Mercedes Quevedo Rodzina

Papier i Rewolucja

Meksykańska grafika polityczna 1910-1960 w British Museum

 

„Tylko dlatego, że z treścią, którą pragnęli przekazać, chcieli docierać coraz dalej i szerzej, muraliści zaczęli dłubać grafiki. Byli dosyć niezręczni w swoim nowym rzemiośle. Pragnienie jasnego wyrażenia treści; mocny styl – wywiedziony z murali, stosowany bez względu na skalę [dzieła]; autentyczny prymitywizm rycin wydzieranych scyzorykiem; zasobność w kunszt artystyczny przy niedostatku praktycznych umiejętności; nierówny nacisk na pokryte tuszem bloki ledwo-ledwo sięgające poziomu czcionki, co dawało rezultat w postaci chropawego druku; a nawet bloki, które niezdarnie plamiły czarny rysunek czerwienią – wszystko to łączyło się z sobą nawzajem i uderzało z niezwykłą siłą”.

Jean Charlot[1]

 


Rufino Tamayo, „Zmartwienie”

 

David Alfaro Siqueiros

Kto uważa, że sztuka – jako zajęcie czynne i bierne, twórcy i odbiorcy – jest snobistyczną rozrywką pięknoduchów oderwanych od rzeczywistości, zajęciem odwracającym od rzeczywistości (materialnej i politycznej) uwagę, zajęciem ludzi wskutek dobrobytu lekko znudzonych, którzy w życiu nie mieli poważnych problemów i osoby z takimi problemami mają wobec tego poważną trudność zrozumieć, powinien się pochylić nad grafiką Davida Alfaro Siqueirosa „Wesele” („El Casamiento”) z 1930 roku. Jeden z egzemplarzy jest obecnie wystawiony w Galerii Grafiki i Rysunku Muzeum Brytyjskiego w Londynie. Pochylić się trzeba jak najbardziej dosłownie, ponieważ drzeworycik ten jest naprawdę malutki, ma zaledwie 9 na 13 centymetrów.


David Alfaro Siqueiros, „Wesele”

Połowę roku 1930 Siqueiros spędził w więzieniu. Trafił do niego za związki z Partią Komunistyczną, która została wówczas w Meksyku zakazana. W więzieniu wykonał w tym okresie niezwykle prowizorycznymi środkami serię trzynastu grafik. Wydarł je na skrawkach drewna, które udało mu się tam zdobyć. Ich tematami były: społeczeństwo klasowe, bieda i dwa rodzaje ich strukturalnych owoców – strajki i prostytucja, a więc bunt silnych zorganizowaną masą robotników i zgoda na własny los mogących jedynie sprzedawać własne ciała biednych kobiet.

Drzeworyt „Wesele” przedstawia mężczyznę i kobietę, każde z małym dzieckiem na ramieniu. Ktoś jeszcze wydaje się wyglądać – zza rogu, zza domu, zza drzewa? Nic w wyglądzie mężczyzny i kobiety nie wskazuje na uroczysty charakter przedstawionego wydarzenia. Wygląda na to, że są zbyt biedni, by pozwolić sobie na świętowanie czegokolwiek. On ma na sobie rozciągnięte na kolanach spodnie (być może robotnika rolnego), ona biały fartuch. Każde z tej dwójki ma na ramieniu dziecko. Być może tytułowe „wesele” to był po prostu dzień, kiedy sformalizowali w jakiś sposób związek, ze względu właśnie na istnienie potomstwa i na „sankcję z boku” wcieloną w osobę spoglądającą na nich po prawej stronie kompozycji, podczas gdy na samo świętowanie, samo „wesele”, nie było ich stać? A może tytuł nie nazywa wcale sceny rodzajowej, którą przedstawia, a odnosi się do niej bez mała ironicznie? Może wesele miało miejsce jakiś czas temu? Pewnie było skromne, ale swoim uroczystym nastrojem obiecywało szczęśliwą przyszłość, „nową drogę życia”? Tymczasem małżonkowie są proletariuszami w najbardziej dosłownym, etymologicznym sensie: na drodze życia, po której kroczą, jedyne, co mają, to dzieci, oprócz nich nie mają nic.

Diego Rivera, murale i druk

Wystawa „Revolution on Paper: Mexican Prints 1910 – 1960” w Muzeum Brytyjskim poświęcona jest zaangażowanej politycznie grafice meksykańskiej okresu Rewolucji, która rozpoczęła się w 1910 oraz kilku kolejnych dekad, które w tym wielkim kraju były areną gwałtownych politycznych walk, odważnych kroków naprzód i ciosów spychających w tył. Galeria Grafiki i Rysunku British Museum dokumentuje historię wielkiej politycznej przygody meksykańskiej sztuki, przyglądając się drukom prasowym i propagandowym, plastycznej oprawie książek i broszur, linorytom, drzeworytom, litografiom, akwatintom, itd. W przygodzie tej najwybitniejsi twórcy meksykańskiej kultury zajęli miejsca po lewej stronie spektrum politycznego. Wystawie towarzyszy piękny katalog, który dzięki otwierającym go dwóm znakomitym esejom Dawn Adès[2] i Alison McClean[3] staje się po prostu świetną – do tego pięknie wydaną – książką wprowadzającą w temat.

Nie brakuje dzieł wielkiej trójcy meksykańskiej sztuki XX wieku, wybitnych artystów zawdzięczających sławę rewolucyjnym muralom. Tzw. Los Tres Grandes to: Diego Rivera (za sprawą Salmy Hayek i Julie Taymor od jakiegoś czasu odbiorcom kultury masowej znany przede wszystkim jako mąż Fridy Kahlo), José Clemente Orozco i wspomniany już David Alfaro Siqueiros. Choć tradycja meksykańskiej grafiki sięga głębiej w przeszłość (na wystawie można obejrzeć pochodzące z samego początku XX wieku dzieła jednego z pionierów, którym był José Guadalupe Posada), erupcja i rozkwit meksykańskiej grafiki została na różne sposoby „odpalona” przez murale Los Tres Grandes powstające od lat dwudziestych XX wieku.

Murale miały być środkiem walki o polityczne stawki Rewolucji, środkiem, który by te stawki przeniósł w sferę produkcji symbolicznej o potężnej sile społecznego oddziaływania. Ich monumentalizm i umiejscowienie w powszechnie dostępnej, publicznej przestrzeni miały nie tylko upowszechniać i utrwalać idee, ale też stworzyć nowoczesne społeczeństwo posiadające wspólne symboliczne punkty odniesienia, wspólną mapę zbiorowych wyobrażeń zakreśloną ponad mozaiką lokalnych, uwikłanych w zróżnicowane etnicznie korzenie, często nawzajem od siebie odseparowanych tożsamości kulturowych, sztucznie i wtórnie dotąd hibernowanych w stanie przednowoczesnych „wspólnot organicznych” strukturalną przemocą kapitalizmu peryferii, paraliżującego postęp kulturalny.

Grafika miała kontynuować te zadania. Murale docierały do wszystkich, niezależnie od klasy społecznej, do której należeli, niezależnie ile, jakiej jakości i czy w ogóle odziedziczyli kapitał kulturalny. Ale z natury rzeczy – umieszczane były w wielkich budynkach reprezentacyjnych – mogły docierać tylko do mieszkańców dużych miast. Dziś samo miasto Meksyk zamieszkuje więcej ludzi niż niejeden cały kraj w Europie. W społeczeństwie peryferii, zwłaszcza w owym czasie, mieszkańcy miast wyjątkowo dalecy jednak byli od stanowienia większości społeczeństwa. Grafika miała więc przekraczać i te ograniczenia. Miała cyrkulować w wielu egzemplarzach, miała być rozklejana w formie plakatów, kolportowana w formie ulotek i broszur rozdawanych za darmo lub sprzedawanych za grosze – i przez to docierać także do tych ludzi, którzy ze względu na swoje położenie społeczno-geograficzne murali nie widywali. Docierać z podobnym ideowo przekazem skupionym na tym samym projekcie politycznym.


Diego Rivera, „Emiliano Zapata i jego koń”

Sami muraliści zajęli się więc także grafiką, w tym złożoną z detali ich wielkich prac na murach. Jedną z najważniejszych prac wystawionych w British Museum jest właśnie jedna z litografii Diego Rivery przedstawiająca Emiliano Zapatę z jego koniem (1932). Stanowi ona detal jego muralu z Pałacu Cortés w Cuernavaca pt. „Historia stanu Morelos, podbój i rewolucja” (1929-31). Sam temat przedstawienia postaci uznawanej w tradycji, pod którą dzieło się podpisuje, za heroiczną, w towarzystwie wierzchowca, mieści się w tradycji europejskich portretów konnych (realizowanych w różnych mediach). Forma jednak prowokacyjnie tradycję tę kwestionuje i ustawia się w opozycji wobec niej. Tradycja ta jest tradycją jak mało która par excellence arystokratyczną i elitarną. Rivera rzuca jej wyzwanie sprowadzając herosa (Zapata, ze względu na miejsce zajmowane w rewolucyjnej historii Meksyku i – jako temat – w historii dwudziestowiecznej sztuki meksykańskiej, jest jednym z głównych bohaterów wystawy) z konia na ziemię, umieszczając go w gromadzie ludzi, od których nie różni się typem ubioru (idzie w sandałach i chłopskiej koszuli), nie wyróżniają go insygnia (niesie jedynie sierp i przewieszoną przez ramię torbę z nasionami, a więc narzędzia swojej codziennej pracy) ani wzrost czy fizyczna postura. A koń, zamiast być żywym cokołem monumentalizującym bohatera przedstawienia (jak w portretach arystokratycznych), idzie obok. Nawet zastosowany przez artystę typ perspektywy, odrzucający renesansową perspektywę zbieżną, odtwarzający typową m.in. dla sztuki ludowej wielu tradycji perspektywę szeregującą to, co dalej, w wyższych partiach przedstawienia, jednak tej samej wielkości, co obiekty w pierwszym planie, sprawia, że nawet miejsce w pierwszym planie nie daje nikomu pozycji wizualnie dominującej. Rivera (który był członkiem Meksykańskiej Partii Komunistycznej) wzywa oto tradycję portretu konnego przed Trybunał Równości.

