Pomniki na bruk

Nadzwyczajna fala protestów przeciwko rasistowskiej policyjnej przemocy, ale i przeciwko systemowemu rasizmowi w ogóle, rozlewa się ze Stanów Zjednoczonych do innych krajów. Koszmarna śmierć George’a Floyda, na oczach świadków uduszonego na ulicy kolanem przez policjanta, wstrząsnęła Ameryką, by wkrótce wyprowadzić ludzi na ulice także w wielu innych krajach.

W śmierci Floyda – jednego z tysięcy mężczyzn mordowanych rokrocznie przez amerykańską policję za kolor skóry – manifestuje się specyfika bardzo amerykańskich form strukturalnej przemocy. W końcu nigdzie indziej na świecie, nawet w najludniejszych krajach afrykańskich, tylu czarnych mężczyzn i kobiet nie pada ofiarą systemu „sprawiedliwości”. Zabijani bezkarnie przez „stróżów prawa” za przechodzenie przez ulicę w złym miejscu, osadzani w więzieniach lub podporządkowywani innym formom ograniczenia wolności, nierzadko za „przestępstwa”, za jakie ich biali rówieśnicy nie trafiają nawet na przesłuchanie. Badacze problemu – od Loïca Wacquanta po Michelle Alexander – utrzymują, że amerykański system „sprawiedliwości”, z jego niespotykanym nigdzie indziej współczynnikiem inkarceracji (grubo ponad 700 osób na 100 tys. mieszkańców), z niesłychaną wprost nadreprezentacją „kolorowych” wśród skazanych, z jego prowadzonymi dla zysku prywatnymi więzieniami, które potrafią pozywać władze stanów, jeśli te nie dostarczają im dość skazanych, jest po prostu przedłużeniem niewolnictwa i reżimu rasowej segregacji znanego pod kryptonimem Jim Crow, oficjalnie zniesionego w 1965 roku.

Amerykańska specyfika amerykańską specyfiką, jest to jednak wciąż manifestacja fenomenu globalnego, w którym ludzie w różnych częściach postkolonialnego świata dostrzegają odbicie własnej opresji, własnych doświadczeń, a przede wszystkim rasizmu jako globalnej struktury władzy i dominacji, ustanowionej przez zachodnie mocarstwa w epoce kolonialnej ekspansji. Ciemnoskóry chłopak w Rio de Janeiro nie dostanie może kulą w plecy za noszenie kaptura na głowie (klimat sprawia, że odzieży z kapturem raczej nie nosi), ale od dzieciństwa żyje ze świadomością, jak łatwo może się przypadkowo „znaleźć na linii ognia” policji przy okazji jej kolejnej ekspedycji do faweli. To ta struktura sprawia, że każdy czarny chłopak na przedmieściach Marsylii musi się bać policji bardziej niż jego biały rówieśnik; że każda muzułmańska dziewczyna na wschodzie Londynu, starając się o pracę, doskonale wie, że ma na nią odpowiednio mniejsze szanse; że żaden aborygeński chłopak w Alice Springs nie wierzy tak naprawdę, że ma szanse dożyć emerytury. To ta struktura sprawia, że to Afrykańczycy giną w wodach Morza Śródziemnego, próbując uciec z Libii do Europy, a nie na odwrót.

Pomniki na bruk

7 czerwca w brytyjskim Bristolu grupa uczestników protestu Black Lives Matter obaliła pomnik Edwarda Colstona. Bristol to miasto, którego bogactwo wyrosło na transatlantyckim handlu niewolnikami. Colston ten handel finansował i zbił na nim fortunę. Protestujący zatopili obalony pomnik w rzece. Na swoim profilu na Facebooku historyk Marcus Rediker, który zajmował się zarówno handlem niewolnikami, jak i konkretnie rolą w nim Bristolu, zauważył symboliczny, rewindykacyjny wymiar tego ostatniego gestu. Colston znalazł się wreszcie na dnie zbiornika wody, podobnie jak 19 tysięcy ludzi, którzy zmarli, zostali zamordowani lub wyrzuceni żywcem za burtę w trakcie transportu z Afryki do Ameryk na pokładach okrętów Royal African Company, w okresie, gdy Colston mnożył za jej pośrednictwem swój majątek. Burmistrz Bristolu powiedział wręcz o „poezji historii”.

Jonathan Richardson, Portret Edwarda Colstona (1636-1721)

W ciągu kilku dni kolejne statuy budowniczych, architektów i beneficjentów sprzężonych procesów kolonizacji i niewolnictwa pospadały z piedestałów w różnych częściach świata. W amerykańskim stanie Virginia na dno jeziora trafił Krzysztof Kolumb. W Bostonie jego figurze ktoś utrącił głowę. Kolejny Kolumb poleciał z cokołu w St. Paul w Minnesocie. Czerwoną farbą i ogniem pokryły się w Belgii figury Leopolda II, ludobójcy Konga, który cały ten ogromny afrykański kraj zamienił w jedną wielką niewolniczą plantację, swoją osobistą własność; władze miejskie Antwerpii postanowiły wreszcie zdjąć jego (właśnie zdewastowany) pomnik z cokołu. W londyńskim Tower Hamlets usunięto pomnik innego handlarza niewolników, Roberta Milligana. Burmistrz brytyjskiej stolicy Sadiq Khan zapowiedział audyt wszystkich pomników w publicznej przestrzeni Londynu pod kątem ich związków z niewolnictwem. Miasto Hamilton w Nowej Zelandii rozmontowało pomnik kolonizatora Johna Hamiltona, od którego nazwiska wzięło swoją nazwę. Protestujący domagają się demontażu kolejnych pomników – od Kolumba po amerykańskich obrońców Konfederacji.

