The Old Vic_The Crucible_Richard Armitage (John Proctor) and Samantha Colley (Abigail Williams) photo credit Johan Persson

Polityczne rytuały Yaël Farber

Susannah Clapp z dziennika „The Guardian” szła na „Czarownice z Salem” („The Crucible”) Arthura Millera, wystawiane latem 2014 na deskach londyńskiego Old Vica, „na wpół spodziewając się, że reżyser Yaël Farber przeniosła akcję z Massachusetts roku 1692”. Szczerze mówiąc, ja też. W każdym razie, zastanawiałem się, czy poszła w tym kierunku i zadawałem sobie pytanie, na czym – jeśli tak – polegać będzie tym razem cały koncept. Podobnie jak Clapp wciąż mam bowiem przed oczyma absolutnie wspaniałą inscenizację Panny Julii Augusta Strindberga, która wstrząsnęła festiwalem w Edynburgu w 2012 r., a którą ja widziałem później, w 2013, w teatrze londyńskich Riverside Studios. Było to pierwsze z trzech widzianych przeze mnie dotąd spektakli w reżyserii Farber.

Julie i John

Nie wiem, czy Strindberg był mizoginem, być może był – powiedziała po spektaklu w Riverside Studios piękna reżyser z południowoafrykańskiego Johannesburga. – Ale wynalazł niezwykle potężny wehikuł narracyjny. Mężczyzna i kobieta, w ciągu jednej nocy, rozmawiają i dają się ponieść pożądaniu, uderzając w całą strukturę swojego społeczeństwa.

Pod zafrykanizowanym tytułem Mies Julie kryje się adaptacja najsłynniejszej i najczęściej do dziś granej sztuki największego szwedzkiego dramaturga. Produkcja Baxter Theatre Centre Uniwersytetu Kapsztadzkiego objechała światowe sceny i znalazła się w dziesiątce najlepszych produkcji teatralnych 2012 roku według „New York Timesa” i pierwszej piątce według „Guardiana”.

Farber mówi, że chciała wydobyć na powierzchnię skandal i siłę rażenia, które sprawiały, że napisanej w 1888 roku tak długo nikt nie miał wówczas odwagi wystawiać w jej rodzimej Szwecji. Przeniosła akcję na burską farmę po zniesieniu apartheidu. Julie (Hilda Cronje) jest białą córką właściciela, jej sceniczyny partner (Bongile Mantsai) ma tym razem angielskie imię John i jest jednym z czarnych pracowników jej ojca. Krystyna stała się Christine (Thoko Ntshinga), nie jest narzeczoną a matką Johna. Ona również pracuje na farmie, tu się urodziła i spędziła całe życie. Rzeczywistość ekonomiczna nie uległa w tym mikroświecie zasadniczym przeobrażeniom po oficjalnym zniesieniu formalnej rasowej segregacji i wygląda na to, że długo jeszcze nie ulegnie. Utrwalona jest w strukturze własności, od której John i Christine, jak i inni o tym kolorze skóry, są odcięci, skazani na konieczność sprzedaży swojej niedowartościowanej pracy białym właścicielom. W stosunku do ojca Julie – nieobecnego tej nocy – pozostają ekonomicznie w położeniu quasi-niewolniczym (John zalega Burowi jeszcze trzy swoje przyszłe wynagrodzenia, na poczet kosztów naprawy podłogi uszkodzonej przez Christine, która w napadzie szału chciała się pod nią dokopać do grobów przodków, na których kościach wyrosło burskie bogactwo).

Jest jeszcze czwarta, nie występuąca w oryginalnej Pannie Julii postać: snująca się czasem po i wokół sceny, czasem nucąca gdzieś z jej boku swoje stare plemienne melodie Ukhokho (Tandiwe Nofirst Lungisa). Nie uczestniczy bezpośrednio w akcji, jest duchem, reprezentuje czarnych przodków i ich bolesną przeszłość, duchy zmarłych i pokrzywdzonych wciąż obecne w społecznej, ekonomicznej i symbolicznej przestrzeni farmy.

U Farber napięciu seksualnemu między bohaterami odpowiada stopień fizycznego napięcia, w jakim przez cały czas przedstawienia znajdują się poruszające się szybko i gwałtownie, jakby cały czas gotowe do ciosu, skoku lub orgazmu, ciała Cronje i Mantsaia. Cronje ma w sobie coś z Cate Blanchett. Mantsai, z wykształcenia tancerz, to góra doskonale wyrzeźbionych, imponujących mięśni, jest do tego znacznie wyższy niż drobna Cronje. Rezultatem jest elektryzujące napięcie w grze statusów i pozycji, która walczy u nich o pierwszeństwo z pulsującym pożądaniem. John bez wątpienia dominuje fizycznie, ale jego położenie jest beznadziejnie słabe wobec Julie, która zajmuje pozycję siły na płaszczyznach klasy, własności i rasy. Jednocześnie jej pozycja w ramach swojej klasy jest znacznie słabsza, niż John to sobie wyobraża, bo jako kobieta jest tylko córką właściciela domu i ziemi. Sama właściwie nic materialnego – oprócz „pozycji”, koloru skóry, nazwiska ojca – póki co, nie posiada. John, mimo iż autentycznie jej pożąda i od dawna był w dziewczynie zakochany, za swoje upokarzające położenie chciałby się odegrać, sięgając po jedyne współrzędne, jakie potencjalnie dawałyby mu nad dziewczyną przewagę: ideologiczne współrzędne męskiej dominacji i siłę fizyczną.

“Love is not possible in this mess…” – mówi w pewnym momencie John. Bajzel, który tak naprawdę ma na myśli, to oczywiscie nie tylko kuchnia, w której rzecz się toczy, a cała rzeczywistość urasowionego społeczeństwa klasowego, w którym jedni żyją kosztem i z pracy innych, dzięki wyzuciu ich i wykluczeniu z własności. Rzeczywistość, która niszczy wpisaną w człowieka możliwość lepszych, prawdziwszych relacji z innymi; która nasyca te relacje przemocą i zmusza ludzi do walki o utrzymanie bądź zdobycie pozycji, a w rezultacie do zachowań reprodukujących jedynie i umacniających taką strukturę rzeczywistości. Kosztem ich własnego szczęścia, kosztem tego, czego naprawdę pragną, gdyby tylko mogli odrzucić role przypisane im w klasowym rozdaniu.

Transfer „wielkiego” tekstu literackiego w nowy, zwykle współczesny kontekst, może grozić ześlizgnięciem się w banał przypominający rozprawkę prymusa o tym, że ten a ten klasyk jest „wiecznie żywy” i „wciąż aktualny”. Farber odniosła jednak ogromny sukces, bo nie poprzestała na udowadnianiu „ponadczasowości”; potrafiła za sprawą tego transferu osiągnąć ogromny intelektualny, poznawczy i krytyczny zysk. Rozciągnęła Strindbergowską krytykę społeczeństwa burżuazyjnego na peryferie kapitalistycznego świata. Kapitalistycznego świata również i na peryferiach urządzonego na zgubny obraz i podobieństwo burżuazji: zburżuazyfikowanego, jakby mógł powiedzieć Immanuel Wallerstein, tyle, że z elementami lokalnego kolorytu. Udało się Farber pokazać rasę jako przebranie i zasłonę dymną klasy oraz jej przedłużenie czy projekcję na skalę światową; jako ideologiczną funkcję niesprawiedliwego podziału pracy, własności i wartości dodatkowej. Udaje się jej pokazać niepełność – bądź wręcz pozorność – liberalnej emancypacji kobiety w ramach społeczeństwa klasowego. Emancypacja Julie jest możliwa kosztem wyzysku pracowników jej ojca, a więc i innych kobiet, takich, jak Christine. Pozostaje niepełna, a koniec końców i tak zwieńczy ją porażka. Więźniami relacji dominacji są obydwie strony tej relacji: zniesienie relacji dominacji wyzwoliłby wszystkich ludzi.

Prawa do adaptacji przepisanego przez Farber Strindberga do lokalnych warunków w innych częściach świata zostały zakupione przez twórcow teatralnych w innych krajach, między innymi Ameryki Łacińskiej. Farber, która jest Żydówką, wyznała, że marzy jej się, by ktoś zrobił to samo w Izraelu/Palestynie. Przyznaję, że też bardzo chciałbym coś takiego zobaczyć.

Zgwałcone

Nirbhaya, kolejne dzieło Farber, miało swoją oficjalną premierę ponownie na festiwalu w Edynburgu, rok później. Zanim jej ekipa tam jednak z gotowym przedstawieniem wylądowała, Farber pokazała kilka nieoficjalnych, przedpremierowych spektakli znowu w (zamkniętych właśnie) Riverside Studios. Widziałem jeden z tych. Kilka dni później było to już jedno z największych wydarzeń Edynburga.

Główną osią przedstawienia jest historia gwałtu, którego tragiczną ofiarą padła Jyoti Singh Pandey. Historia wstrząsnęła Indiami i długo nie schodziła z serwisów informacyjnych na całym świecie. Dziewczyna wracała wieczorem z jednym ze swoich przyjaciół z kina w Delhi. Wsiedli razem do autobusu, który, jak się okazało, nie był w trasie żadnego oficjalnego kursu, był wynajęty czy nieformalnie przejęty przez grupę młodych mężczyzn, którzy pobili oboje, a dziewczynę wielokrotnie zgwałcili – tak brutalnie, że nie udało się uratować jej życia, pomimo iż przeniesiono ją do najwyższej klasy szpitala aż w Singapurze. Nirbhaya znaczy ‘nieustraszona’ albo ‘ta, która się nie boi’ – był to przydomek, którym wstrząśnięte wydarzeniem indyjskie społeczeństwo i środki masowego przekazu zaczęły określać ofiarę. Przydomek wziął się w znacznym stopniu z komunikacyjnej konieczności – w tamtym okresie upublicznianie nazwiska dziewczyny i jakichkolwiek informacji o jej rodzinie objęte było zakazem sądu.

To tutaj mamy pierwszy klucz do przedstawienia: ambiwalentne, pokalane poczęcie takiego zakazu. Z jednej strony szacunek dla prywatności bezpośrednich i pośrednich ofiar okrutnego aktu przemocy, dążenie do ich ochrony przed intruzją w ich życie podnieconych tragedią mediów. Z drugiej – wstyd, poczucie nieczystości, jakie w indyjskiej kulturze towarzyszy i narzucane jest z zewnątrz ofierze gwałtu. Zakaz miał chronić dziewczynę i jej rodzinę, bo inaczej niehybnie spadłby na nich wszystkich ciężar kolosalnego upokorzenia. Na przydomku tym kładzie się także dodatkowo warstwa swego rodzaju mistyfikacji: ton heroizacji, traktujący dziewczynę niemal tak, jakby dokonała ona jakiegoś świadomego, „bohaterskiego” wyboru postawienia swojego życia w niebezpieczeństwie. Trudno chyba o bardziej niepokojący i moralnie podejrzany sposób postrzegania ofiary tak brutalnego aktu przemocy.

Tym, co Farber wzięła tu na warsztat, jest zadanie przedostania się przez powierzchowne warstwy mitologizacji oraz wzburzenia i odruchowego oburzenia, którymi uniosły się całe Indie. Zadanie przedostania się do głębokich struktur seksualnej, patriarchalnej przemocy, które przenikają indyjską kulturę, a także wstydu, który paraliżuje ofiary i tak często w Indiach pozostawia sprawców bezkarnymi, nierzadko wyposażonymi we władzę nad ofiarami (większość przemocy wobec kobiet w Indiach ma miejsce nie na ulicy czy w szemranych autobusach, a w rodzinie i we wspólnym gospodarstwie domowym).

Tak, warsztat to więcej niż dobre słowo. Przedstawienie powstało w formie warsztatu właśnie, przeprowadzonego w Bombaju, w ramach którego Farber pracowała z grupą siedmiorga indyjskich aktorów: sześcioma kobietami (Sapna Bhavnani, Priyanka Bose, Poorna Jagannathan, Sneha Jawale, Rukhsar Kabir, Japjit Kaur) i jednym mężczyzną (Ankur Vikal). Cała siódemka główną oś głośnego wydarzenia i słynnej ofiary osnuła własnymi, autobiograficznymi historiami, własnymi doświadczeniami przemocy seksualnej. Noszone przez odtwórczynie rany pozostawiły trwały ślad nie tylko na duszy, ale także na ciele: jednej z kobiet oblano twarz kwasem. Ofiary przebijają się przez indyjską kulturę wstydu narzucanego ofiarom, wyprowadzają swoje doświadczenia jako ofiar na scenę, „na światło dnia” – chciałoby się powiedzieć, gdyby scena nie była przez większość czasu pogrążona w takim mroku, na tle takiej czerni. Pokazują, że nie będą się wstydzić tego, co im uczyniono, bo to nie one są winne. Jest to gest odwagi: pokazują na scenie swoje nagie blizny, i historie, które do nich doprowadziły. Niektóre z nich mają niemało do stracenia, zdecydowały się wiele postawić na szali: Priyanka Bose – swoją karierę jako bollywoodzkiej aktorki filmowej.

Tkając z tego wszystkiego swego rodzaju siatkę otaczającą centralne wydarzenie gwałtu i spowodowanej obrażeniami śmierci Jhoti, udało się Farber pokazać, że problemem jest cała kulturowa struktura codzienności, a dramatyczne wydarzenia, które czasem wstrząsają całym społeczeństwem, są tylko najbardziej spektakularnymi, najbardziej gwałtownymi przejawami normy, reguły, a nie ciosami zadanymi normalnemu biegowi rzeczy. Tak gwałtowna przemoc jest kropką nad i w strukturze codzienności, kresem, do którego logicznie prowadzi struktura społecznej codzienności.

Farber jest jednocześnie zbyt inteligentna i zbyt utalentowana, by ześliznąć się w pułapkę orientalizmu (w sensie Saidowskim). Jako przedstawicielka białej, europejskiej mniejszości w RPA mogłaby w nią przecież łatwo wpaść, rytualnie oburzając się okrucieństwem Wschodu i utwierdzając się przez to oburzenie we własnej okcydentalnej wyjątkowości. Udaje się jej tego uniknąć, bo aktorki i aktor opowiadają tu swoje historie w pierwszej osobie, pod własnymi, prawdziwymi imionami. Udaje się jej to także dzięki temu, że wątkiem amerykańskim potrafi niepokojąco, niejednoznacznie wpisać indyjską strukturę męskiej dominacji w globalne struktury dominacji – ekonomicznej, politycznej, ideologicznej, w której różne orientalistyczne figury Innego, w tym figury kobiece (kobiety uległej, podporządkowanej, albo wymagającej wyzwolenia przez kogoś z zewnątrz, itd.), są składnikami złożonych globalnych struktur dominacji – ideologicznej, politycznej, ekonomicznej, kulturalnej, militarnej. Procesy kolonialnej i neokolonialnej dominacji i eksploatacji wepchnęły wiele kultur w położenie, w którym ponosząc straty ekonomiczne, polityczne, itd., przeszły do defensywy kulturowo-tożsamościowej, bardzo często zagęszczając sieć powinności kobiet i podnosząc ciężar spoczywających na nich zobowiązań tak materialnych, jak i symbolicznych. Nieodpłatna praca reprodukcyjna w gospodarstwie domowym, plus niedoszacowana praca świadczona na rynku, plus zwiększony nacisk na przechowywanie „honoru” grupy krewniaczej, plemiennej lub etnicznej, itd.

