Globalna kradzież pracy i pieniądze dla wszystkich

„Ekosystem odkrywania kontentu”

We wrześniu 2017 Ericsson Broadcast and Media Services, brytyjska spółka-córka szwedzkiego giganta telekomunikacyjnego, ogłosiła deal podpisany z największą filmową bazą danych na świecie, IMDb. Jest to umowa dystrybucyjna i dotyczy tego, że Ericsson będzie mógł włączyć zasoby IMDb w swój przepastny „content discovery ecosystem”, w swój własny system metadanych obsługujący nadawców telewizyjnych i platformy Video on Demand na całym świecie. Tak, jeśli zastanawialiście się kiedyś, co robi Ericsson, odkąd odsprzedał Japończykom swoją gałąź produkującą smartfony, to między innymi takie rzeczy.

Jeśli oglądasz telewizję, to ramówki, które widzisz na ekranie, informacje o godzinach poszczególnych programów i co leci po tym programie, a także krótkie opisy filmów i programów, zawdzięczasz prawdopodobnie Ericssonowi. Tzn. od momentu przejęcia przez Ericssona firmy wydzielonej kiedyś z BBC, Red Bee Media (sfinalizowane w 2014). I tak, nawet polscy nadawcy telewizyjni biorą to od dostawcy z siedzibą w Londynie. Klientom oferującym swoim widzom usługi bardziej wypasione niż tylko krótkie, dwuzdaniowe opisy EPG na 160 znaków, Ericsson dostarcza znacznie bogatsze metadane, takie jak dłuższe opisy filmów czy odcinków seriali, biografie aktorów i reżysera, listy najważniejszych nagród, linki do Wikipedii czy IMDb właśnie. Wiem z pierwszej ręki, bo pracowałem jako redaktor w londyńskim Ericssonie, głównie przy jednym z projektów VOD.

Komunikat prasowy Ericssona/Red Bee z września mówił, że dane z IMDb wzbogacą ich „content discovery ecosystem” o różne wspaniałe rzeczy, np. linki, ratingi w postaci liczby gwiazdek wygenerowanych z ocen użytkowników, itd. Tylko, że sporo z tego Ericsson wybranym klientom – tym, którzy jak BBC, płacili więcej – już oferował, więc prawdziwym przedmiotem dealu może być tak naprawdę całość bazy danych IMDb. Potencjalnie wszystko, co tam siedzi, filmografie, opisy filmów, recenzje zarejestrowanych użytkowników, biografie, ciekawostki może zostać kiedyś zassane przez Content Management System Ericssona, kiedy tylko rozwiązany zostanie problem ich wpasowania w techniczne parametry wymagane przez Ericssona i jego klientów.

Ericsson od dłuższego czasu szuka nowych sposobów maksymalizacji zysku przez minimalizację kosztów siły roboczej. W okresie przejściowym, po przejęciu Red Bee Media, Ericsson zawiesił cały system kwartalnych premii, obiecując w zamian rewaloryzację wynagrodzeń, pod pozorem integracji brytyjskiej spółki-córki ze swoją globalną „kulturą korporacyjną”. Ten okres przedłużał się w nieskończoność i przez prawie półtora roku, które ja tam przepracowałem – ale i długo później, bo ze dwa razy kogoś z dawnych kolegów zapytałem – nikt nie zobaczył ani premii, ani podwyżki w zamian za likwidację premii. W 2017 Ericsson poszedł dalej i zwolnił większość redaktorów angielskich i francuskich, żeby outsoursować ich pracę do jakiegoś biura… w Indiach. Tak, francuscy, belgijscy, szwajcarscy telewidzowie czytają dzisiaj ramówki i opisy filmów czy programów telewizyjnych pisane dla nich przez kogoś z Pondicherry na półwyspie indyjskim, kogoś, kto większości z tych programów i filmów nigdy nie oglądał i niejednokrotnie nie zna kulturowego kontekstu, w jakim są osadzone. Teraz Ericsson chce iść dalej i używać kontentu tworzonego na łamach IMDb przez użytkowników-pasjonatów kina za darmo.

IMDb, Amazon, Ericsson, praca i wartość

IMDb ma historię sięgającą roku 1990, ale jako strona internetowa wystartowała w 1993 (początkowo pod nazwą Cardiff Internet Movie Database) jako niekomercyjne przedsięwzięcie, początkowo osadzone na akademickich serwerach, jej zasoby tworzone i uzupełniane przez pasjonatów dosyłających kolejne informacje, listy, opisy, recenzje i dyskusje nieodpłatnie i w swoim czasie wolnym. Założyciele serwisu przekształcili go jednak w 1996 roku w spółkę komercyjną, której rentowność wynikała w znacznym stopniu z przejęcia owoców takiej darmowej pracy, zaaranżowanej tak, żeby ukryć jej charakter jako pracy. Oczywiście, IMDb musiało zatrudnić np. informatyków, ale ich praca stanowi jedynie ułamek faktycznego ogółu pracy, która złożyła się na rynkową wartość IMDb i na to, że zaczęła przynosić zyski. Można powiedzieć, że infrastruktura IT jest tu tylko ramą dla prawdziwego produktu, czyli treści, informacji i opinii o kinie. Jedynie twórcy ramy są tu za swoją pracę wynagradzani, twórcy prawdziwego produktu umieszczonego w tej ramie, stworzyli wszystko za darmo.

Tak jak Red Bee Media stała się częścią Ericssona, w procesie koncentracji kapitału i umacniania globalnych monopoli, IMDb została w końcu (w 1998) przejęta przez Amazon, który miliony roboczogodzin zarówno martwej jak i wciąż dodawanej pracy wolontariuszy tworzących za darmo zasoby tego portalu, podporządkował potrzebom reklamowym największego sprzedawcy wysyłkowego planety. Dziś każda filmowa fiszka na IMDb prowadzi linkiem do płyty DVD lub możliwości streamowania danego tytułu online, jeśli dostępne są na Amazonie. Teraz z kolei całe te zasoby zostały udostępnione Ericssonowi, żeby serwis IMDb, a więc teraz Amazon, mógł na nich (na pracy, za którą nigdy nie zapłaciły jej wykonawcom) zarobić jeszcze raz, a Ericsson mógł mieć swój kontent jeszcze taniej nawet niż pisany rękami jakiegoś młokosa w Indiach.

Dlaczego to jest ważne i powinno nas wszystkich interesować? Ponieważ jest to (jedna z wielu) manifestacja globalnych tendencji, a także dlatego, że te tendencje mogłyby być częścią dyskusji o bezwarunkowym dochodzie podstawowym.

