Stephan

Kilka minut po wpół do siódmej, stałem znowu przed Bootsem na Piccadilly Circus, czekając na pierwsze spotkanie z poznanym w sieci facetem – kto wie, ilu nas tam było w tym samym czasie i tej samej sprawie, bo na tym trudnym do przegapienia, chaotycznym, zatłoczonym zbiegu ulic, stało kilku mężczyzn w różnym wieku, zerkających co chwilę na telefony. Rzut beretem od pubów i barów Soho. W każdemu w takiej sytuacji znanej obawie, że wyczekiwany mężczyzna, choć wszystko zostało uzgodnione nie dalej jak wczoraj, jednak z jakiegoś powodu się nie pojawi, wysłałem esemesa: Jestem już przed Bootsem, mam na sobie cienki czarny płaszcz i czerwone buty. Lubiłem wtedy zakładać na takie okazje czerwone buty (miałem trzy pary, bardzo różne, ale wszystkie bardzo jaskrawe), bo rzucały się w oczy nawet w tłumie i zwykle robiły wrażenie.

Esemes ledwie zdążył dotrzeć do adresata, gdy z tłumu przede mną wyłonił się wysoki, postawny mężczyzna, śnieżnobiały uśmiech przecinał szeroką, ciemnoskórą twarz. Jego wzrok bez wątpienia mierzył we mnie, na potwierdzenie za wzrokiem podążyła dłoń. Duża dłoń imponującego, bardzo silnego mężczyzny. Uśmiechnąłem się, chyba znienacka onieśmielony, aż się przestraszyłem, że serce bije mi za mocno, tak mocno, że aż słychać to na zewnątrz, mimo hałasu ulicy. Stephan miał na sobie dżinsy, czerwoną sportową kurtkę z kapturem, z rodzaju tych, które wiszą trochę luźno i miękko, pozostawiając odrobinę tajemnicy wokół szczegółów sylwetki, jednak szerokie barki, dostrzegalna w rękawach grubość ramion, szerokość zapiętej w tej kurtce klatki piersiowej – kazały wyobraźni domyślać się pod spodem ciała imponującego, może nawet spektakularnego. How are you, zapytał, OK, and you? Zdałem sobie sprawę, że w mailu, w którym mi się przedstawił, nie napisał, ile ma lat, a ja później przez telefon o to nie pytałem. Patrząc na tę uśmiechniętą, gładką twarz, nie potrafiłem odgadnąć jego wieku. Było w nim coś chłopięcego: z biegnącymi do tyłu, splecionymi ciasno przy skórze warkoczykami sprawiał wrażenie przerośniętego nastolatka, ale wiedziałem, że jest starszy, kończył doktorat, pracował już w trzech krajach, no i był potężnej postury, zbudowanie takiej masy zajmuje zwkle trochę lat.

W mailu, którym odpowiedział na mojego posta w Guys Seeking Guys na Gumtree, pisał, że chętnie pozna kogoś, z kim by mógł połazić do kina, bo odkąd rozstał się ze swoim poprzednim facetem, trochę mu tego brakuje. Teraz zapytał, czy pójdziemy prosto do kina. Możemy, odpowiedziałem, jest tam bar, w którym możemy posiedzieć te pół godziny przed seansem. Let’s go then, nie przestawał się uśmiechać, a szeroki, szczery uśmiech wycinał mu głębokie dołki w policzkach. Poszliśmy do Cineworld na Haymarket, ja wybrałem film, w Cineworld miałem już od dawna abonament, membership.

Usiedliśmy w małym, przesadnie oświetlonym barze o fioletowych ścianach w głębi kina, w kącie tuż pod dużym ekranem, z którego powierzchni spływały zwiastuny, ale jak rzadko kiedy nie budziły we mnie żadnego zainteresowania. Stephan usiadł naprzeciwko mnie, rozpinając i zdejmując kurtkę, pod spodem miał tylko szary t-shirt, jego krótkie rękawy ciasno opinały imponujące, wyskakujące z nich bicepsy. Był to bez wątpienia najbardziej muskularny mężczyzna, z jakim byłem dotąd na randce; te muskuły plus wysoki wzrost, silne dłonie, chłopięcy luz, z jakim się w tym potężnym ciele poruszał i nie opuszczający jego twarzy uśmiech łobuza stanowiły wybuchową mieszankę. Byłem już do obłędu podniecony i gdyby mi z tym uśmiechem nagle powiedział głośno, żeby wszyscy wokół usłyszeli, I’d like to fuck you right now, can we go to the toilet, to nie miałbym siły odmówić, nie obchodziłoby mnie, co sobie postronni obserwatorzy pomyślą. Kieliszek wina miał mi pomóc się rozluźnić, zapobiec blokadzie, nie ukrywać, że jestem nim zainteresowany, ukrywając jednocześnie, jak bardzo, jak szalenie. Dlaczego zamówiłem białe, przecież wolę czerwone? – chyba po prostu w obecności Stephana zrobiło mi się gorąco.

Stephan pił wodę, powiedział, że nie pije alkoholu. Oparł łokcie o stół, pochylając się nieco w moim kierunku. Jestem psychologiem w więzieniu, pracuję z więźniami z uzależnieniami, powiedział, no i mój ojciec pił jak wściekły, z tego wszystkiego mam awersję. Zerkałem na te mocarne bicepsy, zadając Wieczności pytania, czy kiedyś poczuję ich uścisk, czy zobaczę, co się kryje pod tym t-shirtem. I jakie są szanse, żeby to się stało już dzisiaj, co zrobić, żeby zaprosił mnie po filmie do siebie i tam zrobił ze mną, co tylko chce. Rozmowa toczyła się gładko, to wysunięcie ku mnie musiało być znakiem zainteresowania z jego strony. Pomyślałem, że są szanse, co pomogło mi zapanować nad podnieceniem, w końcu rysowały się przed nim być może całkiem realne perspektywy spełnienia. Dzień wcześniej rozmawialiśmy już trochę przez telefon, znajdując kilka wspólnych tematów, które teraz mogliśmy wiązać dalej.

Chyba zapomniałem cię zapytać wczoraj przez telefon, skąd dokładnie, z którego kraju w Europie Wschodniej jesteś, powiedział, nie napisałeś nic dokładniej. Z Polski, odpowiedziałem. Tak myślałem, nie przestawał się uśmiechać. Mówiłem ci już, że przed Londynem mieszkałem i pracowałem w kilku krajach? No i pierwszym z nich była Polska, w latach dziewięćdziesiątych, in my early twenties. Konkretnie Szczecin. To nie jesteś z Londynu?, zapytałem. Nie, jestem Amerykaninem, śmiał się, nie słychać, czyżbym złapał w końcu ten cholerny brytyjski akcent? Z trochę mieszanej rodziny jestem, dodał, mój ojciec był w połowie Meksykaninem. Spojrzałem na jego twarz, wyraziste kości policzkowe i ostry rysunek oczu. No jest odrobina czegoś jakby azteckiego w twojej twarzy, nie umiałem sobie tego nazwać wcześniej – uśmiechnąłem się tak ostentacyjnie, że mogło to sprawić głupie, przerysowane wrażenie, gdyby nie to, że Stephan odpowiadał mi tym samym i wyraźnie przyciągał mnie ku sobie. I have been told so, powiedział.

Ale skoro już o pochodzeniu gadamy, kontynuowałem, pociągnąwszy duży łyk wina, to zaskoczyło mnie, że jesteś Czarny, nie spodziewałem się tego. Przestraszyłem się nagle, to chyba nie zabrzmiało najlepiej, ale wyglądało na to, że osiągnęliśmy już pewne minimum porozumienia i mój lęk nie był potrzebny. Przecież wysłałem ci zdjęcie, raczej się na nim nie chowałem. Faktycznie przysłał mi zdjęcie, całej sylwetki, prawie nagiej, jedynie w bokserkach, ale zrobione z telefonu, flesz odbijał się w lustrze, przesłaniając głowę białą plamą światła, a skórę maskując na żółto. Tak, odpowiedziałem, ale ten ostry flesz… Przepraszam, mam nadzieję, że to nie problem, spojrzał na mnie uważnie, wciąż z uśmiechem, teraz jeszcze bardziej cwaniackim. Wręcz przeciwnie, odpowiedziałem, z uśmiechem mówiącym: I fucking love Black guys. Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby się trochę pobawić moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like Black guys? Yes, I do, odpowiedziałem bez wahania, choć czerwieniąc się trochę, że ktoś tak nonszalancko rzuca światło na ukryte zakamarki mojego pragnienia, i tak łatwo odnajduje tam obraz samego siebie. Więc na początku lat dziewięćdziesiątych pracowałeś w Polsce? Tak, ale niezbyt długo, nauczyć się polskiego nie zdążyłem. To ile masz teraz lat? – patrzyłem na niego badawczo, nie przestając się uśmiechać, ale na szczęście przestając się już czerwienić – czułem się coraz bezpieczniej naprzeciw jego uśmiechu i błysku w głęboko czarnych oczach. A na ile wyglądam? – wyraźnie bawiło go wyciąganie ze mnie komplementów, przecież nawet to moje I do (w sensie: I do like Black guys), brzmiało w tej naszej rozmowie jak komplement, tak zabrzmieć miało i tak zostało, bez śladu nieporozumienia, odebrane. Trudno ci dać więcej niż trzydzieści, ale jeżeli pracowałeś w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, to… Mam czterdzieści trzy lata, rzucił z uśmiechem, badając wzrokiem moją reakcję. Mój podziw. Nie wyglądasz, w życiu bym ci tyle nie dał, powiedziałem, przełykając ślinę z wrażenia. Wiem, wyglądam znacznie młodziej, Matka Natura i Czas są dla mnie łaskawi, ty zresztą też nie wyglądasz na dwadzieścia dziewięć, dałbym ci dwadzieścia trzy, odwdzięczył się. Dziękuję, ale to nic w porównaniu z tobą, ty wyglądasz na piętnaście lat mniej niż masz, słodziłem mu niestrudzenie.

Ani się spostrzegliśmy, jak nadeszła pora seansu. Zebraliśmy nasze klamoty, ja torbę i płaszcz, on kurtkę, Stephan kupił jeszcze kubełek popcornu i poszliśmy po schodach na piętro, bo film grali w największej, olbrzymiej sali. Usiedliśmy dość wysoko, film był po hiszpańsku, jeden z trzech języków, którymi Stephan władał biegle, więc nie musiał zwracać uwagi na napisy. Kino nie było pełne, w naszym rzędzie po lewej nie było nikogo oprócz nas. Zapadła ciemność. Stephan rozsiadł się wygodnie po mojej prawej stronie, sam rozmiar jego klatki piersiowej, barków i ramion pozwalał nam dyskretnie, jak gdyby nigdy nic, dotykać się i o siebie ocierać. Wreszcie czułem przez skórę ten jego wspaniały biceps i triceps. Moje prawe ramię coraz wygodniej opierało się o jego lewe, co Stephan odbierał bez słowa, ale z zadowoleniem. Po pewnym czasie poczuł się zapchany popcornem, w którego spożywaniu mu nie pomogłem, bo odkąd w dzieciństwie obżarliśmy się nim z bratem tak, że rzygałem do rana, na zawsze pozostała mi do tego badziewia odruchowa niechęć. Odłożył kubełek na podłogę i położył lewą dłoń na moim prawym kolanie, sondując, jak zareaguję. Bardziej niż przychylnie: przysunąłem moje udo bliżej jego nogi, tak, by się o siebie opierały. Może pamiętasz moje nogi, nie są to nogi ułomka, ale przy jego udzie prawdziwego kulturysty takich rozmiarów moje i tak wyglądało jak chłopięce. Stephan uśmiechnął się pod nosem, zadowolony, że wykonaliśmy kolejny krok.

Bezpośrednio za nami siedziało kilka osób. Mogli te nasze poczynania podglądać, bo w tamtej sali rzędy pną się stromo, ale żaden z nas się tym nie przejmował. Byliśmy rzut beretem od Soho, a Stephan był zbyt postawny, żeby się kogokolwiek obawiać, zbyt z tym pewny siebie, żeby się przejmować, a mnie wręcz radowało, że ktoś widzi, że to ja będę dzisiaj w nocy miał tego wspaniałego mężczyznę, za którym niejedna głowa już się tego wieczoru obróciła. Miałem tylko nadzieję, że nie widać po mnie zbyt wyraźnie, jak bardzo mnie roznosi. Stephan natomiast leniwie dręczył mnie słodką torturą, od czasu do czasu przesuwając dłoń kilka centymetrów w jedną, potem w drugą stronę. Przez jakiś czas trzymał ją zsuniętą ku wewnętrznej stronie mojego uda, dość wysoko, zacząłem się obawiać, że gdyby przesunął ją jeszcze trochę wyżej, guziki mojego rozporka wystrzelą na wszystkie strony i nabijają komuś guza. Jego dłoń była ciepła, duża, ciężka i silna, ale wydawała się wewnątrz miękka i łagodna, bardziej niż przyjazna, obiecywała bezpieczeństwo.

Film dobiegł końca, a ja nie wiedziałem w ogóle, co o nim myśleć, nie byłem w stanie się na nim skupić. Obaj potrzebowaliśmy do ubikacji, zrobiło się tam tłoczno, bo dwa seanse skończyły się niemal w tym samym momencie. Tylko dzięki tej kolejce udało mi się zapanować nad sobą na tyle, by stracić wzwód przed dotarciem do pisuaru. Na szczęście zwolnił się akurat pisuar w rogu, dzięki czemu mogłem się trochę osłonić przed spojrzeniem innego oddającego mocz samca. Na szczęście, bo bałem się, że po dwóch godzinach ocierania się o biceps i udo Stephana, po seansie kontaktu z ciepłem jego silnej dłoni, dotyk palców konieczny do oddania moczu wywoła ponowny napływ krwi i ożywi wzwód; że po dwóch godzinach w stanie takiego podniecenia, może mi skapywać trochę śluzu, a czułbym się bardzo zażenowany, gdyby ktoś widział, że zwisa mi z członka trudny do strząśnięcia glut. Stephan nie chciał się tłoczyć w kolejce do pisuaru, wolał poczekać, aż będzie się można dostać do jedynej w tej toalecie kabiny.

Zeszliśmy potem razem po schodach, ja dwa dyskretne kroki za Stephanem, by napawać się przez chwilę bardziej bezczelnie, bez obawy o sprawiane wrażenie, widokiem całej jego postury kroczącej majestatycznie przede mną. Chciałbyś coś zjeść? – zapytał, gdy byliśmy już w fiołkowym hallu na dole. Wyszliśmy na ulicę. Tam, gdzie mieszkam, na Caledonian Road, jest kilka restauracji, chciałoby ci się tam ze mną podskoczyć? – i znów ten uśmiech. Najwyraźniej badał, czy jestem skłonny wybrać się do niego na noc, nie proponując tego od razu otwarcie. Jasne, że by mi się chciało, odpowiedziałem. Jaką kuchnię lubisz, co byś powiedział na coś azjatyckiego? Wszystkiego mogę spróbować, byle to nie były krewetki, śmiałem się. Nie lubisz krewetek? Wyglądają dla mnie jak robaki. Stephan był wegetarianinem, byłem pod wrażeniem, że taką masę mięśni zbudował, nie jedząc mięsa, ale tego już nie powiedziałem, w obawie, że przefajnuję z częstotliwością komplementów.

Poszliśmy w górę ulicy i zeszliśmy do metra na Piccadilly Circus, tam wzięliśmy Piccadilly Line, northbound service, która jedzie prosto na Caledonian Road. Znalazły się dwa miejsca siedzące obok siebie, które szybko zajęliśmy. I znów rozmiary Stephana pozwalały mu opierać udo o moje w zupełnie niebudzący podejrzeń sposób. Nie martwiłem się podejrzeniami, miałem nawet w głębi duszy nadzieję, że ten czy ów współpasażer-obserwator domyśli się, co się między mną a Stephanem kroi, że to ja, nikt inny, będę miał tego budzącego podziw mężczyznę jeszcze tej nocy. Stephan opowiedział mi, że kupił mieszkanie na Caledonian Road, kiedy budowali tam nowe budynki, bo chciał mieć blisko do pracy. Więzienie, w którym pracuję, jest dosłownie parę kroków stamtąd, oszczędzam mnóstwo czasu na dojazdach, rano zdążę jeszcze potrenować na siłce, wieczorem popracować trochę nad doktoratem. Doktorat pisał o pracy z ludźmi podwójnie uzależnionymi, zwykle alkoholikami i narkomanami jednocześnie. Praca z nimi, tam w więzieniu, jest naprawdę stresująca, dlatego wolę raczej pójść na jakiś obciachowy amerykański film, żeby się odprężyć, odmóżdżyć, a nie dołować się jeszcze dodatkowo w kinie, śmiał się, więc następnym razem pójdziemy na film, który ja wybiorę. To będzie Twilight albo coś co najmniej równie głupiego, nie przestawał się śmiać. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby wybierał kolejny film, i kolejne filmy, bo to oznaczało, że mogło być dla mnie w tych potężnych ramionach miejsce na więcej niż jedną tylko, dzisiejszą noc.

Na Caledonian Road wysiedliśmy z pociągu i wypełzliśmy spod ziemi. Rozglądaliśmy się za restauracją, bo azjatycka, o której myślał, okazała się z nieznanego powodu zamknięta. Niedaleko majaczyła inna, ale Stephan uważał, że jest niedobra. Słuchaj, są dwie możliwości, spojrzał na mnie badawczo. Możemy iść dalej tą ulicą i szukać jakiejś restauracji, ale jest też taka opcja, że pójdziemy po prostu do mnie i odgrzejemy spaghetti, ugotowałem wczoraj, jeśli nie masz nic przeciwko kolacji wegetariańskiej, a potem mógłbyś zostać na noc, jeśli tylko masz ochotę. Nie mam nic przeciwko twojemu spaghetti; że jadam mięso nie znaczy, że nie jadam nic innego. Stephan znów uśmiechnął się jak osiedlowy łobuz i powtórzył drugą część swojej opcji z odgrzewaniem spaghetti, do której się nie ustosunkowałem: Chciałbyś zostać u mnie na noc? Tak, chcę zostać u ciebie na noc, kiwnąłem trzy razy głową, na mojej twarzy musiała się wtedy malować cała radość tego świata. To świetnie, ucieszył się, chodźmy, możemy kupić wino albo piwo w sklepie na dole, jak chcesz, bo ja nic nie mam. A nie przeszkadza ci, jeżeli ja się napiję wina?, zawahałem się. Nie, nie ma najmniejszego problemu.

Na parterze budynku, w którym mieszkał, mieścił się otwarty do późna sklep, Pakistańczyk sprzedał mi tam butelkę pinot grigio (wolałem już zostać przy białym), po czym weszliśmy do zadbanego, kilkupiętrowego budynku odgrodzonego od ulicy domofonem. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro, Stephan otworzył przede mną drzwi do swojego mieszkania, wpuścił mnie do środka i zamknął za nami.

Było to piękne, przestronne mieszkanie, całe pomalowane na biało, z ogromnym narożnym salonem, przeszklonym na całą szerokość dwóch ścian, z dwiema sypialniami. Mniejsza sypialnia była zamknięta. Tam nie wchodź, uśmiechnął się wskazując na drzwi. Wynajmuję pokój jednemu Włochowi, czyni to spłatę kredytu mniej dotkliwą. Piękne mieszkanie, powiedziałem, sam salon był niemal wielkości całego mieszkania moich rodziców w Dąbrowie Górniczej. Niestety, kiedy je kupowałem, kosztowało znacznie więcej niż jest warte dzisiaj, westchnął odrobinę teatralnie. Rozglądając się po tym wnętrzu, myślałem o nieszczęsnym, zimnym pokoju, który wynajmowałem u Mateusza i Magdy, w czteropokojowym mieszkaniu dzielonym jeszcze z ich siostrą. W nowej pracy zarabiałem dwa razy więcej niż w hotelu, ale najlepsze, na co mnie było stać w tym przedrogim mieście, to większy niż na Finchley pokój w większym mieszkaniu, jednak wciąż nie „u siebie”.

Stephan zaprosił mnie gestem dłoni, rozgość się, a sam zanurzył się w wielkiej, sięgającej niemal sufitu lodówce, w poszukiwaniu spaghetti do podgrzania. Podszedłem do okna. Stephan, wrzuciwszy makaron do mikrofali, dołączył do mnie w salonie. Stanął tuż za moimi plecami, miałem wrażenie, że czuję na nich ciepło jego silnego ciała; lewą dłoń położył na moim ramieniu, a prawą pokazał mi widoczne stamtąd więzienie. Swoją drogą, mamy mnóstwo więźniów z Europy Wschodniej, powiedział. Polaków też? O, Polaków w szczególności, Polaków najwięcej, nawet sobie nie wyobrażasz. Zza ściany zapiszczała kuchenka mikrofalowa, Stephan zniknął więc znowu w kuchni i wrócił z dwoma talerzami z długim makaronem oblepionym domowej roboty sosem pomidorowym, z cebulą, czosnkiem, oliwkami i bazylią. Przyniósł mi kieliszek na wino, a sobie szklankę wody.

Gdy już zjedliśmy, a ja wypiłem dwa kieliszki pinot grigio, znaleźliśmy się razem na jednej z dwóch kanap stojących naprzeciw telewizora. Rozmawialiśmy, a nasze uda wymieniały elektrony. Stephan, gestykulując żywo, wykorzystywał jeden za drugim kolejne preteksty, by dotykać mnie tu i ówdzie także dłonią. Krew w moich żyłach musiała już od dawna bąbelkować od wrzenia, a wino zniosło wszystkie moje blokady. Mogę cię pocałować, zapytałem, uśmiechając się, you are very, very sexy, dodałem. Podobam ci się? – z rozbrajającym uśmiechem zapytał zamiast odpowiedzieć. Masz jeszcze jakieś wątpliwości? Myślałem, że to już było jasne co najmniej, odkąd w kinie położyłeś dłoń na mojej nodze. Pozwoliłbym ci ją tam trzymać ponad godzinę, gdybyś mi się nie podobał? Nie przestawał się uśmiechać łobuzersko, a ja po chwili znalazłem się w rozkroku nad jego udami, z kolanami po obydwu stronach jego bioder. Ująłem w dłonie jego piękną, dużą, ale wspaniale proporcjonalną pomiędzy tymi szerokimi barkami głowę i zacząłem smakować jego usta. Mimowolnie uniosłem wzrok w stronę otwartych drzwi salonu, przez które widać było zamknięte drzwi sypialni włoskiego współlokatora. On nas nie zobaczy czasem? – zaniepokoiłem się nagle. Nie przejmuj się, jak jest w domu, to prawie nie wychodzi ze swojego pokoju, jestem przecież u siebie, no nie? Rozsiadłem się więc wygodnie na jego udach i zaczęliśmy całować się coraz wścieklej. Moje dłonie próbowały zapuszczać się na zwiady, trzeba im było odkryć te muskuły, te bicepsy, ten brzuch i pektorale wciąż jeszcze osłonięte bawełnianą koszulką. Stephan obejmował mnie swoimi potężnymi ramionami, jego ciepłe, silne dłonie wsunęły mi się pod sweter i podkoszulek, pieściły moje plecy, potem jedna wsunęła się pod spodnie i bieliznę i zacisnęła na pośladku.

Nie chciałem już dłużej czekać, chciałem się wreszcie dostać do całego tego ciała, i żeby ono do mnie całkiem i wszędzie się już dostało. Możemy pójść do łóżka?, zapytałem cicho, może zabrzmiało to jak błaganie, i istotnie nim było. Sure, uśmiechnął się, wypuszczając mnie z objęć, żebyśmy obaj mogli wstać.

Chwycił mnie za rękę i zaprowadził do sypialni, zamknął za nami drzwi. Podeszliśmy do pościelonego na biało, szerokiego łóżka, z którego Stephan zdjął maskotkę, jakieś zwierzę z długimi kończynami, rzucił ją na podłogę. Zauważył moje rozbawienie – maskotka na łóżku tak męskiego mężczyzny, tak potężnego, pomnikowo wielkiego mężczyzny? – i też się roześmiał. Miałem ich więcej, różne zwierzęta, ale mój były chłopak obraził się na mnie, wściekł się i je wszystkie powyrzucał. Wyrzucił wszystkie? Tak, wyrzucił do śmieci, on miał różne takie napady. Ale chyba nie z powodu tych maskotek się rozstaliście, śmiałem się. Nie, no nie tak konkretnie, ale to był, przejaw, jeden z wielu, tego, że nam się już nie układało. Zdjął ze mnie sweter i podkoszulek, ja wreszcie odsłoniłem jego potężny tors, w uszach dudniły mi uderzenia mojego serca. Też był Polakiem, by the way, dorzucił jeszcze, miał na myśli swojego byłego chłopaka. Obaj zdjęliśmy spodnie, ja zrzuciłem szybko bieliznę i skarpety. Stephan stał przede mną wciąż w bokserkach, dłonią delikatnie popchnął mnie trochę do tyłu i pokierował tak, żebym usiadł na brzegu łóżka. Stał przede mną w oczekiwaniu, aż zsunę mu jego bokserki i ujrzę jego męskość w całej jej okazałości.

Od razu jakby zrozumiałem, dlaczego w kinie na Haymarket Stephan czekał na kabinę: wyobraziłem sobie, że obok sikającego Stephana staje jakiś bardziej przeciętny biały mężczyzna i w poczuciu zniewagi wymierza mu śledzia w twarz. To chyba z jakiegoś filmu. Bo Stephan był dopiero na drodze do pełnego wzwodu, jeszcze nie do końca mu się podniósł, a już rzucał poważne wyzwanie domorosłym psychologom, którzy budowanie takiej muskulatury tłumaczą potrzebą kompensowania niedostatków po stronie „ważniejszych” cech płciowych. Stephan niczego nie musiał kompensować, wręcz przeciwnie, jeśli już, to nadganiać rozbudową ogółu swoich proporcji, ale nawet przy jego wzroście, przy szerokości jego klatki piersiowej, rozmiarach bicepsów i ud, jego męskość i tak wciąż wyglądała imponująco i oczekiwała, aż moje usta podniosą ją do reszty i uczynią twardą i gotową do działania.

Czy na mojej twarzy widać też było lęk? Bo choć byłem podniecony do białej gorączki, miałem przed sobą trzysta procent mężczyzny jakąś szatańską sztuką pomieszczone w jednym ciele, to pewności, czy zdołam przyjąć go w siebie, wyraźnie mi brakowało. Przypomniał mi się Patrick i opór, z jakim musiał sobie dać radę, zanim się we mnie dostał, a to, co miałem przed oczami, biło nawet Patricka na łeb na szyję. Czy on mnie zwyczajnie nie rozerwie na strzępy? Stephan może dostrzegł i ten lęk, uśmiechnął się nieznacznie, kątem ust, z pewnością siebie samca świadomego wrażenia, jakie wywiera. Położył mi dłonie na głowie i przysunął ją do swojego przyrodzenia. Żeby go tam dobrze wypełnić krwią, moje usta potrzebowały pomocy dłoni. Lekko słonawy smak jego ogromnej żołędzi drażnił mi język, gdy wyobraźnia starała się odpowiedzieć na pytanie, co to będzie, co ze mnie zostanie, gdy właściciel tej maczugi wepchnie ją we mnie.

Let’s put a condom on, powiedział, gdy był tam już całkiem twardy. Delikatnym, ale zdecydowanym gestem swoich silnych dłoni odsunął moją głowę, wydostając swoją zadowoloną żołądź na powietrze. Schylił się do nocnej szafki i otworzył szufladę wypełnioną prezerwatywami wysypanymi z pudełka, albo raczej pudełek, bo było ich tam kilkadziesiąt, może nawet ze sto – no tak, taki mężczyzna nie może narzekać na brak seksu, chociaż zerwał z swoim polskim (znowu, jak Mitesh! o co tu chodzi?) chłopakiem, na pewno ustawiają się do niego kolejki chętnych pasywów, nie kupuje kondomów inaczej niż po kilka paczek na raz. Wyciągnął jedną prezerwatywę, otworzył i podał mi, żebym mu założył. Zaciągnąłem ją powoli, pieszcząc go jeszcze palcami, wpatrując się w jego prącie jak zahipnotyzowany.

