Trump, ONZ i upadek Imperium

19 czerwca 2018 ambasadorka USA przy ONZ Nimrata Randhawa, ukrywająca się pod pseudonimem Nikki Haley, ogłosiła, że Stany Zjednoczone występują z Rady Praw Człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych (UNHRC), ciała pomocniczego Zgromadzenia Ogólnego. Rada bowiem, w uzasadnieniu Haley, systematycznie uniemożliwia podjęcie kroków przeciwko “zbrodniczym reżimom” takiej np. Wenezueli czy Iranu, obsesyjnie w zamian atakując „państwa o wzorowym dorobku w zakresie praw człowieka”, takie jak Izrael.

Sednem sprawy jest bez wątpienia ten ostatni. Wbrew temu, jak niektórzy donoszą o tym wydarzeniu w Polsce, nie ma ono bezpośredniego związku z naruszeniami praw człowieka przez samą administrację Trumpa, np. w procederze masowych deportacji i związanego z nimi odbierania dzieci rodzicom. Amerykańskie pogwałcenia praw człowieka zawsze pozostawały poza realnym zasięgiem prawa międzynarodowego, nie brakowało ich też pod administracją Obamy. Stany Zjednoczone mogłyby jednocześnie zasiadać sobie wciąż w UNHRC i mnożyć u siebie obozy koncentracyjne – i nikt z zewnątrz nie mógłby nic z tym zrobić, tak jak nie mógł nigdy wcześniej.

Szokujący gest Waszyngtonu w oczywisty sposób wpisuje się w ciąg proizraelskich posunięć amerykańskiej dyplomacji, bynajmniej nie zapoczątkowanych przez administrację Donalda Trumpa. Co się istotnie zmieniło, odkąd w Gabinecie Owalnym swoje kiczowate złote zasłony zawiesił nieobliczalny marchewkowy pajac, to styl w jakim są one rozgrywane. Reprezentantka administracji Trumpa w ONZ obróciła posiedzenia Rady Bezpieczeństwa i Zgromadzenia Ogólnego w scenę bezceremonialnych fochów Waszyngtonu i jawnych pogróżek pod adresem tych państw i instytucji, które odmawiają potulnego wykonywania amerykańskich poleceń.

Siła i konwenanse

Oczywiście, kolejne skandaliczne posunięcie USA słusznie wywołuje gniew i oburzenie, bo ujawnia stopień, w jakim Imperium Amerykańskie lekceważy prawo międzynarodowe, jego instytucje i ideały, a także jego inne podmioty. Zerwanie przez Waszyngton zasłony hipokryzji budzi uzasadnione obawy: co jeśli ta hipokryzja, wraz z wymuszoną przez nią grą pozorów, bywała czasem ostatnim hamulcem, powstrzymującym USA przed robieniem na arenie międzynarodowej wszystkiego, na co miałyby ochotę i na co im pozwala ich militarna potęga?

Jednak potęga Imperium Amerykańskiego opierała się od II wojny światowej owszem na nagiej sile, ale w połączeniu z grą pozorów, w połączeniu z propagandowymi ściemami o wolności i demokracji, z poszanowaniem, przynajmniej na powierzchni i dla niektórych, pewnych reguł międzynarodowego „ceremoniału”. Wszystko to sprawiało, że miliony ludzi w różnych częściach świata, nierzadko całe lub prawie całe społeczeństwa, wierzyły w amerykańskie argumenty tam, gdzie USA uciekały się jednak do nagiej siły, w te wszystkie baśnie o „przywództwie wolnego świata”, w zawsze dobre chęci, nawet tam, gdzie rezultaty były katastrofalne. Wierzyły we „wspólnotę wartości”, stabilność takiego porządku, w sens tego, żeby w ich kraju albo w jego sąsiedztwie stacjonowali amerykańscy Marines, itd. Pozbywając się tej fasady, pozostawiając arogancję i siłę bez kamuflażu, Imperium Amerykańskie na dłuższą metę podkopuje swoją własną potęgę, swoją globalną hegemonię, obnażając przemoc, na jakiej jest ona zbudowana. W reakcji na samą tylko nagą siłę ludzie najpierw może i reagują bojaźnią i trwogą, ale potem przechodzą w gniew i opór.

W takich warunkach szybko okaże się, że nagle wcale nie jesteśmy tacy osamotnieni z naszymi antyimperialistycznymi przekonaniami o tym, czym naprawdę są Stany Zjednoczone, że te nasze poglądy nagle nie są już niczym ekscentrycznym. Amerykańska dominacja traci swoją legitymizację, traci swoją oczywistość i uzasadnienia. Wbrew pozorom traci też swoją skuteczność.

Donald i Bibi

Skoro akty największej arogancji administracji Donalda Trumpa na arenie międzynarodowej tak często rozgrywają się wokół Izraela, to i na tym właśnie przykładzie można pokazać, jak to działa.

Uznając wszystkie pretensje Izraela i stając otwarcie po jego stronie, odrzucając odgrywaną przez dziesiątki lat farsę, że Stany Zjednoczone są w sprawie neutralnym mediatorem, Trump krótkoterminowo umocnił tak samego premiera Binjamina Netanjahu (ksywka Bibi), jak i cały reżim izraelskiego apartheidu. Ale tylko krótkoterminowo, bo tym, co temu reżimowi gwarantowało taką bezkarność i utrzymywanie okupacji jako stanu de facto permanentnego, była właśnie ta porzucona farsa: „proces pokojowy”, amerykańskie „mediacje”, obietnice, że kiedyś jakieś tam państwo palestyńskie powstanie, że z Jerozolimą – tylko że cały ten „konflikt” jest tak strasznie „skomplikowany”!

Kiedy Ameryka przestaje udawać mediatora i ogłasza się otwarcie tym, czym od pół wieku przecież była, aktywną stroną, splecioną w miłosnym uścisku z Izraelem, zainteresowaną tylko jego interesami, cała ta konstrukcja zaczyna się rozpadać. Do międzynarodowej opinii publicznej i innych rządów coraz szybciej dociera, że okupacja trwa tak długo, bo Izrael i USA nigdy nie chciały jej zakończyć. Że „konflikt” toczy się wciąż nie dlatego, że jest tak skomplikowany, a dlatego, że jest tak prosty: jedna strona, w oparciu o potęgę własną i największego supermocarstwa, chce drugiej odebrać wszystko i nie oddać niczego. Rezultatem będzie, prędzej czy później, międzynarodowa izolacja Izraela.

Scenariusz ten niezależny dziennikarz Jonathan Cook rysował już w pierwszych dniach prezydentury Donalda Trumpa, ja się z nim wtedy zgadzałem. Dziś palestyńska pisarka Nada Elia na łamach arabskiego serwisu Middle East Eye z jednej strony, jak i pismo postępowych amerykańskich Żydów, „Forward”, z drugiej, piszą zgodnie, że polityka Trumpa paradoksalnie przesunęła kwestię palestyńską do mainstreamu amerykańskiej polityki, sprawiła, że izraelskie zbrodnie przestały być tematem tabu dla polityków Partii Demokratycznej, a jej szeregowi członkowie i elektorat dystansują się od Izraela w takim tempie, że otwarte stanowisko przeciwko izraelskiej okupacji wkrótce okaże się nie tylko możliwym, ale wręcz obowiązkowym punktem programu kandydatów z ramienia Partii Demokratycznej. Rok 2018 i przeniesienie ambasady USA do Jerozolimy historia może jeszcze ocenić jako początek końca izraelskiej okupacji i apartheidu.

Znikające punkty (na liście sojuszników)

Podobną lub pokrewną dynamikę obserwujemy na innych poziomach i osiach globalnych stosunków władzy. Bezceremonialne postępowanie administracji Trumpa oraz jej nieprzewidywalność przyspieszyły proces, w którym Stanom Zjednoczonym zaczyna ubywać długofalowo wiernych sojuszników.

Pakistan przesunął się w orbitę Chin, dołączając w ten sposób do rosnącej konstelacji państw Azji i Afryki, które wolą wielkie chińskie projekty infrastrukturalne od kolejnych amerykańskich baz wojskowych. Indie pozostają sojusznikiem, ale nie słuchają już amerykańskich instrukcji w zakresie tego, od kogo mogą, a od kogo nie mogą sobie kupować uzbrojenia (i kupują od Rosji). Turcja, państwo z drugą największą armią w NATO, w oczywisty już sposób rozgląda się po mapie za alternatywnymi sojuszami.

Sprawy mają się jednak coraz gorzej także z tradycyjnymi najbliższymi („kulturowymi”) sojusznikami USA – krajami europejskimi i anglosaskimi. Na ostatnim szczycie G7 Trump ustawił przeciwko sobie całą pozostałą szóstkę. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Nowa Zelandia z coraz większą częstotliwością odmawiają głosowania w Radzie Bezpieczeństwa czy na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ zgodnie z oczekiwaniami Waszyngtonu i otwarcie krytykują kolejne posunięcia Białego Domu (np. przeniesienie ambasady USA do Izraela, odstąpienie od umowy z Iranem). W Wielkiej Brytanii z ław Parlamentu padały głosy, żeby urzędującego prezydenta największego anglosaskiego sojusznika uczynić persona non grata i uniemożliwić jego wizytę w Londynie – rzecz nie do pomyślenia w dotychczasowej historii relacji pomiędzy tymi państwami. Merkel i Macron obgryzają po kątach paznokcie, zastanawiając się, na czym zamiast nieprzewidywalnych teraz Stanów Zjednoczonych oprzeć europejską doktrynę obronną. Szykuje się Amerykanom wojna celna nawet z Kanadą, krajem, który jeszcze nie tak dawno Samir Amin wykpiwał, nazywając go „zewnętrzną prowincją USA”.

W różnych częściach świata już nie tylko ruchy lewicowe czy antykolonialne, ale też konserwatywne czy neoliberalne elity polityczne i ekonomiczne, nawet te przywykłe do rozpoztartych nad nimi amerykańskich skrzydeł i całkiem pod nimi zadowolone, coraz bardziej nerwowo rozmyślają o architekturze swoich sojuszy i ich przyszłości.

Prawo, pozory i Imperium

Kiedy zatrzymujemy się na poziomie odruchowego oburzenia brakiem szacunku obecnej amerykańskiej administracji dla prawa międzynarodowego i jego instytucji, zbyt łatwo zatrzymujemy się w zawężonym polu wyznaczonym przez milczące założenie, że prawo międzynarodowe i jego instytucje to jest byt neutralny, obiektywny, samorzutnie etyczny. Że to produkt neutralnej umowy zawartej pomiędzy równymi sobie państwami, które się wszystkie wspólnie zobowiązały do przestrzegania uniwersalnych zasad gwarantujących każdemu z nich taką samą ochronę w kontaktach z innymi, w zamian za akceptację takich samych zobowiązań. I choć taki jest oficjalny dyskurs prawa międzynarodowego i jego instytucji, choć taka jest ideologia, która je legitymizuje i sprawia, że w ogóle szanujemy ideę prawa międzynarodowego, a gdy trzeba, to się do niego odwołujemy – to mimo wszystko nie jest to realistyczny opis przedmiotu, a zwłaszcza genezy jego realnie istniejącej postaci.

Współczesna architektura prawa międzynarodowego, z centralną rolą ONZ, została zaprojektowana przez Stany Zjednoczone jako to supermocarstwo, które wyszło z drugiej wojny światowej najpotężniejsze, przejmując w systemie kapitalistycznym pozycję hegemona po upadającym Imperium Brytyjskim. Było tam miejsce na interesy mocarstw mniejszych i ramy dla praktykowania antagonizmu z konkurencyjnym supermocarstwem (Związkiem Radzieckim), któremu coś się należało w zamian za wykonanie większości brudnej roboty w wojnie z III Rzeszą – jednak prawdziwym celem tego wszystkiego było stworzenie takiego szkieletu globalnego systemu państw narodowych, który zabezpieczyłby w nim długofalowo dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych, a w drugiej kolejności interesy ich wybranych sojuszników, w zamian za ich posłuszeństwo w kluczowych sprawach.

Językiem uniwersalizmu musiały się te struktury posługiwać, żeby uzyskać uniwersalną legitymizację. Język uniwersalizmu umożliwił w tej przestrzeni proces emancypacji dawnych europejskich kolonii, mile jednak widziany przez głównego administratora całego tego systemu także dlatego, że osłabiał niegdysiejsze europejskie mocarstwa, czyniąc je wobec amerykańskiej potęgi znacznie mniejszymi graczami. Testem na szczerość uniwersalizmu instytucji prawa międzynarodowego były późniejsze próby złapania ich uniwersalnego języka i obietnic za słowo przez dopiero co wyemancypowane byłe kolonie. Próbowały one przemodelować struktury władzy w ONZ i innych instytucjach międzynarodowych tak, żeby nie odzwierciedlały tylko zachodniej dominacji nad resztą świata i żeby im pomogły ostatecznie przekroczyć kondycję ekonomiczną odziedziczoną po kolonializmie. Próby te zostały przez Amerykanów z sojusznikami skutecznie zduszone (patrz: Vijay Prashad, The Darker Nations). Kolejnym takim testem są podejmowane od wielu lat wysiłki na rzecz reformy Rady Bezpieczeństwa ONZ, w której pięciu stałych członków, każdy z prawem weta, to wciąż te same mocarstwa, które wyszły zwycięsko z drugiej wojny światowej. Było to wszak dość dawno temu i w żaden sposób nie odzwierciedla współczesnej sytuacji międzynarodowej – ale sprawdza się jako instrument amerykańskiej dominacji, pozostaje więc bez zmian.

Prawo międzynarodowe jest jednym z filarów amerykańskiej potęgi – nawet jeśli czasem tylko po to, by dało się je jakoś obejść lub przy użyciu jego instytucji zrobić całą społeczność międzynarodową w balona (iracka broń masowego rażenia). Kiedy Waszyngton zaczyna się wypinać na prawo międzynarodowe i jego instytucje, wypisywać się z międzynarodowych gremiów, trzaskać drzwiami na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa, zrywać zawarte już wielostronne umowy i odstępować od przyjętych już zobowiązań, powoli rozmontowuje istotne filary swojego własnego imperium. Trump może myśleć, że takim chamstwem i arogancją demonstruje tego imperium siłę, w istocie jednak akceleruje jego gwałtowny upadek.

I to jest na swój sposób dobra wiadomość – dla tych wszystkich z nas, którzy wiemy, że to nie jest najlepszy z możliwych światów.

Oburzeni, krytycy, nostalgicy

Jest na nie tylko polskiej lewicy coś w rodzaju „naiwnej szkoły krytyki Donalda Trumpa”. Ze słusznego oburzenia jego retoryką, stylem i posunięciami przedstawiciele tej szkoły stają się jednak mimowolnie, sami zwykle nie wiedząc kiedy, konserwatywnymi nostalgikami status quo ante lub melancholijnymi płaczkami wciąż w żałobie po Hillary Clinton. Argumentację wskazującą na to, że bezprecedensowy chaos tej prezydentury otwiera niespodziewane możliwości dla emancypacyjnej polityki na skalę globalną, ofukują, że to powtórka z „im gorzej, tym lepiej”, i że nic dobrego z tego nigdy nie wynikło.

Takie myślenie możliwe jest jednak tylko przy milczącym założeniu, że mamy wciąż przed sobą do wyboru jakieś lepiej i jakieś gorzej, albo przynajmniej to samo i gorzej. Tymczasem tak już nie jest, i to od dłuższego czasu, jeszcze sprzed Trumpa w Biały Domu – nie w głębokim strukturalnym kryzysie, w jakim znajduje się obecnie, nie od wczoraj, kapitalizm. W nadchodzącej przyszłości czekać nas może tylko gorzej; gorzej to wszystko, co przed nami – przez jakiś czas. Wybór jest jedynie między gorszym a gorszym, między różnymi wersjami gorszego, scenariuszami, według których potoczą się katastrofy nadchodzących lat. Z Hillary Clinton w Białym Domu też byłoby gorzej. Tylko w inny sposób. Być może już dawno toczyłaby się otwarta wojna NATO z Rosją i Iranem, przewidziana przecież w jej programie polityki międzynarodowej, choć ukryta tam pod zwodniczym kryptonimem (no-fly zone nad Syrią) – za to znacznie trudniej byłoby wówczas Imperium Amerykańskiemu stawiać opór, bo zniszczenie siałoby ono przy wsparciu odziedziczonej po Obamie dyplomacji i PR, a więc w doskonałej harmonii ze swoimi europejskimi sojusznikami.