Niektórzy tzw. „lewicowi przeciwnicy bezwarunkowego dochodu” wysuwają pod adresem jego zwolenników zarzut wyprowadzony z Karola Marksa teorii wartości. Ich zdaniem my, zwolennicy, uważamy, że teoria o pracy jako tym, co wytwarza wartość, straciła aktualność i zastosowanie, i ogólnie wydaje się nam przez to, że żyjemy już teraz w całkiem innym systemie ekonomicznym, że wszystko się zmieniło. Nie wiem, może ktoś tak rzeczywiście uważa, ale na pewno nie wszyscy z nas, osobiście chyba nie spotkałem.

Owszem, wypatrywanie przy każdej innowacji, która od czasu do czasu restrukturyzuje kapitalizm, wielkiego przełomu, po którym żyjemy już nagle w zupełnie innym świecie, jest niepoważne i często jest produktem konkurencji na kapitalistycznym rynku idei, na którym toczy się zacięta walka między kandydatami do prestiżowej roli twórcy nowej mody intelektualnej. Niemniej jednak – czy aby przypadkiem przekonanie, że w tak dynamicznym i uzależnionym od innowacji (finansowych, technologicznych, organizacyjnych) systemie jak kapitalizm, nic się nigdy i w ogóle nie zmienia, a Marks stworzył zestaw sztywnych definicji i formułek do zupełnie mechanicznego stosowania bez względu na kontekst – a nie to, co stworzył naprawdę: metodę dialektycznej analizy nieustannie zmieniającego się systemu – nie jest takim trochę współczesnym odpowiednikiem „diamatu”, wulgarnej, skostniałej wersji marksizmu okresu stalinizmu? Gdyby Marks żył jakimś cudem do dzisiaj, bez wątpienia on pierwszy tropiłby niuanse przemian systemu, który nauczył nas rozumieć i analizować (celem jego zniesienia, oczywiście). Marks na pewno zajmowałby się więc sztuczkami, za pomocą których kapitał w schyłkowym kapitalizmie, w którym żyjemy, nauczył się rozpraszać na globalną skalę coraz więcej pracy tak, by udawała coś innego.

Nie, praca nie przestała być źródłem wartości – co się jednak zmieniło, to to, że nie wiadomo, jak zmierzyć ogromne ilości globalnie wykonywanej pracy, jak skutecznie przeprowadzić granicę między pracą a nie-pracą, a także to, że nastąpił błyskawiczny rozrost gąszczu sposobów, przy pomocy których kapitał nie tylko przechwytuje pracę, ale i ukrywa nawet przed jej wykonawcami, że pracę świadczą, dzięki czemu świadczą ją za darmo.

Technologia i kradzież pracy

Tryliony roboczogodzin nigdy niezapłaconej pracy wykonanej przez ludzi nieświadomych, że w ogóle wykonują pracę, za sprawą ściemy, jaką jest status „użytkownika” różnych platform i usług internetowych, stanowią podstawę zyskowności i wartości rynkowej większości nowych globalnych monopoli technologicznych – niektórzy ekonomiści urobili na nie nawet skrótowiec FANG (od Facebook, Amazon, Netflix i Google). Te i podobne giganty zatrudniają oczywiście pracowników, np. inżynierów, programistów, administratorów, marketingowców, ale praca ich wszystkich stanowi tylko ułamek ogółu pracy składającej się na wartość i zyski tych przedsiębiorstw – nie miałaby większej wartości bez pracy „użytkowników”, którzy zapełniają te platformy zdjęciami, ilustracjami, blogami, opisami swoich przeżyć, opiniami o książkach, filmach, restauracjach czy bieżącej polityce, no i informacjami o sobie samych. Bez nich wiele z tych platform nie miałoby co sprzedawać, bo to właśnie pracę użytkowników, treści i dane wygenerowane z tej pracy w znacznym stopniu sprzedają.

Pamiętacie, jak do logowania do różnych serwisów musieliśmy przeczytać jakiś krzywy, niewyraźny napis z pola obok czy ponad polami logowania, i gdzieś go tam wstukać za pomocą klawiatury? Wszyscy pracowaliśmy w ten sposób za darmo na wielkim projekcie digitalizacji przez Google milionów książek i pomagaliśmy jego programom odcyfrować tekst wszędzie tam, gdzie druk się zatarł, był niewyraźny, lub skaner coś powyginał.

Dlatego właśnie zarobki informatyków w Dolinie Krzemowej i innych zagłębiach takiej „kreatywnej gospodarki” są tak absurdalnie wysokie. Żadna praca nie jest naprawdę, obiektywnie warta 300 czy 500 tys. dolarów rocznie. Jeśli ktoś otrzymuje takie wynagrodzenie, to jest to nie tyle płaca za jego pracę, co ustrukturyzowany jak płaca udział w zyskach. Zysk to z kolei niezapłacona część pracy. W tym wypadku pracy milionów, niekiedy miliardów tzw. użytkowników tych usług.

Najmniej w gronie FANG jest to jaskrawe w przypadku Netflixa, ale tylko dlatego, że tam, podobnie jak np. w Spotify, ten proces jest zapośredniczony i ukryty przez strukturalne przesunięcie momentu systemowej kradzieży pracy na inny podmiot w łańcuchu dostawców; jednocześnie najbardziej przypomina on tam tradycyjne formy wyzysku.

Z wyjątkiem największych gwiazd promowanych przez globalne monopole muzyczne, nikt nie zarabia za pośrednictwem Spotify tyle samo, co jego odpowiednik pokolenie wcześniej zarabiał na sprzedaży płyt, muzycy młodzi czy pozbawieni łaski wsparcia wielkiego, ponadnarodowego domu wydawniczego, pracują nierzadko prawie za darmo, za sam dostęp do publiczności. Spotify zarabia natomiast krocie, bo oferując tak niskie ceny krok po kroku wypiera z rynku inne sposoby nabywania muzyki przez odbiorców, działa na skalę globalną i takich darmowych i półdarmowych muzyków eksploatuje na masową skalę.

W podobny sposób Netflix czy Amazon Prime wypierają inne formy i kanały odbioru utworów audiowizualnych, kombinując globalny zasięg i dumpingowo niskie ceny. Długofalowo powoduje to, że do twórców trafia coraz mniejsza pula pieniędzy, a presja na koszty powoduje w przemyśle filmowym (jak i w innych przemysłach kultury) ekspansję darmowych staży, pracy za same punkty do CV i wieloletnie nawet odroczenia w płatnościach tantiem czy udziałów w zyskach dla tych, którym udaje się coś na tej pracy zarabiać. W wielu krajach nie jest już właściwie możliwe, by zostać filmowcem czy twórcą telewizyjnym bez finansowego wsparcia zamożnych rodziców (it’s official, w Wielkiej Brytanii progom dostępu do pracy w przemysłach kultury poświęcone było szeroko zakrojone badanie), ponieważ pierwszych kilka lat trzeba przepracować za darmo, a nawet do tego dokładać. Sprzyja temu wszystkiemu ideologia pracy twórczej jako pasji, poświęcenia, cierpienia, a rezultatem jest bezlitosna klasowa selekcja tych, którzy mają dostęp do takiej pracy.