Stephan odrzucił kołdrę i pociągnął mnie z sobą do łóżka. Położył mnie na plecach, sam ułożył się tuż przy mnie, na boku, uniósł się na łokciu i z tej samej pełnej kondomów szuflady wydobył tubę lubrykantu, wycisnął trochę i rozprowadził na całej powierzchni swojego sztywnego, wyczekującego członka. Wziął na palce dłoni jeszcze trochę żelu i wypieścił nimi mój anus. Uniósł się nade mną, podciągnął mi kolana, przełożył moje nogi przez swoje barki i przystąpił do ataku. Napierał powoli i ostrożnie, usiłując stopniowo rozluźnić mój zwieracz, oszukać opór mojego ciała wilgocią żelu, którym wysmarował nasze miejsca styku. Szeroka, opancerzona majestatycznymi pektoralami klatka piersiowa unosiła się nade mną, oparta na dwóch potężnych niczym jakieś antyczne kolumny ramionach, które wznosiły się po obydwu stronach moich barków: niczego nie pragnąłem w tamtym momencie bardziej, niż być zerżniętym przez ten cud natury, zerżniętym natychmiast, zerżniętym za wszystkie czasy, za te wszystkie rozkosze, których nie zaznałem, kiedy miałem lat osiemnaście, dwadzieścia czy dwadzieścia parę. Mój zwieracz jednak nie chciał się poddać, Stephan nie zdołał we mnie wprowadzić nawet głowicy swojej rakiety. Próby trwały już chyba kwadrans, sytuacja robiła się niepokojąco krępująca, z tendencją do beznadziejnej.

Zrezygnowany, Stephan położył się na plecach, jego głowa zapadła się z westchnieniem w poduszkę. Zdjął prezerwatywę, zawiedzioną i suchą w środku wyrzucił do kosza, który stał niedaleko łóżka – po mojej stronie, skąd krzyczała do mnie: wstyd! Mogłem sobie doskonale wyobrazić zakwasy zaciśnięte na tych ogromnych jądrach, które utraciły okazję zrzucenia ładunku. Sam nie tylko nie zostałem zerżnięty za wszystkie czasy, ale nie zostałem zerżnięty w ogóle, po tylu godzinach pobudzenia i obietnic składanych przez cały wieczór przez jego gesty, spojrzenia i dotyk. Z mojej własnej winy, z winy mojego własnego, nieprzygotowanego ciała, które poniosło tak sromotną klęskę na froncie pogoni za rozkoszą, a miało przed sobą – i nad, i już prawie w sobie – zmaterializowany fantazmat tak wielu homoseksualnych mężczyzn. Czułem się rozczarowany moim ciałem, które nie sprostało, uległo własnym ograniczeniom i nie zaznało mężczyzny przecież dokładnie takiego, o jakim nie raz śniło, jak jeden z tych, za którymi włóczyło oczyma po hali czy szatni klubu Virgin Active na Hammersmith.

Nie wiedziałem, jak przeprosić za swoje niesprostanie, za swoje niepodołanie, za swoją niezdolność przyjęcia takiego daru – daru, o który tylu innych by z zapamiętaniem i determinacją zabiegało. Chciałem się zapaść pod ziemię, jak wtedy, kiedy na schodach przed Sacré-Coeur pozwoliłem odejść Karimowi. Pod ziemię, i prosto do piekła, na które znowu zasłużyłem. Coś próbowałem powiedzieć, skończyło się tylko na nieśmiałym, z trudem wyszeptanym I’m sorry, I’m really sorry. Zastanawiałem się, czy zaproponować coś innego, na przykład, że zrobię mu fellatio, ale czułem się zbyt tą klęską onieśmielony, żeby się odezwać z taką ofertą. Bo czy tak spektakularny mężczyzna dochodzi samym tylko fellatio, czy nie jest to jedynie rozgrzewka przed kopulacją, czy godzi się w ogóle sugerować, że takiemu smokowi mogłoby wystarczyć samo fellatio? Wydawało mi się, że byłaby to prawie zniewaga.

Zdarza się, zdaję sobie sprawę, że nie jestem przeciętny, powiedział Stephan tonem niezwykle wyrozumiałym, ciepłym, i poklepał mnie jeszcze po dłoni. Are you upset?, zapytałem przerażony, naprawdę przerażony, że być może właśnie tracę takiego mężczyznę. Nie, odpowiedział spokojnie, pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, i uśmiechnął się, patrząc na mnie, patrząc mi prosto w oczy. Ale przyzwyczaisz się do moich rozmiarów, to kwestia czasu i praktyki. Zgasił lampkę po swojej stronie łóżka. Wiem, to taki stereotyp jest, że czarni mężczyźni mają wielkie penisy, dodał jeszcze, tylko stereotyp, wcale nie wszyscy, ale tak się składa, że ja akurat mam. Miałeś już jakiegoś czarnego mężczyznę? Miałem, uśmiechnąłem się, trzech. I jak u nich wyglądała sytuacja z rozmiarami? – popatrzył na mnie. Patrick miał wielkiego, ale oczywiście nie aż tak jak ty. Ale największego, jakiego dotykałem, dopiero dzisiaj spadł na drugie miejsce, śmiałem się. Potem jeszcze był Stan i Chris – przydarzyli mi się tuż przed Miteshem – oni byli w granicach średniej. Tak więc, podsumowałem, stereotyp stereotypem, nie wszyscy macie olbrzymie przyrodzenia, ale największe przyrodzenia chyba najczęściej macie właśnie wy, śmiałem się, tak do końca fałszywy ten stereotyp nie jest.

Przestałem się czuć jak ostatnia łajza, która zepsuła całą zabawę. Ton głosu Stephana był ostatecznym dowodem, że nie ma mi niczego za złe. Leżeliśmy chwilę w ciszy, on zamknął oczy, ja nie, patrzyłem to w sufit, to w stronę tego mocarnego ciała, zanim dotarł do mnie sens tego, co on przed chwilą, kilka zdań temu, powiedział: pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, przyzwyczaisz się, kwestia praktyki, i ten mimo wszystko uśmiech, szczery uśmiech, a nie wyraz zawodu czy irytacji. Czyli jednak było dla mnie miejsce w jego obszernym łóżku na więcej niż tylko tę jedną noc, przypadłem takiemu mężczyźnie do gustu na tyle, że chce, żebym tu wrócił, nawet po tym katastrofalnym niepowodzeniu, sromotnej klęsce. Moje oczy ostatecznie porzuciły sufit i zatrzymały się na nim, na jego pięknej, nieprawdopodobnie młodej twarzy silnego mężczyzny, na szerokiej piersi opancerzonej płatami muskułów, opiętej gładką, nieowłosioną z natury lub bardzo starannie wygoloną, brązową skórą. Na miłość boską, byłem w łóżku z najprawdziwszym przybyszem z najbardziej utęsknionej prowincji Krainy Fantazji każdego pasywa w mojej części Europy: pięknym, muskularnym czarnoskórym mężczyzną o monumentalnym prąciu, i mogłem go mieć na więcej niż jedną noc. Mogłem mieć mężczyznę, którego zazdrościłaby mi co druga sfrustrowana ciota w tej dupie świata na Dzikim Wschodzie kontynentu. I nie dałem rady, ta nieszczęsna część ciała, która najbardziej przecież tęskniła, poddała się, niezdolna przyjąć go w siebie. Nieszczęsna, sucha w środku, rozczarowana prezerwatywa rozmiaru extra large, czy jeszcze większego, jeżeli większy istnieje, leżała w koszu po mojej stronie łóżka niczym dowód winy, i piekła stamtąd jak wyrzut sumienia.

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Djamel

Kiedy spotkałem Djamela, a on tak szeroko i szczerze się na mój widok uśmiechał, pomyślałem, że może dostałem szansę na odkupienie tamtego grzechu. Tego, że pozwoliłem Karimowi odejść.

Djamela poznałem na zamku w Châtillon, malutkiej miejscowości w Burgundii. Daniel, spasiony, sapiący strażnik moich nowych pracodawców, otworzył bramę małym elektronicznym pilotem, który wszyscy nazywali tu bipem. Wjechaliśmy samochodem w głąb angielskiego ogrodu, spomiędzy drzew wyłonił się jeden budynek, potem ogromny libański cedr, a potem następny budynek, tym razem ten najważniejszy, średniowieczny donżon przebudowany w dziewiętnastym wieku. Daniel podjechał samochodem przed wejście donżonu. Drzwi były otwarte, przed nimi stały dwa zsunięte kwadratowe stoliki ogrodowe, z ciężkiego drewna, siedział przy nich młody, wysoki, szczupły mężczyzna. Był bosy, buty leżały pod stolikiem. Czytał książkę, wiatr trochę podwiewał mu jej strony. Miał długie, kasztanowe włosy, spontanicznie falujące, prawie kręcone, miękkie, spięte z tyłu w ogon. Podniósł wzrok znad książki i spojrzał na nowo przybyłego: mnie.

To Djamel, wysapał Daniel. Jest tu przewodnikiem.

Skąd się w ogóle wziąłem w tym zamku?

Po czterech tygodniach poszukiwania pracy, zrezygnowany i załamany, pogodziłem się już z myślą, że misja „saksy we Francji” zakończyła się porażką. Zamiast zarobić, straciłem tylko pieniądze, w tym część pożyczoną na wyjazd od Gosi, kumpeli ze studiów. Prawie nic mi nie zostało, chociaż odżywiałem się makaronem z oliwą i czosnkiem, tylko czasem z dodatkiem cukinii i pomidora. Dzień wcześniej wróciłem z centrum miasta na gapę, przeskakując przez bramki metra – czułem się tą koniecznością niesłychanie upokorzony, na szczęście prawie nikogo nie było wtedy na stacji. Nigdy wcześniej nie podróżowałem stopem, ale już postanowiłem tak właśnie wracać do Polski. Ewa, u której się zatrzymałem, wróciła już z wakacji i była zła jak chmura gradowa, bo miałem przez lato płacić jej połowę czynszu, a skończyło się na jednym miesiącu za który nie bardzo mogłem zapłacić tyle, na ile się umówiliśmy. I wtedy zapukała do nas sąsiadka Ewy – Halina, też z Polski. Znalazłam ci pracę, powiedziała w drzwiach. Uratowała mi życie.

To właśnie była praca w Châtillon. Halina początkowo sama na nią przystała, bo w sierpniu i tak nie miała klientów. Sprzątała ludziom mieszkania, a wszyscy, którzy w Paryżu zatrudniają sobie kogoś do sprzątania, w sierpniu wyjeżdżają na wakacje na cały miesiąc. Ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. W zamku potrzebowali kogoś na całe dwa miesiące, a ona miała tylko miesiąc przerwy i nie chciała stracić klientów, u których stale sprzątała. Zadzwoniła do pośredniczki  i powiedziała, że rezygnuje, ludzie z zamku wpadli w panikę: Zna pani kogoś, kto jest dostępny, od zaraz? Halina pomyślała o mnie, tak, sąsiad szuka pracy, bardzo potrzebuje. Co prawda to facet, ale da radę.

No więc, masz pracę. Będziesz miał pokój w zamku, wyżywienie, nie będziesz musiał w ogóle wydawać pieniędzy, wszystko, co zarobisz, możesz zabrać do Polski. To co mam powiedzieć pośredniczce? No ba!

Dwa dni później byłem w pociągu, z dworca w Nevers odebrał mnie Daniel, a potem gramoliłem się już z samochodu, z ogromnym plecakiem, który musiałem wydobyć z bagażnika.

Djamel patrzył w moją stronę znad książki. Dzieliła nas trochę zbyt duża odległość, żebyśmy zagadali, ale widziałem w jego wielkich oczach jakieś zainteresowanie. Na twarzy zatańczył mu uśmiech, piękny uśmiech, Boże, jaki piękny uśmiech. Daniel potwierdził kiwnięciem głowy, gestem i mruknięciem, że tak, tam jest wejście, tam powinienem się skierować. W drzwiach tymczasem stanęła Chantal, właścicielka zamku, żona Michela, którego poznałem w Paryżu. Wyszła mi naprzeciw, żeby się przywitać. Niska, trochę przy kości, pięćdziesiąt kilka lat, piękne, bujne, czarne włosy, proste, opadające luźno na ramiona. Wyciągnęła ku mnie drobniutką dłoń, ozdobioną wielkim złotym pierścieniem z brylantami, nieco drżącą, później miałem się przekonać, że drżała jej zawsze. Przedstawiła się, podziękowała Danielowi, i powiedziała, że oprowadzi mnie po zamku. Zamieszkam w tamtym budynku, tym który samochód musiał wyminąć, nim dotarł do donżonu. A może jestem zmęczony i chcę najpierw pójść do swojego pokoju i odpocząć? Nie, nie byłem zmęczony, byłem podekscytowany tym miejscem. Moi koledzy ze studiów zbierali na saksach pomidory, szparagi, truskawki albo ścinali tulipany, a ja miałem pracować w pięknym średniowiecznym zamku, i miałem tu gdzieś mieć swój pokój. Filmowcy jeszcze nie przyjechali, powiedziała Chantal i zaproponowała: Poznajcie się z Djamelem. Djamel!, zawołała.

Zamknął książkę, zostawił ją na stole i nie zakładając butów podszedł w naszą stronę, wyciągając do mnie dłoń. Szczery uśmiech rozjaśniał jego pociągłą, śniadą twarz, odsłaniając długie, równo i ciasno ułożone zęby. Jego wielkie, inteligentne oczy błyszczały kolorem bursztynu. Kosmyk kasztanowych włosów wymknął się gumce i opadł mu na czoło. Wiedziałem, że Djamel to arabskie imię, ale dotąd myślałem, że Arabowie mają wszyscy włosy kruczoczarne. Byłem zaskoczony, zaintrygowany. I onieśmielony jego badawczym, a jednocześnie przyjacielskim spojrzeniem. Głównie dlatego, że wydał mi się przepiękny – przepiękny w jakiś niezwykły, trudny do nazwania sposób.

Djamel, Jarek, poznajcie się. Djamel jest naszym przewodnikiem, oprowadza turystów po zamku, wyjaśniła Chantal. Razem z Alexandre’em, który gdzieś się podział, może go spotkamy w salonie. Obaj studiują filozofię na Sorbonie.

Chantal zabrała mnie jednak szybko od właściciela tych wielkich bursztynowych oczu, żeby mi wszystko pokazać i wprowadzić mnie w tajniki mojej misji na najbliższe dwa miesiące. Na parterze minęliśmy kuchnię, z której wybiegł jak burza młody kucharz, Bretończyk Pierrick, zatrzymał się, bo Chantal chciała nas sobie przedstawić, po czym poleciał dalej, do chambre froide, w piwnicy, gdzie trzymano świeże warzywa i owoce. Kuchnie, pokazywała mi Chantal, były dwie. Jedna w starym stylu, umeblowana w dziewiętnastym wieku, z wielkim, masywnym drewnianym stołem stojącym tam być może nawet od wieku piętnastego, z miedzianymi garnkami na ścianach i pięknymi przyborami kuchennymi. Tutaj jednak częściej się jadło niż gotowało, gotowało się raczej w drugiej kuchni, roboczej, mieszczącej się za tej ładnej kuchni „plecami”, choć bywało, że tutaj, w tej zabytkowej, pieczono ptactwo na siedemnastowiecznym, ale wciąż doskonale sprawnym ruszcie. Dalej była wielka, reprezentacyjna jadalnia, przez nią z kolei można było dotrzeć do mniejszej, za to ze stołem o blacie z różowego, włoskiego chyba marmuru, osiemnastowiecznymi krzesłami, żyrandolem z Murano i wielkim genueńskim lustrem w ciężkiej pozłacanej ramie. Na końcu korytarz na parterze prowadził do pralni i suszarni. Można je było jednak wyminąć, by wejść na kręcone kamienne schody; była to oryginalna średniowieczna klatka schodowa. Po tylu stuleciach noszenia obutych ludzkich stóp stopnie były mocno wyślizgane, więc wzdłuż schodów, po ścianie, biegł gruby sznur zawieszony na wbitych w mur metalowych hakach, elastyczna poręcz, której można było się trzymać lub w razie potrzeby uczepić.

Na pierwszym piętrze Chantal pokazała mi dwa salony umeblowane antykami, oraz bibliotekę, w której oprócz regałów ze starymi książkami stał stół do bilarda, stolik do gry w karty lub kości, i specjalne kabiny na cygara. Spotkaliśmy tam drugiego przewodnika, Alexandre’a, bardzo zamkniętego w sobie i nieśmiałego blondyna w okularach. To piętro było bardzo wysokie, mieściło sypialnię właścicieli oraz sypialnię matki Chantal, Madame Zivi. Tam miałem się nie zapuszczać, Madame Zivi przyjeżdża ze swoją szurniętą, otyłą kotką, która się panicznie boi obcych mężczyzn. Piętro wyżej były już tylko sypialnie, i mały salonik indyjski, który właściwie był tylko głęboką wnęką wtuloną pomiędzy dwa pokoje, niezmiernie jednak uroczą, bo wejście do niej okalał rzeźbiony misternie w drewnie łuk przywieziony z Indii. Trzecie piętro, ostatnie miało najniżej zawieszony sufit i najmniejsze pokoje. Dwa z nich  zajmowali Djamel i Alexandre.

Kiedy tak chodziliśmy, nie mogłem przestać myśleć o pięknym Arabie, który został na dole ze swoją książką. Czemu tak mi się przyglądał, dlaczego wydawał się tak mną zainteresowany? Czyżbym właśnie dostawał niespodziewanie szansę na odkupienie śmiertelnego grzechu sprzed Sacré-Coeur? Czy Djamel był gejem? Skoro teraz Chantal o nim wspomniała, zareagowałem szybko pytaniem, czy Djamel jest Arabem;  chciałem usłyszeć o nim coś więcej, cokolwiek.

Il est d’origine algérienne. Ses parents sont venus d’Algérie. Ben, il n’est pas tout-à-fait Arabe, il est Kabyle, si vous voulez être exact. Les Kabyles sont les Berbères d’Algérie. Pochodzenia algierskiego, ale tak naprawdę kabylskiego a nie arabskiego. Nigdy wcześniej nie słyszałem o Kabylach. Miałem wrażenie, że w tym zamku, który cudem mi się przytrafił, otwiera się przede mną jakiś zupełnie nowy świat.

Chantal zaprowadziła mnie potem do drugiego budynku, nazywali go Petit Château, gdzie miałem mieszkać. Prowadziła do niego wysypana drobnymi kamyczkami nieregularna droga, którą miałem ochotę nazwać polną, gdyby nie biegła obok zamku.

Po drodze zapytałem Chantal, o co dokładnie chodzi z tymi filmowcami, o których wcześniej wspominała. Okazało się, że będą niedaleko kręcić film i na czas zdjęć zamieszkają w zamku. Chantal z mężem postanowili wynajmować czasem zamek na różne wydarzenia, żeby posiadłość mogła się trochę sama finansować i w razie kłopotów nie trzeba jej było sprzedawać. To miał być pierwszy raz, chcieli sprawdzić, ile pracy to wymaga, jakie są koszty, jak w ogóle takie coś organizować. Film będzie ekranizacją powieści, która jest we Francji dość popularna, taki stylowy kryminał z poczuciem humoru, Tajemnica żółtego pokoju. Producenci szukali jakiegoś przyjemnego miejsca, żeby zakwaterować na czas zdjęć reżysera i aktorów. Niebawem pozna pan nie byle kogo, uśmiechnęła się, bo niezłą obsadę mają. Zna pan Sabine Azémę? Oczywiście, kto jeszcze? Claude Rich, Pierre Arditi, ten Belg, co to dostał w tym roku nagrodę w Cannes, jakżeż on się nazywa, Olivier Gourmet. Jest jeszcze Denis Podalydès, i jego brat Bruno, reżyser. Nie wiem, czy pan widział w Polsce, oni razem zrobili Versaille Rive-Gauche.

Weszliśmy do Petit Château przez duży salon wystylizowany tak, żeby się kojarzył jednocześnie z klimatem rustique i z amerykańskim barem z lat pięćdziesiątych. Był tam ceglany kominek na pół ściany, bilard, staroświecka szafa grająca, jednooki bandyta, stół zrobiony z wielkiego, grubego plastra bardzo starego drzewa, obite skórą fotele, barowe krzesła, no i bar, a na nim kilkudziesięcioletnia, nie działająca już kasa. Za barem alkohole, z których wiele pierwszy raz widziałem na oczy. Dalej była kuchnia, przez którą można było przejść na klatkę schodową. Schodami docierało się na pierwsze piętro, potem na drugie, i tam właśnie był „mój” pokój, dochodziło się do niego mijając pokój Pierricka. Chantal powiedziała, że zostawi mnie teraz na chwilę, żebym się rozgościł, a potem odnajdziemy się w donżonie.

Rozpakowałem się, odświeżyłem pod prysznicem, rzuciłem się na łóżko, żeby wypróbować, jak się na nim będzie spało. Moje okno wychodziło na tę część ogrodu, w której znajdował się basen. Tamtego dnia był przykryty czymś niebieskim, unoszącym się na powierzchni wody.

Ubrałem się ponownie i zbiegłem na dół, wyszedłem przez bar, by pójść z powrotem ku donżonowi. Nie zdążyłem jednak zamknąć za sobą drzwi, gdy zaczął padać deszcz, który w mgnieniu oka zrobił się niesamowicie gęsty i ciężki. Djamel, który wciąż jeszcze siedział przy stoliku przed wejściem, zamknął książkę, założył buty i poszedł schować się w otwartych drzwiach budynku. Stanął tam i czekał na mnie, z książką w dłoni. Wbiegłem za nim i stanąłem naprzeciwko. Twarz Djamela rozświetlał skandalicznie piękny uśmiech.

Korytarzem przechodziła kobieta w fartuchu, przy kości, z krótkimi siwymi włosami. Martine!, zawołał Djamel. To Jarek, przyjechał dzisiaj, będzie tutaj pracował przez lato. Martine uśmiechnęła się w dziwny, udawany sposób, trochę tak, jak niektórzy ludzie uśmiechają się do cudzych dzieci. Wymamrotała coś, że ona tu pracuje od dwudziestu lat, i coś jeszcze, ale nie bardzo zrozumiałem co, odwróciła się i odeszła do kuchni.

Martine est un peu drôle, powiedział Djamel, prawie szeptem. Tu vas voir. Przysunął się bliżej mnie i oparł ramieniem o kamienny mur. Stał tak blisko, że poczułbym się zakłopotany, gdyby nie było mi z tym tak przyjemnie, bo mogłem widzieć jego bursztynowe oczy z tak bliska. Jego brwi nie były zrośnięte, choć kilka włosków pomiędzy nimi, nad wąskim, doskonale symetrycznym nosem, sprawiało wrażenie, jakby kiedyś, przez chwilę chciały się zrosnąć, ale zaraz się rozmyśliły. Skórę miał nieskazitelnie gładką, doskonałą. Miał na sobie błękitną koszulę, dwa górne guziki były rozpięte, kołnierz rozchylał się na boki, wyglądał spod niego skrawek klatki piersiowej. Jego skóra wzbudzała we mnie pulsujący zachwyt.

Skąd konkretnie w Polsce jesteś, z jakiego miasta? – zapytał. Nie masz prawa go znać, zaśmiałem się. Dlaczego? Nie mów mi, że z Dąbrowy Górniczej, rzucił jakoś tak od niechcenia, na dodatek wymawiając tę nazwę zdumiewająco poprawnie. Serce zabiło mi mocniej. Skąd wiesz? Nikt mnie tutaj nie pytał, nikomu nie mówiłem. Ty naprawdę jesteś z Dąbrowy Górniczej? – jego wielkie bursztynowe oczy zrobiły się ze zdziwienia jeszcze większe. Potwierdziłem. Djamel zaniósł się cichym, szeleszczącym śmiechem. Kiedy się śmiał, spinał się trochę i wychylał się przodu, jego twarz przysunęła się jeszcze bliżej, a do mnie zaczęło docierać, jak ekscytująco jego towarzystwo, jego obecność, cała jego istota na mnie działają. Za nami deszcz szumiał coraz głośniej. Jakim cudem on wiedział, skąd jestem? Skąd w ogóle znał Dąbrowę Górniczą? Jakim cudem potrafił tę nazwę powiedzieć, żaden Francuz nie potrafi przecież jej powtórzyć? Wśród moich przyjaciół na Sorbonie jest dziewczyna z Polski, jej rodzina pochodzi z Dąbrowy Górniczej, wyjaśnił, wciąż się zanosząc śmiechem. Quelle coïncidence!

Rzeczywiście, dość niecodzienny zbieg okoliczności. Przez otwarte drzwi za moimi plecami docierał nie tylko szum, ale i zapach deszczu, który przez nozdrza podbijał moje podniecenie. Patrzyłem tak na Djamela i zrozumiałem, że najchętniej rozpiąłbym tę koszulę jeszcze bardziej i dotknął jego cudownej, delikatnie śniadej skóry. Ponieważ był wyższy ode mnie i ten odsłonięty kawałek jego klatki piersiowej tym bardziej prosił mi się do oczu – pomyślałem nagle o na wpół odsłoniętej piersi La Môle’a. Z każdą chwilą wszystko w nim podobało mi się coraz bardziej. Był szczupły, ale barki miał naturalnie, jakby od niechcenia, szerokie. Oczy błyszczące ciekawością, matowy głos, z cudowną chrypką. Chciałem dalej go słuchać, poprosiłem, żeby wytłumaczył mi, skąd w zamku turyści, przecież to prywatny dom. We Francji to całkiem normalne, powiedział, mnóstwo tu zamków i pałacyków, wiele z nich jest w rękach prywatnych. Są zabytkowe, władze zachęcają więc właścicieli – chyba ulgami podatkowymi, ale nie wszystko, co mówił, rozumiałem – żeby otwierali je przynajmniej latem dla zwiedzających. A dla niego i Alexandre’a to rodzaj stażu i jednocześnie fajne wakacje. Dzisiaj na przykład była tylko jedna rodzina turystów, Alexandre ich oprowadził, a ja sobie czytałem cały dzień, zaśmiał się znowu. Oczywiście, turyści nie łażą po całym zamku, wyjaśnił. Nie wchodzą do sypialni, pokazujemy im salony, jadalnie, zabytkową kuchnię, no i oprowadzamy po ogrodzie, pokazujemy widok z góry.

Tamtego wieczoru podawałem pierwszy raz do stołu – miała to być część mojej pracy. Gospodarze i goście siedzieli przy masywnym, średniowiecznym stole w reprezentacyjnej kuchni. Była Chantal. Była jej matka, Madame Zivi, koło osiemdziesiątki. Dwie pary gości, wszyscy w przedziale pięćdziesiąt-sześćdziesiąt lat. Djamel i Alexandre też siedzieli z nimi przy stole. Pierrick, który w godzinie posiłku stawał się niesłychanie nerwowy, a jego język tak przyspieszał, że z trudem za nim nadążałem, wysyłał mnie do stołu z kolejnymi potrawami, a Chantal uśmiechała się i instruowała, jak mam podawać.

Martine pokazała mi, gdzie przyrządza werwenę i herbatę, którą piją po kolacji. Po deserze wszyscy przeniosą się do salonu, wyjaśniła. Ułożyliśmy wszystko na tacy i zanieśliśmy do dużego salonu. Potem zeszliśmy posprzątać po kolacji. Kiedy wszystko trafiło do dwóch zmywarek, Martine zarządziła przygotowanie śniadania. Rozłożyliśmy ceratę zdobną w obrazy kolorowych warzyw, a na niej filiżanki, talerzyki, czarę z owocami, metalowe pudełka z herbatą, dwie okrągłe złote maselniczki i delikatne konfiturierki z węgierskiej porcelany. Salon, po werwenie, herbacie i pewnie koniaku, posprzątamy jutro rano, powiedziała Martine, jakby zdradzała mi jakiś sekret. Tymczasem Pierrick uporządkował kuchnię, powkładał garnki, patelnie, rondle do ogromnej zmywarki, wyczyścił blaty i noże.

