Theresa May: Kronika zasłużonej śmierci

Dziś, 24 lipca [tekst ukazał się tamtego dnia na łamach Strajk.eu], Theresa May, konserwatywna szefowa brytyjskiego rządu w latach 2016-2019, złożyła urząd na ręce królowej Elżbiety II. Miejmy nadzieję, że odchodzi już na zawsze w polityczny niebyt. Choć szanse, że jej następca będzie jeszcze gorszy, są więcej niż ogromne, nikt w Wielkiej Brytanii nie będzie za nią płakał. I nie powinien.

To prawda, że jeśli Brexit okaże się katastrofą, torysi uczynią May kozłem ofiarnym. Zrzucą na nią całą odpowiedzialność za nadchodzące nieszczęścia, choć sama tego bajzlu nie narobiła, przejęła go po Davidzie Cameronie. To prawda, że być może całe zadanie przeprowadzenia Wielkiej Brytanii przez wertepy Brexitu było skazane na porażkę, ktokolwiek by się go nie podjął. Nie szastajmy jednak współczuciem – May na nie nie zasługuje. Na wszystko, co w ciągu trzech lat premierowania eksplodowało jej prosto w twarz, pracowała ciężko przez całe życie.

Czytaj dalej

Paradoksy Brexitu

Brexit to bajzel. Brexit to katastrofa. Ministerstwo Dziwnych Kroków, ale z elementami poważnej grozy. To nie ulega wątpliwości. Jednak jego anulowanie teraz nie cofnie w żaden sposób czasu, nie sprawi, że wszystko się odstanie i wrócimy do stanu poprzedniego. Co, jeśli okaże się jeszcze większą katastrofą niż sam Brexit?

Głosowanie parlamentarne nad umową rozwodową z Unią Europejską zostało przez premier Theresę May – przerażoną, że nie ma dla jej wynegocjowanej (albo raczej: narzuconej przez UE) postaci wystarczającego poparcia w ławach poselskich – odłożone do 14 stycznia. Czy się wówczas wydarzy, jeszcze nie wiemy, bo May od dłuższego czasu bawi się po prostu w pożyczanie czasu, to tu, to tam, byle na tym pożyczonym czasie utrzymać się premierskiego stołka na kolejny miesiąc, kolejny tydzień, kolejny dzień dłużej. Jest nie tylko groteskowo niekompetentna – jest też po prostu wyjątkowo złym człowiekiem, choć w szeregach współczesnych torysów ma całe mnóstwo rywali. Doskonale o tym wszystkim pamiętając, nie należy jednak May obciążać całą odpowiedzialnością za katastrofalny przebieg i owoce „negocjacji”.

Jak kretyńska nie byłaby geneza referendum brexitowego; jak fatalny by nie był przebieg kampanii, z jej kłamstwami, z tym jak bardzo narracja została zdominowana przez najgorszą prawicę i sprowadzona do „problemu imigracji”; jak nieczyste nie byłyby intencje propagandystów Brexitu – nic nie zwalnia lewicy z obowiązku przyglądania się sposobowi, w jaki Unia Europejska traktuje przez ostatnie dwa lata swojego niesfornego członka. „Rozmowy” z pozycji siły, groźby, zastraszanie, pogarda i rytualne upokarzanie państwa, które podjęło kontrowersyjny i oparty na nienajlepszych przesłankach, ale jednak demokratyczny wybór, że istnieje życie poza Unią.

underground

Czytaj dalej

Trump Baby nad Londynem

Tekst ukazał się 13 lipca 2018 jako komentarz dnia na łamach portalu Strajk.eu (nieco krótszy, bez drugiego akapitu)

Protesty towarzyszące wizycie prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa w Londynie [edit: protesty w Londynie, wizyta w Wielkiej Brytanii ale – z powodu protestów – z pominięciem Londynu] pokazują stopień delegitymizacji współczesnych elit politycznych. Nie tylko ich rozmiary – chodzi także o ich obecność i reprezentację nawet w największych mainstreamowych mediach, oraz ich formę.

Protesty są obecne i w prasie, i na antenie. Ich przedstawiciele mówią dużo, są widoczni. Bywa, że to przeciwnicy protestujących są na wizji okrutnie ośmieszani. Protesty spotykają się z poparciem, a sama wizyta z krytyką ze strony urzędujących polityków tak rządzącej Partii Konserwatywnej, jak i opozycji, a sam potężny gość, przywódca największego globalnego supermocarstwa, zużywa się na Twitterze w atakach na muzułmańskiego burmistrza europejskiego miasta.

Jeżeli chodzi o formę, Brytyjczycy wybrali strategię szczególnie druzgocącą: bezceremonialne ośmieszenie, obliczone na przebijanie nadmuchanego ego narcystycznego kretyna, który znalazł się na najwyższym stanowisku największego mocarstwa. Nad miastem uniosło się sześciometrowe, napompowane Trump-niemowlę, ze wściekłym wyrazem twarzy, z telefonem w dłoni, gotowe do twittowania.

Trump na dzień przed wizytą udzielił wywiadu tabloidowi „The Sun”. Powiedział, że jeśli Brexit będzie taki miękki, jak na to teraz wygląda (relacje z Unią Europejską pozostaną bliskie), to Wielka Brytania może zapomnieć o wielkiej umowie handlowej z USA, która miała być omawiana w czasie wizyty. Dał też wyraz swojemu poparciu dla Borisa Johnsona, wielkiego rywala premier Theresy May w Partii Konserwatywnej, do niedawna ministra spraw zagranicznych, który podał się do dymisji, bo nie podoba mu się taki Brexit, choć tak naprawdę to po prostu chciałby już wykończyć May i zająć jej miejsce. Trump powiedział w gruncie rzeczy, że widzi w Johnsonie nowego premiera Wielkiej Brytanii, czym wymierzył May jeszcze jeden (po serii dymisji w jej gabinecie) cios w plecy. Na pewno świadomie, ponieważ Trump przyjaźni się z Rupertem Murdochem, wydawcą „The Sun”, który podobno w regularnych rozmowach telefonicznych dzieli się z amerykańskim prezydentem swoimi opiniami politycznymi.

Wystarczy spojrzeć na zdjęcia czy telewizyjne obrazy May z dzisiejszych wydarzeń, żeby w jej przygarbionej, pokrzywionej od zbyt wielu upadków, zderzeń ze ścianami, no i ciosów w plecy, posturze zobaczyć głębokie upokorzenie, ale także rozpaczliwy brak pomysłu. „Nie wiem już, co robić!” – wydaje się krzyczeć każde jej spojrzenie. Byle tylko nie oddać władzy, bo raz, że zawsze marzyła, by być premierem, a dwa, że Corbyn za rogiem.

Johnson z kolei nie może się powstrzymać przed próbami wysadzenia jej z siodła, choć wydaje się niemal pewne, że ostateczny upadek rządu May będzie też końcem władzy konserwatystów, którzy być może ostatecznie rozpadną się jako partia. To, że oficjalna dziś wersja Brexitu jest taka „miękka”, nie wynika z tego, że May zmieniła znowu zdanie (była już w obozie zdecydowanych przeciwników Brexitu, potem objęła tekę premiera zaprzysięgając się idei Brexitu „twardego”), ale z tego, że Torysi po prostu nie mogą się we własnym gronie dogadać, podzieleni na zwalczające się frakcje. Trump też zresztą do dzisiaj zmienił trochę zdanie i nazwał własny wywiad w „The Sun” fake news.

