Wojna Jom Kippur (1973) i operacja „Powódź al-Aksa” (2023)
7 października dosłownie obudziłem się do wiadomości o niebywałej ofensywie palestyńskiego Hamasu (ugrupowania rządzącego w Gazie) i jego zbrojnego ramienia, Brygad al-Qassam, przeciwko siłom okupacyjnym Izraela. Po raz pierwszy od nałożenia przez Izrael już niemal siedemnaście lat temu blokady enklawy, Palestyńczykom udało się blokadę naprawdę przełamać i rozerwać. Niektóre obrazy z tych wydarzeń miały w sobie poetyckie wręcz piękno (bojownicy wylatujący z Gazy na paralotniach).
„Odetniecie nas od lądu i morza, to ku wolności użyjemy nieba. Możecie mieć jedną z najpotężniejszych armii na świecie, najbardziej zaawansowane technologie terroru, pacyfikacji i nadzoru, Pegasusa, drony i nanoroboty, ale ludzkie pragnienie wolności i tak przekroczy wasze zasieki i przebije się przez waszą Żelazną Kopułę” – wydawali się mówić z tych obrazów.
Dosłownie się do tych wieści obudziłem, bo o tym była pierwsza wiadomość, którą tamtego dnia dostałem whatsappem (od brata). Szok był tym większy, że byłem nazajutrz po seansie Goldy, brytyjsko-amerykańskiego biopiku o perypetiach Goldy Meir, premiery Izraela, w dniach wojny Jom Kippur (w tytułową rolę wcieliła się Helen Mirren, którą nie zawsze widać zza dymu papierosowego). Byłem w szoku, bo 7 października 2023 to niemal dokładnie 50. rocznica wybuchu tejże wojny Jom Kippur (konkretnie: jeden dzień później).
Nie potrafię pisać o muzyce, nie mam przygotowania ani systematycznej wiedzy. Moje playlisty każdy koneser uznałby z miejsca za dzieła w znacznej mierze przypadku. Dlatego z zasady o muzyce nie piszę – co najwyżej, a i to rzadko, przywołując ją (lub kogoś z muzycznym dorobkiem) jako przykład w innych słusznych sprawach.
Tym razem jednak ciężko mi tak całkiem nic nie napisać – trzeba chociaż pożegnanie. Zajęło mi to kilka dni, bo słabo u mnie wciąż z czasem reakcji. Abstrahując od tego, że wiadomość o śmierci Sinéad zastała mnie bardziej nieprzygotowanym niż większość wiadomości z tego gatunku. Była na śmierć naprawdę za młoda i wydawało się to tak niedawno, gdy w wywiadzie w irlandzkiej telewizji sprawiała wrażenie, jakby odnalazła wewnętrzny spokój, nawet jeśli szeroko odmawiano zrozumienia dla sposobu, w jaki go odnalazła (zaczytując się w Koranie i przechodząc na islam, jednocześnie zmieniając nazwisko na Shuhada’ Sadaqat).
Trzeba napisać chociaż pożegnanie, bo na wieść o jej śmierci, rozpłakałem się i zapadłem znowu w Troy i Feel So Different. Nigdy nie sporządzę listy moich ulubionych piosenek, bo nigdy takich list nie sporządzam – ani piosenek, ani filmów, ani książek, niczego – ale gdybym sporządzał, to te dwie by się tam znalazły.
Trzeba napisać pożegnanie, bo chociaż muzyka nigdy nie rządziła moją wyobraźnią, to Sinéad była dla mnie w niełatwym okresie życia wyjątkowo ważna. Tych kilka trudnych lat nastych, kiedy nie wiedziałem, co ze mną, nielubiącym samego siebie nastoletnim gejem, będzie w kraju takim katolickim, takim dla takich jak ja surowym i takim ponurym – tych kilka trudnych lat dużo słuchałem jej muzyki, jej głosu balansującemu między lirycznym szeptem a gwałtownym krzykiem. Ten jej niezwykły w owych czasach image, cała ta jej piorunująca osobowość. Angielskiego zacząłem się uczyć późno, bo dopiero w szesnastym roku życia, więc z tekstów rozumiałem czasem tylko tytuł, ze dwa zdania w środku i pojedyncze słowa – a jednak, wracałem do tych utworów po latach z uczuciem zdumienia, że to, co najważniejsze, jednak na jakimś niewerbalnym poziomie rozumiałem doskonale, i się w tym odnajdowałem, i miałem wrażenie, że coś tej dziwnej, odważnej dziewczynie z drugiego końca Europy zawdzięczam, że coś z nią mam wspólnego, czerpałem z jej głosu i scenicznej osobowości jakieś trudne do sprecyzowania wsparcie.
