„Nirvaan” – nakład wyczerpany; Pride i rozdawnictwo e-booków

Komunikat.

Papierowy nakład mojej powieści Nirvaan już się w zasadzie wyczerpał. Ostatnie już zupełnie egzemplarze widziano jeszcze chyba niedawno w księgarni Tajne Komplety we Wrocławiu i w krakowskim Ogniwie, ale nawet za to już nie ręczę.

Niestety, nie jestem obecnie w stanie powiedzieć, czy będzie dodruk. Wydanie papierowe trafiło do wszystkich bibliotek wynikających z „obowiązku bibliotecznego” (Narodowej, Jagiellońskiej, Śląskiej, itd.). Do nabycia inaczej niż z drugiej ręki jest w tym momencie tylko w e-booku.

W tej sytuacji – korzystając zarazem z okazji, że mamy „miesiąc dumy”, Pride Month – do końca czerwca rozdaję Nirvaana w e-booku za darmo.

Dostępny jest w ten sposób tutaj. Działa to tak, że przy wirtualnej kasie zamiast podawania danych karty płatniczej należy wpisać kod promocyjny pride24.

Czytaj dalej

Będę w Częstochowie (8 lipca 2023)

No więc jadę sobie wkrótce na chwilę do Polski.

Tak się złożyło, że przy tej okazji przyjaciele i nieznajomi chcą się podobno ze mną spotkać i pogadać o mojej powieści (Nirvaan).

  • Kiedy? W sobotę 8 lipca o godzinie 19:00.
  • Gdzie? W Resto & Pub Szafa Gra w Częstochowie przy Alei Najświętszej Maryi Panny 37.
  • Wstęp wolny.

Będziemy mieć egzemplarze. Przypominam, że Nirvaan jest też w e-booku.

Więcej informacji tutaj i tutaj.

Zapraszamy!

„Nirvaan” w Księgarni Stonewall

Moja powieść pt. Nirvaan jest obecnie dostępna na półkach Księgarni Stonewall w Poznaniu przy ulicy Kwiatowej 1, a także na ich witrynie internetowej Out and Proud.

Przypominam, że Nirvaan jest również do nabycia w internetowej księgarni Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa oraz polskiej edycji pisma „Le Monde diplomatique”. W dwóch opcjach:

Do nabycia także w:

Osoby znajdujące się poza Polską, które chciałyby zapłacić kartą, najłatwiej mogą Nirvaana zamówić bezpośrednio u mnie. Wysyłka wszędzie w Europie wliczona już w cenę.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Nirvaan – fragment mojej powieści (plik PDF)

Czasy nie są wesołe. Ale pomimo – a kto wie, może właśnie dlatego – ktoś chciałby jednak, na przykład w którymś z wolnych dni wiosny i lata, oderwać się od takich czasów i sprawdzić początek mojej powieści.

Pierwsze cztery rozdziały (całość liczy rozdziałów 30, na 428 stronach) Nirvaana dostępne są tutaj, w serwisie Gumroad. Zostaną stamtąd wysłane w pliku PDF na wskazany adres email.

Nakład papierowy Nirvaana jest już wyczerpany. Powieść dostępna jest już jedynie w formie e-booka.

Pobierz fragment (pierwsze 4 rozdziały) mojej powieści.

Ilustracja u góry strony: fragment rysunku Łukasza Zaręby pt. Nirvaan

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Co z tym „Nirvaanem”?

W pierwszych dniach grudnia moje drogi zejdą się znowu w przestrzeni z materialną, papierową postacią mojej powieści. Drogi te rozminęły się w okolicznościach, które wyjaśniałem niedawno. Od tamtej pory większość nakładu czekała zmagazynowana w kartonach w biurze mojego brata, oddzielona ode mnie granicami dwóch państw i setkami kilometrów.

Wszyscy, którzy zaklepali sobie egzemplarz (lub dwa, lub pięć) na Kickstarterze, otrzymają swoje egzemplarze najpóźniej gdzieś w grudniu. W nagrodę za to cierpliwe oczekiwanie każda z osób oczekujących otrzyma w bonusie Soho Story. Jeżeli ktoś miał już w wybranym pakiecie jedną, trzy lub sześć Soho Stories, otrzyma o jedną więcej, niż miał otrzymać. Osoby, które zamówiły sześć, będą musiały na tę siódmą jeszcze trochę poczekać, ponieważ piszę dopiero piątą, ale wszyscy otrzymają o jedną więcej, niż myśleli.

W międzyczasie chciałem podkreślić, że to nie jest jedyny sposób, żeby zdobyć książkę – jeżeli ktoś przegapił Kickstartera.

Szybciej niż w moje własne ręce (!) Nirvaan trafił do kilku wyjątkowo szczęśliwych księgarni:

Tyle wiem z całą pewnością; będę informował, jeśli ich przybędzie i sam zostanę o tym poinformowany.

(Jeżeli ktoś tutaj sam jest księgarzem i chciałby mieć moją powieść na półce, proszę o kontakt)

Książkę można też zamówić u mnie bezpośrednio:

Nie ukrywam, że to ostatnie to opcja, która w największym stopniu pomaga mi w odzyskaniu kosztów całej operacji, bo cena, którą zapłacisz za książkę, nie rozpada się na szereg pośredników. Cena 15 funtów zawiera już w sobie koszty wysyłki w całej Unii Europejskiej i do Wielkiej Brytanii.

Obecny nakład jest ograniczony. Kiedy startowałem z tym całym przedsięwzięciem, zakładałem, że będę nakład uzupełniał w zależności od zainteresowania, skoro technologia druku cyfrowego pozwala na taką elastyczność i dodruk nawet niewielkich ilości. Czyhające na mnie na każdym kroku nieprzyjemne niespodzianki sprawiły jednak, że koniec końców wszystko okazało się znacznie kosztowniejsze i bardziej skomplikowane (dla osoby prywatnej zamieszkałej poza granicami Polski), niż normalny człowiek mógłby się spodziewać (w Polsce nic nie jest dla osób, wszystko jest dla firm, a Polska to tor przeszkód). Dlatego – ryzykując, że zabrzmi to jak poganianie Was czy pogróżki – uczciwie uprzedzam, że nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy dokładnie będę mógł rzucić w obieg dodruk mojej powieści.

Radzę się spieszyć!

Jestem na Facebooku i Twitterze.

„Nirvaan”: druk z przeszkodami

Po raz kolejny okazało się to, co przecież wszyscy od dawna wiemy: Polska to tor przeszkód.

