Pomniki na bruk

Nadzwyczajna fala protestów przeciwko rasistowskiej policyjnej przemocy, ale i przeciwko systemowemu rasizmowi w ogóle, rozlewa się ze Stanów Zjednoczonych do innych krajów. Koszmarna śmierć George’a Floyda, na oczach świadków uduszonego na ulicy kolanem przez policjanta, wstrząsnęła Ameryką, by wkrótce wyprowadzić ludzi na ulice także w wielu innych krajach.

W śmierci Floyda – jednego z tysięcy mężczyzn mordowanych rokrocznie przez amerykańską policję za kolor skóry – manifestuje się specyfika bardzo amerykańskich form strukturalnej przemocy. W końcu nigdzie indziej na świecie, nawet w najludniejszych krajach afrykańskich, tylu czarnych mężczyzn i kobiet nie pada ofiarą systemu „sprawiedliwości”. Zabijani bezkarnie przez „stróżów prawa” za przechodzenie przez ulicę w złym miejscu, osadzani w więzieniach lub podporządkowywani innym formom ograniczenia wolności, nierzadko za „przestępstwa”, za jakie ich biali rówieśnicy nie trafiają nawet na przesłuchanie. Badacze problemu – od Loïca Wacquanta po Michelle Alexander – utrzymują, że amerykański system „sprawiedliwości”, z jego niespotykanym nigdzie indziej współczynnikiem inkarceracji (grubo ponad 700 osób na 100 tys. mieszkańców), z niesłychaną wprost nadreprezentacją „kolorowych” wśród skazanych, z jego prowadzonymi dla zysku prywatnymi więzieniami, które potrafią pozywać władze stanów, jeśli te nie dostarczają im dość skazanych, jest po prostu przedłużeniem niewolnictwa i reżimu rasowej segregacji znanego pod kryptonimem Jim Crow, oficjalnie zniesionego w 1965 roku.

Amerykańska specyfika amerykańską specyfiką, jest to jednak wciąż manifestacja fenomenu globalnego, w którym ludzie w różnych częściach postkolonialnego świata dostrzegają odbicie własnej opresji, własnych doświadczeń, a przede wszystkim rasizmu jako globalnej struktury władzy i dominacji, ustanowionej przez zachodnie mocarstwa w epoce kolonialnej ekspansji. Ciemnoskóry chłopak w Rio de Janeiro nie dostanie może kulą w plecy za noszenie kaptura na głowie (klimat sprawia, że odzieży z kapturem raczej nie nosi), ale od dzieciństwa żyje ze świadomością, jak łatwo może się przypadkowo „znaleźć na linii ognia” policji przy okazji jej kolejnej ekspedycji do faweli. To ta struktura sprawia, że każdy czarny chłopak na przedmieściach Marsylii musi się bać policji bardziej niż jego biały rówieśnik; że każda muzułmańska dziewczyna na wschodzie Londynu, starając się o pracę, doskonale wie, że ma na nią odpowiednio mniejsze szanse; że żaden aborygeński chłopak w Alice Springs nie wierzy tak naprawdę, że ma szanse dożyć emerytury. To ta struktura sprawia, że to Afrykańczycy giną w wodach Morza Śródziemnego, próbując uciec z Libii do Europy, a nie na odwrót.

Pomniki na bruk

7 czerwca w brytyjskim Bristolu grupa uczestników protestu Black Lives Matter obaliła pomnik Edwarda Colstona. Bristol to miasto, którego bogactwo wyrosło na transatlantyckim handlu niewolnikami. Colston ten handel finansował i zbił na nim fortunę. Protestujący zatopili obalony pomnik w rzece. Na swoim profilu na Facebooku historyk Marcus Rediker, który zajmował się zarówno handlem niewolnikami, jak i konkretnie rolą w nim Bristolu, zauważył symboliczny, rewindykacyjny wymiar tego ostatniego gestu. Colston znalazł się wreszcie na dnie zbiornika wody, podobnie jak 19 tysięcy ludzi, którzy zmarli, zostali zamordowani lub wyrzuceni żywcem za burtę w trakcie transportu z Afryki do Ameryk na pokładach okrętów Royal African Company, w okresie, gdy Colston mnożył za jej pośrednictwem swój majątek. Burmistrz Bristolu powiedział wręcz o „poezji historii”.

Jonathan Richardson, Portret Edwarda Colstona (1636-1721)

W ciągu kilku dni kolejne statuy budowniczych, architektów i beneficjentów sprzężonych procesów kolonizacji i niewolnictwa pospadały z piedestałów w różnych częściach świata. W amerykańskim stanie Virginia na dno jeziora trafił Krzysztof Kolumb. W Bostonie jego figurze ktoś utrącił głowę. Kolejny Kolumb poleciał z cokołu w St. Paul w Minnesocie. Czerwoną farbą i ogniem pokryły się w Belgii figury Leopolda II, ludobójcy Konga, który cały ten ogromny afrykański kraj zamienił w jedną wielką niewolniczą plantację, swoją osobistą własność; władze miejskie Antwerpii postanowiły wreszcie zdjąć jego (właśnie zdewastowany) pomnik z cokołu. W londyńskim Tower Hamlets usunięto pomnik innego handlarza niewolników, Roberta Milligana. Burmistrz brytyjskiej stolicy Sadiq Khan zapowiedział audyt wszystkich pomników w publicznej przestrzeni Londynu pod kątem ich związków z niewolnictwem. Miasto Hamilton w Nowej Zelandii rozmontowało pomnik kolonizatora Johna Hamiltona, od którego nazwiska wzięło swoją nazwę. Protestujący domagają się demontażu kolejnych pomników – od Kolumba po amerykańskich obrońców Konfederacji.