Czy to znaczy, że wszystko jedno? Oczywiście, że nie. Od tego, który konkretnie spośród wielu możliwych scenariuszy owego gorzej faktycznie się rozegra, zależało będzie, jaki świat ostatecznie się wyłoni, gdy będzie już po wszystkim. Jedno wielkie pogorzelisko po światowej wojnie atomowej, fully automated luxury communism czy któraś z możliwości pomiędzy.

Trump to człowiek, który – jak to czasem mawiają Francuzi – „nie wie w południe, co będzie robił o drugiej”. Nawet burżuazje narodowe przyzwyczajone do kalkulowania swojej polityki z założeniem amerykańskiej dominacji na podobieństwo obiektywnego faktu z porządku natury, utraciły wiarę, że Imperium Amerykańskie jest gwarantem przewidywalności całego tego systemu. Już nie jest. Dlatego w warunkach takiej destabilizacji, konfuzji i nagłych przedefiniowań sojuszy postępowe, lewicowe, antyimperialistyczne siły mogą ostatecznie wygrać więcej.

Wyobraźmy sobie na przykład, że w październiku Lula da Silva wróci w Brazylii do władzy, albo – jeżeli tamtejszej prawicy uda się zatrzymać go w więzieniu – władzę przejmie mimo wszystko nieoficjalny „awaryjny” kandydat Partido dos Trabalhadores, Fernando Haddad, a oligarchia i klika skupiona wokół obecnego prezydenta Michela Temera jednak nie odważą się na wojskowy zamach stanu. Brazylia wróci wówczas do aktywnej roli międzynarodowej, jaka charakteryzowała dwie prezydentury Luli i pierwszą Dilmy Rousseff. Lula i Rousseff prowadzili dyskretnie i kurtuazyjnie, ale całkiem skutecznie antyamerykańską dyplomację na intensywną, globalną skalę. Osiągnęli tyle, ile się dało w warunkach bez porównania stabilniejszej pod rządami Busha młodszego i Obamy pozycji Imperium Amerykańskiego w systemie światowym. Teraz, w okolicznościach tego Imperium coraz szybszego upadku, po kilku telefonach do Pretorii, Pekinu, Teheranu, Caracas, Quito, obrażonego na Trumpa Ciudad de Mexico, a może też Madrytu i Lizbony, Lula bądź Haddad będą mogli stanąć z innymi stolicami do gry o znacznie wyższe stawki. Oczywiście, już widzę to przerażenie pomieszane z niedowierzaniem w oczach lewicowego polskiego nostalgika i jego koleżanki płaczki: chyba straciłem rozum albo kontakt z rzeczywistością! A może to właśnie wy nie macie kontaktu z rzeczywistością? Bo sam Fernando Haddad myśli właśnie tak. W przeciwieństwie do was, nostalgiku i płaczko, brazylijska lewica była w tym stuleciu realnie u władzy – w piątym najludniejszym państwie świata – i choć została w końcu wysadzona z siodła, to przez kilkanaście lat odnosiła realne, wymierne sukcesy. Oni wiedzą o prawdziwym świecie coś, czego wy nie wiecie.

Upadek Imperium Amerykańskiego sam w sobie nie wystarczy, żeby świat stał się lepszym miejscem. Jest tego jednak koniecznym warunkiem wstępnym. Jak długo ten monstrualny pasożyt żeruje na reszcie ludzkości i planety, żadna globalna zmiana na lepsze nie jest możliwa. To boli, kiedy upadają imperia, czasem wszystkich wkoło. Ale skoro i tak obecny porządek światowy musi się rozpaść, a pod znakiem zapytania pozostaje jedynie, w jaki sposób – to Trump przynajmniej zniszczy Imperium Amerykańskie rękoma swojej własnej administracji, w której wyraźnie skupił się ten element wielkiej amerykańskiej burżuazji, który za możliwość większej grabieży teraz-zaraz-natychmiast gotów jest przehandlować interesy Stanów Zjednoczonych jako supermocarstwa w dłuższej perspektywie. To boli, kiedy upadają imperia, ale świat się na ich upadku nie kończy. Wykorzystajmy to, by gdy kurz już opadnie, stał się on (świat) lepszym miejscem. Bądźmy oburzeni, ale nie poprzestawajmy na tym i nie pozwólmy sobie osunąć się w melancholię, nostalgię, tęsknotę za tym, co było. Bo dla większości mieszkańców tej planety wcale nie było fajnie.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Reklamy

Karol I i niepokój klas panujących

Londyńska Royal Academy of Arts z okazji swoich 250. urodzin przygotowała wystawę mającą przypomnieć słynną kolekcję sztuki europejskiej króla Anglii, Szkocji i Irlandii Karola I (1600-1649, panował od 1625). Niemałe kuratorskie wyzwanie, bo kolekcja ta została wkrótce po egzekucji monarchy wyprzedana i rozproszona, w geście symbolicznej zemsty na znienawidzonym przez parlament władcy, po którego śmierci Anglia przez chwilę (nieco ponad dekadę) była republiką.

Wystawa Charles I: King and Collector otwarta była dla zwiedzających od 27 stycznia do 15 kwietnia 2018. Gromadzi 140 spośród najważniejszych dzieł legendarnej kolekcji, która uchodzi za jedną z najwspanialszych, jakie kiedykolwiek zgromadzono w Anglii i pod koniec życia monarchy liczyła około 1500 obrazów i 500 rzeźb europejskich z XV-XVII w. Zobaczyć można prace takich artystów jak Andrea Mantegna, Tycjan, Paolo Veronese, Hans Holbein Młodszy, Peter Paul Rubens, Albrecht Dürer, Rembrandt van Rijn, Anthony Van Dyck czy ciesząca się od niedawna odzyskanym uznaniem (na innej wystawie w Londynie prezentowana była dopiero co jej protofeministyczna Judyta odcinająca głowę Holofernesowi) jedna z wielkich artystek nowożytnej historii europejskiej sztuki, Artemisia Gentileschi. Na wystawie w Royal Academy znajduje się jej zachwycająca Alegoria Malarstwa; są też dwie prace jej ojca i nauczyciela, Orazzio Gentileschiego.

Artemisia Gentileschi Alegoria malarstwa

Artemisia Gentileschi, Alegoria malarstwa

Na wystawie nie potrafiłem się oprzeć wrażeniu, że oglądałem coś więcej niż imponującą historyczną wspominkę, a przynajmniej nie tylko ją. Ufundowana przez Jerzego III, licząca ćwierć tysiąclecia, Royal Academy jest tą instytucją artystyczną, która chyba najgłębiej i najwygodniej umoszczona jest w brytyjskim polu władzy. Wystawa poświęcona estetycznej emanacji niepokojów i konfliktów wewnątrz klas panujących wczesnej nowoczesności w Wielkiej Brytanii wydaje się być metaforą współczesnego stanu ducha tutejszych elit, tak mocno rezonuje z lękami i bojaźniami ich dnia dzisiejszego.

*

Z ideologicznymi napięciami ery Brexitu niepokojąco rymuje się konflikt, który naznaczył okres panowania Karola I: między reprezentowanym przez niego arystokratycznym paneuropejskim kosmopolityzmem, a tymi, którzy rozestetyzowania monarchy nie znosili z pozycji angielskiej specyficzności.

Karol I zachwycił się hiszpańskimi zbiorami sztuki, gdy pojechał tam w 1623, w nadziei na wynegocjowanie ślubu z tamtejszą habsburską księżniczką, jeszcze jako młody następca tronu. Z małżeństwa nic nie wyszło, zamiast żony przywiózł z sobą dzieła sztuki, które stanowiły zalążek jego przyszłej kolekcji. Później zakupił słynną kolekcję Gonzagów, książąt Mantui i systematycznie dokupywał stare i nowe dzieła mistrzów włoskich, hiszpańskich, holenderskich, niemieckich. Własne i swojego otoczenia portrety zlecał przybyłym z kontynentu malarzom (Van Dyckowi czy Holbeinowi Młodszemu).

Niespójna mieszanina tęsknoty do własnej splendid isolation oraz pragnienia sprzecznych geopolitycznych i ekonomicznych aliansów (z jednej strony z Europą, z drugiej ze światem anglosaskim z centrum w Stanach Zjednoczonych, z trzeciej z byle kim, kto zaoferowałby plączącej się po bliskowschodnich stolicach premier May jakiś deal) rozdzierająca współcześnie brytyjską burżuazję i jej podrygującą bez ładu i składu klasę polityczną, znajduje dla siebie poetyckie zwierciadło w napięciach i konfliktach, które wstrząsały dworem Karola I.

Jego poszukiwania żony w potężnych monarchiach katolickich wyrażały jego przywiązanie do szerszej, europejskiej tudzież ogólnochrześcijańskiej tożsamości kulturowej łączącej wielkie królewskie i książęce rody na całym kontynencie. Jego przeciwnicy żądali aliansów zawężonych do świata protestanckiego, nie raz też pomstowali na protestanckość niewystarczającą, nie dość radykalną, tej czy owej polityki, tego czy owego wyboru, gestu, posunięcia, ich ukrytą podstępnie „katolickość”. Jednocześnie jednym i drugim marzył się awans Anglii w gronie wczesnonowoczesnych europejskich organizmów politycznych, które rozwijały się między innymi dzięki rozsiewanym po świecie koloniom, zasysanym z nich bogactwom i rywalizacji o nie (o kolonie i bogactwa). Innymi słowy, dzięki stosunkom handlowym i stosunkom władzy (oraz stosunkom handlowym jako stosunkom władzy) oplatającym glob w rosnącej liczbie kierunków.

Zarazem jednak opozycje w tamtym XVII-wiecznym rozdaniu nie były oczywiste, łatwe, intuicyjne; „otwartość” (intelektualna, kulturalna) nie musiała iść w parze z „postępem” (politycznym, społecznym). Karol I przywoził do Londynu estetyczne manifestacje triumfów najbujniej rozkwitających kultur intelektualnych i artystycznych ówczesnej Europy, ale to on na angielskiej scenie politycznej reprezentował to, co najbardziej reakcyjne, będąc wojującym orędownikiem średniowiecznej koncepcji pochodzenia własnej władzy bezpośrednio od Boga, co miało ją stawiać poza kontrolą i oceną instancji ziemskich, ludzkich. Jego przeciwnicy pragnęli jedni tej władzy ograniczenia, inni całkowitego zniesienia, oraz politycznego upodmiotowienia innych aktorów życia społecznego – w medium Parlamentu.

Podobnie dzisiaj, na wstrząśniętym Brexitem polu politycznym Zjednoczonego Królestwa, trudno o łatwe zestawy opozycji ułożonych w te same ciągi i szeregi, do których wszyscy byli od dawna przyzwyczajeni. Przeciwnicy i zwolennicy Brexitu zasiadają jedni i drudzy tak w ławach Torysów, jak wśród Labourzystów. Przeciwnicy i zwolennicy mają często, jedni i drudzy, zupełnie co innego na myśli, definiując to, za lub przeciw czemu stoją, tzn. Brexit. Wielu (zwłaszcza rząd Theresy May) nie wie lub nie potrafi jasno odpowiedzieć, co właściwie mają na myśli. Skłócone w temacie są różne sektory wielkiego kapitału, nawzajem podkładające sobie świnie; jedni widzą w nim utratę stabilnej międzynarodowej ramy neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału, inni szansę na wzmożenie grabieży, zwłaszcza dóbr publicznych i świata pracy. Podzieleni są socjaliści i lewicowi aktywiści różnej maści, nierzadko w łonie tych samych organizacji; jedni widzą w tym szansę na wyjście poza neoliberalizm (np. na nacjonalizacje) niemożliwe w realnej Unii Europejskiej, takiej, jaką ona jest, a nie jaką ją sobie wyobrażają euroidealiści; inni widzą w tym zagrożenie kolejnym zmasowanym atakiem wielkiego kapitału na prawa świata pracy, usługi publiczne, standardy ekologiczne. Wszyscy się boją, bo pomimo iż od referendum  minęło ponad półtora roku, nikt wciąż nie wie nawet w zarysie, jak będzie wyglądał rozwód z UE.

*

Najmocniejszy rezonans między czasem Karola I a czasem Brexitu wybrzmiewa jednak na głębokim, strukturalnym poziomie obydwu epok, na poziomie, na którym Brexit jest nie tyle rzeczywistością samą w sobie, co manifestacją procesów bez porównania bardziej fundamentalnych.

Karol I panował w okresie, w którym w Europie obumierały resztki średniowiecza i rodziła się indywidualna i zbiorowa, polityczna świadomość nowoczesności. Sam Karol, choć estetycznie był na bieżąco ze wszystkim, co w jego współczesności było najnowocześniejsze, reprezentował sobą wciąż polityczny lineaż średniowiecza, świat, w którym divine right of kings robiło za rację w sporze politycznym. Przechodząc ze średniowiecza w nowoczesność, świat ulegał głębokiej przemianie, której dynamika i sprzeczności dają się wyczytać z olśniewającej kolekcji bohatera wystawy.

Mantegna reprezentuje na przykład dziedzictwo średniowiecza, feudalizm i władzę Kościoła. Malarze dojrzałego włoskiego renesansu – moment, w którym średniowiecze współistnieje z nowoczesnością, jak zima z wiosną w marcu, w tym, że nowe, już nowoczesne sposoby realistycznego odzwierciedlania rzeczywistości, w tym przedstawiania ludzkiego ciała, zaprzęgnięte są we wciąż średniowieczną tematykę bijącą niezmordowane ukłony feudałom i Kościołowi; moment, który jest tyleż początkiem nowoczesności, co kulminacją, „szczytowaniem” średniowiecza.

Ale są też holenderskie portrety, wśród nich jeden z Rembrandta portretów jego matki, nieduży, ale przepiękny: zwykła kobieta, bohaterka małego, intymnego malarskiego arcydzieła, która zasłużyła na to samym swoim byciem człowiekiem, bliskim autorowi przedstawienia. By na to zasłużyć, nie musiała być księżną, baronową ani królową, nie musiała być piękna, nie musiała tego zawdzięczać pretekstowi religijnego czy mitologicznego tematu, w obręb którego by jej twarz przeszmuglowano. Autonomiczna ludzka istota, przedstawiona sama dla siebie, taką jaką była – ze zmęczonymi starością, przyłzawionymi oczyma, z zaciśniętymi od trosk lub towarzyszącego starości bólu, pomarszczonymi przez czas ustami. Narodziny emancypującej się nowoczesnej jednostkowej podmiotowości to przy Rembrandcie oczywiście tylko jedna strona medalu – jego zapowiadający jakby fotografię styl, tak mocno zaangażowany w rejestrację prawdy materialnej, dotykalnej rzeczywistości, która nas otacza, odbija też w sobie tę samą chęć poznania rzeczywistości, która stworzyła metody opisu naukowego, weryfikowalnych pomiarów, standardy wiarygodnej relacji, na podstawie której można dokonywać racjonalnej oceny rzeczywistości, w tym podejmować decyzje ekonomiczne racjonalne z punktu widzenia rodzącego się właśnie porządku społecznego, porządku opartego na imperatywie akumulacji kapitału. Nie był to przypadek matki Rembrandta, ale wiele innych jego portretów przedstawia ludzi, którzy co prawda nie dostali się na jego płótna zasługą swej błękitnej krwi, ale tego, że mogli sobie pozwolić na wynajęcie jego usług, bo dorobili się na kolonialnym handlu przyprawami, a jeden czy drugi może nawet ludźmi bądź świadczonych handlarzom ludźmi usług finansowych, to już jak najbardziej.

Wreszcie królewskie portrety Van Dycka – realizm rodzącej się nowoczesności służy tu majestatowi króla i arystokracji, jest narzędziem w ich politycznym projekcie, by dobrze wylądować i wygodnie się usadowić w zmieniającym się świecie, by wyrąbująca sobie przestrzeń nowoczesność, zasilana bogactwami „odkrywanego” świata, należała do tych samych ludzi, co średniowiecze, w nowej stylizacji, w wynalezionych na nowo formach legitymizacji.

Tak jak wtedy, władcy tego świata czują – wiedzą! – dziś doskonale, że coś już się kończy (kapitalizm), trzyma się tylko siłą przyzwyczajenia, a co i jak z tej śmierci się narodzi, jeszcze nie wiadomo, stąd wszyscy tak się boją. Paradoksalnie władcy tego świata boją się bardziej niż większość z nas, zbyt zajętych misją przetrwania od pierwszego do pierwszego – dlatego oni na wypadek końca świata budują sobie bunkry gdzieś w Nowej Zelandii i innych odległych krainach.