Trump po skomplikowanej architekturze amerykańskich sojuszy porusza się taranem, demolując stosunki, które wielu do niedawna wydawały się niemożliwe do redefinicji, wyryte w kamieniu. Dopiero co zdążył ustawić przeciwko sobie całe NATO na szczycie tej organizacji, rzucając groźbami, że Stany Zjednoczone wycofają się z Paktu Północnoatlantyckiego. Stworzonego przecież przez nie same, wyłącznie w ich własnym imperialnym interesie.

Jesteśmy więc świadkami przedziwnej i chwilami wyjątkowo żenującej pantomimy, w której nikt nie zna scenariusza ani własnej w nim roli. W której wszyscy potykają się o własne nogi w poszukiwaniu punktów odniesienia, a amerykański prezydent demoluje własne Imperium i nawet tego nie widzi.

Klasy panujące schyłkowego kapitalizmu są w amoku i nie potrafią już nawet tego ukrywać.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Nieprzyjazne środowisko i pokolenie Windrush

Brytyjska ministra spraw wewnętrznych Amber Rudd podała się wczoraj, w niedzielę 29 kwietnia [tekst ukazał się pierwotnie 30 kwietnia 2018], do dymisji. Jest to konsekwencja wielkiego skandalu, który ściągnął gromy także na konserwatywną premier Theresę May. Windrush generation, „pokolenie Windrush” – hasło to nie schodzi z nagłówków gazet i czołówek telewizyjnych serwisów informacyjnych w Wielkiej Brytanii.

W młodości, zaczynając dopiero karierę w polityce, Theresa May marzyła o tym, by zostać pierwszą kobietą na stanowisku premiera rządu Wielkiej Brytanii. To marzenie przepadło, gdy ubiegła ją Margaret Thatcher. Trudno oprzeć się złośliwemu wrażeniu, że potykająca się o własne nogi May rywalizuje dzisiaj z Thatcher o miejsce najbardziej znienawidzonego szefa rządu w nowoczesnej historii Zjednoczonego Królestwa. Rzecz do niedawna niewyobrażalna – Thatcher jest tak znienawidzona, że jej śmierć Brytyjczycy, zwłaszcza z klasy robotniczej, przywitali jej śmierć popijawami na ulicach miast i wielką imprezą na londyńskim Trafalgar Square – ale May jest na najlepszej drodze, by Thatcher zdetronizować.

Windrush

MV Empire Windrush to nazwa statku, który 22 czerwca 1948 przywiózł do jednego z portów w hrabstwie Essex 492 pasażerów z Jamajki, Trynidadu i Tobago oraz innych wysp na Morzu Karaibskim, wówczas wciąż jeszcze brytyjskich kolonii. Od nazwy tego statku „pokoleniem Windrush” przyjęło się nazywać ludzi, którzy od tamtego momentu do mniej więcej pierwszej połowy lat 70. XX wieku przybyli w ten sposób do Wielkiej Brytanii z jej zamorskich kolonii, dziś w większości niepodległych państw, członków Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.

Przybyli tu, nierzadko z małymi dziećmi, zaproszeni przez kolonialną metropolię cierpiącą na niedobór siły roboczej koniecznej do odbudowania kraju po II wojnie światowej, personelu opiekuńczego dla nowego uniwersalnego systemu służby zdrowia (NHS), itd. Przybywali wolni od obowiązku wizowego, jako poddani korony brytyjskiej, na podstawie obejmującego ich „obywatelstwa Wielkiej Brytanii i kolonii” (CUKC, Citizenship of the United Kingdom and Colonies), które dopiero później zostało zniesione, a struktura brytyjskiego obywatelstwa zreformowana, gdy większość z ich krajów pochodzenia uzyskała niepodległość. Na mocy ustawy imigracyjnej z 1971 roku wszyscy ci, którzy przybyli w ten sposób do tamtej pory, zostali objęci automatycznym dożywotnim prawem pobytu. Ażeby przybyć na Wyspy Brytyjskie, nie potrzebowali nigdy aplikować o żadną wizę czy pozwolenie, dlatego w 1971 nie otrzymali również żadnego formalnego dokumentu potwierdzającego uzyskane prawo. Miało ono być zrozumiałe samo przez się.

Jedynym dokumentem, który mógłby potwierdzać datę ich przybycia do Wielkiej Brytanii były tzw. landing cards wystawione, gdy tutaj dotarli. Karty te były jednak przechowywane przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (Home Office) i… zostały przez jego funkcjonariuszy zniszczone w 2010, wkrótce po tym, jak szefową tego ministerstwa została Theresa May.

Nieprzyjazne środowisko

May objęła Ministerstwo Spraw Wewnętrznych opętana obsesją opanowania imigracji. Wielokrotnie powtarzała swoje fanatyczne przywiązanie do celu, jakim miało być zmniejszenie imigracji do Wielkiej Brytanii do poziomu nie większego niż 100 tys. osób rocznie, choć próg ten nie ma żadnego uzasadnienia innego niż propagandowe i trzymała się go pomimo głosów eksperckich, że imigracja poniżej 140 tys. osób rocznie będzie miała zgubne konsekwencje dla gospodarki, dla służby zdrowia, dla systemu emerytalnego.

Żeby swój cel osiągnąć, May zaproponowała i szybko implementowała doktrynę hostile environment („wrogie otoczenie” albo „nieprzyjazne środowisko”). Wielka Brytania miała się stać „nieprzyjaznym środowiskiem” dla każdego, kto tu przebywa „nielegalnie”, zamieniając jego życie w ciąg doświadczeń tak uciążliwych, że sam się stąd zabierze z powrotem. W rzeczywistości jednak w kilka lat Wielka Brytania stała się nieprzyjaznym środowiskiem dla ogromnej liczby tych, którzy tu żyją bez obywatelstwa, na różnych podstawach prawnych (od obywatelstwa UE, przez studia po związek małżeński z obywatelem lub obywatelką Wielkiej Brytanii).

Jako ministra spraw wewnętrznych May wysłała na ulice miast i dzielnic znanych z dużej populacji imigranckiej ciężarówki uzbrojone w billboardy mówiące „Wracaj do domu, jeśli przebywasz tu nielegalnie!” i krzyczące to samo przez megafony. Od 2012 wprowadziła zmiany w prawie, które wszystkie publiczne instytucje a nawet prywatnych właścicieli nieruchomości uczyniły przedłużeniem służb imigracyjnych. Przychodnie, szkoły, pomoc społeczna, pracodawcy i osoby oferujące mieszkanie, czy choćby pokój na wynajem – zostali wszyscy obciążeni obowiązkiem sprawdzania statusu imigracyjnego swoich pacjentów, petentów, pracowników, najemców. Kiedy May, po dymisji Davida Camerona w 2016, objęła tekę szefa rządu, jej następczynią w Home Office została Amber Rudd, która zobowiązała się przykręcić śrubę jeszcze bardziej.

