Kryzysu dyplomatycznego nie było

Za sprawą ustawy o IPN polscy antyfaszyści o mały włos nie znaleźli się w Warszawie w kuriozalnym położeniu: zmuszeni do obrony przed polskimi rasistami ambasady najbardziej rasistowskiego państwa świata; do obrony przed tymi, którym faszyzm w Polsce dopiero się marzy – ambasady państwa będącego wzorem i ideałem dla rasistowskiej, faszyzującej prawicy na całym świecie. Tej w Polsce też, tylko ta polska jeszcze nie wymyśliła, jak przezwyciężyć wewnętrzną sprzeczność między podziwem dla bezwstydu, z jakim Izrael stosuje przemoc wobec „niewłaściwej rasowo” ludności na kontrolowanym przez siebie terytorium, a własnym „tożsamościowym”, „organicznym” przywiązaniem do tropów antysemickich.

Czy profesora Zybertowicza MaBeNa to nie ma być taka polska Hasbara? Czy Instytut Solidarności i Męstwa nie jest pomyślany jako polskie Jad Waszem? Czy ministra Glińskiego i innych prawicowców marzenia, by polskie kino podbiło wyobraźnię światowej publiczności epickimi filmami rozpamiętującymi widowiskowo polskie męczeństwa historyczne nie biorą się z zazdrości o kapitał polityczny zbity przez Izrael na eksploatacji obrazów hitlerowskiego ludobójstwa Żydów? Czy pozywanie zagranicznych dziennikarzy i polityków za „szkalowanie Polski” nie byłoby takim trochę izraelskim lawfare na miarę naszych możliwości? Czy polski rząd nie kupuje od Izraela technologii wojskowych przetestowanych przez to państwo na Palestyńczykach (a także Syryjczykach czy Libańczykach)?

Kryzys-widmo, kryzys-ściema

Do konfrontacji antysemitów z antyfaszystami i antyrasistami przed ambasadą Izraela w Warszawie 31 stycznia nie doszło, bo wojewoda ze względów bezpieczeństwa zablokował możliwość demonstrowania komukolwiek. Sądzi się szeroko, że było to motywowane obawą rządu Prawa i Sprawiedliwości przed konsekwencjami obrazów z takiego wydarzenia dla wizerunku Polski na świecie oraz przed ryzykiem dalszej eskalacji „kryzysu dyplomatycznego” wywołanego przez ustawę o IPN. Paradoksalnie decyzja ta chwilowo uchroniła również i lewicę, która miała zamiar stawić się tam z antyfaszystowską kontrdemonstracją, przed ciężkim problemem wizerunkowym i symbolicznym. Jaką przekonującą i spójną narrację antyrasistowską można by skutecznie proponować, gdyby z wizerunkiem antyfaszystowskiej lewicy na trwałe zrosły się obrazy – bo pewnie doszłoby do aktów przemocy – „bohaterskiej obrony” ambasady najbardziej rasistowskiego dziś państwa na świecie?

A jeśli żadnego „kryzysu dyplomatycznego” nie było? Co najwyżej drobna scysja w wielkiej rodzinie współczesnej rasistowskiej prawicy? A może nawet komedia dawno przygotowana i odgrywana przez obydwie strony, polską i izraelską? W której to komedii co najwyżej jakiś drobny szczegół wyrwał się czasem spod kontroli?

Liberalna prasa rozpisuje się o tym, że Kaczyński usiłuje konsolidować władzę swojej partii i neutralizować napięcia wewnątrzkrajowe przez odwracanie społecznej uwagi w stronę coraz to nowych zewnętrznych wrogów. Wygląda to wszystko, jakby nikt w polskiej prasie nie wiedział lub nie pamiętał, że polski rząd podpisał z rządem izraelskim w listopadzie 2016 roku Memorandum of Understanding, którego postanowienia wiszą po dziś dzień na stronach izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, po angielsku. Wynika z nich, że Izrael już wtedy przyjął doskonale do wiadomości, że Polska będzie walczyć z „Polish death camps” i innymi formami tego, co Warszawa uważa za oczernianie naszego narodu i zniekształcanie historii II wojny światowej.

Jeżeli Polska nie przestanie kupować izraelskiego uzbrojenia i głosować po myśli Izraela w Zgromadzeniu Ogólnym i Radzie Bezpieczeństwa ONZ, będzie to pośredni dowód, że żadnego kryzysu nie było; wszystko, co najważniejsze, od dawna było obgadane, reszta to farsa dla gawiedzi i ściema dla żurnalistów w obu krajach. „Haaretz” właśnie podaje, że Izrael chce być gospodarzem szczytu państw Grupy Wyszehradzkiej.

Odświeżona cnota premiera Netanjahu

Rząd Binjamina Netanjahu i konstelacja powiązanych z nim organizacji nie mają żadnych problemów z utrzymywaniem przyjaznych stosunków z rządami i partiami politycznymi innych państw, w których szeregach brylują otwarci antysemici (administracja Trumpa, rząd Orbana na Węgrzech, skrajna prawica w Austrii). Tak długo, jak ten antysemityzm jest dodatkiem do odgrywającego główną rolę, kluczowego dla interesów Izraela, rasizmu wymierzonego w muzułmanów i Arabów. Antysemityzm, prawdziwy lub wyssany z palca (jak „antysemityzm w Labour Party”, kryzys wysmażony z niczego przez izraelskich agentów), przydaje się też do skłaniania miejscowych Żydów do emigracji do Izraela (Netanjahu marzy o takiej fali zwłaszcza z Francji).

W plemiennej, zerojedynkowej przestrzeni polskiej polityki, zdemolowanej ćwierćwieczem dominacji dwóch pozornie rywalizujących narracji, neoliberalnej i katolicko-narodowej, wszystko działa na zasadzie: kto nie z nami, ten z PiS; kto przeciwko PiS, ten z nami. Tak więc wszystko, co się podniosło przeciwko ustawie o IPN czy przy tej okazji przeciwko rządowi PiS, zostało automatycznie i bezrefleksyjnie połączone w jeden zestaw wartych tyle samo głosów słusznego oburzenia. Netanjahu i inni politycy najbardziej rasistowskiego państwa świata stali się nagle głosem jakiejś uniwersalnej etycznej wyroczni. Przy całej odrazie, na jaką zasługują ONR i Młodzież Wszechpolska, a także cynicznie manipulujący rasistowskimi motywami PiS, nikt w tych organizacjach nie ma jednak na sumieniu nawet ułamka zbrodni, jakie obciążają premiera Netanjahu. Naftali Bennett, którego wizyta w Polsce została anulowana, jako bohater wywiadu „Tygodnika Powszechnego” moralizuje o tym, jak źle się dzieje, gdy zaczynamy manipulować historią, nieniepokojony przez szlachetne pismo takimi drobiazgami, jak jego stosunek do rasistowskiej przemocy uskutecznianej przez jego rząd dzisiaj. Bennett jest ministrem edukacji w kraju, w którym ze szkół usuwa się powieści o żydowsko-arabskiej miłości i zakazuje się nauczania prawdy historycznej o krwawych czystkach etnicznych. Tych, które w latach 1947-48 położyły podwaliny pod Państwo Izrael i zrodziły nigdy nie rozwiązany problem milionów palestyńskich uchodźców. Bennett jest też jednym z najaktywniejszych orędowników czystek etnicznych prowadzonych przez Izrael obecnie na Zachodnim Brzegu Jordanu.

Nieszczęściem kraju z lewicą sprowadzoną do parteru, zredukowaną do wąskiego marginesu, pozbawioną zasobów jest, że z pozycji swojej słabości zbyt często i zbyt łatwo – z rozpędu, pośpiechu lub zmęczenia – lewica ta reaguje odruchowym oburzeniem i podłącza się do plemiennej dynamiki polskiego pola politycznego. Skoro zły rząd PiS wywołał gniewną reakcję ze strony izraelskich polityków (która i tak była ściemą), to nagle Binjamin Netanjahu, Naftali Bennett i Jair Lapid stają się moralnymi wyroczniami nawet dla lewicy, z jakiegoś powodu zawieszamy polityczną ocenę pozycji, z jakich oni sami się wypowiadają (powtórzmy – jeszcze bardziej rasistowskich niż pozycje PiS). Skoro PiS mógłby (choć to na pewno ściema) doprowadzić do pogorszenia stosunków dyplomatycznych z Izraelem, to nagle staje się to bardzo dla nas wszystkich cenne, żebyśmy mieli świetne stosunki.

Rasizm Państwa Izrael

Izrael jest jedynym współczesnym państwem, które otwarcie i bez żenady segreguje swoją populację (populację, nad którą ma władzę) na podstawie jej etnoreligijnego pochodzenia – na kategorie zróżnicowane pod kątem biernych i czynnych praw wyborczych, praw społecznych i ekonomicznych, a nawet prawa do życia, które w przypadku Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych nie podlega żadnej ochronie przed przemocą ze strony izraelskich żołnierzy czy osadników. Kilka dni temu izraelski „Haaretz” podał, że izraelscy żołnierze urządzili sobie safari na palestyńskiego nastolatka, ścigając go samochodami i celując mu w głowę. Chłopak zginął. Możemy być pewni, że nikt za to nie odpowie, bo jak Neve Gordon pisał już w 2008, od 1987 (od Pierwszej Intifady) izraelscy żołnierze z zasady nie są pociągani do odpowiedzialności za zabijanie Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych, nawet za zabijanie dzieci. Przemoc taka w ostatnich miesiącach uległa jedynie intensyfikacji. Jest dopiero luty i już troje dzieci w tym roku dostało kulę w głowę za rzucanie kamieniami. Izrael usiłuje obecnie doprowadzić do reeskalacji wojny w Syrii (w której wywołaniu odegrał jedną z głównych ról) oraz jej rozszerzenia na inne państwa regionu (Iran i Liban). W planie globalnym, jak wykazuje Jeff Halper, Izrael jest jednym z kluczowych punktów autorytarnego, faszyzującego dryfu, z jakim mamy obecnie do czynienia w nawet tradycyjnie silnych demokracjach liberalnych. Od Stanów Zjednoczonych po Indie, Izrael jest bowiem globalnym dostawcą technologii (od zbrojeniowych po polityczne) sprawowania brutalnej, urasowionej władzy w warunkach permanentnego kryzysu społecznego.

Nie ma żadnego powodu, by polska lewica martwiła się pogorszeniem stosunków z Izraelem. Obowiązkiem każdej szanującej się, ideowej lewicy jest żądanie ich pogorszenia. Degradacji stosunków dyplomatycznych do poziomu konsularnego (jak uczyniła RPA), odmowy akredytacji ambasadorów z rasistowskimi życiorysami (jak Brazylia), lub całkowitego zerwania stosunków (jak Kuba, Boliwia czy Maroko). Dopóki Izrael nie przestanie sobie urządzać kpin z prawa międzynarodowego, a izraelski apartheid i okupacja Terytoriów Palestyńskich nie upadną.

Precz z rasizmem – polskim i izraelskim

Organizatorzy niedoszłej kontrdemonstracji z warszawskiego Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego mieli trafne przeczucia i początkowo w informacji na stronie wydarzenia na Facebooku podkreślali, że stawiają opór polskiemu antysemityzmowi, jednocześnie odcinając się od polityki Izraela, przed którego ambasadę zamierzali się zejść nacjonaliści. Szybko musieli ten opis zmienić, usuwając z niego frazy krytyczne wobec Izraela, gdyż zostali zbombardowani wyrazami oburzenia płynącymi z lewicy. „Jak tak można akurat teraz?!”

Tymczasem było to jedyne odpowiedzialne i spójne antyrasistowskie stanowisko. Byłoby ono przyjęte jako oczywiste w każdej analogicznej sytuacji. Wyobraźmy sobie, że skrajna prawica organizuje islamofobiczną demonstrację przed ambasadą Arabii Saudyjskiej, bo akurat tę ambasadę znaleźli i potrafili sprawdzić, że jest to z całą pewnością kraj muzułmański. Czy antyfaszystowska lewica musiałaby się tłumaczyć ze słów, że wychodzi z kontrdemonstracją przeciwko islamofobom, co nie znaczy, że broni polityki Arabii Saudyjskiej (zbrodnie wojenne w Jemenie, monstrualne liczby wyroków śmierci, itd.), a organizacja tej demonstracji akurat tam jest jedynie skutkiem głupoty narodowców? Wydaje mi się, że zostałoby to przyjęte z naturalnym zrozumieniem. Przyzwoity politycznie człowiek potępia i Arabię Saudyjską, i islamofobię.

Musimy mówić głośne nie zarówno antysemitom w polskim sejmie, w polskim rządzie i na ulicach polskich miast, jak i systemowemu rasizmowi Państwa Izrael. Być przeciwko jednemu i drugiemu, jednocześnie i nieprzerwanie, bez okresów ochronnych. Stosowanie wobec Izraela wiecznego „ekscepcjonalizmu”, traktowanie go jako wyjątku od zasad poza nim uniwersalnych, kompromituje tylko taki antyrasizm i antyfaszyzm. Nie można być wiarygodnym antyrasistą i milczeć o najbardziej rasistowskim państwie świata, którego nasz kraj jest niezawodnym sojusznikiem. To trochę tak, jakby być za zniesieniem niewolnictwa, ale nie ruszając plantacji, bo kupujemy ich cukier i bawełnę.

Walka z polskim antysemityzmem przy jednoczesnym otaczaniu dyskursywnym kordonem ochronnym takiego państwa jak Izrael nie jest żadnym antyrasizmem. Jest jedynie balansowaniem – na ich warunkach – pomiędzy dwoma komplementarnymi nurtami rasizmu: jednym lokalnym i zaściankowym, zrodzonym z szamba historycznych atawizmów zapóźnionych peryferii, a drugim kosmopolitycznym i o globalnych ambicjach, uzbrojonym w PR, lawfare, setki głowic atomowych i nanoroboty, cieszącym się uprzywilejowanymi stosunkami z innymi brutalnymi mocarstwami, wespół z którymi spogląda bezczelnie w przyszłość, by w niej zbudować piekło w wersji high-tech. Naszym obowiązkiem jest równoczesne i zdecydowane odrzucenie ich obu.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na portalu Strajk.eu 17 lutego 2018.

Foto: Łukasz Zaręba (Jerozolima, 2018)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Reklamy

Banałem w faszyzm?

O Modern Holocaust Marii Peszek

Nad „protest songiem” Marii Peszek Modern Holocaust warto się poważnie zastanowić nie ze względu na jakąś jego szczególną jakość, a ze względu na to, czego jest symptomem. Zarówno sam utwór zresztą, jak i jego entuzjastyczne przyjęcie przez część liberalnej i liberalno-lewicowej opinii w Polsce.