Żegnaj, Sinéad, żegnaj, Shuhado. Piękna, niespokojna, skrzywdzona istoto. I hope you’re happy now. This world could never make you so.
14 maja opublikowany został list otwarty twórców kultury z całego świata zwracający uwagę na dramatyczną sytuację w Strefie Gazy w dobie pandemii. Pełny tekst znajduje się pod adresem liftthesiege.com. Wśród ponad trzystu pięćdziesięciu sygnatariuszy odnajdujemy weteranów międzynarodowej kampanii kulturalnego bojkotu Izraela – największej takiej kampanii od czasu historycznego bojkotu apartheidu południowoafrykańskiego. Niezmordowany Roger Waters z zespołu Pink Floyd, autorka Doktryny szoku Naomi Klein, muzyk Brian Eno, aktorka Julie Christie, legendarny reżyser filmowy, dwukrotny laureat canneńskiej Złotej Palmy, Ken Loach, grupa Massive Attack. Tym razem nie chodzi jednak o bojkot kulturalny.
Sygnatariusze domagają się zakończenia przez Izrael trwającej już trzynaście lat, nielegalnej w świetle prawa międzynarodowego blokady Strefy Gazy, a od całego świata – natychmiastowego objęcia Izraela embargiem na dostawy broni.
Środowiskami twórców, kuratorów i administracyjnych zarządców kultury w Niemczech nie przestają wstrząsać skandale wynikające z ofensywy niemieckiego państwa przeciwko wszelkim formom solidarności z Palestyńczykami. Niezmordowani poszukiwacze niemieckich cnót, nawet jeśli dostrzegają chybiony charakter tej polityki, mają tendencję do jej usprawiedliwiania i doszukiwania się w niej przesadzonej pokuty tego społeczeństwa za jego historyczne winy, w szczególności rasistowskie zbrodnie na europejskich Żydach. Ale czy przypadkiem nie mamy tu do czynienia z czymś zupełnie odwrotnym, nie żadną pokutą za dawny rasizm, a kontynuacją tradycji niemieckiego rasizmu, z którą nigdy nie zerwano?
Wygląda na to, że kontrowersje, jakie latem bieżącego roku wybuchły wokół dwóch imprez kulturalnych w Niemczech, to była zaledwie rozgrzewka. Przypomnijmy.
Tekst ukazał się 19 września 2018 na łamach portalu Strajk.eu. Dziś, 1 października upływa ultimatium postawione mieszkańcom Chan al-Ahmar przez izraelskie władze, po którym wojsko najpewniej zrówna Chan al-Ahmar z ziemią, a mieszkańców przemocą przesiedli.
Mała wioska palestyńskich Beduinów, poniżej 200 mieszkańców, znów na ustach całego świata. Po wieloletniej prawnej batalii Sąd Najwyższy Izraela usunął wszystkie prawne przeszkody przed zrównaniem jej przez izraelską armię z ziemią na potrzeby nowego żydowskiego osiedla (albo też ekspansji stojącego nieopodal Kfar Adumim). Wioska jest już otoczona przez izraelskie wojsko i policję, buldożery już usuwają przeszkody postawione przez mieszkańców Chan al-Ahmar celem spowolnienia wyburzenia. Do wioski przybyły dziesiątki aktywistów, którzy koczują tam, by stawiać opór wraz z mieszkańcami. Zaprotestowała Unia Europejska, ostrzegając, że uzna to za zbrodnię wojenną. Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania i Wielka Brytania wydały rzadko spotykane wspólne stanowisko, w którym stanowczo sprzeciwiły się wyburzeniu wioski i ostrzegły przed „poważnymi konsekwencjami”. Nawet przedstawiciele proizraelskiego lobby w europejskich stolicach (jak Emily Thornberry, niby-ministra spraw zagranicznych w labourzystowskim gabinecie cieni w Londynie, znana z tego, że należy do Labour Friends of Israel) protestują i wyrażają swoje oburzenie.
Przemoc Izraela w stosunku do Palestyńczyków przyjmuje formy tak okrutne i szokujące, stosowane na taką skalę, że nawet odruchowy sprzeciw i publiczne potępienia bardzo często sprawiają wrażenie bezradnych, w jakiś sposób nieadekwatnych, do tego stopnia, że czasem niemal strzelają kulą w płot.