Facebook i Google przechwytują nie tylko pracę swoich użytkowników, ale także – „netflixopodobnie”, spychając sam akt intensyfikacji wyzysku, na inne ogniwa w łańcuchu dostawców – pracę wykonywaną np. w prasie i telewizji. Dziennikarze i wydawcy wykonują pracę wytwarzania właściwych swoim mediom treści, ale ich przemysły tracą coraz większą część dostępu do strumienia przychodów z reklamy, przechwytywaną przez tych dwóch wielkich globalnych monopolistów dzięki temu, że stali się pośrednikiem w tych treści dystrybucji. Pieniądze, które kiedyś trafiałyby od reklamodawców np. do tytułów prasowych, dziś zatrzymują się w rozwieszonych przed nimi sieciach Google’a i Facebooka, gdyż to za ich pośrednictwem setki milionów ludzi dociera dziś do treści wytwarzanych przez prasę, od wiadomości przez komentarze opiniotwórcze i eseje o sztuce po filmy dokumentalne. Facebook okrada prasę nawet z dwóch stron jednocześnie: po pierwsze odbierając jej ogromną część tortu reklamowego wytwarzanego przez jej a nie Facebooka pracę, a po drugie wymuszając na wydawcach opłacanie z ich budżetu reklamowego widoczności własnych materiałów na największym portalu społecznościowym, pod groźbą postępującej utraty odbiorców. W rezultacie następuje degradacja warunków pracy w mediach aż po ekspansję pracy za darmo, za „exposure”, za same punkty do CV i obietnicę, że kiedyś będzie lepiej, bo tradycyjne media coraz częściej stają na krawędzi rentowności.

Oczywiście, przechwytywanie wartości przez silniejszych graczy nie jest samo w sobie zjawiskiem nowym w kapitalizmie. Np. monopol na handel jakimś towarem kolonialnym na rynkach międzynarodowych pozwalał przechwytywać nieproporcjonalnie dużą część jego wartości, okradając jego wytwórców przez niedowartościowanie ich pracy. Nowością jest stopień i skala tego zjawiska, fakt, że przewaga technologiczna dała kilku podmiotom bezprecedensowe pozycje monopolistów globalnych na stworzonych lub przejętych przez nie rynkach. Garstka podmiotów gospodarczych robi to na skalę planety, w błyskawicznym tempie, i w sposób w znacznej mierze niezauważony przez okradanych.

Kto miałby za to (bezwarunkowy dochód podstawowy) zapłacić?

Jedną z odruchowych ripost przeciwników bezwarunkowego dochodu, także lewicowych, jest „retoryczne” pytanie: skąd niby wziąć na to środki? Kto ma za to zapłacić? Nawet jeśli na początek nie mamy odwagi drukować pieniędzy, bo uwierzyliśmy na słowo monetarystom, choć kto jak kto, ale my jako lewica powinniśmy dawno wiedzieć, że ich teoria jest pseudonaukowa; nawet jeśli nie mamy jeszcze odwagi ani strategii, by skutecznie skonfiskować wszystko, co globalne elity poupychały w rajach podatkowych – to wcale nie jest tak, że nie ma z czego. No więc, kto miałby za to zapłacić? Na początek – oni, FANG z przyległościami. Wielkie globalne monopole technologiczne, które opierają swoją potęgę m.in. na różnych formach zmasowanej, strukturalnej, systematycznej kradzieży pracy miliardów z nas – na monetyzacji tego, co my dla nich zrobiliśmy i wciąż robimy za darmo. Może właśnie nadszedł czas, żeby te kolosy zaczęły za tę pracę płacić w formie podatku kierowanego na eksperymenty z uniwersalnym, bezwarunkowym dochodem dla każdego?

Tak zwani „lewicowi przeciwnicy bezwarunkowego dochodu” wyskakują czasem z argumentem, że my, jego zwolennicy, jesteśmy naiwniakami: zamiast wciąż mieć kompas na walkę o socjalizm, chcemy tylko dodać do kapitalizmu uniwersalny dochód niezależny od pracy, i roimy sobie, że nagle prysną wszystkie problemy i kapitalizm przestanie być systemem nie do utrzymania na dłuższą metę. Może myślą tak niektórzy liberalni zwolennicy bezwarunkowego dochodu, ale to nie znaczy, że my myślimy tak samo. Dla nas (patrz: Gorz, Williams i Srnicek, Frase, Szlinder chyba też) dochód taki powinien/może być krokiem kierującym nas we właściwym kierunku, szansą na wyjście z obecnego impasu, przerwanie błędnego koła, w którym kapitalizm w oczywisty sposób umiera, a jednak nie udaje się znikąd podważyć jego totalitarnej władzy.

Już samo to, że po wprowadzeniu bezwarunkowego dochodu nic się nie zawali, nie będzie nawet większej inflacji, nawet kiedy część bezwarunkowego dochodu na którymś etapie sfinansujemy, drukując w brakujące pieniądze (Japonia, która od dawna ustawicznie osuwa się w deflację, usiłuje wywołać inflację, zwiększając raz za razem podaż pieniądza, bez skutku), będzie miało ogromną moc odczarowującą jedynie słuszną teorię ekonomiczną, w której żyliśmy przez ostatnich kilkadziesiąt lat, unieważniając na masową skalę obowiązujący wciąż „zakaz myślenia” i otwierając przestrzeń dla polityczno-ekonomicznej wyobraźni. Podobnie jak zniesienie przymusu bezsensownej, niepotrzebnej bądź wprost szkodliwej społecznie lub ekologicznie pracy (większość pracy, jaką dziś wykonujemy, podpada pod jedną lub więcej z tych kategorii, wykonujemy ją, bo ktoś chce za nią zapłacić, a my musimy zapłacić za życie), uwolni zasoby ludzkie potrzebne na pracę tej wyobraźni i na rozwiązywanie problemów, których nie rozwiążą siły rynkowe, a których rozwiązanie poza rynkiem jest blokowane przez więzienie nas w pracy najemnej.

Opodatkowanie technologicznych gigantów na rzecz pierwszych programów dochodu uniwersalnego oczywiście uderzy w ich stopę zysku, być może nawet zachwieje ich rentownością. To nie jest problem, w każdym razie nie z punktu widzenia lewicy, dla nas to jest właśnie jak najbardziej pozytywny element tego scenariusza. W odpowiedzi mogłyby dostać ofertę nie do odrzucenia: same wnioskować o swoją nacjonalizację – lub „internacjonalizację”, kiedy już wymyślimy, jak w praktyce uspołecznić ponadnarodowe giganty – przez co zostałyby przekształcone, zgodnie z postulatami Morozova i Srnicka, w uspołecznione ponadnarodowe usługi publiczne. A czyż my nie zaoszczędzimy sobie w ten sposób przykrości związanych z rozlewem krwi koniecznym do wywłaszczenia ich kiedyś przemocą? Kilka pieczeni na jednym ogniu.