Już Wam pisałem, że złożyła mnie w pewnym momencie choroba, w której przez dwa tygodnie jechałem na opioidach. A raczej głównie spałem lub lewitowałem w dziwnym półśnie. Wspomniałem też ogólnikowo, że pojawiły się problemy w drukarni. Problemy w drukarni okazały się wydłużyć sprawę o tyle, że nie doczekałem się wydrukowanych egzemplarzy w czasie mojego pobytu w Polsce…

Tak, tak. Byłem w Polsce. Tydzień wyjazdu służbowego i tydzień urlopu, żeby się zobaczyć z rodziną po lockdownach i poznać wreszcie jej nowych członków, bratanicę i bratanka. Wszystko było tak pomyślane, żebym w trakcie tego pobytu otrzymał z drukarni wydrukowany nakład Nirvaana. Myślałem, że wszystko sobie wyliczyłem, i to z wystarczającym marginesem dla ewentualnych opóźnień.

Niestety, Polska to tor przeszkód. Moja choroba spowolniła proces kończenia składu, a potem, kiedy wszystko już wydawało mi się dogadane z drukarnią i byłem gotów zamykać zlecenie i płacić proformę, okazało się – ani słowem nikt o tym wcześniej nie wspominał – że ażeby być klientem, trzeba być firmą, nie wystarczy być człowiekiem. Nigdy mnie nic podobnego w życiu nie spotkało, więc nie byłem na to przygotowany. Mówiłem już, że Polska to tor przeszkód? Długo mnie w kraju nie było. Musiałem znaleźć drogę obejścia tego problemu. W międzyczasie okazało się, że wydłużył się czas realizacji zlecenia, bo im bliżej końca roku, tym dłuższe kolejki, bo większe obłożenie. Natura tej branży – podobno. No i papier, na dokładkę, podrożał.

Obgryzacie paznokcie z niecierpliwości? Mam nadzieję! Nie martwcie się jednak za bardzo.

Nirvaan został wydrukowany i wiem, że wygląda super. Niestety, zszedł z prasy dopiero jak już wróciłem do Amsterdamu. A wydrukowany został w Polsce. Spowodowało to, że kilka egzemplarzy książki – za sprawą mojego wydawniczego partnera, Książki i Prasy – trafiło do pewnej warszawskiej księgarni wcześniej niż do moich rąk i oczu! Sam przed wyjazdem z Polski zdążyłem zobaczyć tylko egzemplarz sygnalny. Jeżeli tam (tzn. do owej księgarni) traficie, jeżeli książkę tam zobaczycie, a Wy wciąż czekacie na własną – wiedzcie, że nie zostaniecie wykiwani, dostaniecie swoje egzemplarze, tylko mi się proces lekko wykoleił i poprzestawiały trochę wagony.

Książka już jest, już istnieje – fizycznie, na papierze. Ma 428 stron. Zdjęcia na dowód. 

Ale mam przed sobą logistyczną zagwozdkę, którą dopiero rozpracowuję. Nirvaan, moje poprzednie Smutki tropików, które wielu z wspierających projekt na Kickstarterze zamówiło w pakiecie, oraz ja osobiście – znajdujemy się fizycznie w różnych miejscach, i to dość od siebie wzajemnie odległych.

Spokojnie, to nie jest problem nie do rozwiązania, ale wymaga jeszcze odrobiny czasu, bo jak większość śmiertelników, muszę też – oprócz pisania homoerotycznych opowieści – zajmować się zarabianiem na życie.

Proszę o jeszcze trochę cierpliwości i wyrozumiałości. Oczekującym wynagrodzę ją jakimś bonusem!

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Ogłoszenie o opóźnieniu

Drodzy Supporterzy, drodzy Czytelnicy!

Pewnie się niecierpliwicie, przynajmniej niektórzy. Ja też. Jeszcze nie tak dawno byłem przekonany, że połowa października to naprawdę najpóźniejszy termin premiery. Że na pewno już będę miał wszystkie egzemplarze wydrukowane, a może i wysłane do tych, którzy je byli zamówili, wspierając projekt na Kickstarterze, albo w przedsprzedaży za pośrednictwem mojej strony internetowej i platformy Gumroad.

Niestety, sprawy się nam trochę obsunęły.

Na przełomie sierpnia i września rozłożyła mnie niespodziewanie nieznana mi wcześniej, rzadka i w sumie słabo rozumiana choroba: neuralgia nerwu trójdzielnego. Ból był tak paraliżujący, że aby go przetrwać, musiałem uderzyć w organizm opioidami i antykonwulsantami, za sprawą których przez kilka tygodni byłem półprzytomny. Do dzisiaj nie jestem do końca sobą (takim, jakiego siebie znałem dotychczas).

Spowolniło to postępy prac nad składem, opracowaniem graficznym, okładką i skierowaniem wszystkiego do druku, bo powoli reagowałem. A kiedy wróciłem (jako-tako) do życia, drukarnia zaskoczyła nas kolejnymi okolicznościami, które jeszcze bardziej wszystko nam wydłużyły.

Proszę o wyrozumiałość i jeszcze trochę cierpliwości. Nirvaan ukaże się trochę później niż wszyscy myśleliśmy, ale już naprawdę niedługo. Będę Was informował.

Na ilustracji powyżej: zdjęcie egzemplarza sygnalnego, na stole u mojej mamy, na dowód, że sprawy posuwają się jednak do przodu. Projekt okładki: Krzysztof Ignasiak; rysunek na niej wykorzystany: Łukasz Zaręba.

Chciałem jednocześnie przypomnieć, że na razie przedsprzedaż jest jedyną pewną formą nabycia mojej powieści. Nie mam ani środków na drukowanie znaczącego zapasu egzemplarzy, ani dostępu do kanałów dystrybucji. Te ostatnie są poza zasięgiem kogoś wydającego książkę własnym sumptem – jedynie zainteresowanie wyrażone przez paru zaprzyjaźnionych księgarzy i gotowość ze strony mojego partnera wydawniczego – Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa, wydawcy mojej poprzedniej książki – że dostarczy egzemplarze kolejnym, gdyby zgłosiło się ich więcej.

Przedsprzedaż odbywa się pod tym linkiem.

Do usłyszenia wkrótce!

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Nirvaan

Pamiętam, że wzrok mi uciekał w stronę twoich dłoni, były przepiękne. O niezwykle długich palcach, ale jak harmonijnie długich, bo w tak doskonałą całość układały się z twoim wzrostem — byłeś ode mnie kilkanaście centymetrów wyższy. Paznokcie były duże, płaskie, zdecydowanie zaokrąglone na końcach i doskonale gładkie. Nie potrzebowałem więcej czasu, już wiedziałem, że chcę, by te dłonie, te palce mnie dotykały. Ty jednak spłoszyłeś się wędrówką moich oczu jak mały chłopiec, przy twoim wzroście było to rozczulające — schowałeś obie dłonie pod pachy. Strasznie mi wysychają, powiedziałeś, bo tu jest tak zimno.

