Kryzysu dyplomatycznego nie było

Za sprawą ustawy o IPN polscy antyfaszyści o mały włos nie znaleźli się w Warszawie w kuriozalnym położeniu: zmuszeni do obrony przed polskimi rasistami ambasady najbardziej rasistowskiego państwa świata; do obrony przed tymi, którym faszyzm w Polsce dopiero się marzy – ambasady państwa będącego wzorem i ideałem dla rasistowskiej, faszyzującej prawicy na całym świecie. Tej w Polsce też, tylko ta polska jeszcze nie wymyśliła, jak przezwyciężyć wewnętrzną sprzeczność między podziwem dla bezwstydu, z jakim Izrael stosuje przemoc wobec „niewłaściwej rasowo” ludności na kontrolowanym przez siebie terytorium, a własnym „tożsamościowym”, „organicznym” przywiązaniem do tropów antysemickich.

Czy profesora Zybertowicza MaBeNa to nie ma być taka polska Hasbara? Czy Instytut Solidarności i Męstwa nie jest pomyślany jako polskie Jad Waszem? Czy ministra Glińskiego i innych prawicowców marzenia, by polskie kino podbiło wyobraźnię światowej publiczności epickimi filmami rozpamiętującymi widowiskowo polskie męczeństwa historyczne nie biorą się z zazdrości o kapitał polityczny zbity przez Izrael na eksploatacji obrazów hitlerowskiego ludobójstwa Żydów? Czy pozywanie zagranicznych dziennikarzy i polityków za „szkalowanie Polski” nie byłoby takim trochę izraelskim lawfare na miarę naszych możliwości? Czy polski rząd nie kupuje od Izraela technologii wojskowych przetestowanych przez to państwo na Palestyńczykach (a także Syryjczykach czy Libańczykach)?

Kryzys-widmo, kryzys-ściema

Do konfrontacji antysemitów z antyfaszystami i antyrasistami przed ambasadą Izraela w Warszawie 31 stycznia nie doszło, bo wojewoda ze względów bezpieczeństwa zablokował możliwość demonstrowania komukolwiek. Sądzi się szeroko, że było to motywowane obawą rządu Prawa i Sprawiedliwości przed konsekwencjami obrazów z takiego wydarzenia dla wizerunku Polski na świecie oraz przed ryzykiem dalszej eskalacji „kryzysu dyplomatycznego” wywołanego przez ustawę o IPN. Paradoksalnie decyzja ta chwilowo uchroniła również i lewicę, która miała zamiar stawić się tam z antyfaszystowską kontrdemonstracją, przed ciężkim problemem wizerunkowym i symbolicznym. Jaką przekonującą i spójną narrację antyrasistowską można by skutecznie proponować, gdyby z wizerunkiem antyfaszystowskiej lewicy na trwałe zrosły się obrazy – bo pewnie doszłoby do aktów przemocy – „bohaterskiej obrony” ambasady najbardziej rasistowskiego dziś państwa na świecie?

A jeśli żadnego „kryzysu dyplomatycznego” nie było? Co najwyżej drobna scysja w wielkiej rodzinie współczesnej rasistowskiej prawicy? A może nawet komedia dawno przygotowana i odgrywana przez obydwie strony, polską i izraelską? W której to komedii co najwyżej jakiś drobny szczegół wyrwał się czasem spod kontroli?

Liberalna prasa rozpisuje się o tym, że Kaczyński usiłuje konsolidować władzę swojej partii i neutralizować napięcia wewnątrzkrajowe przez odwracanie społecznej uwagi w stronę coraz to nowych zewnętrznych wrogów. Wygląda to wszystko, jakby nikt w polskiej prasie nie wiedział lub nie pamiętał, że polski rząd podpisał z rządem izraelskim w listopadzie 2016 roku Memorandum of Understanding, którego postanowienia wiszą po dziś dzień na stronach izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, po angielsku. Wynika z nich, że Izrael już wtedy przyjął doskonale do wiadomości, że Polska będzie walczyć z „Polish death camps” i innymi formami tego, co Warszawa uważa za oczernianie naszego narodu i zniekształcanie historii II wojny światowej.

Jeżeli Polska nie przestanie kupować izraelskiego uzbrojenia i głosować po myśli Izraela w Zgromadzeniu Ogólnym i Radzie Bezpieczeństwa ONZ, będzie to pośredni dowód, że żadnego kryzysu nie było; wszystko, co najważniejsze, od dawna było obgadane, reszta to farsa dla gawiedzi i ściema dla żurnalistów w obu krajach. „Haaretz” właśnie podaje, że Izrael chce być gospodarzem szczytu państw Grupy Wyszehradzkiej.

Odświeżona cnota premiera Netanjahu

Rząd Binjamina Netanjahu i konstelacja powiązanych z nim organizacji nie mają żadnych problemów z utrzymywaniem przyjaznych stosunków z rządami i partiami politycznymi innych państw, w których szeregach brylują otwarci antysemici (administracja Trumpa, rząd Orbana na Węgrzech, skrajna prawica w Austrii). Tak długo, jak ten antysemityzm jest dodatkiem do odgrywającego główną rolę, kluczowego dla interesów Izraela, rasizmu wymierzonego w muzułmanów i Arabów. Antysemityzm, prawdziwy lub wyssany z palca (jak „antysemityzm w Labour Party”, kryzys wysmażony z niczego przez izraelskich agentów), przydaje się też do skłaniania miejscowych Żydów do emigracji do Izraela (Netanjahu marzy o takiej fali zwłaszcza z Francji).

W plemiennej, zerojedynkowej przestrzeni polskiej polityki, zdemolowanej ćwierćwieczem dominacji dwóch pozornie rywalizujących narracji, neoliberalnej i katolicko-narodowej, wszystko działa na zasadzie: kto nie z nami, ten z PiS; kto przeciwko PiS, ten z nami. Tak więc wszystko, co się podniosło przeciwko ustawie o IPN czy przy tej okazji przeciwko rządowi PiS, zostało automatycznie i bezrefleksyjnie połączone w jeden zestaw wartych tyle samo głosów słusznego oburzenia. Netanjahu i inni politycy najbardziej rasistowskiego państwa świata stali się nagle głosem jakiejś uniwersalnej etycznej wyroczni. Przy całej odrazie, na jaką zasługują ONR i Młodzież Wszechpolska, a także cynicznie manipulujący rasistowskimi motywami PiS, nikt w tych organizacjach nie ma jednak na sumieniu nawet ułamka zbrodni, jakie obciążają premiera Netanjahu. Naftali Bennett, którego wizyta w Polsce została anulowana, jako bohater wywiadu „Tygodnika Powszechnego” moralizuje o tym, jak źle się dzieje, gdy zaczynamy manipulować historią, nieniepokojony przez szlachetne pismo takimi drobiazgami, jak jego stosunek do rasistowskiej przemocy uskutecznianej przez jego rząd dzisiaj. Bennett jest ministrem edukacji w kraju, w którym ze szkół usuwa się powieści o żydowsko-arabskiej miłości i zakazuje się nauczania prawdy historycznej o krwawych czystkach etnicznych. Tych, które w latach 1947-48 położyły podwaliny pod Państwo Izrael i zrodziły nigdy nie rozwiązany problem milionów palestyńskich uchodźców. Bennett jest też jednym z najaktywniejszych orędowników czystek etnicznych prowadzonych przez Izrael obecnie na Zachodnim Brzegu Jordanu.

Nieszczęściem kraju z lewicą sprowadzoną do parteru, zredukowaną do wąskiego marginesu, pozbawioną zasobów jest, że z pozycji swojej słabości zbyt często i zbyt łatwo – z rozpędu, pośpiechu lub zmęczenia – lewica ta reaguje odruchowym oburzeniem i podłącza się do plemiennej dynamiki polskiego pola politycznego. Skoro zły rząd PiS wywołał gniewną reakcję ze strony izraelskich polityków (która i tak była ściemą), to nagle Binjamin Netanjahu, Naftali Bennett i Jair Lapid stają się moralnymi wyroczniami nawet dla lewicy, z jakiegoś powodu zawieszamy polityczną ocenę pozycji, z jakich oni sami się wypowiadają (powtórzmy – jeszcze bardziej rasistowskich niż pozycje PiS). Skoro PiS mógłby (choć to na pewno ściema) doprowadzić do pogorszenia stosunków dyplomatycznych z Izraelem, to nagle staje się to bardzo dla nas wszystkich cenne, żebyśmy mieli świetne stosunki.

Rasizm Państwa Izrael

Izrael jest jedynym współczesnym państwem, które otwarcie i bez żenady segreguje swoją populację (populację, nad którą ma władzę) na podstawie jej etnoreligijnego pochodzenia – na kategorie zróżnicowane pod kątem biernych i czynnych praw wyborczych, praw społecznych i ekonomicznych, a nawet prawa do życia, które w przypadku Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych nie podlega żadnej ochronie przed przemocą ze strony izraelskich żołnierzy czy osadników. Kilka dni temu izraelski „Haaretz” podał, że izraelscy żołnierze urządzili sobie safari na palestyńskiego nastolatka, ścigając go samochodami i celując mu w głowę. Chłopak zginął. Możemy być pewni, że nikt za to nie odpowie, bo jak Neve Gordon pisał już w 2008, od 1987 (od Pierwszej Intifady) izraelscy żołnierze z zasady nie są pociągani do odpowiedzialności za zabijanie Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych, nawet za zabijanie dzieci. Przemoc taka w ostatnich miesiącach uległa jedynie intensyfikacji. Jest dopiero luty i już troje dzieci w tym roku dostało kulę w głowę za rzucanie kamieniami. Izrael usiłuje obecnie doprowadzić do reeskalacji wojny w Syrii (w której wywołaniu odegrał jedną z głównych ról) oraz jej rozszerzenia na inne państwa regionu (Iran i Liban). W planie globalnym, jak wykazuje Jeff Halper, Izrael jest jednym z kluczowych punktów autorytarnego, faszyzującego dryfu, z jakim mamy obecnie do czynienia w nawet tradycyjnie silnych demokracjach liberalnych. Od Stanów Zjednoczonych po Indie, Izrael jest bowiem globalnym dostawcą technologii (od zbrojeniowych po polityczne) sprawowania brutalnej, urasowionej władzy w warunkach permanentnego kryzysu społecznego.

Nie ma żadnego powodu, by polska lewica martwiła się pogorszeniem stosunków z Izraelem. Obowiązkiem każdej szanującej się, ideowej lewicy jest żądanie ich pogorszenia. Degradacji stosunków dyplomatycznych do poziomu konsularnego (jak uczyniła RPA), odmowy akredytacji ambasadorów z rasistowskimi życiorysami (jak Brazylia), lub całkowitego zerwania stosunków (jak Kuba, Boliwia czy Maroko). Dopóki Izrael nie przestanie sobie urządzać kpin z prawa międzynarodowego, a izraelski apartheid i okupacja Terytoriów Palestyńskich nie upadną.

Precz z rasizmem – polskim i izraelskim

Organizatorzy niedoszłej kontrdemonstracji z warszawskiego Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego mieli trafne przeczucia i początkowo w informacji na stronie wydarzenia na Facebooku podkreślali, że stawiają opór polskiemu antysemityzmowi, jednocześnie odcinając się od polityki Izraela, przed którego ambasadę zamierzali się zejść nacjonaliści. Szybko musieli ten opis zmienić, usuwając z niego frazy krytyczne wobec Izraela, gdyż zostali zbombardowani wyrazami oburzenia płynącymi z lewicy. „Jak tak można akurat teraz?!”

Tymczasem było to jedyne odpowiedzialne i spójne antyrasistowskie stanowisko. Byłoby ono przyjęte jako oczywiste w każdej analogicznej sytuacji. Wyobraźmy sobie, że skrajna prawica organizuje islamofobiczną demonstrację przed ambasadą Arabii Saudyjskiej, bo akurat tę ambasadę znaleźli i potrafili sprawdzić, że jest to z całą pewnością kraj muzułmański. Czy antyfaszystowska lewica musiałaby się tłumaczyć ze słów, że wychodzi z kontrdemonstracją przeciwko islamofobom, co nie znaczy, że broni polityki Arabii Saudyjskiej (zbrodnie wojenne w Jemenie, monstrualne liczby wyroków śmierci, itd.), a organizacja tej demonstracji akurat tam jest jedynie skutkiem głupoty narodowców? Wydaje mi się, że zostałoby to przyjęte z naturalnym zrozumieniem. Przyzwoity politycznie człowiek potępia i Arabię Saudyjską, i islamofobię.

Musimy mówić głośne nie zarówno antysemitom w polskim sejmie, w polskim rządzie i na ulicach polskich miast, jak i systemowemu rasizmowi Państwa Izrael. Być przeciwko jednemu i drugiemu, jednocześnie i nieprzerwanie, bez okresów ochronnych. Stosowanie wobec Izraela wiecznego „ekscepcjonalizmu”, traktowanie go jako wyjątku od zasad poza nim uniwersalnych, kompromituje tylko taki antyrasizm i antyfaszyzm. Nie można być wiarygodnym antyrasistą i milczeć o najbardziej rasistowskim państwie świata, którego nasz kraj jest niezawodnym sojusznikiem. To trochę tak, jakby być za zniesieniem niewolnictwa, ale nie ruszając plantacji, bo kupujemy ich cukier i bawełnę.

Walka z polskim antysemityzmem przy jednoczesnym otaczaniu dyskursywnym kordonem ochronnym takiego państwa jak Izrael nie jest żadnym antyrasizmem. Jest jedynie balansowaniem – na ich warunkach – pomiędzy dwoma komplementarnymi nurtami rasizmu: jednym lokalnym i zaściankowym, zrodzonym z szamba historycznych atawizmów zapóźnionych peryferii, a drugim kosmopolitycznym i o globalnych ambicjach, uzbrojonym w PR, lawfare, setki głowic atomowych i nanoroboty, cieszącym się uprzywilejowanymi stosunkami z innymi brutalnymi mocarstwami, wespół z którymi spogląda bezczelnie w przyszłość, by w niej zbudować piekło w wersji high-tech. Naszym obowiązkiem jest równoczesne i zdecydowane odrzucenie ich obu.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na portalu Strajk.eu 17 lutego 2018.

Foto: Łukasz Zaręba (Jerozolima, 2018)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Reklamy
Londyn, 9 sierpnia 2014, demonstracja solidarności z Palestyną

Sprawa palestyńska w epoce prezydenta Trumpa

Wielu sympatyków i obserwatorów sprawy palestyńskiej, nie wspominając o samych Palestyńczykach, z przerażeniem spogląda w przyszłość pod znakiem nowego lokatora Białego Domu. Donald Trump jest najbardziej obscenicznym zwolennikiem najbardziej prawicowych tendencji w polityce Państwa Izrael, jaki kiedykolwiek zasiadał w Gabinecie Owalnym. Zapowiedział, że da wolną rękę ekspansji żydowskich osiedli na Okupowanych Terytoriach Palestyńskich (jednoznacznie nielegalnych z punktu widzenia prawa międzynarodowego) i przeniesie ambasadę USA z Tel Awiwu do Jerozolimy. To ostatnie oznaczać będzie uznanie Jerozolimy za stolicę tego państwa. Jak dotąd żadne państwo ani instytucja prawa międzynarodowego nie uznała izraelskich pretensji do Jerozolimy jako stolicy kraju, prawo międzynarodowe zakazuje bowiem zdobywania terytorium w drodze wojny, a tak Izrael zajął wschodnią część miasta w 1967, wraz z resztą Zachodniego Brzegu.

