Antykomunizm dla estetów

Zimną wojnę Pawła Pawlikowskiego obejrzałem z opóźnieniem, bo dopiero, gdy pokazywano ją w Amsterdamie, moim nowym miejscu zamieszkania. Poprzedni film reżysera, Ida (2013), bardzo mi się podobał, a w szczególności niejednoznaczna, stająca w poprzek obowiązującej antykomunistycznej wykładni polskiej historii najnowszej, postać emerytowanej stalinowskiej sędzi, ciotki bohaterki tytułowej. Postać Agaty Kuleszy miała swoje na sumieniu, a jednak nie była metafizycznym złym wcielonym a materialną istotą ludzką, która swoich wyborów musiała dokonać w momencie dziejowym, w którym Historia kazała wybierać albo-albo. Miała swoje na sumieniu, ale i tak to ona reprezentowała na ekranie siły postępu społecznego i emancypacji ludzkiej – dalekie od czyichkolwiek marzeń, ale takie, jakie wtedy realnie istniały, takie, jakie realnie mogły pokonać faszyzm i ocalić przynajmniej obietnice Oświecenia. W połączeniu z tematem polskiego antysemityzmu, było to mocne pomimo wymagającej formuły estetycznej.

Dlatego po Zimnej wojnie, która już w tytule odwołuje się do politycznego tła opowiadanej historii, wielkiego napięcia pomiędzy kapitalistycznym Zachodem a „komunistycznym” Wschodem rozdzierającego Stary Kontynent Żelazną Kurtyną, spodziewałem się podobnych niejednoznaczności i wyzwania rzuconego oficjalnej historiografii III RP, która legitymizację dla odrestaurowanego po 1989 roku kapitalizmu buduje na tezach w rodzaju „rok 1945 oznaczał tylko wymianę okupanta”, w porywach do „komunizm był o wiele gorszy od faszyzmu”.

Czytaj dalej

Rewolucja jest najpiękniejsza

Oglądając wystawę Revolution: Russian Art 1917-1932

 

Niektórzy na lewicy ubolewają, że lewicowe wartości i idee zostały zamknięte w dyskursie humanistów-pięknoduchów, w ich światach Akademii i Sztuki, w ten sposób zmarginalizowane, odcięte od wpływu na rzeczywistość, od tych przestrzeni życia społecznego, w których realnie dokonują się rozstrzygnięcia polityczne, w których toczą się prawdziwe rozgrywki władzy. Ich książki czasem trudne w odbiorze, ich wystawy niszowe, ich instalacje nie zawsze zrozumiałe dla „mas”. Że dając się tam zamknąć, lewicowe wartości skazały się na impotencję. Mnie się jednak uparcie wydaje, że było trochę inaczej, że wartości związane z wielkimi utopiami emancypacji ludzkiej i uniwersalnej równości nas wszystkich tam właśnie zostały przechowane, uchronione przed wymazaniem z kolektywnej pamięci ludzkości przez triumfalny pochód neoliberalizmu. Autonomia pola sztuki pozwoliła je uchronić przed śmietnikiem historii, przeczekać długą noc neoliberalizmu, aż przyjdą nowe pokolenia, rozczarowane owocami neoliberalizmu, z pustymi rękoma na pozostawionej przez neoliberałów pustyni, w potrzebie tych wartości – zapomnianych w korytarzach wielkich medialnych korporacji i uczelni zredukowanych do tresowania bezmyślnych wykonywaczy korporacyjnych instrukcji, ale przechowanych w świątyniach pięknoduchów, w murach humanistycznych wydziałów Uniwersytetu, w Muzeum, w Galerii Sztuki.

Kiedy wspomnę moje własne studenckie doświadczenia, to myślę o polskiej Akademii, także jej części humanistycznej (studiowałem kulturoznawstwo) jako o ideologicznej policji neoliberalizmu dbającej o to, żeby myśl jedynie słuszna nie została podważona nawet na kartach esejów o poezji. Przypomina mi się wykładowca, który najzupełniej poważnie potrafił powiedzieć, że w mediach komercyjnych, w których decydują wielkie pieniądze, polityczne wpływy przestają mieć znaczenie, bo wielki pieniądz wymusza obiektywność, i że takie są fakty. Wykładowca z zakładu mojego uniwerku z „wiedzą o mediach” w nazwie. Przypomina mi się socjolog dowodzący „materializmu” osób biednych, w przeciwieństwie do „humanizmu” osób zamożniejszych. Przypomina mi się wykład z estetyki, na którym we wprowadzeniu do postmodernizmu w architekturze usłyszeliśmy ze strony pani doktor przedmiotu, która nie opatrzyła tego nawet krytycznym nawiasem, że modernistyczne rozwiązania urbanistyczne, w Polsce znane jako blokowiska, prowadziły do społecznych patologii, stąd potrzeba zastąpienia ich architekturą postmodernistyczną. Jak rozwiązać problemy społeczne, „patologie”? – wyburzyć, wysadzić w powietrze blokowiska.

Kiedy w londyńskiej Royal Academy of Arts oglądałem przed kilkoma laty wystawę poświęconą sowieckiej architekturze (Building the Revolution, 2011), albo kilka lat później w Tate Modern wspaniałą, ogromną retrospektywę dorobku Kazimierza Malewicza, zabawiałem się w duchu wyobrażaniem sobie, czym takie wystawy musiałyby być opatrzone w Polsce, żeby w ogóle mogły się wydarzyć. Oczyma wyobraźni widziałem surowe wprowadzenie w wykonaniu poprawiającego okulary Andrzeja Wajdy (wtedy jeszcze żył), że klatki schodowe klatkami schodowymi, jak piękne by nie były, ale nie możemy zapomnieć, jak zbrodniczy system przy pomocy tych komunalnych mieszkań zaprowadzono, i że jedyne, co się liczy, to że ludzie z tym systemem walczyli. I Krzysztofa Zanussiego, uzbrojonego w cytaty ze świętego Tomasza, świętego Augustyna i na wszelki wypadek Kanta, żeby nie było, że nic „nowszego” nie czytał, filozofującego o uwiedzeniu artysty-pięknoducha przez terror totalitaryzmu. Kuratorzy Tate Modern nie potrzebowali nic z tych rzeczy, żeby „wytłumaczyć” (albo zneutralizować) komunizm Malewicza. Wartości, które porywały wyobraźnię Malewicza, ideowe współrzędne jego twórczości zostały przez nich przedstawione z pełnym szacunkiem, jako nie tylko prawomocne, ale wręcz zrozumiałe same przez się. W Tate Modern twórczość Malewicza nie musiała ani się usprawiedliwiać, ani za siebie przepraszać.

1078

Kazimierz Malewicz, Czarny kwadrat

Mam takie wrażenie, że różnica między krajami, w których młodzi ludzie noszą dziś koszulki „śmierć wrogom ojczyzny” i biją przypadkowych Arabów, a krajami, w których młodzi ludzie zapisują się masowo do lewicowych organizacji i odpływają od medialnego mainstreamu ku pączkującym nowym tytułom i serwisom o zdecydowanie lewicowym profilu, to jest właśnie ta różnica. Między miejscami, w których humanistyczne pięknoduchy przechowały pamięć o minionych utopiach, a miejscami, w których humaniści zajęci byli posłusznym tępieniem ich niedobitków.

*

Kiedy piszę te słowa, wielkim wydarzeniem kulturalnym jest w Londynie wystawa w Royal Academy of Arts, Revolution: Russian Art 1917-1932 (Rewolucja: Sztuka rosyjska 1917-1932), przygotowana, jak łatwo się domyślić, z okazji setnej rocznicy Rewolucji 1917 roku, otwarta do 17 kwietnia. Na wystawie było już kilkoro moich znajomych, w różnych dniach, o różnych porach, i wygląda na to, że cały czas jest zapchana. Jest ogromna, ale trzeba się przeciskać między ludźmi. Gromadzi obiekty z różnych „porządków”, od awangardowego malarstwa po ceramikę użytkową. Można na niej obejrzeć prace najbardziej znanych na Zachodzie przedstawicieli awangardy w malarstwie – Malewicza, Marca Chagalla, Wasilija Kandinskiego, El Lissitzky’ego. Można też prace ich mniej znanych kolegów i koleżanek – Pawła Fiłonowa, Liubow Popowej czy Kuźmy Pietrow-Wodkina. Ale też i prawie nieznanych na Zachodzie socrealistów – z Aleksandrem Dejneką na czele. Fotografie Arkadija Szajcheta, fragmenty filmów Eisensteina, Wiertowa i Dowżenki pokazują entuzjazm, z jaki twórcy nowej, rewolucyjnej kultury sięgnęli po nowoczesne, osadzone w rozwiązaniach technologicznych media, by wyrazić dramatyczne piękno fali przemian. Kobiety na traktorach i jednocześnie w biurach projektowych opracowujących wzory nowej radzieckiej porcelany pokazują stopień, w jakim Rewolucja Październikowa wstrząsnęła wszystkimi zastanymi strukturami wielkiego społeczeństwa, którego masy do niedawna żyły wciąż pośród trucheł systemu feudalnego.

Wystawa ma swoje słabe strony; można się zastanawiać nad logiką niektórych zestawień i następstwa epizodów rozmieszczonych w następujących po sobie pomieszczeniach; kto chce, może narzekać na brak kilku ważnych prac niektórych spośród największych artystycznych gigantów, nie jest to jednak w stanie odebrać siły oddziaływania tym, które są tam obecne. W końcu, kiedy mowa o takich gigantach dwudziestowiecznej sztuki jak Malewicz czy Kandinsky, to wystawa mająca na celu przedstawienie estetycznego portretu całej, tak dynamicznej epoki w wybitnych twórców obfitującej, musi ich dorobek jedynie sygnalizować. A Malewicz miał niedawno swoją kompletną retrospektywę w Tate Modern. Zwrócono uwagę na dziwną nieobecność Lwa Trockiego w tej części wystawy, która poświęcona jest przywództwu Rewolucji w 1917 roku, jakby kuratorzy ulegli życzeniu Stalina, który tak bardzo pragnął Trockiego wymazać z kart historii. Niemniej jednak wystawa wciąż robi wrażenie tym wszystkim, co na niej jest, rzucając wyzwanie konserwatywnej odrazie do rewolucyjnych zrywów w ogóle i tej rewolucji w szczególności.

*

Ze swoim królewskim przymiotnikiem w nazwie, Royal Academy of Arts jest bez wątpienia instytucją bardziej konserwatywną niż Tate Modern. W kuratorskich komentarzach daje się miejscami wyczuć coś na kształt woli zapanowania nad wybuchowością wystawionego tam materiału, zapanowania nad tym, jak widzowie go zrozumieją i zinterpretują. Tu i ówdzie uwaga o tym, jak nacjonalizacja poskutkowała niedoborami i głodem, a ustępstwa na rzecz rynku niechybnie poprawiły sytuację (i jakość życia nocnego w miastach!). Tak jakby dało się zerwać kajdany tak zmurszałego porządku społecznego, jak ten panujący w przedrewolucyjnej Rosji, bez okresu gwałtownych ekonomicznych turbulencji i politycznej przemocy. Tak jakby wojna domowa rozpętana przez obrońców starego porządku się nie liczyła jako okoliczność wpływająca na możliwości gospodarcze.

El Lissitzky

El Lissitzky, Czerwonym klinem bij w białych

Gdyby próbować streścić wiodącą myśl wystawy, to chyba byłaby nią ta. Rewolucja Październikowa spotkała się z ogromnym entuzjazmem twórców, którzy, zachęcani przez Lenina i jego otoczenie, porwani przez Lenina charyzmę, zobaczyli w niej możliwość zupełnej przebudowy kultury, eksperymentowania z nowymi, dynamicznymi, odważnymi formami, które odpowiadałyby obietnicy emancypacji ludzkiej, nowego społeczeństwa opartego na równości wszystkich, przez Rewolucję złożonej. Już w latach 20. XX wieku zaczęły temu jednak odpowiadać tendencje akcentujące wartość także tego, co stałe, „wiecznorosyjskie”, aż w końcu Stalin ostatecznie założył wszystkim twórcom ograniczający ich ruchy kaftan „realizmu socjalistycznego”.

Dla umysłu konserwatywnego tak ułożona opowieść ma wartość utwierdzającą go w jego przerażeniu rewolucyjnymi pomysłami: ich piękne obietnice zawsze się ostatecznie kończą wielkim „zamachem na wolność”, itd. Umysł liberalny czasem reaguje trochę inaczej, dając sobie przyzwolenie na szczerą fascynację momentem wyzwalającym, ale ostatecznie schodzi na pozycję podobną do konserwatysty, ubolewając, że rewolucyjne poczucie wolności jest z definicji tylko tymczasowe, i oddychając z ulgą, że może się zarazem cieszyć estetyką rewolucyjnych twórców, jak i pozostać bezpiecznym mieszczaninem, bo kto inny poniósł ryzyko i zapłacił cenę, żeby on mógł sobie z dystansu powiedzieć, że to się i tak na dłuższą metę nie mogło udać.

*

A jednak zwiedzający wystawę nawet na jej końcowych etapach nie przestają wydawać się zafascynowani zebranymi tam dziełami, także tymi już z początku lat 30. Choć socrealizm jest ulubionym chłopcem do bicia pretensjonalnych estetów nad Wisłą, jego przedziwną właściwością jest, że tak naprawdę całkiem nieźle się starzeje i ma swoich twórców, których nie da się tak po prostu wyrzucić na śmietnik historii sztuki. Agata Pyzik tłumaczy właśnie na polski własną książkę Poor But Sexy, pośród wielu innych poruszanych tam tematów dowodzi w niej m. in., że socrealizmu nie można po prostu zbyć jako „fałszywego”, nieudanego realizmu, bo jego intencją nie było odzwierciedlanie rzeczywistości takiej, jaką jest, ale jej postulowanie, rozumiane normatywnie czy utopijnie. Socrealizmu nie można uczciwie zredukować do sztuki propagandowej „zbrodniczego reżimu” na lustrzane podobieństwo sztuki nazistowskiej. Wystarczy spojrzeć na postulowaną w nim rzeczywistość: jest to rzeczywistość egalitarnego, uniwersalnego prawa do dobrego życia, wyprowadzona z wartości Oświecenia.

Katerina Clark w swojej książce o kulturze wczesnego stalinizmu, Moscow, the Fourth Rome (skupia się na latach 1931-1941) dowodzi, że to, co dla estetycznych awanturników w rodzaju Malewicza i Eisensteina było krępującym gorsetem, miało też inny wymiar. Był nim nacisk, podniesiony do rangi centralnego zadania, położony przez stalinowski aparat kulturalny na obronę pozytywnego dziedzictwa europejskiego Oświecenia – w obliczu antyoświeceniowej ofensywy ruchów faszystowskich w innych częściach Europy. Oczywiście, terror aparatu władzy Stalina sprawiał, że Związek Radziecki pod jego władzą daleki od realizacji obietnic oświeceniowego uniwersalizmu. Radziecka kultura wczesnego stalinizmu nie zamierzała jednak oddać tych obietnic bez walki, zamierzała zachować ich ważność i wartość na przyszłość, w nadziei na ich wdrożenie w przyszłych, bardziej sprzyjających warunkach. Jak bardzo do nich nie dorastało realnie istniejące radzieckie państwo, to wciąż zupełnie co innego niż otwarta wojna z wartościami uniwersalizmu, którą toczyły inne siły polityczne w ówczesnej Europie.

Może na miejscu byłaby nawet taka analogia. Co jeśli stalinowski terror w ostatecznej instancji był ideologiczną funkcją podjętej przez Józefa Wisarionowicza forsownej industrializacji, czyli woli przeskoczenia na przestrzeni jednego pokolenia stuleci gospodarczego, społecznego i technologicznego zacofania, rzeczy podówczas niewykonalnej w żaden „łagodny” i demokratyczny sposób? Możemy oczywiście upierać się, że „postęp” tak rozumiany nie usprawiedliwia przemocy. Jak jednak powiedział Frankowi Westermanowi jeden z jego rozmówców, gdy pisał swoich Inżynierów dusz, pogląd nieobcy wielu tym, którzy sami przecierpieli przymusową pracę w Gułagu, gdyby Związek Radziecki nie stał się tak szybko światową potęgą przemysłową, III Rzesza wygrałaby II wojnę światową, przynajmniej w jej teatrze europejskim. Dalekie od bezklasowości, oparte na ekscesie arbitralnej władzy monopartii społeczeństwo, w jakie obrócił się Związek Radziecki, nie spełniło egalitarnych obietnic Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej – ale być może osunęło się w tę postać w obliczu obiektywnych ograniczeń kraju, który odziedziczył takie zacofanie. Może osunięcie się w tę formę okazało się ostatecznie warunkiem pokonania najmroczniejszych sił anty-Oświecenia, jakie dotąd znał świat, które z Berlina zamierzały podbić ogromną część Starego Świata i obrócić go w swoje żerowisko? Może gdyby Lenin przed śmiercią przywrócił wyposażone w realną władzę decydowania sowiety na wszystkich poziomach struktury politycznej „ojczyzny proletariatu” i zapobiegł stalinizmowi tout court, Związek Radziecki rozwijałby się w latach 30. XX wieku spokojniej, bez konwulsji, bez terroru, demokratycznie – ale też bez możliwości nadgonienia przepaści w uprzemysłowieniu, i dlatego w 1941, bez przemysłu zbrojeniowego na światowym poziomie, przegrałby wojnę z Hitlerem, umożliwiając mu położenie kresu cywilizacji Oświecenia w Europie?

Oborona_petrograda

Aleksandr Dejneka, Obrona Piotrogrodu

A teraz wróćmy do zapowiedzianej analogii. Może socrealizm i akademizacja radzieckiej kultury w latach 30. XX wieku były wobec brawury awangard okresu rewolucyjnego tym, czym stalinizm dla samej Rewolucji: zdradą obietnic okresu heroicznego, strąceniem wolności w okrutnej ofierze w przepaść, ale zdradą dokonaną wobec obiektywnej konieczności, w odpowiedzi z jednej strony na realne zacofanie odziedziczonego po przedrewolucyjnym porządku społeczeństwa a z drugiej na bezprecedensowe zagrożenie dla ludzkości, czyli gęstniejące nad Europą czarne chmury anty-Oświecenia? Może coś trzeba było na jakiś czas poświęcić, żeby nie stracić wszystkiego?

Slavoj Žižek przekonywał nawet w W obronie przegranych spraw, że odwrót od awangard i nacisk na humanistyczne dziedzictwo XIX-wiecznej kultury europejskiej w stalinowskiej kulturze lat 30. XX wieku „uratował świat” także po wojnie, sprawiając, że właśnie dzięki wychowaniu w takiej kulturze Chruszczow zapobiegł przekształceniu (poprzez kryzys kubański) zimnej wojny w wojnę najzupełniej gorącą, atomową…

*

Ideologiczny aparat neoliberalnego państwa – od szkoły przez media informacyjne po przemysły kultury – od kilkudziesięciu lat posługuje się straszakiem stalinizmu, który ma nam, bezsilnym trybikom w neoliberalnym reżimie akumulacji kapitału, przypominać, dokąd prowadzą próby odrzucenia jedynie słusznego porządku burżuazyjnej demokracji liberalnej. Do Gułagu. W przekazach ideologicznego aparatu neoliberalnego państwa przez kilka minionych dekad stalinizm był niezmordowanie, wciąż od nowa, wykuwany jako zło, które jest tak monstrualnie złe dlatego, że jest diametralnym przeciwieństwem burżuazyjnej demokracji liberalnej. Kapitalnym egzemplum jest film twórcy Indochin Régisa Wargniera Wschód–Zachód (1999). Ideologia przenikająca każdy poziom życia jako przeciwieństwo „wolnej od ideologii” liberalnej przestrzeni rynku, nieodsuwalna od władzy monopartia jako przeciwieństwo wyboru między różnymi partiami politycznymi, z których każda ciesząca się akurat władzą może ją stracić przy okazji najbliższych wyborów, itd.

Coraz gorzej ukrywana jest intencja tego niezmordowanego nacisku na figurę stalinizmu. Że chodzi w nim w istocie, żebyśmy nie zwracali uwagi na terror, w jakim sami obecnie żyjemy. Mieliśmy drżeć na myśl o świecie, w którym za jakąś ideologiczną nieposłuszność partyjny urzędnik może człowieka wyrzucić z pracy i uczynić niemożliwym znalezienie jej gdziekolwiek indziej, żeby nie zauważyć, że to jest od dawna rzeczywistość milionów ludzi w neoliberalnym kapitalizmie: przy obecnym stopniu koncentracji kapitału w niejednym przemyśle i branży, nie możemy się dziś postawić maniakalnemu szefowi, bo wszystkie miejsca pracy w naszym zawodzie są pod kontrolą tej samej grupy kapitałowej, i najzwyczajniej nie mamy dokąd pójść. Jesteśmy zmuszani do „osobistego rozwoju” i podnoszenia kwalifikacji, by następnie być skazanymi przez naszych zatrudnicieli na wykonywanie zadań obraźliwych dla naszych zdolności i możliwości. Jesteśmy zmuszani do coraz większej elastyczności, podczas gdy to ci, od których zależy nasze zatrudnienie, najbardziej stanowczo odmawiają jakiejkolwiek elastyczności. Działy Human Resources wielkich korporacji roszczą sobie prawo do posiadania na własność całego naszego życia, domagając się, by nasze CV nie miało żadnej kilkumiesięcznej luki, by każdy miesiąc naszego życia był w nim „usprawiedliwony”. Możemy wybierać między różnymi partiami politycznymi, ale one od dawna są tylko różnymi twarzami tego samego neoliberalnego technokratyzmu. Ideologia konsumenckiego wyboru truje nas z każdej dziury, podawana jest nam nawet w publicznych instytucjach, podczas gdy nie mamy żadnego wyboru oprócz tego, komu damy się oszukać i oskubać. Teatr gdzieś w Polsce musi zamknąć przedstawienie według Kubusia Puchatka, bo angielski miś o bardzo małym rozumku jest po śmierci autora własnością amerykańskiego koncernu. To, jakie filmy powstaną, jakie książki ukażą się w dużych nakładach, zależy od kaprysów biurokratów w korporacjach przemysłów kultury. Całe społeczeństwa, jak Grecja, karane są za niedorastanie do oficjalnej ideologii i próbę jej podważenia wepchnięciem w nędzę. Jak w stalinowskiej prokuraturze, paragraf może się znaleźć na każdego, nie znasz dnia ani godziny: rolnicy rujnowani są w sądach za to, że ptaki i pszczoły przeniosły na ich pola nasiona opatentowane przez Monsanto. I tak dalej.

Ale wizerunek Stalina chyba przestaje już działać. W końcu jak długo można dać się nabierać na ten sam straszak obliczony na odwracanie naszej uwagi od terroru, w którym żyjemy teraz, któremu podlegamy na co dzień?

Ludzie przychodzą tak tłumnie na wystawę o Rewolucji Październikowej i niezależnie od tego, co kuratorzy chcą im podpowiedzieć w towarzyszącym dziełom komentarzu, z fascynacją przyglądają się jej świadectwom z pierwszej ręki, pozostawionym przez samą Rewolucję, jej świadków, jej uczestników i jej wiernych. Chcą zobaczyć, jaka była piękna.

Jarosław Pietrzak

Revolution: Russian Art 1917-1932, wystawa w Royal Academy of Arts w Londynie, 11 lutego – 17 kwietnia 2017.

Ilustracja nad tekstem: Kazimierz Malewicz, Czerwona kawaleria.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Trump i Clinton. Burżuazyjna demokracja umiera brzydką śmiercią

Gdyby Eurypides upił się był kiedyś z Sofoklesem, i na wspólnym pijackim widzie postanowili się ścigać, kto postawi swojego nowego bohatera w najbardziej tragicznym położeniu, przed najbardziej beznadziejnym wyborem, nie dotarliby chyba do sytuacji, w jakiej amerykańskie społeczeństwo postawiła tamtejsza klasa polityczna.

Między gwałcicielem a pseudofeministką, która w obronie władzy i przywilejów swojej zdemoralizowanej rodziny pomogła uchronić przed odpowiedzialnością poprzedniego gwałciciela w Białym Domu. Między rasistą wulgarnym, wyrzygującym bezmyślnie frazy, że Meksykanie to mordercy i gwałciciele, a rasistką elegancką, z kieliszkiem najdroższego szampana nazywającą afroamerykańską młodzież „superdrapieżnikami”. Między szaleńcem, o którym nie wiadomo, czy nie wywoła kilku wojen, a zakochaną w swoich wojskowych doradcach cyniczką, o której wiadomo, że wywoła kilka wojen – wiadomo, bo parę już wywołała (w Libii wespół z Sarkozym, w Syrii z niejawnym sojuszem izraelsko-saudyjskim), a swoje marzenie o doprowadzeniu do kolejnych wyrażała otwarcie (z Iranem) lub za zamkniętymi drzwiami (z Rosją i Chinami), wiedzę o czym zawdzięczamy WikiLeaks. Między obleśnym pajacem w kolorze dojrzałych owoców cytrusowych, o którym mówi się, że jego kampanię wspierał Kreml, a pozbawioną skrupułów karierowiczką, której kampania zassała dziesiątki milionów dolarów od saudyjskiej rodziny królewskiej. Między oszustem podatkowym i biznesowym a głową wielkiej pralni brudnych pieniędzy i „załatwialni” szemranych politycznych przysług, znanej jako Clinton Foundation.