Cynizm i niekompetencja

Dopiero dochodzenie dziennika „The Guardian” wydobyło na światło dzienne skalę dramatu, który przez ostatnich kilka lat uczynił około 50 tys, osób, głównie pochodzenia karaibskiego, bohaterami jakiejś gigantycznej kontynuacji Procesu Kafki. 50 tys. ludzi, większość z nich w zaawansowanym wieku, stoi dziś przed groźbą deportacji do krajów, które opuścili nierzadko jako małe dzieci i których wielu z nich zupełnie nie zna. Zostali zwolnieni z pracy, zamrożone zostały ich renty, emerytury i inne świadczenia, utracili prawo do opieki medycznej lub dostali za nią wielotysięczne rachunki, wielu grozi eksmisja z mieszkań lub już zostali eksmitowani. Home Office, zniszczywszy ich landing cards, zażądało od nich przedstawienia dokumentacji za cały okres ich życia w Wielkiej Brytanii – po 3-4 wyciągi z konta, rachunki za telefon czy „paski” z wypłaty na każdy rok pobytu. Oczywiście, nikt nie ma takiej dokumentacji na pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat wstecz.

Niektórzy już trafili do detention centres dla nielegalnych imigrantów, nie wiadomo jednak, ilu, podobnie jak nie wiadomo, czy i ile osób zostało już deportowanych. W kwietniu skandal ten stał się przedmiotem gorących debat w Parlamencie. Poseł z ramienia Partii Pracy, David Lammy, sam syn pokolenia Windrush (jego rodzice przybyli z Gujany), od wielu dni domaga się od May i Rudd informacji o dotychczasowych zatrzymaniach i deportacjach, jak dotąd bezskutecznie. W czasie przesłuchań przed parlamentem wyszło na jaw – poświadczyli tak pracownicy służb imigracyjnych – że Home Office ustanowiło dla każdego regionalnego oddziału tych służb „targety”, ile osób miesięcznie ma być deportowanych na podstawie niewystarczającej dokumentacji potwierdzającej prawo do pobytu.

Rudd początkowo temu zaprzeczała, następnego dnia potwierdziła, tłumacząc się, że o tym nie wiedziała, choć „targety” te są jedną z miar „produktywności” personelu, za który odpowiada. Wczoraj (29 kwietnia) „The Guardian” opublikował jednak list z 30 stycznia 2017, podpisany przez Amber Rudd, adresowany do Theresy May, w którym mówi ona o tych „targetach” jako „ambitnych ale wykonalnych”. Rudd zadeklarowała w nim własną inicjatywę zwiększenia liczby deportacji o 10%. „The Guardian” udowodnił tym samym, że obydwie, Rudd i May, kłamią, zasłaniając się niewiedzą. Kilka godzin później Rudd podała się do dymisji.

Theresa May jest wyjątkowo nieudolną szefową rządu, niemniej jednak całego tego skandalu nie można złożyć na karb jej kreskówkowej wprost niekompetencji. To jest rezultat jej i jej partyjnych kolegów cynizmu i – nie bójmy się tego słowa – rasizmu, bo niemal wszystkie dotknięte tą sytuacją osoby mają czarny bądź brązowy kolor skóry. W 2013, gdy zmiany w przepisach imigracyjnych, które doprowadziły do obecnego skandalu, były przedmiotem dyskusji w parlamencie, May otwartym tekstem powiedziała w Parlamencie, że lepiej ludzi niesłusznie deportować, a potem rozpatrywać apelacje, niż upewnić się, że wszystko od początku odbywa się w sposób sprawiedliwy i z szacunkiem dla ludzi, którzy w Wielkiej Brytanii przeżyli i przepracowali prawie całe swoje życie. Teraz wygląda na to, że kiedy sprawy zaczną trafiać do sądów, brytyjski rząd będzie musiał wypłacać ogromne odszkodowania.

(Przy okazji warto zaznaczyć, że wśród nielicznych posłów, którzy głosowali przeciwko tym zmianom w przepisach imigracyjnych, byli obecny przewodniczący Partii Pracy Jeremy Corbyn i jego dzisiejsi najbardziej zaufani ludzie, John McDonnell i Diane Abbott).

Faszystowski dryf liberalnej demokracji

Szczególnie bulwersujące jest, że w dokładnie tym samym czasie, próbując to utrzymać z dala od prasy, rząd Theresy May rekrutował na Karaibach pielęgniarki, których brakuje w szpitalach, bo te pochodzące z krajów Unii Europejskiej, w atmosferze „nieprzyjaznego środowiska”, zaczęły już wyjeżdżać z Wielkiej Brytanii. Chodzą słuchy, że nowa fala karaibskich pielęgniarek ma jednak być ściągnięta na zasadach, które uczynią łatwym ich arbitralne odsyłanie z powrotem, gdy tylko to się będzie w ten czy inny sposób kalkulowało rządowi.

Uprawnia to do spekulacji, że cała historia z pokoleniem Windrush mogła być od początku cynicznie zaplanowana jako eksperyment polityczny, badający jak daleko można się dziś posunąć w rasistowskim segregowaniu społeczeństwa, kreowaniu grup znienacka pozbawionych praw, odbieraniu praw już nabytych i rozgrywaniu różnic w poziomie praw pomiędzy poszczególnymi segmentami populacji kraju. To doświadczenie mogłoby być „jak znalazł”, gdy po Brexicie Torysi przejdą do kolejnego uderzenia w prawa pracownicze i prawa społeczne mieszkańców Wielkiej Brytanii.

Musimy jednocześnie przytomnie zdawać sobie sprawę, że Wielka Brytania z tym swoim „nieprzyjaznym środowiskiem” nie jest dziś w Europie w odosobnieniu, wręcz przeciwnie. W tym samym czasie administracja pieszczocha liberalnych mediów całej planety, prezydenta Macrona we Francji, kryminalizuje elementarne odruchy ludzkiej solidarności z uchodźcami i innymi migrantami, czyniąc przestępstwem udzielanie im dachu nad głową czy pomocy medycznej. Od porządnych lewicowców po uczciwych liberałów, wielu postrzega dzisiaj współczesne zagrożenie faszyzmem w kategoriach konieczności odpierania obscenicznych sił otwarcie skrajnie prawicowych. Ale współczesny dryf liberalnych demokracji w stronę faszyzmu dokonuje się rękoma nie tylko takich sił jak UKIP czy Front National. Dokonuje się on także rękoma najbardziej „szacownych” sił burżuazyjnej demokracji – tych samych pięknych neoliberałów w najdroższych garniturach, którym udało się „uratować świat” przed Marine Le Pen oraz „cywilizowanej konserwatywnej prawicy”, za jaką do dzisiaj, czasem nawet na lewicy, uchodzi brytyjska Partia Konserwatywna.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 30 kwietnia na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Kassim Warioba

Manifest Partii Pracy

Na tydzień przed oficjalnym ogłoszeniem do mediów wyciekł tekst Manifestu wyborczego Partii Pracy pod przewodnictwem Jeremy’ego Corbyna. Ponieważ tekst, zatytułowany For the many not the few (Dla wszystkich, nie dla nielicznych) wyciekł do prawicowego „The Telegraph” i od dawna jawnie anty-Corbynowskiej BBC, wyciek jest być może kolejnym epizodem „wojny domowej” w szeregach Labour Party, kolejną świnią podłożoną Corbynowi przez blairystowskie skrzydło partii. Uważa się, że głównym autorem 43-stronicowego dokumentu jest Seumas Milne, były publicysta m. in. „The Guardian”, odpowiedzialny w sztabie Corbyna za komunikację.