Potem Martine, wciąż obuta w swoje miękkie pantofle, wsiadła na skuter i odjechała, a my z Pierrickiem poszliśmy w stronę Petit Château. Pierrick, poza godzinami serwowania posiłku, był kompletnie na luzie i całkiem zabawny, ale nie zawsze rozumiałem, co mówi. Weszliśmy razem po schodach, po drodze gasząc światło, i rozeszliśmy się do swoich pokojów.

Wziąłem jeszcze jeden szybki prysznic i poszedłem do łóżka. Było ciepło, więc zamknąłem wewnętrzne okiennice i nagi wsunąłem się pomiędzy prześcieradła. Patrzyłem w sufit, próbując uporządkować wrażenia tego pełnego zdumień dnia. Myślałem o tym, jakiego miałem fuksa, że w ostatniej chwili znalazła mnie ta praca, że nie wrócę znad Sekwany jako bankrut i pośmiewisko. Ale nie mogłem też nie myśleć o Djamelu. Z miejsca mnie zaczarował. Czyżby on też miał przede mną otworzyć nieznane mi wcześniej światy? Czy to, że tak był mną zainteresowany, tak się garnął do rozmów ze mną, przysuwał się tak blisko, oznaczało, że mu się podobam, w ten sposób? Że go pociągam? Czy to, że zna Dąbrowę Górniczą, jest jakimś znakiem? Może ten wyjazd do Francji nie tylko pozwoli mi przeżyć kolejny rok na studiach – może pod osłoną nocy spotka mnie tu znacznie więcej: poznam dotyk Djamela, jego uścisk, zapach i smak jego skóry, jego miłość?

Następnego dnia Chantal dała mi listę gości, którzy mieli w nadchodzących dniach zamieszkać w zamku. Obeszliśmy wszystkie pokoje sprawdzając, czego jeszcze brakuje. Ścielenie łóżek, wymiana pościeli, uzupełnianie wody w karafkach, sprzątanie łazienek, wymiana ręczników – to miały być moje zadania od jutra, czyli od przyjazdu pierwszych filmowców.

Zapytałem Chantal o sklep, potrzebowałem żyletek i pianki do golenia. Za bramą droga w dół prowadzi do miasteczka, jest tam supermarket. Niech pan poprosi Djamela albo Alexandre’a, żeby panu otworzyli bramę. Staliśmy wtedy na korytarzu pierwszego piętra, nieopodal otwartych drzwi na balkon wychodzący na tę stronę, gdzie wczoraj Djamel przy drewnianym stole czytał książkę. Chantal musiała pomyśleć o tym samym, bo natychmiast się tam skierowała i wyjrzała na zewnątrz. Djamel i tym razem tam siedział, znowu z książką. Zawołała go i zapytała, czy by mnie nie wypuścił z posiadłości. Bien sûr, pas de problème, odpowiedział, spoglądając ku nam. Allez-y, rzuciła mi krótko Chantal.

Chwilę później szedłem więc z Djamelem wysypaną drobnymi kamyczkami drogą do wielkiej bramy. Było ciepło i bardzo słonecznie. Djamel szedł boso. Zachwyciły mnie jego stopy: były piękne, większe niż moje, ale szczupłe, ich kształt wydawał mi się jakiś taki szlachetny, każdy palec – były długie – był piękny, wręcz elegancki. Ludzkie stopy tak często mnie odpychały, zwłaszcza męskie, wydawało mi się, że prawie zawsze są brzydkie, ale nagle przyszło mi do głowy, że może był to jeden ze sposobów, w jakie manifestowała się we mnie niechęć do mojego ojca. Ojciec z wiekiem stawał się dla mnie i dla mojego młodszego o rok brata coraz gorszy; gdy byliśmy nastolatkami, gnębił i upokarzał nas bezinteresownie, kiedy tylko wypatrzył taką możliwość, Krzyśka jeszcze bardziej niż mnie. W tym samym okresie zauważyłem, jak brzydkie są jego stopy, szerokie i obłe, jak z kluchy ciasta, z wyrastającymi z tych kluch parówkami ściśniętych palców – jakby obronna niechęć do niego, jaką reagowałem, żeby wydrzeć sobie trochę własnej przestrzeni wolnej od jego przemocy, zapisywała się w moim ciele w postaci takich dziwnych fizycznych repulsji. Czasem, samotnie zanurzony w wannie, w zamkniętej na blokadę łazience, zadawałem sobie z przestrachem pytanie, czy moje stopy też są tak brzydkie i niezgrabne, może są, tylko są moje, jestem do nich przyzwyczajony, więc tego nie dostrzegam? Czy ktoś kiedyś zapragnie mnie dotknąć, jeśli z zewnątrz moje stopy są równie odpychające, jak stopy mojego ojca dla mnie? Kiedy mieliśmy płyn do kąpieli, taki, który robi porządną pianę – nie zawsze mieliśmy, długo było ciężko i matka kupowała tylko rzeczy absolutnie niezbędne – oddychałem z ulgą, piana przykrywała wszystko, mogłem nie myśleć o stopach. Później, przestraszony siłą fizycznej tęsknoty, jaka porywała mnie czasem ku nielicznym pięknym mężczyznom lub chłopcom, którym udało się jakimś cudem pod kominami Huty Katowice nie zamienić w spopielałe maszkarony, na dystans od nich, w skorupie, która przeszkadzała mi w wyjawieniu komukolwiek, co naprawdę czuję, trzymał mnie czasem ten irracjonalny strach: może ma ładny uśmiech, ładne oczy, a nawet coś pięknego w sylwetce, ale co, jak zdejmie buty i zobaczę tam coś tak szpetnego jak grube, płaskie stopy mojego ojca? Adam był pierwszym chłopakiem, o którym pomyślałem, że nawet stopy ma piękne. Jego opalenizna, zupełnie jakby nie był z Polski, czyniła je jeszcze piękniejszymi. A teraz Djamel. Był tak piękny, w całości, bez wyjątku, że nawet jego stopy były przepiękne. Nic nie utrzyma mnie w skorupie, nic nie pomoże mi zabić w sobie tego pożądania, które zaczęło we mnie wierzgać na jego widok, wyrywać się z mego ciała ku niemu.

Byłem w butach, trochę nie mogłem się nadziwić, że można tak iść po tym żwirze na bosaka, jak gdyby nigdy nic, ale zamiast tego zapytałem, czy imię Djamel coś znaczy po arabsku. Djamel spojrzał na mnie, śmiejąc się, a słońce rozjaśniło jeszcze cudowniej jego bursztynowe oczy. To znaczy „piękno”, odpowiedział. Nie uważasz, że to kretyńskie tak się nazywać? Jak masz na imię, chłopczyku? Piękno! Kiedy się tak śmiał, prowadząc mnie do bramy, a przedzierające się przez liście drzew słońce muskało nagłymi, złocistymi błyskami jego twarz i włosy, wydawał mi się coraz piękniejszy. I nic w tym nie widziałem kretyńskiego, wręcz przeciwnie, zauroczyło mnie, że ten zachwycający młody mężczyzna ma na imię Piękno. Chyba wtedy właśnie wszystko zostało przesądzone: ostatecznie oszalałem na jego punkcie.

Tego dnia nie było gości na kolacji, tylko Chantal, jej matka, Djamel, Alexandre – i Dominique, która przyjechała po południu, na wypadek, gdyby operacja filmowcy miała czasem wymagać dodatkowej pomocnej ręki. Dominique była zapaloną kinomanką, siostrzenicą Michela, męża Chantal. Kolacja skończyła się szybko. Chantal i Dominique chciały iść wcześnie spać, dlatego Djamel i Alexandre postanowili pójść ze mną do Petit Château i zatrzymać mnie w barze przy czymś do picia.

Siedzieliśmy więc przy barze i gadaliśmy sobie. Pamiętam, że Alexandre zapytał, czy rozumiem Martine. Przyznałem, że nie zawsze. Wyjaśnił mi, dlaczego: ona mówi z bardzo silnym lokalnym akcentem, używa regionalizmów, nawet jemu zdarzało się jej nie rozumieć. Jednak Alexandre poza tym mówił niewiele, zawsze cichy i wycofany. To Djamel mówił więcej, usiadł na wprost mnie, ja stałem dla hecy za barem, jakbym w nim pracował. Alexandre nagle wstał i powiedział, że będzie już się zbierał.

Djamel został jeszcze ze mną, wziął nawet następną whisky. Przyglądałem się jego palcom obejmującym szklankę. Były delikatne, szczupłe, dłuższe od moich, nagle rozpaliła mnie myśl, że mogłyby mnie dotykać. Pytał mnie o różne rzeczy, o Polskę, co studiuję, o moich ulubionych filmowców. Zaczął mówić o swojej fascynacji Zwierciadłem Tarkowskiego, pamiętał nawet rosyjski tytuł tego filmu, mówił o tej scenie, w której ta piękna kobieta biegnie korytarzem wydawnictwa i nagle podskakuje do góry. Piękna kobieta – lubi kobiety, czy chce mnie wybadać, zastanawiałem się. Co chwilę żartował albo coś go bawiło. Co chwilę się śmiał – i cały czas mi się przyglądał. Cierpliwie mnie słuchał i pomagał znaleźć słowa, gdy mi ich brakowało. Potrafił do mnie mówić tak, że wreszcie wszystko rozumiałem. Nawet nieznane mi wcześniej francuskie słowa i zwroty w jego ustach stawały się jasne – przez kontekst, przez gest, który do nich dołączał, przez opisowe wyjaśnienie, które dorzucał, kiedy tylko dostrzegał, że czegoś nie zrozumiałem, a dostrzegał od razu. W końcu wstał i powiedział, żebym lepiej poszedł spać, bo nie chce być odpowiedzialny za moje zmęczenie jutro. Wyszedł, a ja wróciłem po schodach do siebie.

Czy zdołam odkupić śmiertelny grzech sprzed Sacré-Coeur? – zadawałem nocy pytanie, powtarzając w myślach to cudowne imię, Djamel, długo i raz za razem, i układając po francusku frazy, które mogły mi pomóc wyjawić mu, co czuję. Tu te rends compte que je raffole de toi?… Ukołysany marzeniem, że się jednak na tę odwagę zbieram, i że Djamel odpowiada uśmiechem, błyskiem w oku, je le savais, a zaraz potem uściskiem ramion, dotykiem ust, aż wreszcie całym sobą – zasnąłem.

Odkąd w zamku pojawili się filmowcy, mój czas upływał w nieregularny sposób. Każdego dnia liczba gości była inna, przybywało lub ubywało pokojów, którymi musiałem się zajmować. Czasem kolacja była dla siedmiu, innym razem dla kilkunastu osób. Jedne dni mijały mi w mgnieniu oka, gdy biegałem z góry na dół, inne ciągnęły się powoli, gdy trzeba było nadrobić zaległe żmudniejsze zadania, jak mycie okien. Azéma, Arditi, Rich, Gourmet, Podalydès – do jakiegoś stopnia mnie interesowali, zjadłem kiedyś śniadanie z Azémą, porozmawialiśmy o Znamy tę piosenkę i o czymś jeszcze, ale tak naprawdę żyłem dla wykradzionych pracy chwil, które udawało mi się spędzić z Djamelem. Jednego dnia udało mi się z nim zjeść śniadanie. Innym razem przysiąść na chwilę, żeby zapytać, co czyta. Przypadkowe spotkania na schodach, kiedy uśmiechał się do mnie swoim zachwycającym uśmiechem. Wreszcie kolacje, które jadał przy stole z Chantal, Dominique, Madame Zivi, z aktorami, w weekendy też z Michelem. Najbardziej wyczekiwaną sekundą każdej kolacji była ta, kiedy podchodziłem do Djamela i zgodnie z wskazaniami service russe pochylałem się nad nim od lewej strony, podsuwając mu jedno z dań. Wtedy przez chwilę mogłem poczuć zapach jego włosów (nieraz były mokre, bo często brał prysznic przed kolacją), patrzeć na jego szyję z bliska, z odległości kilku centymetrów. Żeby potem marzyć, że może niebawem coś się wydarzy i będzie mi dane znaleźć się z nim sam na sam, z dala od cudzych oczu, pokonać wreszcie dzielące nas kilka centymetrów i wtulić twarz w tę ciepłą szyję, pocałować piękną, ciemniejszą od mojej skórę, poczuć ją na policzku, poznać jej smak i teksturę. Nałożywszy sobie porcję, Djamel odkładał couverts de service i mówił zawsze Merci, Jarek, i to Merci, Jarek było jak pieszczota – tak mnie w skrytości rozpalało, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak wielką rozkosz mógłbym znaleźć w tych dłoni dotyku, w tych ust pocałunku. Czasem pachniał jeszcze papierosem, którego wypalił tuż przed kolacją, na zewnątrz. Ale gdy to Djamel pachniał tytoniem, nawet ten zapach był piękny.

Djamel, przypomnij mi, jak masz na nazwisko, poprosił nagle Michel swoim donośnym głosem. Djamel odpowiedział, było to długie kabylskie nazwisko. Bouba- co? Nie mógłbyś się nazywać po prostu Moreau, jak wszyscy? Nad stołem rozległ się gromki śmiech Michela.

W jeden gorący, słoneczny dzień wyszedłem na wysypaną kamyczkami dróżkę i zdjąłem buty, chciałem przejść się po nich tak jak Djamel – na bosaka. Nie dałem rady, wrzynały mi się boleśnie w stopy, zdołałem zrobić tylko kilka kroków. Jak on to robił? Któregoś z tych dni, gdy Michel był w zamku, szliśmy razem we trzech, z donżonu do Petit Château, Djamel znowu stąpał boso, i wtedy już nie mogłem powstrzymać słów podziwu. Tak, podziw to właściwe słowo. Djamel odpowiedział, że od dziecka często chodził boso, zwłaszcza latem w Algierii, dokąd jeździli całą rodziną na wakacje, więc się przyzwyczaił. Michel spojrzał na mnie przyjmując niespodziewanie filozoficzny wyraz twarzy, oczywiście dla zgrywy. Ils sont durs, les Arabes, c’est pour ça, powiedział z udawaną śmiertelną powagą, po czym wybuchnął donośnym śmiechem.

Algierskie pochodzenie Djamela było dla mnie jak odkrywanie nowego lądu. Lądu, który wabił ciepłem, zapachami, barwami – i tajemnicami. Dotychczasowe kilka tygodni pobytu we Francji już potrząsnęło wieloma moimi polskimi przyzwyczajeniami, wieloma pewnikami. Żeby cokolwiek zrozumieć ze świata, trzeba z Polski wyjechać, trzeba z niej wyjeżdżać. Co ja wiedziałem wtedy o Algierii? Typowe polskie pierdololo, zbitka mądrości mojego ojca, nauczyciela historii i jakiegoś programu w telewizji: że dla Francuzów Algieria była jak jedno z ich własnych „województw”, dlatego taki straszny ból im sprawiła jej utrata w tej całej wojnie. A Algierczycy co o tym sądzili, może by ktoś tym się trochę zainteresował? Dlaczego nikt w Polsce nie zadawał takich pytań? Dlaczego naród, który sam był podbijany i kolonizowany przez silniejszych sąsiadów, nie odczuwa minimum solidarności z Algierczykami, tylko się wzrusza „bólem” kolonizatorów i podziela ich rojenia o Algierii jako regionie Francji? To wszystko było dla mnie bardzo nowe, całkiem jak niezwykła uroda Djamela, i wchodziło w drżący rezonans z przejmującym mnie pragnieniem wyjścia w nieznane. Pragnieniem, które wciąż szukało sposobu wyrwania się ze swojego lochu, na intymne spotkanie z tym pięknym, o rok ode mnie starszym mężczyzną.

Wśród aktorów na zamku pojawił się niejaki George Aguilar, Amerykanin od lat żyjący we Francji. Nie tylko Amerykanin, najprawdziwszy Apacz! Niewysoki, ale silny, mocno zbudowany, prawdziwie byczy mężczyzna, o trudnym do odgadnięcia wieku – za sprawą długich, pięknych, gęstych kruczoczarnych włosów. Wcześniej widziałem takie tylko na zdjęciach mojej mamy z młodości i u Ewy, przyjaciółki z liceum. No i w filmach o Apaczach. Był ów Aguilar mężem Josiane Balasko, bardzo popularnej we Francji aktorki komediowej. I cierpiał na bezsenność.

Ze względu na tę przypadłość nie próbował nawet kłaść się spać przed trzecią w nocy, każdego wieczoru szukał kogoś, kto dotrzymałby mu towarzystwa, najlepiej sącząc jakiś trunek i grając w kości. Miał swoją ulubioną grę, wygrywał ją ten, kto pierwszy zdobył dziesięć tysięcy punktów. Aguilar stopniowo, wieczór po wieczorze, wciągnął do tej gry Djamela, Alexandre’a, Chantal, Michela, Dominique, kucharza Pierricka i niektórych z aktorów. Nawet sędziwej Madame Zivi zdarzyło się zagrać. Z Pierrickiem często przesiadywał do bardzo późna, ponieważ Pierrick też bardzo mało sypiał.

Po dwóch tygodniach pobytu Aguilara bakcyl gry w dziesięć tysięcy opanował cały zamek.

Była to pewnie sobota, spokojny weekend, aktorzy pojechali do domu, a do gospodarzy nie wpadli żadni znajomi, i w taką sobotę Djamel zawołał mnie po kolacji, żebym dołączył do nich w bibliotece pograć w kości. Przy stoliku siedzieli Chantal z Michelem, Dominique i Alexandre. Przytargałem sobie krzesło i się przysiadłem. Gra była prosta, do nauczenia w kilka minut i od pewnego momentu toczyła się niemal samoczynnie, bez konieczności myślenia, dlatego dawała tyle zabawy, nawet mimo zmęczenia, które mi jednak odrobinę dokuczało.

Graliśmy na okrągłej drewnianej piste, jak to nazywali, wyłożonej zielonym zamszem. Na leżącej na stoliku kartce zapisywaliśmy punkty. Michel zaoferował mi kieliszek oszałamiająco aromatycznego armaniaku, którym sam się już raczył. Djamel i Alexandre również częstowali się tym armaniakiem, Chantal piła swoją zwyczajową werwenę, a Dominique herbatę. Przegrywałem z kretesem. Co chwilę się z czegoś śmialiśmy. Sacré Jarek! – powtarzała Dominique z nieprawdopodobną uciechą za każdym razem, kiedy lądowałem znowu na samym dole tabeli.

Znacie w Polsce taką postać z programów dla dzieci, Casimir miał na imię, zapytał nagle Djamel, z błyskiem w oczach niczym dziecko, które przypomniało sobie o czymś fantastycznym. Nie kojarzyłem. Świetny program, chyba z dziesięć lat leciał, Casimir był pomarańczowym dinozaurem czy jaszczurem, i od dzieciństwa tak mam, że kiedy mowa o polskich imionach, to pierwszy przychodzi mi na myśl Casimir. To polskie imię, no nie? No, tak jakby, zaadaptowane trochę, po polsku brzmiałoby Kazimierz. O, szkoda, że tego nie znasz, było naprawdę zabawne, Djamel nie przestawał się uśmiechać.

Następnego dnia rano znalazłem się z nim w kuchni na śniadaniu sam na sam. Była niedziela, wszyscy inni jeszcze spali. Nawet Martine jeszcze nie przyszła do pracy, a Pierrick upiekł croissanty i małe pains au chocolat i wrócił do swojego pokoju. Tak więc siedzieliśmy przy stole tylko my, Djamel i ja, twarzą w twarz, popijając gorącą kawę i jedząc te pyszne croissanty. Piliśmy też sok z grejpfrutów, który wycisnąłem poprzedniego wieczora.

Od dzisiaj będę się do ciebie zwracał per Casimir, oznajmił Djamel, zanosząc się śmiechem. A ja będę cię nazywał Szwajcar, odpowiedziałem, również się śmiejąc. Ça veut dire quoi, „Szwajcar”? – co to znaczy? Ça veut dire un Suisse, odpowiedziałem, ale ma też inne znaczenie, to taki szyfr polskich imigrantów. Polacy, których poznałem w Paryżu i Aulney-sous-Bois, mówią tak między sobą o Arabach, zwłaszcza, gdy nie są sami, w publicznym miejscu. Po polsku Arab brzmi dokładnie tak samo, jak po francusku, Szwajcar to słowo zastępcze, zupełnie niepodobne, żeby można było swobodnie mówić o Arabach przy nich, bez ich wiedzy. A Polacy często mieszkają w tych samych tańszych dzielnicach, w których żyje także mnóstwo Arabów.

Djamela to bardzo rozbawiło. Powtórzył słowo “Szwajcar” kilka razy, jakby jego język i usta się nim bawiły. Podniecało mnie to do bólu, chciałem, żeby pobawiły się tak mną. Zdumiewająco dobrze je wypowiadał, byłem pod wrażeniem. Wyjaśnił mi, że wymowa w obcych językach przychodzi mu bardzo łatwo, bo wychował się w trzech jednocześnie, francuskim, arabskim i kabylskim. Mają one różne systemy fonetyczne, w arabskim i kabylskim są głoski, których nie ma we francuskim, i na odwrót. Od dzieciństwa umiał więc wypowiadać dużo więcej głosek niż jest w jednym języku, to było jak pula, z której można czerpać, wybierać, wyszukiwać, podchodząc do nauki kolejnych języków.

Kiedy obaj skończyliśmy jeść, podniosłem się i powiedziałem: OK, Szwajcar, muszę już iść, bo mam sporo pokojów do przygotowania na jutro. Zebrałem mój talerz, szklankę, filiżankę i sztućce, i chciałem sięgnąć po jego. Djamel jednak mnie powstrzymał i delikatnym ruchem wyjął mi wszystko z rąk. Pozwól mi dzisiaj posprzątać po tobie, powiedział z uśmiechem. Nie no, nie wygłupiaj się. Nie wygłupiam się, całymi dniami sprzątasz po wszystkich, ja mogę raz posprzątać po tobie. Zebrał wszystko. Chodziło tylko o włożenie tego do zmywarki, ale spontaniczna szczerość tego gestu mnie rozbroiła. Podziękowałem mu i poszedłem wziąć się za pokoje dla aktorów, nazajutrz do ekipy zdjęciowej miał dołączyć sam Michael Lonsdale. Kiedy odchodziłem, czułem się, jakby połowa krwi spłynęła mi do podbrzusza i pulsowała pasją rozbudzoną tym niespodziewanie zachwycającym początkiem dnia, kilkoma chwilami, w których Djamel był cały tylko dla mnie.

W ciągu dnia, kursując między donżonem a Petit Château z wymianą ręczników i prześcieradeł, widziałem Djamela siedzącego przy stoliku w ogrodzie i rozmawiającego z Madame Zivi. Już kilka razy widziałem ich pogrążonych w rozmowie, wyglądało na to, że Djamel zaprzyjaźnił się ze staruszką, którą jej własna rodzina uważała za bardzo trudną osobę. Widać było, że towarzystwo Djamela sprawia Madame Zivi ogromną radość, coś ją w nim intrygowało, coś ją do niego przyciągało – dało się to wyczytać z jej oczu za każdym razem, gdy Djamel był z nią przy stole. Ta jego zdolność do zaprzyjaźnienia się z trudną staruszką była dla mnie kolejnym powodem do zachwytu.

Wieczorem po pracy zabrałem wielki worek z kuchennymi śmieciami i wyniosłem go na zewnątrz. Trzeba go było dotaszczyć aż na tyły Petit Château. Idąc wzdłuż jego murów zobaczyłem światło w salonie zwanym barem, a w środku Djamela i Alexandre’a. Rozmawiali o czymś, zmierzając ku łaźni tureckiej: Djamel żywo i energicznie, Alexandre, jak zawsze, trochę zgaszony. Zaniosłem śmieci na miejsce, odstraszając jakieś zwierzę, może lisa, może łasicę. Szybkim krokiem wróciłem do donżonu, żeby sprawdzić, czy coś jeszcze zostało do zrobienia i powiedzieć dobranoc Martine, Chantal i Michelowi. Chciałem się uwinąć jak najszybciej, biegłem prawie, żeby zastać jeszcze Djamela w Petit Château. Byłem podekscytowany, bardziej niż się spodziewałem, bardziej niż byłem na to przygotowany – nie będzie to spotkanie sam na sam, ale jednak spotkanie, i wszystko będzie wyglądać najzupełniej naturalnie, bo przez salon zwany barem wiodła droga do mojego pokoju.

Kiedy tam dotarłem, Djamel i Alexandre byli w hammamie. Dobiegało stamtąd światło, z wąskiego korytarzyka korytarza wymykało się trochę pary, słyszałem ich głosy. Zrobiłem sobie campari z tonikiem, moje odkrycie tamtego lata. Nie czekałem długo, Alexandre wyszedł z hammamu kilka minut później, w kąpielówkach. Zapytał, czy pójdę z nimi na basen, chcą się wykąpać w świetle księżyca, powietrze na zewnątrz wciąż jest przyjemnie ciepłe. To dlatego porte-fenêtre do ogrodu były już otwarte. Odmówiłem, późno już, muszę jutro wcześnie wstać. Tak naprawdę zdjął mnie lęk przed odsłonięciem mojego chudego, niewydarzonego ciała przed Djamelem, obawiałem się, że nie opanuję wzwodu, i że Alexandre będzie temu świadkiem, a ja najdosłowniej spalę się ze wstydu, nawet zanurzony w wodzie.

Alexandre wyszedł na zewnątrz i wskoczył do wody. Wtedy z hammamu wybiegł Djamel – był całkiem nagi. Moje gardło, serce i żołądek zalała gwałtowna, gorąca fala pożądania. Casimir! Viens avec nous!, krzyknął, śmiejąc się, przebiegł obok mnie, wybiegł na zewnątrz i z krzykiem wskoczył do basenu. Jego nagie ciało było przepiękne – skóra jakby z nutą cynamonu, czarująco, dyskretnie ciemniejsza od mojej smutnej bladości, gładki brzuch, szeroka pierś, zaskakująco muskularne pośladki i uda. Widziałem nawet jego przyrodzenie, większe i piękniejsze od mojego. Jak to zrobić, co mogę zrobić, skąd wziąć odwagę, żeby poznać dotyk, uścisk, nagość tego ciała, et la façon de laquelle il fait l’amour? Zdjął mnie zachwyt i ścisnął ból. Poczułem się przy nim zupełnie nieadekwatny, nieudany, jakby on miał wszystko, czego mi brakowało. Ja byłem blady i chudy, moje mizerne ciało ważyło pięćdziesiąt sześć kilogramów – nie lubiłem go odsłaniać, bo czułem się, jakbym wystawiał na pokaz wszystkie swoje słabości. Djamel był piękny, silniejszy, bardziej wysportowany, i bez wstydu czy obaw rozbierał się do naga i kąpał się w odkrytym basenie. Pomyślałem o jego chodzeniu boso po kamyczkach, które mnie tak boleśnie wrzynały się w stopy. Wydawał mi się bliższy naturze, w zgodzie z własnym ciałem, znacznie piękniejszym i bardziej męskim niż moje, ciałem, nad którym panował. Jakżeż ja pragnąłem czuć się tak dobrze i u siebie we własnym ciele – czy do tego można dorosnąć, nauczyć się tego? Pomyślałem, że właśnie ciało Djamela mogło mnie tego nauczyć. Jego uścisk, jego pieszczoty, nieskończona rozkosz, jakiej – wiedziałem to – doświadczyłbym za jego sprawą, gdyby tylko ten przepiękny francuski Kabyl odwzajemnił moje pragnienie, mogły sprawić, że stanąłbym wreszcie mocno na dwóch nogach i patrzył prosto przed siebie, wszystkim w oczy, jak mężczyzna, a nie jak przepraszająca, że żyje łajza.

