Żyjemy w schyłkowym kapitalizmie. Co przyjdzie po nim?

Kapitalizm, podobnie jak wcześniejsze systemy społeczno-ekonomiczne, dobiegnie końca. Pomimo iż udało mu się przekonać setki milionów ludzi do swojej naturalności i przezroczystości, strukturalne cechy kapitalizmu czynią go systemem, który musi się skończyć znacznie szybciej niż poprzedzające go przednowoczesne systemy „trybutarne”. Kapitalizm jest najbardziej niestabilnym systemem społeczno-ekonomicznym w dotychczasowej historii; cykliczne, wyjątkowo częste, katastrofalne w skutkach kryzysy nie stanowią jego wyjątku a regułę, to one są jego istotą. Systemy poprzedzające kapitalizm w Indiach czy w Chinach potrafiły nie zaznać klęski głodu przez kilkaset lat z rzędu, rzecz, której kapitalizm nigdy na tak wielkim obszarze nie osiągnął. Oprócz strukturalnej tendencji do kryzysów, kapitalizm opiera się także na niszczycielskim tempie eksploatacji zasobów planety, od dawna zużywa naturalne zasoby znacznie szybciej niż natura jest w stanie je odtworzyć.

Zmierzch kapitalizmu

Kapitalizm dobiegnie końca znacznie szybciej niż większość z nas przypuszcza. Jestem przekonany, że większość czytających te słowa umrze już w innym systemie społeczno-ekonomicznym, chyba że władcy tego świata, w obronie swojej pozycji zmiotą nas wszystkich z powierzchni Ziemi w III wojnie światowej, tym razem nuklearnej.

O tym, że kapitalizm jest już obecnie w swojej ostatniej, schyłkowej fazie, świadczą przede wszystkim dwa zespoły problemów. Pierwszy to rozmiary katastrofy klimatycznej, jaką spowodowała kapitalistyczna eksploatacja planety. Powodują one, że nie można już sobie wyobrazić, że kapitalizm jako system produkcji może się rozwijać jeszcze przez choćby jedno stulecie. Niszcząc nasze środowisko w takim tempie, wyginiemy wszyscy znacznie szybciej. Drugi to natura obecnego strukturalnego kryzysu akumulacji kapitału, akcelerowanego załamaniem finansowym 2007-2008. Od tamtego czasu władcy światowej gospodarki próbują wszystkich niekwestionujących podstaw samego kapitalizmu lekarstw, których się nauczyli z poprzednich strukturalnych kryzysów systemu. Unia Europejska, zdominowana przez interesy niemieckiej finansjery, trzyma się uparcie polityki zaciskania pasa i dyscypliny budżetowej. Krytycy tej polityki podkreślają, że jedynie pogłębia ona problemy kontynentu. Niby jest to prawda, ale inne wielkie gospodarki próbują diametralnie innych metod, najczęściej inspirowanych Keynesem – Stany Zjednoczone, Japonia, w pierwszych latach kryzysu także Wielka Brytania wydrukowały prawdziwe oceany pieniędzy, Chiny odpowiedziały inwestycjami infrastrukturalnymi – i żadne z tych rozwiązań nie działa, kryzys cały czas się pogłębia.

Diagnoza, że jesteśmy już w schyłkowej fazie kapitalizmu, który skończy się prędzej raczej niż później, to punkt wyjścia dla fascynującego książkowego eseju, którego autorem jest związany z fenomenalnym amerykańskim magazynem „Jacobin” Peter Frase. Książeczka nosi tytuł Four Futures: Life After Capitalism (Cztery przyszłości: Życie po kapitalizmie). Frase podkreśla, że nie uprawia futurologii – nie pisze, jak potoczy się przyszłość, tego rodzaju literatura już zbyt wiele razy się skompromitowała. Jego książka to raczej rodzaj intelektualnej spekulacji rysującej cztery możliwe scenariusze, cztery możliwe systemy, jakie mogą zastąpić kapitalizm w następstwie jego upadku, który dziś przeżywamy. Każdy z nich wyprowadzony jest z procesów i przemian, które już zachodzą, a także z różnych rozstrzygnięć politycznych, jakie mogą one przynieść. W zarysowaniu tych scenariuszy Frase’owi pomagają obrazowe wizje zaczerpnięte z literatury i kina science fiction, trafnie bowiem traktuje Frase science fiction jako ten gatunek literatury i kina, który najskuteczniej sonduje możliwości i niebezpieczeństwa ewolucji procesów obserwowanych już współcześnie, posuwając do przodu ich wewnętrzną logikę.

Dwa socjalizmy, dwa barbarzyństwa

Frase przypomina słynną frazę Róży Luksemburg, „socjalizm albo barbarzyństwo” i proponuje, że mamy politycznie do wyboru dwa możliwe „socjalizmy” i dwa możliwe „barbarzyństwa”.

Najbardziej obiektywnym czynnikiem, który będzie wyznaczał ramę dla naszej wspólnej przyszłości jest katastrofa klimatyczna, która jest już przesądzona i rozwija się znacznie szybciej niż sądzono jeszcze kilka lat temu. Zmiany klimatyczne oznaczają szereg ekologicznych ograniczeń, jakie przed nami staną. Oceany się podniosą, zmniejszając powierzchnię wielu krajów, część ziemi obecnie uprawnej może stać się pustyniami lub obszarami niemożliwymi do zamieszkania, całe modele produkcji żywności mogą się okazać niemożliwe do utrzymania, i tak dalej. Drugi czynnik jest technologiczny: postępy w automatyzacji, maszyny, które potrafią się same uczyć, drukarki 3D zdolne postawić dom w trzy godziny bez udziału jednego murarza, wszystko to powiększy możliwości produkcyjne ludzkości i zmniejszy zapotrzebowanie na ludzką pracę. Jeżeli automatyzacja spełniłaby swoje najbardziej entuzjastyczne obietnice, mogłaby zaspokoić większość potrzeb przy naszym, ludzi, minimalnym lub żadnym wysiłku. A więc pierwsze pytanie, to ile zostanie spełnione z obietnicy obfitości złożonej przez maszyny i kapłanów automatyzacji w obliczu ograniczeń ekologicznych. Ale to nie wszystko, bo najważniejszym będzie czynnik polityczny, czyli to, czy zwycięstwo w walce o kształt świata odniosą siły polityczne o charakterze egalitarnym, równościowym czy antyegalitarnym, dążącym do zachowania stosunków hierarchii i dominacji.

Dla celów retorycznych scenariusze zarysowane przez Frase’a zrelacjonuję trochę inaczej niż on sam, od najlepszego do najczarniejszego.

Komunizm

Najbardziej optymistycznym scenariuszem, ale i najtrudniejszym do realizacji, jest dla Frase’a komunizm. Frase jest marksistą i pozostaje obojętny na wszelkie związane z tym słowem fobie; komunizm rozumie tak samo jak brodacz z Trewiru: jako bezklasowe społeczeństwo ekonomicznie równych sobie ludzi wyzwolone (za sprawą maszyn i automatyzacji) z przymusu pracy najemnej i z władzy pieniądza nad wszystkimi relacjami między ludźmi. Byłby to świat, w którym obfitość przyniesiona przez automatyzację zrekompensowałaby wszystko, co stracimy wskutek zmian klimatycznych, a warunkiem jego zaprowadzenia jest uniwersalny dochód wypłacany każdemu człowiekowi niezależnie od tego, czy pracuje, który zrównoważy znikanie miejsc pracy wskutek automatyzacji i jednocześnie popychałby automatyzację dalej do przodu. Frase nie przyjmuje „lewicowych krytyk” dochodu bezwarunkowego, uważając, że ignorują one skalę, na jaką to rozwiązanie przekształciłoby całokształt stosunków społecznych i ekonomicznych. Ludzie są stworzeniami, które nie znoszą nudy, potrzebują w swoim życiu widzieć wartość samą w sobie, dlatego uwolnieni od konieczności pracy najemnej będą robić to, co ich pasjonuje i co uważają za ważne, a za pracę, która jest nie dającą żadnej satysfakcji udręką będą od przedsiębiorców wymagać coraz wyższych wynagrodzeń, wymuszając na nich postępy automatyzacji, przede wszystkim automatyzacji tej pracy, której nikt sam z siebie wykonywać nie chce. Jednocześnie pracą ciekawą i wartościową samą w sobie będą się zajmować z własnej woli, coraz częściej za darmo, powodując, że coraz więcej usług i dóbr będzie między ludźmi wymienianych w ten sposób, zmniejszając i stopniowo rugując gospodarkę pieniężną, z czasem odsyłając ją na śmietnik historii.

Socjalizm

Socjalizm to scenariusz również egalitarny, w którym nie uda się jednak zrealizować pełnej obietnicy obfitości dostarczanej przez zmechanizowane procesy, a ograniczenia wynikające ze zmian klimatycznych będą z jednej strony znaczące, z drugiej jednak rozwiązane tak, byśmy wszyscy mieli równy udział w prawie do przetrwania zmian ekologicznych (a nie np. tylko ludzie zamożni czy mieszkańcy wybranych krajów). W socjalizmie będziemy musieli się zmagać z konsekwencjami ekologicznego zniszczenia planety przez kapitalizm, ale dzięki egalitaryzmowi politycznemu i ekonomicznemu będziemy w stanie przeprowadzić wielką technologiczną transformację, która przestawi nasze systemy energetyczne i produkcyjne na takie, które szanują ograniczoność zasobów planety. Jednocześnie podzielimy się pracą przy tej transformacji, pracą zarządzaną w centralnie planowanych projektach na globalną skalę, bo tylko tak można rozwiązać problemy, jakie przed nami dzisiaj stoją. Częścią systemu powinien wciąż być uniwersalny dochód, nieuzależniony od tego, czy w danym momencie człowiek wykonuje pracę (automatyzacja nie zlikwiduje zapotrzebowania na pracę, ale znacząco je zmniejszy) i systemowe zabezpieczenia przed tym, by ktokolwiek miał indywidualną kontrolę nad wielkimi zasobami bogactwa.

Rentyzm

Rentyzm będzie to system, w którym automatyzacja zapewni obfitość dóbr niezależnie od zmian ekologicznych oraz kolosalnie zmniejszy zapotrzebowanie na pracę, przy jednoczesnym zwycięstwie politycznym sił dążących do utrzymania stosunków silnej dominacji klasowej. Zalążki rentyzmu już mają się dobrze – przejawiają się w ekspansji reżimu praw autorskich i własności intelektualnej dążącego do podboju coraz to nowych obszarów rzeczywistości, obejmowania patentami substancji naturalnych, tradycyjnych lekarstw i odmian roślin uprawianych przez różne społeczeństwa od tysięcy lat, nawet genów, w tym ludzkich. Rentyzm będzie to bowiem system, w którym źródłem fortun klas dominujących będzie pobieranie renty od monopolistycznych tytułów własności rozciągniętych na wszystkie obszary życia. Część populacji zdominowanej znajdzie zatrudnienie w sektorze usług osobistych świadczonych klasie rentierów czy w sektorze bezpieczeństwa ochraniającego ich majątki i przywileje przed gniewem spauperyzowanej reszty, ale źródłem napięć wewnątrzsystemowych będzie to, że takiej pracy nie wystarczy dla wszystkich, co z kolei będzie tworzyło problem z popytem na to wszystko, od czego elity pobierać będą rentę.

Eksterminizm

Najczarniejszym scenariuszem jest system, który Frase nazwał eksterminizmem. Niestety, jest to również ten system, w stronę którego w moim przekonaniu najszybciej zmierzamy. Eksterminizm będzie to system, w którym nie zapanujemy nad katastrofalnymi skutkami ekologicznymi globalnego ocieplenia klimatu, ale za sprawą utrzymania hierarchicznych stosunków dominacji uprzywilejowani zagwarantują własne przetrwanie kosztem mas ludzi skazanych na stopniową systemową zagładę. Te zagłady będą się realizować za sprawą działań zbrojnych, klęsk głodu i pozostawienia całych populacji samym sobie w obliczu klęsk żywiołowych wywołanych zmianami klimatu, a także pozamykanych i porzuconych w obliczonych na ich stopniowe wymieranie, odciętych od świata bantustanach na podobieństwo Palestyńskich Terytoriów Okupowanych, a zwłaszcza oblężonej od lat strefy Gazy. Pisząc w roku 2014 esej Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami, miałem podobne intuicje, co Frase w tym rozdziale Czterech przyszłości. Palestyńskie Terytoria Okupowane są laboratorium wykluwającego się eksterminizmu.