Opanowani obrońcy rozsądku i dobrego smaku

Takie wyrównywanie rachunków z historią wywołuje dwie szczególnie powszechne i przewidywalne obiekcje ze strony opanowanych obrońców rozsądku i dobrego smaku. Obydwie te obiekcje są tak powtarzalne, że przyzwoity człowiek marzy o dniu, w którym nie będzie trzeba już na nie odpowiadać, ale póki co wymagają one odparcia także w języku polskim. Wymagają go dlatego, że tak szybko w Polsce trafiają na podatny grunt. Polskie „klasy opiniotwórcze”, podobnie jak plankton sieciowego komentariatu, mają tendencję do kompulsywnej obrony „zachodniej cywilizacji” przed krytyką, relatywizowania wszystkich zarzutów stawianych jej przez jej ofiary, wynajdowania tysiąca uzasadnień i drugich stron medalu, we wciąż niespełnionej nadziei, że w nagrodę za takie prymusostwo zostaniemy w końcu awansowani na pełnoprawnych członków Zachodu i białej rasy panów.

Te obiekcje często chodzą zresztą w parze, w tym samych wywodach. Idą mniej więcej tak: 1). Takie gesty to próby przepisywania i wymazywania historii, a przecież musimy pamiętać również o tych jej kartach, z których nie jesteśmy dzisiaj dumni, do których mamy zastrzeżenia. 2). Podobne gesty są przejawem anachronicznej projekcji naszych współczesnych wartości na czasy, w których ludzie nie myśleli jeszcze w ten sposób, nie zdawali sobie sprawy z tego, co my dzisiaj wiemy i rozumiemy (z tego, jakim złem było niewolnictwo).

Pierwsza z tych obiekcji podaje się przewrotnie za troskę o naszą zdolność rozliczania się z historią, także tą kłopotliwą. Jednak górujące nad przestrzenią publiczną, wspólną pomniki nie są neutralnymi, nienacechowanymi wartościami, pasywnymi świadectwami przeszłości. Pomniki mają znacznie większe znaczenie, inaczej nie byłoby ich aż tyle. Pomniki stoją po to, żeby wynosić pewne elementy z tej przeszłości do statusu punktów odniesienia. Nierzadko fizycznie górują nad nami, żeby przypominać wartości, do których dążymy, które mają nam przyświecać, ideały, do których aspirujemy w różnych polach naszego społecznego istnienia. Pomniki stawiane są po to, by konfigurować teraźniejszość i projektować przyszłość.

Każdego, kto ma problem z przyswojeniem tej różnicy, warto zapytać, co by powiedział, gdyby w europejskich miastach wciąż stały pomniki Hitlera. „No ale to przecież, mimo wszystko, nie to samo!” Czyżby? Dla mieszkańców Konga Leopold II to mniej więcej to samo. Jego reżim w Kongu nawet wymordował i zaharował na śmierć bardzo podobną liczbę ludzi (prawdopodobnie 10 milionów), co hitlerowski przemysł zagłady (11 milionów); za ten milion różnicy na swoją korzyść kilka milionów innych ludzkich ciał trwale okaleczył, najczęściej odcinając im dłonie lub/i stopy.

Kolonializm i niewolnictwo

A może to jednak rzeczywiście nie to samo?

Koszmar III Rzeszy trwał tylko dwanaście lat, podczas gdy koszmar nowożytnego atlantyckiego niewolnictwa – lat grubo ponad 400, od drugiej połowy XV wieku, kiedy po niewolnictwo jako wehikuł ekonomicznej ekspansji sięgnęło jako pierwsze Królestwo Portugalii, do zniesienia ostatniego wielkiego systemu niewolniczego na Zachodniej Półkuli (w Brazylii) w 1888 roku i końca Wolnego Państwa Kongo w 1908 (choć różne formy pracy niewolnej imperia kolonialne praktykowały daleko w wiek XX). Większość ludzi, którzy znaleźli się w pewnym momencie w mrocznym cieniu III Rzeszy, spędziła w nim tylko część swojego życia. Albo wyszła z niego później, albo doświadczyła czegoś innego wcześniej. Większość ofiar niewolnictwa nie doświadczyła w życiu niczego innego. Prawie dwadzieścia pokoleń. Większość z tych ludzi urodziła się i umarła w tym piekle. Dwadzieścia pokoleń żyć porwanych, przedwcześnie przerwanych, wyciśniętych z siły i krwi, odzieranych z więzi z bliskimi im ludźmi – sprzedawanymi gdzie indziej, pozbawianymi życia lub wysysanymi z niego w polu i w kopalniach. Dwadzieścia pokoleń żyć złożonych nierzadko niemal wyłącznie z cierpienia. Z koszmaru III Rzeszy większość mogła się kiedyś obudzić. Z koszmaru atlantyckiego niewolnictwa większość jego ofiar uwalniała się dopiero oddając ostatnie tchnienie.

Druga z owych przewidywalnych obiekcji sięga po wytrych kulturowego relatywizmu zastosowanego wobec historii. Ale robi to w złej wierze i zakłamując fakty. Argument, że dopiero z czasem ludzie zrozumieli, jak złe było niewolnictwo, zakłada, że nowożytne atlantyckie niewolnictwo było kontynuacją liczących tysiące lat praktyk zniewolenia, które były dla ówczesnych ludzi przezroczyste i ich skandal wymagał dopiero odkrycia. Te założenia to – oczywiście – kompletne bzdury. O czym można poczytać np. w dwóch wielkich dziełach historyka Robina Blackburna poświęconych budowie i obaleniu nowożytnych systemów niewolniczych.