Opanowani obrońcy rozsądku i dobrego smaku

Takie wyrównywanie rachunków z historią wywołuje dwie szczególnie powszechne i przewidywalne obiekcje ze strony opanowanych obrońców rozsądku i dobrego smaku. Obydwie te obiekcje są tak powtarzalne, że przyzwoity człowiek marzy o dniu, w którym nie będzie trzeba już na nie odpowiadać, ale póki co wymagają one odparcia także w języku polskim. Wymagają go dlatego, że tak szybko w Polsce trafiają na podatny grunt. Polskie „klasy opiniotwórcze”, podobnie jak plankton sieciowego komentariatu, mają tendencję do kompulsywnej obrony „zachodniej cywilizacji” przed krytyką, relatywizowania wszystkich zarzutów stawianych jej przez jej ofiary, wynajdowania tysiąca uzasadnień i drugich stron medalu, we wciąż niespełnionej nadziei, że w nagrodę za takie prymusostwo zostaniemy w końcu awansowani na pełnoprawnych członków Zachodu i białej rasy panów.

Te obiekcje często chodzą zresztą w parze, w tym samych wywodach. Idą mniej więcej tak: 1). Takie gesty to próby przepisywania i wymazywania historii, a przecież musimy pamiętać również o tych jej kartach, z których nie jesteśmy dzisiaj dumni, do których mamy zastrzeżenia. 2). Podobne gesty są przejawem anachronicznej projekcji naszych współczesnych wartości na czasy, w których ludzie nie myśleli jeszcze w ten sposób, nie zdawali sobie sprawy z tego, co my dzisiaj wiemy i rozumiemy (z tego, jakim złem było niewolnictwo).

Pierwsza z tych obiekcji podaje się przewrotnie za troskę o naszą zdolność rozliczania się z historią, także tą kłopotliwą. Jednak górujące nad przestrzenią publiczną, wspólną pomniki nie są neutralnymi, nienacechowanymi wartościami, pasywnymi świadectwami przeszłości. Pomniki mają znacznie większe znaczenie, inaczej nie byłoby ich aż tyle. Pomniki stoją po to, żeby wynosić pewne elementy z tej przeszłości do statusu punktów odniesienia. Nierzadko fizycznie górują nad nami, żeby przypominać wartości, do których dążymy, które mają nam przyświecać, ideały, do których aspirujemy w różnych polach naszego społecznego istnienia. Pomniki stawiane są po to, by konfigurować teraźniejszość i projektować przyszłość.

Każdego, kto ma problem z przyswojeniem tej różnicy, warto zapytać, co by powiedział, gdyby w europejskich miastach wciąż stały pomniki Hitlera. „No ale to przecież, mimo wszystko, nie to samo!” Czyżby? Dla mieszkańców Konga Leopold II to mniej więcej to samo. Jego reżim w Kongu nawet wymordował i zaharował na śmierć bardzo podobną liczbę ludzi (prawdopodobnie 10 milionów), co hitlerowski przemysł zagłady (11 milionów); za ten milion różnicy na swoją korzyść kilka milionów innych ludzkich ciał trwale okaleczył, najczęściej odcinając im dłonie lub/i stopy.

Kolonializm i niewolnictwo

A może to jednak rzeczywiście nie to samo?

Koszmar III Rzeszy trwał tylko dwanaście lat, podczas gdy koszmar nowożytnego atlantyckiego niewolnictwa – lat grubo ponad 400, od drugiej połowy XV wieku, kiedy po niewolnictwo jako wehikuł ekonomicznej ekspansji sięgnęło jako pierwsze Królestwo Portugalii, do zniesienia ostatniego wielkiego systemu niewolniczego na Zachodniej Półkuli (w Brazylii) w 1888 roku i końca Wolnego Państwa Kongo w 1908 (choć różne formy pracy niewolnej imperia kolonialne praktykowały daleko w wiek XX). Większość ludzi, którzy znaleźli się w pewnym momencie w mrocznym cieniu III Rzeszy, spędziła w nim tylko część swojego życia. Albo wyszła z niego później, albo doświadczyła czegoś innego wcześniej. Większość ofiar niewolnictwa nie doświadczyła w życiu niczego innego. Prawie dwadzieścia pokoleń. Większość z tych ludzi urodziła się i umarła w tym piekle. Dwadzieścia pokoleń żyć porwanych, przedwcześnie przerwanych, wyciśniętych z siły i krwi, odzieranych z więzi z bliskimi im ludźmi – sprzedawanymi gdzie indziej, pozbawianymi życia lub wysysanymi z niego w polu i w kopalniach. Dwadzieścia pokoleń żyć złożonych nierzadko niemal wyłącznie z cierpienia. Z koszmaru III Rzeszy większość mogła się kiedyś obudzić. Z koszmaru atlantyckiego niewolnictwa większość jego ofiar uwalniała się dopiero oddając ostatnie tchnienie.

Druga z owych przewidywalnych obiekcji sięga po wytrych kulturowego relatywizmu zastosowanego wobec historii. Ale robi to w złej wierze i zakłamując fakty. Argument, że dopiero z czasem ludzie zrozumieli, jak złe było niewolnictwo, zakłada, że nowożytne atlantyckie niewolnictwo było kontynuacją liczących tysiące lat praktyk zniewolenia, które były dla ówczesnych ludzi przezroczyste i ich skandal wymagał dopiero odkrycia. Te założenia to – oczywiście – kompletne bzdury. O czym można poczytać np. w dwóch wielkich dziełach historyka Robina Blackburna poświęconych budowie i obaleniu nowożytnych systemów niewolniczych.

