Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Muzeum Ahistorii Żydów Polskich

Na początku otwartej niedawno wystawy stałej Muzeum Historii Żydów Polskich Polin jest las. Jak większość ekspozycji stałej – w postaci wizualizacji, projektowanych w tym wypadku na rozmieszczone w pierwszej sali tafle szklanych ekranów. Na tle obrazów drzew przesuwają się napisy – cytaty z średniowiecznych tekstów źródłowych.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Im dalej w ten las, im dalej w tę wystawę, tym więcej niepokojących pytań mi nasuwała. Jest to ekspozycja bardzo dziwna: jak na muzeum ze słowem „historia” w nazwie, materialnych śladów historii – wytworów bogatej przecież materialnej kultury polskich Żydów – nie ma w nim prawie wcale. Te, które jakimś cudem spotkał ten zaszczyt, stoją w przejmującej samotności, otoczone multimediami, wizualizacjami, modelami. Można mieć poważne wątpliwości, czy celem tej wystawy jest opowiedzieć historię Żydów polskich czy ją zastąpić plastikowo-cyfrowym symulakrum. Oczywiście, wiem, jaką odpowiedź mają na to twórcy realizacji tego rodzaju: chodziło o wystawę o edukacyjnym bardziej niż stricte muzealnym charakterze. A więc angażującą, trochę interaktywną, i tak dalej. Znam takie odpowiedzi, ale jakoś nie zawsze mnie przekonują. Tym, co robiło na mnie zawsze wrażenie na wystawach okresowych w Muzeum Brytyjskim (np. tej poświęconej nie tak dawno Wikingom), była zdolność ich kuratorów do wplecenia wizualizacji i modeli w rzetelnie zgromadzone i przedstawione, wartościowe i ciekawe obiekty. Wizualizacjom samym w sobie wystarczyłoby dziś udostępnienie ich w Internecie. Metoda zastępowania obiektów wizualizacjami i plastikiem osiąga w Polin „punkt konsternacyjny”, gdy docieramy do tego czerwonego pomieszczenia, w którym króluje w połowie przezroczysty plastikowy tron.

Jeżeli jednak zgodzimy się, że to tak miało być, i że to wszystko po to, aby wystawa stała jak najlepiej spełniała swoją funkcję edukacyjną w epoce, w której daliśmy sobie wcisnąć, że bez podobnych bajerów nie da się już dziś nikogo niczego nauczyć – to czego w takim razie uczy ta wystawa, jaki jest jej edukacyjny „kontent”? Czy rzeczywiście uczy historii polskich Żydów, czy raczej, podobnie jak to plastikowo-cyfrowe symulakrum zastąpiło materialne obiekty żydowskiej kultury, zastępuje historię czymś innym? Na przykład mitem albo „pamięcią” – z całym bagażem selektywności i tendencyjności jednego i drugiego?

Na samym początku, na tle wspomnianych obrazów wschodnioeuropejskiej puszczy, reprezentujących średniowieczną Polskę, przesuwają się przed nami pięknie cytaty ze starych ksiąg o tym, jak to Żydzi przyjechali do Polski, zaproszeni przez gościnnych władców. Tym cytatom nie towarzyszy żaden komentarz krytyczny, żaden komentarz historyczny, są wystrzeliwane w odbiorcę z zamiarem, że trafią w sieć kontekstualną już rozpiętą w jego wyobraźni. Ta sieć, w większości przypadków, jest tam już dawno rozpięta, tyle, że jest to sieć mitu, a nie historii.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Opowieść, która już czeka na te strzały, idzie mniej więcej tak: Żydzi dotarli do Polski, gdzie szukali/znaleźli schronienie przed przemocą, z którą się spotykali w chrześcijańskiej Europie, odkąd Rzymianie rozegnali ich na wieczną tułaczkę po świecie po stłumieniu żydowskiego powstania i zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej w I w. n.e. Prawda, że tak idzie ta opowieść? Nic nie poradzimy, każdy ją słyszał w różnych reiteracjach, od wczesnych lat życia. A co ona ma wspólnego z historią? Niewiele.

Żaden ze mnie historyk, ale uważam, że nie zwalnia mnie to z obowiązku hermeneutycznych podejrzeń, kiedy uderza mnie coś, co mnie do nich niejako wzywa.

Shlomo Sand jest za to profesorem historii, do tego godnym podziwu intelektualistą, i miał na ten temat parę słów do powiedzenia. Tych parę pięknie napisanych, mocnych słów nosi tytuł Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski?[1]. Wschodnioeuropejscy Żydzi nie przyszli do Europy Wschodniej z żadnej tysiącletniej tułaczki po wrogim im świecie. Wschodnioeuropejscy Żydzi pochodzą… z Europy Wschodniej. Polska leży na zachodniej krawędzi Europy Wschodniej, więc tu pewnie skądś przyszli, ale raczej z niedaleka, z terytorium dzisiejszej Ukrainy i Krymu, gdzie przez pewien czas we wczesnym średniowieczu istniało żydowskie (nawrócone na judaizm) królestwo: Kaganat Chazarski[2]. Żydzi nie tułali się po Europie przez całe średniowiecze rozpędzeni po świecie przez mściwych Rzymian za karę za stłumione powstanie (albo „przez Boga” za karę za nieuwierzenie w Chrystusa, jak chciałaby antyjudaistyczna tradycja chrześcijańska). Wypędzenie Żydów z Palestyny nigdy nie miało miejsca, nie jest faktem historycznym, jest mitem.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Żydzi przez co najmniej kilkaset lat intensywnie nawracali na swoją religię, judaizm miał też ogromną siłę przyciągania w warunkach kryzysu ideologicznego Cesarstwa Rzymskiego (rezultatem było, że 7-8% populacji Imperium Rzymskiego na początku naszej ery wyznawało judaizm[3], plus jeszcze ludzie, którzy praktykowali go częściowo). Żydowski prozelityzm ustał, gdy ostatecznie przegrali z jedną ze swoich sekt, która postanowiła wybić się na niepodległość, ogłaszając, że Mesjasz już był nadszedł i że ta doktrynalna różnica uniemożliwia rekoncyliację. Dopiero, gdy przegrał z chrześcijaństwem rywalizację o śródziemnomorski rząd dusz, judaizm zamknął się w twierdzy tożsamościowego eksluzywizmu, ale na marginesach ówczesnego świata wciąż poszukiwał konwertytów.

Że teorie o głównie wschodnioeuropejskim i północnoafrykańskim pochodzeniu większości współczesnych Żydów są dzisiaj przez wielu opatrywane obowiązkowymi adnotacjami o ich wyjątkowej kontrowersyjności (jeżeli w ogóle wspominane) – podkreśla Sand – wynika m. in. z tego, ile wysiłków i środków Państwo Izrael, świadome, jakie wyzwanie rzucają one standardowemu dyskursowi o jego „prawie do istnienia”, zainwestowało w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w wymazanie ich z podręczników. (Nie stroniąc od potężnego i na wielką skalę nadużywanego instrumentu przemocy symbolicznej, jakim jest piętnowanie wszystkich ideologicznych adwersarzy jako „antysemitów”; w wielu przypadkach sam fakt, że taka groźba wisi w powietrzu, jest wystarczającą bronią.)

No dobrze, ale ta pierwsza sala aż tyle przecież nie mówi? Może i wprost nie mówi, ale odniosłem nieodparte wrażenie, że wpisana jest w nią kalkulacja, co zwiedzający ma sobie dopowiedzieć, w jakim kierunku wyobraźnia odbiorcy ma donieść wystrzeliwane przez autorów kule.

Mam takie wrażenie, bo ta pierwsza sala ustanawia swego rodzaju „template”, według którego wymyślone zostaną następne. Muzeum dosłownie zadrukowane jest takimi opatrzonymi nikłym kontekstualnym czy krytycznym komentarzem, powyrywanymi z większych całości cytatami ze źródeł – od arabskich podróżników, przez żydowskich kronikarzy, po dokumenty prawa. Towarzyszą im za to ilustracje i modele, zawsze przywołujące to, co o żydowskiej historii już „wiemy”.

***

Polin (87)

Rozesłali Tatarzy i Kozacy zagony po Polsce, Rusi i Litwie […] Rusini od razu podnieśli bunt i mordowali panów i Żydów.

Ten akurat cytat z Natana Hanowera (kronika pt. Jewen macula czyli Bagno głębokie z 1653) dla Esther Benbassy, która jednakże przygląda się więcej niż dwu zdaniom, jest jednym z najlepszych przykładów na coś zupełnie innego niż dla twórców wystawy. „Kozacy zarzynali tak wielu Żydów i katolików, jak tylko się dało, bez rozróżnienia”[4] – podkreśla Benbassa, a Żydzi stali się celem nie ze względu na swoją etnoreligijną odmienność, a dlatego, że przyjechali tam jako urzędnicy na usługach polskich panów, przeciwko którym skierowane było powstanie Chmielnickiego. Ich żydowska tożsamość nie miała żadnego znaczenia w tych wydarzeniach i Kozaków w ogóle nie interesowała, a jedyną płaszczyzną, w której ten konflikt się rozgrywał, były stosunki władzy.

Esther Benbassa jest profesorą nowożytnej historii Żydów na paryskiej Sorbonie, a książka La Souffrance comme identité (‘Cierpienie jako tożsamość’)[5], do której się teraz odwołuję, została przez Académie française uhonorowana Prix Guizot.

Dla Benbassy kronika Hanowera jest przykładem na specyficzne manowce, na jakie od średniowiecza prowadziło coś, co dzisiaj nazywalibyśmy „polityką tożsamości” europejskich Żydów. W sytuacji niechęci, a nawet jawnej wrogości żydowskiej tradycji wobec badania i poznawania przeszłości, czyli wobec historii, zamiast historii przez stulecia kultywowana była „pamięć”. Historia vs pamięć – tak Benbassa ujmuje w swojej książce kluczową, brzemienną w skutki opozycję. Żydzi na porażkę judaizmu w rywalizacji z chrześcijaństwem odpowiedzieli intensyfikacją ekskluzywizmu własnej kultury – odtąd Żydem można się było tylko urodzić, z matki Żydówki. Stali się niezwykle istostnym Innym chrześcijańskiej Europy – bo choć wydali Chrystusa, czyli go „poznali”, to jednak nie przyjęli jego „Dobrej Nowiny”; to odróżniało ich od wszystkich innych Innych chrześcijańskiej Europy. Przypadła im przez to tragiczna rola urzędowego kozła ofiarnego, zawsze pod ręką, gdy wybuchła zaraza, spadło jakieś inne wielkie nieszczęście, albo możni lub kler katolicki chcieli gdzieś odwrócić gniew społeczny. Na to z kolei ich odpowiedzią było czerpanie specyficznej tożsamościowej pociechy z własnej zbiorowej zdolności do stawiania czoła wrogości otoczenia i trwania mimo prześladowań. Wehikułem tej tożsamościowej pociechy były zbiorowe praktyki takiej właśnie „pamięci”, w której cała historia Żydów przyjmuje postać żałobnej liturgii o antyjudaistycznych, a potem antysemickich prześladowaniach, w której pogrom i zmuszanie do przyjęcia chrztu stają się matrycami, w jakie wlewa się nawet te wydarzenia historyczne, które nie nosiły znamion ani jednego, ani drugiego (Hanower wzorował się na kilku starszych kronikach zupełnie innych wydarzeń). Więcej nawet, pogrom i zmuszanie do przyjęcia chrztu stają się razem matrycą historii Żydów w ogóle, historii Żydów jako takiej.

Ostatecznie stało się to nie tylko wyrazem cierpienia, ale i remedium na nie. Pocieszało ludzi bardziej niż sprawiało im ból. I umacniane było przez stulecia, na przestrzeni których Żydów dosięgało nieszczęście za nieszczęściem. Ale to w żadnym razie nie znaczy, że życie Żydów w średniowieczu było niczym innym jak tylko ciągiem prześladowań. To jest dalekie od prawdy[6].