Niewolnictwa dawne i nowożytne

Nowożytna kolonialna instytucja niewolnictwa używała chwytów i zaklęć prawnych zaczerpniętych z prawa rzymskiego, żeby przypisać sobie odwieczność i forsować dla siebie społeczną legitymizację (bo wczesna nowożytność darzyła wielkim szacunkiem wszystko, czemu przypisywała rzymską lub grecką genealogię), ale była to praktyka czysto ideologiczna.

Rzymskie niewolnictwo szczytowało w okresie między II w. p. n. e. i II w. n. e., potem wygasało i nie ma żadnej naturalnej ciągłości między nim a systemem rasowej opresji i śmiertelnego wyzysku zbudowanym przez Europejczyków w okresie kolonialnej ekspansji. W średniowieczu – tak w Europie, jak i w innych częściach świata – istniały różne formy zniewolenia, obejmowane dziś tym samym terminem niewolnictwa, ale żaden z nich nie był prostą kontynuacją niewolnictwa rzymskiego, a tym samym pomostem między nim a nowożytnym niewolnictwem atlantyckim. Żaden z nich nie był też systemem tak masowym i tak zorganizowanym.

Niemal wszystkie przednowoczesne rodzaje niewolnictwa miały w siebie wbudowane mechanizmy poprawiania położenia kolejnych pokoleń ludzi niewolnych. Żaden nie zakładał, że losem niewolnika jest jedynie i wyłącznie najbardziej wyniszczająca ciało praca fizyczna.

Nawet w Rzymie, najbardziej formalnie przypominającym niewolnictwo nowożytne, niewolnicy bywali nauczycielami czy zarządcami majątków, na nieporównywalną skalę. Nawet w Rzymie niewolnictwo było w pierwszym rzędzie instrumentem władzy politycznej, wtórnie kierowanym do celów ekonomicznych, żeby zrobić z niego jakiś użytek. Władcy i generałowie brali ludzi w niewolę, gdy wygrywali wojny z ich armiami. Kierowali ich potem tam, gdzie widzieli w tym dla siebie interes polityczny. Ekonomiczne użycie ich siły roboczej było dopiero konsekwencją politycznych darowizn z jeńców. To nie jest różnica wyłącznie kosmetyczna. Rzymskie niewolnictwo było, owszem, złe, ale ludzie nie umierali milionami w samym transporcie z miejsca porwania do miejsca ich planowanego wyzysku, ich śmierci nie były były z góry wkalkulowane w koszty i ryzyko (i ubezpieczone w Lloyds of London).

Lloyd’s of London, detal

Nowożytne niewolnictwo kierowało się natomiast wyłącznie rachunkiem zysków i strat, bilansowaniem popytu na wyzutą z praw siłę roboczą na plantacjach i w kopalniach Nowego Świata z jej podażą w postaci ludzi, których można najtaniej porwać lub kupić na drugim brzegu oceanu, z uwzględnieniem kosztów ich przewozu przez Ocean. Nowożytne niewolnictwo było czymś tak złym, że było bez porównania gorsze nawet niż niewolnictwo w starożytnym Rzymie. Było fenomenem stricte nowożytnym, nowoczesnym, kapitalistycznym. To na jego fundamencie kapitalizm postawił swój globalny gmach.

Pomniki i walka idei

Od początków ery nowożytnej (przełom XV i XVI wieku) niewolnictwo nie było nigdy fenomenem dla Europejczyków zupełnie przezroczystym, odwiecznym, quasi-naturalnym, którego zło trzeba było dopiero odkrywać żmudną intelektualną i etyczną pracą pokoleń gdzieś tak do XIX wieku. Było systemem aktywnie i cynicznie budowanym, który – podobnie jak cały projekt kolonialny – miał aktywnych, nawet jeśli przez wieki bezsilnych czy przegrywających, oponentów i krytyków, formułujących swoje krytyki z całego wachlarza pozycji, od religijnych (Bartolome de Las Casas) po takie, które można by nazwać „proto-anarchistycznymi” (niektórzy piraci). Przeciwnicy niewolnictwa mieli mniejszy dostęp do władzy i głosu, ale spór istniał i w XVI, i w XVII, i w XVIII wieku. Sprzężone kwestie niewolnictwa i ekspansji kolonialnej były areną nieustającej walki politycznej i etycznej przez cały ten czas. Wypełniały przestrzeń idei, co więcej, jak w znakomitej nowej książce Insurgent Empire dowodzi Priyamvada Gopal z uniwersytetu w Cambridge, do europejskiej świadomości docierały również krytyki formułowane przez same ofiary tych procesów w europejskich koloniach, do tego stopnia, że krytyki te odgrywały aktywną rolę w formułowaniu się także naszego, euroatlantyckiego, zachodniego rozumienia wolności.

Każdy, kto opowiadał się za niewolnictwem, dokonywał czynnego wyboru między aktywnie rywalizującymi ideami – i najczęściej kierował nim jego najbardziej wulgarny, bezpośredni interes, a nie niewiedza czy jakieś etyczne lub polityczne „dziewictwo”. Częścią tej aktywnej walki idei było stawianie pomników – sobie samym i innym kolonizatorom czy handlarzom i właścicielom niewolników. Wydawanie ułamka fortuny zbitej ta handlu ludzkim cierpieniem i życiem na cele charytatywne, żeby potem inni takie pomniki postawili także nam.

