Znaczenie Ekwadoru

14 października prezydent Ekwadoru Lenin Moreno został zmuszony anulować pakiet antyspołecznych reform, znany jako dekret nr. 883. Od równikowej republiki, w zamian za 4,2 mld dolarów kredytu, oczekiwał ich Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Pakiet miał obejmować środki rozciągające się od liberalizacji prawa pracy po likwidację dopłat do paliwa, których skutkiem byłby ponad dwukrotny wzrost cen benzyny.

To ostatnie uderzyłoby ostatecznie w ceny wszystkiego innego, ale było szczególnie dotkliwe dla mieszkańców wsi i mniejszych miast. Jak większość Ameryki Południowej, Ekwador posiada jedynie szczątkowy transport kolejowy i ma niewielką gęstość zaludnienia (nie tak wiele mniejszy od Polski, ma jedynie 17 mln mieszkańców). Ekwadorczycy na prowincji są więc uzależnieni od samochodów, żeby dotrzeć do pracy czy na targ w mieście, w którym sprzedają swoje produkty rolne. Anulowanie reform wymusiły trwające 11 dni protesty, opisywane jako największe na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Pomimo równie bezprecedensowej reakcji aparatu represji (z wprowadzeniem stanu wyjątkowego włącznie), protestujący nie odpuszczali i sparaliżowali słynącą ze swojej barokowej architektury stolicę kraju Quito do tego stopnia, że rząd uciekł przed protestującymi do oddalonego o ponad 400 km Guayaquil, największego miasta w kraju. Głównym aktorem protestów była federacja amerindiańskich organizacji Ekwadoru, CONAIE.

Pierwsza lekcja, jaką my – lewica – musimy wyciągnąć z ekwadorskich protestów, jest taka, że być może nie mamy innego wyjścia: stawić czoła coraz brutalniejszej przemocy ze strony sił kapitału i sprzymierzonego z nimi państwa możemy czasem już tylko pod warunkiem gotowości do tego, by nań odpowiedzieć naszą kolektywną przemocą. Państwo na własną przemoc w obronie neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału gotowe jest nie tylko na egzotycznych rubieżach kapitalistycznego systemu-świata, ale – jak ulice Barcelony pokazują znowu, a Paryża i innych miast Francji niezmiennie co tydzień – także w starej dobrej Europie. Albo będziemy gotowi, kiedy trzeba, wyrywać kostkę brukową i wybijać szyby, albo możemy się już teraz pochować po kątach, podczas gdy kapitał odbiera nam resztki z tego, co jeszcze mamy.

Czego jeszcze uczy nas dzisiaj Ekwador?

Ecuador znaczy Równik

Te same amerindiańskie organizacje zmusiły swoimi protestami do rezygnacji trzech prezydentów (w 1997, 2000 i 2005). Tempo tej rotacji zatrzymało się dopiero, gdy wybory prezydenckie w 2006 roku wygrał Rafael Correa, były minister finansów, który już w tamtej roli zaznaczył się sprzeciwem wobec forsowanej przez USA umowy o wolnym handlu.

Jak wiemy dzięki WikiLeaks, ambasador Stanów Zjednoczonych w Quito Linda Jewell brała udział w podminowywaniu Correi już w czasie kampanii przed tamtymi historycznymi wyborami. Kiedy Correa wybory wygrał i w styczniu 2007 objął urząd prezydenta, stał się dla Waszyngtonu wrogiem numer 3 na kontynencie (po Hugo Chavezie w Wenezueli i Evo Moralesie w Boliwii). Ambasador Jewell, jeszcze zanim Correa wprowadził się do pałacu prezydenckiego, słała do Departamentu Stanu depesze, że w najbliższym czasie nie będzie szans na harmonijną współpracę handlową. Później spotykała się z przedstawicielami ekwadorskiego biznesu, by z nimi spiskować celem wykolejenia administracji Correi, a do Waszyngtonu pisywała o „trwającym okresie politycznego konfliktu i niestabilności”. Tymczasem Correa pozostał u steru państwa na trzy kadencje, przewodząc względnie najbardziej stabilnemu okresowi w najnowszej historii politycznej Ekwadoru. „Polityczna niestabilność” to w slangu amerykańskich dyplomatów po prostu „rząd, którego nie lubimy”.

Nic się nie poprawiło, kiedy do Białego Domu w styczniu 2009, na miejsce George’a Busha Młodszego, wprowadził się najpiękniejszy z amerykańskich prezydentów. Nie minęły dwa miesiące, a Correa wydalił z kraju amerykańskiego dyplomatę – pod zarzutami, że w rzeczywistości jest agentem CIA. Mark Sullivan miał nawet skonfiskować komputery, na których znajdowały się ważne dla bezpieczeństwa Ekwadoru informacje. W tym samym roku Correa wyprosił Amerykanów z bazy wojskowej Manta. W 2011 Correa wydalił także ambasador przysłaną do Quito już przez administrację Obamy, Heather Hodges. A w 2012 w Londynie pewien mężczyzna, który bał się o swoje życie, zadzwonił do drzwi ambasady równikowej republiki, by poprosić o azyl polityczny. Julian Assange, człowiek, który pokazał światu brudne sekrety Imperium Dolara. Correa miał odwagę i wystarczająco mocny kręgosłup moralny, by mu ten azyl przyznać. Nie miał innego wyjścia, jak trzymać Assange’a w eksterytorialnej ambasadzie, gdyż poza jej progiem Australijczykowi groziło natychmiastowe aresztowanie przez Brytyjczyków.

Bilans rządów Correi

Ten poziom napięć między Quito a Waszyngtonem był możliwy, pomimo iż Correa był przywódcą mniej „radykalnym” niż Chávez czy Morales. Wystarczyło, że zadeklarował swój akces do chavezowskiego projektu „socjalizmu XXI wieku”, podkreślał suwerenność swojego kraju i jego prawo do decydowania o własnym losie, własnym terytorium i własnej gospodarce. Odmawiał podpisywania na ślepo każdego traktatu o „wolnym” handlu podsuwanego przez Waszyngton, zamiast tego wybierając zbliżenie w wymianie z krajami własnego kontynentu, zwłaszcza z rządami „różowej fali”.

Correa ani nie przeprowadzał wywłaszczeń (jedynie groził nimi zagranicznym korporacjom naftowym i wydobywczym, jeśli nie będą się stosowały do wytycznych rządu), ani nie wypędzał oligarchów, ani nie wyrzucał z kraju amerykańskich korporacji, ani nie odmawiał im prawa do prowadzenia interesów (jedynie faworyzował inwestycje z Chin), ani nie podważył stosunków własności. Próbował jedynie opanować proces koncentracji bogactwa w rękach nielicznych, np. podnosząc na najwyższych pułapach majątkowych podatki od spadku i sprzedaży nieruchomości. Inwestował w elementarne nadganianie wieloletnich zaniedbań infrastrukturalnych, kierował środki na subsydia i edukację, podnosił płace i zasiłki. Nie zdołał nawet naruszyć peryferyjnego modelu gospodarki opartego głównie na eksploatacji surowców kraju na potrzeby rynków światowych, z czego największe zyski nader często czerpał nadal kapitał ponadnarodowy.

To ostatnie zresztą stanowiło przyczynę, dla której Indianie z CONAIE stawiali się i jemu, choć za sprawą innych aspektów jego polityki nie aż tak, żeby go – jak jego poprzedników – obalić. Udostępnianie surowców do eksploatacji stawało raz po raz w konflikcie z prawami i roszczeniami ekwadorskich Indian. Administracja Correi wielokrotnie nad ich prawami stawiała zyski z eksploatacji surowców, zwłaszcza ropy naftowej. Dlatego zresztą dzisiaj przedstawiciele CONAIE wpadają w furię, gdy słyszą, że ich protesty finansowane są przez rzekomy spisek zwolenników Correi z rządem Nicolasa Maduro w Wenezueli.