Książka Frase’a powinna być lekturą obowiązkową dla tych na lewicy, którzy każdą radykalną propozycję wychodzącą dalej niż wprowadzanie drobnych, socjaldemokratycznych korekt do logiki systemu kapitalistycznego uważają za nierealistyczne obłąkanie, a za ostateczny horyzont ludzkości robi u nich powojenne państwo dobrobytu. To ostatnie było tymczasem wyjątkowym historycznym wariantem systemu będącego już dziś w fazie schyłku. Jednocześnie odrzucanie przez taką „realistyczną lewicę” radykalnych propozycji mających na celu transformację w stronę socjalizmu lub komunizmu wcale nie przybliża nas do „realistycznych” (a w rzeczywistości anachronicznych) fantazji o zachodnim państwie dobrobytu lat 60. XX wieku tylko pomaga ekonomicznym władcom tego świata odżegnać największe ideologiczne zagrożenia dla ich interesów. Dzięki temu mogą spokojnie pracować na rzecz któregoś z własnych projektów ekonomicznej transformacji globu – ku rentyzmowi lub eksterminizmowi. Jeżeli dopną celu, „realistyczna lewica” będzie ponosić część odpowiedzialności za piekło, w jakim przyjdzie nam żyć.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach portalu Strajk.eu (pt. Peter Frase – polityczny scenarzysta dla ludzkości)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Reklamy

Trump i Clinton. Burżuazyjna demokracja umiera brzydką śmiercią

Gdyby Eurypides upił się był kiedyś z Sofoklesem, i na wspólnym pijackim widzie postanowili się ścigać, kto postawi swojego nowego bohatera w najbardziej tragicznym położeniu, przed najbardziej beznadziejnym wyborem, nie dotarliby chyba do sytuacji, w jakiej amerykańskie społeczeństwo postawiła tamtejsza klasa polityczna.

Między gwałcicielem a pseudofeministką, która w obronie władzy i przywilejów swojej zdemoralizowanej rodziny pomogła uchronić przed odpowiedzialnością poprzedniego gwałciciela w Białym Domu. Między rasistą wulgarnym, wyrzygującym bezmyślnie frazy, że Meksykanie to mordercy i gwałciciele, a rasistką elegancką, z kieliszkiem najdroższego szampana nazywającą afroamerykańską młodzież „superdrapieżnikami”. Między szaleńcem, o którym nie wiadomo, czy nie wywoła kilku wojen, a zakochaną w swoich wojskowych doradcach cyniczką, o której wiadomo, że wywoła kilka wojen – wiadomo, bo parę już wywołała (w Libii wespół z Sarkozym, w Syrii z niejawnym sojuszem izraelsko-saudyjskim), a swoje marzenie o doprowadzeniu do kolejnych wyrażała otwarcie (z Iranem) lub za zamkniętymi drzwiami (z Rosją i Chinami), wiedzę o czym zawdzięczamy WikiLeaks. Między obleśnym pajacem w kolorze dojrzałych owoców cytrusowych, o którym mówi się, że jego kampanię wspierał Kreml, a pozbawioną skrupułów karierowiczką, której kampania zassała dziesiątki milionów dolarów od saudyjskiej rodziny królewskiej. Między oszustem podatkowym i biznesowym a głową wielkiej pralni brudnych pieniędzy i „załatwialni” szemranych politycznych przysług, znanej jako Clinton Foundation.

Każ komuś wybierać między dżumą a cholerą i dziw się, że umarł.

Hillary Clinton nie była mniejszym złem

Kiedy stało się już to, co jeszcze pół roku temu było nie do pomyślenia, przerażeni tym, jak będzie wyglądał świat z szalonym, narcystycznym clownem na czele największego mocarstwa, nie powinniśmy jednak zapominać, że Clinton nie była złem ani trochę mniejszym.

Trump jest rasistą – mówią płaczki po Madame Clinton. A Madame Clinton nie? Na miłość Marksa! W kampaniach wyborczych swojego męża Billa, a potem w okresie jego prezydentury, odgrywała główną rolę w przekierowywaniu gniewu białej klasy robotniczej, ubożejącej wskutek polityki ekonomicznej jej męża (NAFTA, deregulacja Wall Street, itd.), której też była aktywną orędowniczką, w stronę ludności afroamerykańskiej. To w tym kontekście młodych czarnych mężczyzn nazywała „miejskimi superdrapieżnikami”. Tą kampanią rasowej stygmatyzacji Madame Clinton pomogła administracji swojego męża powsadzać do więzień miliony czarnych mężczyzn. To w czasie administracji Clintona polityka masowej inkarceracji czarnych mężczyzn rozpędziła się na niespotykaną wcześniej skalę (i do dzisiaj się nie zatrzymała). Miliony mężczyzn w więzieniach to także złamane serca milionów matek i partnerek skazanych na samotne wychowywanie dzieci w kraju, w którym Bill Clinton prawie zlikwidował pomoc społeczną. To miliony dzieci skrzywdzone brakiem ojca i dzieciństwem w biedzie. Miliony ludzkich istnień nieodwracalnie przetrąconych, wielokrotnie na zawsze złamanych. Za kolor skóry. Drodzy rycerze antyrasizmu, wybraliście złą damę waszych serc.

Trump traktuje kobiety jak śmieci. A Madame Clinton? O Różo Luksemburg! Likwidacja ponad 80% faktycznie przyznawanej pomocy społecznej przez Billa Clintona, „reforma” aktywnie wspierana przez Madame Clinton, uderzyła przede wszystkim w kobiety, zrzucając na nie zwielokrotnione obciążenia w zakresie opieki nad dziećmi, nad starszymi i chorymi członkami rodziny, i wpychając miliony z nich w skrajną biedę. W warunkach, kiedy gospodarka oddana przez Billa (przy aktywnym poparciu Hillary) na łup bankierow i spekulantów, osuwała coraz więcej ludzi i całych społeczności w biedę. Kobiety są szczególnie poszkodowane przez system ochrony zdrowia oparty o prywatne korporacje ubezpieczeniowe, bo na ich niekorzyść działają koszty związane z rozrodczością i fakt, że rodzicielstwo pozostaje niemal zupełnie niechronione przez amerykańskie stosunki pracy. Kiedy Clinton została już oficjalnie nominowana jako kandydatka Partii Demokratycznej, Bernie Sanders próbował przepchnąć do jej programu uniwersalną opiekę zdrowotną (nie, Obamacare to wciąż tylko jej ersatz, wydrążony kadłubek), Madame Clinton stanęła na rzęsach, żeby temu zapobiec.

Można tak odpowiadać na większość zarzutów pod adresem Donalda Trumpa. To prawda, Hillary Clinton nikogo nie zgwałciła ani nie molestowała. Za to wywołała dwie wojny, w których zginęło już kilkaset tysięcy ludzi. Oczywiście, można uważać, że gwałt jest zbrodnią cięższą od wywołania wojny z setkami tysięcy ofiar śmiertlnych, ale jest to sąd tyleż arbitralny, co dyskusyjny.

Nikt nie zasługiwał na zwycięstwo i Biały Dom mniej niż Donald Trump. Ale nikt nigdy nie zasłużył na porażkę bardziej niż Hillary Clinton. To drugie przeważyło.

Wymarzone wojny Hillary Clinton

Od kilku miesięcy na wschodzie i północy Europy gromadziły się bezprecedensowe ilości wojsk Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników, głównie Wielkiej Brytanii. Największa koncentracja sił NATO w Europie od czasu drugiej wojny światowej. Tym, którzy mają trudność z dodaniem jeden do jeden, spieszę z pomocą.

Wojska te gromadziły się tam w oczekiwaniu na koniec kadencji Baracka Obamy, prezydenta niechętnego rozpętywaniu kolejnych wojen, bo wstydzi się tych, które już ma na sumieniu (za jego rządów USA bombardowały siedem krajów). W oczekiwaniu na intronizację oblubienicy Wall Street i amerykańskiego przemysłu wojny, namaszczonej przez amerykańską plutokrację do roli jego następczyni. Wszystko było gotowe na jej gwizdek. Jeżeli w pogłoskach o wsparciu Kremla dla Trumpa jest ziarno prawdy, to dlatego, że z Trumpem w Białym Domu Rosji uda się zażegnać lub przynajmniej odroczyć wojnę z NATO, której Rosja nie chce. Ulga i radość Kremla i Dumy na wieść o wynikach wyborów świadczą o tym właśnie, a nie o tym, że Putin jest jakimś planetarnym władcą marionetek, który rozdaje trony nawet w państwach potężniejszych od własnego. Z Clinton ta wojna wybuchłaby najpewniej już w 2017 roku, w każdym razie wszystko było już na ten scenariusz przygotowane.

Prezydentura Trumpa będzie strasznym okresem dla Amerykanów, zwłaszcza dla przedstawicieli mniejszości etnicznych i imigrantów, populacji afroamerykańskiej, Latynosów, społeczności muzułmańskich, mniejszości seksualnych, a także większości kobiet. Ale też dla białej klasy robotniczej, której część Trump uwiódł zgrywając antyestabliszmentowca i grając na rasistowskich sentymentach (które odziedziczył po kampanii Clintonów w latach 90.); już u władzy porzuci ich jak nieprzytomną, wykorzystaną dziewczynę na cocaine party w megalofcie na szczycie jednego ze swoich hoteli.

Prezydentura Clinton byłaby bez wątpienia lepsza dla samych Amerykanów. Ale kto miał za to zapłacić? Reszta świata.

Clinton miała bez porównania bardziej postępowy program wyborczy. Ale wiarygodność Clinton jako polityczki, która zrealizuje socjaldemokratyczne obietnice, jest mniej więcej taka, jakby sobie w tej roli wyobrazić Leszka Balcerowicza. A jako doświadczoną polityczkę, podkreślającą na każdym kroku, jaka to jest – w przeciwieństwie do Trumpa – doświadczona, Amerykanie ocenili ją po dorobku, a nie po deklaracjach. Socjaldemokratyczny program Clinton był głównie propagandowym „spinem” obliczonym na utrzymanie głosu zwolenników Berniego Sandersa i porzucenie po dojściu do władzy.

Kilka postulatów udałoby się lewicy z jej administracją zrealizować, zapewne np. podniesienie na poziomie federalnym płacy minimalnej i w konsekwencji materialnego poziomu życia milionów Amerykanów. Może jakieś inwestycje. Ale jak byłoby to możliwe bez naruszania stopnia władzy ekonomicznej skumulowanej po dekadach neoliberalizmu przez wąskie grono plutokratów? A nie po to misie z Goldman Sachs i Citibank płaciły Madame Clinton przez kilka ostatnich lat po ćwierć miliona dolarów za 45-minutowe pogadanki za zamkniętymi drzwiami, żeby ona cokolwiek z ich władzy, pieniędzy i przywileju im uszczknęła.

Kapitalizm jest w strukturalnym kryzysie akumulacji. Wyjście amerykańskiej gospodarki z kryzysu 2008 jest najsłabszą ekonomiczną recovery odnotowaną od lat 30. XX wieku. Z czegoś takiego nikt nigdy w kapitalizmie nie wyszedł samym impulsem popytowym. Istnieją powody, dla których keynesizm nagle przestał działać po upływie trente glorieuses (trzy dekady nieprzerwanej prosperity po II wojnie światowej) i stanął przed zagadkową konfiguracją problemów, które według teorii Keynesa nie miały prawa się wydarzyć jednocześnie. W klasyce literatury przedmiotu jest takie coś, co się nazywa fale Kondratiewa. Keynesowkie środki kontrcykliczne rozwiązują problem krótkich cykli koniunkturalnych, ale nie fal Kondratiewa. Obama przez bite dwie kadencje pompował w amerykańską gospodarkę inspirowane Keynesem pakiety stymulacyjne, ale ich skuteczność już się wyczerpała: prawie wszystkie pieniądze z tych pakietów ostatecznie znajdują drogę do baniek spekulacyjnych, omijając realną gospodarkę, stopa zysku dla całości gospodarki albo stoi w miejscu, albo spada, a wzrost PKB nie potrafi przebić poziomu jeden procent z czymś po przecinku. Pakiety spekulacyjne kupiły tylko elitom trochę czasu.