Oczywiście, taki przełom nie zacznie się w Polsce – państwie słabym, peryferyjnym, klienckim, „z tektury”, grabionym przez globalny kapitał i póki co bez żadnych postępowych ambicji, wręcz dumnym ze swojego zacofania, ale też po prostu niebędącym siedzibą żadnego z takich gigantów. Nawet dla tych, które mają w Polsce swoje oddziały z prawdziwego zdarzenia, Polska jest tylko rynkiem, nie oszukujmy się, najwyżej trzeciej kategorii. Niemniej jednak musimy prowadzić taką konwersację, spekulować, żeby być gotowymi w momencie zmiany międzynarodowego ekonomicznego układu sił. Nie ma dzisiaj stanowiska bardziej nieodpowiedzialnego z lewicowego punktu widzenia, niż naiwna wiara, że z obecnego kryzysu kapitalizmu można wyjść przywracając w jakiś magiczny sposób socjaldemokratyczne rozwiązania okresu powojennych „trzydziestu wspaniałych lat”.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Terence Eastburn

Reklamy

Żyjemy w schyłkowym kapitalizmie. Co przyjdzie po nim?

Kapitalizm, podobnie jak wcześniejsze systemy społeczno-ekonomiczne, dobiegnie końca. Pomimo iż udało mu się przekonać setki milionów ludzi do swojej naturalności i przezroczystości, strukturalne cechy kapitalizmu czynią go systemem, który musi się skończyć znacznie szybciej niż poprzedzające go przednowoczesne systemy „trybutarne”. Kapitalizm jest najbardziej niestabilnym systemem społeczno-ekonomicznym w dotychczasowej historii; cykliczne, wyjątkowo częste, katastrofalne w skutkach kryzysy nie stanowią jego wyjątku a regułę, to one są jego istotą. Systemy poprzedzające kapitalizm w Indiach czy w Chinach potrafiły nie zaznać klęski głodu przez kilkaset lat z rzędu, rzecz, której kapitalizm nigdy na tak wielkim obszarze nie osiągnął. Oprócz strukturalnej tendencji do kryzysów, kapitalizm opiera się także na niszczycielskim tempie eksploatacji zasobów planety, od dawna zużywa naturalne zasoby znacznie szybciej niż natura jest w stanie je odtworzyć.

Zmierzch kapitalizmu

Kapitalizm dobiegnie końca znacznie szybciej niż większość z nas przypuszcza. Jestem przekonany, że większość czytających te słowa umrze już w innym systemie społeczno-ekonomicznym, chyba że władcy tego świata, w obronie swojej pozycji zmiotą nas wszystkich z powierzchni Ziemi w III wojnie światowej, tym razem nuklearnej.

O tym, że kapitalizm jest już obecnie w swojej ostatniej, schyłkowej fazie, świadczą przede wszystkim dwa zespoły problemów. Pierwszy to rozmiary katastrofy klimatycznej, jaką spowodowała kapitalistyczna eksploatacja planety. Powodują one, że nie można już sobie wyobrazić, że kapitalizm jako system produkcji może się rozwijać jeszcze przez choćby jedno stulecie. Niszcząc nasze środowisko w takim tempie, wyginiemy wszyscy znacznie szybciej. Drugi to natura obecnego strukturalnego kryzysu akumulacji kapitału, akcelerowanego załamaniem finansowym 2007-2008. Od tamtego czasu władcy światowej gospodarki próbują wszystkich niekwestionujących podstaw samego kapitalizmu lekarstw, których się nauczyli z poprzednich strukturalnych kryzysów systemu. Unia Europejska, zdominowana przez interesy niemieckiej finansjery, trzyma się uparcie polityki zaciskania pasa i dyscypliny budżetowej. Krytycy tej polityki podkreślają, że jedynie pogłębia ona problemy kontynentu. Niby jest to prawda, ale inne wielkie gospodarki próbują diametralnie innych metod, najczęściej inspirowanych Keynesem – Stany Zjednoczone, Japonia, w pierwszych latach kryzysu także Wielka Brytania wydrukowały prawdziwe oceany pieniędzy, Chiny odpowiedziały inwestycjami infrastrukturalnymi – i żadne z tych rozwiązań nie działa, kryzys cały czas się pogłębia.

Diagnoza, że jesteśmy już w schyłkowej fazie kapitalizmu, który skończy się prędzej raczej niż później, to punkt wyjścia dla fascynującego książkowego eseju, którego autorem jest związany z fenomenalnym amerykańskim magazynem „Jacobin” Peter Frase. Książeczka nosi tytuł Four Futures: Life After Capitalism (Cztery przyszłości: Życie po kapitalizmie). Frase podkreśla, że nie uprawia futurologii – nie pisze, jak potoczy się przyszłość, tego rodzaju literatura już zbyt wiele razy się skompromitowała. Jego książka to raczej rodzaj intelektualnej spekulacji rysującej cztery możliwe scenariusze, cztery możliwe systemy, jakie mogą zastąpić kapitalizm w następstwie jego upadku, który dziś przeżywamy. Każdy z nich wyprowadzony jest z procesów i przemian, które już zachodzą, a także z różnych rozstrzygnięć politycznych, jakie mogą one przynieść. W zarysowaniu tych scenariuszy Frase’owi pomagają obrazowe wizje zaczerpnięte z literatury i kina science fiction, trafnie bowiem traktuje Frase science fiction jako ten gatunek literatury i kina, który najskuteczniej sonduje możliwości i niebezpieczeństwa ewolucji procesów obserwowanych już współcześnie, posuwając do przodu ich wewnętrzną logikę.

Dwa socjalizmy, dwa barbarzyństwa

Frase przypomina słynną frazę Róży Luksemburg, „socjalizm albo barbarzyństwo” i proponuje, że mamy politycznie do wyboru dwa możliwe „socjalizmy” i dwa możliwe „barbarzyństwa”.

Najbardziej obiektywnym czynnikiem, który będzie wyznaczał ramę dla naszej wspólnej przyszłości jest katastrofa klimatyczna, która jest już przesądzona i rozwija się znacznie szybciej niż sądzono jeszcze kilka lat temu. Zmiany klimatyczne oznaczają szereg ekologicznych ograniczeń, jakie przed nami staną. Oceany się podniosą, zmniejszając powierzchnię wielu krajów, część ziemi obecnie uprawnej może stać się pustyniami lub obszarami niemożliwymi do zamieszkania, całe modele produkcji żywności mogą się okazać niemożliwe do utrzymania, i tak dalej. Drugi czynnik jest technologiczny: postępy w automatyzacji, maszyny, które potrafią się same uczyć, drukarki 3D zdolne postawić dom w trzy godziny bez udziału jednego murarza, wszystko to powiększy możliwości produkcyjne ludzkości i zmniejszy zapotrzebowanie na ludzką pracę. Jeżeli automatyzacja spełniłaby swoje najbardziej entuzjastyczne obietnice, mogłaby zaspokoić większość potrzeb przy naszym, ludzi, minimalnym lub żadnym wysiłku. A więc pierwsze pytanie, to ile zostanie spełnione z obietnicy obfitości złożonej przez maszyny i kapłanów automatyzacji w obliczu ograniczeń ekologicznych. Ale to nie wszystko, bo najważniejszym będzie czynnik polityczny, czyli to, czy zwycięstwo w walce o kształt świata odniosą siły polityczne o charakterze egalitarnym, równościowym czy antyegalitarnym, dążącym do zachowania stosunków hierarchii i dominacji.