Indie są jednym z tych miejsc, w których okres kolonialnego podporządkowania Londynowi pociągnął za sobą pogorszenie położenia kobiet. Do dzisiaj, wedle niektórych, najbardziej materialnych wskaźników (takich jak ochrona ich fizycznej integralności i zdrowia, ich bezpieczeństwo ekonomiczne) należy ono do najgorszych na świecie (w tyle za Arabią Saudyjską). Jak pisze najwybitniejszy żyjący francuski antropolog Maurice Godelier, rdzeń indyjskiego położenia kobiet to wpisany głęboko w indyjską kulturę (na pewno w jej dominującą, północną część), niekoniecznie świadomie artykułowany przez indywidualne jednostki, strach przed krwią menstruacyjną. Z tego lęku bierze się położenie kobiety jako potencjalnie niosącej z sobą zagrożenie „nieczystością”, którą w sobie nosi i która się z jej ciała cyklicznie wydostaje. To „zagrożenie” pociąga za sobą ideologiczną konieczność sprawowania nad kobietą kontroli, najpierw przez ojca i braci, potem przez rodzinę męża. Stanowi to źrodło indyjskiej „kultury posagów”: rodzina dziewczyny niejako płaci rodzinie, która przyjmuje ją za żonę dla swojego syna za przejęcie „ciężaru” kontroli nad zagrożeniem nieczystością, którą jako kobieta w sobie nosi. We współczesnych Indiach ta podskórna, licząca tysiące lat warstwa problemu wchodzi w nową relację z kosmopolitycznymi aspiracjami ekonomicznych elit i klas średnich Indii w warunkach globalizacji neoliberalnej i integracji Indii z jej procesami. Fakt, że rywalizacja o status odbywa się teraz w tych klasach na poziomie planety, z klasowymi odpowiednikami w innych karajach, w wyścigu o kosmopolityczne wyznaczniki statusu, oraz włączona w ramy globalnych przepływów kapitału, pociąga za sobą inflację posagów i podtrzymuje, jeśli nie zwiększa, presję na będące przedmiotem matrymonialnej wymiany kobiety (na ich „czystość”, „cześć”, itd.).

Dziewczęta z Salem

Farber sztuki Arthura Millera donikąd z amerykańskiego Massachuessets końca XVII wieku nie przeniosła. Przy pomocy kostiumu, bardzo oszczędnej scenografii i niewielu rekwizytów odtworzyła atmosferę epoki, w której kwestia aktywnej obecności Szatana w bezpośrednim otoczeniu ludzi potrafiła rozpalić wyobraźnię całych społeczności i pogrążyć je na długo w zbiorowym szaleństwie. Sztuka Millera jest jednym z tych tekstów, które drobiazgowo opisując społeczny proces w konkretnym, odległym w czasie miejscu, czynią to tak znakomicie, że rzucają światło także na nasze rozumienie innych sytuacji, procesów społecznych w innych kontekstach.

Choć w poświęconym inscenizacji na deskach Old Vic wywiadzie dla dziennika „The Independent” Farber wypowiadała się raczej w kategoriach uniwersalnej „natury ludzkiej”, przedstawienie podąża za tekstem Millera (zdeklarowanego, zagorzałego marksisty) w drobiazgowym opisie konkretnych relacji władzy w w konkretnym, materialnym kontekście społecznym, historycznym, kulturowym. I ekonomicznym: społeczność Salem od dawna drążą konflikty o ziemię, o własność. Oskarżenia o czary nie tylko zaproponowały – najpierw kilka, potem coraz więcej – kozłów ofiarnych sfrustrowanej tymi napięciami społeczności, ale też okazują się poręcznym środkiem walki ekonomicznej i powiększania przywileju już dobrze sytuowanych rodzin. Oskarżenie o czary pociągało bowiem za sobą utratę nieruchomości przez rodzinę oskarżonego – jej przepadek na rzecz władz Salem, które natychmiast sprzedawały grunty i zabudowania na aukcji. Obserwujemy więc jeden z wczesnych etapów organicznego związku między amerykańską formą kapitalizmu a protestanckim fundamentalizmem religijnym, związku, który do dzisiaj kształtuje oblicze i język amerykańskich relacji ze światem.

Old Vic jest stosunkowo zachowawczą, mieszczańską sceną – choć w swojej kategorii znakomitą (dyrektorem artystycznym jest od lat amerykański aktor Kevin Spacey). Byłem ciekaw, jak w scenę o takim a nie innym profilu wpisze się reżyser tak niespecjalnie mieszczański jak Farber. Okazało się, że pozwolono jej na wiele, włącznie z przesunięciem sceny ku środkowi i otoczeniem jej z każdej strony przez widownię. Tragedia obłąkanego amerykańskiego miasteczka rozgrywa się więc w centrum, otoczona z każdej strony widzami. Czujemy się trochę jak tłum samego Salem, który zbiegł się i gapi się na to, co się dzieje: na oskarżenia, na procesy, na egzekucje i postępujące społeczne spustoszenie. Tworzy to też wrażenie właściwej takim jak Salem społecznościom „sankcji z boku”: porządek moralny utrzymywany jest przez wzajemne obserwowanie się członków społeczności, świadomość bycia nieprzerwanie wystawionym na etyczne osądy i oceny innych, dyscyplinujący strach przed utratą twarzy w oczach sąsiadów i znajomych z parafii. Farber prowadzi aktorów, zwłaszcza aktorki, w bardzo fizyczny sposób, podobnie jak w Mies Julie. Wprowadza je w trans, sprawia, że w najmocniejszych choreograficznie scenach ich ciała wyginają się, rzucają po scenie w naprawdę niepokojący sposób, czasem całymi, skoordynowanymi grupami. Najbardziej wizyjne sceny sprawiają wrażenie uczestniczenia w jakimś tajemniczym, bulwerusjącym obrzędzie – albo egzorcyzmie.

Choć centralną postacią jest, za tekstem, John Proctor (gra go znany z ekranizacji Hobbita Richard Armitage, który podobno od zawsze marzył o tej roli), nieoczywisty, nieesencjonalny, materialistyczny feminizm Farber nie przestaje dawać o sobie znać. Abigail Williams (Samantha Colley) i jej przyjaciółki w znacznym stopniu przyczyniły się do rozpętania piekła, w jakie obróciło się następnie ich miasteczko, ale widzimy, do jakiego stopnia są one ofiarami struktury społecznej purytańskiego miasteczka. Ich seksualność jest pod całkowitym nadzorem, ich perspektywy wyznaczone głównie decyzjami mężczyzn. Nie mają żadnej władzy nad własnym życiem, żadnego głosu w swojej społeczności, nikt się z nimi nie liczy. Zestaw dopuszczalnych zachowań jest tak wąski, że nawet tak niewygórowane pragnienia, jak taniec na łące, urastają do rangi nie lada transgresji. Wraz z pierwszymi podejrzeniami i oskarżeniami o czary odkrywają nieznane im wcześniej uczucie bycia w centrum uwagi całego miasteczka i okolic. Upajają się nieznanym im wcześniej poczuciem władzy, która im nagle przypadła; poczuciem realnego, w istocie ogromnego wpływu na wydarzenia i na życie całej społeczności. W tym poczuciu się zatracają, prawdopodobnie same przekonują się do irracjonalnych nonsensów, które wygadują, wreszcie tracą zupełnie kontrolę nad demonami, które wypuściły i nie pozostaje im już nic innego, jak ratować własną skórę, grając do końca raz przyjęte role. To radykalnie nowe poczucie zostaje instrumentalnie przechwycone przez grupy interesu, dla których procesy czarownic otwierają drogę do akumulacji nieruchomości.

Teatr, który uprawia Farber, trzyma za pysk, czasem nawet traumatyzuje. W najlepszych swoich wcieleniach wywołuje dziwny rodzaj katharsis. Dziwny, bo prowadzący widza przez bardzo silne emocje, ale jakoś nie oferujący na koniec poczucia oczyszczenia. Przechodzi się przez to jak przez jakiś wymagający, mroczny rytuał, ale o ile rytuał zwykle składa się z kontrolowanych transgresji w ściśle wyznaczonych mu kulturowo ramach, po to, by każdy wrócił potem „rozładowany” do rzeczywistości wraz z jej społecznymi sprzecznościami i funkcjonował w niej mniej lub bardziej w zgodzie z normą, o tyle po zamknięciu każdego z politycznych rytuałów Farber niełatwo wrócić do normalnego kontaktu z rzeczywistością pozostawioną na zewnątrz teatru, na zewnątrz przestrzeni tego rytuału. „I don’t know how to be anymore” – mówi w pewnym momencie tytułowa bohaterka Mies Julie, dla mnie osobiście najmocniejszym z tych trzech przedstawień. Do takiego stanu – stanu, w którym nie wiadomo, jak dalej po prostu być w rzeczywistości takiej, jaka jest, czyli ukształtowanej przez zdefiniowane przemocą stosunki władzy – stara się Farber nas za każdym razem doprowadzić.

 Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się w miesięczniku Le Monde diplomatique – edycja polska (wrzesień 2014).

Foto: Johan Persson

Londyn, 9 sierpnia 2014, demonstracja solidarności z Palestyną

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami

O „prawie do obrony”

W czasie zawieszonej dopiero niedawno, trwającej 51 dni operacji Protective Edge szczególny wysiłek działaczy, aktywistów i komentatorów (intelektualistów i ekspertów od prawa międzynarodowego), aktywnie zaangażowanych w sprawę palestyńską włożony został w dekonstruowanie zwłaszcza jednego elementu propagandowego volapüku Izraela: wątku „prawa Izraela do obrony”. Noura Erakat, John Dugard, Richard Falk (on już od dawna), Seumas Milne, Tariq Ali – by wymienić kilka tylko nazwisk spośród tych wszystkich, którzy w obliczu kolejnej zbrodniczej ofensywy na bezbronną, przeludnioną i odciętą przez Izrael (i jego pomagierów w Egipcie) od świata enklawę nie ustają w wysiłkach, by wątek izraelskiego „prawa do obrony” nie mógł sobie już dłużej wygodnie leżeć w przestrzeni debaty i pozostawać z nami na prawach oczywistej oczywistości.

Nie ma w prawie międzynarodowym – podkreślają – czegoś takiego jak prawo mocarstwa okupującego w sposób militarny terytorium innego społeczeństwa do obrony przed znajdującą się pod jego okupacją ludnością, nie wspominając już o kuriozalnym koncepcie „obrony” przez zmasowany, zbrojny atak na okupowaną ludność i jej cywilną infrastrukturę.

Nie ma czegoś takiego. Pure and simple.

To ludność znajdująca się pod zbrojną okupacją obcego mocarstwa ma prawo do obrony, do stawiania oporu i do aktywnej walki z okupantem. Izrael nie ma prawa bronić się przed Palestyńczykami. To Palestyńczycy mają święte prawo bronić się przed Izraelem, w tym wystrzeliwując weń swoje prymitywne w porównaniu z supernowoczesną infrastrukturą Izraela rakiety. Jest to prawo nie tylko moralne. Jest to prawo w ścisłym sensie słowa ‘prawo’. Jego podstawą jest Deklaracja w sprawie przyznania niepodległości krajom i narodom kolonialnym (rezolucja Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych 1514 (XV) z 14 grudnia 1960 roku) oraz Czwarta Konwencja Genewska z 1949 r. (której Izrael jest stroną) i dwa jej protokoły dodatkowe z 1977 r. (których podpisania Izrael zawsze odmawiał, bo nigdy nie zamierzał się do nich stosować).

Fakt, że Izrael w roku 2005 wycofał swoje wojska z terytorium Strefy Gazy, nie wyłącza jej mieszkańców i ich legalnej reprezentacji, jaką stanowi Hamas, z tych definicji. Prawo międzynarodowe nie ma najmniejszych wątpliwości, że Gaza pozostaje pod izraelską okupacją; instytucje prawa międzynarodowego nie przestały nigdy Gazy określać mianem jednego z „Palestyńskich Terytoriów Okupowanych”. Izrael kontroluje bowiem granice i przejścia graniczne, wody przybrzeżne, przestrzeń powietrzną (w której bzyczą, zawsze gotowe do strzału, izraelskie drony) i elektromagnetyczną Gazy, kontroluje także ruch z i do Gazy, w tym wszystkie dostawy – towarów, surowców, energii, wody, pomocy medycznej i humanitarnej (z których większość konfiskuje).

Izrael wreszcie nie tylko nie ma w tym kontekście żadnego prawa do „samoobrony” – w stosunku do Terytoriów Okupowanych (znajdujących się pod okupacją od 1967 roku) i ich prawowitych mieszkańców nie ma w ogóle żadnych praw, ponieważ okupacja każdego skrawka ziemi, który leży poza granicami sprzed 1967 roku jest całkowicie nielegalna i odbywa się z pogwałceniem prawa międzynarodowego, w tym szeregu odnoszących się bezpośrednio do tej sytuacji rezolucji ONZ (w szczególności rezolucji 242 i 338, ustanawiających międzynarodowy konsensus prawny w tej kwestii). W stosunku do tych terytoriów, według prawa, Izrael ma tylko zobowiązania. Z których się nie wywiązuje.

„Izrael nie ma prawa się bronić. Ma jedynie obowiązek się wycofać [z Terytoriów Okupowanych]” – jak powiedział krótko i zwięźle niezastąpiony Seumas Milne z dziennika „The Guardian” na wielkiej demonstracji (największej propalestyńskiej demonstracji na Wyspach Brytyjskich), która miała miejsce w Londynie 9 sierpnia.

Być może skala energii, jaką w czasie najnowszej izraelskiej kampanii militarnej przemocy obrońcy sprawy palestyńskiej włożyli w adresowanie tej właśnie kwestii i wprowadzenie jej do mainstreamu – na znacznie większą skalę niż w czasie poprzednich dwóch ofensyw na Gazę (kiedy większą siłę przebicia miał wciąż problem proporcjonalności użytej siły i dyksusje na temat „kto naprawdę zaczął”) – ujawnia niekoniecznie jasne, ale narastające poczucie, że gra, jaka toczy się na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych, toczy się o najbardziej centralne stawki nowoczesności, w tym nowożytnej filozofii prawa, oraz o miejsce, jakie izraelskie harce z najbardziej fundamentalnymi kategoriami, włącznie z decydowaniem o tym, co i kiedy jest prawem, a co i kiedy nie jest, mają w kryzysie kapitalizmu jako systemu światowego. Miejsce zapowiadające w coraz bardziej niepokojący sposób przyszłość, która z celowników izraelskich dronów zdaje się zerkać na nas wszystkich z już całkiem niedaleka.