Niewolnictwa dawne i nowożytne

Nowożytna kolonialna instytucja niewolnictwa używała chwytów i zaklęć prawnych zaczerpniętych z prawa rzymskiego, żeby przypisać sobie odwieczność i forsować dla siebie społeczną legitymizację (bo wczesna nowożytność darzyła wielkim szacunkiem wszystko, czemu przypisywała rzymską lub grecką genealogię), ale była to praktyka czysto ideologiczna.

Rzymskie niewolnictwo szczytowało w okresie między II w. p. n. e. i II w. n. e., potem wygasało i nie ma żadnej naturalnej ciągłości między nim a systemem rasowej opresji i śmiertelnego wyzysku zbudowanym przez Europejczyków w okresie kolonialnej ekspansji. W średniowieczu – tak w Europie, jak i w innych częściach świata – istniały różne formy zniewolenia, obejmowane dziś tym samym terminem niewolnictwa, ale żaden z nich nie był prostą kontynuacją niewolnictwa rzymskiego, a tym samym pomostem między nim a nowożytnym niewolnictwem atlantyckim. Żaden z nich nie był też systemem tak masowym i tak zorganizowanym.

Niemal wszystkie przednowoczesne rodzaje niewolnictwa miały w siebie wbudowane mechanizmy poprawiania położenia kolejnych pokoleń ludzi niewolnych. Żaden nie zakładał, że losem niewolnika jest jedynie i wyłącznie najbardziej wyniszczająca ciało praca fizyczna.

Nawet w Rzymie, najbardziej formalnie przypominającym niewolnictwo nowożytne, niewolnicy bywali nauczycielami czy zarządcami majątków, na nieporównywalną skalę. Nawet w Rzymie niewolnictwo było w pierwszym rzędzie instrumentem władzy politycznej, wtórnie kierowanym do celów ekonomicznych, żeby zrobić z niego jakiś użytek. Władcy i generałowie brali ludzi w niewolę, gdy wygrywali wojny z ich armiami. Kierowali ich potem tam, gdzie widzieli w tym dla siebie interes polityczny. Ekonomiczne użycie ich siły roboczej było dopiero konsekwencją politycznych darowizn z jeńców. To nie jest różnica wyłącznie kosmetyczna. Rzymskie niewolnictwo było, owszem, złe, ale ludzie nie umierali milionami w samym transporcie z miejsca porwania do miejsca ich planowanego wyzysku, ich śmierci nie były były z góry wkalkulowane w koszty i ryzyko (i ubezpieczone w Lloyds of London).

Lloyd’s of London, detal

Nowożytne niewolnictwo kierowało się natomiast wyłącznie rachunkiem zysków i strat, bilansowaniem popytu na wyzutą z praw siłę roboczą na plantacjach i w kopalniach Nowego Świata z jej podażą w postaci ludzi, których można najtaniej porwać lub kupić na drugim brzegu oceanu, z uwzględnieniem kosztów ich przewozu przez Ocean. Nowożytne niewolnictwo było czymś tak złym, że było bez porównania gorsze nawet niż niewolnictwo w starożytnym Rzymie. Było fenomenem stricte nowożytnym, nowoczesnym, kapitalistycznym. To na jego fundamencie kapitalizm postawił swój globalny gmach.

Pomniki i walka idei

Od początków ery nowożytnej (przełom XV i XVI wieku) niewolnictwo nie było nigdy fenomenem dla Europejczyków zupełnie przezroczystym, odwiecznym, quasi-naturalnym, którego zło trzeba było dopiero odkrywać żmudną intelektualną i etyczną pracą pokoleń gdzieś tak do XIX wieku. Było systemem aktywnie i cynicznie budowanym, który – podobnie jak cały projekt kolonialny – miał aktywnych, nawet jeśli przez wieki bezsilnych czy przegrywających, oponentów i krytyków, formułujących swoje krytyki z całego wachlarza pozycji, od religijnych (Bartolome de Las Casas) po takie, które można by nazwać „proto-anarchistycznymi” (niektórzy piraci). Przeciwnicy niewolnictwa mieli mniejszy dostęp do władzy i głosu, ale spór istniał i w XVI, i w XVII, i w XVIII wieku. Sprzężone kwestie niewolnictwa i ekspansji kolonialnej były areną nieustającej walki politycznej i etycznej przez cały ten czas. Wypełniały przestrzeń idei, co więcej, jak w znakomitej nowej książce Insurgent Empire dowodzi Priyamvada Gopal z uniwersytetu w Cambridge, do europejskiej świadomości docierały również krytyki formułowane przez same ofiary tych procesów w europejskich koloniach, do tego stopnia, że krytyki te odgrywały aktywną rolę w formułowaniu się także naszego, euroatlantyckiego, zachodniego rozumienia wolności.

Każdy, kto opowiadał się za niewolnictwem, dokonywał czynnego wyboru między aktywnie rywalizującymi ideami – i najczęściej kierował nim jego najbardziej wulgarny, bezpośredni interes, a nie niewiedza czy jakieś etyczne lub polityczne „dziewictwo”. Częścią tej aktywnej walki idei było stawianie pomników – sobie samym i innym kolonizatorom czy handlarzom i właścicielom niewolników. Wydawanie ułamka fortuny zbitej ta handlu ludzkim cierpieniem i życiem na cele charytatywne, żeby potem inni takie pomniki postawili także nam.

Stawianie pomników nie było więc sposobem neutralnego zapisywania historii – było sposobem na wymazywanie z historii oporu przeciwko kolonializmowi i niewolnictwu, zakłamywanie jej obrazu tak, by wytworzyć w przyszłych pokoleniach wrażenie otaczającego te tematy konsensusu (bo przeciwnikom kolonializmu i niewolnictwa do XIX wieku pomników w ogóle nie stawiano). Było sposobem na wymazywanie ze zbiorowej pamięci świadomości, że ludzie z elementarnym moralnym kompasem zawsze wiedzieli, co jest białe, a co czarne.

