2015

Długa, ciemna noc

Żyjemy w strasznych czasach, ale nawet na standardy takich czasów zamknięty właśnie rok 2015 chyba bez większych wątpliwości można uznać za najgorszy jak dotąd rok XXI wieku.

***

Unia Europejska nie tylko znalazła się w najgłębszym kryzysie w swojej historii, ale też – zarzynając Grecję i obracając europejskie państwo w kraj Trzeciego Świata, kolonię niemieckich i francuskich banków na zawsze w niewoli niespłacalnego nigdy długu – ujawniła być może swoje prawdziwe oblicze jako organizacji par excellence i nieodwracalnie neoliberalnej: pozbawionego nawet pozorów solidarności technokratycznego monstrum na służbie wielkiego, ponadnarodowego kapitału, obliczonego na miażdżenie demokratycznego oporu przeciwko dyktatowi rynków. Katastrofa traktatu TTIP, jeżeli ruchom społecznym nie uda się go zablokować, będzie logicznym zwieńczeniem tej trajektorii Unii. Lewica i ruchy postępowe znalazły się w stytuacji, w której muszą zacząć sobie zadawać pytania, których wcześniej najczęściej sobie nie zadawały – na pewno nie miały ich w zwyczaju sobie zadawać w Polsce.

Skoro Unia Europejska stała się Hydrą Kapitału, wysysającą soki ze słabszych ekonomicznie krajów peryferyjnych, i wypluwającą je, gdy kończą się perspektywy zysków z ich eksploatacji przez kilka krajów zachodnio-północnego „bieguna” Europy – to może o to właśnie od początku w projekcie Unii Europejskiej chodziło? Skoro strefa euro w tak jednoznaczny sposób (wystarczy spojrzeć na dynamikę bilansów handlowych Niemiec i krajów Południa Europy od wprowadzenia unii monetarnej) okazała się niczym innym jak wehikułem powiększania niemieckiej przewagi ekonomicznej nad resztą kontynentu i narzucania przez niemiecką finansjerę polityki gwałcącej wyrażaną demokratycznie wolę europejskich społeczeństw – to może od początku o to w projekcie „wspólnej waluty” tak naprawdę chodziło? Skoro źródłem konfliktów i napięć pomiędzy państwami europejskimi jest obecnie sama struktura konstrukcji europejskiej, to może wszyscy my, których do idei zjednoczonej Europy przyciągła internacjonalistyczna wizja zjednoczonego, wolnego od konfliktów narodowych kontynentu oraz uniwersalistycznej kultury, jaką na takim podłożu można by budować – może my wszyscy po prostu daliśmy się nabrać, byliśmy pożytecznymi idiotami odgrywającymi niewielkie role w przez i pod kogoś innego napisanym scenariuszu?

Nie stać nas już dłużej na odgrywanie starej i kompletnie już zdezaktualizowanej komedii, w której obowiązywał prosty i jednoznaczny podział na entuzjastycznych wobec Unii postępowców z jednej i zacofanych ksenofobów z drugiej strony. Może warto zacząć pytać, czy lepszym sposobem na zbudowanie Europy, która będzie solidarną wspólnotą postępu społecznego, a nie bezduszną, niepoddawalną demokratycznej kontroli technokracją, nie byłoby aby czasem budowanie jej niezależnie od Unii Europejskiej albo nawet zamiast niej, na jej grobie? (Tym bardziej, że jeśli sprawy będą podążać swoim obecnym torem, w narzuconym w minionym roku tempie, być Unia Europejska za dziesięć lat będzie już tylko stosem nieczytanego przez nikogo papieru).

Los, jaki stał się udziałem Grecji, powinien napawać przerażeniem każdego myślącego człowieka w Europie. Niemieckie elity pokazały, że w razie oporu wobec polityki gospodarczej i wizji europejskich finansów, która służy niemal wyłącznie ich (niemieckich elit) interesom, nie zawahają się w zbuntowanych republikach traktowanej jak ich „imperium zewnętrzne” Unii Europejskiej sprawować władzy przy użyciu bankowych zamachów stanu. Że głęboko wpisane w świadomość niemieckiej burżuazji jest podejście do Europy jako „naturalnej” przestrzeni jej własnej ekspansji, a także swego rodzaju „surplusu”, który zawsze można puścić z dymem, gdyby coś zagrażało jej pozycji ekonomicznej i politycznej (dwie wojny światowe, a teraz finansowe zamachy stanu, to wszystko w ciągu niewiele więcej niż stulecia). Władza niemieckiej finansjery okazała się tak potężna, że nic nie dało rady uratować Grecji – ani rosnące w całej Europie (z wyjątkiem chyba tylko tej moralnej pustyni między Odrą a Bugiem) poczucie solidarności z Grekami, ani głosy najbardziej wpływowych ekonomistów, że proponowane rozwiązania przyniosą zgubę Grecji, ale i Europie, uczynią spłacenie greckiego długu zupełnie nierealnym, a więc powiększą sumę strat. Bo nie chodziło w tym w ogóle o ekonomię sensu stricto. Chodziło o pokazową akcję ukarania i złamania woli narodu, który śmiał Cesarzowej Angeli i europejskiej banksterce reprezentowanej przez Dijsselbloema powiedzieć „nie!”. Żeby inne europejskie społeczeństwa nie ważyły się podejmować politycznych eksperymentów, kwestionujących absolutną władzę neoliberalnych technokratów. Nie udało się jeszcze zagasić wszystkich ognisk oporu, te jednak najmocniej trzymają się w słabych, małych krajach Południa, jak Portugalia, które mogą zostać złamane równie łatwo i bezwzględnie jak Grecja, chyba że nowa lewicowa koalicja zdoła szybko wyprowadzić kraj z pułapki strefy euro.