Każ komuś wybierać między dżumą a cholerą i dziw się, że umarł.

Hillary Clinton nie była mniejszym złem

Kiedy stało się już to, co jeszcze pół roku temu było nie do pomyślenia, przerażeni tym, jak będzie wyglądał świat z szalonym, narcystycznym clownem na czele największego mocarstwa, nie powinniśmy jednak zapominać, że Clinton nie była złem ani trochę mniejszym.

Trump jest rasistą – mówią płaczki po Madame Clinton. A Madame Clinton nie? Na miłość Marksa! W kampaniach wyborczych swojego męża Billa, a potem w okresie jego prezydentury, odgrywała główną rolę w przekierowywaniu gniewu białej klasy robotniczej, ubożejącej wskutek polityki ekonomicznej jej męża (NAFTA, deregulacja Wall Street, itd.), której też była aktywną orędowniczką, w stronę ludności afroamerykańskiej. To w tym kontekście młodych czarnych mężczyzn nazywała „miejskimi superdrapieżnikami”. Tą kampanią rasowej stygmatyzacji Madame Clinton pomogła administracji swojego męża powsadzać do więzień miliony czarnych mężczyzn. To w czasie administracji Clintona polityka masowej inkarceracji czarnych mężczyzn rozpędziła się na niespotykaną wcześniej skalę (i do dzisiaj się nie zatrzymała). Miliony mężczyzn w więzieniach to także złamane serca milionów matek i partnerek skazanych na samotne wychowywanie dzieci w kraju, w którym Bill Clinton prawie zlikwidował pomoc społeczną. To miliony dzieci skrzywdzone brakiem ojca i dzieciństwem w biedzie. Miliony ludzkich istnień nieodwracalnie przetrąconych, wielokrotnie na zawsze złamanych. Za kolor skóry. Drodzy rycerze antyrasizmu, wybraliście złą damę waszych serc.

Trump traktuje kobiety jak śmieci. A Madame Clinton? O Różo Luksemburg! Likwidacja ponad 80% faktycznie przyznawanej pomocy społecznej przez Billa Clintona, „reforma” aktywnie wspierana przez Madame Clinton, uderzyła przede wszystkim w kobiety, zrzucając na nie zwielokrotnione obciążenia w zakresie opieki nad dziećmi, nad starszymi i chorymi członkami rodziny, i wpychając miliony z nich w skrajną biedę. W warunkach, kiedy gospodarka oddana przez Billa (przy aktywnym poparciu Hillary) na łup bankierow i spekulantów, osuwała coraz więcej ludzi i całych społeczności w biedę. Kobiety są szczególnie poszkodowane przez system ochrony zdrowia oparty o prywatne korporacje ubezpieczeniowe, bo na ich niekorzyść działają koszty związane z rozrodczością i fakt, że rodzicielstwo pozostaje niemal zupełnie niechronione przez amerykańskie stosunki pracy. Kiedy Clinton została już oficjalnie nominowana jako kandydatka Partii Demokratycznej, Bernie Sanders próbował przepchnąć do jej programu uniwersalną opiekę zdrowotną (nie, Obamacare to wciąż tylko jej ersatz, wydrążony kadłubek), Madame Clinton stanęła na rzęsach, żeby temu zapobiec.

Można tak odpowiadać na większość zarzutów pod adresem Donalda Trumpa. To prawda, Hillary Clinton nikogo nie zgwałciła ani nie molestowała. Za to wywołała dwie wojny, w których zginęło już kilkaset tysięcy ludzi. Oczywiście, można uważać, że gwałt jest zbrodnią cięższą od wywołania wojny z setkami tysięcy ofiar śmiertlnych, ale jest to sąd tyleż arbitralny, co dyskusyjny.

Nikt nie zasługiwał na zwycięstwo i Biały Dom mniej niż Donald Trump. Ale nikt nigdy nie zasłużył na porażkę bardziej niż Hillary Clinton. To drugie przeważyło.

Wymarzone wojny Hillary Clinton

Od kilku miesięcy na wschodzie i północy Europy gromadziły się bezprecedensowe ilości wojsk Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników, głównie Wielkiej Brytanii. Największa koncentracja sił NATO w Europie od czasu drugiej wojny światowej. Tym, którzy mają trudność z dodaniem jeden do jeden, spieszę z pomocą.

Wojska te gromadziły się tam w oczekiwaniu na koniec kadencji Baracka Obamy, prezydenta niechętnego rozpętywaniu kolejnych wojen, bo wstydzi się tych, które już ma na sumieniu (za jego rządów USA bombardowały siedem krajów). W oczekiwaniu na intronizację oblubienicy Wall Street i amerykańskiego przemysłu wojny, namaszczonej przez amerykańską plutokrację do roli jego następczyni. Wszystko było gotowe na jej gwizdek. Jeżeli w pogłoskach o wsparciu Kremla dla Trumpa jest ziarno prawdy, to dlatego, że z Trumpem w Białym Domu Rosji uda się zażegnać lub przynajmniej odroczyć wojnę z NATO, której Rosja nie chce. Ulga i radość Kremla i Dumy na wieść o wynikach wyborów świadczą o tym właśnie, a nie o tym, że Putin jest jakimś planetarnym władcą marionetek, który rozdaje trony nawet w państwach potężniejszych od własnego. Z Clinton ta wojna wybuchłaby najpewniej już w 2017 roku, w każdym razie wszystko było już na ten scenariusz przygotowane.

Prezydentura Trumpa będzie strasznym okresem dla Amerykanów, zwłaszcza dla przedstawicieli mniejszości etnicznych i imigrantów, populacji afroamerykańskiej, Latynosów, społeczności muzułmańskich, mniejszości seksualnych, a także większości kobiet. Ale też dla białej klasy robotniczej, której część Trump uwiódł zgrywając antyestabliszmentowca i grając na rasistowskich sentymentach (które odziedziczył po kampanii Clintonów w latach 90.); już u władzy porzuci ich jak nieprzytomną, wykorzystaną dziewczynę na cocaine party w megalofcie na szczycie jednego ze swoich hoteli.

Prezydentura Clinton byłaby bez wątpienia lepsza dla samych Amerykanów. Ale kto miał za to zapłacić? Reszta świata.

Clinton miała bez porównania bardziej postępowy program wyborczy. Ale wiarygodność Clinton jako polityczki, która zrealizuje socjaldemokratyczne obietnice, jest mniej więcej taka, jakby sobie w tej roli wyobrazić Leszka Balcerowicza. A jako doświadczoną polityczkę, podkreślającą na każdym kroku, jaka to jest – w przeciwieństwie do Trumpa – doświadczona, Amerykanie ocenili ją po dorobku, a nie po deklaracjach. Socjaldemokratyczny program Clinton był głównie propagandowym „spinem” obliczonym na utrzymanie głosu zwolenników Berniego Sandersa i porzucenie po dojściu do władzy.

Kilka postulatów udałoby się lewicy z jej administracją zrealizować, zapewne np. podniesienie na poziomie federalnym płacy minimalnej i w konsekwencji materialnego poziomu życia milionów Amerykanów. Może jakieś inwestycje. Ale jak byłoby to możliwe bez naruszania stopnia władzy ekonomicznej skumulowanej po dekadach neoliberalizmu przez wąskie grono plutokratów? A nie po to misie z Goldman Sachs i Citibank płaciły Madame Clinton przez kilka ostatnich lat po ćwierć miliona dolarów za 45-minutowe pogadanki za zamkniętymi drzwiami, żeby ona cokolwiek z ich władzy, pieniędzy i przywileju im uszczknęła.

Kapitalizm jest w strukturalnym kryzysie akumulacji. Wyjście amerykańskiej gospodarki z kryzysu 2008 jest najsłabszą ekonomiczną recovery odnotowaną od lat 30. XX wieku. Z czegoś takiego nikt nigdy w kapitalizmie nie wyszedł samym impulsem popytowym. Istnieją powody, dla których keynesizm nagle przestał działać po upływie trente glorieuses (trzy dekady nieprzerwanej prosperity po II wojnie światowej) i stanął przed zagadkową konfiguracją problemów, które według teorii Keynesa nie miały prawa się wydarzyć jednocześnie. W klasyce literatury przedmiotu jest takie coś, co się nazywa fale Kondratiewa. Keynesowkie środki kontrcykliczne rozwiązują problem krótkich cykli koniunkturalnych, ale nie fal Kondratiewa. Obama przez bite dwie kadencje pompował w amerykańską gospodarkę inspirowane Keynesem pakiety stymulacyjne, ale ich skuteczność już się wyczerpała: prawie wszystkie pieniądze z tych pakietów ostatecznie znajdują drogę do baniek spekulacyjnych, omijając realną gospodarkę, stopa zysku dla całości gospodarki albo stoi w miejscu, albo spada, a wzrost PKB nie potrafi przebić poziomu jeden procent z czymś po przecinku. Pakiety spekulacyjne kupiły tylko elitom trochę czasu.

Bez redystrybucji już istniejącego bogactwa, nacjonalizacji banków a potem innych strategicznych przemysłów oraz uspołecznienia kontroli nad nimi, zachowując w nienaruszonej postaci obecną strukturę własności i władzy ekonomicznej (patologicznie skoncentrowanej), amerykański kapitalizm byłby w stanie sfinansować poprawę poziomu życia swojej klasy robotniczej i klasy średniej tylko w jeden sposób: poprzez eskalację grabieży i wojny poza swoimi granicami. Wojna bowiem napędza jeden z najbardziej zyskownych przemysłów (zbrojeniowy), umożliwa grabież zasobów („akumulacja przez wywłaszczenie” zasobów zaatakowanych społeczeństw kompensuje niewydolność „akumulacji przez produkcję”), a zmasowana destrukcja już zakumulowanego kapitału (martwej pracy zastygłej w już wzniesionych nieruchomościach, infrastrukturze, instytucjach, itd.) w toku działań wojennych otwiera przestrzeń dla nowego cyklu akumulacji kapitału. Tak to działa w realnym kapitalizmie, tym, w którym naprawdę żyjemy, który opisał Karol Marks i jego uczniowie, a nie tym z fantazji liberalnych bajkopisarzy, albo z Keynesa, któremu się wydawało, że możliwy jest kapitalizm, który nie składa się w końcu jak domek z kart.

I wiemy, że wojna to był plan obozu Clinton, ponieważ od dawna otacza się ludźmi, którzy ślinią się razem z nią na myśl o zbombardowaniu Iranu i o wojnie z Rosją. Jej kampanię wyborczą finansowało dziewięć z dziesięciu największych korporacji zbrojeniowych. Wojska już się w Europie zgromadziły. Można odnieść wrażenie, że jej przyjaciele w Pentagonie, CIA i Departamencie Stanu przeciągali wojnę w Syrii w nieskończoność, wspierając na zmianę różne strony konfliktu, tak żeby nikt tej wojny nie mógł wygrać, żeby ciągle się toczyła, kiedy Hillary zostanie zwierzchnikiem sił zbrojnych i Syria będzie wygodnym punktem wyjścia dla rozlania działań zbrojnych na Rosję i Iran. Na Pacyfiku, odpowiednio blisko Chin, ma miejsce druga wielka koncentracja amerykańskich sił zbrojnych. Dokumentowaniem tych procesów zajmuje się od dłuższego czasu wybitny australijski dziennikarz John Pilger.

Te umysły na polskiej lewicy, które piszą o Clinton bezmyślne limeryki, że nie tylko nie była mniejszym złem, ale była wprost większym dobrem, i jej stanowisko w sprawach międzynarodowych jest drugorzędne, mam ochotę zapytać: czy byliście gotowi życiem przyjaciół, urwaną nogą bliskiego krewnego, lejem po bombie w miejscu waszego domu, itd., zapłacić za wzrost płac w USA i kilka progresywnych reform pani rzuconych przez Madame Clinton jej amerykańskim wyborcom w zamian za tron cesarzowej świata?

Geografia nie daje innej możliwości, jedna z pierwszych wojen Hillary Clinton przetoczyłaby się przez Polskę i okolice. NATO by nas obroniło? Nie po to nas wkręciło w członkostwo, żeby nas bronić, tylko żeby mieć bufor, w razie problemów z góry spisany na straty, jeden czy dwa dni więcej na przygotowanie do obrony swoich „członków właściwych”.

Donald Trump jest autorytarnym prawicowym populistą, protofaszystą. Ale Jasbir Puar napisała kiedyś takie zaprawdę godne zapamiętania zdanie, że „liberalna demokracja sankcjonyje swoje własne reżimy totalitarne”. Tym właśnie byłyby Stany Zjednoczone Hillary Clinton, reżimem totalitarnym liberalnej demokracji: pozory szacunku dla liberalnych wolności i kilka progresywnych grepsów wewnątrz granic za cenę bezprecedensowej eskalacji militarnej przemocy na zewnątrz.

Trump nigdy nie chciał być prezydentem

Po ogłoszeniu oficjalnych wyników amerykańskich wyborów drugim życiem zaczął się cieszyć tekst reżysera Michaela Moore’a, napisany przezeń w czerwcu, w którym, wyciągając wnioski z brytyjskiego referendum na temat Brexitu, podawał 5 powodów, dla których Trump wygra te wybory. Wiele miesięcy wcześniej Moore przewidział też, że to właśnie Trump zostanie nominowany na kandydata Partii Republikańskiej na prezydenta. Ponieważ tamte diagnozy okazały się trafne, warto sobie przypomnieć jeszcze inny tekst ekscentrycznego amerykańskiego laureata Złotej Palmy.

Moore postawił intrygującą tezę, że Donald Trump nigdy nie chciał wygrać tych wyborów. Nigdy nie chciał zostać prezydentem USA. Będzie się musiał przeprowadzić do znacznie mniejszego i skromniejszego domu (Białego Domu). Będzie miał obowiązki, a nie tylko kaprysy. Jak mu się coś znudzi albo nie wyjdzie, nie będzie mógł ogłosić bankructwa i zająć się czymś innym. Trzeba będzie spuścić z tonu z imprezami i kokainą. Same uciążliwości. Jedyne, o co mu naprawdę z początku chodziło, to zagrać na nosie telewizyjnej korporacji NBC, która w pewnym momencie nie chciała już z nim nic produkować. Na zasadzie: „Ja wam jeszcze pokażę, kto będzie królem wskaźników oglądalności! Będę na ekranach cały czas!”. Uważam, że Moore miał rację.

Kiedy kampania już ruszyła, to oczywiście uwaga, jaką na niego skierowała, stała się sama w sobie pastwiskiem dla jego nienasyconego ego, którego apetyt rósł w miarę jedzenia, ale Trump przez cały czas niestrudzenie sabotował swoją kampanię, robiąc wszystko, by być gwiazdą wiadomości, ale pozostać absolutnie niewybieralnym. Był obleśny i wulgarny; obrażał kogo popadło, w tym większość ważnych ludzi we własnej partii; wygadywał, co mu ślina na język przyniosła; w odstępie kilku dni, tak, żeby nikt nie zdążył zapomnieć, mówił rzeczy wzajemnie z sobą sprzeczne (np. o swoim stosunku do Obamacare); wdawał się w awantury na Twitterze o trzeciej w nocy; robił wszystko na przekór wskazaniom swoich doradców; itd. Mówimy o Stanach Zjednoczonych – tylko ktoś, kto nie chce wygrać, obrażałby tam weteranów wojennych i rodziny poległych żołnierzy! Kiedy kłamał, to nie po to, żeby coś ukrywać, żeby do czegoś przekonywać – jego kłamstwa bywały śmieszne lub absurdalne, możliwe do natychmiastowego zdemaskowania. Robił wszystko, żeby wybory upasły jego ego, ale żeby ostatecznie przegrać, najlepiej niewielką ilością głosów, żeby zajść Hillary za skórę, a potem być może założyć na zbitym w ten sposób kapitale nowe, „bezkompromisowe” imperium medialne.

A jednak został wybrany. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia czy materiały filmowe z jego pierwszej wizyty w Białym Domu, by zobaczyć twarz człowieka w ciężkim szoku, prawdopodobnie dosyć przestraszonego. Przełknie to, bo na tym ego też się dobrze upasie, ale nie o to mu tak naprawdę chodziło.

Jak człowiek, który zrobił wszystko, by być absolutnie niewybieralnym, wygrał z „najbardziej doświadczoną kandydatką” w historii amerykańskich wyborów, która na swoją kampanię wydała najwięcej pieniędzy w historii wszystkich kampanii wyborczych w nowożytnej historii ludzkości?

Ukarana hybris plutokratów późnego kapitalizmu

Podobnie jak Moore, Robert Reich czy Glenn Greenwald, uważam, że przegrana Clinton musi być postrzegana w tej samej perspektywie, co wcześniejsze o cztery i pół miesiąca referendum w sprawie Brexitu w Wielkiej Brytanii. I podobnie jak komentując tamto wydarzenie, jako kontekst przypomnę fenomenalny esej Wolfganga Streecka How Will Capitalism End? (Jak skończy się kapitalizm?), obecnie rozwinięty także do postaci książki. Kapitalizm znajduje się w stanie totalnego kryzysu na wszystkich poziomach. Jest niewydolny ekonomicznie, nie potrafi powrócić do odczuwalnego wzrostu, porusza się właściwie między krachem a recesją. Przy pozorach życia trzyma go tylko siła inercji, nasze przyzwyczajenie, to, że porzuciliśmy utopię stworzenia dlań alternatywy, a także to, że – pozwolę sobie zacytować inną pracę Streecka – elity finansowe i polityczne „kupują czas”, jaki nam został do całkowitego zawalenia się tej konstrukcji. Kryzys przeżywa polityczna nadbudowa kapitalizmu: instytucje burżuazyjnej demokracji liberalnej przerodziły się w farsę, miejscami w cyrk. Po kilkudziesięciu latach neoliberalizmu głęboki kryzys przeżywają też wszystkie formy legitymizacji systemu – jego legitymizacja symboliczna, kulturalna, moralna.

Prawie nikt nie wierzy już w „słuszność” systemu, w to, że ludzie, których kapitalizm nagradza wysokim statusem ekonomicznym, zasłużyli na to czymkolwiek wartym szacunku. Przeciętni mieszkańcy rozwiniętego świata widzą własne dzieci, wykształcone znacznie lepiej niż oni byli w ich wieku, zadłużone na poczet tego wykształcenia, pracujące ciężej niż oni pracowali w ich wieku, a jednak stojące najczęściej przed perspektywą dramatycznej nierzadko deklasacji, podczas gdy przekształcona w globalne kasyno gospodarka schyłkowego kapitalizmu nielicznych, często osoby, które tylko znalazły się we właściwym miejscu o właściwym czasie, nagradza zasobami dla innych niedostępnymi nawet gdyby do dyspozycji mieli kilka żyć.

Ale nie tylko przegrani późnego kapitalizmu, czy rodzice tych skazanych dzisiaj na rolę takich przegranych, nie wierzą już w usprawiedliwienia i uzasadnienia tego systemu. Nawet władcy tego świata nie wierzą już w system, w którym nagromadzili tyle przywileju. Nie wierzą już oni w to, że ten system jest sprawiedliwy, że jest słuszny, że czymkolwiek sobie na wszystko, co mają, zasłużyli, że system jest do utrzymania, że to wszystko ma prawo się nie zawalić. Nie wierzą też, że ktokolwiek w to wierzy. To dlatego, przekonuje Streeck, tak bezczelnie i otwarcie kradną, robią te swoje przekręty, bailouty banków, które służą tylko nabijaniu kieszeni bankierów, itd. Nie boją się o swój wizerunek, bo i tak nie wierzą, że ktokolwiek ma co do tego wizerunku jakieś złudzenia. A ponieważ nie wierzą w to, że taki system długo jeszcze pociągnie, nie mają żadnej długoterminowej wizji, kradną, póki się da, reagują na wydarzenia w perspektywie krótkoterminowej, nierzadko nie wiedzą już co robić i robią byle co.

Jednak w toku trwającej cztery dekady neoliberalnej bonanzy zgromadzili władzę i przywileje, za sprawą których przyzwyczaili się do osiągania zawsze tego, co chcą – przez wpływ na powstawanie prawa, przez wpływ na ustawodawców, przez dogadywanie różnych rzeczy na imprezach z właściwymi ludźmi, przez zaprzyjaźnionych dziennikarzy, opiniotwórcze media, które przejęli na własność, sondaże opinii, itd. W rezultacie charakteryzuje ich toksyczne połączenie aroganckiej pewności, że wszystko mają pod całkowitą kontrolą z brakiem troski o to, żeby przynajmniej dobrze ukrywać swoje machinacje i nie wyglądać na zewnątrz na oszustów i złodziei na kolosalną skalę.

Pierwszy raz to się rypło, kiedy brytyjski premier David Cameron wyobrażał sobie, że wszystko ma pod kontrolą. Że rozpisze referendum, że z góry wie, jaki będzie wynik. Cała klasa polityczna, elity mediów, kultury i biznesu zjednoczyły się w jednogłośnym przekazie, że jest tylko jedna sensowna decyzja. No więc społeczeństwo wyczuło pierwszą od dawna możliwość zemsty na elitach, uderzenia w nie w sposób, który je zaboli.

Clinton wyczekiwała końca drugiej kadencji Obamy w przekonaniu, że teraz to już naprawdę jej kolej, i że prezydentura jej się należy jak psu buda. Otaczała ją rozbudowana, ale głęboko nawzajem z sobą powiazana klika niezwykle wpływowych osób, od dziesięcioleci umoszczonych w i wokół instytucji najwyższej władzy w Waszyngtonie. Klika ta dzieliła to przekonanie Clinton, bo każdy i każda z jej członków awansowałby dzięki temu w tej strukturze o jedno oczko. Z ujawnionych maili szarej eminencji Partii Demokratów, Johna Podesty, Thomas Frank wyczytał, jak to strukturalnie działa. Od samego początku, za fasadą wewnątrzpartyjnych prawyborów, szczyty władzy Partii Demokratycznej, Wall Street i military-industrial complex zakładały, że następna będzie Clinton. Że to się jej i im wszystkim należy. Miała to w rzeczywistości być bardziej monarchiczna sukcesja, intronizacja; wybory miały tylko „zatwierdzić” wybór plutokratów, uszlachetniając go pieczęcią „demokracji”.

Zupełnie nie obchodziło ich to, jak bardzo niepopularną polityczką jest Clinton, jak kompromitujący jest jej dorobek, ani ile nowych obciążających ją informacji – na temat Libii, Syrii, Hondurasu, Izraela, saudyjskich pieniędzy w Clinton Foundation – każdego tygodnia na jej temat wypływało.

Prawybory, tradycyjnie sposób, w jaki obydwie główne partie w USA wyłaniają swojego kandydata do wyborów prezydenckich, odbywały się od początku w warunkach spisku szczytów władzy w partii (Democratic National Committee), w którym to spisku chodziło o to, by zmarginalizować jakąkolwiek konkurencję dla Hillary Clinton, a przede wszystkim – jak się szybko okazało – bez porównania od niej popularniejszego senatora Berniego Sandersa. Przyjaciele Clinton w największych mediach, od CNN po „New York Times” i „The Washington Post”, dbali o to, żeby Sanders nie jawił się nigdy jako poważny kandydat, by cieszył się tylko ułamkiem miejsca bądź czasu antenowego, był krytykowany za byle co, podczas gdy żaden skandal nie groził Madame Clinton trudnymi pytaniami, nie mówiąc już o krytyce. Wszystkie chwyty przeciwko Sandersowi były dozwolone. Nie tylko minimalizowanie jego obecności w serwisach informacyjnych wielkich mediów, ale nawet rzucane na wszystkie strony insynuacje, że jego zwolennicy są mizoginami, którzy nie znoszą Clinton, bo jest kobietą. Warto odnotować, że Sanders mógłby grać w ten sam sposób, oskarżając Clinton lub jej zwolenników o antysemityzm (choć ateista, pochodzi z rodziny żydowskiej). Sanders nigdy się do tego poziomu jednak nie zniżył. Spisek ten doprowadził ostatecznie do wyeliminowania Sandersa i nominacji Clinton. Wyszedł na jaw dzięki WikiLeaks.