O ile sam wyciek przed oficjalnym ogłoszeniem ostatecznego kształtu dokumentu jest dla partii wizerunkowym obciachem, a „The Telegraph” opatrzył swoje rewelacje złowrogimi komentarzami o tym, że Corbyn „zabierze kraj z powrotem do lat 70.”, to już sam tekst Manifestu bynajmniej nie musi zaszkodzić Labour. Właśnie dlatego jest przedmiotem takiego ataku, że jeśli zostanie przez Brytyjczyków uważnie przeczytany, może znacząco podnieść szanse Labour w wyborach.

Autorzy tekstu wyszli z założenia, że jak długo na czele Labour stoi socjalista z prawdziwego zdarzenia, wielkie korporacyjne media będą jej nieprzychylne i nic tego nie zmieni, dlatego w zasadzie zrezygnowali z prób przypodobania się im, stawiając raczej na mocny przekaz, który będzie szukał społecznego poparcia z dala od mediów głównego nurtu, za to np. za pośrednictwem mediów społecznościowych, które są prawdziwą przestrzenią komunikacji zwolenników Corbyna.

Partia zamierza zrenacjonalizować nie tylko koleje – o tym Corbyn mówił od dawna – ale także pocztę (Royal Mail, sprywatyzowaną przez rząd Davida Camerona) i sektor energetyczny. Choć w Polsce brzmi to jak bluźnierstwo, są to plany niezwykle popularne wśród Brytyjczyków. Prywatyzacja kolei uczyniła transport kolejowy w Wielkiej Brytanii najdroższym i jednym z najgorzej zorganizowanych w Europie.

Manifest obiecuje spektakularne zwiększenie inwestycyjnej roli państwa w gospodarce (250 miliardów funtów przez dziesięć lat), stworzenie banków inwestycyjnych na poziomie narodowym i regionalnym, które mają interweniować tam, gdzie banki komercyjne zawodzą i odpowiedzieć na potrzeby obszarów kraju od dziesięcioleci niedoinwestowanych. Labour zamierza przeprowadzić wielkie inwestycje infrastrukturalne, między innymi w poprawę infrastruktury internetowej, wyjątkowo kiepskiej w porównaniu z innymi gospodarkami na podobnym poziomie uprzemysłowienia. Labour obiecuje też, że do roku 2030 60% energii będzie pochodziło w Wielkiej Brytanii ze źródeł odnawialnych, planując wielką ekologiczną transformację tego sektora.

Ma też zamiar przeznaczyć 3% PKB na badania naukowe i rozwój, a także docelowo zmienić strukturę zatrudnienia, zwiększając udział miejsc pracy o charakterze wysoko wykwalifikowanym, tak żeby stanowiły one 60% miejsc pracy. Obecnie względnie niski w porównaniu z innymi krajami europejskimi poziom bezrobocia idzie niestety w parze z masowo pogarszającą się jakością większości miejsc pracy – nie wymagająca wysokich kwalifikacji praca w usługach, coraz gorzej płatna (przeciętne wynagrodzenia od lat spadają, są dziś o prawie 10% niższe niż niecałą dekadę temu, gorszy spadek miał w Europie miejsce tylko w zrujnowanej kryzysem Grecji). Labour obiecuje też znieść opłaty za studia na państwowych uczelniach.

Labour zamierza podnieść podatki dla 5% najlepiej zarabiających i wyposażyć Fiskusa w instrumenty ścigania i ściągania podatków od podmiotów, które usiłują się od tego na różne sposoby wykręcać. Znów inaczej niż w Polsce, gdzie przeciętny Kowalski dał sobie wmówić, że podatki to samo zło i to przez nie nie został jeszcze milionerem, sprawiedliwość podatkowa jest ważnym elementem współczesnej brytyjskiej świadomości politycznej, unikanie podatków jest szeroko potępiane, pragnienie, żeby z tym procederem coś w końcu zrobić – powszechne.

Jeżeli chodzi o stanowisko w sprawie imigracji, Labour deklaruje sprzeciw wobec restrykcji. Nie będzie żadnych „targetów” ograniczania liczby imigrantów. Jest to zwycięstwo linii Diane Abbott, jednej z najbliższych współpracowniczek Corbyna, która podkreślała od dawna, że ograniczanie imigracji zawsze idzie w parze z ograniczeniem mobilności pracowników na miejscu, celem wymuszenia na nich przyjmowania pogarszających się warunków. Jeżeli inni nie mogą przyjechać za pracą do twojego miejsca zamieszkania, szybko okazuje się, że twoje prawo opuszczenia tego miejsca w poszukiwaniu lepszych warunków i perspektyw, jest nieodłączną drugą stroną medalu.

Labour zamierza wprowadzić zasadę, że kontrakty rządowe przysługiwałyby wyłącznie przedsiębiorstwom, w których najwyżej zarabiający otrzymują nie więcej niż dwudziestokrotność najniżej w nich zarabiających (obecnie w wielu firmach w Wielkiej Brytanii stosunek ten wynosi ponad 300:1).

W kwestii Brexitu Partia Pracy obiecuje, że wyprowadzi Wielką Brytanię z Unii Europejskiej tylko pod warunkiem wynegocjowania umowy z Brukselą. Inaczej niż konserwatywna premier Theresa May, która mówi, że wystąpi z Unii nawet, gdy nie wynegocjuje porozumienia, po prostu zrywając wszystkie umowy z Unią.

Brexit jest jednym z przedmiotów wywołujących rozgoryczenie ogromnej części zwolenników Labour Party. Kiedy nowa premier May przyjęła kurs na „twardy Brexit”, wielu zwłaszcza młodych ludzi oczekiwało po Partii Pracy opozycji wobec Brexitu, wskazując m. in. na jego prawdopodobne negatywne konsekwencje dla gospodarki i dla miejsc pracy. Corbyn postanowił jednak przyjąć wynik referendum i sprzeciwiać się jedynie kształtowi Brexitu, jaki chcą mu narzucić Torysi. Dlaczego i czy ma rację? Pospekulujmy na podstawie tego, co wiemy o przekonaniach Corbyna – i jego bliskiego współpracownika Johna McDonnella, odpowiedzianego w gabinecie cieni za gospodarkę.

Po pierwsze, wynik referendum można rozumieć jako przejaw kryzysu legitymizacji współczesnej demokracji liberalnej: ludzie zagłosowali za wystąpieniem, by po raz pierwszy od neoliberalnej transformacji poczuć realny wpływ na zmianę polityki, wyrazić swoje niezadowolenie – i żeby sprawdzić, czy ich głos choć tym razem zostanie wysłuchany. Gdyby teraz odrzucić Brexit, pogłębiłoby to jeszcze bardziej ten kryzys, bo pokazałoby społeczeństwu, że ma prawo głosu tylko wtedy, gdy zagłosuje „właściwie” (po całej serii dotyczących UE referendów zlekceważonych przez europejskie klasy polityczne, gdy ich rezultaty okazywały się „niepożądane”). Byłaby to woda na młyn dla prawicowych populistów grających na takich resentymentach.