Warto tu jednak zauważyć, że kiedy Indianie z CONAIE współprowadzili największe protesty przeciwko Correi (w 2015), to dali się wmanipulować w demonstracje de facto wykreowane przez oligarchów przerażonych podnoszonymi podatkami od spadków i niektórych dochodów kapitałowych. Correi natomiast trzeba przyznać, że choć wielu rzeczy zmienić mu się nie udało, to przecież przejął on państwo pozbawione suwerennej kontroli nad swoją walutą (gospodarkę zdolaryzowały poprzednie, neoliberalne rządy). A mimo to potrafił zagwarantować nie tylko wzrost gospodarczy – na średnim poziomie powyżej 4% rocznie – ale także taką jego dystrybucję, żeby ów wzrost trafiał do dołów społecznych. W ostatnich latach jego prezydentury Ekwador miał najwyższą płacę minimalną w całym regionie Andów. Jeśli chodzi o pułapkę uzależnienia od dochodów z surowców takich jak ropa naftowa, to – jak to ujął jeden z jego ministrów chcąc się poruszać w ramach formalnych liberalnej demokracji i odziedziczywszy peryferyjną strukturę gospodarki, Correa miał do wyboru rozwój przez eksploatację surowców lub (na podobieństwo niektórych krajów azjatyckich) przez intensywną eksploatację taniej siły roboczej, a tego ostatniego właśnie chciał uniknąć. A prawa Indian i przyrody zapisał w nowej konstytucji Ekwadoru.

Lekcje Ekwadoru

Co Ekwador znaczy dla nas dziś?

Może na przykład to, że wszystko się (dziś) ze wszystkim łączy. Nie ma spraw bez znaczenia, na pewno nie dlatego, że są daleko. Linie frontu przekraczają granice państw, morza, oceany. Czasem biegną gdzieś podskórnie, długo się nie ujawniają, by w różnych częściach świata wybijać się nagle na powierzchnię i eksplodować spiętrzeniem napięć. Sprawy łączą się czasem w zaskakujący sposób, ale w spójne wzory. Quito, Curitiba, Santiago, Paryż, Barcelona, Warszawa – wspólna sprawa.

Weźmy tego Assange’a, jak pryzmat, w którym tyle linii się zbiegło; jak symbol, który pojawia się uparcie w tylu kontekstach. Sprzysięgło się przeciwko niemu całe anglosaskie imperium – Stany Zjednoczone i Wielka Brytania przez lata kontynuowały oblężenie, by schwytać jednego małego człowieka, aparaty kilku innych państw wciągając do udziału w tym przedsięwzięciu. Australia im po prostu pozwoliła, jakby zapomniała, że Assange jest jej obywatelem. Na moralnej wysokości zadania stanęła za to mała, egzotyczna, równikowa republika „różowej fali”. Quito stało bohatersko na swojej pryncypialnej pozycji – tak długo, jak długo wyprostowane stały inne „różowe” latynoskie republiki; tak długo, jak ochronny parasol nad nimi rozpościerał potężny sąsiad, regionalny Olbrzym, Brazylia. Kiedy sterowany z USA parlamentarny zamach stanu usunął tam centrolewicową presidentę, a potem wsadził do więzienia Lulę, najpopularniejszego polityka w kraju, wszystko się posypało, nie tylko w Brazylii. Assange poparciem darzył antyneoliberalną rewoltę Katalończyków. Hiszpańska korporacja szpiegowała go więc dla Amerykanów w ambasadzie Ekwadoru w Londynie, kiedy Correę na stanowisku prezydenta zastąpił Lenín Moreno. Kiedy zdrajca Moreno zaczął ścigać swojego byłego szefa, Correę (który w międzyczasie wyniósł się do Belgii), sfingowanymi zarzutami (na początek o korupcję, potem o porwanie!), to postępował śladem wytyczonym już w Brazylii, metodą sprawdzoną na Luli. Zdrajca Moreno natychmiast usadowił się na klarownej pozycji: sprzedał Assange’a, ponownie zaprosił US Army na terytorium Ekwadoru, poparł też „przywódcę demokratycznej opozycji” Juana Guaidó w Wenezueli…

Może znaczyć na przykład to, że dług będzie nam zawsze przedstawiany jak suchy, obiektywny fakt ekonomiczny, techniczna oczywistość, z którą się nie dyskutuje. Że będzie nam także przedstawiany jako fakt z porządku moralności, zobowiązanie etyczne – trzeba go spłacać, za karę za życie wcześniej ponad stan. A jednak zawsze jest on kategorią przede wszystkim polityczną, definiowaną i narzucaną przez porządek władzy i przez aktualny układ sił. Prezydent Moreno powołał się na „kryzys zadłużenia”, który jakoby odziedziczył po administracji Correi, by uzasadnić, że nie ma wyjścia, jak prosić o ten kredyt z MFW. Żeby go dostać, sprzedał Anglosasom Assange’a i złamał ekwadorską konstytucję, nie czyniąc kredytu przedmiotem debaty i głosowania w parlamencie. Główne światowe media powtarzają mantrę o „kryzysie zadłużenia”, jakby był on po prostu faktem, jest on jednak faktem tylko dlatego, że tak powiedzieli ci, którzy mają władzę nad tym, co przedstawione nam zostanie jako fakty. W rzeczywistości zadłużenie przejęte przez Moreno po Correi wynosiło tylko w okolicach 40% PKB, połowa średniej w Unii Europejskiej. Ekwadorskie finanse publiczne, jeśli spoglądać z punktu widzenia zadłużenia, miały się tak, że Londyn, Paryż, Waszyngton czy Rzym jeszcze długo będą mogły o takim stanie tylko marzyć. Administracja Moreno natomiast, odkąd zaczęła „walczyć z zadłużeniem” metodą na zaciskanie pasa, zdążyła je już podwoić (w niecałe dwa i pół roku; Correa był u władzy przez ponad dekadę).

Może znaczyć na przykład to, że nawet umiarkowane działanie z poszanowaniem procedur liberalnej demokracji nie chroni dzisiaj przed gniewem globalnego kapitału i głównego wykonawcy jego woli, Imperium Dolara. Nawet reformizm nie uchroni przed oskarżeniami o „czerwony radykalizm”, nie uchroni przed odwetem, najwyżej odsuniętym trochę w czasie. Wszystko jedno, czy w Białym Domu zasiadał będzie jeden z Bushów, Obama czy Trump. Kapitał jest dzisiaj w stanie takiego szału, że nawet rozsądny reformizm potraktuje jak rzuconą rękawicę i jeśli będzie zmuszony przez jakiś czas go tolerować, to tylko po to, by w międzyczasie skonsolidować siły i zemścić się z nawiązką. Może wykonać prawicowy zamach stanu (nawet przy użyciu lokalnego parlamentu, jak w Brazylii), ale może też przechwycić naszych własnych do niedawna towarzyszy.

Lenín Moreno był wiceprezydentem w administracji Correi, do wyborów startował z jego namaszczeniem i miał kontynuować dziedzictwo jego „obywatelskiej rewolucji”. Natychmiast po przejęciu władzy przeszedł na stronę Waszyngtonu i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w polityce wewnętrznej i międzynarodowej. Jak dokładnie to się stało – czy Moreno od początku był koniem trojańskim, czy został przez Amerykanów przekupiony, a może zastraszony? – na szczegółową wiedzę na ten temat musimy chyba jeszcze poczekać.