Tej zgodzie z własnym ciałem, wygodzie we własnym ciele, które w nim widziałem, nie stał na przeszkodzie jego intelektualizm, oczytanie, studia filozoficzne, wieczne towarzystwo książek. Nie przeszkadzały mu one w błyskawicznym nawiązywaniu kontaktu z bardzo różnymi ludźmi, wszyscy od razu go lubili, Chantal, Michel, Madame Zivi, aktorzy, Martine. Z dystansu mojej własnej nieśmiałości, prześladującego mnie wrażenia, że jestem notorycznie przez otoczenie niezrozumiany, że nikomu specjalnie nie zależy na moim towarzystwie – zazdrościłem mu tego ogromnie. Kiedy byłem młodszy, miałem lat naście, zaszywałem się sam w kącie z książką lub filmem i myślałem, że tak to jest, kiedy się tak bardzo lubi książki i dziwne filmy, że to jest cena za przyjemności przez książki i dziwne filmy oferowane, że kto ma takie tęsknoty, zawsze jest trochę samotny, trochę nie przystaje. Djamel, jak nikt wcześniej w moim życiu, dowodził, że to nieprawda, a ja płonąłem pożądaniem.

Wyszedłem za nimi z moim campari z tonikiem, żeby porozmawiać, a naprawdę żeby wykraść trochę więcej widoku nagości tego tak przeze mnie upragnionego ciała. Było ciemno, ale do basenu docierały smugi światła, łamiąc się na wzburzonej powierzchni wody, odsłaniały nagłymi błyskami fragmenty nagości Djamela, jego pośladki, udo, łydkę, czasami nawet przyrodzenie. Jego ciało pokrywało niewiele włosów: trochę na przedramionach i łydkach, trójkąt nad przyrodzeniem i smużka biegnąca od podbrzusza ku pępkowi, ale wygasająca, zanim zdążyła dosięgnąć celu. Zapytałem, czy nie jest im za zimno. Zaraz wychodzimy, zaśmiał się Djamel. Alexandre potwierdził i wyszedł z wody, kierując się z powrotem do baru.

Djamel podpłynął do brzegu basenu i oparł się łokciami o jego krawędź, wynurzając pierś. Musiał zdjąć gumkę albo zgubił ją w wodzie, bo włosy miał rozpuszczone, lepiły mu się, mokre, do szyi i pleców. Nie chcesz się wykąpać, Casimir? – śmiał się. Nie, Szwajcar, nie chcę, śmiałem się również. Pożądałem go w tamtym momencie bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Długie, mokre włosy przypomniały mi Adama, kiedy wracał na brzeg z Adriatyku. Djamel nie był do niego podobny, tylko te mokre włosy – kiedy były suche, miały nawet inny kolor, Djamela były jaśniejsze. Ale myśl o Adamie uświadomiła mi, że to co czułem do Djamela było zupełnie innym porządkiem pożądania, innym niż cokolwiek, czego dotąd w życiu doświadczyłem. Adam wydawał mi się zachwycający, czekałem na każdą chwilę, kiedy mogłem cieszyć się jego widokiem i towarzystwem, czasem, gdy znalazłem się zbyt blisko i robiło się zbyt intymnie, serce biło mi szybciej i krew spływała mi do podbrzusza. Pożądanie, które czułem do Djamela, było bardziej jak pożar lasu, przeszywało mnie nagłym wstrząsem, jakby wnętrzami wszystkich moich żył ktoś okrutnie przeciągał druty kolczaste. Miałem wrażenie, że z tego niewyrażonego pożądania rozpadnę się zaraz w drżącą maź, która spłynie chaotycznie do tego basenu. Kiedy będę mógł mu powiedzieć, jak bardzo go pragnę? Djamel wynurzył się z wody i wyskoczył na brzeg. Stanął wyprostowany i zasłonił obiema dłońmi swoje nieobrzezane przyrodzenie. Chodźmy do baru, Casimir, napijemy się jeszcze. I pobiegł do środka, ja poszedłem za nim, nie mogąc wzroku oderwać od jego jędrnych, gładkich, przepięknych pośladków. Dlaczego nie był obrzezany, czyżby Kabylowie różnili się pod tym względem o reszty muzułmanów? – intrygowało mnie, ale oczywiście nie odważyłbym się zapytać go ot tak o jego członka.

Czego się napijesz, Szwajcar, zapytałem, Jakiejś whisky, bourbona. Alexandre pił już piwo. Nalałem Djamelowi Four Roses i postawiłem szklankę na blacie. Djamel wrócił z hammamu z ręcznikiem zawiniętym wokół pasa. Z włosów kapała mu woda, krople spływały po jego ramionach i klatce piersiowej. Jedna zawisła na chwilę na jego sutku, wzbudzając we mnie kolejną falę pożądania. Jak ja chciałem ją stamtąd zetrzeć! Usiadł, nogi wyciągnął do przodu, krzyżując łydki. Jakże piękne były to łydki! Można by pomyśleć, że był tancerzem, tak były piękne. W przeciwieństwie do reszty ciała były trochę owłosione. Były to włosy miękkie, niezbyt gęste, woda sklejała je w małe strzałki podążające w dół, w stronę stóp o zachwycająco wąskich przegubach. Spojrzałem na jego dłonie, w jednej trzymał whisky, palce miał długie, delikatne – i wtedy mi powiedział, że podobnie jak ja, nie poszedł na studia prosto po liceum, ale inaczej niż ja, wyniósł się od razu od rodziców, z Tuluzy do Paryża, byle dalej od swojego ojca. Też inaczej niż ja, chwycił się od razu bardzo „męskiej” pracy, takiej, do jakiej najczęściej trafia młody chłopak z algierskiej rodziny – na budowie. Gdzie zresztą poznał wielu Polaków, Boże, jak oni pili, śmiał się, ale ta praca jest tak ciężka, że trudno to przetrwać bez alkoholu. Patrzyłem na te jego delikatne, smukłe dłonie, marzyłem, żeby moja szyja była na miejscu tej szklanki, i nie mogłem tego pojąć – skazanie takich dłoni na udrękę pracy z pustakami, betonem i zbrojeniami wydawało mi się zbrodnią, zamachem na, nomen omen, Piękno. Na szczęście Djamel wtedy zrozumiał, że chce czegoś innego od życia i zapisał się na studia. We Francji są za darmo, powiedział mi, wnosi się tylko niewielkie wpisowe.

Alexandre się do nas przysiadł, musiałem się pilnować, żeby nie robić zbyt maślanych oczu, nie ośmieszyć się.

tors czarno białe

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Wątpliwości birmańskie

Wielkie światowe media, międzynarodowe instytucje i tzw. światowa opinia publiczna zapałały w ostatnich miesiącach niespodziewanym oburzeniem wobec przemocy, jakiej ofiarą pada lud Rohingja, muzułmańska mniejszość etniczna w Mjanmie do niedawna znanej jako Birma. Wyrazy potępienia uderzają w Aung San Suu Kyi, de facto przywódczynię kraju, dzielącą dziś władzę z wojskowymi, przeciwko rządom których niegdyś protestowała. Suu Kyi do niedawna była świętą krową zachodniego liberalnego mainstreamu, laureatką Pokojowej Nagrody Nobla (1991), celebrowaną przez BBC i CNN, nawet bohaterką filmowego kiczu Luca Bessona z Michelle Yeoh w roli głównej, The Lady (2011). Choć powody do zarzutów pod adresem jej formacji politycznej, Narodowej Ligi na rzecz Demokracji, mnożyły się już od dawna – nawet ta konkretna kampania przemocy w stosunku do Rohingja ciągnie się co najmniej od 2012 roku – dopiero w 2017 stało się to wszystko nagle przedmiotem zainteresowania całego świata. W błyskawicznym tempie zebrano na całym świecie 400 tys. podpisów pod petycją o odebranie jej Nagrody Nobla.

Mjanma/Birma jest mało znanym w Europie krajem, utrzymującym wątłe stosunki polityczne i kulturalne z większością krajów Zachodu; jej języki, historia, kultura i zawiłości polityczne są w świecie euroatlantyckim znane tylko wąskiemu gronu specjalistów, w wielu krajach do policzenia na palcach jednej ręki. Większość z nas nie wie o tym kraju prawie nic. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy mieli zastrzeżenia i mieli się na baczności, gdy tak błyskawicznie zmieniła się obowiązująca wersja „prawdy” na temat kraju i jego obecnej politycznej przywódczyni.

Liberałowie i hipokryci

Oczywiście, Suu Kyi okazała się hipokrytką. Choć tak naprawdę może zawsze nią była, i być może dlatego właśnie tak bardzo zakochany był w niej zachodni liberalny mainstream. Metody non-violence w wydaniu Aung San Suu Kyi obowiązują słabych w starciu z silniejszymi, ofiary w konfrontacji z opresorami, lud wobec państwowego i militarnego aparatu represji – ale już nie w odwrotnych kierunkach. Może zawsze chodziło o to, żeby Suu Kyi i jej polityczni koledzy byli bezpieczni, kiedy już dogadają się z Tatmadaw (wojskowymi) i staną częścią aparatu władzy. Dla zachodniego liberalnego mainstreamu jej jednokierunkowy pacyfistyczny prawdopośrodkizm był też pewnie najlepszą gwarancją na zwiększony dostęp do owoców dzikiego birmańskiego kapitalizmu, gdy nastąpią jego „liberalizacja” i „otwarcie” opatrzone wizerunkiem pięknej, filigranowej postury „demokratycznej przywódczyni”.

Oczywiście, powinniśmy demonstrować nasze oburzenie, gdy przywódcy polityczni, których popieraliśmy, udzieliliśmy kredytu zaufania, którym uwierzyliśmy na przykład w to, że wartością, w którą wierzą, jest pokój, deklarowanym wartościom się sprzeniewierzają. Ale kiedy na celowniku takich petycji i fal oburzenia znajdują się tylko przywódcy zdemolowanych kolonialną i neokolonialną grabieżą słabych państw Trzeciego Świata (i Czwartego, jak chcą niektórzy), to ta praktyka też staje się, koniec końców, jaskrawą hipokryzją. Inny laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Barack Obama, kontynuował wszystkie wojny odziedziczone po swoim poprzedniku Bushu młodszym, zaczął kilka następnych, jako jedyny amerykański prezydent był w stanie wojny od pierwszego do ostatniego dnia swoich dwóch kadencji, a także rozpętał na niewyobrażalną wcześniej skalę największą kampanię terrorystyczną XXI wieku, globalną kampanię zabójstw przy użyciu dronów. Gdzie było 400 tys. podpisów, żeby odebrać mu Pokojową Nagrodę Nobla?

Jak długo do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, czystki etniczne, zbrodnie przeciwko ludzkości nie zaczniemy wzywać Bushów, Blairów, Obamów, Sarkozych i Netanjahów tego świata, a jedynie śniadych lub ciemnoskórych polityków na wpół upadłych państw Afryki czy Azji, tak długo te wybiórcze namiętności do „praw człowieka” nie będą miały wiele wspólnego ze sprawiedliwością, dużo za to z neokolonialną dominacją.

Przemoc, motywy i ofiary

Jak to się stało, że przemoc, przed którą uciekają Rohingja, potrzebowała niemal pięciu lat, żeby zwrócić uwagę Zachodu i „społeczności międzynarodowej”?

Liberalna fantazja o kryształowej pacyfistce Aung San Suu Kyi, odegrała tu ogromną rolę, ale ona sama mogłaby nie dać rady. Innym ważnym czynnikiem jest dystrybucja ról Dobrych i Złych Innych w orientalistycznym rozdzielniku rasistowskiej zachodniej wyobraźni. Co najmniej od kryzysu naftowego lat 70. XX w. muzułmanie i Arabowie wysunęli się na czoło tych Złych, ale wzorowy euroatlantycki liberał nie lubi, zwłaszcza przed samym sobą, przyznawać się do swojego rasizmu, potrzebuje więc także Dobrych Innych, których używa sobie za dowód, że przecież lubi, ceni i szanuje, a nawet się fascynuje, niektórymi odległymi kulturami. W głównych rolach Dobrych Innych obsadzeni zostali wyznawcy hinduizmu i buddyzmu, którym new age’owe zaczadzenie przypisuje, z lekceważeniem faktów takich jak rola buddyzmu zen w japońskim faszyzmie czy pogromy muzułmanów w najnowszej historii Indii, immanentny pacyfizm oraz umiłowanie do zgody między ludźmi i pomiędzy ludźmi a światem przyrody.

Ale tak jak podejrzane były całe lata ignorowania przez społeczność międzynarodową przemocy uderzającej od lat w mniejszości etniczne w różnych częściach Birmy (nie tylko w stosunku do Rohingja), tak czujność naszą powinna budzić również obserwowana dzisiaj niespodziewana zmiana wiatru. Jak wiele masowej przemocy w odległych częściach świata nie przebiło się nigdy na pierwsze strony „New York Timesa”, na czołówki serwisów BBC i do uwagi „społeczności międzynarodowej”, jeżeli przemoc ta nie miała znaczenia geopolitycznego, jeżeli jej podniesienie nie wpasowało się akurat w interes któregoś z mocarstw? Mieszkańcy Demokratycznej Republiki Konga czy niedawno Mosulu coś o tym wiedzą. Czy, w takim razie, mamy dzisiaj do czynienia z nagłym ogólnoświatowym przebudzeniem sumień, czy z tym, że przemoc w Mjanmie zyskała nagle dla kogoś znaczenie geopolityczne?

Raport Saskii Sassen, wybitnej holendersko-amerykańskiej badaczki globalnych ekonomicznych i demograficznych fluktuacji współczesnego kapitalizmu, opublikowany na łamach brytyjskiego „The Guardian”, był pierwszą, jaką znalazłem, publikacją w anglojęzycznych mediach głównego nurtu, która dopisywała do kryzysu w Mjanmie szerszy kontekst. Sassen zwraca uwagę, że w Birmie ludzie uciekają z wiosek od lat, i że stoi za tym, właściwa też innym miejscom w Azji i nie tylko, ekspansja wielkich inwestycji nastawionych na wydzieranie ziemi jej bogactw naturalnych, surowcowych – w tym celu zainteresowane przemysły muszą najpierw wydrzeć ziemię społecznościom, które dotąd żyły z jej uprawy. Sassen podaje, że ta ekonomicznie inspirowana przemoc zaczęła się już w latach 90. XX w., pod rządami junty, uderza w osady muzułmańskie i buddyjskie – nie jest prawdą, że jest wycelowana wyłącznie w Rohingja jako mniejszość muzułmańską.

Zapewne wysłannicy kapitału mobilizują religie, żeby podsycać napięcia i mistyfikować w świadomości zmuszanych do ucieczki wieśniaków prawdziwe stawki tej operacji. Biedacy pozabijają się, pospalają sobie nawzajem wioski o bóstwa, proroków i demony, zostawiając pustą ziemię, na której w przyszłym roku wyrośnie tu gazociąg, a tam kopalnia jadeitów.

Ale dlaczego nic z tego, że chodzi o ziemię, i że nie tylko Rohingja padają ofiarą przemocy, nie przebija się do większości zachodnich mediów? Dlaczego na ekonomiczny kontekst zwraca uwagę Al Jazeera English, ale CNN już nie? Wiemy, dlaczego ekstrakcyjny kapitał chce, żeby wypędzani i wypędzający wieśniacy i szeregowcy w mundurach myśleli, że chodzi o religię – ale dlaczego Zachodnie media, tak daleko od sporów między birmańskimi buddystami i muzułmanami, chcą, żebyśmy i my wierzyli, że w Mjanmie rozgrywa się konflikt o podłożu wyłącznie etniczno-religijnym, a nie konflikt o ziemię, o jej koncentrację w rękach przemysłów wydobywczych? Żebyśmy my także – choć obojętne nam są ich odległe teologiczne namiętności – nie zrozumieli nigdy, co tam się dzieje?

Zasada nieufności

Serwisy informacyjne wydawane w Azji, np. „Asia Times” z Hongkongu, podają tymczasem wiadomości niepokojąco czasem trudne do wpisania w narrację, jaką opowiadają nam media na Zachodzie. Że zbrojna organizacja przedstawiająca się jako reprezentująca wolnościowe dążenia Rohingja, ARSA (Arakan Rohingya Salvation Army), dopiero całkiem niedawno – w 2016 – zmieniła nazwę, żeby schować przed zachodnimi mediami swój fundamentalistyczny religijny rodowód. Pierwotnie nazywała się Harakah al-Yakin („Ruch Wiary”). Że wbrew temu, co mówią jej przywódcy, organizacja ma związki z dżihadystami w Pakistanie, a jej przywódca, Ataullah abu Ammar Junjuni, znany także jako Hafiz Tohar, kształcił się w Arabii Saudyjskiej. Że stosuje taktyki, które są obliczone na to, że birmańskie wojsko w odpowiedzi uderzy w cywili – wbrew tradycji walk separatystycznych w innych częściach kraju, wojownicy ARSA mieszają się z cywilami, ubierają się tak jak oni, itd. Że jeden z przywódców tej organizacji istnieje tylko pod pseudonimem Sharif i nigdy nie występuje w jej propagandowych materiałach wideo, podobno dlatego, że ma zbyt wyraźny obcy akcent (wskazujący na urdu, język urzędowy Pakistanu, jako prawdopodobny pierwszy język). Że w mediach społecznościowych rzekomo oddolna chłopska organizacja posługuje się zaskakująco dobrym angielskim.

Jak większość z nas, nie dysponuję zasobami, żeby sprawdzić, ile z każdej wersji wydarzeń ma pokrycie w rzeczywistości, ale dość jest tego, żeby podejrzewać, że coś tu śmierdzi, że wersję wydarzeń, którą sprzedają nam korporacyjne zachodnie media może od rzeczywistości dzielić kilka stopni oddalenia. Dlatego właśnie, że nie dysponujemy środkami, żeby zweryfikować większość z tego, co nagle słyszymy o Mjanmie, i że jest to kraj tak mało znany, musimy być podejrzliwi, trzymać się zasady nieufności. Tym bardziej, że do grona przebudzonych obrońców Rohinjów dołączył nagle – surprise, surprise! – Bernard-Henri Lévy, który ostatnie kilkadziesiąt lat życia spędził jako „intelektualny opiekun” francuskich islamofobów i zawodowy podżegacz wojenny. Oczywiście, każdy ma prawo wierzyć w jego nagłą moralną przemianę – podobnie jak w jednorożce i krasnoludki.

A co, jeśli to nie przypadek, że Mjanma zbliżyła się w ostatnich latach do Chin i z nimi postanowiła robić swoje najbardziej spektakularne interesy? Miały być dostawy birmańskiego gazu do Chin, ale także rurociąg przerzucający przez Mjanmę do Chin ropę i gaz docierające tam z krajów Zatoki Perskiej – znacznie skróciłoby to czas podróży cennych surowców energetycznych do Państwa Środka, które jak dotąd musi czekać, aż pokonają one drogę morską przez Singapur i Morze Południowochińskie.

Co, jeśli to nie jest przypadek, że nagłe odkrycie przez „społeczność międzynarodową” przemocy w Mjanmie, skupione tylko na jednej grupie etnicznej, zbiega się w czasie z wielką geopolityczną porażką Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, czyli niemal pewną już klęską operacji obalenia Baszszara al-Asada w Syrii, a także z intensyfikacją napięć z Koreą Północną? Asadowi być może już tylko kilka bitew zostało do wygrania (z pomocą Rosji) wojny ze sponsorowanymi przez Zachód, arabskie monarchie i Izrael dżihadystami – jeśli tak się w istocie stanie, to Waszyngton być może będzie musiał pogodzić się z tym, że doktryna wymiany reżimów osiągnęła swój kres przynajmniej na Bliskim Wschodzie, no chyba że za cenę wojny z Rosją. Jednak Hillary Clinton, kandydatka tych sektorów amerykańskiego kompleksu wojenno-zbrojeniowego i wielkiej amerykańskiej burżuazji, które grały na zbrojną konfrontację z Rosją (dlatego jej kampanię finansowało 9 z 10 największych korporacji zbrojeniowych), przegrała amerykańskie wybory prezydenckie, oddając Biały Dom Donaldowi Trumpowi, a ten postawił na normalizację stosunków z Rosją (jedyny racjonalny element jego „programu politycznego”). Ale pozycja Trumpa w Białym Domu jest słaba i pod ostrzałem z wielu stron („zawdzięcza swoje stanowisko Putinowi”). Co, jeśli dla Trumpa sposobem na zażegnanie wojny z Rosją i jednocześnie utrzymanie się u władzy była złożona kompleksowi wojenno-zbrojeniowemu obietnica stworzenia możliwości wojny gdzie indziej, rozbicia eurazjatyckiego sojuszu Moskwa-Pekin-Teheran przez uderzenie nie w Rosję, a w Chiny, zaczynając od ich bezpośrednich sąsiadów i partnerów (ekonomicznych i politycznych): Korei Północnej i Mjanmy?

Żeby nie było wątpliwości: musimy być krytyczni wobec Aung San Suu Kyi, która jest prawdopodobnie winna co najmniej ciężkiego zaniechania i od dawna miała swoje za uszami, jeśli chodzi o mniejszości etniczne w swoim kraju. Ale to nie zwalnia nas od innych kierunków naszego krytycyzmu i naszej podejrzliwości. Aung San Suu Kyi jest hipokrytką, a jej Liga od dawna wypłukana z jakiejkolwiek wartościowej politycznie treści. Ale to nie znaczy jeszcze, że Suu Kyi jest wszystkiemu winna – przemoc w Birmie zaczęła się dużo wcześniej niż Suu Kyi zdobyła władzę. Niekoniecznie to też znaczy, że intencje jej nagłych możnych krytyków są takie szczere, za jakie się przebierają.

Być może staje się Suu Kyi na naszych oczach kolejnym Saddamem Husajnem, dawną pupilką i pieszczochą Zachodu, wspieraną szerokim strumieniem amerykańskich pieniędzy, która wypadła z łask, kiedy przytuliła się do kogoś innego niż Waszyngton – kiedy swoje interesy postanowiła robić po swojemu, a nie pod dyktando Białego Domu i Wall Street. W międzyczasie Zachodni liberał wpada w pułapkę wyrzutów swojego sumienia: po dekadach islamofobii, które obróciły w gruzy jeden muzułmański kraj za drugim i przyłożyły się do eskalacji rasowej i religijnej przemocy w USA i Europie, może teraz pocieszyć się, że on przecież nie jest rasistą, nie jest islamofobem, bo zapłakał właśnie nad muzułmanami z Mjanmy, nawet podpisał petycję w internecie. A kiedy Waszyngton pod przykrywką jakiejś międzynarodowej koalicji usunie już Suu Kyi, w międzyczasie przechrzczoną na „azjatyckiego Hitlera w spódnicy”, a kolejny milion ludzi zginie w kolejnej „humanitarnej interwencji zbrojnej”, proces grabieży ziemi będzie się posuwał dalej, tym razem na korzyść amerykańskiego i może brytyjskiego przemysłu – niezagrożony, nierozpoznany, bo my, podobnie jak birmańscy chłopi, dawaliśmy sobie przez cały czas mydlić oczy, że chodziło o religię.

 

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na łamach portalu Strajk.eu 3 października 2017.

Fotografia: Htoo Tay Zar – zasady użytkowania: Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=19252538, modyfikacje: zdjęcie przycięte od góry i dołu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

„Papier w dole” nr 4-5 (2017) dostępny online

Art-zine literacki „Papier w dole” nr 4-5 (2017) jest już dostępny także online, na Issuu.

W numerze m.in. fragment roboczej wersji mojej wciąż poddawanej obróbce powieści Nirvaan. Dwa inne fragmenty (wciąż w roboczej postaci) wrzuciłem już tutaj i tutaj. Fragment wybrany przez radakcję „Papieru”, jest znacznie bardziej od tamtych pornograficzny, co mam nadzieję zachęci Was do rzucenia okiem i da nieco pełniejsze wyobrażenie, czego się spodziewać po całości.

Towarzystwo Pasoliniego, nie ukrywam, bardzo przyjemne.

pwd

Brazylijska przemoc

Najbardziej zdumiewającym wymiarem brazylijskiej przemocy – skali przemocy w Brazylii – wcale nie jest to, jak tej przemocy jest dużo. Najbardziej zdumiewa, że jest jej tak mało. Tak, wszyscy znamy Miasto Boga – powieść Paulo Linsa i film Fernando Meirellesa i Katii Lund, wszyscy znamy Elitarnych Jose Padilhi, wszyscy widzieliśmy w telewizji relację z jakiejś krwawej jatki na ulicach Rio de Janeiro czy São Paulo, strzelaniny w szkole, napadu z bronią, czy wojny między druglordami wciąż sprawującymi władzę w niejednej faweli a jednostkami Policia Pacificadora.

A jednak, mimo wszystko, podtrzymuję: najbardziej zdumiewającym rysem przemocy w Brazylii jest to, jak jej jest niewiele.

miasto boga

Miasto Boga (2002)

Jak zostałem obrabowany

Byłem w Brazylii dwa razy – drugi raz prawie trzy miesiące. Faktycznie, zostałem raz okradziony. Rzecz się miała tak.

Moi znajomi z São Paulo, Péricles i Fabio, zabrali mnie od swojego rodzinnego domu na plaży, w znajdującej się półtorej godziny samochodem od finansowego centrum kraju miejscowości Bertioga. Fabio został w domu, bo nie lubi być długo na słońcu. Ja po sześciu latach życia w Londynie i po zimie poprzedniego roku, która stanowiła w stolicy Albionu, ni mniej, ni więcej, tylko siedem miesięcy mokrych ciemności, byłem wygłodniały słońca, więc razem z Périclesem snuliśmy się po plaży, na której było trochę ludzi, ale rozstrzelonych na jej długości bardzo nierównomiernie. Po jakimś czasie takiego łażenia wzdłóż brzegu, ze stopami podmywanymi wodą, stwierdziliśmy, że wejdziemy na chwilę głębiej do wody. Byliśmy akurat na pustej części plaży, w dość dalekim promieniu nie widać było żywej duszy.

Rozłożyliśmy moją cangę z Salvadoru (canga to to coś, co Brazylijczycy rozkładają na piasku zamiast ręcznika, turystom często sprzedawane są z flagą Brazylii, mozaiką z Copacabany, albo Chrystusem z Corcovado). Na niej położyliśmy torbę, do której Péricles włożył nasze klapki, gdy już byliśmy stopami w wodzie, swoje stare okulary słoneczne i może z sześć czy siedem reais, gdybyśmy chcieli na plaży kupić wodę czy coś. Jest to mniej więcej równowartość dwóch funtów szterlingów. Zostawiliśmy te nasze szpargały kilka metrów od linii brzegu i poszliśmy do wody.

Trzeba było zejść dość daleko od brzegu, bo woda długo była płytka. Cały czas rozmawialiśmy, ale w pewnym momencie obaj obejrzeliśmy się za siebie, za grupą trzech nastoletnich chłopców, przemierzających plażę na rowerach. Przejechali obok naszych rzeczy, jakby otaczając je, z dwóch stron. Obaj pomyśleliśmy „Oh, fuck!”, ale nic nie powiedzieliśmy, bo nie chcieliśmy być za bardzo paranoiczni. Chłopcy odjechali, nie ruszając naszych rzeczy. Nad plażą, niemal nad naszymi głowami, unosił się śmigłowiec policji wojskowej. Odwróciliśmy się ponownie od brzegu wyczekując nadchodzącej fali. Coś nas jednak tchnęło i obaj obejrzeliśmy się znowu za siebie. Jeden z tych trzech chłopców zawrócił. Dwaj stali może kilkadziesiąt metrów dalej. Ten, który zawrócił, zasuwał w stronę naszych szpargałów. Zaczęliśmy krzyczeć i biec do brzegu, ale biegnąc w wodzie nie mogliśmy być ani trochę tak szybcy, jak chłopak na rowerze. Wciąż jadąc, przechylił się, wyciagnął rękę i już zawracał z naszą torbą w garści. Byliśmy już na brzegu, może dziesięć metrów od złodzieja, ale on się szybko oddalał, a Périclesa złapał skurcz w łydce. Chłopak na rowerze zrównał ze swoimi dwoma kolegami i odjechali szybko w trójkę. Widać było, że nie zaglądają, co jest w skradzionej torbie, dopóki nie będą bezpiecznie daleko.

„Co myśmy w ogóle myśleli, biegnąc za nim?” – westchnął Péricles. – „Że go złapiemy i co, będziemy się z nim bić o torbę z klapkami i kilkoma monetami w środku?”