O prawie do porównań

Małgorzata Anna Maciejewska napisała kiedyś świetny tekst polemiczny, rozprawiała się w nim z histerykami, którzy agresywnymi spazmami (i rytualnymi oskarżeniami o antysemityzm) reagują na każde retoryczne porównanie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości, które systematycznie popełnia Państwo Izrael, ze zbrodniami, które spotkały kiedyś między innymi europejskich Żydów ze strony nazistowskich Niemiec. „[P]orównanie nie jest stwierdzeniem tożsamości”, przypominała Maciejewska. Autorzy tacy jak Norman Finkelstein czy Esther Benbassa poddają miażdżącej krytyce kult absolutnej, quasi-sakralnej wyjątkowości Holokaustu, zabraniający racjonalnych analiz i umieszczania ludobójstwa Żydów („judeocyd” – nazwa zaproponowana kiedyś przez historyka Arno Mayera jest znacznie lepsza niż obciążone nadmiarem religijnego ładunku nazwy ‘Holokaust’ i ‘Shoah’) w jakimkolwiek kontekście historycznym, porównawczym, itp. Wskazują także na bezpośredni, organiczny i funkcjonalny związek tego kultu z ideologią Państwa Izrael, które buduje i instrumentalizuje religię „Pamięci Holokaustu”, by legitymizować swoje postępowanie w stosunku do Palestyńczyków (i mieszkańców sąsiednich krajów arabskich). To dzięki tej „świeckiej religii” Państwo Izrael cały czas wmawia światu, że jako rzekomy spadkobierca ofiar Holokaustu jest wciąż ofiarą, która się broni – podczas gdy od dnia swoich narodzin w roku 1948 raczej bezlitośnie atakuje. Roszcząc sobie (kontestowany) tytuł do reprezentowania wszystkich Żydów, wciąż maluje się na  bezbronną ofiarę, na tego chłopca z warszawskiego getta, z podniesionymi rękoma, który szuka ratunku przed widmem czającego się za rogiem sequelu z Holokaustu. Tymczasem w rzeczywistości Izrael urósł już do rangi jednej z dziesięciu największych potęg militarnych planety i jest mocarstwem atomowym.

Strach przed oskarżeniem o antysemityzm powoduje jednak, że nawet osoby krytyczne wobec okupacyjnej polityki Państwa Izrael, nawet orientacji mniej lub bardziej lewicowej, do dziś rutynowo ozdabiają swoje wypowiedzi całą ornatmentyką zapewnień, że nie porównują, że się odcinają od porównań, że to, że tamto. Powtarzają nawet za Hasbarą odwracające uwagę od istoty problemu ostrzeżenia przed antysemityzmem w szeregach krytyków Izraela, albo zastanawiają się, czy Palestyńczycy nie są trochę tym dla niektórych lewicowców, czym Tybetańczycy dla liberałów (czyli fiksacją i fantazą). A wracając do porównania z III Rzeszą, pukają się w głowę i pytają, czy Izrael wywołał wojnę światową i wymordował na niej dziesiątki milionów ludzi.

Cóż, III Rzesza w takim powiedzmy roku 1936 też jeszcze nie wywołała wojny światowej, a izraelskie zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości są już, mimo niewielkich rozmiarów  kraju-sprawcy, odpowiedzialne za dwie trzecie całej światowej populacji uchodźców. A ocenę systemów politycznych za pomocą liczenia trupów pozostawmy może specjalistom w tej domenie, „myślicielom” liberalnym; zadaniem lewicy powinna być raczej „krytyczna krytyka” czyli zaglądanie pod powierzchnię procesów społecznych i politycznych oraz analiza struktury rzeczywistości. Świadomi tego, jak żenującym zabiegiem retorycznym jest reductio ad Hitlerum, nie możemy jednocześnie dać się wspuścić w maliny: nie każde porównanie do III Rzeszy to reductio ad Hitlerum. Czasami bywa też i tak, że na to, by nie zadawać pytań o pewne podobieństwa, absolutnie nie możemy sobie już pozwolić.

Laboratoria strukturalnych kryzysów

Przypomnijmy więc dla porządku – bo to nie jest dziś wiedza potoczna, nawet na lewicy, która niejednokrotnie powtarza na ten temat liberalne majaki – czym pod powierzchnią był projekt polityczny III Rzeszy i jego kulminacja w postaci II wojny światowej i dokonanych w jej toku ludobójstw. Marksistowska wykładnia (Wallerstein, Neumann, Kendziorek, i wielu, wielu innych) idzie – w ogromnym skrócie – mniej więcej tak:

W latach 30. XX wieku kapitalizm był już od lat w długotrwałym, strukturalnym kryzysie. Poprzednie progi tego trwającego w sumie kilka dekad kryzysu wyznaczała I wojna światowa, a następnie Wielki Kryzys Gospodarczy. Taki długotrwały kryzys akumulacji nosi w ekonomii nazwę fazy B cyklu Kondratiewa. Kryzys był to tak głęboki, że zagrażał już nie tylko dalszej akumulacji kapitału (najważniejszy imperatyw racjonalności kapitalistycznej), ale nawet reprodukcji prostej już istniejącego kapitału. Niósł więc z sobą groźbę uderzenia w stan posiadania wielkiej burżuzazji i w jej klasowe panowanie. Częścią tego strukturalnego kryzysu było chylenie się pozycji Londynu jako dotychczasowego hegemona kapitalistycznej gospodarki-świata (hegemon to centrum nieproporcjonalnie dużych udziałów w globalnej akumulacji kapitału).

III Rzesza była projektem wielkiej niemieckiej burżuazji mającym na celu przejęcie przynajmniej części schedy po upadającym Imperium Brytyjskim, a także znalezienie takiego wyjścia ze strukturalnego kryzysu, które pozwoliłoby utrzymać stosunki własności i klasowe panowanie burżuazji. Agresywny nacjonalizm i rasizm były w tym projekcie mechanizmem mobilizowania niemieckiego społeczeństwa i odsuwania go od konkurencyjnego projektu wyjścia z tego kryzysu – projektu komunistycznego, a więc projektu, który by zniósł kapitalizm i klasowe panowanie burżuazji tout court. Antysemityzm był w tym projekcie mechanizmem rozładowywania napięć wewnątrzspołecznych, które taki projekt musiał wywołać; dostarczał wygodnego kozła ofiarnego. Pierwsza faza tego projektu zakładała głęboką militaryzację niemieckiej gospodarki i podporządkowanie jej przemysłowi zbrojeniowemu – na kredyt. Kredyt, który miała potem pokryć druga faza, grabież Europy w czasie wojny, w toku której miało powstać kontynentalnych rozmiarów imperium. Europa miała najpierw zostać złupiona, a następnie gruntownie przeobrażona ekonomicznie i politycznie. Część populacji, według kryteriów rasowych, wciąż miałaby cieszyć się jakimiś prawami (pod warunkiem akceptacji dla nowej, nazistowskiej racjonalności politycznej); część miała zostać obrócona w niewolniczą siłę roboczą pracującą dla niemieckiego kapitału, umożliwiając utrzymanie klasowego panowania burżuazji, nawet gdyby kryzysu akumulacji nie udało się nigdy konstruktywnie przełamać; część byłaby poddana deportacjom lub (po konferencji w Wannsee) systematycznej, planowej eksterminacji.

Mówiąc jednym zdaniem: III Rzesza była laboratorium politycznym, próbą wynalezienia takiego reżimu rządomyślności, który porzuciwszy wszystkie liberalne fantazje o „wolnych” umowach między „równymi” podmiotami prawa, umożliwiłby wielkiej burżuazji zachowanie swojego stanu posiadania na wypadek, gdyby kryzys akumulacji miał się okazać „wieczny”.

Liberalny kapitalizm (liberalna demokracja) dopiero w sojuszu z ZSRR zdołał(a) pokonać III Rzeszę, dusząc, jak powiedziałby Slavoj Žižek, swój własny „symptom”. Kryzys akumulacji został ostatecznie przełamany, głównie w konsekwencji masowej destrukcji kapitału, jaka dokonała się w toku II wojny światowej; po jej zakończeniu kapitalistyczny system-świat wszedł w kolejną fazę A cyklu Kondratiewa, fazę długotrwałego wzrostu i akumulacji („trzydzieści wspaniałych lat”).

Dziś jednak po „wspaniałym trzydziestoleciu” nawet wspomnienia są już raczej mgliste. Kapitalizm jest w podobnym, trwającym już od kilku dekad kryzysie jak ten, który doprowadził do powstania III Rzeszy a następnie do II wojny światowej. Najpierw próbowano mu zaradzić globalną restrukturyzacją systemu podług recept neoliberalnych, ale i te ostatecznie zawiodły (David Harvey, Chris Harman, Samir Amin, i inni). Zdaniem niektórych (jak Wallerstein i Wolfgang Streeck), jest to najgłębszy i całkiem prawdopodobnie śmiertelny kryzys w dotychczasowej historii kapitalizmu. Centralną hipotezę mojego wywodu stanowi ta, że Izrael – pomimo wszystkich powierzchownych różnic – pełni w obecnym kryzysie rolę strukuralnie podobną do tej, w jakiej w poprzednim takim kryzysie zadebiutowała III Rzesza. Stanowi wynaturzoną przesadnię skondensowanych wszystkich najgorszych elementów właściwej sobie historycznej fazy kapitalizmu i jednocześnie laboratorium, w którym testuje się taki nowy system społeczno-polityczny, który umożliwi wielkiej burżuazji zachowanie klasowego panowania, gdyby kryzys akumulacji okazał się nie do przezwyciężenia i pozostał z nami „na zawsze”; gdyby „konieczny” (z punktu widzenia wielkiej burżuazji) okazał się dryf w stronę innego niż kapitalizm systemu społecznego: systemu jeszcze gorszego.

Władza dyscyplinarna, bio-władza, władza suwerenna

Jedną z wielu zalet znakomitej książki Neve’a Gordona Israel’s Occupation jest to, że nie tylko gromadzi i porządkuje materiał faktograficzny i opowiada kolejne etapy okupacji Terytoriów Palestyńskich jako rozwijającego się, dramatycznego – przede wszystkim dla Palestyńczyków – procesu, ale także rozpina fakty i narrację na pewnej ramie teoretycznej, pochodzącej z grubsza z Foucault. Gordon analizuje zmiany w izraelskich technologiach władzy i zarządzania okupowaną populacją palestyńską pod względem relacji między trzema typami władzy: władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną.

Z tych trzech to dwie pierwsze są specyficznie właściwe nowoczesności. Władza dyscyplinarna nakierowana jest na zarządzanie jednostkami, trenuje każdą z nich do postępowania zgodnie z oczekiwaniami porządku społecznego. Bio-władza zarządza zbiorowym organizmem społecznym, kształtując, decyzjami politycznymi, takie wymiary życia jak zdrowie publiczne, oczekiwana i średnia długość życia, materialna tego życia jakość (pod względem wskaźników zachorowalności, tego, jakie są dominujące przyczyny umieralności, itd). Władza suwerenna z kolei to naga władza arbitralnego decydowania, kiedy prawo ma zastosowanie, a kiedy nie ma; jako dominująca forma władzy najbardziej dotychczas właściwa przednowoczesnym formom politycznej organizacji społeczeństw.

„Dotychczas” jest w ostatnim zdaniu bardzo ważnym przysłówkiem. Analiza Gordona pokazuje fundamentalną zmianę w proporcjach pomiędzy tymi trzema modalnościami władzy, która zachodzi po wybuchu Pierwszej Intifady w 1987 roku. Do tamtego czasu Izrael czynił starania, by jawić się jako „okupant oświecony”. Izraelska polityka starała się choć trochę legitymizować jakimś stopniem „modernizującego” wpływu na życie na terytoriach okupowanych, włączając ich mieszkańców w krwiobieg swojej ekonomii, coś tam wydając na politykę zdrowotną czy na instytucje edukacyjne na Terytoriach Okupowanych oraz utrzymując pewne minimum pozorów rządów prawa. To ostatnie przejawiało się np. tym, że izraelskim władzom zdarzało się sądzić izraelskich żołnierzy, którzy w skandaliczny sposób nadużyli siły w stosunku do palestyńskiej ludności cywilnej. O ile odsetek żołnierzy Cahalu faktycznie skazanych za zbrodnie na palestyńskich cywilach zawsze był spektakularnie niski, o tyle wraz z wybuchem Intifady mamy do czynienia z zupełnie nową jakością: sprawy takie nie trafiają już niemal w ogóle do sądów. Oferuje to izraelskim żołnierzom zupełną bezkarność, niezależnie od skali i stopnia przemocy, którą zastosują wobec wydanej na ich łaskę populacji, umożliwiając im nawet bezkarne strzelanie do dzieci i chwalenie się tym na Instagramie.

Naga siła militarnego reżimu, któremu podporządkowana jest całość palestyńskiego życia, arbitralną, decyzją suwerena wyłączyła palestyńskie życie z porządku, w którym obowiązuje ochrona jakiegolwiek prawa. Wyłączyła palestyńskie życie z porządku, w którym sąd ma obowiązek przyjrzeć się choćby sprawie, jeśli ofiarą jest Palestyńczyk; jeśli życiem, któremu zadano cierpienie lub kres, jest życie palestyńskie. Nie koniec na tym: z porządku w którym obowiązuje ochrona jakiegoś prawa, wyłączyła również życie każdego, kto opowie się w obronie uniwersalnych, niezbywalnych praw Palestyńczyków jako istot ludzkich.

Przekonała się o tym ostatnim rodzina zamordowanej przez izraelskich żołnierzy Amerykanki Rachel Corrie, która mogła jedynie pozwać Państwo Izrael z powództwa cywilnego, gdyż jego władze nie tylko uznały, że śmierć Rachel nie zasługuje na postępowanie karne, ale nawet sprawców morderstwa objęły ochroną prawną i proceduralną w normalnym porządku prawnym należną ofiarom przestępstw lub świadkom, którym grozi odwet ze strony np. zorganizowanych grup przestępczych. Nawet pozew z powodztwa cywilnego, siłą rzeczy wytoczony w Izraelu (przed sądem w Hajfie) skończył się, oczywiście, porażką rodziny Corrie. Przekonali się o tym samym organizatorzy tureckiej misji w ramach pierwszej Flotylli Wolności – izraelskie wojsko zamordowało 9 obywateli Turcji i jednego Amerykanina tureckiego pochodzenia. Nikt nigdy za żadną z tych śmierci nie stanął przed sądem, w sprawie żadnej z nich nie uruchomiono postępowania.

Moja hipoteza nie polega na tym, że Izrael powraca do modalności władzy właściwych społeczeństwom przednowoczesnym, ale że wyłoniła się tam zupełnie nowa, przerażająca konfiguracja relacji między tymi trzema formami władzy (władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną). Konfiguracja ta polega na podporządkowaniu technologicznych wymiarów (albo „przedłużeń”) władzy dyscyplinarnej oraz bio-władzy nadrzędnej i dominującej roli władzy suwerennej.