Dlatego zrzucenie w końcu tych pomników z cokołów jest dzisiaj tak ważne. Obalanie tych pomników to nie wymazywanie historii. To jej „odmazywanie”.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na łamach portalu Strajk.eu 16 czerwca 2020

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Chcesz e-booka z moim (długim) opowiadaniem?

Historia go rozgrzeszy. Fidel Castro (1926-2016)

Dziś, 4 grudnia 2016, na zakończenie dziewięciodniowej żałoby narodowej na Kubie, skremowane (zgodnie z życzeniem zmarłego) prochy Fidela Castro spoczną na cmentarzu świętej Ifigenii w Santiago de Cuba.

*

W okresie kryzysu kubańskiego Związek Radziecki na niepokorną karaibską wyspę wysłał nie tylko swoich wojskowych i rakiety, ale też słynnego reżysera, laureata canneńskiej Złotej Palmy za Lecą żurawie, Michaiła Kałatozowa. Pracował on tam nad niezwykłym filmem, jeszcze piękniejszym niż tamten, ale zbyt ekscentrycznym formalnie na swoje czasy i na długo po premierze w 1964 zapomnianym – dopóki nie odkryto go na nowo w latach 90. XX wieku. Soy Cuba (Ja, Kuba) powstał jako koprodukcja radziecko-kubańska. Zainicjowana przez Kubańczyków, którzy dali reżyserowi ogromny margines twórczej wolności, produkcja stała się jednak w znacznym stopniu wyrazem zachwytu samych Rosjan i innych narodów Związku Radzieckiego (Kałatozow był Gruzinem) Rewolucją Kubańską. Kuba Fidela Castro przez sam aparat radzieckiego państwa, zwłaszcza jego szczyty, traktowana często była jako co najmniej zagwozdka, czasem bez mała dopust boży (Castro nie raz i nie dwa postawił Moskwę przed faktami dokonanymi i wymuszał na niej działania, do których wcale nie było jej rychło). Ale Rosjanie i inne narody Związku Radzieckiego, ci wszyscy, którzy wierzyli wciąż w socjalizm, komunizm, antyimperializm, internacjonalizm, albo pamiętali, jak bardzo kiedyś w nie wierzyli, zobaczyli na wyspie, w politycznej namiętności jej mieszkańców, którzy wspólnie wzięli swój los w swoje ręce i odparli pretensje największego kapitalistycznego mocarstwa, którego upasione na grabieży, gargantuiczne cielsko zwisa nad nimi na mapie, że to wszystko wciąż są sprawy z porządku życia i śmierci, z porządku naglącej aktualności. Z porządku politycznego zbawienia ludzkości. To jest naprawdę niesamowity film. Pokaż go swoim dzieciom, zostaną rewolucjonistami.

*

We właściwej ocenie kubańskiego przywódcy i jego dorobku pomóc może jedna z wielu trafnych obserwacji wybitnego amerykańskiego historyka Grega Grandina. Zauważa on gdzieś, że wybory polityczne przwódców każdej kolejnej rewolucyjnej, emancypacyjnej próby podejmowanej przez kolejne społeczeństwa zachodniej półkuli rozumieć można tylko biorąc pod uwagę próby, które je bezpośrednio poprzedzały. Większość z nich zakończyła się bowiem porażkami (prawie zawsze z „pomocą” Waszyngtonu). Każdy kolejny latynoski przywódca kierował się imperatywem uniknięcia błędów poprzedników, uniknięcia powtórki z historii jemu najnowszej.

Dla przywódców Rewolucji Kubańskiej kluczowym takim odniesieniem było wsparte przez USA obalenie lewicowego rządu Jacobo Árbenza w Gwatemali w 1954. Przebywał tam aurat wtedy Ernesto Guevara, zanim udał się do Meksyku, gdzie miał poznać Fidela Castro. Brutalne zarżnięcie postępowych dążeń środkowoamerykańskiej republiki stanowiło poglądową lekcję tego, do czego Imperium Dolara jest zdolne, jakie piekło na Ziemi gotowe jest rozpętać, by utrzymać stosunki klasowe w całej hemisferze w postaci, jaka służy jego interesom i wpasowuje się w jego własny projekt ideologiczny.

Kuba – z jej wzorowanym na sowieckim monopartyjnym modelu politycznym, z amerykańskim embargiem i ciągłymi atakami ze strony Stanów Zjednoczonych, zamachami na życie jej przywódców organizowanymi przez CIA (ponad 630 na życie samego Fidela), z uzależnieniem od militarnego i ekonomicznego wsparcia ZSRR – była takim negatywnym punktem odniesienia dla Salvadora Allende, który liczył, że uniknie losu wyspy, jeśli przejście do socjalizmu odbędzie się w warunkach głębokiego poszanowania dla procedur demokratycznych. Czas pokazał, że były to złudzenia. Rodzimy kapitał sabotował gospodarkę „strajkiem inwestorów” i wywoływaniem sztucznych niedoborów. Do tego sabotażu przyłączał się kapitał zagraniczny – stąd rządowi Allende nie udało się np. zakupić z Francji komputerów potrzebnych do budowy pionierskiego systemu stanowiącego zapowiedź Internetu. Allende nie chciał potraktować chilijskiej burżuazji tak brutalnie, jak kubańską potraktował Castro. Liczył na to, że zmiany struktury własności uda się jedna po drugiej… przegłosować. Ale Imperium Dolara demokracja i głosowania interesują tylko tak długo, jak długo stanowią one fasadę bądź ramę dla tytułów własności i procesów akumulacji kapitału. Połączyło więc siły z niewypędzoną i niewywłaszczoną chilijską burżuazją, i rękoma Augusto Pinocheta zarżnęło polityczny projekt Allende.

