej nocy, by nie być dłużej ciężarem dla swojej rodziny, której bez rąk nie może już wyżywić. Imienne skojarzenie z mityczną kochanką podkreśla edypalny charakter relacji łączącej ją i młodszego syna, Birju. Birju to urodzony buntownik, od dzieciństwa kwestionujący społeczny i moralny porządek. Niemal odruchowo buntuje się przeciwko nierównościom i niesprawiedliwościom, odmawia podporządkowania się niesprawiedliwej karze i niesprawiedliwej władzy, podczas gdy matka, Radha, godzi się na nie, by podołać największemu zadaniu swego życia: pomimo biedy samodzielnie wyżywić i wychować swoje dzieci. Ale zarazem walczy, a pod koniec – mści cześć (lāj) kobiety, której zagraża jej własny buntowniczy syn.

Dorosły Birju porywa dziewczynę z tej samej wioski, córkę wielkiego właściciela, Rupę, z którą nie może się związać z powodu dystansu społecznego i której ojca pragnie całe życie ukarać za niesprawiedliwości i upokorzenia, jakie zadaje wieśniakom, w tym jego rodzinie. Matka, która w jego imieniu i obronie przysięgła kiedyś całej wiejskiej społeczności, że jej syn nigdy już nie nastanie na cześć żadnej kobiety, zabija go. Przysięgła bowiem, że sama go zabije, jeśli on złamie jej poręczenie. Jeden z wielkich toposów indyjskiej kultury: „śmierć zadana ukochanej osobie przez usankcjonowany społecznie podmiot” [16]. Spojrzeniem, które wiąże narracyjnie i montażowo ogromną część filmu, a więc spojrzeniem widza, jest spojrzenie Birju, który zarazem podważa kulturowe przyzwyczajenia Indusów. Zostaje jednak pokonany. Ale klamrowa sekwencja budowy tamy zdaje się znaczyć, że na tej ofierze założony ma być nowy, egalitarny porządek (jest to więc mord założycielski z koncepcji René Girarda).

Jak każdy mit, Mother India generuje obrazy i sceny działające z potężną mocą archetypu. Utrata rąk męża Radhy pod ciężarem głazu. Powódź i matka, która chroni dzieci przed wielką wodą podtrzymując na własnych barkach pleciony z drewna i wikliny podest, na którym chronią się jej dzieci. Dziecko (mały Birju) ratujące matkę przed wężem. Pług ciągnięty na barkach matki niczym krzyż. No i oczywiście śmierć zadana synowi przez tę, która mu dała życie i która najbardziej ze wszystkich ludzi go kochała.

 

Matka: Birju, zostaw Rupę albo cię zabiję!

Birju: Nie możesz mnie zabić, jesteś moją matką.

Matka: Ale jestem też kobietą.

Birju: Jestem twoim synem.

Matka: Rupa jest córką całej wioski, więc jest też moim honorem. Birju, mogę stracić syna. Nie mogę poświęcić czci (lāj).

Birju: Strzelaj, jeśli potrafisz. Ja też nie mogę poświęcić mojej przysięgi.

 

Matka wykrzykuje wówczas jego imię i strzela do niego z karabinu.

 

Nargis: muzułmanka ucieleśnia Indie

Najpotężniejszym obrazem generowanym przez film Mehbooba jest figura matki. Tak totalnej, panindyjskiej figury matki, nie było wcześniej w tej kulturze [17]. Matki, która przez akt usankcjonowanego symbolicznie zabójstwa własnego dziecka staje się „matką wioski”, a przez konotację z sanskryckim matrbhūmi, oraz za sprawą obrazów pracy na roli, czy słynnej sceny, w której grzęznąc w błocie po powodzi podnosi garść ziemi, zlewa się także w jeden wielki kompleks znaczeniowy Matka-Ziemia-Kraj. Tym samym Radha czyli Nargis stała się ucieleśnieniem Indii.

Nargis sama w sobie jest opowieścią, wielką opowieścią. W indyjskiej kulturze najsłynniejsi aktorzy filmowi stają się „równoległym tekstem kultury” o intensywności i znaczeniu właściwych tylko temu społeczeństwu, będących konsekwencją oralnego podłoża tej kultury i roli aktora w jej tradycyjnych sztukach widowiskowych [18]. Ów tekst formuje się z wcieleń ekranowych połączonych w jedną narrację z tymi elementami prawdziwego życia (lub rozpowszechnionymi domysłami), które stają się częścią zbiorowej wyobraźni Indusów. Nargis wytworzyła najważniejszy jak dotąd taki tekst jeżeli chodzi o kobiety. Jej matka, kothevālī (czyli kurtyzana, aktorka i tancerka) o imieniu Jaddanbai, uczyniła z niej aktorkę filmową już w wieku kilku lat, a gwiazdę – 14.