Stawianie pomników nie było więc sposobem neutralnego zapisywania historii – było sposobem na wymazywanie z historii oporu przeciwko kolonializmowi i niewolnictwu, zakłamywanie jej obrazu tak, by wytworzyć w przyszłych pokoleniach wrażenie otaczającego te tematy konsensusu (bo przeciwnikom kolonializmu i niewolnictwa do XIX wieku pomników w ogóle nie stawiano). Było sposobem na wymazywanie ze zbiorowej pamięci świadomości, że ludzie z elementarnym moralnym kompasem zawsze wiedzieli, co jest białe, a co czarne.

Dlatego zrzucenie w końcu tych pomników z cokołów jest dzisiaj tak ważne. Obalanie tych pomników to nie wymazywanie historii. To jej „odmazywanie”.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na łamach portalu Strajk.eu 16 czerwca 2020

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Chcesz e-booka z moim (długim) opowiadaniem?

Unia Europejska, faszyzm, komunizm i znak równości

18 września Parlament Europejski uchwalił skandaliczną rezolucję, która w Polsce nie spotkała się z niemal żadnym odzewem. Skandaliczną, pomimo pozornie niewinnego tytułu: „O znaczeniu europejskiej pamięci dla przyszłości Europy” z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Jej męczący i zawiły tekst stawia sobie jeden zasadniczy cel: zrównanie komunizmu z faszyzmem w sposobie, w jaki pamiętamy i upamiętniamy II wojnę światową.

Rezolucja fałszuje historię, jako główny powód wybuchu II wojny światowej wymieniając pakt Ribbentrop-Mołotow podpisany w sierpniu 1939 r. przez III Rzeszę z ZSRR. Nawet datę jej uchwalenia wybrano tak, żeby była bliżej rocznicy wkroczenia ZSRR na wschodnie tereny Polski niż wcześniejszego ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę.

Czytaj dalej

Nie, rządy PiS nie przypominają PRL

Dwie ulubione intelektualne zabawy współczesnych liberalnych elit w Polsce, gdy wypada przybrać minę obrońców demokracji, praw i wolności. Pierwsza: co złego, to islam. Widzieliśmy to niedawno, gdy liberalne feministki reprodukcyjnych praw kobiet zagrożonych przez nowe legislacyjne pomysły katolicko-narodowej prawicy bronić postanowiły przy użyciu rasistowskich „skrótów myślowych”. Druga: co złego, to PRL. Agnieszka Holland dla prasy polskiej a Andrzej Wajda dla prasy niemieckiej buszują w odważnych paralelach. Czyż to nie wygląda wszystko dokładnie jak PRL? Bo czyż istnieje bardziej niepodważalny argument na niesłuszność jakiejkolwiek polityki, niż porównanie jej do PRL?

Kiedy widzę takie rzeczy, w kieszeni otwiera mi się ten cytat:

Ulubiona metoda moralizującego filistra polega na identyfikowaniu zachowania się reakcji i rewolucji. Odnosi on jednak w tym przypadku sukcesy tylko wtedy, gdy powołuje się na analogie formalne. Dla niego carat i bolszewizm są bliźniakami. Sporządza inwentarz wspólnych cech charakterystycznych katolicyzmu, ściślej jezuityzmu, i bolszewizmu. […] Cechą charakterystyczną tych analogii i podobieństw jest to, że przy ich stosowaniu całkowicie ignoruje się materialne podstawy rozmaitych nurtów, tj. ich naturę klasową i przez to obiektywną rolę dziejową. Zamiast tego za punkt wyjścia przy ocenie i wartościowaniu przyjmuje się dowolne, powierzchowne i drugorzędne objawy, najczęściej stosunek tych prądów do jakiejś abstrakcyjnej zasady, która dla danego krytyka ma szczególną wartość zawodową. Odpowiednio więc dla papieża rzymskiego bliźniakami są wolnomularze, darwiniści, marksiści i anarchiści, gdyż wszyscy oni bluźnierczo zaprzeczają niepokalanemu poczęciu. Dla Hitlera bliźniakami są faszyzm i bolszewizm, gdyż nie podporządkowują się powszechnemu prawu wyborczemu, itd., itp.

A dla jednego z pierwszych udziałowców korporacji Agora S. A. – chciałoby się złośliwie dodać – ową decydującą zasadą o szczególnej wartości zawodowej byłoby to, kto kontroluje media.

Cytowane wyżej słowa napisał w spazmach lat 30. XX wieku Lew Trocki (w Ich moralność a nasza). Wielka szkoda, że współcześnie w Polsce rolę takich moralizujących filistrów pełnią nasze liberalne elity kulturalne.

Nie, rządy Prawa i Sprawiedliwości nie są powrotem do PRL, ani PRL nie przypominają. Wręcz przeciwnie.

Polska Rzeczpospolita Ludowa miała na sumieniu ciężkie grzechy, ale nawet swoje grzechy popełniła wewnątrz horyzontu Oświecenia, do którego ideałów i wartości była nie tylko deklaratywnie przywiązana. To PRL uczyniła Polskę nowoczesnym, nawet jeśli na półperyferyjny sposób, krajem, a Polaków nowoczesnym społeczeństwem. Zredukowała nierówności, otworzyła milionom ludzi drogi awansu społecznego, przekształcając de facto feudalny w większości kraj, przed wojną jeden z najbiedniejszych w Europie, w kraj w znacznym stopniu zindustrializowany, z funkcjonującą strukturą państwa dobrobytu, od darmowych przedszkoli po wypłacane przez państwo emerytury. Zbudowała powszechny system ochrony zdrowia na ówczesnym europejskim poziomie, ogromnie wydłużając długość życia mieszkańców kraju. Zlikwidowała analfabetyzm, zaprosiła chłopskie dzieci do miast, chłopskie i robotnicze zaś na uniwersytety, potem do ról lekarzy, inżynierów, artystów. Zbudowała miliony mieszkań, znalazła sposoby, by biblioteki i kina funkcjonowały też na wsi. Polkom przyznała prawa, o które w wielu krajach Europy Zachodniej kobiety długo jeszcze musiały walczyć (niektóre spośród tych praw wkrótce po upadku PRL zostały zresztą Polkom odebrane).