[…]


Przysunąłem się jeszcze bliżej. Raz kozie śmierć, przecież zaprosiłeś mnie na noc, byłem już w twoim łóżku. Jeśli będę czekał na twoją inicjatywę, mogę czekać do końca świata. Pocałowałem cię nieśmiało, bałem się, że serce bije mi za głośno, że to aż śmieszne, jak bardzo jestem podniecony. Czekałeś na to, a jednocześnie byłeś zaskoczony, że to się w końcu stało. Byłeś zaskoczony, ale nie stawiałeś oporu. Nie stawiałeś oporu, ale trwałeś jak sparaliżowany w oczekiwaniu co dalej. Po chwili zamknąłeś jednak laptopa i odłożyłeś go na szafkę nocną obok łóżka. Wykonałeś więc wreszcie jakiś gest na potwierdzenie, że tak, chcesz tego, Fuck the photos from Durban, powiedziałeś.

Nie wykonałeś jednak żadnego innego gestu. Wszystko zależało teraz całkowicie ode mnie i czułem się z tym nieswojo. […]

Czułem się z tym nieswojo, bo wyglądało na to, że najlepiej by było, gdybym to ja wziął ciebie z odwagą i energią, z jaką brał mnie Bala — a ja tej odwagi nie miałem. Cały w lęku, że to nie rola dla mnie, że się nie sprawdzę, że się nie nadaję, że będę do niczego. Czułem się z tym nieswojo, bo leżałeś jak kłoda, bezwładnie wyczekując, co się teraz stanie. Jakbym mógł ci zrobić coś złego. Pragnąłem cię, pragnąłem znaleźć szparę w tym kokonie, w którym byłeś zamknięty, szparę, przez którą mógłbym dostać się do środka, do ciebie, uwolnić cię, ale miałem wrażenie, że nie potrafię do takiej szpary dotrzeć. Zacząłem cię całować — ostrożnie. Zdjąłem okulary, nie chciałem się podnosić, żeby je odłożyć na nocną szafkę, jakbym się bał, że jak się ruszę, to cię stracę. Wziąłeś je ode mnie i odłożyłeś na szafce po swojej stronie. Tak, dostałem się wreszcie tak blisko twoich oczu Arjuna Rampala. Były otwarte. Chciałem w nich zatonąć. Ich głęboka czerń spoglądała na mnie wyczekująco i z lękiem. What were you afraid of? Me? To ja się bałem, nie wiedziałem, jak się z tobą obchodzić po tym, co mi dzisiaj powiedziałeś. Poczułem suchą niepewność twoich ust. Udzieliłem im wilgoci moich własnych, głodnych ciebie. Odnalazłem twój język, który nieśmiało zaczął odpowiadać na działania mojego. Na dolnej wardze czułem ciche łaskotanie twojej bródki, tej cudownej czarnej kępki. Moje palce dotknęły najpierw skóry na twoim policzku, ostrożnie, jakbym się bał, że coś uszkodzę, tak była gładka i piękna — Djamel miał podobną, ale jego nie mogłem nigdy tak dotknąć. Kiedy przestałem się aż tak obawiać, przejechałem kciukiem tuż pod twoim okiem, potem dotknąłem nim twojej brwi. Jakbym potrzebował się upewnić, przez kontakt z różnymi fakturami, że to się dzieje naprawdę, naprawdę dotykam cię w taki sposób, naprawdę jesteś wreszcie mój, tak blisko. Wtedy moje palce podążyły do góry, zanurzyły się w twoich kruczoczarnych włosach, gęstych i naturalnie miękkich, tylko sztucznie czymś utwardzonych. Były matowe, delikatne. Pieszczota palców przywracała im miękkość.

[…]


To są dwa króciutkie fragmenty. Trochę dłuższe można znaleźć tutaj. Całość – w postaci książki! – w październiku. Można ją zamówić w przedsprzedaży tutaj.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Nirvaan w przedsprzedaży

Moją pierwszą powieść – zatytułowaną Nirvaan – można już zamawiać w przedsprzedaży.

Zachęcam do wybrania tego sposobu, ponieważ ułatwi mi on zaplanowanie nakładu.


My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, byłem cały twój, imię równie piękne jak jego właściciel. Jak nirwana?


Cena w przedsprzedaży zawiera już w sobie koszty wysyłki w Europie. Osobom, które zamówią egzemplarz w przedsprzedaży, wyślę w tym samym czasie, co wszystkim tym, którzy swoje zamówienie złożyli za pośrednictwem zbiórki na Kickstarterze – niezwłocznie po odbiorze książki od drukarza, co ma mieć miejsce w październiku.

Zamówienia złożone później, kiedy będę już z powrotem w Holandii, mogą mieć nieco wyższe koszty przesyłki do Polski. Tym bardziej zachęcam.

Nie wiem jeszcze, czy książka będzie dostępna w księgarniach. Jeżeli znasz księgarza, którego mogłoby to zainteresować, lub sam nim jesteś – skontaktuj się (lub jego/ją) ze mną.

Zamów egzemplarz Nirvaana

Hipnotyzujące spojrzenie, które widzicie u góry strony, to fragment rysunku mojego przyjaciela Łukasza Zaręby zatytułowanego Nirvaan, który znajdzie się na okładce zaprojektowanej przez Krzysztofa Ignasiaka, który kiedyś zaprojektował już okładkę mojej pierwszej książki (Smutki tropików, 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Stephan

Kilka minut po wpół do siódmej, stałem znowu przed Bootsem na Piccadilly Circus, czekając na pierwsze spotkanie z poznanym w sieci facetem – kto wie, ilu nas tam było w tym samym czasie i tej samej sprawie, bo na tym trudnym do przegapienia, chaotycznym, zatłoczonym zbiegu ulic, stało kilku mężczyzn w różnym wieku, zerkających co chwilę na telefony. Rzut beretem od pubów i barów Soho. W każdemu w takiej sytuacji znanej obawie, że wyczekiwany mężczyzna, choć wszystko zostało uzgodnione nie dalej jak wczoraj, jednak z jakiegoś powodu się nie pojawi, wysłałem esemesa: Jestem już przed Bootsem, mam na sobie cienki czarny płaszcz i czerwone buty. Lubiłem wtedy zakładać na takie okazje czerwone buty (miałem trzy pary, bardzo różne, ale wszystkie bardzo jaskrawe), bo rzucały się w oczy nawet w tłumie i zwykle robiły wrażenie.

Esemes ledwie zdążył dotrzeć do adresata, gdy z tłumu przede mną wyłonił się wysoki, postawny mężczyzna, śnieżnobiały uśmiech przecinał szeroką, ciemnoskórą twarz. Jego wzrok bez wątpienia mierzył we mnie, na potwierdzenie za wzrokiem podążyła dłoń. Duża dłoń imponującego, bardzo silnego mężczyzny. Uśmiechnąłem się, chyba znienacka onieśmielony, aż się przestraszyłem, że serce bije mi za mocno, tak mocno, że aż słychać to na zewnątrz, mimo hałasu ulicy. Stephan miał na sobie dżinsy, czerwoną sportową kurtkę z kapturem, z rodzaju tych, które wiszą trochę luźno i miękko, pozostawiając odrobinę tajemnicy wokół szczegółów sylwetki, jednak szerokie barki, dostrzegalna w rękawach grubość ramion, szerokość zapiętej w tej kurtce klatki piersiowej – kazały wyobraźni domyślać się pod spodem ciała imponującego, może nawet spektakularnego. How are you, zapytał, OK, and you? Zdałem sobie sprawę, że w mailu, w którym mi się przedstawił, nie napisał, ile ma lat, a ja później przez telefon o to nie pytałem. Patrząc na tę uśmiechniętą, gładką twarz, nie potrafiłem odgadnąć jego wieku. Było w nim coś chłopięcego: z biegnącymi do tyłu, splecionymi ciasno przy skórze warkoczykami sprawiał wrażenie przerośniętego nastolatka, ale wiedziałem, że jest starszy, kończył doktorat, pracował już w trzech krajach, no i był potężnej postury, zbudowanie takiej masy zajmuje zwkle trochę lat.