Ale to właściwie jest i tak mniej szokująca część tego skandalu. Ponieważ to kampania Clinton w międzyczasie wymyśliła z jej przyjaciółmi w największych stacjach telewizyjnych i tytułach prasowych, żeby pomóc wykreować na kandydatów do nominacji Partii Republikańskiej jej największych oszołomów – Donalda Trumpa, Teda Cruza, Bena Carsona (nie ma się co oszukiwać, konkurentów Trumpa do tej nominacji dzieliła od niego różnica stopnia, nie rodzaju). Grano na to, że są oni tak obłąkani w swoim reakcjonizmie, że gdy uda się któregoś z nich wykreować, kampanii przeciwko nim nie będzie się dało przegrać. Kampania Clinton szalała z radości, gdy na czoło zaczął się wysuwać Trump. Przecież tak komiksowy przeciwnik nigdy nie wygra z tak doświadczoną wyjadaczką, tak „racjonalną” polityczką jak Clinton, prawda? To był przedmiot drwin w Simpsonach już kilkanaście lat temu, no nie? To się przecież nie wydarzy w rzeczywistości? Wymarzony przeciwnik! To kampania Clinton w znacznym stopniu stworzyła Trumpa, bo wydawał się niewybieralny.

Gdy okazało się, że szanse Trumpa nie przestają rosnąć, cały establishment połączył się w jednogłośnym poparciu dla jedynej słusznej kandydatki, do tego stopnia, że nawet większość republikańskich członków Kongresu poparła Clinton. Nawet rodzina Bushów, republikańscy reakcjoniści par excellence. Chyba tylko trzy tytuły prasowe poparły Trumpa. Nawet radykalnie prawicowe, zawsze prorepublikańskie pisma poparły Clinton. Krytykowanie Clinton czy zadawanie jej trudnych pytań stało się niemal bluźnierstwem dla wszystkich dużych telewizji z wyjątkiem chyba tylko najbardziej prawicowego kanału Fox News. Clinton tymczasem uwikłana była w tyle skandali i zbrodni (śledztwo FBI w sprawie używania prywatnego serwera do służbowej komunikacji na wymagającym najwyższych standardów bezpieczeństwa stanowisku państwowym; rola odegrana w Libii i Syrii; obalenie prezydenta Zelayi w Hondurasie; darowizny od Saudów, o których reżimie od dawna wiedziała, że sponsoruje Państwo Islamskie, itd), że kreowanie jej na polityczną świętą zaczęło wyglądać jak kpina w żywe oczy.

Miliony Amerykanów zdały sobie w pewnym momencie sprawę, że tu nie chodzi już o demokrację, a o koronację – koronację oblubienicy elit, które chcą tylko przyklepania swojej decyzji. Podobnie jak Brytyjczyków w przypadku referendum o Brexicie, Amerykanów ostatecznie zalała krew, która im się podnosiła z różnych powodów już od dłuższego czasu. Postanowili powiedzieć Fuck you, enough is enough! Wszystko, byle nie kolejna żmija z tego samego gniazda. Lepsza agonia gwałtownych spazmów pod rządami nieprzewidywalnego szarlatana, niż kolejna dekada nieznośnego status quo pod rządami tej niezatapialnej familii. Zrozumieli, że skoro elity zjednoczyły się wokół Clinton niemal jednogłośnie, i gotowe są ukrzyżować każdego, kto kwestionuje niepokalane poczęcie Madame Clinton, tzn. że Trump jest tym pierwszym od dziesięcioleci kamieniem, który mogą cisnąć w to kłębowisko żmij i je naprawdę rozpędzić, pokrzyżować im plany, sprawić, że zwrócą uwagę na istnienie kogoś innego niż one same. Albo przynajmniej to uderzenie je naprawdę zaboli.

Wielu próbuje zdyskredytować interpretacje o antyestablishmentowym charakterze głosu na Trumpa tym, że on sam jest przedstawicielem tego establishmentu. Jest milionerem-dziedzicem, jest permanentnym telewizyjnym celebrytą. Ale to jest słaby argument. Prawie cały establishment, włącznie z jego własną partią, aż po rodzinę Bushów, zjednoczył się przeciwko niemu, prawie wszystkie media zjednoczyły się przeciwko niemu. Pochodzi z elity ekonomicznej, ale nie politycznej – nie ma za sobą historii pełnienia urzędów, nie przeszedł przez żadne rites de passage właściwe karierom polityków profesjonalnych. On sam zrobił wszystko, żeby przegrać te wybory! W warunkach amerykańskiego systemu wyborczego, który wymaga tak wielkich środków na kampanię wyborczą i stuprocentowy outsider nigdy nie przekroczyłby progów dostępu, to było as close as you can get. A ponieważ sam Trump wcale nigdy nie chciał być prezydentem, to nawet on został w ten sposób poniekąd, tym samym kamieniem, uderzony. Bo Trump nie znajdzie się tam w swoim żywiole. I prezydentura może się okazać jego „momentem Escobara”, tym punktem, w którym wielka burżuazja jego kraju przestanie go tolerować i zjednoczy się w nieustannych spiskach mających na celu jego usunięcie, na które oczywiście zasługuje.

Tak, poparł go Ku Klux Klan, głosował na niego najgorszy rasistowski element amerykańskiego społeczeństwa, ale oni stanowią tylko część jego zwycięstwa. Był najbardziej nielubianym kandydatem, jakiego kiedykolwiek wystawiła Partia Republikańska. Podobnie jak Clinton w przypadku Partii Demokratycznej. Tak jak Clinton bardziej niż jakichś swoich szczerych wielbicieli, dostała w większości głosy ludzi nienawidzących Trumpa bądź nim przerażonych, tak Trump dostał miliony głosów ludzi, którzy nie mogli zdzierżyć wizji niekończącej się dynastii Clintonów w Białym Domu. Trump nie porwał za sobą milionów. Wygrał siłą niechęci do Madame Clinton i wszystkiego, co ona sobą reprezentuje – traktatu NAFTA, Wall Street, wieczorków z Goldman Sachs, list mailingowych wierchuszki Citigroup, pieszczot ze strony przemysłu zbrojeniowego. Trump zdobył mniej głosów niż kandydat Republikanów w poprzednich wyborach, Mitt Romney (który wtedy przegrał, z Obamą). Wygrał bowiem nie tylko głosami głosujących, ale też odmową oddania głosu przez kilka milionów ludzi, którzy wcześniej głosowali na kandydatów Demokratów. Clinton straciła bowiem kilka milionów głosów w stosunku do Obamy cztery lata temu. Frekwencja była najniższa od lat. Odmowa głosowania to też jest głos odrzucający oboje kandydatów. Nigdy wcześniej nie oddano tak wielu głosów przed czasem, pocztą – dziennikarka Barbara Ehrenreich zauważyła, że świadczy to o tym, jak bardzo Amerykanom chciało się rzygać od tego wszystkiego, jak bardzo chcieli mieć już za sobą całą tę haniebną kampanię i wybór między dżumą a cholerą.

Tak, rasizm i mizoginia ekspolodowały, ale nie wyjaśniają, dlaczego miliony ludzi wolały oddać pole rasistom i upić się albo oglądać telewizję, niż głosować na Madame Clinton. Przez wiele lat będziemy słyszeć, że fantastyczna liberalna feministka Madame Clinton przegrała, bo Amerykanie nienawidzą kobiet, ale może ludzie nienawidzą też skorumpowanych zbrodniarzy wojennych opłacanych przez przemysł zbrojeniowy?

Większość białych kobiet, które głosowały, głosowała na Trumpa. Niektóre z nich są rasistkami, nierzadko nieświadomie, niektóre zinternalizowały mizoginię patriarchalnego społeczeństwa i traktują ją jak pogodę, ale aż tyle? Wśród kobiet bez wyższego wykształcenia, z czego mniemać można, że reprezentują klasę robotniczą, miażdżąca większość głosowała na Trumpa. A może część z nich ma nastoletnich synów, a ponieważ rodzina nie ma pieniędzy, a w mieście upadł wszelki przemysł, jedyną ekonomiczną perspektywą dla tych synów jest zaciąg do wojska? I takie kobiety miały do wyboru Hillary Clinton, która na pewno wyśle ich na wojnę, i Donalda Trumpa, który mówi mówi trzy po trzy, i nie wiadomo, co zrobi, czyli przynajmniej jest jakaś szansa, że nie wyśle ich na wojnę. I takie kobiety budziły się w środku nocy zlane potem, bo śniły im się ciała ich synów przysłane w trumnach z któregoś z frontów otworzonych przez burżuazyjną feministkę Madame Clinton. Gdybym był taką kobietą, to bym zagłosował na Trumpa. On przynajmniej, jak dotąd, nikogo nie zabił.

Clinton straciła głosy latynoskie, które wcześniej padały na Obamę. Prawie jedna trzecia Latynosów, którzy poszli do głosowania, zagłosowała na Trumpa. Pomimo iż byli przedmiotem jego rasistowskiego szczucia, pomimo iż zapowiedział mur na granicy z Meksykiem i masowe deportacje „nielegalnych”! To jest jedna z najbardziej szokujących miar skandalu, jaką było wystawienie przez plutokratów jako ich faworyty Madame Clinton. Miliony amerykańskich Latynosów wolały same cierpieć dyskryminację i prześladowania w Stanach Zjednoczonych pod rządami Donalda Trumpa, niż skazać kraje swojego pochodzenia na reinscenizacje Hondurasu. Hillary Clinton, jako sekretarz stanu w administracji Obamy, pomogła tam obalić prezydenta Zelayę (bo chciał podnieść płacę minimalną) i zamieniła ten kraj w piekło na Ziemi.

Nastąpiła po tych wyborach erupcja bezwstydnego rasizmu. Ale kto wie, czy historycy, pisząc o paradoksach roku 2016, roku, po którym nic już nie było takie jak przedtem, nie będą mówić i o tym, że był to moment, w którym miliony amerykańskich rasistów dziwnym zbiegiem okoliczności pomogły uchronić świat przed III wojną światową, a przynajmniej przed jej wybuchem już w 2017 roku, na osi NATO-Rosja?

Król jest nagi

Oczywiście, naiwną jest wiara w to, że po takim szoku następne może być już tylko zwycięstwo prawdziwej, socjalistycznej lewicy, niemal automatycznie. Niektórzy żywili takie przekonanie w Niemczech, gdy Hitler doszedł do władzy w 1933. Zwycięstwo populistycznej prawicy może otworzyć okres jej dłuższego panowania i przekształcania aparatu państwa w stronę coraz mocniejszego autorytaryzmu lub faszyzmu.

Jak na protofaszystę, Trump będzie jednak słabym prezydentem. Nie ma prawdziwego programu, tylko zestaw haseł. Jest nieprzygotowany do sprawowania jakiegokolwiek urzędu, a otoczy go wkrótce mgławica ludzi o wiele bardziej doświadczonych i utalentowanych politycznie od niego. Będzie mnóstwo przeciągania liny, kuluarowych konfliktów, spisków, wszystko to będzie poważnie spowalniało realne działania tej administracji. Trump niby ma republikańską większość w Kongresie, ale ta większość to głównie jego wrogowie: ludzie, których obraził, albo którzy obrazili jego. Osobiste urazy to poważna przeszkoda dla jakiejkolwiek współpracy w przypadku człowieka, któremu wszystko sprowadza się do jego własnego ego. Jako człowiek, którego personę wykreowała telewizja, Trump wyobraża sobie świat jako konstelację ekranów, po których przesuwają się złożone z migoczących pikseli wizerunki-awatary, a w nowym sezonie można wstać z martwych w zupełnie nowym show. Zderzy się z realiami twardej władzy. Jestem pewien, że pierwsze dyskretne spotkania tych, którzy już zaczynają szukać na niego haków i sposobu na impeachment, odbędą się jeszcze przed styczniową inauguracją jego prezydentury.

Nie jestem wielbicielem amerykańskiego społeczeństwa, ale u większości Amerykanów, których w życiu poznałem, zwracał moją uwagę wpisany głęboko w ich habitus impuls antyautorytarny. To nie zawsze jest najmądrzejsza ich właściwość, bo to przez nią zawsze tak łatwo łykają propagandowe opowieści o dyktatorach, z którymi ich rząd wybiera się na wojnę albo chce dokonać „wymiany reżimu” innymi metodami. Ale wreszcie będą mogli zrobić z tego impulsu dobry użytek. Przewiduję lata niezwykle intensywnej mobilizacji różnych formacji lewicujących, a w przypadku Afroamerykanów to pewnie na skalę nieznaną od czasu Czarnych Panter. Wielu Amerykanów dopiero teraz zrozumie prawdziwą naturę amerykańskiego państwa, amerykańskiego imperium i amerykańskiego kapitalizmu. Wielu prostodusznych liberałów będzie zmuszonych wyjść z cieplutkiej bańki swojego wiecznego centrum i opowiedzieć się za pewnymi sprawami konkretnie.

Donald Trump w Białym Domu oznacza, że król jest nagi.

Że nie da się już dłużej ukrywać, do jakiego stopnia amerykańskie państwo i amerykański kapitalizm ufundowane są na rasizmie i rasitowskiej przemocy. Że Imperium Dolara jest państwem zbójeckim utrzymującym się z plądrowania reszty świata. Najpiękniejsze uśmiechy najpiękniejszego prezydenta Obamy nie będą nas już w stanie wieść na pokuszenie. Wszystko leży przed nami, wyłożone jak kawa na ławę.

Trump powiedział, że deportuje od dwóch do trzech milionów nielegalnych imigrantów. To dokładnie tyle, ile deportował Obama. Trump jest jawnym, bezwstydnym rasistą. Obama jest czarny; a jednak tempo inkarceracji młodych czarnych mężczyzn nie spadło w USA pod jego rządami ani o promil, bezkarna przemoc policji strzelającej do czarnoskórych Amerykanów za noszenie kaptura czy drobne wykroczenia drogowe eksplodowała, bez żadnego przeciwdziałania ze strony Białego Domu, do tego afroamerykańskie społeczności nawet jeszcze bardziej zubożały. Trump powiedział, że będzie rejestrował żyjących w USA muzułmanów, ale amerykańki rząd od dawna ich już śledzi na wiele różnych sposobów, zadłużając się zresztą w zakresie ekspertyzy u rządu zaprzyjaźnionego Państwa Izrael, i tylko dzięki temu, że Obama jest sam przez rasistowską prawicę oskarżany o bycie agentem „islamizmu”, nikt na to nie zwracał uwagi. Trump powiedział, że nie wierzy w globalne ocieplenie (chociaż już zaczął zmieniać zdanie). Clinton powiedziała, że wierzy, ale protestujących w rezerwacie Standing Rock olała z góry na dół, i gdyby została prezydentką, to czekałaby cierpliwie, aż policja rozpędzi ich lub wystrzela, i „hard working people” z przemysłu wydobywczego będą w końcu mogli zacząć kopać i wiercić bez przeszkód. Jeśli Trump będzie miał do dyspozycji autorytarne środki sprawowania władzy, to tylko dlatego, że odziedziczy je po administracji Obamy, w tym rozwiązania wprowadzone przez niego autorytarną metodą prezydenckich dekretów (executive orders). Bo choć Obama swoją pierwszą kampanię wygrał m. in. na hasłach obiecujących odwrócenie polityki autorytarnej koncentracji instrumentów arbitralnej władzy w rękach prezydenta, praktykowanej przez George’a W. Busha, to nie tylko nic z tych obietnic nie spełnił, ale posuwał się coraz dalej w tym samym kierunku. Teraz, kiedy wiemy już, że następnym prezydentem zostanie Donald Trump, Obama explicite odmówił cofnięcia executive orders, na podstawie których eskalował proceder wojny przy użyciu dronów. I tak dalej.

Z prezydentem Donaldem Trumpem trudniej będzie się reszcie świata oszukiwać, że Stany Zjednoczone są „liderem wolnego świata”, oparciem porządku światowego, gwarantem jego bezpieczeństwa i ostoją jego stabilności. Nigdy nie były, ale elity, przyssani do wiecznego środka mainstreamowi intelektualiści, czasem całe społeczeństwa, lubiły sobie wmawiać takie pierdoły. Z prezydentem Trumpem w Białym Domu skończyły się wymówki, skończyły się usprawiedliwienia. Król jest nagi. Kraje globalnego Południa być może zdążą teraz zdać sobie sprawę z powagi sytuacji i zmobilizują się w dziele intensyfikacji sojuszy ekonomicznych i militarnych obliczonych na obejście Stanów Zjednoczonych lub wręcz otwarcie przeciwstawionych patologicznej potędze Waszyngtonu, nastawionych na wspólną obronę przed tą patologiczną potęgą. Skupią się w sojuszach z Chinami, Brazylią, Rosją. Europa może w końcu obudzi się ze swojego przyssania do kaprysów i interesów Waszyngtonu i zada sobie poważne pytania o swoje międzynarodowe lojalności i o swoją doktrynę bezpieczeństwa, póki co bezwstydnie zaciągniętą na służbę łupieżczych wojen Waszyngtonu, ukrywanych pod rzekomo obronnym charakterem Paktu Północnoatlantyckiego. Od wielu lat Brazylia, Indie, Japonia i Niemcy dążyły do reformy Rady Bezpieczeństwa ONZ. Te cztery kraje, najlepiej pospołu z Republiką Południowej Afryki, powinny niezwłocznie zostać stałymi członkami Rady i cały świat powinien się zjednoczyć w przyznaniu im tam miejsca, by zmniejszyć zagrożenie, jakie dla ludzkości stanowi quasi-terrorystyczna kontrola USA nad tym ciałem, i nad ONZ w ogóle. Prezydent Ekwadoru Rafael Correa zasugerował niedawno, że zwycęstwo Trumpa może na zasadzie reakcji wzbudzić nową falę lewicowych mobilizacji w Ameryce Łacińskiej i odwrócić powrót neoliberalnej prawicy do władzy w wielu krajach regionu (administracje Temera w Brazylii i Macriego w Argentynie grały jednoznacznie na zwycięstwo Clinton). I tak dalej.

Z podważającym naukowe ustalenia dotyczące nieodwracalnych, antropogenicznych zmian klimatu Donaldem Trumpem w Białym Domu musimy się wreszcie obudzić i zdać sobie sprawę, jak niewiele mamy czasu, i jak wielką częścią problemu są Stany Zjednoczone. To najbardziej marnotrawcza gospodarka w dziejach świata, zużywająca większość energii, surowców i innych zasobów planety, emitująca większość zanieczyszczeń, pomimo iż USA stanowią tylko 4,4 % ludzkości. Kolejna dekada neoliberalnego status quo w Waszyngtonie, którą miała rozpocząć prezydentura Madame Clinton, stanowiłaby w najlepszym razie spokojny spacer ku krawędzi osuwającego się urwiska. Madame Clinton oficjalnie uśmiechałaby się przed kamerami CNN z egzemplarzem porozumień z Paryża, a za zamkniętymi drzwiami, u swoich przyjaciół z Goldman Sachs i Citi, nadal o ekologicznych działaczach mówiłaby, że „they should get a life”. Madame Clinton pozwoliłaby swoim przyjaciołom i sponsorom z przemysłu wydobywczego i energetycznego kopać, wiercić i spalać na potęgę, jednocześnie wykonując drobne kroczki we właściwym kierunku, jakbyśmy mieli jeszcze sto lat na rozwiązanie problemu, który grozi nam naszym własnym wyginięciem jako gatunku. Nie mamy stu lat na rozwiązanie problemu. Mamy raczej sto dni. 2016 będzie wkrótce ogłoszony najgorętszym rokiem, odkąd prowadzone są pomiary, kilka miesięcy z rzędu przebijało rekordy poprzednich miesięcy jako najgorętsze miesiące, odkąd prowadzone są pomiary. Za pięć lat sześćdziesięciu procent gatunków dzikich zwierząt dziś jeszcze żyjących może już z nami nie być. Być może wśród tych, których już nie będzie, będą kluczowe dla reprodukcji flory, a więc i naszego przetrwania, pszczoły. Z prezydentem Trumpem w Białym Domu może się w końcu obudzimy i zdamy sobie sprawę z powagi sytuacji.

Eklektyczna mieszanina przypadkowych rozwiązań ekonomicznych, które prawdopodobnie zastosuje administracja Trumpa (na ile da się cokolwiek w tej sprawie przewidzieć), złożona zapewne z cięć podatków dla najbogatszych przyjaciół Trumpa i jego własnej rodziny, przypadkowych gestów inwestycji i wydatków publicznych obliczonych na utrzymanie poparcia elektoratu, oraz gestów protekcjonistycznych i prawdopodobnych wojen celnych z Chinami, doprowadzi do kolejnej fali recesji w Stanach Zjednoczonych. Z uwagi na gospodarcze znaczenie Stanów Zjednoczonych, recesja ta uderzy w resztę świata. Ale to wcale nie znaczy, że gdyby nie Trump, udałoby się takiego uderzenia uniknąć. Kapitalizm jest w strukturanym kryzysie akumulacji, osuwa się po opadającej krawędzi fali Kondratiewa, elity finansowe i polityczne od 2008 tylko „kupowały czas”, a więc kolejne tąpnięcia całego systemu są tak czy owak nieuniknione. Nie jest kwestią, czy one nastąpią, tylko co konkretnie będzie tąpnięć tych akceleratorem. Gdyby Trump nie wygrał wyborów, to niewiele później wywołałoby je coś innego, np. włoski system bankowy, który od dawna trzyma się już tylko na słowo honoru, albo Brexit. Dzięki katastrofie, jaką jest Trump, Stany Zjednoczone mogą być pierwszą i największą ofiarą najbliższego tąpnięcia, to z kolei może zmniejszyć ich przewagę nad resztą świata, i zanim arcyksiążęta ich przemysłu wojny odzyskają kontrolę nad swoimi sprawami, utraconą wskutek przegranej obstawianej przez nich Madame Clinton, USA będą znacznie słabszym państwem, niż nim są przed takim załamaniem. Kto wie, czy pod koniec tego cyklu, ze względu na koszty, nie będą zmuszone zwinąć części swoich baz wojskowych i sprzedać innym państwom ich wyposażenia. Świat, w którym np. Chiny (same lub z konstelacją sojuszników zdobytych wskutek mobilizacji elekcją Trumpa) dorównują potęgą Stanom Zjednoczonym, posiadając zdolność stawania wpoprzek ekspansywnym aspiracjom Waszyngtonu, natychmiast stałby się światem bezpieczniejszym dla całej ludzkości.

Stany Zjednoczone nie są źródłem ani częścią rozwiązania. Stany Zjedoczone są problemem. Stany Zjednoczone nie są światowym policjantem. Stany Zjednoczone są światowym zbójcą. Stany Zjednoczone nie są gwarantem bezpieczeństwa. Stany Zjednoczone są największym zagrożeniem. Stany Zjednoczone nie są podstawą światowego ładu, są źródłem niestabilności, powodem chaosu. Stany Zjednoczone nie są żywicielem światowej gospodarki, są pasożytem żerującym na reszcie świata, drapieżnikiem dziesiątkującym resztę świata. Z Donaldem Trumpem w Białym Domu wszystko to staje się jasne i proste.

Obiektwny kolektywny heroizm subiektywnych rasistów

To wszystko wciąż oznacza ogromne koszty ludzkie w samych Stanach Zjednoczonych: koszty kryzysu ekonomicznego, koszty prześladowań Afroamerykanów, muzułmanów, Latynosów, gejów, kobiet, które są w najbliższych latach niemal pewne. To wszystko wciąż oznacza ogromne ryzyko – że mimo ludowych mobilizacji politycznych Stany Zjednoczone szybko osuną się w stronę państwa jawnie już faszystowskiego, które zdusi wszystkie formy oporu i powysyła lewicowych działaczy, pospół z muzułmanami i Czarnymi, do obozów koncentracyjnych. Oczywiście, gra na to, że „im gorzej, tym lepiej”, jest ogromnie ryzykowna, i w większości kontekstów okazała się niesłuszna politycznie. W tym wypadku niesie ogromne ryzyko dla samych Amerykanów. Ale ci, którzy jak Mehdi Hasan (z całym szacunkiem dla tego znakomitego dziennikarza), oskarżają Slavoja Žižka, że on sobie może tak mówić, bo to nie on (biały, zamożny mężczyzna), zapłaci cenę, ignorują to, że zwycięstwo Hillary Clinton też miałoby swą cenę, znacznie wyższą. Za prezydenturę Trumpa zapłacą Latynosi w USA, którzy cierpieć będą wzmożoną dyskryminację i różne formy przemocy przez kilka lat. Za prezydenturę Clinton zapłaciliby wszyscy inni Latynosi, gdyż Clinton obstawiłaby całą Amerykę Łacińską prawicowymi juntami, na wzór tego, co już zrobiła w Hondurasie. Za prezydenturę Trumpa cenę zapłacą muzułmanie, którzy żyją w USA. Za prezydenturę Clinton zapłaciliby muzułmanie wszędzie indziej, gdyż na pewno nie powstrzymałaby się ona przed obróceniem w perzynę kolejnych muzułmańskich krajów, na wzór tego, co już zrobiła w Libii i Syrii. I tak dalej. Więc równie dobrze Žižek mógłby odpowiedzieć Hasanowi, że to on może sobie tak mówić, bo jest zamożnym dziennikarzem żyjącym bezpiecznie w Wielkiej Brytanii, a nie w kraju, który zapłaciłby cenę za prezydenturę Clinton.