Nie jestem krytykiem muzycznym i skupię się tu wyłącznie nad warstwą tekstową tego songu. Z tekstu, oprócz pojedynczego podmiotu lirycznego najpewniej tożsamego z samą artystką (która dostaje internetowe i inne pogróżki), wyłania się także pewien podmiot zbiorowy, jacyś „my”. „Hejt nasz polski powszedni”, „Zło jest w każdym z nas, zło robimy sami”, itd. Zaimki osobowe i dzierżawcze oraz formy czasownika wskazujące na pierwszą osobę liczby mnogiej. Na pierwszy rzut oka tym „my” jest polskie społeczeństwo/naród, jesteśmy w domyśle „my, Polacy”. Ale to „my” rozpada się na dwa poziomy – nagle okazuje się, że nie „my” a „Ty też w domu masz własny swój karabin”. Ostatecznie „my, Polacy” okazują się raz być wszystkimi Polakami, a raz dzielić na tych Polaków, których diagnoza jest tu stawiana, i tych, którzy tę diagnozę stawiają. I tu zaczyna się robić ciekawie – albo może właśnie nieciekawie.

Kiedy „my” przestaje oznaczać wszystkich Polaków, zaczyna szukać opozycji, przez które określa się w stosunku do tej reszty, będącej tu zamierzonym obiektem krytyki. Żeby to węższe „my”, w domyśle „lewicowo-liberalne” (bo należą do niego osoby, jak podmiot liryczny czy sama artystka, posądzane np. o żydostwo, liberalne podejście do seksualności i homoseksualizm) mogło się w tekście dobrze ukonstytuować i określić, poszukuje ono negatywnych punktów odniesienia – tego wszystkiego, od czego się dumnie różni. Przestrzeń, w którą w ten sposób wkraczamy, to kraina żenująco naiwnego liberalizmu, takiego z Europy Wschodniej lat 90., nawet jeśli niektóre przywoływane postaci-obrazy pochodzą z lat nieco późniejszych.

Hitler i Stalin wyrzuceni jednym tchem w tym samym zdaniu. Putin i Bin Laden tak samo w innym. Co złego to „totalitaryzm” (III Rzesza i ZSRR, jakby były to byty w jakikolwiek sposób porównywalne), „rosyjski tyran” będący w liberalnym imaginarium czymś na kształt „przedłużenia Stalina”, i „islamski terrorysta”, bez powodu i irracjonalnie nienawidzący „zachodnich wolności”. Z tego wynika, że co dobrego to liberalna demokracja zdefiniowana w sposób ani trochę bardziej wyrafinowany niż w „Gazecie Wyborczej” w latach 90. Hitler, Stalin, swego rodzaju „reinkarnacja” tego ostatniego w osobie Putina i figura odsyłająca w okolice „islamofaszyzmu” stanowią współrzędne na mapie politycznego zła, na której mieści się, choć nie chce się do tego przyznać, przenikająca polskie społeczeństwo nienawiść, wżerający się w nie „hejt”.

Jest jednak pewien problem z taką liberalną diagnozą postępującej faszyzacji polskiego życia społecznego. Jeżeli ma to być krytyka postępującego przesuwania się polskiej polityki w prawo, to jest to krytyka bezrefleksyjnie powielająca banalne liberalne opozycje, które zorganizowały polską wyobraźnię polityczną w minionym ćwierćwieczu. Stalinizm używany po to, by do piekła wysłać nie tylko Związek Radziecki (ustawiony na równi z Trzecią Rzeszą) i „realny socjalizm” („czego Zomo pałą nie zajebało”), ale także samą ideę komunizmu, całą tradycję walk o emancypację ludzką i o przekroczenie naszej zastanej społecznej kondycji. Peszek wyobraża sobie, że odważnie krytykuje radykalny dryf polskiej polityki w prawo, podczas gdy ten dryf jest konsekwencją delegitymizacji wszystkich idei politycznych na lewo od socjaldemokracji. Delegitymizacja ta umożliwiła bowiem przesunięcie całego spektrum politycznego, czyniąc poglądy niegdyś prawicowe dziś umiarkowanymi czy centrowymi, niegdyś niedopuszczalne – dziś zaledwie ekscentrycznymi. Założenia tej delegitymizacji Peszek sama bezkrytycznie reprodukuje, wypowiadając się z wewnątrz bańki, z której ZSRR wygląda tak samo jak Trzecia Rzesza. Na ten problem Peszek nie potrafi w ciekawy sposób odpowiedzieć, bo horyzont jej własnej politycznej wyobraźni należy do problemu.

Peszek na dodatek trywializuje kwestię ideologii, sprowadzając ją do poziomu „hejtu” i nienawiści, które na dodatek są w jej ujęciu typowo – by nie rzec „naturalnie” – polskie („hejt nasz powszedni”, „polskiej nienawiści zeżre wściekły pies”). We wzroście znaczenia ksenofobicznej skrajnej prawicy nie ma tymczasem nic specyficznie polskiego – i to nie ma na aż dwa sposoby.

Skrajna prawica rośnie w siłę i przenosi coraz więcej ze swojej ideologii do politycznego mainstreamu w całej Europie i dzieje się to w kontekście postępującego kryzysu systemu kapitalistycznego i strukturanego kryzysu Unii Europejskiej. Oba kryzysy generują społeczne frustracje i resentymenty. Polski wariant tych procesów ma swoje wyjątkowe rysy (jak całkowite wyrugowanie jakiejkolwiek lewicy z parlamentu, powszechność rasistowskiej retoryki w mediach głównego nurtu i słabość lewicowej na nią odpowiedzi, itd.), nie jest jednak procesem w całości wyjątkowym. To jeden sposób, na który „diagnoza” Peszek jest błędna.

Drugi jest taki, że to, co w procesie podbijania polskiej rzeczywistości społecznej przez ksenofobiczną prawicę, rzeczywiście jest specyficzne dla naszego kraju, nie bierze się z jakiejś ponadczasowej „polskości”, którą Peszek wydaje się esencjalizować. Esencjalizacja jakiejkolwiek tożsamości nigdy nie prowadzi w żadnych postępowych kierunkach. Prawicowy obłęd, w jaki osuwa się obecnie ogromna część polskiego społeczeństwa, nie wynika z żadnej „genetycznej” predyspozycji tego akurat narodu do nienawiści. Jedną z rzeczy, z których natomiast wynika, jest model i społeczne koszty (wzrost nierówności, masowe bezrobocie, wypychanie milionów ludzi na przymusową emigrację za chlebem) transformacji ustrojowej po 1989 roku, wraz z narzuconą społeczeństwu narracją o braku alternatywy dla neoliberalizmu. To wytworzeniu konsensu wokół tej bezalternatywności służyło takie przemeblowanie zbiorowej wyobraźni politycznej Polaków, żeby wszystko, co nie jest neoliberalizmem, wylądowało w jednym worku z nazizmem i straszyło natychmiastowym osunięciem się w „totalitaryzm”. Jeżeli chcesz godziwych zasiłków dla wszystkich bezrobotnych, to tak naprawdę chcesz Gułagu! Ale tego Peszek nie będzie w stanie sproblematyzować tak długo, jak długo wypowiada się z wewnątrz bańki liberalnych złudzeń (Hitler, Stalin, Oświęcim i Zomo wrzucone do jednego worka), które stworzyły warunki dla prawicowego obłędu zasysającego dziś Polaków. Co więcej, sprowadzanie współczesnego problemu ksenofobicznej polskiej prawicy do jakiejś genetycznej polskiej „nienawistności” jest wypieraniem i ukrywaniem realnych procesów politycznych, a także realnej opowiedzialności za procesy (ktoś wprowadzał i wytwarzał zgodę na impozycję neoliberalizmu w Polsce, ktoś niszczył każdy punkt widzenia wykraczający poza neoliberalny konsensus), które ostatecznie wytworzyły obecne stężenie frustracji i resentymentów.

Naprawdę bulwersujące w utworze Peszek jest jednak znaczące przemilczenie, jakie rzuca się nam w oczy, gdy przyglądamy się obecnym w nim obiektom ksenofobicznej prawicowej nienawiści. Na swoje miejsce w roli ofiary zasłużyły osoby nieheteroseksualne – jest mowa o palonej warszawskiej tęczy (choć ta konkretna tęcza rościła sobie prawa do szerszego pola semantycznego, tęcza jako symbol jest powszechnie kojarzona z ruchami LGBT), jest inwektywa „śmierdzisz lesbą”. Na swoje miejsce zasłużyli Żydzi – jest mowa o ludziach palonych kiedyś w stodole, czyli o wydarzeniach takich jak w Jedwabnem, jest obelga „żydowska kurewno”, a Holokaust króluje nad tekstem w samym tytule. Wielkimi nieobecnymi są natomiast uchodźcy z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, muzułmanie, osoby pochodzenia arabskiego. Jest to szokujące, bo to właśnie oni, oraz osoby ze względu na karnację czy turban na głowie „podejrzane” o to, że należą do jednej z tych grup, padły w ciągu ostatniego roku ofiarą większości aktów rasistowskiej przemocy. Oni też są obiektem najbardziej bezkarnego i bezwstydnego rasistowskiego bełkotu w głównym nurcie polskiej polityki i w dominujących, także tych nominalnie liberalnych, mediach.

Zupełne przemilczenie rasizmu islamofobicznego, antyarabskiego i wymierzonego w uchodźców szukających obecnie masowo schronienia w Europie w rzekomo antyrasistowskim utworze szokuje, bo został on przecież nagrany po wielomiesięcznym okresie intensywnej nagonki w mediach i rosnącej liczby aktów tak ukierunkowanej przemocy na ulicach polskich miast. Jak można coś takiego rozumieć? Co ta nieobecność właściwie znaczy?

Może to, że rytualne gesty „obrony Żydów” i „krytyki antysemityzmu” są dzisiaj tak naprawdę łatwe i niczym nie grożą? A w zestawie z wyrazami sympatii dla mniejszości seksualnych mieszczą się po prostu w kanonie dobrego tonu liberalnej klasy średniej i pozujących na lewicowo-liberalne „elit kulturalnych”, bo pasują do ich wyobrażeń o „europejskości”? Podczas gdy zabranie głosu w obronie uchodźców z Syrii, Libii czy Afganistanu albo publiczne potępienie islamofobii, wręcz przeciwnie, wymagają dziś w Polsce autentycznej odwagi i mogą dla popularnego artysty oznaczać konieczność stawienia czoła rasizmowi liberalnego (drobno)mieszczaństwa, czyli swojego własnego, bezpośredniego otoczenia i odbiorców?

Obrona Żydów przed polskimi antysemitami niewiele dzisiaj od takich obrońców wymaga. Większość współczesnych polskich antysemitów nigdy nie spotkała Żyda (Wietnamczyków jest dziś w Polsce kilka razy więcej), pozostaje im więc palenie kukieł i ewentualne wypady na zabytkowe cmentarze. A kukieł wystarczy bronić oburzonymi komentarzami na Facebooku, zyskując w ten sposób wizerunek „postępowca” wśród znajomych, bez konieczności wejścia w autentyczną konfrontację. Paleniem kukły można się szlachetnie pooburzać, nic więcej nie robiąc i spać spokojnie, doskonale wiedząc, że i tak nikt nie zginie. Wilk syty i owca cała.

Muzułmanie i osoby pochodzenia arabskiego, jak również osoby posądzone o to, że są muzułmanami lub Arabami (studenci z Portugalii, sikhijski turysta z Wielkiej Brytanii) padają tymczasem ofiarami realnej przemocy, trafiają do szpitali z poważnymi obrażeniami ciała, muszą wymieniać drzwi, które im podpalono. A liberalne (drobno)mieszczaństwo z otoczenia Marii Peszek, to, które ma w Londynie przyjaciół gejów, a na półce albumy o kulturze żydowskiej, podziela większość „poglądów”, które do tych aktów przemocy prowadzą, które wytwarzają na nie przyzwolenie.

Tak więc daleki od radykalnej odwagi, song Peszek jest raczej owocem żenującego konformizmu. Jeżeli nie czegoś gorszego. Bo jeśli w ostatnich miesiącach Maria Peszek nie zauważyła, kto stanowi główny cel współczesnego rasizmu (nie tylko w Polsce), to być może dlatego, że nie zauważyła w ogóle, że to jest rasizm. Co z kolei zmuszałoby nas do postawienia pytania, dlaczego tego nie zauważyła. W większości podobnych przypadków trafna jest odpowiedź, że część z tych „poglądów” osoba, która tego rasizmu nie zauważyła, po prostu popiera.

Modern Holocaust Marii Peszek jest dla mnie symptomem szerszego problemu, jakim jest intelektualna nieudolność większości polskich elit kulturalnych w ich próbach odpowiedzi na niebezpieczne procesy umacniania się ksenofobicznej, coraz bardziej radykalnej prawicy w Polsce. Agnieszka Holland porównuje rządy PiS do PRL, choć jako kobieta mogłaby np. pomyśleć o kwestii praw reprodukcyjnych, by zacząć sobie zdawać sprawę z kretynizmu takiego porównania. Nieco młodsi filmowcy puchnęli z dumy na demonstracjach w obronie „dobrego imienia Lecha Wałęsy” jako „symbolu demokracji”, choć Wałęsa jako prezydent miał wcale nie mniejszy apetyt na całość władzy, kosztem demokracji i rządów prawa, niż obecnie ma Prezes, tyle że nie potrafił tego swojego celu osiągnąć. I tak dalej.

Kiedy mówimy o faszyzmie w Polsce dziś, musimy mieć się z dwóch stron na baczności. Samo dojście PiS do władzy, a nawet jego obecny, irracjonalny sposób rządzenia, to jeszcze nie faszyzm. Tego mocnego ale ważnego terminu lepiej nie trywializować. Jarosław Kaczyński nigdy nie będzie Adolfem Hitlerem. Nie jest też jednak prawdą, że trzeba aż Hitlera, żebyśmy mogli zacząć mówić o faszyzmie – generał Franco nie był Hitlerem, nie był do Hitlera porównywalny, był jednak faszystą. Każdy zinstytucjonalizowany faszyzm poprzedza też proces faszyzacji społeczeństwa, proces, który – jeśli nie zostanie powstrzymany – do faszyzmu w końcu doprowadzi.

O faszyzacji w Polsce dziś na pewno możemy już mówić. I jeżeli wszystko, co polskie elity kulturalne potrafią z siebie wykrzesać w krytycznej odpowiedzi na ten proces, rozpina się między konformistycznymi niby-protest-songami à la Maria Peszek i pojękiwaniami o PRL w stylu Agnieszki Holland, postępom dalszej faszyzacji wiele w Polsce nie zagraża.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie internetowej Medium Publicznego.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Zła pamięć

Notatki po Międzynarodowym Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu

Moja babcia leżała chora w łóżku, gdy naziści przyszli do jej rodzinnego Staszowa. Niemiecki żołnierz zastrzelił ją w tym łóżku. Moja babcia nie zginęła po to, by dostarczyć przykrywki izraelskim żołnierzom mordującym palestyńskie staruszki w Gazie. Obecny rząd Izraela cynicznie i bez skrupułów eksploatuje wciąż obecne wśród nie-Żydów poczucie winy za rzeź dokonaną na Żydach w Holokauście jako usprawiedliwienie mordów dokonywanych na Palestyńczykach. Milczące założenie jest takie, że życia żydowskie są bezcenne, a życia palestyńskie nie mają znaczenia.

Gerald Kaufman, poseł brytyjskiej Labour Party

Prześladowani i ofiary dnia wczorajszego wydają mi się sprawą znacznie mniej priorytetową niż prześladowani dnia dzisiejszego i ofiary jutrzejszego.