Nowszy przykład. Rządy Partii Pracowników Luli da Silvy w Brazylii. Pragnienie uniknięcia z kolei tamtego losu przez jeszcze większą niż w przypadku Allende uległość w stosunku do formalnych reguł liberalnej demokracji, w tym wobec fetyszu prawa własności. Oligarchiczna wielka własnosć znalazła się poza sferą nawet dyskursywnej krytyki politycznej. Nie stała się nawet przedmiotem debaty. To też nie uchroniło projektu politycznego Luli. Oligarchiczna prawica wykorzystała sztuczki konstytucyjne, by odsunąć Partię Pracowników od władzy i postawić na czele rządu byłego informatora amerykańskiej ambasady. Kto wie, czy nie wsadzi Luli za coś do więzienia, żeby nie zdołał stanąć do wyborów w 2018. W międzyczasie reakcyjna administracja Temera wyzeruje wszystkie reformy Luli i Rousseff, zamrozi wydatki na programy społeczne i wyprzeda zasoby kraju, z Amazonią włącznie – krewnym, znajomym i Amerykanom. A mówimy o kraju znacznie silniejszym niż Kuba, piątym najludniejszym na świecie.

Dziś, kiedy kolejne emancypacyjne projekty w Ameryce Łacińskiej upadają pod presją Imperium Dolara i „rynków światowych”, inne trzymają się ostatkiem sił, a jeszcze inne są tylko ruinami i wspomnieniem, historia windykuje wybory dokonane przez Fidela Castro. A przynajmniej uzasadnia jego ocenę stawek i zagrożeń, oraz strategiczne i taktyczne wybory, jak zdobyć tyle, ile się w danym układzie sił międzynarodowych da, i jak obronić jak najwięcej z tych zdobyczy. Tylko jego projekt przetrwał tak długo.

*

hawana-2

Hawana, fot. Michał Kącik

W osobie Fidela Castro odszedł uniwersalista i wielki człowiek Oświecenia, uczeń – jak sam o sobie mówił w wywiadzie-rzece, jakiego udzielił Ignacio Ramonetowi – Karola Marksa z jednej i swojego wielkiego rodaka José Martiego z drugiej strony. Jako człowiek Oświecenia Castro wierzył, że uwolnienie ludzkości (zaczynając od ludu własnego kraju) od niepotrzebnego cierpienia – głodu, uleczalnych chorób, bezwzględnego wyzysku, konsekwencji dewastacji środowiska, wykluczenia z dostępu do wiedzy naukowej – jest sprawą najpilniejszą i jako takie ma pierwszeństwo przed pełnią liberalnych praw politycznych, jeżeli prawa te miałyby stanąć na przeszkodzie. Łatwo go krytykować z europejskiej kanapy, ale nawet najbardziej zagorzali lewicowi krytycy Castro piszący z pozycji demokratycznego socjalizmu, muszą w końcu przyznać (jak Samuel Farber pod koniec swojej książki), że na Kubie ze świecą szukać innej opozycji niż neoliberalna agentura Waszyngtonu i ultrareakcyjnego lobby wypędzonych milionerów w Miami. Castro uznał, że dopuszczenie tego elementu do udziału we władzy oznaczałoby groźbę utraty zdobyczy Rewolucji w zakresie praw społecznych.

A są to zdobycze w warunkach oblężenia przez monstrum z północy imponujące – wskaźniki alfabetyzacji, długości życia i ilości lekarzy na tysiąc mieszkańców wśród najwyższych na świecie; śmiertelność niemowląt wśród najniższych na świecie; niedożywienie wśród dzieci – 0%; bezprecedensowe sukcesy w odtworzeniu zdewastowanych przez kapitalistyczną ekspoloatację ekosystemów (podwojenie powierzchni lasów); spektakularne sukcesy nauk medycznych (wynalezienie szczepionek na szereg chorób tropikalnych i na raka płuc, okrycie metody zatrzymania transmisji wirusa HIV z organizmu zakażonej matki do organizmu płodu, itd.). Rewolucyjna Kuba stała się też prawdziwą potęgą kulturalną – okresy nasilonej cenzury ostatecznie z ogromną nawiązką zrekompensowane zostały przez stworzenie twórcom warunków wolności od totalitarnej władzy rynku.

*

hawana-3

Hawana, fot. Michał Kącik

Tak, zabijał ludzi. Ale złych ludzi, tych, którzy na to zasługiwali lub których zabić było trzeba. „Rewolucja to nie scieżka usłana różami, to walka na śmierć i życie między przyszłością a przeszłością”. Ci, którzy stają w niej w imię przyszłości, mają przeciwko sobie gotowych na wszystko obrońców przeszłości. Wielcy Książęta Przeszłości nie przebierają w środkach, zrobią wszystko, by obronić swoje przywileje i interesy, niezależnie od skandalu cierpienia większości, na jakim są ufundowane. Jeśli ty nie zabijesz ich, oni zabiją ciebie.

Jasne, udanego, „prawdziwego” socjalizmu nie da się zbudować w jednym kraju, i dlatego tak wiele pozostaje na Kubie do życzenia. Możemy sobie tak mędrkować. Ale to nie jest wina Castro, że inni swoich rewolucji nie wygrali. Bo zarzutu, że innym ruchom rewolucyjnym nie pomagał, nie można Castro postawić. Zapytajcie w Algierii, Angoli, Namibii, RPA, Palestynie czy Kongu. Zapytajcie Assatę Shakur albo Angelę Davis.