Dla celów retorycznych scenariusze zarysowane przez Frase’a zrelacjonuję trochę inaczej niż on sam, od najlepszego do najczarniejszego.

Komunizm

Najbardziej optymistycznym scenariuszem, ale i najtrudniejszym do realizacji, jest dla Frase’a komunizm. Frase jest marksistą i pozostaje obojętny na wszelkie związane z tym słowem fobie; komunizm rozumie tak samo jak brodacz z Trewiru: jako bezklasowe społeczeństwo ekonomicznie równych sobie ludzi wyzwolone (za sprawą maszyn i automatyzacji) z przymusu pracy najemnej i z władzy pieniądza nad wszystkimi relacjami między ludźmi. Byłby to świat, w którym obfitość przyniesiona przez automatyzację zrekompensowałaby wszystko, co stracimy wskutek zmian klimatycznych, a warunkiem jego zaprowadzenia jest uniwersalny dochód wypłacany każdemu człowiekowi niezależnie od tego, czy pracuje, który zrównoważy znikanie miejsc pracy wskutek automatyzacji i jednocześnie popychałby automatyzację dalej do przodu. Frase nie przyjmuje „lewicowych krytyk” dochodu bezwarunkowego, uważając, że ignorują one skalę, na jaką to rozwiązanie przekształciłoby całokształt stosunków społecznych i ekonomicznych. Ludzie są stworzeniami, które nie znoszą nudy, potrzebują w swoim życiu widzieć wartość samą w sobie, dlatego uwolnieni od konieczności pracy najemnej będą robić to, co ich pasjonuje i co uważają za ważne, a za pracę, która jest nie dającą żadnej satysfakcji udręką będą od przedsiębiorców wymagać coraz wyższych wynagrodzeń, wymuszając na nich postępy automatyzacji, przede wszystkim automatyzacji tej pracy, której nikt sam z siebie wykonywać nie chce. Jednocześnie pracą ciekawą i wartościową samą w sobie będą się zajmować z własnej woli, coraz częściej za darmo, powodując, że coraz więcej usług i dóbr będzie między ludźmi wymienianych w ten sposób, zmniejszając i stopniowo rugując gospodarkę pieniężną, z czasem odsyłając ją na śmietnik historii.

Socjalizm

Socjalizm to scenariusz również egalitarny, w którym nie uda się jednak zrealizować pełnej obietnicy obfitości dostarczanej przez zmechanizowane procesy, a ograniczenia wynikające ze zmian klimatycznych będą z jednej strony znaczące, z drugiej jednak rozwiązane tak, byśmy wszyscy mieli równy udział w prawie do przetrwania zmian ekologicznych (a nie np. tylko ludzie zamożni czy mieszkańcy wybranych krajów). W socjalizmie będziemy musieli się zmagać z konsekwencjami ekologicznego zniszczenia planety przez kapitalizm, ale dzięki egalitaryzmowi politycznemu i ekonomicznemu będziemy w stanie przeprowadzić wielką technologiczną transformację, która przestawi nasze systemy energetyczne i produkcyjne na takie, które szanują ograniczoność zasobów planety. Jednocześnie podzielimy się pracą przy tej transformacji, pracą zarządzaną w centralnie planowanych projektach na globalną skalę, bo tylko tak można rozwiązać problemy, jakie przed nami dzisiaj stoją. Częścią systemu powinien wciąż być uniwersalny dochód, nieuzależniony od tego, czy w danym momencie człowiek wykonuje pracę (automatyzacja nie zlikwiduje zapotrzebowania na pracę, ale znacząco je zmniejszy) i systemowe zabezpieczenia przed tym, by ktokolwiek miał indywidualną kontrolę nad wielkimi zasobami bogactwa.

Rentyzm

Rentyzm będzie to system, w którym automatyzacja zapewni obfitość dóbr niezależnie od zmian ekologicznych oraz kolosalnie zmniejszy zapotrzebowanie na pracę, przy jednoczesnym zwycięstwie politycznym sił dążących do utrzymania stosunków silnej dominacji klasowej. Zalążki rentyzmu już mają się dobrze – przejawiają się w ekspansji reżimu praw autorskich i własności intelektualnej dążącego do podboju coraz to nowych obszarów rzeczywistości, obejmowania patentami substancji naturalnych, tradycyjnych lekarstw i odmian roślin uprawianych przez różne społeczeństwa od tysięcy lat, nawet genów, w tym ludzkich. Rentyzm będzie to bowiem system, w którym źródłem fortun klas dominujących będzie pobieranie renty od monopolistycznych tytułów własności rozciągniętych na wszystkie obszary życia. Część populacji zdominowanej znajdzie zatrudnienie w sektorze usług osobistych świadczonych klasie rentierów czy w sektorze bezpieczeństwa ochraniającego ich majątki i przywileje przed gniewem spauperyzowanej reszty, ale źródłem napięć wewnątrzsystemowych będzie to, że takiej pracy nie wystarczy dla wszystkich, co z kolei będzie tworzyło problem z popytem na to wszystko, od czego elity pobierać będą rentę.

Eksterminizm

Najczarniejszym scenariuszem jest system, który Frase nazwał eksterminizmem. Niestety, jest to również ten system, w stronę którego w moim przekonaniu najszybciej zmierzamy. Eksterminizm będzie to system, w którym nie zapanujemy nad katastrofalnymi skutkami ekologicznymi globalnego ocieplenia klimatu, ale za sprawą utrzymania hierarchicznych stosunków dominacji uprzywilejowani zagwarantują własne przetrwanie kosztem mas ludzi skazanych na stopniową systemową zagładę. Te zagłady będą się realizować za sprawą działań zbrojnych, klęsk głodu i pozostawienia całych populacji samym sobie w obliczu klęsk żywiołowych wywołanych zmianami klimatu, a także pozamykanych i porzuconych w obliczonych na ich stopniowe wymieranie, odciętych od świata bantustanach na podobieństwo Palestyńskich Terytoriów Okupowanych, a zwłaszcza oblężonej od lat strefy Gazy. Pisząc w roku 2014 esej Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami, miałem podobne intuicje, co Frase w tym rozdziale Czterech przyszłości. Palestyńskie Terytoria Okupowane są laboratorium wykluwającego się eksterminizmu.