System osiągnął granice swojej reprodukcji i ekspansji. O ile zdesperowanych nieszczęśników do wyzyskiwania w najbliższym czasie mu nie zabraknie, kapitalizm kognitywny przekształcił sferę symboliczną w kolejną przestrzeń do podbicia przez rynek, itd., to jednak zasoby planety zużywa w tempie już niemal dwa razy szybszym, niż natura jest w stanie je odtwarzać, a także wepchnął nas w katastrofę klimatyczną, o której nie możemy nawet mówić, że nadchodzi, bo ona już tu jest i jej skutki mają potencjał wstrząśnięcia całością stosunków politycznych i ekonomicznych planety w perspektywie krótszej, niż większość z nas się spodziewa. Trwający już dekadę kryzys ekonomiczny dowodzi, że nikt nie ma pomysłu, jak kapitalistycznymi metodami można go przezwyciężyć – w różnych krajach próbowano już wszystkiego z arsenału kapitalistycznej ekonomii, od dogmatycznego zaciskania pasa (sobie – Londyn, innym – Berlin), po drukowanie pieniędzy na potęgę (Waszyngton, Tokio). Nic z tego nie działa, władcy świata kupują sobie jedynie czas, odkładając moment nieuchronnego rozpadu wielkiego, chyboczącego domku z kart, doraźnie sklejonego tu i ówdzie starą, brudną gumą do żucia, jakim jest współczesny kapitalizm. Gumy do żucia jest trochę, jakiś czas to tak postoi, ale nikt nie wie, jak długo, nikt nie masz też nadziei, że na dość długo.

Bezmyślne podrygi, jakie od czasu referendum brexitowego wykonuje brytyjska klasa polityczna, miotająca się jak kurczak bez głowy, od ściany do ściany, są symptomem tego kryzysu. Władcy świata i jego poszczególnych połaci nie wiedzą już, co robić, więc robią byle co.

Wolfgang Streeck zwraca uwagę, że o śmiertelnym charakterze obecnego kryzysu kapitalizmu świadczy całkowita erozja jego legitymizacji. Już chyba tylko w Polsce wierzy się jeszcze szeroko, że kapitalizm jest racjonalny, sprawiedliwy i ma sens. Że wciąż nie ma wystarczająco silnego wobec niego wyzwania, system zawdzięcza tylko temu, iż dziesięciolecia neoliberalno-neokonserwatywnego prania mózgów zniszczyły wiarę w alternatywy. System trzyma się wyłącznie siłą inercji i przyzwyczajenia, oraz słabością swoich rywali. Miarą obecnego kryzysu legitymizacji kapitalizmu jest dla Streecka to, że nawet beneficjenci status quo nie dbają już o żadne pozory. Nie czynią już najmniejszych wysiłków, by uszlachetniać, upiększać, zatajać czy mistyfikować swoje motywacje, czyny czy zasługi. Od bankierów na Wall Street i w City of London odpowiedzialnych za doprowadzenie swoich instytucji na krawędź bankructwa, przyznających sobie za to milionowe premie z pochodzących z publicznych bailoutów środków, po wyprzedaż Grecji za bezcen – grabież odbywa się dziś w biały dzień i na oczach nas wszystkich, bez ceregieli ani owijania w bawełnę. Władcy świata nie boją się utraty twarzy, bo wiedzą, że dawno ją utracili. Kradną, bo mają na tyle władzy, że mogą. Kradną w takim tempie i z takim rozmachem, bo wiedzą, że niewiele czasu im zostało, zanim wszystko się zawali. Kradną tak dużo, bo wtedy więcej z tego zachowają, jak już wszystko się zawali, poduszka, na której wylądują, będzie grubsza.

Przyglądając się żenującej i cokolwiek zdumiewającej indolencji torysów przez ostatnich kilka lat u władzy, trudno nie odnieść wrażenia, że źródłem ich dezorientacji, braku planu politycznego na najbliższą nawet przyszłość, jest głębokie zdziwienie, że świat, jaki znamy, jeszcze stoi, jakby się spodziewali, że zawali się szybciej. Przyglądając się szalonemu rozpędowi, z jakim bez dowodów szastali oskarżeniami Moskwy o próbę zamordowania jej byłego agenta Skripala, można odnieść wrażenie, że chcą wojny z Rosją, bo chcą, żeby świat się już wreszcie zawalił.

*

Przechadzając się głównymi galeriami Royal Academy miałem więc wrażenie, że oglądam wizualny poemat pozornie historyczny, którego prawdziwym tematem jest niepokój naszych władców, czy i przez to wzburzone morze uda im się przeprawić bezpiecznie na drugą stronę, znów na nasze grzbiety, tak jak im się ostatecznie udało u progu nowoczesności (od Florencji po Szwecję wykazano, że najbogatsze rodziny pod koniec średniowiecza i najbogatsze rodziny dziś, to mniej więcej te same rodziny). Jeśli jednak i tym razem im się uda, to świat urządzony kosztem większości z nas już po klimatycznej katastrofie okaże się najpewniej jeszcze – bez porównania – gorszy niż świat, jaki znamy. Czy zdołamy tym razem wszyscy zawczasu zrozumieć powagę sytuacji na tyle, by połączyć siły i wysadzić w końcu władców świata z siodła, a świat uczynić miejscem znośnym dla wszystkich? Czy też pozwolimy im odesłać na śmietnik najpiękniejsze obietnice nowoczesności, choć nigdy do końca nie spełnione, to podtrzymujące tak długo kolektywny horyzont naszej wspólnej ludzkiej godności? Czy zdołamy jednak wykorzystać nadchodzące burze i wstrząsy, by te obietnice w końcu chwycić za słowo, zrealizować, wspólnie je spełnić? Czy uda nam się nie tylko pościnać głowy Karolów Pierwszych naszych czasów, ale także nie dopuścić, by tylnymi drzwiami wrócili na ich miejsce ich synowie?

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w miesięczniku Le Monde diplomatique – edycja polska (kwiecień 2018)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ilustracja nad tekstem: Anthony Van Dyck, Karol I (fragment)

Zwycięzca Eurowizji 2018: Ministerstwo Spraw Zagranicznych Izraela

Już prawie pięćdziesięciu Palestyńczyków, bezbronnnych uczestników pokojowych protestów, zginęło od 30 marca przy granicy odciętej od świata Gazy, tysiące zostało rannych, wielu na zawsze okaleczonych, bo izraelscy snajperzy strzelali w nogi nabojami eksplodującymi w momencie wejścia w ciało, nie zostawiając innej możliwości niż amputacja kończyny.

Skandalem było już samo to, że w obliczu tych wydarzeń reprezentantkę takiego kraju (najbardziej rasistowskiego państwa świata) dopuszczono w ogóle do udziału w konkursie piosenki Eurowizji, jak gdyby nigdy nic. Tymczasem Netta Barzilai, która w 2014 służyła w marynarce, gdy Izrael bombardował Gazę (operacja Protective Edge) i niewykluczone, że zabawiała swoim głosem tych samych żołnierzy, którzy zamordowali czterech chłopców z rodziny Baker, gdy ci, ciesząc się letnim słońcem, grali na plaży w piłkę – nie tylko została dopuszczona do udziału, ale europejscy telewidzowie i jurorzy dali się nabrać na ściemę powierzchownego liberalnego feminizmu jej numeru, pozwalając izraelskiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych odnieść jedno z jego największych ostatnio zwycięstw propagandowych. W momencie, kiedy wizerunek międzynarodowy tego kraju ulegał nareszcie coraz szybszej, od dawna zasłużonej rozsypce; w momencie, kiedy nawet Natalie Portman przystąpiła de facto do bojkotu Izraela, choć bała się otwarcie tak swój gest nazwać.

Przecież rozrywkowa piosenka nie ma nic wspólnego z tak wielką polityką, artystka na scenie naprawdę dała radę, miliony widzów głosowały na to, co im się podobało, a nie na rządy! – prawda?

My ass!

Ta piosenka nie była oderwana od tak wielkiej polityki, wręcz przeciwnie. Izrael wydaje fortunę na realizowane w kulturze przedsięwzięcia propagandowe, które ukłonami w stronę czy to liberalnego feminizmu, czy to gay-friendliness dla szpanu, czy to pokazowej ekologii albo promowania weganizmu mają przesłonić zbrodnie każdego dnia popełniane przez izraelski apartheid na Palestyńczykach i bezceremonialną agresję Izraela wobec innych państw w regionie (w tym momencie Izrael usiłuje przekształcić wojnę w Syrii w jeszcze większy konflikt, otwartą zbrojną napaść na Iran).

Gdzie w „feminizmie” Netty Barzilai jest miejsce dla kobiet, które umierają, rodząc w kurzu na izraelskich checkpointach, bo jej koledzy z Cahalu uniemożliwiają im dostanie się na czas do szpitala? Gdzie dla matek dzieci, które zginęły w trzech wojnach, których inferno Izrael spuścił na Gazę w ciągu ostatniej dekady? Gdzie dla matek co najmniej trzystu palestyńskich dzieci, które siedzą w izraelskich więzieniach w momencie, gdy czytasz te słowa – niezależnie od tego, kiedy je przeczytasz? Gdzie w jej sympatii dla społeczności LGBT+ (reprezentacja Izraela w konkursie chwaliła się jej licznym udziałem w zespole przygotowującym wykonanie piosenki) chwila uwagi dla palestyńskich gejów i lesbijek, których biały fosfor spadający na Gazę, ani tortury w izraelskich więzieniach nie omijają (wręcz przeciwnie, izraelskie służby specjalne w sposób szczególny polują na Palestyńczyków LGBT+)?

Nigdzie, bo Netta „kocha swój kraj”, a przecież Palestyńczycy do niego nie należą.

Według aktywistów ruchu BDS (bojkot, wycofanie inwestycji i sankcje), wypromowanie piosenki Barzilai było operacją propagandową, na którą w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Izraela przeznaczono ogromne środki. Piosenka była promowana w mediach tradycyjnych i społecznościowych (w tym nawet w gejowskich aplikacjach randkowych, na pewno w niektórych krajach na Grindrze). Nawet w trakcie samego sobotniego finału w Lizbonie chyba żadnej innej flagi nie widać było tak często w czasie całego wieczornego wydarzenia, nie tylko wokół izraelskiej piosenki, ale i pomiędzy innymi utworami. Nie chce mi się wierzyć, że nie było tu jakiegoś product placement.

Sam udział w konkursach Eurowizji jest dla Izraela ważny propagandowo, stanowi bowiem część jego zabiegów o to, by być postrzeganym jako członek wielkiej europejskiej rodziny szlachetnych liberalnych demokracji, który zarazem, ze względu na swoje geograficzne położenie już na zewnątrz Europy, stanowi najdalej na wschód wysuniętą flankę cywilizacji Zachodu, jej swego rodzaju strażnika tam, gdzie rozpościera się już świat kluczowego „Innego” Europy, islamu.

W tym roku stawki były jednak bez porównania wyższe. Międzynarodowy wizerunek rozbestwionego rozpieszczaniem przez administrację Donalda Trumpa Izraela jest pod coraz silniejszą presją i potrzebuje na gwałt jakiegoś spektakularnego liftingu. Tym bardziej, że zaraz po Eurowizji będzie wielka, siedemdziesiąta rocznica powstania Państwa Izrael, a ponieważ dla Palestyńczyków w tej rocznicy nie ma nic do świętowania, planują oni największe protesty w ramach trwającego od kilku tygodni Wielkiego Marszu Powrotu. Izrael gromadzi już siły, by uderzyć w te protesty, być może skala przemocy przebije tę z 30 marca. Blichtr i szum tego rodzaju przyda się więc, by czymś przesłonić i zagłuszyć doniesienia mediów o nadchodzących wydarzeniach. Z kolei organizacja finału Eurowizji 2019 w Jerozolimie to gra o normalizację aneksji okupowanego miasta, normalizację jej statusu jako stolicy Izraela – statusu uznawanego tylko przez USA, z pogwałceniem prawa międzynarodowego. Podobnie jak militarna przeszłość Netty, z której wokalistka wydaje się być dumna, pomaga normalizować i dodawać „ludzką twarz” kolonialnej przemocy izraelskiej armii.

I nie należy się nabierać, że Netta Barzilai jest niczego nieświadomą artystką lekkiego popu, którą do celów propagandowych wykorzystuje podstępnie jej rząd. Netta doskonale zdaje sobie sprawę z propagandowego znaczenia swojego występu i zwycięstwa w konkursie, i świadomie w tym propagandowym przedsięwzięciu uczestniczy. Powiedziała między innymi, że zrobiła something crazy dla Hasbary. Hasbara znaczy ‘propaganda’ i jest to hebrajska nazwa operacji Izraela obliczonych na obronę wizerunku kraju w oczach międzynarodowej opinii publicznej. Już jako zwyciężczyni konkursu krzyczała ze sceny, że w przyszłym roku Eurowizja będzie miała finał „w Jerozolimie, w stolicy!” (a nie np. w Tel Awiwie, albo po prostu ogólnie, w Izraelu – w końcu wokalistka wcale nie musiałaby wiedzieć z wyprzedzeniem, gdzie publiczny nadawca jej kraju zaplanuje imprezę za rok).

Katastrofalny politycznie rezultat konkursu mówi nam coś bardzo smutnego o poziomie politycznej świadomości Europejczyków, którzy tak łatwo dają się nabrać na propagandowe ściemy w rodzaju powierzchownych „feministycznych” sloganów, albo nawet jedynie hasztagów, i odwracają wzrok albo wręcz nie widzą żadnego związku z przemocą, której pudrowaniu te frazesy służą. Coś bardzo smutnego o tym, że na milionach Europejczyków coraz bardziej rozpasana przemoc Państwa Izrael nie robi żadnego wrażenia – i to nawet w momencie, kiedy zachowanie premiera Netanjahu grozi wybuchem wojny z Iranem, która przez wciągnięcie USA a potem innych państw NATO z jednej, a Rosji i Chin z drugiej, szybko mogłaby się przekształcić w wojnę światową i/lub nuklearną.

Mówi też coś bardzo smutnego o konkretnym sektorze europejskiej publiczności – moim sektorze, społeczności LGBT+, która była szczególnie targetowana w wielkiej operacji promowania piosenki Netty. Konkurs piosenki Eurowizji, ze względu na wpisany weń lub przypisywany mu element campu, jest od dawna stałym punktem w queerowym kalendarzu w całej Europie. Sam byłem wczoraj z mężem u przyjaciół, którzy zrobili na tę okazję dużą imprezę w swoim domu na wschodzie Londynu. Wygląda na to, że ten target się spisał i sprawdził. Na wspomnianej imprezie pojawił się gość z flagą Izraela na plecach, ktoś inny zagłosował na Nettę, ktoś jeszcze bardzo się cieszył z wyniku. W Polsce izraelska piosenka wygrała sondę portalu Queer.pl. Europejska/zachodnia kultura gejowska nie tylko traci dziś wszelkie właściwe jej kiedyś elementy postępowe, wywrotowe – stała się w ogromnym stopniu konserwatywna, czasem jawnie reakcyjna. Jest mi od wczoraj niesłychanie wstyd. Drodzy geje i lesbijki, daliśmy dupy.

Każdy, kto weźmie udział w Eurowizji 2019 w Jerozolimie, weźmie na siebie część odpowiedzialności za zbrodnie, których maskowaniu i relatywizowaniu ten występ wraz z całym wydarzeniem będzie politycznie służył. Każdy, kto wystąpi w Eurowizji 2019, będzie miał krew na rękach. A ponieważ wywołanie przez Izrael trzeciej wojny światowej jest coraz bardziej realną możliwością, Eurowizja 2019 zająć może w historii miejsce w jednym szeregu z takimi imprezami jak Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936.

Chyba, że uda się nam – wszystkim ludziom przyzwoitym – połączyć siły i obrócić Eurowizję 2019 w największy sukces międzynarodowej kampanii bojkotu Izraela, wywierając presję i skłaniając wykonawców do rezygnacji z udziału lub European Broadcasting Union do anulowania bądź przeniesienia imprezy.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Wątpliwości birmańskie

Wielkie światowe media, międzynarodowe instytucje i tzw. światowa opinia publiczna zapałały w ostatnich miesiącach niespodziewanym oburzeniem wobec przemocy, jakiej ofiarą pada lud Rohingja, muzułmańska mniejszość etniczna w Mjanmie do niedawna znanej jako Birma. Wyrazy potępienia uderzają w Aung San Suu Kyi, de facto przywódczynię kraju, dzielącą dziś władzę z wojskowymi, przeciwko rządom których niegdyś protestowała. Suu Kyi do niedawna była świętą krową zachodniego liberalnego mainstreamu, laureatką Pokojowej Nagrody Nobla (1991), celebrowaną przez BBC i CNN, nawet bohaterką filmowego kiczu Luca Bessona z Michelle Yeoh w roli głównej, The Lady (2011). Choć powody do zarzutów pod adresem jej formacji politycznej, Narodowej Ligi na rzecz Demokracji, mnożyły się już od dawna – nawet ta konkretna kampania przemocy w stosunku do Rohingja ciągnie się co najmniej od 2012 roku – dopiero w 2017 stało się to wszystko nagle przedmiotem zainteresowania całego świata. W błyskawicznym tempie zebrano na całym świecie 400 tys. podpisów pod petycją o odebranie jej Nagrody Nobla.