Ci, którzy wskazują na katastrofę ekonomiczną, do której doprowadzi Brexit, wydają się zakładać, że jeśli uda się uniknąć Brexitu, uda się uniknąć gospodarczej katastrofy. Tymczasem przed nami jest tylko kryzys, niezależnie od Brexitu. Uniknięcie Brexitu nie unieważni prawa malejącej stopy zysków. Uniknięcie Brexitu odsunie tylko katastrofę o dwa lata, być może zwiększając jej rozmiary, bo dając strukturalnym problemom więcej czasu na nabrzmiewanie. McDonnell wielokrotnie mówił, że jest marksistą i jako marksista wie, w jak poważnym strukturalnym kryzysie akumulacji się obecnie znajdujemy. W takich warunkach tylko przejęcie przez państwo roli aktywnego inwestora i nacjonalizacja kluczowych przemysłów mogą wyprowadzić świat na prostą. Corbyn i McDonnell wiedzą, że w ramach Unii Europejskiej taka polityka napotka poważne przeszkody ze strony instytucji unijnych i postrzegają być może wystąpienie z Unii jako ich jedyną szansę na wyłamanie się z paradygmatu neoliberalnego, trochę na zasadzie, że jeżeli nie teraz, to być może nigdy. Prawdziwe pytanie byłoby raczej o to, czy program wyłożony w Manifeście jest wystarczająco radykalny (nie zawiera nacjonalizacji banków i instytucji finansowych).

Manifest podejmuje też problemy polityki międzynarodowej, stwierdzając m. in., że Labour nie wyśle nigdy wojsk na wojnę, jeśli nie wykorzystane zostały wszystkie dostępne środki dyplomatyczne. Zawiera otwartą krytykę zachodniej polityki zwłaszcza na Bliskim Wschodzie i w Zachodniej Azji oraz deklarację solidarności z aspiracjami Palestyńczyków.

Manifest Labour, w socjaldemokratycznym stylu ambitny, zawiera jasną wizję społeczeństwa bardziej sprawiedliwego i inwestującego we własną przyszłość, w tym w aktywną politykę klimatyczną. Przemawia do aspiracji zwłaszcza młodych ludzi najbardziej ograniczonych w swoich życiowych możliwościach wskutek spustoszenia neoliberalizmem. Będzie bezlitośnie atakowany w prasie, ale ma szanse na zdobycie Labour wyborców. Jeszcze nic nie jest przesądzone – Theresa May rozpisała wybory w momencie, kiedy Partia Konserwatywna miała nad laburzystami 20 punktów procentowych przewagi w sondażach. Ale już zaczęła te punkty tracić. Żeby móc głosować, masowo rejestrują się ludzie młodzi – a to wśród nich Corbyn ma największe poparcie. Jeśli tylko frekwencja wśród tych poniżej 35 roku życia będzie wysoka, ich głosy mogą odegrać decydującą rolę. Jego postulaty i proponowana przez niego polityka cieszą się znacznie szerszym poparciem niż on sam jako polityk. Poza tym Wielka Brytania ma jeden z najbardziej zniekształcających wyniki systemów wyborczych – do większości miejsc w Parlamencie wcale nie potrzeba większości głosów, jest to swego rodzaju loteria.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 15 maja 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Europejczycy, Polacy i Brexit

13 marca izba niższa brytyjskiego parlamentu odrzuciła poprawki proponowane do ustawy o wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej przez Izbę Lordów. Poprawki, które miały na celu wprowadzenie minimalnych gwarancji zabezpieczających prawną sytuację obywateli państw Unii Europejskiej już żyjących w Zjednoczonym Królestwie. Tak więc żadnych takich gwarancji nie będzie. Jest to zwycięstwo konserwatywnego rządu Theresy May, który – wszystko na to wskazuje – od dawna zamierzał używać żyjących w Wielkiej Brytanii Europejczyków jako karty przetargowej w negocjacjach z Unią, grając jednocześnie na ksenofobicznych nastrojach ożywionych na Wyspach w okresie poprzedzającym czerwcowe referendum.

Motywacja tak cynicznego podejścia rządu jest aż śmiesznie prozaiczna: ani premier May ani nikt w jej gabinecie nigdy nie miał w zanadrzu, nawet „na wszelki wypadek”, żadnego realistycznego, złożonego z konkretów, planu, jak w praktyce przeprowadzić proces wystąpienia z UE. Łamy brytyjskiej prasy wielokrotnie zanosiły się śmiechem nad wyciekami wewnętrznej rządowej korespondencji, z której jasno wynikało, że nikt tam nie ma za bardzo pomysłu, co właściwie robić. (W pewnym momencie wyciekł nawet email domagający się zatrzymania tej fali wycieków). 15 marca, na przesłuchaniu przed specjalną komisją parlamentarną sekretarz rządu ds. Brexitu David Davis przyznał, że rząd nie przygotował żadnych ekonomicznych symulacji czy analiz, jakie byłyby gospodarcze konsekwencje wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, gdyby nie udało się wynegocjować umowy handlowej między Londynem a Brukselą (co wcale nie jest niemożliwe, biorąc pod uwagę, jak obsesyjnie Theresa May mówi o „twardym Brexicie” i jaki ma wstręt do czynienia ustępstw). Do jakiego stopnia rząd w Londynie traci kontrolę nad sytuacją świadczą też głosy wzywające w Szkocji i Irlandii Północnej do referendów w sprawie wystąpienia tych części Wielkiej Brytanii ze Zjednoczonego Królestwa. Szkoci i Irlandzycy chcą bowiem pozostać w UE.

Według Office for National Statistics (tutejszy urząd statystyczny) w Wielkiej Brytanii żyje 3,3 miliona obywateli innych państw Unii Europejskiej, ok. 5% populacji Zjednoczonego Królestwa, z czego największą grupę stanowią przybysze z Polski, prawdopodobnie ponad 830 tys.

Wynik referendum z czerwca 2016 roku spowodował, że żyjący w Wielkiej Brytanii Europejczycy, żeby się zabezpieczyć, zaczęli masowo składać w Home Office (brytyjskie Ministerstwie Spraw Wewnętrznych) wnioski o prawo do stałego pobytu. Dotyczy to także ludzi żyjących tutaj już od nawet od dwudziestu czy trzydziestu lat, na podstawie ich praw jako obywateli państw członkowskich UE. Od wielu miesięcy krążą spekulacje, że Home Office zażądało od swoich pracowników zwiększenia odsetka wniosków odrzucanych. Można czasem odnieść wrażenie, że urzędnicy wykorzystują byle pretekst, żeby wniosek odrzucić. Już kilka razy w ciągu roku zmieniły się formalne zasady składania takich wniosków i wymaganych załączników, wygląda też na to, że wiele zależy od usposobienia urzędnika rozpatrującego wniosek.

Adi (265)

Kiedy ja składałem własny, miałem w pamięci relacje znajomych, którzy zrobili to rok wcześniej, i oni musieli wykazać przy użyciu dokumentów (wyciągów bankowych, dokumentów podatkowych, dokumentów od pracodawców, dat każdego pobytu poza granicami Wielkiej Brytanii) ostatnie pięć lat swojego pobytu w Wielkiej Brytanii. Mnie to już nie obowiązywało, Home Office zażądało ode mnie takiej szczegółowej dokumentacji za całe osiem lat mojego życia w Londynie. Kiedy ja składałem swój wniosek (latem 2016), formularz internetowy, pozwalający uniknąć wypełniania ponad osiemdziesięciostronicowego formularza papierowego, był niedostępny. Niedawno został ponownie aktywowany, a od znajomych, którzy złożyli wniosek w lutym tego roku, dowiedziałem się, że lista wymaganych załączników już zdążyła się po raz kolejny zmienić i od nich wymagano już znacznie mniej szczegółowej dokumentacji. Niestety, mój wniosek został w międzyczasie (procedura trwała pół roku) odrzucony, i to pomimo iż mój małżonek (tak, małżonek) jest obywatelem brytyjskim.