Faktycznie. Cała trójka naszych “złoczyńców” musiała kilka minut później przeżyć pewne rozczarowanie. Na pewno liczyli na coś więcej, jakiś porfel, telefon, ale my nic takiego z rozmysłem nie zabraliśmy na plażę. Frustrujące trochę jednak dla nas było, że to się wydarzyło pod okiem patrolującego plażę helikoptera policyjnego.

To jedyna rzecz, jaka została mi kiedykolwiek w Brazylii skradziona. Klapki były na dodatek stare, kupione jeszcze za czasów poprzedniego pobytu w Brazylii, w 2011 roku. Dni swojej świetności miały już za sobą, bo zabierałem je w międzyczasie na każdy urlop w ciepłe strony. Nosiłem się już z zamiarem ich wyrzucenia i zastąpienia nowymi.

Nie znaczy to, że cała ta historia nie wyrządziła nam krzywdy. Péricles miał tam też swoje okulary przeciwsłoneczne, stare, ale jedyne, jakie zabrał na ów weekend na plaży. No i musieliśmy wracać do domu na bosaka.

Już piasek na plaży, tam gdzie zaczynał się suchy, bo fale już dalej nie docierały, był potwornie gorący, rozpalony lejącym się z nieba żarem. Ale prawdziwy koszmar zaczął się, gdy wyszliśmy z plaży na wyłożoną kostką, a potem betonowymi płytami drogę. Péricles obolały po skurczu w nodze, żaden z nas nieprzyzwyczajony do chodzenia na bosaka po betonie. Francisco w Itaparice nie miał z tym problemu, ale jak powiedział, “na to trzeba lat praktyki”. Desperacko wyszukiwaliśmy wyłaniających się czasem koło krawężnika lub spomiędzy betonowych płytek kępek trawy, staraliśmy się skakać szybciej, gdy w promieniu kilku czy kilkunastu metrów majaczył jakiś nieśmiały, blady trawnik. Ulga była jednak niewielka. O ile trawa miała zwykle temperaturę niższą niż beton, była już do szczętu spalona słońcem, sucha, połamana i twarda, kaleczyła jeszcze dodatkowo nasze poparzone już, czerwone stopy.

Był to chyba najdłuższy kilometr w moim życiu. Kiedy dotarliśmy do domu, wrzuciłem zwłoki moich stóp do basenu i nie wyciągnąłem ich stamtąd przez chyba dwie godziny. Jestem trudny do zdarcia – kiedyś przez trzy tygodnie chodziłem ze złamaną stopą, nie wiedząc, że jest złamana (myślałem, że to tylko lekka opuchlizna spowodowana zwichnięciem) – nocą jeszcze wtarłem w swoje stopy mnóstwo jakiegoś kremu i nazajutrz byłem cały i zdrów. Péricles jednak nie mógł normalnie chodzić przez kilka kolejnych dni, wszystko to bowiem obudziło jakiś starszy, niedoleczony problem w jego stopach.

Oprócz tego byliśmy oczywiście wściekli, że nas taka kretyńska sytuacja spotkała, że się wystawiliśmy na tak głupi łup jakimś młokosom.

Jak na doświadczenie legendarnej “brazylijskiej przemocy” było to jednak niewiele. Nikt do nas nie strzelał, nie groził nożem, nasze straty materialne w skradzionych dobrach były śmiesznej wartości, a obrażenia Périclesa były raczej skutkiem głupiego łańcucha koincydencji, które się w tak przykry złożyły koniec, niż samego aktu dokonanego przez tych przypadkowych chłopców.

Jak już powiedziałem, był to jedyny przypadek, kiedy padłem w Brazylii ofiarą przemocy. Każdy się chyba ze mną zgodzi, że był to przypadek bezprzykładnie niespektakularny; na moim osiedlu w Dąbrowie Górniczej działy się nieraz bardziej sensacyjne wydarzenia. Nie byłem też nigdy świadkiem aktów przemocy skierowanej w stosunku do innych osób, a wybrałem się kiedyś na całą noc do nocnego klubu w faweli w Rio de Janeiro, w innej faweli, słynnej Rocinhi, rządzonej wtedy wciąż przez gangi narkotykowe, nawet się kiedyś zgubiłem.

Przemoc jako rzeczywistość

Ale nie, nie znaczy to wszystko, że w Brazylii nie istnieje problem przemocy i że nic nikomu nigdzie nie grozi. Kto szuka kłopotów, w Brazylii bez większego problemu je znajdzie. Ja nie kusiłem losu i nie zostawiłbym nigdy swojego ukochanego aparatu fotograficznego na plaży, na “kandze”, tak jak z Périclesem zostawiliśmy torbę ze starymi klapkami i sześcioma reais wrzuconymi tam luzem. Nosiłem przy sobie umiarkowane ilości gotówki i najwyżej jedną kartę kredytową. Kiedy po północy robiło się wokół mnie zbyt gęsto, rozglądałem się wokół i rozważałem, czy nie schować jednak mojego canona w plecaku. Ufałem też swojemu instynktowi. Jeśli jakaś ponura ulica w Salvadorze odbijała się dreszczami na moich plecach (a są tam takie ulice – po zmroku tak na mnie działała rua Chile), nigdy więcej nie zapuszczałem się tam po zmierzchu, a już na pewno nie w pojedynkę.

Raz w czasie całego mojego pobytu przestraszyłem się idących w moim kierunku dwóch wysokich młodych mężczyzn, których spojrzenie wywołało u mnie to, co Anglicy nazywają trafnym – jak tak wiele w języku angielskim – słowem unease. Był to ostatni dzień mojego pobytu w Rio, w rękach miałem tego mojego canona, z kartą pamięci pełną zdjęć. Głupio byłoby to stracić tuż przed wyjazdem na lotnisko Galeão. Tym razem nie miałem nawet z sobą plecaka, żeby go gdzieś schować. Miałem wrażenie, że ci dwaj młodzi ludzie wstali na mój widok ze stopni, na których wcześniej siedzieli i zmierzali w moim kierunku. Ponieważ zazwyczaj młodzi brazylijscy mężczyźni wywołują we mnie raczej fascynację – nigdzie nie widziałem tylu tak zabójczo pięknych mężczyzn, jak w Brazylii – niż jakąkolwiek formę lęku, postanowiłem dać wiarę swojemu instynktowi i przyspieszyłem kroku, schodząc im z drogi i znikając z ich radaru.

Ale mimo wszystko, przez cały okres swojej podróży chodziłem z moim canonem wszędzie, gdzie tylko chciałem, nierzadko sam, wielokrotnie włócząc się z nim do późna w noc, w miastach małych i dużych, przytulnych jak Lençóis czy Ouro Preto i słynących – jak Salvador, Rio i São Paulo – z przemocy i ulicznego złodziejstwa, czasem bardzo bezczelnego (w São Paulo opowiadano mi o młodych mężczyznach podjeżdżających na motorach do chodników przy ulicach i wyrywających swoim ofiarom torby czy aparaty fotograficzne, nierzadko odcinając w przelocie nożem paski trzymające je na szyi czy ramieniu pechowego piechura; w filmie Linha de passe Waltera Sallesa i Danieli Thomas możemy zobaczyć, jak wyrywają je z samochodów, w których wybijają szyby). Nic realnie złego nigdy mnie nie spotkało.

police (8)

Policia militar na jednej z ulic Wyższego Miasta w Salvadorze w stanie Bahia

A stranger is a friend you haven’t met yet. To moja ulubiona definicja obcego i lubię trzymać się jej w podroży. Obcy, w każdym razie przez czas mojej podróży przez Brazylię, zwracali mi tę samą monetę. I odwrotnie. Jeśli przestraszysz się chłopaka, bo ma czarną skórę, on nie będzie tak całkiem bez racji, jeśli zapragnie dać ci za to po mordzie i zachować się w sposób, do jakiego go swoją na niego reakcją wezwałeś.

Przyszłym podróżnikom do Brazylii, jeśli potrzebują mniej poetyckiej porady, zalecam zachowywanie się w sposób, który nie kieruje zbyt wiele uwagi na posiadane przez nich wartościowe przedmioty. Jeśli twoja troska o aparat, czy cokolwiek tam nosisz przy sobie, przybiera postać zbyt nerwową, podrywami paniki reagujesz na każdego zbliżającego się człowieka, nerwowo zasłaniasz swój drogocenny obiekt przed widokiem innych, wysyłasz dość jasny komunikat, że cokolwiek tam masz, musi być cholernie drogie: może warto zaryzykować i spróbować ci to zakosić. Ja w nocy zmieniałem mojemu canonowi obiektyw na jasny, fizycznie krótki, bez zmiennej ogniskowej, przeznaczony do zdjęć przy niskiej ilości światła (nie używam flesza), który sprawia, że cały aparat zaczyna wyglądać znacznie bardziej niepozornie; dzięki temu mogłem się zachowywać, jakby był znacznie skromniejszy niż jest w istocie. W miejscach bardzo zatłoczonych, albo po zmroku, gdy mamy przy sobie coś wartościowego, np. aparat fotograficzny, bezpieczniej jest nie pozostawać cały czas w jednym miejscu; lepiej przemieszczać się w tłumie, nie dając potencjalnym złodziejom czasu na oszacowanie dystansu, ryzyka, możliwych podejść i na zorganizowanie samego podejścia do obiektów, które mamy przy sobie.

Przestępczość i przemoc nie są wytworem fantazji radykalnych brazylijskich filmowców, pragnących wstrząsnąć sumieniami swojego społeczeństwa i przekonać je do swoich tez; pewne miejsca są w Brazylii niezbyt bezpieczne. Jak by nie było, Miasto Boga powstało z kompilacji osobistych doświadczeń Paulo Linsa i socjologiczno-antropologicznego materiału testymoniów zgromadzonego przez niego i jego współpracowników w ramach akademickiego projektu badawczego, z którego potem zrodziła się powieść. Innymi słowy, Miasto Boga, powieść i film, zasadniczo ulepione są z faktów i relacji niemal bezpośrednich[1].

W tym samym hostelu w Santa Teresa, w którym i ja przebywałem będąc w Rio – przepiękny hostel Alma de Santa przy rua Andres Belo – zatrzymały się też dwie Angielki, które na dzień przed wylotem z powrotem do Londynu wybrały się na Corcovado, każda ze swoim aparatem, by sfotografować Rio spod stóp betonowej figury Cristo Redentor. Zachowywały sie bardzo rozważnie, bo spod Corcovado wróciły taksówką, tak daleko, jak tylko się dało. Niestety nie dało się pod same drzwi Alma de Santa, bo ulica Andresa Belo nie jest tak naprawdę ulicą, a pnącymi się stromo długimi schodami, z domami po obydwu stronach. Dziewczyny zajechały tą taksówką do samego szczytu tych schodów. Taksówkarz odjechał w swoją stronę, dziewczyny zaczęły schodzić po stopniach w stronę hostelu.

Na stopniach siedziało dwóch młodych mężczyzn, którzy na ich widok wstali. Podeszli do nich, zagrodzili im drogę, postraszyli je bronią – choć najprawdopodobniej była to jakaś atrapa: trwał wtedy Karnawał. Zabrali obydwa aparaty, kartę kredytową i niewielką ilość gotówki, które jedna z dziewczyn miała przy sobie. I błyskawicznie się ulotnili. Najprawdopodobniej do jednej z faweli, które wspinają się na wzgórze niedaleko stamtąd. Roztrzęsione dziewczyny nie mogły pojąć, że to się stało zaledwie kilkanaście kroków od celu, od hostelu, w którym mogły się zamknąć i schronić, ostatniego dnia ich trwającej dwa miesiące z hakiem podróży po kontynencie. Ale uderzyło mnie, jak opisując tę sytuację, podkreślały, że obaj sprawcy byli “czarnymi facetami”, “black guys”… Nie było mnie tam, nie widziałem, ale całkiem możliwe dwaj młodzi negros zobaczyli w oczach turystek strach przed “czarnymi z faweli” i pod wpływem impulsu postanowili je za tę zniewagę ukarać…

Tanya, moja koleżanka z pracy, w czasach kiedy jeszcze pracowałem w firmie internetowej w Londynie, została napadnięta i obrabowana pierwszego dnia w Rio de Janeiro, jeszcze w drodze z lotniska do hostelu. Jest faktem, że ze swymi bardzo jasnymi włosami i germańskim typem urody Tanya wygląda tak bardzo gringo, że bardziej już nie można. Innym faktem jest, że turystki są w Brazylii znacznie bardziej narażone na napady rabunkowe niż ich koledzy płci męskiej. Napastnicy niemal nigdy nie szukają zaczepki, okazji do bitki ani uszkodzeń ciała. Jeśli ryzykują kradzież czy napaść na turystę – a jest to jednak spore ryzyko, bo policja w Brazylii jest uzbrojona po zęby, lubi czasem pokazowo zademonstrować, że turyści są w tym kraju bezpieczni i do chłopców z faweli strzela bez wahania – jest to zwykle motywowane pragnieniem odniesienia szybkiej, jednorazowej korzyści materialnej. Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że zdrowo wyglądający mężczyzna, tym bardziej ich grupa, będzie się trochę skuteczniej bronił (tak, w każdym razie, rozumują).

Dobry aparat fotograficzny wart jest w Brazylii pół lub nawet półtora roku pracy, jeśli zarabia się minimalne wynagrodzenie, a że w Brazylii nie wszyscy są włączeni w obieg gospodarki formalnej, wielu ma do dyspozycji nawet mniej niż oficjalne wynagrodzenie minimalne. Na dodatek sprzęt elektroniczny, smartfony Apple’a czy laptopy wszystkich marek są w Brazylii nawet kilka razy droższe niż w USA czy Europie Zachodniej. Odpowiada za to fenomen, który w biznesie nazywają podobno Brazilian opportunity, ‘brazylijską okazją’ – te same firmy, które sprzedają te dobra znacznie taniej w Europie czy w Ameryce Północnej, w Brazylii naliczają wielokrotnie większe marże, bo wąska grupa najbogatszych Brazylijczyków gotowa jest zapłacić tyle, w zamian za prestiż, w zamian za możliwość demonstrowania, że ich na to stać; wielkim biznesom mechanizm ten pozwala osiągać ten sam zysk przy sprzedaży znacznie mniejszej ilości sztuk, czyli mniejszym wysiłkiem. Wielu brazylijskich nastolatków wie, że ich rodzice nigdy nie odłożą tyle pieniędzy, że sami, sprzedając piwo i wodę na plaży też nigdy nie zarobią tyle, żeby te przedmioty znalazły się w zasięgu ich ręki. Tanya została zaatakowana z użyciem bezpośredniej fizycznej przemocy. Marcos Vinicios, piękny dwudziestopięciolatek z Niterói, pracujący w Rio (Niterói to miasto po drugiej stronie zatoki, nad którą leży Rio de Janeiro i drugiej stronie mostu, który tam prowadzi z Rio), zorientował się tylko, podziwiając jedno z karnawałowych blocos, że złoty naszyjnik w kształcie serca zniknął z jego szyi, ktoś go zerwał.

Przemoc jako fantazja

Czasami można odnieść wrażenie, że to sami Brazylijczycy najbardziej panikują i najbardziej straszą przyjezdnych brazylijską przemocą i przestępczością, malując obraz kraju, w którym na każdym kroku na przybysza z zewnątrz czyha jakieś zagrożenie. Nikt tak często jak Brazylijczycy nie będzie ci odradzał zabrania gdziekolwiek aparatu fotograficznego czy laptopa; Brazylijczycy będą o krok od doradzenia ci, żebyś najlepiej w ogóle nie wyciągał aparatu, bo z aparatem to nigdzie nie jest tak naprawdę bezpiecznie.

Brazylijczycy są ludźmi bardzo serdecznymi i wielu z nich motywuje realna troska o twój dobrostan, nawet jeśli dopiero co cię poznali.

Wielu Brazyliczykom doskwiera też coś w rodzaju nerwicy na tym punkcie. Péricles powiedział mi, że kiedyś przestał w ogóle oglądać w telewizji i czytać w prasie bieżące wiadomości, bo już nie mógł spać od tego, że cały czas relacjonują mu jakieś akty przemocy. Problem z tymi relacjami polega na tym, że kreują one wyolbrzymione i skrzywione wrażenie kraju, w którym dzień powszedni każdego mieszkańca to poszukiwanie przesmyków pomiędzy strzelaniną, napadem z bronią w ręku, agresywną awanturą a, powiedzmy, wypadkiem samochodowym.

“To jest wielki kraj, pół kontynentu, prawie dwieście milionów ludzi. A ogólnokrajowa telewizja i gazety relacjonują każdy napad, każdy strzał z pistoletu, każdego szaleńca czy frustrata, któremu coś odbiło gdzieś na drugim końcu kontynentu, w Amazonii czy w Pernambuco. Wyobraź sobie, że w angielskiej telewizji relacjonują ci każde morderstwo, każdy śmieszny napad na prowincjonalny bank dokonany w całej Europie, gdzieś na obrzeżach Norwegii, w jakimś mieście na Węgrzech, w Estonii i Bóg wie gdzie jeszcze. Można by było zwariować, no nie?”

Większość Brazylijczyków, ile by nie narzekali na korupcję polityków i bezczelność, z jaką kraj eksploatują jego oligarchiczne elity, kocha Brazylię i jest z niej dumna, zwłaszcza z jej dorobku kulturalnego, z globalnej rozpoznawalności jego kultury, oraz z jego naturalnego, tak różnorodnego piękna (jak to sformułowali autorzy jednego z przewodników Lonely Planet: „każdy Brazylijczyk jako swój obraz raju na Ziemi wskaże inne miejsce, niemal na pewno będzie to jednak gdzieś w granicach Brazylii”). Oni by po prostu bardzo chcieli, żeby każdy odwiedzający Brazylię wywiózł stamtąd tylko dobre wspomnienia i spędził resztę życia, opowiadając krewnym i znajomym, jak tam było wspaniale.

Brazylijczycy z klasy średniej z kolei często mają znacznie bardziej ambiwalentne podejście. Trawi ich poważny kompleks, że Brazylia nie spełnia standardów świata cywilizowanego wyznaczanych przez rozwinięte kraje Zachodu i kulturę ich klas średnich; to niespełnianie standardów wywołuje u nich dziwny miks emocji, od irytacji i gniewu po zażenowanie i wstyd. Oni ostrzegają przybysza przed zagrożeniami czyhającymi na każdym kroku w dzikim, wciąż tak mało ucywilizowanym kraju. Jednocześnie robią to w tym celu, żeby przybyszowi, wdrożonemu tymi opowieściami do wzmożonej czujności i szczególnej ostrożności, ostatecznie nic się nie stało, a wizerunek kraju w jego oczach został jako tako ocalony, ostatecznie bardziej pozytywny niż ten, który wyłaniał się z dozowanych mu opowieści grozy; bardziej pozytywny niż ten, na który go przygotowywano.

Przy całej niewątpliwej skali przemocy w Brazylii, pozostaje wciąż zdumiewającym faktem, że przemocy jest w Brazylii, w regularnych międzyludzkich interakcjach, mimo wszystko tak niewiele. W czasie Karnawału w Rio de Janeiro największe zdumienie gringos wywołuje to, że przy tylu milionach pijanych i pijących jeszcze więcej ludzi, którzy wędrują w blocos, tańczą i bawią się na ulicach całego wielkiego miasta, większość uczestników i obserwatorów tego zbiorowego szaleństwa nie spotyka się z żadnymi zachowaniami agresywnymi, wszyscy są niezwykle serdeczni i po prostu bawią się razem. Teraz wyobraźmy sobie million pijanych Polaków czy Anglików na ulicach jednego miasta…

Brazylijczycy mają wszelkie obiektywne powody do agresji i do wybuchów przemocy.

Przemoc i nierówności

Pod względem ekonomicznym Brazylia pozostaje “najbardziej niesprawiedliwym krajem na najbardziej niesprawiedliwym kontynencie”. Według danych z 2011 roku w ręce górnego kwintyla społeczeństwa (20% uzyskujących najwyższe dochody Brazylijczyków) trafia wciąż 57% całości dochodów brazylijskiej gospodarki, zaledwie 3% mniej niż dziesięć lat wcześniej. Dolny kwintyl społecznej drabiny dochodów, 20% najmniej zarabiających Brazylijczyków, uzyskuje zaledwie 3% całości dochodów generowanych przez swoją narodową gospodarkę. Na kontynencie, który cały rozdarty jest drastycznymi ekonomicznymi nierównościami, Brazylię charakteryzują nierówności gorsze jeszcze niż w większości państw regionu. Współczynnik społecznych nierówności (Gini index) wynosi w Brazylii 0.529 (dane wciąż za rok 2011)[2]. Jest to jeden z najbardziej dramatycznych wyników na świecie.

Brazylia, z tak ogromnymi bogactwami naturalnymi, jest jedniocześnie trzecim po Chinach i Indiach państwem z największą populacją zamieszkującą slumsy, zwane tam fawelami. Mają one lokalną specyfikę, lokalne cechy charakterystyczne – przede wszystkim są bez porównania lepiej zbudowane niż shanty towns w innych częściach świata, bo wiele z nich założyli „na dziko” wykwalifikowani robotnicy budowlani. Slumsy pozostają jednak slumsami, nawet kiedy są trochę lepiej zbudowane. Wedle danych podawanych – na podstawie ONZ-HABITAT i innych źródeł – przez Mike’a Davisa, mieszkańców faweli było jeszcze niedawno 51,7 mln, co stanowiło 36,6% ludności kraju[3]. W Chinach slumsy zamieszkuje według tych samych zestawień 37,8% ludności, w Indiach 55,5%.

Chociaż rządząca Partido dos Trabalhadores chwali się, że prowadzona przez nią polityka podniosła w ciągu dekady status materialny ponad 70 milionów ludzi, część wyprowadzając ze skrajnej biedy, część z biedy przenosząc w domenę tego, co w Brazylii uchodzi za klasę średnią (z reguły awans ma miejsce do tamtejszej “niższej klasy średniej”), to pewną rolę w entuzjastycznym tonie tych statystyk odgrywa jednak fakt, jakich w nich użyto miar biedy i skrajnej biedy. Brazylijskie statystyki wyjątkowo nisko ustawiają ich oficjalne progi. Lena Lavinas z Instytutu Ekonomii Universidade Federal de Rio de Janeiro zauważyła, że gdyby brazylijscy ekonomiści (i politycy) stosowali tę samą metodologię, której używa się teraz w Unii Europejskiej (próg biedy wyznaczając na poziomie 50% mediany dochodów), jako żyjących w biedzie trzeba by policzyć aż 40% populacji Brazylii, 70 milionów Brazylijczyków. Na dodatek sama ta mediana dochodu na głowę wynosi w Brazylii zaledwie śmieszne 466 reais miesięcznie, przybliżona równowartość zaledwie 240$[4]. Koszty życia w Brazylii nie należą przy tym do najniższych na świecie, w miastach mogą być porównywalne do Europy, a miasta, które – jak São Paulo czy Brasília – koncentrują w sobie największą władzę polityczną i ekonomiczną, są po prostu bardzo drogie, drogie nawet na zachodnią kieszeń. Ogólnie rzecz ujmując, Brazylia jest najdroższym pod względem kosztów utrzymania państwem w Ameryce Południowej.

pelourinho (42)

Bezdomny śpiący pod dawnym pręgierzem, przy którym biczowano niewolników, na placu przed kościołem św. Franciszka w Salvadorze

Między przemocą a nierównościami społecznymi związek istnieje najzupełniej bezpośredni, jest on też jak najbardziej przyczynowo-skutkowy[5]. Najwyższe miejsca w niesławnych rankingach przestępczości zajmują zawsze i niezmiennie państwa z najwyższym współczynnikiem Giniego. Nierówności kreują frustracje i gniew, które eksplodują nieraz w zupełnie przypadkowych “krótkich spięciach”. Nierówności generują agresywną rywalizację o ograniczone zasoby pomiędzy tymi, którym na drabinie dochodów przypadły  najniższe pozycje. Mechanizmy narastania przemocy i produkcji przestępczości w takich warunkach fenomenalnie pokazują najwybitniejsze brazylijskie favela movies, takie jak Miasto Boga, Linha de passé, Elitarni, Ostatni przystanek 174, oraz filmy dokumentalne, jak Autobus 174. Nierówności popychają w stronę organizacji przestępczych, które nierzadko oferują biednym młodym mężczyznom odciętym od dróg społecznie uznawanego awansu społecznego jedyną drogę do awansu przynajmniej ekonomicznego, nierzadko też najlepszą dostępną im formę kapitału społecznego, bo proponują struktury wzajemnej lojalności, ochrony (przed przemocą innych), i tak dalej.

David Harvey trafnie kiedyś określił też przestępczność jako “prywatyzację redystrybucji”. Nierówności na taką skalę są manifestacją nieistnienia lub porażki realnej polityki ekonomicznej redystrybucji. Pozwalają nielicznym przejmować kontrolę nad coraz szerszymi zasobami bogactwa społecznego, kosztem wyzyskiwanej i wykluczonej z dostępu do tych zasobów większości. Wówczas nierzadko najbardziej dynamiczne jednostki, najbardziej zdeterminowane, by zmienić swój los, nieskłonne tak po prostu zaakceptować swoje liche położenie i jego ideologiczne alibi wciskane im przez uprzywilejowanych (za pośrednictwem mediów, szkoły, Kościoła), biorą sprawy w swoje ręce i przemocą redystrybuują część bogactwa zawłaszczonego przez dominującą ekonomicznie mniejszość. Wielu z nich, gdyby żyło w lepszym („mniej nikczemnym”) świecie, byłoby całkiem prawdopodobnie najbardziej wartościowymi członkami swoich społeczności, wnoszącymi w ich życie nawięcej energii oraz społecznej i ekonomicznej aktywności, asertywność i dynamiczne poszukiwanie rozwiązań.

Brazylijczycy mają wszelkie powody, by być znacznie bardziej agresywnymi, niż są w rzeczywistości. Mają wszelkie powody, by wybuchać użyciem przemocy znacznie częściej i na szerszą skalę, niż im sie to rzeczywiście zdarza. Chłopiec z faweli ma wszelkie powody (i swego rodzaju prawo) rzucać kamieniami w okna luksusowego apartamentowca, którego mieszkańcy odgradzają się od niego i jemu podobnych, a także od odpowiedzialności za nich i za całość społeczeństwa, murem i drutem kolczastym (lub nawet drutem z żyletkami, które po prostu porozcinałyby ciało potencjalnego intruza!); którego mieszkańcy plują mu w twarz swoimi ekonomicznymi przywilejami i swoim pragnieniem fizycznego i symbolicznego odseparowania się od reszty swojego społeczeństwa.

W swojej masowej większości, Brazylijczycy są ciepłymi, przyjaznymi ludźmi, ciekawymi każdego przybysza z daleka, z miejsca zaprzyjaźniającymi się z dopiero co spotkanymi ludźmi. Ich stosunek do otaczającego ich świata społecznego zdefiniowany jest zasadą serdeczności (cordialidade) i przesiąknięty rodzajem ciepłego, zapraszającego do fizycznej i emocjonalnej bliskości, zuniwersalizowanego, adresowanego jakby do całego świata, polimorficznego erotyzmu. Poszczególne lokalne i klasowe wspólnoty nasycone są także pokładami pewnej spontanicznie reprodukującej się, nieprawdopodobnie cierpliwej solidarności, które zapobiegają rozwiązaniom agresywnym oraz chronią te społeczności i ich przedstawicieli przed rozwiązaniami przemocowymi i wybuchami agresji.

capoeira (218)

capoeirista z Salvadoru znany jako Negro Drama

Dlatego, kiedy porzucone przez klasę panującą, coraz bardziej zatłoczone fawele, stoczyły się po równi pochyłej przemocy gangów handlujących narkotykami, Brazylijczycy nie przyjęli tego jak zmian pór roku – że tak to już jest, że ludzie się od czasu do czasu zabijają na ulicy. Pomimo dekad ignorowania całego tego zestawu problemów przez rządzących i elity ekonomiczne, które odpowiedziały jedynie wymianą zamków w drzwiach i symbolicznym obsikaniem swojego terytorium przez zwiększenie liczby pracowników ochrony, większość społeczeństwa była wstrząśnięta rozwojem wypadków tak znakomicie sportretowanych przez Linsa a potem Meirellesa w obydwu (powieściowej i filmowej) tekstualnych odsłonach Miasta Boga. Popularność zwłaszcza filmu, a także udział tej popularności w doprowadzeniu do pierwszego wyborczego zwycięstwa Luli i Partii Pracowników, dowodzą, do jakiego stopnia problem był dla większości Brazylijczyków – zwłaszcza tych, którzy nie mogli się pozamykać w miejskich twierdzach z prywatną ochroną – palący.