Stany Zjednoczone nie są problemem samych tylko Amerykanów. Stany Zjednoczone są problemem całej ludzkości, są garbem, nowotworem, superpasożytem ciążącym na nas wszystkich. Upadek Stanów Zjednoczonych sam w sobie nie gwarantuje jeszcze wyzwolenia ludzkości, niemniej jednak jest tego wyzwolenia warunkiem sine qua non; nie dożyjemy jako gatunek XXIII wieku, jeśli nie zdławimy ekscesu władzy, jaki Stany Zjednoczone mają nad Ziemią. Donald Trump oznacza bezprecedensową szansę na początek końca Imperium Dolara, także dlatego, że wepchnie je w ekonomiczne tarapaty rokujące nadzieję na koniec amerykańskiej hegemonii.

Dlatego posunę się do tego: Amerykanie zostali przez swoich plutokratów i swoją klasę polityczną postawieni przed wyborem między dwiema katastrofami. Katastrofą, która uderzy przede wszystkich w nich (Trump) a katastrofą, która ich tymczasowo ocali, ale uderzając w resztę ludzkości (Clinton). I kiedy wszyscy myśleli, że uratują własne skóry po grzebiecie reszty ludzkości, oni postanowili zrobić coś zupełnie niespodziewanego. Woleli zaszkodzić sobie. Aż się prosi, by przywołać, odwracając jednocześnie zwyczajowe dla niej wektory wartościowania, pewną stalinowską konstrukcję retoryczną. Subiektywnie wielu głosujących na Trumpa kierowało się najniższymi pobudkami – rasizmem, seksizmem, homofobią. Ale obiektywnie złożyli się na bezprecedensowy, paradoksalny akt kolektywnego heroizmu. Obiektywnie odsunęli w czasie katastrofę, która miała uderzyć w resztę świata, przejmując uderzenie na siebie. Nie dlatego, że Donald Trump jest pacyfistą, że jest w jakikolwiek sposób lepszy od Hillary Clinton (oczywiście, że nie jest), ale dlatego, że jego zwycięstwo kompletnie skołowało plutokratów Waszyngtonu i Nowego Jorku, pomieszało szyki amerykańskiemu przemysłowi wojny – pomieszało plany nawet samemu Donaldowi Trumpowi (bo nigdy nie chciał wygrać). Nie, nie ma się co łudzić, że katastrofa została zażegnana. Partia Wojny będzie próbowała odzyskać kontrolę nad sytuacją, nawet jeśli Trump szczerze chce z Rosją ubić jakiś interes niż pójść na wojnę. Do tego każdy reżim faszyzujący, nawet taki, który większość swojej enegrii woli koncentrować na nadzorze populacji wewnątrz swoich granic, ostatecznie eksploduje (militarną) przemocą na zewnątrz, do której się ucieka, żeby rozładować nieuniknione w ramach projektu faszyzującego napięcia wewnętrzne i ideologiczny trud ich wypierania. Jednak Amerykanie, utrącając hybris Hillary Clinton i jej koterii, wbrew wszelkim oczekiwaniom, dali światu bezcenny prezent w postaci czasu na przygotowanie, na przegrupowanie szeregów, na mobilizację, na przedefiniowanie sojuszy, na zdanie sobie sprawy z zagrożenia, jakie dla ludzkości stanowi Imperium Amerykańskie. Reszta świata musi teraz przejąć piłkę, by ten paradoksalny, raczej niezamierzony, na pewno nieprzemyślany, kolektywny heroizm Amerykanów nie poszedł na marne. Naszym moralnym obowiązkiem jest nie pozwolić na zmarnowanie tej być może ostatniej szansy na nasze wspólne – kolektywne, gatunkowe – ocalenie.

Donald Trump w Białym Domu oznacza, że nie możemy się już dłużej oszukiwać. Jego prezydentura w hegemonicznym państwie kapitalistycznego systemu-świata oznacza, że wszystkie sprzeczności systemu stoją przed nami w całej swoje okazałości – w całym swoim skandalu. Nic nas już nie usprawiedliwia, że tego nie widzimy, ani najbardziej uwodzicielskie uśmiechy przepięknego Baracka Obamy, ani ściema burżuazyjnego feminizmu Madamy Clinton. Burżuazyjna liberalna demokracja umiera tak brzydką śmiercią, bo system ekonomiczny, którego była fasadą, od dawna jest zombie i pragnie byśmy umarli w jego lodowatym uścisku.

Wszystko jest dziś klarowne jak na kartach pism Róży Luksemburg.

Socjalizm albo barbarzyństwo.

Utopia (lewicowa utopia) albo śmierć.

Kapitalizm albo życie na Ziemi, w tym nasze życie (życie ludzi).

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Communists Go to Heaven

On Pan’s Labyrinth (El laberinto del fauno) by Guillermo del Toro (2006)

This essay is a translation of a chapter from my book on Latin American Cinema, Smutki tropików (Tropical Sorrows), originally published in the Polish language (by Książka i Prasa publishing house, Warsaw 2016).

Ofelia is dying. A twelve year old girl of a Shakespearean name draws her last breaths, her head lying inertly on a cold stone paving of the labyrinthine garden, near her fascist stepfather’s house. Her heart is beating its very last. She hears a lullaby, we listen to it with her. We later discover it is sung by Mercedes – a housekeeper working for Vidal, the fascist lieutenant. The images on the screen start moving backwards – the girl’s blood stops trickling and returns instead to her nose. That’s how one of the most beautiful films of the 21st Century’s first decade begins.

Guillermo del Toro (born in Guadalajara in 1964) was already internationally renowned when he directed Pan’s Labyrinth (El Laberintho del Fauno) in 2006. Cronos (1993) and The Devil’s Backbone (El espinazo del diablo, 2001) had already gained him some sort of a following among fans of unconventional horror cinema around the world, and Hellboy (2004) made him yet another Mexican poster child of Hollywood. Yet it was definitely Pan’s Labyrinth that amounted to a true coup de force, catapulted del Toro to the level of one of the most brilliant filmmakers of our time. The film is, in a way, a culmination of his past directorial achievements – aesthetically, his most attractive creation that recaps many a plot and motif from his earlier work, it is both their artistic culmination and their most complete intellectual articulation.

A distance towards distance

In terms of genre it is a hybrid that picks up del Toro’s earlier interests of the sort. A concept of a fairy tale with elements of horror taking place at the time of the Spanish Civil War, with, in the epicentre of the story, a child having to face supernatural forces and the catastrophe of fascism in the social sphere it lives in, grows on motifs known from The Devil’s Backbone. There, however the main character was a boy and the narrative was set during the Spanish Civil War, while in Pan’s Labyrinth Franco had already won and his forces just clean up the place from last soldiers of the lost cause. A fairy tale combined with horror, with a black-haired, black-eyed girl in the midst of it, was already in del Toro’s use in Cronos. Fascism as an absolute evil in a fantasy world set-up is a concept known to us from Hellboy.

At the same time Pan’s Labyrinth is not just a result of a more and more successful juggling of the artist’s favourite motifs. Even if it’s hybrid form is pretty postmodern, it is a dialectic and bravely polemic form of postmodernism, that takes an agonistic position against postmodernism itself. Nobody is ironically blinking his or her eye here when the Truth and the Cause are in play. Nobody is mixing conventions and styles in order to show ‘the fall of grand narratives’ and send them all (those grand narratives) to the trash can of history. On the contrary. Here a girl named straight from Shakespeare’s world (played by Ivana Baquero) will be navigating between reality, myth and magic. But also between the forces of the Enlightenment, progress and human emancipation (the last guerrilla fighters of the defeated Republic) on one hand and Franco’s reactionary forces on the other. All this to end up in Heaven no less, as a reward for protecting her innocent baby brother and his soul from fascists (by passing him on to communists and anarchists). If this is postmodernism, then it is the sort of it that sent his own Liberal Ironist to the trash can. If there is something that the movie is strongly distancing itself from, it is the postmodernist distance itself. In the end, this mélange of horror and fairy tale culminates in a communist mystery play and creed – a communist auto sacramental of a kind.

Scott Lash argues that what differentiates postmodernism from modernism (or modernity/hard modernity, as other theorists would put it) is the moment when various types of texts took over reality and cultural facts dominated material ones[1]. Jean Baudrillard described it as covering of reality by signs, an overproduction of signs, an excess of communication and reality being taken over by signs which often simulate that very reality[2]. Postmodernism juggles randomly chosen elements that are ripped from their varied original contexts and are afterwards used in completely new configurations. It is also founded on the accumulation of cultural texts on one hand and on the other a presumption that on the part of the viewer or the consumer of postmodern cultural production there is a basic level of competence and familiarity with them, a level of accumulated cultural capital (especially in the field of the audiovisual), due to proliferation, omnipresence and the oversupply of texts, symbols, images.

Putting elements of horror into a fairy tale is not just a hybridisation for its own sake, but a consequence of del Toro’s conviction of a continuity between these two genres – a conviction that a horror is an extension of a tale. Pan’s Labyrinth is put in the orbit of a fairy tale[3] not only by fantasy themes and characters included in the film (such as fairies, monsters, chalk-drawn doors, supposedly magical and royal origins of Ofelia), but also by the way the very story is being told (smooth, “flowing” camera work, a lullaby in the soundtrack, etc.). The core structure of the narrative could easily be pinned down along the classical “morphology of the tale” categories proposed long ago by Vladimir Propp[4]. The occurrence that the protagonist is a young girl is also a very fairy-tale-like solution. Fairy tales, as a form deemed less ‘serious’ in political or cosmological terms than epic poetry or myths, often smuggled along much more female agency confined in the modest form of a girl, less suspicious for the status quo of gender relations (Pierre Péju[5]).

A marriage of the fairy tale with the concrete historical situation of Spain in the aftermath of the defeat of the Republic, their mutual intertwining and the navigation of little Ofelia between these two worlds and their ontological orders, are almost spontaneously justified in the film in an intratextual way. Regularly reading tales, the girl creates in her imagination an alternative reality in which she tries to work out her multiple traumas. The recent death of her father; being  pulled out from her previous social environment and – due to decisions made by adults with authority over her life – transferred to a dismal and remote military post of lieutenant Vidal (Sergi López). The latter is the new husband of her widowed mother Carmen (Ariadna Gil), a woman immersed in sorrow. The girl tries to deal mentally with the level of violence in the world around her that she’s been probably seeing ever since she can recall (it’s 1944, 8 years after the start of the civil war, and Ofelia is most likely 12 years old). Almost the entirety of the film (excluding its ending and the very beginning, when the girl lies on the ground in her own blood) is a flashback – del Toro drags us into the story at the moment of Ofelia lying on the cold stone and dying. We may be witnesses of an attempt of making sense of her life and death by herself – a desperate need to which her stilling consciousness clings to. Making sense of one’s life always takes the shape of a narrative. To make sense of one’s life is to shape it as a story and to place this story within a narrative of a grander scope and dimension, with points of reference to professed values and recognised symbols. It is a universal quality of human nature. Human consciousness is a narrative of an individual about him/herself, and about the world he or she knows, as well as his or her place within it.

The use of the fairy tale formula, combined with a girl protagonist reacting with excesses of her imagination to the triumph of fascism in Spain – del Toro is not the first to have had the idea of using such a narrative vehicle. He openly recalls The Spirit of the Beehive (El espíritu de la colmena) by Victor Erice, a brilliant Spanish film from 1973, as one of the main sources of his inspirations[6]. The girl in Erice’s work was played by Ana Torrent, later known mainly due to her appearance in Saura’s Cría Cuervos (1976). She was there accompanied by a sister figure – Isabel.

Genre hybridisation notwithstanding, del Toro engages in one more important plan that is in a large part postmodern (or, to be precise, proper to postmodern culture) – a tendency to turn violence into aesthetics, and to increasingly visualise it in cultural representations, especially of the audiovisual sort. One of the biggest challenges in interpreting Pan’s Labyrinth is reconciling its fairy tale character with its hyper-realistic representation of violence. Whether we in any way may suggest that Pan’s Labyrinth may be suited for children or not, let us just assume that fairy tale, as one of the film’s materials, was/is. We of course can argue that fairy tales are basically and in their majority very brutal and the tendency of ‘cleansing’ the literature suited for children is a very modern way of their modification. The removal of violence from them is no older than the 19th Century, and paralyses some of the pedagogical objectives of fairy tales, as Bettelheim[7] once argued. We may as well argue from the other hand – that the images on the movie screen are potentially incomparably more crushing (or fascinating in an unhealthy way), in terms of their expressive force and emotional influence upon the viewer, than a brief description of the events painted in an oral literary piece. Would we be then just putting an extra hint of ideology in something that just succumbed to “the pressure of visibility”[8] dominating postmodern audiovisual culture?…

But that is not the point here. Jean-François Lyotard once said that postmodern cinema, if it doesn’t want to end in banality, must go over (or beyond) the technological ease with which it can now achieve an impression of reality. The idea in Pan’s Labyrinth is that some key ‘determinants’ or paradigmatic elements of postmodern culture are used here o seduce a contemporary (postmodern) viewer. Such elements as genre hybridisation or juggling conventions along with the ‘visibility’ and aesthetics of violence (in multiplying its images as attraction. They are used here to seduce the viewer and offer him a stance that is in a sharp contrast with the postmodern common sense on different levels. A stance across the postmodern routes to nowhere, turning down those adventures of the postmodern that find their sorry end in its most hopeless impasses.

The perversions of the postmodern stance towards violence are just one of those impasses. The problem with postmodern representations of violence goes two ways. The first one multiplies its visual representations, hoarding them as attractions and turning them into an aesthetic phenomenon that distracts these representations from the urgency of the real problem of real violence, in a sense trivialising it. The other one moralises about it, treating each act of violence as the same evil no matter what exact social conditions lie behind those acts; no matter what are the social ramifications of the perpetrator and the victim of a specific act of violence. Such a moralising reading ignores to what extent this socially naïve, short-sighted ethics is a luxury and an elitist stance. A stance which ranks as one and the same acts of violence perpetuated by oppressors on those whom they control and wish to continue controlling, and an emancipatory act of violence against oppression, or an act of despair by a subject frustrated by their permanent exclusion. It doesn’t see a fundamental difference between violence of the tsar against his people and violence of the people against the tsar. Between violence of an occupying army against civilians and a desperate act of a suicide bomber against the occupying forces. Spectacular aestheticisation and a naïve, apolitical ethicisation of violence are somewhat complementary processes – simultaneous phenomena mutually enforcing each other, leading us deeper into the abyss of misunderstanding social reality we live in, which we’d be better off confronting instead.

Del Toro makes an apparent concession to the pressure for explicit visibility of violence – but he does so just to eventually cut off and bounce away from the double impasse of aesthetics and ethics. Alicja Helman, discussing cinematic depictions of violence, pointed out[9] the difference between multiplying and accumulating attractions and what she calls a rule of fortissimo: a single, distinctive act that aims to achieve the viewer’s shock or catharsis. Del Toro is shockingly, painfully clear in a few moments, in which we can see violent acts on the screen, but there is no way not to admit that the frequency of these acts is rather restrained[10] for a film that is, after all, about a war. It seems, paradoxically, to defy in a deceitful way the imperative of multiplying attractions. What is more important though is that Pan’s Labyrinth distances itself from the simplifications of the ‘ethical’ discourse on political violence. In the Mexican director’s “Spanish” film, it is pretty useless to search for any kind of parity between the violence of fascists led by lieutenant Vidal and the violence of the guerrillas or, say, Mercedes (played by Maribel Verdú, renown for her role in Y tu mamà también).

All of these dialectical ‘yes, but…’, ‘so be it, yet…’ paths pursued by del Toro (relating to the titular labyrinth in which small Ofelia tries to find a way of hers) in the end lead us to probably the most fundamental stakes around the girl. That is, to cut off and transcend postmodern narratives on the end of grand narratives, on that all truths are relative, and on a symmetry of ‘the two totalitarianisms’ of the 20th Century – the brown one and the red one. Del Toro positions himself in a spectacularly brave, nonchalant opposition to the narrative sarcastically summed up by François Cusset, the author of the book La décennie : le grand cauchemare des années 80:

The Gulag can be an invention of Hegel, Nietzsche and Marx. The political horror may be assumed to be the fault of philosophers from the previous century. Critical thought seems totalising because it creates systems, projects of creating a new man and – in the end – finishes with a Gulag.[11]

In the space of the last (let’s say) three decades we have seen a triumph of the ‘moralising’ tendency in the way we see political-historical processes of the 20th Century, eliminating critical political analysis and colonisation of collective memory and historical imagination of the modern man (and definitely the man of the West and its close vicinity). Reality and political processes have been trivialised by being seen through the lens of moral judgements that ignore the specifics and real historical contexts of political processes[12]. The most extreme form of such a tendency is to reduce historical and political valuations to counting the victims of various ‘regimes’. Equating fascism with communism (in a more radical fashion going as far as to the idea that communism was/is worse than fascism) is just one of the effects of such a tendency. For such an idea to succeed it is necessary to blur the objectives, sources and nature of fascism itself – to talk down and clamour down any serious analysis of it with a quasi-religion of fascism as a negative sacrum. To blur the borders between a system that was ready for everything to make the world a better place and a system that was also ready for anything, but to keep everything as it was (everything that was important: ownership, domination and power relations). Our understanding of the 20th Century fascism descended into fantasies about an irrational Absolute Evil, coming from a realm of darkness impossible to comprehend, an evil that is selfless and autotelic. Of course, such an irrational interpretation, balancing on the edge of magical thinking, even though it is the dominant one, will not help us in understanding what actually happened in Europe in the 1930s and 1940s, nor will it help in preventing a repetition of history, that doesn’t necessarily have to come as a farce.

The cinematic and televised representations – especially of the Third Reich – have not been without guilt. Even del Toro in his previous creations (in Hellboy to be precise) reproduced the ideological scheme of fascism as a negative sacrum, a quasi-magical, inconceivable, irrational Absolute Evil. This pattern was less detectable in Devil’s Backbone (because fascism, in a sense, plays there the role similar to a natural disaster, a catastrophe like drought). Paradoxically, even though Pan’s Labyrinth displays a higher intensity of fairy-tale like components, it manages not only to avoid this trap, but also to recognise this problem as a problem.

Good and Evil

How did del Toro arrive to the theme of the Spanish Civil War – first in Devil’s Backbone, and later developed it in Pan’s Labyrinth? When he just started writing Pan’s Labyrinth, he initially thought of placing the plot during the Mexican Revolution. But the Mexican Revolution was a very long and complicated process, with no clear end and with a whole bunch of internal conflicts, factions and political scissions, on the very revolutionary side as well, which the director eventually deemed a much too complicated context to make it an understandable environment for a fairy tale horror[13]. Thus came a shift to the Spanish Civil War, in which it’s crystal clear for everyone, from the beginning to the end, who the good guys and who the bad guys are.

But the Good and Evil in Pan’s Labyrinth have their political colours – they are not just abstract moral or moralistic categories separated from social reality. Which forces represent Good, and which Evil, is a result of their respective political projects, of what they stand for and what political vision for the world of the future (created under a banner of certain values) they fight for.

Vidal, a brutal sadist, along with his Francoist ranks, defends the old power relations, forcing a return to all things past that the Republic tried to transcend. He’s fixated, in a kind of necrophilia, on the death of his father that he had elevated to a grim and overarching phantasm (he worships his father’s watch, fixated on the exact time of his death). He defends a world in which a small class of parasites can carry on dining at an ostensive, wasteful table, discussing at the very same time how to cut food rations for people whose exploitation allows them to thrive (but to cut them just as much so they are still able to work and not drop dead). The believers in the universal equality of the whole of mankind suffer, at Vidal’s hands, from extreme violence. An exaggerated, excessive violence that aims not only to crush and eliminate his enemies, but to crush the power of their symbols (such as one of the slogans of the Republic: ‘No God, no king, no master!’), erase their values that challenge the belief in the naturalness of the inequalities between people. Vidal defends a world in which class domination justified by wealth or superstition (the priest) is criss-crossed by patriarchal domination of men over women and children. For him, his wife Carmen, Ofelia’s mother, has a sole purpose of carrying his offspring, whose male gender he treats as a given, as something obvious. Hence the violent reaction to a question posed by doctor Ferreiro about the reasons for his certainty about the child carried by Carmen being male – the idea that it may as well be a girl questions his own manliness. Vidal orders Carmen to start using a wheelchair not because he worries about her health; her death during labour – another step in the destruction of little Ofelia’s world – will not move him in any way, as long as the baby son survives. He orders the wheelchair to question her subjectivity, subdue her even more, and reduce her to the role of a passive, immobilised incubator for the son she carries for him – who is there to prove his status as a manly man.

At the same time, the old social order, preservation of which is the aim of Vidal’s and Franco’s fascists, is an order of decay, unable to achieve any semblance of growth or even to just stand firmly on its own two feet. Therefore it consciously runs into an intensification and escalation of excessive violence – essential to maintain, in these conditions, the privileges of the privileged. In a decaying (economically shrinking) world, maintaining these levels of privilege is possible only through intensification of exploitation and repression of the subjugated parts of the society. Through extraction of an even higher share in the economic value created by the working majority. A metaphorical image of such a parasitical situation is the fat, froglike monster living off the tree in whose roots it lives – one of the beasts that Ofelia has to encounter on her twisted way to Heaven. The growth of the slimy creature results in the slow withering of the tree which loses necessary, life-maintaining substances to the beast. We find help in interpreting this moment by looking at The Spirit of the Beehive by Erice, already mentioned before as contextually important (one of del Toro’s inspirations). A huge house in which two girls – Ana and Isabel – live along with their parents, is a sign of the class position of their family. It is a position of ever work-shy landowners, spending their time watching bees, walking, and talking late in the evenings about nothing. It is a class position of beneficiaries of Franco’s fascist regime. It is in defence of the position of such people that Franco decided to overthrow the Republic. Ana runs away from her father just as if it was he who directly shot a leftist fugitive that Ana secretly tried to help. This is so because a relationship between the father and the deed exists on the wider level of political responsibility and material interests that fascism stood for. The splendid years of the house seem very much a thing of  the past; signs of a slow but steady decay show all over the place. Irrational fear experienced by the girls is a return of the supressed class violence on which the successful fascist order had been built – but the ruling classes’ rule is a domination within an environment of economic decline. It is a decadent class rule. A specifically fascist, decadent necrophilia of Vidal is its manifestation.

When Ofelia arrives to the underground dining room of the Pale Man (the one with the eyeballs in the palms of his hands), there she finds a pile of children’s shoes. Based on wall paintings around, we can assume that these are what remained from children eaten by the monster. But as viewers, we also have some contextual knowledge of the time when del Toro’s story is set (1944). We connote this not only with the motif of children eaten by beasts, one so often used in fairy tales, but also with a systematic extermination of entire human communities carried out at that time in other parts of Europe on a massive, industrial scale. The images of shoes and other objects left after the victims, we all have them deep in our minds: from history lessons, from school visits to one of the Nazi death camps currently functioning as museums, or from World War II iconography in books or TV documentaries. Del Toro thus presents his Spanish scenery in a wider context of the wave of fascism that swept across Europe in those years. He places fascism back within the frame of rational critique of its nature, function and cause: as a social formation set up in order to protect the parasite classes feeding off the rest of the society in the context of the crisis of capital accumulation so deep that ‘it questioned even the simple reproduction of already existing capital’[14], not to mention the raison d’être of capitalism – never-ending accumulation of capital[15].

The communist and anarchist guerrilla fighters hiding in the forests are the forces of Good, because they represent diametrically different values. They want to disband the world that fascists want to preserve at the cost of excessive violence and exploitation. “No God, no king, no master” is one of their calls. There is no God, no king and no master because all human beings are fundamentally equal and one has an obligation to fight for a world whose social structure will finally reflect the Truth of the equality of all mankind. When they emerge from the forest to see Mercedes they even look beautiful in a totally different way than the aggressively male, expansive Vidal (or Uklanski’s fascists, for that matter). Katarzyna Szumlewicz even compared them, with their huge eyes, to the beauty of elves[16]. There is no place among them for social distinctions, status games or rivalry practices. Women such as Mercedes are fully fledged partners, with whom men fight side by side, upon whom they rely, and for whom crucial objectives determining wellbeing of all their lot are set. (The fact that fascists do not see the possibility that a woman – and especially a woman from the lower social strata – can be an active agent of resistance forces, actually helps the guerrillas a lot). They remain loyal to their ideals – even though nothing seems to indicate that they have any chance of winning. Despite this, they see no possibility of reconciliation with the world in which the primacy and domination of some people over others has once again been legitimised. In his physiognomy and behaviour doctor Ferreiro resembles Miguel – the medic from The Spirit of the Beehive, but differs widely from him in terms of his political stance and axiological choices. Miguel would survive, while Ferreiro puts the loyalty towards values of universalism above his own, individual survival and his own life.