Dalej Benbassa wyjaśnia, dlaczego jest to tak dalekie od prawdy. Ale mniejsza w tym momencie o to. Chodzi o to, że dla Benbassy kronika Hanowera jest przykładem tych mechanizmów. Dla twórców wystawy jest natomiast pozbawioną krytycznego komentarza, dokumentalną „relacją z wydarzeń”. Podobno wystawę przygotowało grono stu historyków. Co się stało z krytyczną lekturą źródeł jako podstawą historii jako nauki?

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Gdyby to były wyłącznie akademickie kontrowersje wokół paru kronikarzy sprzed kilkuset lat, to nie robiłoby to na mnie takiego wrażenia. Problem polega na tym, że ostatecznie stawki tego wszystkiego są jak najbardziej współczesne, co się staje jasne, gdy jesteśmy na wystawie już daleko w XIX wiek, stulecie, w którym Graetz et consortes uznali tożsamościową liturgię pamięci o cierpieniu skumulowaną w poprzednich stuleciach za podstawę akademickiej historii Żydów, tworząc jej „płaczliwą”, jak to nazywa Benbassa, wersję. Kiedy docieramy do powstania syjonizmu, zostaje on wprowadzony do narracji wyłącznie jako nurt intelektualny i polityczny stanowiący jedynie obronną odpowiedź na europejski rasizm w ogóle i antysemityzm w szczególności. Bez żadnych sugestii, że jednocześnie syjonizm sam w sobie również jest rasizmem. Żydzi, uświęceni stuleciami kierowanej przeciw nim z zewnątrz przemocy, mogą – wygląda na to – być jedynie przedmiotem rasizmu innych. Że stali się również jego podmiotem, jest świętokradztwem, na którego wyszeptanie twórcy wystawy nie mogli – sobie i zwiedzającym – pozwolić.

***

Benbassa tak pisze o świątyniach świeckiej religii „pamięci Holokaustu”, stanowiącej rdzeń współczesnej żydowskiej tożsamości (i – dodam – uderzającego w jej współczesnej postaci agresywnego partykularyzmu):

Nowa religia potrzebowała, by Żydzi bez przerwy wyobrażali sobie, że są w komorach gazowych albo na ich progu. Z tego punktu widzenia wizyta w którymś z muzeów holokaustu w Stanach Zjednoczonych jest niezwykle kształcąca. Muzea te przypisują zwiedzającym tożsamość Żydów, którzy zostali zagazowani lub w inny sposób zginęli w obozach. Komory gazowe, krematoria, wejścia do obozów są w nich odtworzone. Co więcej, komunikaty porozmieszczane przez niektóre z tych muzeów, miejsca, w których rytuał pamięci o ludobójstwie jest celebrowany, są przekazywane pośród emocji i wytwarzają jeszcze więcej emocji w odpowiedzi. Od zwiedzającego oczekuje się, by odczuwał wydarzenie, a nie by je zrozumiał. Patos dominuje nad świadomością. Jednak żeby nie zapomnieć, trzeba rozumieć; żeby rozumieć, trzeba umieścić wydarzenie z powrotem w kontekście, który uczynił je w ogóle możliwym. W istocie, by nie zapomnieć, potrzebujemy historii, a nie emocji, które zawsze umykają i trzeba ciągle je ożywiać, z rosnącą za każdym razem intensywnością. Dalej z kolei wynika z tego, że w takim stanie umysłu wyobrażenie sobie, że Żydzi i nie-Żydzi staną twarzą w twarz z własną odpowiedzialnością, tak aby zapobiec powtórzeniu się epizodów takiego barbarzyństwa, staje się niemożliwe. W procesie przerobienia w uniwersalną religię, której przesłanie daje się łatwo zrozumieć, pamięć ludobójstwa złożyła się, paradoksalnie, na deuniwersalizację Żydów, oddalając ich ich od innych, którzy cierpieli i ryglując ich wewnątrz ich własnego cierpienia.[7]

Wystawa stała w Polin nie posuwa się do takiej pornografii, by odtwarzać komory gazowe – budynek Rainera Mahlamäkiego jest z zbyt dobrym na to guście. Ale kiedy docieramy do II wojny światowej i do hitlerowskiego judeocydu, i tak okazuje się, że mimo wszystko znajdujemy się jak najbardziej w tym samym paradygmacie: przewagi emocji nad świadomością i próbą zrozumienia, co się stało w Europie w latach 1942-1945. Przestrzeń tej części wystawy powciskana jest w coraz bardziej nieprzyjemne, ciasne, opresywne pomieszczenia o nieregularnych kształtach, mających wywoływać ponurą grozę, poczucie osaczenia, klaustrofobię. Pojęcie „komór” mimo wszystko kołacze się po głowie.

No i wreszcie sekcja poświęcona okresowi PRL. Szokujące eksplozje antysemityzmu i jego cyniczna instrumentalizacja przez aparat partyjny spotykają się w tej ekspozycji z zasłużoną i niejako naturalną krytyką. Co jest bulwersujące, to przedstawienie jako oczywistego i bezproblemowego – niejako naturalnego – rozwiązania fali emigracji Polaków żydowskiego pochodzenia do Izraela. Podobnie jak wcześniej twórcy przemilczeli charakter syjonizmu jako nie tylko odpowiedzi na europejski rasizm, ale także jeden z wariantów samego tego rasizmu, tak samo przemilczane jest, że wybawienie Żydów ode złego w postaci emigracji do Izraela odbywa się czyimś kosztem. I to akurat kosztem ludu, który nie miał w stosunku do Żydów nic na sumieniu. (Sam pomysł, że we krwi można przez kilka tysiącleci nosić prawo do jakiejś ziemi, prawo, które przeważa nad prawem rodzin, które tam żyją i tę ziemię uprawiają od pokoleń, jest rasistowski par excellence, nawet gdyby entogenetyczna ciągłość między starożytnymi mieszkańcami Palestyny a współczesnymi Żydami nie była zupełną fikcją).

Palestyńczycy są najzupełniej nieobecni w zebranych tam materiałach i relacjach o emigracji do Izraela, nie ma po nich dosłownie żadnego śladu. Niczym w starych fantazjach ojców syjonizmu, ta ziemia była, w oczach twórców wystawy, „ziemią bez ludu” i czekała sobie pusta na żydowski „lud bez ziemi”. Ponieważ nieobecni są Palestyńczycy, można też było wymazać całą przemoc im zadawaną od samych narodzin Państwa Izrael, najpierw w wojnie, w której rodzący się Izrael zagarnął znacznie więcej niż i tak już skandalicznie niesprawiedliwy (na korzyść „Państwa Żydowskiego”) podział mandatowej Palestyny przez ONZ, w czystce etnicznej setek tysięcy Palestyńczyków w toku tej wojny, a potem w całym szeregu kolejnych najeźdźczych wojen i w nielegalnej okupacji Zachodniego Brzegu Jordanu i Gazy, która trwa do dzisiaj.

Ile rodzin Polaków pochodzenia żydowskiego, które wyjechały do Izraela, otrzymało od izraelskiego rządu materialne wsparcie, by osiedlić się na ziemi zagrabionej w toku tej przemocy rodzinom palestyńskim? Ilu palestyńskich cywilów członkowie tych rodzin zastrzelili, odbywając obowiązkową służbę wojskową w Cahalu? Ile z tych rodzin utrzymuje się z pracy w dziedzinach izraelskiej gospodarki bezpośrednio powiąznych z okupacją Zachodniego Brzegu Jordanu i Gazy (od uprawy zagrabionej ziemi, przez przemysł zbrojeniowy i technologie bezpieczeństwa, po różnego rodzaju usługi świadczone armii i instytucjom utrzymującym „porządek” okupacyjny)? Ale takich pytań oczekiwać można by tylko od placowki prawdziwie historycznej, podczas gdy Polin jest raczej świątynią żydowskiej „pamięci”.

***

Polin (21)

Cofnijmy się trochę i przyjrzyjmy wystawie z niejakiego oddalenia, by zebrać jej przekaz „do kupy”, jako swego rodzaju całościowy „łuk narracyjny”. Żeby to dobrze zrobić, warto się cofnąć na tyle, by objąć wzrokiem wystawę wraz z tym co ją poprzedza, z nastrojem, w jaki wrzucony jest zwiedzający, kiedy kieruje się do kolejki do wejścia na wystawę i musi w tej kolejce swoje odstać. Ściany wokół niego wyginają się jak fale. W prezentacji na stronie internetowej muzeum architekt Mahlamäki mówi o wyrwie, jaką eksterminacja polskich Żydów stanowi w ich tysiącletniej historii na tych ziemiach, więc można by pomyśleć, że właśnie o wyrwę chodzi. Ale o ile z zewnątrz to, co wcina się w zwartą bryłę muzeum w dość nieregularny sposób, rzeczywiście można czytać jako wyrwę, to bynajmniej nie wygląda tak już w środku. To są fale i skojarzenie, jakiemu trudno się oprzeć, to rozstępujące się fale Morza Czerwonego, dzięki którym Żydzi uciekają w Księdze Wyjścia z Egiptu.

Ponieważ odstawszy swoje pomiędzy tymi rozstępującymi się falami Morza Czerwonego, zwiedzający przechodzi w końcu do pierwszej sali wystawy, w której historia polskich Żydów zaczyna się od ich przybycia do pokrytego kniejami kraju, w rezultacie budowane jest wrażenie organicznej ciągłości między polskimi Żydami a starożytnymi plemionami, które jakoby uciekły z Egiptu. Żydowska tożsamość staje się w ten sposób tożsamością rozumianą esencjalistycznie, „rasowo”, zamiast jako fenomen z porządku transmisji kulturowej, a więc „pozaorganicznej”. To ma sens mniej więcej taki, jakby wystawę o historii Polaków zacząć od katakumb, w których ukrywali się przed prześladowaniami pierwsi chrześcijanie. Przykład ten pokazuje, że te same formy dyskursu tożsamościowego, które w odniesieniu lub wykonaniu jakiejkolwiek innej grupy, jakiegokolwiek innego zbiorowego podmiotu tożsamościowego, zostałyby przyjęte z konsternacją lub śmiechem, i spotkałyby się dziś z odruchową i zasłużoną krytyką przynajmniej z lewej strony spektrum ideologicznego, przechodzą niezauważone, kiedy mowa o jest o Żydach, bądź kiedy Żydzi opowiadają o sobie. Anything goes.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Wróćmy do wystawy. Kiedy pomost organicznej ciągłości między wyznawcami Jahwe, którzy pod wodzą Mojżesza uciekli z Egiptu, a Żydami, którzy w średniowieczu przybyli do Polski (w domyśle: po wielowiekowej tułaczce przez prześladujący ich świat chrześcijański), jest już przerzucony, widzimy, jak Żydzi trafili w tym pokrytym kniejami królestwie pod wyjątkową w skali europejskiej opiekę gwarantujących ich ochronę rozmaitymi dekretami monarchów.

To też jest zresztą mit, tym razem specyficznie polski – że status Żydów w średniowiecznej Polsce był wyjątkowy. Benbassa podkreśla, że Żydzi byli w średniowieczu raczej uprzywilejowaną mniejszością, która prosperowała w warunkach de facto sojuszu z klasami panującymi, przez wieki objęta w większości królestw i księstw feudalnej Europy różnymi ochronnymi dekretami panujących. To właśnie to uprzywilejowane położenie i przychylność dworów panujących wystawiały ich na akty przemocy, gdy dochodziło do tąpnięć lub dramatycznych przesunięć w kręgach władzy, pomiędzy różnymi siłami politycznymi w obrębie klas panujących, itd.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

W opowieści, którą nam snuje wystawa, okres spokoju pod opieką monarchów dobiega jednak i w Polsce końca. Również i tutaj dosięga Żydów odwieczna nienawiść chrześcijanskiego świata, która ciągnie się przez wieki łańcuchem przemocy. Ten łańcuch przemocy eksploduje w końcu hitlerowskim ludobójstwem europejskich, w tym polskich Żydów, przedstawionym jednak według emocjonalnych, antyintelektualnych przykazań religii „pamięci Holokaustu”. Ale po tym kulminacyjnym punkcie przychodzi wreszcie dziejowe zbawienie, choć niektórzy jego nadejście przyjęli w pełni do wiadomości dopiero w roku 1968. Tym zbawieniem jest „Państwo Żydowskie” powołane na „ziemi bez ludu” dla „ludu bez ziemi”. Żydzi tym samym mogą powrócić tam, dokąd kiedyś zaprowadził ich Mojżesz.