Mjanma/Birma jest mało znanym w Europie krajem, utrzymującym wątłe stosunki polityczne i kulturalne z większością krajów Zachodu; jej języki, historia, kultura i zawiłości polityczne są w świecie euroatlantyckim znane tylko wąskiemu gronu specjalistów, w wielu krajach do policzenia na palcach jednej ręki. Większość z nas nie wie o tym kraju prawie nic. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy mieli zastrzeżenia i mieli się na baczności, gdy tak błyskawicznie zmieniła się obowiązująca wersja „prawdy” na temat kraju i jego obecnej politycznej przywódczyni.

Liberałowie i hipokryci

Oczywiście, Suu Kyi okazała się hipokrytką. Choć tak naprawdę może zawsze nią była, i być może dlatego właśnie tak bardzo zakochany był w niej zachodni liberalny mainstream. Metody non-violence w wydaniu Aung San Suu Kyi obowiązują słabych w starciu z silniejszymi, ofiary w konfrontacji z opresorami, lud wobec państwowego i militarnego aparatu represji – ale już nie w odwrotnych kierunkach. Może zawsze chodziło o to, żeby Suu Kyi i jej polityczni koledzy byli bezpieczni, kiedy już dogadają się z Tatmadaw (wojskowymi) i staną częścią aparatu władzy. Dla zachodniego liberalnego mainstreamu jej jednokierunkowy pacyfistyczny prawdopośrodkizm był też pewnie najlepszą gwarancją na zwiększony dostęp do owoców dzikiego birmańskiego kapitalizmu, gdy nastąpią jego „liberalizacja” i „otwarcie” opatrzone wizerunkiem pięknej, filigranowej postury „demokratycznej przywódczyni”.

Oczywiście, powinniśmy demonstrować nasze oburzenie, gdy przywódcy polityczni, których popieraliśmy, udzieliliśmy kredytu zaufania, którym uwierzyliśmy na przykład w to, że wartością, w którą wierzą, jest pokój, deklarowanym wartościom się sprzeniewierzają. Ale kiedy na celowniku takich petycji i fal oburzenia znajdują się tylko przywódcy zdemolowanych kolonialną i neokolonialną grabieżą słabych państw Trzeciego Świata (i Czwartego, jak chcą niektórzy), to ta praktyka też staje się, koniec końców, jaskrawą hipokryzją. Inny laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Barack Obama, kontynuował wszystkie wojny odziedziczone po swoim poprzedniku Bushu młodszym, zaczął kilka następnych, jako jedyny amerykański prezydent był w stanie wojny od pierwszego do ostatniego dnia swoich dwóch kadencji, a także rozpętał na niewyobrażalną wcześniej skalę największą kampanię terrorystyczną XXI wieku, globalną kampanię zabójstw przy użyciu dronów. Gdzie było 400 tys. podpisów, żeby odebrać mu Pokojową Nagrodę Nobla?

Jak długo do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, czystki etniczne, zbrodnie przeciwko ludzkości nie zaczniemy wzywać Bushów, Blairów, Obamów, Sarkozych i Netanjahów tego świata, a jedynie śniadych lub ciemnoskórych polityków na wpół upadłych państw Afryki czy Azji, tak długo te wybiórcze namiętności do „praw człowieka” nie będą miały wiele wspólnego ze sprawiedliwością, dużo za to z neokolonialną dominacją.

Przemoc, motywy i ofiary

Jak to się stało, że przemoc, przed którą uciekają Rohingja, potrzebowała niemal pięciu lat, żeby zwrócić uwagę Zachodu i „społeczności międzynarodowej”?

Liberalna fantazja o kryształowej pacyfistce Aung San Suu Kyi, odegrała tu ogromną rolę, ale ona sama mogłaby nie dać rady. Innym ważnym czynnikiem jest dystrybucja ról Dobrych i Złych Innych w orientalistycznym rozdzielniku rasistowskiej zachodniej wyobraźni. Co najmniej od kryzysu naftowego lat 70. XX w. muzułmanie i Arabowie wysunęli się na czoło tych Złych, ale wzorowy euroatlantycki liberał nie lubi, zwłaszcza przed samym sobą, przyznawać się do swojego rasizmu, potrzebuje więc także Dobrych Innych, których używa sobie za dowód, że przecież lubi, ceni i szanuje, a nawet się fascynuje, niektórymi odległymi kulturami. W głównych rolach Dobrych Innych obsadzeni zostali wyznawcy hinduizmu i buddyzmu, którym new age’owe zaczadzenie przypisuje, z lekceważeniem faktów takich jak rola buddyzmu zen w japońskim faszyzmie czy pogromy muzułmanów w najnowszej historii Indii, immanentny pacyfizm oraz umiłowanie do zgody między ludźmi i pomiędzy ludźmi a światem przyrody.

Ale tak jak podejrzane były całe lata ignorowania przez społeczność międzynarodową przemocy uderzającej od lat w mniejszości etniczne w różnych częściach Birmy (nie tylko w stosunku do Rohingja), tak czujność naszą powinna budzić również obserwowana dzisiaj niespodziewana zmiana wiatru. Jak wiele masowej przemocy w odległych częściach świata nie przebiło się nigdy na pierwsze strony „New York Timesa”, na czołówki serwisów BBC i do uwagi „społeczności międzynarodowej”, jeżeli przemoc ta nie miała znaczenia geopolitycznego, jeżeli jej podniesienie nie wpasowało się akurat w interes któregoś z mocarstw? Mieszkańcy Demokratycznej Republiki Konga czy niedawno Mosulu coś o tym wiedzą. Czy, w takim razie, mamy dzisiaj do czynienia z nagłym ogólnoświatowym przebudzeniem sumień, czy z tym, że przemoc w Mjanmie zyskała nagle dla kogoś znaczenie geopolityczne?

Raport Saskii Sassen, wybitnej holendersko-amerykańskiej badaczki globalnych ekonomicznych i demograficznych fluktuacji współczesnego kapitalizmu, opublikowany na łamach brytyjskiego „The Guardian”, był pierwszą, jaką znalazłem, publikacją w anglojęzycznych mediach głównego nurtu, która dopisywała do kryzysu w Mjanmie szerszy kontekst. Sassen zwraca uwagę, że w Birmie ludzie uciekają z wiosek od lat, i że stoi za tym, właściwa też innym miejscom w Azji i nie tylko, ekspansja wielkich inwestycji nastawionych na wydzieranie ziemi jej bogactw naturalnych, surowcowych – w tym celu zainteresowane przemysły muszą najpierw wydrzeć ziemię społecznościom, które dotąd żyły z jej uprawy. Sassen podaje, że ta ekonomicznie inspirowana przemoc zaczęła się już w latach 90. XX w., pod rządami junty, uderza w osady muzułmańskie i buddyjskie – nie jest prawdą, że jest wycelowana wyłącznie w Rohingja jako mniejszość muzułmańską.

Zapewne wysłannicy kapitału mobilizują religie, żeby podsycać napięcia i mistyfikować w świadomości zmuszanych do ucieczki wieśniaków prawdziwe stawki tej operacji. Biedacy pozabijają się, pospalają sobie nawzajem wioski o bóstwa, proroków i demony, zostawiając pustą ziemię, na której w przyszłym roku wyrośnie tu gazociąg, a tam kopalnia jadeitów.

Ale dlaczego nic z tego, że chodzi o ziemię, i że nie tylko Rohingja padają ofiarą przemocy, nie przebija się do większości zachodnich mediów? Dlaczego na ekonomiczny kontekst zwraca uwagę Al Jazeera English, ale CNN już nie? Wiemy, dlaczego ekstrakcyjny kapitał chce, żeby wypędzani i wypędzający wieśniacy i szeregowcy w mundurach myśleli, że chodzi o religię – ale dlaczego Zachodnie media, tak daleko od sporów między birmańskimi buddystami i muzułmanami, chcą, żebyśmy i my wierzyli, że w Mjanmie rozgrywa się konflikt o podłożu wyłącznie etniczno-religijnym, a nie konflikt o ziemię, o jej koncentrację w rękach przemysłów wydobywczych? Żebyśmy my także – choć obojętne nam są ich odległe teologiczne namiętności – nie zrozumieli nigdy, co tam się dzieje?

Zasada nieufności

Serwisy informacyjne wydawane w Azji, np. „Asia Times” z Hongkongu, podają tymczasem wiadomości niepokojąco czasem trudne do wpisania w narrację, jaką opowiadają nam media na Zachodzie. Że zbrojna organizacja przedstawiająca się jako reprezentująca wolnościowe dążenia Rohingja, ARSA (Arakan Rohingya Salvation Army), dopiero całkiem niedawno – w 2016 – zmieniła nazwę, żeby schować przed zachodnimi mediami swój fundamentalistyczny religijny rodowód. Pierwotnie nazywała się Harakah al-Yakin („Ruch Wiary”). Że wbrew temu, co mówią jej przywódcy, organizacja ma związki z dżihadystami w Pakistanie, a jej przywódca, Ataullah abu Ammar Junjuni, znany także jako Hafiz Tohar, kształcił się w Arabii Saudyjskiej. Że stosuje taktyki, które są obliczone na to, że birmańskie wojsko w odpowiedzi uderzy w cywili – wbrew tradycji walk separatystycznych w innych częściach kraju, wojownicy ARSA mieszają się z cywilami, ubierają się tak jak oni, itd. Że jeden z przywódców tej organizacji istnieje tylko pod pseudonimem Sharif i nigdy nie występuje w jej propagandowych materiałach wideo, podobno dlatego, że ma zbyt wyraźny obcy akcent (wskazujący na urdu, język urzędowy Pakistanu, jako prawdopodobny pierwszy język). Że w mediach społecznościowych rzekomo oddolna chłopska organizacja posługuje się zaskakująco dobrym angielskim.

Jak większość z nas, nie dysponuję zasobami, żeby sprawdzić, ile z każdej wersji wydarzeń ma pokrycie w rzeczywistości, ale dość jest tego, żeby podejrzewać, że coś tu śmierdzi, że wersję wydarzeń, którą sprzedają nam korporacyjne zachodnie media może od rzeczywistości dzielić kilka stopni oddalenia. Dlatego właśnie, że nie dysponujemy środkami, żeby zweryfikować większość z tego, co nagle słyszymy o Mjanmie, i że jest to kraj tak mało znany, musimy być podejrzliwi, trzymać się zasady nieufności. Tym bardziej, że do grona przebudzonych obrońców Rohinjów dołączył nagle – surprise, surprise! – Bernard-Henri Lévy, który ostatnie kilkadziesiąt lat życia spędził jako „intelektualny opiekun” francuskich islamofobów i zawodowy podżegacz wojenny. Oczywiście, każdy ma prawo wierzyć w jego nagłą moralną przemianę – podobnie jak w jednorożce i krasnoludki.

A co, jeśli to nie przypadek, że Mjanma zbliżyła się w ostatnich latach do Chin i z nimi postanowiła robić swoje najbardziej spektakularne interesy? Miały być dostawy birmańskiego gazu do Chin, ale także rurociąg przerzucający przez Mjanmę do Chin ropę i gaz docierające tam z krajów Zatoki Perskiej – znacznie skróciłoby to czas podróży cennych surowców energetycznych do Państwa Środka, które jak dotąd musi czekać, aż pokonają one drogę morską przez Singapur i Morze Południowochińskie.

Co, jeśli to nie jest przypadek, że nagłe odkrycie przez „społeczność międzynarodową” przemocy w Mjanmie, skupione tylko na jednej grupie etnicznej, zbiega się w czasie z wielką geopolityczną porażką Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, czyli niemal pewną już klęską operacji obalenia Baszszara al-Asada w Syrii, a także z intensyfikacją napięć z Koreą Północną? Asadowi być może już tylko kilka bitew zostało do wygrania (z pomocą Rosji) wojny ze sponsorowanymi przez Zachód, arabskie monarchie i Izrael dżihadystami – jeśli tak się w istocie stanie, to Waszyngton być może będzie musiał pogodzić się z tym, że doktryna wymiany reżimów osiągnęła swój kres przynajmniej na Bliskim Wschodzie, no chyba że za cenę wojny z Rosją. Jednak Hillary Clinton, kandydatka tych sektorów amerykańskiego kompleksu wojenno-zbrojeniowego i wielkiej amerykańskiej burżuazji, które grały na zbrojną konfrontację z Rosją (dlatego jej kampanię finansowało 9 z 10 największych korporacji zbrojeniowych), przegrała amerykańskie wybory prezydenckie, oddając Biały Dom Donaldowi Trumpowi, a ten postawił na normalizację stosunków z Rosją (jedyny racjonalny element jego „programu politycznego”). Ale pozycja Trumpa w Białym Domu jest słaba i pod ostrzałem z wielu stron („zawdzięcza swoje stanowisko Putinowi”). Co, jeśli dla Trumpa sposobem na zażegnanie wojny z Rosją i jednocześnie utrzymanie się u władzy była złożona kompleksowi wojenno-zbrojeniowemu obietnica stworzenia możliwości wojny gdzie indziej, rozbicia eurazjatyckiego sojuszu Moskwa-Pekin-Teheran przez uderzenie nie w Rosję, a w Chiny, zaczynając od ich bezpośrednich sąsiadów i partnerów (ekonomicznych i politycznych): Korei Północnej i Mjanmy?

Żeby nie było wątpliwości: musimy być krytyczni wobec Aung San Suu Kyi, która jest prawdopodobnie winna co najmniej ciężkiego zaniechania i od dawna miała swoje za uszami, jeśli chodzi o mniejszości etniczne w swoim kraju. Ale to nie zwalnia nas od innych kierunków naszego krytycyzmu i naszej podejrzliwości. Aung San Suu Kyi jest hipokrytką, a jej Liga od dawna wypłukana z jakiejkolwiek wartościowej politycznie treści. Ale to nie znaczy jeszcze, że Suu Kyi jest wszystkiemu winna – przemoc w Birmie zaczęła się dużo wcześniej niż Suu Kyi zdobyła władzę. Niekoniecznie to też znaczy, że intencje jej nagłych możnych krytyków są takie szczere, za jakie się przebierają.

Być może staje się Suu Kyi na naszych oczach kolejnym Saddamem Husajnem, dawną pupilką i pieszczochą Zachodu, wspieraną szerokim strumieniem amerykańskich pieniędzy, która wypadła z łask, kiedy przytuliła się do kogoś innego niż Waszyngton – kiedy swoje interesy postanowiła robić po swojemu, a nie pod dyktando Białego Domu i Wall Street. W międzyczasie Zachodni liberał wpada w pułapkę wyrzutów swojego sumienia: po dekadach islamofobii, które obróciły w gruzy jeden muzułmański kraj za drugim i przyłożyły się do eskalacji rasowej i religijnej przemocy w USA i Europie, może teraz pocieszyć się, że on przecież nie jest rasistą, nie jest islamofobem, bo zapłakał właśnie nad muzułmanami z Mjanmy, nawet podpisał petycję w internecie. A kiedy Waszyngton pod przykrywką jakiejś międzynarodowej koalicji usunie już Suu Kyi, w międzyczasie przechrzczoną na „azjatyckiego Hitlera w spódnicy”, a kolejny milion ludzi zginie w kolejnej „humanitarnej interwencji zbrojnej”, proces grabieży ziemi będzie się posuwał dalej, tym razem na korzyść amerykańskiego i może brytyjskiego przemysłu – niezagrożony, nierozpoznany, bo my, podobnie jak birmańscy chłopi, dawaliśmy sobie przez cały czas mydlić oczy, że chodziło o religię.

 

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na łamach portalu Strajk.eu 3 października 2017.