W mailu, którym odpowiedział na mojego posta w Guys Seeking Guys na Gumtree, pisał, że chętnie pozna kogoś, z kim by mógł połazić do kina, bo odkąd rozstał się ze swoim poprzednim facetem, trochę mu tego brakuje. Teraz zapytał, czy pójdziemy prosto do kina. Możemy, odpowiedziałem, jest tam bar, w którym możemy posiedzieć te pół godziny przed seansem. Let’s go then, nie przestawał się uśmiechać, a szeroki, szczery uśmiech wycinał mu głębokie dołki w policzkach. Poszliśmy do Cineworld na Haymarket, ja wybrałem film, w Cineworld miałem już od dawna abonament, membership.

Usiedliśmy w małym, przesadnie oświetlonym barze o fioletowych ścianach w głębi kina, w kącie tuż pod dużym ekranem, z którego powierzchni spływały zwiastuny, ale jak rzadko kiedy nie budziły we mnie żadnego zainteresowania. Stephan usiadł naprzeciwko mnie, rozpinając i zdejmując kurtkę, pod spodem miał tylko szary t-shirt, jego krótkie rękawy ciasno opinały imponujące, wyskakujące z nich bicepsy. Był to bez wątpienia najbardziej muskularny mężczyzna, z jakim byłem dotąd na randce; te muskuły plus wysoki wzrost, silne dłonie, chłopięcy luz, z jakim się w tym potężnym ciele poruszał i nie opuszczający jego twarzy uśmiech łobuza stanowiły wybuchową mieszankę. Byłem już do obłędu podniecony i gdyby mi z tym uśmiechem nagle powiedział głośno, żeby wszyscy wokół usłyszeli, I’d like to fuck you right now, can we go to the toilet, to nie miałbym siły odmówić, nie obchodziłoby mnie, co sobie postronni obserwatorzy pomyślą. Kieliszek wina miał mi pomóc się rozluźnić, zapobiec blokadzie, nie ukrywać, że jestem nim zainteresowany, ukrywając jednocześnie, jak bardzo, jak szalenie. Dlaczego zamówiłem białe, przecież wolę czerwone? – chyba po prostu w obecności Stephana zrobiło mi się gorąco.

Stephan pił wodę, powiedział, że nie pije alkoholu. Oparł łokcie o stół, pochylając się nieco w moim kierunku. Jestem psychologiem w więzieniu, pracuję z więźniami z uzależnieniami, powiedział, no i mój ojciec pił jak wściekły, z tego wszystkiego mam awersję. Zerkałem na te mocarne bicepsy, zadając Wieczności pytania, czy kiedyś poczuję ich uścisk, czy zobaczę, co się kryje pod tym t-shirtem. I jakie są szanse, żeby to się stało już dzisiaj, co zrobić, żeby zaprosił mnie po filmie do siebie i tam zrobił ze mną, co tylko chce. Rozmowa toczyła się gładko, to wysunięcie ku mnie musiało być znakiem zainteresowania z jego strony. Pomyślałem, że są szanse, co pomogło mi zapanować nad podnieceniem, w końcu rysowały się przed nim być może całkiem realne perspektywy spełnienia. Dzień wcześniej rozmawialiśmy już trochę przez telefon, znajdując kilka wspólnych tematów, które teraz mogliśmy wiązać dalej.

Chyba zapomniałem cię zapytać wczoraj przez telefon, skąd dokładnie, z którego kraju w Europie Wschodniej jesteś, powiedział, nie napisałeś nic dokładniej. Z Polski, odpowiedziałem. Tak myślałem, nie przestawał się uśmiechać. Mówiłem ci już, że przed Londynem mieszkałem i pracowałem w kilku krajach? No i pierwszym z nich była Polska, w latach dziewięćdziesiątych, in my early twenties. Konkretnie Szczecin. To nie jesteś z Londynu?, zapytałem. Nie, jestem Amerykaninem, śmiał się, nie słychać, czyżbym złapał w końcu ten cholerny brytyjski akcent? Z trochę mieszanej rodziny jestem, dodał, mój ojciec był w połowie Meksykaninem. Spojrzałem na jego twarz, wyraziste kości policzkowe i ostry rysunek oczu. No jest odrobina czegoś jakby azteckiego w twojej twarzy, nie umiałem sobie tego nazwać wcześniej – uśmiechnąłem się tak ostentacyjnie, że mogło to sprawić głupie, przerysowane wrażenie, gdyby nie to, że Stephan odpowiadał mi tym samym i wyraźnie przyciągał mnie ku sobie. I have been told so, powiedział.

Ale skoro już o pochodzeniu gadamy, kontynuowałem, pociągnąwszy duży łyk wina, to zaskoczyło mnie, że jesteś Czarny, nie spodziewałem się tego. Przestraszyłem się nagle, to chyba nie zabrzmiało najlepiej, ale wyglądało na to, że osiągnęliśmy już pewne minimum porozumienia i mój lęk nie był potrzebny. Przecież wysłałem ci zdjęcie, raczej się na nim nie chowałem. Faktycznie przysłał mi zdjęcie, całej sylwetki, prawie nagiej, jedynie w bokserkach, ale zrobione z telefonu, flesz odbijał się w lustrze, przesłaniając głowę białą plamą światła, a skórę maskując na żółto. Tak, odpowiedziałem, ale ten ostry flesz… Przepraszam, mam nadzieję, że to nie problem, spojrzał na mnie uważnie, wciąż z uśmiechem, teraz jeszcze bardziej cwaniackim. Wręcz przeciwnie, odpowiedziałem, z uśmiechem mówiącym: I fucking love Black guys. Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby się trochę pobawić moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like Black guys? Yes, I do, odpowiedziałem bez wahania, choć czerwieniąc się trochę, że ktoś tak nonszalancko rzuca światło na ukryte zakamarki mojego pragnienia, i tak łatwo odnajduje tam obraz samego siebie. Więc na początku lat dziewięćdziesiątych pracowałeś w Polsce? Tak, ale niezbyt długo, nauczyć się polskiego nie zdążyłem. To ile masz teraz lat? – patrzyłem na niego badawczo, nie przestając się uśmiechać, ale na szczęście przestając się już czerwienić – czułem się coraz bezpieczniej naprzeciw jego uśmiechu i błysku w głęboko czarnych oczach. A na ile wyglądam? – wyraźnie bawiło go wyciąganie ze mnie komplementów, przecież nawet to moje I do (w sensie: I do like Black guys), brzmiało w tej naszej rozmowie jak komplement, tak zabrzmieć miało i tak zostało, bez śladu nieporozumienia, odebrane. Trudno ci dać więcej niż trzydzieści, ale jeżeli pracowałeś w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, to… Mam czterdzieści trzy lata, rzucił z uśmiechem, badając wzrokiem moją reakcję. Mój podziw. Nie wyglądasz, w życiu bym ci tyle nie dał, powiedziałem, przełykając ślinę z wrażenia. Wiem, wyglądam znacznie młodziej, Matka Natura i Czas są dla mnie łaskawi, ty zresztą też nie wyglądasz na dwadzieścia dziewięć, dałbym ci dwadzieścia trzy, odwdzięczył się. Dziękuję, ale to nic w porównaniu z tobą, ty wyglądasz na piętnaście lat mniej niż masz, słodziłem mu niestrudzenie.