Muraliści nie tylko „reprodukowali” w grafice motywy pochodzące z ich własnych murali, ale także przenosili do tego medium środki stylistyczne monumentalnego malarstwa. Przykłady stanowią autoportrety Siqueirosa czy grafiki Francisco Dosamantesa (który podpisywał się „2amantes”, „Dwoje Kochanków”). Murale wytworzyły także ogromną szkołę plastyków, którzy zdobywali szlify, pracując jako asystenci i pomocnicy przy wielkich projektach muralistycznych, ale jednocześnie nie mogli się uniezależnić wskutek graniczącej z monopolem dominacji Los Tres Grandes w tej dziedzinie. Uniemożliwiała ona usamodzielnienie się młodszych artystów, którzy nie chcąc być wiecznymi asystentami wielkich w grafice ujrzeli medium pozwalające wypowiadać się i docierać do odbiorców bez wymaganych przez murale zasobów.

Napięcia, sprzeczności, opozycje

Wystawa rysuje także szeroką panoramę intelektualnej dynamiki meksykańskiej sztuki tego okresu. Intelektualnej dynamiki, która sprawiła, że społeczeństwo znajdujące się strukturalnie na ekonomicznych peryferiach kapitalistycznego systemu-świata równocześnie znalazło się ze swą sztuką w samym sercu światowego obiegu kulturalnego. Szczytem instytucjonalizacji tego znaczenia był kulturowy wymiar zimnej wojny („kulturalna/kulturowa zimna wojna” nawiązując tytułu książki Frances Storno Saunders). Kiedy amerykańska administracja i CIA postanowiły jako środek walki o międzynarodowy rząd dusz wylansować jeszcze do niedawna mało znanego pijaczka z Greenwich Village Jacksona Pollocka do roli symbolu amerykańskiego abstrakcyjnego ekspresjonizmu[4], sztuka meksykańska należała do armat obozów przeciwnych.

Ale była nią dlatego, że już wcześniej należała do tych zjawisk, których wpływ na wyobraźnię polityczną na całym świecie lansowanie Pollocka et consortes miało za zadanie zwalczyć. Problemem do rozwiązania dla amerykańskiej prawicy były także wpływy meksykańskich artystów w samych Stanach Zjednoczonych, gdzie w obiegu kulturalnym cieszyli się ogromną popularnością: stanowili stały punkt programu nowojorskich galerii (np. Weyhe Gallery) i amerykańskich wydawców, a zrzeszająca meksykańskich artystów organizacja Taller de Gràfica Popular (TGP, Warsztat Grafiki Popularnej/Ludowej) przyciągała rzesze młodych artystów z wielkich amerykańskich ośrodków kulturalnych w ramach programów stypendialnych – w ten sposób wywarła ogromny wpływ np. na amerykańską sztukę Czarnych Amerykanów zaangażowaną w walkę o zniesienie w USA segregacji rasowej (np. Elizabeth Catlett i Charles White). Jest oczywiste, że sytuacja uległa dramatycznemu pogorszeniu, gdy senator McCarthy rozpętał swoje polowanie na czarownice. Meksykańską sztukę łączyły dynamiczne związki z walkami lewicy w całej Ameryce Łacińskiej. Chilijski laureat literackiej Nagrody Nobla, Pablo Neruda, stowarzyszony był z LEAR (Liga de Escritores y Artistas Revolucionarios) i TGP. TGP posłużył za model dla artystów portorykańskich. Prace TGP były regularnie wystawiane w Chile przez całe lata 50. Wystawa w La Paz w 1952 zorganizowana została w związku z dojściem do władzy Movimiento Nacionalista Revolucionario; odwiedziło ją 35 tysięcy Boliwijczyków. Podobnie było z lewicą w Gwatemali i innych krajach Ameryki Łacińskiej.


María Luisa Martín i Alberto Betrán, „Adiós Mamá Carlota”

Dynamika intelektualna meksykańskiej sztuki brała się z głębokiej świadomości dramatycznej skali sprzeczności społeczeństwa peryferii, złożoności i gęstości wszystkich stawek politycznych, społecznych, ekonomicznych i kulturalnych które jednocześnie, z różnych perspektyw domagały się rewindykacji; z tego, od jak wielu różnych stron twórcy do nich podchodzili i jakie stawki się dla poszczególnych z nich w tej artystycznej burzy mózgów liczyły najbardziej.

Z jednej strony Carlos Orozco Romero i jego barwne grafiki dowartościowujące bogate dziedzictwo kulturalnego dorobku Meksyku prekolumbijskiego, jako mozaikowego fundamentu, na którym można zbudować szerszą płaszczyznę społecznej świadomości. Z drugiej nowoczesna sztuka popularna José Guadelupy Posady. Z jeszcze innej twórcy podkreślający konieczność uniknięcia popadania w prowincjonalną cepeliadę celebrowania meksykańskiego egzotyzmu na rzecz stworzenia nowoczesnego narodu (Rivera, J.C. Orozco). Z jeszcze kolejnej – walka z reakcyjnymi i opresyjnymi elementami tradycji utrzymującymi zacofaną, peryferyjną strukturę społeczną („Ksiądz uderza” Leopolda Méndeza, 1931). Przywoływanie nasyconych treściami emancypacyjnymi wydarzeń wspólnej politycznej przeszłości, miało z kolei za zadanie zbudowania społecznej świadomości ciągłości tej nici historii, która podążała lepszą stroną (María Luisa Martín i Alberto Betrán, „Adiós Mamá Carlota”, 1956). Żywe i zaangażowane zainteresowanie międzynarodowymi problemami politycznymi najaktualniejszej współczesności miało budować świadomość, że to, co się dzieje w Meksyku, jest częścią wydarzeń światowych (antyfaszystowskie prace Francisco Dosamantesa – „Bombardowanie Hiszpanii 1937”, „Martwy żołnierz: faszyzm”, 1940). To w Meksyku powstały jedne z najwcześniejszych poza kontynentem europejskim plastycznych przedstawień nazistowskiego ludobójstwa w Europie (grafiki Leopolda Méndeza w publikacji „Czarna księga terroru nazistowskiego w Europie” – „El libro negro del Nazi terror en Europa”, 1943). Na scenie meksykańskiej sztuki rozgrywała się wreszcie wielka dramaturgia konfliktu między indywidualnym a kolektywnym charakterem twórczości artystycznej człowieka, udokumentowana między innymi przez eseje Jeana Charlota. Na sztuce swoje piętno odcisnęły także ściśle polityczne napięcia w łonie meksykańskiej lewicy. Tak jak jej część stanęła na lewo od stalinizmu a inna z kolei część szła po linii stalinowskiego Kominternu, uważając Trockiego za „obiektywnie reakcjonistę”, tak Diego Rivera i Frida Kahlo udzielili uciekającemu przed Stalinem Trockiemu schronienia w ich własnym domu, a David Alfaro Siqueiros zorganizował na niego (nieudany) zamach.

Jean Charlot i Pierwsze kroki

Ernesto Guevara, kiedy już był Che, zapytany przez amerykańską dziennikarkę, jaka jest ta najważniejsza „rzecz”, która czyni człowieka rewolucjonistą, odpowiedział: „Miłość. Miłość do ludzkości”. Jedna z najpiękniejszych grafik przedstawionych w ramach wystawy (piorunująca właśnie dlatego, że wystawiona w tym kontekście), „Pierwsze kroki” to dzieło „meksykanizowanego” Francuza Jeana Charlot, zafascynowanego polityczną sztuką nowoczesnego Meksyku z jednej i jego tradycją prekolumbijską z drugiej strony, autora nie tylko grafik, ale też i tekstów poświęconych historii meksykańskiej sztuki. Wystawiona w takim właśnie (najwyraźniej pożądanym przez twórcę) sąsiedztwie, ujawnia stawkę Rewolucji. Liberałowie mogą się z niesmakiem krzywić na przemoc praktyki rewolucyjnej, próbując skompromitować ją jako w rezultacie zawsze jedyny faktyczny cel każdej rewolucji, jako cel sam w sobie. Ale celem i stawką Rewolucji – co tak wyraźnie widzimy dzięki litografii Charlota – są Miłość i uniwersalna koncepcja Człowieczeństwa. Wcielona w matkę uczącą swoje maleństwo chodzić wizja ludzkości, w której człowiek w okresach, kiedy potrzebuje od innych ludzi pomocy, może na nią liczyć i nie czuć strachu, że upadnie, a w okresach, w których jest w mocy pomocy innym udzielać, udziela jej spontanicznie. Ta prosta scena rodzajowa wystrzeliwuje semantycznie na tak wysoki poziom uogólnienia, bo kontynuuje powracający w twórczości Charlota wątek chrześcijańskiego toposu Madonny z Dzieciątkiem, ale jednocześnie wpisuje go w schemat kompozycyjny wyprowadzony bezpośrednio z prekolumbijskiej płaskorzeźby. Przywołując chrześcijaństwo, Charlot odnosi się do tradycji, w której – jak przekonują współcześnie Eagleton, Badiou i Žižek – zanim kler różnej maści swoim kupczeniem wszystko skompromitował, narodziła się prawda uniwersalizmu. Uniwersalizmu kulminującego w Marksowskim imperatywie zmiany świata. Imperatywie, który wybrana przez Charlota na własną kultura próbowała w owym dramatycznym okresie zrealizować (i dlatego właśnie Francuz ją dla siebie wybrał). Wpisując ten motyw w prekolumbijski schemat kompozycyjny – a więc w schemat kompozycyjny wyprowadzony z kultury, która padła ofiarą przebranego w podające się za uniwersalizm fatałaszki europejskiego imperializmu, Charlot odejmuje od uniwersalizmu pułapkę hipokryzji, wykonując dynamiczny i ambitny krok w stronę jego (uniwersalizmu) prawdy – o którą toczy się każda prawdziwa walka emancypacyjna.