***

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin zmusza do postawienia całego szeregu pytań, których lewica w Polsce w swojej większości wydaje się zadawać niezdolna, zafiksowana na historycznym wyobrażeniu Żydów jako szczególnie uprzywilejowanej dyskursywnie ofiary i intelektualnie sparaliżowana poczuciem, że polska kultura i polskie społeczeństwo nigdy wystarczająco nie rozliczyły się z historią swojego antysemityzmu. Rzeczywiście się nie rozliczyły. Ale to poczucie powoduje, że pojawienie się takiej placówki jak Polin jest w środowiskach lewicowych przyjmowane niemal odruchowo w kategoriach nadrabiania tego rodzaju historycznych zaległości i emancypacji długo tłumionego żydowskiego żywiołu od tysiąca lat stanowiącego część polskiej kultury, który wreszcie odzyskuje należne mu miejsce. Czy jednak emancypacyjne i uniwersalistyczne intencje tak rozumujących osób nie zostają cynicznie przechwycone i de facto zaciągnięte na służbę wyjątkowo agresywnego partykularyzmu?

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Kiedy centralna wystawa takiego muzeum stanowi raczej utkane z mitów symulakrum, niż opowieść z porządku historii rozumianej jako nauka stawiająca pewne wymagania krytyczne, należy mieć odwagę zadać pytanie, które we Francji zadali Alain Badiou i Eric Hazan[8], a w Stanach Zjednoczonych Norman Finkelstein[9]: czy rzeczywiście o historię i rozliczenia z nią w tym wszystkim chodzi, czy może raczej o całkiem współczesne stawki propagandowe, współczesne interesy i legitymizowanie jak najbardziej współczesnych stosunków władzy? Np. o konstruowanie i podtrzymywanie wizerunku Żydów jako wiecznej ofiary, ofiary nad ofiarami, której cierpienie w negatywnym sacrum Holokaustu zyskało ostatecznie status świętszego niż jakiekolwiek inne ludzkie cierpienie – po to, żeby za pomocą pacyfikującej emocjonalnej siły takiego przekazu przesłaniać współczesną rzeczywistość bezwzględnej rasistowskiej przemocy Państwa Izrael w stosunku do ludności palestyńskiej i do jego arabskich sąsiadów? Państwa Izrael, które rości sobie tytuł do reprezentowania wszystkich Żydów, i bezkrytyczna identyfikacja z którym stanowi, jak zauważa Shlomo Sand[10], kluczowy element tożsamości dla rosnących rzesz Żydów w diasporze, którzy tą identyfikacją zastępują utratę więzi z realnie przeżywaną praktyką religijną judaizmu. Ta bezkrytyczna identyfikacja potrafi przejawiać się bardzo agresywnie – np. doprowadzeniem do kryminalizacji solidarności z Palestyńczykami (we Francji).

Czy nasz opór przed przykładaniem do żydowskich dyskursów tożsamościowych tej samej krytycznej miary, jakiej nie wahalibyśmy się stosować w stosunku do żadnego innego zbiorowego podmiotu, ma jakieś lepsze uzasadnienie, niż specjalna taryfa ulgowa przyznawana „szczególnie prześladowanej i dyskryminowanej mniejszości”? Bo teza, że Żydzi są dzisiaj, w drugiej dekadzie XXI wieku, szczególnie w Europie prześladowaną i dyskryminowaną mniejszością, jest po prostu niepoważna. Są dziś w Europie mniejszości dyskryminowane, a nawet prześladowane: społeczności muzułmańskie, Romowie, afrykańscy i azjatyccy sans papiers, by wymienić tylko kilka. Ale Żydzi z całą pewnością nie są jedną z nich. Czy ten opór nie jest w takim razie w gruncie rzeczy sam w sobie antysemicki, bo oparty na milczącym założeniu, że Żydów coś esencjalnie odróżnia i dzieli od reszty ludzkości, w związku z czym w stosunku do nich zawieszamy stadardy intelektualne (ale również etyczne, polityczne) obowiązujące w każdym innym kontekście?

Kolejne ważne pytanie, to czy takie realizacje jak muzeum Polin ze swą wystawą stałą (ale też np. nagły, dziesięć lat temu jeszcze zupełnie niewyobrażalny, wysyp polskich filmów o antysemityzmie i judeocydzie 1942-45) są faktycznie wyłomem w prawicowej narracji, która zajmuje hegemoniczne miejsce w polskim dyskursie publicznym i we współczesnej polskiej kulturze (jak odruchowo chciałaby to widzieć lewica)? Czy może są manifestacją zupełnie innego procesu: nadrabiania przez polską prawicę, która nic przecież w jakiś widoczny sposób nie traci ze swej hegemonicznej pozycji, ideologicznych zaległości w stosunku do prawicy na Zachodzie? A więc stanowią próbę włączenia w tę prawicową hegemonię, zgrania z nią czegoś, co już od dawna jest doskonale zintegrowaną częścią ideologii prawicowej (w tym jej szczepów otwarcie rasistowskich) we Francji, Wielkiej Brytanii, USA i wielu innych krajach: tego, co Ivan Segré nazwał „reakcją filosemicką”[11]? Zachodnia prawica, wpatrzona z podziwem w to, jak Państwo Izrael „radzi sobie z Arabami”, dawno już zamknęła niedobitki antysemitów starej szkoły wciąż (ku jej własnemu dyskomfortowi) obecne w jej szeregach w domenie folkloru forów internetowych, żeby tam się wyżywały z dala od prawdziwej polityki, aż do samotnej śmierci przed zaplutym monitorem.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Przypisy

[1] Wyd. polskie: Shlomo Sand, Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski?, przeł. Hanna Zbonikowska-Bernatowicz, Warszawa: Dialog 2014.

[2] Shlomo Sand, The Invention of the Jewish People, przeł. (na ang.) Yael Lotan, London – New York: Verso: 2010, s. 210-250. Cytuję na podstawie wydania angielskiego, bo tym dysponuję.

[3] Sh. Sand, The Invention…, s. 167.

[4] Cytuję na podstawie wydania angielskiego. Esther Benbassa: Suffering as Identity: The Jewish Paradigm, przeł. G. M. Goshgarian, London – New York: Verso 2010, s. 48.

[5] Wydanie francuskie: Esther Benbassa, La Souffrance comme identité, Paris : Fayard 2007.

[6] E. Benbassa, Suffering…, s. 42.

[7] E. Benbassa, Suffering…, s. 39-40.

[8] Alain Badiou, Eric Hazan, L’antisémitisme partout – Aujord’hui en France, Paris: La Fabrique 2011.

[9] Norman G. Finkelstein, The Holocaust Industry: Reflections on the Exploitation of Jewish Suffering, London – New York: Verso: 2000.

[10] Shlomo Sand, How I Stopped Being a Jew?, przeł. (na ang.) David Fernbach, London – New York: Verso 2014, s. 93 i in. Wydane już również po polsku przez Wydawnictwo Akademickie Dialog.

[11] Ivan Segré, La Réaction philosémite ou la trahison des clercs, Fécamp : Nouvelles Editions Lignes 2009.

Jarosław Pietrzak

Więcej zdjęć z muzeum Polin na moim fotoblogu Surface and Matter.

Londyn, 9 sierpnia 2014, demonstracja solidarności z Palestyną

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami

O „prawie do obrony”

W czasie zawieszonej dopiero niedawno, trwającej 51 dni operacji Protective Edge szczególny wysiłek działaczy, aktywistów i komentatorów (intelektualistów i ekspertów od prawa międzynarodowego), aktywnie zaangażowanych w sprawę palestyńską włożony został w dekonstruowanie zwłaszcza jednego elementu propagandowego volapüku Izraela: wątku „prawa Izraela do obrony”. Noura Erakat, John Dugard, Richard Falk (on już od dawna), Seumas Milne, Tariq Ali – by wymienić kilka tylko nazwisk spośród tych wszystkich, którzy w obliczu kolejnej zbrodniczej ofensywy na bezbronną, przeludnioną i odciętą przez Izrael (i jego pomagierów w Egipcie) od świata enklawę nie ustają w wysiłkach, by wątek izraelskiego „prawa do obrony” nie mógł sobie już dłużej wygodnie leżeć w przestrzeni debaty i pozostawać z nami na prawach oczywistej oczywistości.

Nie ma w prawie międzynarodowym – podkreślają – czegoś takiego jak prawo mocarstwa okupującego w sposób militarny terytorium innego społeczeństwa do obrony przed znajdującą się pod jego okupacją ludnością, nie wspominając już o kuriozalnym koncepcie „obrony” przez zmasowany, zbrojny atak na okupowaną ludność i jej cywilną infrastrukturę.

Nie ma czegoś takiego. Pure and simple.

To ludność znajdująca się pod zbrojną okupacją obcego mocarstwa ma prawo do obrony, do stawiania oporu i do aktywnej walki z okupantem. Izrael nie ma prawa bronić się przed Palestyńczykami. To Palestyńczycy mają święte prawo bronić się przed Izraelem, w tym wystrzeliwując weń swoje prymitywne w porównaniu z supernowoczesną infrastrukturą Izraela rakiety. Jest to prawo nie tylko moralne. Jest to prawo w ścisłym sensie słowa ‘prawo’. Jego podstawą jest Deklaracja w sprawie przyznania niepodległości krajom i narodom kolonialnym (rezolucja Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych 1514 (XV) z 14 grudnia 1960 roku) oraz Czwarta Konwencja Genewska z 1949 r. (której Izrael jest stroną) i dwa jej protokoły dodatkowe z 1977 r. (których podpisania Izrael zawsze odmawiał, bo nigdy nie zamierzał się do nich stosować).

Fakt, że Izrael w roku 2005 wycofał swoje wojska z terytorium Strefy Gazy, nie wyłącza jej mieszkańców i ich legalnej reprezentacji, jaką stanowi Hamas, z tych definicji. Prawo międzynarodowe nie ma najmniejszych wątpliwości, że Gaza pozostaje pod izraelską okupacją; instytucje prawa międzynarodowego nie przestały nigdy Gazy określać mianem jednego z „Palestyńskich Terytoriów Okupowanych”. Izrael kontroluje bowiem granice i przejścia graniczne, wody przybrzeżne, przestrzeń powietrzną (w której bzyczą, zawsze gotowe do strzału, izraelskie drony) i elektromagnetyczną Gazy, kontroluje także ruch z i do Gazy, w tym wszystkie dostawy – towarów, surowców, energii, wody, pomocy medycznej i humanitarnej (z których większość konfiskuje).

Izrael wreszcie nie tylko nie ma w tym kontekście żadnego prawa do „samoobrony” – w stosunku do Terytoriów Okupowanych (znajdujących się pod okupacją od 1967 roku) i ich prawowitych mieszkańców nie ma w ogóle żadnych praw, ponieważ okupacja każdego skrawka ziemi, który leży poza granicami sprzed 1967 roku jest całkowicie nielegalna i odbywa się z pogwałceniem prawa międzynarodowego, w tym szeregu odnoszących się bezpośrednio do tej sytuacji rezolucji ONZ (w szczególności rezolucji 242 i 338, ustanawiających międzynarodowy konsensus prawny w tej kwestii). W stosunku do tych terytoriów, według prawa, Izrael ma tylko zobowiązania. Z których się nie wywiązuje.