Rozmiary Hiszpanii dawałyby jej większe pole manewru, ale najważniejsza siła przeciwna wymuszanej na reszcie Europy przez Niemcy polityce zaciskania pasa, Podemos, nie tylko nie odniosła wystarczającego sukcesu w niedawnych wyborach, ale jest też ruchem bez porównania bardziej tchórzliwym niż lewica portugalska czy Syriza, dopóki ta ostatnia nie została złamana i – dla niezdrowej tożsamościowej fiksacji na punkcie pozostania w strefie euro – nie przyjęła programu swojej opozycji. Jak powiedział Frédéric Lordon, Tsipras i Warufakis przynajmniej próbowali walczyć, Iglesias kluczowego problemu wspólnej waluty nie ma odwagi nawet poruszać. Chyba że Iglesias myśli, jak kiedyś Fidel Castro, czyli zamierza prawdziwy rozmach swojego programu ogłosić dopiero po objęciu władzy. Ale jakoś nie sądzę.

***

Dekady katastrofalnych interwencji Zachodu na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz w Afryce Północnej wyprowadziły cały ten szmat świata na bezprecedensowe poziomy chaosu. Chaos ten rozprzestrzeniał się i połębiał niemal z tygodnia na tydzień, aż wreszcie, w 2015, rykoszety zaczęły uderzać w Europę, i to właściwie z różnych stron jednocześnie.

Kryzys uchodźczy wszedł w 2015 na zupełnie nowy poziom – przez ostatnich dwanaście miesięcy do Europy dotarło ponad milion osób, uciekających z ogarniętych wojami Syrii, Libii, Afganistanu… Nikt nie wie, ile pięknych ludzkich istnień zgasło po drodze, głównie w wodach Morza Śródziemnego, ilu Aylanów Kurdich nigdy nie poznamy z imienia. Nikt nie wie, ile zgaśnie zabitych przez europejską zimę, która dopiero się zaczęła. Staje się jasne, że na ich milczącą masową śmierć gdzieś w czyśćcu nieprzekraczalnego „pomiędzy” – pomiędzy Europą a jej „zewnętrzem”, na pograniczach między państwami, na dworcach, drogach i bezdrożach kontynentu – liczą żałosne jak chyba jeszcze nigdy dotąd, nędzne wyszehradzkie skurwysyny Dzikiego Wschodu Unii, które odmawiają solidarnego udziału w jakimkolwiek politycznym rozwiązaniu kryzysu, za który ponoszą przecież część odpowiedzialności. Dla właściwego pryszczatym łamagom onanistycznego pragnienia, by poocierać się o muskuły cudzej (amerykańskiej) potęgi, rozbiły kiedyś próby stworzenia ogólnoeuropejskiego frontu delegitymizacji amerykańskiej wojny w Iraku, z którego to kraju ruin powstała Organizacja Państwa Islamskiego. Wyszehradzkie skurwysyny nie są oczywiście jedynymi, którzy nie będą musieli jeszcze w XXII wieku wstydzić się swojej postawy w obliczu tego kryzysu. Póki co, właściwie tylko Szwecja i Niemcy wychodzą z niego z twarzą, nie ma się jednak co oszukiwać – jedną z głównych motywacji Merkel było ratowanie wizerunku po szkodach, jakich ten wizerunek doznał w toku operacji zarzynania Grecji. Szwecja, która przyjęła największą w stosunku do własnej populacji proporcję uchodźców, stanęła przed groźbą niemożności radzenia sobie z dalszą eskalacją kryzysu i przymknęła granice. Szwedzka minister Åsa Romson rozplakała się, gdy musiała ogłosić, że inne państwa UE muszą w końcu również zacząć pomagać.

Masy uchodźców, które wylały się w końcu z Turcji i Libanu na brzegi Europy, to oczywiście nie wszystko. Wyparte eksportowanej przez Zachód przemocy, koniecznej, by podtrzymać skadal neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału na skalę globalną i niemożliwe przecież na dłuższą metę do utrzymania poziomy konsumpcji grabionej z Bliskiego Wschodu taniej energii, powróciło w 2015 także w innych formach: od zamachów w Paryżu w styczniu po zamachy w Paryżu w listopadzie, zorganizowane przez zdesperowanych młodych ludzi uwiedzionych przez Daesz i jakoby z nim powiązanych. Koniec mrzonek, że wysyłana w świat przemoc nigdy nie wróci do domu. Odpowiedź zachodnich mocarstw? – najbardziej katastrofalna z możliwych: jeszcze więcej bomb, jeszcze więcej wojny, jakby to nie zachodnie wojny w regionie wszystko w ogóle spowodowały. I normalizacja permanentnego stanu wyjątkowego (czyli pełzający demontaż demokracji liberalnej) na własnym terytorium. Odpowiedź zachodnich społeczeństw? – wzrost poparcia dla skrajnej prawicy, rasizm, retoryka wojny cywilizacji na nowych sterydach, dalsza marginalizacja lewicy…

***

Polacy naprawdę dali w 2015 czadu. Za życia nie doświadczyłem wielu powodów do dumy z kraju, z którego mam wątpliwe szczęście pochodzić, ale to, co się wydarzyło w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, to było sporo nawet na mój stopień rozczarowania krajem i zamieszkującym je, zdemoralizowanym ćwierćwieczem neoliberalnego prania mózgów, „społeczeństwem”.