Fotografia: Htoo Tay Zar – zasady użytkowania: Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=19252538, modyfikacje: zdjęcie przycięte od góry i dołu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rewolucja jest najpiękniejsza

Oglądając wystawę Revolution: Russian Art 1917-1932

 

Niektórzy na lewicy ubolewają, że lewicowe wartości i idee zostały zamknięte w dyskursie humanistów-pięknoduchów, w ich światach Akademii i Sztuki, w ten sposób zmarginalizowane, odcięte od wpływu na rzeczywistość, od tych przestrzeni życia społecznego, w których realnie dokonują się rozstrzygnięcia polityczne, w których toczą się prawdziwe rozgrywki władzy. Ich książki czasem trudne w odbiorze, ich wystawy niszowe, ich instalacje nie zawsze zrozumiałe dla „mas”. Że dając się tam zamknąć, lewicowe wartości skazały się na impotencję. Mnie się jednak uparcie wydaje, że było trochę inaczej, że wartości związane z wielkimi utopiami emancypacji ludzkiej i uniwersalnej równości nas wszystkich tam właśnie zostały przechowane, uchronione przed wymazaniem z kolektywnej pamięci ludzkości przez triumfalny pochód neoliberalizmu. Autonomia pola sztuki pozwoliła je uchronić przed śmietnikiem historii, przeczekać długą noc neoliberalizmu, aż przyjdą nowe pokolenia, rozczarowane owocami neoliberalizmu, z pustymi rękoma na pozostawionej przez neoliberałów pustyni, w potrzebie tych wartości – zapomnianych w korytarzach wielkich medialnych korporacji i uczelni zredukowanych do tresowania bezmyślnych wykonywaczy korporacyjnych instrukcji, ale przechowanych w świątyniach pięknoduchów, w murach humanistycznych wydziałów Uniwersytetu, w Muzeum, w Galerii Sztuki.

Kiedy wspomnę moje własne studenckie doświadczenia, to myślę o polskiej Akademii, także jej części humanistycznej (studiowałem kulturoznawstwo) jako o ideologicznej policji neoliberalizmu dbającej o to, żeby myśl jedynie słuszna nie została podważona nawet na kartach esejów o poezji. Przypomina mi się wykładowca, który najzupełniej poważnie potrafił powiedzieć, że w mediach komercyjnych, w których decydują wielkie pieniądze, polityczne wpływy przestają mieć znaczenie, bo wielki pieniądz wymusza obiektywność, i że takie są fakty. Wykładowca z zakładu mojego uniwerku z „wiedzą o mediach” w nazwie. Przypomina mi się socjolog dowodzący „materializmu” osób biednych, w przeciwieństwie do „humanizmu” osób zamożniejszych. Przypomina mi się wykład z estetyki, na którym we wprowadzeniu do postmodernizmu w architekturze usłyszeliśmy ze strony pani doktor przedmiotu, która nie opatrzyła tego nawet krytycznym nawiasem, że modernistyczne rozwiązania urbanistyczne, w Polsce znane jako blokowiska, prowadziły do społecznych patologii, stąd potrzeba zastąpienia ich architekturą postmodernistyczną. Jak rozwiązać problemy społeczne, „patologie”? – wyburzyć, wysadzić w powietrze blokowiska.

Kiedy w londyńskiej Royal Academy of Arts oglądałem przed kilkoma laty wystawę poświęconą sowieckiej architekturze (Building the Revolution, 2011), albo kilka lat później w Tate Modern wspaniałą, ogromną retrospektywę dorobku Kazimierza Malewicza, zabawiałem się w duchu wyobrażaniem sobie, czym takie wystawy musiałyby być opatrzone w Polsce, żeby w ogóle mogły się wydarzyć. Oczyma wyobraźni widziałem surowe wprowadzenie w wykonaniu poprawiającego okulary Andrzeja Wajdy (wtedy jeszcze żył), że klatki schodowe klatkami schodowymi, jak piękne by nie były, ale nie możemy zapomnieć, jak zbrodniczy system przy pomocy tych komunalnych mieszkań zaprowadzono, i że jedyne, co się liczy, to że ludzie z tym systemem walczyli. I Krzysztofa Zanussiego, uzbrojonego w cytaty ze świętego Tomasza, świętego Augustyna i na wszelki wypadek Kanta, żeby nie było, że nic „nowszego” nie czytał, filozofującego o uwiedzeniu artysty-pięknoducha przez terror totalitaryzmu. Kuratorzy Tate Modern nie potrzebowali nic z tych rzeczy, żeby „wytłumaczyć” (albo zneutralizować) komunizm Malewicza. Wartości, które porywały wyobraźnię Malewicza, ideowe współrzędne jego twórczości zostały przez nich przedstawione z pełnym szacunkiem, jako nie tylko prawomocne, ale wręcz zrozumiałe same przez się. W Tate Modern twórczość Malewicza nie musiała ani się usprawiedliwiać, ani za siebie przepraszać.

1078

Kazimierz Malewicz, Czarny kwadrat

Mam takie wrażenie, że różnica między krajami, w których młodzi ludzie noszą dziś koszulki „śmierć wrogom ojczyzny” i biją przypadkowych Arabów, a krajami, w których młodzi ludzie zapisują się masowo do lewicowych organizacji i odpływają od medialnego mainstreamu ku pączkującym nowym tytułom i serwisom o zdecydowanie lewicowym profilu, to jest właśnie ta różnica. Między miejscami, w których humanistyczne pięknoduchy przechowały pamięć o minionych utopiach, a miejscami, w których humaniści zajęci byli posłusznym tępieniem ich niedobitków.

*

Kiedy piszę te słowa, wielkim wydarzeniem kulturalnym jest w Londynie wystawa w Royal Academy of Arts, Revolution: Russian Art 1917-1932 (Rewolucja: Sztuka rosyjska 1917-1932), przygotowana, jak łatwo się domyślić, z okazji setnej rocznicy Rewolucji 1917 roku, otwarta do 17 kwietnia. Na wystawie było już kilkoro moich znajomych, w różnych dniach, o różnych porach, i wygląda na to, że cały czas jest zapchana. Jest ogromna, ale trzeba się przeciskać między ludźmi. Gromadzi obiekty z różnych „porządków”, od awangardowego malarstwa po ceramikę użytkową. Można na niej obejrzeć prace najbardziej znanych na Zachodzie przedstawicieli awangardy w malarstwie – Malewicza, Marca Chagalla, Wasilija Kandinskiego, El Lissitzky’ego. Można też prace ich mniej znanych kolegów i koleżanek – Pawła Fiłonowa, Liubow Popowej czy Kuźmy Pietrow-Wodkina. Ale też i prawie nieznanych na Zachodzie socrealistów – z Aleksandrem Dejneką na czele. Fotografie Arkadija Szajcheta, fragmenty filmów Eisensteina, Wiertowa i Dowżenki pokazują entuzjazm, z jaki twórcy nowej, rewolucyjnej kultury sięgnęli po nowoczesne, osadzone w rozwiązaniach technologicznych media, by wyrazić dramatyczne piękno fali przemian. Kobiety na traktorach i jednocześnie w biurach projektowych opracowujących wzory nowej radzieckiej porcelany pokazują stopień, w jakim Rewolucja Październikowa wstrząsnęła wszystkimi zastanymi strukturami wielkiego społeczeństwa, którego masy do niedawna żyły wciąż pośród trucheł systemu feudalnego.

Wystawa ma swoje słabe strony; można się zastanawiać nad logiką niektórych zestawień i następstwa epizodów rozmieszczonych w następujących po sobie pomieszczeniach; kto chce, może narzekać na brak kilku ważnych prac niektórych spośród największych artystycznych gigantów, nie jest to jednak w stanie odebrać siły oddziaływania tym, które są tam obecne. W końcu, kiedy mowa o takich gigantach dwudziestowiecznej sztuki jak Malewicz czy Kandinsky, to wystawa mająca na celu przedstawienie estetycznego portretu całej, tak dynamicznej epoki w wybitnych twórców obfitującej, musi ich dorobek jedynie sygnalizować. A Malewicz miał niedawno swoją kompletną retrospektywę w Tate Modern. Zwrócono uwagę na dziwną nieobecność Lwa Trockiego w tej części wystawy, która poświęcona jest przywództwu Rewolucji w 1917 roku, jakby kuratorzy ulegli życzeniu Stalina, który tak bardzo pragnął Trockiego wymazać z kart historii. Niemniej jednak wystawa wciąż robi wrażenie tym wszystkim, co na niej jest, rzucając wyzwanie konserwatywnej odrazie do rewolucyjnych zrywów w ogóle i tej rewolucji w szczególności.

*

Ze swoim królewskim przymiotnikiem w nazwie, Royal Academy of Arts jest bez wątpienia instytucją bardziej konserwatywną niż Tate Modern. W kuratorskich komentarzach daje się miejscami wyczuć coś na kształt woli zapanowania nad wybuchowością wystawionego tam materiału, zapanowania nad tym, jak widzowie go zrozumieją i zinterpretują. Tu i ówdzie uwaga o tym, jak nacjonalizacja poskutkowała niedoborami i głodem, a ustępstwa na rzecz rynku niechybnie poprawiły sytuację (i jakość życia nocnego w miastach!). Tak jakby dało się zerwać kajdany tak zmurszałego porządku społecznego, jak ten panujący w przedrewolucyjnej Rosji, bez okresu gwałtownych ekonomicznych turbulencji i politycznej przemocy. Tak jakby wojna domowa rozpętana przez obrońców starego porządku się nie liczyła jako okoliczność wpływająca na możliwości gospodarcze.

El Lissitzky

El Lissitzky, Czerwonym klinem bij w białych

Gdyby próbować streścić wiodącą myśl wystawy, to chyba byłaby nią ta. Rewolucja Październikowa spotkała się z ogromnym entuzjazmem twórców, którzy, zachęcani przez Lenina i jego otoczenie, porwani przez Lenina charyzmę, zobaczyli w niej możliwość zupełnej przebudowy kultury, eksperymentowania z nowymi, dynamicznymi, odważnymi formami, które odpowiadałyby obietnicy emancypacji ludzkiej, nowego społeczeństwa opartego na równości wszystkich, przez Rewolucję złożonej. Już w latach 20. XX wieku zaczęły temu jednak odpowiadać tendencje akcentujące wartość także tego, co stałe, „wiecznorosyjskie”, aż w końcu Stalin ostatecznie założył wszystkim twórcom ograniczający ich ruchy kaftan „realizmu socjalistycznego”.

Dla umysłu konserwatywnego tak ułożona opowieść ma wartość utwierdzającą go w jego przerażeniu rewolucyjnymi pomysłami: ich piękne obietnice zawsze się ostatecznie kończą wielkim „zamachem na wolność”, itd. Umysł liberalny czasem reaguje trochę inaczej, dając sobie przyzwolenie na szczerą fascynację momentem wyzwalającym, ale ostatecznie schodzi na pozycję podobną do konserwatysty, ubolewając, że rewolucyjne poczucie wolności jest z definicji tylko tymczasowe, i oddychając z ulgą, że może się zarazem cieszyć estetyką rewolucyjnych twórców, jak i pozostać bezpiecznym mieszczaninem, bo kto inny poniósł ryzyko i zapłacił cenę, żeby on mógł sobie z dystansu powiedzieć, że to się i tak na dłuższą metę nie mogło udać.

*

A jednak zwiedzający wystawę nawet na jej końcowych etapach nie przestają wydawać się zafascynowani zebranymi tam dziełami, także tymi już z początku lat 30. Choć socrealizm jest ulubionym chłopcem do bicia pretensjonalnych estetów nad Wisłą, jego przedziwną właściwością jest, że tak naprawdę całkiem nieźle się starzeje i ma swoich twórców, których nie da się tak po prostu wyrzucić na śmietnik historii sztuki. Agata Pyzik tłumaczy właśnie na polski własną książkę Poor But Sexy, pośród wielu innych poruszanych tam tematów dowodzi w niej m. in., że socrealizmu nie można po prostu zbyć jako „fałszywego”, nieudanego realizmu, bo jego intencją nie było odzwierciedlanie rzeczywistości takiej, jaką jest, ale jej postulowanie, rozumiane normatywnie czy utopijnie. Socrealizmu nie można uczciwie zredukować do sztuki propagandowej „zbrodniczego reżimu” na lustrzane podobieństwo sztuki nazistowskiej. Wystarczy spojrzeć na postulowaną w nim rzeczywistość: jest to rzeczywistość egalitarnego, uniwersalnego prawa do dobrego życia, wyprowadzona z wartości Oświecenia.

Katerina Clark w swojej książce o kulturze wczesnego stalinizmu, Moscow, the Fourth Rome (skupia się na latach 1931-1941) dowodzi, że to, co dla estetycznych awanturników w rodzaju Malewicza i Eisensteina było krępującym gorsetem, miało też inny wymiar. Był nim nacisk, podniesiony do rangi centralnego zadania, położony przez stalinowski aparat kulturalny na obronę pozytywnego dziedzictwa europejskiego Oświecenia – w obliczu antyoświeceniowej ofensywy ruchów faszystowskich w innych częściach Europy. Oczywiście, terror aparatu władzy Stalina sprawiał, że Związek Radziecki pod jego władzą daleki od realizacji obietnic oświeceniowego uniwersalizmu. Radziecka kultura wczesnego stalinizmu nie zamierzała jednak oddać tych obietnic bez walki, zamierzała zachować ich ważność i wartość na przyszłość, w nadziei na ich wdrożenie w przyszłych, bardziej sprzyjających warunkach. Jak bardzo do nich nie dorastało realnie istniejące radzieckie państwo, to wciąż zupełnie co innego niż otwarta wojna z wartościami uniwersalizmu, którą toczyły inne siły polityczne w ówczesnej Europie.

Może na miejscu byłaby nawet taka analogia. Co jeśli stalinowski terror w ostatecznej instancji był ideologiczną funkcją podjętej przez Józefa Wisarionowicza forsownej industrializacji, czyli woli przeskoczenia na przestrzeni jednego pokolenia stuleci gospodarczego, społecznego i technologicznego zacofania, rzeczy podówczas niewykonalnej w żaden „łagodny” i demokratyczny sposób? Możemy oczywiście upierać się, że „postęp” tak rozumiany nie usprawiedliwia przemocy. Jak jednak powiedział Frankowi Westermanowi jeden z jego rozmówców, gdy pisał swoich Inżynierów dusz, pogląd nieobcy wielu tym, którzy sami przecierpieli przymusową pracę w Gułagu, gdyby Związek Radziecki nie stał się tak szybko światową potęgą przemysłową, III Rzesza wygrałaby II wojnę światową, przynajmniej w jej teatrze europejskim. Dalekie od bezklasowości, oparte na ekscesie arbitralnej władzy monopartii społeczeństwo, w jakie obrócił się Związek Radziecki, nie spełniło egalitarnych obietnic Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej – ale być może osunęło się w tę postać w obliczu obiektywnych ograniczeń kraju, który odziedziczył takie zacofanie. Może osunięcie się w tę formę okazało się ostatecznie warunkiem pokonania najmroczniejszych sił anty-Oświecenia, jakie dotąd znał świat, które z Berlina zamierzały podbić ogromną część Starego Świata i obrócić go w swoje żerowisko? Może gdyby Lenin przed śmiercią przywrócił wyposażone w realną władzę decydowania sowiety na wszystkich poziomach struktury politycznej „ojczyzny proletariatu” i zapobiegł stalinizmowi tout court, Związek Radziecki rozwijałby się w latach 30. XX wieku spokojniej, bez konwulsji, bez terroru, demokratycznie – ale też bez możliwości nadgonienia przepaści w uprzemysłowieniu, i dlatego w 1941, bez przemysłu zbrojeniowego na światowym poziomie, przegrałby wojnę z Hitlerem, umożliwiając mu położenie kresu cywilizacji Oświecenia w Europie?

Oborona_petrograda

Aleksandr Dejneka, Obrona Piotrogrodu

A teraz wróćmy do zapowiedzianej analogii. Może socrealizm i akademizacja radzieckiej kultury w latach 30. XX wieku były wobec brawury awangard okresu rewolucyjnego tym, czym stalinizm dla samej Rewolucji: zdradą obietnic okresu heroicznego, strąceniem wolności w okrutnej ofierze w przepaść, ale zdradą dokonaną wobec obiektywnej konieczności, w odpowiedzi z jednej strony na realne zacofanie odziedziczonego po przedrewolucyjnym porządku społeczeństwa a z drugiej na bezprecedensowe zagrożenie dla ludzkości, czyli gęstniejące nad Europą czarne chmury anty-Oświecenia? Może coś trzeba było na jakiś czas poświęcić, żeby nie stracić wszystkiego?