Owszem, brakowało wolności politycznych, prasa i kultura były pod kontrolą monopartii (nie na tyle dotkliwą, by przeszkodziła jednak powstawaniu wspaniałej literatury, kina i telewizji, przy których dorobek ostatniego ćwierćwiecza raczej blednie, na co twórczość samego Wajdy w PRL i w III RP jest zresztą najlepszym przykładem). System nie był demokratyczny, a walka o prawa polityczne i działalność opozycyjna spotykały się nieraz z brutalną reakcją aparatu państwa (w wielu formalnych demokracjach liberalnych działo się jednak wtedy dokładnie to samo, wystarczy spojrzeć na historię ruchów politycznych czarnej ludności Stanów Zjednoczonych).

Nawet ten składnik PRL – deficyt praw politycznych – wynikał ze stricte oświeceniowego horyzontu etycznego, w ramach którego zbudowano PRL. Był to horyzont wspólny wielu postępowym projektom peryferii i półperyferii systemu światowego, nie było w nim nic złowieszczo wyjątkowego dla PRL. Etyka owa zakładała, że jeśli zbawienie ludzkości jest możliwe, to tylko na tym świecie, bo innego świata nie ma. Że prowadzić do tego zbawienia musi najpierw zniesienie niepotrzebnego cierpienia – głodu, zimna z braku dachu nad głową, przedwczesnej śmierci na uleczalne choroby. Że zniesienie takiego niepotrzebnego cierpienia ma pierwszeństwo przed pełnią praw politycznych, którą w zastanym (niewymarzonym) globalnym układzie sił odsunięto na niesprecyzowane później. Teraz wiemy – i wielu wtedy już się spodziewało, czerpiąc z samego lewicowego dorobku intelektualnego (Róża Luksemburg z jej „nie ma socjalizmu bez demokracji”, wspomniany Trocki) – że doprowadziło to do wykształcenia się biurokracji partyjnej jako klasy panującej, która ostatecznie, w obronie własnego klasowego interesu, gdy PRL zaczęła się ekonomicznie rozsypywać (bynajmniej nie tylko z własnej winy), uruchomiła proces restauracji kapitalizmu. Grzechy i porażki PRL pojawiły się tam, gdzie nie dorosła ona do swoich oświeceniowych ideałów i ambicji, gdzie nie spełniła swoich oświeceniowych obietnic. Nie zmienia to jednak faktu, że PRL była projektem nowoczesnym, postępowym, wyrastającym z dziedzictwa Oświecenia.

Projekt polityczny Prawa i Sprawiedliwości nie tylko nie wyrasta z wartości Oświecenia i nie mieści się w żadnym podobnym horyzoncie – jest on ofensywą na ten horyzont, projektem podważenia i zdarcia z Polski tej niezbyt grubej skorupy Oświecenia, którą się tu jednak udało w końcu położyć na feudalnym, rozpiętym między folwarkiem a plebanią, podłożu polskiej kultury. Tę warstwę w większości położyła zresztą PRL.

Istnieją reakcyjne ideologie, formacje i projekty polityczne, które mimo swego reakcjonizmu są w jakiś sposób bękartami Oświecenia, tzn. przynajmniej jakieś, jakkolwiek wybiórczo i instrumentalnie traktowane, wartości oświeceniowe przywołują. Tak było z różnymi XIX-wiecznymi nacjonalizmami. W przypadku PiS nawet nacjonalizm tego ugrupowania leży gdzieś daleko poza horyzontem charakterystycznym dla nowoczesnych, współczesnych nacjonalizmów – tych, które są, owszem, bękartami, ale jednak bękartami Oświecenia. Tych, które choć kroczą złą stroną historii, to jednak odpowiadają na przemiany współczesnych społeczeństw, a przynajmniej biorą te przemiany pod uwagę. PiS tymczasem wyobraża sobie, że narody się dziś kształtują tak, jak to sobie wyobrażano na przełomie XIX i XX wieku.

PiS-owskie ministerstwo kultury organizuje obciachowe inscenizacje kościelnych ślubów od dawna nieżyjących postaci, a posłowie chcą przedmiotem kryminalnego dochodzenia uczynić każde poronienie. Zachodnie nacjonalizmy afirmują dziś prawo „swoich” kobiet do aborcji czy własne „uznanie” dla praw homoseksualistów, żeby udowodnić wyższość swoich narodów nad innymi, a nawet uzasadniać swoje „prawo” do zbrojnych „interwencji”. Nie mam tu bynajmniej zamiaru być adwokatem „homonacjonalizmu” (Jasbir Puar) ani liberalnego feminizmu na służbie Imperium – chodzi mi jedynie o zarysowanie stopnia odległości PiS od przestrzeni wyznaczanej przez horyzont Oświecenia. PiS jest tak reakcyjny, że nawet inne współczesne reakcjonizmy postrzega jako lewackie fanaberie.