Fenomenem, który stanowi szczególnie wyrazistą manifestację tego zupełnie nowego stanu rzeczy, są drony. Drony mieszczą w sobie pewne wysoko rozwinięte pod względem technologicznym rozwiązania, które stanowią „superprzedłużenie” zadań właściwych władzy o charakterze stricte nowoczesnym: np. rozwijają i pogłębiają panoptyczną kontrolę nadzorowanego społeczeństwa i dyscyplinują skadające się nań jednostki do niepodejmowania zachowań czy omijania miejsc klasyfikowanych przez operatorów dronów jako „podejrzane”. Jednocześnie jednak podporządkowują je nadrzędnej i arbitralnej władzy wyłączania pewnych kategorii ludzkiego życia znajdującego się pod lupą dronów spod ochrony prawa. Decyzje o pozbawieniu życia za pomocą uderzeń z dronów podejmuje się bez sądu, bez dowodów, nie ma w odniesieniu do nich zastosowania żadna ochrona prawna, nie ma prawa do obrony, obowiązku wykazania winy, procedur odwoławczych. Decyzja zapada zza biurka, pulpitu lub konsoli, na podstawie przypuszczeń, domniemań, podejrzeń, impulsów, wrażeń, „widzimisię”. Odpowiedzialność natomiast przeniesiona zostaje na same ofiary, które będąc na celowniku dronów, podjęły „podejrzanie” wyglądające zachowania (po szczegółową analizę perwersji władzy związanych z ekspansją dronów odsyłam do pracy Grégoire’a Chamayou La Théorie du drone).

Inną, choć przez drony związaną z poprzednią, szczególną egzemplifikacją tej nowej konfiguracji wzajemnych zależności między władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną jest monstrualny zestaw sztuczek, dzięki któremu dla prawników izraelskiej armii Palestyńczyk bez mała nigdy nie jest cywilem. Izraelska armia stosuje powszechnie dwie formy „ostrzeżenia”, że dom mieszkalny zostanie zbombardowany: albo dzwoni do kogoś, że na budynek coś spadnie (za 5 minut, za 3 minuty, czasem za minutę), albo zrzuca na dom mały pocisk, który ma narobić dużo huku, przebija często dach, ale nie zmiata jeszcze domu z powierzchni ziemi. Za minutę lub pięć spada ładunek właściwy. Co z tym robią izraelskie harce z prawem? Izrael twierdzi, że jeśli rodzina zamieszkująca ten dom nie opuści domu, zanim zostanie zbombardowany, to znaczy, że podjęła decyzję o przyjęciu roli „voluntary human shields”, „dobrowolnych żywych tarcz”, tym samym tracąc swój status cywili. Jest to agrument najzupełniej nieprawdopodobny, tym bardziej, że Palestyńczycy mieszkają często w wielopokoleniowych rodzinach, w domu są dzieci w rożnym wieku i osoby starsze, nierzadko jest też ktoś okaleczony w poprzednich ofensywach Izraela, i wyprowadzić wszystkich na bezpieczną odległość w zaledwie kilka lub nierzadko jedną minutę jest po prostu niemożliwe, często nie ma też dokąd uciec, bo dane osiedle czy dzielnica są pod szerszym ostrzałem. Izraelscy prawnicy traktują to jednak poważnie. Rodzina, która nie ucieknie, klasyfikowana jest jako „żywe tarcze Hamasu”.

Izraelizacja kapitalizmu permanentnego kryzysu

Jean-Claude Paye pisał kiedyś (w opublikowanym po polsku w zasłużonym piśmie „Lewą Nogą” eseju Guantánamo i nowy porządek prawny), że jesteśmy świadkami anomalii w systemie prawnym, które mogą zapowiadać porządek prawny przyszłości, porządek bez najmniejszej przesady przerażający, polegający właśnie na tym, że pewne kategorie ludzi wyjmuje się arbitralnymi decyzjami spod ochrony jakiegokolwiek prawa (prawa kraju pochodzenia, prawa kraju przebywania, wreszcie prawa międzynarodowego). Przed tym samym, i towarzyszącym temu całym zestawem przemian prawa w ogóle, ostrzega wybitna i zasłużona brytyjska prawniczka Gareth Peirce. Ten nowy porządek jest jednak uniwersalizacją, globalizacją porządku przetestowanego i sprawdzonego na polityczno-militarnym poligonie, jaki stanowi Państwo Izrael, a przede wszystkim sposoby, na jakie w okresie po 1987 roku zarządza ono – i uderza w – znajdującą się pod jego kontrolą populację palestyńską.

Eyal Weizman posługuje się specjalnym terminem: izraelizacja. Izraelizacja to upodanianie się najbardziej brutalnych stosunków bezwzględnej władzy do technik rozwiniętych i doprowadzonych do perfekcji w relacji Państwa Izrael do ludności palestyńskiej. Weizman przywołuje jako szczególnie wyrazisty przykład okupowany przez USA i ich sojuszników Irak, ale izraelizacja to proces, którego skala i zasięg są bez porównania większe i stopniowo przekształcają życie nas wszystkich w reżimach wciąż nominalnie utrzymujących, że są liberalnymi demokracjami, wywierając kolosalny wpływ na całokształt globalnych stosunków władzy.

W Stanach Zjednoczonych, których polityka międzynarodowa kształtowana jest pod patologizującym wpływem izraelskiego lobby, zwłaszcza ultraprawicowej organizacji AIPAC, trzymającej w kieszeni prawie cały amerykański Kongres, Biały Dom uzurpuje sobie, na wzór Izraela, prawo do administracyjnego decydowania o pozbawieniu życia domniemanych wrogów (najczęściej zwanych „terrorystami”); prezydent Obama powołuje się nawet na wyroki Sądu Najwyższego Izraela (sic!), by uzasadnić swoje prawo do zlecania pozasądowych zabójstw nawet obywateli własnego kraju. Policja w Nowym Jorku uczy się od izraelskiej armii zarządzania mniejszościami etnicznymi i społecznościami wykluczonymi. Oddziały wojska, które pacyfikowały protesty Afroamerykanów w Ferguson w Missouri przeszły izraelskie szkolenie. Izraelskie firmy zbrojeniowe produkujące drony oferują je siłom policyjnym wielkich, multietnicznych metropolii, jako środek sprawowania nadzoru i pacyfikacji społecznego gniewu. Sama ekspansja dronów, swego rodzaju „dronizacja” porządku światowego, jedno z największych współczesnych zagrożeń i największych wyzwań politycznych dla wszelkich sił postępowych, początek swój ma właśnie w Izraelu: jak dowiadujemy się choćby od Chamayou, pierwszy cykl rozwoju dronów został przez USA jako nierozwojowy zarzucony po II wojnie światowej i to dopiero siły zbrojne Izraela przywróciły ten rodzaj uzbrojenia na porządek dnia, a następnie przekonały do niego Pentagon. Wkrótce nawet tak peryferyjne i komicznie nieistotne w globalnym układzie sił państwa jak to rozkopane pole cebuli między Odrą a Bugiem, będą miały drony i nikt nawet nie będzie ukrywał, że będą one miały za zadanie „pomagać” w kontrolowaniu ewentualnych społecznych protestów ich własnej populacji, zwłaszcza jej sektorów najbardziej ekonomicznie wykluczonych. W Wielkiej Brytanii rząd pozwala Amerykanom latami trzymać swoich obywateli bez wyroku ani nawet dowodów w Guantánamo i po cichu wprowadza możliwość procesów sądowych, których przebieg i służący mu materiał dowodowy będzie mógł być zachowany w tajemnicy przed oskarżonym, uniemożliwiając mu tym samym skuteczną obronę. We Włoszech i innych krajach na obrzeżach Unii Europejskiej przygraniczne formacje wojskowe strzelają do uciekających przed wojną i głodem migrantów z Afryki czy Azji, próbujących przedrzeć się do lepszego życia przez zasieki Twierdzy Europa, niczym do pozbawionej praw łownej zwierzyny. W Indiach rządząca prawica, odkąd Izrael stał się dla tego kraju głównym dostawcą broni, uczy się i zamierza na wielką skalę naśladować w stosunku do własnej populacji muzułmańskiej metody wypracowane przez Izrael na i w stosunku do Palestyńczyków. Już lata temu Naomi Klein wskazywała, że narzucona światu przezd administrację Busha II „wojna z terroryzmem” była „globalizacją doktryny Likudu” (partia, z ramienia której rządzi teraz Netanjahu).

I tak dalej, i tak dalej.

Rządy Stanów Zjednoczonych i większości państw europejskich (ostatnim bastionem wartości Oświecenia, mówiąc słowami amerykańskiego historyka Grega Grandina, znów jest Ameryka Łacińska) grzęzną w obrzydliwym stopniu nie tylko tolerancji dla zachowania Izraela, ale nawet aktywnej współpracy i wsparcia udzielanego tym działaniom. Czasami wyglądają wręcz one, jakby Izrael dokonywał outsourcingu pewnych działań służących obronie pozycji Izraela do władz innych krajów. Stany Zjednoczone udzielają Izraelowi tak bezwarunkowego (i kosztownego) poparcia, że właściwie podminowują już swoje własne interesy – nie potrafią jednak przestać. Amerykańskie służby szturmują mieszkania redaktorów zasłużonego dla sprawy palestyńskiej portalu Electronic Intifada. Europejskie służby graniczne zatrzymują na lotniskach Francji, Belgii i innych krajów obywateli UE, wybierających się do Izraela, by tam uczestniczyć w akcjach solidarnościowych w obronie Palestyńczyków. Francuski rząd ściga się z prawicowymi proizraelskimi żydowskimi organizacjami lobbingowymi w polowaniu na rzekomych antysemitów w szeregach krytyków Izraela i zakazuje demonstracji solidarności z mieszkańcami bombardowanej Gazy. Rząd Grecji zatrzymuje w swoich portach statki uczestniczące w drugiej Flotylli Wolności, by tym razem nie dotarły one nawet w tak wciąż dalekie pobliże portu w Gazie, jak razem poprzednim.

I tak dalej, i tak dalej.

Trudno oprzeć się wrażeniu, jakby manifestowało się tutaj coś więcej niż tylko trwanie tych wszystkich rządów w pułapce różnego rodzaju biznesowych powiązań i w dyplomatycznym szachu w kontaktach z Jerozolimą i Tel Awiwem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta gorliwość w już nie tylko spełnianiu wszelkich – najbardziej nawet skandalicznych – próśb ze strony rządu Izraela, ale nawet zgadywaniu z wyprzedzeniem jego potencjalnych życzeń, reprezentuje jakiś obsceniczyny doprawdy eksces. Jakby zachodnie klasy panujące w Izraelu broniły czegoś znacznie więcej, niż tylko jednego z wielu formalnie równoprawnych państw i rządów. Jakby w Izraelu broniły właśnie tego wyjątkowego, doprowadzonego do doskonałości modelu, prototypu, wzoru do zapożyczenia, w którym wielka burżuazja w swoich różnych wydaniach narodowych i w jej wydaniu transnarodowym (nazwanym przez Denisa Duclosa kosmokracją) widzi nadzieję na zachowanie swojej klasowej władzy na okoliczność zmaterializowania się coraz bardziej realistycznego scenariusza, zgodnie z którym obecny kryzys kapitalizmu zostanie z nami już „na zawsze”; że powrót na ścieżkę długotrwałego wzrostu i względnie harmonijnej akumulacji w warunkach istniejącego reżimu własności nie będzie już nigdy możliwy. (Konkurencyjnym wyjściem byłoby, oczywiście, zniesienie panującego reżimu własności i zastąpienie kapitalizmu systemem bardziej egalitarnym, tego jednak wielka burżuazja nie utożsamia ze swoim własnym interesem.)

Atrakcyjność Izraela jako modelu nowego reżimu rządomyślności i racjonalności politycznej, na którego podobieństwo powoli acz konsekwentnie przeobrażają się zachodnie liberalne demokracje (do niedawna tak, w każdym razie, zwane), wynika z tego, jak doskonale nadaje się on jako taki do zastosowania w specyficznych warunkach obecnego strukturalnego kryzysu kapitalizmu.

W warunkach strukturalnego kryzysu, z którego niemiecka burżuazja szukała ratunku w projekcie III Rzeszy, przyszłość klasowego panowania wiązała się wciąż z koniecznością wyzyskiwania pracy tych, którzy nie dysponowali własnością środków produkcji; stąd część (wschodnioeuropejska) siły roboczej miała trafić do niewoli, wyzyskiwana dosłownie na granicy biologicznej reprodukcji pracującego organizmu, bez perspektywy dożycia jakiegoś odpoczynku w starości, za to z perspektywą śmierci z łopatą, motyką czy kilofem w ręku.

Pod tym względem sytuacja obecnego kryzysu kapitalizmu jest znacząco odmienna. Rozwój sił wytwórczych, kolosalny wzrost wydajnosci pracy, jaki się dokonał w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci (automatyzacja i komputeryzacja) i polityczny sukces reżimu własności intelektualnej jako wehikułu akumulacji kapitału, sprawiły, że siła robocza jest dziś znacznie mniej istotnym składnikiem Marksowskiego modelu P – T – P’ (pieniądz – towar – pieniądz powiększony o zysk). Do najbardziej rozwijających się i przynoszących najbardziej spektakularne zyski należą dziś te dziedziny aktywności gospodarczej, które potrzebują stosunkowo niewielkich nakładów ludzkiej pracy, jedynie garstki bardzo wykwalifikowanych jednostek, i obywają się często bez tworzenia nowych miejsc pracy, nawet gdy szybko rosną pod względem liczebnej bazy swoich klientów. Wykonywane przez klikę wtajemniczonych operacje na wirtualnych rachunkach; usługi internetowe; aplikacje na urządzenia mobilne; inne „przemysły kreatywne” i przemysły kulturowe nierzadko żyjące w większym stopniu z renty od już zgromadzonej martwej pracy niż z bieżącej produkcji, produkcji angażującej pracę proporcjonalnie, w przeliczeniu na potencjalne zwroty od inwestycji, niewielu osób. Coraz szersze segmenty ludzkości, coraz większe rzesze ludzi są już kapitałowi i klasie społecznej jego dysponentów najzwyczajniej niepotrzebne jako siła robocza.

Izraelskie rozwiązanie

Rozwiązanie, jakie przetestowało na takie okoliczności Państwo Izrael, rozwiązanie, któremu z takim perwersyjnym pożądaniem przygląda się burżuazja w innych częściach świata, to zupełne i trwałe fizyczne wykluczenie całych segmentów populacji (wedle jakiegoś arbitralnego kryterium, w tym wypadku pochodzenia etnicznego i religijnego, ale to zawsze można będzie dostosować do lokalnych warunków) z dostępu do formalnej gospodarki, z możliwości podjęcia choćby rywalizacji o pracę. Odgrodzeni murami, zasiekami, całymi sekwencjami fizycznych przeszkód uniemożliwiających im wydostanie się z ich miejscowości do pracy, na poszukiwanie pracy czy do szkoły albo uniwersytetu, na którym mogliby zdobyć jakieś kwalifikacje na potrzeby pracy w przyszłości. Pozamykani w bantustanach na Zachodnim Brzegu Jordanu albo w megaslumsie Gazy, pod ciągłym ostrzałem z ziemi, powietrza, i z morza, tam, gdzie w pobliżu jest morze. Ostrzeliwani lub bombardowani, gdy w tych swoich bantustanach lub odciętych od świata slumsach usiłują kłaść podwaliny pod jakiekolwiek produktywne ekonomiczne działanie, sami stworzyć sobie z niczego jakąś pracę. Ataki bombowe w perzynę obracają jedyną elektrownię w Gazie i ponad sto fabryk, nawet uprawa pietruszki na tych skrawkach dostępnej wicąż ziemi i jej zbieranie grożą śmiercią od izraelskiego strzału. Śmiercią z rąk izraelskich żołnierzy tak samo grozi połów ryb. Pracy teoretycznie nie brakuje tylko personelowi medycznemu, ale właściwie nie da się jej wykonywać, bo szpitale też co dwa lata są bombardowane, a trzy czwarte dostaw do nich (większość o charakterze zewnętrznej pomocy humanitarnej) rutynowo konfiskowane przez Izrael.