Gdy zarzynano Grecję, nie tylko nasze pajace na najwyższych eszelonach politycznych struktur Unii szukały form waloryzacji swojego autorytetu w robieniu dobrze Merkel i Dijsselbloemowi – również polskie społeczeństwo poczuwało się do (ubranej w szmatki „moralnego oburzenia” na żyjących ponad stan śródziemnomorskich leni) solidarności z niemiecką grabieżą bardziej niż z losem upokarzanej i równanej z ziemią Grecji. Jakby samo narcystyczne wyobrażanie sobie nas samych po stronie silniejszego mogło zaczarować rzeczywistość, w której nasze faktyczne położenie w Europie (jako nieinnowacyjnej, podwykonawczej gospodarki konkurującej głównie niskimi kosztami pracy i uzależnionej od obcego kapitału) stawia nas bliżej losu Grecji, niż mamy jaja się przed sobą przyznać.

Gdy Europa nie mogła już dłużej udawać, że kryzysu uchodźczego nie ma i musiała zacząć szukać politycznego rozwiązania (zamiast zostawiać wszystko na barkach kilku krajów, które geograficzny przypadek rzucił na pierwszą linię – Malty, Włoch, Grecji), Polacy wpadli w rasistowski szał, niezależnie od tego, czy ktoś się szczególnie dobijał do polskich bram, czy nie. Wszyscy, którzy żywimy przywiązanie do wartości uniwersalizmu, albo po prostu jesteśmy elementarnie przyzwoitymi ludźmi, przeżyliśmy bolesne chwile, przekonując się, jak doskonałą aplikacją do wykrywania rasistów wśród krewnych, przyjaciół i znajomych okazał się Facebook. Kiedy ostatni raz straciliśmy szacunek do tak wielu od lat znanych nam ludzi w tak krótkim czasie? Oczywiście, nie tylko wyszehradzkie skurwysyny zachowały się w te sytuacji haniebnie. Nie muszę daleko szukać, rząd Wielkiej Brytanii, gdzie od lat żyję, zadeklarował, że na przestrzeni czterech lat przyjmie rocznie tyle osób, ile Niemcy i Szwecja przyjmowały w pewnym momencie dziennie. Ale w Wielkiej Brytanii ludzie organizowali się spontanicznie i masowo, żeby zmusić rząd do przyjęcia wielokrotnie większej liczby uchodźców, i żeby oddolnie zorganizować pomoc dla nich – w Polsce tymczasem ludzie wychodzili na ulice, żeby wyrazić swoją nienawiść do uciekających przed śmiercią ofiar wojny! (dodajmy: wojny wywołanej przez Zachód, przez Polskę jako jego przydupasa też, jeśli pamiętamy, że wicekrólem zdemolowanego Iraku, kolebki Daesz, był kiedyś Marek Belka).

W październiku szambo wybiło do reszty. Jakkolwiek rozumiana, jakkolwiek niedoskonała – jakakolwiek lewica została wymieciona bez śladu z ław parlamentu, czyniąc polski Sejm jedynym całkowicie prawicowym parlamentem w Europie, w którym miejsce zrobiło się za to nawet dla neonazistowskiej skrajnej prawicy i klinicznych przypadków szaleństwa. Niektórzy się cieszą, że Razem przekroczyło prog uprawniający do państwowej subwencji – ale kto nam obieca, że ta sytuacja skończy się na jednej kadencji? Co, jeśli nie? Natychmiast cofnął się w czasie cały dyskurs publiczny. Gdy już zaczynaliśmy mieć nieśmiałą nadzieję, że na horyzoncie polskich debat politycznych zaczynają się pojawiać poważne dyskusje o realnych problemach ekonomicznych, o wizjach rozwoju, o porównaniach alternatywnych rozwiązań dotyczących polityki zatrudnienia czy inwestycji ekonomiczncyh, bezprecedensowe zwycięstwo PiS skasowało wszystkie te nadzieje jednym wielkim przyciskiem delete. Świat się wali, a Polacy znów cofnęli się do infantylnego stadium plemiennego sporu o to, w której wersji prawicowego piekła lepiej dogorywać, w którym na dodatek obydwa plemiona nawzajem traktują się od komunistów. I znów ta stara śpiewka – albo jesteś wyznawcą Prezesa i jego nawiedzonej świty, albo „broniących demokracji” neoliberalnych banksterów, z Balcerowiczem przywróćonego do roli Arcykapłana Neoliberalnego Rozumu. Po innych opcjach ślad zaginął. Jedyne, co tacy „obrońcy demokracji” mają do zaoferowania, to powrót do tego, co było przez ostatnie ćwierć wieku, tak jakby to nie to, co było przez ostanie ćwierć wieku – kształt transformacji ustrojowej opartej na klasowej pogardzie, intensyfikacji wykluczeń i bardzo selektywnej, klasowej wolności – wybiło tym szambem w 2015.

***

Gdzie by nie przesunąć palcem po mapie, trudno o współrzędne dające powody do większego optymizmu. Nawet Chiny najwyraźniej wkraczają w fazę ekonomicznego kryzysu. Nawet one tracą już zdolność częściowego chociaż buforowania ekonomicznej niewydolności globalnego systemu późnego kapitalizmu. Co pełniłoby zupełnie inną rolę, gdyby istniało większe społeczne poczucie, że kapitalizm jest przekarczalny i gdyby powszechniejsza była wiara w jakiś pozytywny (czyli jakoś socjalistyczny) projekt jego przekroczenia.