„Izrael nie ma prawa się bronić. Ma jedynie obowiązek się wycofać [z Terytoriów Okupowanych]” – jak powiedział krótko i zwięźle niezastąpiony Seumas Milne z dziennika „The Guardian” na wielkiej demonstracji (największej propalestyńskiej demonstracji na Wyspach Brytyjskich), która miała miejsce w Londynie 9 sierpnia.

Być może skala energii, jaką w czasie najnowszej izraelskiej kampanii militarnej przemocy obrońcy sprawy palestyńskiej włożyli w adresowanie tej właśnie kwestii i wprowadzenie jej do mainstreamu – na znacznie większą skalę niż w czasie poprzednich dwóch ofensyw na Gazę (kiedy większą siłę przebicia miał wciąż problem proporcjonalności użytej siły i dyksusje na temat „kto naprawdę zaczął”) – ujawnia niekoniecznie jasne, ale narastające poczucie, że gra, jaka toczy się na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych, toczy się o najbardziej centralne stawki nowoczesności, w tym nowożytnej filozofii prawa, oraz o miejsce, jakie izraelskie harce z najbardziej fundamentalnymi kategoriami, włącznie z decydowaniem o tym, co i kiedy jest prawem, a co i kiedy nie jest, mają w kryzysie kapitalizmu jako systemu światowego. Miejsce zapowiadające w coraz bardziej niepokojący sposób przyszłość, która z celowników izraelskich dronów zdaje się zerkać na nas wszystkich z już całkiem niedaleka.

O prawie do porównań

Małgorzata Anna Maciejewska napisała kiedyś świetny tekst polemiczny, rozprawiała się w nim z histerykami, którzy agresywnymi spazmami (i rytualnymi oskarżeniami o antysemityzm) reagują na każde retoryczne porównanie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości, które systematycznie popełnia Państwo Izrael, ze zbrodniami, które spotkały kiedyś między innymi europejskich Żydów ze strony nazistowskich Niemiec. „[P]orównanie nie jest stwierdzeniem tożsamości”, przypominała Maciejewska. Autorzy tacy jak Norman Finkelstein czy Esther Benbassa poddają miażdżącej krytyce kult absolutnej, quasi-sakralnej wyjątkowości Holokaustu, zabraniający racjonalnych analiz i umieszczania ludobójstwa Żydów („judeocyd” – nazwa zaproponowana kiedyś przez historyka Arno Mayera jest znacznie lepsza niż obciążone nadmiarem religijnego ładunku nazwy ‘Holokaust’ i ‘Shoah’) w jakimkolwiek kontekście historycznym, porównawczym, itp. Wskazują także na bezpośredni, organiczny i funkcjonalny związek tego kultu z ideologią Państwa Izrael, które buduje i instrumentalizuje religię „Pamięci Holokaustu”, by legitymizować swoje postępowanie w stosunku do Palestyńczyków (i mieszkańców sąsiednich krajów arabskich). To dzięki tej „świeckiej religii” Państwo Izrael cały czas wmawia światu, że jako rzekomy spadkobierca ofiar Holokaustu jest wciąż ofiarą, która się broni – podczas gdy od dnia swoich narodzin w roku 1948 raczej bezlitośnie atakuje. Roszcząc sobie (kontestowany) tytuł do reprezentowania wszystkich Żydów, wciąż maluje się na  bezbronną ofiarę, na tego chłopca z warszawskiego getta, z podniesionymi rękoma, który szuka ratunku przed widmem czającego się za rogiem sequelu z Holokaustu. Tymczasem w rzeczywistości Izrael urósł już do rangi jednej z dziesięciu największych potęg militarnych planety i jest mocarstwem atomowym.

Strach przed oskarżeniem o antysemityzm powoduje jednak, że nawet osoby krytyczne wobec okupacyjnej polityki Państwa Izrael, nawet orientacji mniej lub bardziej lewicowej, do dziś rutynowo ozdabiają swoje wypowiedzi całą ornatmentyką zapewnień, że nie porównują, że się odcinają od porównań, że to, że tamto. Powtarzają nawet za Hasbarą odwracające uwagę od istoty problemu ostrzeżenia przed antysemityzmem w szeregach krytyków Izraela, albo zastanawiają się, czy Palestyńczycy nie są trochę tym dla niektórych lewicowców, czym Tybetańczycy dla liberałów (czyli fiksacją i fantazą). A wracając do porównania z III Rzeszą, pukają się w głowę i pytają, czy Izrael wywołał wojnę światową i wymordował na niej dziesiątki milionów ludzi.

Cóż, III Rzesza w takim powiedzmy roku 1936 też jeszcze nie wywołała wojny światowej, a izraelskie zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości są już, mimo niewielkich rozmiarów  kraju-sprawcy, odpowiedzialne za dwie trzecie całej światowej populacji uchodźców. A ocenę systemów politycznych za pomocą liczenia trupów pozostawmy może specjalistom w tej domenie, „myślicielom” liberalnym; zadaniem lewicy powinna być raczej „krytyczna krytyka” czyli zaglądanie pod powierzchnię procesów społecznych i politycznych oraz analiza struktury rzeczywistości. Świadomi tego, jak żenującym zabiegiem retorycznym jest reductio ad Hitlerum, nie możemy jednocześnie dać się wspuścić w maliny: nie każde porównanie do III Rzeszy to reductio ad Hitlerum. Czasami bywa też i tak, że na to, by nie zadawać pytań o pewne podobieństwa, absolutnie nie możemy sobie już pozwolić.

Laboratoria strukturalnych kryzysów

Przypomnijmy więc dla porządku – bo to nie jest dziś wiedza potoczna, nawet na lewicy, która niejednokrotnie powtarza na ten temat liberalne majaki – czym pod powierzchnią był projekt polityczny III Rzeszy i jego kulminacja w postaci II wojny światowej i dokonanych w jej toku ludobójstw. Marksistowska wykładnia (Wallerstein, Neumann, Kendziorek, i wielu, wielu innych) idzie – w ogromnym skrócie – mniej więcej tak:

W latach 30. XX wieku kapitalizm był już od lat w długotrwałym, strukturalnym kryzysie. Poprzednie progi tego trwającego w sumie kilka dekad kryzysu wyznaczała I wojna światowa, a następnie Wielki Kryzys Gospodarczy. Taki długotrwały kryzys akumulacji nosi w ekonomii nazwę fazy B cyklu Kondratiewa. Kryzys był to tak głęboki, że zagrażał już nie tylko dalszej akumulacji kapitału (najważniejszy imperatyw racjonalności kapitalistycznej), ale nawet reprodukcji prostej już istniejącego kapitału. Niósł więc z sobą groźbę uderzenia w stan posiadania wielkiej burżuzazji i w jej klasowe panowanie. Częścią tego strukturalnego kryzysu było chylenie się pozycji Londynu jako dotychczasowego hegemona kapitalistycznej gospodarki-świata (hegemon to centrum nieproporcjonalnie dużych udziałów w globalnej akumulacji kapitału).

III Rzesza była projektem wielkiej niemieckiej burżuazji mającym na celu przejęcie przynajmniej części schedy po upadającym Imperium Brytyjskim, a także znalezienie takiego wyjścia ze strukturalnego kryzysu, które pozwoliłoby utrzymać stosunki własności i klasowe panowanie burżuazji. Agresywny nacjonalizm i rasizm były w tym projekcie mechanizmem mobilizowania niemieckiego społeczeństwa i odsuwania go od konkurencyjnego projektu wyjścia z tego kryzysu – projektu komunistycznego, a więc projektu, który by zniósł kapitalizm i klasowe panowanie burżuazji tout court. Antysemityzm był w tym projekcie mechanizmem rozładowywania napięć wewnątrzspołecznych, które taki projekt musiał wywołać; dostarczał wygodnego kozła ofiarnego. Pierwsza faza tego projektu zakładała głęboką militaryzację niemieckiej gospodarki i podporządkowanie jej przemysłowi zbrojeniowemu – na kredyt. Kredyt, który miała potem pokryć druga faza, grabież Europy w czasie wojny, w toku której miało powstać kontynentalnych rozmiarów imperium. Europa miała najpierw zostać złupiona, a następnie gruntownie przeobrażona ekonomicznie i politycznie. Część populacji, według kryteriów rasowych, wciąż miałaby cieszyć się jakimiś prawami (pod warunkiem akceptacji dla nowej, nazistowskiej racjonalności politycznej); część miała zostać obrócona w niewolniczą siłę roboczą pracującą dla niemieckiego kapitału, umożliwiając utrzymanie klasowego panowania burżuazji, nawet gdyby kryzysu akumulacji nie udało się nigdy konstruktywnie przełamać; część byłaby poddana deportacjom lub (po konferencji w Wannsee) systematycznej, planowej eksterminacji.

Mówiąc jednym zdaniem: III Rzesza była laboratorium politycznym, próbą wynalezienia takiego reżimu rządomyślności, który porzuciwszy wszystkie liberalne fantazje o „wolnych” umowach między „równymi” podmiotami prawa, umożliwiłby wielkiej burżuazji zachowanie swojego stanu posiadania na wypadek, gdyby kryzys akumulacji miał się okazać „wieczny”.

Liberalny kapitalizm (liberalna demokracja) dopiero w sojuszu z ZSRR zdołał(a) pokonać III Rzeszę, dusząc, jak powiedziałby Slavoj Žižek, swój własny „symptom”. Kryzys akumulacji został ostatecznie przełamany, głównie w konsekwencji masowej destrukcji kapitału, jaka dokonała się w toku II wojny światowej; po jej zakończeniu kapitalistyczny system-świat wszedł w kolejną fazę A cyklu Kondratiewa, fazę długotrwałego wzrostu i akumulacji („trzydzieści wspaniałych lat”).

Dziś jednak po „wspaniałym trzydziestoleciu” nawet wspomnienia są już raczej mgliste. Kapitalizm jest w podobnym, trwającym już od kilku dekad kryzysie jak ten, który doprowadził do powstania III Rzeszy a następnie do II wojny światowej. Najpierw próbowano mu zaradzić globalną restrukturyzacją systemu podług recept neoliberalnych, ale i te ostatecznie zawiodły (David Harvey, Chris Harman, Samir Amin, i inni). Zdaniem niektórych (jak Wallerstein i Wolfgang Streeck), jest to najgłębszy i całkiem prawdopodobnie śmiertelny kryzys w dotychczasowej historii kapitalizmu. Centralną hipotezę mojego wywodu stanowi ta, że Izrael – pomimo wszystkich powierzchownych różnic – pełni w obecnym kryzysie rolę strukuralnie podobną do tej, w jakiej w poprzednim takim kryzysie zadebiutowała III Rzesza. Stanowi wynaturzoną przesadnię skondensowanych wszystkich najgorszych elementów właściwej sobie historycznej fazy kapitalizmu i jednocześnie laboratorium, w którym testuje się taki nowy system społeczno-polityczny, który umożliwi wielkiej burżuazji zachowanie klasowego panowania, gdyby kryzys akumulacji okazał się nie do przezwyciężenia i pozostał z nami „na zawsze”; gdyby „konieczny” (z punktu widzenia wielkiej burżuazji) okazał się dryf w stronę innego niż kapitalizm systemu społecznego: systemu jeszcze gorszego.

Władza dyscyplinarna, bio-władza, władza suwerenna

Jedną z wielu zalet znakomitej książki Neve’a Gordona Israel’s Occupation jest to, że nie tylko gromadzi i porządkuje materiał faktograficzny i opowiada kolejne etapy okupacji Terytoriów Palestyńskich jako rozwijającego się, dramatycznego – przede wszystkim dla Palestyńczyków – procesu, ale także rozpina fakty i narrację na pewnej ramie teoretycznej, pochodzącej z grubsza z Foucault. Gordon analizuje zmiany w izraelskich technologiach władzy i zarządzania okupowaną populacją palestyńską pod względem relacji między trzema typami władzy: władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną.