Za mało przemocy…

Tak więc – najbardziej zdumiewającym wymiarem przemocy w Brazylii jest wbrew pozorom to, jak jej jest niewiele.

Ale na tym nie koniec. Największym związanym z brazylijską przemocą problemem jest to… że jest jej za mało. Że Brazylijczycy tak rzadko się do niej uciekają: wtedy, kiedy absolutnie należałoby się do niej uciec, pod adresem tych, którzy byliby odbiorcami słusznego gniewu. Że tak łatwo oddają całą przemoc w ręce elit ekonomcznych, wykonawców ich politycznej woli i stojącej na flankach ich stanu posiadania policji. Że za mało jest takiej pięknej, demokratycznej, niemal rewolucyjnej przemocy, jaka ogólnospołeczną energią wylała się na ulice 350 brazylijskich miast w czerwcu, i w lipcu 2013 roku, zanim została zdominowana przez „antykorupcyjne” centrum.

Pięknej demokratycznej, zbiorowej przemocy, skierowanej przeciwko symbolom przywilejów klas panujących.

Reżyser i scenarzysta Karim Aïnouz powiedział kiedyś[6], że jeden z głównych powodów, dla których zainteresowała go postać João Francisco dos Santosa, głównego bohatera jego wspaniałego filmu Madame Satã, leżał w tej właśnie przestrzeni semantycznej. João (we wspaniałej kreacji fascynującego Lazaro Ramosa), wraz ze swą estradowo-karnawałową personą, był dla Aïnouza atrakcyjną i pociągającą odpowiedzią na ten właśnie, charakteryzujący unikających konfrontacji Brazylijczyków, tak przywiązanych do tradycyjnej cordialidade (serdeczności), deficyt agresywnej asertywności. João, kiedy mu się coś nie podobało, kiedy ktoś uzurpował sobie prawa do dominowania nad nim, kiedy ktoś z pozycji władzy – przewagi ekonomicznej (jak w przypadku zatrudniających go miernych artystów kabaretowych), czy monopolu na usankcjonowaną przemoc (jak w przypadku policji), przewagi symbolicznej (jak w przypadku patrzących nań krzywo heteroseksualnych mężczyzn) – to robił sceny, wrzeszczał, dawał w pysk, a nawet strzelał. Konsekwentnie rujnował sobie w ten sposób życie, ale własna godność i własna podmiotowość były dla niego ważniejszymi stawkami.

Do takiej właśnie przemocy odwołuje się Czarny Blok, którego aktywiści działają w przestrzeni publicznej, włączając się w akcje protestacyjne zalewające kraj od czerwca 2013 roku, przy użyciu widowiskowych, zamierzonych aktów wandalizmu. Uważają oni (dość podstawnie), że żadne inne formy protestu nie robią najmniejszego wrażenia na władzy, nie przyciągają też zainteresowania dziennikarzy mainstreamowych mediów, o których mają jak najgorsze zdanie[7]. Nazywają swoje działanie „przemocą performatywną”. Ubrani na czarno młodzieńcy z twarzami pozasłanianymi chustami, trzymający się za ręce, by sprawniej stawiać opór próbującej ich rozbić policji, pojawili się w czerwcu 2013 roku na ulicach dwóch najważniejszych, jeśli idzie o stopień oddziaływania ogólnonarodowego, miastach Brazylii: São Paulo i Rio de Janeiro. Szukali konfrontacji z policją, wybijali okna w oddziałach banków, niszczyli inne symbole globalnego kapitalizmu. W październiku 2013 roku osłaniali swoimi kordonami demonstracje studentów przed przemocą policji. Pozostają ruchem nielicznym (jednorazowo taki „Czarny Blok” liczy na demonstracji w dużym mieście około 50 do 100 osób), raczej marginalnym na tle całości zorganizowanych ruchów protestu, jednak zdołali zająć poczesne miejsce w dyskursie dominujących środków masowego przekazu, zdeterminowanych, by zwalczać ten radykalnie antyautorytarny, antyburżuazyjny i antyelitarystyczny ruch.

Układ sił pomiędzy poszczególnymi klasami społecznymi Brazylii oraz koniunktura ekonomiczna znajdują się obecnie w realnym impasie. Rządząca wciąż PT tkwi w potrzasku właściwych peryferiom kapitazmu ograniczeń burżuazyjnej formalnej demokracji liberalnej oraz wyraźnego wyczerpania się możliwości wzrostu ekonomicznego i poprawy sytuacji mas ludowych bez uderzenia w wielką własność brazylijskiej oligarchii. Wielką własność, na straży nienaruszalności której stoi niekwestionowany przez PT porządek prawny liberalnej demokracji. Jedyne sytuacje, w których PT odważyła się, przy użyciu upolitycznionej siły, uderzyć we własność wielkiej brazylijskiej burżuazji, miały miejsce, kiedy federalne siły zbrojne uderzyły na wykorzystujące pracę niewolniczą plantacje na najbiedniejszym północnym wschodzie kraju (Nordeste). Były to więc sytuacje, w których wielcy właściciele ziemscy w jaskrawy sposób gwałcili podstawy samego porządku burżuazyjnego: zasadę formalnej wolności stron kontraktu (w tym umowy o zatrudnienie) czy minimum uczciwej konkurencji (ich koszty produkcji były niższe niż plantatorów, którzy zatrudniali pracownikom i płacili im regularne wynagrodzenie).

Wielka brazylijska burżuazja nie śpi i odczuwa na swoich bankowych saldach napięcia wynikające ze spowolnienia tempa brazylijskiego wzrostu, a tym samym i procesów akumulacji kapitału. Wielokrotnie w swojej i swojego kraju historii dała jasno do zrozumienia, że nie brzydzi się militarnej i policyjnej przemocy, kiedy potrzebuje odzyskać pełnię kontroli nad procesami ekonomicznego podziału bogactwa i przenieść koszty stagnacji na tych, którzy i tak mają najmniej, wracając na drogę pogłębiania rozdzierających kraj ekonomicznych nierówności. To, co wielka brazylijska burżuazja przedstawiała jako “konserwatywną modernizację” lat 60. i 70., większość świata bez wahania klasyfikowała jako faszystowską dyktaturę.

Jeżeli Brazylijczycy – cała ich większość nie zamieszkująca penthouse’ów Ipanemy ani otoczonych drutem kolczastym pałaców – nie potraktują wydarzeń z czerwca 2013 jako jedynie próby kostiumowej dla większej i bardziej zdecydowanej mobilizacji; jeżeli nie przypomną sobie na czas o możliwości (i konieczności) zastosowania politycznie wyartykułowanej kolektywnej przemocy skierowanej w tych, którzy najbardziej ich wyzyskują, to ci, którzy ich wyzyskują, mogą przypomnieć sobie pierwsi i znów kolektywnie, przy użyciu militarno-policyjnego aparatu represji, uderzyć w tych, których wyzyskują.

Banco de SP

Wieżowiec Banco de São Paulo

Przypisy

[1] Roberto Schwarz, Paulo Lins’ Novel ‘Cidade de Deus’, przeł. (z port. na ang.) John Gledson [w:] City of God in Several Voices. Brazilian Social Cinema as Action, red. Else R.P. Vieira, Nottingham: CCCP 2005, s. 5-12; przedrukowane w: Roberto Schwarz, Two Girls and Other Essays, red. Francis Mulhern, London-New York: Verso 2012, s. 223-234.

[2] Lena Lavinas, 21st Century Welfare, “New Left Review” nr 84, listopad-grudzień 2013, s. 31-32.

[3] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 39.

[4] L. Lavinas, dz. cyt., s. 31.

[5] Zob. np. Richard Wilkinson, Kate Pickett, Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, Warszawa: Czarna Owca, 2011.

[6] Demetrios Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, London: Faber and Faber 2010, s. 191-201.

[7] Esther Solano Gallego i Paulo Rogério Lugoboni, The story of the unsung heroes: Black Bloc Brazil, ROAR Magazine, http://roarmag.org/2014/06/brazil-black-bloc-protests/

Jarosław Pietrzak

Tekst pochodzi z ebooka Notes brazylijski (2015), dostępnego do pobrania na platformie Gumroad.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Karim

Już od dwóch tygodni błąkałem się po Paryżu. Był rok 2002, miałem dwadzieścia trzy lata. Usiłowałem znaleźć jakąkolwiek pracę na lato. Mieszkałem u znajomej siostry kumpla, która zostawiła swoją kawalerkę w Aulnay-sous-Bois – to jedno z banlieues na północy miasta – pustą i wyjechała na wakacje do Polski. Codziennie wsiadałem w RER, podmiejski pociąg skomunikowany z metrem, wysiadałem lub przesiadałem się na Gare du Nord, i snułem się po ulicach w poszukiwaniu ogłoszeń w witrynach, w szybach drzwi restauracji, sklepów. “Zatrudnimy kelnera”, “Szukamy kogoś do pomocy”, czegokolwiek. W kilku miejscach zagadałem i zostawiłem numer telefonu, ale nic z tego nie wychodziło. Brak rezultatów podminowywał coraz bardziej moją już i tak wątłą pewność siebie. Zacząłem sobie wkrótce zadawać pytanie, jak mogłem zrobić coś tak głupiego, żeby tu tak w ciemno przyjechać. W międzyczasie korzystałem z tego, żeby po prostu oglądać miasto. Wchodziłem tylko tam, gdzie wstęp był za darmo lub kosztował nie więcej niż kilka euro.

Tamtego dnia wspiąłem się na Sacré-Coeur na Montmartre. Po schodach, bo nie chciałem wydawać na kolejkę. Była wspaniała, słoneczna pogoda, ale bez żaru. Słońce odbijało się od białych murów bazyliki, wokół której siedziało lub kręciło się sporo ludzi, głównie turystów. Snułem się powoli, podziwiając z wysokości miasto. Od czasu do czasu przystawałem gdzieś przy balustradzie, w końcu usiadłem na stopniu schodów. Nie wiedziałem, co zrobię, jeśli nie uda mi się znaleźć żadnej pracy. Potrzebowałem zarobić jakieś konkretne pieniądze na drugi rok studiów. Studiowałem zaocznie, co znaczy, że musiałem płacić. W Polsce w moim wieku można było wtedy zarobić na rękę równowartość stu funtów szterlingów po ówczesnym kursie. Ale nawet o taką pracę było ciężko jak skurwysyn. Ponieważ studiowałem w weekendy, w tygodniu czasem pracowałem, ale czasem nie. Kiedy pracowałem, to tylko tymczasowo, na czarno i za grosze. Nie sposób było odłożyć na czesne. Nawet bilet na autobus, dwadzieścia dwie godziny z Katowic do Paryża, kupiłem tylko w jedną stronę. Powrotny chciałem kupić, gdy już coś na miejscu zarobię. To był mój pierwszy raz we Francji. Wszyscy moi znajomi studenci jeździli latem na saksy, do Niemiec, Holandii, Anglii, niektórzy do Norwegii lub Szwecji. Ja pojechałem do Paryża, bo znałem język. To znaczy myślałem, że znam. Zdałem maturę na celujący, sto punktów na sto możliwych. Od dwóch tygodni miałem jednak wrażenie, że musiałem się uczyć jakiegoś zupełnie innego języka, albo jakiejś jego martwej, historycznej wersji. Z trudem przychodziło mi wciąż zrozumienie, co ludzie wokół do mnie mówią. Czy oni muszą wszyscy mówić tak szybko, zapierdalać tak strasznie, urywać te końcówki?! Chciało mi się czasem płakać z rozpaczy. „Żsepa”? „Żpa”? Na litość boską!

Samo miasto, choć snułem się po nim bez pieniędzy na rozrywki, działało na mnie kojąco. Jakże pragnąłem wyrwać się wreszcie na zawsze z tej mojej zapadłej dziury na Dzikim Wschodzie Europy i zacząć w końcu żyć, naprawdę żyć! W prawdziwym mieście, w zasięgu cywilizacji! W Paryżu, w podziemnym pasażu z Gare du Nord do La Chapelle, afrykańskie kobiety w kolorowych sukniach i nakryciach głowy nosiły na plecach swoje piękne afrykańskie dzieci o pięknych wielkich, czarnych oczach. W dzielnicy Marais bary, nad którymi powiewały tęczowe flagi, wylewały się stolikami na ciepłe słońcem ulice i nikt nie wstydził się tam siedzieć, nie potrzebował ukrywać się przed światem. Moje serce biło tam jak szalone, jakbym wstępował do jakiegoś Zakazanego Miasta: a więc można się aż tak nie bać? Czy ja też kiedyś w końcu taki będę, nie będę się bał ani wstydził? Wszędzie były kina, a w tych kinach – wszystko. Filmy z Rosji, Islandii, Hiszpanii, Indii, Chin, filmy z całego świata, nawet na takich peryferiach jak Aulnay-sous-Bois, mieli tam niebawem pokazywać film z Nigerii. Z Nigerii! Zastanawiałem się, czy w mojej dziurze na Dzikim Wschodzie Europy do 2050 roku pokażą jakikolwiek afrykański film. Jeśli otworzą tam znowu kino, bo przecież zamknęli, zanim skończyłem liceum.

I kiedy tak siedziałem dumając na schodach przed Sacré-Coeur, zobaczyłem naprzeciw mnie wspinającego się po tych schodach młodego czarnego mężczyznę w dżinsach z dziurą na kolanie i czerwonym t-shircie z żółtymi lamówkami wokół szyi i na rękawkach. Miał dwadzieścia kilka lat i był przepiękny. Jego sylwetka poruszała się giętko i zwinnie, był bardzo szczupły w pasie, jego pierś i ramiona rozszerzały się ku górze. Czerwony t-shirt przytulał się do jego ciała, podkreślając zachwycający kształt torsu. A na tym czerwonym t-shircie, ku mojemu więcej niż zdumieniu, widniał żółty sierp i młot, i litery CCCP. Przyglądałem mu się, jak tak wchodził do góry i dostrzegłem, że nie tylko jego sylwetka jest piękna – twarz również. Miał niedużą głowę, wystrzyżoną prawie do zera, mocno zarysowaną szczękę i wyraźnie zaokrąglony podbródek. Jego oczy były wielkie i błyszczące. Zauważył, że się na niego gapię jak zaczarowany i spojrzał na mnie. Przerażony spuściłem wzrok. Przecież nie zagadam do niego tutaj, na oczach tych wszystkich. Nie zagadam do niego w tym języku, którym władam znacznie słabiej, niż myślałem jeszcze miesiąc temu. Przecież może on wcale nie odpowiada zainteresowaniem, tylko się zaraz wkurwi: co ten pedał nie wiadomo skąd sobie myśli, tak się gapiąc – że co, że ja jestem taką samą ciotą jak on? I spuści mi bęcki, a nie żadne tam, że będziemy sobie zaraz jak skowronki. Czułem, jak czerwień rozgrzewa mi policzki, kompromitując mnie jeszcze bardziej. Wpatrywałem się więc w swoje buty, jakbym pierwszy raz je widział, wyczekując niecierpliwie, aż chłopak mnie minie i ten niespodziewany koszmar dobiegnie końca. Przeszedł obok. Zdążyłem zwrócić uwagę na jego wysokie trampki, były tak fajne i tak do wszystkiego w nim pasowały, że czyniły skubanego jeszcze piękniejszym. Sprawiały, że prezentował się jeszcze bardziej dynamicznie, jeszcze bardziej sprężyście.

Odetchnąłem z ulgą. Zagrożenie zniknęło gdzieś za moimi plecami. Nie oglądałem się, nie chciałem się zachowywać podejrzanie. Choć miałem poczucie, że tak usilnie unikając zachowywania się podejrzanie, zachowuję się podejrzanie. CCCP. Na podkoszulku. Sierp i młot! Czy to nie powinien być obciach? Wiele pytań zacząłem sobie zadawać dopiero wtedy, we Francji. Ktoś, kto nie wyjeżdża z Polski, niczego nigdy nie zrozumie. Podróże zawsze kształcą, ale podróże z Polski – zwłaszcza. Polska to cieplarnia obskurantyzmu, chlew leniwej głupoty szukającej tylko w błocie, wciąż tym samym, w którym ryje w poszukiwaniu swojej cebuli, potwierdzenia swoich obsesji, w koło Macieju tych samych, coraz bardziej tych samych.

Wtedy zauważyłem, że ktoś obok mnie usiadł, na tym samym stopniu, bardzo niedaleko. Strach sprzed paru minut jeszcze trzymał. Pragnąc uniknąć zachowywania się w sposób podejrzany, konsekwentnie zachowywałem się podejrzanie, nie podniosłem wzroku, tylko zatrzymałem go na kolanie tego, kto tam usiadł. Na pięknym ciemnoskórym kolanie, które łypało na mnie przez dziurę w przetartych dżinsach. Tych samych dżinsach na tych samych szczupłych, zwinnych nogach, które wyminęły mnie chwilę temu. Ponieważ moje próby unikania podejrzanych zachowań robiły się coraz bardziej podejrzane, podniosłem w końcu wzrok. Serce zaczęło mi się rozbijać o żebra jak obłąkane. Mój wzrok spotkał jego. Przyglądał mi się, a jego czarne oczy błyszczały przepięknie pod podkręconymi rzęsami. Siedział już tak blisko mnie, że mogłem tylko stwierdzić, iż pierwsze wrażenie było bardziej niż trafne. Był kurewsko przepiękny. Chyba widział, że jestem w stanie co najmniej zmieszania, bo uśmiechnął się szeroko, a jego policzek (widziałem w owym momencie tylko jeden) przebił głęboki dołek. Z tym dołkiem zrobił się jeszcze piękniejszy, tak piękny, że wszystkie moje trzewia ściągnęły się w ciasny węzeł. Teraz już wiedziałem, że na pewno nie jest na mnie wściekły i nie chce mi spuścić wpierdolu, ale czego wystarczy, żeby powstrzymać atak paniki, tego jednak bywa za mało, żeby obudzić prawdziwą odwagę.

Je m’appelle Karim. Et toi? – zapytał. Głos zagubił mi się gdzieś po drodze do gardła. On czekał. Przestał się aż tak uśmiechać, ale ciągle czekał na odpowiedź. Długie, szczupłe, muskularne – Boże, jak muskularne! – ramiona wyrzucił do przodu, opierając łokcie na kolanach. Prawe, odsłonięte dziurą w dżinsach, było bliżej mnie i jego obecność tuż obok doprowadzała mnie do obłędu. Sugerowała, jak piękne może być wszystko inne, co Karim ma do odsłonięcia. Jarek, odpowiedziałem. Je m’appelle Jarek. Zapytał, skąd to imię, pierwszy raz się z nim spotykał. De Pologne. Je suis polonais.

Jego dłonie się spotkały, dotykały się kciukami i kilkoma innymi palcami. Mój wzrok umykał ku tym dłoniom, choć musiał w tym celu z oporami opuścić jego zachwycającą twarz. Te dłonie, te palce, tak samo były przepiękne. Długie, ale tylko na pozór delikatne. To była zmyłka, ściema, widziałem, że są silne, mocne, energiczne. I miał przepiękne paznokcie, jasne na tle jego ciemnej skóry, każdy najpiękniejszego kształtu, jaki tylko może mieć paznokieć akurat tego palca. Były długie, ale nie za bardzo. Zaokrąglone w łuk, ale jednak trochę kanciaste, prawie płaskie, jednak odrobinę wygięte. Jak malutkie porcelanowe dachóweczki. Miałem ochotę zabrać te palce i pokazać Rafaelowi, żeby zobaczył, jak wyglądają piękne ludzkie palce, piękne dłonie, piękne paznokcie. Nie te obłe glisty, które malował na tych swoich katolickich szmirach.

T’es à Paris en vacances? – zapytał po uciążliwie długiej chwili mojego milczenia. Zmieszałem się wtedy, poruszyłem jakoś dziwnie głową, sam nie wiedząc, czy to wygląda bardziej na „tak”, czy na „nie”. Wydałem z siebie coś niebezpiecznie przypominającego jęk raczej niż słowa. Jakby pożarł mnie nagle wstyd, że jestem tutaj w desperackiej potrzebie jakiejkolwiek pracy, pewnie najgorszej z możliwych. Że jestem tutaj z biedy naszej wschodnioeuropejskiej. Co zrobić, żeby tego teraz nie spierdolić? Czy te piękne palce dotkną mnie, wbiją się we mnie dzisiejszej nocy? Czy te gładkie, twarde bicepsy, które wybijały się spod rękawów czerwonego podkoszulka z symbolami ZSRR, mogłyby mnie dzisiaj objąć, ściskać, trzymać blisko i mocno?

Zauważył moje zmieszanie, odwrócił wzrok, a potem podniósł go przed siebie. Słońce rozgrzewało milczenie, które między nami znowu zawisło. Karim chyba też zaczął czuć się trochę głupio. Moje myśli galopowały. Co ja wyrabiam? Jestem z dala od mojego polskiego zadupia, od mojego piekła, od portretów papieża na ścianie, od szkoły, w której korytarzu szeleści złowrogo księża sutanna. Od docinków wuefistów, od Cejrowskiego w publicznej telewizji, od wiecznie pogardliwego spojrzenia ojca. Nikt mnie tu nie zna, nic mi tu nie grozi, nikt nie rozpowie niczego na moim osiedlu. Wydarzyło się właśnie coś, o czym marzyłem, możliwość, której zazdrościłem wszystkim „normalnym”, wszystkim heterykom: siedzę sobie na mieście i przepiękny przybysz z egzotycznej baśni – pierwszy raz w życiu rozmawiałem z czarnoskórym mężczyzną! – próbuje mnie poderwać. Na dodatek podrywa mnie przed bazyliką, mógłbym spędzić najbliższą noc z przepięknym mężczyzną – chyba muzułmaninem, sądząc z imienia – który wyhaczył mnie przed kościołem katolików. Oprócz innych rozkoszy, które by za tym poszły, bo nie mogłyby nie pójść z mężczyzną tak zachwycającym, popełniłbym piękne, wymarzone bluźnierstwo. Nic nie ryzykuję, on już przecież wykonał pierwszy krok, potrzebuję tylko minimum odwagi, żeby na ten jego krok odpowiedzieć, wykonać własny krok i zatrzymać go przy sobie. To nie powinno być takie trudne. A jednak było. Strach mnie sparaliżował. O tyle rzeczy mogłem od niechcenia zapytać, pal licho wymowę. Gdybym nie zrozumiał odpowiedzi, mogłem poprosić o powtórzenie, albo udawać, że zrozumiałem i próbować dalej. Jesteś Francuzem – czy też tu skądś przyjechałeś? Jeśli tak, to skąd? Jeśli nie, to skąd pochodzi twoja rodzina? Co robisz, studiujesz coś? Skąd ten sierp i młot na koszulce?

Im dłużej zasychało między nami to milczenie, tym bardziej zastygałem w moim paraliżu. Błagam, nie poddawaj się, daj mi jeszcze szansę! Pytaj dalej, mów coś! Może wreszcie uda mi się przełamać ten impas, blokadę, której sam nie rozumiem, i zaczniemy w miarę normalnie rozmawiać. Może nawet zejdziemy z tego wzgórza i pójdziemy do któregoś z barów w jednej z tych uliczek na dole, napijemy się piwa lub wina, może nawet pójdziemy na obiad, nawet gdybym miał wydać tyle, ile miało mi starczyć na tydzień. Tylko nie poddawaj się i zagadaj jeszcze raz, zapytaj o cokolwiek. Powiedz cokolwiek. Nie chcę cię spławić, wręcz przeciwnie, chcę cię zatrzymać, więcej nawet, niczego dzisiaj nie pragnę bardziej niż poczuć na sobie dotyk i energię twoich nieprzyzwoicie pięknych dłoni. Tylko nie wiem, jak to zrobić. Nie wiem, jak to się robi – odpowiada mężczyźnie na zainteresowanie.

Niestety, już wszystko straciłem. Karim poczuł się chyba niemile widziany albo pomyślał, że może jednak jestem palantem. Wstał. Miałem wrażenie, że rzuca ku mnie spojrzenie ostatniej szansy, ale nawet tego nie wiedziałem na pewno, bo znowu nie miałem odwagi podnieść wzroku i spojrzeć mu w twarz. Odwrócił się i skierował po schodach w dół. Kiedy podniosłem wzrok, mogłem się już tylko przyglądać, jak jego piękna, zwinna sylwetka oddala się ode mnie. Na zawsze? To znaczy, mogłem ciągle jeszcze go zawołać, mogłem nawet wstać i podbiec do niego, skoro jednak nie miałem sił ani odwagi odpowiedzieć na jego zaczepki, kiedy siedział tuż obok, dając mi do zrozumienia najjaśniej, jak tylko się da, że jest mną zainteresowany, to jak miało mi ich starczyć, żeby teraz wykrzyknąć jego imię lub pobiec za nim?

Nie starczyło.

Czułem się, jakbym podpisał na siebie wyrok. Wiedziałem, że popełniłem grzech śmiertelny, że zasługuję na najgłębszy krąg piekła. Jeśli potrafię zaprzepaścić taką szansę, to nie jestem wart, by kiedykolwiek poznać pieszczoty takich pięknych dłoni, uścisk silnych ramion, wilgoć ust tak pięknego mężczyzny. Popełniłem właśnie zbrodnię. Zbrodnię przeciwko sobie samemu. Nigdy nie będę jednym z tych mężczyzn, którzy nie boją się siedzieć przy stoliku przed barem na Marais, w towarzystwie takich jak oni, obojętni na to, kto ich widzi.

Przychodziłem na Montmartre jeszcze dwa razy. Snułem się w smutnej tęsknocie za pięknym, ciemnoskórym mężczyzną, który próbował mnie uwieść, a ja wszystko zaprzepaściłem. Snułem się w nadziei, że może znowu na niego gdzieś wpadnę. Jak nie na tych, to na innych schodach. A może w którejś z okolicznych uliczek, przy stoliku przed jakimś bistro albo tabagiste.

Nie wpadłem.

Jonathan Soukali bw

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj. A jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Kazirodztwo – zakaz pozornie uniwersalny

Jeden z najbardziej wpływowych antropologów w historii tej dyscypliny, Francuz Claude Lévi-Strauss (1908-2009), upierał się, że zakaz kazirodztwa ma charakter uniwersalny i dotyczy wszystkich ludzkich społeczeństw. Więcej nawet, twierdził, że to zakaz kazirodztwa oddziela naturę od kultury, że to od niego kultura się niejako zaczyna.

Jakieś dowody kwestionujące tę tezę zawsze istniały, ale długo napotykały przeszkody. Lévi-Strauss miał ponoć tendencję do ignorowania faktów, które przeczyły jego teoriom, a jego autorytet podtrzymywał tę tezę w kanonie nauk społecznych. Wiele kontrprzykładów można było wytłumaczyć tym, że różne społeczeństwa różnie definiowały, co jest kazirodztwem, a co nie jest, czyli które relacje pokrewieństwa objęte są zakazem wzajemnych stosunków seksualnych.