Ani się spostrzegliśmy, jak nadeszła pora seansu. Zebraliśmy nasze klamoty, ja torbę i płaszcz, on kurtkę, Stephan kupił jeszcze kubełek popcornu i poszliśmy po schodach na piętro, bo film grali w największej, olbrzymiej sali. Usiedliśmy dość wysoko, film był po hiszpańsku, jeden z trzech języków, którymi Stephan władał biegle, więc nie musiał zwracać uwagi na napisy. Kino nie było pełne, w naszym rzędzie po lewej nie było nikogo oprócz nas. Zapadła ciemność. Stephan rozsiadł się wygodnie po mojej prawej stronie, sam rozmiar jego klatki piersiowej, barków i ramion pozwalał nam dyskretnie, jak gdyby nigdy nic, dotykać się i o siebie ocierać. Wreszcie czułem przez skórę ten jego wspaniały biceps i triceps. Moje prawe ramię coraz wygodniej opierało się o jego lewe, co Stephan odbierał bez słowa, ale z zadowoleniem. Po pewnym czasie poczuł się zapchany popcornem, w którego spożywaniu mu nie pomogłem, bo odkąd w dzieciństwie obżarliśmy się nim z bratem tak, że rzygałem do rana, na zawsze pozostała mi do tego badziewia odruchowa niechęć. Odłożył kubełek na podłogę i położył lewą dłoń na moim prawym kolanie, sondując, jak zareaguję. Bardziej niż przychylnie: przysunąłem moje udo bliżej jego nogi, tak, by się o siebie opierały. Może pamiętasz moje nogi, nie są to nogi ułomka, ale przy jego udzie prawdziwego kulturysty takich rozmiarów moje i tak wyglądało jak chłopięce. Stephan uśmiechnął się pod nosem, zadowolony, że wykonaliśmy kolejny krok.

Bezpośrednio za nami siedziało kilka osób. Mogli te nasze poczynania podglądać, bo w tamtej sali rzędy pną się stromo, ale żaden z nas się tym nie przejmował. Byliśmy rzut beretem od Soho, a Stephan był zbyt postawny, żeby się kogokolwiek obawiać, zbyt z tym pewny siebie, żeby się przejmować, a mnie wręcz radowało, że ktoś widzi, że to ja będę dzisiaj w nocy miał tego wspaniałego mężczyznę, za którym niejedna głowa już się tego wieczoru obróciła. Miałem tylko nadzieję, że nie widać po mnie zbyt wyraźnie, jak bardzo mnie roznosi. Stephan natomiast leniwie dręczył mnie słodką torturą, od czasu do czasu przesuwając dłoń kilka centymetrów w jedną, potem w drugą stronę. Przez jakiś czas trzymał ją zsuniętą ku wewnętrznej stronie mojego uda, dość wysoko, zacząłem się obawiać, że gdyby przesunął ją jeszcze trochę wyżej, guziki mojego rozporka wystrzelą na wszystkie strony i nabijają komuś guza. Jego dłoń była ciepła, duża, ciężka i silna, ale wydawała się wewnątrz miękka i łagodna, bardziej niż przyjazna, obiecywała bezpieczeństwo.

Film dobiegł końca, a ja nie wiedziałem w ogóle, co o nim myśleć, nie byłem w stanie się na nim skupić. Obaj potrzebowaliśmy do ubikacji, zrobiło się tam tłoczno, bo dwa seanse skończyły się niemal w tym samym momencie. Tylko dzięki tej kolejce udało mi się zapanować nad sobą na tyle, by stracić wzwód przed dotarciem do pisuaru. Na szczęście zwolnił się akurat pisuar w rogu, dzięki czemu mogłem się trochę osłonić przed spojrzeniem innego oddającego mocz samca. Na szczęście, bo bałem się, że po dwóch godzinach ocierania się o biceps i udo Stephana, po seansie kontaktu z ciepłem jego silnej dłoni, dotyk palców konieczny do oddania moczu wywoła ponowny napływ krwi i ożywi wzwód; że po dwóch godzinach w stanie takiego podniecenia, może mi skapywać trochę śluzu, a czułbym się bardzo zażenowany, gdyby ktoś widział, że zwisa mi z członka trudny do strząśnięcia glut. Stephan nie chciał się tłoczyć w kolejce do pisuaru, wolał poczekać, aż będzie się można dostać do jedynej w tej toalecie kabiny.

Zeszliśmy potem razem po schodach, ja dwa dyskretne kroki za Stephanem, by napawać się przez chwilę bardziej bezczelnie, bez obawy o sprawiane wrażenie, widokiem całej jego postury kroczącej majestatycznie przede mną. Chciałbyś coś zjeść? – zapytał, gdy byliśmy już w fiołkowym hallu na dole. Wyszliśmy na ulicę. Tam, gdzie mieszkam, na Caledonian Road, jest kilka restauracji, chciałoby ci się tam ze mną podskoczyć? – i znów ten uśmiech. Najwyraźniej badał, czy jestem skłonny wybrać się do niego na noc, nie proponując tego od razu otwarcie. Jasne, że by mi się chciało, odpowiedziałem. Jaką kuchnię lubisz, co byś powiedział na coś azjatyckiego? Wszystkiego mogę spróbować, byle to nie były krewetki, śmiałem się. Nie lubisz krewetek? Wyglądają dla mnie jak robaki. Stephan był wegetarianinem, byłem pod wrażeniem, że taką masę mięśni zbudował, nie jedząc mięsa, ale tego już nie powiedziałem, w obawie, że przefajnuję z częstotliwością komplementów.