Szeroko mówi się więc o ostatecznej śmierci projektu dwóch niezależnych państw (two-state solution), jednego żydowskiego, drugiego arabskiego, na terytorium historycznej Palestyny. Stanowisko Trumpa oznacza bowiem akceptację Waszyngtonu dla permanentnej okupacji, faktycznej aneksji terytoriów zajętych w 1967 i pozbawiania Palestyńczyków elementarnych praw człowieka.

Byłaby to jednak prawda pod warunkiem, że przed nadejściem Trumpa two-state solution było jeszcze żywe.

Jednak w ciągu trwającej już pół wieku okupacji (najdłuższej okupacji w nowoczesnej historii ludzkości), a zwłaszcza na przestrzeni ostatnich dwóch dekad, Izrael dokonał tak gruntownej i całościowej transformacji przestrzeni na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych, że utworzenie tam drugiego państwa od dawna nie było już w żaden sposób do zrealizowania. Mrożącą krew w żyłach panoramę i analizę tego przekształcenia stanowi książka Eyala Weizmana Hollow Land. Grabież palestyńskiej ziemi, na której wznoszone są osiedla tylko dla Żydów, na szczytach wzgórz, z których ich mieszkańcy, często wabieni zachętami ekonomicznymi z żydowskich społeczności byłego ZSRR lub z USA, mogą obserwować i terroryzować znajdujące się na stokach i w dolinach poniżej osady palestyńskie, ich uprawy i pastwiska. Dostępne tylko dla Żydów drogi łączące te żydowskie osiedla między sobą i z terytorium Izraela właściwego (tego w granicach sprzed 1967 roku). Gęsta sieć murów, checkpointów i innych fizycznych przeszkód rozrywających możliwość codziennego kontaktu pomiędzy bliskimi nawet miejscowościami palestyńskimi. Pomimo iż zachodni dyplomaci nie ustawali od lat w powtarzaniu frazy two-state solution, żeby wyglądało, że coś robią, to nikt nie przedstawił żadnego sposobu, w jaki tak poszarpane, szczątkowe terytorium można by obrócić w spójne i zdolne do funkcjonowania państwo.

Co jeśli projekt dwóch państw umarł już w Oslo w 1993 roku? Jego trup siedział od tamtego czasu przy stole, a wszyscy odgrywali ponurą, niekończącą się farsę, w której udawali, że wierzą, że żyje?

Kiedy wszyscy trąbili w fanfary ku czci Icchaka Rabina, Szimona Peresa i Jasira Arafata, a także Billa Clintona jako patrona porozumień z Oslo, znaczące votum separatum przyszło ze strony jednego z największych – nie tylko palestyńskich – intelektualistów XX wieku, Edwarda Saida. Autor Orientalizmu nie miał wątpliwości, że porozumienia są palestyńską kapitulacją, „palestyńskim Wersalem”. Że znormalizują izraelską okupację i dostarczą Izraelowi efektownej fasady, za którą, z dala od kamer telewizyjnych, umocni się tylko kontrola okupanta nad wszelkimi wymiarami życia Palestyńczyków, tyle tylko, że za pośrednictwem ustanowionej w Oslo Autonomii Palestyńskiej znaczny ciężar okupacji (utrzymanie porządku, zapewnienie podstawowych dóbr utrzymujących ludność przy życiu i w zdrowiu) przeniesiony zostanie na samych Palestyńczyków.

Czas pokazał, że to Said miał rację. Porozumienia z Oslo pomogły Izraelowi na długo przekonać świat, że jest partnerem w rozmowie, a nie brutalnym okupantem, że „proces pokojowy” ciągle nie przynosi skutku ze względu na tajemnicze przeszkody z porządku niemal metafizycznego (w rodzaju „ludzie się nie rozumieją”). A nie dlatego, że został przez Izrael zaprojektowany tak, żeby trwał w nieskończoność, i tylko dobrze wyglądał w zachodnich serwisach informacyjnych. Podczas gdy za jego zasłoną wszystkie dotychczasowe procesy, zwłaszcza grabież ziemi i codzienna przemoc w stosunku do Palestyńczyków, ulegały jedynie stopniowej intensyfikacji. „Proces pokojowy” miał się w rzeczywistości skończyć, gdy Palestyńczykom zostanie już tylko trochę kamieni i parę chwastów.

Dzięki ustanowieniu w Oslo niemal bezsilnej, w każdej sprawie zdanej na łaskę Izraela Autonomii Palestyńskiej, Izrael uwolnił się od znacznej części kosztów okupacji. Z powodu panującej na Terytoriach Okupowanych sytuacji ekonomicznej i humanitarnej – wywołanej okupacją – społeczność międzynarodowa pompuje do władz Autonomii Palestyńskiej pomoc, której dostarczenie normalnie jest według konwencji genewskich obowiązkiem sił okupacyjnych. Jak zwracał już dawno uwagę krytyczny izraelski politolog Neve Gordon, społeczność międzynarodowa de facto subsydiuje w ten sposób izraelską okupację. Mowa o setkach milionów, nawet miliardach dolarów rocznie.

Obrócenie Autonomii Palestyńskiej w subkontraktora, do którego Izrael outsoursuje większość ciężaru okupacji, pomogło Izraelowi stopniowo, krok po kroku, skorumpować i zdemoralizować heroiczną niegdyś Organizację Wyzwolenia Palestyny i wchodzącą w jej skład partię Fatah, a także skutecznie podminować ich legitymizację w oczach samych Palestyńczyków.

W warunkach gruntownie przekształconej geografii Zachodniego Brzegu scenariusz budowy dwóch państw od dawna nie jest możliwy. Możliwe są już tylko dwa inne scenariusze: 1) brutalny, permanentny apartheid, w którym Palestyńczycy są trwale pozbawieni praw i na zawsze pod bezwzględną militarną kontrolą lub 2) jedno demokratyczne państwo gwarantujące równe prawa wszystkim obywatelom niezależnie od pochodzenia i wyznania. Ten pierwszy scenariusz, kilkadziesiąt lat temu sformułowany przez Ehuda Baraka jako ostrzeżenie dla swoich kolegów z politycznej elity Izraela jest już od dawna głównym, skrywanym tylko przed zagranicą, celem izraelskiej polityki. To drugie musi być celem palestyńskich ruchów wyzwoleńczych i wszystkich ludzi dobrej woli, którym drogie są wartości uniwersalizmu.

Niezależny brytyjski dziennikarz Jonathan Cook (piszący z Nazaretu) w komentarzu dla anglojęzycznego emirackiego dziennika „The National” zauważył, że uznanie przez największe światowe supermocarstwo faktycznej aneksji Zachodniego Brzegu może mieć dla premiera Netanjahu i dla Izraela nieprzewidywane wcześniej konsekwencje – z kategorii „uważaj, czego pragniesz”.

Całkowite przejęcie przez Izrael Zachodniego Brzegu może wywołać nieodwracalny kryzys z Europą; upadek Autonomii Palestyńskiej przerzuci militarny i finansowy ciężar okupacji z powrotem na Izrael; a palestyńska Intifada z prawdziwego zdarzenia podważy wiarygodność Netanjahu w dziedzinie bezpieczeństwa.

Utworzenie Wielkiego Izraela może zaszkodzić Izraelowi przez przedefiniowanie walki Palestyńczyków [w oczach świata] jako walki o równe prawa w ramach tego samego państwa. Porównania z wcześniejszymi takimi walkami – z apartheidem w RPA, z ustawami Jima Crowa na południu USA – będą trudne do zwalczenia. […]

Mówiąc krótko, Trump może zabić Netanjahu nadmiarem miłości, obrócić Izrael w pariasa w zachodnich stolicach i pozostawić go strategicznie osłabionym.

To nie projekt dwóch państw upada wraz z wstąpieniem Donalda Trumpa na najwyższy urząd Stanów Zjednoczonych. Ten projekt już dawno był niemożliwy do realizacji. Tym, co tak naprawdę właśnie upada, jest najważniejsza przeszkoda, która utrudniała ogromnej części międzynarodowej opinii publicznej rozpoznanie Izraela jako brutalnego mocarstwa okupacyjnego i okrutnego apartheidu: przedstawienie zwodniczego teatru cieni, znane pod alternatywnymi tytułami „Proces pokojowy” i „Porozumienia z Oslo”.

Międzynarodowa kampania na rzecz bojkotu Izraela w kilku krajach osiągnęła już punkt, w którym przedostała się do mainstreamu debaty publicznej. W Wielkiej Brytanii do bojkotu przyłączają się kolejne uniwersytety, organizacje studenckie i związki zawodowe. Wielkie korporacje (jak G4S) tracą wielkie kontrakty, bo robią interesy z rządem Izraela. Upadek odziedziczonego po Oslo teatru cieni spowoduje przesunięcia w opinii publicznej w kolejnych krajach Europy i ważnych państw Globalnego Południa. Nadchodzące lata przyniosą dramatyczne i bolesne wydarzenia, ale zwycięstwo może się okazać bliższe niż było kiedykolwiek na przestrzeni minionego półwiecza. Izrael będzie miał bezkrytyczne poparcie jednego supermocarstwa – by wkrótce być może przekonać się, że poza tym nikogo innego.

Izraelski apartheid może upaść tak samo jak kiedyś ten południowoafrykański.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Przeczytaj też: Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami.

Zła pamięć

Notatki po Międzynarodowym Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu

Moja babcia leżała chora w łóżku, gdy naziści przyszli do jej rodzinnego Staszowa. Niemiecki żołnierz zastrzelił ją w tym łóżku. Moja babcia nie zginęła po to, by dostarczyć przykrywki izraelskim żołnierzom mordującym palestyńskie staruszki w Gazie. Obecny rząd Izraela cynicznie i bez skrupułów eksploatuje wciąż obecne wśród nie-Żydów poczucie winy za rzeź dokonaną na Żydach w Holokauście jako usprawiedliwienie mordów dokonywanych na Palestyńczykach. Milczące założenie jest takie, że życia żydowskie są bezcenne, a życia palestyńskie nie mają znaczenia.

Gerald Kaufman, poseł brytyjskiej Labour Party

Prześladowani i ofiary dnia wczorajszego wydają mi się sprawą znacznie mniej priorytetową niż prześladowani dnia dzisiejszego i ofiary jutrzejszego.

Shlomo Sand (Dlaczego przestałem być Żydem)

1/ Agnieszka Holland, Jad Waszem i wzgórza wokół Sderot

Mam pewne problemy z filmem Agnieszki Holland W ciemności.

Końcowe plansze informują nas, że film dedykowany jest wszystkim, których, jak Leopolda Sochę, bohatera filmu, uhonorowano tytułem „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”.

Przyznawane przez instytut Jad Waszem wyróżnienie jest jednym z instrumentów sakralizacji Holokaustu i ideologicznego przejmowania tak losu ofiar, jak i heroizmu ich wybawców, w propagandowym interesie Państwa Izrael budującego eschatologiczne uzasadnienia dla swojej polityki w stosunku do żyjącej pod jego okupacją ludności palestyńskiej. Jad Waszem stoi nawet na zagrabionej Palestyńczykom ziemi i widać stamtąd miejsce dokonanej w kwietniu 1948 przez żydowskie bojówki masakry na mieszkańcach wioski Dajr Jasin. Poczesne miejsce w muzealnej części tej „Świątyni Holokaustu” stanowi ekspozycja poświęcona palestyńskiemu Wielkiemu Muftiemu Jerozolimy w okresie 1921-1937, Aminowi al-Husajniemu. Jad Waszem niektórym czołowym figurom Trzeciej Rzeszy poświęca poświeca mniej miejsca niż na demonizację muftiego, postaci pozbawionej historycznego znaczenia, zainstalowanej na swoim stanowisku przez Imperium Brytyjskie. To stąd wziął się jeden z zeszłorocznych wyskoków obłąkanego premiera Izraela Binjamina Netanjahu – wygłoszona otwarcie, skandaliczna teza, że gdyby nie mufti, Hitler nigdy nie przedsięwziąłby planu eksterminacji europejskich Żydów. Że to w zasadzie mufti wymyślił zagładę Żydów, a Hitler tylko dał mu się w to wkręcić. Jasne jest jednak, że dla Holland odznaczenie przyznawane przez Jad Waszem nie ma problematycznych konotacji, a Jad Waszem jest obiektywnym, autorytatywnym, w żaden sposób nie podejrzanym źródłem konsekracji heroizmu ludzi takich jak Socha.

Z tych samych napisów na końcu filmu Holland dowiadujemy się również, że „Żydzi Sochy” uciekli w końcu za granicę. Między innymi do Izraela. Szkoda, że Holland nie zadała sobie pytania, co teraz robią tam ich potomkowie, ich rodziny, gdzie, jak i z czego żyją?

A gdyby tak film kończył się epilogiem? Syn, a może wnuczka (żeby uczynić zadość „postępowym” pretensjom Izraela) kogoś spośród „Żydów Sochy” siedzi w biurze jednej z izraelskich korporacji produkujących broń i supertechnologie bezpieczeństwa (centralny przemysł tego kraju). W biurze wraz z innymi inżynierami otwierają szampana, bo na giełdzie w Tel Awiwie akcje firmy szybują w górę. Na ekranie telewizora widać, dlaczego szybują: trwa kolejny dzień operacji „Płynny Ołów”, na bezbronnych mieszkańców odciętej od świata i osaczonej z każdej strony Strefy Gazy spadają bomby. Nie mają dokąd uciec, to jedno z najgęściej zaludnionych miejsc na ziemi, a wszystkie granice są zamknięte. Obrazy z Gazy wywołują na kilku twarzach niespecjalnie skrywaną satysfakcję. Ktoś rzuca głupim żartem traktującym Hamas od hitlerowców. Ktoś inny mówi, że znajomi jadą jutro do Sderot, oglądać operację z pogranicznych wzgórz – zastanawia się, czy się wybrać z nimi. Po pracy owa wnuczka wybiera się na wieczorny spacer (może z dzieckiem?) do parku. Park został przed laty posadzony przez Jewish National Fund. Jak to Jewish National Fund, stało się to na gruzach palestyńskiej wioski, której mieszkańców część wymordowano, a część wypędzono w 1947 czy 1948 roku, a wszelki jej ślad, włącznie z arabskimi nazwami miejsc, wymazano z powierzchni ziemi. Nad miastem, gdzieś nad ich głowami, łopocze na dmuchającym od morza wietrze biała flaga z błękitnymi liniami kreślącymi sześcioramienną gwiazdę złożoną z dwóch splecionych trójkątów. Symbol, który w przodkowie nosili na ramionach jako znak wykluczenia i przyznanej im roli kozła ofiarnego systemu społeczno-ekonomicznego niezdolnego istnieć inaczej jak przez powracające cyklicznie katastrofalne kryzysy. Teraz ten sam symbol reprezentuje bezwzględną siłę, mocarstwową potęgę, władzę życia i śmierci. Jest sziboletem nowej rasy panów; tych, których życie ma wartość, których ciała zasługują na ochronę i żałobę. W przeciwieństwie do życia i ciał „arabskiej dziczy”, których jedyna wartość polega na tym, że oddelegowane do funkcji „zagrożenia” nakręcają spiralę izraelskiego przemysłu zbrojeniowego, jednego z największych na świecie. Telefon do starszego syna, żeby się upewnić, że wszystko w porządku. Jest akurat z rówieśnikami w Polsce – wyprawa do Oświęcimia, obowiązkowy etap nacjonalistycznej tresury: młody człowiek musi nabrać animuszu, zanim za kilka lat zacznie prężyć do Instagramu muskuły w mundurze Cahalu. Oczywiście, obstawiam, że z takim epilogiem szanse na nominację do Oscara uległyby znacznemu obniżeniu.