Jean Charlot, „Pierwsze kroki”

Przypisy:
[1] Jean Charlot, „The Mexican Mural Renaissance, 1920-1925”, New Haven and London, 1963, s. 248.
[2] Dawn Adès, „The Mexican Printmaking Tradition c. 1900-1930”, [w:] „Revolution on Paper. Mexican Prints 1910-1960”, red. Mark McDonald, British Museum Press, London 2009, s. 11-26.
[3] Alison McClean, „Commited to Print: Printmaking and Politics in Mexico and Beyond, 1934-1960”, [w:] tamże, s. 27-42.
[4] Zob. Frances Arno Saunders, „The Cultural Cold War”, The New Press, New York 1999. O lansowaniu przez CIA Jacksona Pollocka mówi rozdział 16.

„Revolution on Paper. Mexican Prints 1910-1960”. Galeria Grafiki i Rysunku, Muzeum Brytyjskie. Wystawa potrwa do 5 kwietnia 2010.

Jarosław Pietrzak

 


Leopoldo Mendez, „Pochodnie” (jedna z serii grafik stanowiących tło dla napisów początkowych filmu Emilio Fernandeza „Rio Escondido”)


Tekst ukazał się pierwotnie na stronie Lewica.pl (10 lutego 2010)

Wojna i wykopaliska

Wystawę „Afghanistan: Crossroads of the Ancient World” („Afganistan: skrzyżowanie szlaków starożytności”), sztandarową obecnie czasową ekspozycję w londyńskim Muzeum Brytyjskim, otwiera blisko dziesięciominutowa prezentacja wideo (trwająca na oko jakieś dziesięć minut i w takich odstępach wpuszczane są kolejne grupy zwiedzających, by mogli zacząć od początku). Prezentacja jest wprowadzeniem w problematykę wystawy i niejako deklaracją intencji jej kuratorów. Afganistan, kraj – jakby to powiedział głośny filozof – „zredukowany do kupy gruzu”, arena kilku dekad wojen i agresji imperialnych, społeczeństwo pogrążone w rozpaczliwej nędzy, okupowane przez najpotężniejszy sojusz militarny w ludzkiej historii i tą konfiguracją przemocy wpędzone w ślepy zaułek wtórnej przed-nowoczesności, utożsamione – milionami powtarzających te same frazesy, podających się za wiadomości telewizyjnych dżingli – z kryjówkami i obozami terrorystów z Al-Kaidy, siedliskiem irracjonalnego fanatyzmu. Ostatnie, z czym się ten kraj powszechnie dziś kojarzy, to rozkwit i bogactwo kultury. Twórcy wystawy deklarują, że pragną odzyskać dla świadomości Zachodu Afganistan jako miejsce wspaniałej kultury a nie nieustającej wojny.

Wystawa prezentuje oszałamiające obiekty reprezentujące kulturalne bogactwo starożytnego Afganistanu, który jawi się z niej niemal jak spełniony liberalny sen płynnego kapitalizmu o multikulturowości, krzyżowały się tam bowiem wielkie szlaki handlowe, nakładały się na siebie strefy wpływów kulturowych wielkich cywilizacji od Grecji po Indie i Chiny. Widzimy złote ozdoby znalezione przez archeologów w grobach nomadyjskich księżniczek i książąt. Obiekty odnalezione w najdalej na wschód wysuniętym mieście hellenistycznym Ai Chanum, wraz z jego komputerową rekonstrukcją na towarzyszącym im ekranie. Miniaturowe indyjskie rzeźby w kości słoniowej. Wykonane prawdopodobnie w jakiejś manufakturze w Egipcie, z wielobarwnego szkła, unikatowe butelki uformowane w kształt ryb, z których płyn wylewał się przez usta. Grecki rzeźbiony medalion z portretem nieznanego, ale zachwycającego młodzieńca przywołuje jeszcze na dodatek cały kontekst (homo)erotyzacji ciała młodego młodego męskiego ciała w kulturze starożytnej Hellady. Jeden z artefaktów szczególnie wyraziście reprezentuje Afganistan jako najprawdziwszy „melting pot” starożytności: mała śródziemnomorska Wenus z indyjską kropką na czole.

W jednej z pierwszych sekcji wystawy usłyszałem jednak dziwny komentarz wymamrotany przez starszą Brytyjkę przyglądającą się uszkodzonej rzeźbie, której brakowało głowy. „Talibowie uszkodzili, dzikusy…”. Jak szlachetne nie byłyby intencje organizatorów, a zwłaszcza kuratorów wystawy i współpracujących z nimi przedstawicieli Muzeum Narodowego w Kabulu, przedsięwzięcie takie wpada w pułapkę polityki kulturalnej (i dyplomacji kulturalnej) zachodnich mocarstw.

Zacznijmy od samego miejsca, w którym się odbywa. British Museum jest jedną z najbardziej prestiżowych i wpływowych placówek kulturalnych na świecie; wykonuje pracę podtrzymywania, przechowywania i konsekrowania, a także odzyskiwania dla powszechnej świadomości światowego dziedzictwa kulturalnego. Jest jednym z największych i najbardziej masowo (przez przybyszów ze wszystkich części globu) odwiedzanych muzeów ludzkości. Ale jest też placówką, której fenomenalne zbiory zrodziły się z pierworodnego grzechu imperialnego podboju, eksploatacji i grabieży, których rabunek dzieł sztuki o ogromnej historycznej wartości był tylko niewielką częścią. Rabunek ten pozwalał jednak triumfującej Brytanii poczuć się czymś więcej niż tylko zwycięskim mocarstwem. Nie tylko rządzimy połową planety, nie tylko dominujemy nad całym światowym handlem, ale do tego jeszcze niesiemy postęp zacofanym kulturom, których wytworom możemy się tu poprzyglądać (w tym zwierciadle widzimy w końcu nasz własny postęp i przewagę), a ostateczną miarą wielkości naszego ducha jest to, że naprawdę szczerze się nimi zachwycamy i doceniamy ich miejsce w procesie historycznego rozwoju cywilizacji, sztuki itd. (którego zwieńczeniem i awangardą i tak obecnie jesteśmy my).

I coś takiego dzieje się na tej wystawie na niezamierzonym przez kuratorów – ale doskonale rozegranym przez ramy instytucjonalne brytyjskiej polityki kulturalnej – poziomie z Afganistanem. My, zjednoczeni Anglosasi obydwu stron Atlantyku, nie tylko obróciliśmy wam kraj do reszty w perzynę, okupujemy waszą bezsilną ziemię naszą militarną potęgą, narzuciliśmy wam prowadzonego przez nas za sznurki pajaca na „waszego” prezydenta (dla pozoru zarzuciliśmy mu na plecy jakiś pasztuński płaszcz), ale jeszcze na tym całym torcie naszej bezwzględnej władzy nad wami potrafimy położyć wisienkę naszego zachwytu i pochylenia się nad waszym wspaniałym dziedzictwem kulturalnym, rekonsekrując je w najświętszym z naszych muzeów i przedstawiając światu. W końcu to nie my, tylko wasz własny Taliban, wysadzał wasze wielkie dzieła sztuki – doczytała ten poziom do końca starsza angielska bourgeoise, kolekcjonująca w British Museum wrażenia. Zaprawdę, jesteśmy wielcy.

Za agresywną polityką międzynarodową Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników w ostatnich dekadach stoi długotrwały (już 40 lat), strukturalny kryzys akumulacji kapitału i próchnienie pozycji USA jako centrum nieproporcjonalnie dużych udziałów w globalnej akumulacji kapitału. To słabnięcie tej pozycji popycha Imperium Amerykańskie (wraz z przybudówkami i gromadą klientów) do ofensywy nagą siłą, zwłaszcza tam, gdzie idzie o kontrolę nad zasobami surowcowymi zachodniej Azji. Amerykańska dominacja nad światem wcielona jest między innymi w jej wielką finansjerę, która stanowi rdzeń planetarnej klasy panującej nazwanej przez Denisa Duclosa „kosmokracją”. Potęga tej samej finansjery, rozmiary wartości dodatkowej, którą przechwytuje ze światowej gospodarki, są zarazem kolejnym z wielu przejawów strukturalnego kryzysu akumulacji (kapitał z realnej produkcji ucieka w finansjeryzację i spekulację). Potęga tej samej finansjery, konkretnie w postaci Bank of America Merrill Lynch, jest dzisiaj głównym sponsorem afgańskiej wystawy w British Museum. Dziś spółka-córka kolosa Bank of America, została przez ten ostatni przejęta w kulminacyjnym momencie finansowych spazmów strukturalnego kryzysu akumulacji, które wstrząsnęły systemem finansowym w 2008 r. Zwycięzcy pochylają się więc teraz nad kulturą swoich ofiar.