Ofelia, before her death, makes a definitive, radical choice – and chooses the side of Good. Comparing her stance with that of her mother gives us a key to interpreting the choice she made: in contrast to her mother she never got used to accepting injustice. She would instinctively ask why things work this way and not the other (why is the world unjust, when it could be just?). Already at the beginning we get a discreet hint of her leaning: Ofelia, without even thinking, greets Vidal not with her right hand (occupied by a book), but with the left one. Injustice and inequality are things that we may learn, their acceptance is instilled upon us by power relations in which we live – they are social constructs, not natural qualities. At the same time, the stance against inequality and injustice is no child’s naivety, from which we grow up along with gathering knowledge. Ofelia eventually decides to join the guerrilla fighters, after a series of tests, assigned to her by Pan (Doug Jones). In those tests she is forced to ‘check’ her spontaneous intuitions, she is also tempted in false directions (like when the birth of her little brother results in the death of her mother – why should she then care about him and not want him to endure any suffering?). The universalist stance taken by Ofelia is confirmed in a series of consecutive evaluations. They validate the meaning of her position as the only stance worth defending, the only stance to stand ethical tests.

A Communist mystery play

At the end of the film Ofelia dies but is rewarded: she goes to Heaven for saving the soul of her newly born brother from fascists and passing his small, defenceless body onto communists for protection. Yes, on one level this is the magical “Kingdom of her father” she fantasised about while reading fairy tales. But it is, at the same time, deliberately devised to be conflated with the imagery of Heaven. After all, “Kingdom of the Father” is one of the ways Christians used to euphemise it. Ofelia is introduced there by Pan – this finally allows to clear all that mist of ambivalence surrounding him, and exposes the nature and the objectives of the temptations that he had been throwing at the girl (in Propp’s terms then he turns out to be ‘the donor’). In Heaven, on the elevated thrones of kings, her parents await her. Del Toro takes here yet another perverse, dialectical turn. Heaven, as we all know, is a topos from the symbolic order of religion. To assure this association, Ofelia ends up in a strangely theatrical scenery – on a sort of a stage that forces us to remember the grand tradition of Spanish theatre. An important part of it was constituted by plays showcasing allegories of ‘truths of faith’ as defined by the Roman Catholic church. They maintained their huge role on Spanish stages and public spaces even at the time of booming secular theatrical forms in the 17th Century. In the moral universe of the medieval and early-modern forms of religious theatre, good was situated on the right sight of the stage, while evil – on the left. In the modern political sphere, del Toro seems emphasising, this symbolism is reversed – what is on the right (conservative) side is evil, while what is on the left (on the side of ‘the emancipation of humanity’) is good. Concluding his story in such a way, turning everything into a communist auto sacramental, del Toro makes then yet another dialectical twist and turn – equally brave and nonchalant as the previous ones. He questions the political coordinates of contemporary culture, trying to ‘move’ them in his audience’s imagination. Or maybe not so much move them, but rather to shake the distorted compass so that the North returns to its place.

The western conservatives, situated (depending on the context) on different levels of separation from lieutenant Vidal – but still on his side – in a sense appropriated Christianity, its symbols, iconosphere, decorum, institutions and language as their own. As an idiom for legitimisation of the status quo and of distribution of false gratifications that are to compensate for disappointments and frustrations socially generated by the same status quo. They also used Christianity as a weapon in their fight against the left – accused of impiety, of shaking a God-established order, of attempts at destroying the ‘natural’ way of things and ‘natural law’, etc. Using Christianity and its inventory, conservatives enforce their claim to the title of the legitimate carriers of West’s cultural heritage – of everything that is of the highest, most everlasting, constant value, and worth passing onto future generations.

Del Toro, using cinema as his mode of expression, joins all those who question all of that conservative nonsense and who want to win back for the left the role of the legitimate bearer of the Western culture’s values, of all the most beautiful things the West has ever created, still worth taking forward, building upon, reclaiming. This heritage is for him, of course, summed up in the project of the universal community of all people, no matter any accidental differences between them – the differences that, in the end, will finally become irrelevant. With Pan’s Labyrinth, a creation of his incredibly rich imagination, del Toro works upon our (the viewers’) collective imagination – this work is the same task that in other (theoretical and critical) fields of cultural production is being carried out by Alain Badiou, Slavoj Žižek or Terry Eagleton. It is the work that reminds us that if Christianity is indeed one of the sources of western civilisation and at the same time constitutes a legacy that needs to be or is worth defending[17], then this legacy is not the monstrosity into which it institutionally evolved (byzantine splendour and criminal activities of the Vatican, for example). What it is instead is that in its primordial, Paul’s version, it gave birth to an idea of universalism, being the first project of this magnitude aimed at creating the community of all mankind. All mankind in which there would be no Greek nor a Jew, no parent nor a child, no whore nor a thief: for we are all the Same[18]. The conservatives tend to wipe their mouths with Jesus Christ’s name, but it is not them that are the real bearers of this fundamental Cause, the Truth that was driving Paul of Tarsus in establishing the new religion. Its actual bearers are those who do not accept the world in its current form. Those who, like Mercedes, her brother and other guerrilla fighters, like doctor Ferreiro or Ofelia, against all odds, will not rest before social realities are not reconciled with the (Christian, Paul’s, Marx’s, communist) Truth that we all are the Same.

For del Toro, Heaven is for communists, because the communists are those who get serious in taking consequences out of the fundamental project of Christianity, and all of that is worth taking out from it. It is them who take the task of realising Christianity’s (atheist, universalist) great promise and it is them who carry with them the extension of that promise in the form of the values of the Enlightenment. Even if the local priest (a functionary of an institution that snatched the symbols of Christianity for itself) goes to Vidal’s for supper, it is the communists who are ‘the true Christians’ here. Communists don’t need to be understood here in a precise, nominal way as people self-referencing as such, as the forces of the Republic were constituted by an alliance of Marxist, anarchist and syndicalist forces. In Pan’s Labyrinth the guerrilla fighters do not devote their time to naming themselves or defining political differences between various forces of the Republic. Communists (‘the reds’) means here all those who take seriously the radical concepts of human emancipation and equality of all mankind, and therefore demand that these concepts materialise. All of those who committed themselves to ‘the idea of communism’ and ‘the communist hypothesis’ (Badiou); the hypothesis that all men and women are equal and that the world has to – can at last – start to reflect this truth. No matter the historical setbacks that did, of course, happen during historical struggle for these values, no matter ‘the catastrophe of the Truth’ (Badiou again) that was Stalinism, etc.

At the same time, del Toro’s radical cinematic gesture – rejecting postmodern relativism and ironic distance – aims not merely at rehabilitating the lost causes of the past or getting us to remember our responsibility for the ideas that people of the past decided to give their lives for out of commitment to our future. To reject postmodern relativism and postmodern ironic distance is so necessary, as we are confronted today with the same kind of structural crisis of capitalist rationality that last time resulted in the mass destruction of capital and restructuring of the global relations of domination throughout the spasms of World War II (albeit the crisis we face now may be even deeper). We are confronted by a gradual – yet far from being static – fascisation of the social order (the use of drones on a global scale or the breadth of surveillance executed by the American NSA show it is indeed very dynamic). In the so-called liberal democracies as well, and maybe even primarily there. It is happening mainly under the disguise of ‘the war on terror’ and of ‘the defence from terrorist threats’, but also in processes such as expansion of ‘the regime of intellectual property’ (expanding as far as to the appropriation of nature, human genome or the generations-old inventions of traditional societies) and the escalation of sanctions applied for violating the interests of industries involved. A system that is now literally sucking the life out of the planet and its inhabitants; a system not capable of much more than recycling the already accumulated capital in the global speculative casino; corroding, decadent capitalism brings fascism back once again as a model that the management of its affairs leans to.

And no, I don’t think we’d be reading too much into del Toro’s work here. The decadent, decaying, necrophilic character of contemporary capitalism, one of neoliberal globalization, was already a subject of del Toro’s hypnotising metaphor with another little girl at the centre of the story – in a fairy tale horror Cronos[19]. The central prop in that film was a centuries old precise little machine made of gold and shaped like a scorpion that promises eternal youth available to those in the know in a simple, mechanical way. In reality it is a havoc-wrecking parasite accustoming its victims to a ruthless, parasitical exploitation of other human bodies. It gives us all the right to be read as an allegory of neoliberalism, which as an ideology promotes few simple, in fact silly, fundamentals (low taxes, low public expenditure, low deficits, low inflation, low – or ideally none at all – level of market regulation), which, if implemented, would supposedly automatically open the doors to welfare and prosperity to all and every society. In reality though it just pays them a cascade of bloodsucking violence, unrestrained exploitation of people and nature, of the labour force and the natural conditions of its biological existence[20].

The choice we have today once again boils down to the choice between Good and Evil. Between communism and fascism. No, not between ‘liberal democracy’ and ‘totalitarianism’. Between communism and fascism. Whenever we do not choose the former, we help the latter to win – even if, or maybe especially when we think or argue that we choose liberalism (without the neo- prefix) as something supposedly contrary to both of them. As Maurizio Lazzarato tells us:

In liberalism, freedom is always first and foremost the freedom of private property and the freedom of the owners. When these “human rights” are endangered – by crisis, revolt or other phenomena – there is a need for regimes of governmentality other than the liberal one to ensure their continuity […] [The P]arabole that liberalism follows always ends up with the same results: crisis, restrictions on democracy and “liberal” freedoms, and the establishment of more or less authoritarian regimes, depending on the level of intensity of the class war necessary to uphold the “privileges” of private property[21].

Endnotes

[1] See Scott Lash, Discourse or Figure? Postmodernism as a „Regime of Signification”, „Theory, Culture & Society” June 1988, 5: 311-336.

[2] See, among others: Jean Baudrillard, Ecstasy of Communication, [in:] Postmodern Culture, red. H. Foster, London : Pluto Press 1985; J. Baudrillard, Simulacres et simulation, Paris : Editions Galilée, 1981; etc.

[3] For more on fairy tale elements in Pan’s Labyrinth, see: Tanya Jones, Studying Pan’s Labyrinth, Leighton Buzzard: Auteur, 2010.

[4] Vladimir Propp, Morfologia skazky, Leningrad 1928.

[5] Pierre Péju, La petite fille dans la forêt des contes : pour une poétique du conte : en réponse aux interpétations psychanalytiques et formalistes, Paris : Robert Laffont 2006.

[6] Jason Wood, The Faber Book of Mexican Cinema, London: Faber and Faber, 2006, p. 112.

[7] Bruno Bettelheim, The Uses of Enchantment: The Meaning and Importance of Fairy Tales, New York: Knopf 1976.

[8] Eugeniusz Wilk, Presja widzialności. Rekonesans, [in:] Przemoc ikoniczna czy „nowa widzialność”?, ed. Eugeniusz Wilk, Katowice: Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego 2001, p. 49-55.

[9] Alicja Helman in conversation with Marek Handrykowski, Przemoc jako tabu, [in:] Przemoc na ekranie, ed. M. Hendrykowska and M. Hendrykowski, Poznań: Wydawnictwo Naukowe UAM 2001, p. 95.

[10] The scenes in which violent physical aggression harms physical integrity of other persons are: 1. Killing of the father and son captured by Vidal’s men in the forest with two rabbits and an anarchist calendar. 2. Fighting around the derailed train shifting to the heart of the forest (here especially the death of one of the guerrilla fighters finished off by a pistol shot). 3. Torturing of the stutterer – most of the violence he endures takes place outside the frame; although we do see physical violence that he takes from Vidal, at the moment of the first blow there is a cut. We fill the gap when we see his state when he is cared for by doctor Ferreiro. 4. Death of doctor Ferreiro from a shot in the back. 5. Mercedes, trying to free herself from Vidal, stabs him and cuts his cheek. 6. Mercedes’s brother Pedro and his comrades shoot towards Vidal’s men trying to capture her. 7. Vidal kills Ofelia. 8. Communists kill Vidal. It is not much compared to what cinema made us get used to. Besides that there is violence endured by fantastical creatures (a froglike monster inside the tree explodes, Pale Man bites off the heads of two little fairies accompanying Ofelia, and the mandrake root perishes in fire). Some scenes are drastic, without being depictions of violence per se (as with the bleeding of Ofelia’s mother’s womb, an amputation of a leg performed by doctor Ferreiro, or Vidal’s sewing his cheek).

[11] François Cusset in an interview for „Le Monde diplomatique” in 2007.

[12] An excellent remedy for these tendencies is offered by: Sophie Wahnich, La liberté ou la mort: Essai sur la Terreur et le terrorisme, Paris: La Fabrique 2003. English translation: In Defense of the Terror: Liberty or Death in French Revolution, przeł. David Fernbach, London: Verso 2012.

[13] J. Wood, The Faber Book of Mexican Cinema, p. 110.

[14] Piotr Kendziorek, Antysemityzm a społeczeństwo mieszczańskie: W kręgu interpretacji neomarksistowskich, Warszawa 2004, p. 30.

[15] See: Franz Neumann, Behemot. Struktur und Praxis des Nationalsozialismus 1933-1944, Frankfurt am Mein 1998.

[16] Katarzyna Szumlewicz, Jakub Majmurek, „Labirynt Fauna” – baśniowy manifest politycznyhttp://lewica.pl/blog/krytykakultury/15803/, date of access: 4 October 2013.

[17] Slavoj Žižek, The Puppet and the Dwarf: The Perverse Core of Christianity, Cambridge, Massachuesetts: MIT Press 2003; S. Žižek The Fragile Absolute: Or, Why Is the Christian Legacy Worth Fighting For?, London: Verso 2000; Alain Badiou, Saint Paul: La fondation de l’universalisme, 1997.

[18] A. Badiou, Saint Paul.

[19] The film had first ruined del Toro, dragging him into personal debt of $250,000, but then opened for him many doors in Hollywood; doors that he hadn’t been really looking for. See. J. Wood, The Faber Book of Mexican Cinema, p. 42.

[20] Let’s prevent any allegation of over-interpratation by quoting some of del Toro’s own words: „I wanted to show the vampiric relationship between the nephew and the uncle, and, of course, the vampiric relationship between Mexico and the United States. This is why the date in the movie – which we see in a newspaper – is 1997, even though the film was made in 1993. I wanted it to be set in a post-NAFTA Mexico. Ultimately I think that it was very accurate in terms of what happened. That is why all the signs that you see in the street are in Chinese, English and Russian”. J. Wood, The Faber Book of Mexican Cinema, p. 33-34.

[21] Maurizio Lazzarato, La Fabrique de l’homme endetté, Paris: Editions Amsterdam, 2011, p. 84.

Jarosław Pietrzak

translated by Bartłomiej Kozek and Jarosław Pietrzak

(special thanks to Nona, Abigail, Austin, Jerome, Kathryn, Nic)

The essay translated here, originally titled Komuniści idą do Nieba, belongs to my book Smutki tropików: Współczesne kino Ameryki Łacińśkiej jako kino polityczne (Tropical Sorrows: Contemporary Latin American Cinema as Political Cinema) published in the Polish language by Książka i Prasa publishing house (Warsaw 2016, pp. 265-282). For more information about the book – here’s some in Polish, and here in English.

Follow or contact me on Facebook or Twitter.

Kazimierz Malewicz suprematyzm

Malewicz w Tate Modern

Londyńskiej galerii Tate Modern można postawić wiele zarzutów i niejedno mieć za złe. Tate jest jedną z tych wielkich, wpływowych na skalę światową instytucji kulturalnych Wielkiej Brytanii, w której problem uzależnienia współczesnego „pola sztuki” od wielkiego biznesu (od „pola władzy ekonomicznej”) jest szczególnie widoczny. Nie jest to nowy proces; w tę stronę popchnęła te instytucje Margaret Thatcher i cięcia, jakimi jej rząd uderzył w ich publiczne finansowanie. Thatcher była kulturalną ignorantką i nienawidziła wszystkiego, co funkcjonowałoby poza „wolnym” rynkiem, w publicznie finansowanej przestrzeni publicznej. Ale także, jak zauważył kiedyś Hanif Kureishi, szczerze nienawidziła sztuki za możliwości ekspresji, jakie oferuje krytyce społecznej, strategiom politycznego niezadowolenia, gniewu i oporu. Instytucje w rodzaju Tate Modern od tamtego czasu rozwijały i pogłębiały swoje ekonomiczne kontakty ze sponsorami z kręgów wielkiego biznesu i wielkiego kapitału, w tym moralnie najbardziej podejrzanych biznesów, takich jak korporacje naftowe czy organizacje przestępcze – przepraszam – finansowe City of London. Dzięki uzyskiwanym w ten sposób coraz większym środkom współtworzyły też kolejny problem: przekształcenie współczesnego rynku sztuki w irracjonalne, zupełnie obłąkane kasyno, w którym zwłoki rekinów w formalinie i dziesiątki regałów z lekarstwami podpisane nazwiskiem Damiena Hirsta zgarniają wielomilionowe jackpoty, kolosalne pieniądze cyrkulują w wąskim kręgu wylosowanych przez rynek twórców i galerii, ale sytuacja ekonomiczna przeciętnego twórcy z roku na rok jest coraz bardziej niestabilna i zagrożona, bo zwycięzcy biorą wszystko.

Tate sama temu wszystkiemu, oczywiście, winna nie jest, i trzeba jej przyznać, że podejmuje starania, by uzyskać tych grzechów odpuszczenie. Na przykład organizuje wspaniałe wystawy retrospektywne, które dzięki możliwościom tak silnej instytucji są w stanie zgromadzić kompletny przegląd twórczości artysty i czasami po prostu nie mają sobie równych. Wystawy Joana Miró, Gerharda Richtera, Yayoi Kusamy czy Alighiero Boettiego to były przeżycia, których się nie zapomina.

Jakby tęskniąc skrycie za logiką inną niż ta, którą narzuca totalitarna władza über-rynku, Tate Modern szczególną sympatią, jeśli chodzi o organizowanie retrospektyw, wydaje się darzyć twórców o orientacji jasno lewicowej. Tak jest z dobiegającą już końca retrospektywą Kazimierza Malewicza, która bez wątpienia należy do tych wystaw, które na długo pozostaną w pamięci.

*****

Fabryka obala dwóch poprzednich mówców i mówi: „Stworzę od nowa świat i jego ciało, przekształcę świadomość człowieka, uczynię człowieka wszechobecnym, mocą znajomości wszystkich tych doskonałości, które są we mnie, a świat będzie we mnie wcielony […] Ja będę tym, który wie wszystko, ja będę Bogiem, Bogiem jedynym, który zna wszystkie sprawy wszechświata. Wszystkie żywioły Natury razem we mnie będą zebrane, i będę wiecznością. Dam człowiekowi dar wzroku, słuchu, mowy w całej wielości przestrzeni, zrekonstruuję mechanikę jego ciała podług doskonałych wzorów. Ludzką wolę mieć będę jako składnik mojego własnego płynnego funkcjonowania, zaabsorbuję moc wiatru, wody, ognia i atmosfery, uczynię je wszystkie wyłączną własnością człowieka. A kiedy wszystko powiedziane już będzie i zrobione, cały ten świat, będący dotąd tylko nieudanym technicznym eksperymentem Boga, zostanie przeze mnie przebudowany i stanie się dobry”. Cóż to więc przemawia do nas w tak śmiały sposób ustami Fabryki? To sam Bóg wykrzykuje przez usta Fabryki.

Kazimierz Malewicz (Bóg nie został obalony, teza 30, Witebsk 1920, wyd. 1922)[1]

 

Malewicz jest jednym z tych artystów, których jakąś znajomość posiada każdy człowiek z minimum edukacji humanistycznej i kulturalnej, ale którzy jednocześnie w świadomości wielu istnieją głównie w połączeniu z jakimś wąskim wycinkiem dorobku, jeżeli nie po prostu z jednym najsłynniejszym dziełem. W przypadku Malewicza – jest to malarstwo suprematystyczne lub czasem po prostu sam najbardziej definitywny Czarny kwadrat na białym tle (z których pierwszy, bo było ich potem jeszcze kilka, różnych rozmiarów i o różnym stosunku kwadratu do tła, namalowany został w 1915). Olbrzymią zasługą wystawy jest właśnie przypomnienie i zebranie w jednym miejscu „całości” Malewicza. Jest to całość niezwykle burzliwa: życie artysty z ogromnego lecz peryferyjnego kraju, który w 1917 roku wywrócił historię do góry nogami i stał się jednym z politycznych centrów świata, wygląda w niej jak swego rodzaju podróż w czasie: przyspieszona podróż przez wszystkie stawki nowoczesności, w każdym razie wszystkie „dotamtychczasowe” jej stawki.

1078

 

 

Malewicz urodził się na cztery lata przed śmiercią Karola Marksa, w Kijowie, według obowiązującego wówczas w Rosji kalendarza – 11 lutego 1879 roku, jako pierwszy z czternaściorga dzieci w polskiej rodzinie. Jego polską tożsamość kulturową podkreślało łatwo w Rosji rozpoznawane jako katolickie imię Kazimierz. Jako przedstawiciel mniejszości jednocześnie etnicznej i religijnej, nie mającej wówczas nigdzie w Europie własnego państwa narodowego, w młodości Malewicz pragnął przede wszystkim wyemancypować się z ograniczeń takiej tożsamościowej przynależności: pragnął stać się artystą nie-mniejszościowym, w pełni i prawomocnie rosyjskim. Pragnął to osiągnąć włączając się w tematyczne kręgi rosyjskiego malarstwa figuratywnego. To – „zostać artystą rosyjskim”[2] – mu się w pewnym sensie udało: jego nazwisko jest dziś na całym świecie zapisywane zawsze w transliteracji z rosyjskiego.

Ale „zostać artystą rosyjskim” to był tylko nieśmiały początek gorączkowych ambicji, aspiracji i poszukiwań Malewicza. Odkąd w 1906 przeniósł się (z Kurska, dokąd jego rodzina przeprowadziła się z Kijowa w 1896) do Moskwy, znalazł się w kosmopolitycznym artystycznym środowisku z dostępem do wielkich kolekcji nowoczesnej zachodniej sztuki (zbiory Siergieja Szczukina i Iwana Morozowa dawały ogląd historii francuskiego malarstwa od impresjonizmu do kubizmu). Malewicz wchodził w gorączkowy dialog z tym wszystkim, czego się stopniowo uczył o sztuce modernistycznej i o ideach, z którymi ta sztuka rezonowała i do których nawiązywała. Przeszedł w swojej twórczości etapy od symbolizmu i impresjonizmu po kubofuturyzm, przyswajając i filtrując przez siebie kluczowe style i nurty nowoczesnego malarstwa. Zanim wystąpił ze swoimi kompozycjami suprematystycznymi, nauczył się malować na wszystkie inne kluczowe sposoby do tamtej pory wypracowane w nowoczesnej gorączce zachodnioeuropejskiego pola sztuki. Wystawa w Tate Modern składa się z sal kapitalnie reprezentujących poszczególne etapy tego procesu. Przemierzywszy w przyspieszonym tempie wspólną drogę starszych zachodnich kolegów po fachu, postanowił ich wyprzedzić, zapoczątkowując to, co sam nazwał malarstwem suprematystycznym (kompozycje prostych figur geometrycznych i linii w ograniczonej liczbie barw).

Malewicz nie posiadał gruntownego wykształcenia humanistycznego, był jednak niezwykle chłonny na wszystko, z czym spotykał się w kontaktach i rozmowach z twórcami i intelektualistami prowadzącymi własne poszukiwania w innych dziedzinach kultury. Pierwsze eksperymenty Malewicza z malarstwem posługującym się abstrakcyjnymi, niefiguratywnymi motywami zainspirowane były jego kontaktami z poetami futurystycznymi i ich zabawami słowotwórczymi. W Tate można zobaczyć projekty a także zapis filmowy jednej z inscenizacji futurystycznej opery Zwycięstwo nad Słońcem, skomponowanej przez Michaiła Matiuszyna, z librettem Aleksieja Kruczenycha, do której scenografię i kostiumy stworzył Malewicz.

suprematism-1915-7

Malewicz, jaki wyłania się z wystawy w Tate Modern, to artysta zaangażowany w wyścig „izmów” wysokiego modernizmu ze względu na specyficzne, autonomiczne stawki pola produkcji kulturowej i osiągnięcie wśród nich „zasłużonego”, wysokiego miejsca (być może stąd właśnie zdarzało mu się antydatowanie niektórych obrazów: żeby wykazać jak bardzo wyprzedzał współczesnych?) – ale bynajmniej nie tylko ze względu na nie. Przede wszystkim ze względu na najwyższe stawki nowoczesności i centralne obietnice Oświecenia, te leżące w i odnoszące się do porządku rzeczywistości społecznej.