W przedchrześcijańskim świecie śródziemnomorskim małżeństwa pomiędzy kuzynami pierwszego stopnia, po mieczu lub kądzieli, później zakazane przez Kościół katolicki, były czymś powszechnie spotykanym. Wszyscy znamy mit o Edypie i jego formę dramatyczną stworzoną przez Sofoklesa. Jasno z nich wynika, jak potężne było u Greków tabu kazirodztwa. A jednak w starożytnych Atenach dopuszczalne było małżeństwo mężczyzny z jego siostrą przyrodnią, jeśli wspólnego mieli ojca. W przypadku wspólnej matki było zakazane – tylko takie rozumiano tam jako kazirodztwo. Ale nie w Sparcie, tam można było poślubić siostrę przyrodnią z każdej strony. Zarówno w Atenach, jak i w Sparcie, objęte zakazem jako kazirodztwo były jednak relacje seksualne mężczyzny z jego siostrą, matką, babką, córką lub wnuczką. Jednak z bratanicą już niekoniecznie. Gdy Ateńczykowi umarł brat, który pozostawił po sobie tylko córkę, i żadnych synów, należało poślubić bratanicę.

Teoria o uniwersalności zakazu kazirodztwa rozbija się jednak z największym hukiem o starożytny Egipt i Iran. Jak długo dane było szczątkowe, przekłady źródeł niedoskonałe z powodu wymarcia języków, w których zostały napisane, można było np. utrzymywać, że świadectwa greckich autorów były wyrazem ich kulturowej arogancji. Grecy uwielbiali się uważać za lepszych od wszystkich społeczeństw, z którymi się spotykali, więc mogli im z tego właśnie powodu, nawet nieświadomie, przypisywać różne obrzydliwości, między innymi powszechność związków przez nich i przez nas rozumianych jako kazirodcze – między najbliższymi krewnymi. Persowie na dodatek długo byli największym wrogiem Greków, dlatego ich szanse, że oberwą jakimś pomówieniem mogły nawet rosnąć.

Liczba dowodów, że w obydwu wielkich starożytnych cywilizacjach, egipskiej i perskiej, stosunki seksualne i małżeństwa między najbliższymi krewnymi, były jak najbardziej dozwolone, nie przestawała rosnąć. Jak długo większość tych dowodów dotyczyła rodzin królewskich, arystokratycznych i kapłanów, usiłowano to tłumaczyć sakralnym charakterem zajmowanej przez tych ludzi pozycji społecznej. Ich rzekome pokrewieństwo i ciągłość z bogami, ich pragnienie, by wykazać podobieństwo do bogów, sprawiały, że nie obowiązywały ich zakazy dotyczące zwykłych śmiertelników. Łamanie tych zakazów miałoby dodawać im aury boskości, aury funkcjonowania poza światem zwykłych ludzi. Każdy faraon na swoją pierwszą, najważniejszą żonę brał swoją siostrę, bo tylko w ten sposób mógł poślubić kogoś równie boskiego jak on sam, w tym samym stopniu pochodzącego wprost od boskiego Słońca. Kiedy perski władca poślubiał swoją matkę i miał z nią dzieci, odtwarzał w swoim życiu jeden z mitów o pochodzeniu świata i ludzi, potwierdzał przed poddanymi swoją bliskość z bogami, których w ten sposób naśladował.

Dziś jednak historycy i archeolodzy zgromadzili wystarczającą ilość danych, analizowanych potem przez antropologów, że możemy z całą pewnością powiedzieć, że wszystkie te wyjaśnienia są błędne, W starożytnym Egipcie i w starożytnej Persji nie istniał zakaz kazirodztwa.

W starożytnej Persji małżeństwa pomiędzy bliskimi krewnymi – bratem i siostrą, ojcem i córką, matką i synem (nazywały się xwêtôdas) – zdarzały się w różnych warstwach społecznych i nie tylko nie były zakazane, ale cieszyły się specjalnym statusem małżeństw wyjątkowych, szczególnie świętych – do tego stopnia, że ceremonię zaślubin mógł przypieczętować tylko kapłan, który sam był już w tego rodzaju małżeństwie.

W Egipcie związki seksualne i małżeńskie pomiędzy bratem a siostrą były jeszcze bardziej powszechne. Najstarsze świadectwa, które o nich wspominają, pochodzą z ok. 2000 lat p.n.e. Kiedy Egipt stał się częścią Imperium Rzymskiego, Rzym co czternaście lat przeprowadzał tam spis ludności, żeby określić swoją bazę podatkową. Do naszych czasów zachowała się ogromna ilość danych z tych spisów, które analizie poddał historyk Keith Hopkins. Z jego badań wynika, że dla okresu, dla którego istnieją dane, może aż 20% wszystkich małżeństw zawieranych w Egipcie było zawieranych między bratem a siostrą. Nie tylko nie był to zwyczaj zarezerwowany dla rodziny królewskiej i arystokracji, celem potwierdzenia ich wyjątkowości, ale był swego rodzaju ogólnospołecznym ideałem, wzorem do naśladowania, który przyjmowany był także przez nowe grupy społeczne osiedlające się w Egipcie – tak było z Grekami osiedlającymi się tam w okresie hellenistycznym.

Jak wskazuje zachowana egipska literatura, miłość między bratem a siostrą była dla Egipcjan erotycznym ideałem. „Kocham cię jak siostrę, pragnę być ojcem twoich dzieci” – to nie był w Egipcie paradoks. My dorastaliśmy w kulturze, w której postrzeganie w takich kategoriach brata lub siostry jest nie do pomyślenia, a wzorem jest raczej miłość od pierwszego wejrzenia, a więc do kogoś do niedawna obcego, kogoś, kogo spotykamy nieprzygotowani, z zaskoczenia. Egipcjanie natomiast dorastali w kulturze, w której to właśnie miłość do brata lub siostry, z którymi dorastali, była ideałem; w kulturze, w której co piąte lub co szóste małżeństwo wśród znajomych dorosłych mogło mieć taki właśnie charakter, do takich małżeństw zachęcała literatura pisana i ustna. To, jak dziwne i niepojęte nam się to wydaje, świadczy o tym, do jakiego stopnia nasze uczucia erotyczne, które wydają nam się wypływać z jakiejś głębokiej natury albo każdego z nas jako jednostki, albo nas wszystkich jako ludzi, przyjmują swój ostateczny kształt dopiero zachęcone w pewnym kierunku a do innych kierunków zniechęcone przez kulturę, w której żyjemy.

Co ciekawe, nic nie wskazuje, że w Egipcie rodziło się więcej dzieci z chorobami genetycznymi niż gdziekolwiek indziej w ówczesnym świecie. A ze spisów ludności wynika, że rodziny, w których trzy pokolenia z rzędu były małżeństwami brata i siostry, były szeroko spotykane, do tego zwyczaj mógł być szeroko praktykowany przez kilka tysięcy lat. Co to znaczy?

Większość z nas na pytanie, skąd się wziął zakaz kazirodztwa, odpowiedziałaby odruchowo, że ze względu na niebezpieczeństwo wad genetycznych u potomstwa. To rzekomo naukowe wyjaśnienie pochodzi z XIX wieku, kiedy europejska kultura uległa gwałtownej laicyzacji i próżnię po metafizycznych wyjaśnieniach różnych moralnych, społecznych i ideologicznych zakazów, przekonań i obsesji z impetem wypełniano wyjaśnieniami odwołującymi się do argumentów z arsenału nauk przyrodniczych, lub za takie przebranych. To był jednocześnie okres wybujałych „naukowych” teorii uzasadniających najwulgarniejszy rasizm, czy wyjaśniających przestępczość i prostytucję budową czaszki uwikłanych w nie ludzi. Bliskie pokrewieństwo może co najwyżej zwiększyć prawdopodobieństwo występowania tych już obecnych w rodzinie, ale ponieważ kobiety rodzą w ciągu całego swojego życia bardzo niewiele dzieci w porównaniu do samic większości innych gatunków, nawet szeroko praktykowane związki kazirodcze, jak w Egipcie, nie są w praktyce w stanie wpłynąć u ludzi na ogólnospołeczną częstotliwość wad genetycznych.

Inny francuski antropolog, uczeń Lévi-Straussa, Maurice Godelier, podkreśla, że prawdziwe źródła zakazu kazirodztwa są, wyłącznie społeczne. Kiedy transfer pozycji i roli społecznej, majątku, a także obowiązki i prawa poszczególnych osób w stosunku do innych osób w rodzinie, określone są stosunkiem pokrewieństwa (kto co, po kim i ile dziedziczy, kto komu winien jest opiekę, kto komu powinien być posłuszny), związek kazirodczy rozsadza i podminowuje te zasady tak bardzo, że wywołuje lęk, iż zachwieje zdolnością społeczeństw do reprodukcji własnego istnienia. Jedna i ta sama osoba staje mężem i bratem jednocześnie, albo ojcem i wujkiem, siostrą i bratową, matką i żoną, matką i babką, matką i bratową itd., wywołując ogromne zamieszanie w porządku ról społecznych.

Jarosław Pietrzak

 

Literatura

  • Maurice Godelier, Métamorphoses de la parenté, Paris: Fayard 2004.
  • C. Herrenschmidt, Le xwêtôdas ou ‘marriages incestueux’ en Iran ancien, w: P. Bonte (ed.), Epouser au plus proche. Inceste, prohibition et strategies matrimoniales autour de la Méditerrannée, Paris: Editions de l’Ecole des Hautes Etudes en Sciences Sociales, 1994.
  • Keith Hopkins, Brother-Sister Marriage in Roman Egypt, “Comparative Studies in Society and History”, vol. 22, no. 3 (1980).
  • Sally C. Humphreys, Le marriage entre les parents dans dans l’Antiquité classique, w: P. Bonte (ed.), Epouser au plus proche. Inceste, prohibition et strategies matrimoniales autour de la Méditerrannée, Paris: Editions de l’Ecole des Hautes Etudes en Sciences Sociales, 1994.
  • Claude Lévi-Strauss, Les Structures élémentaires de la parenté, Paris: Presses Universitaires de France, 1949. Wydanie polskie: Elementarne struktury pokrewieństwa, tł. Maciej Falski, Warszawa: Volumen 2012.

 

Tekst miałbyć kolejnym z zamierzonego cyklu dla Tygodnika Faktycznie, (po tekstach o ludach Baruya i Na), ale w redakcji zaszły niespodziewane zmiany i…

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Al Dżazira na celowniku Saudów

Na początku czerwca Arabia Saudyjska skłoniła swoich sojuszników w Zatoce Perskiej (Zjednoczone Emiraty Arabskie i Bahrajn) oraz swoje państwa klienckie (Egipt, szczątkowe rządy Jemenu i Libii) do zerwania wszelkich stosunków i zapoczątkowania międzynarodowej izolacji swojego maleńkiego sąsiada. Rzekomym powodem drastycznych kroków, wśród których znalazła się próba odcięcia Kataru od dostaw żywności, było „finansowanie przez Katar międzynarodowego terroryzmu”. Przedłużający się okres przedziwnej szarady, w okresie którego Saudowie odkładali przedstawienie konkretnych żądań czy postulatów, pokazał Rijadowi, jego przyjaciołom i klientom, że oprócz takich globalnych potęg jak Malediwy, Komory i Mauretania, świat nie rwie się specjalnie do udziału w tym przedsięwzięciu. Donald Trump pobredził sobie przez chwilę na Twitterze, ale przecież to w Katarze Stany Zjednoczone mają swoją największą bazę wojskową w Zatoce Perskiej. Nie udało się zaszantażować nawet tak upadłego państwa jak Somalia, która odmówiła udziału w tym cyrku choćby za cenę utraty saudyjskiej „pomocy finansowej”.

Kiedy Saudowie przedstawili w końcu konkrety – listę trzynastu żądań i termin ich realizacji – można było odnieść kilka różnych wrażeń. Jedno było takie, że Saudowie usiłują zepchnąć na Katar ciężar odpowiedzialności za coś, w czym sami mają znacznie większy udział: sponsorowanie salafickich organizacji siejących terror na Bliskim Wschodzie i poza nim. Ale jest też inne – że niektóre zarzuty i żądania wypocono na siłę, żeby na dłuższej liście przymaskować trochę to, jak bardzo Saudów i emirów w Abu Zabi, Dubaju i Szardży skręca z powodu Al Dżaziry, globalnego imperium medialnego założonego przez ówczesnego emira Kataru szejka Hamada bin Chalifę as-Saniego w drugiej połowie lat 90. XX wieku.

Al Dżazira znaczy Półwysep

Kiedy emir próbował rozkręcić Al Dżazirę, akurat upadł kanał BBC Arabic. Była to spółka joint venture brytyjskiego nadawcy publicznego i saudyjskiego kapitału medialnego. Miała nadawać po arabsku i trzymać się standardów dziennikarskiego i produkcyjnego profesjonalizmu wyprowadzonych z BBC. Umowa z Saudyjczykami zawierała klauzule o redakcyjnej wolności, prezentowaniu rozmaitych opinii, punktów widzenia różnych stron, o prawie do krytyki rządów, o udzielaniu głosu opozycji. Umowa umową, ale Saudyjczycy kontrolowali przekaźniki, przez które sygnał satelitarny trafiał do odbiorników w całym świecie arabskim. Kiedy na antenę BBC Arabic trafili przedstawiciele opozycji wobec monarchii w Rijadzie, saudyjska strona tej joint venture wyłączyła po prostu przekaźniki. BBC i saudyjska korporacja Orbit zerwały wtedy umowę. 150 dziennikarzy i innych znakomicie wyszkolonych profesjonalistów znalazło się bez pracy.

Zbiegło się to w czasie z marzeniami szejka Hamada o odegraniu historycznej roli większej niż rozmiary jego malusieńkiego królestewka, roli, która odpowiadałaby bogactwom, zgromadzonym przez jego państewko za sprawą złóż gazu i ropy. Jedną z możliwości Hamad widział w rozwoju mediów, które w świecie arabskim były w owym czasie wyjątkowo żenującymi tubami propagandowymi teokratycznych monarchii i sklerotycznych dyktatur regionu. Katar miał już swoją własną państwową telewizję, Qatar Broadcasting Corporation, ale chodziło o coś zupełnie innego, o kanał satelitarny zwracający się do całego świata arabskiego, dla którego Katar, w sensie swoich rozmiarów, był jak mały palec wystający z boku Półwyspu Arabskiego (nazwa Al Dżazira oznacza właśnie Półwysep, w domyśle Arabski). Zwolnieni przez umarłą przedwcześnie BBC Arabic dostali propozycje pracy dla nowego nadawcy satelitarnego z siedzibą w Ad-Dauha. Częścią oferty była redakcyjna wolność na wzór tej obiecanej im wcześniej przez BBC Arabic.

Szejk Hamad na brak pieniędzy nie narzekał, na odpalenie Al Dżaziry wyłożył więc 137 milionów dolarów, w formie kredytu, który miał sfinansować jej funkcjonowanie przez pierwszych pięć lat. Plan zakładał, że w tym okresie stanie się dochodowym przedsięwzięciem komercyjnym.

Ale nadawca musiał stawić czoła ograniczeniu, jakim jest dostępność częstotliwości, na których można na różną skalę nadawać. W początkowym okresie Al Dżazira musiała się zadowolić słabszym transponderem – saudyjskie korporacje satelitarne, od których wszystko zależało w domenie arabskich kanałów satelitarnych, nie chciały jej dać nic lepszego. Dopóki kolejny zbieg okoliczności nie sprawił, że jeden z kanałów, dostarczany na potężniejszy transponder z Europy, przez France Telecom, przełączył nagle – wskutek pomyłki człowieka lub błędu technicznego – film animowany dla dzieci na pół godziny ostrego porno z zupełnie innego źródła. Nie tylko Saudyjczycy wpadliby w szał. Saudyjczycy wpadli, pozrywali umowy i uwolniła się częstotliwość, którą zdobyła Al Dżazira.

Miles Al Jazeera

Al Dżazira rosła, nadawała coraz więcej godzin programu, zdobywała coraz większą widownię w całym świecie arabskim – widownię zaskoczoną jej profesjonalizmem, nowoczesnością, różnorodnością opinii, którym udzielała głosu, opinii wielokrotnie krytycznych wobec ich władców i rządzących. Mottem Al Dżaziry zostało: „Opinia – i inna opinia”. Na porządku dziennym były wywiady i talk shows z udziałem przedstawicieli opozycji wobec Domu Saudów. By przekroczyć bariery różnic pomiędzy lokalnymi dialektami języka arabskiego, językiem antenowym został klasyczny, literacki arabski, znany każdemu w miarę wykształconemu człowiekowi od Maroka po Oman.

Istniała taka legenda, że arabscy dziennikarze mieli w Al Dżazirze prawo krytykować wszystkie arabskie reżimy, tak długo, jak długo nie mówią nic złego o Katarze. Hugh Miles, brytyjski dziennikarz, syn ambasadora w Arabii Saudyjskiej, autor książki opisującej historię powstania i pierwszych lat Al Dżaziry (wydanej w 2005), podważał tę opinię, wyliczając przypadki krytyki rządu katarskiego na antenie Al Dżaziry, a także wskazując na zawarte w umowach z członkami zarządu klauzule chroniące ich przed interwencjami w linię redakcyjną ze strony emira czy jego rządu. Katarska polityka była słabo obecna w programach Al Dżaziry przede wszystkim dlatego, że od początku miała to być telewizja panarabska, poruszająca tematy, które interesują międzynarodową arabską publiczność. Z takiej perspektywy polityka w Egipcie, Arabii Saudyjskiej, Iraku, sprawa palestyńska przez większą część czasu zajmowały naturalnie więcej miejsca niż sprawy maleńkiego emiratu.

Jeżeli Al Dżazira miała od początku być elementem dyplomacji kulturalnej Kataru, to bardziej w ten sposób, że miała umieścić ten kraj na mapie świata, sprawić, że wszyscy o nim słyszeli, pozwolić władcom Kataru prowadzenie polityki międzynarodowej niezależnej od Arabii Saudyjskiej i „boksowanie powyżej własnej kategorii wagowej”. Gdyby była jeszcze jedną propagandową tubą kolejnego arabskiego rządu, nigdy by tego nie osiągnęła – takich telewizji Arabowie od Fezu przez Kair po Abu Zabi mieli pod dostatkiem.

Jest jednak możliwe, że taka rola Al Dżaziry, jako instrumentu soft power, finansowanego niezależnie od własnej nierentowności, wyszła dopiero „w praniu”, tzn. w konsekwencji jej wielkiego sukcesu. Udzielony na pierwszych pięć lat funkcjonowania kredyt zakładał, że Al Dżazira stanie się po prostu dochodowym, samofinansującym się biznesem. Nigdy się nim nie stała, zawsze była deficytowa, pomimo swojej ogromnej popularności. Dom Saudów, pod krytyką dziennikarzy Al Dżaziry, zapraszających na antenę przedstawicieli saudyjskiej opozycji, w ramach zemsty i prób perswazji nałożył na katarskiego nadawcę rodzaj międzynarodowego embarga reklamowego. Nie tylko Saudyjczycy niczego tam nie reklamowali, ale też grozili zagranicznym firmom, że karą za reklamy na antenie Al Dżaziry będzie bojkot ich produktów i zrywanie kontraktów w Arabii Saudyjskiej (największy pod względem siły nabywczej rynek w świecie arabskim).

Po pierwszych pięciu latach okazało się, że Al Dżazira wciąż jest deficytowa, ale emir widział w niej już takie korzyści symboliczne i dyplomatyczne, że od tamtej pory subwencjonował ją nieprzerwanie. Kiedy w Tunezji i Egipcie zaczęła się arabska wiosna, Al Dżazira przedstawiała się już oficjalnie jako katarski nadawca publiczny, tym tłumacząc, co ją różni od amerykańskich nadawców komercyjnych takich jak Fox News czy CNN – skąd się wzięła różnica między sukcesem, jakim były jej relacje z Tunezji i Egiptu, a porażką, jaką na tym froncie poniosły wielkie media amerykańskie.

Okres heroiczny

Okres heroiczny w historii Al Dżaziry zaczął się w roku 1998, kiedy to jej dziennikarze przełamali monopol zachodnich nadawców na dostarczanie wiadomości z frontu pierwszej amerykańskiej inwazji na Irak. Ale Zachód o Al Dżazirze usłyszał dobrze dopiero w 2001 roku, przy okazji nadanej przez nią taśmy Osamy Bin Ladena, w której komentował ataki z 11 września. Wtedy to na Zachodzie zaczęły się szerzyć opinie, że Al Dżazira „sprzyja terrorystom”.

W pierwszej dekadzie XXI wieku, kiedy zachodni nadawcy redukowali liczbę swoich korespondentów zagranicznych, cięli koszty, obniżając coraz bardziej swoje profesjonalne standardy, Al Dżazira dynamicznie rosła. W szczytowym momencie miała blisko sto biur na całym świecie, a więc mniej więcej w co drugim państwie, jak podają Mohamed Zayani i Sofiane Sahraoui, jej organizacja była silnie zdecentralizowana, poszczególne biura regionalne cieszyły się ogromną swobodą redakcyjną i produkcyjną, także w zakresie wydatków – gdy działo się coś ważnego, gdzie warto być pierwszą ekipą telewizyjną, obowiązywała zasada „jakby co, Ad-Dauha zapłaci wszystkie rachunki”. Odsprzedaż oryginalnych materiałów agencjom i innym telewizjom stała się jednym z głównych źródeł dochodów Al Dżaziry.

zayani sahraoui al jazeera

Al Dżazira była zawsze z Palestyńczykami, każdą izraelską agresję relacjonując ze strony palestyńskiej. Palestyńczycy, którzy są najlepiej wykształconym arabskim społeczeństwem, bywali najbardziej nadreprezentowaną grupą wśród personelu katarskiej telewizji. Palestyńczyk Wadah Khanfar, współpracujący z tą telewizją od jej wczesnych lat, relacjonujący dla niej z Afganistanu i Iraku, został nawet w 2003 jej dyrektorem zarządzającym, a w 2006 dyrektorem generalnym całego imperium medialnego Al Dżaziry.

W czasie wojny w Afganistanie, Al Dżazira była jedynym nadawcą telewizyjnym, który miał dziennikarzy – i biuro – w bombardowanym kraju. Samo biuro też zostało przez Amerykanów zbombardowane, podobnie jak biuro w Iraku w czasie drugiej amerykańskiej inwazji. Zginęło kilku dziennikarzy. Nie były to pomyłki, bo Amerykanie znali lokalizacje biur prasowych, a jak wiemy już od dawna, w okresie wojny w Iraku George W. Bush i Tony Blair rozmawiali nawet o tym, czy by nie zbombardować także głównej siedziby nadawcy w Katarze, żeby uciszyć w końcu jej nieprzerwaną krytykę anglosaskiej „interwencji” w Zatoce Perskiej.

Niedawno wyszło na jaw, że prezydenta USA do zbombardowania głównej siedziby Al Dżaziry podjudzał następca tronu Abu Zabi, Mohamed bin Zayed, co pokazuje, od jak dawna katarski nadawca stoi teokratycznym monarchiom w Zatoce Perskiej kością w gardle. W istocie krytyczny coverage Al Dżaziry doprowadził już wcześniej do kilku kryzysów dyplomatycznych. Arabia Saudyjska, siedem innych państwa arabskich i Etiopia co najmniej raz wycofały przy jakiejś okazji swojego ambasadora w Katarze, domagając się czy to interwencji w jej linię redakcyjną, czy to po prostu całkowitego zamknięcia telewizji przez emira. W okolicy jednego z tych incydentów emir powiedział podobno, że Al Dżazira ma dla Kataru większą wartość niż cały jego korpus dyplomatyczny. Saudyjczycy doszli w końcu do wniosku, że wygrać z Al Dżazirą mogą tylko na jej własnym podwórku, tzn. budując dla niej równie nowoczesną i profesjonalną konkurencję, zmuszoną do przyjęcia wyższych standardów dziennikarskich. Tak powstała (w 2003) Al Arabija, nadająca z Abu Zabi, ale oparta o kapitał saudyjski.

Pierwszą dekadę obecnego stulecia Al Dżazira zamknęła jako największa pod wieloma względami telewizja informacyjna na świecie, z największą liczbą reporterów i najbardziej międzynarodowym, mówiącym dziesiątkami języków personelem. Jej logo – będące kaligraficznym zapisem samej nazwy – znalazło się w pierwszej dziesiątce najbardziej rozpoznawanych w skali globalnej znaków towarowych. Dawno przestała być tylko jednym kanałem, przeistaczając się w całą grupę mediów – w 2006 odpaliła Al Jazeera English i jej serwis internetowy, powstały kanały tematyczne (sportowy, poświęcony filmom dokumentalnym; w kolejnych latach – kanał egipski i bałkański, aplikacja mobilna i „wiralowy” serwis internetowy AJ+, a także nieudana próba wejścia na rynek amerykański, Al Jazeera America).

al jazeera mubasher misr

Arabska Wiosna

Wybuch arabskich rewolucji w Tunezji i Egipcie przyniósł kolejne wielkie chwile Al Dżaziry, która relacjonowała wydarzenia na okrągło, z samego ich środka, nie ukrywając sympatii dla społeczeństw, które porwały się, by obalić reżimy Mubaraka i Ben Alego. Kiedy Hugh Miles pisał w swojej książce, że to Al Dżazira zmobilizowała społeczeństwo Arabii Saudyjskiej do masowych aktów solidarności ze zmagającymi się z izraelską okupacją Palestyńczykami, wbrew ich władcom, którzy od dawna układali się pod stołem z rządami Izraela, ignorując cierpienia Palestyńczyków, niektórzy wskazywali to jako jeden ze słabych punktów jego książki, argumentując, że nie przedstawił wystarczających argumentów o przyczynowo-skutkowych związkach między tymi erupcjami a dziennikarstwem Al Dżaziry. W okresie rewolt w Tunezji i Egipcie nie dało się już jednak nie dostrzegać, że relacje Al Dżaziry pokazały wszystkim arabskim społeczeństwom, jak wiele goryczy i frustracji jest im wspólnych, niezależnie od tego, pod którym stetryczałym wojskowym czy średniowiecznym monarchą konkretnie żyją, a to musiało odegrać rolę mobilizacyjną.

Kiedy jednak wiatry arabskiej wiosny rozniosły się dalej, w Al Dżazirze coś się wyraźnie zmieniło – w odniesieniu do wydarzeń w Libii i Syrii. Jakby dynastia as-Sanich postanowiła w końcu wykorzystać zaufanie i wiarygodność zbudowane przez kilkanaście lat funkcjonowania Al Dżaziry, by w tych dwóch przypadkach w bezwstydny sposób ich nadużyć i forsować regionalne interesy Kataru. Jak dokładnie to się stało, to temat na wielkie dochodzenie – dziennikarskie, medioznawcze, polityczne. Czy był to rezultat centralnych wytycznych, czy specyficznego doboru reporterów i redaktorów? Jakie znaczenie miały zmiany u szczytu władzy w Katarze – przygotowania emira Hamada do odstąpienia władzy swojemu synowi (co nastąpiło w 2013)? Do jakiego stopnia zadziałał tu spadek po liberalnej tradycji BBC, z której wywodził się założycielski trzon personelu Al Dżaziry – wyobraźnia polityczna à la BBC ma skłonność do sprowadzania polityki zawsze do powierzchownej opozycji między „dyktaturą” a „demokracją”, „reżimem” a stawiającym mu opór „społeczeństwem obywatelskim”, niezależnie od tego, jaką realną treścią te kategorie są wypełnione np. w kontekście gry imperializmów i stosunków dominacji pomiędzy państwami.

Tak czy owak, w odniesieniu do Libii i Syrii przekaz katarskiej telewizji podejrzanie zszedł się z przekazem prowojennych korporacyjnych mediów amerykańskich, narracja Al Dżaziry rymowała się podejrzanie ze śpiewką zachodniej koalicji od „wymiany reżimów”. Al Dżazira bezkrytycznie powtarzała fabrykowane przez otoczenie Hillary Clinton, ówczesnej sekretarz stanu USA, pomówienia o rozdawanej żołnierzom Kaddafiego viagrze (żeby gwałcili) i innych monstrualnych, jak się często później okazało, nieprawdziwych zbrodniach sił „reżimowych”. Al Dżazira odegrała swoją rolę w rozpowszechnianiu nigdy nie potwierdzonych doniesień o stosowanej przez Baszszara al-Asada przeciwko cywilom broni chemicznej. Prezentowała jako „demokratyczną opozycję” czy „umiarkowanych rebeliantów” salafickich dżihadystów, których organizacje prowadziły jednocześnie kampanie o znamionach ludobójstwa przeciwko ludności niesunnickiej, i ktoś w Al Dżazirze musiał o tym wiedzieć. Kolportowała i uwiarygodniała szemrane materiały niezwykle podejrzanych Białych Hełmów (wiele wskazuje, że propagandowego odgałęzienia al-Kaidy, finansowanego przez wywiady Wielkiej Brytanii i USA w nadziei na obalenie Asada) jako rzetelne relacje i dowody wydarzeń, choć wiarygodność ich materiałów wideo została wielokrotnie więcej niż podważona. W obydwu wojnach, w Libii i w Syrii, Katar był stroną, zaangażowaną z różnych powodów w „wymianę reżimu”, szczególnie w przypadku Syrii liczącą na korzyści z takiej wymiany (gazociąg przez jej terytorium, którego rząd Asada nie chciał, faworyzując alternatywny projekt z Iranem i Rosją).