Nie chodzi tylko o film Holland. To jest problem z reprezentacjami hitlerowskiego ludobójstwa europejskich Żydów w ogóle. Z „pamięcią Holokaustu” w ogóle.

Dziś potencjalnie każde takie „prostolinijne” ujęcie Holokaustu będzie wykorzystane jako instrument w arsenale propagandowym Państwa Izrael i jego wpływowego lobby w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej. Film Holland stanowi zwieńczony sukcesem akces polskiego kina do przemysłu eksploatacji obrazów Holokaustu, a nominacja do Oscara w pewnym sensie certyfikuje jego jakość jako produktu tego przemysłu w kategoriach obowiązującego w nim „standardu jakości”.

2/ Holocaust Industry

Holocaust Industry („przedsiębiortswem Holokaust” nazywa to polski przekład książki Normana Finkelsteina), przemysł instrumentalizacji żydowskiego cierpienia z przeszłości, narodził się po spektakularnym zwycięstwie Izraela w wyniku jego agresji na arabskich sąsiadów w 1967 roku. Bezwzględna przewaga nad sąsiadami ostatecznie zdobyła „Państwu Żydowskiemu” pozycję kluczowego partnera Stanów Zjednoczonych w regionie, sojusznika, któremu „należy się” bezwarunkowe wsparcie i niezadawanie kłopotliwych pytań, no matter what. To od tego czasu przemysły kultury imperium amerykańskiego (najpierw wydawniczy, prasowy, potem telewizyjny i filmowy) zaczęły mnożyć, z biegiem lat coraz bardziej bez umiaru, różnego rodzaju przedstawienia Holokaustu. Dziś Holokaust Żydów jest na skalę globalną najczęściej reprezentowanym i najintensywniej obecnym w przestrzeni publicznej i dyskursach o historii wydarzeniem, jedynym ludobójstwem, na temat którego możemy się spodziewać jakiejś półki w każdej księgarni na zachodzie Europy i w Ameryce Północnej; jedynym powszechnie znanym ludobójstwem nowoczesności. Jedynym ludobójstwem nowoczesności zasługującym na pamięć i żałobę całej ludzkości.

To dzięki przemysłowi mnożenia reprezentacji Holokaustu bliskowschodnie kolonialne mocarstwo atomowe, uzbrojone po zęby (trzysta głowic nuklearnych, połowa wymierzona w Europę), z jedną z najpotężniejszych armii na świecie, niezdolne wytrzymać kilku lat bez wywołania jakiejś wojny, odpowiedzialne za wielomilionową populację uchodźców, mocarstwo, które praktykuje na znajdującym się pod swoją kontrolą terytorium jawnie rasistowską segregację i z pełną nonszalancją łamie wszystkie dotyczące siebie rezolucje Narodów Zjednoczonych, może wciąż skutecznie przedstawiać się jako wieczna ofiara, której wciąż grozi widmo zagłady ze strony innych. To dzięki temu przemysłowi może ono skutecznie paraliżować dyskusje na temat Palestyńskich Terytoriów Okupowanych, na temat blokady Gazy, na temat swojego apartheidu, na temat zbrodni wojennych – wywołując paraliżujące poczucie winy, zastraszając oskarżaniem wszystkich i wszystkiego o antysemityzm, itd. 

Holokaust jako wydarzenie jedyne w swoim rodzaju, sacrum niedotykalne dla żadnych narzędzi racjonalnej analizy, Największe Zło ludzkiej historii. Historia świata jako arena nieprzerwanych i niezmiennych prześladowań Żydów, które swoją kulminację znalazły w „Świętym Świętych” Holokaustu, by następnie doprowadzić „naród wybrany” do zbawienia w postaci „powrotu” do Ziemi  Izraela. Prześladowania Żydów i wybawienie od nich przez „odtworzenie” żydowskiego państwa jako Sens Historii. Druga wojna światowa jako piekło rozpętane z nienawiści jednego szaleńca z wąsem do Żydów, wyłącznie w celu ich eksterminacji. Siła oddziaływania takich mitów, a czasem po prostu bredni, to właśnie produkt i tryumf Holocaust Industry.

3/ Shoah Claude’a Lanzmanna: cierpienie świętsze niż inne

1985: Claude Lanzmann realizuje swój słynny, legendarny dziś, wielogodzinny film dokumentalny Shoah. Jeden z kamieni milowych w historii Holocaust Industry. Film sfinansowały tajne środki przekazane przez izraelski rząd, dla których „słupami” były spółki porejestrowane przez Lanzmanna w tym celu w Szwajcarii. Na polskiej lewicy Lanzmann jest traktowany jak święta krowa, tymczasem Shoah jest filmem budzącym szereg podstawnych wątpliwości. Niektóre z nich wyłożył izraelski historyk Shlomo Sand (w Dlaczego przestałem być Żydem). Produkcja ta, wraz z jej oszałamiającym sukcesem, stanowiła kluczowy moment w procesie wymazywania przez Holocaust Industry (choć Sand nie używa sformułowania Finkelsteina) ze społecznej świadomości istnienia innych niż żydowskie ofiar Trzeciej Rzeszy. Sand opowiada o tym, jak – jako wykładowca historii – wielokrotnie, przy różnych okazjach, zadawał pytanie:

[…] Ilu ludzi wymordowali naziści w obozach koncentracyjnych, obozach zagłady i innych przeprowadzonych przez siebie masakrach? Odpowiedź była – bez wyjątku – zawsze ta sama, sześć milionów. Kiedy wyjaśniałem, że chodzi mi o liczbę wszystkich ludzi, a nie tylko Żydów, moi rozmówcy wyrażali zdumienie. Rzadko kiedy ktoś znał odpowiedź.

Każdy, kto widział film Alaina Resnais „Noc i mgła” (1955), mógł jednak dać odpowiedź: jedenaście milionów zabitych. Ale ta liczba „niekonwencjonalnych” ofiar II wojny światowej została zupełnie wymazana z twardego dysku kolektywnej pamięci Zachodu. […] Liczba wszystkich wymordowanych zupelnie zniknęła, a przekazywana jest wyłącznie liczba Żydów.

W dziewięciogodzinnym filmie Lanzmanna nie wystarczyło czasu, by wspomnieć o jakichkolwiek innych niż żydowskie ofiarach nazizmu, choć w Polsce (gdzie nakręcono najwięcej materiału) stanowiły one połowę osób wymordowanych. Lanzmann, sam będąc cynicznym manipulatorem, uzurpuje sobie dzisiaj rolę wyroczni orzekającej – z wysokości tronu zbudowanego na sukcesie Shoah – kto ma prawo mówić o Zagładzie i które wypowiedzi, które reprezentacje filmowe, literackie i inne, są „cacy”, a które są „be”. Jednym z szokujących rysów polskiej lewicy, kiedy się na nią patrzy z daleka (z zagranicy), jest to, że do dzisiaj traktuje ona te jego proklamacje ze śmiertelną powagą.

Przemilczenia Lanzmanna są umacniane przez innych wysokich rangą kapłanów „pamięci Holokaustu”. Znów cytując Sanda:

Przykładem niech będzie permanentne, głuche milczenie Eliego Wiesela, imigranta, który nie pozostał w Izraelu, i otrzymał pokojową Nagrodę Nobla za utrwalanie ekskluzywnego charakteru żydowskiej śmierci, nigdy nie wyrażając cienia uznania dla śmierci innych.

4/ Lista Schindlera i ostateczny kres „okupacji oświeconej”

1993: Lista Schindlera Stevena Spielberga. Film kończy się przy dźwiękach Jeruszalajim Szel Zahav, pieśni upamiętniającej „powrót” całej Jerozolimy pod żydowską kontrolę w 1967. Czyli wojnę sześciodniową i początek nielegelanej okupacji, która trwa do dzisiaj, a ceną za jej utrzymanie jest kręcąca się coraz szybciej spirala naruszeń międzynarodowego prawa humanitarnego, zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Historyczne cierpienia europejskich Żydów, o których, w żałobnej czarno-białej tonacji, opowiada film, są więc ostatecznie zaprzęgnięte na służbę dyskretnie zamaskowanego usprawiedliwienia status quo współczesnej dominacji Państwa Izrael nad całym obszarem historycznej Palestyny i zupełnego wymazania innego cierpienia, trwającego do dziś, jak najbardziej współczesnego, na którym status quo izraelskiej dominacji jest ufundowane.

Instrumentalny charakter, w jaki Lista Schindlera traktuje żydowskie cierpienie, by legitymizować współczesne stosunki dominacji, tkwi nie tylko w jej „tekście”, ale i w kontekście. Robiąc pierwszy prawdziwie hollywoodzki film fabularny o Zagładzie, Spielberg wyniósł Holocaust Industry na zupełnie nowy, stricte popkulturowy, jeszcze bardziej zmasowany poziom, w momencie, w którym Państwu Izrael najbardziej tego było trzeba. To znaczy w okresie, w którym – jak wykazuje Neve Gordon – po wybuchu Pierwszej Intifady w 1987 roku ostatecznie zrezygnowało ono nawet z pozorów „okupacji oświeconej” i wybrało w stosunku do okupowanej populacji politykę nagiej siły i wyłączenia jej spod ochrony jakiegokolwiek prawa. Tak radykalna polityczna zmiana wymagała intensyfikacji polityki wizerunkowej Państwa Izrael, roszczącego sobie pretensje do reprezentowania wszystkich Żydów i do roli moralnego spadkobiercy ofiar nazistowskiego judeocydu.

Kiedy Spielberg robił swój nieprzyzwoity film, gałąź kulturalna Holocaust Industry kręciła się w najlepsze od ponad dwóch dekad, były to jednak głównie książki, filmy dokumentalne i edukacyjne oraz „ambitna” telewizja (jak Shoah Lanzmanna) i przedsięwzięcia muzealne. Lista Schindlera uczyniła Holocaust movie gatunkiem kina prawdziwie popularnego, hollywoodzkiego, zdejmując z tego tematu krępujące do tamtej pory poczucie, że może jednak nie wypada.

5/ Nazwy są ważne

Nazwy są ważne. Norman Finkelstein wskazuje, że jest „holocaust”, i jest „the Holocaust” (The Holocaust Industry mam tylko w angielskim wydaniu, nie wiem, jak to jest rozwiązane w polskim przekładzie). Ten pierwszy, pisany małą literą i bez obowiązkowego rodzajnika definitywnie określonego, to według tego rozróżnienia realne wydarzenie historyczne, dokonane przez III Rzeszę z przemysłową wydajnością ludobójstwo europejskich Żydów w latach 1942-1945, z niezorganizowanym jeszcze, chaotycznym, „oddolnym” preludium na rubieżach podbitej przez nazistów Europy pod koniec 1941. „The Holocaust” natomiast to ideologiczny twór żerujący na historycznych cierpieniach europejskich Żydów, zasysający je na potrzeby irracjonalnej opowieści o „negatywnym sacrum”, do której zakazane jest przykładać racjonalne kryteria historycznej analizy.

Pamięć – tłumaczy Esther Benbassa – jest przeciwieństwem, wrogiem historii. Skazana na emocje, musi się bezustannie pobudzać, z czasem więc znajdować coraz mocniejsze bodźce. Pomaga celebrującemu ją podmiotowi zamknąć się w moralnej wieży z kości słoniowej, uwierzyć we własną wyjątkowość i nie zauważać żadnego innego cierpienia wokół, nie zauważać cierpienia zadawanego przez sam zbiorowy podmiot takiej pamięci. „Pamięć Holokaustu” historyczną analizę zastępuje kultem coraz bardziej uniemożliwiającym rozumienie realnych procesów historycznych i realnej dynamiki społecznej i politycznej systemu, który doprowadził do hitlerowskiego ludobójstwa europejskich Żydów; rozmywa te procesy w gęstej brei przesądów i emocjonalnych odruchów Pawłowa. To jest ten sam system, w którym wciąż żyjemy („kto nie chce mówić o kapitalizmie, powinien milczeć o faszyzmie”), dlatego jeżeli nie wysłuchamy z uwagą lewicowych krytyków „pamięci Holokaustu” (Finkelsteina, Benbassy, Sanda), to „pamięć Holokaustu” nie tylko nie zapobiegnie powtórkom z historii, ale to właśnie ona, z całym towarzyszącym jej irracjonalizmem ostatecznie sprawi, że kolejne wielkie ludobójstwa nowoczesności – naszego jej stadium – znowu wezmą nas z zaskoczenia. Znowu zorientujemy się, kiedy będzie już po fakcie. Znowu powiemy, że „nic nie wiedzieliśmy”.

W tym miejscu wróćmy jeszcze na chwilę do premiera Netanjahu i jego bulwersującego wystąpienia o tym, jak arabski mufti wkręcił Hitlera, który sam nic by podobnego nie wymyślił, w plan eksterminacji Żydów. Światowa opinia publiczna odpowiedziała na tę wypowiedź głównie stanem szoku i osłupienia. To rzeczywiście może być trudne: jak zareagować, kiedy żydowski polityk, premier „Państwa Żydowskiego”, de facto rozgrzesza i wybiela Hitlera? Ale nie jest to nic innego jak logiczna konsekwencja i kulminacja procesu obracania historycznej katastrofy nazistowskiego ludobójstwa Żydów w obsceniczną religię „pamięci Holokaustu”, z towarzyszącym jej zakazem myślenia historycznego i nakazem przeżywania wyłącznie w formie rytuałów złożonych z sekwencji emocjonalnych odruchów. W „pamięci Holokaustu”, jak w każdej religii, o zestawie dogmatów, o tym, co jest „prawdą wiary”, a co nie jest, decydują nie fakty historyczne a wola i widzimisię właściwego danemu kultowi Sanhedrynu. Wina Hitlera przenosi się z porządku faktów historycznych do tego samego porządku, co niepokalane poczęcie, istota Trójcy Świętej czy pochodzenie aniołów i Szatana. W przypadku „pamięci Holokaustu”, arcykapłanem stał się najsilniejszy w danym momencie polityk w Izraelu.