Uroczystą inaugurację wystawy 1 marca uświetnili prezydent Afganistanu Hamid Karzaj i minister spraw zagranicznych w rządzie Davida Camerona William Hague. Karzaj odgrywał komedię „normalizacji” kraju pod jego „przewodnictwem”, której znakiem ma być to, że wreszcie można wyciągnąć (także jak najbardziej dosłownie, bo niektóre obiekty od lat 80. znajdowały się w podziemiach, o których pracownicy muzeum w Kabulu „nie powiedzieli nawet własnym żonom” przez dwadzieścia lat) dorobek kulturalny kraju i zacząć się nim zachwycać i wystawiać jako przedmiot zachwytu w wielkich metropoliach tego świata. Czyli: idzie ku dobremu. Hague, dzięki własnemu udziałowi w operacjach w rodzaju wielkiej wystawy w British Museum może z kolei współtworzyć tę samą komedię Camerona, która jest mniejszą siostrą komedii Obamy, że oto polityka międzynarodowa najbardziej agresywnych mocarstw uległa fundamentalnej zmianie wraz z końcem kadencji George’a W. Busha i Tony’ego Blaira. Jak bardzo nic się nie zmieniło na płaszczyźnie agresji, dowodzi niestrudzenie Tariq Ali. Zmieniły się jednak techniki PR obsługujące tę agresję. Zamiast nor bin Ladena pokazujemy egzotyczne dzieła sztuki. Chodzi o to, żebyśmy się lepiej zrozumieli. Wszystko się brało z braku międzykulturowego zrozumienia. Wiadomo. Teraz wreszcie zaczynamy się rozumieć i studiować nawzajem swój dorobek artystyczny.

A cywile w Afganistanie i północnym Pakistanie? Jak ginęli, tak giną. Żołnierze NATO nie zrozumieli jeszcze bogactwa afgańskiej kultury?

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie 4 maja 2011 na stronie Lewica.pl. Skrócona wersja tego tekstu ukazała się na witrynie internetowej „Krytyki Politycznej”.

 

Orientalny kochanek i muzułmański terrorysta

Katarzyna Klimkiewicz nie jest specjalnie typowym polskim filmowcem. Typowy polski filmowiec, pogrążony w „nerwicy humanistycznej” (Jakub Majmurek), prawi o „Człowieku w ogóle”, „życiu Człowieka”, „Indywidualnej Jednostce” i jej „duszy” – tak jakby indywidualne ludzkie jednostki funkcjonowały jedynie w obliczu kwestii moralnych, metafizycznych, w konfrontacji albo ze Złem, albo z Absolutem, ale nigdy w realnych warunkach ekonomicznych. Klimkiewicz (rocznik 1977) tymczasem ma w swoim słowniku takie pojęcia jak choćby „klasy społeczne”, a interesuje ją miejsce poszczególnych jednostek w konkretnych stosunkach władzy – lokalnych i globalnych.

Krótki metraż Klimkiewicz, Hanoi–Warszawa (Europejska Nagroda Filmowa 2010), opowiadał o młodej kobiecie próbującej dostać się z głębokich peryferii globalnego kapitalizmu (z Wietnamu) gdzieś bliżej centrum, na obrzeża, ale już do wewnątrz Twierdzy Europa (do Polski).

Hanoi–Warszawa pokazywany był między innymi na małym festiwalu filmowym w brytyjskim Bristolu, gdzie film obejrzała miejscowa producentka Alison Sterling z niezależnej firmy producenckiej Ignition Films. Sterling szukała akurat reżysera dla filmu, który wówczas był jeszcze jedynie kilkustronicowym szkicem fabuły autorstwa Caroline Harrington. Ostateczny kształt scenariusza jest efektem pracy Naomi Wallace (autorka tłumaczonej i wystawianej po polsku sztuki Tylko ta pchła) i Bruce’a McLeoda. Tak powstał zrealizowany w Wielkiej Brytanii (w warunkach bardzo niewielkiego, partyzanckiego wręcz budżetu) pełnometrażowy debiut fabularny Katarzyny Klimkiewicz zatytułowany Zaślepiona (Flying Blind).

Film opowiada historię Frankie (Helen McCrory), samodzielnej, wyemancypowanej kobiety sukcesu, pracującej jako inżynier w przemyśle lotniczym (Bristol z niego słynie, tam powstawały maszyny Concorde), która poznaje młodszego o dwadzieścia lat algierskiego studenta i traci dla niego głowę. Jednak szybko status Kahila (Najib Oudghiri) nieco się komplikuje.

Klimkiewicz znakomicie kieruje emocjami widza, wciąga go w pułapkę, w której wraz z Frankie banalne sytuacje i zachowania zaczynamy postrzegać i interpretować jako znaki możliwych terrorystycznych sympatii/powiązań/działań Kahila. Dzięki temu widzimy, że islamofobia do tego stopnia zawładnęła zbiorową wyobraźnią Zachodu, że sama obecność kilku muzułmanów w jednym miejscu zaczyna wzbudzać podejrzenia, a zagrożenie dostrzegamy w sytuacjach, które nie wywoływałyby takich skojarzeń, gdyby uczestnikami sytuacji byli przedstawiciele jakiejkolwiek innej grupy.

Bristol, w którym toczy się akcja filmu, to miasto, które zbudowało swoją liberalną świetność ekonomiczną na handlu niewolnikami i pośrednictwie w dostarczaniu ich z Afryki na plantacje w koloniach Nowego Świata. Frankie pracuje nad technologicznym udoskonalaniem dronów – bezzałogowych, zdalnie sterowanych samolotów wdzierających się na terytoria obcych państw. Drony są szczególnie wyrazistym symbolem bezwzględnej władzy Zachodu nad resztą świata.

Kahil – zarówno jako egzotycznie piękny, arabski kochanek, jak i jako „muzułmański terrorysta” – wpada w podwójną pułapkę fantazmatów Zachodu o jego (w tym i naszych) ofiarach. Fantazja o zmysłowym Oriencie pod pozorem fascynacji i oczarowania pozwala Zachodowi z jego uprzywilejowanej pozycji (kilkupiętrowy dom Frankie w najdroższej części Bristolu versus wynajmowany przez Kahila pokoik) przebrać w estetyczne szmatki własną miażdżącą przewagę. Z kolei fantazją o pałających irracjonalną „nienawiścią do zachodnich wolności obywatelskich” muzułmańskich terrorystach przepracowujemy obawę przed tym, że przemoc, którą wysyłamy tam m.in. dronami, wraca do nas rykoszetem. Jeśli bowiem muzułmanie istotnie nienawidzą Zachodu, to niekoniecznie za jego „wolności” i nie zawsze ta nienawiść nie daje się racjonalnie wytłumaczyć.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie na łamach interentowego Dziennika Opinii Krytyki Politycznej.

Białe nosy

Może to być trochę zaskakujące, ale pomimo popularności problematyki i teorii postkolonialnej w świecie anglosaskim Aimé Césaire (1913-2008), antykolonialny literacki gigant z Martyniki, nauczyciel Frantza Fanona i pionier ruchu Négritude w literaturze frankofońskiej, pozostaje tu właściwie nieznany. Sztuka Sezon w Kongo (Une Saison au Congo), biografia niepodległościowego przywódcy i pierwszego premiera Demokratycznej Republiki Konga, Patrice’a Lumumby, jest drugą z cyklu określanego czasem mianem „dramatów dekolonizacyjnych”. Napisana w roku 1966, dopiero w 2013 została po raz pierwszy wystawiona w języku angielskim.

Wystawiono ją za to w jednym z najlepszych możliwych miejsc – londyńskim teatrze Young Vic (na scenie będzie do 24 sierpnia), w reżyserii Joe Wrighta, twórcy filmów Pokuta i Anna Karenina. Sposobem, w jaki zekranizował Tołstoja, Wright zresztą w pewien sposób „dał cynk”, że jego następny projekt stanie na deskach, a nie przed obiektywem kamery.

Wright napisał do swojego przedstawienia mocne – osobiste i bardzo polityczne zarazem – wprowadzenie. Wspomina w nim między innymi:

„Kiedy David Lan [dyrektor artystyczny Young Vic] po raz pierwszy zasugerował mi, żebym przeczytał Sezon w Kongo, ledwo rozpoznawałem nazwisko Patrice’a Lumumby. Przez mgłę pamiętam mojego południowoafrykańskiego ojca i jego przyjaciół na dobrowolnym wygnaniu, jak wspominali o nim, kiedy byłem dzieckiem. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że guma w oponach roweru, na którym jeździłem, miedź w kablu, który rozganiał ciemność, albo, kiedy już dorosłem, uran w bombie, przeciwko której maszerowałem, koltran w telefonie, który tak sobie ceniłem, czy diament, którym wyznałem miłość – nie wiedziałem, że wszystkie te rzeczy, które brałem za oczywiste na mojej drodze do stania się mężczyzną, były za cenę prawa Kongijczyków do prawdziwej niezależności, do ucieczki przed nędzą i konfliktem”.