Książka Frase’a powinna być lekturą obowiązkową dla tych na lewicy, którzy każdą radykalną propozycję wychodzącą dalej niż wprowadzanie drobnych, socjaldemokratycznych korekt do logiki systemu kapitalistycznego uważają za nierealistyczne obłąkanie, a za ostateczny horyzont ludzkości robi u nich powojenne państwo dobrobytu. To ostatnie było tymczasem wyjątkowym historycznym wariantem systemu będącego już dziś w fazie schyłku. Jednocześnie odrzucanie przez taką „realistyczną lewicę” radykalnych propozycji mających na celu transformację w stronę socjalizmu lub komunizmu wcale nie przybliża nas do „realistycznych” (a w rzeczywistości anachronicznych) fantazji o zachodnim państwie dobrobytu lat 60. XX wieku tylko pomaga ekonomicznym władcom tego świata odżegnać największe ideologiczne zagrożenia dla ich interesów. Dzięki temu mogą spokojnie pracować na rzecz któregoś z własnych projektów ekonomicznej transformacji globu – ku rentyzmowi lub eksterminizmowi. Jeżeli dopną celu, „realistyczna lewica” będzie ponosić część odpowiedzialności za piekło, w jakim przyjdzie nam żyć.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach portalu Strajk.eu (pt. Peter Frase – polityczny scenarzysta dla ludzkości)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Jak żądać wszystkiego?

Choć tytuł książki Nicka Srnicka i Alexa Williamsa Inventing the Future: Postcapitalism and a World Without Work może mylnie wskazywać na intelektualne okolice najnowszej książki Paula Masona (czy jeszcze gorzej: dorobku Jeremy’ego Rifkina), mamy do czynienia z propozycją innego zupełnie rzędu. Srnicek i Williams bynajmniej nie wyobrażają sobie, że żyjemy w świecie, w którym praca jako filar systemu ekonomicznego i warunek utrzymania większości ludzi się już prawie skończyła. Nie są też tak naiwni, by zakładać, jak Mason, że same przemiany technologiczne w naturalny sposób pociągną za sobą wyjście poza horyzont kapitalizmu, który sam z siebie będzie chciał nadgonić własne społeczne „przeterminowanie” i dostosować się do postępowych możliwości wynikających jakoby immanentnie z technologii (czyli samorzutnie i bez walki anulować swoje sprzeczności i imperatywy). Jakby kapitalistycznej formy uspołecznienia nie utrzymywały przede wszystkim interesy klas panujących, a nie same ograniczenia technologiczne. (Chyba nie tylko mnie przypomina to stalinowską wersję marksizmu, z „rozwojem sił wytwórczych” detronizującym walkę klas jako centralny problem polityczny?).

Porażka lewicy

Srnicek i Williams zaczynają w pewnym sensie wręcz odwrotnie niż autorzy widzący w samych przemianach technologicznych rodzący się już nowy wspaniały świat, będący jedynie kwestią czasu: mianowicie od diagnozy, że sytuacja lewicy jest dziś globalnie raczej rozpaczliwa. Z tego z kolei wynika, że porządek ekonomiczny neoliberalnego kapitalizmu jest dziś w zasadzie niezagrożony, a neoliberalizm sprawuje władzę nad naszą społeczną wyobraźnią, niezachwianie funkcjonując jako „kolektywny zdrowy rozsądek” naszych czasów. Autorzy zwracają uwagę, że wbrew intuicjom wielu osób na lewicy, niekoniecznie chodzi o to, że ruchy czy poglądy lewicowe mają niewystarczające poparcie społeczne. W różnych częściach świata lewicy udawało się w ostatnich kilkunastu latach gromadzić imponujące masy ludzkie – w protestach antywojennych czy mobilizacjach przeciwko polityce austerity, a w USA także np. przeciwko rasistowskiej przemocy policji. A jednak lewica ewidentnie przegrywa, nawet tam, gdzie formalnie przejmuje władzę (z najbardziej bolesnym przykładem Grecji na czele).

W pierwszym rozdziale autorzy podejmują się ogólnej charakterystyki ruchów i mobilizacji lewicowych naszych czasów, klasyfikując je wszystkie jako formy ogólnego trendu, który nazywają folk politics. Różne są formy folk politics: od spontanicznych, masowych mobilizacji „oburzenia” czy to na klasę polityczną jako taką, czy na konkretne posunięcia rządów państw czy władz miejskich, przez mobilizacje w obronie poszczególnych usług publicznych (np. konkretnych szkół czy szpitali), masowe zbiórki pieniędzy interweniujące w jakieś aktualne sytuacje kryzysowe aż po praktyki nazywane przez nich mianem „lokalizmu”, w których chodzi o budowanie w naszym bezpośrednim otoczeniu (regionie czy mieście) sieci społecznych i ekonomicznych powiązań, w których np. wszyscy kupują żywność od rolników w najbliższej okolicy.

Te konstatacje pozwalają autorom przejść do pytania: dlaczego przy tym wszystkim przegrywamy? Srnicek i Williams stają na stanowisku, że przyczyną kryzysu jest właściwa całej konstelacji takiej współczesnej lewicy krótkość horyzontu, w jakim określa ona swój stosunek do rzeczywistości, brak wizji długofalowej, wybiegającej poza interwencje w najbliższe otoczenie lub w najbliższej perspektywie czasowej, a także zasadnicza reaktywność takiej lewicy. Autorzy nie kwestionują znaczenia każdej takiej poszczególnej mobilizacji (chociaż niektóre owszem) – wielokrotnie ratują one życie lub zdrowie osób i całych grup społecznych. Podkreślają oni jednak, że jeżeli na tym się kończy (a obecnie w najbardziej dalekosiężnych przedsięwzięciach kończy się na próbach uratowania co się da z resztek państwa dobrobytu zbudowanego w okresie trente glorieuses), to lewica pozostaje formacją wyłącznie reaktywną. Aktywna w obronie pewnych przyczółków, nie jest w stanie w ten sposób podważyć ekspansywnej logiki neoliberalnego kapitalizmu, który ze swojej natury jest systemem globalnym. Jest też systemem, który sam siebie postrzega jako projekt wciąż niedokończony i jako taki głodny jest nowych żerowisk dla kapitału. Cały czas szukający nowych rynków do podbicia i stworzenia od zera – w zastępstwie niszczonych usług publicznych, w nowych przestrzeniach otwieranych dla akumulacji kapitału przez reżim własności intelektualnej, itd. Ponieważ jego ambicje są totalne, oddanie czasem jakiejś niszy tu i ówdzie zupełnie go jako procesu nie zatrzymuje; po taką niszę można będzie wrócić później. Autorzy przywołują robiący już karierę cytat z Jodi Dean: „Goldman Sachs doesn’t care if you raise chickens”. Globalny, uniwersalizujący charakter kapitalizmu wymaga globalnej, uniwersalistycznej odpowiedzi. Przekroczyć kapitalizm może wyłącznie konkurencyjna wizja, która przebije go w swoim globalnym, uniwersalizującym charakterze.