Nazwy są ważne. Dlatego obowiązek krytycznego przemyślenia „pamięci Holokaustu” musi obejmować też słowa, jakimi nazywamy to, o czym mówimy. Dlatego Finkelstein stosuje duże i małe ‘h’, oraz obecność i nieobecność rodzajnika określonego. Ja jednak skłaniałbym się ku tym opiniom (np. Benbassy), które w wątpliwość podają cały rzeczownik. Holokaust, termin wywiedziony z greckiej ofiary całopalnej, jest terminem religijnym par excellence. Podobnie jego dokładny hebrajski odpowiednik, Szoah, nazwa, która we Francji wyparła Holokaust (za sprawą Lanzmanna). Dlatego dobrze by było powalczyć o inną nazwę, taką, która zamiast otaczać się aurą religijną miałaby moc obiektywnej nazwy wydarzenia historycznego. Taka propozycja, autorstwa lewicowego historyka Arno Mayera, autora poświęconej hitlerowskiemu ludobójstwu Żydów pracy Why Did the Heavens Not Darken?, od dawna istnieje: judeocyd. W świecie anglosaskim stosuje ją dziś np. Tariq Ali. Dzięki takiemu słowu możemy mieć jasność, kiedy mówimy o historycznych faktach, a kiedy o tym ponurym kulcie, którego arcykapłanem jest dziś Netanjahu.

6/ Biedna polska lewica patrzy na Palestyńczyków

Lewica w Polsce nie ma w tej sprawie łatwego zadania. W Polsce nigdy nie udało się do końca wytępić prostackiego, XIX-wiecznego antysemityzmu i jego ideologicznych tropów, które wciąż nieźle się trzymają na prawym, katolicko-narodowym brzegu spektrum prasowego, gdzie wciąż niestrudzenie kompiluje się coraz to nowe listy „Żydów u władzy” i inne tego rodzaju atrakcje. Nie wspominając o szambie, jakim bywa nad Wisłą internetowy „komentariat”. Nie możemy nie pamiętać, że ostatni antysemicki pogrom nowoczesności miał miejsce w Kielcach. Że historia hitlerowskiego judeocydu zawiera w sobie także, między innymi, historię spontanicznego udziału w nim mieszkańców miejscowości takich jak Jedwabne. W historycznym polskim stosunku do Żydów wciąż znajdują się istotne obszary nagromadzonych przez pokolenia kolektywnych zaniechań, odmowy rozliczenia się z przeszłością, przyjęcia jej do wiadomości.

Nigdy nie wiemy, z czym zaraz wyskoczy któraś z gazetek Leszka Bubla – może nawet z tezą, że eksterminacja europejskich Żydów w latach II wojny światowej w ogóle nie miała miejsca, że to wszystko spisek, a obozy koncentracyjne i obozy zagłady do atrapy? W tej kategorii wszystko jest możliwe. Na codzień wielu z nas ignoruje istnienie takiej prasy, wciąż opłaca się ją jednak wydawać, ktoś to więc czyta. Ktoś to potem powtarza. W takich warunkach uprawianie krytyki religii „pamięci Holokaustu” oraz jej współczesnych funkcji ideologicznych i propagandowych ma wszelkie prawo wiązać się z obawą, że strzelamy kulą, którą nie wiadomo kto poniesie dalej. Że jeśli wypowiadać się będziemy nie dość precyzyjnie, to pomylą nas z towarzystwem, w którym naprawdę nie chcemy się znaleźć nawet w największym zamieszaniu, nawet na sekundę. Nie każdy ma wiedzę i talent, by mieć pewność, że zawsze wypowie się wystarczająco precyzyjnie. Nie każdy ma nerwy, by się zmagać z koniecznością manewrowania po tak zaminowanym polu.

Jakie wyjście znalazła więc z tej sytuacji polska lewica? Najgorsze z możliwych. Bojąc się, że poruszanie tematu zaszkodzi starym zaniechaniom postanowiła do starych zaniechań dołożyć nowe: do zaniechań w stosunku do przeszłości i jej ofiar dodać zaniechania wobec teraźniejszości i ludzi, którzy ofiarą rasistowskiej przemocy padają dziś lub najprawdopodobniej padną jutro. Nie dotykać nawet tych kwestii. Na polskiej lewicy krytyka „pamięci Holokaustu” wydaje się być obłożona bezwarunkowym zakazem myślenia; panuje przekonanie, że Holocaust Industry to jest jakaś prawicowa inwektywa lub teoria spiskowa (podczas gdy wydawcą książki Finkelsteina jest Verso, najważniejsze i najbardziej zasłużone współczesne lewicowe wydawnictwo świata anglosaskiego); skazanemu wyłącznie na polskie media odbiorcy może się wydawać, że żydowski rasizm i lobby izraelskie to również jakieś wymysły gazetek Bubla. Strategia uników i rozmyślnego trwania w zaniechaniu skutkuje tym, że Polska jest obok Niemiec chyba jedynym krajem europejskim, w którym solidarność z Palestyńczykami i krytyka Izraela nie mieszczą się na ideowej lewicy w porządku oczywistości – są przedmiotem kontrowersji, uników lub dzielenia włosa na czworo (z nieśmiertelnym „prawem Izraela do istnienia” w roli głównej).

Przykro mi, ale nie widzę, jak z lewicowego punktu widzenia można uznać zobowiązania w stosunku do przeszłości za ważniejsze niż zobowiązania w stosunku teraźniejszości i przyszłości. Poświęcić te ostatnie dla tych pierwszych.

W swoim niezwykle mocnym Liście do izraelskiego przyjaciela Akkas Al-Ali pisał w sierpniu 2014:

Któregoś dnia twoi przywódcy i bohaterowie zostaną osądzeni za wszystkie swoje zbrodnie, a deklaracja „Jestem syjonistą” spotka się z takim samym obrzydzeniem i potępieniem jak „Jestem nazistą”.

Ale osąd Historii nie ominie także tych, którzy widzieli, co się dzieje, ale z lenistwa, tchórzostwa lub konformizmu wybrali trwanie w grzechu zaniechania.

7/ Pamięć jest wrogiem historii

Noam Chayut pokazuje w swoim poruszającym pamiętniku, The Girl Who Stole My Holocaust, jak centralną rolę „pamięć Holokaustu” odgrywa w konstrukcji współczesnego izraelskiego i żydowskiego rasizmu. Holokaust to odziedziczony po przodkach „skarb”, który nosi w sobie i ma obowiązek pielęgnować każde żydowskie ciało. Uczyniwszy żydowskie cierpienie świętszym i w jakiś sposób ważniejszym, niż jakiekolwiek inne cierpienie, czyni następnie życie żydowskie świętszym niż inne i cieszącym się prawami, których – w warunkach konfliktu podobnych praw – można odmówić życiu nieżydowskiemu, jeśli tylko stanie ono na drodze. Holokaust jest źródłem, racją i uzasadnieniem żydowskiego ekskluzywizmu.

Czy ofiary hitlerowskiego judeocydu mogło po śmierci spotkać coś gorszego, jakiś bardziej szokujący przejaw braku szacunku, głębsze sponiewieranie, niż instrumentalizacja ich cierpienia i śmierci z rąk jednego rasistowskiego reżimu na propagandowe potrzeby kolejnego? Czy można czyjąś śmierć bardziej zbezcześcić?

Każdy rasizm, każda „rasa panów”, ma też swoich „zdrajców rasy”. Kilkuset żyjących spośród tych, którzy przetrwali hitlerowski judeocyd, w odpowiedzi na zbrodniczą ofensywę na Gazę latem 2014 wystosowało list otwarty ze swoim przejmującym protestem potępiającym działania Izraela. Szokująca kampania nienawiści, jaka spotkała ich za to ze strony izraelskiego społeczeństwa, przy nie zawsze tylko milczącej aprobacie klasy politycznej Izraela, doprawdy mroziła krew w żyłach. Dowiedzieli się, wśród innych bluzgów, że powinni byli „zdechnąć w Auschwitz”. Ich błąd, ich wina polegała na tym, że nie przyjmowali do wiadomości, że jedynym prawomocnym użytkiem politycznym z ich cierpienia w przeszłości jest dzisiaj dostarczanie ideologicznej zasłony dla rasistowskiej przemocy stosowanej współcześnie przez „Państwo Żydowskie”. Nie żaden – co oni sobie w ogóle wyobrażają? – uniwersalizm. Dla mnie osobiście uczestnictwo w oficjalnych obrzędach „pamięci Holokaustu” razem z funkcjonariuszami Państwa Izrael oznaczałoby także brak szacunku dla tych właśnie ludzi, tych kilkuset moralnie niezłomnych survivors.

Oczywiście, można powiedzieć, że uczestnicząc w obchodach „pamięci Holokaustu”, kierujemy się wartościami uniwersalizmu, prawdziwym szacunkiem dla prawdziwych ofiar nazistowskiego judeocydu i zupełnie odcinamy się od doraźnej instrumentalizacji tych obchodów przez Państwo Izrael. Oczywiście, że można tak powiedzieć. Powiedzieć można wszystko. Że Ziemia jest płaska, niebo jest zielone, a słonie to ptaki. Od mówienia Ziemia nie zrobi się jednak płaska, niebo nie zrobi się zielone, słonie nie zaczną latać. Ta instrumentalizacja to jest jedyna realna funkcja, jaką pełni dziś religia „pamięci Holokaustu”. Nie można uczestniczyć i jednocześnie nie mieć nic wspólnego z jedyną realną funkcją tego, w czym się uczestniczy.

***

Najwyższy czas z porządku „pamięci” przenieść holokaust w należne mu miejsce w porządku historii. Nie możemy już dłużej udawać, że nie widzimy, iż z ponurej religii „pamięci Holokaustu” nie wynikło nic dobrego. Stała się jedynie twardym rdzeniem nowego, wyjątkowo agresywnego rasizmu. Żydzi – noszący w sobie „skarb Holokaustu” jako źródło swej wyjątkowości – stali się w nim i za jego sprawą rasą panów, których niewielkie, ale potężne i okrutne państwo wzbudza podziw i zazdrość wszystkich Andersów Breivików tego świata.

Zapatrzeni w replikowane w nieskończoność obrazy cierpienia swoich przodków, współcześni Żydzi racjonalizują kompulsywną przemoc, jaką miota Państwo Izrael, narracją o zagrożeniu, które wciąż nad Żydami jakoby wisi. Powtórka z Zagłady jest w tej narracji cały czas możliwą ewentualnością, i to możliwą niemal „za chwilę”; przemoc Państwa Izrael ma więc charakter „zapobiegający” powtórce z historii, „obronny”, „prewencyjny”. Rzeczywistość tymczasem wygląda zupełnie inaczej niż ta narracja. Obozy koncentracyjne nie są dzisiaj wcale potencjalnością, która grozi sobą w niedalekiej przyszłości, jeśli nie podejmie się działań zapobiegawczych. One stanowią realną teraźniejszość, wyartykułowaną już w trybie oznajmującym a nie zaledwie warunkowym. Obozy koncentracyjne istnieją, a największym z nich jest Gaza. I jeśli w obozach koncentracyjnych naszych czasów pojawiają się faktycznie Żydzi, to na wieżyczkach strażniczych, skąd nie wahają się celować do dzieci. No bo cóż to za dzieci, przecież tylko arabskie.

Jarosław Pietrzak

Najważniejsza literatura:

  • Alain Badiou, Eric Hazan, L’antisémitisme partout – Aujourd’hui en France, Paris : La Fabrique, 2011.
  • Esther Benbassa, La Souffrance comme identité, Paris : Fayard, 2007.
  • Norman G. Finkelstein, The Holocaust Industry: Reflections on the Exploitation of Jewish Suffering, London – New York: Verso, 2000.
  • Noam Chayut, The Girl Who Stole My Holocaust, przeł. (na ang.) Tal Haran, London-New York: Verso 2013.
  • Norman G. Finkelstein, Beyond Chutzpah: On the Misuse of Anti-Semitism and the Abuse of History, London – New York: Verso, 2008.
  • Neve Gordon, Israel’s Occupation, Berkeley – Los Angeles – London: University of California Press, 2008.
  • Ilan Pappe, The Ethnic Cleansing of Palestine, Oxford: Oneworld, 2006.
  • Shlomo Sand, Comment j’ai cessé d’être juif. Un regard israélien, Paris: Flammarion 2013. Wydanie polskie pt. Dlaczego przestałem być Żydem. Spojrzenie Izraelczyka, Warszawa: Dialog 2014. (Cytaty w tekście są w moim przekładzie z wydania angielskiego, How I Stopped Being a Jew, London-New York: Verso 2014)
  • Shlomo Sand, Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski?, przeł. Hanna Zbonikowska-Bernatowicz, Warszawa: Dialog 2014.

Polub mnie na Facebooku

Londyn, 9 sierpnia 2014, demonstracja solidarności z Palestyną

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami

O „prawie do obrony”

W czasie zawieszonej dopiero niedawno, trwającej 51 dni operacji Protective Edge szczególny wysiłek działaczy, aktywistów i komentatorów (intelektualistów i ekspertów od prawa międzynarodowego), aktywnie zaangażowanych w sprawę palestyńską włożony został w dekonstruowanie zwłaszcza jednego elementu propagandowego volapüku Izraela: wątku „prawa Izraela do obrony”. Noura Erakat, John Dugard, Richard Falk (on już od dawna), Seumas Milne, Tariq Ali – by wymienić kilka tylko nazwisk spośród tych wszystkich, którzy w obliczu kolejnej zbrodniczej ofensywy na bezbronną, przeludnioną i odciętą przez Izrael (i jego pomagierów w Egipcie) od świata enklawę nie ustają w wysiłkach, by wątek izraelskiego „prawa do obrony” nie mógł sobie już dłużej wygodnie leżeć w przestrzeni debaty i pozostawać z nami na prawach oczywistej oczywistości.

Nie ma w prawie międzynarodowym – podkreślają – czegoś takiego jak prawo mocarstwa okupującego w sposób militarny terytorium innego społeczeństwa do obrony przed znajdującą się pod jego okupacją ludnością, nie wspominając już o kuriozalnym koncepcie „obrony” przez zmasowany, zbrojny atak na okupowaną ludność i jej cywilną infrastrukturę.

Nie ma czegoś takiego. Pure and simple.

To ludność znajdująca się pod zbrojną okupacją obcego mocarstwa ma prawo do obrony, do stawiania oporu i do aktywnej walki z okupantem. Izrael nie ma prawa bronić się przed Palestyńczykami. To Palestyńczycy mają święte prawo bronić się przed Izraelem, w tym wystrzeliwując weń swoje prymitywne w porównaniu z supernowoczesną infrastrukturą Izraela rakiety. Jest to prawo nie tylko moralne. Jest to prawo w ścisłym sensie słowa ‘prawo’. Jego podstawą jest Deklaracja w sprawie przyznania niepodległości krajom i narodom kolonialnym (rezolucja Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych 1514 (XV) z 14 grudnia 1960 roku) oraz Czwarta Konwencja Genewska z 1949 r. (której Izrael jest stroną) i dwa jej protokoły dodatkowe z 1977 r. (których podpisania Izrael zawsze odmawiał, bo nigdy nie zamierzał się do nich stosować).