Shlomo Sand (Dlaczego przestałem być Żydem)

1/ Agnieszka Holland, Jad Waszem i wzgórza wokół Sderot

Mam pewne problemy z filmem Agnieszki Holland W ciemności.

Końcowe plansze informują nas, że film dedykowany jest wszystkim, których, jak Leopolda Sochę, bohatera filmu, uhonorowano tytułem „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”.

Przyznawane przez instytut Jad Waszem wyróżnienie jest jednym z instrumentów sakralizacji Holokaustu i ideologicznego przejmowania tak losu ofiar, jak i heroizmu ich wybawców, w propagandowym interesie Państwa Izrael budującego eschatologiczne uzasadnienia dla swojej polityki w stosunku do żyjącej pod jego okupacją ludności palestyńskiej. Jad Waszem stoi nawet na zagrabionej Palestyńczykom ziemi i widać stamtąd miejsce dokonanej w kwietniu 1948 przez żydowskie bojówki masakry na mieszkańcach wioski Dajr Jasin. Poczesne miejsce w muzealnej części tej „Świątyni Holokaustu” stanowi ekspozycja poświęcona palestyńskiemu Wielkiemu Muftiemu Jerozolimy w okresie 1921-1937, Aminowi al-Husajniemu. Jad Waszem niektórym czołowym figurom Trzeciej Rzeszy poświęca poświeca mniej miejsca niż na demonizację muftiego, postaci pozbawionej historycznego znaczenia, zainstalowanej na swoim stanowisku przez Imperium Brytyjskie. To stąd wziął się jeden z zeszłorocznych wyskoków obłąkanego premiera Izraela Binjamina Netanjahu – wygłoszona otwarcie, skandaliczna teza, że gdyby nie mufti, Hitler nigdy nie przedsięwziąłby planu eksterminacji europejskich Żydów. Że to w zasadzie mufti wymyślił zagładę Żydów, a Hitler tylko dał mu się w to wkręcić. Jasne jest jednak, że dla Holland odznaczenie przyznawane przez Jad Waszem nie ma problematycznych konotacji, a Jad Waszem jest obiektywnym, autorytatywnym, w żaden sposób nie podejrzanym źródłem konsekracji heroizmu ludzi takich jak Socha.

Z tych samych napisów na końcu filmu Holland dowiadujemy się również, że „Żydzi Sochy” uciekli w końcu za granicę. Między innymi do Izraela. Szkoda, że Holland nie zadała sobie pytania, co teraz robią tam ich potomkowie, ich rodziny, gdzie, jak i z czego żyją?

A gdyby tak film kończył się epilogiem? Syn, a może wnuczka (żeby uczynić zadość „postępowym” pretensjom Izraela) kogoś spośród „Żydów Sochy” siedzi w biurze jednej z izraelskich korporacji produkujących broń i supertechnologie bezpieczeństwa (centralny przemysł tego kraju). W biurze wraz z innymi inżynierami otwierają szampana, bo na giełdzie w Tel Awiwie akcje firmy szybują w górę. Na ekranie telewizora widać, dlaczego szybują: trwa kolejny dzień operacji „Płynny Ołów”, na bezbronnych mieszkańców odciętej od świata i osaczonej z każdej strony Strefy Gazy spadają bomby. Nie mają dokąd uciec, to jedno z najgęściej zaludnionych miejsc na ziemi, a wszystkie granice są zamknięte. Obrazy z Gazy wywołują na kilku twarzach niespecjalnie skrywaną satysfakcję. Ktoś rzuca głupim żartem traktującym Hamas od hitlerowców. Ktoś inny mówi, że znajomi jadą jutro do Sderot, oglądać operację z pogranicznych wzgórz – zastanawia się, czy się wybrać z nimi. Po pracy owa wnuczka wybiera się na wieczorny spacer (może z dzieckiem?) do parku. Park został przed laty posadzony przez Jewish National Fund. Jak to Jewish National Fund, stało się to na gruzach palestyńskiej wioski, której mieszkańców część wymordowano, a część wypędzono w 1947 czy 1948 roku, a wszelki jej ślad, włącznie z arabskimi nazwami miejsc, wymazano z powierzchni ziemi. Nad miastem, gdzieś nad ich głowami, łopocze na dmuchającym od morza wietrze biała flaga z błękitnymi liniami kreślącymi sześcioramienną gwiazdę złożoną z dwóch splecionych trójkątów. Symbol, który w przodkowie nosili na ramionach jako znak wykluczenia i przyznanej im roli kozła ofiarnego systemu społeczno-ekonomicznego niezdolnego istnieć inaczej jak przez powracające cyklicznie katastrofalne kryzysy. Teraz ten sam symbol reprezentuje bezwzględną siłę, mocarstwową potęgę, władzę życia i śmierci. Jest sziboletem nowej rasy panów; tych, których życie ma wartość, których ciała zasługują na ochronę i żałobę. W przeciwieństwie do życia i ciał „arabskiej dziczy”, których jedyna wartość polega na tym, że oddelegowane do funkcji „zagrożenia” nakręcają spiralę izraelskiego przemysłu zbrojeniowego, jednego z największych na świecie. Telefon do starszego syna, żeby się upewnić, że wszystko w porządku. Jest akurat z rówieśnikami w Polsce – wyprawa do Oświęcimia, obowiązkowy etap nacjonalistycznej tresury: młody człowiek musi nabrać animuszu, zanim za kilka lat zacznie prężyć do Instagramu muskuły w mundurze Cahalu. Oczywiście, obstawiam, że z takim epilogiem szanse na nominację do Oscara uległyby znacznemu obniżeniu.

Nie chodzi tylko o film Holland. To jest problem z reprezentacjami hitlerowskiego ludobójstwa europejskich Żydów w ogóle. Z „pamięcią Holokaustu” w ogóle.

Dziś potencjalnie każde takie „prostolinijne” ujęcie Holokaustu będzie wykorzystane jako instrument w arsenale propagandowym Państwa Izrael i jego wpływowego lobby w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej. Film Holland stanowi zwieńczony sukcesem akces polskiego kina do przemysłu eksploatacji obrazów Holokaustu, a nominacja do Oscara w pewnym sensie certyfikuje jego jakość jako produktu tego przemysłu w kategoriach obowiązującego w nim „standardu jakości”.

2/ Holocaust Industry

Holocaust Industry („przedsiębiortswem Holokaust” nazywa to polski przekład książki Normana Finkelsteina), przemysł instrumentalizacji żydowskiego cierpienia z przeszłości, narodził się po spektakularnym zwycięstwie Izraela w wyniku jego agresji na arabskich sąsiadów w 1967 roku. Bezwzględna przewaga nad sąsiadami ostatecznie zdobyła „Państwu Żydowskiemu” pozycję kluczowego partnera Stanów Zjednoczonych w regionie, sojusznika, któremu „należy się” bezwarunkowe wsparcie i niezadawanie kłopotliwych pytań, no matter what. To od tego czasu przemysły kultury imperium amerykańskiego (najpierw wydawniczy, prasowy, potem telewizyjny i filmowy) zaczęły mnożyć, z biegiem lat coraz bardziej bez umiaru, różnego rodzaju przedstawienia Holokaustu. Dziś Holokaust Żydów jest na skalę globalną najczęściej reprezentowanym i najintensywniej obecnym w przestrzeni publicznej i dyskursach o historii wydarzeniem, jedynym ludobójstwem, na temat którego możemy się spodziewać jakiejś półki w każdej księgarni na zachodzie Europy i w Ameryce Północnej; jedynym powszechnie znanym ludobójstwem nowoczesności. Jedynym ludobójstwem nowoczesności zasługującym na pamięć i żałobę całej ludzkości.

To dzięki przemysłowi mnożenia reprezentacji Holokaustu bliskowschodnie kolonialne mocarstwo atomowe, uzbrojone po zęby (trzysta głowic nuklearnych, połowa wymierzona w Europę), z jedną z najpotężniejszych armii na świecie, niezdolne wytrzymać kilku lat bez wywołania jakiejś wojny, odpowiedzialne za wielomilionową populację uchodźców, mocarstwo, które praktykuje na znajdującym się pod swoją kontrolą terytorium jawnie rasistowską segregację i z pełną nonszalancją łamie wszystkie dotyczące siebie rezolucje Narodów Zjednoczonych, może wciąż skutecznie przedstawiać się jako wieczna ofiara, której wciąż grozi widmo zagłady ze strony innych. To dzięki temu przemysłowi może ono skutecznie paraliżować dyskusje na temat Palestyńskich Terytoriów Okupowanych, na temat blokady Gazy, na temat swojego apartheidu, na temat zbrodni wojennych – wywołując paraliżujące poczucie winy, zastraszając oskarżaniem wszystkich i wszystkiego o antysemityzm, itd. 

Holokaust jako wydarzenie jedyne w swoim rodzaju, sacrum niedotykalne dla żadnych narzędzi racjonalnej analizy, Największe Zło ludzkiej historii. Historia świata jako arena nieprzerwanych i niezmiennych prześladowań Żydów, które swoją kulminację znalazły w „Świętym Świętych” Holokaustu, by następnie doprowadzić „naród wybrany” do zbawienia w postaci „powrotu” do Ziemi  Izraela. Prześladowania Żydów i wybawienie od nich przez „odtworzenie” żydowskiego państwa jako Sens Historii. Druga wojna światowa jako piekło rozpętane z nienawiści jednego szaleńca z wąsem do Żydów, wyłącznie w celu ich eksterminacji. Siła oddziaływania takich mitów, a czasem po prostu bredni, to właśnie produkt i tryumf Holocaust Industry.

3/ Shoah Claude’a Lanzmanna: cierpienie świętsze niż inne

1985: Claude Lanzmann realizuje swój słynny, legendarny dziś, wielogodzinny film dokumentalny Shoah. Jeden z kamieni milowych w historii Holocaust Industry. Film sfinansowały tajne środki przekazane przez izraelski rząd, dla których „słupami” były spółki porejestrowane przez Lanzmanna w tym celu w Szwajcarii. Na polskiej lewicy Lanzmann jest traktowany jak święta krowa, tymczasem Shoah jest filmem budzącym szereg podstawnych wątpliwości. Niektóre z nich wyłożył izraelski historyk Shlomo Sand (w Dlaczego przestałem być Żydem). Produkcja ta, wraz z jej oszałamiającym sukcesem, stanowiła kluczowy moment w procesie wymazywania przez Holocaust Industry (choć Sand nie używa sformułowania Finkelsteina) ze społecznej świadomości istnienia innych niż żydowskie ofiar Trzeciej Rzeszy. Sand opowiada o tym, jak – jako wykładowca historii – wielokrotnie, przy różnych okazjach, zadawał pytanie:

[…] Ilu ludzi wymordowali naziści w obozach koncentracyjnych, obozach zagłady i innych przeprowadzonych przez siebie masakrach? Odpowiedź była – bez wyjątku – zawsze ta sama, sześć milionów. Kiedy wyjaśniałem, że chodzi mi o liczbę wszystkich ludzi, a nie tylko Żydów, moi rozmówcy wyrażali zdumienie. Rzadko kiedy ktoś znał odpowiedź.

Każdy, kto widział film Alaina Resnais „Noc i mgła” (1955), mógł jednak dać odpowiedź: jedenaście milionów zabitych. Ale ta liczba „niekonwencjonalnych” ofiar II wojny światowej została zupełnie wymazana z twardego dysku kolektywnej pamięci Zachodu. […] Liczba wszystkich wymordowanych zupelnie zniknęła, a przekazywana jest wyłącznie liczba Żydów.

W dziewięciogodzinnym filmie Lanzmanna nie wystarczyło czasu, by wspomnieć o jakichkolwiek innych niż żydowskie ofiarach nazizmu, choć w Polsce (gdzie nakręcono najwięcej materiału) stanowiły one połowę osób wymordowanych. Lanzmann, sam będąc cynicznym manipulatorem, uzurpuje sobie dzisiaj rolę wyroczni orzekającej – z wysokości tronu zbudowanego na sukcesie Shoah – kto ma prawo mówić o Zagładzie i które wypowiedzi, które reprezentacje filmowe, literackie i inne, są „cacy”, a które są „be”. Jednym z szokujących rysów polskiej lewicy, kiedy się na nią patrzy z daleka (z zagranicy), jest to, że do dzisiaj traktuje ona te jego proklamacje ze śmiertelną powagą.

Przemilczenia Lanzmanna są umacniane przez innych wysokich rangą kapłanów „pamięci Holokaustu”. Znów cytując Sanda:

Przykładem niech będzie permanentne, głuche milczenie Eliego Wiesela, imigranta, który nie pozostał w Izraelu, i otrzymał pokojową Nagrodę Nobla za utrwalanie ekskluzywnego charakteru żydowskiej śmierci, nigdy nie wyrażając cienia uznania dla śmierci innych.

4/ Lista Schindlera i ostateczny kres „okupacji oświeconej”

1993: Lista Schindlera Stevena Spielberga. Film kończy się przy dźwiękach Jeruszalajim Szel Zahav, pieśni upamiętniającej „powrót” całej Jerozolimy pod żydowską kontrolę w 1967. Czyli wojnę sześciodniową i początek nielegelanej okupacji, która trwa do dzisiaj, a ceną za jej utrzymanie jest kręcąca się coraz szybciej spirala naruszeń międzynarodowego prawa humanitarnego, zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Historyczne cierpienia europejskich Żydów, o których, w żałobnej czarno-białej tonacji, opowiada film, są więc ostatecznie zaprzęgnięte na służbę dyskretnie zamaskowanego usprawiedliwienia status quo współczesnej dominacji Państwa Izrael nad całym obszarem historycznej Palestyny i zupełnego wymazania innego cierpienia, trwającego do dziś, jak najbardziej współczesnego, na którym status quo izraelskiej dominacji jest ufundowane.

Instrumentalny charakter, w jaki Lista Schindlera traktuje żydowskie cierpienie, by legitymizować współczesne stosunki dominacji, tkwi nie tylko w jej „tekście”, ale i w kontekście. Robiąc pierwszy prawdziwie hollywoodzki film fabularny o Zagładzie, Spielberg wyniósł Holocaust Industry na zupełnie nowy, stricte popkulturowy, jeszcze bardziej zmasowany poziom, w momencie, w którym Państwu Izrael najbardziej tego było trzeba. To znaczy w okresie, w którym – jak wykazuje Neve Gordon – po wybuchu Pierwszej Intifady w 1987 roku ostatecznie zrezygnowało ono nawet z pozorów „okupacji oświeconej” i wybrało w stosunku do okupowanej populacji politykę nagiej siły i wyłączenia jej spod ochrony jakiegokolwiek prawa. Tak radykalna polityczna zmiana wymagała intensyfikacji polityki wizerunkowej Państwa Izrael, roszczącego sobie pretensje do reprezentowania wszystkich Żydów i do roli moralnego spadkobiercy ofiar nazistowskiego judeocydu.

Kiedy Spielberg robił swój nieprzyzwoity film, gałąź kulturalna Holocaust Industry kręciła się w najlepsze od ponad dwóch dekad, były to jednak głównie książki, filmy dokumentalne i edukacyjne oraz „ambitna” telewizja (jak Shoah Lanzmanna) i przedsięwzięcia muzealne. Lista Schindlera uczyniła Holocaust movie gatunkiem kina prawdziwie popularnego, hollywoodzkiego, zdejmując z tego tematu krępujące do tamtej pory poczucie, że może jednak nie wypada.