Palestyńczycy nie są już Izraelowi potrzebni nawet do tego, żeby wyzyskiwać ich pracę – ale to nie znaczy, że nie są potrzebni w ogóle. Wykluczenie w kapitalizmie ma zawsze charakter funkcjonalny, wykluczeni są w kapitalizmie potrzebni jako wykluczeni – to w Izraela stosunku do Palestyńczyków nie uległo zmianie, zmianie natomiast uległy parametry tej funkcjonalności. Już nie chodzi o to, żeby wykluczenie skazywało Palestyńczyków na wykonywanie najgorszej, najsłabiej wynagradzanej, przynoszącej najmniej społecznego uznania i najbardziej niedowartościowanej pracy. Od tego są dzisiaj legitymizujący się nie zawsze solidnym żydowskim pochodzeniem przybysze z upadłego ZSRR i starzy dobrzy Mizrahim (Żydzi arabscy); zresztą pracy, nawet kiepskiej, i tak jest do zlecenia coraz mniej. Jak niestrudzenie powtarzają Frank Barat z Trybunału Russella i Shir Hever, ekonomista z Alternative Information Centre, jak to lata już temu zdiagnozowała w Doktrynie szoku Naomi Klein, Palestyńczycy – nie tylko w Gazie, ale tam widać to na najbardziej szokującą skalę – potrzebni są Izraelowi jako zupełnie nowa historycznie forma mięsa armatniego. Są także potrzebni jako straszak integrujący to do reszty już obłąkane społeczeństwo zabarykadowane wewnątrz fortyfikacji Twierdzy Izrael.

Nowa forma mięsa armatniego, bo jego funkcją nie jest umieranie na froncie za interesy klas panujących „własnej ojczyzny”; Palestyńczycy są marketingowym mięsem armatnim izraelskiego przemysłu zbrojeniowego. Izrael mimo populacji przegrywającej zestawienie z niejednym współczesnym miastem, jest jednocześnie jednym z dziesięciu największych światowych producentów i eksporterów uzbrojenia i supertechnologii bezpieczeństwa. Izraelski eksport broni w przeliczeniu na głowę mieszkańca wynosi 300$ rocznie, najwięcej na świecie; dla porównania, dla USA, największego światowego eksportera broni, jest to jedynie 95$. Sztokholmski instytut SIPRI podaje, że izraelski eksport uzbrojenia podwoił się w okresie 2001-2012. Jest to kluczowy przemysł kraju, którym rządzi nierozerwalny sojusz między wychowaną w kulturze paranoi elitą militarną a burżuazją zbrojeniową. Uwięzieni w Gazie i innych bantustanach, bez możliwości ucieczki, bez możliwości schronienia się gdziekolwiek, Palestyńczycy służą izraelskiemu przemysłowi zbrojeniowemu jako monstrualny showcase, na którym może zademonstrować skuteczność swoich technologii w walce z żywymi ludźmi, by następnie sprzedawać swoją broń na rynkach światowych jako przetestowaną w walce, przetestowaną na ludziach. Przetestowaną w zabijaniu ludzi. Z transmisją na żywo – ostatnim razem przez ponad 50 dni – w kanałach telewizyjnych na całym świecie. W trakcie lub tuż po każdej kolejnej agresji na Gazę (kiedy nastąpi następna? w 2016 czy wcześniej? – bo odstępy pomiędzy kolejnymi są coraz krótsze) zyski i notowania akcji izraelskich firm zbrojeniowych szybują w górę.

Palestyńczycy jako straszak, jako ci, którzy zawsze mogą coś tam wystrzelić zza muru (w tym celu izraelska armia regularnie zmusza mieszkańców Gazy i enklaw na Zachodnim Brzegu do wystrzelenia czegoś czasem systematycznymi prowokacjami, a to strzelając do dzieci, a to zabijając strzałami z dronów jakiegoś politycznego reprezentanta Palestyńczyków) z kolei utrzymują Izraelczyków w stanie ciągłego napięcia, zawsze jakoś obecnej obawy o własne bezpieczeństwo. To z kolei pozwala upiec więcej nawet niż dwie pieczenie na jednym ogniu. Legitymizuje, uzasadnia i naturalizuje patologiczną w Izraelu pozycję armii jako instutucji, która obejmuje i kształtuje całość życia społecznego i politycznego (Tyler). Izrael wiele mówi o tym, że jest jedyną na Bliskim Wschodzie demokracją liberalną, ale od jego powstania rządzą nim niemal wyłącznie wojskowi; w rzeczywistości jest to wojskowa etnokracja (jako etnokrację ustrój polityczny Izraela definiuje Shlomo Sand). Ciągle odświeżana obawa o własne i bliskich bezpieczeństwo fizyczne napędza i podtrzymuje wewnętrzny popyt na produkty najważniejszego izraelskiego przemysłu. Wpływa także na utrzymywanie izraelskiego społeczeństwa w stanie gorączkowego nacjonalistycznego podniecenia, w stanie wyjątkowej identyfikacji z panującym reżimem rządomyślności. Poziom tej identyfikacji przejawia się w „stopniu degeneracji izraelskiego społeczeństwa” (Tariq Ali): 95-procentowe, entuzjastyczne społeczne poparcie dla agresji na Gazę oznacza, mówiąc dosadnie, że tylko 5% izraelskich Żydów nie jest pogrążonymi w jakimś obłędzie rasistami. W porównaniu z Izraelem Teksas jest dziś ostoją tolerancji i multikulturalizmu.

Palestyńczycy jako straszak trzymający do kupy izraelskie społeczeństwo rozdarte ogromnymi wewnętrznymi nierównościami i wytwarzający zgodę na rządy kliki wojskowych i burżuazji zbrojeniowej muszą być na tyle zdesperowani, ich sytuacja musi być na tyle beznadziejna, by wybuchali czasem gniewem na tyle silnym, by ciarki przestrachu przebiegły czasem po plecach smażącego sobie odwłok na plaży w Tel Awiwie izraelskiego mieszczucha (jakaś rakieta dosięgła lotniska Ben Guriona!). Muszą być jednak na tyle bezsilni, by za każdym razem takie zagrożenie dało się opanować. Środkiem do tego celu jest nadwerężenie biologicznej i społeczno-kulturowej tkanki palestyńskiego życia do stopnia, w którym zachwiana jest możliwość jego długoterminowej reprodukcji jako spójnego społeczeństwa. Jeżeli prawie jedna czwarta (źródła, gdy piszę te słowa, podają 504 lub 514) ofiar ostatniego ataku to dzieci, tylko imbecyl lub socjopata może jeszcze wierzyć w zapewnienia Netanjahu i australijskiego kolonisty, jego nie znającego wstydu rzecznika Marka Regeva, że stanowiły one collateral damage w atakach na faktyczne cele powiązane jakoś z Hamasem. Śmierć ogromnej liczby dzieci, okaleczenie i osierocenie jeszcze większej (odpowiednio prawie 3400 i 13000) należały do faktycznych celów opracji Protective Edge. O „przypadku” to można by jeszcze mówić, gdyby zginęło kilkoro czy kilkanaścioro dzieci, a rany odniosło kilkadziesiąt, ale nie wtedy, kiedy chodzi o ponad 500 i ponad 3000 – gdy liczby są tego rzędu, to nie jest to „przypadek”. Jedna ze szkół prowadzonych w Gazie przez Organizację Narodów Zjednoczonych 17 razy wysyłała izraelskiemu dowództwu swoje współrzędne wraz z informacją, że mają tam schronienie rodziny z dziećmi, które musiały uciec ze swoich domów. Szkoła została zbombardowana. Nie pomimo tego, że była to szkoła, prowadzona przez ONZ, i że spały tam dzieci, a właśnie dlatego, że była to szkoła i że spały w niej dzieci.

Sednem izraelskiej przemocy w stosunku do cywilnej ludności i infrastruktury Terytoriów Okupowanych jest zadawanie tej populacji takich ciosów, by uniemożliwić jej normalne odtwarzanie się jako społeczeństwa. Zabijanie i kaleczenie dzieci uderza w jego reprodukcję na najbardziej elementarnym biologicznym poziomie (i stanowi przedłużenie polityki – to są słowa przedstawicieli izraelskiego rządu – utrzymywania Palestyńczyków „na diecie”: dopuszczanie na terytorium Gazy takiej ilości kalorii, by utrzymać populację dosłownie na krawędzi biologicznego przetrwania). Dzieciom, które uniknęły śmierci w tej i poprzednich „operacjach” zadawane są monstrualne krzywdy, które na zawsze naznaczą ich rozwój emocjonalny i fizyczny (Ewa Jasiewicz powiedziała kiedyś, że większość dzieci w Gazie cierpi na to, co zachodnia psychiatria nazywa zespołem stresu pourazowego – problem jednak w tym, że nie ma żadnego „po” w tym ich urazie, ten stres nie ma miejsca po czymkolwiek, bo w warunkach oblężenia Gazy i stres, i uraz trwają nieprzerwanie). Wyprowadzić takie rzesze dzieci, właściwie całe pokolenie, z takiej traumy jest w stanie tylko silnie zintegrowane, mające wspólną mapę wartości i sprawne instytucje socjalizacji, enkulturacji i opieki społeczeństwo. To dlatego – po to, by to uniemożliwić – bomby spadły właśnie na instytucje socjalizacji, enkulturacji i opieki, instytucje, za pomocą których Palestyńczycy odtwarzają się jako społeczeństwo, które dzieli jakieś wspólne narracje o sobie i o świecie wokół siebie, podziela pewien zestaw społecznych praktyk i dzięki temu potrafi działać wspólnie. Dlatego bomby spadły na prawie 170 szkół, na ponad sto meczetów, na ponad dwadzieścia szpitali i na 5 uniwersytetów. Za dużo tego na collateral damage, to były faktyczne cele operacji – nie ma wątpliwości Navi Pillay, Wysoka Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka. Okupantowi chodzi o to, by Palestyńczycy rozpadli się jako społeczeństwo, rozpadli się do jakiegoś stanu zrozpaczonego zdziczenia, w którym będą wciąż skutecznym straszakiem, ale nie będą w stanie politycznie zorganizować się przeciwko okupantowi.

To dlatego Izrael przez cały czas trwania tej kampanii tak bardzo plątał się w zeznaniach, co właściwie jest jej celem (najpierw rzekomo porwani i zamordowani przez Hamas chłopcy; gdy nawet izraelska policja musiała przyznać, że Hamas nie miał z tym nic wspólnego, nagle sednem sprawy stały się rakiety wystrzeliwane przez Hamas w stronę terytorium Izraela; gdy Hamas próbował przestać, nagle powodem wszystkiego i celem ofensywy stały się tunele). Nawet po zakończeniu całej tej ofensywy, Izrael nie potrafi wytworzyć spójnego komunikatu, o co chodziło i co właściwie osiągnięto. Osłabienie Hamasu? Hamas jeszcze nigdy nie miał tak silnego poparcia! Chodzi o to, że prawdziwe cele tego wszystkiego były tak obsceniczne, tak odrażające, że w żaden sposób, przy pomocy nawet najbardziej wygimnastykowanego zespołu cynicznych PR-owców, nie da się takich celów sprzedać opinii międzynarodowej; władze Izraela mówią więc w tej sprawie dosłownie byle co, byle tylko nie powiedzieć prawdy.

Izrael – i wypracowany przezeń po 1987 roku model zarządzania permanentnym kryzysem i zupełnym strukturalnym wykluczeniem całych mas ludności – przedmiotem pożądania i zazdrości ze strony tych sektorów wielkiej burżuazji w innych częściach świata, które mniej lub bardziej pogodziły się z perspektywą, że obecny kryzys kapitalizmu już się raczej nie skończy, w każdym razie nie w wyobrażalnej przyszłości, wobec czego zainteresowane są przede wszystkim obroną swoich przywilejów na przyszłość określoną przez takie właśnie warunki. Podobnie jak w poprzednim tak głębokim kryzysie kapitalizmu projekt III Rzeszy był przedmiotem pożądania i zazdrości klas panujących także poza Niemcami, które nierzadko szukały dróg akcesu do tego projektu lub możliwości jego skopiowania.

Jest jeszcze jeden istotny aspekt. W poprzednim tak głębokim kryzysie, na ówczesnym poziomie rozwoju sił wytwórczych, na „atrakcyjność” projektu III Rzeszy z punktu widzenia burżuazyjnych elit składało się przejęcie politycznej i militarnej kontroli nad ogromnym terytorium, z jego zasobami naturalnymi, z istniejącym tam już bogactwem, które można częściowo przejąć, z jego rynkiem konsumenckim, wreszcie z zasobami eksploatowalnej siły roboczej. W obecnym kryzysie kapitalizmu Izrael „atrakcyjnym” czyni stworzony przezeń model niewielkiej, ale uzbrojonej po zęby i na każdą okoliczność twierdzy. W twierdzy takiej schronienie mogą znaleźć książęta transnarodowej finansjery wraz ze swoimi dworami, kapłani przemysłów kreatywnych wraz z robiącymi im dobrze ministrantami, oczywiście arystokracja przemysłu zbrojeniowego – wraz z ich niższym i pomocniczym personelem oraz zasobami dostawców usług. Rzesze wykluczonych z ekonomii takiej twierdzy trzymane pod butem militarnej potęgi tworzą atmosferę zagrożenia, która integruje społeczeństwo wewnątrz twierdzy w stopniu neutralizującym jego wewnętrzne sprzeczności i napięcia; do tego podtrzymują ostatni wielki, wciąż sprawnie i szybko kręcący się przemysł, który wytwarza coś dotykalnie realnego (zbrojenia i bezpieczeństwo). Gdyby wyskoczyła niespodziewanie potrzeba dodatkowego zastrzyku siły roboczej, można zawsze wyselekcjonować jakąś grupę w którymś z bantustanów za murami twierdzy i wpuścić ją na jakichś wymyślnych warunkach do środka. Zasadniczo jednak, przy obecnym poziomie rozwoju technologicznego, wyzyskiwać zdesperowane populacje można na odległość; grabić ich zasoby można w punktowych, planowanych z daleka operacjach, następnie zostawiając je samym sobie z konsekwencjami ekologicznymi czy humanitarnymi; bronić się przed słusznym gniewem pokrzywdzonych też można zza monitorów komputerów. Tego rodzaju twierdze to przyszłość, jaką mniej lub bardziej wyraźnie widzą dla siebie sektory klas panujących w różnych częściach naszej planety. Miejsce na zewnątrz tych twierdz, pod ich ostrzałem, okupacją, oblężeniem, lub po prostu w stanie odcięcia od materalnych możliwości tworzenia kolektywnych warunków do normalnego życia, w warunkach permanentnej katastrofy ekologicznej lub humanitarnej, bądź też w stanie groźby, że niebawem się tam osuniemy – to miejsce, jakie w tej wizji czeka większość z nas.