Poszliśmy w górę ulicy i zeszliśmy do metra na Piccadilly Circus, tam wzięliśmy Piccadilly Line, northbound service, która jedzie prosto na Caledonian Road. Znalazły się dwa miejsca siedzące obok siebie, które szybko zajęliśmy. I znów rozmiary Stephana pozwalały mu opierać udo o moje w zupełnie niebudzący podejrzeń sposób. Nie martwiłem się podejrzeniami, miałem nawet w głębi duszy nadzieję, że ten czy ów współpasażer-obserwator domyśli się, co się między mną a Stephanem kroi, że to ja, nikt inny, będę miał tego budzącego podziw mężczyznę jeszcze tej nocy. Stephan opowiedział mi, że kupił mieszkanie na Caledonian Road, kiedy budowali tam nowe budynki, bo chciał mieć blisko do pracy. Więzienie, w którym pracuję, jest dosłownie parę kroków stamtąd, oszczędzam mnóstwo czasu na dojazdach, rano zdążę jeszcze potrenować na siłce, wieczorem popracować trochę nad doktoratem. Doktorat pisał o pracy z ludźmi podwójnie uzależnionymi, zwykle alkoholikami i narkomanami jednocześnie. Praca z nimi, tam w więzieniu, jest naprawdę stresująca, dlatego wolę raczej pójść na jakiś obciachowy amerykański film, żeby się odprężyć, odmóżdżyć, a nie dołować się jeszcze dodatkowo w kinie, śmiał się, więc następnym razem pójdziemy na film, który ja wybiorę. To będzie Twilight albo coś co najmniej równie głupiego, nie przestawał się śmiać. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby wybierał kolejny film, i kolejne filmy, bo to oznaczało, że mogło być dla mnie w tych potężnych ramionach miejsce na więcej niż jedną tylko, dzisiejszą noc.

Na Caledonian Road wysiedliśmy z pociągu i wypełzliśmy spod ziemi. Rozglądaliśmy się za restauracją, bo azjatycka, o której myślał, okazała się z nieznanego powodu zamknięta. Niedaleko majaczyła inna, ale Stephan uważał, że jest niedobra. Słuchaj, są dwie możliwości, spojrzał na mnie badawczo. Możemy iść dalej tą ulicą i szukać jakiejś restauracji, ale jest też taka opcja, że pójdziemy po prostu do mnie i odgrzejemy spaghetti, ugotowałem wczoraj, jeśli nie masz nic przeciwko kolacji wegetariańskiej, a potem mógłbyś zostać na noc, jeśli tylko masz ochotę. Nie mam nic przeciwko twojemu spaghetti; że jadam mięso nie znaczy, że nie jadam nic innego. Stephan znów uśmiechnął się jak osiedlowy łobuz i powtórzył drugą część swojej opcji z odgrzewaniem spaghetti, do której się nie ustosunkowałem: Chciałbyś zostać u mnie na noc? Tak, chcę zostać u ciebie na noc, kiwnąłem trzy razy głową, na mojej twarzy musiała się wtedy malować cała radość tego świata. To świetnie, ucieszył się, chodźmy, możemy kupić wino albo piwo w sklepie na dole, jak chcesz, bo ja nic nie mam. A nie przeszkadza ci, jeżeli ja się napiję wina?, zawahałem się. Nie, nie ma najmniejszego problemu.

Na parterze budynku, w którym mieszkał, mieścił się otwarty do późna sklep, Pakistańczyk sprzedał mi tam butelkę pinot grigio (wolałem już zostać przy białym), po czym weszliśmy do zadbanego, kilkupiętrowego budynku odgrodzonego od ulicy domofonem. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro, Stephan otworzył przede mną drzwi do swojego mieszkania, wpuścił mnie do środka i zamknął za nami.

Było to piękne, przestronne mieszkanie, całe pomalowane na biało, z ogromnym narożnym salonem, przeszklonym na całą szerokość dwóch ścian, z dwiema sypialniami. Mniejsza sypialnia była zamknięta. Tam nie wchodź, uśmiechnął się wskazując na drzwi. Wynajmuję pokój jednemu Włochowi, czyni to spłatę kredytu mniej dotkliwą. Piękne mieszkanie, powiedziałem, sam salon był niemal wielkości całego mieszkania moich rodziców w Dąbrowie Górniczej. Niestety, kiedy je kupowałem, kosztowało znacznie więcej niż jest warte dzisiaj, westchnął odrobinę teatralnie. Rozglądając się po tym wnętrzu, myślałem o nieszczęsnym, zimnym pokoju, który wynajmowałem u Mateusza i Magdy, w czteropokojowym mieszkaniu dzielonym jeszcze z ich siostrą. W nowej pracy zarabiałem dwa razy więcej niż w hotelu, ale najlepsze, na co mnie było stać w tym przedrogim mieście, to większy niż na Finchley pokój w większym mieszkaniu, jednak wciąż nie „u siebie”.

Stephan zaprosił mnie gestem dłoni, rozgość się, a sam zanurzył się w wielkiej, sięgającej niemal sufitu lodówce, w poszukiwaniu spaghetti do podgrzania. Podszedłem do okna. Stephan, wrzuciwszy makaron do mikrofali, dołączył do mnie w salonie. Stanął tuż za moimi plecami, miałem wrażenie, że czuję na nich ciepło jego silnego ciała; lewą dłoń położył na moim ramieniu, a prawą pokazał mi widoczne stamtąd więzienie. Swoją drogą, mamy mnóstwo więźniów z Europy Wschodniej, powiedział. Polaków też? O, Polaków w szczególności, Polaków najwięcej, nawet sobie nie wyobrażasz. Zza ściany zapiszczała kuchenka mikrofalowa, Stephan zniknął więc znowu w kuchni i wrócił z dwoma talerzami z długim makaronem oblepionym domowej roboty sosem pomidorowym, z cebulą, czosnkiem, oliwkami i bazylią. Przyniósł mi kieliszek na wino, a sobie szklankę wody.

Gdy już zjedliśmy, a ja wypiłem dwa kieliszki pinot grigio, znaleźliśmy się razem na jednej z dwóch kanap stojących naprzeciw telewizora. Rozmawialiśmy, a nasze uda wymieniały elektrony. Stephan, gestykulując żywo, wykorzystywał jeden za drugim kolejne preteksty, by dotykać mnie tu i ówdzie także dłonią. Krew w moich żyłach musiała już od dawna bąbelkować od wrzenia, a wino zniosło wszystkie moje blokady. Mogę cię pocałować, zapytałem, uśmiechając się, you are very, very sexy, dodałem. Podobam ci się? – z rozbrajającym uśmiechem zapytał zamiast odpowiedzieć. Masz jeszcze jakieś wątpliwości? Myślałem, że to już było jasne co najmniej, odkąd w kinie położyłeś dłoń na mojej nodze. Pozwoliłbym ci ją tam trzymać ponad godzinę, gdybyś mi się nie podobał? Nie przestawał się uśmiechać łobuzersko, a ja po chwili znalazłem się w rozkroku nad jego udami, z kolanami po obydwu stronach jego bioder. Ująłem w dłonie jego piękną, dużą, ale wspaniale proporcjonalną pomiędzy tymi szerokimi barkami głowę i zacząłem smakować jego usta. Mimowolnie uniosłem wzrok w stronę otwartych drzwi salonu, przez które widać było zamknięte drzwi sypialni włoskiego współlokatora. On nas nie zobaczy czasem? – zaniepokoiłem się nagle. Nie przejmuj się, jak jest w domu, to prawie nie wychodzi ze swojego pokoju, jestem przecież u siebie, no nie? Rozsiadłem się więc wygodnie na jego udach i zaczęliśmy całować się coraz wścieklej. Moje dłonie próbowały zapuszczać się na zwiady, trzeba im było odkryć te muskuły, te bicepsy, ten brzuch i pektorale wciąż jeszcze osłonięte bawełnianą koszulką. Stephan obejmował mnie swoimi potężnymi ramionami, jego ciepłe, silne dłonie wsunęły mi się pod sweter i podkoszulek, pieściły moje plecy, potem jedna wsunęła się pod spodnie i bieliznę i zacisnęła na pośladku.