5/ Nazwy są ważne

Nazwy są ważne. Norman Finkelstein wskazuje, że jest „holocaust”, i jest „the Holocaust” (The Holocaust Industry mam tylko w angielskim wydaniu, nie wiem, jak to jest rozwiązane w polskim przekładzie). Ten pierwszy, pisany małą literą i bez obowiązkowego rodzajnika definitywnie określonego, to według tego rozróżnienia realne wydarzenie historyczne, dokonane przez III Rzeszę z przemysłową wydajnością ludobójstwo europejskich Żydów w latach 1942-1945, z niezorganizowanym jeszcze, chaotycznym, „oddolnym” preludium na rubieżach podbitej przez nazistów Europy pod koniec 1941. „The Holocaust” natomiast to ideologiczny twór żerujący na historycznych cierpieniach europejskich Żydów, zasysający je na potrzeby irracjonalnej opowieści o „negatywnym sacrum”, do której zakazane jest przykładać racjonalne kryteria historycznej analizy.

Pamięć – tłumaczy Esther Benbassa – jest przeciwieństwem, wrogiem historii. Skazana na emocje, musi się bezustannie pobudzać, z czasem więc znajdować coraz mocniejsze bodźce. Pomaga celebrującemu ją podmiotowi zamknąć się w moralnej wieży z kości słoniowej, uwierzyć we własną wyjątkowość i nie zauważać żadnego innego cierpienia wokół, nie zauważać cierpienia zadawanego przez sam zbiorowy podmiot takiej pamięci. „Pamięć Holokaustu” historyczną analizę zastępuje kultem coraz bardziej uniemożliwiającym rozumienie realnych procesów historycznych i realnej dynamiki społecznej i politycznej systemu, który doprowadził do hitlerowskiego ludobójstwa europejskich Żydów; rozmywa te procesy w gęstej brei przesądów i emocjonalnych odruchów Pawłowa. To jest ten sam system, w którym wciąż żyjemy („kto nie chce mówić o kapitalizmie, powinien milczeć o faszyzmie”), dlatego jeżeli nie wysłuchamy z uwagą lewicowych krytyków „pamięci Holokaustu” (Finkelsteina, Benbassy, Sanda), to „pamięć Holokaustu” nie tylko nie zapobiegnie powtórkom z historii, ale to właśnie ona, z całym towarzyszącym jej irracjonalizmem ostatecznie sprawi, że kolejne wielkie ludobójstwa nowoczesności – naszego jej stadium – znowu wezmą nas z zaskoczenia. Znowu zorientujemy się, kiedy będzie już po fakcie. Znowu powiemy, że „nic nie wiedzieliśmy”.

W tym miejscu wróćmy jeszcze na chwilę do premiera Netanjahu i jego bulwersującego wystąpienia o tym, jak arabski mufti wkręcił Hitlera, który sam nic by podobnego nie wymyślił, w plan eksterminacji Żydów. Światowa opinia publiczna odpowiedziała na tę wypowiedź głównie stanem szoku i osłupienia. To rzeczywiście może być trudne: jak zareagować, kiedy żydowski polityk, premier „Państwa Żydowskiego”, de facto rozgrzesza i wybiela Hitlera? Ale nie jest to nic innego jak logiczna konsekwencja i kulminacja procesu obracania historycznej katastrofy nazistowskiego ludobójstwa Żydów w obsceniczną religię „pamięci Holokaustu”, z towarzyszącym jej zakazem myślenia historycznego i nakazem przeżywania wyłącznie w formie rytuałów złożonych z sekwencji emocjonalnych odruchów. W „pamięci Holokaustu”, jak w każdej religii, o zestawie dogmatów, o tym, co jest „prawdą wiary”, a co nie jest, decydują nie fakty historyczne a wola i widzimisię właściwego danemu kultowi Sanhedrynu. Wina Hitlera przenosi się z porządku faktów historycznych do tego samego porządku, co niepokalane poczęcie, istota Trójcy Świętej czy pochodzenie aniołów i Szatana. W przypadku „pamięci Holokaustu”, arcykapłanem stał się najsilniejszy w danym momencie polityk w Izraelu.

Nazwy są ważne. Dlatego obowiązek krytycznego przemyślenia „pamięci Holokaustu” musi obejmować też słowa, jakimi nazywamy to, o czym mówimy. Dlatego Finkelstein stosuje duże i małe ‘h’, oraz obecność i nieobecność rodzajnika określonego. Ja jednak skłaniałbym się ku tym opiniom (np. Benbassy), które w wątpliwość podają cały rzeczownik. Holokaust, termin wywiedziony z greckiej ofiary całopalnej, jest terminem religijnym par excellence. Podobnie jego dokładny hebrajski odpowiednik, Szoah, nazwa, która we Francji wyparła Holokaust (za sprawą Lanzmanna). Dlatego dobrze by było powalczyć o inną nazwę, taką, która zamiast otaczać się aurą religijną miałaby moc obiektywnej nazwy wydarzenia historycznego. Taka propozycja, autorstwa lewicowego historyka Arno Mayera, autora poświęconej hitlerowskiemu ludobójstwu Żydów pracy Why Did the Heavens Not Darken?, od dawna istnieje: judeocyd. W świecie anglosaskim stosuje ją dziś np. Tariq Ali. Dzięki takiemu słowu możemy mieć jasność, kiedy mówimy o historycznych faktach, a kiedy o tym ponurym kulcie, którego arcykapłanem jest dziś Netanjahu.

6/ Biedna polska lewica patrzy na Palestyńczyków

Lewica w Polsce nie ma w tej sprawie łatwego zadania. W Polsce nigdy nie udało się do końca wytępić prostackiego, XIX-wiecznego antysemityzmu i jego ideologicznych tropów, które wciąż nieźle się trzymają na prawym, katolicko-narodowym brzegu spektrum prasowego, gdzie wciąż niestrudzenie kompiluje się coraz to nowe listy „Żydów u władzy” i inne tego rodzaju atrakcje. Nie wspominając o szambie, jakim bywa nad Wisłą internetowy „komentariat”. Nie możemy nie pamiętać, że ostatni antysemicki pogrom nowoczesności miał miejsce w Kielcach. Że historia hitlerowskiego judeocydu zawiera w sobie także, między innymi, historię spontanicznego udziału w nim mieszkańców miejscowości takich jak Jedwabne. W historycznym polskim stosunku do Żydów wciąż znajdują się istotne obszary nagromadzonych przez pokolenia kolektywnych zaniechań, odmowy rozliczenia się z przeszłością, przyjęcia jej do wiadomości.

Nigdy nie wiemy, z czym zaraz wyskoczy któraś z gazetek Leszka Bubla – może nawet z tezą, że eksterminacja europejskich Żydów w latach II wojny światowej w ogóle nie miała miejsca, że to wszystko spisek, a obozy koncentracyjne i obozy zagłady do atrapy? W tej kategorii wszystko jest możliwe. Na codzień wielu z nas ignoruje istnienie takiej prasy, wciąż opłaca się ją jednak wydawać, ktoś to więc czyta. Ktoś to potem powtarza. W takich warunkach uprawianie krytyki religii „pamięci Holokaustu” oraz jej współczesnych funkcji ideologicznych i propagandowych ma wszelkie prawo wiązać się z obawą, że strzelamy kulą, którą nie wiadomo kto poniesie dalej. Że jeśli wypowiadać się będziemy nie dość precyzyjnie, to pomylą nas z towarzystwem, w którym naprawdę nie chcemy się znaleźć nawet w największym zamieszaniu, nawet na sekundę. Nie każdy ma wiedzę i talent, by mieć pewność, że zawsze wypowie się wystarczająco precyzyjnie. Nie każdy ma nerwy, by się zmagać z koniecznością manewrowania po tak zaminowanym polu.

Jakie wyjście znalazła więc z tej sytuacji polska lewica? Najgorsze z możliwych. Bojąc się, że poruszanie tematu zaszkodzi starym zaniechaniom postanowiła do starych zaniechań dołożyć nowe: do zaniechań w stosunku do przeszłości i jej ofiar dodać zaniechania wobec teraźniejszości i ludzi, którzy ofiarą rasistowskiej przemocy padają dziś lub najprawdopodobniej padną jutro. Nie dotykać nawet tych kwestii. Na polskiej lewicy krytyka „pamięci Holokaustu” wydaje się być obłożona bezwarunkowym zakazem myślenia; panuje przekonanie, że Holocaust Industry to jest jakaś prawicowa inwektywa lub teoria spiskowa (podczas gdy wydawcą książki Finkelsteina jest Verso, najważniejsze i najbardziej zasłużone współczesne lewicowe wydawnictwo świata anglosaskiego); skazanemu wyłącznie na polskie media odbiorcy może się wydawać, że żydowski rasizm i lobby izraelskie to również jakieś wymysły gazetek Bubla. Strategia uników i rozmyślnego trwania w zaniechaniu skutkuje tym, że Polska jest obok Niemiec chyba jedynym krajem europejskim, w którym solidarność z Palestyńczykami i krytyka Izraela nie mieszczą się na ideowej lewicy w porządku oczywistości – są przedmiotem kontrowersji, uników lub dzielenia włosa na czworo (z nieśmiertelnym „prawem Izraela do istnienia” w roli głównej).

Przykro mi, ale nie widzę, jak z lewicowego punktu widzenia można uznać zobowiązania w stosunku do przeszłości za ważniejsze niż zobowiązania w stosunku teraźniejszości i przyszłości. Poświęcić te ostatnie dla tych pierwszych.

W swoim niezwykle mocnym Liście do izraelskiego przyjaciela Akkas Al-Ali pisał w sierpniu 2014:

Któregoś dnia twoi przywódcy i bohaterowie zostaną osądzeni za wszystkie swoje zbrodnie, a deklaracja „Jestem syjonistą” spotka się z takim samym obrzydzeniem i potępieniem jak „Jestem nazistą”.

Ale osąd Historii nie ominie także tych, którzy widzieli, co się dzieje, ale z lenistwa, tchórzostwa lub konformizmu wybrali trwanie w grzechu zaniechania.

7/ Pamięć jest wrogiem historii

Noam Chayut pokazuje w swoim poruszającym pamiętniku, The Girl Who Stole My Holocaust, jak centralną rolę „pamięć Holokaustu” odgrywa w konstrukcji współczesnego izraelskiego i żydowskiego rasizmu. Holokaust to odziedziczony po przodkach „skarb”, który nosi w sobie i ma obowiązek pielęgnować każde żydowskie ciało. Uczyniwszy żydowskie cierpienie świętszym i w jakiś sposób ważniejszym, niż jakiekolwiek inne cierpienie, czyni następnie życie żydowskie świętszym niż inne i cieszącym się prawami, których – w warunkach konfliktu podobnych praw – można odmówić życiu nieżydowskiemu, jeśli tylko stanie ono na drodze. Holokaust jest źródłem, racją i uzasadnieniem żydowskiego ekskluzywizmu.

Czy ofiary hitlerowskiego judeocydu mogło po śmierci spotkać coś gorszego, jakiś bardziej szokujący przejaw braku szacunku, głębsze sponiewieranie, niż instrumentalizacja ich cierpienia i śmierci z rąk jednego rasistowskiego reżimu na propagandowe potrzeby kolejnego? Czy można czyjąś śmierć bardziej zbezcześcić?

Każdy rasizm, każda „rasa panów”, ma też swoich „zdrajców rasy”. Kilkuset żyjących spośród tych, którzy przetrwali hitlerowski judeocyd, w odpowiedzi na zbrodniczą ofensywę na Gazę latem 2014 wystosowało list otwarty ze swoim przejmującym protestem potępiającym działania Izraela. Szokująca kampania nienawiści, jaka spotkała ich za to ze strony izraelskiego społeczeństwa, przy nie zawsze tylko milczącej aprobacie klasy politycznej Izraela, doprawdy mroziła krew w żyłach. Dowiedzieli się, wśród innych bluzgów, że powinni byli „zdechnąć w Auschwitz”. Ich błąd, ich wina polegała na tym, że nie przyjmowali do wiadomości, że jedynym prawomocnym użytkiem politycznym z ich cierpienia w przeszłości jest dzisiaj dostarczanie ideologicznej zasłony dla rasistowskiej przemocy stosowanej współcześnie przez „Państwo Żydowskie”. Nie żaden – co oni sobie w ogóle wyobrażają? – uniwersalizm. Dla mnie osobiście uczestnictwo w oficjalnych obrzędach „pamięci Holokaustu” razem z funkcjonariuszami Państwa Izrael oznaczałoby także brak szacunku dla tych właśnie ludzi, tych kilkuset moralnie niezłomnych survivors.

Oczywiście, można powiedzieć, że uczestnicząc w obchodach „pamięci Holokaustu”, kierujemy się wartościami uniwersalizmu, prawdziwym szacunkiem dla prawdziwych ofiar nazistowskiego judeocydu i zupełnie odcinamy się od doraźnej instrumentalizacji tych obchodów przez Państwo Izrael. Oczywiście, że można tak powiedzieć. Powiedzieć można wszystko. Że Ziemia jest płaska, niebo jest zielone, a słonie to ptaki. Od mówienia Ziemia nie zrobi się jednak płaska, niebo nie zrobi się zielone, słonie nie zaczną latać. Ta instrumentalizacja to jest jedyna realna funkcja, jaką pełni dziś religia „pamięci Holokaustu”. Nie można uczestniczyć i jednocześnie nie mieć nic wspólnego z jedyną realną funkcją tego, w czym się uczestniczy.

***

Najwyższy czas z porządku „pamięci” przenieść holokaust w należne mu miejsce w porządku historii. Nie możemy już dłużej udawać, że nie widzimy, iż z ponurej religii „pamięci Holokaustu” nie wynikło nic dobrego. Stała się jedynie twardym rdzeniem nowego, wyjątkowo agresywnego rasizmu. Żydzi – noszący w sobie „skarb Holokaustu” jako źródło swej wyjątkowości – stali się w nim i za jego sprawą rasą panów, których niewielkie, ale potężne i okrutne państwo wzbudza podziw i zazdrość wszystkich Andersów Breivików tego świata.

Zapatrzeni w replikowane w nieskończoność obrazy cierpienia swoich przodków, współcześni Żydzi racjonalizują kompulsywną przemoc, jaką miota Państwo Izrael, narracją o zagrożeniu, które wciąż nad Żydami jakoby wisi. Powtórka z Zagłady jest w tej narracji cały czas możliwą ewentualnością, i to możliwą niemal „za chwilę”; przemoc Państwa Izrael ma więc charakter „zapobiegający” powtórce z historii, „obronny”, „prewencyjny”. Rzeczywistość tymczasem wygląda zupełnie inaczej niż ta narracja. Obozy koncentracyjne nie są dzisiaj wcale potencjalnością, która grozi sobą w niedalekiej przyszłości, jeśli nie podejmie się działań zapobiegawczych. One stanowią realną teraźniejszość, wyartykułowaną już w trybie oznajmującym a nie zaledwie warunkowym. Obozy koncentracyjne istnieją, a największym z nich jest Gaza. I jeśli w obozach koncentracyjnych naszych czasów pojawiają się faktycznie Żydzi, to na wieżyczkach strażniczych, skąd nie wahają się celować do dzieci. No bo cóż to za dzieci, przecież tylko arabskie.