Fakt, że Izrael w roku 2005 wycofał swoje wojska z terytorium Strefy Gazy, nie wyłącza jej mieszkańców i ich legalnej reprezentacji, jaką stanowi Hamas, z tych definicji. Prawo międzynarodowe nie ma najmniejszych wątpliwości, że Gaza pozostaje pod izraelską okupacją; instytucje prawa międzynarodowego nie przestały nigdy Gazy określać mianem jednego z „Palestyńskich Terytoriów Okupowanych”. Izrael kontroluje bowiem granice i przejścia graniczne, wody przybrzeżne, przestrzeń powietrzną (w której bzyczą, zawsze gotowe do strzału, izraelskie drony) i elektromagnetyczną Gazy, kontroluje także ruch z i do Gazy, w tym wszystkie dostawy – towarów, surowców, energii, wody, pomocy medycznej i humanitarnej (z których większość konfiskuje).

Izrael wreszcie nie tylko nie ma w tym kontekście żadnego prawa do „samoobrony” – w stosunku do Terytoriów Okupowanych (znajdujących się pod okupacją od 1967 roku) i ich prawowitych mieszkańców nie ma w ogóle żadnych praw, ponieważ okupacja każdego skrawka ziemi, który leży poza granicami sprzed 1967 roku jest całkowicie nielegalna i odbywa się z pogwałceniem prawa międzynarodowego, w tym szeregu odnoszących się bezpośrednio do tej sytuacji rezolucji ONZ (w szczególności rezolucji 242 i 338, ustanawiających międzynarodowy konsensus prawny w tej kwestii). W stosunku do tych terytoriów, według prawa, Izrael ma tylko zobowiązania. Z których się nie wywiązuje.

„Izrael nie ma prawa się bronić. Ma jedynie obowiązek się wycofać [z Terytoriów Okupowanych]” – jak powiedział krótko i zwięźle niezastąpiony Seumas Milne z dziennika „The Guardian” na wielkiej demonstracji (największej propalestyńskiej demonstracji na Wyspach Brytyjskich), która miała miejsce w Londynie 9 sierpnia.

Być może skala energii, jaką w czasie najnowszej izraelskiej kampanii militarnej przemocy obrońcy sprawy palestyńskiej włożyli w adresowanie tej właśnie kwestii i wprowadzenie jej do mainstreamu – na znacznie większą skalę niż w czasie poprzednich dwóch ofensyw na Gazę (kiedy większą siłę przebicia miał wciąż problem proporcjonalności użytej siły i dyksusje na temat „kto naprawdę zaczął”) – ujawnia niekoniecznie jasne, ale narastające poczucie, że gra, jaka toczy się na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych, toczy się o najbardziej centralne stawki nowoczesności, w tym nowożytnej filozofii prawa, oraz o miejsce, jakie izraelskie harce z najbardziej fundamentalnymi kategoriami, włącznie z decydowaniem o tym, co i kiedy jest prawem, a co i kiedy nie jest, mają w kryzysie kapitalizmu jako systemu światowego. Miejsce zapowiadające w coraz bardziej niepokojący sposób przyszłość, która z celowników izraelskich dronów zdaje się zerkać na nas wszystkich z już całkiem niedaleka.

O prawie do porównań

Małgorzata Anna Maciejewska napisała kiedyś świetny tekst polemiczny, rozprawiała się w nim z histerykami, którzy agresywnymi spazmami (i rytualnymi oskarżeniami o antysemityzm) reagują na każde retoryczne porównanie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości, które systematycznie popełnia Państwo Izrael, ze zbrodniami, które spotkały kiedyś między innymi europejskich Żydów ze strony nazistowskich Niemiec. „[P]orównanie nie jest stwierdzeniem tożsamości”, przypominała Maciejewska. Autorzy tacy jak Norman Finkelstein czy Esther Benbassa poddają miażdżącej krytyce kult absolutnej, quasi-sakralnej wyjątkowości Holokaustu, zabraniający racjonalnych analiz i umieszczania ludobójstwa Żydów („judeocyd” – nazwa zaproponowana kiedyś przez historyka Arno Mayera jest znacznie lepsza niż obciążone nadmiarem religijnego ładunku nazwy ‘Holokaust’ i ‘Shoah’) w jakimkolwiek kontekście historycznym, porównawczym, itp. Wskazują także na bezpośredni, organiczny i funkcjonalny związek tego kultu z ideologią Państwa Izrael, które buduje i instrumentalizuje religię „Pamięci Holokaustu”, by legitymizować swoje postępowanie w stosunku do Palestyńczyków (i mieszkańców sąsiednich krajów arabskich). To dzięki tej „świeckiej religii” Państwo Izrael cały czas wmawia światu, że jako rzekomy spadkobierca ofiar Holokaustu jest wciąż ofiarą, która się broni – podczas gdy od dnia swoich narodzin w roku 1948 raczej bezlitośnie atakuje. Roszcząc sobie (kontestowany) tytuł do reprezentowania wszystkich Żydów, wciąż maluje się na  bezbronną ofiarę, na tego chłopca z warszawskiego getta, z podniesionymi rękoma, który szuka ratunku przed widmem czającego się za rogiem sequelu z Holokaustu. Tymczasem w rzeczywistości Izrael urósł już do rangi jednej z dziesięciu największych potęg militarnych planety i jest mocarstwem atomowym.

Strach przed oskarżeniem o antysemityzm powoduje jednak, że nawet osoby krytyczne wobec okupacyjnej polityki Państwa Izrael, nawet orientacji mniej lub bardziej lewicowej, do dziś rutynowo ozdabiają swoje wypowiedzi całą ornatmentyką zapewnień, że nie porównują, że się odcinają od porównań, że to, że tamto. Powtarzają nawet za Hasbarą odwracające uwagę od istoty problemu ostrzeżenia przed antysemityzmem w szeregach krytyków Izraela, albo zastanawiają się, czy Palestyńczycy nie są trochę tym dla niektórych lewicowców, czym Tybetańczycy dla liberałów (czyli fiksacją i fantazą). A wracając do porównania z III Rzeszą, pukają się w głowę i pytają, czy Izrael wywołał wojnę światową i wymordował na niej dziesiątki milionów ludzi.

Cóż, III Rzesza w takim powiedzmy roku 1936 też jeszcze nie wywołała wojny światowej, a izraelskie zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości są już, mimo niewielkich rozmiarów  kraju-sprawcy, odpowiedzialne za dwie trzecie całej światowej populacji uchodźców. A ocenę systemów politycznych za pomocą liczenia trupów pozostawmy może specjalistom w tej domenie, „myślicielom” liberalnym; zadaniem lewicy powinna być raczej „krytyczna krytyka” czyli zaglądanie pod powierzchnię procesów społecznych i politycznych oraz analiza struktury rzeczywistości. Świadomi tego, jak żenującym zabiegiem retorycznym jest reductio ad Hitlerum, nie możemy jednocześnie dać się wspuścić w maliny: nie każde porównanie do III Rzeszy to reductio ad Hitlerum. Czasami bywa też i tak, że na to, by nie zadawać pytań o pewne podobieństwa, absolutnie nie możemy sobie już pozwolić.

Laboratoria strukturalnych kryzysów

Przypomnijmy więc dla porządku – bo to nie jest dziś wiedza potoczna, nawet na lewicy, która niejednokrotnie powtarza na ten temat liberalne majaki – czym pod powierzchnią był projekt polityczny III Rzeszy i jego kulminacja w postaci II wojny światowej i dokonanych w jej toku ludobójstw. Marksistowska wykładnia (Wallerstein, Neumann, Kendziorek, i wielu, wielu innych) idzie – w ogromnym skrócie – mniej więcej tak:

W latach 30. XX wieku kapitalizm był już od lat w długotrwałym, strukturalnym kryzysie. Poprzednie progi tego trwającego w sumie kilka dekad kryzysu wyznaczała I wojna światowa, a następnie Wielki Kryzys Gospodarczy. Taki długotrwały kryzys akumulacji nosi w ekonomii nazwę fazy B cyklu Kondratiewa. Kryzys był to tak głęboki, że zagrażał już nie tylko dalszej akumulacji kapitału (najważniejszy imperatyw racjonalności kapitalistycznej), ale nawet reprodukcji prostej już istniejącego kapitału. Niósł więc z sobą groźbę uderzenia w stan posiadania wielkiej burżuzazji i w jej klasowe panowanie. Częścią tego strukturalnego kryzysu było chylenie się pozycji Londynu jako dotychczasowego hegemona kapitalistycznej gospodarki-świata (hegemon to centrum nieproporcjonalnie dużych udziałów w globalnej akumulacji kapitału).

III Rzesza była projektem wielkiej niemieckiej burżuazji mającym na celu przejęcie przynajmniej części schedy po upadającym Imperium Brytyjskim, a także znalezienie takiego wyjścia ze strukturalnego kryzysu, które pozwoliłoby utrzymać stosunki własności i klasowe panowanie burżuazji. Agresywny nacjonalizm i rasizm były w tym projekcie mechanizmem mobilizowania niemieckiego społeczeństwa i odsuwania go od konkurencyjnego projektu wyjścia z tego kryzysu – projektu komunistycznego, a więc projektu, który by zniósł kapitalizm i klasowe panowanie burżuazji tout court. Antysemityzm był w tym projekcie mechanizmem rozładowywania napięć wewnątrzspołecznych, które taki projekt musiał wywołać; dostarczał wygodnego kozła ofiarnego. Pierwsza faza tego projektu zakładała głęboką militaryzację niemieckiej gospodarki i podporządkowanie jej przemysłowi zbrojeniowemu – na kredyt. Kredyt, który miała potem pokryć druga faza, grabież Europy w czasie wojny, w toku której miało powstać kontynentalnych rozmiarów imperium. Europa miała najpierw zostać złupiona, a następnie gruntownie przeobrażona ekonomicznie i politycznie. Część populacji, według kryteriów rasowych, wciąż miałaby cieszyć się jakimiś prawami (pod warunkiem akceptacji dla nowej, nazistowskiej racjonalności politycznej); część miała zostać obrócona w niewolniczą siłę roboczą pracującą dla niemieckiego kapitału, umożliwiając utrzymanie klasowego panowania burżuazji, nawet gdyby kryzysu akumulacji nie udało się nigdy konstruktywnie przełamać; część byłaby poddana deportacjom lub (po konferencji w Wannsee) systematycznej, planowej eksterminacji.

Mówiąc jednym zdaniem: III Rzesza była laboratorium politycznym, próbą wynalezienia takiego reżimu rządomyślności, który porzuciwszy wszystkie liberalne fantazje o „wolnych” umowach między „równymi” podmiotami prawa, umożliwiłby wielkiej burżuazji zachowanie swojego stanu posiadania na wypadek, gdyby kryzys akumulacji miał się okazać „wieczny”.

Liberalny kapitalizm (liberalna demokracja) dopiero w sojuszu z ZSRR zdołał(a) pokonać III Rzeszę, dusząc, jak powiedziałby Slavoj Žižek, swój własny „symptom”. Kryzys akumulacji został ostatecznie przełamany, głównie w konsekwencji masowej destrukcji kapitału, jaka dokonała się w toku II wojny światowej; po jej zakończeniu kapitalistyczny system-świat wszedł w kolejną fazę A cyklu Kondratiewa, fazę długotrwałego wzrostu i akumulacji („trzydzieści wspaniałych lat”).

Dziś jednak po „wspaniałym trzydziestoleciu” nawet wspomnienia są już raczej mgliste. Kapitalizm jest w podobnym, trwającym już od kilku dekad kryzysie jak ten, który doprowadził do powstania III Rzeszy a następnie do II wojny światowej. Najpierw próbowano mu zaradzić globalną restrukturyzacją systemu podług recept neoliberalnych, ale i te ostatecznie zawiodły (David Harvey, Chris Harman, Samir Amin, i inni). Zdaniem niektórych (jak Wallerstein i Wolfgang Streeck), jest to najgłębszy i całkiem prawdopodobnie śmiertelny kryzys w dotychczasowej historii kapitalizmu. Centralną hipotezę mojego wywodu stanowi ta, że Izrael – pomimo wszystkich powierzchownych różnic – pełni w obecnym kryzysie rolę strukuralnie podobną do tej, w jakiej w poprzednim takim kryzysie zadebiutowała III Rzesza. Stanowi wynaturzoną przesadnię skondensowanych wszystkich najgorszych elementów właściwej sobie historycznej fazy kapitalizmu i jednocześnie laboratorium, w którym testuje się taki nowy system społeczno-polityczny, który umożliwi wielkiej burżuazji zachowanie klasowego panowania, gdyby kryzys akumulacji okazał się nie do przezwyciężenia i pozostał z nami „na zawsze”; gdyby „konieczny” (z punktu widzenia wielkiej burżuazji) okazał się dryf w stronę innego niż kapitalizm systemu społecznego: systemu jeszcze gorszego.

Władza dyscyplinarna, bio-władza, władza suwerenna

Jedną z wielu zalet znakomitej książki Neve’a Gordona Israel’s Occupation jest to, że nie tylko gromadzi i porządkuje materiał faktograficzny i opowiada kolejne etapy okupacji Terytoriów Palestyńskich jako rozwijającego się, dramatycznego – przede wszystkim dla Palestyńczyków – procesu, ale także rozpina fakty i narrację na pewnej ramie teoretycznej, pochodzącej z grubsza z Foucault. Gordon analizuje zmiany w izraelskich technologiach władzy i zarządzania okupowaną populacją palestyńską pod względem relacji między trzema typami władzy: władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną.

Z tych trzech to dwie pierwsze są specyficznie właściwe nowoczesności. Władza dyscyplinarna nakierowana jest na zarządzanie jednostkami, trenuje każdą z nich do postępowania zgodnie z oczekiwaniami porządku społecznego. Bio-władza zarządza zbiorowym organizmem społecznym, kształtując, decyzjami politycznymi, takie wymiary życia jak zdrowie publiczne, oczekiwana i średnia długość życia, materialna tego życia jakość (pod względem wskaźników zachorowalności, tego, jakie są dominujące przyczyny umieralności, itd). Władza suwerenna z kolei to naga władza arbitralnego decydowania, kiedy prawo ma zastosowanie, a kiedy nie ma; jako dominująca forma władzy najbardziej dotychczas właściwa przednowoczesnym formom politycznej organizacji społeczeństw.

„Dotychczas” jest w ostatnim zdaniu bardzo ważnym przysłówkiem. Analiza Gordona pokazuje fundamentalną zmianę w proporcjach pomiędzy tymi trzema modalnościami władzy, która zachodzi po wybuchu Pierwszej Intifady w 1987 roku. Do tamtego czasu Izrael czynił starania, by jawić się jako „okupant oświecony”. Izraelska polityka starała się choć trochę legitymizować jakimś stopniem „modernizującego” wpływu na życie na terytoriach okupowanych, włączając ich mieszkańców w krwiobieg swojej ekonomii, coś tam wydając na politykę zdrowotną czy na instytucje edukacyjne na Terytoriach Okupowanych oraz utrzymując pewne minimum pozorów rządów prawa. To ostatnie przejawiało się np. tym, że izraelskim władzom zdarzało się sądzić izraelskich żołnierzy, którzy w skandaliczny sposób nadużyli siły w stosunku do palestyńskiej ludności cywilnej. O ile odsetek żołnierzy Cahalu faktycznie skazanych za zbrodnie na palestyńskich cywilach zawsze był spektakularnie niski, o tyle wraz z wybuchem Intifady mamy do czynienia z zupełnie nową jakością: sprawy takie nie trafiają już niemal w ogóle do sądów. Oferuje to izraelskim żołnierzom zupełną bezkarność, niezależnie od skali i stopnia przemocy, którą zastosują wobec wydanej na ich łaskę populacji, umożliwiając im nawet bezkarne strzelanie do dzieci i chwalenie się tym na Instagramie.