W różnych punktach Afryki rozlewają się ogniska chaosu. W Japonii konsoliduje się i pogrąża w irracjonalizmie tamtejszy konserwatyzm. Rosja Putina ostatecznie powiedziała basta! prowadzonej od ćwierć wieku przez USA i NATO polityce jej stopniowego „spychania”, a docelowo także (jeśli wierzyć pewnym dokumentom strategicznym, m. in autorstwa Brzezińskiego) doprowadzenia w przewidywalnej przyszłości do jej faktycznej dekompozycji jako funkcjonującego, scentralizowanego państwa. I postanowiła przejąć geopolityczną inicjatywę. Kto wie, jak długą serię wojen zastępczych i wojen o wpływy mamy teraz przed sobą? Indie podążają ścieżką reakcyjnego integryzmu, hinduskiego fundamentalizmu i agresywnego kwestionowania wielokulturowej natury indyjskiego dorobku cywilizacyjnego; w błyskawicznym tempie demontują liberalne zabezpieczenia swojego systemu politycznego i wkrótce „największą demokracją świata” będą już tylko z nazwy i we wspomnieniach.

Erdoğan w Turcji postanowił wykorzystać chaos w regionie – wojny w sąsiednich państwach, Daesz, kryzys uchodźczy, za pomocą którego może wywierać naciski na Europę – jako zespół okoliczności sprzyjających jego marzeniu, by przejść do historii jako ten, który odrodził Turcję jako Imperium, jako ojciec jakiegoś Nowego Imperium Osmańskiego, jeśli trzeba, to na zbiorowej mogile Kurdów. Dynastia saudyjska postanowiła się ratować ucieczką do przodu: podpalić cały region, byle tylko utrzymać się jeszcze kilka lat tronu i swoich kont bankowych. Nawet jeżeli żaden scenariusz, w którym ten chaos w końcu w nią samą nie uderzy, nie jest na dłuższą metę choćby prawdopodobny. Egipt, najludniejszy kraj arabski, jest szczególnie bolesnym przypadkiem załamania się wszystkich nadziei wiązanych przez społeczeństwa Bliskiego Wschodu z Arabską Wiosną, znów w ramionach wojskowej dyktatury i pod wpływem nacisków z kontrolujących linie kredytowe niejednego kraju arabskiego królestw na południowych brzegach Zatoki Perskiej.

Kolejne zwycięstwo Binjamina Netanjahu i jego partii Likud skonsolidowało Izrael jako państwo jawnie już, i z coraz większą determinacją, faszystowskie, tym groźniejsze na skalę międzynarodową, że ekonomicznie uzależnione od wojny jako podstawowego produktu swojej gospodarki i uzbrojone w jakieś trzysta głowic nuklearnych. Zdesperowani Palestyńczycy podnieśli znowu głowy, ale ich osamotniona walka z czwartą potęgą militarną planety i prototypem reakcyjnych reżimów nadchodzącej (niedalekiej) przyszłości, podobnie jak siódma dekada ich cierpienia, znowu zniknęła z radarów światowej opinii publicznej, tym razem przesłonięta wojną w Syrii. Obama wydatkował cały swój polityczny kapitał na nuklearny deal z Iranem – to był wielki sukces, ale jego ceną było to, że nie zostało już tego kapitału, by efektywnie przeciwstawić się w jakiejkolwiek innej sprawie lobby izraelskiemu w Waszyngtonie (a to lobby izraelskie było najważniejszym przeciwnikiem w batalii o Iran Deal). Amerykańska subwencja dla izraelskiej okupacji i cyklicznych inwazji „Państwa Żydowskiego” na sąsiadujące kraje wzrosła więc z trzech do pięciu miliadów dolarów rocznie. Niebawem Amerykanie będą wybierać następcę Obamy – wygląda na to, że między rasistowskim klaunem a zamieszaną w zbrodnie wojenne w Libii, proizraelską jastrzębicą.

O głębokości i „sile wciągania” reakcyjnego bagna, w które jako ludzkość się osuwamy, świadczy to, że postępowy cykl zakończył się nawet w tej części świata, która w ciągu minionych kilkunastu lat pełniła, bez przesady, rolę ostatniego bastionu Oświecenia: w Ameryce Łacińskiej. Prawica po raz pierwszy od stu lat wygrała demokratyczne wybory w Argentynie (wcześniej przejmowała władzę wyłącznie w drodze zamachów stanu) i zaczęła od ofensywy na media publiczne, by zabezpieczyć się przed krytyką, gdy przystąpi do demontażu socjalnych zdobyczy kirchnerismo. Lata ekonomicznego sabotażu stosowanego przez wielką wenezuelską burżuazję w kompradorskim sojuszu z Amerykanami wymęczyły tamtejsze społeczeństwo tak, że doprowadziły do utraty (we wzorowo przeporwadzonych wyborach) władzy przez obóz chavista – nowa, prawicowa władza nie ukrywa, że jej zamiarem jest demontaż zdobyczy socjalnych i odwrócenie postępu społecznego dokonanego w zakończonej właśnie epoce bolivarianismo. Stopniowy dryf brazylijskiej Partido dos Trabalhadores w stronę bezideowego technokratyzmu, za rządów Dilmy Rousseff coraz bardziej uległej wobec żądań wielkiego kapitału, znacząco zmniejszył społeczne poparcie dla PT i podniósł poziom społecznych frustracji, na czym swoje ugrać postanowiła prawica, dążąc do impeachmentu presidenty największego państwa Ameryki Łacińskiej (pomimo iż źródłem niezadowolenia jest niewystaczająco lewicowa polityka rządu PT, a nie prawoskręt nastrojów społecznych).