„Przekleństwem Demokratycznej Republiki Konga nie jest jej bieda, ale jej bogactwo”, pisze Wright dalej. Na miejscu najbardziej uderzył go „brutalny kontrast między obfitością jej  naturalnych zasobów a poziomem deprywacji jej ludu”. Kongo ma jedne z najżyźniejszych gleb i jednocześnie najbardziej niedożywione społeczeństwo na świecie.

Sztuka Césaire’a z polemiczną swadą i epickim oddechem opowiada ostatnie lata z krótkiego (1925–1961) życia Patrice’a Lumumby.

Belgijska eksploatacja Konga należy do najbardziej przerażających kart europejskiego kolonializmu. Formalnie kończy się w 1960 roku, kiedy to król Belgii oficjalnie uznaje niepodległość Konga, a w wyniku pierwszych wyborów 35-letni Lumumba, jako przywódca Kongijski Ruch Narodowy, zostaje premierem. Stanowisko prezydenta obejmuje Joseph Kasavubu. Belgijska obecność w gospodarce, w armii i innych kluczowych obszarach życia społecznego jest jednak wciąż silnie odczuwalna i wywołuje frustrację, między innymi w wojsku. Lumumba podejmuje decyzję o wydaleniu z armii belgijskich oficerów.

Belgowie zaczynają masowo opuszczać kraj, a doniesienia o spotykających ich aktach przemocy (notabene dość zrozumiałych po bezwzględności, z jaką przez dziesięciolecia eksploatowali Kongo i jego mieszkańców) Bruksela wykorzystuje jako pretekst, by zrzucić na swą niedawną kolonię oddziały wojska. Rywal Lumumby, Moise Tshombe, ogłasza secesję Katangi, najzasobniejszej, kluczowej dla gospodarczej przyszłości nowo powstałej republiki prowincji kraju, ekonomicznie zdominowanej przez kapitał belgijski i brytyjski.

Następuje eskalacja konfliktów etnicznych wewnątrz kraju; ONZ jest de facto bezczynne, a Belgowie, Brytyjczycy, a także Amerykanie angażują się w pomoc secesjonistom (gdyż istnieje „groźba” wejścia Konga w orbitę wpływów ZSRR, który – w przeciwieństwie do ONZ –  oferuje Lumumbie realne wsparcie). Wszystko to prowadzi do oskarżeń Lumumby o rzekome „ludobójstwo”, a potem do konfliktu o władzę między Lumumbą i tchórzliwym prezydentem Kasavubu. Wreszcie Mobutu, który wspiera prezydenta, przeprowadza zamach stanu, a Lumumba zostaje schwytany i uwięziony.

ONZ nie podejmuje żadnych działań w jego obronie. Obawiając się poparcia, jakie Lumumba ma wśród żołnierzy, Mobutu i Kasavubu najpierw oferują mu fasadowe funkcje w rządzie, a gdy się nie zgadza (jako wybrany w demokratycznych wyborach polityk nie chce przystać na żadne funkcje dekoracyjne), zostaje wraz z dwoma innymi przedstawicielami swojego obozu z belgijską pomocą wydany secesjonistom w Katandze. Torturowani tam przez belgijskich i katangijskich funkcjonariuszy, nieraz w obecności Tshombe i jego ministrów, zostają zamordowani w styczniu 1961 roku w domu na obrzeżach stolicy Katangi, Elizabethville. Ich ciała zostaną następnie rozpuszczone w kwasie. Wiadomość o śmierci zostanie ujawniona w lutym. Mobutu pozostanie u władzy do roku 1997.

Dziś wiadomo, że ogromną, większą, niż mógł to w 1966 roku wiedzieć Césaire, rolę w porwaniu i likwidacji Lumumby odegrała Wielka Brytania, której rozpadające się już imperium sąsiadowało z Kongiem w Północnej Rodezji. Londyn chciał bronić brytyjskiego kapitału w Katandze, a także stworzyć z oderwanej prowincji rodzaj buforu oddzielającego jego afrykańskie interesy od nieprzewidywalnej Demokratycznej Republiki Konga. Wszystko to na wypadek, gdyby rewindykacyjny, uniwersalistyczny, panafrykański i rewolucyjny język Lumumby (a także pomoc oferowana mu przez Moskwę) obróciły Kongo, ogromny kraj w samym sercu Afryki, w przyczółek socjalizmu czy komunizmu – bądź  jakiekolwiek inne realne wyzwanie nie tylko dla rozsypującego się już ładu kolonialnego, ale także dla wykluwającego się właśnie postkolonialnego ładu światowego.

Inscenizacja Wrighta jest ogromnym sukcesem, bo udało mu się ten niezbyt powszechnie znany rozdział historii opowiedzieć w sposób czytelny, niebudzący dezorientacji widza, pozwalając mu podążać za politycznymi meandrami, a do tego angażując go emocjonalnie. Spektakl jest też w dobrym sensie widowiskowy i niezwykle pomysłowy inscenizacyjnie, zwłaszcza gdy otwiera scenę na oddech historii – mniej błyskotliwy reżyser mógłby zostawić mu miejsce jedynie w pozascenicznym kontekście, każąc widzom dedukować go np. z dialogów. Opowieść toczy się bardzo dynamicznie, zróżnicowanymi środkami – pojawiają się elementy udramatyzowanej choreografii i teatr lalek. Lalki parodiują na przykład decydujących o losach tego czy innego kraju światowych bankierów, a odpowiedzialna jest za nie żona reżysera, Sarah Wright.

Najbardziej szalonym i jednocześnie niezwykle udanym zamysłem jest obsadzenie wszystkich ról, włącznie z królem Belgów Baldwinem (Brian Bovell) i sekretarzem generalnym ONZ Dagiem Hammarskjöldem (Kurt Egyiawan), aktorami czarnoskórymi, którzy noszą na twarzach białe nosy (w przypadku Hammarskjölda także nordycką blond grzywę). Wrightowi udaje się w ten sposób nie tylko uzyskać efekt satyry czy przerysowania, nie tylko dokonać swego rodzaju estetycznego odwetu za tych wszystkich odgrywanych przez białych aktorów Otellów czy pomalowane na czarno twarze w Narodzinach narodu Davida Warka Griffitha – udaje mu się przede wszystkim wyostrzyć problematykę interesu uniwersalnego i interesów partykularnych, pomiędzy którymi toczy się gra w sztuce Césaire’a.

Rewolucja haitańska chwyciła kiedyś swoją francuską starszą siostrę za słowo tam, gdzie Paryż nie spełnił swojej obietnicy równości i rewindykowała jej uniwersalny potencjał, deklarując, że wszyscy są czarni. Tutaj autentyczny uniwersalizm wcielony jest w Czarną Afrykę i w Lumumbę jako reprezentanta interesu wszystkich systemowo pokrzywdzonych, wszystkich tych, którzy są globalnie na najsłabszej pozycji. Taką rolę Lumumby umacnia jego męczeńska śmierć.

Śmierć ta dokonuje czegoś między chrystianizacją a „cheizacją” jego postaci. Jak Chrystus i Che charyzmatyczny Lumumba, w znakomitym wykonaniu Chiwetela Ejiofora, ginie z woli imperiów, w podobnym co oni wieku. Z Che łączy go ponadto wspólnota radykalnego zaangażowania politycznego lat 50. i 60. XX wieku – oraz plakat sztuki, który przetwarza fotografię Lumumby na wzór i podobieństwo najpowszechniej znanego wizerunku Guevary.

Doklejone białe nosy demaskują fałszywość uniwersalizmu, za którego reprezentanta podaje się Zachód, z jego pięknymi gadkami o wolności i słownikiem dyplomacji. Demaskują cynizm, z jakim Zachód i jego „neutralne” instytucje, reprezentujące jakoby „wspólnotę międzynarodową” i „prawo międzynarodowe”, wpierw wspierają lokalne bunty i secesje, by ostatecznie przeforsować interesy ekonomiczne zachodnich elit finansowych i przemysłowych.

I tu dochodzimy do kolejnego sukcesu Wrighta: pokazania, że kolonializm – wbrew  wyobrażeniom wielu, jeśli nie większości, Brytyjczyków – nie jest czymś z porządku historii, czymś, co dobiegło końca, gdy kolonialne imperia pozwijały wojskowe posterunki na innych kontynentach i nikt już nie nosi tych śmiesznych białych spodni i kapeluszy.

Inscenizując Césaire’a, Wright pokazuje nam trwanie kolonializmu pod nowymi postaciami. Przejawia się ono głównie w ekonomicznej władzy nad zasobami „zdekolonizowanych” społeczeństw i w korupcji ich kompradorskich elit – ale również w strukturach prawa międzynarodowego i instytucjach „wspólnoty międzynarodowej”, które wciąż, mimo że tyle słyszymy o zmierzchu dominacji Zachodu nad planetą, zajmują się głównie petryfikacją jego władzy. I które wciąż dokonują interwencji broniących interesów zglobalizowanego kapitału – bądź wybierają pokazową „neutralność” lub „niemieszanie się”, tam gdzie „mieszanie się” się nie opłaca albo akurat „niemieszanie się” opłaca się bardziej. Nawet jeżeli stawki, o jakie wybuchła gdzieś walka, są autentycznie uniwersalne.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie 11 sierpnia 2013 w Dzienniku Opinii Krytyki Politycznej.

Bombaj na mapie

Bollywood i muzułmanie

Czy nadchodzi „Bollywood po 26 listopada 2008”?