Triumf neoliberalizmu

A „dlaczego oni wygrywają?” Oni, czyli prawica. Neoliberałowie podbili i kontrolują sferę „kolektywnego zdrowego rozsądku” współczesnych społeczeństw. Udało im się narzucić kategorie, w których postrzegamy rzeczywistość społeczną, wszystkie te parametry, które decydują o tym, co jesteśmy w stanie pomyśleć jako ekonomicznie i politycznie realistyczne, możliwe, poważne. Ale neoliberałom udało się też – podkreślają Srnicek i Williams – odbić lewicy całe imaginarium i wokabularz przyszłości. Tymczasem kategoria przyszłości (i wszystko, co z nią związane) była przez prawie całą historię nowoczesności naturalną domeną lewicy. To lewica budowała najśmielsze wizje przyszłości i stawiała radykalne żądania postępu rozumianego jako niosący uniwersalną poprawę losu ogółu ludzkości. Pomimo iż nie udało się jej wywalczyć najbardziej radykalnego ze swoich projektów (ostatecznie znieść kapitalizm), to gdzieniegdzie na świecie są jeszcze miejsca nadające się do życia i wszystkie one są takimi za sprawą historycznych zdobyczy lewicy. Dzisiaj jednak najwięcej, na co potrafi się zamachnąć lewica formacji folk politics to obrona nierozmontowanych jeszcze elementów powojennego państwa dobrobytu, przez co brzmi czasem jak formacja konserwatywna. Językiem przyszłości szafują za to neoliberałowie; modernizacja niemal zawsze i automatycznie oznacza dzisiaj neoliberalną restrukturyzację, uelastycznianie zatrudnienia, delokalizację produkcji, itd.

Ale neoliberałowie osiągnęli obecny stan hegemonii (w Gramsciańskim sensie tego słowa) ze stanu marginalnej sekty, której długo nawet kapitaliści nie chcieli traktować poważnie. Ich ambicje były jednak od początku globalne i długofalowe; nie chcieli bronić osaczonych nisz, tylko przebudować cały świat na obraz i podobieństwo rynku z ich fantazji. W tym celu budowali długofalowe wizje, sieć organizacji i think tanków z „Watykanem” w sedzibie Mont Pelerin Society von Hayeka, w ramach których nastąpiła specjalizacja i podział pracy. Wypracowywały one teorie, ekspertyzy i materiały propagandowe od abstrakcyjnych po konkretne scenariusze wydarzeń, przeznaczone dla odbiorców o różnym poziomie przygotowania teoretycznego, od najwyższych decydentów politycznych po nauczycieli. Długo nie mieli żadnego wpływu na rzeczywistość, ale cierpliwie czekali na kryzys. Kryzys naftowy lat 70. XX wieku pociągnął za sobą kombinację inflacji, stangancji i rosnącego bezrobocia, na którą dominujący wtedy keynesizm nie był przygotowany i nie miał odpowiedzi (według założeń keynesizmu, to wszystko nie miało prawa wydarzyć się jednocześnie). Wystarczająco skonsolidowanej, radykalnej i przygotowanej na różnych poziomach (dla polityków, banków centralnych, dziennikarzy, nauczycieli, działaczy związkowych) odpowiedzi nie dostarczyły też środowiska na lewo od keynesizmu. Próżnię błyskawicznie wypełnili neoliberałowie, którzy od dziesięcioleci w rozsianych po całym świecie instytutach polerowali swoje świecidełka.

Odzyskać język, odzyskać przyszłość

Srnicek i Williams wskazują, by pod względem myślenia strategicznego wzorować się na neoliberałach, odbijając im jednocześnie przyszłość. Zbudować konkurencyjną wizję przyszłości, która posunie do przodu wielkie zadanie uniwersalnej emancypacji ludzkości. Wizję, która dostarczy postępowej odpowiedzi na nadchodzące katastrofalne kryzysy społeczne, polityczne i ekonomiczne, których neoliberalzm nie będzie w stanie rozwiązać (bo sam je generuje). Autorzy wskazują centralny kryzys, który już się wyłania: kombinacja wzrostu globalnej podaży siły roboczej, „populacji nadmiarowej” (globalizacja neoliberalna podwoiła masy światowego proletariatu dostępnego do wyzyskiwania przez zglobalizowany kapitał, włączając w jego liczbę wypychanych ze wsi do miast dotychczasowych rolników w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej) oraz umożliwianej przez postęp technologiczny automatyzacji pracy, która już ogranicza zapotrzebowanie przemysłu na siłę roboczą (od czasu kryzysu 2008 gospodarki, które powróciły na drogę wzrostu zrobiły to w większości nie wracając do przedkryzysowej ilości miejsc pracy, a jeśli nawet, to zastępując stare miejsca pracy zatrudnieniem o znacznie gorszej jakości; istniejące już szacunki wyliczają, że w ciągu najbliższych dwóch dekad w wyniku automatyzacji zniknie od 47 do 80% miejsc pracy). Oczywistą konsekwencją spotkania się tych dwóch procesów będzie coraz mniej pracy dostępnej dla jej szukających i coraz więcej bezrobotnych, coraz bardziej zdesperowanych, by sprzedać swoją pracę na jakichkolwiek warunkach. Masowe, rosnące lawinowo bezrobocie, postępujące uśmieciowienie i prekaryzacja zatrudnienia, bezprecedensowa pauperyzacja większej części ludzkości, rozrost gospodarki nieformalnej, coraz większy chaos migracyjny i formy rozgrywania różnych urasowionych grup proletariatu jedna przeciwko drugiej przez klasy panujące.

Jeśli zostawimy te dwa procesy mechanizmom neoliberalnego kapitalizmu. Ale tu Srnicek i Williams proponują wykorzystanie ich do budowy zupełnie innego świata, dla którego odzyskać dla lewicy „kolektywny zdrowy rozsądek” może program polityczny skupiony wokół dwóch centralnych, połączonych nierozerwalnie postulatów. Pierwszy: żądanie maksymalnej automatyzacji wszelkiej bezsensownej, powtarzalnej i ogłupiającej pracy (czyli większości istniejącej pracy; jeżeli tylko kilkanaście procent pracujących odczuwa dziś jakikolwiek rodzaj satysfakcji z wykonywania swojej pracy, nie wynika to z tego, że cała reszta powinna zmienić pracę, a tego, że tylko tyle sensownej w jakikolwiek sposób pracy oferuje współczesna gospodarka; ponieważ jest jej tak niewiele, pozostanie ona zawsze poza zasięgiem większości, zmuszonej wybierać między różnymi formami koszmaru, lub pozbawionej możliwości wyboru, skazanej na cokolwiek, co jest on offer). Drugi: żądanie bezwarunkowego dochodu dla wszystkich. I muszą one iść razem.