Owszem, w samym Malewicza rozumieniu stworzonego i nazwanego przez siebie (a potem przez siebie propagowanego w instytucjach artystycznych) suprematyzmu, tkwi niewątpliwy element może niekoniecznie arogancji, ale na pewno przekonania o własnej wielkości. Dialektyczny proces rozwoju sztuki nowoczesnej w diagramach i tabelach przygotowywanych na potrzeby dydaktyczne na zajęcia ze studentami (są na wystawie) Malewicz ukazywał tak, by suprematyzm był rozumiany jako swego rodzaju zwieńczenie i punkt właściwie docelowy sztuki modernistycznej. Cały proces dydaktyczny witebskiego Unowisu polegał na kształceniu młodych artystów poprzez kolejne style modernizmu aż do suprematyzmu, jako przedstawiciele którego mieli oni opuścić szkołę i z czarnymi kwadratami na sztandarach wkroczyć na scenę ideologiczną okresu komunizmu wojennego. W tym sensie sama nazwa suprematyzmu ma coś na kształt drugiego znaczenia: Malewicz mówił o supremacji (czyli dominacji) czystego wrażenia estetycznego nad zadaniem przedstawiania jakichkoliwiek form zaczerpniętych ze świata realnego, ale z tych wszystkich jego tabeli i wykresów można odnieść usprawiedliwione wrażenie, że dominacja nad innymi nurtami w sztuce, status kulminacji, punktu szczytowego w całej historii sztuki Zachodu, też mu się nieśmiało, a może całkiem śmiało, roił.

suprematism-1915-3

Ale Malewicz myślał o sztuce nowoczesnej jako o części procesu emancypacyjnego ludzkości, walki o ludzką emancypację. Dialektyka „izmów” sztuki wysokiego modernizmu była dla niego drogą w poszukiwaniu tego celu. T.J. Clark w poświęconym Witebskowi doby komunizmu wojennego rozdziale[3] swoich epizodów z historii artystycznego modernizmu doskonale odmalowuje atmosferę okresu, w którym zaangażowani w projekt rewolucyjny intelektualiści i artyści, w tym Malewicz i jego uczniowie (jak El Lissitzky) wierzyli, że utopia wyzwolenia ludzkości z eksploatacji i przemocy społeczeństwa klasowego naprawdę jest już za zakrętem historii, wykuwana w chaosie pierwszych lat po Rewolucji. To było środowisko, w którym gorąco zaangażowany w ideę komunizmu Malewicz naprawdę mógł na poważnie wierzyć, że historia rozumiana jako dzieje walki o emancypację ludzkości, jako historia walki klas, dobiegnie wkrótce końca. To znaczy osiągnie spełnienie. Malewicz spodziewał się więc, że w tym samym procesie swoje zwieńczenie i swego rodzaju „rozwiązanie” osiąga również historia sztuki.

Rewolucyjny, emancypacypacyjny wymiar suprematyzmu leżał dla jego twórcy w potencjale stworzenia nowego, dynamicznego języka wizualnego, który zamiast na klasowej dystynkcji wyrafinowanych form odwołujących się do – mówiąc późniejszym językiem Pierre’a Bourdieu – kapitału kulturalnego odbiorców uprzywilejowanych na tyle, by przymiotami tego kapitału się szczycić, odwoływał się do prostych, elementarnych, egalitarnych form wizualnych: czytelnych figur geometrycznych, linii i kilku, a czasem nawet tylko jednego (w obrazach malowanych „biało na białym”) koloru. Ale było w tym też coś jeszcze, coś, co dzisiaj skłaniałoby nas nawet do lektury przez pryzmat myśli postsekularnej.

Dla Malewicza Czarny kwadrat zawierał w sobie wszystkie inne formy i barwy. Nie tylko w przenośni. Kuratorzy i historycy informują, że pod powierzchnią pierwszego kwadratu, tego z 1915, znajduje się bardziej złożona kompozycja, dopiero w ostatecznej wersji sprowadzona do słynnego czworokąta (w rzeczywistości nie jest to, wbrew tytułowi, doskonały kwadrat). Czarny kwadrat proponował formę, która zawarła w sobie wszystkie inne dotychczasowe (społeczne) formy i je przekroczyła proponując formę uniwersalną. Czarny kwadrat otwierał swego rodzaju okno na post-rewolucyjne społeczeństwo przyszłości, wolne społeczeństwo, które z chaosu Rewolucji miało się wyłonić; społeczeństwo, w którym wszystko było jeszcze możliwe i „do zrobienia”.

Ale Czarny kwadrat to też swego rodzaju świecki, rewolucyjny „Duch Święty”.

Malewicz był świetnym kuratorem swojej własnej twórczości[4]. Pierwsza wystawa, na której publicznie zaprezentował, wraz z innymi obrazami suprematystycznymi, swój Czarny kwadrat na białym tle (zatytułowana Ostatnia futurystyczna wystawa malarstwa 0,10, grudzień 1915 – styczeń 1916), ulokowała najsłynniejsze dzieło suprematyzmu pod sufitem w lewym górnym rogu pomieszczenia, w miejscu, które kojarzy się w Rosji z tym, gdzie w tradycyjnych prawosławnych domostwach wiesza się ikonę (układ przestrzenny tej słynnej wystawy został w jednej z sal Tate Modern odtworzony). Czarny kwadrat byłby więc czymś niemal sakralnym, czy może bałwochwalczym zamachem na kody religijne? A może właśnie „Duchem Świętym” w materialistycznym sensie, w jakim dziś reinterpretują dziedzictwo chrześcijańskie (jako wciąż warte obrony z lewicowego punktu widzenia) filozofowie tacy jak Alain Badiou i Slavoj Žižek, czy nawet Terry Eagleton? Duch Święty jako, powiedzmy, uniwersalna wspólnota wszystkich ludzi – „Fabryka” w witebskich pismach Malewicza – która bierze swój zbiorowy los w swoje kolektywne ręce, decyduje się na odwagę wspólnego, politycznego kształtowania swojej własnej przyszłości i świata, w którym razem żyje. Niepewność i groza, ale i spektakularne możliwości, jakie ta odwaga otwiera – na to wszystko oknem jest Czarny kwadrat. (To takie, „metafizyczne” poniekąd podejście do problematyki rewolucji społecznej w sztuce spowoduje później, już po przejęciu władzy w ZSRR przez Stalina, formułowane przez wrogów Malewicza oskarżenia, że prowadzi on „sponsorowany przez państwo klasztor”.)

Ale w pewnym momencie, w geście jeszcze jednej radykalnej konkluzji i kolejnego intelektualnego cięcia Malewicz doszedł do wniosku, że czy to królewskie, czy mieszczańskie portrety, czy też suprematystyczne trójkąty, koła i kwadraty, malarstwo jako takie – malarstwo w ogóle – jest częścią społeczeństwa klasowego; częścią rzeczywistości, w której uprzywilejowane klasy społeczne żyją z ucisku większości i z tego, co wycisną z tego ucisku, stać je na wieszanie sobie na ścianach obrazów lub spędzanie czasu wolnego w galeriach malarstwa. Malarstwo jest więc częścią takiego społeczeństwa, o jakiego zniesienie przecież w Rewolucji chodzi. „Malarstwo umarło, jak stary porządek, ponieważ było jego organiczną częścią”, zadeklarował już w 1919. Malewicz na całe lata porzucił właściwie malarstwo, poświęcając się między innymi nauczaniu, pisaniu (między innymi o tym, że trójkąty i kwadraty, zamiast płócien, pokrywać powinny kadłuby i skrzydła samolotów, ówczesnych symboli nowoczesności) oraz „architektonom”, tym dziwnym niby-modelom architektonicznym, poszukującym dla suprematystycznej estetyki bardziej praktycznych zastosowań, choć co do praktycznych możliwości realizacji większości z tych modeli jako budowli miewano więcej niż wątpliwości.

***

Powrót Malewicza w późnym okresie twórczości – w okresie stabilizacji „panowania” Stalina na Kremlu – do malarstwa figuratywnego (od roku 1927 do śmierci w 1935), bywa często, dość odruchowo, interpretowany jako ugięcie się artysty pod ciężarem ideologicznych i estetycznych dekretów stalinowskiego socrealizmu, z punktu widzenia których eksperymenty kulturalne okresu Rewolucji i lat 20. XX wieku były niebezpiecznym formalistycznym odchyleniem. W poświęconym temu okresowi w twórczości Malewicza eseju pomieszczonym w towarzyszącym wystawie książkowym katalogu Evgenia Petrova[5] słusznie broni tych obrazów przed powierzchownym ocenianiem ich w ten sposób. Niektóre obrazy z tego okresu są naprawdę bardzo piękne (mój ulubiony: Trzy postacie z 1928) i zbywanie ich jako przejawu kapitulacji wobec oczekiwań socrealizmu jest wyrazem albo złej woli, albo intelektualnego lenistwa. I nie chodzi wcale o to, że sąsiedztwo z socrealizmem automatycznie dyskwalifikowałoby jakąkolwiek twórczość – Agata Pyzik w swojej wydanej niedawno książce zaproponowała błyskotliwą i intrygującą obronę socrealizmu[6], po której nic nie jest już w tej sprawie takie samo. Chodzi raczej o to, że oprócz tego, iż niektóre z nich przedstawiają chłopów i robotników, estetycznie nic w nich nie przypomina malarstwa socrealistycznego. Petrova popełnia jednak w swoim eseju inny błąd, dość pospolity wśród intelektualistów wschodniej części Europy, polegający na wczytywaniu w dzieło na siłę religii i na dodatek rozumieniu tam tej rzekomej religii jako szlachetnej formy wewnętrznego, osobistego oporu wobec stalinizmu (a może w ogóle komunizmu). Na „dowód” Petrova wyciąga między innymi witebskie pisma Malewicza z okresu pracy w Unowisie. Choć na przemian z „Fabryką” pojawia się tam i „Bóg” (wraz ze „Sztuką”, „Kościołem”, itd.), za „Bogiem” u Malewicza, gorąco przywiązanego do Rewolucji, nie stoi nic, pod czym podpisałby się statystycznie prawdopodobny ksiądz czy pop. Jeżeli już, stanowią one sugerowaną przeze mnie wcześniej swego rodzaju Malewicza „intuicję postsekularną”, przeczucie antropologicznego podobieństwa w sposobie, w jaki człowiek odczuwa objawienie religijne i zaangażowanie polityczne.

self-portrait-1933

Z powrotu Malewicza do malarstwa figuratywnego ja wyczytałbym natomiast kilka innych rzeczy. Wpływ nie tyle socrealizmu, co powrotu kosmopolitycznego humanizmu jako nadającego ton radzieckiej kulturze lat 30. XX wieku[7]. Zrozumienie, że wraz z tym, co wyłoniło się z Rewolucji Październikowej (w pewnym momencie: stalinizm) historia bynajmniej nie dobiegła jeszcze końca, w tym końca nie dobiegła historia klasowej niesprawiedliwości i walki z tą niesprawiedliwością, a więc historia walki o emancypację ludzką. Zrozumienie, wraz z którym przyszła i swego rodzaju pokora, także wobec faktu, że sztuka operująca abstrakcyjnymi figurami, na której też, jak się okazało, wcale nie zamknęła się historia sztuki, jest być może znacznie bardziej niezrozumiała i niedostępna, a więc też znacznie mniej komunikatywna, niż się Malewiczowi oraz jego kolegom i uczniom wydawało w okresie najintensywniejszej gorączki suprematyzmu. Jeżeli można tu mówić o Malewicza kapitulacji, to nie wobec estetycznych dekretów Kremla. Tym, co skapitulowało, skuliło ogon, były Malewicza własne, wcześniejsze – jasne już było, że przesadzone – wyobrażenia, że „skok ludzkości z Królestwa Konieczności do Królestwa Wolności” już się dokonuje, jeszcze tylko czekamy na lądowanie u celu. Przy tym wszystkim: jednoczesna tęsknota za wizualnym językiem zdolnym wyrażać abstrakcyjne idee. Tęknota odbijająca się w tajemniczych gestach dłoni, które niczym znaki jakiegoś nieznanego migowego języka, gestykulacyjnego szyfru czy orientalnego tańca, wykonuje wiele portretowanych przez późnego Malewicza postaci, w tym on sam na swoim słynnym autoportrecie z 1933; także w dziwnie „średniowiecznych” czy „renesansowych”, jakby pochodzących z innego kontekstu, kompozycjach i szatach przedstawianych współczesnych postaci.

Zza tamtej z kolei tęsknoty zerka czasem jeszcze jedna, z nią związana, ale jednak osobna w swojej specyfice: za tym momentem, kiedy nic nie było jeszcze przesądzone, kiedy przesądzony nie był jeszcze dryf w stronę stalinizmu; kiedy wszystko (a więc wolność i równość wszystkich ludzi, wolność z okowów społeczeństwa klasowego) było jeszcze możliwe. Na znak tej tęsknoty wiele z tych późnych obrazów w funkcji sygnatury zamiast nazwiska twórcy nosi mały czarny kwadracik z białą ramką, umieszczony gdzieś w dolnym rogu.

Jarosław Pietrzak

Przypisy

[1] Cyt. za T.J. Clark, Farewell to an Idea: Episodes from a History of Modernism, 1999, s. 237.

[2] John Milner, Malevich: Becoming Russian, [w:] Malevich, red. Achim Borchardt-Hume, London: Tate Publishing 2014, s. 34-38.

[3] T.J. Clark, Farewell…, s. 225-297 (rozdział 5, God Is Not Cast Down).

[4] Christina Lodder, Malevich as Exhibition Maker, [w:] Malevich, s. 94-98.

[5] Evgenia Petrova, From Suprematism to Supranaturalism: Malevich’s Late Works, [w:] Malevich, s. 164-169.

[6] Agata Pyzik, Poor but Sexy: Culture Clashes in Europe East and West, Winchester-Washington: Zero Books 2014, s. 165-220.

[7] Por. Katerina Clark, Moscow, the Fourth Rome: Stalinism, Cosmopolitanism, and the Evolution of Soviet Culture, 1931-1941, Cambridge-London: Harvard University Press, 2011; Slavoj Žižek, W obronie przegranych spraw, przeł. Julian Kutyła, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2008, s. 203-252.

Kino polskie. Historia krytyczna

Cześć Tereska Roberta Glińskiego, czyli dlaczego kino społeczne III RP nie jest społeczne

Od kilku lat przechodzi przez Europę fala moralnej paniki, jedna z tych, które swą siłą i gwałtownością zdolne są zmieniać politykę państwową i na trwale przekształcać fizjonomię społeczeństw. Co wywołuje panikę? To przestępczość „młodocianych”, „przemoc miejska”, rozmaite niepokoje i „aspołeczne zachowania” we „wrażliwych dzielnicach” – których mieszkańcy są zarazem największymi ofiarami, jak i głównymi oskarżonymi.

Loïc Wacquant[1]

 

O jednym takim, co ukradł formę

Kiedy Mathieu Kassovitz postanowił swoją zasłużenie słynną Nienawiść (1995) zrealizować w czerni i bieli, znaczenie tego wyboru było dość jasne. Usunięcie koloru miało mówić, że chodzi o kino inne niż to, które ucieka od rzeczywistości, chciałoby ją dekorować albo czynić ją przyjemniejszą niż jest w istocie. Że oto rzeczywistość będzie tu pokazana w swoim najaktualniejszym tu i teraz ze szczególnym uwzględnieniem nieprzyjemności. Jest w tym dowcip samej rzeczywistości, bo przecież tak naprawdę nie ogranicza się ona do dwóch barw uzupełniających, ale siła historii obrazu czarno-białego robi swoje. Wybór czerni i bieli w dobie dominacji Baudrillardowskiego obrazu doskonalszego niż rzeczywistość nie musi oznaczać tego samego, co oznaczał w przypadku Nienawiści. Może być nawiązaniem do wizualnych kodów dominujących w epoce czasu akcji (Lista Schindlera Stevena Spielberga), czy nawet znaleźć się na służbie wizji zupełnie onirycznej (Europa Larsa von Triera). Robert Gliński realizując Cześć Tereska dał wyraźnie do zrozumienia, że jego wybór znaczył jakoby to samo, co u Kassovitza, bo połączył go z innymi wyznacznikami stylu realistycznego: prowadzona z ręki kamera, nawiązania do techniki dokumentalnej, zdjęcia w naturalnych wnętrzach i plenerach, obsadzenie naturszczyków skłanianych do improwizowania dialogów, by uzyskać efekt językowego autentyzmu, zapis na kojarzonej dziś z dokumentem taśmie wideo wysokiej rozdzielczości, dopiero następnie przepisanej na celuloid, itd. Przede wszystkim jednak reżyser skupił się na bohaterach z wykluczonych grup społecznych zamieszkujących ziejące biedą współczesne polskie blokowiska. Połączenie tych składników miało oznaczać, że oto mamy do czynienia z nieobojętnym na problemy naszej rzeczywistości kinem społecznym. Więcej jeszcze – w ukształtowanej przez towarzyszący mu dyskurs krytyczno-filmowy świadomości „kulturalnego” widza film figuruje jako wybitny film społeczny, jeden z nielicznych, które pokazują bez ogródek bolesną prawdę o polskiej rzeczywostości. Cześć Tereska uchodzi za polski odpowiednik takiego kina społecznego, jakie powstaje ze znakomitymi rezultatami we Francji czy Wielkiej Brytanii. Film Glińskiego niczym takim nie jest, co więcej, jest czymś zupełnie przeciwnym.

Jest w Cześć Tereska scena, w której tytułowa bohaterka wspólnie ze swoją nową przyjaciółką ze szkoły krawieckiej, Renatą, snują się po luksusowym centrum handlowym. Dziewczyny są śledzone przez grupę zainteresowanych nimi chłopców z tego samego co one blokowiska. To modelowa scena klasowej konfrontacji beneficjentów polskiej transformacji ustrojowej, których naturalnym środowiskiem jest owa świątynia konsumpcji, ze strukturalnymi ofiarami tej transformacji, reprezentowanymi właśnie przez młodocianych bohaterów filmu, skazanych właściwie na przemykanie pomiędzy i przyglądanie się spektaklowi konsumpcji odgrywanemu przez ekonomicznie uprzywilejowanych. Prawdziwe kino społeczne, takie jakie robią Francuzi i Brytyjczycy, brałoby się za analizę mechanizmów generujących i utrzymujących skandal rzeczywistości, w której jedni mają za dużo, a inni nie mają nic. Prawdziwe kino społeczne, od włoskich neorealistów przez brytyjskich młodych gniewnych po Laurenta Canteta czy braci Dardenne dziś, fundowało się też zawsze, i funduje nadal, na geście politycznego wyboru opowiadania się po stronie „wyklętego ludu ziemi” – że pozwolę sobie zacytować równie wyklętą w Polsce pieśń. Tak jak Kassovitz stał w swoim filmie po stronie chłopców z przedmieść – używając jego własnych słów – „przeciwko policji” (jako aparatowi represji broniącemu bogatych przed biednymi i wykluczonymi), tak Robert Gliński powinien był w tej konfrontacji stanąć po stronie tych, którzy nie mają nic. Stanął tymczasem po przeciwnej: tych, którzy czują lęk przed zemstą ze strony tych, którym wszystko zabrali. Kassovitz wobec „fali moralnej paniki” uprzywilejowanych, snujących perwersyjne fantazje o niosących zagrożenie potworach z biednych przedmieść, stanął przeciwko tej fali, ramię w ramię z tymi z przedmieść. Gliński przyłączył się do „fali moralnej paniki”, do neokonserwatywno-neoliberalnego dyskursu zarządzania biedą przez jej kryminalizację. I zdefraudował w tym haniebnym celu formułę i poetykę kina społecznego.

 

Wina i podmiot

Jerzy Płażewski w naiwnej i kuriozalnej recenzji Cześć Tereska podąża bezkrytycznie za – używając pojęcia Umberto Eco – „intencją tekstu” filmu Roberta Glińskiego:„Tereska mogła zostać projektantką mody. Ta profesja ją fascynuje, umie patrzeć i rysować”[2]. Tak, jakby w realnym kapitalizmie zostawało się projektantem mody po szkole krawieckiej na prowincji tylko dlatego, że się umie patrzeć i rysować.[3]

I jeszcze Bożena Janicka w swoim dziwacznym, pozostawionym w rozkroku felietonie: „Czy oskarżonej było źle w domu, krzywdzono ją, nie interesowano się jej losem? […] Czy oskarżona Tereska musiała się zaprzyjaźnić właśnie z tą dziewczyną, moralnie zagrożoną w stopniu najwyższym? Nie musiała […]. Czy w szkole prześladowali ją może źli nauczyciele? Wręcz przeciwnie, ci skromni ludzie byli jej życzliwi”[4].

Gliński wykonuje kilka charakterystycznych ustępstw na rzecz drobnomieszczańskiego gustu polskiej inteligencji, do której film jest adresowany. Wysiłek antywidowiskowy, jaki reżyser wyraźnie włożył w konstrukcję i sposób opowiadania, daje się w tym filmie odczytać nie jako manifestacja krytycznego podejścia do manipulacyjnego wymiaru Spektaklu, w duchu powiedzmy Debordowskim, ale jako gest klasowego odrzucenia „plebejskiej” publiczności, celowego zniechęcania jej do filmu. Rysuje się tu kolejne ciekawe przeciwieństwo wobec Nienawiści Kassovitza, która zwraca się właśnie do widza z przedmieść, a przeciwko widzowi burżuazyjnemu.

Pomimo tych paru motywów, będących po prostu dyktowanymi regułami klasowego „dobrego smaku” ustępstwami, istotą opisu i przeprowadzenia postaci Tereski do zakończenia (nastoletnia dziewczyna zabija serią uderzeń metalowym prętem fizycznie bezbronnego inwalidę Edzia, na którym odreagowuje własne cierpienie) istotą tego opisu jest taka konstrukcja Tereski jako podmiotu, by winę za jej wkroczenie na złą drogę dało się wpisać w nią samą, w jej psychologię, w immanentne cechy jej charakteru, osobowości, w irracjonalny popęd śmierci. Zgodnie z neokonserwatywną racjonalnością penalną, tak kapitalnie opisywaną i demaskowaną przez Wacquanta, a głoszącą, iż „[p]oza wszystkimi teoriami o inspiracji socjologicznej, najpewniejszą przyczyną przestępstwa «jest sam przestępca»”[5].Publiczność inteligencka ma w klasowym rytuale utwierdzania się w swojej tożsamości jako humanistycznej elity wzruszyć się i przejąć głębokością rysunku charakteru głównej bohaterki, a także własną zdolnością do pochylenia się na chwilę nad jej losem. Chodzi tu więc o zainteresowania artystyczne bohaterki (moda, projektowanie, rysunek), jej marzenia o piękniejszym życiu (kiedy np. w rozmowie z inwalidą Edziem konfabuluje romantyczny przebieg swojego pierwszego stosunku seksualnego, który w rzeczywistości był gwałtem), wzruszającą niestosowność jej marzenia o wyrwaniu się z biedy ujawnionego w scenie przymierzania eleganckiej sukienki w centrum handlowym.

Lokalne elity społecznego otoczenia Tereski oraz ich ramy strukturalne (szkoła, Kościół), mimo beznadziejnego pochodzenia dziewczyny z rodziny wyrzuconego z pracy w policji pijaka, dają jej jedną szansę za drugą – w każdym razie stają na rzęsach, by sprawiać takie wrażenie. Nie była wystarczająco „zdolna”, by dostać się do liceum plastycznego, ale dostała drugą szansę w postaci szkoły krawieckiej. Szkoła na dodatek traktuje ją bardzo przychylnie. Jakby tej znakomitej szansy było mało, pojawiają się też w jej otoczeniu inne możliwości wyjścia z beznadziei czy impasu, oferujące zarazem równoległe drogi osobistego rozwoju (w domyśle: społecznego awansu w osiągalnej przyszłości), np. wcielony w miejscową parafię Kościół katolicki i zainstalowany w tejże parafii, wyjeżdżający na jakieś występy w świecie chór, w którym początkowo śpiewa Tereska. Tereska odrzuca każdą z oferowanych jej przez społeczny świat opcji, zawsze wybiera najgorsze rozwiązanie i najgorsze towarzystwo. Autodestrukcyjny składnik jej psyche wiedzie ją zawsze w najgorszym kierunku.

Operacja wpisania winy za obiektywne okoliczności w skazany na nie jednostkowy podmiot jest logiczną konsekwencją ideologii neoliberalnej rozwijającej do bezwstydnego ekstremum liberalną koncepcję wolnego, niezdeterminowanego, podmiotu „jurydycznego”, będącego niczym innym jak sposobem zarządzania jednostkami (przez kapitalizm) w taki sposób, by to „one same” spełniały oczekiwania systemu, a więc przez wpisanie mechanizmów władzy w samo jądro ich jednostkowej podmiotowości, co tak drobiazgowo i krytycznie analizował choćby Michel Foucault[6]. Operacja taka jest jednak możliwa tylko pod warunkiem zagospodarowania w jakiś sposób nie mieszczącej się w jawnej, afirmowanej wersji tej ideologii „nadwyżki”. Skąd mianowicie bierze się ten niszczycielski składnik osobowości Tereski, dziewczyny, której wszyscy chcieli pomóc, a ona wszystkie oferty pomocy odrzuciła? By się z tym problemem uporać, koncepcja wolnego, niezdeterminowanego, odpowiedzialnego całkowicie za siebie i wszystkie swoje (podejmowane wedle tej doktryny zawsze świadomie) decyzje podmiotu potrzebuje nieodzownie swojego perwersyjnego, obscenicznego, dopełniającego rewersu: rasizmu klasowego.