17 lipca zrzeszająca postępowych amerykańskich Żydów organizacja Jewish Voice for Peace opublikowała list otwarty, pod którym wraz z nią podpisało się czterdzieści żydowskich organizacji z całego świata – od Kanady i Wielkiej Brytanii przez Niemcy i Holandię po Republikę Południowej Afryki i Australię. Sygnatariusze wyrazili sprzeciw wobec oszczerczego zrównywania krytyki i bojkotu Izraela z antysemityzmem oraz swoje poparcie dla prawa do bojkotu Izraela jako uprawnionej formy oddolnego politycznego działania w solidarności z Palestyńczykami. Jest to odpowiedź na szereg kampanii oszczerstw, z których największą jest ta wymierzona w Wielkiej Brytanii w przewodniczącego Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna. Dodatkowym kontekstem było nadchodzące nieuchronnie (przegłosowane dwa dni później) uchwalenie przez izraelski parlament ustawy ostatecznie cementującej charakter Izraela jako reżimu apartheidu, co stanowi dodatkowy argument za traktowaniem Izraela tak, jak kiedyś RPA.
Polska: nikt nie woła
Smutno, ale bez zaskoczeń: wśród sygnatariuszy nie ma ani jednej organizacji z Polski.
Tak, zgadliście, postanowiłem więc do nich w tej sprawie napisać.
Ten piękny a skromny chłopak o jeszcze piękniejszym głosie jest urodzonym w libijskiej Misracie, w 1989, palestyńskim uchodźcą. Mohammed Assaf wychował się w obozie Chan Junis (Khan Younis) w Gazie. Pięć lat temu, w czerwcu 2013 zwyciężył w drugiej edycji programu Arab Idol na antenie satelitarnej telewizji MBC; już przed finałem był największą sensacją konkursu – pisała o nim wtedy prasa na całym świecie, daleko poza światem arabskim.
Samo wydostanie się z Gazy (blokada) na wstępne przesłuchania w Kairze zajęło mu dwa dni. Kiedy już dotarł do hotelu w egipskiej stolicy, w którym się odbywały, okazało się, że się spóźnił. Kandydaci byli przesłuchiwani na podstawie biletów z przypisanymi im ściśle wyliczonymi okienkami czasowymi. Bilety już się skończyły, więcej nie wydawano. Inny chłopak usłyszał jednak jego głos i oddał mu swój bilet, mówiąc: „Ja się tu chciałem tylko sprawdzić, ale do finału nie dotrę. Ty dotrzesz”.
Jego historia jest tematem filmu Hany’ego Abu Assada Idol z ulicy (Ya Tayr El Tayer) z 2015 roku. Hany Abu Assad to ten sam twórca, który zrobił Paradise Now i Omara (ale film nie jest aż tak dobry jak tamte dwa).
Assaf jest kolejnym przypadkiem mnogości form, indywidualnych i zbiorowych, politycznych i symbolicznych, jakie przyjmuje opór Palestyńczyków wobec usiłującego ten opór wszelkimi sposobami zmiażdżyć bezwzględnego kolonialnego mocarstwa. Gdzie mocarstwo chce ich biologicznie wyniszczyć, zatruwając im wodę, odcinając dostawy prądu do szpitali, odstrzeliwując im nogi – oni pozostają piękni. Gdzie mocarstwo bombardowaniami, dronami, kulami snajperów, porywaniem dzieci i torturowaniem ich w wojskowych więzieniach usiłuje zepchnąć ich do stanu przestraszonych zwierząt – oni zachowują nienaruszone najbardziej wyjątkowe ze składników człowieczeństwa, takie jak zdolność do świadomego tworzenia piękna. Gdzie mocarstwo usiłuje skazać ich na osamotnienie i zapomnienie przez resztę świata, odcinając ich środkami militarnej blokady, murem apartheidu i checkpointami, korumpując rządy, by nie wyrażały w tej sprawie woli swoich ludów – oni pozostają w sercach tych ludów, od Marakeszu po Muskat, i w wielu innych miejscach na świecie.
I w swoim niestrudzonym przywiązaniu do życia, w swojej niezmordowanej niezgodzie na rezygnację z godności, nie przestają wymyślać sposobów, by swojemu oprawcy i jego imperialnym sojusznikom, regionalnym i światowym, po raz kolejny powiedzieć, że wciąż tu są, nie zniknęli, nigdzie się nie wybierają i nie zamierzają się poddać. Mogą np. przechwycić w tym celu nadawany do setek milionów odbiorców banalny telewizyjny format, skopiowany z Zachodu w procesach kulturalnego imperializmu przez korporację telewizyjną zdradzieckiego regionalnego mocarstwa, które sprzymierzyło się z ich oprawcami (MBC Group to korporacja o kapitale saudyjskim), a swoim oprawcom zagrać na nosie tuż za ich granicami (program produkowany jest w Bejrucie, ex aequo z Kairem muzycznej stolicy świata arabskiego).