Slavoj Žižek przekonywał nawet w W obronie przegranych spraw, że odwrót od awangard i nacisk na humanistyczne dziedzictwo XIX-wiecznej kultury europejskiej w stalinowskiej kulturze lat 30. XX wieku „uratował świat” także po wojnie, sprawiając, że właśnie dzięki wychowaniu w takiej kulturze Chruszczow zapobiegł przekształceniu (poprzez kryzys kubański) zimnej wojny w wojnę najzupełniej gorącą, atomową…

*

Ideologiczny aparat neoliberalnego państwa – od szkoły przez media informacyjne po przemysły kultury – od kilkudziesięciu lat posługuje się straszakiem stalinizmu, który ma nam, bezsilnym trybikom w neoliberalnym reżimie akumulacji kapitału, przypominać, dokąd prowadzą próby odrzucenia jedynie słusznego porządku burżuazyjnej demokracji liberalnej. Do Gułagu. W przekazach ideologicznego aparatu neoliberalnego państwa przez kilka minionych dekad stalinizm był niezmordowanie, wciąż od nowa, wykuwany jako zło, które jest tak monstrualnie złe dlatego, że jest diametralnym przeciwieństwem burżuazyjnej demokracji liberalnej. Kapitalnym egzemplum jest film twórcy Indochin Régisa Wargniera Wschód–Zachód (1999). Ideologia przenikająca każdy poziom życia jako przeciwieństwo „wolnej od ideologii” liberalnej przestrzeni rynku, nieodsuwalna od władzy monopartia jako przeciwieństwo wyboru między różnymi partiami politycznymi, z których każda ciesząca się akurat władzą może ją stracić przy okazji najbliższych wyborów, itd.

Coraz gorzej ukrywana jest intencja tego niezmordowanego nacisku na figurę stalinizmu. Że chodzi w nim w istocie, żebyśmy nie zwracali uwagi na terror, w jakim sami obecnie żyjemy. Mieliśmy drżeć na myśl o świecie, w którym za jakąś ideologiczną nieposłuszność partyjny urzędnik może człowieka wyrzucić z pracy i uczynić niemożliwym znalezienie jej gdziekolwiek indziej, żeby nie zauważyć, że to jest od dawna rzeczywistość milionów ludzi w neoliberalnym kapitalizmie: przy obecnym stopniu koncentracji kapitału w niejednym przemyśle i branży, nie możemy się dziś postawić maniakalnemu szefowi, bo wszystkie miejsca pracy w naszym zawodzie są pod kontrolą tej samej grupy kapitałowej, i najzwyczajniej nie mamy dokąd pójść. Jesteśmy zmuszani do „osobistego rozwoju” i podnoszenia kwalifikacji, by następnie być skazanymi przez naszych zatrudnicieli na wykonywanie zadań obraźliwych dla naszych zdolności i możliwości. Jesteśmy zmuszani do coraz większej elastyczności, podczas gdy to ci, od których zależy nasze zatrudnienie, najbardziej stanowczo odmawiają jakiejkolwiek elastyczności. Działy Human Resources wielkich korporacji roszczą sobie prawo do posiadania na własność całego naszego życia, domagając się, by nasze CV nie miało żadnej kilkumiesięcznej luki, by każdy miesiąc naszego życia był w nim „usprawiedliwony”. Możemy wybierać między różnymi partiami politycznymi, ale one od dawna są tylko różnymi twarzami tego samego neoliberalnego technokratyzmu. Ideologia konsumenckiego wyboru truje nas z każdej dziury, podawana jest nam nawet w publicznych instytucjach, podczas gdy nie mamy żadnego wyboru oprócz tego, komu damy się oszukać i oskubać. Teatr gdzieś w Polsce musi zamknąć przedstawienie według Kubusia Puchatka, bo angielski miś o bardzo małym rozumku jest po śmierci autora własnością amerykańskiego koncernu. To, jakie filmy powstaną, jakie książki ukażą się w dużych nakładach, zależy od kaprysów biurokratów w korporacjach przemysłów kultury. Całe społeczeństwa, jak Grecja, karane są za niedorastanie do oficjalnej ideologii i próbę jej podważenia wepchnięciem w nędzę. Jak w stalinowskiej prokuraturze, paragraf może się znaleźć na każdego, nie znasz dnia ani godziny: rolnicy rujnowani są w sądach za to, że ptaki i pszczoły przeniosły na ich pola nasiona opatentowane przez Monsanto. I tak dalej.

Ale wizerunek Stalina chyba przestaje już działać. W końcu jak długo można dać się nabierać na ten sam straszak obliczony na odwracanie naszej uwagi od terroru, w którym żyjemy teraz, któremu podlegamy na co dzień?

Ludzie przychodzą tak tłumnie na wystawę o Rewolucji Październikowej i niezależnie od tego, co kuratorzy chcą im podpowiedzieć w towarzyszącym dziełom komentarzu, z fascynacją przyglądają się jej świadectwom z pierwszej ręki, pozostawionym przez samą Rewolucję, jej świadków, jej uczestników i jej wiernych. Chcą zobaczyć, jaka była piękna.

Jarosław Pietrzak

Revolution: Russian Art 1917-1932, wystawa w Royal Academy of Arts w Londynie, 11 lutego – 17 kwietnia 2017.

Ilustracja nad tekstem: Kazimierz Malewicz, Czerwona kawaleria.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Syria, al-Asad i doktryna “wymiany reżimów”

A co, jeśli w opowieści pod tytułem “Wojna w Syrii” “demokratyczna opozycja” od dawna była postacią w decydującej mierze fikcyjną? Co, jeśli postrzeganie konfliktu w Syrii jako bezwzględnej i barbarzyńskiej operacji reżimu przeciwko ludowej “rewolucji” jest zwycięstwem propagandy sprzymierzonych przeciwko Asadowi mocarstw (USA, Francji, Wielkiej Brytanii, ale też Turcji, Izraela i monarchii półwyspu arabskiego)? Co jeśli Baszszar al-Asad, przy wszystkich zbrodniach, które ma na sumieniu, bardziej niż żądnym krwi i władzy ludożercą z mrożącej krew w żyłach opowieści grozy, jest raczej postacią z Sofoklesa?

Piotr Balcerowicz, jeden z najwybitniejszych polskich znawców świata arabskiego, tak pisze w obszernym tekście stanowiącym wstęp do polskiego wydania Przeprawy Samar Yazbek:

Ojciec Baszszara, prezydent Hafiz al-Asad, namaścił na swojego następcę najstarszego syna Basila. Ten jednak zginął w wypadku samochodowym w 1994 roku. Wybór padł więc na Baszszara, który jest z wykształcenia lekarzem okulistą, praktykował w Londynie i nie miał żadnych ambicji politycznych. Gdy po śmierci ojca w czerwcu 2000 roku przejął władzę niejako w sposób niezamierzony, musiał działać w zastanym otoczeniu polityczno-wojskowym, które kontynuowało politykę Hafiza i dbało o zabezpieczenie własnych interesów. Baszszar – z zasady spokojny, bezkonfliktowy, zrównoważony i wycofany, wcześniej zupełnie nieangażujący się w sprawy polityczne, niezainteresowany armią i władzą – podejmował próby reform przez mniej więcej pierwszy rok sprawowania władzy podczas tak zwanej damasceńskiej wiosny. […]

Pierwotne zapędy reformatorskie Baszszara zostały szybko ukrócone przez jego polityczne i wojskowe otoczenie, którego zakładnikiem pozostał w jakiejś mierze do dziś. Za brutalnością, z jaką reżim rozprawiał się z demonstrantami, stał młodszy brat Baszszara, Mahir, dowódca Gwardii Republikańskiej i elitarnej Czwartej Dywizji Pancernej, sprawujący kontrolę nad tajną policją. To on miał pierwotnie zostać następcą Hafiza al-Asada, gdy zginął jego starszy brat, Basil. Decyzję ojca, który ostatecznie wskazał Baszszara, uzasadniano wybuchowym, niekontrolowanym i agresywnym charakterem Mahira. W pewnym sensie Baszszar jest postacią tragiczną: stanął na czele autorytarnego państwa nie do końca w zgodzie z własną wolą i zupełnie nie w zgodzie z zainteresowaniami. Słabość i pasywność jego charakteru spowodowały, że od początku był pionkiem w grze politycznej, sterowanym przez policyjno-wojskowe otoczenie. Eskalacja konfliktu sprawiła, że właśnie ta świta, w tym jego młodszy brat, nadawała ton i kierunek zdarzeniom. To oddziały dowodzone przez Mahira prowadziły brutalną pacyfikację protestów i działania zbrojne w pierwszej fazie wojny domowej. Prasa saudyjska donosiła nawet w 2012 roku, że Baszszar nosił się przez jakiś czas z zamiarem ustąpienia z urzędu. Sprawy zaszły za daleko i okazało się, że z krwią na rękach, jako zbrodniarz wojenny Baszszar nie ma drogi odwrotu. Należy przy tym również pamiętać, że niemal całe otoczenie polityczne Baszszara al-Asada stanowią alawici, przez swe związki z władzą i zawłaszczanie państwa znienawidzeni w społeczeństwie. Odejście Baszszara doprowadzi więc zapewne do czystek etnicznych i ludobójstwa, organizacje islamistyczne nawet nie kryją takich planów. Baszszar dobrowolnie nie ustąpi, jak to uczynił Hosni Mubarak w Egipcie czy Zajn al-Abidin Ibn Ali w Tunezji, gdyż chroniąc swoją władzę, chroni nie tylko siebie, ale także swoją społeczność, a przy okazji druzów, szyitów, chrześcijan i inne niesunnickie mniejszości.

Piszę te słowa po lekturze najnowszej książki Vijaya Prashada, The Death of a Nation and the Future of the Arab Revolution, poświęconej „arabskiej wiośnie”, w której sporo jest o Syrii. Lekturze zbiegła się w czasie z końcówką ofensywy sił Asada na bastiony tzw. rebeliantów na wschodzie drugiego największego miasta Syrii, Aleppo. Prashad jest wybitnym historykiem Trzeciego Świata / Globalnego Południa, autorem dwóch wybitnych książek, lektur obowiązkowych w temacie najnowszej historii biedniejszej części ludzkości: The Darker Nations i The Poorer Nations.

Podobnie jak Balcerowicz w innych partiach cytowanego wyżej tekstu, Prashad nie ma najmniejszych wątpliwości, że organizacje w jakikolwiek sposób demokratyczne od dawna stanowią marginalną siłę w szeregach syryjskiej rebelii.

Strach wypełnia strefy pod kontrolą rebeliantów, czy to znikającej powoli Wolnej Armii Syryjskiej, czy różnych grup islamistów, takich jak związana z al-Kaidą an-Nusra, ramię Saudów Dżajsh al-Islam, czy ISIS. Strach przed porwaniami dla okupu i widowiskowymi zabójstwami. Nie ma już żadnej liczącej się siły, która by jeszcze niosła dla Zachodu sztandar ‘umiarkowanych’. We wrześniu 2015 generał Lloyd Austin z amerykańskiego Centralnego Dowództwa powiedział komisji amerykańskiego Kongresu, że w terenie jest może ‘czterech albo pięciu’ przeszkolonych przez Amerykanów, wciąż całych wojowników. Miliony dolarów rozpuszczono na darmo. Szkoleni przez USA wojownicy wydają się odpływać do oddziałów ekstremistów, które jawią im się jako bardziej skuteczne.

Wbrew kliszom, przez które konflikt w Syrii przedstawiały najważniejsze media na Zachodzie, znaczenie tzw. demokratycznej opozycji przeciwko brutalnej dyktaturze od samego początku mogło być takie sobie. Zachód, podobnie jak sama tzw. demokratyczna opozycja, liczył na powtórkę scenariusza libijskiego, w którym same oddziały rządowego wojska dezerterowały na szeroką skalę i stawały po drugiej stronie frontu. Tak miała, w teorii, rosnąć Wolna Armia Syryjska, ale syryjskie wojsko okazało się w miażdżącej większości lojalne wobec rządu al-Asada. Al-Asad nigdy nie był prezydentem tak powszechnie znienawidzonym jak Mubarak w Egipcie czy Ibn Ali/Ben Ali w Tunezji. W przeciwieństwie do wcześniejszych odsłon „arabskiej wiosny”, zanim napięcia przerodziły się w wojnę domową, cieszył się poparciem mniej więcej połowy społeczeństwa. Na protesty jego przeciwników z odpowiedzią wyszły na ulice manifestacje jego zwolenników, rzecz bez precedensu w Tunezji czy Egipcie.

Prashad odrzuca jako nieuzasadnione spiskowe teorie, jakoby to sam al-Asad promował ekspansję Państwa Islamskiego w szeregach rebeliantów, żeby móc przebrać swoje działania w dobrze znaną z Zachodu retorykę „wojny z terroryzmem”. Za powstanie ISIS Prashad winą obciąża jednoznacznie katastrofę amerykańskiej wojny w Iraku i późniejszej bezmyślnie prowadzonej okupacji tego kraju przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników.

Na polskiej lewicy jest obecne między innymi takie stanowisko, że przyjmowanie narracji syryjskiego rządu – iż siły, z którymi walczy, to terroryści i fanatycy religijni – nawet kiedy dokonuje ofensyw na pełne cywili miasta, stanowi przyzwolenie na narrację bliźniaczo podobną do tego, co uprawia Izrael w swoich cyklicznych bombardowaniach Gazy. Ale co, jeśli ideologiczna sytuacja w Syrii jest znacznie bardziej „piętrowa”?

Milionom ludzi na świecie łzy zalewały oczy na widok „ostatnich tweetów” i „ostatnich wiadomości wideo” wysyłanych do świata z oblężonych części Aleppo przez rzekomych cywili czekających jakoby na śmierć z rąk armii rządowej. Jedna z najpopularniejszych wiadomości pochodziła tymczasem od zawodowego propagandysty al-Kaidy. Kilka dni później Bilal Abdul Kareem, cały i zdrów, filmował się, podniecony, z wojownikami w kominiarkach, z ładunkami wybuchowymi na brzuchach, gotowymi do zamachów samobójczych. Wolna Armia Syryjska walczy takimi metodami?

To prawda, że siły rządowe stosują bezwzględne metody nie oglądające się na międzynarodowe regulacje humanitarne – stanowiło to wielokrotnie źródło przerażenia i obiekcji ze strony najskuteczniejszego z sojuszników al-Asada w terenie, libańskiego Hezbollahu, znanego z tego, że zamiast ciężkich bombardowań na odległość walczy w bliskiej, fizycznej konfrontacji z siłami wroga i za wszelką cenę unika ofiar cywilnych. Ale dlaczego ci cywile nie mogą się wydostać z miast czy dzielnic pod kontrolą tzw. rebeliantów? Wbrew temu, co chciałaby nam powiedzieć CNN czy amerykański Departament Stanu, bynajmniej nie tylko finansowana przez Kreml telewizja RT utrzymuje, że to islamistyczne ugrupowania rebeliantów nie pozwalają im się stamtąd wydostać, takie świadectwa pochodzą już z różnych źródeł. Po zajęciu przez siły al-Asada wschodniej części Aleppo agencja Reutera podała, że w tamtej części miasta były zapasy żywności – pod kontrolą rebeliantów, którzy trzymali ją dla siebie, niedostępną dla głodujących cywili.

Jaki właściwie wybór inny niż zdobycie przemocą tych części miasta, które były pod kontrolą al-Kaidy i Dżajsz al-Islam, miał al-Asad? Zostawienie tych ludzi pod władzą islamistów, uwięzionych bez wyjścia i bez wystarczających ilości żywności, na pastwę ich „systemu sprawiedliwości” polegającego na obcinaniu głów i zrzucaniu „przestępców” z dachów wysokich budynków? Zostawienie oddziałom al-Kaidy wschodniego Aleppo jako bazy, z której będą mogli terroryzować resztę miasta i dokonywać kolejnych ekskursji w głąb kraju, żeby wojna mogła się toczyć przez kolejne pięć lat?

Mamy obowiązek domagać się wrażliwości na los cywilów, ale czy w przypadku Aleppo nie zaczęliśmy się osuwać w niebezpieczną postać moralizatorskiego narcyzmu, w którym zamiast dyskutować o realnych rozwiązaniach, ścigamy się w „humanitarnych” deklaracjach niczym w sikaniu na odległość?