Nie chciałem już dłużej czekać, chciałem się wreszcie dostać do całego tego ciała, i żeby ono do mnie całkiem i wszędzie się już dostało. Możemy pójść do łóżka?, zapytałem cicho, może zabrzmiało to jak błaganie, i istotnie nim było. Sure, uśmiechnął się, wypuszczając mnie z objęć, żebyśmy obaj mogli wstać.

Chwycił mnie za rękę i zaprowadził do sypialni, zamknął za nami drzwi. Podeszliśmy do pościelonego na biało, szerokiego łóżka, z którego Stephan zdjął maskotkę, jakieś zwierzę z długimi kończynami, rzucił ją na podłogę. Zauważył moje rozbawienie – maskotka na łóżku tak męskiego mężczyzny, tak potężnego, pomnikowo wielkiego mężczyzny? – i też się roześmiał. Miałem ich więcej, różne zwierzęta, ale mój były chłopak obraził się na mnie, wściekł się i je wszystkie powyrzucał. Wyrzucił wszystkie? Tak, wyrzucił do śmieci, on miał różne takie napady. Ale chyba nie z powodu tych maskotek się rozstaliście, śmiałem się. Nie, no nie tak konkretnie, ale to był, przejaw, jeden z wielu, tego, że nam się już nie układało. Zdjął ze mnie sweter i podkoszulek, ja wreszcie odsłoniłem jego potężny tors, w uszach dudniły mi uderzenia mojego serca. Też był Polakiem, by the way, dorzucił jeszcze, miał na myśli swojego byłego chłopaka. Obaj zdjęliśmy spodnie, ja zrzuciłem szybko bieliznę i skarpety. Stephan stał przede mną wciąż w bokserkach, dłonią delikatnie popchnął mnie trochę do tyłu i pokierował tak, żebym usiadł na brzegu łóżka. Stał przede mną w oczekiwaniu, aż zsunę mu jego bokserki i ujrzę jego męskość w całej jej okazałości.

Od razu jakby zrozumiałem, dlaczego w kinie na Haymarket Stephan czekał na kabinę: wyobraziłem sobie, że obok sikającego Stephana staje jakiś bardziej przeciętny biały mężczyzna i w poczuciu zniewagi wymierza mu śledzia w twarz. To chyba z jakiegoś filmu. Bo Stephan był dopiero na drodze do pełnego wzwodu, jeszcze nie do końca mu się podniósł, a już rzucał poważne wyzwanie domorosłym psychologom, którzy budowanie takiej muskulatury tłumaczą potrzebą kompensowania niedostatków po stronie „ważniejszych” cech płciowych. Stephan niczego nie musiał kompensować, wręcz przeciwnie, jeśli już, to nadganiać rozbudową ogółu swoich proporcji, ale nawet przy jego wzroście, przy szerokości jego klatki piersiowej, rozmiarach bicepsów i ud, jego męskość i tak wciąż wyglądała imponująco i oczekiwała, aż moje usta podniosą ją do reszty i uczynią twardą i gotową do działania.

Czy na mojej twarzy widać też było lęk? Bo choć byłem podniecony do białej gorączki, miałem przed sobą trzysta procent mężczyzny jakąś szatańską sztuką pomieszczone w jednym ciele, to pewności, czy zdołam przyjąć go w siebie, wyraźnie mi brakowało. Przypomniał mi się Patrick i opór, z jakim musiał sobie dać radę, zanim się we mnie dostał, a to, co miałem przed oczami, biło nawet Patricka na łeb na szyję. Czy on mnie zwyczajnie nie rozerwie na strzępy? Stephan może dostrzegł i ten lęk, uśmiechnął się nieznacznie, kątem ust, z pewnością siebie samca świadomego wrażenia, jakie wywiera. Położył mi dłonie na głowie i przysunął ją do swojego przyrodzenia. Żeby go tam dobrze wypełnić krwią, moje usta potrzebowały pomocy dłoni. Lekko słonawy smak jego ogromnej żołędzi drażnił mi język, gdy wyobraźnia starała się odpowiedzieć na pytanie, co to będzie, co ze mnie zostanie, gdy właściciel tej maczugi wepchnie ją we mnie.

Let’s put a condom on, powiedział, gdy był tam już całkiem twardy. Delikatnym, ale zdecydowanym gestem swoich silnych dłoni odsunął moją głowę, wydostając swoją zadowoloną żołądź na powietrze. Schylił się do nocnej szafki i otworzył szufladę wypełnioną prezerwatywami wysypanymi z pudełka, albo raczej pudełek, bo było ich tam kilkadziesiąt, może nawet ze sto – no tak, taki mężczyzna nie może narzekać na brak seksu, chociaż zerwał z swoim polskim (znowu, jak Mitesh! o co tu chodzi?) chłopakiem, na pewno ustawiają się do niego kolejki chętnych pasywów, nie kupuje kondomów inaczej niż po kilka paczek na raz. Wyciągnął jedną prezerwatywę, otworzył i podał mi, żebym mu założył. Zaciągnąłem ją powoli, pieszcząc go jeszcze palcami, wpatrując się w jego prącie jak zahipnotyzowany.