Była kochanką wielkiego Raja Kapoora – i jego wieloletnią muzą (filmy Aag, Awara, Shree 420). Ich duet artystyczny i osobisty zakończył się, gdy Raj Kapoor odmówił poślubienia jej i posiadania z nią dzieci. Po Mother India nie zagrała już równie wielkiej roli. Ale film Mother India miał swój sequel: resztę życia Nargis [19], która zaczęła okres swojego panowania nad zbiorową wyobraźnią Indusów. Nargis poślubiła potem swojego ekranowego syna-buntownika, czyli aktora Sunila Dutta (na planie filmu uratował ją z płomieni, które zajęły jej sari). Wywołała tym ogromne poruszenie, gdyż dla Indusów, w związku z mechanizmami, jakie rządzą w Indiach generowaniem „aktora jako tekstu”, on był jej synem. Edypalny podtekst Mother India nałożył się więc na postrzeganie dalszego ciągu życia Nargis, a ów dalszy ciąg na ponowne odczytania filmu. Jedno z ich wspólnych dzieci, również aktor Sanjay Dutt, zasłynął w pewnym momencie poważnymi problemami z prawem (oskarżony o szmuglowanie broni), co budziło skojarzenia z ekranowym buntownikiem Birju.

Nargis była muzułmanką. I jako muzułmanka stała się dla społeczeństwa w większości złożonego z wyznawców hinduizmu wcielonym obrazem ich kraju. Na tym polegał zamysł Mehbooba Khana. Jego wizja egalitarnych Indii przechodzących do porządku dziennego nad całym wewnętrznym zróżnicowaniem „kultury tysiąca kultur” wymagała właśnie tego, by Indie-Matkę-Kraj ucieleśniła Inna/Obca. Najważniejszym Innym jest dla Indii islam, bo jest częścią ich samych, a zarazem zakładając istnienie tylko jednego Boga i odrzucając jako fałszywego każdą inną opcję, jest on szokująco odmienny od wszystkich pozostałych tradycji religijnych, które przez tysiąclecia kształtowały i złożyły się na całość tej cywilizacji [20]. Indie zasadniczo uznają wszystkie formy kultu religijnego za mniej lub bardziej udane próby zbliżenia się do tej samej, ale ukrytej przed człowiekiem zasłonami różnych złudzeń „istoty rzeczy”; wszystkie kulty są więc teoretycznie równie prawomocne, tyle tylko że związane z odrębnymi tożsamościami. Oblekając krąg znaczeniowy Matka-Ziemia-Kraj w ciało muzułmanki, Mehboob chciał uniemożliwić odrzucenie przez Indie swego największego (i kluczowego) Innego. Miał prawo się tego bać, znając dramatyczne konsekwencje podziału Indii przez Brytyjczyków w 1947 roku.

Że Mehboob Khan chciał osiągnąć coś takiego, powierzając tę rolę muzułmance, to jedno. Ale najbardziej zdumiewające jest to, że mu się to udało. Chidananda Das Gupta sugeruje, że bierze się to z samej istoty fenomenu, jakim jest bombajskie kino popularne jako hybrydyczny twór zoroastryjsko-judeo-chrześcijańsko-muzułmański [21]. To prawda, że w bombajskim świecie filmowym, który jako pierwszy w Indiach (już w latach 30. XX wieku) całkowicie i definitywnie odrzucił wszelkie ograniczenia i podziały kastowe, mamy też do czynienia ze zdumiewającą nadreprezentacją wszelkich nie-hinduskich mniejszości (mówi się nawet, że aż co trzeci bollywoodzki filmowiec jest muzułmaninem). Jest też prawdą, że choć estetyka kina bombajskiego jest realizacją założeń Natjaśastry, starożytnego traktatu o teatrze, to głównym źródłem, z którego wyłoniło się ono bezpośrednio, był teatr bombajskich parsów (przybyłych przed wiekami z Persji wyznawców zoroastryzmu), który z założeń właściwych indyjskiemu teatrowi w ogóle i z ich zderzenia z teatrem angielskim wyciągnął najbardziej eklektyczne konsekwencje. To taki właśnie lineaż odpowiada za szokujący nieraz dla nowicjuszy eklektyzm Bollywoodu [22]. Dlatego Salman Rushdie opisał kiedyś kino bombajskie formułą „Mythico-Epico-Tragico-Comico-Super-Sexy-High-Masala-Art”.