***

Pośród tego ponurego pejzażu niewiele da się znaleźć sygnałów optymistycznych, pozytywnych. Wyspowe eksperymenty z bezwarunkowym dochodem podstawowym (miasta w Holandii, Finlandia) mogą się kiedyś okazać pierwszymi jaskółkami konstruktywnych projektów wyjścia poza horyzont kapitalizmu, ale dopiero w trudnej do przewidzenia przyszłości. By to było w ogóle do pomyślenia, najpierw musimy jednak wyjść z ciemnej nocy, w jaką się osunęliśmy i, póki co, osuwamy coraz głębiej. Prawdziwym powiewem świeżego powietrza było zwycięstwo Jeremy’ego Corbyna w wyborach na przewodniczącego brytyjskiej Partii Pracy. Jak powiedział Tariq Ali, Corbyn jest najbardziej lewicowym przywódcą, jakiego kiedykolwiek miała Labour Party. Być może trzeba żyć w Wielkiej Brytanii, żeby sobie naprawdę zdawać sprawę, jak wielka zmiana zaszła w tutejszej polityce w ciągu ostatnich miesięcy. Jego zwycięstwo sprawiło, że do Labour w kilka tygodni zapisało się kilkadziesiąt tysięcy nowych członków oraz członków, którzy przed laty odeszli z partii rozczarowani degrengoladą epoki blairyzmu. Do mainstreamu brytyjskiej polityki powróciły kwestie do niedawna stamtąd wygnane, zamiast „ile jeszcze austerity?” zaczęliśmy rozmawiać „dlaczego, po co i czy w ogóle jakiejkolwiek jeszcze austerity?”. Polityka stała się na powrót przestrzenią prawdziwego sporu. Z dnia na dzień polityka stała się w Wielkiej Brytanii porywająca, znów stała się piękna. Znów stała się tym samym, co miłość: „procedurą prawdy”. Jeżeli Labour pod przywództwem Corbyna udałoby się za kilka lat dojść do władzy, byłby to przełom polityczny na skalę Europy. W przeciwieństwie do Grecji, Portugalii czy nawet Hiszpanii, Wielka Brytania jest jedną z kluczowych gospodarek nie tylko Unii Europejskiej; nie tylko nie jest w podobny sposób zależna od obcego kapitału, ale też jest kapitału jednym z głównych eksporterów; posiada suwerenną kontrolę nad własną, cieszącą się międzynarodową wiarygodnością walutą, co daje jej ogromne pole manewru w zakresie polityki gospodarczej. W Wielkiej Brytanii to się może udać – złamanie lewicowego rządu tutaj nie będzie takie łatwe jak w Grecji. Ale Corbyn ma potężnych, wyjątkowo zmobilizowanych wrogów – wśród wyhodowanych w latach blairystowskiej demoralizacji wpływowych posłów własnej partii i po stronie wielkiego kapitału medialnego, który przypuścił na niego bezprecedensowy atak. Który to atak był jednym z czynników mobilizujących te dziesiątki tysięcy ludzi zapisujących się do Labour (wśród nich piszący te słowa), żeby dostarczyć Corbynowi wystarczającego poparcia w partyjnych szeregach, by przetrwał ewentualne próby wewnątrzpartyjnego „zamachu stanu”.

***

2015 był najgorszym jak dotąd rokiem XXI wieku. Nie oszukujmy się jednak: wkraczamy właśnie w rok 2016, który może być tylko gorszy.

Nie uda się ugasić żadnego z pożarów, które zapłonęły w 2015. Pojawią się nowe ogniska zapalne. Globalny system kapitalistyczny będzie trzeszczał w coraz to nowych miejscach. I nie będzie to nawet rok przełomowy. Na przełom, moment, w którym tendencje zaczną się w końcu odwracać, będziemy czekać dłużej, być może bardzo długo. Nie wiemy, za jaką cenę. Ostatnim razem tak głęboki strukturalny kryzys akumulacji kapitału na skalę planety przełamał dopiero spektakl destrukcji już istniejącego kapitału w postaci II wojny światowej. Stawki są jeszcze poważniejsze niż wtedy, wręcz ostateczne. Znów pod znakiem zapytania znajdują się wszystkie emancypacyjne obietnice Oświecenia i warunki możliwości dalszej o nie walki, ale tym razem do kompletu z nimi zagrożone są już nawet ekologiczne warunki naszego przetrwania jako gatunku – odliczamy już waściwie dni do momentu, w którym zniszczenia wywołane przez kapitalistyczną eksploatację planety przekroczą próg nieodwracalności, „niezatrzymywalności” i zapoczątkują proces ziorowego samobójstwa ludzkości. Wkroczyliśmy w długą, ciemną noc. Długą, ciemną noc, której nie możemy przespać. Każdy, kto pozwala sobie dzisiaj na „nieinteresowanie się polityką”, bierze na siebie odpowiedzialność za nadchodzące katastrofy, za piekło, w jakim będą żyły jego dzieci i wnuki, oraz – let’s face it – za nadchodzącą ekologiczną zagładę ludzkości.

Jarosław Pietrzak

Polub mnie na Facebooku, obserwuj mnie na Twitterze

Reklamy

Nie jesteś rasistą, ale

Jedna ze spraw, które mnie od dawna na swój sposób fascynują.