Stephan odrzucił kołdrę i pociągnął mnie z sobą do łóżka. Położył mnie na plecach, sam ułożył się tuż przy mnie, na boku, uniósł się na łokciu i z tej samej pełnej kondomów szuflady wydobył tubę lubrykantu, wycisnął trochę i rozprowadził na całej powierzchni swojego sztywnego, wyczekującego członka. Wziął na palce dłoni jeszcze trochę żelu i wypieścił nimi mój anus. Uniósł się nade mną, podciągnął mi kolana, przełożył moje nogi przez swoje barki i przystąpił do ataku. Napierał powoli i ostrożnie, usiłując stopniowo rozluźnić mój zwieracz, oszukać opór mojego ciała wilgocią żelu, którym wysmarował nasze miejsca styku. Szeroka, opancerzona majestatycznymi pektoralami klatka piersiowa unosiła się nade mną, oparta na dwóch potężnych niczym jakieś antyczne kolumny ramionach, które wznosiły się po obydwu stronach moich barków: niczego nie pragnąłem w tamtym momencie bardziej, niż być zerżniętym przez ten cud natury, zerżniętym natychmiast, zerżniętym za wszystkie czasy, za te wszystkie rozkosze, których nie zaznałem, kiedy miałem lat osiemnaście, dwadzieścia czy dwadzieścia parę. Mój zwieracz jednak nie chciał się poddać, Stephan nie zdołał we mnie wprowadzić nawet głowicy swojej rakiety. Próby trwały już chyba kwadrans, sytuacja robiła się niepokojąco krępująca, z tendencją do beznadziejnej.

Zrezygnowany, Stephan położył się na plecach, jego głowa zapadła się z westchnieniem w poduszkę. Zdjął prezerwatywę, zawiedzioną i suchą w środku wyrzucił do kosza, który stał niedaleko łóżka – po mojej stronie, skąd krzyczała do mnie: wstyd! Mogłem sobie doskonale wyobrazić zakwasy zaciśnięte na tych ogromnych jądrach, które utraciły okazję zrzucenia ładunku. Sam nie tylko nie zostałem zerżnięty za wszystkie czasy, ale nie zostałem zerżnięty w ogóle, po tylu godzinach pobudzenia i obietnic składanych przez cały wieczór przez jego gesty, spojrzenia i dotyk. Z mojej własnej winy, z winy mojego własnego, nieprzygotowanego ciała, które poniosło tak sromotną klęskę na froncie pogoni za rozkoszą, a miało przed sobą – i nad, i już prawie w sobie – zmaterializowany fantazmat tak wielu homoseksualnych mężczyzn. Czułem się rozczarowany moim ciałem, które nie sprostało, uległo własnym ograniczeniom i nie zaznało mężczyzny przecież dokładnie takiego, o jakim nie raz śniło, jak jeden z tych, za którymi włóczyło oczyma po hali czy szatni klubu Virgin Active na Hammersmith.

Nie wiedziałem, jak przeprosić za swoje niesprostanie, za swoje niepodołanie, za swoją niezdolność przyjęcia takiego daru – daru, o który tylu innych by z zapamiętaniem i determinacją zabiegało. Chciałem się zapaść pod ziemię, jak wtedy, kiedy na schodach przed Sacré-Coeur pozwoliłem odejść Karimowi. Pod ziemię, i prosto do piekła, na które znowu zasłużyłem. Coś próbowałem powiedzieć, skończyło się tylko na nieśmiałym, z trudem wyszeptanym I’m sorry, I’m really sorry. Zastanawiałem się, czy zaproponować coś innego, na przykład, że zrobię mu fellatio, ale czułem się zbyt tą klęską onieśmielony, żeby się odezwać z taką ofertą. Bo czy tak spektakularny mężczyzna dochodzi samym tylko fellatio, czy nie jest to jedynie rozgrzewka przed kopulacją, czy godzi się w ogóle sugerować, że takiemu smokowi mogłoby wystarczyć samo fellatio? Wydawało mi się, że byłaby to prawie zniewaga.

Zdarza się, zdaję sobie sprawę, że nie jestem przeciętny, powiedział Stephan tonem niezwykle wyrozumiałym, ciepłym, i poklepał mnie jeszcze po dłoni. Are you upset?, zapytałem przerażony, naprawdę przerażony, że być może właśnie tracę takiego mężczyznę. Nie, odpowiedział spokojnie, pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, i uśmiechnął się, patrząc na mnie, patrząc mi prosto w oczy. Ale przyzwyczaisz się do moich rozmiarów, to kwestia czasu i praktyki. Zgasił lampkę po swojej stronie łóżka. Wiem, to taki stereotyp jest, że czarni mężczyźni mają wielkie penisy, dodał jeszcze, tylko stereotyp, wcale nie wszyscy, ale tak się składa, że ja akurat mam. Miałeś już jakiegoś czarnego mężczyznę? Miałem, uśmiechnąłem się, trzech. I jak u nich wyglądała sytuacja z rozmiarami? – popatrzył na mnie. Patrick miał wielkiego, ale oczywiście nie aż tak jak ty. Ale największego, jakiego dotykałem, dopiero dzisiaj spadł na drugie miejsce, śmiałem się. Potem jeszcze był Stan i Chris – przydarzyli mi się tuż przed Miteshem – oni byli w granicach średniej. Tak więc, podsumowałem, stereotyp stereotypem, nie wszyscy macie olbrzymie przyrodzenia, ale największe przyrodzenia chyba najczęściej macie właśnie wy, śmiałem się, tak do końca fałszywy ten stereotyp nie jest.

Przestałem się czuć jak ostatnia łajza, która zepsuła całą zabawę. Ton głosu Stephana był ostatecznym dowodem, że nie ma mi niczego za złe. Leżeliśmy chwilę w ciszy, on zamknął oczy, ja nie, patrzyłem to w sufit, to w stronę tego mocarnego ciała, zanim dotarł do mnie sens tego, co on przed chwilą, kilka zdań temu, powiedział: pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, przyzwyczaisz się, kwestia praktyki, i ten mimo wszystko uśmiech, szczery uśmiech, a nie wyraz zawodu czy irytacji. Czyli jednak było dla mnie miejsce w jego obszernym łóżku na więcej niż tylko tę jedną noc, przypadłem takiemu mężczyźnie do gustu na tyle, że chce, żebym tu wrócił, nawet po tym katastrofalnym niepowodzeniu, sromotnej klęsce. Moje oczy ostatecznie porzuciły sufit i zatrzymały się na nim, na jego pięknej, nieprawdopodobnie młodej twarzy silnego mężczyzny, na szerokiej piersi opancerzonej płatami muskułów, opiętej gładką, nieowłosioną z natury lub bardzo starannie wygoloną, brązową skórą. Na miłość boską, byłem w łóżku z najprawdziwszym przybyszem z najbardziej utęsknionej prowincji Krainy Fantazji każdego pasywa w mojej części Europy: pięknym, muskularnym czarnoskórym mężczyzną o monumentalnym prąciu, i mogłem go mieć na więcej niż jedną noc. Mogłem mieć mężczyznę, którego zazdrościłaby mi co druga sfrustrowana ciota w tej dupie świata na Dzikim Wschodzie kontynentu. I nie dałem rady, ta nieszczęsna część ciała, która najbardziej przecież tęskniła, poddała się, niezdolna przyjąć go w siebie. Nieszczęsna, sucha w środku, rozczarowana prezerwatywa rozmiaru extra large, czy jeszcze większego, jeżeli większy istnieje, leżała w koszu po mojej stronie łóżka niczym dowód winy, i piekła stamtąd jak wyrzut sumienia.

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.