As’ad Abukhalil w swojej napisanej dla portalu Jadaliyya krytyce podejścia zachodniej lewicy do sytuacji w Syrii wskazuje, do jakiego stopnia lewica dała sobie narzucić jednostronną narrację, doskonale zgodną z narracją i interesami mocarstw dążących do obalenia syryjskiego rządu. Abukhalil zwraca uwagę, że Stany Zjednoczone i ich sojusznicy nigdy nie interweniują po stronie sił postępowych. Wojna w Syrii toczy się między różnymi siłami prawicowymi (rząd i rebelianci). Sam fakt, że Stany Zjednoczone opowiadają się tak mocno po jednej ze stron, powinien być dla lewicy wskazówką, że to właśnie jest strona bardziej reakcyjna.

Ogromna część tego, co jeszcze istnieje na polskiej lewicy, w odniesieniu do Syrii reprodukuje bezkrytycznie liberalną matrycę, w której każde państwo ze swoim systemem politycznym jest traktowane jak byt całkowicie autonomiczny, wyabstrahowany z kontekstu historycznego i geopolitycznego, do którego przykładamy tę samą miarę i skalę od „brutalnego reżimu” do „wolności i demokracji”, tak jakby każdy kraj, w każdym momencie i każdym otoczeniu, mógł tak po prostu stać się Finlandią. Tymczasem każde państwo istnieje w jakimś kontekście nie tylko kulturowym, ale też w kontekście regionalnych i globalnych stosunków władzy i dominacji, które jednym dają możliwość stania się Finlandią, a innym już nie tak bardzo. Syria pod rządami Asadów (Hafiza i Baszszara) była państwem z przerostem aparatu represji, ale nigdy aż tak policyjnym jak niedaleki Egipt. Nie spełniała większości standardów demokratycznych, niemniej jednak była jakąś formą republiki o fundamentalnie świeckim charakterze, w której różne grupy religijne i etniczne żyły z sobą w pokoju i w poczuciu bezpieczeństwa. Nic z tych rzeczy nie można powiedzieć o niedalekich fundamentalistycznych monarchiach absolutnych, Arabii Saudyjskiej i emiratach w Zatoce Perskiej (które pociągają za sznurki w szeregach syryjskich rebeliantów).

Czytając Prashada, widzimy jak bardzo cały plan obalenia al-Asada i towarzysząca temu propagandowa strategia Zachodu i jego regionalnych sojuszników opierały się na próbach kopiowania scenariusza obalenia Kaddafiego w Libii. Jest to bardzo zasmucające, jak niewiele lewica (zachodnia i polska) nauczyły się ze scenariusza libijskiego (przypominam, że pewna organizacja na radykalnej, pozaparlamentarnej polskiej lewicy, już rozwiązana, ale jej członkowie działają dzisiaj gdzie indziej, domagała się kiedyś od polskiego rządu poparcia zachodniej inwazji na Libię).

Podobnie jak w przypadku Libii, we wczesnym stadium konfliktu istniała szansa na rozwiązanie przy stole negocjacyjnym – w przypadku Libii próby takie podejmowała przede wszystkim dyplomacja brazylijska, z poparciem większości krajów Południa i wielu krajów arabskich, w przypadku Syrii poważnie zaangażowana była też dyplomacja południowoafrykańska. Próby te zostały jednak utrącone przez Zachód, który za wszelką cenę dążył do eskalacji wojny i „wymiany reżimu”.

Podobnie jak w przypadku Libii, największe światowe media nie ustają w informowaniu nas o krwiożerczości al-Asada – a my bierzemy to wszystko za dobrą monetę, jakbyśmy nie wiedzieli, że ponad połowa takich samych doniesień na temat Kaddafiego była pomówieniami fabrykowanymi na potrzeby wytworzenia społecznego przyzwolenia na wojnę z nim. Dopiero po definitywnym zakończeniu wojny poznamy całą prawdę na temat tego, ile zbrodni siły Asada naprawdę popełniły, a ile im wmówiono, ale nawet teraz wiemy już o przynajmniej niektórych, że były propagandowymi nadużyciami ze strony przeciwników reżimu. Dotyczy to najcięższych oskarżeń: przynajmniej niektórych incydentów rzekomego użycia broni chemicznej przeciwko cywilom. Wybitny amerykański dziennikarz śledczy Seymour Hersh jest przekonany, że tę broń chemiczną szmuglował z Libii, przez Turcję, do sił antyasadowskich, Departament Stanu USA pod kierownictwem ulubienicy części polskiej lewicy, Hillary Clinton. Miała ta broń być użyta w sposób, który kierowałby następnie podejrzenie na siły Asada.

Podobnie jak w przypadku Libii, mocarstwa zachodnie nawołują do ustanowienia nad Syrią strefy zakazu lotów (no-fly zone). Podobnie jak w przypadku Libii, ogromna część lewicy łyka bezkrytycznie narrację prezentującą ten środek jako immanentnie „pacyfistyczny” i prowadzący do rozwiązania konfliktu, tak jakby Libia się nie wydarzyła. W Libii no-fly zone pociągnęła za sobą eskalację działań zbrojnych i całkowitą implozję struktur państwa, próżnię po których wypełniło nieobecne tam wcześniej Państwo Islamskie. Libia jest dziś piekłem na ziemi. Impozycja no-fly zone nie polega na tym, że „społeczność międzynarodowa” ją sobie ogłasza i nagle wszystkie strony jakoś tak same z siebie jej przestrzegają. No-fly zone daje komuś – i najczęściej są to Stany Zjednoczone i ich sojusznicy – prawo do umieszczenia na objętym nią terytorium instalacji, które utrzymają ten zakaz w praktyce, czyli np. zestrzelą samoloty łamiące zakaz lotów. Taki scenariusz w Syrii otwierałby możliwość eskalacji amerykańskiego zaangażowania w kraju i w regionie, a prawo do (i fizyczna możliwość) zestrzeliwania samolotów innych sił zbrojnych groziłoby przekształceniem wojny w Syrii w otwartą wojnę NATO z Rosją. To, że dotąd nie udało się na szczęście objąć nieba nad Syrią zakazem lotów, zawdzięczamy temu, że w przeciwieństwie do ogromnej części zachodniej i polskiej lewicy, przynajmniej niektóre liczące się na arenie międzynarodowej rządy nie-zachodnie zrozumiały lekcję Libii i dały administracji Obamy do zrozumienia, że tym razem rezolucja o strefie zakazu lotów już w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nie przejdzie.

Baszszar al-Asad nie jest źródłem wszelkiego zła. Z narracji Prashada wyłania się klarowny obraz, w którym tym źródłem jest ostatecznie skompromitowana i domagająca się natychmiastowego pogrzebania „liberalna religia” Zachodu: „doktryna wymiany reżimów”. Według tej doktryny upatrzone reżimy muszą zostać obalone, pod pretekstem ich szczególnie brutalnego, dyktatorskiego charakteru, a w rzeczywistości wyselekcjonowane wyłącznie dlatego, że stoją na drodze interesom Zachodu i jego posłusznych regionalnych klientów, nierzadko znacznie bardziej brutalnych, ale za sprawą życia w symbiozie z interesami zachodnich mocarstw nigdy nie zagrożonych podobną wymianą reżimu (w rodzaju Arabii Saudyjskiej i emiratów). Każda taka wymiana odbywa się bez śladu poszanowania dla lokalnej kultury politycznej, uwarunkowań struktury społecznej i tak dalej. Jej jedynym możliwym skutkiem jest osuwanie się jednego państwa za drugim w stan chaosu bez porównania gorszy dla mieszkańców od obalonych dyktatur.

Baszszar al-Asad jest uwikłanym nosicielem i przekaźnikiem zła rozpętanego przez innych. Nie można wykluczyć, że kierowały nim nienajgorsze intencje. Że przyjął przekazaną mu władzę, by uchronić kraj przed pięścią swojego brutalnego młodszego brata. Próbował zliberalizować ustrój polityczny Syrii. Niestety próby te szły w parze z neoliberalnymi reformami ekonomicznymi, sprzedawanymi od ćwierć wieku każdemu systemowi w transformacji jako część „nierozerwalnego” pakietu przez światowych promotorów „wolności i demokracji”. Kombinacja społeczno-ekonomicznych skutków tych neoliberalnych zmian (ubożenie prowincji, wsi i masowe bezrobocie młodych) z poczuciem rosnącego zagrożenia finansowaną przez mocarstwa zewnętrzne (USA, Francja, Arabia Saudyjska, Turcja, Izrael, Katar) opozycją o profilu salafickiego ekstremizmu, spowodowały brutalny odwrót od procesów politycznej liberalizacji i powrót reżimu do metod bezwzględnej represji.

Syria pod rządami al-Asadów była reżimem reakcyjnym, świadczy o tym już choćby to, że dyskusja o tym, kto zastąpi Hafiza po jego śmierci, ograniczała się do pytania: „który z jego synów?”. Przy całym swoim reakcjonizmie, był on jednak mimo wszystko umieszczony wciąż w horyzoncie Oświecenia, przywiązany do pewnych oświeceniowych wartości i oświeceniowych form własnej legitymizacji. W sąsiedztwie monarchii absolutnych, Iraku, który pod wpływem zachodnich awantur zapadł się w postać czystego chaosu. Otoczony siłami zdeterminowanymi, by zniszczyć to, co tam zdołało przetrwać z projektu oświeceniowego. Irak był przykładem piekła, jakie nastaje, gdy takie siły odnoszą zwycięstwo.

Reżim al-Asada był często oskarżany o paranoję, węszącą wszędzie spiski wymierzone w siebie i w istnienie Syrii w ogóle. Ale dzisiaj, m. in. dzięki WikiLeaks, wiemy, że nie było w tym ani trochę paranoi, była to trafna ocena sytuacji. Dla tych wszystkich domów Saudów, al-Maktumów, al-Chalifów, as-Sanich istnienie w sąsiedztwie laickich reżimów formalnie republikańskich, jakkolwiek niedoskonałe by one nie były, stanowi spędzającą sen z powiek groźbę, że ich własne feudalne domeny nie są im dane na wieki wieków. Dla Izraela Syria jest jedynym arabskim sąsiadem, którego nie udało mu się skorumpować, a w którego terytorium bardzo chciałby się werżnąć jeszcze głębiej i w końcu „znormalizować” swoją północno-wschodnią granicę na tyle, by Wzgórza Golan stały się oficjalnie częścią „Wielkiego Izraela”. Dla Stanów Zjednoczonych, których klasa polityczna siedzi po uszy w kieszeni izraelskiego lobby, życzenia Tel Awiwu są rozkazem. Prezydentowi Erdoganowi w Ankarze marzy się umrzeć w roli neosułtana, odnowiciela osmańskiej potęgi Turcji, której Syria mogłaby być „zewnętrzną prowincją”. Stanom Zjednoczonym, Izraelowi i Arabii Saudyjskiej doskwiera przyjaźń rządu w Damaszku z rządem w Teheranie, bo woleliby widzieć Iran słabszym i osamotnionym. Wreszcie Turcji, USA, Francji, Wielkiej Brytanii i Katarowi „w bankach nie sztymuje”, że Syria chciała wykorzystać swoje zasoby, położenie i terytorium w zgodzie z własną wizją ekonomicznego rozwoju i we współpracy z tymi, których sama uważa za swoich przyjaciół. Mówiąc bardziej wprost, projekt gazociągu budowanego przez Syryjczyków w regionalnej współpracy z Iranem i Rosjanami, stał w poprzek marzeniom wymienionych o przebiegającym zamiast tego przez terytorium Syrii gazociągu amerykańsko-turecko-katarskim.

Baszszar al-Asad znalazł się w tragicznej roli przywódcy niedemokratycznego reżimu, który niemniej jednak pozostawał jednym z ostatnich bastionów resztek Oświecenia w swojej części świata. Dlatego musiał go bronić za wszelką cenę, bo jedyne widoczne na horyzoncie siły, które byłyby zdolne go zastąpić, były o wiele gorsze i wieściły Syrii całkowitą dezintegrację.

Lewicę powinien obowiązywać zakaz oceny reżimów metodą liczenia trupów. Została ona wymyślona przez najnędzniejszych liberałów, żeby „wykazywać”, o ile komunizm jest gorszy od nazizmu, i z liberałami, na ich przyszłe potępienie, powinna na zawsze pozostać. Siły al-Asada mają na sumieniu więcej zabitych niż siły tzw. rebeliantów, ale czy nie dlatego, że te drugie po prostu nie zgromadziły jeszcze tyle władzy, żeby naprawdę się wykazać? Czy chcielibyśmy zaryzykować i dać im szansę je prześcignąć? Bo Syria, ze swoją złożoną kompozycją religijno-etniczną, ma dość niesunnickich mniejszości, by „rebelianci” pobili szybko poprzednie rekordy, gdyby tylko ustabilizowali swoją kontrolę nad terytorium na tyle, żeby przystąpić do upragnionej eksterminacji „kafirów”.

Całkowite przechwycenie syryjskiej „rewolucji” przez wspieranych z zewnątrz salafickich ekstremistów (już w 2012) oraz pogrzebanie (m. in. przez Departament Stanu Madame Clinton) szans na rozwiązanie konfliktu przy stole negocjacyjnym, powodują, że istnieje dziś tylko jeden realny scenariusz na zakończenie wojny w Syrii i na to, że kraj ten będzie się kiedyś znowu nadawał do życia: zwycięstwo sił rządowych Baszszara al-Asada i rekonsolidacja przez nie syryjskiego państwa.

Różnica między reżimem Baszszara al-Asada a „rebeliantami” (jedynymi, którzy się liczą militarnie i politycznie) to różnica między reżimem, który jest owszem reakcyjny, ale pozostaje wciąż w granicach horyzontu Oświecenia, a siłami, które dążą do wyzerowania wszystkich Oświecenia zdobyczy, jakkolwiek niedoskonała byłaby ich historyczna realizacja na terenie Syrii. W Syrii Baszszara al-Asada przyszła walka polityczna będzie się toczyć o poszerzanie praw. W Syrii salafitów walkę trzeba będzie zacząć od samej tych praw idei, od samego początku. To różnica między walką o wydawanie opozycyjnej prasy, a walką z prawem oficera zwycięskiej formacji zbrojnej, by gwałcić wedle upodobania dowolnego chłopca, a potem jego ukarać za homoseksualizm śmiercią przez zrzucenie z dachu wysokiego budynku na oczach tłumu.

Znawcy polityki Władimira Putina, którzy zajmują się czymś poważniejszym, niż kreowaniem go na nowego Hitlera, zwracają uwagę, jak traumatycznym przeżyciem była dla niego katastrofa zachodniej interwencji w Libii i obalenie Kaddafiego. To, że nie stanął na wysokości zadania, że będąc jednym z nielicznych władców tego świata, który dysponował jakimiś realnymi środkami, by zapobiec katastrofie, całkowicie zawiódł, Putin postrzega jako swoją wielką klęskę polityczną o historycznym znaczeniu. Putin postanowił nie dopuścić do tego, by w Syrii powtórzył się ten sam scenariusz. Nie powinno być zgody na znak równości między interwencją Rosji po stronie al-Asada, a interwencjami, które wywołały wojnę w Syrii próbami obalenia rządu i oddały prawie całą opozycję w ręce ekstremistów. Interwencja Rosji ma na celu zakończenie wojny – w jedyny możliwy dziś sposób, czyli przez zwycięstwo rządu. Interwencja Rosji odbywa się na tego rządu prośbę, wystosowaną do Rosji jako sojusznika. Na prośbę rządu, który w rozumieniu prawa międzynarodowego pozostaje jedynym legalnym rządem Syrii. Nawet jeśli to się odbywa – a odbywa się – w ramach rosyjskiego projektu imperialnego, nie ma tu żadnej symetrii imperializmów. Nawet jeśli Rosja broni swoich geopolitycznych interesów, nie można nie docenić zimnej krwi i racjonalizmu, z jakimi Kreml reaguje na podejmowane z różnych stron próby wytrącenia Rosjan z równowagi. W każdej z tych sytuacji, od zestrzelenia przez Turków rosyjskiego samolotu nad Syrią, po zabójstwo ambasadora Rosji w Ankarze przez obłąkanego 22-letniego policjanta, Putin wybrał drogę deeskalacji napięć.