 

Jedną z głośniejszych indyjskich premier filmowych 2009 roku był film Renzila D’Silvy Kurbaan (tytuł oznacza ‘ofiara/poświęcenie’) wyprodukowany przez cudowne dziecko Bollywoodu Karana Johara (reżyser Czasem słońce, czasem deszcz [Kabhi Khushi Kabhi Gham] – filmu, od którego zaczęła się bollymania w Polsce, a także producent takich filmów jak znane i u nas Nigdy nie mów żegnaj [Kabhi Alvida Naa Kehna] i Gdyby jutra nie było [Kal Ho Naa Ho]). Film ostatecznie nie odniósł ponoć kolosalnego sukcesu komercyjnego, ale narobił szumu, a w Londynie udało mi się dostać na Kurbaan dopiero za drugim podejściem, bo pierwszy weekend rozpowszechniania był całkowicie sold out. W filmie cała konstelacja gwiazd kina bombajskiego: Kareena Kapoor, Saif Ali Khan, Vivek Oberoi, Kirron Kher, Akshay Khanna, Dia Mirza i Om Puri. Na wiele tygodni przed premierą internauci i widzowie okołofilmowych programów telewizyjnych ekscytowali się zręcznie wypuszczoną zapowiedzią, że w filmie będzie scena explicite erotyczna między Saifem Alim Khanem a Kareeną Kapoor. Seks jest najważniejszym spoiwem kina bombajskiego, ale występuje w nim zwykle w postaci zapośredniczonej przez symbole i układy choreograficzne w sekwencjach muzycznych – choć wbrew temu, co twierdzą polscy publicyści, niewiele to ma wspólnego z oficjalną państwową cenzurą. D’Silva z wyrazem szczerej troski na twarzy zwierzał się dziennikarzom, że ma nadzieję, iż tego rodzaju sensacja nie przesłoni odbiorcom prawdziwej, poważnej treści jego filmu. A opowiada on o wykształconej hindusce o imieniu Avantika (Kapoor), która wbrew początkowemu oporowi ojca wyszła za muzułmanina, akademickiego specjalistę od kultury islamu, niejakiego Ehsaana (Khan), który potem okaże się naprawdę mieć na imię Khalid. Ale kiedy to się okaże, bohaterka dawno już będzie w pułapce – uwięziona w areszcie domowym, w obcym kraju, przez grupę muzułmańskich terrorystów, z których jednym będzie właśnie jej mąż. Czy film jest znakiem nadchodzącego na szerszą skalę antymuzułmańskiego backlashu w najbardziej wpływowym ośrodku filmowym Trzeciego Świata? Czy tak jak mieliśmy „Hollywood po 11 września”[1] – będziemy też mieć „Bollywood po 26 listopada”?

 

Trauma podziału i tworzenie narodu

 

Historia stosunków kina bombajskiego z islamem jest fascynująca i burzliwa. Składa się z odważnych, postępowych projektów społecznych i politycznych oraz dramatycznych zwrotów akcji i politycznych przetrąceń. Rajinder Kumar Dudrah wyodrębnia nawet w ramach tego kina specjalny podgatunek „muzułmańskich filmów społecznych”, które „były szczególnie popularne w latach 60. Ich oddziaływanie znacznie przekracza dziesięcioprocentową [obecnie jest to już ponad 13% – przyp. JP] muzułmańską populację Indii i odzwierciedla przepastne dziedzictwo islamu w kulturze tego kraju, a także w samej branży filmowej, w której nieproporcjonalnie duży udział mają aktorzy, pisarze czy muzycy, którzy są muzułmanami. Pamiętajmy, że bollywoodzki przemysł filmowy jest pierwszym środowiskiem w nowoczesnych Indiach, w którym wszelkie bariery systemu kast i sekt zostały całkowicie przełamane i po dziś dzień społeczność filmowa uchodzi za jedną z najbardziej postępowych, ‘multikulturowych’ sił na subkontynencie, promując międzywyznaniową i miedzyetniczną harmonię”[2].

Hindusów i muzułmanów podzieliła szczególnie mocno nieprzepracowana trauma podziału na Indie i Pakistan, dokonanego arbitralną decyzją Wielkiej Brytanii opuszczającej perłę w swej imperialnej koronie. Jednym ze sposobów sprawowania władzy w podporządkowanych sobie Indiach było zawsze dla Brytyjczyków kreowanie i podgrzewanie napięć pomiędzy poszczególnymi grupami etnicznymi i religijnymi (w tym rekonstrukcja obumierającego pod panowaniem Mogołów systemu kastowego). Opuszczając Indie, Brytyjczycy podzielili je według własnego „widzimisię”, w nadziei, że wyniknie z tego wystarczające zamieszanie, by dało się utrzymywać różnego rodzaju wpływy nawet pod bezpośrednią polityczną i militarną nieobecność na subkontynencie. Udało się znakomicie: konsekwencją podziału były masowe pogromy każdej ze stron i największe polityczne migracje ludności, jakie odnotowano po drugiej wojnie światowej. Brytyjczycy mogli się poczuć dobrze z własną historią kolonialnej obecności w Indiach – mogli sobie powiedzieć, że to ich obecność gwarantowała tam pokój. Traumę podziału próbowano łagodzić, a być może jedynie odsuwano, procesem „nation-making” w pierwszych dekadach po odzyskaniu niepodległości, procesem, którego kino bombajskie czuło się integralną polityczną częścią i za który czuło się współodpowiedzialne.

Klasycy kina bombajskiego – poprzez widowiska filmowe, których społecznej siły oddziaływania we własnym kraju byli doskonale świadomi – pragnęli zrealizować projekt polityczny uniwersalistycznej wizji Indii, w której różnice między hinduizmem a islamem (oraz innymi kulturami składającymi się na mozaikę mówiącego kilkuset językami subkontynentu) staną się bez znaczenia. Wybitny teoretyk kina bollywoodzkiego Vijay Mishra we właściwy sobie fascynujący sposób analizuje to na przykładach takich kamieni milowych kina bombajskiego, jak Mother India Mehbooba Khana z 1957 (w którym wybitna muzułmańska aktorka Nargis staje się ucieleśnieniem Indii) czy Amar Akbar Anthony Manmohana Desaia z Amitabhem Bachchanem (w którym trzech braci z jednej matki wyznaje trzy różne religie, jasno wskazane w ich imionach). „Ale to było w 1977 roku – pisze Mishra. – Każdy odbiorca kina bombajskiego czuje, że potem wszystko uległo dramatycznym zmianom”[3].

 

Meczet w Ajodhji

 

Babri Masdźid, meczet Babara w Ajodhji został zdaniem wyznawców hinduizmu postawiony (w 1527 r., z rozkazu pierwszego cesarza z muzułmańskiej dynastii Mogołów Babara) na miejscu wcześniejszej świątyni upamiętniającej miejsce narodzin boga Ramy, który był awatarem Wisznu i władcą Ajodhji. Źródła brytyjskie mówią, że do połowy XIX wieku było czymś dość pospolitym, że z meczetu korzystali wyznawcy obydwu religii. W latach 80. XX wieku, gdy Indie, a zwłaszcza biedniejsza większość ich mieszkańców, odczuwały już dotkliwie – we właściwy dla peryferii sposób – skutki wejścia kapitalistycznego systemu-świata w fazę strukturalnego kryzysu akumulacji, zgodnie z Francisa Wheena tezą o fundamentalizmach religijnych jako odpowiedzi na zaczynający wtedy kroczyć triumfalnie fundamentalizm rynkowy Chicago Boys i Margaret Thatcher, w Indiach obudziły się upiory fundamentalizmu hinduistycznego i specyficznego hinduskiego nacjonalizmu, nowego – coraz gorszego – wcielenia hindutwy. Nacjonalizm ten wykluczał z prawomocnej przynależności narodowej wszystkich niewyznających hinduizmu, szczególny nacisk kładąc w tym względzie na muzułmanów, choćby ich rodziny żyły w Indiach od stuleci. Przechwycał gniew i frustracje, winą za porażki i cierpienia jednostek oraz całego kraju obarczając zdradę religii większości przez tych wszystkich, którzy w dekadach po odzyskaniu niepodległości pragnęli urzeczywistnienia projektu społecznego świeckich Indii (należeli do nich także filmowcy jak Mehboob Khan czy Raj Kapoor, obaj zdeklarowani socjaliści).

Od XII wieku w tych okresach historii Indii, w których na fali realnego lub wyimaginowanego zagrożenia budziły się w hinduizmie ruchy integrystyczne, posługiwały się one właśnie mitem Ramy i eposem, który go opowiada, Ramajaną[4]. W latach 80. XX wieku wieku dyskurs ten został odgrzany. W centrum sporu znalazł się meczet Babri Masjid. 6 grudnia 1992 roku szturm 150 tysięcy wyznawców hinduizmu zakończył się zniszczeniem meczetu i pociągnął za sobą falę zamieszek religijnych w wielu miejscach w kraju. Śmierć poniosło w nich co najmniej 2 tysiące ludzi. Kulminacja religijnej przemocy nieprzypadkiem zbiegła się z ostateczną impozycją w Indiach neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału, która nastąpiła właśnie na początku lat 90.