Bez redystrybucji już istniejącego bogactwa, nacjonalizacji banków a potem innych strategicznych przemysłów oraz uspołecznienia kontroli nad nimi, zachowując w nienaruszonej postaci obecną strukturę własności i władzy ekonomicznej (patologicznie skoncentrowanej), amerykański kapitalizm byłby w stanie sfinansować poprawę poziomu życia swojej klasy robotniczej i klasy średniej tylko w jeden sposób: poprzez eskalację grabieży i wojny poza swoimi granicami. Wojna bowiem napędza jeden z najbardziej zyskownych przemysłów (zbrojeniowy), umożliwa grabież zasobów („akumulacja przez wywłaszczenie” zasobów zaatakowanych społeczeństw kompensuje niewydolność „akumulacji przez produkcję”), a zmasowana destrukcja już zakumulowanego kapitału (martwej pracy zastygłej w już wzniesionych nieruchomościach, infrastrukturze, instytucjach, itd.) w toku działań wojennych otwiera przestrzeń dla nowego cyklu akumulacji kapitału. Tak to działa w realnym kapitalizmie, tym, w którym naprawdę żyjemy, który opisał Karol Marks i jego uczniowie, a nie tym z fantazji liberalnych bajkopisarzy, albo z Keynesa, któremu się wydawało, że możliwy jest kapitalizm, który nie składa się w końcu jak domek z kart.

I wiemy, że wojna to był plan obozu Clinton, ponieważ od dawna otacza się ludźmi, którzy ślinią się razem z nią na myśl o zbombardowaniu Iranu i o wojnie z Rosją. Jej kampanię wyborczą finansowało dziewięć z dziesięciu największych korporacji zbrojeniowych. Wojska już się w Europie zgromadziły. Można odnieść wrażenie, że jej przyjaciele w Pentagonie, CIA i Departamencie Stanu przeciągali wojnę w Syrii w nieskończoność, wspierając na zmianę różne strony konfliktu, tak żeby nikt tej wojny nie mógł wygrać, żeby ciągle się toczyła, kiedy Hillary zostanie zwierzchnikiem sił zbrojnych i Syria będzie wygodnym punktem wyjścia dla rozlania działań zbrojnych na Rosję i Iran. Na Pacyfiku, odpowiednio blisko Chin, ma miejsce druga wielka koncentracja amerykańskich sił zbrojnych. Dokumentowaniem tych procesów zajmuje się od dłuższego czasu wybitny australijski dziennikarz John Pilger.

Te umysły na polskiej lewicy, które piszą o Clinton bezmyślne limeryki, że nie tylko nie była mniejszym złem, ale była wprost większym dobrem, i jej stanowisko w sprawach międzynarodowych jest drugorzędne, mam ochotę zapytać: czy byliście gotowi życiem przyjaciół, urwaną nogą bliskiego krewnego, lejem po bombie w miejscu waszego domu, itd., zapłacić za wzrost płac w USA i kilka progresywnych reform pani rzuconych przez Madame Clinton jej amerykańskim wyborcom w zamian za tron cesarzowej świata?

Geografia nie daje innej możliwości, jedna z pierwszych wojen Hillary Clinton przetoczyłaby się przez Polskę i okolice. NATO by nas obroniło? Nie po to nas wkręciło w członkostwo, żeby nas bronić, tylko żeby mieć bufor, w razie problemów z góry spisany na straty, jeden czy dwa dni więcej na przygotowanie do obrony swoich „członków właściwych”.

Donald Trump jest autorytarnym prawicowym populistą, protofaszystą. Ale Jasbir Puar napisała kiedyś takie zaprawdę godne zapamiętania zdanie, że „liberalna demokracja sankcjonyje swoje własne reżimy totalitarne”. Tym właśnie byłyby Stany Zjednoczone Hillary Clinton, reżimem totalitarnym liberalnej demokracji: pozory szacunku dla liberalnych wolności i kilka progresywnych grepsów wewnątrz granic za cenę bezprecedensowej eskalacji militarnej przemocy na zewnątrz.

Trump nigdy nie chciał być prezydentem

Po ogłoszeniu oficjalnych wyników amerykańskich wyborów drugim życiem zaczął się cieszyć tekst reżysera Michaela Moore’a, napisany przezeń w czerwcu, w którym, wyciągając wnioski z brytyjskiego referendum na temat Brexitu, podawał 5 powodów, dla których Trump wygra te wybory. Wiele miesięcy wcześniej Moore przewidział też, że to właśnie Trump zostanie nominowany na kandydata Partii Republikańskiej na prezydenta. Ponieważ tamte diagnozy okazały się trafne, warto sobie przypomnieć jeszcze inny tekst ekscentrycznego amerykańskiego laureata Złotej Palmy.

Moore postawił intrygującą tezę, że Donald Trump nigdy nie chciał wygrać tych wyborów. Nigdy nie chciał zostać prezydentem USA. Będzie się musiał przeprowadzić do znacznie mniejszego i skromniejszego domu (Białego Domu). Będzie miał obowiązki, a nie tylko kaprysy. Jak mu się coś znudzi albo nie wyjdzie, nie będzie mógł ogłosić bankructwa i zająć się czymś innym. Trzeba będzie spuścić z tonu z imprezami i kokainą. Same uciążliwości. Jedyne, o co mu naprawdę z początku chodziło, to zagrać na nosie telewizyjnej korporacji NBC, która w pewnym momencie nie chciała już z nim nic produkować. Na zasadzie: „Ja wam jeszcze pokażę, kto będzie królem wskaźników oglądalności! Będę na ekranach cały czas!”. Uważam, że Moore miał rację.

Kiedy kampania już ruszyła, to oczywiście uwaga, jaką na niego skierowała, stała się sama w sobie pastwiskiem dla jego nienasyconego ego, którego apetyt rósł w miarę jedzenia, ale Trump przez cały czas niestrudzenie sabotował swoją kampanię, robiąc wszystko, by być gwiazdą wiadomości, ale pozostać absolutnie niewybieralnym. Był obleśny i wulgarny; obrażał kogo popadło, w tym większość ważnych ludzi we własnej partii; wygadywał, co mu ślina na język przyniosła; w odstępie kilku dni, tak, żeby nikt nie zdążył zapomnieć, mówił rzeczy wzajemnie z sobą sprzeczne (np. o swoim stosunku do Obamacare); wdawał się w awantury na Twitterze o trzeciej w nocy; robił wszystko na przekór wskazaniom swoich doradców; itd. Mówimy o Stanach Zjednoczonych – tylko ktoś, kto nie chce wygrać, obrażałby tam weteranów wojennych i rodziny poległych żołnierzy! Kiedy kłamał, to nie po to, żeby coś ukrywać, żeby do czegoś przekonywać – jego kłamstwa bywały śmieszne lub absurdalne, możliwe do natychmiastowego zdemaskowania. Robił wszystko, żeby wybory upasły jego ego, ale żeby ostatecznie przegrać, najlepiej niewielką ilością głosów, żeby zajść Hillary za skórę, a potem być może założyć na zbitym w ten sposób kapitale nowe, „bezkompromisowe” imperium medialne.

A jednak został wybrany. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia czy materiały filmowe z jego pierwszej wizyty w Białym Domu, by zobaczyć twarz człowieka w ciężkim szoku, prawdopodobnie dosyć przestraszonego. Przełknie to, bo na tym ego też się dobrze upasie, ale nie o to mu tak naprawdę chodziło.

Jak człowiek, który zrobił wszystko, by być absolutnie niewybieralnym, wygrał z „najbardziej doświadczoną kandydatką” w historii amerykańskich wyborów, która na swoją kampanię wydała najwięcej pieniędzy w historii wszystkich kampanii wyborczych w nowożytnej historii ludzkości?

Ukarana hybris plutokratów późnego kapitalizmu

Podobnie jak Moore, Robert Reich czy Glenn Greenwald, uważam, że przegrana Clinton musi być postrzegana w tej samej perspektywie, co wcześniejsze o cztery i pół miesiąca referendum w sprawie Brexitu w Wielkiej Brytanii. I podobnie jak komentując tamto wydarzenie, jako kontekst przypomnę fenomenalny esej Wolfganga Streecka How Will Capitalism End? (Jak skończy się kapitalizm?), obecnie rozwinięty także do postaci książki. Kapitalizm znajduje się w stanie totalnego kryzysu na wszystkich poziomach. Jest niewydolny ekonomicznie, nie potrafi powrócić do odczuwalnego wzrostu, porusza się właściwie między krachem a recesją. Przy pozorach życia trzyma go tylko siła inercji, nasze przyzwyczajenie, to, że porzuciliśmy utopię stworzenia dlań alternatywy, a także to, że – pozwolę sobie zacytować inną pracę Streecka – elity finansowe i polityczne „kupują czas”, jaki nam został do całkowitego zawalenia się tej konstrukcji. Kryzys przeżywa polityczna nadbudowa kapitalizmu: instytucje burżuazyjnej demokracji liberalnej przerodziły się w farsę, miejscami w cyrk. Po kilkudziesięciu latach neoliberalizmu głęboki kryzys przeżywają też wszystkie formy legitymizacji systemu – jego legitymizacja symboliczna, kulturalna, moralna.

Prawie nikt nie wierzy już w „słuszność” systemu, w to, że ludzie, których kapitalizm nagradza wysokim statusem ekonomicznym, zasłużyli na to czymkolwiek wartym szacunku. Przeciętni mieszkańcy rozwiniętego świata widzą własne dzieci, wykształcone znacznie lepiej niż oni byli w ich wieku, zadłużone na poczet tego wykształcenia, pracujące ciężej niż oni pracowali w ich wieku, a jednak stojące najczęściej przed perspektywą dramatycznej nierzadko deklasacji, podczas gdy przekształcona w globalne kasyno gospodarka schyłkowego kapitalizmu nielicznych, często osoby, które tylko znalazły się we właściwym miejscu o właściwym czasie, nagradza zasobami dla innych niedostępnymi nawet gdyby do dyspozycji mieli kilka żyć.

Ale nie tylko przegrani późnego kapitalizmu, czy rodzice tych skazanych dzisiaj na rolę takich przegranych, nie wierzą już w usprawiedliwienia i uzasadnienia tego systemu. Nawet władcy tego świata nie wierzą już w system, w którym nagromadzili tyle przywileju. Nie wierzą już oni w to, że ten system jest sprawiedliwy, że jest słuszny, że czymkolwiek sobie na wszystko, co mają, zasłużyli, że system jest do utrzymania, że to wszystko ma prawo się nie zawalić. Nie wierzą też, że ktokolwiek w to wierzy. To dlatego, przekonuje Streeck, tak bezczelnie i otwarcie kradną, robią te swoje przekręty, bailouty banków, które służą tylko nabijaniu kieszeni bankierów, itd. Nie boją się o swój wizerunek, bo i tak nie wierzą, że ktokolwiek ma co do tego wizerunku jakieś złudzenia. A ponieważ nie wierzą w to, że taki system długo jeszcze pociągnie, nie mają żadnej długoterminowej wizji, kradną, póki się da, reagują na wydarzenia w perspektywie krótkoterminowej, nierzadko nie wiedzą już co robić i robią byle co.

Jednak w toku trwającej cztery dekady neoliberalnej bonanzy zgromadzili władzę i przywileje, za sprawą których przyzwyczaili się do osiągania zawsze tego, co chcą – przez wpływ na powstawanie prawa, przez wpływ na ustawodawców, przez dogadywanie różnych rzeczy na imprezach z właściwymi ludźmi, przez zaprzyjaźnionych dziennikarzy, opiniotwórcze media, które przejęli na własność, sondaże opinii, itd. W rezultacie charakteryzuje ich toksyczne połączenie aroganckiej pewności, że wszystko mają pod całkowitą kontrolą z brakiem troski o to, żeby przynajmniej dobrze ukrywać swoje machinacje i nie wyglądać na zewnątrz na oszustów i złodziei na kolosalną skalę.