Jarosław Pietrzak

Najważniejsza literatura:

  • Alain Badiou, Eric Hazan, L’antisémitisme partout – Aujourd’hui en France, Paris : La Fabrique, 2011.
  • Esther Benbassa, La Souffrance comme identité, Paris : Fayard, 2007.
  • Norman G. Finkelstein, The Holocaust Industry: Reflections on the Exploitation of Jewish Suffering, London – New York: Verso, 2000.
  • Noam Chayut, The Girl Who Stole My Holocaust, przeł. (na ang.) Tal Haran, London-New York: Verso 2013.
  • Norman G. Finkelstein, Beyond Chutzpah: On the Misuse of Anti-Semitism and the Abuse of History, London – New York: Verso, 2008.
  • Neve Gordon, Israel’s Occupation, Berkeley – Los Angeles – London: University of California Press, 2008.
  • Ilan Pappe, The Ethnic Cleansing of Palestine, Oxford: Oneworld, 2006.
  • Shlomo Sand, Comment j’ai cessé d’être juif. Un regard israélien, Paris: Flammarion 2013. Wydanie polskie pt. Dlaczego przestałem być Żydem. Spojrzenie Izraelczyka, Warszawa: Dialog 2014. (Cytaty w tekście są w moim przekładzie z wydania angielskiego, How I Stopped Being a Jew, London-New York: Verso 2014)
  • Shlomo Sand, Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski?, przeł. Hanna Zbonikowska-Bernatowicz, Warszawa: Dialog 2014.

Polub mnie na Facebooku

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Muzeum Ahistorii Żydów Polskich

Na początku otwartej niedawno wystawy stałej Muzeum Historii Żydów Polskich Polin jest las. Jak większość ekspozycji stałej – w postaci wizualizacji, projektowanych w tym wypadku na rozmieszczone w pierwszej sali tafle szklanych ekranów. Na tle obrazów drzew przesuwają się napisy – cytaty z średniowiecznych tekstów źródłowych.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Im dalej w ten las, im dalej w tę wystawę, tym więcej niepokojących pytań mi nasuwała. Jest to ekspozycja bardzo dziwna: jak na muzeum ze słowem „historia” w nazwie, materialnych śladów historii – wytworów bogatej przecież materialnej kultury polskich Żydów – nie ma w nim prawie wcale. Te, które jakimś cudem spotkał ten zaszczyt, stoją w przejmującej samotności, otoczone multimediami, wizualizacjami, modelami. Można mieć poważne wątpliwości, czy celem tej wystawy jest opowiedzieć historię Żydów polskich czy ją zastąpić plastikowo-cyfrowym symulakrum. Oczywiście, wiem, jaką odpowiedź mają na to twórcy realizacji tego rodzaju: chodziło o wystawę o edukacyjnym bardziej niż stricte muzealnym charakterze. A więc angażującą, trochę interaktywną, i tak dalej. Znam takie odpowiedzi, ale jakoś nie zawsze mnie przekonują. Tym, co robiło na mnie zawsze wrażenie na wystawach okresowych w Muzeum Brytyjskim (np. tej poświęconej nie tak dawno Wikingom), była zdolność ich kuratorów do wplecenia wizualizacji i modeli w rzetelnie zgromadzone i przedstawione, wartościowe i ciekawe obiekty. Wizualizacjom samym w sobie wystarczyłoby dziś udostępnienie ich w Internecie. Metoda zastępowania obiektów wizualizacjami i plastikiem osiąga w Polin „punkt konsternacyjny”, gdy docieramy do tego czerwonego pomieszczenia, w którym króluje w połowie przezroczysty plastikowy tron.

Jeżeli jednak zgodzimy się, że to tak miało być, i że to wszystko po to, aby wystawa stała jak najlepiej spełniała swoją funkcję edukacyjną w epoce, w której daliśmy sobie wcisnąć, że bez podobnych bajerów nie da się już dziś nikogo niczego nauczyć – to czego w takim razie uczy ta wystawa, jaki jest jej edukacyjny „kontent”? Czy rzeczywiście uczy historii polskich Żydów, czy raczej, podobnie jak to plastikowo-cyfrowe symulakrum zastąpiło materialne obiekty żydowskiej kultury, zastępuje historię czymś innym? Na przykład mitem albo „pamięcią” – z całym bagażem selektywności i tendencyjności jednego i drugiego?

Na samym początku, na tle wspomnianych obrazów wschodnioeuropejskiej puszczy, reprezentujących średniowieczną Polskę, przesuwają się przed nami pięknie cytaty ze starych ksiąg o tym, jak to Żydzi przyjechali do Polski, zaproszeni przez gościnnych władców. Tym cytatom nie towarzyszy żaden komentarz krytyczny, żaden komentarz historyczny, są wystrzeliwane w odbiorcę z zamiarem, że trafią w sieć kontekstualną już rozpiętą w jego wyobraźni. Ta sieć, w większości przypadków, jest tam już dawno rozpięta, tyle, że jest to sieć mitu, a nie historii.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Opowieść, która już czeka na te strzały, idzie mniej więcej tak: Żydzi dotarli do Polski, gdzie szukali/znaleźli schronienie przed przemocą, z którą się spotykali w chrześcijańskiej Europie, odkąd Rzymianie rozegnali ich na wieczną tułaczkę po świecie po stłumieniu żydowskiego powstania i zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej w I w. n.e. Prawda, że tak idzie ta opowieść? Nic nie poradzimy, każdy ją słyszał w różnych reiteracjach, od wczesnych lat życia. A co ona ma wspólnego z historią? Niewiele.

Żaden ze mnie historyk, ale uważam, że nie zwalnia mnie to z obowiązku hermeneutycznych podejrzeń, kiedy uderza mnie coś, co mnie do nich niejako wzywa.

Shlomo Sand jest za to profesorem historii, do tego godnym podziwu intelektualistą, i miał na ten temat parę słów do powiedzenia. Tych parę pięknie napisanych, mocnych słów nosi tytuł Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski?[1]. Wschodnioeuropejscy Żydzi nie przyszli do Europy Wschodniej z żadnej tysiącletniej tułaczki po wrogim im świecie. Wschodnioeuropejscy Żydzi pochodzą… z Europy Wschodniej. Polska leży na zachodniej krawędzi Europy Wschodniej, więc tu pewnie skądś przyszli, ale raczej z niedaleka, z terytorium dzisiejszej Ukrainy i Krymu, gdzie przez pewien czas we wczesnym średniowieczu istniało żydowskie (nawrócone na judaizm) królestwo: Kaganat Chazarski[2]. Żydzi nie tułali się po Europie przez całe średniowiecze rozpędzeni po świecie przez mściwych Rzymian za karę za stłumione powstanie (albo „przez Boga” za karę za nieuwierzenie w Chrystusa, jak chciałaby antyjudaistyczna tradycja chrześcijańska). Wypędzenie Żydów z Palestyny nigdy nie miało miejsca, nie jest faktem historycznym, jest mitem.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Żydzi przez co najmniej kilkaset lat intensywnie nawracali na swoją religię, judaizm miał też ogromną siłę przyciągania w warunkach kryzysu ideologicznego Cesarstwa Rzymskiego (rezultatem było, że 7-8% populacji Imperium Rzymskiego na początku naszej ery wyznawało judaizm[3], plus jeszcze ludzie, którzy praktykowali go częściowo). Żydowski prozelityzm ustał, gdy ostatecznie przegrali z jedną ze swoich sekt, która postanowiła wybić się na niepodległość, ogłaszając, że Mesjasz już był nadszedł i że ta doktrynalna różnica uniemożliwia rekoncyliację. Dopiero, gdy przegrał z chrześcijaństwem rywalizację o śródziemnomorski rząd dusz, judaizm zamknął się w twierdzy tożsamościowego eksluzywizmu, ale na marginesach ówczesnego świata wciąż poszukiwał konwertytów.

Że teorie o głównie wschodnioeuropejskim i północnoafrykańskim pochodzeniu większości współczesnych Żydów są dzisiaj przez wielu opatrywane obowiązkowymi adnotacjami o ich wyjątkowej kontrowersyjności (jeżeli w ogóle wspominane) – podkreśla Sand – wynika m. in. z tego, ile wysiłków i środków Państwo Izrael, świadome, jakie wyzwanie rzucają one standardowemu dyskursowi o jego „prawie do istnienia”, zainwestowało w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w wymazanie ich z podręczników. (Nie stroniąc od potężnego i na wielką skalę nadużywanego instrumentu przemocy symbolicznej, jakim jest piętnowanie wszystkich ideologicznych adwersarzy jako „antysemitów”; w wielu przypadkach sam fakt, że taka groźba wisi w powietrzu, jest wystarczającą bronią.)

No dobrze, ale ta pierwsza sala aż tyle przecież nie mówi? Może i wprost nie mówi, ale odniosłem nieodparte wrażenie, że wpisana jest w nią kalkulacja, co zwiedzający ma sobie dopowiedzieć, w jakim kierunku wyobraźnia odbiorcy ma donieść wystrzeliwane przez autorów kule.

Mam takie wrażenie, bo ta pierwsza sala ustanawia swego rodzaju „template”, według którego wymyślone zostaną następne. Muzeum dosłownie zadrukowane jest takimi opatrzonymi nikłym kontekstualnym czy krytycznym komentarzem, powyrywanymi z większych całości cytatami ze źródeł – od arabskich podróżników, przez żydowskich kronikarzy, po dokumenty prawa. Towarzyszą im za to ilustracje i modele, zawsze przywołujące to, co o żydowskiej historii już „wiemy”.

***

Polin (87)

Rozesłali Tatarzy i Kozacy zagony po Polsce, Rusi i Litwie […] Rusini od razu podnieśli bunt i mordowali panów i Żydów.

Ten akurat cytat z Natana Hanowera (kronika pt. Jewen macula czyli Bagno głębokie z 1653) dla Esther Benbassy, która jednakże przygląda się więcej niż dwu zdaniom, jest jednym z najlepszych przykładów na coś zupełnie innego niż dla twórców wystawy. „Kozacy zarzynali tak wielu Żydów i katolików, jak tylko się dało, bez rozróżnienia”[4] – podkreśla Benbassa, a Żydzi stali się celem nie ze względu na swoją etnoreligijną odmienność, a dlatego, że przyjechali tam jako urzędnicy na usługach polskich panów, przeciwko którym skierowane było powstanie Chmielnickiego. Ich żydowska tożsamość nie miała żadnego znaczenia w tych wydarzeniach i Kozaków w ogóle nie interesowała, a jedyną płaszczyzną, w której ten konflikt się rozgrywał, były stosunki władzy.

Esther Benbassa jest profesorą nowożytnej historii Żydów na paryskiej Sorbonie, a książka La Souffrance comme identité (‘Cierpienie jako tożsamość’)[5], do której się teraz odwołuję, została przez Académie française uhonorowana Prix Guizot.

Dla Benbassy kronika Hanowera jest przykładem na specyficzne manowce, na jakie od średniowiecza prowadziło coś, co dzisiaj nazywalibyśmy „polityką tożsamości” europejskich Żydów. W sytuacji niechęci, a nawet jawnej wrogości żydowskiej tradycji wobec badania i poznawania przeszłości, czyli wobec historii, zamiast historii przez stulecia kultywowana była „pamięć”. Historia vs pamięć – tak Benbassa ujmuje w swojej książce kluczową, brzemienną w skutki opozycję. Żydzi na porażkę judaizmu w rywalizacji z chrześcijaństwem odpowiedzieli intensyfikacją ekskluzywizmu własnej kultury – odtąd Żydem można się było tylko urodzić, z matki Żydówki. Stali się niezwykle istostnym Innym chrześcijańskiej Europy – bo choć wydali Chrystusa, czyli go „poznali”, to jednak nie przyjęli jego „Dobrej Nowiny”; to odróżniało ich od wszystkich innych Innych chrześcijańskiej Europy. Przypadła im przez to tragiczna rola urzędowego kozła ofiarnego, zawsze pod ręką, gdy wybuchła zaraza, spadło jakieś inne wielkie nieszczęście, albo możni lub kler katolicki chcieli gdzieś odwrócić gniew społeczny. Na to z kolei ich odpowiedzią było czerpanie specyficznej tożsamościowej pociechy z własnej zbiorowej zdolności do stawiania czoła wrogości otoczenia i trwania mimo prześladowań. Wehikułem tej tożsamościowej pociechy były zbiorowe praktyki takiej właśnie „pamięci”, w której cała historia Żydów przyjmuje postać żałobnej liturgii o antyjudaistycznych, a potem antysemickich prześladowaniach, w której pogrom i zmuszanie do przyjęcia chrztu stają się matrycami, w jakie wlewa się nawet te wydarzenia historyczne, które nie nosiły znamion ani jednego, ani drugiego (Hanower wzorował się na kilku starszych kronikach zupełnie innych wydarzeń). Więcej nawet, pogrom i zmuszanie do przyjęcia chrztu stają się razem matrycą historii Żydów w ogóle, historii Żydów jako takiej.

Ostatecznie stało się to nie tylko wyrazem cierpienia, ale i remedium na nie. Pocieszało ludzi bardziej niż sprawiało im ból. I umacniane było przez stulecia, na przestrzeni których Żydów dosięgało nieszczęście za nieszczęściem. Ale to w żadnym razie nie znaczy, że życie Żydów w średniowieczu było niczym innym jak tylko ciągiem prześladowań. To jest dalekie od prawdy[6].

Dalej Benbassa wyjaśnia, dlaczego jest to tak dalekie od prawdy. Ale mniejsza w tym momencie o to. Chodzi o to, że dla Benbassy kronika Hanowera jest przykładem tych mechanizmów. Dla twórców wystawy jest natomiast pozbawioną krytycznego komentarza, dokumentalną „relacją z wydarzeń”. Podobno wystawę przygotowało grono stu historyków. Co się stało z krytyczną lekturą źródeł jako podstawą historii jako nauki?

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Gdyby to były wyłącznie akademickie kontrowersje wokół paru kronikarzy sprzed kilkuset lat, to nie robiłoby to na mnie takiego wrażenia. Problem polega na tym, że ostatecznie stawki tego wszystkiego są jak najbardziej współczesne, co się staje jasne, gdy jesteśmy na wystawie już daleko w XIX wiek, stulecie, w którym Graetz et consortes uznali tożsamościową liturgię pamięci o cierpieniu skumulowaną w poprzednich stuleciach za podstawę akademickiej historii Żydów, tworząc jej „płaczliwą”, jak to nazywa Benbassa, wersję. Kiedy docieramy do powstania syjonizmu, zostaje on wprowadzony do narracji wyłącznie jako nurt intelektualny i polityczny stanowiący jedynie obronną odpowiedź na europejski rasizm w ogóle i antysemityzm w szczególności. Bez żadnych sugestii, że jednocześnie syjonizm sam w sobie również jest rasizmem. Żydzi, uświęceni stuleciami kierowanej przeciw nim z zewnątrz przemocy, mogą – wygląda na to – być jedynie przedmiotem rasizmu innych. Że stali się również jego podmiotem, jest świętokradztwem, na którego wyszeptanie twórcy wystawy nie mogli – sobie i zwiedzającym – pozwolić.