Tak, w pierwszych latach Rewolucji Kubańskiej jego rząd prześladował osoby homoseksualne. Mnie to też interesuje, ponieważ sam jestem mężczyzną homoseksualnym i uwielbiam Reinaldo Arenasa. Let me, however, tell you a secret: w tamtym okresie prawie każdy rząd prześladował osoby homoseksualne, z „wiodącymi liberalnymi demokracjami” (USA) na czele. Wyjątki były tym właśnie: wyjątkami. Emancypacja ludzkości jest procesem, cieżką pracą – jednostek i społeczności, które odkrywają kolejne zasłony opresji i ideologicznych mistyfikacji, oraz podejmują zmagania, by je zerwać. To jest złożony, obstawiony zasadzkami labirynt, w którym różni ludzie w różnym czasie zaczynają w różnych miejscach, i różne drogi mają do pokonania. Rewolucja Kubańska przedefiniowywała potem swoje podejście do homoseksualizmu, został on zdekryminalizowany w latach 70., a Castro za te historyczne prześladowania wziął na siebie później osobistą odpowiedzialność i uznał je za jeden z wielkich błędów Rewolucji. Wszyscy rodzimy się w jakiejś kulturze, każda kultura ma swoje własne, na wielu poziomach, wokół różnych osi skupione, struktury opresji. Nikt nie rodzi się od razu ze słusznymi poglądami na wszystko. Do Prawdy dochodzi się w żmudnym procesie, w ciężkiej pracy. Prawdziwy heroizm to tej pracy wykonanie, a nie odziedziczenie słusznych poglądów na wszystko po walkach innych ludzi.

Jasne, „prawdziwy” socjalizm musi być demokratyczny, ale podczas gdy większosć współczesnych „demokratycznych socjalistów” żyje bez politycznych sukcesów póki co na marginesach burżuazyjnych liberalnych demokracji (toczonych śmiertelną gangreną), historia niektórych postawiła przed dramatycznym wyborem: co jest ważniejsze, rzeczownik (socjalizm), czy przymiotnik (demokratyczny)? Co, jeśli nie można utrzymać jednego i drugiego, jeśli zachować można tylko jedno? Rzeczownik czy przymiotnik?

Jakkolwiek niedoskonałym był w praktyce socjalistą, był bezkonkurencyjnym antyimperialistą i – jak przypomina niezmiennie znakomity Vijay Prashad – głosem całego Trzeciego Świata / globalnego Południa (czyli większej części ludzkości). Od antykolonialnej wojny w Algierii, przez obalenie apartheidu w Republice Południowej Afryki, po dziesiątki tysięcy lekarzy wysyłanych bezinteresownie tam, gdzie ich brakowało (to Kubańczycy zatrzymali epidemię eboli w Afryce), po stanowisko w sprawie neoliberalnego reżimu zadłużenia międzynarodowego. To nie on zawiódł, to inni przywódcy Trzeciego Świata / globalnego Południa nie dorośli do tego samego formatu.

*

Dziennikarzom, komentatorom i intelektualistom z bożej łaski, którzy krzyczą „dyktator! dyktator! dyktator!”, mam ochotę powiedzieć tyle. Przyjdzie taki moment, że wy będziecie pamiętani już tylko jako studia przypadków w wielkiej historii upadku mediów i kultury globalnego systemu społecznego pędzącego nieuchronnie w przepaść. Jako nadzorcy i komisarze dyskursu gnijącego porządku. Na ten krótki moment, zanim zostaniecie w ogóle, na zawsze i zasłużenie zapomniani. Fidel Castro pozostanie natomiast w pamięci wyklętych ludów Ziemi jako jeden z największych przywódców politycznych XX wieku. Człowiek, którego prochy znajdują dziś wieczny spoczynek, nie tylko nie był pogrobowcem przeszłości, jak wmawiacie nam wy, płatna ideologiczna policja schyłkowego kapitalizmu – jego dorobek będzie punktem odniesienia dla naszej przyszłości, jeśli czeka nas jakakolwiek. Jeśli uda nam się przetrwać ekologiczną katastrofę, do której z samobójczą determinacją prowadzi nas kapitalistyczna eksploatacja zasobów naszej planety, wielki i odważny eksperyment, jakim był projekt polityczny Fidela Castro, będzie jednym z tych miejsc, w które będziemy zerkać, szukając wzorów, jak zbudować lepszy świat. Z jego wizją człowieczeństwa opartą na bezinteresownej i bezwarunkowej solidarności w miejsce sumy egoizmów. Z jego przykładem, że największy nawet Goliat spotka kiedyś swojego Dawida. Z jego szacunkiem dla ekosystemów i sukcesami w ich odtwarzaniu. Z jego szacunkiem dla zasobów i odmową ich marnowania. Z jego wolą dzielenia się nimi, nawet gdy są ograniczone, z tymi, którzy są w potrzebie. Z jego wiarą w społeczną sprawiedliwość i to, że leży ona w uniwersalnym interesie nas wszystkich. Z jego frazą, że może będziemy jeść skromnie, „ale będziemy jeść wszyscy”. Z jego wiarą w Człowieka.

Hasta siempre Comandante. La historia te absolverá.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

zdjęcia: Michał Kącik

Białe nosy

Może to być trochę zaskakujące, ale pomimo popularności problematyki i teorii postkolonialnej w świecie anglosaskim Aimé Césaire (1913-2008), antykolonialny literacki gigant z Martyniki, nauczyciel Frantza Fanona i pionier ruchu Négritude w literaturze frankofońskiej, pozostaje tu właściwie nieznany. Sztuka Sezon w Kongo (Une Saison au Congo), biografia niepodległościowego przywódcy i pierwszego premiera Demokratycznej Republiki Konga, Patrice’a Lumumby, jest drugą z cyklu określanego czasem mianem „dramatów dekolonizacyjnych”. Napisana w roku 1966, dopiero w 2013 została po raz pierwszy wystawiona w języku angielskim.