Ale to nie wszystko. Eklektyzm teatru parsów i w konsekwencji kina bombajskiego to tylko najbardziej spektakularne wcielenie eklektyzmu i inkluzywnego charakteru indyjskiej kultury jako takiej. Nadreprezentacja różnego rodzaju „innych” w światku filmowym Bombaju jest wypadkową ogólnej fascynacji tej kultury „obcym” i wszystkim, co „obce”. Indie definiują się przez nieustającą redefinicję. Redefinicję przez permanentną inkluzję tego, co jeszcze dopiero co było „obce”. Eklektyzm i estetyka nadmiaru w ich sztuce, w tym w kinie, biorą się przecież właśnie z tego. Żeby Radha/Nargis stała się nowoczesną, laicką boginią tworzącego się postkolonialnego społeczeństwa, jej „obcość” była prawdopodobnie niezbędnym tego warunkiem [23]. Żeby społeczeństwo to mogło dać wyraz pragnieniu stworzenia własnej nowoczesnej, przekraczającej ograniczenia tożsamości, jego bogini musiała być Obcą.

Mit, historia i polityka

W (i wokół) Mother India spotykają się rozmaite sprzeczności, napięcia i paradoksy okresu tworzenia wyzwolonych z kolonialnej opresji Indii. Już w czołówce filmu marksistowskiemu logo Mehboob Productions towarzyszy z offu recytowany w urdu fatalistyczny wiersz. Wizja postępu symbolizowana przez budowę tamy łączy się z apoteozą chłopa i rzemieślnika (wątek gandhyjski), a także z przekonaniem o ciągłości kulturalnej Indii (element doktryny Nehru). Jeden z problemów, z jakimi pragnął się uporać Trzeci Świat: wyrwać się z zaklętego kręgu zacofania, odziedziczonego po stuleciach eksploatacji kolonialnej, przy jednoczesnej świadomości, że miażdżącą większość własnych społeczeństw stanowią rolnicy, a społeczeństw rozwiniętych gospodarczo – robotnicy i klasa średnia. Egalitarne Mehbooba Khana pragnienie przekroczenia wszelkich różnic wewnątrz społeczeństwa indyjskiego zderzają się z ostro patriarchalnym (a więc antyegalitarnym w odniesieniu do różnicy płci), centralnym w tym filmie pojęciem lāj – czci kobiety, w obrębie której najbardziej delikatną kwestią jest jej czystość seksualna. Dyskurs marksistowski posługujący się elementami specyficznego emancypacyjnego nacjonalizmu rozumianego jako warunek wydobycia się z pozycji ekonomicznego upośledzenia.

Te sprzeczności mogłyby może nawet posłużyć za punkt wyjścia dla rozważań, dlaczego projektu wyzwolenia się z wytworzonego przez kolonializm zacofania, projektu kojarzonego z hasłem „Bandung”, nie udało się jak dotąd Trzeciemu Światu, dla którego Indie były moralnym wzorem, zrealizować. Obietnica, jaką ten projekt składał, a więc między innymi obietnica dokonanej przez równość powszechnej wolności od głodu (o to chodzi w filmie w wątku tamy – regulowanie wody ma zapobiec powtórce z klęski głodu, która wynikła z wcześniejszej powodzi), pozostaje wyzwaniem, którego wciąż nie można porzucić. To, że postulatów wpisanych w Mother India nie udało się do dzisiaj satysfakcjonująco urzeczywistnić, nie pozbawia tych postulatów moralnej wartości. Podobnie to, że całkowita i bezwarunkowa inkluzja islamu wciąż nie stała się faktem (za sprawą integrystów z obu stron, dla których kluczowym symbolem jest meczet w Ayodhyi), nie pozbawia wartości i znaczenia tego projektu, jako zadania, nad którym wciąż należy pracować.