***

Benbassa tak pisze o świątyniach świeckiej religii „pamięci Holokaustu”, stanowiącej rdzeń współczesnej żydowskiej tożsamości (i – dodam – uderzającego w jej współczesnej postaci agresywnego partykularyzmu):

Nowa religia potrzebowała, by Żydzi bez przerwy wyobrażali sobie, że są w komorach gazowych albo na ich progu. Z tego punktu widzenia wizyta w którymś z muzeów holokaustu w Stanach Zjednoczonych jest niezwykle kształcąca. Muzea te przypisują zwiedzającym tożsamość Żydów, którzy zostali zagazowani lub w inny sposób zginęli w obozach. Komory gazowe, krematoria, wejścia do obozów są w nich odtworzone. Co więcej, komunikaty porozmieszczane przez niektóre z tych muzeów, miejsca, w których rytuał pamięci o ludobójstwie jest celebrowany, są przekazywane pośród emocji i wytwarzają jeszcze więcej emocji w odpowiedzi. Od zwiedzającego oczekuje się, by odczuwał wydarzenie, a nie by je zrozumiał. Patos dominuje nad świadomością. Jednak żeby nie zapomnieć, trzeba rozumieć; żeby rozumieć, trzeba umieścić wydarzenie z powrotem w kontekście, który uczynił je w ogóle możliwym. W istocie, by nie zapomnieć, potrzebujemy historii, a nie emocji, które zawsze umykają i trzeba ciągle je ożywiać, z rosnącą za każdym razem intensywnością. Dalej z kolei wynika z tego, że w takim stanie umysłu wyobrażenie sobie, że Żydzi i nie-Żydzi staną twarzą w twarz z własną odpowiedzialnością, tak aby zapobiec powtórzeniu się epizodów takiego barbarzyństwa, staje się niemożliwe. W procesie przerobienia w uniwersalną religię, której przesłanie daje się łatwo zrozumieć, pamięć ludobójstwa złożyła się, paradoksalnie, na deuniwersalizację Żydów, oddalając ich ich od innych, którzy cierpieli i ryglując ich wewnątrz ich własnego cierpienia.[7]

Wystawa stała w Polin nie posuwa się do takiej pornografii, by odtwarzać komory gazowe – budynek Rainera Mahlamäkiego jest z zbyt dobrym na to guście. Ale kiedy docieramy do II wojny światowej i do hitlerowskiego judeocydu, i tak okazuje się, że mimo wszystko znajdujemy się jak najbardziej w tym samym paradygmacie: przewagi emocji nad świadomością i próbą zrozumienia, co się stało w Europie w latach 1942-1945. Przestrzeń tej części wystawy powciskana jest w coraz bardziej nieprzyjemne, ciasne, opresywne pomieszczenia o nieregularnych kształtach, mających wywoływać ponurą grozę, poczucie osaczenia, klaustrofobię. Pojęcie „komór” mimo wszystko kołacze się po głowie.

No i wreszcie sekcja poświęcona okresowi PRL. Szokujące eksplozje antysemityzmu i jego cyniczna instrumentalizacja przez aparat partyjny spotykają się w tej ekspozycji z zasłużoną i niejako naturalną krytyką. Co jest bulwersujące, to przedstawienie jako oczywistego i bezproblemowego – niejako naturalnego – rozwiązania fali emigracji Polaków żydowskiego pochodzenia do Izraela. Podobnie jak wcześniej twórcy przemilczeli charakter syjonizmu jako nie tylko odpowiedzi na europejski rasizm, ale także jeden z wariantów samego tego rasizmu, tak samo przemilczane jest, że wybawienie Żydów ode złego w postaci emigracji do Izraela odbywa się czyimś kosztem. I to akurat kosztem ludu, który nie miał w stosunku do Żydów nic na sumieniu. (Sam pomysł, że we krwi można przez kilka tysiącleci nosić prawo do jakiejś ziemi, prawo, które przeważa nad prawem rodzin, które tam żyją i tę ziemię uprawiają od pokoleń, jest rasistowski par excellence, nawet gdyby entogenetyczna ciągłość między starożytnymi mieszkańcami Palestyny a współczesnymi Żydami nie była zupełną fikcją).

Palestyńczycy są najzupełniej nieobecni w zebranych tam materiałach i relacjach o emigracji do Izraela, nie ma po nich dosłownie żadnego śladu. Niczym w starych fantazjach ojców syjonizmu, ta ziemia była, w oczach twórców wystawy, „ziemią bez ludu” i czekała sobie pusta na żydowski „lud bez ziemi”. Ponieważ nieobecni są Palestyńczycy, można też było wymazać całą przemoc im zadawaną od samych narodzin Państwa Izrael, najpierw w wojnie, w której rodzący się Izrael zagarnął znacznie więcej niż i tak już skandalicznie niesprawiedliwy (na korzyść „Państwa Żydowskiego”) podział mandatowej Palestyny przez ONZ, w czystce etnicznej setek tysięcy Palestyńczyków w toku tej wojny, a potem w całym szeregu kolejnych najeźdźczych wojen i w nielegalnej okupacji Zachodniego Brzegu Jordanu i Gazy, która trwa do dzisiaj.

Ile rodzin Polaków pochodzenia żydowskiego, które wyjechały do Izraela, otrzymało od izraelskiego rządu materialne wsparcie, by osiedlić się na ziemi zagrabionej w toku tej przemocy rodzinom palestyńskim? Ilu palestyńskich cywilów członkowie tych rodzin zastrzelili, odbywając obowiązkową służbę wojskową w Cahalu? Ile z tych rodzin utrzymuje się z pracy w dziedzinach izraelskiej gospodarki bezpośrednio powiąznych z okupacją Zachodniego Brzegu Jordanu i Gazy (od uprawy zagrabionej ziemi, przez przemysł zbrojeniowy i technologie bezpieczeństwa, po różnego rodzaju usługi świadczone armii i instytucjom utrzymującym „porządek” okupacyjny)? Ale takich pytań oczekiwać można by tylko od placowki prawdziwie historycznej, podczas gdy Polin jest raczej świątynią żydowskiej „pamięci”.

***

Polin (21)

Cofnijmy się trochę i przyjrzyjmy wystawie z niejakiego oddalenia, by zebrać jej przekaz „do kupy”, jako swego rodzaju całościowy „łuk narracyjny”. Żeby to dobrze zrobić, warto się cofnąć na tyle, by objąć wzrokiem wystawę wraz z tym co ją poprzedza, z nastrojem, w jaki wrzucony jest zwiedzający, kiedy kieruje się do kolejki do wejścia na wystawę i musi w tej kolejce swoje odstać. Ściany wokół niego wyginają się jak fale. W prezentacji na stronie internetowej muzeum architekt Mahlamäki mówi o wyrwie, jaką eksterminacja polskich Żydów stanowi w ich tysiącletniej historii na tych ziemiach, więc można by pomyśleć, że właśnie o wyrwę chodzi. Ale o ile z zewnątrz to, co wcina się w zwartą bryłę muzeum w dość nieregularny sposób, rzeczywiście można czytać jako wyrwę, to bynajmniej nie wygląda tak już w środku. To są fale i skojarzenie, jakiemu trudno się oprzeć, to rozstępujące się fale Morza Czerwonego, dzięki którym Żydzi uciekają w Księdze Wyjścia z Egiptu.

Ponieważ odstawszy swoje pomiędzy tymi rozstępującymi się falami Morza Czerwonego, zwiedzający przechodzi w końcu do pierwszej sali wystawy, w której historia polskich Żydów zaczyna się od ich przybycia do pokrytego kniejami kraju, w rezultacie budowane jest wrażenie organicznej ciągłości między polskimi Żydami a starożytnymi plemionami, które jakoby uciekły z Egiptu. Żydowska tożsamość staje się w ten sposób tożsamością rozumianą esencjalistycznie, „rasowo”, zamiast jako fenomen z porządku transmisji kulturowej, a więc „pozaorganicznej”. To ma sens mniej więcej taki, jakby wystawę o historii Polaków zacząć od katakumb, w których ukrywali się przed prześladowaniami pierwsi chrześcijanie. Przykład ten pokazuje, że te same formy dyskursu tożsamościowego, które w odniesieniu lub wykonaniu jakiejkolwiek innej grupy, jakiegokolwiek innego zbiorowego podmiotu tożsamościowego, zostałyby przyjęte z konsternacją lub śmiechem, i spotkałyby się dziś z odruchową i zasłużoną krytyką przynajmniej z lewej strony spektrum ideologicznego, przechodzą niezauważone, kiedy mowa o jest o Żydach, bądź kiedy Żydzi opowiadają o sobie. Anything goes.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Wróćmy do wystawy. Kiedy pomost organicznej ciągłości między wyznawcami Jahwe, którzy pod wodzą Mojżesza uciekli z Egiptu, a Żydami, którzy w średniowieczu przybyli do Polski (w domyśle: po wielowiekowej tułaczce przez prześladujący ich świat chrześcijański), jest już przerzucony, widzimy, jak Żydzi trafili w tym pokrytym kniejami królestwie pod wyjątkową w skali europejskiej opiekę gwarantujących ich ochronę rozmaitymi dekretami monarchów.

To też jest zresztą mit, tym razem specyficznie polski – że status Żydów w średniowiecznej Polsce był wyjątkowy. Benbassa podkreśla, że Żydzi byli w średniowieczu raczej uprzywilejowaną mniejszością, która prosperowała w warunkach de facto sojuszu z klasami panującymi, przez wieki objęta w większości królestw i księstw feudalnej Europy różnymi ochronnymi dekretami panujących. To właśnie to uprzywilejowane położenie i przychylność dworów panujących wystawiały ich na akty przemocy, gdy dochodziło do tąpnięć lub dramatycznych przesunięć w kręgach władzy, pomiędzy różnymi siłami politycznymi w obrębie klas panujących, itd.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

W opowieści, którą nam snuje wystawa, okres spokoju pod opieką monarchów dobiega jednak i w Polsce końca. Również i tutaj dosięga Żydów odwieczna nienawiść chrześcijanskiego świata, która ciągnie się przez wieki łańcuchem przemocy. Ten łańcuch przemocy eksploduje w końcu hitlerowskim ludobójstwem europejskich, w tym polskich Żydów, przedstawionym jednak według emocjonalnych, antyintelektualnych przykazań religii „pamięci Holokaustu”. Ale po tym kulminacyjnym punkcie przychodzi wreszcie dziejowe zbawienie, choć niektórzy jego nadejście przyjęli w pełni do wiadomości dopiero w roku 1968. Tym zbawieniem jest „Państwo Żydowskie” powołane na „ziemi bez ludu” dla „ludu bez ziemi”. Żydzi tym samym mogą powrócić tam, dokąd kiedyś zaprowadził ich Mojżesz.

***

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin zmusza do postawienia całego szeregu pytań, których lewica w Polsce w swojej większości wydaje się zadawać niezdolna, zafiksowana na historycznym wyobrażeniu Żydów jako szczególnie uprzywilejowanej dyskursywnie ofiary i intelektualnie sparaliżowana poczuciem, że polska kultura i polskie społeczeństwo nigdy wystarczająco nie rozliczyły się z historią swojego antysemityzmu. Rzeczywiście się nie rozliczyły. Ale to poczucie powoduje, że pojawienie się takiej placówki jak Polin jest w środowiskach lewicowych przyjmowane niemal odruchowo w kategoriach nadrabiania tego rodzaju historycznych zaległości i emancypacji długo tłumionego żydowskiego żywiołu od tysiąca lat stanowiącego część polskiej kultury, który wreszcie odzyskuje należne mu miejsce. Czy jednak emancypacyjne i uniwersalistyczne intencje tak rozumujących osób nie zostają cynicznie przechwycone i de facto zaciągnięte na służbę wyjątkowo agresywnego partykularyzmu?

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Kiedy centralna wystawa takiego muzeum stanowi raczej utkane z mitów symulakrum, niż opowieść z porządku historii rozumianej jako nauka stawiająca pewne wymagania krytyczne, należy mieć odwagę zadać pytanie, które we Francji zadali Alain Badiou i Eric Hazan[8], a w Stanach Zjednoczonych Norman Finkelstein[9]: czy rzeczywiście o historię i rozliczenia z nią w tym wszystkim chodzi, czy może raczej o całkiem współczesne stawki propagandowe, współczesne interesy i legitymizowanie jak najbardziej współczesnych stosunków władzy? Np. o konstruowanie i podtrzymywanie wizerunku Żydów jako wiecznej ofiary, ofiary nad ofiarami, której cierpienie w negatywnym sacrum Holokaustu zyskało ostatecznie status świętszego niż jakiekolwiek inne ludzkie cierpienie – po to, żeby za pomocą pacyfikującej emocjonalnej siły takiego przekazu przesłaniać współczesną rzeczywistość bezwzględnej rasistowskiej przemocy Państwa Izrael w stosunku do ludności palestyńskiej i do jego arabskich sąsiadów? Państwa Izrael, które rości sobie tytuł do reprezentowania wszystkich Żydów, i bezkrytyczna identyfikacja z którym stanowi, jak zauważa Shlomo Sand[10], kluczowy element tożsamości dla rosnących rzesz Żydów w diasporze, którzy tą identyfikacją zastępują utratę więzi z realnie przeżywaną praktyką religijną judaizmu. Ta bezkrytyczna identyfikacja potrafi przejawiać się bardzo agresywnie – np. doprowadzeniem do kryminalizacji solidarności z Palestyńczykami (we Francji).

Czy nasz opór przed przykładaniem do żydowskich dyskursów tożsamościowych tej samej krytycznej miary, jakiej nie wahalibyśmy się stosować w stosunku do żadnego innego zbiorowego podmiotu, ma jakieś lepsze uzasadnienie, niż specjalna taryfa ulgowa przyznawana „szczególnie prześladowanej i dyskryminowanej mniejszości”? Bo teza, że Żydzi są dzisiaj, w drugiej dekadzie XXI wieku, szczególnie w Europie prześladowaną i dyskryminowaną mniejszością, jest po prostu niepoważna. Są dziś w Europie mniejszości dyskryminowane, a nawet prześladowane: społeczności muzułmańskie, Romowie, afrykańscy i azjatyccy sans papiers, by wymienić tylko kilka. Ale Żydzi z całą pewnością nie są jedną z nich. Czy ten opór nie jest w takim razie w gruncie rzeczy sam w sobie antysemicki, bo oparty na milczącym założeniu, że Żydów coś esencjalnie odróżnia i dzieli od reszty ludzkości, w związku z czym w stosunku do nich zawieszamy stadardy intelektualne (ale również etyczne, polityczne) obowiązujące w każdym innym kontekście?