Z tych trzech to dwie pierwsze są specyficznie właściwe nowoczesności. Władza dyscyplinarna nakierowana jest na zarządzanie jednostkami, trenuje każdą z nich do postępowania zgodnie z oczekiwaniami porządku społecznego. Bio-władza zarządza zbiorowym organizmem społecznym, kształtując, decyzjami politycznymi, takie wymiary życia jak zdrowie publiczne, oczekiwana i średnia długość życia, materialna tego życia jakość (pod względem wskaźników zachorowalności, tego, jakie są dominujące przyczyny umieralności, itd). Władza suwerenna z kolei to naga władza arbitralnego decydowania, kiedy prawo ma zastosowanie, a kiedy nie ma; jako dominująca forma władzy najbardziej dotychczas właściwa przednowoczesnym formom politycznej organizacji społeczeństw.

„Dotychczas” jest w ostatnim zdaniu bardzo ważnym przysłówkiem. Analiza Gordona pokazuje fundamentalną zmianę w proporcjach pomiędzy tymi trzema modalnościami władzy, która zachodzi po wybuchu Pierwszej Intifady w 1987 roku. Do tamtego czasu Izrael czynił starania, by jawić się jako „okupant oświecony”. Izraelska polityka starała się choć trochę legitymizować jakimś stopniem „modernizującego” wpływu na życie na terytoriach okupowanych, włączając ich mieszkańców w krwiobieg swojej ekonomii, coś tam wydając na politykę zdrowotną czy na instytucje edukacyjne na Terytoriach Okupowanych oraz utrzymując pewne minimum pozorów rządów prawa. To ostatnie przejawiało się np. tym, że izraelskim władzom zdarzało się sądzić izraelskich żołnierzy, którzy w skandaliczny sposób nadużyli siły w stosunku do palestyńskiej ludności cywilnej. O ile odsetek żołnierzy Cahalu faktycznie skazanych za zbrodnie na palestyńskich cywilach zawsze był spektakularnie niski, o tyle wraz z wybuchem Intifady mamy do czynienia z zupełnie nową jakością: sprawy takie nie trafiają już niemal w ogóle do sądów. Oferuje to izraelskim żołnierzom zupełną bezkarność, niezależnie od skali i stopnia przemocy, którą zastosują wobec wydanej na ich łaskę populacji, umożliwiając im nawet bezkarne strzelanie do dzieci i chwalenie się tym na Instagramie.

Naga siła militarnego reżimu, któremu podporządkowana jest całość palestyńskiego życia, arbitralną, decyzją suwerena wyłączyła palestyńskie życie z porządku, w którym obowiązuje ochrona jakiegolwiek prawa. Wyłączyła palestyńskie życie z porządku, w którym sąd ma obowiązek przyjrzeć się choćby sprawie, jeśli ofiarą jest Palestyńczyk; jeśli życiem, któremu zadano cierpienie lub kres, jest życie palestyńskie. Nie koniec na tym: z porządku w którym obowiązuje ochrona jakiegoś prawa, wyłączyła również życie każdego, kto opowie się w obronie uniwersalnych, niezbywalnych praw Palestyńczyków jako istot ludzkich.

Przekonała się o tym ostatnim rodzina zamordowanej przez izraelskich żołnierzy Amerykanki Rachel Corrie, która mogła jedynie pozwać Państwo Izrael z powództwa cywilnego, gdyż jego władze nie tylko uznały, że śmierć Rachel nie zasługuje na postępowanie karne, ale nawet sprawców morderstwa objęły ochroną prawną i proceduralną w normalnym porządku prawnym należną ofiarom przestępstw lub świadkom, którym grozi odwet ze strony np. zorganizowanych grup przestępczych. Nawet pozew z powodztwa cywilnego, siłą rzeczy wytoczony w Izraelu (przed sądem w Hajfie) skończył się, oczywiście, porażką rodziny Corrie. Przekonali się o tym samym organizatorzy tureckiej misji w ramach pierwszej Flotylli Wolności – izraelskie wojsko zamordowało 9 obywateli Turcji i jednego Amerykanina tureckiego pochodzenia. Nikt nigdy za żadną z tych śmierci nie stanął przed sądem, w sprawie żadnej z nich nie uruchomiono postępowania.

Moja hipoteza nie polega na tym, że Izrael powraca do modalności władzy właściwych społeczeństwom przednowoczesnym, ale że wyłoniła się tam zupełnie nowa, przerażająca konfiguracja relacji między tymi trzema formami władzy (władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną). Konfiguracja ta polega na podporządkowaniu technologicznych wymiarów (albo „przedłużeń”) władzy dyscyplinarnej oraz bio-władzy nadrzędnej i dominującej roli władzy suwerennej.

Fenomenem, który stanowi szczególnie wyrazistą manifestację tego zupełnie nowego stanu rzeczy, są drony. Drony mieszczą w sobie pewne wysoko rozwinięte pod względem technologicznym rozwiązania, które stanowią „superprzedłużenie” zadań właściwych władzy o charakterze stricte nowoczesnym: np. rozwijają i pogłębiają panoptyczną kontrolę nadzorowanego społeczeństwa i dyscyplinują skadające się nań jednostki do niepodejmowania zachowań czy omijania miejsc klasyfikowanych przez operatorów dronów jako „podejrzane”. Jednocześnie jednak podporządkowują je nadrzędnej i arbitralnej władzy wyłączania pewnych kategorii ludzkiego życia znajdującego się pod lupą dronów spod ochrony prawa. Decyzje o pozbawieniu życia za pomocą uderzeń z dronów podejmuje się bez sądu, bez dowodów, nie ma w odniesieniu do nich zastosowania żadna ochrona prawna, nie ma prawa do obrony, obowiązku wykazania winy, procedur odwoławczych. Decyzja zapada zza biurka, pulpitu lub konsoli, na podstawie przypuszczeń, domniemań, podejrzeń, impulsów, wrażeń, „widzimisię”. Odpowiedzialność natomiast przeniesiona zostaje na same ofiary, które będąc na celowniku dronów, podjęły „podejrzanie” wyglądające zachowania (po szczegółową analizę perwersji władzy związanych z ekspansją dronów odsyłam do pracy Grégoire’a Chamayou La Théorie du drone).

Inną, choć przez drony związaną z poprzednią, szczególną egzemplifikacją tej nowej konfiguracji wzajemnych zależności między władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną jest monstrualny zestaw sztuczek, dzięki któremu dla prawników izraelskiej armii Palestyńczyk bez mała nigdy nie jest cywilem. Izraelska armia stosuje powszechnie dwie formy „ostrzeżenia”, że dom mieszkalny zostanie zbombardowany: albo dzwoni do kogoś, że na budynek coś spadnie (za 5 minut, za 3 minuty, czasem za minutę), albo zrzuca na dom mały pocisk, który ma narobić dużo huku, przebija często dach, ale nie zmiata jeszcze domu z powierzchni ziemi. Za minutę lub pięć spada ładunek właściwy. Co z tym robią izraelskie harce z prawem? Izrael twierdzi, że jeśli rodzina zamieszkująca ten dom nie opuści domu, zanim zostanie zbombardowany, to znaczy, że podjęła decyzję o przyjęciu roli „voluntary human shields”, „dobrowolnych żywych tarcz”, tym samym tracąc swój status cywili. Jest to agrument najzupełniej nieprawdopodobny, tym bardziej, że Palestyńczycy mieszkają często w wielopokoleniowych rodzinach, w domu są dzieci w rożnym wieku i osoby starsze, nierzadko jest też ktoś okaleczony w poprzednich ofensywach Izraela, i wyprowadzić wszystkich na bezpieczną odległość w zaledwie kilka lub nierzadko jedną minutę jest po prostu niemożliwe, często nie ma też dokąd uciec, bo dane osiedle czy dzielnica są pod szerszym ostrzałem. Izraelscy prawnicy traktują to jednak poważnie. Rodzina, która nie ucieknie, klasyfikowana jest jako „żywe tarcze Hamasu”.

Izraelizacja kapitalizmu permanentnego kryzysu

Jean-Claude Paye pisał kiedyś (w opublikowanym po polsku w zasłużonym piśmie „Lewą Nogą” eseju Guantánamo i nowy porządek prawny), że jesteśmy świadkami anomalii w systemie prawnym, które mogą zapowiadać porządek prawny przyszłości, porządek bez najmniejszej przesady przerażający, polegający właśnie na tym, że pewne kategorie ludzi wyjmuje się arbitralnymi decyzjami spod ochrony jakiegokolwiek prawa (prawa kraju pochodzenia, prawa kraju przebywania, wreszcie prawa międzynarodowego). Przed tym samym, i towarzyszącym temu całym zestawem przemian prawa w ogóle, ostrzega wybitna i zasłużona brytyjska prawniczka Gareth Peirce. Ten nowy porządek jest jednak uniwersalizacją, globalizacją porządku przetestowanego i sprawdzonego na polityczno-militarnym poligonie, jaki stanowi Państwo Izrael, a przede wszystkim sposoby, na jakie w okresie po 1987 roku zarządza ono – i uderza w – znajdującą się pod jego kontrolą populację palestyńską.

Eyal Weizman posługuje się specjalnym terminem: izraelizacja. Izraelizacja to upodanianie się najbardziej brutalnych stosunków bezwzględnej władzy do technik rozwiniętych i doprowadzonych do perfekcji w relacji Państwa Izrael do ludności palestyńskiej. Weizman przywołuje jako szczególnie wyrazisty przykład okupowany przez USA i ich sojuszników Irak, ale izraelizacja to proces, którego skala i zasięg są bez porównania większe i stopniowo przekształcają życie nas wszystkich w reżimach wciąż nominalnie utrzymujących, że są liberalnymi demokracjami, wywierając kolosalny wpływ na całokształt globalnych stosunków władzy.

W Stanach Zjednoczonych, których polityka międzynarodowa kształtowana jest pod patologizującym wpływem izraelskiego lobby, zwłaszcza ultraprawicowej organizacji AIPAC, trzymającej w kieszeni prawie cały amerykański Kongres, Biały Dom uzurpuje sobie, na wzór Izraela, prawo do administracyjnego decydowania o pozbawieniu życia domniemanych wrogów (najczęściej zwanych „terrorystami”); prezydent Obama powołuje się nawet na wyroki Sądu Najwyższego Izraela (sic!), by uzasadnić swoje prawo do zlecania pozasądowych zabójstw nawet obywateli własnego kraju. Policja w Nowym Jorku uczy się od izraelskiej armii zarządzania mniejszościami etnicznymi i społecznościami wykluczonymi. Oddziały wojska, które pacyfikowały protesty Afroamerykanów w Ferguson w Missouri przeszły izraelskie szkolenie. Izraelskie firmy zbrojeniowe produkujące drony oferują je siłom policyjnym wielkich, multietnicznych metropolii, jako środek sprawowania nadzoru i pacyfikacji społecznego gniewu. Sama ekspansja dronów, swego rodzaju „dronizacja” porządku światowego, jedno z największych współczesnych zagrożeń i największych wyzwań politycznych dla wszelkich sił postępowych, początek swój ma właśnie w Izraelu: jak dowiadujemy się choćby od Chamayou, pierwszy cykl rozwoju dronów został przez USA jako nierozwojowy zarzucony po II wojnie światowej i to dopiero siły zbrojne Izraela przywróciły ten rodzaj uzbrojenia na porządek dnia, a następnie przekonały do niego Pentagon. Wkrótce nawet tak peryferyjne i komicznie nieistotne w globalnym układzie sił państwa jak to rozkopane pole cebuli między Odrą a Bugiem, będą miały drony i nikt nawet nie będzie ukrywał, że będą one miały za zadanie „pomagać” w kontrolowaniu ewentualnych społecznych protestów ich własnej populacji, zwłaszcza jej sektorów najbardziej ekonomicznie wykluczonych. W Wielkiej Brytanii rząd pozwala Amerykanom latami trzymać swoich obywateli bez wyroku ani nawet dowodów w Guantánamo i po cichu wprowadza możliwość procesów sądowych, których przebieg i służący mu materiał dowodowy będzie mógł być zachowany w tajemnicy przed oskarżonym, uniemożliwiając mu tym samym skuteczną obronę. We Włoszech i innych krajach na obrzeżach Unii Europejskiej przygraniczne formacje wojskowe strzelają do uciekających przed wojną i głodem migrantów z Afryki czy Azji, próbujących przedrzeć się do lepszego życia przez zasieki Twierdzy Europa, niczym do pozbawionej praw łownej zwierzyny. W Indiach rządząca prawica, odkąd Izrael stał się dla tego kraju głównym dostawcą broni, uczy się i zamierza na wielką skalę naśladować w stosunku do własnej populacji muzułmańskiej metody wypracowane przez Izrael na i w stosunku do Palestyńczyków. Już lata temu Naomi Klein wskazywała, że narzucona światu przezd administrację Busha II „wojna z terroryzmem” była „globalizacją doktryny Likudu” (partia, z ramienia której rządzi teraz Netanjahu).