Bezwarunkowa solidarność

Nigdy nie zapomnę pierwszej pro-palestyńskiej demonstracji, na której byłem w Londynie w 2012 roku. Wydarzenie zupełnie różne od małych, rachitycznych odpowiedników, jakie demonstracje takie mają w oduczonej dwudziestopięcioleciem dzikiego neoliberalizmu elementarnej międzyludzkiej solidarności Polsce. Demonstracje, które miały w Londynie miejsce w tym roku, w czasie operacji Protective Edge, pod względem liczby uczestników przebiły tamte z 2012 roku wielokrotnie (ta z 9 sierpnia 2014 była największą pro-palestyńską demonstracją, jaka kiedykolwiek miała miejsce w Londynie) i także były głęboko poruszające. Ale nigdy nie zapomnę tej pierwszej. Nigdy nie zapomnę tego dwudziestoparoletniego chłopaka, białego Brytyjczyka, stojącego z megafonem na podeście ustawionym przy High Street Kensington. Ambasada Izraela jest nieopodal. Nie pamiętam, jak się nazywał, ale nigdy nie zapomnę tego, jak długo i niestrudzenie, z jaką energią chłopak ten zdzierał sobie gardło, krzycząc do tego megafonu: „Gaza, Gaza, don’t you cry, we will never let you die!” i „In our thousands, in our millions, we are all Palestinians!” Pomimo iż był Brytyjczykiem jak najbardziej brytyjskiego pochodzenia, nie można było mieć większych wątpliwości: ten chłopak zdzierał tam sobie gardło z takim zaangażowaniem, bo czuł, że ta sprawa fundamentalnie go dotyczy, tak jak dotyczy każdej ludzkiej istoty. Że sprawa palestyńska, skala krzywdy i niesprawiedliwości zadanych Palestyńczykom, żeby zachodnie mocarstwa mogły po II wojnie światowej poczuć się lepiej ze swoimi wyrzutami sumienia z powodu hitlerowskiego judeocydu, jest sprawą uniwersalną, jest sprawą wszystkich ludzi.

Co robi szczególnie wielkie wrażenie na pro-palestyńskich demonstracjach w Londynie, to fenomenalnie uniwersalny ich skład tożsamościowy, społeczno-kulturowy. Wielka Brytania ma ogromną społeczność arabską, ale wraz z brytyjskimi Arabami idą przedstawiciele wszystkich innych muzułmańskich społeczności, od Somalijczyków po Irańczyków; wraz z muzułmanami lewicowcy wszelkich maści, intelektualiści, związki zawodowe, przedstawiciele świeckich organizacji żydowskich i ortodoksyni Żydzi, Brytyjczycy pochodzenia karaibskiego, ci Brytyjczycy, którzy czują się odpowiedzialni za własną historię (choćby za tzw. deklarację Balfoura z 1917 r.), zawsze przyjeżdżają też Irlandczycy. Sam nie wiem, kto jeszcze. Wszyscy ludzie, którzy mają nieuśpione sumienia i wiedzą, że prawda nigdy nie leży pośrodku.

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami. Wszyscy, jako istoty ludzkie, mamy moralny obowiązek solidarności z Palestyńczykami – jako istotami ludzkimi. Jako istotami ludzkimi w doprawdy tragicznym położeniu, stojącymi w osamotnionej konfrontacji z czwartą najpotężniejszą armią świata, sponsorowaną przez Imperium Dolara, pozbawieni ochrony jakiegokolwiek skutecznego prawa, od pokoleń pod bezwzględną militarną okupacją, grabieni, poniżani, mordowani, wsadzani do więzień nawet w wieku 11 lat, porzuceni przez wielkich międzynarodowych graczy, którzy mogliby coś wymusić na władzach w Jerozolimie i Tel Awiwie, ale wolą robić z nimi interesy. Istotom ludzkim w takim położeniu należy się solidarność bezwarunkowa. Bezwarunkowa, to znaczy bez względu na to, jak ich polityczne wybory (Hamas) i działania (rakiety wystrzeliwane w Izrael, błyskawiczne wyroki śmierci na 21 oskarżonych o kolaborację z Izraelem) mają się do naszych zachodnich, liberalnych gustów politycznych. Zachodnie, liberalne gusta polityczne są luksusem poza zasięgiem społeczeństwa, które od pokoleń łamane jest presją tego, co izraelski historyk Avi Shlaim nazwał niedawno „najdłuższą i najbrutalniejszą nowoczesną okupacją”. To my, dostarczając demokratycznej legitymacji rządom, które za nasze podatki robią z Izraelem (zwłaszcza z jego przemysłem zbrojeniowym i armią) rozmaite interesy i odmawiają stawiania go przed elementarnymi standardami prawa międzynarodowego, ponosimy część odpowiedzialności za beznadzieję sytuacji Palestyńczyków i za to, jak niewiele opcji zostało im już do wyboru. Nie mamy w tej sytuacji prawa uzależniać naszej solidarności od spełnienia naszych fantazji o wyborach politycznych, jakich powinni dokonywać. If the occupation is ugly, you will not have a pretty resistance, jak powiedział w Hyde Parku Tariq Ali. A po tym jak Izrael skutecznie skorumpował przywództwo Fatah i Organizacji Wyzwolenia Palestyny, de facto outsource’ując do nich zadania okupacji (Gordon), i w gruncie rzeczy je pacyfikując, by jednocześnie przystąpić do intensyfikacji grabieży ziemi na Zachodnim Brzegu i mnożenia żydowskich osiedli (Edward Said samotnie ostrzegał przed laty, że do tego tak naprawdę doprowadzą porozumienia z Oslo, a nawet, że Izraelowi po prostu o to w nich chodzi, i miał rację) – po tym wszystkim Hamas jest dla wielu (po ostatnich wydarzeniach najprawdopodobniej większości, także na Zachodnim Brzegu) Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych ostatnią liczącą się polityczną organizacją, która udowodniła w praktyce, że nie porzuci walki o ich prawo do życia i ich prawo do życia w godności. I udowodniła to jako organizacja właśnie – nie tracąc kompasu politycznego, nawet dojrzewając jako ruch narodowo-wyzwoleńczy, pomimo iż Izrael systematycznie, głowa po głowie, „usuwa” od lat kolejnych przedstawicieli jej przywództwa. Co stoi w olbrzymim kontraście z losami Fatah i Organizacji Wyzwolenia Palestyny, których przywództwo w późnych latach Jasira Arafata i po jego śmierci (dziś wiemy już, że został otruty), nie tylko nigdy nie dorosło do jego formatu, ale też uległo smutnej demoralizacji.

Wszyscy jesteśmy więc Palestyńczykami – albo skurwysynami. Wybór jest tylko taki.

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami także dlatego, że walka Palestyńczyków znajduje się w epicentrum walki o kluczowe stawki naszego stadium nowoczesności, w tym o przetrwanie samych nowoczesności centralnych obietnic (wolności i równości wszystkich ludzi), a może nawet o przetrwanie warunków możliwości choćby dalszej o te obietnice walki. To, że w boju o takie stawki, porzucony przez zachodnie tak zwane demokratyczne rządy, stoi osamotniony ruch, który podkreśla swoją islamską tożsamość, jest tylko kolejnym ponurym świadectwem stanu rozpaczliwej moralnej i aksjologicznej nędzy, w jakim znajduje się euroatlantycka polityka. Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami, bo stworzony w toku siłowych eksperymentów na nich system bezwzględnego zarządzania permanentnym kryzysem i wykluczeniem to prototyp, który w kolejnych stadiach obecnego kryzysu kapitalizmu będzie replikowany na większą skalę i dostosowywany do różnych lokalnych kontekstów. Bo izraelska okupacja to puszka Pandory, otwarta już, z której wydostają się demony hulające następnie po całym świecie i krok po kroku zmieniające rzeczywistość polityczną i panujący reżim rządomyślności także w krajach europejskich i Ameryce Północnej. Musimy tę puszkę zamknąć, wepchnąć demony, tyle z nich, ile uda nam się zatrzymać, z powrotem, i zakopać ją głęboko, nie zostawiając mapy, jak ją odnaleźć; a potem wyruszyć na poszukiwanie tych demonów, które już hulają po świecie i zaczęły go podbijać. W pewnym sensie jest już za późno: w tym sensie, że puszka dawno jest już otwarta i historia kroczy już tą ścieżką. Musimy jednak tę okoliczność, tę, że już w pewnym sensie jest za późno, traktować nie jako powód do fatalizmu, a jako impuls do szczególnej mobilizacji i działania. Musimy zatrzymać historię na tej drodze. Musimy ją z niej zawrócić.

Kiedy nasze klasy polityczne nie tylko odmawiają podejmowania jakichkolwiek działań, by pociągnąć Izrael do odpowiedzialności i go powstrzymać przed kontynuacją zbrodni na Palestyńczykach, a nawet w najlepsze robią z nim interesy, ci wszyscy z nas, którzy odmawiamy być skurwysynami, musimy wykorzystać wszystkie inne dostępne nam sposoby realizacji imperatywu bezwarunkowej solidarności z Palestyńczykami. Wywierać presję na naszych polityków, organizować demonstracje jak ta w Londynie 9 sierpnia 2014, rozliczać każdego z nich z jego stosunku do Izraela. Ale musimy też przyłączyć się do każdego dostępnego nam bojkotu: odrzucać wszelkie produkty made in Israel, odrzucać wszelkie produkty i usługi korporacji, o których wiemy, że prowadzą biznes z izraelskimi podmiotami, z izraelskim rządem lub inwestują w Izraelu; powinniśmy bojkotować imprezy sportowe i kulturalne, instytucje kulturalne i akademickie, a także poszczególnych twórców, akademików i sportowców, którzy oficjalnie reprezentują wszelkie jednostki organizacyjne finansowane lub sponsorowane przez Państwo Izrael lub uczestniczą w przedsięwzięciach propagandowych Państwa Izrael (takich jak „Brand Israel”). Jak powiada Naomi Klein, bojkot Izraela jest najlepszą bronią, jaką w obecnych warunkach dysponujemy, ponieważ po prostu ma ogromną szansę być skuteczny: Izrael, jako kraj z niewielkim rynkiem wewnętrznym, jest całkowicie zależny od rynków zewnętrznych, i jeśli je utraci, straci grunt pod nogami.

Oczywiście, oberwie się nam po drodze od antysemitów i musimy być na to gotowi. Najwyższy czas przestać się już jednak tego bać. Ta od dawna już, i coraz bardziej, nadużywana taktyka oczerniania każdej krytyki Izraela i każdej obrony niezbywalnych, uniwersalnych praw Palestyńczyków, będzie już niebawem na granicy wyczerpania. To nie kreowany przez takie oskarżenia „antysemityzm” ma dzisiaj cokolwiek wspólnego z rasizmem, to pratyka tego rodzaju oskarżeń o antysemityzm jest jednym z centralnych wehikułów obecnie dominujących – tych, które są dziś faktycznym problemem politycznym – form rasizmu (Badiou, Hazan, Segré). Dożyliśmy czasów tragicznej doprawdy ironii, w których kto nie będzie ni razu nazwany antysemitą, ten całkiem prawdopodobnie nie jest przyzwoitym człowiekiem. Towarzystwo w gronie w ten sposób oskarżonych jest już doprawdy wyśmienite – od Normana Finkelsteina, przez Alaina Badiou, Erica Hazana, Rogera Watersa, Rihannę, po Penelope Cruz, Javiera Bardema i Pedro Almodovara. Z takich oskarżeń, za to, że opowiadamy się w obronie niezbywalnych praw Palestyńczyków, w przyszłości będziemy jedynie mogli być dumni.

Jarosław Pietrzak

Najważniejsza literatura:

Zdjęcie nad tekstem pochodzi z mojego fotobloga Surface and Matter.

Architektura kolonialna Ameryki Łacińskiej: detal

Alejandro Gonzalez Iñárritu: Filmowy mural o rozpadzie świata

Alejandro Gonzalez Iñárritu pochodzi z Meksyku, jednego z tych krajów, w których jak w soczewce skupiają się monstrualne sprzeczności i skrajności kapitalizmu – jako systemu światowego, w fazie globalizacji neoliberalnej. Miasto Meksyk, kolosalna stolica kraju, w której Iñárritu przyszedł na świat (w 1963 r.), skupia je w sobie ze szczególną intensywnością i na wyjątkową skalę. Aglomeracja stolicy jest domem ponad 23 mln ludzi – najbogatszego człowieka na świecie (według listy magazynu „Forbes” jest nim Carlos Slim Helu), oraz 4 mln mieszkańców największego megaslumsu na świecie. Garstka beneficjantów neoliberalnego turbokapitalizmu z jednej strony, a z drugiej warunek możliwości tempa, w jakim akumulują oni bogactwo: rosnące rzesze (dziś już 19,6% miejskiej populacji kraju, tj. 14,5 mln ludzi, zamieszkuje slumsy) ofiar reżimu akumulacji opartego na „konsensusie waszyngtońskim”.

Dotychczasowe pełnometrażowe filmy Iñárritu, z jedynym słabym punktem w postaci „21 gramów” („21 Grams”, 2003), składają się na przedsięwzięcie na miarę perspektywy poznawczej, jaką na współczesność otwiera właśnie miasto Meksyk. Razem stanowią coś w rodzaju rozległego muralu zamierzonego jako polityczna panorama systemu, w którego schyłkowej epoce żyjemy. Piszę „muralu”, bo to skojarzenie wyjątkowo usprawiedliwione dla przedsięwzięcia o takim ładunku politycznym, gdy jego twórca pochodzi z ojczyzny Diego Rivery. A „schyłkowej”, bo najnowszy film reżysera, „Biutiful”, wciąż nie rozpowszechniany w Polsce (choć pokazywany w Cannes w konkursie głównym w 2010 r., potem nominowany do Oscara i Złotego Globu) pokazuje wyraźnie, że co do możliwości „rozwojowych” systemu, który nieco ponad pięćset lat temu zaczął zdobywać świat (od hiszpańskiego podboju Meksyku i Peru właśnie), Iñárritu zgodziłby się pewnie bez wahania z Immanuelem Wallersteinem.

Pewnie na tym się nie skończy, ale jak dotąd na ten ambitny mural składają się cztery „segmenty”: 1) obraz miasta Meksyk w „Amorres perros” (2000) – jako mikrokosmos neoliberalnego „kapitalizmu do sześcianu”; 2) obraz obrzeży społecznych hegemona (w Wallersteinowskim sensie tego słowa) systemu, Stanów Zjednoczonych – w 21 gramów; 3) panoramiczny pejzaż systemu jako obejmującego całą planetę łańcucha przemocy – ekonomicznej, politycznej i nagiej, dosłownie fizycznej w „Babel” (2006); 4) wreszcie obraz postępującego próchnienia systemu na przykładzie tego, co można by nazwać „tiermondyzacją” (od tiers monde, Trzeci Świat) dotychczasowego „Pierwszego Świata” w „Biutiful” (na przykładzie hiszpańskiej Barcelony).