Pierwszy raz to się rypło, kiedy brytyjski premier David Cameron wyobrażał sobie, że wszystko ma pod kontrolą. Że rozpisze referendum, że z góry wie, jaki będzie wynik. Cała klasa polityczna, elity mediów, kultury i biznesu zjednoczyły się w jednogłośnym przekazie, że jest tylko jedna sensowna decyzja. No więc społeczeństwo wyczuło pierwszą od dawna możliwość zemsty na elitach, uderzenia w nie w sposób, który je zaboli.

Clinton wyczekiwała końca drugiej kadencji Obamy w przekonaniu, że teraz to już naprawdę jej kolej, i że prezydentura jej się należy jak psu buda. Otaczała ją rozbudowana, ale głęboko nawzajem z sobą powiazana klika niezwykle wpływowych osób, od dziesięcioleci umoszczonych w i wokół instytucji najwyższej władzy w Waszyngtonie. Klika ta dzieliła to przekonanie Clinton, bo każdy i każda z jej członków awansowałby dzięki temu w tej strukturze o jedno oczko. Z ujawnionych maili szarej eminencji Partii Demokratów, Johna Podesty, Thomas Frank wyczytał, jak to strukturalnie działa. Od samego początku, za fasadą wewnątrzpartyjnych prawyborów, szczyty władzy Partii Demokratycznej, Wall Street i military-industrial complex zakładały, że następna będzie Clinton. Że to się jej i im wszystkim należy. Miała to w rzeczywistości być bardziej monarchiczna sukcesja, intronizacja; wybory miały tylko „zatwierdzić” wybór plutokratów, uszlachetniając go pieczęcią „demokracji”.

Zupełnie nie obchodziło ich to, jak bardzo niepopularną polityczką jest Clinton, jak kompromitujący jest jej dorobek, ani ile nowych obciążających ją informacji – na temat Libii, Syrii, Hondurasu, Izraela, saudyjskich pieniędzy w Clinton Foundation – każdego tygodnia na jej temat wypływało.

Prawybory, tradycyjnie sposób, w jaki obydwie główne partie w USA wyłaniają swojego kandydata do wyborów prezydenckich, odbywały się od początku w warunkach spisku szczytów władzy w partii (Democratic National Committee), w którym to spisku chodziło o to, by zmarginalizować jakąkolwiek konkurencję dla Hillary Clinton, a przede wszystkim – jak się szybko okazało – bez porównania od niej popularniejszego senatora Berniego Sandersa. Przyjaciele Clinton w największych mediach, od CNN po „New York Times” i „The Washington Post”, dbali o to, żeby Sanders nie jawił się nigdy jako poważny kandydat, by cieszył się tylko ułamkiem miejsca bądź czasu antenowego, był krytykowany za byle co, podczas gdy żaden skandal nie groził Madame Clinton trudnymi pytaniami, nie mówiąc już o krytyce. Wszystkie chwyty przeciwko Sandersowi były dozwolone. Nie tylko minimalizowanie jego obecności w serwisach informacyjnych wielkich mediów, ale nawet rzucane na wszystkie strony insynuacje, że jego zwolennicy są mizoginami, którzy nie znoszą Clinton, bo jest kobietą. Warto odnotować, że Sanders mógłby grać w ten sam sposób, oskarżając Clinton lub jej zwolenników o antysemityzm (choć ateista, pochodzi z rodziny żydowskiej). Sanders nigdy się do tego poziomu jednak nie zniżył. Spisek ten doprowadził ostatecznie do wyeliminowania Sandersa i nominacji Clinton. Wyszedł na jaw dzięki WikiLeaks.

Ale to właściwie jest i tak mniej szokująca część tego skandalu. Ponieważ to kampania Clinton w międzyczasie wymyśliła z jej przyjaciółmi w największych stacjach telewizyjnych i tytułach prasowych, żeby pomóc wykreować na kandydatów do nominacji Partii Republikańskiej jej największych oszołomów – Donalda Trumpa, Teda Cruza, Bena Carsona (nie ma się co oszukiwać, konkurentów Trumpa do tej nominacji dzieliła od niego różnica stopnia, nie rodzaju). Grano na to, że są oni tak obłąkani w swoim reakcjonizmie, że gdy uda się któregoś z nich wykreować, kampanii przeciwko nim nie będzie się dało przegrać. Kampania Clinton szalała z radości, gdy na czoło zaczął się wysuwać Trump. Przecież tak komiksowy przeciwnik nigdy nie wygra z tak doświadczoną wyjadaczką, tak „racjonalną” polityczką jak Clinton, prawda? To był przedmiot drwin w Simpsonach już kilkanaście lat temu, no nie? To się przecież nie wydarzy w rzeczywistości? Wymarzony przeciwnik! To kampania Clinton w znacznym stopniu stworzyła Trumpa, bo wydawał się niewybieralny.

Gdy okazało się, że szanse Trumpa nie przestają rosnąć, cały establishment połączył się w jednogłośnym poparciu dla jedynej słusznej kandydatki, do tego stopnia, że nawet większość republikańskich członków Kongresu poparła Clinton. Nawet rodzina Bushów, republikańscy reakcjoniści par excellence. Chyba tylko trzy tytuły prasowe poparły Trumpa. Nawet radykalnie prawicowe, zawsze prorepublikańskie pisma poparły Clinton. Krytykowanie Clinton czy zadawanie jej trudnych pytań stało się niemal bluźnierstwem dla wszystkich dużych telewizji z wyjątkiem chyba tylko najbardziej prawicowego kanału Fox News. Clinton tymczasem uwikłana była w tyle skandali i zbrodni (śledztwo FBI w sprawie używania prywatnego serwera do służbowej komunikacji na wymagającym najwyższych standardów bezpieczeństwa stanowisku państwowym; rola odegrana w Libii i Syrii; obalenie prezydenta Zelayi w Hondurasie; darowizny od Saudów, o których reżimie od dawna wiedziała, że sponsoruje Państwo Islamskie, itd), że kreowanie jej na polityczną świętą zaczęło wyglądać jak kpina w żywe oczy.

Miliony Amerykanów zdały sobie w pewnym momencie sprawę, że tu nie chodzi już o demokrację, a o koronację – koronację oblubienicy elit, które chcą tylko przyklepania swojej decyzji. Podobnie jak Brytyjczyków w przypadku referendum o Brexicie, Amerykanów ostatecznie zalała krew, która im się podnosiła z różnych powodów już od dłuższego czasu. Postanowili powiedzieć Fuck you, enough is enough! Wszystko, byle nie kolejna żmija z tego samego gniazda. Lepsza agonia gwałtownych spazmów pod rządami nieprzewidywalnego szarlatana, niż kolejna dekada nieznośnego status quo pod rządami tej niezatapialnej familii. Zrozumieli, że skoro elity zjednoczyły się wokół Clinton niemal jednogłośnie, i gotowe są ukrzyżować każdego, kto kwestionuje niepokalane poczęcie Madame Clinton, tzn. że Trump jest tym pierwszym od dziesięcioleci kamieniem, który mogą cisnąć w to kłębowisko żmij i je naprawdę rozpędzić, pokrzyżować im plany, sprawić, że zwrócą uwagę na istnienie kogoś innego niż one same. Albo przynajmniej to uderzenie je naprawdę zaboli.

Wielu próbuje zdyskredytować interpretacje o antyestablishmentowym charakterze głosu na Trumpa tym, że on sam jest przedstawicielem tego establishmentu. Jest milionerem-dziedzicem, jest permanentnym telewizyjnym celebrytą. Ale to jest słaby argument. Prawie cały establishment, włącznie z jego własną partią, aż po rodzinę Bushów, zjednoczył się przeciwko niemu, prawie wszystkie media zjednoczyły się przeciwko niemu. Pochodzi z elity ekonomicznej, ale nie politycznej – nie ma za sobą historii pełnienia urzędów, nie przeszedł przez żadne rites de passage właściwe karierom polityków profesjonalnych. On sam zrobił wszystko, żeby przegrać te wybory! W warunkach amerykańskiego systemu wyborczego, który wymaga tak wielkich środków na kampanię wyborczą i stuprocentowy outsider nigdy nie przekroczyłby progów dostępu, to było as close as you can get. A ponieważ sam Trump wcale nigdy nie chciał być prezydentem, to nawet on został w ten sposób poniekąd, tym samym kamieniem, uderzony. Bo Trump nie znajdzie się tam w swoim żywiole. I prezydentura może się okazać jego „momentem Escobara”, tym punktem, w którym wielka burżuazja jego kraju przestanie go tolerować i zjednoczy się w nieustannych spiskach mających na celu jego usunięcie, na które oczywiście zasługuje.

Tak, poparł go Ku Klux Klan, głosował na niego najgorszy rasistowski element amerykańskiego społeczeństwa, ale oni stanowią tylko część jego zwycięstwa. Był najbardziej nielubianym kandydatem, jakiego kiedykolwiek wystawiła Partia Republikańska. Podobnie jak Clinton w przypadku Partii Demokratycznej. Tak jak Clinton bardziej niż jakichś swoich szczerych wielbicieli, dostała w większości głosy ludzi nienawidzących Trumpa bądź nim przerażonych, tak Trump dostał miliony głosów ludzi, którzy nie mogli zdzierżyć wizji niekończącej się dynastii Clintonów w Białym Domu. Trump nie porwał za sobą milionów. Wygrał siłą niechęci do Madame Clinton i wszystkiego, co ona sobą reprezentuje – traktatu NAFTA, Wall Street, wieczorków z Goldman Sachs, list mailingowych wierchuszki Citigroup, pieszczot ze strony przemysłu zbrojeniowego. Trump zdobył mniej głosów niż kandydat Republikanów w poprzednich wyborach, Mitt Romney (który wtedy przegrał, z Obamą). Wygrał bowiem nie tylko głosami głosujących, ale też odmową oddania głosu przez kilka milionów ludzi, którzy wcześniej głosowali na kandydatów Demokratów. Clinton straciła bowiem kilka milionów głosów w stosunku do Obamy cztery lata temu. Frekwencja była najniższa od lat. Odmowa głosowania to też jest głos odrzucający oboje kandydatów. Nigdy wcześniej nie oddano tak wielu głosów przed czasem, pocztą – dziennikarka Barbara Ehrenreich zauważyła, że świadczy to o tym, jak bardzo Amerykanom chciało się rzygać od tego wszystkiego, jak bardzo chcieli mieć już za sobą całą tę haniebną kampanię i wybór między dżumą a cholerą.

Tak, rasizm i mizoginia ekspolodowały, ale nie wyjaśniają, dlaczego miliony ludzi wolały oddać pole rasistom i upić się albo oglądać telewizję, niż głosować na Madame Clinton. Przez wiele lat będziemy słyszeć, że fantastyczna liberalna feministka Madame Clinton przegrała, bo Amerykanie nienawidzą kobiet, ale może ludzie nienawidzą też skorumpowanych zbrodniarzy wojennych opłacanych przez przemysł zbrojeniowy?

Większość białych kobiet, które głosowały, głosowała na Trumpa. Niektóre z nich są rasistkami, nierzadko nieświadomie, niektóre zinternalizowały mizoginię patriarchalnego społeczeństwa i traktują ją jak pogodę, ale aż tyle? Wśród kobiet bez wyższego wykształcenia, z czego mniemać można, że reprezentują klasę robotniczą, miażdżąca większość głosowała na Trumpa. A może część z nich ma nastoletnich synów, a ponieważ rodzina nie ma pieniędzy, a w mieście upadł wszelki przemysł, jedyną ekonomiczną perspektywą dla tych synów jest zaciąg do wojska? I takie kobiety miały do wyboru Hillary Clinton, która na pewno wyśle ich na wojnę, i Donalda Trumpa, który mówi mówi trzy po trzy, i nie wiadomo, co zrobi, czyli przynajmniej jest jakaś szansa, że nie wyśle ich na wojnę. I takie kobiety budziły się w środku nocy zlane potem, bo śniły im się ciała ich synów przysłane w trumnach z któregoś z frontów otworzonych przez burżuazyjną feministkę Madame Clinton. Gdybym był taką kobietą, to bym zagłosował na Trumpa. On przynajmniej, jak dotąd, nikogo nie zabił.