Kiedy przedstawiciele klasy społecznej producentów dóbr kultury, od których w normalnych europejskich społeczeństwach oczekuje się pewnych standardów krytycznego myślenia, produkują tak żenujące porównania, mamy do czynienia z wielką szkodą dla jakości publicznej debaty w Polsce. Od osób, które na codzień zajmują się pracą na symbolach i ideach, mamy prawo oczekiwać głębszego poziomu refleksji, zwłaszcza kiedy nie mogą się powstrzymać od obnoszenia tych swoich przemyśleń od gazety do gazety, od telewizji do telewizji. Tymi „odważnymi atakami” Wajda, Holland et consortes nie wyrządzają PiS-owi żadnej szkody. Wręcz przeciwnie, reprodukują i umacniają strukturę politycznego imaginarium, którego dominacja w Polsce stanowi fundament poparcia PiS. To imaginarium zbudowane jest z wrażeń, afektów i resentymentów w miejsce racjonalnych kategorii pozostających w jakimś związku z materialną rzeczywistością. W tym imaginarium komunizm jest gorszy od faszyzmu, a PRL, czarna dziura w społecznej historii Polski, może być jedynie negatywnym punktem odniesienia, do którego porównać, lub z którym skojarzyć kogoś można i należy tylko po to, żeby go zdyskredytować. U Wajdy i Holland jest dokładnie tak samo.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Banałem w faszyzm?

O Modern Holocaust Marii Peszek

Nad „protest songiem” Marii Peszek Modern Holocaust warto się poważnie zastanowić nie ze względu na jakąś jego szczególną jakość, a ze względu na to, czego jest symptomem. Zarówno sam utwór zresztą, jak i jego entuzjastyczne przyjęcie przez część liberalnej i liberalno-lewicowej opinii w Polsce.

Nie jestem krytykiem muzycznym i skupię się tu wyłącznie nad warstwą tekstową tego songu. Z tekstu, oprócz pojedynczego podmiotu lirycznego najpewniej tożsamego z samą artystką (która dostaje internetowe i inne pogróżki), wyłania się także pewien podmiot zbiorowy, jacyś „my”. „Hejt nasz polski powszedni”, „Zło jest w każdym z nas, zło robimy sami”, itd. Zaimki osobowe i dzierżawcze oraz formy czasownika wskazujące na pierwszą osobę liczby mnogiej. Na pierwszy rzut oka tym „my” jest polskie społeczeństwo/naród, jesteśmy w domyśle „my, Polacy”. Ale to „my” rozpada się na dwa poziomy – nagle okazuje się, że nie „my” a „Ty też w domu masz własny swój karabin”. Ostatecznie „my, Polacy” okazują się raz być wszystkimi Polakami, a raz dzielić na tych Polaków, których diagnoza jest tu stawiana, i tych, którzy tę diagnozę stawiają. I tu zaczyna się robić ciekawie – albo może właśnie nieciekawie.

Kiedy „my” przestaje oznaczać wszystkich Polaków, zaczyna szukać opozycji, przez które określa się w stosunku do tej reszty, będącej tu zamierzonym obiektem krytyki. Żeby to węższe „my”, w domyśle „lewicowo-liberalne” (bo należą do niego osoby, jak podmiot liryczny czy sama artystka, posądzane np. o żydostwo, liberalne podejście do seksualności i homoseksualizm) mogło się w tekście dobrze ukonstytuować i określić, poszukuje ono negatywnych punktów odniesienia – tego wszystkiego, od czego się dumnie różni. Przestrzeń, w którą w ten sposób wkraczamy, to kraina żenująco naiwnego liberalizmu, takiego z Europy Wschodniej lat 90., nawet jeśli niektóre przywoływane postaci-obrazy pochodzą z lat nieco późniejszych.

Hitler i Stalin wyrzuceni jednym tchem w tym samym zdaniu. Putin i Bin Laden tak samo w innym. Co złego to „totalitaryzm” (III Rzesza i ZSRR, jakby były to byty w jakikolwiek sposób porównywalne), „rosyjski tyran” będący w liberalnym imaginarium czymś na kształt „przedłużenia Stalina”, i „islamski terrorysta”, bez powodu i irracjonalnie nienawidzący „zachodnich wolności”. Z tego wynika, że co dobrego to liberalna demokracja zdefiniowana w sposób ani trochę bardziej wyrafinowany niż w „Gazecie Wyborczej” w latach 90. Hitler, Stalin, swego rodzaju „reinkarnacja” tego ostatniego w osobie Putina i figura odsyłająca w okolice „islamofaszyzmu” stanowią współrzędne na mapie politycznego zła, na której mieści się, choć nie chce się do tego przyznać, przenikająca polskie społeczeństwo nienawiść, wżerający się w nie „hejt”.

Jest jednak pewien problem z taką liberalną diagnozą postępującej faszyzacji polskiego życia społecznego. Jeżeli ma to być krytyka postępującego przesuwania się polskiej polityki w prawo, to jest to krytyka bezrefleksyjnie powielająca banalne liberalne opozycje, które zorganizowały polską wyobraźnię polityczną w minionym ćwierćwieczu. Stalinizm używany po to, by do piekła wysłać nie tylko Związek Radziecki (ustawiony na równi z Trzecią Rzeszą) i „realny socjalizm” („czego Zomo pałą nie zajebało”), ale także samą ideę komunizmu, całą tradycję walk o emancypację ludzką i o przekroczenie naszej zastanej społecznej kondycji. Peszek wyobraża sobie, że odważnie krytykuje radykalny dryf polskiej polityki w prawo, podczas gdy ten dryf jest konsekwencją delegitymizacji wszystkich idei politycznych na lewo od socjaldemokracji. Delegitymizacja ta umożliwiła bowiem przesunięcie całego spektrum politycznego, czyniąc poglądy niegdyś prawicowe dziś umiarkowanymi czy centrowymi, niegdyś niedopuszczalne – dziś zaledwie ekscentrycznymi. Założenia tej delegitymizacji Peszek sama bezkrytycznie reprodukuje, wypowiadając się z wewnątrz bańki, z której ZSRR wygląda tak samo jak Trzecia Rzesza. Na ten problem Peszek nie potrafi w ciekawy sposób odpowiedzieć, bo horyzont jej własnej politycznej wyobraźni należy do problemu.