Ci wszyscy ludzie, którzy w historycznych momentach wielkich politycznych walk i przełomów stawali po „złej stronie historii” – czy w chwilach jakiegoś otrzeźwienia docierało do nich czasem, że wcale nie kierują nimi żadne przekonania godne tego szumnego słowa, a partykularny, egoistyczny interes obrony jakiegoś przywileju (klasowego, rasowego, etnicznego, do tego nierzadko fałszywie pojętego)? Czy w takich chwilach nigdy nie przejmował ich lęk przed Wielkim Innym Historii? Że nawet jeśli siły, których postanowili być przydupasami, na jakiś czas wygrają i przywilej zostanie (przy udziale ich wsparcia) obroniony (do czasu kolejnego starcia) – to że kiedyś spojrzą na nich ich dzieci, lub wnuki. I że za sprawą dystansu, jaki daje czas i Historia, te dzieci czy wnuki, nawet jeżeli wychowały się w obronionym w ten sposób przywileju, mogą bez większego trudu odpartykularyzować stawki walk z przeszłości i ujrzeć je w stanie czystym, jako polityczną i etyczną Sprawę.

Kiedy młodzi ludzie oglądają filmy lub programy telewizyjne, bądź czytają książki o wielkich przełomach jeszcze niezbyt dawnej przeszłości, spoglądają w końcu na swoich rodziców lub dziadków w naturalnym oczekiwaniu, że oni, kiedy Historia postawiła ich przed ich wyborem, okazali się jednymi ze szlachetnych. Że byli jednymi z tych, którzy pomogli kopenhaskim Żydom uciec przez Sund do Szwecji. Jednymi z tych, którzy usiłowali powstrzymać pogrom kielecki, obalać absurdalne plotki o dzieciach w piwnicy w budynku bez piwnicy. Jednymi z tych, którzy maszerowali z ruchem praw obywatelskich, pomimo iż sami byli biali. Jednymi z tych, którzy opowiadali się za Równością, gdy i gdzie groziła za nią kula w łeb na stadionie, wyrzucenie żywcem z samolotu lecącego nad La Platą, lub wyjazd na nieodwracalne w skutkach wakacje. Jednymi z tych, którzy niezmordowanie kłócili się z każdym, kto nazywał Mandelę terrorystą, a może nawet dali kiedyś schronienie jego towarzyszom walki, pomimo iż, znów, sami byli biali.

Ktoś jednak zabijał Żydów w Jedwabnem i Kielcach, ktoś szmalcował, ktoś tylko się przychylnie przyglądał, albo się uśmiechnął, że „problem” wreszcie się rozwiązał. Ktoś do ostatniej godziny bronił praw Jima Crowa. Ktoś się ucieszył, gdy oblężony w pałacu prezydenckim Allende musiał strzelić sobie w głowę. Ktoś wyrzucał kogoś z samolotu do La Platy, ktoś później sprawiał, że znikały po wyrzuconych ślady. Ktoś nazywał Mandelę terrorystą do ostatniej godziny apartheidu. Jakie to musi być uczucie, kiedy dziecko czy wnuk dowiaduje się o tobie czegoś takiego (gdy spodziewało się czegoś wręcz przeciwnego)? Co można wtedy zrobić? Kłamać? Jak długo skutecznie? Tłumaczyć się? Czy wyrazić wstyd? Jak to jest okazać się dla dziecka czy wnuka twarzą tego, co było złe w historii?

W roku 2015 europejski kryzys uchodźczy – połączenie wielkich fal migracji z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu – osiągnął takie rozmiary, że nie ma już wątpliwości, że przejdzie do historii jako jedno z jej wielkich wydarzeń. Pokolenia naszych dzieci i wnuków będą o nim czytać ksiażki i oglądać filmy. Osiągnął takie rozmiary, że to, w jaki sposób Europa go rozwiąże, wywrze kolosalny, jeżeli nie decydujący, wpływ na jej przyszły kształt, w sposób wybiegający daleko poza samą kwestię tych uchodźców i migrantów. Europa rozwinie projekt własnej Twierdzy, rozmnoży zasieki i okopy – wokół, ale i wewnątrz siebie, reanimując narodowe i etniczne antagonizmy, resentymenty i walkę wszystkich ze wszystkimi w rozgrzanym kotle partykularyzmów. Albo obudzi się z amoku i przypomni sobie jedyne, co naprawdę czyni wartym obrony jej dziedzictwo: ideę uniwersalnej i solidarnej wspólnoty wszystkich ludzi, w której nie ma ani Żyda, ani Greka, bo wszyscy są Tym Samym.

Pokolenia naszych dzieci i wnuków będą żyły w jednej z tych dwóch Europ: tej, która przyjęła uchodźców i obroniła swoją największą, centralną ideę (przyjmując jednocześnie swoją historyczną odpowiedzialność za chaos na Bliskim Wschodzie), albo tej, która w obronie czegoś niewartego obrony wykopała więcej fos, postawiła więcej zasieków i obozów, i stała się koszmarem dla wszystkich, strasznym miejscem, w którym każdy tylko broni swego, a silni dobijają słabych (jak niedawno Grecję). Nasze dzieci i wnuki będą czytać książki i oglądać filmy o tym, co się teraz dzieje w Europie jako genealogię ich Europy, tej Europy, w której będą żyły. Będzie to opowieść o tym, jak Europa odrodziła się jako projekt uniwersalistyczny, albo o tym, jak stała się piekłem.