Może znaczyć również to, że to właśnie radykałowie są dziś jedynymi realistami, a „rozsądni” czy „umiarkowani” reformiści najbardziej niepoważnymi romantykami. Że umiarkowany, rozsądny reformizm, metoda drobnych zmian na lepsze z poszanowaniem większości burżuazyjnych reguł, daje może w krótkiej perspektywie legitymizację w oczach „wspólnoty międzynarodowej” – ale legitymizacja ta nader często okazuje się krótkotrwała, bo oskarżenia o „autorytaryzm” i tak uderzą przy pierwszej podwyżce podatków dla najbogatszych. Ale przede wszystkim: metoda drobnych zmian z poszanowaniem burżuazyjnych reguł w dłuższej perspektywie wystawia wszystko, co w ciągu kilku czy kilkunastu lat uda się w ten sposób wynegocjować, na pastwę bezlitosnej zemsty Imperium Dolara. Widzimy to w Ekwadorze tak samo, jak w Brazylii czy Argentynie. Może więc jedyną realistyczną dziś szansą na zmianę, która przetrwa dłużej niż dekadę, jest postępowanie najbardziej radykalne: uderzyć w samo sedno (stosunki własności, stosunki produkcji), wywrócić wszystko na raz do góry nogami?

 

Tekst ukazał się 27 października 2019 na portalu Strajk.eu (pt. Znaczenie Ekwadoru, albo dlaczego radykałowie są dziś jedynymi realistami).

Ilustracja: przykrojona od góry i dołu flaga Ekwadoru na podstawie Wikipedii.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Kryzysu dyplomatycznego nie było

Za sprawą ustawy o IPN polscy antyfaszyści o mały włos nie znaleźli się w Warszawie w kuriozalnym położeniu: zmuszeni do obrony przed polskimi rasistami ambasady najbardziej rasistowskiego państwa świata; do obrony przed tymi, którym faszyzm w Polsce dopiero się marzy – ambasady państwa będącego wzorem i ideałem dla rasistowskiej, faszyzującej prawicy na całym świecie. Tej w Polsce też, tylko ta polska jeszcze nie wymyśliła, jak przezwyciężyć wewnętrzną sprzeczność między podziwem dla bezwstydu, z jakim Izrael stosuje przemoc wobec „niewłaściwej rasowo” ludności na kontrolowanym przez siebie terytorium, a własnym „tożsamościowym”, „organicznym” przywiązaniem do tropów antysemickich.

Czy profesora Zybertowicza MaBeNa to nie ma być taka polska Hasbara? Czy Instytut Solidarności i Męstwa nie jest pomyślany jako polskie Jad Waszem? Czy ministra Glińskiego i innych prawicowców marzenia, by polskie kino podbiło wyobraźnię światowej publiczności epickimi filmami rozpamiętującymi widowiskowo polskie męczeństwa historyczne nie biorą się z zazdrości o kapitał polityczny zbity przez Izrael na eksploatacji obrazów hitlerowskiego ludobójstwa Żydów? Czy pozywanie zagranicznych dziennikarzy i polityków za „szkalowanie Polski” nie byłoby takim trochę izraelskim lawfare na miarę naszych możliwości? Czy polski rząd nie kupuje od Izraela technologii wojskowych przetestowanych przez to państwo na Palestyńczykach (a także Syryjczykach czy Libańczykach)?

Kryzys-widmo, kryzys-ściema

Do konfrontacji antysemitów z antyfaszystami i antyrasistami przed ambasadą Izraela w Warszawie 31 stycznia nie doszło, bo wojewoda ze względów bezpieczeństwa zablokował możliwość demonstrowania komukolwiek. Sądzi się szeroko, że było to motywowane obawą rządu Prawa i Sprawiedliwości przed konsekwencjami obrazów z takiego wydarzenia dla wizerunku Polski na świecie oraz przed ryzykiem dalszej eskalacji „kryzysu dyplomatycznego” wywołanego przez ustawę o IPN. Paradoksalnie decyzja ta chwilowo uchroniła również i lewicę, która miała zamiar stawić się tam z antyfaszystowską kontrdemonstracją, przed ciężkim problemem wizerunkowym i symbolicznym. Jaką przekonującą i spójną narrację antyrasistowską można by skutecznie proponować, gdyby z wizerunkiem antyfaszystowskiej lewicy na trwałe zrosły się obrazy – bo pewnie doszłoby do aktów przemocy – „bohaterskiej obrony” ambasady najbardziej rasistowskiego dziś państwa na świecie?

A jeśli żadnego „kryzysu dyplomatycznego” nie było? Co najwyżej drobna scysja w wielkiej rodzinie współczesnej rasistowskiej prawicy? A może nawet komedia dawno przygotowana i odgrywana przez obydwie strony, polską i izraelską? W której to komedii co najwyżej jakiś drobny szczegół wyrwał się czasem spod kontroli?

Liberalna prasa rozpisuje się o tym, że Kaczyński usiłuje konsolidować władzę swojej partii i neutralizować napięcia wewnątrzkrajowe przez odwracanie społecznej uwagi w stronę coraz to nowych zewnętrznych wrogów. Wygląda to wszystko, jakby nikt w polskiej prasie nie wiedział lub nie pamiętał, że polski rząd podpisał z rządem izraelskim w listopadzie 2016 roku Memorandum of Understanding, którego postanowienia wiszą po dziś dzień na stronach izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, po angielsku. Wynika z nich, że Izrael już wtedy przyjął doskonale do wiadomości, że Polska będzie walczyć z „Polish death camps” i innymi formami tego, co Warszawa uważa za oczernianie naszego narodu i zniekształcanie historii II wojny światowej.

Jeżeli Polska nie przestanie kupować izraelskiego uzbrojenia i głosować po myśli Izraela w Zgromadzeniu Ogólnym i Radzie Bezpieczeństwa ONZ, będzie to pośredni dowód, że żadnego kryzysu nie było; wszystko, co najważniejsze, od dawna było obgadane, reszta to farsa dla gawiedzi i ściema dla żurnalistów w obu krajach. „Haaretz” właśnie podaje, że Izrael chce być gospodarzem szczytu państw Grupy Wyszehradzkiej.

Odświeżona cnota premiera Netanjahu

Rząd Binjamina Netanjahu i konstelacja powiązanych z nim organizacji nie mają żadnych problemów z utrzymywaniem przyjaznych stosunków z rządami i partiami politycznymi innych państw, w których szeregach brylują otwarci antysemici (administracja Trumpa, rząd Orbana na Węgrzech, skrajna prawica w Austrii). Tak długo, jak ten antysemityzm jest dodatkiem do odgrywającego główną rolę, kluczowego dla interesów Izraela, rasizmu wymierzonego w muzułmanów i Arabów. Antysemityzm, prawdziwy lub wyssany z palca (jak „antysemityzm w Labour Party”, kryzys wysmażony z niczego przez izraelskich agentów), przydaje się też do skłaniania miejscowych Żydów do emigracji do Izraela (Netanjahu marzy o takiej fali zwłaszcza z Francji).