Bilans

Libia i Syria, w mniejszym stopniu okresowe łagodzenie przekazu na temat monarchii saudyjskiej (w okresach nadziei Kataru na poprawę stosunków z Rijadem) – są plamami na kartach historii Al Dżaziry. Teraz, kiedy obecny kryzys może się zakończyć jej zupełną likwidacją lub poważnymi zmianami w jej linii programowej, nie powinniśmy jednak zapomnieć o jej kartach wspaniałych.

Przez te dwie dekady z hakiem Al Dżazira wstrząsnęła światowym rynkiem telewizyjnym i obiegiem informacji. Nie tylko podważyła hegemonię Zachodu w światowym obiegu informacji, ale – jak powiada Hugh Miles – w znacznym stopniu odwróciła kierunek jej przepływu: ze Wschodu na Zachód, z Globalnego Południa na Północ (nikt nie miał w XXI wieku więcej międzynarodowych korespondentów niż Al Dżazira). Wywróciła propagandową wojenną narrację Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników o Afganistanie i Iraku. Relacjonowała to, czego zachodnie i arabskie media relacjonować nie chciały. Wstrząsnęła kulturą arabskich mediów masowych bezprecedensowo poszerzając możliwości wypowiedzi i debaty publicznej na tematy polityczne i obyczajowe. Historycy powiedzą kiedyś, że odegrała jedną z kluczowych ról w wielkim przełomie, jaki dokonał się w światowej opinii publicznej na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat w odniesieniu do sprawy palestyńskiej, podminowując skutecznie i na taką skalę jak nikt przed nią propagandową narrację Izraela, że to on jest ofiarą, która tylko się broni. Al Jazeera English programowo udostępniała swój czas antenowy głosom i punktom widzenia niedoreprezentowanym w mainstreamowych mediach na Zachodzie, a więc głosom lewicowym, antywojennym, antyimperialistycznym, czy ekonomicznie heterodoksyjnym. Dziennikarze Al Dżaziry dali przez minione dwie dekady dowody nie tylko wielkiego profesjonalizmu, ale też niezwykłego poświęcenia, prawdziwego heroizmu w imię docierania do prawdy – w Iraku i Afganistanie ponieśli śmierć, w Egipcie po zamachu stanu el-Sisiego trafili do więzienia, w którym siedzą do dzisiaj (a Al Dżazira jest tam zresztą obecnie zakazana). Al Dżazira wyprodukowała, zleciła lub zakupiła od niezależnych twórców niezwykłe bogactwo filmów dokumentalnych prezentujących problemy i punkty widzenia świata arabskiego oraz Globalnego Południa w ogóle.

Niezależnie od tego, co się z nią stanie w konsekwencji obecnego kryzysu w Zatoce Perskiej, Al Dżazira przejdzie do historii jako jedno z największych i najbardziej przełomowych instytucjonalnych osiągnięć kulturalnych końca XX i pierwszych dekad XXI wieku. Jej zamknięcie lub skrępowanie będzie wielką szkodą dla wolności słowa i prawa do informacji, dostarczając natychmiastowej wymówki dla obniżenia standardów przez dotychczasową konkurencję Al Dżaziry.

A historia Al Dżaziry może być punktem wyjścia dla refleksji na znacznie ogólniejsze tematy. O tym, że w epoce dominacji wielkiego, skoncentrowanego, zglobalizowanego kapitału telewizja może najprawdopodobniej być albo dobra, albo na siebie zarabiać – te dwie rzeczy są być może nie do pogodzenia. O tym, że w takich warunkach każde medialne przedsięwzięcie, które chce mieć jakiś wpływ na rzeczywistość, jest zawsze uwikłane w stosunki władzy i grę potężnych sił – kapitału lub władzy politycznej. Że dziennikarze, podobnie jak inni twórcy, muszą czasem podjąć wielkie moralne ryzyko i próbować robić swoje, wypełniać swoje zadanie, nawet gdy przedsięwzięcie, do którego przystępują, jest gdzieś głęboko, na dnie, produktem wybujałego ego jakiegoś absolutnego monarchy czy rozpasanego miliardera, albo zostanie kiedyś nadużyte tak, jak wiarygodność Al Dżaziry wobec Libii i Syrii. Jeżeli chcą uczynić świat lepszym miejscem, dziennikarze i inni twórcy muszą czasem obstawiać i takie zakłady…

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 12 lipca 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Zobacz też: Imperium kulturalne Kataru.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na: Społeczeństwo bez mężów i ojców

Na himalajskim pograniczu prowincji Syczuan i Junnan, z dala od wielkich ośrodków miejskich, na dalekich peryferiach chińskiej cywilizacji, żyje niewielkie plemię Na. Mówią jednym z dialektów chińsko-tybetańskich. Ich populację szacuje się na około 40 tysięcy osób. Opisu ich struktury społecznej i obyczajów seksualnych dostarczył nam Cai Hua, antropolog z Uniwestytetu Pekińskiego. W Europie jego książka o ludzie Na ukazała się w przekładzie na francuski w 1997. W 2008 wydawnictwo amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology opublikowało przekład angielski.

Na są społeczeństwem matrylinearnym. W antropologii oznacza to, że pokrewieństwo, genealogię i przynależność do rodziny, rodu czy klanu określa się po matce, matce matki i tak dalej – mówiąc po naszemu, „po kądzieli”. Antropologów nic takiego nie dziwi, społeczeństw matrylinearnych opisano wiele. Na różnią się od pozostałych tym, że w ogóle nie uznają pokrewieństwa „po mieczu”, a słowa mąż i ojciec najzwyczajniej nie istnieją w ich języku, bo nie występują w ich życiu odpowiadające im role społeczne. Podobnie zresztą jak instytucja małżeństwa, za wyjątkiem rodzin o statusie lokalnej „arystokracji”, które pośredniczyły w kontaktach między lokalną społecznością a kiedyś Chinami cesarskimi, teraz z Chińską Republiką Ludową; pod presją tych kontaktów przyjęły one pochodzące z zewnątrz zwyczaje małżeńskie. Podobno władze w Pekinie usiłują w ostatnich dekadach wypromować wśród Na zwyczaje małżeńskie przyjęte ogólnie w Chinach, widząc w nich przejaw cywilizacji i postępu, pojęć, do których nominalnie wciąż socjalistyczne państwo jest mocno przywiązane.

Tradycyjnie jednak Na żyją w gospodarstwach domowych, na czele których stoi kobieta, zwykle najstarsza. Władzę dzieli ze swoim najstarszym bratem, który reprezentuje domostwo wyłącznie w kontaktach z innymi klanami i w ogóle światem zewnętrznym. Wewnątrz głową domu, jego „matką”, jest wyłącznie ta kobieta. Pozostali mieszkańcy gospodarstwa to w normalnej sytuacji jej córki i synowie, oraz dzieci jej córek. W całym domu żadna z kobiet nie ma męża, żadna z osób, dzieci i dorosłych, nie ma też formalnie uznanego ojca. Synowie „matki domu”, bracia jej córek, pozostają niemal na zawsze w tym domostwie, żyjąc z matką, siostrami i dziećmi swoich sióstr. Pochodzący od wspólnej matki czy babki Na mówią o sobie, że są „z tej samej kości”.

Cai Hua Na

Kilkaset lat temu Na przyjęli buddyzm – ale w eklektyczny sposób, to jest nie rozstając się ze swoimi starszymi wierzeniami w duchy przodków i lokalne bóstwa. Do dzisiaj wierzą, że kobieta rodzi się nosząc już w sobie zalążki płodów, które w przyszłości się w niej rozwiną i staną się jej dziećmi. Te zalążki znalazły się w jej ciele za sprawą bogini Abaogdu. Na nie uznają żadnego substancjalnego wkładu mężczyzny w poczęcie dziecka, w jego biologiczną materię, która jest dziełem wyłącznie matki i Abaogdu. Mężczyzna jest tylko „katalizatorem”, który przyspiesza jego wzrost, niczym deszcz, który pomaga roślinie wzrastać, ale jej nie tworzy. Dlatego spermę Na nazywają słowem, które można by przetłumaczyć jako „wodę z penisa”. Żeby kobieta miała dzieci, musi mieć kontakty seksualne z mężczyznami, ale tylko po to, żeby oni niejako „podlewali” płód, który już w niej czeka. Są więc Na pod tym względem przeciwieństwem Baruya, o których pisałem tydzień temu, bo Baruya uważali, że kobieta jest tylko „naczyniem”, czymś w rodzaju inkubatora, w którym rozwija się dziecko stworzone całkowicie ze spermy mężczyzny.

W domostwach Na obowiązuje bezwzględny zakaz stosunków seksualnych między domownikami, będący jednocześnie zakazem kazirodztwa, bo tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy do domu wprowadził się ktoś z zewnątrz, taki stosunek nie byłby kazirodztwem. Zakazane jest jednak nawet poruszanie w świetle dnia tematów dotyczących stosunków seksualnych. Naruszenie tego zakazu może być ukarane kilkudniowym wykluczeniem z domostwa. W przypadku naruszenia zakazu kazirodztwa sprawcy zostaliby zaryglowani w jamie i skazani w niej na śmierć z głodu.

W innych aspektach kulturę seksualną Na charakteryzuje natomiast daleko posunięty permisywizm. Wszystko dlatego, że Na potrzebują, by poszczególne domostwa i lineaże wymieniały się spermą, żeby podtrzymywana była jej cyrkulacja pomiędzy rodzinami.

Pod osłoną nocy siostry przyjmują kochanków wymykających się do nich z innych domów. Bracia wymykają się z własnego domu i przesmykują do innych. Spotkania zwykle są umówione i uzgodnione za dnia. Stają się oni kochankami, açia. Zarówno kobiety jak i mężczyźni mogą być jednocześnie w kilku relacjach açia – mężczyzna odwiedza wtedy różnych nocy różne kobiety, a kobieta przyjmuje różnych mężczyzn. Kierunek jest zawsze taki – mężczyźni odwiedzają kobiety, nigdy na odwrót. Mężczyźni cyrkulują więc pomiędzy grupami kobiet. Ta cyrkulacja podtrzymuje u Na istnienie społeczeństwa, umożliwia jego biologiczną reprodukcję.

Ludzie jednak czasem przypadają sobie do gustu i przywiązują się do siebie znacznie bardziej. W takich sytuacjach ich związek może przekształcić się w jawny i długotrwały. Mężczyzna i kobieta wymieniają się symbolicznie pasami, dając otoczeniu do zrozumienia, że pragną, aby ich związek stał się widoczny dla wszystkich. Kobieta rozmawia z „matką domu”, informując ją, że jest mężczyzna, z którym chce nawiązać długotrwały związek. Mężczyzna ów jest wówczas zapraszany na ceremonialny posiłek organizowany w domu jego kochanki. Z posiłku wykluczeni zostaną wszyscy żyjący pod tym dachem mężczyźni, będą na nim same kobiety i wspomniany wybranek jednej z nich wraz ze swoim „posłańcem”. Kochanek w trakcie tego posiłku wyraża oficjalnie swoją prośbę i ofiarowuje swojej kochance prezenty. Jeśli prośba zostanie przyjęta, zostaje na noc do rana i od tamtej pory otoczenie uznaje, że między tymi dwojgiem istnieje relacja seksualnego przywileju, który powinien być uszanowany także przez innych.

Niemniej jednak nie jest to małżeństwo. Związek może zostać zerwany w każdej chwili przez każdą ze stron, kochanek wciąż odwiedza swoją kochankę, tylko na noc, nie wprowadza się do niej, ani ona do niego, nikt nie postrzega ich dzieci jako jego dzieci (pozostają one wyłącznie jej dziećmi, dziećmi jej rodziny). Nie powstaje też żadna, wynikająca normalnie z instytucji małżeństwa, więź między obydwiema grupami krewniaczymi, tą, z której pochodzi mężczyzna, i tą, do której należy kobieta – nikt nie staje się dla nikogo szwagrem, zięciem, teściową ani synową.

Tylko w wyjątkowych sytuacjach ktoś się do kogoś przeprowadza i spędzają odtąd razem nie tylko noce, ale po prostu cały czas. Wtedy ich związek przekształca się po raz kolejny, tym razem w relację stałego wspólnego zamieszkiwania. Zwykle nie jest to jednak motywowane samymi tylko pragnieniami i uczuciami obydwu stron, ale obiektywnymi okolicznościami. Kobieta przeprowadzi się do mężczyzny, z którym jest w stałym związku, tylko wówczas, jeśli w jego domostwie nie została już żadna kobieta – matka, siostra, ciotka – ostali się tam już sami mężczyźni. Wówczas to ta dołączająca do nich kobieta zostanie głową domu. Mężczyzna może się wprowadzić do domu swojej kochanki, jeśli obydwie rodziny wyrażą zgodę, ale będzie tam zawsze wykluczony z dostępu do pewnych rytualnych funkcji czy prawa do reprezentowania domostwa w kontaktach ze światem zewnętrznym. Dla wszystkich dzieci w domu będzie wujkiem – jakby był jednym z braci jej matki. Nie będzie mógł traktować własnych z nią dzieci w jakikolwiek wyróżniający je spośród innych dzieci w domu sposób.

Przykład Na, odizolowanego górskiego społeczeństwa, pozwala nam podstawnie domniemywać, że funkcja ojca nie istniała w ludzkich społeczeństwach od zawsze. Że odkrycie związku między stosunkiem seksualnym a zapłodnieniem, a więc także roli mężczyzny i kobiety w zapłodnieniu i zapoczątkowaniu nowego ludzkiego życia, mogło naszym przodkom zająć dziesiątki, nawet setki tysięcy lat (najnowsze odkrycia dokonane w Maroku wskazują, że istniejemy jako gatunek jakieś 300 tysięcy lat). Biorąc pod uwagę, jak długi okres czasu dzieli u człowieka poczęcie od narodzin, a nawet od samych pierwszych widocznych objawów ciąży, społeczne zrozumienie dokładnych związków przyczynowo-skutkowych w warunkach pozbawionych wiedzy naukowej było dla naszych praprzodków wielkim i wcale nieoczywistym zadaniem. Samce naszych najbliższych krewnych w świecie zwierząt, szympansów (98% genów identycznych z nami), nie mają świadomości, że któreś z młodych w stadzie są „ich”, nie rozpoznają ich jako własne. Bawią się z młodymi bez względu na to, którego z nich są potomstwem, bardziej dlatego, że zyskuje im to względy ich matek. Rodzina rozumiana jako ojciec, matka i ich dzieci, sprzedawana dziś przez konserwatystów jako „naturalna”, nie jest wcale wytworem natury, wytworzyła ją dopiero kultura, w toku bardzo długiego procesu.

Jarosław Pietrzak

Tekst w wersji nieco skróconej ukazał się w Tygodniku Faktycznie (nr 26/2017). Redakcja postanowiła użyć innej nazwy opisywanego ludu, Mosuo, ja jednak wolę trzymać się tej stosowanej przez Cai Hua.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ilustracja nad tekstem: Wang Hui, Kwitnące brzoskwinie i łódka rybacka (fragment).

 

Domy mężczyzn

Maurice Godelier uważany jest dzisiaj za największego żyjącego francuskiego antropologa. Jego wielka książka o metamorfozach struktur pokrewieństwa, Métamorphoses de la parenté, wydana w 2004, sprawiła, że urodzony w 1934 badacz niejako zdetronizował w tym temacie autora poprzedniej branżowej „Biblii” w tym temacie, Claude’a Lévi-Straussa. Był zresztą jego uczniem. Występował zawsze z mocno materialistycznych pozycji, nigdy nie przestał odwoływać się do tradycji podpisującej się pod dorobkiem Karola Marksa, niektóre jego książki należą do klasyki antropologii marksistowskiej.

Godelier rozpoczynał swoją antropologiczną karierę, badając w latach 60. XX wieku żyjące w Papui Nowej Gwinei plemię Baruya. Żył z nimi w ich wioskach, obserwował i analizował ich gospodarkę i strukturę społeczną. Napisał o nich cały szereg prac opublikowanych w specjalistycznych periodykach. Jednym z bardziej zdumiewających rysów tego społeczeństwa, które się jego oczom wyłoniły, była sprecyzowana i paradoksalna rola, jaką praktyki homoseksualne pełniły wśród Baruya w procesie społecznego stawania się mężczyzną.

Kobiety i mężczyźni

System społeczny tego plemienia opierał się na bardzo ścisłym rozdziale płci i dominacji mężczyzn nad kobietami – ale dominacji sprawiającej wrażenie chwiejnej, kruchej, tak jakby powstałej po dopiero co wygranej wojnie między płciami, w której pozycja zwycięskich mężczyzn wciąż może być w każdej chwili wywrócona, a w każdym razie mężczyźni wydawali się bardzo tego obawiać.

W niektórych wioskach istniał system równoległych dróg, z których ta umieszczona wyżej była przeznaczona dla mężczyzn, a biegnąca niżej – dla kobiet. Gdy drogi nie były odseparowane, kobiety mijające mężczyzn musiały wykonywać zrytualizowany gest osłaniania się przed ich spojrzeniem.

Nad wioską dominował zwykle wznoszony na kilka lat, słabo wewnątrz oświetlony, „dom mężczyzn”. Kobiety obowiązywał absolutny zakaz zbliżania się w jego okolice. Każdy chłopiec w wieku dziewięciu lub dziesięciu lat był odbierany rodzinie, odrywany od świata kobiet, które go dotychczas wychowywały. Trafiał stamtąd do owego domu mężczyzn, gdzie miał przejść liczony na wiele lat – około dziesięciu-dwunastu – proces stawania się mężczyzną, od tamtej pory wyłącznie pod opieką innych młodych mężczyzn, czasem z udziałem starszych mężczyzn przeprowadzających chłopców przez kolejne stadia inicjacji w zrytualizowanych uroczystościach.

W toku tego trwającego ponad dekadę procesu chłopcy dowiadywali się wielu rzeczy, które mężczyźni utrzymywali w tajemnicy przed kobietami. Że dziwne zwierzęcopodobne dźwięki, o których dzieci i kobiety myślą z przerażeniem, że pochodzą od złych duchów żyjących w lasach, są tak naprawdę wytwarzane w ukryciu przez mężczyzn. Dowiadywali się, że wytwarzanie szczególnie przez Baruya cenionych fletów i innych obiektów, nawet potrzebnych męskim rzemiosłom łowiectwa i wojny łuków, a także opartych na soli pieniędzy, były umiejętnościami, które mężczyźni wykradli w przeszłości ich prawdziwym wynalazczyniom, kobietom. Odebrali im także pamięć o tej kradzieży – chłopcy uczyli się, że nie mogą nigdy tej tajemnicy wyjawić kobietom, nie mogą im przypomnieć, że to one stworzyły te wynalazki, obecnie pod kontrolą mężczyzn.

Kultura Baruya przesiąknięta była strachem przed kobiecością, przed organami seksualnymi kobiety jako tej sile, która może mężczyznę pozbawić męskości, może nawet zaburzyć równowagę świata.

Mężczyźni wierzyli, że kobieta – która rodziła z dala od widoku mężczyzn, w specjalnie odosobnionej chacie – mogła zabić ich dziecko, gdyby okazało się chłopcem, tylko dlatego, żeby pozbawić ich syna, kontynuatora ich własnej męskości. To oskarżenie padało nieraz w przypadkach naturalnej śmierci noworodków w rzeczywistości nieznającej zdobyczy nowoczesnej medycyny. Badania Godeliera potwierdziły, że kobiety Baruya w pewnych bardzo dramatycznych przypadkach faktycznie zabijały swoje nowonarodzone dzieci i w rozumieniu Baruya dysponowały w zasadzie takim prawem. Ich motywacje były jednak zgoła inne niż te, które przypisywali im mężowie obawiający się żon-synobójczyń. W przypadkach, które Godelier udokumentował, kobiety zabiły swoje noworodki albo dlatego, że miały już zbyt dużo dzieci, żeby zapewnić materialne przetrwanie ich rosnącej liczbie, albo dlatego, że ich mąż był tak brutalny w stosunku do niej i dzieci, które już z nim wychowywała, że wolały śmierć kolejnego dziecka zanim uzyska świadomość niż skazanie go na takie samo cierpienie. Bo mężczyźni Baruya wychowywani byli do tego, by traktować swoje żony – w przeciwieństwie do matek i sióstr – brutalnie, przy użyciu przemocy. Okazywanie fizycznej i emocjonalnej bliskości żonie czy małym dzieciom przy świadkach groziło utratą twarzy (zaczęło się to jednak dynamicznie zmieniać począwszy w latach 70. i 80. XX wieku).

Mężczyźni i mężczyźni

Przez ponad dekadę przeżytą głównie w murach domu mężczyzn i w towarzystwie przede wszystkim innych tego domu mieszkańców chłopcy byli odizolowani od kontaktu z kobietami. Obowiązywał ich ścisły zakaz kontaktów seksualnych – ale tylko tych z kobietami. Bo jednocześnie obowiązywał ich bezwzględny przymus uczestnictwa w zrytualizowanych oralnych stosunkach homoseksualnych wewnątrz domu mężczyzn, pomiędzy jego mieszkańcami.

Baruya wierzyli, że chłopiec staje się prawdziwym mężczyzną spijając spermę innych mężczyzn nieskażonych jeszcze w swojej męskości kontaktem seksualnym z kobietą, który według nich stanowił zagrożenie dla męskości. Chłopcy i młodzi mężczyźni w domu mężczyzn podzieleni byli na cztery kategorie, odpowiadające stadiom inicjacji do roli pełnoprawnego mężczyzny. Najmłodsi, należący do pierwszej i drugiej kategorii, połykali spermę starszych, należących do trzeciej i czwartej, aż sami weszli do grupy trzeciej, kiedy mieli przyjąć rolę odwrotną i sobie znaleźć chłopca w młodszej kategorii, który miał odtąd spijać ich spermę. Te relacje między chłopcami i młodymi mężczyznami mogły przybierać kształt czułych więzi emocjonalnych, ale były obowiązkowe, żeby stać się mężczyzną. Chłopiec, który chciałby się od nich wykręcić, byłby zmuszony przemocą, mógłby nawet zostać zabity.

Młody mężczyzna opuszczał dom mężczyzn w wieku około dwudziestu – dwudziestu dwóch lat. Po to, żeby się ożenić, z dziewczyną dogadaną zwykle przez krewnych, w procesie wymiany, w którym najczęściej jego siostrę obiecano bratu jego przyszłej żony.

Kiedy mężczyźni w osadzie pomogli mu już postawić dom (zwykle w jeden dzień), młody Baruya wprowadzał się do niego ze swoją przyszłą żoną. Formalnie przez pierwszych kilka tygodni (czas potrzebny na naturalne wyczernienie ścian sadzą) obowiązywał ich zakaz kopulacji, ale jego nowa małżonka miała w tym okresie połykać jego spermę, czyli mieli uprawiać stosunki oralne. Baruya wierzyli, że spijając spermę swojego mężczyzny, kobieta zyskuje zdolność wytwarzania mleka dla ich przyszłych dzieci, choć zdaniem Godeliera wśród samych kobiet istniał też nurt silnej opozycji wobec tego wyjaśnienia, jakby część kobiet stanowczo broniła własnego, pochodzącego z samych właściwości kobiet, charakteru zdolności matki do żywienia swoich niemowląt.

Od tego momentu – od momentu pierwszego oralnego stosunku ze swoją nową żoną – młodego mężczyznę obowiązywał jednak bezwzględny zakaz stosunków seksualnych z mężczyznami, praktyki z domu mężczyzn na zawsze miały tam i tylko tam pozostać. Miały też na zawsze pozostać utrzymane w tajemnicy przed kobietami.

Wszyscy jesteśmy biseksualni?

Kiedy jego monumentalne Metamorfozy pokrewieństwa ukazały się po raz pierwszy po angielsku, w 2011, Godelier powiedział w jakiejś radiowej audycji, że w gruncie rzeczy, jako gatunek, na poziomie biologicznym, jesteśmy wszyscy po prostu biseksualni. Miał na myśli to, że potencjalnie jesteśmy, choć z różną siłą odczuwamy erotyczne pragnienia w stosunku do osób własnej i przeciwnej płci. Że to dopiero kultura i jej złożone symboliczne szarady, łączące różne elementy w strukturalne powiązania, dopowiadają dotykalną treść i prawdziwe ciało naszemu pragnieniu seksualnemu i naszym sposobom jego realizowania. Każą nam jedne realizować, z jednych być dumnymi, inne wypierać, chować po szafach i zwalczać, dopóki nie staną się tak silne, że nic się już z tym nie da zrobić, oprócz obrócenia ich w tożsamość (np. tożsamość gejowską), a jeszcze inne ukrywać pod zamaskowaną postacią złożonych rytuałów. Ile rytuałów sportowych zostało wymyślonych po to, żeby mężczyźni pragnący zachować swój status „prawdziwych mężczyzn”, mogli jednak czasem podotykać i poocierać się o innych mężczyzn!

Dopiero konfrontacje z kulturami tak odmiennymi jak Baruya uzmysławiają nam czasem pewne rzeczy.

Zachód na długo połączył pragnienie homoseksualne z „brakiem męskości”, jej deficytem, z byciem „nie-mężczyzną”, żeby uzasadnić strukturę męskiej dominacji i zbudować nad nią całą swoją wielką katedrę symboli. Baruya połączyli dziwną kombinację przymusu i zakazu homoseksualizmu (odpowiednio: w domu mężczyzn i po wyjściu z niego), jako ich własną nadbudowę struktury dominacji mężczyzn nad kobietami.

Fakt, że obydwie sytuacje były historycznie możliwe (tak jak było wiele innych kombinacji między tymi i innymi czynnikami), świadczy w pewnym sensie o tym, że te wszystkie kombinacje są na swój sposób przypadkowe, nawet te, które odniosły sukces w najbardziej zwycięskich kręgach cywilizacyjnych. Zbiły je z sobą nawzajem długofalowe historyczne zbiegi okoliczności.

Ale ostatecznie – teraz, kiedy już to wiemy – wynika z tego coś politycznie niezwykle obiecującego.

Możemy je wszystkie zdekonstruować, rozbić, skompromitować, obnażając ich własne wewnętrzne sprzeczności – po to, by wymyślić struktury nowe, by wszystko przetasować. Po co nam uzasadnienia wyższości jednych ludzi nad drugimi, czy to ze względu na płeć ich własną czy płeć przedmiotu ich pożądania? Długofalowo wszyscy na tym tracą, i ten chłopiec, który nigdy nie pragnął żadnego ze swoich starszych kolegów w domu mężczyzn, i ten, który pragnął któregoś wciąż po wyjściu stamtąd. Nie wspominając o ich żonach i dzieciach, które tak często musiały się ich bać.

Możemy te struktury wymyślić na nowo. Męskość, kobiecość, relacje między nimi, relacje między nimi a pragnieniem hetero- i homoseksualnym. Ich kombinacje były już tak dziwne, że możemy sobie społecznie wypracować lepsze, tym razem oparte na równości ich wszystkich, albo na tym, że jakiekolwiek różnice między nimi najzwyczajniej nie mają znaczenia.

Jarosław Pietrzak

Tekst (w skróconej wersji) ukazał się 22 czerwca w Tygodniku Faktycznie (nr 25/2017).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Joseph Mannah