Naga siła militarnego reżimu, któremu podporządkowana jest całość palestyńskiego życia, arbitralną, decyzją suwerena wyłączyła palestyńskie życie z porządku, w którym obowiązuje ochrona jakiegolwiek prawa. Wyłączyła palestyńskie życie z porządku, w którym sąd ma obowiązek przyjrzeć się choćby sprawie, jeśli ofiarą jest Palestyńczyk; jeśli życiem, któremu zadano cierpienie lub kres, jest życie palestyńskie. Nie koniec na tym: z porządku w którym obowiązuje ochrona jakiegoś prawa, wyłączyła również życie każdego, kto opowie się w obronie uniwersalnych, niezbywalnych praw Palestyńczyków jako istot ludzkich.

Przekonała się o tym ostatnim rodzina zamordowanej przez izraelskich żołnierzy Amerykanki Rachel Corrie, która mogła jedynie pozwać Państwo Izrael z powództwa cywilnego, gdyż jego władze nie tylko uznały, że śmierć Rachel nie zasługuje na postępowanie karne, ale nawet sprawców morderstwa objęły ochroną prawną i proceduralną w normalnym porządku prawnym należną ofiarom przestępstw lub świadkom, którym grozi odwet ze strony np. zorganizowanych grup przestępczych. Nawet pozew z powodztwa cywilnego, siłą rzeczy wytoczony w Izraelu (przed sądem w Hajfie) skończył się, oczywiście, porażką rodziny Corrie. Przekonali się o tym samym organizatorzy tureckiej misji w ramach pierwszej Flotylli Wolności – izraelskie wojsko zamordowało 9 obywateli Turcji i jednego Amerykanina tureckiego pochodzenia. Nikt nigdy za żadną z tych śmierci nie stanął przed sądem, w sprawie żadnej z nich nie uruchomiono postępowania.

Moja hipoteza nie polega na tym, że Izrael powraca do modalności władzy właściwych społeczeństwom przednowoczesnym, ale że wyłoniła się tam zupełnie nowa, przerażająca konfiguracja relacji między tymi trzema formami władzy (władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną). Konfiguracja ta polega na podporządkowaniu technologicznych wymiarów (albo „przedłużeń”) władzy dyscyplinarnej oraz bio-władzy nadrzędnej i dominującej roli władzy suwerennej.

Fenomenem, który stanowi szczególnie wyrazistą manifestację tego zupełnie nowego stanu rzeczy, są drony. Drony mieszczą w sobie pewne wysoko rozwinięte pod względem technologicznym rozwiązania, które stanowią „superprzedłużenie” zadań właściwych władzy o charakterze stricte nowoczesnym: np. rozwijają i pogłębiają panoptyczną kontrolę nadzorowanego społeczeństwa i dyscyplinują skadające się nań jednostki do niepodejmowania zachowań czy omijania miejsc klasyfikowanych przez operatorów dronów jako „podejrzane”. Jednocześnie jednak podporządkowują je nadrzędnej i arbitralnej władzy wyłączania pewnych kategorii ludzkiego życia znajdującego się pod lupą dronów spod ochrony prawa. Decyzje o pozbawieniu życia za pomocą uderzeń z dronów podejmuje się bez sądu, bez dowodów, nie ma w odniesieniu do nich zastosowania żadna ochrona prawna, nie ma prawa do obrony, obowiązku wykazania winy, procedur odwoławczych. Decyzja zapada zza biurka, pulpitu lub konsoli, na podstawie przypuszczeń, domniemań, podejrzeń, impulsów, wrażeń, „widzimisię”. Odpowiedzialność natomiast przeniesiona zostaje na same ofiary, które będąc na celowniku dronów, podjęły „podejrzanie” wyglądające zachowania (po szczegółową analizę perwersji władzy związanych z ekspansją dronów odsyłam do pracy Grégoire’a Chamayou La Théorie du drone).

Inną, choć przez drony związaną z poprzednią, szczególną egzemplifikacją tej nowej konfiguracji wzajemnych zależności między władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną jest monstrualny zestaw sztuczek, dzięki któremu dla prawników izraelskiej armii Palestyńczyk bez mała nigdy nie jest cywilem. Izraelska armia stosuje powszechnie dwie formy „ostrzeżenia”, że dom mieszkalny zostanie zbombardowany: albo dzwoni do kogoś, że na budynek coś spadnie (za 5 minut, za 3 minuty, czasem za minutę), albo zrzuca na dom mały pocisk, który ma narobić dużo huku, przebija często dach, ale nie zmiata jeszcze domu z powierzchni ziemi. Za minutę lub pięć spada ładunek właściwy. Co z tym robią izraelskie harce z prawem? Izrael twierdzi, że jeśli rodzina zamieszkująca ten dom nie opuści domu, zanim zostanie zbombardowany, to znaczy, że podjęła decyzję o przyjęciu roli „voluntary human shields”, „dobrowolnych żywych tarcz”, tym samym tracąc swój status cywili. Jest to agrument najzupełniej nieprawdopodobny, tym bardziej, że Palestyńczycy mieszkają często w wielopokoleniowych rodzinach, w domu są dzieci w rożnym wieku i osoby starsze, nierzadko jest też ktoś okaleczony w poprzednich ofensywach Izraela, i wyprowadzić wszystkich na bezpieczną odległość w zaledwie kilka lub nierzadko jedną minutę jest po prostu niemożliwe, często nie ma też dokąd uciec, bo dane osiedle czy dzielnica są pod szerszym ostrzałem. Izraelscy prawnicy traktują to jednak poważnie. Rodzina, która nie ucieknie, klasyfikowana jest jako „żywe tarcze Hamasu”.

Izraelizacja kapitalizmu permanentnego kryzysu

Jean-Claude Paye pisał kiedyś (w opublikowanym po polsku w zasłużonym piśmie „Lewą Nogą” eseju Guantánamo i nowy porządek prawny), że jesteśmy świadkami anomalii w systemie prawnym, które mogą zapowiadać porządek prawny przyszłości, porządek bez najmniejszej przesady przerażający, polegający właśnie na tym, że pewne kategorie ludzi wyjmuje się arbitralnymi decyzjami spod ochrony jakiegokolwiek prawa (prawa kraju pochodzenia, prawa kraju przebywania, wreszcie prawa międzynarodowego). Przed tym samym, i towarzyszącym temu całym zestawem przemian prawa w ogóle, ostrzega wybitna i zasłużona brytyjska prawniczka Gareth Peirce. Ten nowy porządek jest jednak uniwersalizacją, globalizacją porządku przetestowanego i sprawdzonego na polityczno-militarnym poligonie, jaki stanowi Państwo Izrael, a przede wszystkim sposoby, na jakie w okresie po 1987 roku zarządza ono – i uderza w – znajdującą się pod jego kontrolą populację palestyńską.

Eyal Weizman posługuje się specjalnym terminem: izraelizacja. Izraelizacja to upodanianie się najbardziej brutalnych stosunków bezwzględnej władzy do technik rozwiniętych i doprowadzonych do perfekcji w relacji Państwa Izrael do ludności palestyńskiej. Weizman przywołuje jako szczególnie wyrazisty przykład okupowany przez USA i ich sojuszników Irak, ale izraelizacja to proces, którego skala i zasięg są bez porównania większe i stopniowo przekształcają życie nas wszystkich w reżimach wciąż nominalnie utrzymujących, że są liberalnymi demokracjami, wywierając kolosalny wpływ na całokształt globalnych stosunków władzy.

W Stanach Zjednoczonych, których polityka międzynarodowa kształtowana jest pod patologizującym wpływem izraelskiego lobby, zwłaszcza ultraprawicowej organizacji AIPAC, trzymającej w kieszeni prawie cały amerykański Kongres, Biały Dom uzurpuje sobie, na wzór Izraela, prawo do administracyjnego decydowania o pozbawieniu życia domniemanych wrogów (najczęściej zwanych „terrorystami”); prezydent Obama powołuje się nawet na wyroki Sądu Najwyższego Izraela (sic!), by uzasadnić swoje prawo do zlecania pozasądowych zabójstw nawet obywateli własnego kraju. Policja w Nowym Jorku uczy się od izraelskiej armii zarządzania mniejszościami etnicznymi i społecznościami wykluczonymi. Oddziały wojska, które pacyfikowały protesty Afroamerykanów w Ferguson w Missouri przeszły izraelskie szkolenie. Izraelskie firmy zbrojeniowe produkujące drony oferują je siłom policyjnym wielkich, multietnicznych metropolii, jako środek sprawowania nadzoru i pacyfikacji społecznego gniewu. Sama ekspansja dronów, swego rodzaju „dronizacja” porządku światowego, jedno z największych współczesnych zagrożeń i największych wyzwań politycznych dla wszelkich sił postępowych, początek swój ma właśnie w Izraelu: jak dowiadujemy się choćby od Chamayou, pierwszy cykl rozwoju dronów został przez USA jako nierozwojowy zarzucony po II wojnie światowej i to dopiero siły zbrojne Izraela przywróciły ten rodzaj uzbrojenia na porządek dnia, a następnie przekonały do niego Pentagon. Wkrótce nawet tak peryferyjne i komicznie nieistotne w globalnym układzie sił państwa jak to rozkopane pole cebuli między Odrą a Bugiem, będą miały drony i nikt nawet nie będzie ukrywał, że będą one miały za zadanie „pomagać” w kontrolowaniu ewentualnych społecznych protestów ich własnej populacji, zwłaszcza jej sektorów najbardziej ekonomicznie wykluczonych. W Wielkiej Brytanii rząd pozwala Amerykanom latami trzymać swoich obywateli bez wyroku ani nawet dowodów w Guantánamo i po cichu wprowadza możliwość procesów sądowych, których przebieg i służący mu materiał dowodowy będzie mógł być zachowany w tajemnicy przed oskarżonym, uniemożliwiając mu tym samym skuteczną obronę. We Włoszech i innych krajach na obrzeżach Unii Europejskiej przygraniczne formacje wojskowe strzelają do uciekających przed wojną i głodem migrantów z Afryki czy Azji, próbujących przedrzeć się do lepszego życia przez zasieki Twierdzy Europa, niczym do pozbawionej praw łownej zwierzyny. W Indiach rządząca prawica, odkąd Izrael stał się dla tego kraju głównym dostawcą broni, uczy się i zamierza na wielką skalę naśladować w stosunku do własnej populacji muzułmańskiej metody wypracowane przez Izrael na i w stosunku do Palestyńczyków. Już lata temu Naomi Klein wskazywała, że narzucona światu przezd administrację Busha II „wojna z terroryzmem” była „globalizacją doktryny Likudu” (partia, z ramienia której rządzi teraz Netanjahu).

I tak dalej, i tak dalej.

Rządy Stanów Zjednoczonych i większości państw europejskich (ostatnim bastionem wartości Oświecenia, mówiąc słowami amerykańskiego historyka Grega Grandina, znów jest Ameryka Łacińska) grzęzną w obrzydliwym stopniu nie tylko tolerancji dla zachowania Izraela, ale nawet aktywnej współpracy i wsparcia udzielanego tym działaniom. Czasami wyglądają wręcz one, jakby Izrael dokonywał outsourcingu pewnych działań służących obronie pozycji Izraela do władz innych krajów. Stany Zjednoczone udzielają Izraelowi tak bezwarunkowego (i kosztownego) poparcia, że właściwie podminowują już swoje własne interesy – nie potrafią jednak przestać. Amerykańskie służby szturmują mieszkania redaktorów zasłużonego dla sprawy palestyńskiej portalu Electronic Intifada. Europejskie służby graniczne zatrzymują na lotniskach Francji, Belgii i innych krajów obywateli UE, wybierających się do Izraela, by tam uczestniczyć w akcjach solidarnościowych w obronie Palestyńczyków. Francuski rząd ściga się z prawicowymi proizraelskimi żydowskimi organizacjami lobbingowymi w polowaniu na rzekomych antysemitów w szeregach krytyków Izraela i zakazuje demonstracji solidarności z mieszkańcami bombardowanej Gazy. Rząd Grecji zatrzymuje w swoich portach statki uczestniczące w drugiej Flotylli Wolności, by tym razem nie dotarły one nawet w tak wciąż dalekie pobliże portu w Gazie, jak razem poprzednim.

I tak dalej, i tak dalej.

Trudno oprzeć się wrażeniu, jakby manifestowało się tutaj coś więcej niż tylko trwanie tych wszystkich rządów w pułapce różnego rodzaju biznesowych powiązań i w dyplomatycznym szachu w kontaktach z Jerozolimą i Tel Awiwem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta gorliwość w już nie tylko spełnianiu wszelkich – najbardziej nawet skandalicznych – próśb ze strony rządu Izraela, ale nawet zgadywaniu z wyprzedzeniem jego potencjalnych życzeń, reprezentuje jakiś obsceniczyny doprawdy eksces. Jakby zachodnie klasy panujące w Izraelu broniły czegoś znacznie więcej, niż tylko jednego z wielu formalnie równoprawnych państw i rządów. Jakby w Izraelu broniły właśnie tego wyjątkowego, doprowadzonego do doskonałości modelu, prototypu, wzoru do zapożyczenia, w którym wielka burżuazja w swoich różnych wydaniach narodowych i w jej wydaniu transnarodowym (nazwanym przez Denisa Duclosa kosmokracją) widzi nadzieję na zachowanie swojej klasowej władzy na okoliczność zmaterializowania się coraz bardziej realistycznego scenariusza, zgodnie z którym obecny kryzys kapitalizmu zostanie z nami już „na zawsze”; że powrót na ścieżkę długotrwałego wzrostu i względnie harmonijnej akumulacji w warunkach istniejącego reżimu własności nie będzie już nigdy możliwy. (Konkurencyjnym wyjściem byłoby, oczywiście, zniesienie panującego reżimu własności i zastąpienie kapitalizmu systemem bardziej egalitarnym, tego jednak wielka burżuazja nie utożsamia ze swoim własnym interesem.)

Atrakcyjność Izraela jako modelu nowego reżimu rządomyślności i racjonalności politycznej, na którego podobieństwo powoli acz konsekwentnie przeobrażają się zachodnie liberalne demokracje (do niedawna tak, w każdym razie, zwane), wynika z tego, jak doskonale nadaje się on jako taki do zastosowania w specyficznych warunkach obecnego strukturalnego kryzysu kapitalizmu.

W warunkach strukturalnego kryzysu, z którego niemiecka burżuazja szukała ratunku w projekcie III Rzeszy, przyszłość klasowego panowania wiązała się wciąż z koniecznością wyzyskiwania pracy tych, którzy nie dysponowali własnością środków produkcji; stąd część (wschodnioeuropejska) siły roboczej miała trafić do niewoli, wyzyskiwana dosłownie na granicy biologicznej reprodukcji pracującego organizmu, bez perspektywy dożycia jakiegoś odpoczynku w starości, za to z perspektywą śmierci z łopatą, motyką czy kilofem w ręku.