Kolejne ważne pytanie, to czy takie realizacje jak muzeum Polin ze swą wystawą stałą (ale też np. nagły, dziesięć lat temu jeszcze zupełnie niewyobrażalny, wysyp polskich filmów o antysemityzmie i judeocydzie 1942-45) są faktycznie wyłomem w prawicowej narracji, która zajmuje hegemoniczne miejsce w polskim dyskursie publicznym i we współczesnej polskiej kulturze (jak odruchowo chciałaby to widzieć lewica)? Czy może są manifestacją zupełnie innego procesu: nadrabiania przez polską prawicę, która nic przecież w jakiś widoczny sposób nie traci ze swej hegemonicznej pozycji, ideologicznych zaległości w stosunku do prawicy na Zachodzie? A więc stanowią próbę włączenia w tę prawicową hegemonię, zgrania z nią czegoś, co już od dawna jest doskonale zintegrowaną częścią ideologii prawicowej (w tym jej szczepów otwarcie rasistowskich) we Francji, Wielkiej Brytanii, USA i wielu innych krajach: tego, co Ivan Segré nazwał „reakcją filosemicką”[11]? Zachodnia prawica, wpatrzona z podziwem w to, jak Państwo Izrael „radzi sobie z Arabami”, dawno już zamknęła niedobitki antysemitów starej szkoły wciąż (ku jej własnemu dyskomfortowi) obecne w jej szeregach w domenie folkloru forów internetowych, żeby tam się wyżywały z dala od prawdziwej polityki, aż do samotnej śmierci przed zaplutym monitorem.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Przypisy

[1] Wyd. polskie: Shlomo Sand, Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski?, przeł. Hanna Zbonikowska-Bernatowicz, Warszawa: Dialog 2014.

[2] Shlomo Sand, The Invention of the Jewish People, przeł. (na ang.) Yael Lotan, London – New York: Verso: 2010, s. 210-250. Cytuję na podstawie wydania angielskiego, bo tym dysponuję.

[3] Sh. Sand, The Invention…, s. 167.

[4] Cytuję na podstawie wydania angielskiego. Esther Benbassa: Suffering as Identity: The Jewish Paradigm, przeł. G. M. Goshgarian, London – New York: Verso 2010, s. 48.

[5] Wydanie francuskie: Esther Benbassa, La Souffrance comme identité, Paris : Fayard 2007.

[6] E. Benbassa, Suffering…, s. 42.

[7] E. Benbassa, Suffering…, s. 39-40.

[8] Alain Badiou, Eric Hazan, L’antisémitisme partout – Aujord’hui en France, Paris: La Fabrique 2011.

[9] Norman G. Finkelstein, The Holocaust Industry: Reflections on the Exploitation of Jewish Suffering, London – New York: Verso: 2000.

[10] Shlomo Sand, How I Stopped Being a Jew?, przeł. (na ang.) David Fernbach, London – New York: Verso 2014, s. 93 i in. Wydane już również po polsku przez Wydawnictwo Akademickie Dialog.

[11] Ivan Segré, La Réaction philosémite ou la trahison des clercs, Fécamp : Nouvelles Editions Lignes 2009.

Jarosław Pietrzak

Więcej zdjęć z muzeum Polin na moim fotoblogu Surface and Matter.

Eytan Fox i tolerancja jako ideologia… okupacji

Reżyser filmowy Eytan Fox (ur. 1964 w Nowym Jorku) jest jedną z gwiazd liberalnego nurtu współczesnej kultury izraelskiej, jak również wschodzącą gwiazdą międzynarodowej kultury gejowskiej. Warto się przyjrzeć dwóm jego sztandarowym filmom, nie wydanym jeszcze w Polsce, ale cieszącym się już statusem kultowych w światowym obiegu kina o tematyce LGBT. Warto – ze względu na ich poważne ideologiczne implikacje wskazujące szersze problemy współczesnej kultury.

Filmy Foxa charakteryzuje prowokacyjne (?) upodobanie do tematyki związanej z homoseksualizmem połączone ze strukturyzowaniem świata przedstawionego wokół wielokierunkowych osi złożonych i ostro zarysowanych konfliktów oraz raczej „przeźroczysty” styl konotujący „normalność” pragnienia homoseksualnego oraz zdefiniowanego przez to pragnienie podmiotu. Yossi and Jagger (2002) to melodramat gejowski zainscenizowany w otoczeniu izraelskiego posterunku wojskowego na okupowanych Wzgórzach Golan. Walk on Water (2004) to z kolei historia funkcjonariusza Mossadu, który podaje się za przewodnika i zaprzyjaźnia się z niemieckim rodzeństwem – po to, by dotrzeć do ich dziadka, który w III Rzeszy był aktywnym nazistą (z poglądów swoich zresztą – jak się potem widz dowiaduje – nigdy nie zrezygnował).

Yossi i Jagger

Uderzającym rysem pierwszego z tych filmów jest kompletna deproblematyzacja i zapoznanie samej funkcji posterunku wojskowego, w którym rozgrywa się ukrywany przed światem romans zewnętrznie chłodnego i zdystansowanego Yossiego z rozbrajającym i zabójczo przystojnym Liorem (ze względu na „showmańską” osobowość zwanym Jaggerem). Arabowie są tam jedynie widmem, które nie pojawia się nawet w kadrze, oddaje za to strzały, od których zginie jeden z kochanków, dzięki czemu historia ma uzyskać wymiar „tragizmu”, choć w istocie osiąga jedynie melodramatyzm.

Przypomniało mi się, co Slavoj Žižek napisał o Monachium Stevena Spielberga:

„W przeciwieństwie do prostackiego przeciwstawienia bohaterów dobrych bohaterom złym thrillery szpiegowskie z artystycznymi pretensjami pokazują ‘realistyczną złożoność psychologiczną’ postaci z ‘naszej’ strony. To ‘uczciwe’ uznanie naszej własnej ‘mrocznej strony’ nie tylko nie jest oznaką wyważonego ujęcia, ale wprost przeciwnie, skrycie uznaje naszą wyższość: jesteśmy ‘psychologicznie złożeni’, pełni wątpliwości, podczas gdy nasi przeciwnicy to jednowymiarowe, fanatyczne maszyny do zabijania. Na tym polega kłamstwo Monachium Spielberga – film ten chce być ‘obiektywny’, przedstawić moralną złożoność i ambiwalencję, psychologiczne wątpliwości strony izraelskiej, problematyczną naturę zemsty. To ‘realistyczne’ podejście jeszcze bardziej oczyszcza agentów Mossadu: ‘patrzcie, nie są tylko chodnymi zabójcami, ale istotami ludzkimi ze swoimi wątpliwościami – to oni wątpią, a nie palestyńscy terroryści…’.”[1]

Czy to nie właśnie z tego rodzaju strategią mamy do czynienia w filmach Foxa? Za pozorami obrazoburczego ataku na konserwatywne składniki żydowskiej (czy izraelskiej) kultury[2], wynikającej z tych konserwatywnych składników hipokryzji (rodzona matka Liora – jak sama mówi – nic nie wiedziała o o swoim synu i jego życiu) kryje się tu zbiorowy narcyzm dziubdziania w w psychologicznej złożoności „naszych”. Wpisany w film postulat „tolerancji” wobec homoseksualizmu zaciągnięty jest tu na służbę ideologicznego zadania wypierania winy za okupację terytoriów arabskich i zbrodni popelnianych na arabskiej ludności, na których opiera się izraelska prosperity. Wymazana odpowiedzialność za przemoc wobec Arabów redukuje tu ich cierpienie do zadania dramaturgicznego: bezpośrednio spowodują oni śmierć Liora, z której widz izraelski wyciąga taki pożytek, że – zamiast czuć się politycznie winny – może się wzruszyć złożonością emocjonalnej sytuacji „swoich”.

Jest jeszcze jeden poziom, na którym ten oficjalnie „obrazoburczy” film pełni funkcję ideologicznej autoafirmacji Izraela i wypierania jego winy. Umieszczenie akcji w urządzonym według „patriarchalnych” współrzędnych środowisku armii (która w Izraelu, co zresztą w filmie widać, nie jest wcale otoczeniem tak zmaskulinizowanym, jak w innych krajach) służy rozmyciu dość oczywistego faktu, że Izrael ma co prawda swoje hałaśliwe szeregi politycznie wpływowych grup ultrakonserwatywnej prawicy religijnej, suma sumarum pełnią tam one jednak funkcję raczej kulturowej dystrakcji i atrakcji, przede wszystkim generującej efektowne medialnie starcia o składniki nadbudowy, bo w rzeczywistości społeczeństwo to plasuje się w rzędzie najbardziej zsekularyzowanych i obyczajowo (w tym seksualnie) liberalnych na świecie. W tym kontekście specyficzne izraelskie „równouprawnienie” kobiet w armii oraz swoboda seksualna (kariera transseksualnej piosenkarki o pseudonimie Dana International nie jest w izraelskiej kulturze żadną transgresją, nawet „wewnętrzną transgresją” podtrzymującą status quo – ma ona charakter czystej afirmacji obyczajowego wyzwolenia stanowiącego składnik kulturowej samodefinicji Tel Awiwu) mogą również pełnić niejawną funkcję ideologiczną: „zobaczcie, jak nasza kultura szanuje wolność jednostki (każdy może spać z kim chce)! – a jak to wygląda u Arabów? kto tu jest więc dobry, a kto zły?” Pociąga to za sobą cały łańcuch ideologicznych konsekwencji, u których kresu okupacja i „polityka planowego zniszczenia” (mówiąc tytułem książki Michela Warschawskiego) jawią się jako uzasadnione mocą cywilizacyjnej, kulturalnej i etycznej przewagi nad dzikimi i fundamentalistami.

Spacer po wodzie

Samą pracę ideologicznego wypierania najlepiej jednak ujawnia drugi ze wspomnianych filmów Foxa, Walk on Water, do którego uwagi słoweńskiego lacanisty na temat Monachium Spielberga odnoszą się nawet jeszcze bardziej dosłownie, bo główny bohater, Eyal, pracuje tu w Mossadzie, a film zaczyna się sceną, w której z zimną krwią zabija on palestyńskiego tzw. terrorystę dosłownie na oczach jego dziecka i żony. Wątek palestyński powraca co jakiś czas w pierwszych partiach filmu. Będący pod upozorowanym na turystyczną opiekę szpiegowskim nadzorem bohatera młody niemiecki gej Axel (wnuk nazisty) ma romans – czy może raczej flirt – z młodym Palestyńczykiem. Temat ataków „terrorystycznych” ze strony Palestyńczyków powraca a to w telewizji, a to, gdy okazuje się, że z ich względu jakaś droga jest zamknięta, itd. Im dalej w film, tym wątek palestyński ulega coraz wyraźniejszemu spychaniu, aż z czasem znika całkowicie.

Dokładnie tak, jak to Žižek opisał na przykładzie Monachium, bohater, jeden z „naszych” – który w inicjalnej sekwencji zabił Palestyńczyka bez zmrużenia oka – zaczyna przeżywać różne rozterki. Samobójstwo żony sprawia, że nie potrafi już zabijać i nie będzie w stanie wykonać polecenia zabicia starego nazisty. Przezwycięża swoją niechęć i lęk przed homoseksualizmem, by zaprzyjaźnić się z niemieckim gejem, a potem dzięki temu znaleźć kobietę i założyć z nią nową rodzinę – film kończy się takim happy endem, zgodnie z klasycznym ideologicznym mechanizmem hollywoodzkiego „produkowania” pary i rodziny[3]. Wątek konfrontacji agenta Mossadu z flirtem bogatego Niemca z biednym Palestyńczykiem mógłby być wykorzystany do zmuszenia (izraelskiego) widza do konfrontacji z niewygodną prawdą rzeczywistości społeczeństwa ufundowanego na eksploatacji podbitych ziem i ich poniewieranych mieszkańców. Palestyńczyk wykonuje (jedyną dostępną mu) prostą pracę usługową, a jego wujek, handlarz odzieżą, jest bezbronny wobec wybuchu agresji dobrze sytuowanego Izraelczyka – kilka takich motywów dobrze dramaturgicznie skondensowanych mogłoby być znakomitym punktem wyjścia uruchamiającym prawdziwą krytykę społeczną, „krytykę krytyczną”, jak powiedziałby klasyk. Foxowi udaje się jednak rozmyć to dokumentnie w logice sprowadzającej wszystko do niedogodności konfrontacji różnic międzykulturowych, z których najlepiej wyjść opierając się o zaklęcia „tolerancji wobec odmienności”. Eyal ostatecznie zdaje egzamin z tego przedmiotu, bo zaprzyjaźnia się z gejem-wnukiem nazisty, a z wnuczką nazisty się ożeni i będzie miał dziecko. Zanim do tego dojdzie, w filmie dosłownie wszyscy całkowicie zapomną o Palestyńczykach. Dążeniem filmu jest uzyskanie dokładnie tego samego po stronie widza.

Film jest symptomatyczny także ze względu na inne ideologiczne „przeniesienia”, które się w nim dokonują. Chodzi mianowicie o perwersję etyki ponowoczesnej wcieloną w figurę Nazisty jako negatywnego sacrum, „Zła Absolutnego”. Nazizm był oczywiście złem krańcowym, problemem naszej współczesnej kultury jest jednak ideologia jego metafizycznej, negatywnej sakralizacji, która ma poważne konsekwencje. Należy do nich ukrywanie i rozmywanie wiedzy o tym, czym nazizm był naprawdę (a więc ekstremalną – ale wynikającą logicznie z mechaniki systemu – formą kapitalizmu w warunkach kryzysu tak głębokiego, „że stawiającego pod znakiem zapytania samą reprodukcję prostą istniejącego kapitału” [4]), a także funkcja etycznego wytrychu, który pozwala egzorcyzmować „nadwyżkę znaczenia” kapitalistycznej formy uspołecznienia (a chodzi przecież o tę samą „nadwyżkę znaczenia” tej samej formy uspołecznienia, która się ujawnia także w rasistowskim zarządzaniu Palestyńczykami za pomocą nadzwyczajnych dekretów i przez „politykę planowego zniszczenia”, którego padają ofiarą) w na poły mitycznej figurze hitlerowca, zwykle oczyszczonej z odniesień do funkcji, jaką ideologia NSDAP pełniła dla wielkiego niemieckiego kapitału i klasy jego posiadaczy, a sprowadzonej do kulturowej cechy „braku tolerancji”, tyle tylko, że najdalej posuniętego. Toteż i wszelkie Zło Braku Tolerancji zostanie w finale przepędzone w akcie przywracającego ład symboliczny rytualnego kolektywnego (bo dokonanego we dwójkę) mordu na starym naziście. Żeby sprawa nabrała „mitopodobnej” gęstości, dobrze się rymującej ze strategią negatywnej sakralizacji Nazisty, ostateczny gest odebrania mu życia wykona jego wnuk.