W grudniu 2016 prasa pisała o obywatelce Holandii, która żyła w Wielkiej Brytanii przez 24 lata, założyła tu rodzinę i urodziła dzieci, ale w odpowiedzi na wniosek o prawo do stałego pobytu otrzymała z Home Office pismo nakazujące jej wyprowadzkę z Wielkiej Brytanii. Innym głośnym przypadkiem był niemiecki naukowiec, pracownik akademicki, który dowiedział się od urzędnika Home Office, że powinien zacząć się rozglądać za opcjami wyjazdu. W marcu „The Independent” pisał o emerytowanej francuskiej nauczycielce po siedemdziesiątce, żyjącej w Wielkiej Brytanii od 1974 roku. Home Office odmówił jej prawa do stałego pobytu, udzielając jednocześnie wskazówki, że jeśli wykupi prywatne ubezpieczenie zdrowotne, to będzie mogła złożyć ponowny wniosek za pięć lat. W jej wieku! Na spotkaniu z francuskim deputowanym Christophe’em Prematem staruszka powiedziała, że rozumie tę decyzję w jeden sposób: jej wniosek odrzucono, bo jako emerytka z problemami zdrowotnymi będzie „obciążeniem” dla systemu opieki zdrowotnej.

W styczniu „The Guardian” pisał, że rząd najwyraźniej implementował politykę „rozmyślnej wrogości” wobec cudzoziemców z innych krajów UE, żeby ich zastraszyć i wepchnąć w stan długotrwałej niepewności, na którym gabinet Theresy May będzie grał, rozmawiając z Brukselą.

Wyłożone na początku 2017 roku aktualne stanowisko rządu Theresy May jest takie, że prawem do przebywania w Wielkiej Brytanii dysponuje obecnie każdy obywatel dowolnego kraju Unii Europejskiej, który w Wielkiej Brytanii pracuje, jest samozatrudniony lub posiada „kompletne ubezpieczenie zdrowotne”. Osoby, które utraciły pracę, studenci, niepracujący małżonkowie obywateli brytyjskich, znaleźli się wszyscy w niepewnej sytuacji. Owo „kompletne ubezpieczenie zdrowotne” jest swego rodzaju wytrychem znalezionym przez urzędników premier May w słownictwie i sformułowaniach dyrektyw unijnych, wciąż Londyn obowiązujących. W przeciwieństwie do innych krajów UE publiczny system opieki zdrowotnej w Wielkiej Brytanii nigdy nie opierał się na systemie ubezpieczeń a na powszechnym, uniwersalnym dostępie wolnym dla każdego w potrzebie. Sformułowanie o „kompletnym ubezpieczeniu zdrowotnym”, w innych krajach oznaczające płacenie właściwych ich systemom składek zdrowotnych, w Wielkiej Brytanii nie wiadomo właściwie, co konkretnie oznacza, i dlatego stało się wygodnym orężem złośliwych urzędników Home Office.

Urzędnicy najczęściej mówią, że ten warunek spełni każdy, kto wykupi prywatne ubezpieczenie zdrowotne pokrywające wszystkie potencjalne choroby, ale nie istnieje żadna oficjalna prawna czy rządowa definicja, do której można się w takiej sytuacji odnieść i mieć pewność, że obowiązuje wszystkich. Prywatne ubezpieczenia zdrowotne mogą kosztować kolosalne pieniądze w przypadku osób w zaawansowanym wieku lub już zmagających się z ciężkimi chorobami. Oferowane przez firmy ubezpieczeniowe polisy posiadają też zwykle jakieś listy wyjątków i nie obejmują chorób, na które ubezpieczony już cierpi w momencie wykupywania polisy. W takiej sytuacji od kaprysu urzędnika rozpatrującego wniosek może zależeć, czy takie ubezpieczenie uzna za wystarczające, czy nie. Już znane są przypadki, że ubezpieczenie wyłączające choroby stwierdzone u ubezpieczonego przed wykupieniem ubezpieczenia zostało uznane jako „niekompletne”, nie pomogły nawet sądy.

Jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, rząd, póki co, nie poszukuje aktywnie i systemowo obcokrajowców, którzy nie pracują, nie są samozatrudnieni ani nie mają „kompletnego ubezpieczenia” celem ich wydalenia, urzędnicy nie inicjują też sami kroków sprawdzających ich status. Byłoby to zresztą ogromne zadanie, to ponad trzy miliony ludzi. Jak dotąd urzędnicy zajmują się głównie statusem tych, którzy złożyli wniosek o prawo do stałego pobytu. Ale nigdy do końca nie wiadomo, furtka jest otwarta. W ostatnich tygodniach wyszło na jaw, że Home Office zaczęło używać tej prawnej sztuczki celem systematycznej deportacji z Wielkiej Brytanii osób bezdomnych pochodzących ze wschodnich krajów Unii Europejskiej, w tym Polski. Sprawa ma posmak moralnego skandalu, gdyż urzędnicy zwerbowali do współpracy niektóre organizacje charytatywne pracujące z bezdomnymi, wykorzystując zaufanie, jakie ich personel ma wśród dotkniętych bezdomnością. Zamiast zgodnie ze swoimi statutami pomagać im wyjść z bezdomności, organizacje te włączyły się w bezduszny rządowy program wykorzystujący dramatyczną sytuację życiową tych osób, żeby zadowolić obsesję premier May na punkcie zmniejszenia imigracji.

Wygląda na to, że okres „rozmyślnej wrogości” organów państwa w stosunku do cudzoziemców, związanego z tym chaosu i niepewności, może potrwać nawet dwa lata i nie wiadomo, co dokładnie czeka nas na jego koniec.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się (pod tytułem Co czeka Polaków po Brexicie) w „Tygodniku Faktycznie”, nr 13 (39)/2017.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciach: Adi Ionita.

London fog night

Twardy Brexit Theresy May

Kim jest kobieta, która po tąpnięciu, jakie wywołało czerwcowe referendum w sprawie wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, wyrosła na liderkę brytyjskiej Partii Konserwatywnej i stała się niespodziewanie twarzą „twardego Brexitu”?

Urodzona w 1956 r. jako Theresa Mary Brasier, córka anglikańskiego pastora, studiowała geografię w Oxfordzie (licencjat w 1977). W 1980 – pracowała wtedy w Bank of England – wyszła za mąż za Philipa Maya, którego poznała jeszcze w czasach studenckich w Oxfordzie. Podobno przedstawiła ich sobie późniejsza premier Pakistanu, Benazir Bhutto. Philip May jest obecnie funkcjonariuszem Capital Group, wielkiej amerykańskiej firmy oferującej zarządzanie inwestycjami. Łączna wartość aktywów pod ich kontrolą to ok. 1,4 biliona dolarów.