Clinton straciła głosy latynoskie, które wcześniej padały na Obamę. Prawie jedna trzecia Latynosów, którzy poszli do głosowania, zagłosowała na Trumpa. Pomimo iż byli przedmiotem jego rasistowskiego szczucia, pomimo iż zapowiedział mur na granicy z Meksykiem i masowe deportacje „nielegalnych”! To jest jedna z najbardziej szokujących miar skandalu, jaką było wystawienie przez plutokratów jako ich faworyty Madame Clinton. Miliony amerykańskich Latynosów wolały same cierpieć dyskryminację i prześladowania w Stanach Zjednoczonych pod rządami Donalda Trumpa, niż skazać kraje swojego pochodzenia na reinscenizacje Hondurasu. Hillary Clinton, jako sekretarz stanu w administracji Obamy, pomogła tam obalić prezydenta Zelayę (bo chciał podnieść płacę minimalną) i zamieniła ten kraj w piekło na Ziemi.

Nastąpiła po tych wyborach erupcja bezwstydnego rasizmu. Ale kto wie, czy historycy, pisząc o paradoksach roku 2016, roku, po którym nic już nie było takie jak przedtem, nie będą mówić i o tym, że był to moment, w którym miliony amerykańskich rasistów dziwnym zbiegiem okoliczności pomogły uchronić świat przed III wojną światową, a przynajmniej przed jej wybuchem już w 2017 roku, na osi NATO-Rosja?

Król jest nagi

Oczywiście, naiwną jest wiara w to, że po takim szoku następne może być już tylko zwycięstwo prawdziwej, socjalistycznej lewicy, niemal automatycznie. Niektórzy żywili takie przekonanie w Niemczech, gdy Hitler doszedł do władzy w 1933. Zwycięstwo populistycznej prawicy może otworzyć okres jej dłuższego panowania i przekształcania aparatu państwa w stronę coraz mocniejszego autorytaryzmu lub faszyzmu.

Jak na protofaszystę, Trump będzie jednak słabym prezydentem. Nie ma prawdziwego programu, tylko zestaw haseł. Jest nieprzygotowany do sprawowania jakiegokolwiek urzędu, a otoczy go wkrótce mgławica ludzi o wiele bardziej doświadczonych i utalentowanych politycznie od niego. Będzie mnóstwo przeciągania liny, kuluarowych konfliktów, spisków, wszystko to będzie poważnie spowalniało realne działania tej administracji. Trump niby ma republikańską większość w Kongresie, ale ta większość to głównie jego wrogowie: ludzie, których obraził, albo którzy obrazili jego. Osobiste urazy to poważna przeszkoda dla jakiejkolwiek współpracy w przypadku człowieka, któremu wszystko sprowadza się do jego własnego ego. Jako człowiek, którego personę wykreowała telewizja, Trump wyobraża sobie świat jako konstelację ekranów, po których przesuwają się złożone z migoczących pikseli wizerunki-awatary, a w nowym sezonie można wstać z martwych w zupełnie nowym show. Zderzy się z realiami twardej władzy. Jestem pewien, że pierwsze dyskretne spotkania tych, którzy już zaczynają szukać na niego haków i sposobu na impeachment, odbędą się jeszcze przed styczniową inauguracją jego prezydentury.

Nie jestem wielbicielem amerykańskiego społeczeństwa, ale u większości Amerykanów, których w życiu poznałem, zwracał moją uwagę wpisany głęboko w ich habitus impuls antyautorytarny. To nie zawsze jest najmądrzejsza ich właściwość, bo to przez nią zawsze tak łatwo łykają propagandowe opowieści o dyktatorach, z którymi ich rząd wybiera się na wojnę albo chce dokonać „wymiany reżimu” innymi metodami. Ale wreszcie będą mogli zrobić z tego impulsu dobry użytek. Przewiduję lata niezwykle intensywnej mobilizacji różnych formacji lewicujących, a w przypadku Afroamerykanów to pewnie na skalę nieznaną od czasu Czarnych Panter. Wielu Amerykanów dopiero teraz zrozumie prawdziwą naturę amerykańskiego państwa, amerykańskiego imperium i amerykańskiego kapitalizmu. Wielu prostodusznych liberałów będzie zmuszonych wyjść z cieplutkiej bańki swojego wiecznego centrum i opowiedzieć się za pewnymi sprawami konkretnie.

Donald Trump w Białym Domu oznacza, że król jest nagi.

Że nie da się już dłużej ukrywać, do jakiego stopnia amerykańskie państwo i amerykański kapitalizm ufundowane są na rasizmie i rasitowskiej przemocy. Że Imperium Dolara jest państwem zbójeckim utrzymującym się z plądrowania reszty świata. Najpiękniejsze uśmiechy najpiękniejszego prezydenta Obamy nie będą nas już w stanie wieść na pokuszenie. Wszystko leży przed nami, wyłożone jak kawa na ławę.

Trump powiedział, że deportuje od dwóch do trzech milionów nielegalnych imigrantów. To dokładnie tyle, ile deportował Obama. Trump jest jawnym, bezwstydnym rasistą. Obama jest czarny; a jednak tempo inkarceracji młodych czarnych mężczyzn nie spadło w USA pod jego rządami ani o promil, bezkarna przemoc policji strzelającej do czarnoskórych Amerykanów za noszenie kaptura czy drobne wykroczenia drogowe eksplodowała, bez żadnego przeciwdziałania ze strony Białego Domu, do tego afroamerykańskie społeczności nawet jeszcze bardziej zubożały. Trump powiedział, że będzie rejestrował żyjących w USA muzułmanów, ale amerykańki rząd od dawna ich już śledzi na wiele różnych sposobów, zadłużając się zresztą w zakresie ekspertyzy u rządu zaprzyjaźnionego Państwa Izrael, i tylko dzięki temu, że Obama jest sam przez rasistowską prawicę oskarżany o bycie agentem „islamizmu”, nikt na to nie zwracał uwagi. Trump powiedział, że nie wierzy w globalne ocieplenie (chociaż już zaczął zmieniać zdanie). Clinton powiedziała, że wierzy, ale protestujących w rezerwacie Standing Rock olała z góry na dół, i gdyby została prezydentką, to czekałaby cierpliwie, aż policja rozpędzi ich lub wystrzela, i „hard working people” z przemysłu wydobywczego będą w końcu mogli zacząć kopać i wiercić bez przeszkód. Jeśli Trump będzie miał do dyspozycji autorytarne środki sprawowania władzy, to tylko dlatego, że odziedziczy je po administracji Obamy, w tym rozwiązania wprowadzone przez niego autorytarną metodą prezydenckich dekretów (executive orders). Bo choć Obama swoją pierwszą kampanię wygrał m. in. na hasłach obiecujących odwrócenie polityki autorytarnej koncentracji instrumentów arbitralnej władzy w rękach prezydenta, praktykowanej przez George’a W. Busha, to nie tylko nic z tych obietnic nie spełnił, ale posuwał się coraz dalej w tym samym kierunku. Teraz, kiedy wiemy już, że następnym prezydentem zostanie Donald Trump, Obama explicite odmówił cofnięcia executive orders, na podstawie których eskalował proceder wojny przy użyciu dronów. I tak dalej.

Z prezydentem Donaldem Trumpem trudniej będzie się reszcie świata oszukiwać, że Stany Zjednoczone są „liderem wolnego świata”, oparciem porządku światowego, gwarantem jego bezpieczeństwa i ostoją jego stabilności. Nigdy nie były, ale elity, przyssani do wiecznego środka mainstreamowi intelektualiści, czasem całe społeczeństwa, lubiły sobie wmawiać takie pierdoły. Z prezydentem Trumpem w Białym Domu skończyły się wymówki, skończyły się usprawiedliwienia. Król jest nagi. Kraje globalnego Południa być może zdążą teraz zdać sobie sprawę z powagi sytuacji i zmobilizują się w dziele intensyfikacji sojuszy ekonomicznych i militarnych obliczonych na obejście Stanów Zjednoczonych lub wręcz otwarcie przeciwstawionych patologicznej potędze Waszyngtonu, nastawionych na wspólną obronę przed tą patologiczną potęgą. Skupią się w sojuszach z Chinami, Brazylią, Rosją. Europa może w końcu obudzi się ze swojego przyssania do kaprysów i interesów Waszyngtonu i zada sobie poważne pytania o swoje międzynarodowe lojalności i o swoją doktrynę bezpieczeństwa, póki co bezwstydnie zaciągniętą na służbę łupieżczych wojen Waszyngtonu, ukrywanych pod rzekomo obronnym charakterem Paktu Północnoatlantyckiego. Od wielu lat Brazylia, Indie, Japonia i Niemcy dążyły do reformy Rady Bezpieczeństwa ONZ. Te cztery kraje, najlepiej pospołu z Republiką Południowej Afryki, powinny niezwłocznie zostać stałymi członkami Rady i cały świat powinien się zjednoczyć w przyznaniu im tam miejsca, by zmniejszyć zagrożenie, jakie dla ludzkości stanowi quasi-terrorystyczna kontrola USA nad tym ciałem, i nad ONZ w ogóle. Prezydent Ekwadoru Rafael Correa zasugerował niedawno, że zwycęstwo Trumpa może na zasadzie reakcji wzbudzić nową falę lewicowych mobilizacji w Ameryce Łacińskiej i odwrócić powrót neoliberalnej prawicy do władzy w wielu krajach regionu (administracje Temera w Brazylii i Macriego w Argentynie grały jednoznacznie na zwycięstwo Clinton). I tak dalej.

Z podważającym naukowe ustalenia dotyczące nieodwracalnych, antropogenicznych zmian klimatu Donaldem Trumpem w Białym Domu musimy się wreszcie obudzić i zdać sobie sprawę, jak niewiele mamy czasu, i jak wielką częścią problemu są Stany Zjednoczone. To najbardziej marnotrawcza gospodarka w dziejach świata, zużywająca większość energii, surowców i innych zasobów planety, emitująca większość zanieczyszczeń, pomimo iż USA stanowią tylko 4,4 % ludzkości. Kolejna dekada neoliberalnego status quo w Waszyngtonie, którą miała rozpocząć prezydentura Madame Clinton, stanowiłaby w najlepszym razie spokojny spacer ku krawędzi osuwającego się urwiska. Madame Clinton oficjalnie uśmiechałaby się przed kamerami CNN z egzemplarzem porozumień z Paryża, a za zamkniętymi drzwiami, u swoich przyjaciół z Goldman Sachs i Citi, nadal o ekologicznych działaczach mówiłaby, że „they should get a life”. Madame Clinton pozwoliłaby swoim przyjaciołom i sponsorom z przemysłu wydobywczego i energetycznego kopać, wiercić i spalać na potęgę, jednocześnie wykonując drobne kroczki we właściwym kierunku, jakbyśmy mieli jeszcze sto lat na rozwiązanie problemu, który grozi nam naszym własnym wyginięciem jako gatunku. Nie mamy stu lat na rozwiązanie problemu. Mamy raczej sto dni. 2016 będzie wkrótce ogłoszony najgorętszym rokiem, odkąd prowadzone są pomiary, kilka miesięcy z rzędu przebijało rekordy poprzednich miesięcy jako najgorętsze miesiące, odkąd prowadzone są pomiary. Za pięć lat sześćdziesięciu procent gatunków dzikich zwierząt dziś jeszcze żyjących może już z nami nie być. Być może wśród tych, których już nie będzie, będą kluczowe dla reprodukcji flory, a więc i naszego przetrwania, pszczoły. Z prezydentem Trumpem w Białym Domu może się w końcu obudzimy i zdamy sobie sprawę z powagi sytuacji.