 

Rasizm klasowy

Rasizm jest ideologią znacznie bardziej skomplikowaną niżby na to wskazywało potoczne przekonanie – nie ogranicza się tylko do niechęci do ludzi tego czy innego koloru skóry. Jako kluczowa i w pewnym sensie „pierwotna” ideologia systemu kapitalistycznego, rasizm jest ustrukturyzowanym systemem przekonań segregującym ludzi na segmenty o zasadniczo nieprzekraczalnych granicach, które rymują się z podziałami struktury socjo-ekonomicznej, ale różnice socjo-ekonomiczne system ten przekłada na – czy też wyraża w kategoriach quasi-biologicznych, a więc w kategoriach podających się (między innymi przy pomocy fałszowania języka i operacji logicznych) za kategorie nauk przyrodniczych[7]. Funkcją rasizmu jako ideologii jest naturalizacja struktur wyzysku przez przemieszczenie cech pochodzących całkowicie z porządku społecznego i historycznego w domenę porządku przyrody. Dzięki temu historyczna przygodność i przede wszystkim stosunki społeczne (stosunki władzy, dominacji i wyzysku) zostaną nie tylko od odpowiedzialności za ich zrodzenie ideologicznie uwolnione, ale też z ich istnienia usprawiedliwione. Kiedy już przyjmie się, że niektórzy ludzie rodzą się gorsi, łatwiej (zarówno uprzywilejowanym, jak i pokrzywdzonym) pogodzić się, że gorsi dostają jedynie odpadki i resztki, a czasem tylko strzał w pysk.

Cześć Tereska Roberta Glińskiego podejmuje ogromny tekstualny wysiłek mający na celu wpisanie cech wyjaśniających irracjonalny autodestrukcjonizm bohaterki w pakiet jej osobniczych właściwości wyjaśnianych zespołem immanentnych, organicznych cech jej kategorii społecznej. Naturalizuje je, dąży do tego, by jawiły się jako właściwości biologiczne, genetyczne jej otoczenia; innymi słowy: aby jawiły się jako cechy rasowe, cechy „podludzi”, cechy ludzi wybrakowanych. Najbliższe otoczenie Tereski to m.in.: agresywny ojciec-alkoholik, w porywie pijackiej furii rzucający się z siekierą na ludzi, ściany i windy; matka karząca dzieci przez obciążanie ich pracą w domu i ślepa na dramat przeżywany przez dziecko; okradające się nawzajem szkolne koleżanki o prostackim poczuciu humoru i szewskim wokabularzu; chłopcy gotowi pobić przypadkowego człowieka, by przed kolegami i dziewczynami rytualnie odegrać „prawdziwych mężczyzn”. Film przeplatany jest kolekcjonowanymi przez Glińskiego szczegółami z otaczającego te parę osób społecznego pejzażu: obrazy ludzi pijących, rozgniatających puszki po piwie, obrzucających się wyzwiskami, brzydkich, grubych, wychodzących w niegustownych majtkach na krzesło na balkonie, żeby powiesić pranie.

W modelowy dla rasistowskich operacji ideologicznych sposób Gliński, w celu jak najgłębszego wpisania ogólnego obrazu upadku w porządek biologicznej „natury” opisywanego środowiska, sporo uwagi poświęca degeneracji seksualnej świata przedstawionego: przedwczesna inicjacja nastolatków, instrumentalne traktowanie przez chłopców partnerek seksualnych, awanse względem Tereski dorosłego inwalidy-alkoholika Edzia, podchodzące pod pedofilię. Ten ostatni wątek jest szczególnie symptomatyczny. Filmowiec obdarzony minimum zdolności krytycznego opisu rzeczywistości, a także elementarnym minimum kompetencji humanistycznej, przyjrzałby się takiej postaci przez pryzmat jej cierpienia wywołanego połączeniem beznadziei społeczno-ekonomicznego położenia ze straszliwą samotnością, której bynajmniej nie ostatnią w kolejce przyczyną jest społeczne wywłaszczenie z prawa do przyjemności seksualnej w konsekwencji kalectwa. Edzia „zaloty” do Tereski biorą się przecież głównie stąd, że najprawdopodobniej nikt inny do niego częściej nie przychodzi, a on – uwięziony na swoim wózku – nigdzie nie wychodzi. Tymczasem sposób (i intencje) ukazania tej postaci najlepiej streszczają słowa Zbigniewa Zamachowskiego, porażające niezwykle rzadko u aktorów spotykaną pogardą dla odgrywanej postaci: „gram kalekę-degenerata uwikłanego w związek uczuciowy z 14-letnią dziewczynką”[8].

Oczywiście, wszystkie tego rodzaju zdarzenia i zjawiska mają miejsce w „dzielnicach nędzy” i w blokowiskach. Przy krytycznym odbiorze filmu Glińskiego szokuje absurdalny stopień zagęszczenia w czasie i przestrzeni i właściwie wyłączenie ze świata przedstawionego składników rzeczywistości i osób, które nie byłyby albo przerażające, albo odpychające, albo obrzydliwe. Wyjątkiem jest taktowne obdarzenie głównej bohaterki zainteresowaniami artystycznymi i – co również znaczące – figur lokalnych elit (przedstawicieli miejscowej inteligencji i struktur Kościoła katolickiego).

Krytyka społeczna często posługuje się przerysowaniem i kondensacją, ale czyni to po to, by – jak powiedział klasyk – wynikające z rzeczywistości społecznej cierpienie uzupełnić o koszmar jego świadomości. Prawdziwa krytyka społeczna (a więc i kino prawdziwie społeczne, które w Polsce po 1989 jako nurt nie istnieje) zajmuje się wykazaniem strukturalnego pochodzenia takich problemów z biedy („prywatyzacja redystrybucji przez działalność przestępczą”[9] – skoro z redystrybucji zrezygnowało państwo, które popadło w szał prywatyzowania wszystkiego innego; agresja i alkoholizm jako konsekwencje frustracji spowodowanej beznadziejnym położeniem ekonomicznym, itd.), a biedy ze specyficznych mechanizmów jej wytwarzania przez kapitalizm („bogaci czerpią korzyści z tego, że biedni są ubodzy, zaś biedni są ubodzy częściowo z powodu działań, które bogaci podejmują po to, by stać się i pozostać bogatymi”, a „[s]topień nierówności ekonomicznej – a więc ubóstwa – nie jest przede wszystkim funkcją nierówności dystrybucji cech indywidualnych […], ale stosunków władzy, które ograniczają i regulują proces pozyskiwania i dystrybucji dochodu”[10]).

Cześć Tereska kondensuje „obrzydliwe atrakcje”, by usunąć z pola widzenia jakiekolwiek systemowe mechanizmy, które odpowiadają za powstawanie takich zjawisk, jak również po to, by tłumaczyły się one nawzajem, albo też wspierały się nawzajem jako „wyjaśnienie”. By jawiły się jako zespół cech i zachowań, do których ludzie ci są predestynowani najwyraźniej „genetycznie” (bo żadna racjonalna interpretacja nie zostanie zasugerowana), aż w rezultacie bieda i bezrobocie zaczynają wynikać z alkoholizmu i „patologii”, a nie na odwrót. W kwestii ślepoty społeczno-politycznej współczesnego polskiego kina film ten jest przykładem szczególnie emblematycznym także ze względu na to, iż nawet motyw bezrobocia – chodzi o ojca Tereski – nie sugeruje choćby półgębkiem nawet najbardziej nieśmiałych aluzji do mechanizmów generowania tego problemu społecznego przez kapitalizm[11].

Jedyny motyw wyjaśniający położenie bohaterów w kategoriach, które można by uznać za „społeczne”, to standardowe dla dyskursu neoliberalnego w naszej części Europy zwalanie odpowiedzialności za problemy wynikające z kapitalizmu na mityczną cywilizacyjną czarną dziurę „komunizmu”. Dyskurs ten posługuje się na co dzień mnóstwem wątków poruszanych w całym bogactwie inwariantów. W Cześć Tereska mamy takie odniesienia do syndromu homo sovieticus w społecznym środowisku dziewczynki, jak oglądany przez jej rodziców archiwalny program rozrywkowy w estetyce telewizyjnej PRL, „komunistyczne” w domyśle blokowisko oraz cyniczna postawa Tereski wobec funkcjonariuszy państwa („Nic mi nie zrobicie! Jestem nieletnia!”) mająca za zadanie przywoływać odziedziczoną zdaniem (neo)liberałów po „komunie” „roszczeniową postawę” biednych – konotuje cyniczne, nastawione na nadużycie, podejście „elementu” z blokowisk do struktur aparatu państwa (stawką jest eliminacja pomocy społecznej, której rzekomo nadużywają i której równie rzekoma dostępność ich demoralizuje). Jest to jednak dyskurs który strukturalnie ma wiele wspólnego z rasizmem (w jego wariancie kulturalistycznym) i po prostu się wpisuje się w tę samą logikę[12].

 

Zakaz myślenia

Slavoj Žižek pisał wielokrotnie o zjawisku ogłupiającego, neoliberalnego „zakazu myślenia” (Denkverbot), w którym żyjemy[13], a który nie pozwala zakwestionować podstawowych ideologicznych założeń późnego kapitalizmu. Daliśmy się zwieść postawionej na zamówienie klasy dysponentów zglobalizowanego kapitału bezwstydnej tezie Francisa Fukuyamy o „końcu historii”: oto polityczny zamęt dziejów doprowadził nas do bezpiecznej przystani najbardziej jakoby racjonalnej i ostatecznej formy uspołecznienia (liberalnej demokracji późnego, zglobalizowanego kapitalizmu). Krytyka podstaw systemu oraz alternatywa dla niego stały się w ten sposób niemożliwe już do pomyślenia. O ile w ambitnym kinie w różnych częściach świata ogniska oporu przeciwko temu zakazowi od lat uparcie istnieją, gdzieniegdzie są nawet silne i przez ostatnich kilka lat rosną w siłę, o tyle w polskim kinie fabularnym neoliberalno-neokonserwatywny Denkverbot był przez ostatnie dwie dekady niemal całkowity (dokładnie odbijając stan rzeczy w życiu politycznym i dyskursie publicznym[14]). Jego przejawem był filmowy dyskurs o biedzie, z którą coś trzeba było zrobić, żeby oskarżenie o nią odwrócić od panującego systemu[15] (z właściwymi mu: wyzyskiem, mechaniką funkcjonalnych wykluczeń[16], neoliberalną „akumulacją przez wywłaszczenie”[17], itd.). Cześć Tereska – ze swoim wpisaniem winy za tragiczne zbłądzenie w podmiotowość bohaterki i z rasistowską naturalizacją jej przynależności klasowej – jest nieodrodną i zarazem wyrazistą do granic bezwstydu częścią tego haniebnego nurtu.

Polskie elity przyjęły niszczycielską „wulgatę” neoliberalizmu[18] z właściwą neofitom (nad)gorliwością zawieszającą jakiekolwiek wahanie czy minimum refleksji nawet w zderzeniu z najbardziej ekstremalnymi posunięciami nowego reżimu akumulacji. Jego uderzenie było dzięki temu wielokrotnie silniejsze, głębsze i szybsze, niż odważono się tego choćby spróbować w jakimkolwiek kraju rozwiniętych demokracji euroatlantyckich[19]. Elity kulturalne dołączyły bezkrytycznie do tego zbrodniczego dzieła, nie tylko wysługując się elitom politycznym i ekonomicznym, ale też stawką własnego sukcesu i statusu w nowej rzeczywistości „postkomunizmu” czyniąc własną identyfikację symboliczną z interesem, punktem widzenia i ideologiami elit ekonomicznych i politycznych – klasy beneficjentów zarządzającej transformacją ustrojową (a nie obronę wartości uniwersalnych przed partykularyzmem interesu klas dominujących[20]). Swoją drogą, ta właśnie dynamika społecznego zachowania inteligencji humanistycznej ma w sobie coś perwersyjnego, jest bowiem sprzeczna z obiektywnym interesem większości tej grupy społecznej: dla większości środowisk inteligencji humanistycznej neoliberalny kapitalizm oznacza degradację symboliczną, ekonomiczną lub obydwie na raz (co tak kapitalnie pokazuje Dzień świra Marka Koterskiego), i tylko mniejszość z nich dołącza do elit ekonomicznych. Fałszywe stawki symboliczne skutecznie jednak przesłaniają rzeczywisty, obiektywny interes ekonomiczny, co przypomina strukturę fałszywej świadomości polskiej szlachty w okresie przedrozbiorowym: nawet jej segmenty charakteryzujące się niewielkim lub po prostu żadnym stanem posiadania żyły w fałszywym poczuciu wspólnoty tożsamości i interesu z magnatami.

W samym filmie Glińskiego możemy zresztą znaleźć motyw, który daje się czytać jako figura tej pokracznej pozycji inteligenckich elit kulturalnych i tym samym jest niezamierzonym odbiciem instancji „twórcy filmu” w samym jego „tekście”. Chodzi tu o personel szkoły krawieckiej, do której uczęszczają Tereska i Renata. Nauczyciel, swego rodzaju archetyp inteligenta, to jednocześnie jeden z tych zawodów, które są w Polsce najniżej wynagradzane. Ambiwalentny prestiż tego zawodu opiera się na kryteriach symbolicznych, wbrew wskaźnikom ekonomicznym. Obiektywny interes ekonomiczny powinien tej grupie nakazywać identyfikację z interesem i dążeniami klas pracujących, wzmacnianą świadomością tego, co jest interesem uniwersalnym, która powinna wynikać z posiadanego przez tę grupę kapitału kulturalnego. Tak jednak nie jest i wszyscy wiemy, że jest to jedna z bardziej konserwatywnych grup społecznych. Podobnie jak twórców Cześć Tereska filmowe nauczycielki cechuje relacja klasowego dystansu w stosunku do uczennic i nie zawsze dobrze ukrywanej klasowej pogardy (lekceważące „każdy tak mówi” w ustach dyrektorki). Stawką nie jest dla nich uniwersalizm, a udowadnianie własnej różnicy – „dystynkcja”.

Neoliberalny zakaz myślenia, tak bezbłędnie przestrzegany przez twórców Cześć Tereska, objawia się także w zdumiewającej ślepocie tego filmu na okoliczności, które w 2001 roku były już częścią wiedzy potocznej. I tak na przykład Cześć Tereska jako jedną z szans oferowanych bohaterce przez życie (i odrzuconych przez nią) ukazuje wynikającą z nauki w szkole krawieckiej perspektywę pracy w przemyśle odzieżowym, podczas gdy delokalizacja jego produkcji z półperyferii systemu kapitalistycznego (do jakich należy Polska) na jego całkowite peryferie charakteryzujące się jeszcze niższymi kosztami i socjalnymi standardami pracy (Chiny, Indonezja czy Bangladesz) nie była wówczas nowiną. Prawdziwa Tereska nie tylko nie miałaby szans na zostanie po szkole krawieckiej projektantką mody, jak to sobie roił Płażewski, ale prawdopodobnie szybko straciłaby szanse na pracę nawet jako robotnica.

Podobnie oferta Kościoła katolickiego jest tu ukazana jako wizja lepszego życia i wrota do lepszej kultury, bez żadnych odniesień do reakcyjnych ideologii przekazywanych przez tę instytucję w celu utrzymania takich ludzi jak rodzina Tereski w głębokiej zgodzie na ich położenie. Że nie wspomnę o cieniu świadomości twórców, że Kościół to przede wszystkim firma będąca jednym z głównych beneficjentów (przez odzyskanie stanu posiadania równego temu w średniowieczu) tej samej transformacji ustrojowej[21], której ofiarą padło odmalowane na ekranie blokowisko. Mówiąc inaczej: ekonomiczna ekspansja Kościoła ma swój udział w odpowiedzialności za nędzę, w jakiej żyją Tereska i jej rodzina. Film przedstawia jednak Kościół z taką samą nabożną czcią, jak to czynią takie hagiograficzne obrazy jak Prymas Teresy Kotlarczyk czy Popiełuszko Rafała Wieczyńskiego.

 

[1]     Loïc Wacquant, Więzienia nędzy, przeł. Michał Kozłowski, Książka i Prasa, Warszawa 2009, s. 17.

[2]     Jerzy Płażewski, Smutne rendez-vous z rzeczywistością, „Kino” 2001, nr 9, s. 37.

[3]     Sama pozycja symboliczna Płażewskiego jako krytyka (oparta w dużej mierze na ciągłym wznawianiu jego Historii filmu dla każdego, której pierwsze wersje jeżyły się od komunistycznego żargonu i wzmianek o „absurdach gospodarki kapitalistycznej”) wymaga od niego teraz tym żarliwszej identyfikacji z obecnie dominującym dyskursem ideologicznym, tym silniejszego przyjmowania neoliberalnego „zakazu myślenia” – jest to niezbędny warunek jego sprawnego funkcjonowania także w obrębie współczesnych elit, których kulturowa autodefinicja opiera się na opozycji do pogrzebanego komunizmu. Jawi się to jako rodzaj pokuty mającej odkupić grzech wyznawania kiedyś marksizmu (a może tylko koniunkturalizmu).

[4]     Bożena Janicka, Zła Tereska, „Kino” 2001, nr 11, s. 61.

[5]     L. Wacquant, dz. cyt., s. 64-65.

[6]     Zob. Michel Foucault, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, przeł. Tadeusz Komendant, Aletheia, Warszawa 1998. W kontekście ideologii neoliberalnej i zarządzania przez nią podmiotem zob. Thomas Lemke, Foucault, rządomyślność, krytyka, przeł. Jakub Maciejczyk, „Recykling Idei” 2007, nr 9, s. 40-48.

[7]     Zob. np. Étienne Balibar, Immanuel Wallerstein, Race, Nation, Classe: Les identités ambiguës, Paris 1988; a z prac w języku polskim: Piotr Kendziorek, Antysemityzm a społeczeństwo mieszczańskie, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2004, zwłaszcza rozdziały 3 i 4.

[8]     O śmiechu i smutku, ze Zbigniewem Zamachowskim rozmawia Iwona Cegiełkówna, „Kino” 2001, nr 11, s. 39.

[9]     David Harvey, Prawo do miasta, przeł. Jakub Maciejczyk, „Le Monde diplomatique – edycja polska”, kwiecień 2009, s. 11.

[10]    Erik Olin Wright, Od badań stratyfikacji do analizy klasowej (i z powrotem?), przeł. Marcin Starnawski, „Recykling Idei” 2008, nr 11, s. 22.

[11]    W Polsce po 1989 roku widoczny był w stanie właściwie laboratoryjnej czystości mechanizm celowego wytwarzania przez system masowego bezrobocia w celu miażdżenia płac i utrzymywania ich na skandalicznie niskim poziomie, co gwarantowało nieprawdopodobne tempo akumulacji oraz wytwarzało mobilną na skalę europejską Marksowską „rezerwową armię pracy”. Zob. Mieczysław Kabaj, Ekonomia tworzenia i likwidacji miejsc pracy. Dezaktywizacja Polski?, Instytut Pracy i Spraw Socjalnych, Warszawa 2005; David Ost, Klęska Solidarności, MUZA, Warszawa 2007; Jane Hardy, Poland’s New Capitalism, Pluto Press, London-New York 2009; Grzegorz Konat, Antypolityka społeczno-ekonomiczna, czyli niedobór w gospodarce 2, [w:] Stracone szanse? Bilans transformacji 1989-2009, red. Jakub Majmurek i Piotr Szumlewicz, Difin, Warszawa 2009, s. 19-50.

[12]    Zob. Michał Buchowski, Widmo orientalizmu w Europie. Od egzotycznego Innego do napiętnowania swojego, przeł. Michalina Golińczak, „Recykling Idei” 2008, nr 10, s. 98-107. Pierwodruk: The Specter of Orientalism in Europe: From Exotic Other to Stigmatized Brother, „Anthropological Quarterly”, 2006, Vol. 79, No 3, s. 463-482.

[13]    Slavoj Žižek, Wprowadzenie: Pomiędzy dwiema rewolucjami, [w:] tegoż, Rewolucja u bram. Pisma Lenina z roku 1917, przeł Julian Kutyła, Seria Krytyki Politycznej, ha!art, Kraków 2006, s. 47.

[14]    Zob. Jakub Majmurek, Ideologie polskiej transformacji, [w:] Stracone szanse?…, dz. cyt., s. 119-146.

[15]    Zob. analizę problemu na przykładzie Boiska bezdomnych Kasi Adamik w: Andrzej W. Nowak, Biedni warszawiacy patrzą na bezdomnych… czyli opera bez trzech groszy, http://www.lewica.pl/?id=19794

[16]    É. Balibar, I. Wallerstein, Race, Nation, Classe…, dz. cyt.

[17]    David Harvey, The New Imperialism, Oxford University Press,Oxford 2003, rozdział 4; tenże, Neoliberalizm. Historia katastrofy, przeł. Jerzy Paweł Listwan, Książka i Prasa, Warszawa 2008.

[18]    Pierre Bourdieu, Loïc Wacquant, Nowomowa neoliberalna. Uwagi na temat nowej planetarnej wulgaty, przeł. Marcin Starnawski, „Recyking Idei” 2007, nr 9, s. 6-10.

[19]    Zob. J. Hardy, dz. cyt.

[20]    Zob. co o francuskiej „klasie producentów dóbr kultury”, jej genezie i stawkach symbolicznych pisze: Pierre Bourdieu, Reguły sztuki. Geneza i struktura pola literackiego, przeł. Andrzej Zawadzki, Universitas, Kraków 2001.

[21]    Zob. Mariusz Agnosiewicz, Czy III RP zasługuje na zbawienie? Zarys relacji państwo-Kościół po 1989 roku, [w] Stracone szanse?…, dz. cyt. s. 89-118.

Jarosław Pietrzak


Tekst pochodzi z książki „Kino polskie 1989-2009: Historia krytyczna” pod redakcją Agnieszki Wiśniewskiej i Piotra Mareckiego; Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010

 

Takeshi Kaneshiro w filmie "Dom Latających Sztyletów"

John Woo i polityka kulturalna Państwa Środka

Chiny dążą dzisiaj do powrotu do roli największej gospodarczej potęgi świata, jaką były do początku XIX wieku (jeszcze w okolicach roku 1800 wytwarzały ponad 33% światowej produkcji[1]). Pytaniem otwartym pozostaje, na ile to w ogóle możliwe przy strukturze turbokapitalizmu peryferii, zarządzanego dla niepoznaki przez partię/klasę polityczną noszącą wciąż formalnie w nazwie przymiotnik „Komunistyczna”. Pytaniem otwartym pozostaje też, czy nowa hegemonia w warunkach strukturalnego planetarnego chaosu kapitalizmu w fazie globalizacji neoliberalnej, jest w ogóle możliwa. Chiny jednak chcą to zrobić, nawet jeśli sama pozycja hegemona, z której stopniową utratą tak desperacko nie chcą się pogodzić Stany Zjednoczone, po prostu nie jest już dla nikogo do wzięcia.

By to osiągnąć, także swój udział w światowym obiegu kulturalnym Chiny pragną mieć na poziomie mocarstwa. Póki co, udział chińskich przemysłów kultury w rynku światowym wynosi zaledwie kilka procent. Niewiele jak na państwo stanowiące ponad jedną piątą światowej populacji, odnotowujące nawet dwucyfrowy roczny wzrost gospodarczy. Chiny uważają to za obciach i chcą to zmienić. Chodzi wszak o ogromny, jeden z kluczowych rynków w światowej wymianie gospodarczej, a także o pozycję prestiżową i oddziaływanie ideologiczne. Światowa dominacja amerykańskiego kapitału na rynku filmowym jest dziś jednym z narzędzi utrzymywania neoliberalnej pax americana na skalę planety, legitymizuje amerykańską dominację w innych dziedzinach, podtrzymuje złudzenie niezachwiania tej dominacji i zarządza współrzędnymi wyobraźni pewnie ponad dwóch miliardów mieszkańców globu.