W plemiennej, zerojedynkowej przestrzeni polskiej polityki, zdemolowanej ćwierćwieczem dominacji dwóch pozornie rywalizujących narracji, neoliberalnej i katolicko-narodowej, wszystko działa na zasadzie: kto nie z nami, ten z PiS; kto przeciwko PiS, ten z nami. Tak więc wszystko, co się podniosło przeciwko ustawie o IPN czy przy tej okazji przeciwko rządowi PiS, zostało automatycznie i bezrefleksyjnie połączone w jeden zestaw wartych tyle samo głosów słusznego oburzenia. Netanjahu i inni politycy najbardziej rasistowskiego państwa świata stali się nagle głosem jakiejś uniwersalnej etycznej wyroczni. Przy całej odrazie, na jaką zasługują ONR i Młodzież Wszechpolska, a także cynicznie manipulujący rasistowskimi motywami PiS, nikt w tych organizacjach nie ma jednak na sumieniu nawet ułamka zbrodni, jakie obciążają premiera Netanjahu. Naftali Bennett, którego wizyta w Polsce została anulowana, jako bohater wywiadu „Tygodnika Powszechnego” moralizuje o tym, jak źle się dzieje, gdy zaczynamy manipulować historią, nieniepokojony przez szlachetne pismo takimi drobiazgami, jak jego stosunek do rasistowskiej przemocy uskutecznianej przez jego rząd dzisiaj. Bennett jest ministrem edukacji w kraju, w którym ze szkół usuwa się powieści o żydowsko-arabskiej miłości i zakazuje się nauczania prawdy historycznej o krwawych czystkach etnicznych. Tych, które w latach 1947-48 położyły podwaliny pod Państwo Izrael i zrodziły nigdy nie rozwiązany problem milionów palestyńskich uchodźców. Bennett jest też jednym z najaktywniejszych orędowników czystek etnicznych prowadzonych przez Izrael obecnie na Zachodnim Brzegu Jordanu.

Nieszczęściem kraju z lewicą sprowadzoną do parteru, zredukowaną do wąskiego marginesu, pozbawioną zasobów jest, że z pozycji swojej słabości zbyt często i zbyt łatwo – z rozpędu, pośpiechu lub zmęczenia – lewica ta reaguje odruchowym oburzeniem i podłącza się do plemiennej dynamiki polskiego pola politycznego. Skoro zły rząd PiS wywołał gniewną reakcję ze strony izraelskich polityków (która i tak była ściemą), to nagle Binjamin Netanjahu, Naftali Bennett i Jair Lapid stają się moralnymi wyroczniami nawet dla lewicy, z jakiegoś powodu zawieszamy polityczną ocenę pozycji, z jakich oni sami się wypowiadają (powtórzmy – jeszcze bardziej rasistowskich niż pozycje PiS). Skoro PiS mógłby (choć to na pewno ściema) doprowadzić do pogorszenia stosunków dyplomatycznych z Izraelem, to nagle staje się to bardzo dla nas wszystkich cenne, żebyśmy mieli świetne stosunki.

Rasizm Państwa Izrael

Izrael jest jedynym współczesnym państwem, które otwarcie i bez żenady segreguje swoją populację (populację, nad którą ma władzę) na podstawie jej etnoreligijnego pochodzenia – na kategorie zróżnicowane pod kątem biernych i czynnych praw wyborczych, praw społecznych i ekonomicznych, a nawet prawa do życia, które w przypadku Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych nie podlega żadnej ochronie przed przemocą ze strony izraelskich żołnierzy czy osadników. Kilka dni temu izraelski „Haaretz” podał, że izraelscy żołnierze urządzili sobie safari na palestyńskiego nastolatka, ścigając go samochodami i celując mu w głowę. Chłopak zginął. Możemy być pewni, że nikt za to nie odpowie, bo jak Neve Gordon pisał już w 2008, od 1987 (od Pierwszej Intifady) izraelscy żołnierze z zasady nie są pociągani do odpowiedzialności za zabijanie Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych, nawet za zabijanie dzieci. Przemoc taka w ostatnich miesiącach uległa jedynie intensyfikacji. Jest dopiero luty i już troje dzieci w tym roku dostało kulę w głowę za rzucanie kamieniami. Izrael usiłuje obecnie doprowadzić do reeskalacji wojny w Syrii (w której wywołaniu odegrał jedną z głównych ról) oraz jej rozszerzenia na inne państwa regionu (Iran i Liban). W planie globalnym, jak wykazuje Jeff Halper, Izrael jest jednym z kluczowych punktów autorytarnego, faszyzującego dryfu, z jakim mamy obecnie do czynienia w nawet tradycyjnie silnych demokracjach liberalnych. Od Stanów Zjednoczonych po Indie, Izrael jest bowiem globalnym dostawcą technologii (od zbrojeniowych po polityczne) sprawowania brutalnej, urasowionej władzy w warunkach permanentnego kryzysu społecznego.

Nie ma żadnego powodu, by polska lewica martwiła się pogorszeniem stosunków z Izraelem. Obowiązkiem każdej szanującej się, ideowej lewicy jest żądanie ich pogorszenia. Degradacji stosunków dyplomatycznych do poziomu konsularnego (jak uczyniła RPA), odmowy akredytacji ambasadorów z rasistowskimi życiorysami (jak Brazylia), lub całkowitego zerwania stosunków (jak Kuba, Boliwia czy Maroko). Dopóki Izrael nie przestanie sobie urządzać kpin z prawa międzynarodowego, a izraelski apartheid i okupacja Terytoriów Palestyńskich nie upadną.

Precz z rasizmem – polskim i izraelskim

Organizatorzy niedoszłej kontrdemonstracji z warszawskiego Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego mieli trafne przeczucia i początkowo w informacji na stronie wydarzenia na Facebooku podkreślali, że stawiają opór polskiemu antysemityzmowi, jednocześnie odcinając się od polityki Izraela, przed którego ambasadę zamierzali się zejść nacjonaliści. Szybko musieli ten opis zmienić, usuwając z niego frazy krytyczne wobec Izraela, gdyż zostali zbombardowani wyrazami oburzenia płynącymi z lewicy. „Jak tak można akurat teraz?!”

Tymczasem było to jedyne odpowiedzialne i spójne antyrasistowskie stanowisko. Byłoby ono przyjęte jako oczywiste w każdej analogicznej sytuacji. Wyobraźmy sobie, że skrajna prawica organizuje islamofobiczną demonstrację przed ambasadą Arabii Saudyjskiej, bo akurat tę ambasadę znaleźli i potrafili sprawdzić, że jest to z całą pewnością kraj muzułmański. Czy antyfaszystowska lewica musiałaby się tłumaczyć ze słów, że wychodzi z kontrdemonstracją przeciwko islamofobom, co nie znaczy, że broni polityki Arabii Saudyjskiej (zbrodnie wojenne w Jemenie, monstrualne liczby wyroków śmierci, itd.), a organizacja tej demonstracji akurat tam jest jedynie skutkiem głupoty narodowców? Wydaje mi się, że zostałoby to przyjęte z naturalnym zrozumieniem. Przyzwoity politycznie człowiek potępia i Arabię Saudyjską, i islamofobię.

Musimy mówić głośne nie zarówno antysemitom w polskim sejmie, w polskim rządzie i na ulicach polskich miast, jak i systemowemu rasizmowi Państwa Izrael. Być przeciwko jednemu i drugiemu, jednocześnie i nieprzerwanie, bez okresów ochronnych. Stosowanie wobec Izraela wiecznego „ekscepcjonalizmu”, traktowanie go jako wyjątku od zasad poza nim uniwersalnych, kompromituje tylko taki antyrasizm i antyfaszyzm. Nie można być wiarygodnym antyrasistą i milczeć o najbardziej rasistowskim państwie świata, którego nasz kraj jest niezawodnym sojusznikiem. To trochę tak, jakby być za zniesieniem niewolnictwa, ale nie ruszając plantacji, bo kupujemy ich cukier i bawełnę.

Walka z polskim antysemityzmem przy jednoczesnym otaczaniu dyskursywnym kordonem ochronnym takiego państwa jak Izrael nie jest żadnym antyrasizmem. Jest jedynie balansowaniem – na ich warunkach – pomiędzy dwoma komplementarnymi nurtami rasizmu: jednym lokalnym i zaściankowym, zrodzonym z szamba historycznych atawizmów zapóźnionych peryferii, a drugim kosmopolitycznym i o globalnych ambicjach, uzbrojonym w PR, lawfare, setki głowic atomowych i nanoroboty, cieszącym się uprzywilejowanymi stosunkami z innymi brutalnymi mocarstwami, wespół z którymi spogląda bezczelnie w przyszłość, by w niej zbudować piekło w wersji high-tech. Naszym obowiązkiem jest równoczesne i zdecydowane odrzucenie ich obu.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na portalu Strajk.eu 17 lutego 2018.