Eklektyczna mieszanina przypadkowych rozwiązań ekonomicznych, które prawdopodobnie zastosuje administracja Trumpa (na ile da się cokolwiek w tej sprawie przewidzieć), złożona zapewne z cięć podatków dla najbogatszych przyjaciół Trumpa i jego własnej rodziny, przypadkowych gestów inwestycji i wydatków publicznych obliczonych na utrzymanie poparcia elektoratu, oraz gestów protekcjonistycznych i prawdopodobnych wojen celnych z Chinami, doprowadzi do kolejnej fali recesji w Stanach Zjednoczonych. Z uwagi na gospodarcze znaczenie Stanów Zjednoczonych, recesja ta uderzy w resztę świata. Ale to wcale nie znaczy, że gdyby nie Trump, udałoby się takiego uderzenia uniknąć. Kapitalizm jest w strukturanym kryzysie akumulacji, osuwa się po opadającej krawędzi fali Kondratiewa, elity finansowe i polityczne od 2008 tylko „kupowały czas”, a więc kolejne tąpnięcia całego systemu są tak czy owak nieuniknione. Nie jest kwestią, czy one nastąpią, tylko co konkretnie będzie tąpnięć tych akceleratorem. Gdyby Trump nie wygrał wyborów, to niewiele później wywołałoby je coś innego, np. włoski system bankowy, który od dawna trzyma się już tylko na słowo honoru, albo Brexit. Dzięki katastrofie, jaką jest Trump, Stany Zjednoczone mogą być pierwszą i największą ofiarą najbliższego tąpnięcia, to z kolei może zmniejszyć ich przewagę nad resztą świata, i zanim arcyksiążęta ich przemysłu wojny odzyskają kontrolę nad swoimi sprawami, utraconą wskutek przegranej obstawianej przez nich Madame Clinton, USA będą znacznie słabszym państwem, niż nim są przed takim załamaniem. Kto wie, czy pod koniec tego cyklu, ze względu na koszty, nie będą zmuszone zwinąć części swoich baz wojskowych i sprzedać innym państwom ich wyposażenia. Świat, w którym np. Chiny (same lub z konstelacją sojuszników zdobytych wskutek mobilizacji elekcją Trumpa) dorównują potęgą Stanom Zjednoczonym, posiadając zdolność stawania wpoprzek ekspansywnym aspiracjom Waszyngtonu, natychmiast stałby się światem bezpieczniejszym dla całej ludzkości.

Stany Zjednoczone nie są źródłem ani częścią rozwiązania. Stany Zjedoczone są problemem. Stany Zjednoczone nie są światowym policjantem. Stany Zjednoczone są światowym zbójcą. Stany Zjednoczone nie są gwarantem bezpieczeństwa. Stany Zjednoczone są największym zagrożeniem. Stany Zjednoczone nie są podstawą światowego ładu, są źródłem niestabilności, powodem chaosu. Stany Zjednoczone nie są żywicielem światowej gospodarki, są pasożytem żerującym na reszcie świata, drapieżnikiem dziesiątkującym resztę świata. Z Donaldem Trumpem w Białym Domu wszystko to staje się jasne i proste.

Obiektwny kolektywny heroizm subiektywnych rasistów

To wszystko wciąż oznacza ogromne koszty ludzkie w samych Stanach Zjednoczonych: koszty kryzysu ekonomicznego, koszty prześladowań Afroamerykanów, muzułmanów, Latynosów, gejów, kobiet, które są w najbliższych latach niemal pewne. To wszystko wciąż oznacza ogromne ryzyko – że mimo ludowych mobilizacji politycznych Stany Zjednoczone szybko osuną się w stronę państwa jawnie już faszystowskiego, które zdusi wszystkie formy oporu i powysyła lewicowych działaczy, pospół z muzułmanami i Czarnymi, do obozów koncentracyjnych. Oczywiście, gra na to, że „im gorzej, tym lepiej”, jest ogromnie ryzykowna, i w większości kontekstów okazała się niesłuszna politycznie. W tym wypadku niesie ogromne ryzyko dla samych Amerykanów. Ale ci, którzy jak Mehdi Hasan (z całym szacunkiem dla tego znakomitego dziennikarza), oskarżają Slavoja Žižka, że on sobie może tak mówić, bo to nie on (biały, zamożny mężczyzna), zapłaci cenę, ignorują to, że zwycięstwo Hillary Clinton też miałoby swą cenę, znacznie wyższą. Za prezydenturę Trumpa zapłacą Latynosi w USA, którzy cierpieć będą wzmożoną dyskryminację i różne formy przemocy przez kilka lat. Za prezydenturę Clinton zapłaciliby wszyscy inni Latynosi, gdyż Clinton obstawiłaby całą Amerykę Łacińską prawicowymi juntami, na wzór tego, co już zrobiła w Hondurasie. Za prezydenturę Trumpa cenę zapłacą muzułmanie, którzy żyją w USA. Za prezydenturę Clinton zapłaciliby muzułmanie wszędzie indziej, gdyż na pewno nie powstrzymałaby się ona przed obróceniem w perzynę kolejnych muzułmańskich krajów, na wzór tego, co już zrobiła w Libii i Syrii. I tak dalej. Więc równie dobrze Žižek mógłby odpowiedzieć Hasanowi, że to on może sobie tak mówić, bo jest zamożnym dziennikarzem żyjącym bezpiecznie w Wielkiej Brytanii, a nie w kraju, który zapłaciłby cenę za prezydenturę Clinton.

Stany Zjednoczone nie są problemem samych tylko Amerykanów. Stany Zjednoczone są problemem całej ludzkości, są garbem, nowotworem, superpasożytem ciążącym na nas wszystkich. Upadek Stanów Zjednoczonych sam w sobie nie gwarantuje jeszcze wyzwolenia ludzkości, niemniej jednak jest tego wyzwolenia warunkiem sine qua non; nie dożyjemy jako gatunek XXIII wieku, jeśli nie zdławimy ekscesu władzy, jaki Stany Zjednoczone mają nad Ziemią. Donald Trump oznacza bezprecedensową szansę na początek końca Imperium Dolara, także dlatego, że wepchnie je w ekonomiczne tarapaty rokujące nadzieję na koniec amerykańskiej hegemonii.

Dlatego posunę się do tego: Amerykanie zostali przez swoich plutokratów i swoją klasę polityczną postawieni przed wyborem między dwiema katastrofami. Katastrofą, która uderzy przede wszystkich w nich (Trump) a katastrofą, która ich tymczasowo ocali, ale uderzając w resztę ludzkości (Clinton). I kiedy wszyscy myśleli, że uratują własne skóry po grzebiecie reszty ludzkości, oni postanowili zrobić coś zupełnie niespodziewanego. Woleli zaszkodzić sobie. Aż się prosi, by przywołać, odwracając jednocześnie zwyczajowe dla niej wektory wartościowania, pewną stalinowską konstrukcję retoryczną. Subiektywnie wielu głosujących na Trumpa kierowało się najniższymi pobudkami – rasizmem, seksizmem, homofobią. Ale obiektywnie złożyli się na bezprecedensowy, paradoksalny akt kolektywnego heroizmu. Obiektywnie odsunęli w czasie katastrofę, która miała uderzyć w resztę świata, przejmując uderzenie na siebie. Nie dlatego, że Donald Trump jest pacyfistą, że jest w jakikolwiek sposób lepszy od Hillary Clinton (oczywiście, że nie jest), ale dlatego, że jego zwycięstwo kompletnie skołowało plutokratów Waszyngtonu i Nowego Jorku, pomieszało szyki amerykańskiemu przemysłowi wojny – pomieszało plany nawet samemu Donaldowi Trumpowi (bo nigdy nie chciał wygrać). Nie, nie ma się co łudzić, że katastrofa została zażegnana. Partia Wojny będzie próbowała odzyskać kontrolę nad sytuacją, nawet jeśli Trump szczerze chce z Rosją ubić jakiś interes niż pójść na wojnę. Do tego każdy reżim faszyzujący, nawet taki, który większość swojej enegrii woli koncentrować na nadzorze populacji wewnątrz swoich granic, ostatecznie eksploduje (militarną) przemocą na zewnątrz, do której się ucieka, żeby rozładować nieuniknione w ramach projektu faszyzującego napięcia wewnętrzne i ideologiczny trud ich wypierania. Jednak Amerykanie, utrącając hybris Hillary Clinton i jej koterii, wbrew wszelkim oczekiwaniom, dali światu bezcenny prezent w postaci czasu na przygotowanie, na przegrupowanie szeregów, na mobilizację, na przedefiniowanie sojuszy, na zdanie sobie sprawy z zagrożenia, jakie dla ludzkości stanowi Imperium Amerykańskie. Reszta świata musi teraz przejąć piłkę, by ten paradoksalny, raczej niezamierzony, na pewno nieprzemyślany, kolektywny heroizm Amerykanów nie poszedł na marne. Naszym moralnym obowiązkiem jest nie pozwolić na zmarnowanie tej być może ostatniej szansy na nasze wspólne – kolektywne, gatunkowe – ocalenie.

Donald Trump w Białym Domu oznacza, że nie możemy się już dłużej oszukiwać. Jego prezydentura w hegemonicznym państwie kapitalistycznego systemu-świata oznacza, że wszystkie sprzeczności systemu stoją przed nami w całej swoje okazałości – w całym swoim skandalu. Nic nas już nie usprawiedliwia, że tego nie widzimy, ani najbardziej uwodzicielskie uśmiechy przepięknego Baracka Obamy, ani ściema burżuazyjnego feminizmu Madamy Clinton. Burżuazyjna liberalna demokracja umiera tak brzydką śmiercią, bo system ekonomiczny, którego była fasadą, od dawna jest zombie i pragnie byśmy umarli w jego lodowatym uścisku.

Wszystko jest dziś klarowne jak na kartach pism Róży Luksemburg.

Socjalizm albo barbarzyństwo.

Utopia (lewicowa utopia) albo śmierć.

Kapitalizm albo życie na Ziemi, w tym nasze życie (życie ludzi).

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Dziwny przypadek „Ziemi obiecanej”

To jest bydło! […] Ja mogę tak mówić, ode mnie mają chleb!

Ja bym chciał, żeby moja Łódź rosła! Żeby miała wspaniałe pałace! Zielone, piękne ogrody! I w ogóle, żeby był wielki ruch, wielki handel, wielki pieniądz!

Kapitalizm peryferii, kapitalizm w ogóle

W swoim znakomitym eseju o dramatach Henrika Ibsena[1] Franco Moretti przyjrzał się wszystkim kilkunastu scenicznym utworom Norwega jako kronice burzliwych procesów rozwoju kapitalizmu, jakie przez kraj, który do tych procesów dołączył się późno, przetoczyły się w skondensowanej formie i przyspieszonym tempie, na przestrzeni jednego pokolenia. Kronice dokumentującej także wynikające z tych procesów gwałtowne zmiany w sposobach, na jakie człowiek postrzega i odczuwa samego siebie, swoje relacje z innymi ludźmi i ze światem. Ziemia obiecana Władysława Reymonta nie zajmuje takiego miejsca w europejskiej literaturze, jakie osiągnęła dramaturgia Ibsena (w Londynie, gdzie mieszkam, każdego roku na afisz trafiają co najmniej dwie nowe inscenizacje sztuk Norwega). Przy wszystkich różnicach gatunku, stylu i pozycji w światowym obiegu literackim, z Ibsenem pokrewne jest intelektualne zadanie, jakie Reymont sobie postawił: powieść jest kroniką tego rodzaju zmian, równie przyspieszonych i dramatycznie skondensowanych, tyle że na innej z europejskich peryferii kapitalizmu. Pozwólmy sobie na marginesie dodać, że jednej z tych, które historycznie mają jak dotąd znacznie mniej szczęścia i sukcesów w próbach przekroczenia ograniczeń tego peryferyjnego położenia.

Zrealizowana przez Andrzeja Wajdę w r. 1974 ekranizacja powieści Reymonta zajmuje za to w światowym kinie miejsce w rzędzie najlepszych, najbardziej przejmujących i najbardziej przekonujących obrazów kształtowania się pewnych konkretnych formacji kapitalizmu: formacji wschodnioeuropejskiej, w XIX wieku. Tak jak powiedzmy Aż poleje się krew (There Will Be Blood) Paula Thomasa Andersona pokazuje narodziny amerykańskiego modelu kapitalizmu z perwersyjnego związku wielkiego kapitału z protestanckim fundamentalizmem.