„21 gramów” to jedyny w tym zestawie film, który bardzo szybko się zestarzał. Skomplikowany montaż, krzyżujące się w zawikłany sposób losy bohaterów, przetasowana chronologia, składniki siły „Amores perros” i „Babel” – tu sprawiają przykre wrażenie, że mają za zadanie głównie maskować podlaną przesolonym sosem „egzystencjalnym” emocjonalną pretensjonalność rysunku bohaterów. Którego nie są w stanie uratować nawet znakomici aktorzy (Sean Penn, Naomi Watts, Benicio Del Toro, Charlotte Gainsbourg). Oglądany ponownie po latach, film cierpi też na przerażające dłużyzny. Jeżeli mniej lub bardziej miało w nim chodzić o ukazanie społeczno-ekonomicznego rozkładu odległych od Wall Street prowincji kapitalistycznego imperium (niektórzy z bohaterów nie pamiętają czasów stałej pracy), który to rozkład przejawia się także ożywieniem sekciarskiej religijności czy duchowością New Age i okolic, to film niemal staje się częścią tego ostatniego zwłaszcza problemu niż odpowiedzią nań, albo choćby jego przekonującym bądź ciekawym opisem. Pozostałe trzy „segmenty” tej rozległej panoramy są bez porównania ciekawsze.

Obieg zamknięty

System, w którym żyjemy, funkcjonuje u Iñárritu jako zamknięty obieg przemocy, w którym każdy zajmuje miejsce bądź ofiary, bądź oprawcy, bądź jedno i drugie na raz, w stosunku do różnych ludzi, z którymi wchodzi w społeczne interakcje. Nie ma specjalnie ucieczki, każde miejsce w strukturze społecznej jest miejscem w niekończącym się (bo domkniętym z każdej strony) łańcuchu – czy też sieci – przemocy. Marzenie o tym, by się z tego zaklętego kręgu wyrwać, jest w świecie Iñárritu dość powszechne. Na chwilę, na idyllę wesela syna po meksykańskiej stronie granicy; w równoległy do rzeczywistości świat spektaklu poprzez włączenie własnego ciała w cyrkulację ikonosfery; na zawsze, gdzieś daleko, „porywając” bratu bitą przez niego żonę; zarabiając szybko choć ryzykownie stosunkowo duże pieniądze; uciekając na czas jakiś od rzeczywistości w podróż do Maroka. Za każdym razem albo okazuje się to złudą, albo kończy katastrofą. Wyjścia albo okazują się zaryglowane od zewnątrz, zabite deskami, albo prowadzą donikąd. Albo uchylają się na chwilę, na tyle długą, byś łapczywie wystawił przez nie dłoń lub nawet stopę, ale po to tylko, by z hukiem ci się na nich zatrzasnąć, pozostawiając bolesne, często trwałe obrażenia.

Przemoc fizyczna jest tu tylko jednym z wielu możliwych wcieleń przemocy. W niektórych środowiskach jej wulgarna postać stanowi porządek dnia. W „Amores perros” mężczyźni ze społecznych dołów ścierają się co chwilę niczym psy, z których walk niektórzy z nich żyją, rywalizując o jednorazowe źródła gotówki, do której zawsze jest trochę za dużo pretendentów, czasem o kobiety, w które i z którymi chcieliby uciec od bolesnej zasady rzeczywistości. Na kobietach z tych samych sektorów społeczeństwa lądują z kolei razy ich sfrustrowanych mężów (los Susany z bratem Octavia); one to znoszą, bo zajmując tak słabą pozycję społeczno-ekonomiczną, nie wiedzą, dokąd by w ogóle uciec, a do miejsca i męża przywiązują ją tradycyjne struktury rodzinnego posłuszeństwa i opium religii, jedyne dostępne im – choć tak wybrakowane – protezy bezpieczeństwa.


„Babel”: Brad Pitt i Cate Blanchett

Metastrukturą, tym, co rozstawia miejsca i w konsekwencji modeluje, konfiguruje i funkcjonalizuje wszystkie inne „tryby”, w jakich deklinacji podlega przemoc, jest organizująca świat przemoc ekonomiczna (późnego) kapitalizmu. To ona trzyma plebejskich bohaterów „Amores perros” pod bezwzględnym butem wiecznego prekariatu, skakania od fuchy do fuchy, życia z podkręcania w psach agresji, eksploatowanej w nielegalnych widowiskach. Amelię w „Babel” zmusza do spędzenia produktywnej części swego życia z dala od rodziny, po potężniejszej stronie granicy meksykańsko-amerykańskiej, na zawsze nie-u-siebie (co podkreśla wciąż utrzymywany dystans do języka angielskiego). Przemoc światowego układu sił ekonomicznych przygnała w „Biutiful” afrykańską dziewczynę do pracy na czarno w Hiszpanii, a wędrujących za pracą chińskich robotników wydała na pastwę jeszcze większej przemocy, pozornie tylko (i na tragicznie krótką metę) wynagradzając to być może nieco lepszymi pieniędzmi, w stosunku do tego, co być może udałoby im się zarobić u siebie.

Łatwo rozpoznać, gdzie znajdują się ośrodki siły. Ich mieszkańcy, jak państwo Jones w „Babel”, mogą oddawać się dobrze wynagradzanej samorealizacji, w poszukiwaniu siebie i w celu zaleczenia ran na związku udawać się w podróże do egzotycznych krajów, bo pracę opiekuńczą (opiekę nad dziećmi i domem) mogą oddelegować na imigrantkę. Ośrodki władzy ekonomicznej przemoc ekonomiczną podtrzymują strukturami zinstytucjonalizowanej przemocy militarnej i prawnej (policja, która aresztuje Amelię za zbrodnię pracy sans papiers; odór „wojny z terroryzmem”, unoszący się nad całym filmem, czyni chłopców bawiących się strzelbą – głupio, nierozważnie i fatalnie w skutkach, ale jednak zaledwie bawiących się – ryczałtem terrorystami strzelającymi do Amerykanów).

Krótkie spięcia

Przemoc – która na poziomie stosunków ekonomicznych (z wyzyskiem i wywłaszczaniem jako ich regułami), władzy politycznej, prawa i jego aparatu, jest u Iñárritu niczym innym jak strukturalną zasadą rzeczywistości, „porządku” społecznego – wyładowuje swój nadmiar w gwałtownych krótkich spięciach. Zderzają się w nich nierzadko podmioty na co dzień zajmujące często na tyle odległe miejsca w strukturze tych stosunków, że się nawzajem nie spotykają, a nierzadko i nie dostrzegają. Żyją w odległych częściach meksykańskiej megametropolii lub po przeciwnych stronach Atlantyku lub Pacyfiku. Takim spięciem może być dramatyczny wypadek samochodowy, który stanowi centralny punkt „Amores perros”.

Może nim być wystrzał rekwizytu Czechowa. Karabin to element łączący wszystkie zbiegające się w „Babel” ludzkie historie, tak jak samochodowa kolizja zderzyła ludzkie historie w „Amorres perros”. W przeciwieństwie do wypadku we wcześniejszym filmie, karabin zderza z sobą ludzi odległych od siebie nie tylko klasowo, ale i na co dzień także geograficznie. Nawet sam feralny strzał oddany jest przez nie zdających sobie sprawy z mocy trzymanego w rękach narzędzia chłopców – z oddali, do wyglądającego stamtąd jak zabawka autobusu wiozącego turystów zza Atlantyku i z Europy. Przed laty przez turystę z jeszcze innej części świata, bo z Japonii, został on podarowany marokańskiemu pasterzowi, którego nigdy na takie podróże stać nie było.

W tym miejscu „Babel” i „Amorres perros” się dopełniają – wcześniejszy film pokazuje późny kapitalizm skondensowany w jednym, monstrualnych rozmiarów mieście, drugi ujmuje go z godnym samego tego systemu rozmachem geograficznym, spojrzeniem obejmując cztery kraje na trzech kontynentach, zajmujące różne pozycje i pełniące różne funkcje w globalnym rozdaniu sił i sił braku. Pokazując jednocześnie, w jak bolesny sposób losy ludzkich istot na całym świecie uzależnione są od tego rozdania, jak nieznaczące dla jednych posunięcia i gesty skutkują dla innych katastrofami. Tym, co wiąże wszystkich ludzi na całym świecie jest przemoc stosunków społecznych, w których żyją.

Koniec świata, jaki znamy

Główny bohater najnowszego „Biutiful”, Uxbal jest śmiertelnie chory i ze smutną akceptacją oczekuje momentu własnego odejścia, pragnąc jedynie w międzyczasie zostawić swoim dzieciom jak najwięcej pieniędzy, bo na matkę dzieci, narkomankę Anę, specjalnie w dziele zapewnienia im jakiejkolwiek przyszłości nie liczy. Uczynienie protagonisty człowiekiem umierającym nie jest tu jednak w żadnym razie pługiem ustawionym, by orać poletko metafizyki. Umieranie bohatera jest raczej odbiciem – bądź metaforą – postępującej degradacji całości świata, w którym bohater (jeszcze) żyje. A my, na nasze nieszczęście, razem z nim.


„Biutiful”: Javier Bardem

Akcja filmu umiejscowiona jest w jednym z najbardziej znanych wielkich miast Pierwszego Świata, jednej z kulturalnych metropolii Europy, słynącej na świat cały ze swej urody i obiektów architektonicznych przyciągających tłumy turystów. Tylko że w filmie takiej Barcelony niemal nie widzimy. Długo potrwa, zanim gdzieś na horyzoncie zamajaczy słynna sylwetka La Sagrada Familia. Przez kawał filmu widz, który nie zna hiszpańskiego, nie rozróżnia jego odmian i dialektów, skłania się raczej ku wrażeniu, że rzecz się dzieje gdzieś w Ameryce Łacińskiej i gdy nagle pada nazwa Barcelony, ma wrażenie, że coś tu się nie zgadza.

Boczne ulice, nocne kluby, podejrzane speluny – mogłyby znajdować się w jakimkolwiek biednym mieście na zachodniej półkuli, w którym mówią po hiszpańsku, bo świat, w którym żyją bohaterowie nie styka się nawet jakoś bardziej konkretnie z Barceloną „oficjalną”. Trudno się tu doszukać kogoś żyjącego całkowicie w ramach gospodarki formalnej – praca jest na czarno, są szemrane fuchy i załatwianie usług i przysług, sprzedane raz to narkotyki, innym razem zdesperowana i gotowa za trochę pieniędzy na wszystko siła robocza z Chin. Pieniądze, nawet duże sumy, kursują w filmie w wulgarnej postaci przekazywanej z rąk do rąk – w kopertach, plikach, a nawet torbie – papierowej gotówki. Karty płatnicze i przelewy bankowe wydają się nie występować.

Bohaterowie filmu, tak jak nie ogarniają przestrzeni, w której żyją, poznawczą mapą, siatką określonych punktów odniesienia (miasto jest tu przestrzenią bez sensu, bez celu i znaczących punktów orientacyjnych), tak nie mają już oparcia w jakimkolwiek ogólnie racjonalnym światopoglądzie – albo utracili do takowych zaufanie lub wiarę w ich znaczenie. Jak z ortografią słowa w obcym (choć dominującym) języku w tytule filmu. Pogrążają się w „nowym średniowieczu” wiary w duchy, gubią rozumienie rzeczywistości w malignie irracjonalizmów.

„Biutiful” to obraz procesu sygnalizowanego już od lat choćby przez Noama Chomsky’ego: włączania i ekspansji enklaw Trzeciego Świata w granicach Pierwszego. Tiermondyzacji Pierwszego Świata. Najpierw zapadł się „Drugi Świat” („Blok Wschodni”), a dziś – stopniowo, krok po kroku, kapitalizm odsłania takie swoje oblicze, jakie znał Oliver Twist, już także tuż pod naszym nosem, tuż przed oczyma tej części ludzkości do niedawna znacznie bardziej uprzywilejowanej i przekonanej, że „takie rzeczy” to już historia.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie w polskiej edycji miesięcznika Le Monde diplomatique w listopadzie 2011.

 

 

City of London nocą

„Wstyd” Steve’a McQueena

Wstyd to druga po fenomenalnym filmie Głód pełnometrażowa fabuła brytyjczyka Steve’a McQueena, wcześniej znanego jako artysta wideo. W wywiadzie dla brytyjskiego „Sight & Sound” grający główną rolę w obydwu Michael Fassbender powiedział, że praca z McQueenem na planie tego filmu była niemal jak kontynuacja Głodu. Dla przypomnienia, w Głodzie Fassbender wcielił się w Bobby’ego Sandsa, członka IRA, który zagłodził się na śmierć w proteście przeciwko odmowie przez premier Thatcher włączenia jego i jego towarzyszy do kategorii więźniów politycznych. Możliwe, że Wstyd rozwija też w jakiś sposób problematykę poruszaną przez Głód.

Jakub Majmurek napisał kiedyś trafnie o tamtym filmie, że to rzecz o tym, jak władza odciska się na ciałach. Wstyd może być o tym samym, tylko na innym odcinku spektrum socjoekonomicznego i historycznego rozwoju kapitalizmu – na jego odcinku współczesnym, wśród relatywnie dobrze sytuowanej nowojorskiej klasy średniej. Brandon, bohater Fassbendera, pracuje na dobrze płatnej posadzie w biurze późnokapitalistycznej korporacji. Tytułowy wstyd bierze się z mającego nad nim całkowitą władzę uzależnienia od seksu. Jego życie poza pracą składa się z przypadkowych kontaktów seksualnych z przypadkowo spotkanymi kobietami, w razie niepowodzenia podrywu – z prostytutkami, seksu na odległość za pośrednictwem kamer i internetu, masturbacji i codziennej konsumpcji pornografii (nawet w biurze, gdzie jego komputer siada pod ciężarem ściągniętych wraz z tym wszystkim wirusów). Obserwacja stanu Brandona jest niemal kliniczna i opiera się na dokumentacji, którą Fassbender przeprowadził wraz ze współscenarzystką Abi Morgan wśród nowojorskich uzależnionych z pomocą terapeuty zajmującego się tą formą uzależnienia. Ale jednocześnie wciąż przyglądamy się temu, jak władza (relacje ekonomiczne późnego kapitalizmu) wyciska swe ślady na ludzkich ciałach.

Człowiek uzależniony jest podmiotem doskonałym i wymarzonym dla obecnej fazy kapitalizmu, którą charakteryzuje chroniczna nadprodukcja i niewystarczające moce konsumpcyjne (bo realna siła nabywcza większości populacji planety maleje). Uzależniony jest pod władzą swojej potrzeby, jej zaspokojanie tylko ją pomnaża, powodując pogoń za jej realizacją ponad fizyczne możliwości jego organizmu i bez względu na to, czy aby stan konta w banku mu na to pozwala. Jeśli nie pozwala i delikwent popadnie w ruinę, zawsze to jego spotka moralne napiętnowanie za słabość woli i nieodpowiedzialność, no i do niego zaczną dzwonić windykatorzy. Współczesny kapitalizm chciałby wymodelować nas wszystkich na wzór i podobieństwo człowieka uzależnionego.