Foto: Łukasz Zaręba (Jerozolima, 2018)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Wieże Kongresu Narodowego w Brasilii

Brazylia: między postępem społecznym a regionalnym imperializmem

Kiedy 1 stycznia 2011 roku dobiegł końca okres jego drugiej prezydenckiej kadencji, Luiz Inácio Lula da Silva i reprezentowana przezeń Partido dos Trabalhadores byli przedmiotem zazdrosnych spojrzeń ogromnej części ideowej lewicy w różnych częściach świata. Te dwie kadencje wyglądały na jedną z największych, ba!, jedną z nielicznych success stories, jakie lewica odnotowała w tamtej wciąż neoliberalno-neokonserwatywnej dekadzie gdziekolwiek na świecie.

Lewicowy historyk Perry Anderson podsumował okres rządów pierwszego w historii tego niezwykle oligarchicznego kraju prezydenta o robotniczym pochodzeniu w tonie entuzjastycznym[1], pomimo iż bynajmniej nie zamiatał pod dywan wielkiego korupcyjnego skandalu znanego w Brazylii pod nazwą mensalão.  Lula zakończył swoją drugą kadencję ze społecznym poparciem jeszcze większym, niż to uzyskane w obydwu zwycięskich wyborach. Nie da się ukryć, to się w polityce, zwłaszcza współczesnej, często nie zdarza. Anderson podkreśla, że u źródeł sukcesu leży połączenie charyzmy Luli z siłą zorganizowanego ruchu, który go wyniósł do władzy.

Lista sukcesów rządu Luli jest długa i imponująca. Wysokie ceny ropy naftowej na rynkach światowych oraz chiński popyt na brazylijskie rudy żelaza i soję pomogły rządowi PT wyprowadzić Brazylię z długów, a nawet spłacić wszystkie zagraniczne kredyty przed terminem, a także wyjść do poziomu nadwyżki budżetowej i osiągnąć roczny wzrost PKB powyżej 4%. Bezrobocie spadło, wielki i nie tak wielki biznes też nie skarżył się raczej na zyski. Płaca minimalna rosła, miliony brazylijskich rodzin podniosły swoje położenie na materialnej drabinie. Program Zero Głodu, a przede wszystkim późniejsza Bolsa Família, przyczyniły się do poprawy sytuacji ekonomicznej w najniżej ekonomicznie usytuowanych sektorach społeczeństwa. Dały także milionom rodzin nieznane im wcześniej poczucie „wkluczenia”, włączenia w całość społeczeństwa. Program Bolsa Família powstał jako uniwersalizacja podobnych, istniejących już wcześniej, lecz znacznie mniejszych programów; polega na tym, że każda matka, która wysyła swoje dzieci do szkoły i poddaje regularnym badaniom ich zdrowie, otrzymuje comiesięczny przelew na każde z tych dzieci bezpośrednio z kont rządu federalnego w Brasilii (by ominąć ryzyko jakichkolwiek malwersacji, marnotrawstwa i nadużyć po drodze). W stosunku do okresu sprzed Luli, pod koniec jego drugiej kadencji dziesiątki milionów Brazylijczyków odczuwało poprawę swojego losu.

Rio de Janeiro

Rio de Janeiro

A jednak coś było z tym wszystkim nie tak. Kto nie chciał tego dostrzec, lub nie dostrzegał z daleka, jak choćby wielu lewicowych wielbicieli Luli w Europie, został ostatecznie wytrącony z letargu niebywałą wręcz w kraju powszechnie obowiązującej cordialidade falą protestów, jakie przetoczyły się przez „Olbrzyma” latem 2013 roku. Wszystko to, co rządom PT udało się w Brazylii poprawić, odbyło się w ramach istniejącego tam od dawna porządku własności, z całkowitym poszanowaniem dla reguł gry określonych przez ochronę interesów wielkiej brazylijskiej burżuazji. Rządy Luli i jego następczyni Dilmy Roussef nie zakwestionowały struktury własności ziemskiej ani uprzywilejowania najsilniejszych graczy ekonomicznych, a Brazylia mimo ekonomicznej poprawy pozostaje jednym z najbardziej nierównych społeczeństw na świecie. Wielu Brazylijczyków zaczęło odnosić wrażenie, że był okres poprawy, a teraz mamy „to by było na tyle”, dalej już nie awansują. Szczególnie młodzi ludzie, podobnie jak w Europie, stają wobec zupełnie nieprzyjaznego im rynku pracy, na którym niewiele dostają za własny wysiłek edukacyjny.

Programy redystrybucji wprowadzone na skalę ogólnonarodową przez rządy PT są dla wielkiej brazylijskiej burżuazji w tym kontekście jedynie drobnym ustępstwem, nie stanowiącym zagrożenia dla jej przywilejów i kosztującym niewiele w warunkach doskonałej międzynarodowej koniunktury na brazylijskie surowce. Jak wskazują ci komentatorzy, którzy krytykę wobec „transferowych” rozwiązań rządu PT formułują z pozycji lewicowych, tak naprawdę pozostają one w ramach logiki bezwględnej władzy rynku i czekania, aż jego „niewidzialna ręka” rozwiąże problemy; nie adresują one w ogóle takich problemów jak samo świadczenie fundamentalnych usług publicznych, których rynek nigdy nie rozwiązuje w sposób sprawiedliwy. Rezultatem są np. rodziny, które dostają od rządu niewielki przelew pieniędzy, pod warunkiem, że dzieci będą pod opieką lekarską, ale nigdzie w ich okolicy nie ma placówki świadczącej taką opiekę[2]. Czekając na niewidzialną rękę rynku, czekają na Godota.

Emir Sader w swojej kapitalnej panoramie sytuacji lewicy w Ameryce Łacińskiej[3], umiejscowił Brazylię i PT w kontekście całego regionu, ujmując wszystko w bardzo dialektycznych ramach. Dla niego dekada Luli była okresem rządu pod względem politycznej tożsamości hybrydycznego, z dominującym komponentem postępowym, umiejscowionym jednak w środowisku, które zostało we wcześniejszych dekadach bardzo głęboko przeobrażone (przesunięte w prawo) najpierw przez okres wojskowej dyktatury, a następnie restrukturyzacji neoliberalnej. W takich warunkach stawienie skutecznego oporu dalszym postępom neoliberalizmu i totalitarnej władzy über-rynku jest już ogromnym sukcesem, ale wyjścia poza neoliberalizm jeszcze bynajmniej nie oznacza.

Wydana niedawno po angielsku książka lewicowego urugwajskiego dziennikarza, specjalisty od współczesnych ruchów społecznych Raula Zibechiego, The New Brazil: Regional Imperialism and the New Democracy stanowi głęboką analizę bardzo niejednoznacznych przemian społecznych, ekonomicznych i politycznych w największym kraju Ameryki Południowej, napisaną z pozycji człowieka solidaryzującego się z emancypacyjnymi ruchami swojego kontynentu[4]. Całego kontynentu, bo Brazylia jest już dziś potęgą, której znaczenie i wpływy wykraczają daleko poza jej własne państwowe granice.