Jest tego trochę. Element etnicznej obcości, „zewnętrzne” kulturowe pochodzenie ogromnej części kapitału, zwłaszcza tego największego. Procesy ekspansji kapitalistycznej strukturalnie zbieżne z ich odpowiednikami w koloniach europejskich mocarstw („grabież ziemi”, mówiąc Różą Luksemburg). Procesy akumulacji kapitału pod nieobecność „tworzenia narodu” w ramach scentralizowanego państwa narodowego. Koincydencja pierwotnych form akumulacji kapitału i niedojrzałej „kultury przemysłowej” z konkurencją ekonomiczną kultur (a więc i technologii) przemysłowych w wyżej rozwiniętych gospodarkach. „Kultura przemysłowa” liczyła już tam chociaż jedno lub dwa pokolenia, na przestrzeni których mogła się trochę ustabilizować, wypracować instytucje i instrumenty dyscyplinowania kapitału bardziej cywilizowane niż podpalenia fabryk, czy wreszcie, by ekonomicznie uprzywilejowaną pozycję zwycięzców w wyścigu akumulacji ubrać w uzasadniające tę pozycję piórka dystynkcji i kapitału kulturalnego. Gdy w Łodzi nowobogaccy, nieczytający ksiąg innych niż rachunkowe burżua oddają się niewybrednej zabawie na prymitywnym zlepku niedocenionego (vide prymitywny śmiech Mülera) numeru baletowego z wulgarnymi kawałkami przypadkowej farsy i występami amatorskimi, w Paryżu Victor Hugo zostawia po sobie 6 milionów franków w rencie francuskiej i suezach („robił w literaturze”). Oraz, last but not least, specyficzny dla wschodniej Europy recykling elity starych, feudalnych stosunków, szlachty, na potrzeby nowych stosunków produkcji – pauperyzacja jednych jej przedstawicieli oraz „burżuazyfikacja” innych, czyli włączenie ich w obieg klasy społecznej beneficjentów społeczeństwa przemysłowego, żyjącej z udziału w przechwyconej wartości dodatkowej[2].

Peryferyjna kompresja, zaostrzenie, przyspieszenie i równoczesność procesów z różnych stadiów historycznego rozwoju kapitalizmu okazują się kapitalnym wehikułem unoszącym chyba najbardziej i najkonsekwetniej marksistowską wizję w historii polskiego kina. Opowieść o tym, jak potomek polskiej szlachty Karol Borowiecki, polski Żyd Moryc Welt i łódzki Niemiec Maks Baum zakładają wspólnie fabrykę i im się wszystko spektakularnie nie udaje, podana jest tak, by wszystko wplecione zostało w całą złożoność społecznych stosunków konkretnego kapitalizmu peryferyjnego i kapitalizmu w ogóle.

Historia zwycięzców, historia przegranych

Klasycy pisali swego czasu:

W ciągu swego stuletniego zaledwie panowania klasowego burżuazja stworzyła siły wytwórcze znacznie liczniejsze i potężniejsze niż wszystkie poprzednie pokolenia razem. Ujarzmienie sił przyrody, rozpowszechnienie maszyn, zastosowanie chemii w przemyśle i rolnictwie, żegluga parowa, koleje żelazne, telegrafy elektryczne, przysposobienie pod uprawę całych części świata, uspławnienie rzek, całe rzesze ludności jakby wyczarowane spod ziemi – które z poprzednich stuleci przypuszczało, że takie siły wytwórcze drzemią w łonie pracy społecznej?[3]

Borowiecki, Welt i Baum, ich energia i entuzjazm, reprezentują heroiczną narrację kapitalizmu, narrację burżuazyjnego self-made mana, który wyrywa się zastanym ograniczeniom i zmienia otaczającą go rzeczywistość, tworzy „z niczego” („ja nie mam nic, ty nie masz nic…”) swoje miejsce w świecie i swoją pozycję, samego siebie czyniąc jednym z motorów uniwersalnego procesu, w którym „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. Kamera podąża za losami bohaterów w nerwowy, energiczny sposób odzwierciedlający ich gorączkę złapania Łodzi, wschodzącej wschodnioeuropejskiej metropolii przemysłowej, za pysk.

Jednocześnie jednak optyka, w jakiej odmalowywana jest społeczna i ekonomiczna rzeczywistość Łodzi, wiele wydaje się zawdzięczać estetyce lewicowej XIX-wiecznej grafiki prasowej. Klasowe rysy zwłaszcza burżuazji (Bucholc, Zuckerowa, itd.) są podkreślone grubą kreską przerysowania: brak skrupułów, pogarda dla pracujących na ich majątki robotników, traktowanie ich cierpienia jak czegoś oczywistego, zasłużonego, nie zasługującego na chwilę refleksji, a co dopiero jakieś zapobieganie. Bucholc na prośby rodziny chorego pracownika o wsparcie, wyrzuca ich list i życzy nieszczęśnikowi, by sobie „zdechł”. Burżuje trwonią swoje nadwyżki na demonstracyjne marnotrastwo w możliwie najgorszym guście, piją na umór, mają śladową lub żadną edukację kulturalną, bez skrupułów wykorzystują swoją przewagę ekonomiczną by wymuszać seksualny dostęp do ciał proletariackich kobiet, wabiąc je próżną obietnicą wyjścia z zaklętego koła biedy i ogłuszającego huku fabryki. Z przerysowaniami w rysunku poszczególnych postaci jako graczy i pionków w ekominycznym rozdaniu rezonuje przerysowywanie właściwości przestrzeni w kadrach Witolda Sobocińskiego, Edwarda Kłosińskiego i Wacława Dybowskiego. Kamera często spogląda przez obiektyw szerokokątny, także we wnętrzach, także poruszając się w tych wnętrzach, dzięki czemu obejmuje większą przestrzeń, ale jednocześnie zniekształca jej perspektywę, wygina jej kanty i kąty.

Film uwieść się heroicznej narracji kapitalizmu i self made mana, mimo caej jej porywającej energii, nie daje. Nieustannie konfrontuje „wersję oficjalną” kapitalizmu, tę lansowaną przez tradycję liberalizmu, z jej drugą stroną, prawdziwym obliczem[4].

Weźmy dla przykładu tę spośród oficjalnych cnót Kapitału, którą zwą Konkurencją. Zwycięski pochód kapitału toczy się, owszem, w procesach konkurencji, ale tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. Kiedy ma inne wyjście, wybierze monopol lub oligopol. Sama zaś konkurencja, wbrew swym szlachetnym pretensjom, ani nie jest „zdrowa”, ani uczciwa, ani sprawiedliwa. Kiedy trzeba, przyjmie i postać podpaleń fabryk (cudzych, by zaszkodzić rywalom, lub własnych, by uniknąć niewypłacalności). Opiera się na nierównym i niesprawiedliwym dostępie do informacji, np. do tego, że, kiedy i o ile zmianie ulegną cła wwozowe na bawełnę. Wcale nie musi prowadzić do podniesienia jakości: musi prowadzić do podnoszenia zysków. W ustabilizowanym międzynarodowym podziale pracy przemysły niektórych społeczeństw generują największy zysk produkując towary o zamierzenie niskiej jakości. Kto by chciał zmienić taki stan rzeczy, może się spotkać np. ze zmową potencjalnych źródeł kredytu, które w obronie miejscowych interesów oligarchicznych kredytu zaczną odmawiać. Widzimy, jak konkurencja, owszem, prowadzi czasem do innowacji, i do iwestycji w te innowacje. Ale, znów wbrew prorokom Rynku, te innowacje wcale z natury nie tworzą miejsc pracy, częściej mają na celu ich zmniejszenie („Maszyna was nie potrzebuje”). Im więcej bezrobotnych („rezerwowej armii pracy”), tym bardziej jest czym straszyć tych, którzy pracę mają, gdyby np. zachciało im się podwyżki. Równie dziwne, co odosobnione przypadki kapitalistów, którzy odczuwają swoje społeczne położenie w kategoriach jakichś zobowiązań w stosunku do tych, których praca stanowiła zawsze podstawę ich bogactwa i, jak stary Baum, ojciec Maksa, nie godzą się na zmiany, które by oznaczały zmniejszanie zatrudnienia (bo co ci ludzie wtedy poczną?), przegrywają walkę konkurencyjną i zostają z niej wyeliminowani. Wreszcie: z konkurencją jest też tak, że w końcu ktoś ją wygrywa. A wtedy jest już zaorane. I czego by liberalni bajkopisarze nie opowiadali o „własnych zasługach”, „nagrodzie za wytrwałość” i innych wróżkach, dołączyć do klasy wielkich kapitalistów Borowieckiemu uda się ostatecznie jedynie za sprawą aktu łaski starego Mülera, który odda mu za żonę swoją nie do końca udaną córkę Madę w pakiecie z pałacem do zamieszkania. Baum i Welt urządzą się natomiast jako klieci Mülera i Borowieckiego, czerpiący z zasobów stołu przyjaciela.

ziemia obiecana

Realny socjalizm, realny kapitalizm

Państwo oficjalnie określające się jako socjalistyczne, należące do międzynarodowego bloku powołującego się w swojej retoryce na teorię społeczną Marksa, finansując produkcję o takim rozmachu (budżet wynosił ponad 31 mln ówczesnych złotych), we wstępnych kalkulacjach uwzględniało pewnie wynikające z filmu o takiej wymowie korzyści propagandowe. Jednak film zapraszał do lektury krytycznej także w stosunku do systemu politycznego, w którym powstał. Dał się bowiem czytać jako wskazywanie palcem, jak wiele z tego, przeciwko czemu „realny socjalizm” miał być zwrócony, co miał znieść i zastąpić, wciąż istnieje w jego własnej rzeczywistości. Gdyby klasy społeczne już w nim nie istniały, nie trzeba by wciąż było naginać rozziewu między nimi np. instytucją punktów za pochodzenie (dobrze, że naginano, ale skoro trzeba to było robić, znaczy, że wciąż istniały). Gdyby nie istniał już wyzysk, nie byłoby wyniszczającej organizm pracy w fabrykach w systemie trzyzmianowym. I nikt nie miałby ani władzy, ani potrzeby wydać rozkazu strzelania do protestujących czy domagających się poprawy swego losu robotników. „Realny socjalizm” jako kapitalizm realizowany innymi środkami? Kryptokapitalizm? Lew Trocki, Immanuel Wallerstein, Tony Cliff czy Jane Hardy na różne sposoby by się z tym zgodzili.

Na przestrzeni całego filmu jeden wątek jest intelektualnie nieprzerwanie słabszy niż opis miasta jako ośrodka procesów akumulacji kapitału, dynamika procesów zachodzących między tymi, którzy posiadają kapitał, a tymi, którzy na sprzedaż mają tylko pracę własnych rąk. Co u Reymonta było „antyurbanizmem” i opozycją między monstrum miasta a  spokojniejszym życiem w biologicznej zgodzie z naturą, u Wajdy przerodziło się w przeciwieństwo między skręconym kompulsywnym rytmem kapitalizmu demonem miasta a odchodzącą do historii moralną czystością kultury szlacheckiej, która przegrywa z siłami kapitalizmu, w tym z siłą nabywczą prostaków nuworyszy, dzięki procesom rynkowym przejmującym i profanujacym świątynie szlacheckiej tradycji (jak majątek Borowieckich trafiający w ręce Kaczmarka/Karczmarskiego). Szlachta i jej kultura są jedynym elementem świata przedstawionego, który nie jest w rzeczywistość społeczną swojego czasu wpisany dialektycznie i opisany krytycznie. Rola szlachty w wytworzeniu i utrzymaniu polskiego wariantu peryferyjnego kapitalizmu, przez historyków o orientacji materialistycznej zgodnie uznawana za z gruntu negatywną[5], jest z tej opowieści wyparta, a czystość szlacheckiej kultury zmitologizowana w postaciach starego Borowieckiego i Anki, narzeczonej Karola. Jakby szlachta nie miała swojego udziału we wpędzaniu chłopstwa w wielowiekową nędzę, która to nędza z kolei wypychała ich do miast na pastwę wszystkich Bucholców i Karolów Borowieckich tego świata. Wajda sam nie pochodzi z polskiej szlachty. Jego dziadkowie byli jeszcze chłopami, Wajda jednak kupuje z całym dobrodziejstwem inwentarza narrację o tym, że jako przedstawiciel inteligencji należy do klasy społecznej będącej spadkobierczynią szlachty, jej tradycji i roli w polskim społeczeństwie. I że to dobrze. W tym całkowitym braku krytycyzmu w stosunku do szlachty jest więc coś z pragnienia parweniusza, by udowodnić, że jest wart tradycji, do której dokonał kooptacji, by wkupić się pochlebstwami w jej łaski. Wbrew faktowi, że awans społeczny szerokich grup społecznych w epoce PRL, w tym ich dostęp do klasy społecznej producentów dóbr kultury, był w ogromnym stopniu możliwy dzięki zrzuceniu przez PRL przynajmniej części krępującego rozwój społeczny i gospodarczy Polski przez kilka stucleci balastu kulturowej dominacji szlachty.