Srnicek i Williams wydają się doskonale  świadomi różnych form także pochodzącej z lewa krytyki poszczególnych składników ich wywodu i się do nich w swojej argumenacji odnoszą. Na tezy, że nie ma jak dotąd wystarczających dowodów na aż taki wzrost produktywności, odpowiadają m. in., że możemy mieć do czynienia z opóźnieniem wynikającym z tego, że przemysł nie wyciągnął jeszcze wystarczających konsekwencji z możliwości technologicznych. Ale także z tego, że presja na płace, umożliwiona kapitałowi przez tak szybko powiększoną podaż pracy na skalę globalną, powoduje, że nie ma aż tak silnych bodźców do automatyzacji. Ta jednak przyspiesza już teraz tempa, skoro już nawet fabryki w Chinach masowo zastępują pracowników robotami. Automatyzowana jest nawet praca dziennikarzy: newsy w serwisach rynkowych (o kursach walut, papierów wartościowych, surowców) już piszą roboty; transport pojazdami bez kierowców jest już kwestią niedalekiej przyszłości.

LMDpage1

Autorzy są także świadomi ryzyka przechwycenia postulatu dochodu bezwarunkowego przez neoliberałów. Dlatego Srnicek i Williams podkreślają, że dochód bezwarunkowy nie może – jak chce wielu zwolenników tego rozwiązania – zastępować dotychczasowego systemu zabezpieczeń społecznych, a musi go uzupełniać. Zastąpienie całej struktury państwa dobrobytu dochodem podstawowym otworzyłoby jedynie rynki dla potencjalnej ekspansji kapitału w próżniach wytworzonych po usuniętych elementach państwa opiekuńczego. Dochód ten musi też być wysoki. Jeżeli będzie zbyt niski, by utrzymać człowieka na godnym poziomie, nie da nikomu wolności odrzucenia niechcianej czy bezsensownej pracy, a stanie się pośrednią subwencją dla biznesu, który dzięki niej będzie mógł płacić za pracę poniżej minimum reprodukcji siły roboczej.

Dochód bezwarunkowy musi być wystarczający, by uwolnić człowieka z niewoli pracy ogłupiającej, degradującej czy po prostu nudnej lub nie oferującej życiu dręczonego nią człowieka żadnego sensu, otwierając jednocześnie w jego życiu przestrzeń czy to dla dalszej nauki, spędzania czasu z dzieckiem, czy np. koncentracji na osobistych projektach (artystycznych, literackich, społecznych), które potrzebują dużych nakładów czasu, inaczej niedostępnego. Jego zadaniem w skali ogólnospołecznej z kolei ma być kolosalna demobilizacja siły roboczej, wycofanie ogromnej części jej podaży z rynku pracy. Najpierw zatrzyma to skutki włączenia setek milionów wywłaszczonych chińskich, indyjskich czy afrykańskich wieśniaków w obręb dostępnego zglobalizowanemu kapitałowi proletariatu, a wkrótce potem pozbawi dysponentów kapitału ogromnej części władzy nad nim. Znalezienie pracowników będzie wymagało oferowania im coraz lepszych płac i innych korzyści. Wzrost kosztów siły roboczej, jak również odmowa wykonywania ogłupiającej czy niebezpiecznej dla zdrowia pracy, będą wymuszały postępy automatyzacji i technologiczne rozwiązania zwiększające wydajność. Postępy na polu wydajności produkcji będzie wtedy można przekuć nie w zwiększanie sumy produkcji, a w skracanie tygodniowego czasu pracy przy zachowaniu dotychczasowych rozmiarów produkcji.

Połączenie tych dwóch żądań – bezwarunkowego, niezależnego od pracy dochodu dla każdego i automatyzacji wszelkiej pracy dającej się zautomatyzować – w ściśle spleciony, radykalny program przebudowy całej rzeczywistości społecznej, jest w stanie połączyć w jeden wspólny, prawdziwie masowy front różne odłamy lewicy, aż po ruchy walczące dotąd samotnie o jedną sprawę. Usuwa sprzeczność pomiędzy „tradycyjną” lewicą broniącą miejsc pracy (nierzadko w niszczycielskich dla środowiska przemysłach) a lewicą „zieloną”. Wynikające z implementacji tych postulatów skrócenie czasu pracy – do czterech, potem trzech dni w tygodniu – przyniesie ogromne oszczędności ekologiczne samym tylko zmniejszeniem liczby ludzi każdego dnia udających się w drogę do pracy. Wolność odmowy pracy niosącej z sobą katastrofalne skutki ekologiczne może nawet w jakiejś perspektywie doprowadzić do stopniowego zamykania całych szkodliwych przemysłów, bo nikt nie będzie chciał w nich pracować. Zwiększenie sumy czasu wolnego w każdym gospodarstwie domowy zmniejszy marnotrawstwo żywności i zużycie plastikowych opakowań, w których sprzedawane są szybkie posiłki do podgrzania w mikrofalówce, itd. Ruch feministyczny zdobywa swego rodzaju uznanie dla pracy opiekuńczej (byłoby to wprowadzenie okrężną drogą starego postulatu wynagrodzenia dla kobiet pracujących przede wszystkim w gospodarstwie domowym), ale także uzyskuje kolosalną zmianę w materialnej sytuacji milionów kobiet utrzymywanych przemocą ekonomiczną w toksycznych relacjach z krzywdzącymi je partnerami, od których dzięki gwarantowanemu dochodowi nie będą się bały odejść. I tak dalej.

Srnicek i Williams odżegnują się od proklamacji, że wraz z automatyzacją wszelkiej powtarzalnej, rutynowej pracy i nastaniem powszechnego dochodu bezwarunkowego nastąpi „koniec historii”, ale przekonują, że otworzą one przestrzeń zupełnie nowych możliwości politycznej przebudowy naszego świata w stronę pełnej emancypacji ludzkości. Od nowych form indywidualnej i zbiorowej kreatywności uwolnionej wyzwoleniem z niewoli pracy zarobkowej, a nawet nowych form podmiotowości, jakie będzie można tworzyć w rzeczywistości, w której przestanie nas określać wymuszona na nas praca, po możliwości walki politycznej o przekroczenie kapitalizmu w świecie, w którym wielkie sektory przemysłu będą obsługiwane przez niewielką liczbę wykwalifikowanych pracowników zarządzających resztą zrobotyzowanych procesów (będą oni mogli np. zastrajkować, blokując dwa czy trzy węzły logistyczne i w ten sposób zaburzając ogromną transkontynentalną sieć transportową).

Jarosław Pietrzak

Nick Srnicek, Alex Williams, Inventing the Future: Postcapitalism and a World Without Work, London-New York: Verso, 2015.

Tekst ukazał się w kwietniu 2016 w polskiej edycji miesięcznika Le Monde diplomatique.

Jestem na Facebooku i na Twitterze. Rzuć też okiem na moją książkę o kinie latynoamerykańskim.