Choć wiem, że zostanie mi to gdzieniegdzie zarzucone, to wszystko nie znaczy wcale, żebym uważał, iż Putinem kieruje jakiś znaczący impuls uniwersalistyczny. Nigdy dość powtarzania, że Putin nie jest człowiekiem z naszej (tj. lewicy) bajki. Putin nie jest człowiekiem projektu w jakikolwiek sposób uniwersalistycznego, czy postępowego. Jest cynicznym człowiekiem władzy, jego wizja polityczna jest na wskroś konserwatywna, reakcyjna. Bardziej niż o cokolwiek innego chodzi w niej o zachowanie pewnych stabilnych ram dla istniejących stosunków władzy i miejsce w nich Rosji odzwierciedlające to, na co ona jego zdaniem zasługuje. To, że taki polityk, rodzaj postmodernistycznego cara, stał się de facto obrońcą resztek, które się jeszcze nie zawaliły po arabskich realizacjach projektu oświeceniowego, nie jest miarą jego wielkości (uniwersalizmu, „oświeceniowości”, postępowości, czy jak to nazwiemy) – jest to miarą politycznej i etycznej nędzy i degrengolady ostatnich dziesięcioleci polityki Zachodu w stosunku do Bliskiego Wschodu. Może się wkrótce okazać, że interwencja Putina w obronie reżimu Baszszara al-Asada położyła przynajmniej wreszcie kres największemu źródłu zła w tamtej części świata: zachodniej doktrynie „wymiany reżimów”.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie (5 stycznia) na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Historia go rozgrzeszy. Fidel Castro (1926-2016)

Dziś, 4 grudnia 2016, na zakończenie dziewięciodniowej żałoby narodowej na Kubie, skremowane (zgodnie z życzeniem zmarłego) prochy Fidela Castro spoczną na cmentarzu świętej Ifigenii w Santiago de Cuba.

*

W okresie kryzysu kubańskiego Związek Radziecki na niepokorną karaibską wyspę wysłał nie tylko swoich wojskowych i rakiety, ale też słynnego reżysera, laureata canneńskiej Złotej Palmy za Lecą żurawie, Michaiła Kałatozowa. Pracował on tam nad niezwykłym filmem, jeszcze piękniejszym niż tamten, ale zbyt ekscentrycznym formalnie na swoje czasy i na długo po premierze w 1964 zapomnianym – dopóki nie odkryto go na nowo w latach 90. XX wieku. Soy Cuba (Ja, Kuba) powstał jako koprodukcja radziecko-kubańska. Zainicjowana przez Kubańczyków, którzy dali reżyserowi ogromny margines twórczej wolności, produkcja stała się jednak w znacznym stopniu wyrazem zachwytu samych Rosjan i innych narodów Związku Radzieckiego (Kałatozow był Gruzinem) Rewolucją Kubańską. Kuba Fidela Castro przez sam aparat radzieckiego państwa, zwłaszcza jego szczyty, traktowana często była jako co najmniej zagwozdka, czasem bez mała dopust boży (Castro nie raz i nie dwa postawił Moskwę przed faktami dokonanymi i wymuszał na niej działania, do których wcale nie było jej rychło). Ale Rosjanie i inne narody Związku Radzieckiego, ci wszyscy, którzy wierzyli wciąż w socjalizm, komunizm, antyimperializm, internacjonalizm, albo pamiętali, jak bardzo kiedyś w nie wierzyli, zobaczyli na wyspie, w politycznej namiętności jej mieszkańców, którzy wspólnie wzięli swój los w swoje ręce i odparli pretensje największego kapitalistycznego mocarstwa, którego upasione na grabieży, gargantuiczne cielsko zwisa nad nimi na mapie, że to wszystko wciąż są sprawy z porządku życia i śmierci, z porządku naglącej aktualności. Z porządku politycznego zbawienia ludzkości. To jest naprawdę niesamowity film. Pokaż go swoim dzieciom, zostaną rewolucjonistami.

*

We właściwej ocenie kubańskiego przywódcy i jego dorobku pomóc może jedna z wielu trafnych obserwacji wybitnego amerykańskiego historyka Grega Grandina. Zauważa on gdzieś, że wybory polityczne przwódców każdej kolejnej rewolucyjnej, emancypacyjnej próby podejmowanej przez kolejne społeczeństwa zachodniej półkuli rozumieć można tylko biorąc pod uwagę próby, które je bezpośrednio poprzedzały. Większość z nich zakończyła się bowiem porażkami (prawie zawsze z „pomocą” Waszyngtonu). Każdy kolejny latynoski przywódca kierował się imperatywem uniknięcia błędów poprzedników, uniknięcia powtórki z historii jemu najnowszej.

Dla przywódców Rewolucji Kubańskiej kluczowym takim odniesieniem było wsparte przez USA obalenie lewicowego rządu Jacobo Árbenza w Gwatemali w 1954. Przebywał tam aurat wtedy Ernesto Guevara, zanim udał się do Meksyku, gdzie miał poznać Fidela Castro. Brutalne zarżnięcie postępowych dążeń środkowoamerykańskiej republiki stanowiło poglądową lekcję tego, do czego Imperium Dolara jest zdolne, jakie piekło na Ziemi gotowe jest rozpętać, by utrzymać stosunki klasowe w całej hemisferze w postaci, jaka służy jego interesom i wpasowuje się w jego własny projekt ideologiczny.

Kuba – z jej wzorowanym na sowieckim monopartyjnym modelu politycznym, z amerykańskim embargiem i ciągłymi atakami ze strony Stanów Zjednoczonych, zamachami na życie jej przywódców organizowanymi przez CIA (ponad 630 na życie samego Fidela), z uzależnieniem od militarnego i ekonomicznego wsparcia ZSRR – była takim negatywnym punktem odniesienia dla Salvadora Allende, który liczył, że uniknie losu wyspy, jeśli przejście do socjalizmu odbędzie się w warunkach głębokiego poszanowania dla procedur demokratycznych. Czas pokazał, że były to złudzenia. Rodzimy kapitał sabotował gospodarkę „strajkiem inwestorów” i wywoływaniem sztucznych niedoborów. Do tego sabotażu przyłączał się kapitał zagraniczny – stąd rządowi Allende nie udało się np. zakupić z Francji komputerów potrzebnych do budowy pionierskiego systemu stanowiącego zapowiedź Internetu. Allende nie chciał potraktować chilijskiej burżuazji tak brutalnie, jak kubańską potraktował Castro. Liczył na to, że zmiany struktury własności uda się jedna po drugiej… przegłosować. Ale Imperium Dolara demokracja i głosowania interesują tylko tak długo, jak długo stanowią one fasadę bądź ramę dla tytułów własności i procesów akumulacji kapitału. Połączyło więc siły z niewypędzoną i niewywłaszczoną chilijską burżuazją, i rękoma Augusto Pinocheta zarżnęło polityczny projekt Allende.

Nowszy przykład. Rządy Partii Pracowników Luli da Silvy w Brazylii. Pragnienie uniknięcia z kolei tamtego losu przez jeszcze większą niż w przypadku Allende uległość w stosunku do formalnych reguł liberalnej demokracji, w tym wobec fetyszu prawa własności. Oligarchiczna wielka własnosć znalazła się poza sferą nawet dyskursywnej krytyki politycznej. Nie stała się nawet przedmiotem debaty. To też nie uchroniło projektu politycznego Luli. Oligarchiczna prawica wykorzystała sztuczki konstytucyjne, by odsunąć Partię Pracowników od władzy i postawić na czele rządu byłego informatora amerykańskiej ambasady. Kto wie, czy nie wsadzi Luli za coś do więzienia, żeby nie zdołał stanąć do wyborów w 2018. W międzyczasie reakcyjna administracja Temera wyzeruje wszystkie reformy Luli i Rousseff, zamrozi wydatki na programy społeczne i wyprzeda zasoby kraju, z Amazonią włącznie – krewnym, znajomym i Amerykanom. A mówimy o kraju znacznie silniejszym niż Kuba, piątym najludniejszym na świecie.

Dziś, kiedy kolejne emancypacyjne projekty w Ameryce Łacińskiej upadają pod presją Imperium Dolara i „rynków światowych”, inne trzymają się ostatkiem sił, a jeszcze inne są tylko ruinami i wspomnieniem, historia windykuje wybory dokonane przez Fidela Castro. A przynajmniej uzasadnia jego ocenę stawek i zagrożeń, oraz strategiczne i taktyczne wybory, jak zdobyć tyle, ile się w danym układzie sił międzynarodowych da, i jak obronić jak najwięcej z tych zdobyczy. Tylko jego projekt przetrwał tak długo.

*

hawana-2

Hawana, fot. Michał Kącik

W osobie Fidela Castro odszedł uniwersalista i wielki człowiek Oświecenia, uczeń – jak sam o sobie mówił w wywiadzie-rzece, jakiego udzielił Ignacio Ramonetowi – Karola Marksa z jednej i swojego wielkiego rodaka José Martiego z drugiej strony. Jako człowiek Oświecenia Castro wierzył, że uwolnienie ludzkości (zaczynając od ludu własnego kraju) od niepotrzebnego cierpienia – głodu, uleczalnych chorób, bezwzględnego wyzysku, konsekwencji dewastacji środowiska, wykluczenia z dostępu do wiedzy naukowej – jest sprawą najpilniejszą i jako takie ma pierwszeństwo przed pełnią liberalnych praw politycznych, jeżeli prawa te miałyby stanąć na przeszkodzie. Łatwo go krytykować z europejskiej kanapy, ale nawet najbardziej zagorzali lewicowi krytycy Castro piszący z pozycji demokratycznego socjalizmu, muszą w końcu przyznać (jak Samuel Farber pod koniec swojej książki), że na Kubie ze świecą szukać innej opozycji niż neoliberalna agentura Waszyngtonu i ultrareakcyjnego lobby wypędzonych milionerów w Miami. Castro uznał, że dopuszczenie tego elementu do udziału we władzy oznaczałoby groźbę utraty zdobyczy Rewolucji w zakresie praw społecznych.

A są to zdobycze w warunkach oblężenia przez monstrum z północy imponujące – wskaźniki alfabetyzacji, długości życia i ilości lekarzy na tysiąc mieszkańców wśród najwyższych na świecie; śmiertelność niemowląt wśród najniższych na świecie; niedożywienie wśród dzieci – 0%; bezprecedensowe sukcesy w odtworzeniu zdewastowanych przez kapitalistyczną ekspoloatację ekosystemów (podwojenie powierzchni lasów); spektakularne sukcesy nauk medycznych (wynalezienie szczepionek na szereg chorób tropikalnych i na raka płuc, okrycie metody zatrzymania transmisji wirusa HIV z organizmu zakażonej matki do organizmu płodu, itd.). Rewolucyjna Kuba stała się też prawdziwą potęgą kulturalną – okresy nasilonej cenzury ostatecznie z ogromną nawiązką zrekompensowane zostały przez stworzenie twórcom warunków wolności od totalitarnej władzy rynku.

*

hawana-3

Hawana, fot. Michał Kącik

Tak, zabijał ludzi. Ale złych ludzi, tych, którzy na to zasługiwali lub których zabić było trzeba. „Rewolucja to nie scieżka usłana różami, to walka na śmierć i życie między przyszłością a przeszłością”. Ci, którzy stają w niej w imię przyszłości, mają przeciwko sobie gotowych na wszystko obrońców przeszłości. Wielcy Książęta Przeszłości nie przebierają w środkach, zrobią wszystko, by obronić swoje przywileje i interesy, niezależnie od skandalu cierpienia większości, na jakim są ufundowane. Jeśli ty nie zabijesz ich, oni zabiją ciebie.

Jasne, udanego, „prawdziwego” socjalizmu nie da się zbudować w jednym kraju, i dlatego tak wiele pozostaje na Kubie do życzenia. Możemy sobie tak mędrkować. Ale to nie jest wina Castro, że inni swoich rewolucji nie wygrali. Bo zarzutu, że innym ruchom rewolucyjnym nie pomagał, nie można Castro postawić. Zapytajcie w Algierii, Angoli, Namibii, RPA, Palestynie czy Kongu. Zapytajcie Assatę Shakur albo Angelę Davis.

Tak, w pierwszych latach Rewolucji Kubańskiej jego rząd prześladował osoby homoseksualne. Mnie to też interesuje, ponieważ sam jestem mężczyzną homoseksualnym i uwielbiam Reinaldo Arenasa. Let me, however, tell you a secret: w tamtym okresie prawie każdy rząd prześladował osoby homoseksualne, z „wiodącymi liberalnymi demokracjami” (USA) na czele. Wyjątki były tym właśnie: wyjątkami. Emancypacja ludzkości jest procesem, cieżką pracą – jednostek i społeczności, które odkrywają kolejne zasłony opresji i ideologicznych mistyfikacji, oraz podejmują zmagania, by je zerwać. To jest złożony, obstawiony zasadzkami labirynt, w którym różni ludzie w różnym czasie zaczynają w różnych miejscach, i różne drogi mają do pokonania. Rewolucja Kubańska przedefiniowywała potem swoje podejście do homoseksualizmu, został on zdekryminalizowany w latach 70., a Castro za te historyczne prześladowania wziął na siebie później osobistą odpowiedzialność i uznał je za jeden z wielkich błędów Rewolucji. Wszyscy rodzimy się w jakiejś kulturze, każda kultura ma swoje własne, na wielu poziomach, wokół różnych osi skupione, struktury opresji. Nikt nie rodzi się od razu ze słusznymi poglądami na wszystko. Do Prawdy dochodzi się w żmudnym procesie, w ciężkiej pracy. Prawdziwy heroizm to tej pracy wykonanie, a nie odziedziczenie słusznych poglądów na wszystko po walkach innych ludzi.

Jasne, „prawdziwy” socjalizm musi być demokratyczny, ale podczas gdy większosć współczesnych „demokratycznych socjalistów” żyje bez politycznych sukcesów póki co na marginesach burżuazyjnych liberalnych demokracji (toczonych śmiertelną gangreną), historia niektórych postawiła przed dramatycznym wyborem: co jest ważniejsze, rzeczownik (socjalizm), czy przymiotnik (demokratyczny)? Co, jeśli nie można utrzymać jednego i drugiego, jeśli zachować można tylko jedno? Rzeczownik czy przymiotnik?

Jakkolwiek niedoskonałym był w praktyce socjalistą, był bezkonkurencyjnym antyimperialistą i – jak przypomina niezmiennie znakomity Vijay Prashad – głosem całego Trzeciego Świata / globalnego Południa (czyli większej części ludzkości). Od antykolonialnej wojny w Algierii, przez obalenie apartheidu w Republice Południowej Afryki, po dziesiątki tysięcy lekarzy wysyłanych bezinteresownie tam, gdzie ich brakowało (to Kubańczycy zatrzymali epidemię eboli w Afryce), po stanowisko w sprawie neoliberalnego reżimu zadłużenia międzynarodowego. To nie on zawiódł, to inni przywódcy Trzeciego Świata / globalnego Południa nie dorośli do tego samego formatu.

*

Dziennikarzom, komentatorom i intelektualistom z bożej łaski, którzy krzyczą „dyktator! dyktator! dyktator!”, mam ochotę powiedzieć tyle. Przyjdzie taki moment, że wy będziecie pamiętani już tylko jako studia przypadków w wielkiej historii upadku mediów i kultury globalnego systemu społecznego pędzącego nieuchronnie w przepaść. Jako nadzorcy i komisarze dyskursu gnijącego porządku. Na ten krótki moment, zanim zostaniecie w ogóle, na zawsze i zasłużenie zapomniani. Fidel Castro pozostanie natomiast w pamięci wyklętych ludów Ziemi jako jeden z największych przywódców politycznych XX wieku. Człowiek, którego prochy znajdują dziś wieczny spoczynek, nie tylko nie był pogrobowcem przeszłości, jak wmawiacie nam wy, płatna ideologiczna policja schyłkowego kapitalizmu – jego dorobek będzie punktem odniesienia dla naszej przyszłości, jeśli czeka nas jakakolwiek. Jeśli uda nam się przetrwać ekologiczną katastrofę, do której z samobójczą determinacją prowadzi nas kapitalistyczna eksploatacja zasobów naszej planety, wielki i odważny eksperyment, jakim był projekt polityczny Fidela Castro, będzie jednym z tych miejsc, w które będziemy zerkać, szukając wzorów, jak zbudować lepszy świat. Z jego wizją człowieczeństwa opartą na bezinteresownej i bezwarunkowej solidarności w miejsce sumy egoizmów. Z jego przykładem, że największy nawet Goliat spotka kiedyś swojego Dawida. Z jego szacunkiem dla ekosystemów i sukcesami w ich odtwarzaniu. Z jego szacunkiem dla zasobów i odmową ich marnowania. Z jego wolą dzielenia się nimi, nawet gdy są ograniczone, z tymi, którzy są w potrzebie. Z jego wiarą w społeczną sprawiedliwość i to, że leży ona w uniwersalnym interesie nas wszystkich. Z jego frazą, że może będziemy jeść skromnie, „ale będziemy jeść wszyscy”. Z jego wiarą w Człowieka.

Hasta siempre Comandante. La historia te absolverá.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

zdjęcia: Michał Kącik