Ziemia obiecana jest jednym z najbardziej znanych na świecie polskich filmów (nominowany do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, nagrodzony na MFF w Moskwie), także w Polsce funkcjonując w społecznej świadomości jako nie tylko jeden z najważniejszych filmów Wajdy i jeden z tytułów do wyjątkowej pozycji, jaką reżyser ten zajmuje w społecznym polu polskiego kina czy narodowej kultury w ogóle, ale także jedna z nieodzownych pozycji we wszystkich rankingach polskich filmów wszech czasów[6]. Radykalnie marksistowski wydźwięk uczynił tę wyjątkową pozycję filmu niesłychanie dziwną po 1989 roku, kiedy to tytułem do sprawnego funkcjonowania w elitach kulturalnych, tytułem do nowej formy kulturowego „szlachectwa”, szybko stało się albo stawianie znaków równości między komunizmem a faszyzmem (Wajda sam uczyni to na wielką skalę w Katyniu), albo np. pierwiastek „antykomunizmu” w oficjalnym życiorysie. Że się przecież zawsze, całe życie, bezkompromisowo, jak wszyscy, „walczyło z komuną”. Nawet jeśli się za tej samej komuny bez większego problemu robiło filmy w tempie i z budżetami, o których w „wolnej Polsce” większość filmowców może do końca życia tylko marzyć. W Polsce po 1989 potraktować dzieło sztuki od marksizmu, jeśli komuś się zdarzało, służyło zwykle jego dyskredytacji. W obróconej w poligon neoliberałów Polsce ideologiczna ofensywa neofitów kapitalizmu odesłała do sali śmiechu każdą kapitalizmu krytykę, każdą nawet nieśmiałą propozycję nałożenia na „wolny rynek” paru elementarnych hamulców, każdą pokrzywdzonych próbę politycznego wyartykułowania ich krzywdy.

Przyjęła się więc dość szeroko praktyka zastępowania poważniejszego wysiłku interpretacyjnego raczej bezrefleksyjnym, z gruntu rytualnym kultem Arcydzieła, mnożącym okazje do wręczania Wajdzie kolejnych bukietów czy jeszcze jednej figurki z tego czy innego metalu. Sam Wajda włączył się aktywnie w ten proces. Zapomniał o całym krytycznym ładunku filmu i w zgodzie z wymogami aktualnie obowiązującej myśli jedynie słusznej widział w nim już głównie apologię fascynującej energii kapitalizmu. Jakby cały ten zapis miejskiej biedy, cierpienia robotników, te wszystkie urwane przez maszyny kończyny, te wszystkie gwałcone przez burżujów nastolatki z biednych rodzin lub bez rodzin, cała ta pogarda żywiona przez uprzywilejowanych do tych, których praca wytwarza ich zysk (jak przypomina David Harvey, zysk to końcu nic innego jak niezapłacona część pracy[7]) – jakby to wszystko wyparowało nagle z filmu. To wszystko jednak nie wyparowało i problem z tym to prawdopodobnie – Wajda nie przedstawił nigdy żadnego przekonującego uzasadnienia dla tego posunięcia – jedyny faktyczny powód, dla którego w roku 2000 reżyser przemontował film na potrzeby ponownej dystrybucji kinowej przez Vision.

Idzie nowe

Nowa wersja montażowa nie była niczym innym jak skróceniem filmu o prawie pół godziny. Oglądając wersję oryginalną z 1974 roku i wersję z roku 2000 jedną za drugą, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jedyną intencją, świadomą czy nie, była próba desperackiego, i dlatego przeprowadzonego trochę na oślep, wykastrowania Ziemi obiecanej przynajmniej z części treści krytycznej i elementów niekompatybilnych z oficjalnymi ideologiami III RP.

Jedna z początkowych scen: polski lichwiarz recytuje zwulgaryzowane pozytywistyczne komunały, że naród się musi zabrać do roboty, a nie organizować powstania, to w kraju zaraz będzie lepiej – w wersji anno 2000 pozbawiona została swojego oryginalnego kontrapunktu, w którym wychodzi on następnie przed dom i z nieskrywaną antysemicką pogardą poniewiera żydówkami zmuszonymi przez ubóstwo zastawiać u niego nieliczne wartościowe przedmioty, jakie przetrwały w ich posiadaniu. W Polsce po 1989 nie można w sposób tak bezpośredni pokazać organicznego związku między kapitalizmem a antysemityzmem[8]. Na użytek ideologii wiecznego „doganiania Zachodu” (będącej przedłużeniem i reanimacją tego somego zwulgaryzowanego pozytywizmu reprezentowanego we wspomnianej scenie przez lichwiarza) antysemityzm przesunięty został dyskursywnie na wygodny ideologicznie margines rzekomych kulturowych atawizmów, zacofania, „ciemnego ludu”. Ogromna w tym zresztą zasługa najbardziej wpływowego (neoliberalnego) medium okresu, „Gazety Wyborczej”, której Wajda został po przemianach własnościowych udziałowcem.

W Polsce po 1989 Kościół katolicki okazał się kluczowym sojusznikiem ideologicznym neoliberałów i podporą ich reform, za co w zamian dostał Komisję Majątkową i specjalne względy elit kulturalnych np. dla katolickiej moralności seksualnej. Miejsca na tyle ekranowego seksu już nie było: niektóre sceny (jak ta, w której Borowiecki i Moryc podglądają Maksa w łóżku z dziewczyną) zostały okrojone, a słynna scena orgii Borowieckiego i będącej w ciąży Zuckerowej w luksusowym wagonie pociągu do Berlina wyleciała z filmu bez śladu. Wśród innych scen, które wypadły, jest i ta, w której tańczące w balecie dziewczęta wystawione są na selekcję zainteresowanych ich seksualnymi usługami mężczyzn z pieniędzmi. Scena ta traktowała w istocie o dramatycznej ekonomicznej kondycji tych, którzy nowobogackiemu mieszczaństwu dostarczali usług estetycznych i rozrywki. Dramatyzm tej kondycji zmuszał pracujące w tym sektorze młode kobiety do wystawiania swych ciał na scenie na sprzedaż potencjalnym „protektorom”. Aż chciałoby się złośliwie zapytać, czy Wajda bał się, że rzesze współczesnych młodych pracowników „przemysłów kultury” – na niekończących się stażach i praktykach, na opiewających na trzysta złotych umowach o dzieło, oczekujących miesiącami na przelew tych trzystu złotych, np. z kont korporacji Agora S.A. – zobaczą jakąś ciągłość między losem tych dziewcząt a własnym…

Jedno w tym dość niespotykanym w historii kina akcie autocenzury udało się Wajdzie na pewno: wersja montażowa anno 2000 zdołała wyprzeć z obiegu i w znacznej (zapewne rosnącej) mierze ze społecznej świadomości wersję oryginalną. Od tamtej pory to wersja anno 2000 powtarzana jest w telewizji i wydawana na płytach DVD. Poszukując wersji oryginalnej, by na potrzeby tego eseju przypomnieć ją sobie w szczegółach, przekonałem się, że nie funkcjonuje ona nawet w pirackim obiegu internetowym. „Do ściągnięcia” Ziemia obiecana dostępna jest w sieci w wielu miejscach, ale wszędzie jest to wersja anno 2000. Do montażu anno 1974 nie dotarłbym, gdyby Adam Ostolski nie zobaczył na na Facebooku okrzyku mojej rozpaczy, i nie zaoferował mi przetransferowania filmu z zabytkowej kasety VHS, na którą jego znajoma nagrała z telewizji oryginalną wersję filmu jeszcze gdzieś w odmętach lat 90., i gdyby kaseta ta jakimś cudem nie doczekała naszych czasów na jego półce.

Co się Wajdzie nie udało, to neutralizacja przenikającej cały film jaskrawej krytyki kapitalizmu. W jedynej powielanej obecnie wersji film jest okaleczony, jego dialektyczny rytm cierpi na tych interwencjach poważną niezborność, wciąż jednak jest tam i skandaliczna klasowa pogarda Bucholca wobec wszystkich, którzy pracują na jego fortunę; jest i urwana noga robotnika, i wystawiony mu za poplamiony jego krwią bal bawełny rachunek; i wyrzucona w powietrze, w oczy tłumu i na wiatr historii, czerwień chusty zastrzelonego robotnika – ukochany kolor brodacza z Trewiru. Brodacza, który w ostatnich latach po raz kolejny w historii wykazuje swoją niegasnącą, alarmującą aktualność. Te same kule, które wystrzelono na rozkaz Borowieckiego w ostatniej sekwencji Ziemi obiecanej, znów świszczą na ulicach niejednego miasta, w stronę protestującego ludu Aten, w stronę południowoafrykańskich górników – lista na pewno długo jeszcze nie będzie zamknięta.

Przypisy

[1] Franco Moretti, The Grey Area. Ibsen and the Spirit of Capitalism, “New Left Review” nr 61, Jan/Feb 2010, s. 117-131. Tekst po polsku ukazał się w moim przekładzie pt. Ibsen i duch kapitalizmu na stronie Lewica.pl: http://www.lewica.pl/index.php?id=22401

[2] Zob. np. Immanuel Wallerstein, Class Conflict in the Capitalist World-Economy, w: Etienne Balibar, Immanuel Wallerstein, Race, Nation, Class. Ambiguous Identities, przeł. [z fr. na ang.] Chris Turner, London: Verso 1991.

[3] Karol Marks, Fryderyk Engles, Manifest Partii Komunistycznej, Warszawa: Książka i Wiedza 1979, s. 42.

[4] Z nowszych publikacji ta ten temat zob. znakomitą pracę: Domenico Losurdo, Liberalism. A Counter-History, tłum. (z włoskiego na ang.) Gregory Elliott, London – New York: Verso, 2011.

[5] Jako swego rodzaju podsumowanie tematu, zob. Anna Sosnowska, Zrozumieć zacofanie, Warszawa: Trio, 2004.

[6] Przez miesięcznik „Film” Ziemia obiecana uznana została za najwybitniejszy polski film w 1997 i 2007 roku, przy okazji kolejnych okrągłych rocznic pisma.

[7] Zob. David Harvey, The Enigma of Capital: And the Crises of Capitalism, London: Profile Books, 2010.

[8] Po polsku zob. przede wszystkim: Piotr Kendziorek, Antysemityzm a społeczeństwo mieszczańskie. W kręgu interpretacji neomarksistowskich, Warszawa: Trio, 2004.

Jarosław Pietrzak

Tekst ten, w odrobinę skróconej wersji, ukazał się w książce Wajda: Przewodnik Krytyki Politycznej, red. Jakub Majmurek, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2013, s. 45-55.

Już po tym, jak go napisałem, oryginalna, „nieocenzurowana” przez samego Wajdę wersja montażowa z 1974 została odrestaurowana i ponownie wypuszczona do obiegu. Nie zmienia to jednak faktu, że przez kilkanaście lat ten oryginalny montaż był niedostępny dla ogółu publiczności i podtrzymuję swoją interpretację powodów, jakie stały za tym aktem autocenzury. Nie potrafię się też oprzeć podejrzeniu, że pewną rolę w „uwolnieniu” wersji oryginalnej odegrała atmosfera „obciachu” otaczająca mimo wszystko montaż z 2000, zwłaszcza ocenzurowanie scen erotycznych.

Jestem na Facebooku i Twitterze.