 

islam (10)

 

Ty, który „nie jesteś rasistą, ale…” (jeżeli zamiast stanowczej kropki wyskakuje ci tu „ale”, to jesteś rasistą) –

Ty, który „przecież nie krytykujesz rasy tylko religię i kulturę” (tak jakby rasizm kiedykolwiek wyrażał się „krytykowaniem rasy”) –

Ty, który „po prostu się boisz”, „żywisz uzasadnione obawy” (przez pięćset lat swojego istnienia, rasizm właśnie tak się najczęściej wyrażał) –

Domorosły logistyku akcji humanitarnych, ty od „powinniśmy pomagać na miejscu, tam dostarczać pomoc humanitarną, a nie przyjmować wszystkich do Europy” (jakieś przykłady udanych i skutcznych długofalowo akcji pomocy humanitarnej na terenach objętych bombardowaniami? no i co z tymi, którzy już dotarli do Europy, odwieźć ich z powrotem?) –

Arabisto za trzy grosze, który nie czytałeś ani jednej książki arabskiego autora, nie miałeś nigdy arabskich znajomych, nie widziałeś ani jednego egipskiego, palestyńskiego czy libańskiego filmu, ale tyle „wiesz” o Arabach, tyle „wiesz” o islamie, tyle „wiesz” o Syryjczykach, bo przecież w Afganistanie są talibowie –

Etyczny dociekaczu od siedmiu boleści – ty od zafrasowanych pytań, czy aby ci, którzy naprawdę zasługiwali w Syrii na pomoc, nie zginęli już? czy aby fakt, że ktoś dotarł do Europy, nie oznacza, że wcale nie był najbardziej potrzebujący, najbardziej niewinny? na pewno miał pieniądze, ba!, może nawet przetrwał tych kilka lat w Syrii, wykupując lub wysługując się którejś ze stron (jeżeli nie rozumiesz, jak obrzydliwy jest taki tok rozumowania, przeprowadź inny eksperyment myślowy: pod uchodźców podstaw Żydów w okupowanej przez nazistów Europie) –

Samozwańczy geopolityku od międzynarodowego podziału odpowiedzialności humanitarnej, ty od wskazywania, kto zamiast Polski powinien się zająć uchodźcami (zapomniałeś już, że w Iraku, z którego gruzów powstało Państwo Islamskie, Polska była członkiem koalicji jankeskich dupowłazów?) –

Niespełniony filologu, który uważasz, że najpierw trzeba przeprowadzić setki godzin dyskusji o pojęciach, bo przecież lepiej pozwolić tysiącu uchodźcom utonąć, niż wpuścić do Europy jednego „winnego” migracji ekonomicznej –

Niedojebany obrońco polskiej kultury, który nie kupiłeś w zeszłym roku żadnej książki; w poprzednim też zresztą nie –

Niewydarzony obrońco polskich / europejskich / chrześcijańskich / białych kobiet, którego jakoś nie było na ulicach, gdy polski parlament dopiero co rozważał kolejny atak na prawa obywatelek RP, ani gdy taki atak przeprowadził właśnie Trybunał Konstytucyjny; którego może nawet bawią żarty kolegi, o tym, jak uderzył swoją żonę, bo pyskowała, albo uśmiechała się do innego –

Nagle przebudzony obrońco gejów przed szariatem, który tak poza tym nigdy nie miałeś wątpliwości, że przesada, że roszczenia, przywileje, że wszystko powinno zostać w sypialni, po co z tym na ulice, i czego oni jeszcze chcą (a może nawet miałeś nieraz ochotę spuścić łomot temu pedałowi z bloku obok, bo jego przegięcia ścierpieć nie możesz) –

Zawiedziony patrioto, który nie możesz przeboleć, że oni wcale nie chcą do Polski, że chcą tędy tylko tranzytu do Niemiec albo Szwecji (kto przy zdrowych zmysłach mógłby im się dziwić? Bulanda nie tylko jest tak chujowym miejscem do życia, że połowa mojego pokolenia zdecydowała się rzucić ją w trzy dupy i nigdy tam nie wracać, Bulanda jest także znana na świecie z tego, jak potraktowała uchodźców z Czeczenii; i dlaczego w takim razie boisz się ich na tę chwilę wpuścić?) –

Ty, który – jak ja – wyjechałeś z Bulandy za chlebem, a tyle rozkoszy znajdujesz w „demaskowaniu” ekonomicznych motywacji uchodźców –

Zatroskany kulturalisto, który boisz się nieodwracalnych przemian, jakie kilka czy kilkadziesiąt tysięcy osób obcego pochodzenia wywoła w kulturze prawie czterdziestomilionowego kraju (nie mam wątpliwości, że współczesna polska kultura, skazana na takich jej nosicieli jak ty, jest rzeczywiście w znacznej mierze „o dupę roztrzaś”, ale nawet ja nie mam o niej aż tak złego zdania, żeby posądzać ją o niezdolność przetrwania kilkupromilowego influksu świeżej krwi; a nie mówiłeś dopiero co, że oni wcale nie chcą w Polsce zostać?) –

Obrońco świeckości z Bożej łaski, do którego nie dociera, że ci ludzie uciekają m. in.  przed piekłem budowanym na ziemi przez religijnych fundamentalistów; który może nawet krzywiłeś się dotąd na brak umiaru „nawiedzonych antyklerykałów” na własnym podwórku (wiesz, że przed wybuchem wojny Syria, w której wielu z nich się wychowało, była państwem bardziej świeckim niż jest dziś Polska?) –