Nazista jest tu (co nawet w pierwszej chwili zaskakuje) przedstawiony jako przedstawiciel wielkiej burżuazji, a jego przyjęcie urodzinowe znów mogłoby być zaczynem „krytycznej krytyki”, gdyby nie… No właśnie: gdyby nie to, że ów „moment antyburżuazyjny” wydaje się w filmie możliwy tylko dzięki temu, że zawężony jest wyłącznie do społeczeństwa niemieckiego. Problem klas posiadaczy wielkiego kapitału, które – kiedy tego wymaga reprodukcja poszerzona tegoż kapitału – gotowe są finansować i realizować politykę systematycznej eksterminacji, został po prostu przeniesiony na zewnątrz, na Obcego. Kiedy Fox opisuje społeczeństwo izraelskie, pomija tę kwestię całkowicie; społeczeństwo to wydaje się u niego nie składać w ogóle z klas społecznych. Ciekawe, dlaczego…

Film ujawnia jeszcze jeden problem – i poraz kolejny czyni to nieświadomie, nie problematyzując go w najmniejszym stopniu. Problem ów to ideologiczna fiksacja Izraela na imperatywie ścigania nazistów. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie należy dążyć do ukarania winnych zbrodni przeciwko ludzkości takich jak Holocaust niezależnie od tego, jak dawno zostały popełnione. O co mi chodzi? O to, że Eyal dostaje od swoich przełożonych kategoryczny i bezwarunkowy rozkaz zabicia starego Himmelmanna – zamiast próbować go aresztować i doprowadzić przed sąd. Jakby był wciąż śmiertelnie niebezpiecznym człowiekiem, który w każdej chwili może kontynuować swoje dzieło zniszczenia. Tymczasem jest on już jedną nogą (i palcami drugiej) w grobie, niezdolny zrobić kroku bez kroplówki i asysty. Trudno sobie właściwie wyobrazić, dlaczego nie dałoby się postawić go przed sądem. Przyglądając się temu z perspektywy krytycznej zaczynamy się zastanawiać, czy aby ta fiksacja nie służy wypieraniu innego ludobójstwa, jak najbardziej teraźniejszego, które odbywa się na raty tuż za oknem; czy aby nie służy ona kompulsywnemu dorabianiu Państwu Izrael transcendentnej dziejowej misji Sędziego Historii, dzięki której ono samo może unikać znalezienia się w stanie oskarżenia.

Konformizacja kultury gejowskiej

To, co się odbywa na ideologicznym poziomie filmów Foxa, jest dla mnie ważne jako objaw szerszego problemu konformizacji kultury gejowskiej i jej akcesu do ideologii dominujących. „Przeźroczysty” styl Foxa, niespecjalnie w sensie stosowanych środków formalnych odbiegający od zwykłego filmu telewizyjnego, nie rzucający widzowi wyzwania w zakresie kodów estetycznych, wydaje się być także tego znakiem. A przecież nie tak znowu dawno temu gejowski komponent w kulturze miał solidny potencjał subwersywny i często angażował się w kwestionowanie status quo, łącząc problemy opresji obyczajowej i postulaty seksualnej emancypacji w łańcuchy ekwiwalencji z innymi postulatami i ruchami równościowymi (pouczający jest w tej kwestii Milk Gusa Van Santa). Dziś wydaje się, że kultura ta została w ogromnej mierze przechwycona przez elity, klasy dominujące i „średnie”, że postawy konformistyczne wzięły w niej górę i zdominowały tendencje wywrotowe. Euroatlantycka kultura gejowska, gdyby próbować spojrzeć na nią en masse, niespecjalnie wydaje się dziś stać po stronie słabszego. Postulaty emancypacji ustąpiły miejsca czasem pokrętnej, ale jednak afirmacji status quo i moszczeniu gniazdka wśród uprzywilejowanych – przez tych gejów, którym się „udało”. Ich kultura zdaje się nadawać następnie ton całej kulturze gejowskiej, choć – tak jak w każdej innej grupie określonej wedle apriorycznego, „esencjonalnego” wyznacznika tożsamości – beneficjenci neoliberalnego status quo znajdują się w niej w mniejszości. Większość osób homoseksualnych, zwiedziona fantazmatem wspólnej gay identity, kupuje ten konformizm jako swoją kulturę, z którą się identyfikuje. Jednocześnie neoliberalne elity włączają tę kulturę do nowych strategii legitymizacji swego ekonomicznego uprzywilejowania, strategii opartych na afirmacji „różnorodności” i „kulturowego otwarcia” elit[5], ożenionych ze zmanipulowanym przez twórców myśli neoliberalnej pojęciem wolności[6].

Jest rzeczą zdumiewającą, że dokładnie tak samo zachowuje się polska kultura gejowska, choć polskie elity polityczne i ekonomiczne w tej jednej kwestii bynajmniej nie spieszą się naśladować Zachodu i trzymają się starej, sprawdzonej metody zarządzania za pomocą opresji i represji. Jak politycznie środowiska LGBT zdominowane są przez neoliberałów w rodzaju Krystiana Legierskiego, tak kulturze artystycznej tych społeczności ton nadają postmodernistyczni reakcjoniści pokroju Michała Witkowskiego (Lubiewo to jedna z najbardziej konserwatywnych, w tym homofobicznych, książek, jakie w życiu czytałem). Polska jest jednocześnie jednym z tych miejsc, w których najwyraźniej było (– ?) przecież widać, jaką cenę środowiska LGBT mogą być zmuszone płacić za manowce kulturowego mariażu z ideologiami tych, którzy mają w późnym kapitalizmie władzę: cenę łatwości, z jaką owe elity mogą w razie potrzeby właśnie na mniejszości seksualne przekierowywać gniew pokrzywdzonych, mobilizując ich wokół innych fantazmatów tożsamościowych, np. tych oferowanych przez prawicę religijną. Ci nieliczni geje, którym się „udało”, w razie czego zamkną się przed tym gniewem w strzeżonych osiedlach, ale reszta nie będzie miała tej opcji.

Przypisy

[1] Slavoj Žižek, W obronie przegranych spraw, przeł. Julian Kutyła, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008, s. 19.

[2] W kategoriach ataku czy dekonstrukcji konserwatywnych składników żydowskiej kultury znacznie ciekawiej zapowiada się zaprezentowany w sekcji Certain Regard festiwalu w Cannes w 2009 roku film Einaym Phukot (Oczy szeroko otwarte) Haima Tabakmana.

[3] Zob. np. S. Žižek, op. cit., s. 61-70; Jakub Majmurek, Filmowa produkcja pary, “Krytyka Polityczna” nr 16/17, s. 144-156.

[4] Piotr Kendziorek, Antysemityzm a społeczeństwo mieszczańskie. W kręgu interpretacji neomarksistowskich, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2004, s. 30.

[5] Zob. Walter Benn Michaels, Wolność, braterstwo… różnorodność?, „Le Monde diplomatique – edycja polska”, luty 2009, s. 1, 14-15.

[6] Zob. Alain Bihr, Nowomowa neoliberalna, przeł. Agata Łukomska, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2008; David Harvey, Neoliberalizm. Historia katastrofy, przeł. Jerzy Paweł Listwan, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2008, s. 13-53.

 Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie na łamach miesiecznika „Le Monde diplomatique – edycja polska” (nr 11/2009)

Noam Chayut, Dziewczynka, która ukradła mi Holokaust

Dziewczynka, która ukradła mu Holokaust

Niezastąpione londyńsko-nowojorskie wydawnictwo Verso opublikowało właśnie w czerwcu bieżącego roku angielski przekład napisanego po hebrajsku (oryginał wydany w Izraelu w r. 2010) pamiętnika Noama Chayuta – pod angielskim tytułem The Girl Who Stole My Holocaust. Noam Chayut, urodzony w 1979 r., był oficerem armii izraelskiej na Terytoriach Okupowanych, czynnym w czasie Operacji Ochronna Tarcza. W roku 2003 r. opuścił Cahal, a potem przyłączył się do organizacji znanej jako Breaking the Silence, zbierającej świadectwa żołnierzy izraelskich o zbrodniach bezkarnie popełnianych przez nich samych i ich kolegów na wydanych na ich łaskę bezbronnych Palestyńczykach.

Pamiętnik Chayuta jest książką najzupełniej niebywałą, bo na głos wypowiada to, co wielu chciałoby pomyśleć, ale na wszelki wypadek zatrzymuje się w pół drogi, bo mało kto ma siłę walczyć z zawodowymi tropicielami „antysemitów”. Chayut myśl ową nie tylko wypowiada, ale też czyni centralną osią, wokół której konstruuje swój pamiętnik. Że istnieje jak najbardziej bezpośredni związek między quasi-religijnym kultem Holokaustu jako wydarzenia jedynego w swoim rodzaju i nowoczesnego sacrum a zbrodniami Państwa Izrael i współczesnym żydowskim rasizmem. Nie tylko izraelskim, a właśnie żydowskim. Za każdym razem, gdy na szkoły i szpitale w Strefie Gazy spadają pociski „broniącej się przed terrorystami” czwartej najpotężniejszej armii świata, żydowski rasizm manifestuje się np. tysiącami białych flag z błękitną gwiazdą wypływających na ulice Nowego Jorku w spontanicznym geście solidarności z dzielnie mordującymi cywili, kobiety i dzieci krzepkimi chłopcami z IDF.

Jak każe rozróżniać Norman Finkelstein, jest holokaust i jest “Holokaust”. To pierwsze to realna, historyczna zbrodnia monstrualnego ludobójstwa dokonanego przez III Rzeszę na żydowskiej populacji Europy. To drugie to ideologiczny twór, którym Państwo Izrael oraz związane z nim grupy lobbingowe w Ameryce Północnej i Europie Zachodniej cynicznie manipulują, przypisując mu nadzwyczajny i absolutnie wyjątkowy status w historii ludzkości. Twór, który instrumentalizują, by forsować interesy Państwa Izrael, nadawać swego rodzaju sakralną sankcję wszystkim jego poczynaniom i dyskursywnie uniemożliwiać proby przykładania do niego tej samej miary, jaka obowiązuje inne podmioty prawa międzynarodowego. Chayut pisze pamiętnik, nie powołuje się w nim na teoretyków, ale już od pierwszych kart wyczuwamy, że pisze o tym samym „Holokauście”, który dekonstruował Finkelstein.

Doktryna o historycznej wyjątkowości Holokaustu wpisuje się w rasizm euroatlantycki – wyjątkowo tragiczną wartość przypisuje jedynie tym ofiarom nowoczesności, które legitymizują się europejskim pochodzeniem, odsuwając na margines i do przypisów „kolorowe” ofiary cywilizacji Zachodu, a nawet „kolorowe” (tzn. romskie) ofiary tych samych nazistowskich ludobójstw w Europie. Chayut, na własnym przykładzie, literacko zajmuje się jednak rolą Holokaustu – tego ideologicznego, pisanego wielką literą – w konstrukcji współczesnego rasizmu żydowskiego. Rolą obsesyjnej kultywacji jego „pamięci” (procederu, w który wkręcane są wszystkie, również te najlepszymi chęciami motywowane, międzynarodowe uroczystości upamiętniające hitlerowskie zbrodnie na Żydach) w rasistowskiej indoktrynacji izraelskiej młodzieży. Żeby ta nie miała skrupułów, jak już wstąpi do Cahalu i będzie „musiała” znęcać się nad Palestyńczykami, strzelać do kobiet i dzieci, śpiewać potem o ich zabijaniu „żartobliwe” piosenki (Chayut je cytuje), a ciało właśnie zabitego Palestyńczyka wykorzystać do spontanicznej, przeprowadzonej ad hoc na ulicy, na której zginął, instruktażowej sekcji zwłok dla młodego izraelskiego personelu medycznego (i by następnie wiadomość o tym, na pierwszej stronie dziennika Haarec, nie wywołała żadnej społecznej dyskusji). A także w rasistowskiej indoktrynacji żydowskiej młodzieży na świecie, by – jak dorośnie – wpłacała pieniądze na Jewish National Fund i niestrudzenie reprodukowała w krajach, w których żyją, wizerunek Izraela jako „broniącego się przed egzystencjalnym zagrożeniem”.

Fraza „mój Holokaust” rytmicznie powraca na przestrzeni całej książki Chayuta. We współczesnym żydowskim rasizmie Holokaust jest tym najcenniejszym skarbem, jaki w sobie nosi i ma nosić każdy izraelski – ale, w miarę wcale dużych możliwości propagandowych projektu syjonistycznego, nie tylko izraelski – Żyd. Do wyhodowania w sobie tego skarbu wdraża go cały złożony system indoktrynacji państwowej, oficjalnych uroczystości, treningu szkolnego, sieci młodzieżowych organizacji, seansów Holocaust movies, czy obowiązkowych wycieczek do europejskich obozów koncentracyjnych, których nieukrywaną funkcją w izraelskim systemie edukacji jest podgrzewanie nacjonalistycznego podniecenia młodzieży i przygotowywanie jej do przemocy, którą wkrótce będzie miała za zadanie egzekwować, gdy dostanie do rąk broń. Holokaust i quasi-religia jego „pamięci” jest tym, co uzasadnia we wpółczesnym żydowskim rasizmie żydowski tytuł do wyjątkowości i do wyższości, żydowskie prawo do naginania, zawieszania czy lekceważenia norm moralnych, prawnych i politycznych obowiązujących w stosunku do tych wszystkich, którzy skarbu Holokaustu w sobie nie noszą. Skarb Holokaustu jest tym, co decyduje, że stare otomańskie prawo ma znaczenie, jeśli na jego podstawie można palestyńską rodzinę wyrzucić z jej ziemi, a znaczenia nie ma, gdy dokładnie tym samym tureckim edyktem Palestyńczycy usiłują bronić prawa do pozostania na swojej ziemi. Rytualne No, ale Holokaust… No bo przecież Holokaust…– zamyka każdą dyskusję, powstrzymuje nawet przed zadawaniem pytań, działa jak „zakaz myślenia”. A łzy ronione poraz enty nad Listą Schindlera spadają na Palestyńczyków ołowiem i białym fosforem.

Chayut pisze swój pamiętnik w znacznej mierze w formie apostrofy do tytułowej „dziewczynki, która ukradła mu jego Holokaust”. Palestyńskiej dziewczynki, której imienia nigdy nie poznał, ale za to nigdy nie zapomniał jej spojrzenia. W jej oczach, pomiędzy które wycelował swój karabin, zobaczył strach, którego wspomnienie urosło w nim z czasem tak, że zmusiło go do całkowitej redefinicji swojego miejsca w świecie i odrzucenia wszystkiego, co wtłoczyla weń oficjalna ideologia „państwa żydowskiego”. Dziś Chayut dzieli swoje życie na tę część, kiedy, jak każdy dobrze wychowany żydowski nacjonalista, miał ten swój najcenniejszy skarb, „swój Holokaust”, oraz część po jego utracie, kiedy zrozumiał bezrefleksyjność i wszechobecność rasizmu przenikającego każdy dzień jego dotychczasowego życia, a usprawiedliwiającego się zawsze nadużywanymi bez skrupułów historycznymi cierpieniami europejskich Żydów.

„…odebrała mi wiarę, że w świecie istnieje absolutne zło. Odebrała mi wiarę, że mściłem zniszczenie mojego ludu przez absolutne zło, że z absolutnym złem walczyłem. Dla tej dziewczynki to ja ucieleśniałem absolutne zło. […] A odkąd dotarł do mnie fakt, że w jej oczach to ja byłem absolutnym złem, absolutne zło, które kierowało moim życiem, zaczęło się rozkładać.

I od tamtego czasu zostałem bez mojego Holokaustu.” (s. 63)

Jarosław Pietrzak

Noam Chayut, The Girl Who Stole My Holocaust, przeł. Tal Haran, London: Verso 2013.


Tekst ukazał się pierwotnie pt. „Pamiętnik okupanta” w miesięczniku „Le Monde diplomatique – edycja polska„, nr 8 (90), sierpień 2013.