Wzrost znaczenia Brazylii manifestuje się nie tylko w jej awansie do pozycji szóstej największej gospodarki świata. Brazylia przechodzi dziś, jak mówi cytowany przez Zibechiego Marcio Pochmann z PT, były dyrektor Instytutu Stosowanych Badań Społecznych (IPEA), swoją trzecią historyczną próbę kapitalistycznej restrukturyzacji, tym razem polegającą na tworzeniu ogromnych grup kapitałowych w sektorze prywatnym i państwowym oraz w funduszach emerytalnych gigantycznych firm państwowych. Nieskrywanym wzorem są Chiny, zwłaszcza fakt, że spośród 500 największych dziś korporacji 150 jest chińskich; celem rządu PT jest wprowadzenie do tego grona supergigantów z Brazylii (naftowy „klejnot w koronie”, Petrobras, banki i inne instytucje finansowe, korporacje energetyczne i telekomunikacyjne, firmy budowlane i przetwórcy żywności). Brazylia konsekwentnie dąży też do zwielokrotnienia swojej kadry naukowej i ilości patentów technologicznych. Vijay Prashad, autor wybitnej książki The Poorer Nations[5], uważa, że Brazylia, choć demograficznie znacznie mniejsza niż Chiny i Indie, do nie tak dawna też bez porównania słabsza geopolitycznie niż Rosja, prowadzi obecnie najbardziej zaawansowaną dyplomację i dysponuje najbardziej wyrafinowanymi analizami współczesnych stosunków międzynarodowych ze wszystkich członków grupy BRICS.

Zibechi tak podsumowuje najważniejsze regionalne i globalne osiągnięcia rządu w Brasilii:

W 2003 Brazylia pomogła stworzyć G-20 i zorganizowała szczyt IBSA (Indie – Brazylia – Afryka Południowa). W 2004 odegrała aktywną rolę w utworzeniu MINUSTAH (Misji Stabilizacyjnej Narodów Zjednoczonych na Haiti) i przejęła dowództwo operacji wojskowych. Brazylia utworzyła G-4, wraz z Indiami, Niemcami i Japonią, mającą na celu reformę Rady Bezpieczeństwa ONZ. W 2005 miał miejsce pierwszy Szczyt Państw Południowoamerykańskich i Arabskich. W 2006 utworzony został Strukturalny Fundusz Konwergencyjny Mercosur, funkcjonujący jako fundusz transferów gotówkowych z Brazylii i Argentyny na wspieranie rozwoju mniejszych krajów takich jak Paragwaj czy Urugwaj. W tym samym roku miał też miejsce pierwszy Szczyt Południowoamerykańsko-Afrykański. W 2007 ustanowiono Banco del Sur (Bank Południa), a Brazylia i Unia Europejska podpisały strategiczne porozumienie. W 2008 zatwierdzony został Traktat Założycielski UNASUR [Unia Narodów Południowoamerykańskich]. W 2009 Brazylia podpisała porozumienia handlowe z Indiami, zinstytucjonalizowany też został sojusz BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny), a Organizacja Państw Amerykańskich została wezwana do odwołania niegdysiejszego wykluczenia Kuby. Brazylia podpisała też strategiczny sojusz z Francją, którego częścią jest daleko posunięta współpraca wojskowa. W 2010 miał miejsce pierwszy szczyt Ameryki Łacińskiej i Karaibów, w którym nie wzięły udziału Stany Zjednoczone, co pozwoliło na powołanie Wspólnoty Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC). Ogólny impet w kierunku współpracy Południe-Południe spowodował, że między rokiem 2003 a 2008 obroty handlowe Brazylii z krajami Mercosur wzrosły o 222%, z Afryką o 316%, z Azją o 329%, a o 370% z krajami arabskimi. Jedyne, czego brazylijskiej dyplomacji nie udało się jeszcze osiągnąć, to pozycja stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ.[6]

W międzyczasie Brazylii udało się skłonić kraje regionu do odrzucenia amerykańskich układów o wolnym handlu, które obróciłyby prawie całą Zachodnią Półkulę w kompletną quasi-kolonię USA, na podobieństwo Meksyku w ramach NAFTA.

Zibechi punkt ciężkości swoich rozważań kładzie jednak na ambiwalentnych aspektach godnego skądinąd podziwu geopolitycznego awansu Brazylii. W celu przygotowania teoretycznego przypomina teorię sub-imperializmu, którą stworzył Ruy Mauro Marini. Po zamachu stanu w 1964 Marini, członek rewolucyjnej grupy Politica Operária (POLOP),  zmuszony był wyemigrować (żył w Meksyku i w Chile) i to na emigracji napisał swoje najważniejsze prace[7] analizujące brazylijski zamach stanu i naturę powstałego w jego (lub ich, bo potem miał miejsce jeszcze „zamach w zamachu” w 1968) wyniku reżimu jako przypadek sub-imperializmu.

Marini odcinał się od tych analiz Brazylijskiej Partii Komunistycznej (PCB), które w zamachu stanu widziały jedynie zewnętrzną (amerykańską) interwencję instalującą w Brasilii bezwolny, marionetkowy rząd. Nie ulega wątpliwości, że USA sponsorowały zamach i junta działała w ramach określonych przez amerykańskie ambicje geopolityczne („co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii”). Marini podkreślał jednak rolę sojuszu, jaki wytworzył się między wielką brazylijską burżuazją a elitą militarną kraju, zwłaszcza najwyższymi figurami w armii wykształconymi na Wyższej Szkole Wojennej (Escola Superior de Guerra), oraz analizował projekt polityczny wpisujący się co prawda w ramy amerykańskiego imperializmu okresu zimnej wojny, ale będący projektem zrodzonym właśnie z owego aliansu burżuazyjno-militarnego. Zrodzonym w odpowiedzi na kryzys, w jaki brazylijska gospodarka weszła w 1962 (w 1964, roku zamachu stanu, inflacja wyniosła 91%) i na rosnącą wskutek tego kryzysu temperaturę walk klasowych. Projekt polityczny aliansu burżuazyjno-militarnego polegał na tym, by akceptując dominację Stanów Zjednoczonych na Zachodniej Półkuli uczynić Brazylię wpisanym w warunki pax americana regionalnym sub-mocarstwem, ośrodkiem, który niejako pośredniczy w globalnym łańcuchu władzy i akumulacji kapitału, dzięki własnej pozycji pomiędzy globalnym centrum, któremu jest zasadniczo posłuszne, a lokalnymi słabeuszami; pozycji regionalnego imperium, dominującego nad sąsiadami i częściowo eksploatującego ich zasoby, które przechwytuje tym samym część wędrującego tak „w górę” (aż do Wall Street) kapitału. Brazylijska burżuazja, wespół ze swą elitą militarną, „przyjęła pozycję mniejszego partnera w sojuszu z obcym kapitałem”, a polityka zagraniczna dyktatury dążyła do zachowania równowagi między interesami narodowej burżuazji a hegemonią USA[8].

Zibechi wskazuje na kolosalne różnice między sytuacją Brazylii w okresie prawicowej dyktatury a projektem politycznym, który realizowany jest obecnie pod rządami PT. Projekt spod znaku Luli sytuuje się w otwartej opozycji do amerykańskich prób odzyskania terenu w Ameryce Łacińskiej. Ma na celu wykorzystanie osłabienia globalnej pozycji Waszyngtonu i dalsze wyłamywanie się spod jego dominacji. Wystarczy sobie przypomnieć stanowczość i przypominającą chwilami Chruszczowa wściekłość prezydent Roussef pomstującej na globalny program szpiegowski NSA (Brazylia zamierza całkowicie uniezależnić swój internet od amerykańskich ośrodków) czy wysiłki zmierzające do zmiany międzynarodowego położenia Kuby. Uwolniona spod jarzma zagranicznego długu, niepotrzebująca już dziś pomocy międzynarodowych instytucji finansowych, Brazylia, utrzymując formalnie poprawne stosunki, należy obecnie do najbardziej elokwentnych adwersarzy USA na arenie międzynarodowej.