Ty, którego nie obchodzi, co by było, gdyby tobie albo twoim bliskim, tonącym w dziurawej szalupie, kazano zdawać testy światopoglądowej fajności, i udowadniać, że nie jesteście wielbłądami; przecież was to nie spotka, w Europie nikt przed wojną uciekać musiał nie będzie! (wiesz, że jeszcze w 1913 większość ludzi w Europie sądziła tak samo, w 1938 zresztą też?) –

Nagle strapiony problematyką ekonomicznej redystrybucji, który pytasz, jak nas stać na pomoc obcym, skoro brakuje dla najbiedniejszych Polaków, eksmitowanych z mieszkań, niedożywionych dzieci, bezrobotnych bez prawa do zasiłku (ale wcześniej zawsze się śmiałeś z tych, którzy chcą „ustawą znieść ubóstwo”) –

Ty, który już masz dosyć lekceważenia przez lewicowych fantastów „realnej problematyki społecznej integracji” (wiesz, że największe włoskie miasto na świecie – nie Rzym, São Paulo – jest jednocześnie największym arabskim miastem poza Bliskim Wschodem, i największym hiszpańskim poza Hiszpanią, i japońskim poza Japonią? – i co się stało? – nic się nie stało, oprócz tego, że São Paulo jest dziś jedną z kulinarnych stolic świata; „problemy z integracją” zależą przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, od społeczeństwa przyjmującego, od społeczeństwa gospodarzy) –

Niestrudzony przeklejaczu internetowego ścierwa, który „po prostu chcesz poznać obydwie strony medalu” i „argumenty obydwu stron” (inspirowane tymi „argumentami” dzieci już biją w szkołach swoich ciemniejszej skóry kolegów) –

Ostatni stoiku, który tak dobrze wiesz, że to przecież tylko memy i komentarze na internetowym śmietniku, że ktoś je tworzy, kopiuje, powtarza, nie ze złej woli, ale z niewiedzy, nieporozumienia, no i nie można poważnie traktować czegoś tak niepoważnego, jak internetowy hejt (słyszałeś kiedyś, od czego zaczął się pogrom kielecki? – od gówniarza, który wyssał z palca, że Żydzi przetrzymywali go w piwnicy, żeby nie dostać batów za ucieczkę z domu) –

Ostojo zdrowego rozsądku, który przecież wiesz, że prawda, jak zawsze, leży gdzieś pośrodku (w Kielcach pewnie też leżała pośrodku – może nie w piwnicy, skoro nie było tam piwnicy, może nie dzieci a kurę, i nie na macę, a na rosół, ale coś Żydzi na pewno mieli za uszami, tak?) –

Ty, który tylko „szczerze się niepokoisz” o samych imigrantów, że staną się przedmiotem narastającego rasizmu przyjmujących społeczeństw; który nie chcesz ich tu „dla ich własnego bezpieczeństwa” (bo jeśli Jasiu bije dziewczynki, to trzeba trzymać dziewczynki z dala od Jasia, a nie oduczyć Jasia bić dziewczynki?) –

Ty, który siedząc sobie bezpiecznie za klawiaturą swojego komputera, przyznajesz sobie prawo wygłaszać sądy o odwadze i tchórzostwie ludzi stojących w obliczu trwającej już kilka lat wojny (która ze względu na zaangażowanie po każdej stronie jakiegoś zewnętrznego mocarstwa może się tak jałowo ciągnąć w nieskończoność, wobec czego jej rozstrzygnięcie znajduje się zupełnie poza porządkiem heroizmu jednostek) –

 

islam (8)

 

– Kiedy twoje dziecko (lub wnuk) spojrzy na ciebie za lat dziesięć, piętnaście (czy trzydzieści), znad kart książki lub sprzed ekranu, z których poznawać będzie historie ludzi, którzy w 2015 roku szukali ratunku w tak chętnie powołującej się na prawa człowieka Europie, będzie ciekawe, gdzie byłeś lub byłaś, gdy decydowało się wtedy przyszłe oblicze kontynentu? Może byłeś lub byłaś wśród tych, którzy wsiadali we własne samochody, by zbierać pomiatanych przez węgierską policję i wojsko nieszczęśników i przewozić ich ze zdemoralizowanego Dzikiego Wschodu Europy do cywilizacji? Może wśród tych, którzy przynosili im wieczorami chleb, owoce i coś ciepłego? Może wśród tych, którzy naciskali na władze własnego miasta czy gminy, by przyjęły kilka rodzin? Może wśród tych, którzy publicznie zabierali głos? Może wśrod tych, którzy brali udział w zbiórkach? Po lepszej stronie Historii, mówiąc krótko? Jak powiesz swojemu dziecku lub wnukowi, że niezupełnie, że właściwie to byłeś lub byłaś pośród tych, którzy szczuli, szerowali rasistowskie memy i podniecali się ekspertyzami blogerów znikąd, którzy znaleźli dwa arabskie słowa na Wikipedii i wielce się odtąd znali na islamie? Może nawet jednym z tych, którzy brali udział w aktywnych protestach przeciwko przyjmowaniu potrzebujących? Tych, którzy mówili, że inwazja, że bydło, że barbarzyńcy, że innowiercy, że tchórze, że kozojebcy. Tych, którzy otwarcie lub skrycie pragnęli ich zniknięcia z powierzchni Ziemi – czyli ich śmierci.

Jak powiesz swojemu dziecku i wnukom, że w 2015 byłeś jednym ze skurwieli?

islam (9)

(zdjęcia przedstawiają obiekty z kolekcji sztuki arabskiej i islamskiej w zbiorach Muzeum Brytyjskiego)