I tak dalej, i tak dalej.

Rządy Stanów Zjednoczonych i większości państw europejskich (ostatnim bastionem wartości Oświecenia, mówiąc słowami amerykańskiego historyka Grega Grandina, znów jest Ameryka Łacińska) grzęzną w obrzydliwym stopniu nie tylko tolerancji dla zachowania Izraela, ale nawet aktywnej współpracy i wsparcia udzielanego tym działaniom. Czasami wyglądają wręcz one, jakby Izrael dokonywał outsourcingu pewnych działań służących obronie pozycji Izraela do władz innych krajów. Stany Zjednoczone udzielają Izraelowi tak bezwarunkowego (i kosztownego) poparcia, że właściwie podminowują już swoje własne interesy – nie potrafią jednak przestać. Amerykańskie służby szturmują mieszkania redaktorów zasłużonego dla sprawy palestyńskiej portalu Electronic Intifada. Europejskie służby graniczne zatrzymują na lotniskach Francji, Belgii i innych krajów obywateli UE, wybierających się do Izraela, by tam uczestniczyć w akcjach solidarnościowych w obronie Palestyńczyków. Francuski rząd ściga się z prawicowymi proizraelskimi żydowskimi organizacjami lobbingowymi w polowaniu na rzekomych antysemitów w szeregach krytyków Izraela i zakazuje demonstracji solidarności z mieszkańcami bombardowanej Gazy. Rząd Grecji zatrzymuje w swoich portach statki uczestniczące w drugiej Flotylli Wolności, by tym razem nie dotarły one nawet w tak wciąż dalekie pobliże portu w Gazie, jak razem poprzednim.

I tak dalej, i tak dalej.

Trudno oprzeć się wrażeniu, jakby manifestowało się tutaj coś więcej niż tylko trwanie tych wszystkich rządów w pułapce różnego rodzaju biznesowych powiązań i w dyplomatycznym szachu w kontaktach z Jerozolimą i Tel Awiwem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta gorliwość w już nie tylko spełnianiu wszelkich – najbardziej nawet skandalicznych – próśb ze strony rządu Izraela, ale nawet zgadywaniu z wyprzedzeniem jego potencjalnych życzeń, reprezentuje jakiś obsceniczyny doprawdy eksces. Jakby zachodnie klasy panujące w Izraelu broniły czegoś znacznie więcej, niż tylko jednego z wielu formalnie równoprawnych państw i rządów. Jakby w Izraelu broniły właśnie tego wyjątkowego, doprowadzonego do doskonałości modelu, prototypu, wzoru do zapożyczenia, w którym wielka burżuazja w swoich różnych wydaniach narodowych i w jej wydaniu transnarodowym (nazwanym przez Denisa Duclosa kosmokracją) widzi nadzieję na zachowanie swojej klasowej władzy na okoliczność zmaterializowania się coraz bardziej realistycznego scenariusza, zgodnie z którym obecny kryzys kapitalizmu zostanie z nami już „na zawsze”; że powrót na ścieżkę długotrwałego wzrostu i względnie harmonijnej akumulacji w warunkach istniejącego reżimu własności nie będzie już nigdy możliwy. (Konkurencyjnym wyjściem byłoby, oczywiście, zniesienie panującego reżimu własności i zastąpienie kapitalizmu systemem bardziej egalitarnym, tego jednak wielka burżuazja nie utożsamia ze swoim własnym interesem.)

Atrakcyjność Izraela jako modelu nowego reżimu rządomyślności i racjonalności politycznej, na którego podobieństwo powoli acz konsekwentnie przeobrażają się zachodnie liberalne demokracje (do niedawna tak, w każdym razie, zwane), wynika z tego, jak doskonale nadaje się on jako taki do zastosowania w specyficznych warunkach obecnego strukturalnego kryzysu kapitalizmu.

W warunkach strukturalnego kryzysu, z którego niemiecka burżuazja szukała ratunku w projekcie III Rzeszy, przyszłość klasowego panowania wiązała się wciąż z koniecznością wyzyskiwania pracy tych, którzy nie dysponowali własnością środków produkcji; stąd część (wschodnioeuropejska) siły roboczej miała trafić do niewoli, wyzyskiwana dosłownie na granicy biologicznej reprodukcji pracującego organizmu, bez perspektywy dożycia jakiegoś odpoczynku w starości, za to z perspektywą śmierci z łopatą, motyką czy kilofem w ręku.

Pod tym względem sytuacja obecnego kryzysu kapitalizmu jest znacząco odmienna. Rozwój sił wytwórczych, kolosalny wzrost wydajnosci pracy, jaki się dokonał w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci (automatyzacja i komputeryzacja) i polityczny sukces reżimu własności intelektualnej jako wehikułu akumulacji kapitału, sprawiły, że siła robocza jest dziś znacznie mniej istotnym składnikiem Marksowskiego modelu P – T – P’ (pieniądz – towar – pieniądz powiększony o zysk). Do najbardziej rozwijających się i przynoszących najbardziej spektakularne zyski należą dziś te dziedziny aktywności gospodarczej, które potrzebują stosunkowo niewielkich nakładów ludzkiej pracy, jedynie garstki bardzo wykwalifikowanych jednostek, i obywają się często bez tworzenia nowych miejsc pracy, nawet gdy szybko rosną pod względem liczebnej bazy swoich klientów. Wykonywane przez klikę wtajemniczonych operacje na wirtualnych rachunkach; usługi internetowe; aplikacje na urządzenia mobilne; inne „przemysły kreatywne” i przemysły kulturowe nierzadko żyjące w większym stopniu z renty od już zgromadzonej martwej pracy niż z bieżącej produkcji, produkcji angażującej pracę proporcjonalnie, w przeliczeniu na potencjalne zwroty od inwestycji, niewielu osób. Coraz szersze segmenty ludzkości, coraz większe rzesze ludzi są już kapitałowi i klasie społecznej jego dysponentów najzwyczajniej niepotrzebne jako siła robocza.

Izraelskie rozwiązanie

Rozwiązanie, jakie przetestowało na takie okoliczności Państwo Izrael, rozwiązanie, któremu z takim perwersyjnym pożądaniem przygląda się burżuazja w innych częściach świata, to zupełne i trwałe fizyczne wykluczenie całych segmentów populacji (wedle jakiegoś arbitralnego kryterium, w tym wypadku pochodzenia etnicznego i religijnego, ale to zawsze można będzie dostosować do lokalnych warunków) z dostępu do formalnej gospodarki, z możliwości podjęcia choćby rywalizacji o pracę. Odgrodzeni murami, zasiekami, całymi sekwencjami fizycznych przeszkód uniemożliwiających im wydostanie się z ich miejscowości do pracy, na poszukiwanie pracy czy do szkoły albo uniwersytetu, na którym mogliby zdobyć jakieś kwalifikacje na potrzeby pracy w przyszłości. Pozamykani w bantustanach na Zachodnim Brzegu Jordanu albo w megaslumsie Gazy, pod ciągłym ostrzałem z ziemi, powietrza, i z morza, tam, gdzie w pobliżu jest morze. Ostrzeliwani lub bombardowani, gdy w tych swoich bantustanach lub odciętych od świata slumsach usiłują kłaść podwaliny pod jakiekolwiek produktywne ekonomiczne działanie, sami stworzyć sobie z niczego jakąś pracę. Ataki bombowe w perzynę obracają jedyną elektrownię w Gazie i ponad sto fabryk, nawet uprawa pietruszki na tych skrawkach dostępnej wicąż ziemi i jej zbieranie grożą śmiercią od izraelskiego strzału. Śmiercią z rąk izraelskich żołnierzy tak samo grozi połów ryb. Pracy teoretycznie nie brakuje tylko personelowi medycznemu, ale właściwie nie da się jej wykonywać, bo szpitale też co dwa lata są bombardowane, a trzy czwarte dostaw do nich (większość o charakterze zewnętrznej pomocy humanitarnej) rutynowo konfiskowane przez Izrael.

Palestyńczycy nie są już Izraelowi potrzebni nawet do tego, żeby wyzyskiwać ich pracę – ale to nie znaczy, że nie są potrzebni w ogóle. Wykluczenie w kapitalizmie ma zawsze charakter funkcjonalny, wykluczeni są w kapitalizmie potrzebni jako wykluczeni – to w Izraela stosunku do Palestyńczyków nie uległo zmianie, zmianie natomiast uległy parametry tej funkcjonalności. Już nie chodzi o to, żeby wykluczenie skazywało Palestyńczyków na wykonywanie najgorszej, najsłabiej wynagradzanej, przynoszącej najmniej społecznego uznania i najbardziej niedowartościowanej pracy. Od tego są dzisiaj legitymizujący się nie zawsze solidnym żydowskim pochodzeniem przybysze z upadłego ZSRR i starzy dobrzy Mizrahim (Żydzi arabscy); zresztą pracy, nawet kiepskiej, i tak jest do zlecenia coraz mniej. Jak niestrudzenie powtarzają Frank Barat z Trybunału Russella i Shir Hever, ekonomista z Alternative Information Centre, jak to lata już temu zdiagnozowała w Doktrynie szoku Naomi Klein, Palestyńczycy – nie tylko w Gazie, ale tam widać to na najbardziej szokującą skalę – potrzebni są Izraelowi jako zupełnie nowa historycznie forma mięsa armatniego. Są także potrzebni jako straszak integrujący to do reszty już obłąkane społeczeństwo zabarykadowane wewnątrz fortyfikacji Twierdzy Izrael.

Nowa forma mięsa armatniego, bo jego funkcją nie jest umieranie na froncie za interesy klas panujących „własnej ojczyzny”; Palestyńczycy są marketingowym mięsem armatnim izraelskiego przemysłu zbrojeniowego. Izrael mimo populacji przegrywającej zestawienie z niejednym współczesnym miastem, jest jednocześnie jednym z dziesięciu największych światowych producentów i eksporterów uzbrojenia i supertechnologii bezpieczeństwa. Izraelski eksport broni w przeliczeniu na głowę mieszkańca wynosi 300$ rocznie, najwięcej na świecie; dla porównania, dla USA, największego światowego eksportera broni, jest to jedynie 95$. Sztokholmski instytut SIPRI podaje, że izraelski eksport uzbrojenia podwoił się w okresie 2001-2012. Jest to kluczowy przemysł kraju, którym rządzi nierozerwalny sojusz między wychowaną w kulturze paranoi elitą militarną a burżuazją zbrojeniową. Uwięzieni w Gazie i innych bantustanach, bez możliwości ucieczki, bez możliwości schronienia się gdziekolwiek, Palestyńczycy służą izraelskiemu przemysłowi zbrojeniowemu jako monstrualny showcase, na którym może zademonstrować skuteczność swoich technologii w walce z żywymi ludźmi, by następnie sprzedawać swoją broń na rynkach światowych jako przetestowaną w walce, przetestowaną na ludziach. Przetestowaną w zabijaniu ludzi. Z transmisją na żywo – ostatnim razem przez ponad 50 dni – w kanałach telewizyjnych na całym świecie. W trakcie lub tuż po każdej kolejnej agresji na Gazę (kiedy nastąpi następna? w 2016 czy wcześniej? – bo odstępy pomiędzy kolejnymi są coraz krótsze) zyski i notowania akcji izraelskich firm zbrojeniowych szybują w górę.