Pod tym względem sytuacja obecnego kryzysu kapitalizmu jest znacząco odmienna. Rozwój sił wytwórczych, kolosalny wzrost wydajnosci pracy, jaki się dokonał w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci (automatyzacja i komputeryzacja) i polityczny sukces reżimu własności intelektualnej jako wehikułu akumulacji kapitału, sprawiły, że siła robocza jest dziś znacznie mniej istotnym składnikiem Marksowskiego modelu P – T – P’ (pieniądz – towar – pieniądz powiększony o zysk). Do najbardziej rozwijających się i przynoszących najbardziej spektakularne zyski należą dziś te dziedziny aktywności gospodarczej, które potrzebują stosunkowo niewielkich nakładów ludzkiej pracy, jedynie garstki bardzo wykwalifikowanych jednostek, i obywają się często bez tworzenia nowych miejsc pracy, nawet gdy szybko rosną pod względem liczebnej bazy swoich klientów. Wykonywane przez klikę wtajemniczonych operacje na wirtualnych rachunkach; usługi internetowe; aplikacje na urządzenia mobilne; inne „przemysły kreatywne” i przemysły kulturowe nierzadko żyjące w większym stopniu z renty od już zgromadzonej martwej pracy niż z bieżącej produkcji, produkcji angażującej pracę proporcjonalnie, w przeliczeniu na potencjalne zwroty od inwestycji, niewielu osób. Coraz szersze segmenty ludzkości, coraz większe rzesze ludzi są już kapitałowi i klasie społecznej jego dysponentów najzwyczajniej niepotrzebne jako siła robocza.

Izraelskie rozwiązanie

Rozwiązanie, jakie przetestowało na takie okoliczności Państwo Izrael, rozwiązanie, któremu z takim perwersyjnym pożądaniem przygląda się burżuazja w innych częściach świata, to zupełne i trwałe fizyczne wykluczenie całych segmentów populacji (wedle jakiegoś arbitralnego kryterium, w tym wypadku pochodzenia etnicznego i religijnego, ale to zawsze można będzie dostosować do lokalnych warunków) z dostępu do formalnej gospodarki, z możliwości podjęcia choćby rywalizacji o pracę. Odgrodzeni murami, zasiekami, całymi sekwencjami fizycznych przeszkód uniemożliwiających im wydostanie się z ich miejscowości do pracy, na poszukiwanie pracy czy do szkoły albo uniwersytetu, na którym mogliby zdobyć jakieś kwalifikacje na potrzeby pracy w przyszłości. Pozamykani w bantustanach na Zachodnim Brzegu Jordanu albo w megaslumsie Gazy, pod ciągłym ostrzałem z ziemi, powietrza, i z morza, tam, gdzie w pobliżu jest morze. Ostrzeliwani lub bombardowani, gdy w tych swoich bantustanach lub odciętych od świata slumsach usiłują kłaść podwaliny pod jakiekolwiek produktywne ekonomiczne działanie, sami stworzyć sobie z niczego jakąś pracę. Ataki bombowe w perzynę obracają jedyną elektrownię w Gazie i ponad sto fabryk, nawet uprawa pietruszki na tych skrawkach dostępnej wicąż ziemi i jej zbieranie grożą śmiercią od izraelskiego strzału. Śmiercią z rąk izraelskich żołnierzy tak samo grozi połów ryb. Pracy teoretycznie nie brakuje tylko personelowi medycznemu, ale właściwie nie da się jej wykonywać, bo szpitale też co dwa lata są bombardowane, a trzy czwarte dostaw do nich (większość o charakterze zewnętrznej pomocy humanitarnej) rutynowo konfiskowane przez Izrael.

Palestyńczycy nie są już Izraelowi potrzebni nawet do tego, żeby wyzyskiwać ich pracę – ale to nie znaczy, że nie są potrzebni w ogóle. Wykluczenie w kapitalizmie ma zawsze charakter funkcjonalny, wykluczeni są w kapitalizmie potrzebni jako wykluczeni – to w Izraela stosunku do Palestyńczyków nie uległo zmianie, zmianie natomiast uległy parametry tej funkcjonalności. Już nie chodzi o to, żeby wykluczenie skazywało Palestyńczyków na wykonywanie najgorszej, najsłabiej wynagradzanej, przynoszącej najmniej społecznego uznania i najbardziej niedowartościowanej pracy. Od tego są dzisiaj legitymizujący się nie zawsze solidnym żydowskim pochodzeniem przybysze z upadłego ZSRR i starzy dobrzy Mizrahim (Żydzi arabscy); zresztą pracy, nawet kiepskiej, i tak jest do zlecenia coraz mniej. Jak niestrudzenie powtarzają Frank Barat z Trybunału Russella i Shir Hever, ekonomista z Alternative Information Centre, jak to lata już temu zdiagnozowała w Doktrynie szoku Naomi Klein, Palestyńczycy – nie tylko w Gazie, ale tam widać to na najbardziej szokującą skalę – potrzebni są Izraelowi jako zupełnie nowa historycznie forma mięsa armatniego. Są także potrzebni jako straszak integrujący to do reszty już obłąkane społeczeństwo zabarykadowane wewnątrz fortyfikacji Twierdzy Izrael.

Nowa forma mięsa armatniego, bo jego funkcją nie jest umieranie na froncie za interesy klas panujących „własnej ojczyzny”; Palestyńczycy są marketingowym mięsem armatnim izraelskiego przemysłu zbrojeniowego. Izrael mimo populacji przegrywającej zestawienie z niejednym współczesnym miastem, jest jednocześnie jednym z dziesięciu największych światowych producentów i eksporterów uzbrojenia i supertechnologii bezpieczeństwa. Izraelski eksport broni w przeliczeniu na głowę mieszkańca wynosi 300$ rocznie, najwięcej na świecie; dla porównania, dla USA, największego światowego eksportera broni, jest to jedynie 95$. Sztokholmski instytut SIPRI podaje, że izraelski eksport uzbrojenia podwoił się w okresie 2001-2012. Jest to kluczowy przemysł kraju, którym rządzi nierozerwalny sojusz między wychowaną w kulturze paranoi elitą militarną a burżuazją zbrojeniową. Uwięzieni w Gazie i innych bantustanach, bez możliwości ucieczki, bez możliwości schronienia się gdziekolwiek, Palestyńczycy służą izraelskiemu przemysłowi zbrojeniowemu jako monstrualny showcase, na którym może zademonstrować skuteczność swoich technologii w walce z żywymi ludźmi, by następnie sprzedawać swoją broń na rynkach światowych jako przetestowaną w walce, przetestowaną na ludziach. Przetestowaną w zabijaniu ludzi. Z transmisją na żywo – ostatnim razem przez ponad 50 dni – w kanałach telewizyjnych na całym świecie. W trakcie lub tuż po każdej kolejnej agresji na Gazę (kiedy nastąpi następna? w 2016 czy wcześniej? – bo odstępy pomiędzy kolejnymi są coraz krótsze) zyski i notowania akcji izraelskich firm zbrojeniowych szybują w górę.

Palestyńczycy jako straszak, jako ci, którzy zawsze mogą coś tam wystrzelić zza muru (w tym celu izraelska armia regularnie zmusza mieszkańców Gazy i enklaw na Zachodnim Brzegu do wystrzelenia czegoś czasem systematycznymi prowokacjami, a to strzelając do dzieci, a to zabijając strzałami z dronów jakiegoś politycznego reprezentanta Palestyńczyków) z kolei utrzymują Izraelczyków w stanie ciągłego napięcia, zawsze jakoś obecnej obawy o własne bezpieczeństwo. To z kolei pozwala upiec więcej nawet niż dwie pieczenie na jednym ogniu. Legitymizuje, uzasadnia i naturalizuje patologiczną w Izraelu pozycję armii jako instutucji, która obejmuje i kształtuje całość życia społecznego i politycznego (Tyler). Izrael wiele mówi o tym, że jest jedyną na Bliskim Wschodzie demokracją liberalną, ale od jego powstania rządzą nim niemal wyłącznie wojskowi; w rzeczywistości jest to wojskowa etnokracja (jako etnokrację ustrój polityczny Izraela definiuje Shlomo Sand). Ciągle odświeżana obawa o własne i bliskich bezpieczeństwo fizyczne napędza i podtrzymuje wewnętrzny popyt na produkty najważniejszego izraelskiego przemysłu. Wpływa także na utrzymywanie izraelskiego społeczeństwa w stanie gorączkowego nacjonalistycznego podniecenia, w stanie wyjątkowej identyfikacji z panującym reżimem rządomyślności. Poziom tej identyfikacji przejawia się w „stopniu degeneracji izraelskiego społeczeństwa” (Tariq Ali): 95-procentowe, entuzjastyczne społeczne poparcie dla agresji na Gazę oznacza, mówiąc dosadnie, że tylko 5% izraelskich Żydów nie jest pogrążonymi w jakimś obłędzie rasistami. W porównaniu z Izraelem Teksas jest dziś ostoją tolerancji i multikulturalizmu.

Palestyńczycy jako straszak trzymający do kupy izraelskie społeczeństwo rozdarte ogromnymi wewnętrznymi nierównościami i wytwarzający zgodę na rządy kliki wojskowych i burżuazji zbrojeniowej muszą być na tyle zdesperowani, ich sytuacja musi być na tyle beznadziejna, by wybuchali czasem gniewem na tyle silnym, by ciarki przestrachu przebiegły czasem po plecach smażącego sobie odwłok na plaży w Tel Awiwie izraelskiego mieszczucha (jakaś rakieta dosięgła lotniska Ben Guriona!). Muszą być jednak na tyle bezsilni, by za każdym razem takie zagrożenie dało się opanować. Środkiem do tego celu jest nadwerężenie biologicznej i społeczno-kulturowej tkanki palestyńskiego życia do stopnia, w którym zachwiana jest możliwość jego długoterminowej reprodukcji jako spójnego społeczeństwa. Jeżeli prawie jedna czwarta (źródła, gdy piszę te słowa, podają 504 lub 514) ofiar ostatniego ataku to dzieci, tylko imbecyl lub socjopata może jeszcze wierzyć w zapewnienia Netanjahu i australijskiego kolonisty, jego nie znającego wstydu rzecznika Marka Regeva, że stanowiły one collateral damage w atakach na faktyczne cele powiązane jakoś z Hamasem. Śmierć ogromnej liczby dzieci, okaleczenie i osierocenie jeszcze większej (odpowiednio prawie 3400 i 13000) należały do faktycznych celów opracji Protective Edge. O „przypadku” to można by jeszcze mówić, gdyby zginęło kilkoro czy kilkanaścioro dzieci, a rany odniosło kilkadziesiąt, ale nie wtedy, kiedy chodzi o ponad 500 i ponad 3000 – gdy liczby są tego rzędu, to nie jest to „przypadek”. Jedna ze szkół prowadzonych w Gazie przez Organizację Narodów Zjednoczonych 17 razy wysyłała izraelskiemu dowództwu swoje współrzędne wraz z informacją, że mają tam schronienie rodziny z dziećmi, które musiały uciec ze swoich domów. Szkoła została zbombardowana. Nie pomimo tego, że była to szkoła, prowadzona przez ONZ, i że spały tam dzieci, a właśnie dlatego, że była to szkoła i że spały w niej dzieci.

Sednem izraelskiej przemocy w stosunku do cywilnej ludności i infrastruktury Terytoriów Okupowanych jest zadawanie tej populacji takich ciosów, by uniemożliwić jej normalne odtwarzanie się jako społeczeństwa. Zabijanie i kaleczenie dzieci uderza w jego reprodukcję na najbardziej elementarnym biologicznym poziomie (i stanowi przedłużenie polityki – to są słowa przedstawicieli izraelskiego rządu – utrzymywania Palestyńczyków „na diecie”: dopuszczanie na terytorium Gazy takiej ilości kalorii, by utrzymać populację dosłownie na krawędzi biologicznego przetrwania). Dzieciom, które uniknęły śmierci w tej i poprzednich „operacjach” zadawane są monstrualne krzywdy, które na zawsze naznaczą ich rozwój emocjonalny i fizyczny (Ewa Jasiewicz powiedziała kiedyś, że większość dzieci w Gazie cierpi na to, co zachodnia psychiatria nazywa zespołem stresu pourazowego – problem jednak w tym, że nie ma żadnego „po” w tym ich urazie, ten stres nie ma miejsca po czymkolwiek, bo w warunkach oblężenia Gazy i stres, i uraz trwają nieprzerwanie). Wyprowadzić takie rzesze dzieci, właściwie całe pokolenie, z takiej traumy jest w stanie tylko silnie zintegrowane, mające wspólną mapę wartości i sprawne instytucje socjalizacji, enkulturacji i opieki społeczeństwo. To dlatego – po to, by to uniemożliwić – bomby spadły właśnie na instytucje socjalizacji, enkulturacji i opieki, instytucje, za pomocą których Palestyńczycy odtwarzają się jako społeczeństwo, które dzieli jakieś wspólne narracje o sobie i o świecie wokół siebie, podziela pewien zestaw społecznych praktyk i dzięki temu potrafi działać wspólnie. Dlatego bomby spadły na prawie 170 szkół, na ponad sto meczetów, na ponad dwadzieścia szpitali i na 5 uniwersytetów. Za dużo tego na collateral damage, to były faktyczne cele operacji – nie ma wątpliwości Navi Pillay, Wysoka Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka. Okupantowi chodzi o to, by Palestyńczycy rozpadli się jako społeczeństwo, rozpadli się do jakiegoś stanu zrozpaczonego zdziczenia, w którym będą wciąż skutecznym straszakiem, ale nie będą w stanie politycznie zorganizować się przeciwko okupantowi.

To dlatego Izrael przez cały czas trwania tej kampanii tak bardzo plątał się w zeznaniach, co właściwie jest jej celem (najpierw rzekomo porwani i zamordowani przez Hamas chłopcy; gdy nawet izraelska policja musiała przyznać, że Hamas nie miał z tym nic wspólnego, nagle sednem sprawy stały się rakiety wystrzeliwane przez Hamas w stronę terytorium Izraela; gdy Hamas próbował przestać, nagle powodem wszystkiego i celem ofensywy stały się tunele). Nawet po zakończeniu całej tej ofensywy, Izrael nie potrafi wytworzyć spójnego komunikatu, o co chodziło i co właściwie osiągnięto. Osłabienie Hamasu? Hamas jeszcze nigdy nie miał tak silnego poparcia! Chodzi o to, że prawdziwe cele tego wszystkiego były tak obsceniczne, tak odrażające, że w żaden sposób, przy pomocy nawet najbardziej wygimnastykowanego zespołu cynicznych PR-owców, nie da się takich celów sprzedać opinii międzynarodowej; władze Izraela mówią więc w tej sprawie dosłownie byle co, byle tylko nie powiedzieć prawdy.