W latach 1986-94 Theresa May była z ramienia Torysów radną londyńskiego Merton. Po raz pierwszy do parlamentu wybrana została z okręgu Maidenhead w 1997, kiedy to New Labour pod przywództwem Tony’ego Blaira odsunęła konserwatystów od władzy. Od razu trafiła na przednie ławy opozycji. Dwaj kolejni liderzy Partii Konserwatywnej, William Hague i Ian Duncan Smith, zaoferowali jej stanowiska w swoich gabinetach cieni.

To Theresa May wprowadziła do ogólnego języka brytyjskiej polityki określenie „the Nasty Party”, „wstrętna partia”. W swoim wystąpieniu w czasie ogólnokrajowej konferencji Partii Konserwatywnej w 2002 roku powiedziała, że tak właśnie mówi się wśród ludu o Torysach i dlatego partia musi się zmienić. Taką zmianę partia przeszła następnie pod kierownictwem Davida Camerona, który postanowił zmodernizować jej wizerunek znacząco przybliżając jej dominujący nurt do centryzmu Tony’ego Blaira. To w ramach tego procesu Partia Konserwatywna stała się oficjalnie przyjazna mniejszościom seksualnym i przyswoiła elementy multikulturalizmu i liberalnego feminizmu. Gdy konserwatyści Camerona byli już u władzy (od 2010), za zasłoną moralizatorskiej gadki o tym, że kraj nie może „żyć ponad stan”, kryła się wciąż ta sama polityka klasowego egoizmu i forsowania interesów bogatych kosztem biednych Brytyjczyków. Ale przynajmniej jedno wydawało się być już na śmietniku historii: czasy, w których (jak w latach 60. XX w.) plakaty wyborcze Torysów mówiły „Chcesz Murzyna za za sąsiada, to głosuj na Labour”.

Dziś ta sama May z impetem prowadzi Partię Konserwatywną  z powrotem  w stare koleiny the Nasty Party. Przez zaskoczenie mogło to jednak wziąć tylko tych, którzy dawali się nabrać na wizerunkową fasadę May – zawsze dobrze ubranej, elokwentnej, nieraz nawet dowcipnej.

W obydwu kadencjach rządu Davida Camerona May stała na czele Home Office, tutejszego ministerstwa spraw wewnętrznych. Pełniła tę funkcję od 2010 do 2016 roku, co czyni ją najdłużej urzędującym na tym stanowisku politykiem od ponad sześciu dekad. Jako minister May z jednej strony zwracała się do policji, że coś trzeba zrobić z tym, że tylko 42% populacji Brytyjczyków pochodzenia afrokaraibskiego ma choćby elementarne zaufanie do stróżów prawa, z drugiej kierowała projektem zagęszczania mechanizmów systemowego rasizmu w organizacyjnych ramach aparatu brytyjskiego państwa. Za jej urzędowania narastały problemy przemocy i innych nadużyć w ośrodkach przetrzymujących imigrantów o niewyjaśnionym statusie lub bez prawa do pobytu. Jednym z takich ośrodków (dla kobiet) jest Yarl’s Wood. May konsekwentnie odmawiała upublicznienia szczegółowych danych o sytuacji w Yarl’s Wood, otwarcie mówiąc, dlaczego: żeby chronić komercyjne interesy prywatnego kontraktora prowadzącego ten ośrodek, firmy Cerco.

Jako minister spraw wewnętrznych, May postawiła sobie za punkt honoru „zatrzymać imigrację”. Jej maksymalny poziom miał pod jej butem spaść do 100 tysięcy osób rocznie – w kraju, o którym ostrożne analizy mówią, że imigracja konieczna, by długofalowo utrzymać funkcjonowanie systemów ochrony zdrowia, emerytalnego, kształcenia, itd., musi wynosić co najmniej 140 tys. osób rocznie. Jej Home Office rodziny nieeuropejskich imigrantów o niskich dochodach karało jeszcze za ich biedę, zabraniając im sprowadzić na Wyspy swoje dzieci (wymagany do tego minimalny dochód). Na koniec May wprowadziła próg dochodowy uprawniający przybysza spoza Unii Europejskiej do życia w Wielkiej Brytanii (35 tys. funtów rocznie, znacznie powyżej średniej krajowej). Od razu trzeba było stworzyć listę wyjątków, bo groził brak rąk do pracy w szpitalach. Wprowadzona przez May ustawa z 2016 nakłada na właścicieli mieszkań obowiązek sprawdzania, czy osoby, którym je wynajmują, są w kraju legalnie, i daje im prawo do ich eksmisji na bruk.

Dlatego otwarcie rasistowskie tropy („imigranci, imigranci, imigranci!”), na jakich opiera się dyskurs May, odkąd w lipcu tego roku objęła funkcję szefa rządu, nie powininny być zaskoczeniem dla nikogo, kto obserwując ją wcześniej, zwracał uwagę na coś więcej niż jej garsonki od Vivienne Westwood. Ale paradoksalnie nie świadczy to w przypadku May o żadnym – nawet jeśli niesłusznym, to przynajmniej spójnym – światopoglądzie i wizji politycznej.

Ponieważ jest dopiero drugą kobietą na tym stanowisku, i z tej samej partii co Margaret Thatcher, zaczęto niemal odruchowo porównywać obydwie polityczki. Jak jednak zauważa założyciel portalu OpenDemocracy Anthony Barnett, May bardzo różni się od Thatcher tym właśnie, że jej poprzedniczka poruszała się w ramach jakiejś wewnętrznie spójnej ideologii, trzymała się jakiejś tam wizji politycznej – „w torebce nosiła swój egzemplarz Hayeka”.

Natomiast wewnętrzną polityczną, ideową niespójność May widać najlepiej na przykładzie samego problemu Brexitu. Przed referendum 23 czerwca May była w tym temacie w tej samej fakcji Torysów, co David Cameron: Remain. Zostańmy w Unii Europejskiej. Wystarczyło kilka tygodni, żeby May nie miała wątpliwości: „Brexit znaczy Brexit”, i to od razu „twardy Brexit”.

May nigdy nie przedstawiła jasnej definicji tego, co rozumie przez twardy Brexit, można więc jedynie rekonstruować tę definicję z fragmentów. Twardy Brexit to chyba taki, w którym Wielka Brytania wyjdzie z Unii, porzucając wszystkie swoje zobowiązania, ale będzie się bez pardonu szarpać o zachowanie wszystkich korzyści. Dostęp do wspólnego rynku, ale definitywny koniec z wolnym przepływem osób („imigranci, imigranci, imigranci!”). A status Europejczyków od lat żyjących w Wielkiej Brytanii będzie kartą przetargową (brytyjska prawica wydaje się zapominać, że kilka milionów obywateli brytyjskich mieszka w innych krajach Europy). Towarzyszy temu dyskurs o jednoznacznie wyrażonej w referendum woli narodu. Jednak zwolennicy wystąpienia z UE zwyciężyli w referendum minimalną przewagą głosów, które na dodatek różnie były motywowane i bynajmniej nie wszyscy mieli na myśli „twardy Brexit” połączony z nagonką na cudzoziemców. Do tego ponad jedna trzecia Brytyjczyków nie głosowała. Teza o jednoznacznym poparciu społeczeństwa dla takiej wizji Brexitu jest nadużyciem.