Zibechi wskazuje jednak, że pod wieloma względami obecny awans Brazylii do roli niekwestionowanego regionalnego mocarstwa stanowi kontynuację tradycji wypracowanej przez organicznych intelektualistów brazylijskiej burżuazji wykształconych w kręgu Wyższej Szkoły Wojennej. Zibechi ukazuje proces „poszerzania elity rządzącej”, włączenia wysokich szczebli PT i powiązanych z nią związków zawodowych do klasy zarządzających wielkim kapitałem – poprzez kluczowe stanowiska w państwowych lub dokapitalizowanych przez państwo gigantach takich jak Petrobras czy Eletrobras, bankach, a także w funduszach emerytalnych wielkich państwowych przedsiębiorstw, które to fundusze dysponują dziś ogromnymi środkami kapitałowymi (ogromnymi już nie tylko w skali narodowej, wewnątrzbrazylijskiej).

Proces nowej kapitalistycznej restrukturyzacji Brazylii, który się w ramach takiego sojuszu sił odbywa, choć kwestionuje i rzuca wyzwanie amerykańskiej dominacji nad światowym Południem i nad Zachodnią Półkulą, jednocześnie nie kwestionuje samej idei podporządkowania Ameryki Południowej rynkom światowym, ze wszystkimi ich kaprysami, z ich tendencją do utrzymywania krajów peryferyjnych w położeniu, w którym są przede wszystkim dostawcami surowców, muszą rywalizować niskimi kosztami, itd. Tak spektakularne projekty brazylijskiego rządu, jak zupełna przebudowa sieci wodnej (rzeki, tamy, kanały) ma za zadanie nie tyle wyemancypować Brazylię czy Amerykę Południową z władzy rynków światowych, co je z nimi mocniej jeszcze zintegrować, powiększyć ich konkurencyjność w dostarczaniu na te rynki swoich produktów (póki co, wciąż dominują surowce). W tych wielkich projektach natura (Amazonia, wielkie rzeki, wszystkie kategorie naturalnych zasobów, którymi dysponuje Brazylia, a więc minerały, energia, a także cała jej bioróżnorodność – to najbardziej bioróżnorodny kraj na świecie) jest traktowana wyłącznie jako przeszkoda do techologicznego pokonania lub surowce do zmonetyzowania na rynkach światowych, bez względu na interes lokalnych społeczności czy konsekwencje ekologiczne. Tego, co się dzieje w Amazonii, Zibechi nie waha się określać mianem kolejnej fazy brutalnej kolonizacji.

Największe inwestycje, takie jak tamy czy elektrownie, cechuje też ogromna skala nadużyć w stosunku do zatrudnianych na nich nisko wykwalifikowanych pracowników, którzy wciąż czekają na to, aż ich los w „Nowej Brazylii” się poprawi. Warunki, w jakich są na takich budowach zakwaterowani, urągają jakimkolwiek standardom; są oskubywani przez rekrutujące ich agencje i oszukiwani co do przyszłych płacowych warunków zatrudnienia; skandaliczny jest też narzucany im czas pracy. Nie mogą jednak łatwo wyrwać się z takiej życiowej pomyłki, ponieważ fizycznie ciężko z takich przedsięwzięć wrócić na własną rękę (budowy są w miejscach niezwykle dalekich od ich miejsc pochodzenia, nierzadko daleko od jakiegokolwiek miasta; samodzielne przebycie w jakikolwiek sposób niektórych części Brazylii stanowi nie lada wyzwanie). A jednocześnie wielkie korporacje budowlane, takie jak Odebrecht, najbardziej bezpośredni beneficjenci takich projektów, są czołowym źródłem prywatnych dotacji finansujących działalność PT (np. na wybory prezydenckie, drugie po amerykańskich najdroższe pod względem kosztów kampanii na świecie).

Brazylijski kapitalizm dokonuje także ekspansji zagranicznej. To jest rozwiązanie, jakie brazylijska burżuazja znajduje dla strukturalnej bariery, jaką dla akumulacji kapitału zaczyna w pewnym momencie stanowić właściwy Brazylii poziom nierówności (stanowi on barierę dla popytu i konsumpcji). By nie oddawać niczego ze swoich kosmicznych wręcz przywilejów ekonomicznych w kraju, dokonuje ona ekspansji na zewnątrz, sięgając po zasoby, rynki zbytu i siłę roboczą, w wielu krajach Ameryki Południowej tańszą już niż w Brazylii. Brazylijska ekspansja na zewnątrz bywa na tyle agresywna, by generować ostry opór w krajach, których dotyczy (Ekwador, Peru, Boliwia) oraz napięcia dyplomatyczne między nimi a Brazylią. W przypadku Paragwaju, konflikty związane z kolonizacją ogromnych obszarów ziemi w tym kraju przez garstkę latyfundystów z Brazylii, spowodowały nawet „manewry” oddziałów brazylijskiego wojska w okolicach granicy.

Tak, brazylijski kapitalizm dokonuje bowiem także ekspansji militarnej. Brazylia ma ogromne ambicje związane z rozwojem swoich sił zbrojnych i z rozwojem swojego przemysłu zbrojeniowego (porozumienia z Francją zakładają ogromne brazylijskie zakupy najnowszego francuskiego uzbrojenia, np. myśliwców Rafale, ale także transfer tych technologii do Brazylii). Stanowi to część brazylijskich ambicji rozwoju wysoko zaawansowanych technologii i związanych z nimi przemysłów (Brazylia wśród celów stawia sobie m.in. dziesięsiokrotne zwiększenie do 2022 liczby patentów, osiągnięcie do tego czasu liczby 450 tys. naukowców i 5-procentowego udziału w światowej produkcji naukowej, a także potrojenie liczby inżynierów i wystrzelenie w kosmos własnych satelitów), ale jest to jednocześnie także część wykutego w murach Wyższej Szkoły Wojennej projektu budowy regionalnego imperium.

Ekspansja militarna Brazylii (Brazylia dąży także do budowy własnej broni atomowej) jest odpowiedzią na realistyczną ocenę sytuacji międzynarodowej. Co najmniej od czasu drugiej amerykańskiej inwazji na Irak jest już jasne, że Stany Zjednoczone nie chcą się pogodzić z własną słabnącą pozycją jako globalnego hegemona i gotowe są na wszystko, na każdą formę militarnej przemocy i gwałtów na prawie międzynarodowym, by perspektywę utraty władzy nad światem oddalić. Już administracja poprzednika Luli, Fernanda Henrique Cardoso, nie miała wątpliwości, że narzucona światu przez Amerykanów – jeszcze przed „wojną z terroryzmem” – „wojna z narkotykami” była jedynie pretekstem, propagandową zasłoną dymną umożliwiającą rozmieszczanie wojsk na terenie Ameryki Południowej (Kolumbia, Ekwador, Peru). To dlatego Brazylia nigdy nie udzieliła „wojnie z narkotykami” żadnego poparcia. W połowie lat 90. XX w. brazylijskie elity wojskowe amerykański „antynarkotykowy” Plan Colombia odczytywały jednoznacznie jako bezpośrednie zagrożenie dla Amazonii. W opinii brazylijskich strategów i analityków to nie jest ani przypadek, ani dobry znak, że drugą po tej w Bagdadzie największą amerykańską ambasadą jest od co najmniej dekady placówka w Bogocie, a Kolumbia to czwarty (po Izraelu, Egipcie i Iraku) odbiorca amerykańskiej tzw. pomocy wojskowej. Odkąd w 1999 Amerykanie rozmontowali Howard Base w Panamie, militarna obecność USA w regionie uległa jedynie intensyfikacji. W połowie pierwszej dekady XX w. amerykańskie Southern Command miało do dyspozycji bazy na Kubie (Guantánamo), Portoryko, w Hondurasie, Salwadorze, Ekwadorze, na Arubie i Curaçao, a także sieć 17 naziemnych garnizonów (stałe i jawne w Peru i Kolumbii oraz ruchome i „nieoficjalne” w szeregu państw karaibskich i andyjskich). Brazylijscy stratedzy i rząd PT traktują to wszystko śmiertelnie poważnie. W kwietniu 2010 roku brazylijska prasa podała, że miała miejsce największa od 1964 roku relokacja sił zbrojnych na terenie kraju – przemieszczenie ogromnej liczby wojska do Amazonii właśnie i na płaskowyż w centrum kraju. Innym szczególnie istotnym strategicznie obszarem są te części atlantyckich wód terytorialnych, pod którymi całkiem niedawno odkryto ogromne złoża ropy naftowej.