Przejawem dyskursu hindutwy była realizacja i legendarna popularność telewizyjnej ekranizacji Ramajany w postaci pokazywanego przez 78 tygodni serialu z lat 1987-1988 (reż. Ramanand Sagar) – na czas emisji kolejnych odcinków zatrzymywały się pociągi, ludzie wylegali z nich w stronę umieszczonych na stacjach telewizorów, rząd przerywał obrady. Bollywoodzcy filmowcy znaleźli się w niezwykle schizofrenicznej sytuacji. Co trzeci z nich to muzułmanin (lub pochodzi z muzułmańskiej rodziny), wielu z nich założyło rodziny mieszane, międzywyznaniowe. Strach, że niezwykle eksponowana pozycja społeczna łatwo wskaże ich na kozły ofiarne, bądź po prostu, że utracą pozycję symbliczną i ekonomiczną, gdy widzowie się od nich odwrócą, mógł odgrywać znacznie większą rolę niż bezpośrednie naciski polityczne. Te ostatnie w Bollywood napotykały dwie poważne przeszkody: charakteryzujący indyjski przemysł filmowy niezwykle niski jak na takich rozmiarów kinematografię stopień koncentracji kapitału, a także fakt, że bombajski przemysł filmowy nie był wtedy w żaden znaczący – czy to ekonomiczny czy instytucjonalny – sposób wspierany przez państwo. To pierwsze powodowało, że skoncentrowany kapitał nie mógł wywierać synchronicznej presji na całą branżę czy choćby duże jej sektory jednocześnie, ustalając, w jakie projekty będzie inwestował środki; to drugie – że szantaż groźbą odcięcia czy przekierowania środków publicznych w razie ideologicznego nieposłuszeństwa był niemożliwy. Z drugiej jednak strony to ostatnie powodowało też, że żaden bufor nie chronił ich przed wylądowaniem na przysłowiowej ulicy, gdyby widzowie nie chcieli ich już oglądać.

Bollywood nie zaangażowało się w tym okresie na szeroką i otwartą skalę po żadnej ze stron konfliktów religijnych – wybrało raczej drogę zupełnego milczenia i przemilczania, próbując je nadrabiać formą opartą o estetykę mnogości i nadmiaru. Forma pragnęła dawać do zrozumienia, że Indie to wielość i różnorodność, ale muzułmanie niemal wyparowali ze świata przedstawionego bombajskich filmów, które bardzo często robili przecież, bądź grali w nich główne role, muzułmanie. W strukturze filmów rozpączkowała też na wszystkie strony symbolika odwołująca się do Ramajany. Kluczowym punktem przestrzeni filmowej stała się świątynia (znowu – najczęściej Ramy), w wielkich, zaangażowanych w projekt świeckich Indii dziełach klasycznego Bollywoodu (np. filmach Mehbooba Khana i Raja Kapoora) praktycznie nieobecna.

Czasem muzułmanin pojawiał się w tle lub jako czarny charakter, lub tylko, aby odegrać narzucony hindusom przez Brytyjczyków po powstaniu sipajów orientalistyczny (w rozumieniu Edwarda Saida), kolonialny stereotyp „lubieżnego muzułmanina”. Po zdławieniu tej największej antykolonialnej rewolty w historii, Brytyjczycy częścią winy za jego wybuch obarczyli (dość bezpodstawnie) dwór i cesarza Bahadura Szaha Zafara z muzułmańskiej dynastii Mogołów. W konsekwencji położyli kres panowaniu jego rodziny, jego skazali na zesłanie do Birmy, upokarzając także w ten sposób wszystkich indyjskich muzułmanów. By zapobiec mechanizmom solidarności pokonanych, Brytyjczycy stosowali politykę kreowania, przekierowywania i zarządzania resentymentami, której częścią była skierowana do hindusów antymuzułmańska propaganda przedstawiająca dziedzictwo islamu jako kulturę wyuzdania i rozpasania[5]. Brytyjczycy podtrzymywali ekonomiczną i militarną władzę w Indiach za pomocą złożonych mechanizmów władzy symbolicznej, na którą składało się między innymi miażdżenie zmysłowej i erotycznej tradycji indyjskiej kultury (np. niszcząc sakralne przedstawienia figuralne o tematyce homoerotycznej), wpisując w nią element wstydu za te jej własne składniki. Kolonialna figura ideologiczna „lubieżnego muzułmanina” dostarczała kogoś, kogo można było prawomocnie i bezkarnie nie lubić za ten nieprzyjemny, narzucony wstyd – wstyd za coś, co było w końcu częścią indyjskiej kultury w ogóle, a nie tylko jej komponentu muzułmańskiego.

 

Bombaj

 

W 1995 najwybitniejszy dziś tamilski reżyser filmowy – wówczas jeszcze wyłącznie kollywoodzki[6], do Bollywoodu sprowadzony później – Mani Ratnam zrealizował przełomowy politycznie, choć nierówny artystycznie film Bombay. Nie tylko przestał pokrywać milczeniem istnienie w Indiach ponad stu milionów muzułmanów, nie tylko przestał milczeć o napięciach między religiami – kulminacyjnym punktem fabuły uczynił wprost krwawe rozruchy religijne wywołane przez zniszczenie meczetu w Ajodhji. Obrazy bohaterów błąkających się po obróconych w perzynę i usianych ludzkimi ciałami ulicach należą do najmocniejszych partii filmu. Z perspektywy czasu film nie broni się jako głęboko analiza polityczna tamtych wydarzeń, zatrzymuje się na poziomie oskarżenia hierarchii religijnych z obydwu stron o podżeganie do nienawiści, której ofiarą padają „niewinni ludzie” – nie wpisując tego jednak w żaden poważny kontekst stosunków i mechanizmów władzy.

Złożony na ręce premiera Manmohana Singha 30 czerwca 2009 raport specjalnej komisji śledczej pod przewodnictwem sędziego Manmohana Singha Liberhana, który wyciekł do prasy w listopadzie tegoż roku i wywołał burzę w indyjskich mediach, mówi nie tylko o podrzeganiu, ale wręcz o planowaniu, i to planowaniu politycznym, z wielu stron. Raport[7] dopiero co dostał się do opinii publicznej, trudno powiedzieć, na ile jest on wiarygodny i rozstrzygający (np. fakt, że prace komisji trwały prawie 17 lat – czy znaczy to, że była tak skrupulatna? czy tak ślamazarna? a może do tego stopnia politycznie utrudniano jej prace?). Daje jednak do myślenia, bo jest kolejnym wskazaniem, że współczesne eksplozje przemocy na tle religijnym czy etnicznym nie są ruchami oddolnymi a odgórnymi, do tego wiążą się dziwnie ściśle z tymi, którzy są decydentami, narzędziami bądź stróżami kapitalizmu neoliberalnej fazy akumulacji. Do głównych czarnych charakterów raportu należą były prawicowy premier Atal Bihari Vajpayee i założona przez niego (w 1980) prawicowa Bharatiya Janata Party (BJP). Na szerokie wody indyjskiej polityki BJP wypłynęła w znacznej mierze dzięki manipulowaniu problemem meczetu w Ajodhji. Przechwytywała na modłę ksenofobiczną frustracje wywołane dryfem Indii w stronę gospodarczego neoliberalizmu, który ostatecznie przypieczętował premier P. V. Narasimha Rao na początku lat 90. Ale przechwytywała je po to tylko, by po przejęciu władzy w 1996 przycisnąć jeszcze mocniej pedał gazu neoliberalnych „reform” i udawać religijne „umiarkowanie” tylko dzięki włączeniu do koalicji rządzącej zupełnie już skrajnie prawicowych ugrupowań (Shiv Sena, Vishva Hindu Parishad), krytykujących ją bezustannie za zbytnią opieszałość w sprawie „odbudowy” w miejscu zburzonego meczetu Babri Masjid hinduistycznej świątyni Ramy. Są też dowody, że jeśli chodzi o krwawe rozruchy w Bombaju w 1992, to lont, który doprowadził do ich wybuchu, został podpalony przez dysponentów kapitału przemysłowego i deweloperskiego.

Film Ratnama zatrzymuje się niestety na poziomie opisu zaślepienia fanatyków, których miejsca w jakiejkolwiek grze interesów czy realnych stosunków władzy niesposób wskazać. Na poziomie ukazania antyhumanistycznego fundamentalizmu, w którym nie ma w gruncie rzeczy nic przenikliwego. Taka „krytyka” „fanatyzmu” jest niemal takim samym „opium dla ludu”, jak sama religia. Ravi Vasudevan w swoim eseju poświęconym filmowi[8] wskazał także, że Bombay na pewnym głęboko ukrytym poziomie, mimo potępienia przemocy, podtrzymuje jednak wizję Indii jako kraju hinduizmu przede wszystkim – przez fakt że zajmujący patriarchalnie górującą pozycję bohater płci męskiej jest wyznawcą tej właśnie religii.  Film był jednak mimo wszystko krokiem naprzód, bo przynajmniej otwarcie poruszył problem. Choć filmy tamilskie zwykle rezonują głównie na południu kraju, na Sri Lance i w diasporze tamilskiej, ten jednak był rozpowszechniany także w językach hindi i urdu, a Ratnam został wkrótce zaproszony do oddziałującego na całe Indie (i nie tylko) Bollywood, gdzie w późniejszych filmach (jak w znakomitym na czysto filmowym poziomie Z całego serca [Dil Se]) poruszał wciąż kwestie polityczne. Mającego znakomite wyczucie filmowej formy (przestrzeni, ruchu w kadrze, pracy z aktorem, montażu) Ratnama nie można jednak nazwać filmowcem prawdziwie krytycznym, choć trzeba wybitnym reżyserem.