Tempo wzrostu

Plan minimum to osiągnięcie udziału porównywalnego z najpotężniejszym rywalem regionalnym: Japonią, która ze swymi ponad czterystoma filmami trafiającymi rocznie do dystrybucji kinowej jest mocarstwem i hegemonem Azji Wschodniej w domenie przemysłów kultury[2], z kilkunastoprocentowym udziałem w tym sektorze rynku światowego. Do Indii jeszcze, póki co, daleko, ale tempo wzrostu narzucono niespotykane. Od co najmniej kilku lat liczba powstających rocznie filmów fabularnych rośnie w Chinach o ponad 20% (w 2006 o 28% – do 330 filmów, w 2007 o 22% – do 402 pozycji). Nawet jeśli tylko sto lub niewiele ponad sto z nich trafia do kin, reszta pozostaje w obiegu telewizyjnym, DVD i festiwalowym, liczby zapierają dech w piersiach. Zwłaszcza, że towarzyszy temu wzrost frekwencji w rozbudowywanej szybko sieci kin również rzędu 20-30% rocznie. Frekwencję w 2007 chińska State Administration of Radio, Film and Television oszacowała na 674 miliony, z czego 54% na filmach krajowych.[3] Udział produkcji chińskiej w okolicach 55% jest stały – Chiny stosują bardzo ścisłe limity ilości dopuszczanych do dystrybucji filmów zagranicznych, ostatnio jest to bodajże maksimum 20 z jednego kraju, co doprowadza Amerykanów do wścieku). Masowo rośnie też liczba sal kinowych.

Jeszcze kilkanaście lat temu Hongkong produkował kilka razy więcej filmów niż Chiny kontynentalne, których produkcja wyrażała się w niewysokich liczbach dwucyfrowych. Dziś jest daleko w tyle, a kinematografia opuszczonej przez Brytyjczyków enklawy integruje się z kinem ChRL w systemie koproducji zarządzanym z Pekinu przez China Film Co-production Corporation, podlegającą pod centralną państwową korporację filmową China Film Group Corporation. W 2007 r. 8 z 10 najpopularniejszych chińskich filmów roku było koprodukcjami z Hongkongiem, a 5 z nich wyreżyserowanych przez filmowca ze Specjalnego Regionu Administracyjnego.

Chińskim macherom od kultury chodzi jednak nie tylko o ilości, ale i o to, by ilości przeszły w miejsce w masowej wyobraźni – na skalę międzynarodową. Chińscy oficjele, w tym Ministerstwo Kultury, mówią otwarcie o kinie jako o kolejnym froncie ekonomicznym i zarazem polityczno-ideologicznym Państwa Środka na arenie światowej. Podniesiona przez takie filmy jak Hero i Dom Latających Sztyletów Zhanga Yimou (Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok Anga Lee to była jeszcze przereklamowana, bzdurna cepeliada, ale dzieła wbicia się na rynki Zachodu, które było zasadniczym celem jej powstania, dokonała) na najwyższy poziom estetyczny formuła widowiska sztuk walki zwana wuxia (które tak często było wcześniej kinem klasy B lub C) była być może dopiero przedsmakiem nadchodzących możliwości rozwijającej się w zabójczym tempie chińskiej machiny filmowej. Obydwa filmy Zhanga Yimou zdołały zdobyć szczyty box office’ów nawet na rynkach tak odpornych na kino powstałe w innych językach, jak USA. Potem była Cesarzowa Yimou, czy The Warlords Petera Chana.

Artyści i władza

Administrująca tak produkcją jak i dystrubucją filmową na rynku wewnętrznym oraz eksportem chińskich filmów za granicę China Film Group Corporation[4] nie spoczywa na laurach. Do pracy w Chinach zaproszony został John Woo, legendarny reżyser kina akcji z Honkongu, sprowadzony potem przez Jean-Claude’a Van Damme’a do Hollywood, gdzie wywarł kolosalny wpływ na poetykę współczesnego kina akcji (Bez twarzy, Mission: Impossible 2). Do dyspozycji obiecano mu wszystko: machinę produkcyjną, oddziały wojska do sekwencji batalistycznych, nowoczesne technologie i 80 milionów dolarów budżetu (część finansów pochodziła z zagranicy, ale głównym producentem jest CFGC). Zadaniem, jakie w zamian za to dostał, było podnieść chińską produkcję filmową o kolejny poziom wyżej. John Woo w Hollywood nie biedował, ale dowodzić na Jangcy całymi dywizjami, mając do tego nieograniczoną władzę decyzyjną na planie, bez obowiązku uzgadniania z kimkolwiek zmian i wolność od droczenia się z bankierami, prześladującymi każdego filmowca w Hollywood – tego nikt mu wcześniej nie zaoferował.


Trzy Królestwa

Oto jeden ze sposobów, w jaki klasa zarządzająca neoliberalnym turbokapitalizmem Państwa Środka kupuje sobie usługi i wierność „poetów”, zaciąganych na służbę jej projektu ukarania kilku wieków hybris Zachodu (choćby po trupach milionów chińskich robotników zużywanych bez skrupułów i sumienia w chińskich fabrykach na potrzeby rynków i korporacji Zachodu; choćby za cenę wykluczenia z udziału w tym wzroście kilkuset milionów rolników, bez których wykluczenia ten wzrost by się nie obył…).

Sposobów jest jednak więcej. Od 2004 roku mechanizmy cenzury są wyraźnie lżejsze.

Kiedyś, żeby zatwierdzić fim do produkcji, trzeba było uzyskać akceptację dla całego, szczegółowego scenariusza. Można było w trakcie produkcji ryzykować zmiany w nim, ale była to prosta droga do zakazu dystrybucji gotowego filmu na terenie Chin, zwłaszcza, gdyby zmiany nastąpiły w punktach delikatnych politycznie. Chiny jednocześnie wysyłały film na zagraniczne festiwale filmowe, a później sprzedawały za dewizy na cały świat. Władze czasem też pozwalały na realizację wywrotowego filmu niejako zakładając z góry, że w kraju się tego nie pokaże, albo puści w dwóch kopiach po jakichś salkach uniwersyteckich. Zawsze przecież warto mieć jakiś kulturalny PR za granicą i zasoby pozwalające dywersyfikować rezerwy w walutach obcych. Od czasu Żyć Zhanga Yimou z 1994 roku prawa do zagranicznej dystryucji filmów twórców Piątej Generacji zaczęły być bowiem kupowane na pniu jeszcze zanim te filmy powstały, już na etapie scenariusza…

Nie można mieć pretensji do szewca o to, że szyje buty. Tak jak około- i post-tienanmeńska klasa polityczna ugrywała na twórcach swoje interesy, tak i oni na oczekiwaniach władzy usiłowali ugrać coś dla siebie i swojej Sprawy czy spraw. O zwycięstwie lub porażce, o ich przyczynach i okolicznościach – sto procent pewności można mieć tylko, kiedy już dawno jest po bitwie. Żaden grzech – póki fakty nie są jeszcze dokonane – uczciwie robić swoje. A nuż – jak w Trzech Królestwach – wiatr zmieni kierunek na naszą korzyść i ogień zajmie siły przeciwnika.

Tym bardziej, że tak zwana Piąta Generacja chińskiego kina, filmowcy, którzy debiutowali w latach 80., a zasłynęli na cały świat na przełomie lat 80. i 90. (poczynając od Złotego Niedźwiedzia w Berlinie dla Zhanga Yimou za Czerwone sorgo w 1988, nagrody w Wenecji również dla Zhanga Yimou za Zawieście czerwone latarnie w 1991 i canneńskiej Złotej Palmy za Żegnaj, moja konkubino Chena Kaige w 1993, które uruchomiły całą falę spektakularnych międzynarodowych sukcesów), wnieśli ogromny wkład w dorobek światowej sztuki filmowej i zakazani lub limitowani w dystrybucji oficjalnej, grasują teraz z całą pewnością na kolosalnym chińskim rynku nagrań pirackich. Rynku, którego chińska klasa polityczna z rozmysłem nie tępi, bo stanowi on element jej własnej strategii na innym, wspomnianym już wcześniej froncie: kwot importowych na filmy w oficjalnej dystrybucji. Życzliwe tolerowanie pirackiego obrotu płytami DVD to bufor, który powoduje, że społeczeństwo nie odczuwa izolacji od repertuaru zagranicznego, zawsze do zdobycia na piratach, a jednocześnie nie wydaje na te zagraniczne filmy aż tyle pieniędzy. Pieniędzy, którymi płaci za bilety na filmy powstałe w kraju i napędza machinę… Poza tym niektóre filmy zakazane w pierwszej połowie lat 90. zostały wkrótce odblokowane (np. Zawieście czerwone latarnie).

Wróćmy jednak do zelżałej cenzury: dziś nie trzeba składać do akceptacji całego scenariusza, wystarczy złożyć nowelę filmową streszczającą projekt filmu. Pewnie jest w tym trochę pragmatyki – przy takim tempie wzrostu produkcji filmowej, całkiem możliwe, że urzędnicy przestali już wyrabiać z rzetelnym czytaniem całych scenariuszy. Dzięki temu jednak nie ma już ryzyka, że cenzor wychwyci różnice w szczegółach między scenariuszem a gotowym filmem i odeśle film na półkę, mówiąc, że nie to zaakceptował. Same kryteria stały się też mniej restrykcyjne. Cenzura jednak nie przestała istnieć i groźba, że uderzy, zawsze jakoś tam wisi w powietrzu. W ten oto sposób władza chce włączyć filmowców mających tendencje do wywrotowości w obręb oficjalnych struktur produkcji filmowej, zakładając, że za zaoferowaną odrobinę politycznej swobody więcej połączoną z komfortem pracy w uregulowanych strukturach (w miejsce partyzantki kręcenia w podziemiu i szukania finansowania wyłącznie za granicą) uzyska od filmowców więcej politycznej pokory i subordynacji, stępi ich ostrza, bo odczują to jako wielką różnicę w stosunku do tego, co spotykało ich i ich filmy na początku lat 90. (kiedy Partia interweniowala nawet w życie osobiste filmowców: w 1995 roku Zhang Yimou dostał oficjalny nakaz zerwania nieformalnego – a dla samego Yimou pozamałżeńskiego – związku z Gong Li, najsłynniejszą na świecie chińską aktorką tamtej dekady – zagrała chyba w co drugim z nasłynniejszych chińskich filmów tamtego czasu).

Piąta Generacja jak konfucjanizm

Metoda odnosi sukcesy. A już na pewno w stosunku do filmowców Piątej Generacji. „Komunistycznej” Partii Chin udało się z nimi zrobić coś podobnego do tego, co Chiny cesarskie uczyniły z konfucjanizmem. Konfucjanizm w swoich początkach był podobno doktryną w znacznej mierze opozycyjną w stosunku do władzy, Chiny cesarskie zdołały jednak wziąć go w karby, wyrzucić elementy niepożądane, przykroić do swoich oczekiwań i wedle nich sformalizować, a potem przez pokolenia reprodukować jako ideologię posłuszeństwa wobec władzy, która nawet jeżeli nie ma racji, to ma się sama pod ciężarem własnej pychy i błędów zawalić. Zhang Yimou, twórca dysydenckiego Żyć, dzisiaj nie odmawia inscenizacji plenerowych widowisk propagandowych na zamówienie „Komunistycznej” Partii Chin czy afirmujących władzę i jej splendor widowisk w rodzaju Cesarzowej (ponownie na planie z Gong Li).

W latach 90. XX wieku filmowcy Piątej Generacji sprzeciwiali się władzy na dwa sposoby: 1) konstruując niezwykle wyrafinowane plastycznie, inscenizacyjnie i montażowo metafory „władzy w ogóle” (Zawieście czerwone latarnie Zhanga Yimou), albo też – wcale nierzadko – 2) atakując konkretną historycznie i politycznie władzę i jej autoteliczną, samozwrotną dynamikę, alienującą się od jakichkolwiek rzeczywistych celów społecznych na rzecz samej logiki przemocy pozwalającej utrzymywać stosunki panowania (Żegnaj, moja konkubino Chena Kaige czy ŻyćZhanga Yimou). Przy czym te drugie nie ustępowały pierwszym pod względem perfekcji plastycznej i inscenizacyjnej.

W ciągu kilku lat udało się władzy dokonać wielokierunkowej operacji. Tematy społeczno-polityczne, które wyartykułowane przez filmowców mogłyby mieć orientację opozycyjną, zostały zepchnięte do nisz realistycznego kina społecznego o perspektywie zawężonej do portretowania jednego problemu (Wszyscy albo nikt Zhanga Yimou, opowieść o prowincjonalnej wiejskiej szkole). Z kolei wyrafinowana estetyka perfekcyjnie inscenizowanego i drobiazgowo przemyślanego plastycznie kina twórców Piątej Generacji została przestawiona na zadanie swego rodzaju „neokonfucjańskiej” afirmacji władzy, rozmywania politycznego wymiaru rzeczywistości i rozbrajania konfliktów wewnątrz chińskiego społeczeństwa przez forsowanie jego identyfikacji z fantazmatycznym wspomnieniem wspaniałości Chin cesarskich. „Komunistyczna” Partia Chin tkwi w domyśle jako kolejne wcielenie ponadczasowej „władzy w ogóle” i moralny spadkobierca władzy okresu cesarskiego.

Chen Kaige, twórca Żegnaj, moja konkubino, kilka lat później, prezentując w Cannes film Cesarz i zabójca, powiedział, że chciał między innymi pokazać… często pomijane piękno wojny. Nie mówiąc o późniejszej Obietnicy. Hero Zhanga Yimou w olśniewający w czysto widowiskowy sposób opowiadał właściwie o tym, że nawet szlachetny w swych intencjach bunt przeciwko władzy jest politycznie i etycznie bez sensu, ponieważ władza jest w sposób transcendentny szlachetna i ostatecznie ma słuszność. Jest też wspaniałomyślna, bo potrafi uczcić nawet śmierć buntownika. Dom Latających Sztyletów jest w swym przekazie bardziej wyrafinowany, przekaz jest bardziej zniuansowany, ale za to jest on może bardziej obezwładniający. Film wydaje się powstały nie tyle na polityczne zamówienie, ale jako ostateczne osobiste złożenie broni przez zagubionego lub doprowadzonego do politycznej bezradności Yimou, i jako taki jest czymś paradoksalnym: niezwykle pięknym aktem politycznej kapitulacji albo nawet dezercji.

Dom Latających Sztyletów i marzenie o ucieczce od polityki

Przypomnę, że tytułowy Dom Latających Sztyletów to tajna organizacja opozycyjna (struktura polityczna i zarazem paramilitarna) skierowana przeciwko władzy cesarskiej; organizacja, która jednocześnie rabuje bogatych, by rozdawać biednym i ma w swych szeregach mnóstwo kobiet, których status w ogranizacji jest identyczny, jak mężczyzn, kobieta nawet nią dowodzi. Mamy więc organizację polityczną o symptomach radykalnego egalitaryzmu (np. płci) w ramach wewnętrznej praktyki oraz w ramach zewnętrznej politycznej aktywności (implicytny postulat zniesienia nierówności ekonomicznych można wyczytać z wywrotowej praktyki redystrybucji wartości dodatkowej transferowanej z góry na dół społecznej drabiny). Oczywiście, chodzi tu tylko o pewne znaki realnej politycznej treści tej organizacji, nie da się tego wyczytać drobiazgowo na każdym poziomie w dzisiejszych kategoriach politycznych (np. przywódczyni organizacji wydaje się mieć w niej władzę dziwnie bliską absolutnej) ze względu na baśniową poetykę i historyczny kontekst (czy też pretekst) opowieści. Niemniej jednak są to wszystko znaki realnego politycznego jądra konfrontacji między Cesarstwem a Domem Latających Sztyletów. Naga siła i wyzysk z jednej strony oraz szlachetne nieposłuszeństwo, redystrybucja i równość z drugiej. W jaki jednak sposób rozwija się dalej polityczna płaszczyzna filmu?

Znakomita konstrukcja dramatyczna, oparta jest po pierwsze na fenomenalnym – przypominającym strukturę wielkich tekstów folkloru czy mitów – trójkącie miłosnym, w którym jeden z kochanków gotów jest zabić ukochaną, byle nie zostać zdradzonym (lub byle zadać kres bólowi narcystycznego urazu po zdradzie, która już miała miejsce), a drugi gotów jest zginąć samemu, byle ukochana przeżyła, choćby zostając z innym. Po drugie oparta jest na poznawczych niespodziankach, systematycznym odsłanianiu kolejnych zasłon utkanych z pozorów (podobno jest to podjęcie jednego z tradycyjnych wątków narracji chińskiej kultury), za którymi okazuje się raz po raz, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej, niż bohaterowie i widzowie do tej pory sądzili. Ta właśnie konstrukcja prowadzi w końcu do poczucia, że oto zamiast konfliktu między hierarchiczną i opartą na wyzysku władzą a egalitarystyczną wobec niej opozycją mamy dezorientującą gmatwaninę, z której wyłania się tylko jedna jasna sprawa: konflikt absolutyzujących politycznych idei (wszystko jedno jakich) i bezradnej wobec nich jednostki, która przez wplątanie w te siły zostaje zmiażdżona w planie swego osobistego szczęścia. Że jedyną wolnością może być dla jednostki ucieczka od jakiejkolwiek wielkiej idei politycznej – we własne szczęście, choćby odizolowane, aspołeczne. Tragiczny finał filmu wynika niejako bezpośrednio z tego, że Jin (Takeshi Kaneshiro) i Mei (Zhang Ziyi) tak długo się wahali przed decyzją o odcięciu się od jakichkolwiek idei politycznych w imię własnej indywidualistycznej (egoistycznej) ucieczki w osobiste szczęście; że tak długo zwlekali z zerwaniem więzów społecznych.

To, co odkrywamy na dnie finału Domu Latających Sztyletów, okazuje się więc na poziomie swoich milczących założeń rymować z (neo)liberalną interpretacją (czy mistyfikacją) rzeczywistości i historii politycznej dwudziestego wieku: ideologie skrajnego elitaryzmu i ekskluzywizmu (faszyzm, w szczególności nazizm) oraz ideologie mimo swych historycznych porażek działające jednak w imię aksjomatu równości jako warunku wolności wszystkich ludzi (komunizm) zostały w tej bajce wrzucone do jednego worka pod (służącą tylko mąceniu) nazwą „totalitaryzm”, a naprzeciwko niego pozostaje tylko „wolna jednostka”. Tylko że wolna od czego i do czego?

W Domu Latających Sztyletów ucieczka przed ideami politycznymi okazuje się tylko daremnym marzeniem, którego bohaterowie nie zrealizują. Ale na koniec owo marzenie pozostaje właśnie jedynym ocalałym z tej całej zawieruchy aksjomatem. Wbrew pozorom, jest to przekaz polityczny, który „Komunistyczna” Partia Chin musiała przyjąć z zadowoleniem. Zwalczające się siły polityczne wydają się na początku wojować ze względu na fundamentalne aksjomaty polityczne, z czasem jednak okazują się czymś na kształt plemion, które jeżeli walczą o idee, to jedynie jak o totemy – nikt ich ani nie sproblematyzował, ani tym bardziej nie opowiedział się za jedną czy drugą opcją w odpowiedzi na uprzednio rozważone problemy. Nie zdecydował polityczny wybór, żadna forma politycznego przejścia do dzieła, a jedynie „organiczny” przypadek przynależności do jednego lub drugiego „plemienia”. „Wystrzegaj się więc, widzu, przystąpienia (a raczej zostania wciągniętym – bo wola nigdy nie wydaje się tu mieć czegoś więcej do powiedzenia) do którejkolwiek ze stron, bo jednej i drugiej chodzi tylko o samą żądzę niekończącej się politycznej walki, a obydwie strony tak samo zdruzgocą twoje jednostkowe życie, albo ci je nawet odbiorą, w zamian dając tylko poczucie, że byłeś pionkiem w czymś, z czego nic nie rozumiałeś”.

Bohaterowie – cała trójka – przegrali. Wojska idą dalej.

Czy współczesna ideologia Państwa Środka nie okazuje się w tym momencie niepokojąco przypominać zachodniej ideologii egoistycznego indywidualizmu stanowiącej komponent propagandy neoliberalnej i neoliberalnego „zakazu” myślenia? Symbioza, w jakiej żyją ponadnarodowe zachodnie korporacje i dostarczająca im darmowej – a czasem i niewolniczej – siły roboczej chińska klasa panująca (wielki biznes i jego ramię polityczne w postaci Jedynej Partii), jest tak głęboka, że Chiny zaczynają lawirować przy użyciu tak podobnych chwytów ideologicznych? Slavoj Žižek zasugerował nie tak dawno, że zachodnia obsesja na punkcie Tybetu bierze się z nieświadomego przeczucia, że oto w chińskim turbokapitalizmie bez demokracji – utrzymującym turbowzrost gospodarczy właśnie za sprawą i pod warunkiem braku demokracji – Zachód, który do niedawna karmił się iluzją, że kapitalizm i demokracja to synonimy i byty nawzajem się warunkujące, widzi niepokojące majaki własnego oblicza w coraz bardziej niedalekiej przyszości (w każdym razie, jeżeli nie zakwestionuje podstaw swojego społeczeństwa, czyli stosunków produkcji, na jakich się ono opiera). Nie tylko zresztą Žižek uważa, że coś jest na rzeczy

Trzy Królestwa czyli Czerwone Klify

John Woo jest twórcą kina akcji i kina wuxia z Hongkongu, nie należy do Piątej Generacji kina Chin kontynentalnych. Trzy Królestwa (Chi bi xia: Jue zhan tian xia, tytuł międzynarodowy: Red Cliff) należą jednak do nurtu, w który Państwu Środka udało się skanalizować dysydenckie zagrożenie ze strony Piątej Generacji i uczynić ją jednym z politycznch filarów status quo. Przez swoje umiejscowienie w historii film ma tyle samo z estetyki Piątej Generacji, co z kina akcji samego Woo. Staranność plastyczna scenografii, kostiumów i zdjęć; choreograficzna inscenizacja – scen walki, scen dworskiego protokołu czy tradycyjnych rytuałów; te wszystkie drobiazgi w rodzaju drżących sznureczków zwisających z nakryć głowy, itd. Jest to oczywiście estetyka Piątej Generacji po jej spektakularyzacji dokonanej drogą akcesu twórców do kina wuxia.

Film zawiera też wszystko, czego machina polityki kulturalnej Chin od Woo oczekiwała – zapierające dech w piersiach widowisko, supergwiazdy kina Azji Wschodniej (między innymi Tony Leung i najbardziej zabójczy facet tamtej części świata, Takeshi Kaneshiro). Oparty na jednej z najsłynniejszych starożytnych chińskich powieści film wyświetlany w Azji w dwóch częściach odniósł ogromny sukces frekwencyjny. Skondensowany w jeden nieco krótszy film trafił następnie na ekrany Zachodu. Kino przy Piccadilly Circus w Londynie, w którym film oglądałem, było pełne do ostatniego miejsca. Do tej pory jego światowa dystrybucja przyniosła już 228 milionów dolarów. Kolejny raz unieśmiertelniony został fantazmat Chin cesarskich (centralnym wydarzeniem jest bitwa o Czerwone Klify z roku 208, która położyła podwaliny pod tzw. „Okres Trzech Królestw”). Mamy tu też wizję polityki jako irracjonalnej (jednym z motywów wojny jest… kobieta) rywalizacji tytanów, w której człowiek zajmuje tę stronę, z którą łączą go więzy „organiczne”, a nie wybory polityczne. Nic nie sugeruje, że mogą istnieć różnice między interesami politycznymi klas panujących i ludu, a wielka polityka „wielkich” (wysoko postawionych) ludzi ulega heroizacji i mityzacji wskazującej widzowi z ludu miejsce co najwyżej w szeregach publiczności, dla której może ona być jedynie olśniewającym, ale odległym od jego życia, spektaklem, w obrębie którego nie ma żadnej mocy sprawczej. Najlepiej więc dla niego przyglądać się tylko, jak „wielcy” tworzą potęgę Chin, niezależnie od tego, czy ich posunięcia wydają się zrozumiałe, czy nie…

Nie należy się więc dziwić, że John Woo pracuje już na ziemi chińskiej nad kolejnymi wielkimi widowiskami…

Przypisy:

[1] Mariusz Turowski, Wielkie Rozwidlenie? Jak powstawał Trzeci Świat, „Lewą Nogą” nr 17 (2005), s. 312.
[2] Ilustracją hegemonicznej pozycji kulturalnej Japonii w Azji Wschodniej był pewien popularny tajwański magazyn, który pytał kiedyś z okładki (był to temat numeru) „Czy Twoje dziecko jest już Japończykiem?”.
[3] Dane statystyczne chińskiej State Administration of Radio, Film and Television podaję za rocznikami „Atlasu” „Cahiers du cinéma”.
[4] CFGC nie jest jedynym podmiotem gospodarczym produkującym filmy, wielu filmowców, poczynając od Zhanga Yimou, ma własne firmy producenckie, CFGC jest jednak siłą najwyższą we wszystkim, co dotyczy filmu w Państwie Środka.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie na moim blogu na portalu Lewica.pl (12 lipca 2009).

Na głównym zdjęciu: Takeshi Kaneshiro w Domu Latających Sztyletów