Peszek na dodatek trywializuje kwestię ideologii, sprowadzając ją do poziomu „hejtu” i nienawiści, które na dodatek są w jej ujęciu typowo – by nie rzec „naturalnie” – polskie („hejt nasz powszedni”, „polskiej nienawiści zeżre wściekły pies”). We wzroście znaczenia ksenofobicznej skrajnej prawicy nie ma tymczasem nic specyficznie polskiego – i to nie ma na aż dwa sposoby.

Skrajna prawica rośnie w siłę i przenosi coraz więcej ze swojej ideologii do politycznego mainstreamu w całej Europie i dzieje się to w kontekście postępującego kryzysu systemu kapitalistycznego i strukturanego kryzysu Unii Europejskiej. Oba kryzysy generują społeczne frustracje i resentymenty. Polski wariant tych procesów ma swoje wyjątkowe rysy (jak całkowite wyrugowanie jakiejkolwiek lewicy z parlamentu, powszechność rasistowskiej retoryki w mediach głównego nurtu i słabość lewicowej na nią odpowiedzi, itd.), nie jest jednak procesem w całości wyjątkowym. To jeden sposób, na który „diagnoza” Peszek jest błędna.

Drugi jest taki, że to, co w procesie podbijania polskiej rzeczywistości społecznej przez ksenofobiczną prawicę, rzeczywiście jest specyficzne dla naszego kraju, nie bierze się z jakiejś ponadczasowej „polskości”, którą Peszek wydaje się esencjalizować. Esencjalizacja jakiejkolwiek tożsamości nigdy nie prowadzi w żadnych postępowych kierunkach. Prawicowy obłęd, w jaki osuwa się obecnie ogromna część polskiego społeczeństwa, nie wynika z żadnej „genetycznej” predyspozycji tego akurat narodu do nienawiści. Jedną z rzeczy, z których natomiast wynika, jest model i społeczne koszty (wzrost nierówności, masowe bezrobocie, wypychanie milionów ludzi na przymusową emigrację za chlebem) transformacji ustrojowej po 1989 roku, wraz z narzuconą społeczeństwu narracją o braku alternatywy dla neoliberalizmu. To wytworzeniu konsensu wokół tej bezalternatywności służyło takie przemeblowanie zbiorowej wyobraźni politycznej Polaków, żeby wszystko, co nie jest neoliberalizmem, wylądowało w jednym worku z nazizmem i straszyło natychmiastowym osunięciem się w „totalitaryzm”. Jeżeli chcesz godziwych zasiłków dla wszystkich bezrobotnych, to tak naprawdę chcesz Gułagu! Ale tego Peszek nie będzie w stanie sproblematyzować tak długo, jak długo wypowiada się z wewnątrz bańki liberalnych złudzeń (Hitler, Stalin, Oświęcim i Zomo wrzucone do jednego worka), które stworzyły warunki dla prawicowego obłędu zasysającego dziś Polaków. Co więcej, sprowadzanie współczesnego problemu ksenofobicznej polskiej prawicy do jakiejś genetycznej polskiej „nienawistności” jest wypieraniem i ukrywaniem realnych procesów politycznych, a także realnej opowiedzialności za procesy (ktoś wprowadzał i wytwarzał zgodę na impozycję neoliberalizmu w Polsce, ktoś niszczył każdy punkt widzenia wykraczający poza neoliberalny konsensus), które ostatecznie wytworzyły obecne stężenie frustracji i resentymentów.

Naprawdę bulwersujące w utworze Peszek jest jednak znaczące przemilczenie, jakie rzuca się nam w oczy, gdy przyglądamy się obecnym w nim obiektom ksenofobicznej prawicowej nienawiści. Na swoje miejsce w roli ofiary zasłużyły osoby nieheteroseksualne – jest mowa o palonej warszawskiej tęczy (choć ta konkretna tęcza rościła sobie prawa do szerszego pola semantycznego, tęcza jako symbol jest powszechnie kojarzona z ruchami LGBT), jest inwektywa „śmierdzisz lesbą”. Na swoje miejsce zasłużyli Żydzi – jest mowa o ludziach palonych kiedyś w stodole, czyli o wydarzeniach takich jak w Jedwabnem, jest obelga „żydowska kurewno”, a Holokaust króluje nad tekstem w samym tytule. Wielkimi nieobecnymi są natomiast uchodźcy z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, muzułmanie, osoby pochodzenia arabskiego. Jest to szokujące, bo to właśnie oni, oraz osoby ze względu na karnację czy turban na głowie „podejrzane” o to, że należą do jednej z tych grup, padły w ciągu ostatniego roku ofiarą większości aktów rasistowskiej przemocy. Oni też są obiektem najbardziej bezkarnego i bezwstydnego rasistowskiego bełkotu w głównym nurcie polskiej polityki i w dominujących, także tych nominalnie liberalnych, mediach.