Palestyńczycy jako straszak, jako ci, którzy zawsze mogą coś tam wystrzelić zza muru (w tym celu izraelska armia regularnie zmusza mieszkańców Gazy i enklaw na Zachodnim Brzegu do wystrzelenia czegoś czasem systematycznymi prowokacjami, a to strzelając do dzieci, a to zabijając strzałami z dronów jakiegoś politycznego reprezentanta Palestyńczyków) z kolei utrzymują Izraelczyków w stanie ciągłego napięcia, zawsze jakoś obecnej obawy o własne bezpieczeństwo. To z kolei pozwala upiec więcej nawet niż dwie pieczenie na jednym ogniu. Legitymizuje, uzasadnia i naturalizuje patologiczną w Izraelu pozycję armii jako instutucji, która obejmuje i kształtuje całość życia społecznego i politycznego (Tyler). Izrael wiele mówi o tym, że jest jedyną na Bliskim Wschodzie demokracją liberalną, ale od jego powstania rządzą nim niemal wyłącznie wojskowi; w rzeczywistości jest to wojskowa etnokracja (jako etnokrację ustrój polityczny Izraela definiuje Shlomo Sand). Ciągle odświeżana obawa o własne i bliskich bezpieczeństwo fizyczne napędza i podtrzymuje wewnętrzny popyt na produkty najważniejszego izraelskiego przemysłu. Wpływa także na utrzymywanie izraelskiego społeczeństwa w stanie gorączkowego nacjonalistycznego podniecenia, w stanie wyjątkowej identyfikacji z panującym reżimem rządomyślności. Poziom tej identyfikacji przejawia się w „stopniu degeneracji izraelskiego społeczeństwa” (Tariq Ali): 95-procentowe, entuzjastyczne społeczne poparcie dla agresji na Gazę oznacza, mówiąc dosadnie, że tylko 5% izraelskich Żydów nie jest pogrążonymi w jakimś obłędzie rasistami. W porównaniu z Izraelem Teksas jest dziś ostoją tolerancji i multikulturalizmu.

Palestyńczycy jako straszak trzymający do kupy izraelskie społeczeństwo rozdarte ogromnymi wewnętrznymi nierównościami i wytwarzający zgodę na rządy kliki wojskowych i burżuazji zbrojeniowej muszą być na tyle zdesperowani, ich sytuacja musi być na tyle beznadziejna, by wybuchali czasem gniewem na tyle silnym, by ciarki przestrachu przebiegły czasem po plecach smażącego sobie odwłok na plaży w Tel Awiwie izraelskiego mieszczucha (jakaś rakieta dosięgła lotniska Ben Guriona!). Muszą być jednak na tyle bezsilni, by za każdym razem takie zagrożenie dało się opanować. Środkiem do tego celu jest nadwerężenie biologicznej i społeczno-kulturowej tkanki palestyńskiego życia do stopnia, w którym zachwiana jest możliwość jego długoterminowej reprodukcji jako spójnego społeczeństwa. Jeżeli prawie jedna czwarta (źródła, gdy piszę te słowa, podają 504 lub 514) ofiar ostatniego ataku to dzieci, tylko imbecyl lub socjopata może jeszcze wierzyć w zapewnienia Netanjahu i australijskiego kolonisty, jego nie znającego wstydu rzecznika Marka Regeva, że stanowiły one collateral damage w atakach na faktyczne cele powiązane jakoś z Hamasem. Śmierć ogromnej liczby dzieci, okaleczenie i osierocenie jeszcze większej (odpowiednio prawie 3400 i 13000) należały do faktycznych celów opracji Protective Edge. O „przypadku” to można by jeszcze mówić, gdyby zginęło kilkoro czy kilkanaścioro dzieci, a rany odniosło kilkadziesiąt, ale nie wtedy, kiedy chodzi o ponad 500 i ponad 3000 – gdy liczby są tego rzędu, to nie jest to „przypadek”. Jedna ze szkół prowadzonych w Gazie przez Organizację Narodów Zjednoczonych 17 razy wysyłała izraelskiemu dowództwu swoje współrzędne wraz z informacją, że mają tam schronienie rodziny z dziećmi, które musiały uciec ze swoich domów. Szkoła została zbombardowana. Nie pomimo tego, że była to szkoła, prowadzona przez ONZ, i że spały tam dzieci, a właśnie dlatego, że była to szkoła i że spały w niej dzieci.

Sednem izraelskiej przemocy w stosunku do cywilnej ludności i infrastruktury Terytoriów Okupowanych jest zadawanie tej populacji takich ciosów, by uniemożliwić jej normalne odtwarzanie się jako społeczeństwa. Zabijanie i kaleczenie dzieci uderza w jego reprodukcję na najbardziej elementarnym biologicznym poziomie (i stanowi przedłużenie polityki – to są słowa przedstawicieli izraelskiego rządu – utrzymywania Palestyńczyków „na diecie”: dopuszczanie na terytorium Gazy takiej ilości kalorii, by utrzymać populację dosłownie na krawędzi biologicznego przetrwania). Dzieciom, które uniknęły śmierci w tej i poprzednich „operacjach” zadawane są monstrualne krzywdy, które na zawsze naznaczą ich rozwój emocjonalny i fizyczny (Ewa Jasiewicz powiedziała kiedyś, że większość dzieci w Gazie cierpi na to, co zachodnia psychiatria nazywa zespołem stresu pourazowego – problem jednak w tym, że nie ma żadnego „po” w tym ich urazie, ten stres nie ma miejsca po czymkolwiek, bo w warunkach oblężenia Gazy i stres, i uraz trwają nieprzerwanie). Wyprowadzić takie rzesze dzieci, właściwie całe pokolenie, z takiej traumy jest w stanie tylko silnie zintegrowane, mające wspólną mapę wartości i sprawne instytucje socjalizacji, enkulturacji i opieki społeczeństwo. To dlatego – po to, by to uniemożliwić – bomby spadły właśnie na instytucje socjalizacji, enkulturacji i opieki, instytucje, za pomocą których Palestyńczycy odtwarzają się jako społeczeństwo, które dzieli jakieś wspólne narracje o sobie i o świecie wokół siebie, podziela pewien zestaw społecznych praktyk i dzięki temu potrafi działać wspólnie. Dlatego bomby spadły na prawie 170 szkół, na ponad sto meczetów, na ponad dwadzieścia szpitali i na 5 uniwersytetów. Za dużo tego na collateral damage, to były faktyczne cele operacji – nie ma wątpliwości Navi Pillay, Wysoka Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka. Okupantowi chodzi o to, by Palestyńczycy rozpadli się jako społeczeństwo, rozpadli się do jakiegoś stanu zrozpaczonego zdziczenia, w którym będą wciąż skutecznym straszakiem, ale nie będą w stanie politycznie zorganizować się przeciwko okupantowi.

To dlatego Izrael przez cały czas trwania tej kampanii tak bardzo plątał się w zeznaniach, co właściwie jest jej celem (najpierw rzekomo porwani i zamordowani przez Hamas chłopcy; gdy nawet izraelska policja musiała przyznać, że Hamas nie miał z tym nic wspólnego, nagle sednem sprawy stały się rakiety wystrzeliwane przez Hamas w stronę terytorium Izraela; gdy Hamas próbował przestać, nagle powodem wszystkiego i celem ofensywy stały się tunele). Nawet po zakończeniu całej tej ofensywy, Izrael nie potrafi wytworzyć spójnego komunikatu, o co chodziło i co właściwie osiągnięto. Osłabienie Hamasu? Hamas jeszcze nigdy nie miał tak silnego poparcia! Chodzi o to, że prawdziwe cele tego wszystkiego były tak obsceniczne, tak odrażające, że w żaden sposób, przy pomocy nawet najbardziej wygimnastykowanego zespołu cynicznych PR-owców, nie da się takich celów sprzedać opinii międzynarodowej; władze Izraela mówią więc w tej sprawie dosłownie byle co, byle tylko nie powiedzieć prawdy.

Izrael – i wypracowany przezeń po 1987 roku model zarządzania permanentnym kryzysem i zupełnym strukturalnym wykluczeniem całych mas ludności – przedmiotem pożądania i zazdrości ze strony tych sektorów wielkiej burżuazji w innych częściach świata, które mniej lub bardziej pogodziły się z perspektywą, że obecny kryzys kapitalizmu już się raczej nie skończy, w każdym razie nie w wyobrażalnej przyszłości, wobec czego zainteresowane są przede wszystkim obroną swoich przywilejów na przyszłość określoną przez takie właśnie warunki. Podobnie jak w poprzednim tak głębokim kryzysie kapitalizmu projekt III Rzeszy był przedmiotem pożądania i zazdrości klas panujących także poza Niemcami, które nierzadko szukały dróg akcesu do tego projektu lub możliwości jego skopiowania.

Jest jeszcze jeden istotny aspekt. W poprzednim tak głębokim kryzysie, na ówczesnym poziomie rozwoju sił wytwórczych, na „atrakcyjność” projektu III Rzeszy z punktu widzenia burżuazyjnych elit składało się przejęcie politycznej i militarnej kontroli nad ogromnym terytorium, z jego zasobami naturalnymi, z istniejącym tam już bogactwem, które można częściowo przejąć, z jego rynkiem konsumenckim, wreszcie z zasobami eksploatowalnej siły roboczej. W obecnym kryzysie kapitalizmu Izrael „atrakcyjnym” czyni stworzony przezeń model niewielkiej, ale uzbrojonej po zęby i na każdą okoliczność twierdzy. W twierdzy takiej schronienie mogą znaleźć książęta transnarodowej finansjery wraz ze swoimi dworami, kapłani przemysłów kreatywnych wraz z robiącymi im dobrze ministrantami, oczywiście arystokracja przemysłu zbrojeniowego – wraz z ich niższym i pomocniczym personelem oraz zasobami dostawców usług. Rzesze wykluczonych z ekonomii takiej twierdzy trzymane pod butem militarnej potęgi tworzą atmosferę zagrożenia, która integruje społeczeństwo wewnątrz twierdzy w stopniu neutralizującym jego wewnętrzne sprzeczności i napięcia; do tego podtrzymują ostatni wielki, wciąż sprawnie i szybko kręcący się przemysł, który wytwarza coś dotykalnie realnego (zbrojenia i bezpieczeństwo). Gdyby wyskoczyła niespodziewanie potrzeba dodatkowego zastrzyku siły roboczej, można zawsze wyselekcjonować jakąś grupę w którymś z bantustanów za murami twierdzy i wpuścić ją na jakichś wymyślnych warunkach do środka. Zasadniczo jednak, przy obecnym poziomie rozwoju technologicznego, wyzyskiwać zdesperowane populacje można na odległość; grabić ich zasoby można w punktowych, planowanych z daleka operacjach, następnie zostawiając je samym sobie z konsekwencjami ekologicznymi czy humanitarnymi; bronić się przed słusznym gniewem pokrzywdzonych też można zza monitorów komputerów. Tego rodzaju twierdze to przyszłość, jaką mniej lub bardziej wyraźnie widzą dla siebie sektory klas panujących w różnych częściach naszej planety. Miejsce na zewnątrz tych twierdz, pod ich ostrzałem, okupacją, oblężeniem, lub po prostu w stanie odcięcia od materalnych możliwości tworzenia kolektywnych warunków do normalnego życia, w warunkach permanentnej katastrofy ekologicznej lub humanitarnej, bądź też w stanie groźby, że niebawem się tam osuniemy – to miejsce, jakie w tej wizji czeka większość z nas.