Wystawiono ją za to w jednym z najlepszych możliwych miejsc – londyńskim teatrze Young Vic (na scenie będzie do 24 sierpnia), w reżyserii Joe Wrighta, twórcy filmów Pokuta i Anna Karenina. Sposobem, w jaki zekranizował Tołstoja, Wright zresztą w pewien sposób „dał cynk”, że jego następny projekt stanie na deskach, a nie przed obiektywem kamery.

Wright napisał do swojego przedstawienia mocne – osobiste i bardzo polityczne zarazem – wprowadzenie. Wspomina w nim między innymi:

„Kiedy David Lan [dyrektor artystyczny Young Vic] po raz pierwszy zasugerował mi, żebym przeczytał Sezon w Kongo, ledwo rozpoznawałem nazwisko Patrice’a Lumumby. Przez mgłę pamiętam mojego południowoafrykańskiego ojca i jego przyjaciół na dobrowolnym wygnaniu, jak wspominali o nim, kiedy byłem dzieckiem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że guma w oponach roweru, na którym jeździłem, miedź w kablu, który rozganiał ciemność, albo, kiedy już dorosłem, uran w bombie, przeciwko której maszerowałem, koltran w telefonie, który tak sobie ceniłem, czy diament, którym wyznałem miłość – nie wiedziałem, że wszystkie te rzeczy, które brałem za oczywiste na mojej drodze do stania się mężczyzną, były za cenę prawa Kongijczyków do prawdziwej niezależności, do ucieczki przed nędzą i konfliktem”.

„Przekleństwem Demokratycznej Republiki Konga nie jest jej bieda, ale jej bogactwo”, pisze Wright dalej. Na miejscu najbardziej uderzył go „brutalny kontrast między obfitością jej  naturalnych zasobów a poziomem deprywacji jej ludu”. Kongo ma jedne z najżyźniejszych gleb i jednocześnie najbardziej niedożywione społeczeństwo na świecie.

Sztuka Césaire’a z polemiczną swadą i epickim oddechem opowiada ostatnie lata z krótkiego (1925–1961) życia Patrice’a Lumumby.

Belgijska eksploatacja Konga należy do najbardziej przerażających kart europejskiego kolonializmu. Formalnie kończy się w 1960 roku, kiedy to król Belgii oficjalnie uznaje niepodległość Konga, a w wyniku pierwszych wyborów 35-letni Lumumba, jako przywódca Kongijski Ruch Narodowy, zostaje premierem. Stanowisko prezydenta obejmuje Joseph Kasavubu. Belgijska obecność w gospodarce, w armii i innych kluczowych obszarach życia społecznego jest jednak wciąż silnie odczuwalna i wywołuje frustrację, między innymi w wojsku. Lumumba podejmuje decyzję o wydaleniu z armii belgijskich oficerów.

Belgowie zaczynają masowo opuszczać kraj, a doniesienia o spotykających ich aktach przemocy (notabene dość zrozumiałych po bezwzględności, z jaką przez dziesięciolecia eksploatowali Kongo i jego mieszkańców) Bruksela wykorzystuje jako pretekst, by zrzucić na swą niedawną kolonię oddziały wojska. Rywal Lumumby, Moise Tshombe, ogłasza secesję Katangi, najzasobniejszej, kluczowej dla gospodarczej przyszłości nowo powstałej republiki prowincji kraju, ekonomicznie zdominowanej przez kapitał belgijski i brytyjski.

Następuje eskalacja konfliktów etnicznych wewnątrz kraju; ONZ jest de facto bezczynne, a Belgowie, Brytyjczycy, a także Amerykanie angażują się w pomoc secesjonistom (gdyż istnieje „groźba” wejścia Konga w orbitę wpływów ZSRR, który – w przeciwieństwie do ONZ –  oferuje Lumumbie realne wsparcie). Wszystko to prowadzi do oskarżeń Lumumby o rzekome „ludobójstwo”, a potem do konfliktu o władzę między Lumumbą i tchórzliwym prezydentem Kasavubu. Wreszcie Mobutu, który wspiera prezydenta, przeprowadza zamach stanu, a Lumumba zostaje schwytany i uwięziony.

ONZ nie podejmuje żadnych działań w jego obronie. Obawiając się poparcia, jakie Lumumba ma wśród żołnierzy, Mobutu i Kasavubu najpierw oferują mu fasadowe funkcje w rządzie, a gdy się nie zgadza (jako wybrany w demokratycznych wyborach polityk nie chce przystać na żadne funkcje dekoracyjne), zostaje wraz z dwoma innymi przedstawicielami swojego obozu z belgijską pomocą wydany secesjonistom w Katandze. Torturowani tam przez belgijskich i katangijskich funkcjonariuszy, nieraz w obecności Tshombe i jego ministrów, zostają zamordowani w styczniu 1961 roku w domu na obrzeżach stolicy Katangi, Elizabethville. Ich ciała zostaną następnie rozpuszczone w kwasie. Wiadomość o śmierci zostanie ujawniona w lutym. Mobutu pozostanie u władzy do roku 1997.