Biorąc pod uwagę, że ze wszystkich państw globalnego Południa to Brazylia prowadzi najskuteczniejszą dyplomację i dysponuje najlepszymi ekspertyzami stosunków międzynarodowych, a także mając świadomość tego, co w ostatnich dekadach spotykało inne niepokorne wobec Imperium Dolara państwa „siedzące” na ropie naftowej, obawy Pałacu Planalto i tamtejszych elit wojskowych są najprawdopodobniej całkowicie uzasadnione. Amerykański cordon sanitaire wokół największego kraju Ameryki Południowej niepokojąco kojarzy się z pętlą wojskowych instalacji, jaką Amerykanie zbudowali wokół Iranu (tyle tylko, że rozmiary Brazylii i jej położenie nad Oceanem, z niezwykle długą linią brzegową, oraz polityczny renesans sił postępowych u sąsiadów Brazylii, uniemożliwiają podobną jej gęstość). Jeżeli polityka jest sztuką możliwego, to trudno się aż tak bardzo dziwić, że rząd wywodzący się z tradycji robotniczych, socjalistycznych, którego przedstawiciele, jak choćby sama Dilma Roussef, byli w młodości więzieni i torturowani przez aparat przemocy wojskowej junty, wszedł w takiej sytuacji w pragmatyczny sojusz z elitą wojskową, która nigdy specjalnie nie zerwała z tamtymi swoimi tradycjami.

Sytuacja jest dziś otwarta. Długoterminowy rezultat tych procesów jest wciąż nieoczywisty. Jest faktem, że rząd w Brasilii porusza się w rzeczywistości, której warunki narzucone są przez potężne imperium na północy. Imperium, które przez ostatnich kilkadziesiąt lat nigdy nie wahało się nadużywać w stosunku do Ameryki Łacińskiej przemocy; wywoływało wojny domowe, finansowało prawicowe zamachy stanu, a potem przez dziesięciolecia wspierało powstałe w ten sposób dyktatury. Pryncypialny, naiwny pacyfizm Brazylii byłby jej samobójstwem, i to poszerzonym, bo pogrążającym cały kontynent. To, że Ameryka Południowa jest dziś nieporównanie bezpieczniejsza niż 20 lat temu, że USA utraciły tak wiele z dawnych możliwości instalowania tam rządów służących interesom Waszyngtonu i Wall Street, jest prawdopodbnie w decydującym stopniu zasługą asertywności Brazylii i wzrostu jej potęgi, także militarnej. Dalszy wzrost zdolności obronnych Brazylii jest warunkiem bezpieczeństwa całego kontynentu w przyszłości – wszystkie pozostałe kraje kontynentu są wielokrotnie mniejsze i tylko Brazylia ma potencjał umożliwiający długofalowe odsunięcie łap Waszyngtonu od jego bogactw. Jakikolwiek długofalowy postęp społeczny w Ameryce Południowej zależy od ukształtowania się tam autonomicznej, niezależnej od Waszyngtonu, realnie silnej władzy, zdolnej stawić odpór hegemonicznym planom USA.

Largo do Terreiro de Jesus w historycznym centrum Salvadoru

Largo do Terreiro de Jesus w historycznym centrum Salvadoru. Bezdomny mężczyzna śpi w miejscu, gdzie do lat 80. XIX w. biczowano niewolników

Jakim rodzajem mocarstwa będzie jednak Brazylia przyszłości w stosunku do swoich sąsiadów? Historia zna przypadki mocarstw cieszących się swoją pozycją bez uciekania się do przemocy wobec słabszych sąsiadów czy słabszych partnerów wymiany ekonomicznej. Teraźniejszość także zna taki przypadek: Chiny. Zibechi przestrzega jednak przed naturą ekspansywnych ambicji wielkiej brazylijskiej burżuazji, której niekoniecznie chodzi w tym wszystkim o budowę, jak już podbije sąsiednie rynki, kontynentalnego socjalizmu. Jak długo najbardziej pokrzywdzeni ekonomicznie Brazylijczycy – mieszkańcy najbardziej zaniedbanych stanów, takich jak Ceará, Maranhão czy Bahia, oraz masy bezwględnie wyzyskiwanych nisko wykwalifikowanych robotników – będą musieli czekać, aż ich los się poprawi? Kiedy Brazylia będzie wystarczająco silna i wystarczająco bezpieczna, by rozwiązanie ich dramatycznych problemów przestało być odkładane na wieczne poźniej? Zibechi szansę na utrzymanie progresywnego kursu (lub powrót do niego) – a więc na ocalenie tego wszystkiego, co warte w brazylijskiej polityce ocalenia, co koniecznie trzeba w niej ocalić – widzi w sojuszach między brazylijskimi ruchami emancypacyjnymi, ruchami obrony chłopów bez ziemi, pracowników bez kwalifikacji, Indian Amazonii, a podobnymi ruchami protestującymi przeciwko brazylijskiej ekspansi kapitalistycznej w Paragwaju, Peru, Ekwadorze, Boliwii czy Urugwaju. Razem muszą walczyć o właściwe miejsce celów społecznych w rozwojowych projektach, które dla całego kontynentu rysuje Brazylia. Razem muszą walczyć o wyznaczenie granic ekspansywnym ambicjom finansowych elit z Avenida Paulista.

Jest jeszcze jedna kwestia. Historia Brazylii znała już sojusze między ruchami lewicowymi, postępowymi, a sektorami brazylijskiej burżuazji i brazylijską armią. Jak dotąd w najbardziej krytycznych momentach armia i wielka burżuazja nie wahały się przemocą odesłać lewicy na śmietnik, do więzień i na przymusową emigrację, i przejąć całkowitą kontrolę nad całym aparatem państwa. Czy rząd PT jest jakoś na takie ryzyko przygotowany?

 Jarosław Pietrzak

[1] Perry Andreson, Lula’s Brazil, „London Review of Books” nr 7/2011 (31 marca), s. 3-12.

[2] Zob. Np. Lena Lavinas, 21st Century Welfare, “New Left Review” nr 84, Nov/Dec 2013.

[3] Emir Sader, The New Mole: Paths of the Latin American Left, przeł. (na ang.) Iain Bruce, London-New York: Verso 2011.

[4] Raúl Zibechi, The New Brazil: Regional Imperialism and the New Democracy, przeł. (na ang.) Ramor Ryan, Edinburgh-Oakland-Baltimore: AK Press, 2014.

[5] Vijay Prashad, The Poorer Nations: A Possible History of the Global South, London-New York: Verso 2012.

[6] Zibechi, dz.cyt., s. 76.

[7] Ruy Mauro Marini, Subdesarrollo y revolución, Mexico: Siglo XXI, 1974; tegoż, La acumulación capitalista mundial y el subimperialismo, “Cuadernos Políticos” 12, kwiecień-czerwiec 1977.

[8] Marini, Subdesarrollo…, s. 57-58; cyt. za Zibechi, dz.cyt., s. 29.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Bez Dogmatu” (nr 3-4/2014).

Jego nieco zmieniona wersja wchodzi w skład ebooka Notes brazylijski, dostępnego pod postacią plików PDF i MOBI.

Zdjęcia z Brazylii pochodzą z mojego fotobloga Surface and Matter.