Izrael – i wypracowany przezeń po 1987 roku model zarządzania permanentnym kryzysem i zupełnym strukturalnym wykluczeniem całych mas ludności – przedmiotem pożądania i zazdrości ze strony tych sektorów wielkiej burżuazji w innych częściach świata, które mniej lub bardziej pogodziły się z perspektywą, że obecny kryzys kapitalizmu już się raczej nie skończy, w każdym razie nie w wyobrażalnej przyszłości, wobec czego zainteresowane są przede wszystkim obroną swoich przywilejów na przyszłość określoną przez takie właśnie warunki. Podobnie jak w poprzednim tak głębokim kryzysie kapitalizmu projekt III Rzeszy był przedmiotem pożądania i zazdrości klas panujących także poza Niemcami, które nierzadko szukały dróg akcesu do tego projektu lub możliwości jego skopiowania.

Jest jeszcze jeden istotny aspekt. W poprzednim tak głębokim kryzysie, na ówczesnym poziomie rozwoju sił wytwórczych, na „atrakcyjność” projektu III Rzeszy z punktu widzenia burżuazyjnych elit składało się przejęcie politycznej i militarnej kontroli nad ogromnym terytorium, z jego zasobami naturalnymi, z istniejącym tam już bogactwem, które można częściowo przejąć, z jego rynkiem konsumenckim, wreszcie z zasobami eksploatowalnej siły roboczej. W obecnym kryzysie kapitalizmu Izrael „atrakcyjnym” czyni stworzony przezeń model niewielkiej, ale uzbrojonej po zęby i na każdą okoliczność twierdzy. W twierdzy takiej schronienie mogą znaleźć książęta transnarodowej finansjery wraz ze swoimi dworami, kapłani przemysłów kreatywnych wraz z robiącymi im dobrze ministrantami, oczywiście arystokracja przemysłu zbrojeniowego – wraz z ich niższym i pomocniczym personelem oraz zasobami dostawców usług. Rzesze wykluczonych z ekonomii takiej twierdzy trzymane pod butem militarnej potęgi tworzą atmosferę zagrożenia, która integruje społeczeństwo wewnątrz twierdzy w stopniu neutralizującym jego wewnętrzne sprzeczności i napięcia; do tego podtrzymują ostatni wielki, wciąż sprawnie i szybko kręcący się przemysł, który wytwarza coś dotykalnie realnego (zbrojenia i bezpieczeństwo). Gdyby wyskoczyła niespodziewanie potrzeba dodatkowego zastrzyku siły roboczej, można zawsze wyselekcjonować jakąś grupę w którymś z bantustanów za murami twierdzy i wpuścić ją na jakichś wymyślnych warunkach do środka. Zasadniczo jednak, przy obecnym poziomie rozwoju technologicznego, wyzyskiwać zdesperowane populacje można na odległość; grabić ich zasoby można w punktowych, planowanych z daleka operacjach, następnie zostawiając je samym sobie z konsekwencjami ekologicznymi czy humanitarnymi; bronić się przed słusznym gniewem pokrzywdzonych też można zza monitorów komputerów. Tego rodzaju twierdze to przyszłość, jaką mniej lub bardziej wyraźnie widzą dla siebie sektory klas panujących w różnych częściach naszej planety. Miejsce na zewnątrz tych twierdz, pod ich ostrzałem, okupacją, oblężeniem, lub po prostu w stanie odcięcia od materalnych możliwości tworzenia kolektywnych warunków do normalnego życia, w warunkach permanentnej katastrofy ekologicznej lub humanitarnej, bądź też w stanie groźby, że niebawem się tam osuniemy – to miejsce, jakie w tej wizji czeka większość z nas.

Bezwarunkowa solidarność

Nigdy nie zapomnę pierwszej pro-palestyńskiej demonstracji, na której byłem w Londynie w 2012 roku. Wydarzenie zupełnie różne od małych, rachitycznych odpowiedników, jakie demonstracje takie mają w oduczonej dwudziestopięcioleciem dzikiego neoliberalizmu elementarnej międzyludzkiej solidarności Polsce. Demonstracje, które miały w Londynie miejsce w tym roku, w czasie operacji Protective Edge, pod względem liczby uczestników przebiły tamte z 2012 roku wielokrotnie (ta z 9 sierpnia 2014 była największą pro-palestyńską demonstracją, jaka kiedykolwiek miała miejsce w Londynie) i także były głęboko poruszające. Ale nigdy nie zapomnę tej pierwszej. Nigdy nie zapomnę tego dwudziestoparoletniego chłopaka, białego Brytyjczyka, stojącego z megafonem na podeście ustawionym przy High Street Kensington. Ambasada Izraela jest nieopodal. Nie pamiętam, jak się nazywał, ale nigdy nie zapomnę tego, jak długo i niestrudzenie, z jaką energią chłopak ten zdzierał sobie gardło, krzycząc do tego megafonu: „Gaza, Gaza, don’t you cry, we will never let you die!” i „In our thousands, in our millions, we are all Palestinians!” Pomimo iż był Brytyjczykiem jak najbardziej brytyjskiego pochodzenia, nie można było mieć większych wątpliwości: ten chłopak zdzierał tam sobie gardło z takim zaangażowaniem, bo czuł, że ta sprawa fundamentalnie go dotyczy, tak jak dotyczy każdej ludzkiej istoty. Że sprawa palestyńska, skala krzywdy i niesprawiedliwości zadanych Palestyńczykom, żeby zachodnie mocarstwa mogły po II wojnie światowej poczuć się lepiej ze swoimi wyrzutami sumienia z powodu hitlerowskiego judeocydu, jest sprawą uniwersalną, jest sprawą wszystkich ludzi.

Co robi szczególnie wielkie wrażenie na pro-palestyńskich demonstracjach w Londynie, to fenomenalnie uniwersalny ich skład tożsamościowy, społeczno-kulturowy. Wielka Brytania ma ogromną społeczność arabską, ale wraz z brytyjskimi Arabami idą przedstawiciele wszystkich innych muzułmańskich społeczności, od Somalijczyków po Irańczyków; wraz z muzułmanami lewicowcy wszelkich maści, intelektualiści, związki zawodowe, przedstawiciele świeckich organizacji żydowskich i ortodoksyni Żydzi, Brytyjczycy pochodzenia karaibskiego, ci Brytyjczycy, którzy czują się odpowiedzialni za własną historię (choćby za tzw. deklarację Balfoura z 1917 r.), zawsze przyjeżdżają też Irlandczycy. Sam nie wiem, kto jeszcze. Wszyscy ludzie, którzy mają nieuśpione sumienia i wiedzą, że prawda nigdy nie leży pośrodku.

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami. Wszyscy, jako istoty ludzkie, mamy moralny obowiązek solidarności z Palestyńczykami – jako istotami ludzkimi. Jako istotami ludzkimi w doprawdy tragicznym położeniu, stojącymi w osamotnionej konfrontacji z czwartą najpotężniejszą armią świata, sponsorowaną przez Imperium Dolara, pozbawieni ochrony jakiegokolwiek skutecznego prawa, od pokoleń pod bezwzględną militarną okupacją, grabieni, poniżani, mordowani, wsadzani do więzień nawet w wieku 11 lat, porzuceni przez wielkich międzynarodowych graczy, którzy mogliby coś wymusić na władzach w Jerozolimie i Tel Awiwie, ale wolą robić z nimi interesy. Istotom ludzkim w takim położeniu należy się solidarność bezwarunkowa. Bezwarunkowa, to znaczy bez względu na to, jak ich polityczne wybory (Hamas) i działania (rakiety wystrzeliwane w Izrael, błyskawiczne wyroki śmierci na 21 oskarżonych o kolaborację z Izraelem) mają się do naszych zachodnich, liberalnych gustów politycznych. Zachodnie, liberalne gusta polityczne są luksusem poza zasięgiem społeczeństwa, które od pokoleń łamane jest presją tego, co izraelski historyk Avi Shlaim nazwał niedawno „najdłuższą i najbrutalniejszą nowoczesną okupacją”. To my, dostarczając demokratycznej legitymacji rządom, które za nasze podatki robią z Izraelem (zwłaszcza z jego przemysłem zbrojeniowym i armią) rozmaite interesy i odmawiają stawiania go przed elementarnymi standardami prawa międzynarodowego, ponosimy część odpowiedzialności za beznadzieję sytuacji Palestyńczyków i za to, jak niewiele opcji zostało im już do wyboru. Nie mamy w tej sytuacji prawa uzależniać naszej solidarności od spełnienia naszych fantazji o wyborach politycznych, jakich powinni dokonywać. If the occupation is ugly, you will not have a pretty resistance, jak powiedział w Hyde Parku Tariq Ali. A po tym jak Izrael skutecznie skorumpował przywództwo Fatah i Organizacji Wyzwolenia Palestyny, de facto outsource’ując do nich zadania okupacji (Gordon), i w gruncie rzeczy je pacyfikując, by jednocześnie przystąpić do intensyfikacji grabieży ziemi na Zachodnim Brzegu i mnożenia żydowskich osiedli (Edward Said samotnie ostrzegał przed laty, że do tego tak naprawdę doprowadzą porozumienia z Oslo, a nawet, że Izraelowi po prostu o to w nich chodzi, i miał rację) – po tym wszystkim Hamas jest dla wielu (po ostatnich wydarzeniach najprawdopodobniej większości, także na Zachodnim Brzegu) Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych ostatnią liczącą się polityczną organizacją, która udowodniła w praktyce, że nie porzuci walki o ich prawo do życia i ich prawo do życia w godności. I udowodniła to jako organizacja właśnie – nie tracąc kompasu politycznego, nawet dojrzewając jako ruch narodowo-wyzwoleńczy, pomimo iż Izrael systematycznie, głowa po głowie, „usuwa” od lat kolejnych przedstawicieli jej przywództwa. Co stoi w olbrzymim kontraście z losami Fatah i Organizacji Wyzwolenia Palestyny, których przywództwo w późnych latach Jasira Arafata i po jego śmierci (dziś wiemy już, że został otruty), nie tylko nigdy nie dorosło do jego formatu, ale też uległo smutnej demoralizacji.

Wszyscy jesteśmy więc Palestyńczykami – albo skurwysynami. Wybór jest tylko taki.

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami także dlatego, że walka Palestyńczyków znajduje się w epicentrum walki o kluczowe stawki naszego stadium nowoczesności, w tym o przetrwanie samych nowoczesności centralnych obietnic (wolności i równości wszystkich ludzi), a może nawet o przetrwanie warunków możliwości choćby dalszej o te obietnice walki. To, że w boju o takie stawki, porzucony przez zachodnie tak zwane demokratyczne rządy, stoi osamotniony ruch, który podkreśla swoją islamską tożsamość, jest tylko kolejnym ponurym świadectwem stanu rozpaczliwej moralnej i aksjologicznej nędzy, w jakim znajduje się euroatlantycka polityka. Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami, bo stworzony w toku siłowych eksperymentów na nich system bezwzględnego zarządzania permanentnym kryzysem i wykluczeniem to prototyp, który w kolejnych stadiach obecnego kryzysu kapitalizmu będzie replikowany na większą skalę i dostosowywany do różnych lokalnych kontekstów. Bo izraelska okupacja to puszka Pandory, otwarta już, z której wydostają się demony hulające następnie po całym świecie i krok po kroku zmieniające rzeczywistość polityczną i panujący reżim rządomyślności także w krajach europejskich i Ameryce Północnej. Musimy tę puszkę zamknąć, wepchnąć demony, tyle z nich, ile uda nam się zatrzymać, z powrotem, i zakopać ją głęboko, nie zostawiając mapy, jak ją odnaleźć; a potem wyruszyć na poszukiwanie tych demonów, które już hulają po świecie i zaczęły go podbijać. W pewnym sensie jest już za późno: w tym sensie, że puszka dawno jest już otwarta i historia kroczy już tą ścieżką. Musimy jednak tę okoliczność, tę, że już w pewnym sensie jest za późno, traktować nie jako powód do fatalizmu, a jako impuls do szczególnej mobilizacji i działania. Musimy zatrzymać historię na tej drodze. Musimy ją z niej zawrócić.

Kiedy nasze klasy polityczne nie tylko odmawiają podejmowania jakichkolwiek działań, by pociągnąć Izrael do odpowiedzialności i go powstrzymać przed kontynuacją zbrodni na Palestyńczykach, a nawet w najlepsze robią z nim interesy, ci wszyscy z nas, którzy odmawiamy być skurwysynami, musimy wykorzystać wszystkie inne dostępne nam sposoby realizacji imperatywu bezwarunkowej solidarności z Palestyńczykami. Wywierać presję na naszych polityków, organizować demonstracje jak ta w Londynie 9 sierpnia 2014, rozliczać każdego z nich z jego stosunku do Izraela. Ale musimy też przyłączyć się do każdego dostępnego nam bojkotu: odrzucać wszelkie produkty made in Israel, odrzucać wszelkie produkty i usługi korporacji, o których wiemy, że prowadzą biznes z izraelskimi podmiotami, z izraelskim rządem lub inwestują w Izraelu; powinniśmy bojkotować imprezy sportowe i kulturalne, instytucje kulturalne i akademickie, a także poszczególnych twórców, akademików i sportowców, którzy oficjalnie reprezentują wszelkie jednostki organizacyjne finansowane lub sponsorowane przez Państwo Izrael lub uczestniczą w przedsięwzięciach propagandowych Państwa Izrael (takich jak „Brand Israel”). Jak powiada Naomi Klein, bojkot Izraela jest najlepszą bronią, jaką w obecnych warunkach dysponujemy, ponieważ po prostu ma ogromną szansę być skuteczny: Izrael, jako kraj z niewielkim rynkiem wewnętrznym, jest całkowicie zależny od rynków zewnętrznych, i jeśli je utraci, straci grunt pod nogami.

Oczywiście, oberwie się nam po drodze od antysemitów i musimy być na to gotowi. Najwyższy czas przestać się już jednak tego bać. Ta od dawna już, i coraz bardziej, nadużywana taktyka oczerniania każdej krytyki Izraela i każdej obrony niezbywalnych, uniwersalnych praw Palestyńczyków, będzie już niebawem na granicy wyczerpania. To nie kreowany przez takie oskarżenia „antysemityzm” ma dzisiaj cokolwiek wspólnego z rasizmem, to pratyka tego rodzaju oskarżeń o antysemityzm jest jednym z centralnych wehikułów obecnie dominujących – tych, które są dziś faktycznym problemem politycznym – form rasizmu (Badiou, Hazan, Segré). Dożyliśmy czasów tragicznej doprawdy ironii, w których kto nie będzie ni razu nazwany antysemitą, ten całkiem prawdopodobnie nie jest przyzwoitym człowiekiem. Towarzystwo w gronie w ten sposób oskarżonych jest już doprawdy wyśmienite – od Normana Finkelsteina, przez Alaina Badiou, Erica Hazana, Rogera Watersa, Rihannę, po Penelope Cruz, Javiera Bardema i Pedro Almodovara. Z takich oskarżeń, za to, że opowiadamy się w obronie niezbywalnych praw Palestyńczyków, w przyszłości będziemy jedynie mogli być dumni.

Jarosław Pietrzak

Najważniejsza literatura:

Zdjęcie nad tekstem pochodzi z mojego fotobloga Surface and Matter.