Dlatego też film Mehbooba Khana nie traci swojej pozycji w kulturze Indii. Indira Gandhi nie była jedyną, która odniesień do niego używała w polityce. Gdy Rajendra Kumar, grający starszego, statecznego syna Radhy, wstąpił na drogę kariery politycznej, jego dyskurs powracał często do filmu i opisywanych przezeń opozycji politycznych: Birju reprezentował postawę aktywnego rewolucjonizmu, jak Bhagat Singh (czy Mangal Pandey), natomiast Matka była figurą gandhyjskiego biernego oporu bez stosowania przemocy [24]. Ustanowione bądź przemodelowane przez film Mehbooba toposy powracają w tamtejszym kinie popularnym. Postać kobiety-mścicielki z wielu późniejszych filmów, to – mówiąc quasi-Jungiem – symbole archetypu ufundowanego przez Radhę/Nargis. Są punktem odniesienia dla autorskiego realistycznego kina społecznego (Radha w filmie Deepy Mehty Fire nie przez przypadek ma tak na imię). I w literaturze. Bez odwołań do Mother India nie byłoby Ostatniego westchnienia Maura Rushdiego.

 

Przypisy

[1] Rajeswari Sunder Rajan, Real and Imagined Women: Gender, Culture and Postcolonialism, London/New York 1993, s. 109-110. Vijay Mishra, Bollywood Cinema: Temples of Desire, New York/London 2002, s. 62.

[2] V. Mishra, op.cit., s. 66.

[3] Nazwę Bollywood ukuł ponoć na początku lat 80. dziennikarz indyjskiego pisma filmowego „Cineblitz”.

[4] Vijay Mishra postuluje nazywać kino bombajskie/bollywoodzkie gatunkiem [genre], choć gatunkiem rozciągliwym i wewnętrznie heterogenicznym, jak powieść w literaturze. I mnie przekonał, choć np. Rajinder Kumar Dudrah (Bollywood: Sociology Goes to the Movies, New Delhi/Thousand Oaks/London 2006, s. 175-180) dzieli kino bollywoodzkie na sześć gatunków (filmy religijne, historyczne, społeczne, muzułmańskie filmy społeczne, masala i romantyczne), to jednak wydaje mi się mniej trafną propozycją. Ten podział należałoby ewentualnie traktować raczej jako podgatunki, pomiędzy którymi na dodatek nie ma ścisłych granic.

[5] V. Mishra, op.cit., s. 66.

[6] Ramajana i Mahabharata pozostają zresztą skarbnicami najważniejszych matryc fabularnych dla popularnego kina hindi.

[7] V. Mishra, op. cit. Sumita S. Chakravarty, National Identity in Indian Popular Cinema 1947-1987, Austin 1993, s. 310.

[8] Chidananda Das Gupta, The Painted Face of Politics: The Actor-Politicians of South India, [w:] Cinema and Cultural Identity, red. Wimal Dissanayake, Lanham, s. 130.

[9] Claude Lévi-Strauss, Analiza morfologiczna bajki rosyjskiej, „Pamiętnik Literacki” rocznik LIX (1968) nr 4, s. 267-284.

[10] Italo Calvino, Cybernethics and Ghosts, [w:] The Uses of Literature: Essays, przeł. (na ang.) P. Creagh, New York 1986, s. 23.

[11] Proces genezy filmu relacjonuję na podstawie rozdziału The texts of „Mother India” książki Mishry.

[12] Katherine Mayo, Mother India, London 1927.

[13] Zob. Mike Davis, Late Victorian Holocausts. El Niño Famines and the Making of the Third World, London/New York 2001.

[14] V. Mishra, op. cit., s. 68.

[15] V. Mishra, s. 77.

[16] V. Mishra, s. 86.

[17] Chidananda Das Gupta, The Painted Face. Studies in India’s Popular Cinema, Delhi 1991, s. 111.

[18] V. Mishra, s. 125-156.

[19] V. Mishra, s. 63.

[20] Gerald James Larson,India’s Agony over Religion, Albany 1995.

[21] Ch. Das Gupta, The Painted Face. Studies…, s. 119-123.

[22] Przy okazji rozpowszechnianego w Polsce filmu Jestem przy Tobie nasi dziennikarze nie mogli się nadziwić, że jeden film może być za jednym zamachem szaloną komedią, pełnym efektów specjalnych kinem akcji, melodramatem, opowieścią o perypetiach studentów college’u, musicalem i dramatem rodzinnym.

[23] Por. Parama Roy, Indian Traffic. Identities in Question in Colonial and Postcolonial India, Berkeley 1998, s. 168.

[24] W wywiadzie z 26 grudnia 1990 roku. Zob. V. Mishra, s. 84-85.

Jarosław Pietrzak


 

Tekst ukazał się drukiem w miesięczniku Le Monde diplomatique – edycja polska, nr 3 (25), marzec 2008.