Bezwarunkowa solidarność

Nigdy nie zapomnę pierwszej pro-palestyńskiej demonstracji, na której byłem w Londynie w 2012 roku. Wydarzenie zupełnie różne od małych, rachitycznych odpowiedników, jakie demonstracje takie mają w oduczonej dwudziestopięcioleciem dzikiego neoliberalizmu elementarnej międzyludzkiej solidarności Polsce. Demonstracje, które miały w Londynie miejsce w tym roku, w czasie operacji Protective Edge, pod względem liczby uczestników przebiły tamte z 2012 roku wielokrotnie (ta z 9 sierpnia 2014 była największą pro-palestyńską demonstracją, jaka kiedykolwiek miała miejsce w Londynie) i także były głęboko poruszające. Ale nigdy nie zapomnę tej pierwszej. Nigdy nie zapomnę tego dwudziestoparoletniego chłopaka, białego Brytyjczyka, stojącego z megafonem na podeście ustawionym przy High Street Kensington. Ambasada Izraela jest nieopodal. Nie pamiętam, jak się nazywał, ale nigdy nie zapomnę tego, jak długo i niestrudzenie, z jaką energią chłopak ten zdzierał sobie gardło, krzycząc do tego megafonu: „Gaza, Gaza, don’t you cry, we will never let you die!” i „In our thousands, in our millions, we are all Palestinians!” Pomimo iż był Brytyjczykiem jak najbardziej brytyjskiego pochodzenia, nie można było mieć większych wątpliwości: ten chłopak zdzierał tam sobie gardło z takim zaangażowaniem, bo czuł, że ta sprawa fundamentalnie go dotyczy, tak jak dotyczy każdej ludzkiej istoty. Że sprawa palestyńska, skala krzywdy i niesprawiedliwości zadanych Palestyńczykom, żeby zachodnie mocarstwa mogły po II wojnie światowej poczuć się lepiej ze swoimi wyrzutami sumienia z powodu hitlerowskiego judeocydu, jest sprawą uniwersalną, jest sprawą wszystkich ludzi.

Co robi szczególnie wielkie wrażenie na pro-palestyńskich demonstracjach w Londynie, to fenomenalnie uniwersalny ich skład tożsamościowy, społeczno-kulturowy. Wielka Brytania ma ogromną społeczność arabską, ale wraz z brytyjskimi Arabami idą przedstawiciele wszystkich innych muzułmańskich społeczności, od Somalijczyków po Irańczyków; wraz z muzułmanami lewicowcy wszelkich maści, intelektualiści, związki zawodowe, przedstawiciele świeckich organizacji żydowskich i ortodoksyni Żydzi, Brytyjczycy pochodzenia karaibskiego, ci Brytyjczycy, którzy czują się odpowiedzialni za własną historię (choćby za tzw. deklarację Balfoura z 1917 r.), zawsze przyjeżdżają też Irlandczycy. Sam nie wiem, kto jeszcze. Wszyscy ludzie, którzy mają nieuśpione sumienia i wiedzą, że prawda nigdy nie leży pośrodku.

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami. Wszyscy, jako istoty ludzkie, mamy moralny obowiązek solidarności z Palestyńczykami – jako istotami ludzkimi. Jako istotami ludzkimi w doprawdy tragicznym położeniu, stojącymi w osamotnionej konfrontacji z czwartą najpotężniejszą armią świata, sponsorowaną przez Imperium Dolara, pozbawieni ochrony jakiegokolwiek skutecznego prawa, od pokoleń pod bezwzględną militarną okupacją, grabieni, poniżani, mordowani, wsadzani do więzień nawet w wieku 11 lat, porzuceni przez wielkich międzynarodowych graczy, którzy mogliby coś wymusić na władzach w Jerozolimie i Tel Awiwie, ale wolą robić z nimi interesy. Istotom ludzkim w takim położeniu należy się solidarność bezwarunkowa. Bezwarunkowa, to znaczy bez względu na to, jak ich polityczne wybory (Hamas) i działania (rakiety wystrzeliwane w Izrael, błyskawiczne wyroki śmierci na 21 oskarżonych o kolaborację z Izraelem) mają się do naszych zachodnich, liberalnych gustów politycznych. Zachodnie, liberalne gusta polityczne są luksusem poza zasięgiem społeczeństwa, które od pokoleń łamane jest presją tego, co izraelski historyk Avi Shlaim nazwał niedawno „najdłuższą i najbrutalniejszą nowoczesną okupacją”. To my, dostarczając demokratycznej legitymacji rządom, które za nasze podatki robią z Izraelem (zwłaszcza z jego przemysłem zbrojeniowym i armią) rozmaite interesy i odmawiają stawiania go przed elementarnymi standardami prawa międzynarodowego, ponosimy część odpowiedzialności za beznadzieję sytuacji Palestyńczyków i za to, jak niewiele opcji zostało im już do wyboru. Nie mamy w tej sytuacji prawa uzależniać naszej solidarności od spełnienia naszych fantazji o wyborach politycznych, jakich powinni dokonywać. If the occupation is ugly, you will not have a pretty resistance, jak powiedział w Hyde Parku Tariq Ali. A po tym jak Izrael skutecznie skorumpował przywództwo Fatah i Organizacji Wyzwolenia Palestyny, de facto outsource’ując do nich zadania okupacji (Gordon), i w gruncie rzeczy je pacyfikując, by jednocześnie przystąpić do intensyfikacji grabieży ziemi na Zachodnim Brzegu i mnożenia żydowskich osiedli (Edward Said samotnie ostrzegał przed laty, że do tego tak naprawdę doprowadzą porozumienia z Oslo, a nawet, że Izraelowi po prostu o to w nich chodzi, i miał rację) – po tym wszystkim Hamas jest dla wielu (po ostatnich wydarzeniach najprawdopodobniej większości, także na Zachodnim Brzegu) Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych ostatnią liczącą się polityczną organizacją, która udowodniła w praktyce, że nie porzuci walki o ich prawo do życia i ich prawo do życia w godności. I udowodniła to jako organizacja właśnie – nie tracąc kompasu politycznego, nawet dojrzewając jako ruch narodowo-wyzwoleńczy, pomimo iż Izrael systematycznie, głowa po głowie, „usuwa” od lat kolejnych przedstawicieli jej przywództwa. Co stoi w olbrzymim kontraście z losami Fatah i Organizacji Wyzwolenia Palestyny, których przywództwo w późnych latach Jasira Arafata i po jego śmierci (dziś wiemy już, że został otruty), nie tylko nigdy nie dorosło do jego formatu, ale też uległo smutnej demoralizacji.

Wszyscy jesteśmy więc Palestyńczykami – albo skurwysynami. Wybór jest tylko taki.

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami także dlatego, że walka Palestyńczyków znajduje się w epicentrum walki o kluczowe stawki naszego stadium nowoczesności, w tym o przetrwanie samych nowoczesności centralnych obietnic (wolności i równości wszystkich ludzi), a może nawet o przetrwanie warunków możliwości choćby dalszej o te obietnice walki. To, że w boju o takie stawki, porzucony przez zachodnie tak zwane demokratyczne rządy, stoi osamotniony ruch, który podkreśla swoją islamską tożsamość, jest tylko kolejnym ponurym świadectwem stanu rozpaczliwej moralnej i aksjologicznej nędzy, w jakim znajduje się euroatlantycka polityka. Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami, bo stworzony w toku siłowych eksperymentów na nich system bezwzględnego zarządzania permanentnym kryzysem i wykluczeniem to prototyp, który w kolejnych stadiach obecnego kryzysu kapitalizmu będzie replikowany na większą skalę i dostosowywany do różnych lokalnych kontekstów. Bo izraelska okupacja to puszka Pandory, otwarta już, z której wydostają się demony hulające następnie po całym świecie i krok po kroku zmieniające rzeczywistość polityczną i panujący reżim rządomyślności także w krajach europejskich i Ameryce Północnej. Musimy tę puszkę zamknąć, wepchnąć demony, tyle z nich, ile uda nam się zatrzymać, z powrotem, i zakopać ją głęboko, nie zostawiając mapy, jak ją odnaleźć; a potem wyruszyć na poszukiwanie tych demonów, które już hulają po świecie i zaczęły go podbijać. W pewnym sensie jest już za późno: w tym sensie, że puszka dawno jest już otwarta i historia kroczy już tą ścieżką. Musimy jednak tę okoliczność, tę, że już w pewnym sensie jest za późno, traktować nie jako powód do fatalizmu, a jako impuls do szczególnej mobilizacji i działania. Musimy zatrzymać historię na tej drodze. Musimy ją z niej zawrócić.

Kiedy nasze klasy polityczne nie tylko odmawiają podejmowania jakichkolwiek działań, by pociągnąć Izrael do odpowiedzialności i go powstrzymać przed kontynuacją zbrodni na Palestyńczykach, a nawet w najlepsze robią z nim interesy, ci wszyscy z nas, którzy odmawiamy być skurwysynami, musimy wykorzystać wszystkie inne dostępne nam sposoby realizacji imperatywu bezwarunkowej solidarności z Palestyńczykami. Wywierać presję na naszych polityków, organizować demonstracje jak ta w Londynie 9 sierpnia 2014, rozliczać każdego z nich z jego stosunku do Izraela. Ale musimy też przyłączyć się do każdego dostępnego nam bojkotu: odrzucać wszelkie produkty made in Israel, odrzucać wszelkie produkty i usługi korporacji, o których wiemy, że prowadzą biznes z izraelskimi podmiotami, z izraelskim rządem lub inwestują w Izraelu; powinniśmy bojkotować imprezy sportowe i kulturalne, instytucje kulturalne i akademickie, a także poszczególnych twórców, akademików i sportowców, którzy oficjalnie reprezentują wszelkie jednostki organizacyjne finansowane lub sponsorowane przez Państwo Izrael lub uczestniczą w przedsięwzięciach propagandowych Państwa Izrael (takich jak „Brand Israel”). Jak powiada Naomi Klein, bojkot Izraela jest najlepszą bronią, jaką w obecnych warunkach dysponujemy, ponieważ po prostu ma ogromną szansę być skuteczny: Izrael, jako kraj z niewielkim rynkiem wewnętrznym, jest całkowicie zależny od rynków zewnętrznych, i jeśli je utraci, straci grunt pod nogami.

Oczywiście, oberwie się nam po drodze od antysemitów i musimy być na to gotowi. Najwyższy czas przestać się już jednak tego bać. Ta od dawna już, i coraz bardziej, nadużywana taktyka oczerniania każdej krytyki Izraela i każdej obrony niezbywalnych, uniwersalnych praw Palestyńczyków, będzie już niebawem na granicy wyczerpania. To nie kreowany przez takie oskarżenia „antysemityzm” ma dzisiaj cokolwiek wspólnego z rasizmem, to pratyka tego rodzaju oskarżeń o antysemityzm jest jednym z centralnych wehikułów obecnie dominujących – tych, które są dziś faktycznym problemem politycznym – form rasizmu (Badiou, Hazan, Segré). Dożyliśmy czasów tragicznej doprawdy ironii, w których kto nie będzie ni razu nazwany antysemitą, ten całkiem prawdopodobnie nie jest przyzwoitym człowiekiem. Towarzystwo w gronie w ten sposób oskarżonych jest już doprawdy wyśmienite – od Normana Finkelsteina, przez Alaina Badiou, Erica Hazana, Rogera Watersa, Rihannę, po Penelope Cruz, Javiera Bardema i Pedro Almodovara. Z takich oskarżeń, za to, że opowiadamy się w obronie niezbywalnych praw Palestyńczyków, w przyszłości będziemy jedynie mogli być dumni.

Jarosław Pietrzak

Najważniejsza literatura:

Zdjęcie nad tekstem pochodzi z mojego fotobloga Surface and Matter.