Zupełne przemilczenie rasizmu islamofobicznego, antyarabskiego i wymierzonego w uchodźców szukających obecnie masowo schronienia w Europie w rzekomo antyrasistowskim utworze szokuje, bo został on przecież nagrany po wielomiesięcznym okresie intensywnej nagonki w mediach i rosnącej liczby aktów tak ukierunkowanej przemocy na ulicach polskich miast. Jak można coś takiego rozumieć? Co ta nieobecność właściwie znaczy?

Może to, że rytualne gesty „obrony Żydów” i „krytyki antysemityzmu” są dzisiaj tak naprawdę łatwe i niczym nie grożą? A w zestawie z wyrazami sympatii dla mniejszości seksualnych mieszczą się po prostu w kanonie dobrego tonu liberalnej klasy średniej i pozujących na lewicowo-liberalne „elit kulturalnych”, bo pasują do ich wyobrażeń o „europejskości”? Podczas gdy zabranie głosu w obronie uchodźców z Syrii, Libii czy Afganistanu albo publiczne potępienie islamofobii, wręcz przeciwnie, wymagają dziś w Polsce autentycznej odwagi i mogą dla popularnego artysty oznaczać konieczność stawienia czoła rasizmowi liberalnego (drobno)mieszczaństwa, czyli swojego własnego, bezpośredniego otoczenia i odbiorców?

Obrona Żydów przed polskimi antysemitami niewiele dzisiaj od takich obrońców wymaga. Większość współczesnych polskich antysemitów nigdy nie spotkała Żyda (Wietnamczyków jest dziś w Polsce kilka razy więcej), pozostaje im więc palenie kukieł i ewentualne wypady na zabytkowe cmentarze. A kukieł wystarczy bronić oburzonymi komentarzami na Facebooku, zyskując w ten sposób wizerunek „postępowca” wśród znajomych, bez konieczności wejścia w autentyczną konfrontację. Paleniem kukły można się szlachetnie pooburzać, nic więcej nie robiąc i spać spokojnie, doskonale wiedząc, że i tak nikt nie zginie. Wilk syty i owca cała.

Muzułmanie i osoby pochodzenia arabskiego, jak również osoby posądzone o to, że są muzułmanami lub Arabami (studenci z Portugalii, sikhijski turysta z Wielkiej Brytanii) padają tymczasem ofiarami realnej przemocy, trafiają do szpitali z poważnymi obrażeniami ciała, muszą wymieniać drzwi, które im podpalono. A liberalne (drobno)mieszczaństwo z otoczenia Marii Peszek, to, które ma w Londynie przyjaciół gejów, a na półce albumy o kulturze żydowskiej, podziela większość „poglądów”, które do tych aktów przemocy prowadzą, które wytwarzają na nie przyzwolenie.

Tak więc daleki od radykalnej odwagi, song Peszek jest raczej owocem żenującego konformizmu. Jeżeli nie czegoś gorszego. Bo jeśli w ostatnich miesiącach Maria Peszek nie zauważyła, kto stanowi główny cel współczesnego rasizmu (nie tylko w Polsce), to być może dlatego, że nie zauważyła w ogóle, że to jest rasizm. Co z kolei zmuszałoby nas do postawienia pytania, dlaczego tego nie zauważyła. W większości podobnych przypadków trafna jest odpowiedź, że część z tych „poglądów” osoba, która tego rasizmu nie zauważyła, po prostu popiera.

Modern Holocaust Marii Peszek jest dla mnie symptomem szerszego problemu, jakim jest intelektualna nieudolność większości polskich elit kulturalnych w ich próbach odpowiedzi na niebezpieczne procesy umacniania się ksenofobicznej, coraz bardziej radykalnej prawicy w Polsce. Agnieszka Holland porównuje rządy PiS do PRL, choć jako kobieta mogłaby np. pomyśleć o kwestii praw reprodukcyjnych, by zacząć sobie zdawać sprawę z kretynizmu takiego porównania. Nieco młodsi filmowcy puchnęli z dumy na demonstracjach w obronie „dobrego imienia Lecha Wałęsy” jako „symbolu demokracji”, choć Wałęsa jako prezydent miał wcale nie mniejszy apetyt na całość władzy, kosztem demokracji i rządów prawa, niż obecnie ma Prezes, tyle że nie potrafił tego swojego celu osiągnąć. I tak dalej.

Kiedy mówimy o faszyzmie w Polsce dziś, musimy mieć się z dwóch stron na baczności. Samo dojście PiS do władzy, a nawet jego obecny, irracjonalny sposób rządzenia, to jeszcze nie faszyzm. Tego mocnego ale ważnego terminu lepiej nie trywializować. Jarosław Kaczyński nigdy nie będzie Adolfem Hitlerem. Nie jest też jednak prawdą, że trzeba aż Hitlera, żebyśmy mogli zacząć mówić o faszyzmie – generał Franco nie był Hitlerem, nie był do Hitlera porównywalny, był jednak faszystą. Każdy zinstytucjonalizowany faszyzm poprzedza też proces faszyzacji społeczeństwa, proces, który – jeśli nie zostanie powstrzymany – do faszyzmu w końcu doprowadzi.

O faszyzacji w Polsce dziś na pewno możemy już mówić. I jeżeli wszystko, co polskie elity kulturalne potrafią z siebie wykrzesać w krytycznej odpowiedzi na ten proces, rozpina się między konformistycznymi niby-protest-songami à la Maria Peszek i pojękiwaniami o PRL w stylu Agnieszki Holland, postępom dalszej faszyzacji wiele w Polsce nie zagraża.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie internetowej Medium Publicznego.

Jestem na Facebooku i Twitterze.