Dziś wiadomo, że ogromną, większą, niż mógł to w 1966 roku wiedzieć Césaire, rolę w porwaniu i likwidacji Lumumby odegrała Wielka Brytania, której rozpadające się już imperium sąsiadowało z Kongiem w Północnej Rodezji. Londyn chciał bronić brytyjskiego kapitału w Katandze, a także stworzyć z oderwanej prowincji rodzaj buforu oddzielającego jego afrykańskie interesy od nieprzewidywalnej Demokratycznej Republiki Konga. Wszystko to na wypadek, gdyby rewindykacyjny, uniwersalistyczny, panafrykański i rewolucyjny język Lumumby (a także pomoc oferowana mu przez Moskwę) obróciły Kongo, ogromny kraj w samym sercu Afryki, w przyczółek socjalizmu czy komunizmu – bądź  jakiekolwiek inne realne wyzwanie nie tylko dla rozsypującego się już ładu kolonialnego, ale także dla wykluwającego się właśnie postkolonialnego ładu światowego.

Inscenizacja Wrighta jest ogromnym sukcesem, bo udało mu się ten niezbyt powszechnie znany rozdział historii opowiedzieć w sposób czytelny, niebudzący dezorientacji widza, pozwalając mu podążać za politycznymi meandrami, a do tego angażując go emocjonalnie. Spektakl jest też w dobrym sensie widowiskowy i niezwykle pomysłowy inscenizacyjnie, zwłaszcza gdy otwiera scenę na oddech historii – mniej błyskotliwy reżyser mógłby zostawić mu miejsce jedynie w pozascenicznym kontekście, każąc widzom dedukować go np. z dialogów. Opowieść toczy się bardzo dynamicznie, zróżnicowanymi środkami – pojawiają się elementy udramatyzowanej choreografii i teatr lalek. Lalki parodiują na przykład decydujących o losach tego czy innego kraju światowych bankierów, a odpowiedzialna jest za nie żona reżysera, Sarah Wright.

Najbardziej szalonym i jednocześnie niezwykle udanym zamysłem jest obsadzenie wszystkich ról, włącznie z królem Belgów Baldwinem (Brian Bovell) i sekretarzem generalnym ONZ Dagiem Hammarskjöldem (Kurt Egyiawan), aktorami czarnoskórymi, którzy noszą na twarzach białe nosy (w przypadku Hammarskjölda także nordycką blond grzywę). Wrightowi udaje się w ten sposób nie tylko uzyskać efekt satyry czy przerysowania, nie tylko dokonać swego rodzaju estetycznego odwetu za tych wszystkich odgrywanych przez białych aktorów Otellów czy pomalowane na czarno twarze w Narodzinach narodu Davida Warka Griffitha – udaje mu się przede wszystkim wyostrzyć problematykę interesu uniwersalnego i interesów partykularnych, pomiędzy którymi toczy się gra w sztuce Césaire’a.

Rewolucja haitańska chwyciła kiedyś swoją francuską starszą siostrę za słowo tam, gdzie Paryż nie spełnił swojej obietnicy równości i rewindykowała jej uniwersalny potencjał, deklarując, że wszyscy są czarni. Tutaj autentyczny uniwersalizm wcielony jest w Czarną Afrykę i w Lumumbę jako reprezentanta interesu wszystkich systemowo pokrzywdzonych, wszystkich tych, którzy są globalnie na najsłabszej pozycji. Taką rolę Lumumby umacnia jego męczeńska śmierć.

Śmierć ta dokonuje czegoś między chrystianizacją a „cheizacją” jego postaci. Jak Chrystus i Che charyzmatyczny Lumumba, w znakomitym wykonaniu Chiwetela Ejiofora, ginie z woli imperiów, w podobnym co oni wieku. Z Che łączy go ponadto wspólnota radykalnego zaangażowania politycznego lat 50. i 60. XX wieku – oraz plakat sztuki, który przetwarza fotografię Lumumby na wzór i podobieństwo najpowszechniej znanego wizerunku Guevary.

Doklejone białe nosy demaskują fałszywość uniwersalizmu, za którego reprezentanta podaje się Zachód, z jego pięknymi gadkami o wolności i słownikiem dyplomacji. Demaskują cynizm, z jakim Zachód i jego „neutralne” instytucje, reprezentujące jakoby „wspólnotę międzynarodową” i „prawo międzynarodowe”, wpierw wspierają lokalne bunty i secesje, by ostatecznie przeforsować interesy ekonomiczne zachodnich elit finansowych i przemysłowych.

I tu dochodzimy do kolejnego sukcesu Wrighta: pokazania, że kolonializm – wbrew  wyobrażeniom wielu, jeśli nie większości, Brytyjczyków – nie jest czymś z porządku historii, czymś, co dobiegło końca, gdy kolonialne imperia pozwijały wojskowe posterunki na innych kontynentach i nikt już nie nosi tych śmiesznych białych spodni i kapeluszy.

Inscenizując Césaire’a, Wright pokazuje nam trwanie kolonializmu pod nowymi postaciami. Przejawia się ono głównie w ekonomicznej władzy nad zasobami „zdekolonizowanych” społeczeństw i w korupcji ich kompradorskich elit – ale również w strukturach prawa międzynarodowego i instytucjach „wspólnoty międzynarodowej”, które wciąż, mimo że tyle słyszymy o zmierzchu dominacji Zachodu nad planetą, zajmują się głównie petryfikacją jego władzy. I które wciąż dokonują interwencji broniących interesów zglobalizowanego kapitału – bądź wybierają pokazową „neutralność” lub „niemieszanie się”, tam gdzie „mieszanie się” się nie opłaca albo akurat „niemieszanie się” opłaca się bardziej. Nawet jeżeli stawki, o jakie wybuchła gdzieś walka, są autentycznie uniwersalne.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie 11 sierpnia 2013 w Dzienniku Opinii Krytyki Politycznej.