Uzależnienie jest też pułapką, w którą wpadają ludzie rozpaczliwie potrzebujący środka, który przytępi lub zawiesi świadomość rzeczywistości, przyniesie sztuczną ulgę czy zastępczy spokój w świecie wyalienowanej pracy nie dającej satysfakcji ani poczucia sensu, za to uwięzionej w siatce relacji władzy i presji na „wyniki” (wymienialnej co najwyżej na brak stałej lub jakiejkolwiek pracy i tym samym poczucia bezpieczeństwa). Takiej kompensacji Brandon pewnie kiedyś szukał – trudno powiedzieć, co jakoś tak bardziej konkretnie robi on w pracy, co można odczytać jako wskazówkę, w jak niewielkim stopniu go ta praca interesuje. Daje jedynie środki na conocne łowy w klubach, prostytutki i pornografię. I oficjalny wizerunek faceta, który sobie dobrze radzi, w przeciwieństwie do spłukanej siostry-artystki, Sissy (Carey Mulligan). Seksualna nadaktywność i zdobywanie kobiet poza zasięgiem przełożonego kompensują niższe miejsce w korporacyjnej hierarchii władzy i związane z tym frustracje. Wracając do siostry-artystki: sposób, w jaki Sissy śpiewa słynne „New York, New York”, i reakcja emocjonalna Brandona na ten sposób – jedyna taka jego reakcja w filmie – pozwalają wydedukować etapy jego kolejnych ucieczek od rzeczywistości.

Uzależnienie, na które cierpi bohater, samo w sobie jest też symptomem tego, jak na naszych ciałach odciska swą władzę późny/płynny kapitalizm. Na sposobie, w jaki nasze ciała odczuwają swą seksualność. Kompulsywna nadaktywność Brandona w tej dziedzinie zderza go na chwilę z ciałami innych ludzi, ale jednocześnie odcina od jakiegokolwiek kontatu z nimi, ale także z ludźmi w ogóle, zamyka go w izolującej go od reszty świata bańce. Jego spojrzenie jest chłodne i jakieś nieobecne. Jego niezdolność nawiązania relacji z innymi ludźmi przejawia się nie tylko w braku więzi z którąkolwiek z kobiet, z którymi sypia (w pewnym momencie pojawia się też mężczyzna, gdy z braku dostępnej partnerki „głód” prowadzi go do gejowskiego darkroomu). Przejawia się także w ataku impotencji, gdy pojawia się „ryzyko” zbliżenia także emocjonalnego. Oraz w ciągłym odrzucaniu bliskości desperacko potrzebującej go siostry, która po serii zignorowanych telefonów zwala mu się nagle do mieszkania, niosąc z sobą groźbę rozbicia jego bańki. Emocje Sissy, intensywność których dokumentuje seria blizn nawet nie tylko na nadgarstkach ale na prawie całych przedramionach, są dla Brandona znakami z innego, niedostępnego świata.

Tak wyalienowany i „unoszący się” po powierzchni rzeczywistości bez żadnego osadzenia w jakiejkolwiek sieci głębszych społecznych więzi jest Brandon dokładnie takim podmiotem, jakiego chce współczesny kapitalizm. W tym właśnie celu, choć nie zawsze to widać w peryferyjnych społeczeństwach takich jak polskie, ale wyraźnie w jego centrach, kapitalizm odwrócił wektor dyscypliny seksualnej: zamiast represji – imperatyw nieprzerwanej aktywności, zdobywania wrażeń, seksualnej „wydajności”. Imperatyw, nowa technologia tresury, sprzedawana jako seksualne wyzwolenie. Im bardziej podmiot zostanie ujarzmiony (jakby to, w przekładzie Komendanta, powiedział Foucault) na wzór Brandona, tym bardziej nieprawdopodobne będzie, że poczuje wartą zaangażowania wspólnotę interesu z jakąkolwiek grupą ludzi; że poruszy go cokolwiek innego niż pęd do zaspokojenia własnych pragnień; że pomyśli o rzeczywistości w perspektywie dłuższej niż kilku planowanych do zaspokojenia w najbliższej przyszłości pragnień. I będzie konsumował – a więc wydawał pieniądze i wytwarzał śmieci – więcej, niż gdyby swoje mieszkanie i posiłki dzielił z innymi ludźmi, i gdyby każdej nocy nie musiał łowić nowej kobiety w drogich lokalach… I tak dalej.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie w świętej pamięci tygodniku „Przekrój” w lutym 2012.

 

Przesyłki z Krainy Ciemności

Krucha kobieta po sześćdziesiątce – może po siedemdziesiątce. Nie wiadomo, ile dokładnie ma lat – nawet takie informacje o swoim życiu prywatnym udało jej się przez tyle dekad utrzymać w tajemnicy. Nieznane publicznie jest nawet jej panieńskie nazwisko. W tym, co robi, nie chodzi o bycie gwiazdą, nie chodzi o jej ego. Chodzi o takie staroświeckie, niepostmodernistyczne sprawy, jak sprawiedliwość i prawda – a także publiczny interes dotarcia do nich i kształtowania społecznego porządku według nich. Spokojny, skromny, właściwie bardzo cichy, a jednak hipnotycznie przyciągający uwagę głos, starannie ważący pięknie dobierane słowa. Oczy trochę ukryte pod osłaniającą czoło grzywką tej samej od lat fryzury, jakby chowały się w bezpiecznym punkcie obserwacyjnym – nie z lęku, nie w poszukiwaniu podstępu, a możliwie pełnego oglądu rzeczywistości. Niezupełnie tak wyobrażalibyśmy sobie osobę zdolną wstrząsać systemem orzekania prawa potężnego państwa i spędzać sen z powiek wysoko postawionym figurom jego elit politycznych

Gareth Peirce wyciągnęła z więzienia rodzinę Maguire i „czwórkę z Guildfordu”, w tym Gerry’ego Conlona, a jego ojcu Giuseppe Conlonowi wywalczyła pośmiertne uniewinnienie. Nazwiska brzmią znajomo? W W imię ojca Jima Sheridana grała ją Emma Thompson. Peirce filmu nie widziała, bo za dużo tam o niej. Z więzień wyciągnęła też innych skazanych bez winy na fali „nadzwyczajnych” (a w rzeczywistości po prostu kryminalnych) procedur antyterrorystycznych w latach 70. i 80.: „szóstkę z Birmingham” (Giuseppe Conlon był w tej grupie), Judith Ward. W ostatnich latach wyciągnęła obywateli i rezydentów Wielkiej Brytanii przetrzymywanych przez Amerykanów w tak samo „nadzwyczajnej” bazie Guantanamo; najgłośniejszym przypadkiem był wśród nich Moazzam Begg. Reprezentowała w sądzie rodzinę de Menezes, Brazylijczyków, których syn został zamordowany w londyńskim metrze przez policjantów w cywilu, pięcioma kulami w głowę, gdy leżał już na ziemi, bo wyglądał im na Araba. Obecnie reprezentuje przetrzymywanego w Guantánamo bez żadnych zarzutów już dziesięć lat Shakera Aamera, starając się wywalczyć wydanie go Wielkiej Brytanii, gdzie ma żonę i dzieci.

Londyńsko-nowojorskie wydawnictwo Verso wznowiło właśnie (poszerzony o jeden nowy) zbiór esejów Peirce, Dispatches from the Dark Side: On Torture and the Death of Justice (Przesyłki ze strony ciemności: O torturach i śmierci sprawiedliwości). Tom zbiera, niekiedy lekko zredagowane, eseje, które w ciągu kilku lat ukazały się na łamach „London Review of Books”, jednego z najlepszych czasopism na Wyspach, które wbrew tytułowi jest czymś znacznie więcej niż tylko przeglądem książek (z wyjątkiem najnowszego eseju, dodanego do nowej wersji tomu). „Wstawienie kilku esejów w okładkę to jeszcze niezupełnie książka” – powiedziała Peirce na wygłoszonym przy tej okazji otwartym wykładzie w London School of Economics, zorganizowanym przez tamtejsze Centre for the Study of Human Rights (Centrum Studiów nad Prawami Człowieka), poproszona o zarekomendowanie swojej książki przez szefa Centrum, Chetana Bhatta. – „Nie polecałabym jej jakoś szczególnie. No chyba że ze względu na to, że dochód zostanie przekazany pewnej organizacji humanitarnej”.

Skromność Peirce w ocenie jej własnej pracy jest jak zwykle lata świetlne oddalona od jakości tej pracy. I nie chodzi tylko o jakość literacką, wartą tych kilku funtów i tomiku wygodniejszego i trwalszego do pożyczania znajomym niż ogromne, wymagające składania i przez to łatwo ulegające dekompozycji, płachty „London Review of Books”. Bo choć są pięknie napisane, nie w tym celu zostały napisane, żeby były piękne.

Rozrzucone w sporych odstępach czasu eseje były alarmującymi interwencjami, analizami konkretnych przypadków tego, co Anglicy nazywają miscarriage of justice, połączonymi ze stawianiem pytań ogólnych w związku z pewnymi prawidłowościami tych miscarriagse we współczesnej anglosaskiej praktyce sądowniczej. Miscarriage of justice to niesprawiedliwy, błędny, lub wydany w niewłaściwy sposób (np. przy braku wystarczających dowodów lub ignorując dowody przeciwstawne) wyrok – żaden polski odpowiednik nie posiada poetyckiej siły angielskiego terminu (‘poroniony wyrok’ – miscarriage to ‘poronienie’ – brzmi raczej sarkastycznie). Zebrane razem w postać książki, te same eseje układają się w coś znacznie bardziej niepokojącego i krytycznego, wyłania się z nich bowiem strukturalny dryf dokonywany przez system prawa społeczeństw formalnie demokratycznych, a już na pewno przez tą jego część, która wskutek swojej ekonomicznej, politycznej i kulturalnej dominacji ma moc roznoszenia swoich chorób po całym świecie: przez jego część anglosaską.

Dryf, którego istotą jest stopniowe odejście od fundamentalnych zasad nowowczesnego prawa. Można by to nazwać „ekonomią polityczną współczesnego orzecznictwa sądowego”. Mnożące się instancje „wyjątkowych okoliczności” pozwalają wyłączać wyselekcjonowanych ludzi z zasady uniwersalnej równości wobec prawa, stosowania wobec nich „nadzwyczajnego zatrzymania”, „wyjątkowych” środków śledczych, które każdy moralnie przytomny człowiek odruchowo zidentyfikowałby jako tortury, a nawet zupełnego wyłączania spod ochrony jakiegokolwiek prawa wyselekcjonowanych ludzi lub ich kategorii (np. „wrogiego wojownika” – od tego momentu każdy mieszkaniec planety może zostać aresztowany na dziesięć lat albo i na zawsze, pod zarzutem aktywnej wrogości Stanom Zjednoczonym, których obywatelem nigdy nie był i na których ziemi nigdy nie postawił stopy, ich prawo nie powinno więc w żaden sposób odnosić się do jego osoby). Mnożenie się wyroków opartych na secret evidence – tajnych dowodach, które pozostają nieznane oskarżonemu i jego obronie, przez co niemożliwe jest ustosunkowanie się do nich czy ich podważenie, wprowadza drastyczną nierówność stron przekreślającą osiągnięcia kilkuset lat historii cywilizowanego prawa. Rząd Davida Camerona pracuje nad oficjalnym przyjęciem tak secret evidence, jak i nawet tajnych sądów, utrzymujących swoje wyroki i ich podstawy, w tajemnicy przed społeczeństwem, do codziennego pejzażu brytyjskiego prawa.

Główny przedmiot polityki wyłączania spod ochrony prawa i aplikowania „nadzwyczajnych procedur”, a także niemal całość (z wyjątkiem strażników) populacji miejsc takich jak Guantanamo czy tajne więzienia wasalskich państw w rodzaju Polski, stanowią muzułmanie. Logika tym kierująca jest podwójnie funkcjonalna.

Po pierwsze, muzułmanie są kozłem ofiarnym rzucanym społeczeństwu, którego gniewem i poczuciem strachu manipuluje się poprzez kreowanie stanu wiecznego „zagrożenia bezpieczeństwa narodowego”. Jeden z esejów, Was It Like This for the Irish? traktuje o przemocy anglosaskich mocarstw przeciwko muzułmanom jako o kontynuacji i rozwinięciu (na globalną skalę) tego, co jako mechanizm kozła ofiarnego Wielka Brytania przetestowała na skalę narodową w odniesieniu do Irlandczyków. Po drugie, muzułmanie mają nieszczęście siedzieć na kluczowym dla konsumującej ekscesywne ilości paliw kopalnych gospodarki Zachodu surowcu. Tu szczególnej uwadze polecam esej The Framing of al-Megrahi. Tekst ten rozważa okoliczności tak śledztwa, jak skazania, a potem uwolnienia rzekomo odpowiedzialnego za zamach na pasażerski lot 103 linii Pan Am nad szkockim Lockerbie funkcjonariusza libijskich służb specjalnych. Rzekoma odpowiedzialność Dżamahiriji za zamach na lot 103 odegrała nieocenioną rolę w kreowaniu wizerunku Kaddafiego jako szalonego terrorysty, który tak się przydał w uzyskaniu akceptacji społeczeństw Zachodu dla zeszłorocznej inwazji, kiedy wpływy Zachodu na Bliskim Wschodzie stanęły przed zagrożeniem w postaci Arabskiej Wiosny.

„[W] styczniu 2002 nadeszły pierwsze szokujące obrazy rzędów ludzkich istot w samolotach, zakrytych kapturami, skutych kajdanami, transportowanych przez Atlantyk, jak inne istoty ludzkie przewożono na statkach czterysta lat wcześniej. Z rozmysłem pokazano poniżenie tych anonimowych ludzkich istot przez władzę, która je schwytała – wyładowanych w Guantanamo Bay, przykucniętych w pomarańczowych kombinezonach, w klatkach. Dla oglądającego to świata żadna znajomość międzynarodowych konwencji humanitarych nie była konieczna, żeby rozumieć, że to, co widział, było bezprawiem, bo prawo tak naprawdę odzwierciedla precyzyjnie instynktowny moralny wstęt. […] Tym, co świat mógł w jednej chwili ujrzeć w tych obrazach, był przewóz niewolników. To nie była manifestacja Konwencji Genewskich w działaniu; ani deportacja, ani ekstradycja: znacznie gorzej, to był transport z jednego świata do świata poza zasięgiem prawa, i tak miało pozostać. W tych dwóch światach miały być popełniane zbrodnie przeciwko ludzkości, ale te, w przeciwieństwie do obrazów transportu, na zawsze miały pozostać tajemnicą. Że nie zostały, zdarzyło się w ogromnej mierze przez przypadek.”

Ale teraz już wiemy. The question is – mówi Peirce – what do we do about this? Co z tą wiedzą teraz zrobimy? Bo jeśli nic nie zrobimy i pozwolimy temu dryfowi na podążanie w jego kierunku, który już nie jest anomalią czy nieprawidłowością, ale po prostu jasno określonym celem, oznacza to koniec i śmierć sprawiedliwości wraz z demokratycznym projektem nowoczesności, jeśli to ostatnie słowo rozumiemy jako obietnicę niosącą ludziom coś więcej niż tylko parę technicznych innowacji od czasu do czasu.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się na stronie internetowej polskiej edycji miesięcznika Le Monde diplomatique w listopadzie 2012 roku.