Do tego wszystkiego May wydaje się zdeterminowana, by pogłębić wywołany Brexitem kryzys konstytucyjny brytyjskiego państwa przez niektórych obserwatorów określany jako najpoważniejszy od stuleci. Wielka Brytania nie ma spisanej jako jeden akt prawny ustawy zasadniczej – jej porządek konstytucyjny jest sumą zakumulowanej przez pokolenia praktyki, zwyczajów i zapisów rozproszonych w różnych aktach prawnych. Brexit postawił na ostrzu noża problemy stosunku Szkocji i Irlandii Północnej (głosowały za pozostaniem w UE) do Anglii i Westminsteru jako ośrodka władzy. Ale May wydaje się zdeterminowana, by zignorować także fakt, że w brytyjskim porządku konstytucyjnym suwerenem jest formalnie Parlament, nie lud. Dotychczas wyniki referendów były prawnie wiążące tylko, jeśli taką właściwość konkretny plebiscyt miał zapisany w rozpisującym je akcie prawnym. W zapisach o referendum dotyczącym Brexitu czegoś takiego nie było.

Wobec tego teoretycznie powinno to wciąż być głosowane przez Parlament, w którym wystąpienie z UE nigdy nie miało większości. Dla May sprawa jest już jednak przesądzona – zapowiedziała, że uruchamiający procedurę wyjścia z UE artykuł 50 zostanie odpalony najpóźniej w marcu 2017. Dopiero dzisiaj, 12 października, uległa naciskom posłów Labour Party domagających się parlamentarnej debaty przynajmniej na temat warunków, na jakich Wielka Brytania będzie chciała wystąpić z UE. May chciała o wszystkim zadecydować za zamkniętymi drzwimi, uległa tylko dlatego, że Partię Pracy zamierzała w tym żądaniu poprzeć takze zancząca część Torysów. Samo to, czy artykuł 50 zostanie odpalony, wciąż nie wydaje się być przewidziane jako przedmiot parlamentarnego głosowania.

Jak to się stało, że May tak bezboleśnie przeskoczyła do obozu zwolenników Brexitu, i to „twardego” i bez względu na towarzyszący mu kryzys konstytucyjny? Referendum w sprawie Brexitu spowodowało, że do władzy w samej Partii Konserwatywnej doszło jej najbardziej reakcyjne skrzydło, dotychczas marginalizowane przez Camerona, którego obóz teraz stracił zupełnie grunt pod nogami. Ci najbardziej prawicowi Torysi zwarli szyki z tymi elementami brytyjskiej burżuazji, które w obliczu Brexitu postanowiły nagle przeformować swoje szeregi i wykorzystać wstrząsy, jakie pociągnie za sobą zerwanie z UE, by jeszcze bardziej przykręcić śrubę brytyjskim klasom pracującym i słabnącej klasie średniej (demontaż praw pracowniczych, być może zawieszanie płacy minimalnej, ograniczenie prawa do strajku i innych form protestu, nowy rozpęd w grabieży aktywów państwowych przez wielki kapitał, itd.). Nawet jeśli ceną miałaby w dłuższej perspektywie być utrata międzynarodowego znaczenia Wielkiej Brytanii, wydaje się, że nikt na szczytach władzy w tym kraju nie myśli już tak długofalowo. Co się uda ukraść, będzie nasze. A po nas – choćby potop.

Jak we wspomnianej wcześniej analizie wskazuje Anthony Barnett, May, w miejsce realizowania spójnej ideologii czy programu, jest swego rodzaju uosobieniem przekazu serwowanego przez haniebny prawicowy tabloid „The Daily Mail”. Łączy protekcjonalne gesty retorycznego „pochylania się” nad bolączkami „zwykłych ludzi”, ze wskazywaniem od razu winnego: zalewu imigrantów, którzy „odbierają im pracę”, atakują ich „tradycyjny styl życia” i żerują na podatnikach, „żyjąc na socjalu”.

Tuż po niedawnej konferencji Partii Konserwatywnej rząd Theresy May, ustami obecnej szefowej Home Office Amber Rudd, wysunął propozycję przepisów, które zmuszałyby firmy do informowania, ilu zatrudniają cudzoziemców – te dane miałyby później być przez rząd publikowane, żeby „zawstydzać” firmy, które zatrudniają ich „za dużo”, cokolwiek to znaczy. Na Twitterze zawrzało. Oburzenie wyrazili przedstawiciele biznesu, którzy w Torysach tradycyjnie znajdują najbardziej bezpośrednią reprezentację swoich interesów. Nawet dla skrajnie prawicowego UKIP-u była to już przesada. Konserwatyści po kilku dniach się z tego pomysłu wycofali.

Jedyne, co się przynajmniej na poziomie praktyki wydaje w postaci Theresy May spójne, to coś, co mam pokusę nazywać „instrumentalnym zamordyzmem”, który zawsze jest po cichu obecny, za fasadą retorycznych ukłonów w stronę „zwykłych ludzi”, niezależnie od diametralnych zmian zdania w poszczególnych kwestiach. Jest to zamordyzm instrumentalny dla utrzymania władzy Torysów w Parlamencie, a w społeczeństwie władzy klasowej tych, których Torysi, partia milionerów, reprezentują.

Jako minister spraw wewnętrznych May próbowała przepchnąć ustawę powiększającą uprawnienia policji i służb specjalnych do rozpasanej inwigilacji całego społeczeństwa i masowego zbierania kwitów na wszystkich. Ustawa nie przeszła, bo opór postawili Liberalni Demokraci, którzy w poprzedniej kadencji byli z Torysami w koalicji. Ale już powstaje nowa wersja. Teraz, do trzymania za mordę różnych sektorów klas pracujących, w które wkrótce uderzą prawdopodobne ekonomiczne konsekwencje Brexitu, May będzie też używać robactwa rasizmu, które wylazło spod kamieni przewróconych przez kampanię referendalną.

Jednocześnie kolejne posunięcia rządu jasno wskazują, że poza ciągłością tego zamrodyzmu nie ma wciąż żadnego konkretnego, stabilnego planu działania na dalej niż najbliższych kilka tygodni. Rząd May wykonuje nieprzemyślane ruchy motywowane ideologią „The Daily Mail”, potem słupieje na widok społecznej reakcji na te posunięcia, wycofuje się, itd. To samo w stosunku do UE. Najpierw odmawia gwarancji statusu dla obywateli Unii już żyjących w Wielkiej Brytanii, potem otwarcie przyznaje, że będzie ich używać jako karty przetargowej w negocjacjach z europejskimi biurokratami, by ostatecznie przyznać, że ponad pięć szóstych z nich dawno będzie już miało prawo do stałego pobytu w zasadzie automatycznie. Niczym rozpuszczony bachor, rząd zachowuje się tak, jakby mógł Unii Europejskiej po prostu dyktować warunki, po czym kuli ogon, gdy tylko się okazuje, że tam też są grupy interesu oraz tacy, którzy nie spoczną, dopóki nie zemszczą się na Londynie za to referendum.

Ta nerwówka i krótkość perspektywy, w jakiej funkcjonują główne osoby dramatu, powodują, że trudno cokolwiek przewidywać. Czasami wydaje się, że jedyne, co utrzymuje Torysów u władzy, to fakt, że opozycyjna Partia Pracy zmarnowała już cały rok na wojnę we własnych szeregach.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 12 października 2016 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.