Później w latach 90. bombajscy filmowcy w ramach swego rodzaju pokuty zaczęli przypominać miejsce i znaczenie dziedzictwa islamu w kulturze i historii Indii, odchodząc od tchórzliwej strategii milczenia i pokazywania świątyń Ramy w każdym filmie – nawet jeśli, zwłaszcza początkowo, programowo unikali pokazywania na szerszą skalę spięć współczesności. W pierwszej dekadzie XXI wieku nastąpił jednak spory postęp w tej dziedzinie. Oprócz renesansu filmów odwołujących się do dziedzictwa islamu (jak olśniewający wizualnie remake jednego z klasyków podgatunku „Muslim socials”, Umrao Jaan z Aishwaryą Rai, 2006, po ogromny sukces kasowy, jakim był Jodhaa Akbar Ashutosha Gowarikera z tąż samą Rai i Hrithikiem Roshanem, 2008), oprócz powrotu muzułmańskich bohaterów do diegezy tych filmów, powrócił też do niej fakt, że między grupami wyznaniowymi w Indiach istnieją konflikty. Najnowszy film Rakesha Omprakasha Mehry Delhi-6 (2009) zatrzymuje się co prawda na poziomie refleksji o „problemie kulturowym”, ale poprzedni, fenomenalny Kolor szafranu (znany też pt. Pomaluj mnie na żółto [Rang De Basanti]), jeden z najgłośniejszych indyjskich filmów roku 2006 (zgłoszony przez Indie do Oscara), wpisywał konflikty religijne w szeroki kontekst politycznych i ekonomicznych mechanizmów i stosunków władzy późnego kapitalizmu peryferii.

 

Odbijanie symboli

 

Jeden z pierwszych bollywoodzkich filmów na ekranach polskich kin, Jestem przy tobie (Main Hoon Na) Fary Khan, na pierwszy rzut oka eskapistyczny, grał w istocie o najwyższe polityczne stawki: o przechwycenie Ramajany, wytrącenie jej z rąk Hindutvy. Tym, co uczyniło Ramajanę tak podatną na wykorzystanie integrystów i nacjonalistów, jest wyjątkowo jak na Indie binarna struktura mitu Ramy, oferująca proste opozycje między dobrem i złem, pozwalające utożsamiać politycznie niepożądanych „obcych” z demonicznymi siłami wroga Ramy, Rawany[9]. Struktura filmu Fary Khan oparta jest na Ramajanie, i to jak najbardziej explicite; główny bohater ma na imię Ram, jago brat – Laxman, a „ten zły” – Raghavan. Ten zły (Ravana z mitu) nie jest tu jednak muzułmaninem a… obłąkanym z nienawiści hinduskim nacjonalistą sabotującym zbliżenie między Indiami a Pakistanem. Film podmienia więc „siły zła” – w miejsce „obcych” podstawia tych, którzy szczują na „obcych”.

O podobne polityczne stawki grał jeden z najwybitniejszych bollywoodzkich filmów ostatniej dekady, Rebeliant (Mangal Pandey/The Rising: Ballad of Mangal Pandey) Ketana Mehty z 2005 roku. Podejmuje on co prawda zmitologizowaną narrację o wybuchu powstania sipajów (historycy kwestionują dziś ten epizod jako bezpośrednią przyczynę wybuchu powstania, uważając, że były to wypadki zupełnie odizolowane), ale podejmuje ją po to, by zapobiec jej przechwyceniu przez fundamentalistów religijnych. Zadanie było tym większe, że powstanie sipajów, choć jego powodem była nasilająca się eksploatacja subkontynentu przez brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską, samo wyrażało się jednoznacznie w kategoriach wojny religijnej z prześladującymi i upokarzającymi miejscowe religie chrześcijanami. Dla sipajów wyznających islam był to dżihad. Filmowi udaje się jednak przetłumaczyć to wszystko na kategorie materializmu historycznego, ukazuje powstanie sipajów jako uniwersalistyczny w swoich przesłankach bunt prawdziwie polityczny. Padającą w filmie frazę „Wszyscy jesteśmy niedotykalni” należy czytać dokładnie tak, jak słowa rewolucyjnej konstytucji Haiti, proklamujące, że wszyscy są czarni.

Bezpośrednim impulsem upolityczniającym jest tu cios w religię podporządkowanych – zarówno w islam, jak i w hinduizm, z powodu użycia do nabojów, które trzeba było przegryzać, tłuszczu zarówno krów, jak i świń[10]. Wymiar religijny i tożsamościowy zostaje jednak wkrótce przekroczony. Do zjednoczonych we wspólnym emancypacyjnym zrywie hindusów i muzułmanów przyłączy się nawet pochodzący z biednej rodziny, spotykający się w towarzystwie z kpinkami i aluzjami pod adresem kiepskich szkół, do których chodził, brytyjski oficer. Wrogiem nie jest „chrześcijaństwo”, nie są nim nawet Anglicy, wrogiem jest Kompania, zwana w filmie także po prostu „Firmą”. Mobilizacja polityczna następuje więc przeciwko Realnemu społecznego antagonizmu, Realnemu, którym jest Kapitał (Kompania/„Firma” jest jego figurą), a nie przesłaniające je i mistyfikujące religie czy tożsamości. Więcej nawet, religia jest tu jasno wskazana jako przeszkoda w prawdziwym upolitycznieniu i dlatego w fenomenalnej sekwencji, która niemal ilustruje słynne frazy Marksa o religii i opium, bohaterowie, by przejść do politycznego działania, muszą wpierw opuścić świątynię. Wymieniane przez nich ostre, skupione i przenikliwe spojrzenia kontrastują z nieprzytomnym wzrokiem otaczających ich zaczadzonych narkotykami, pogrążonych w ekstazie ludzi, których religia utrzymuje w pasywnej zgodzie na doznawaną krzywdę.

 

Kurbaan  

 

Kurbaan to film, który może zwiastować w Bollywood antymuzułmański backlash, sprzedawany pod płaszczykiem obyczajowej „odwagi” (Kareena Kapoor i Saif Ali Khan w łóżku) oraz poruszania „ważkiego tematu terroryzmu”, do tego legitymizowany tu przez udział w jednej z głównych ról (terrorysty właśnie, i to takiego, który oszukał i wykorzystał uczciwą, dobroduszną hinduską dziewczynę) muzułmanina Saifa Alego Khana. Jest to o tyle niepokojące, że mówimy o jednym z najbardziej wpływowych w skali świata ośrodków produkcji kulturalnej, którego wpływy w Indiach są kolosalne, daleko też wykraczają poza granice tego kraju.

Film ujawnia za jednym zamachem kilka stawek politycznych indyjskiej burżuazji, pod której projektem politycznym się (świadomie?) podpisuje. Równocześnie z milczeniem wokół istnienia w Indiach muzułmanów oraz rozmnożeniem się w filmach symboliki i świątyń Ramy, na przełomie lat 80. i 90. kino bollywoodzkie dokonało także (kolejna znacząca paralela) akcesu do neoliberalnego projektu politycznego. Muzułmanie nie byli jedyną grupą, która wyparowała wtedy z bollywoodzkich filmów. Gdy slumsy Bombaju i innych wielkich miast Indii w szybkim czasie podwajały i potrajały swoje rozmiary, zaludniając się wypędzonymi ze wsi i gentryfikowanych części miast ofiarami globalizacji neoliberalnej, bollywoodzkie filmy o tematyce współczesnej pokazywały wyłącznie mniejszość jej beneficjentów, burżuazję i „klasę średnią” (określenie w indyjskim kontekście wyjątkowo mylące), odzwierciedlając wyłącznie ich punkt widzenia. Od końca lat 90. znaczna część bollywoodzkiego kina odłączyła się od tego projektu i skierowała przeciwko elitom krytyczne ostrze. Z tych, które widziałem, za najciekawsze w tym nurcie uważam filmy Rama Gopala Varmy, wspomniany wcześniej Kolor szafranu oraz D jak Deshu (D: Underworld Badshah) Vishrama Sawanta. Po zamachach z listopada 2008 tendencja do politycznego podgrzewania i wykorzystywania animozji między religiami może się nasilić i Kurbaan świadczy, że znów będzie się to działo w symbiozie z neoliberalnym projektem politycznym, który może przy użyciu straszaka islamu nabrać od nowa animuszu (opór społeczny kazał go ostatnio nieco temperować). W Kurbaan znów mamy samych świetnie sytuowanych ludzi, żyjących z pracy umysłu, „z wiedzy”. Mamy też ściśle związane z projektem neoliberanym zbliżenie z USA i identyfikację z ich aktywnością na arenie międzynarodowej, zwłaszcza w zakresie „wojny z terroryzmem”. Film chce pokazać, że w tej wojnie Indie są całym sercem po tej samej stronie, co Stany Zjednoczone, w których toczy się większa część akcji.

Przekonanie do tego Indusów nie jest wcale aż takie proste i wymaga dość intensywnej ekwilibrystyki. Postrzeganie relacji między Wschodem a Zachodem, globalną Północą a Południem, w kategoriach bezwzględnych relacji władzy i dominacji jest w Indiach dość pospolite, a imperialna polityka USA postrzegana przez wielu jako taka właśnie. Twórcy filmu musieli więc wziąć to pod uwagę – proste przejęcie amerykańskich klisz antymuzułmańskich byłoby nieskuteczne. Filmowi terroryści mają więc bagaż powodów do nienawiści do Ameryki, od poczucia ogólnego upokorzenia amerykańskim butem przyciskającym całą bogatą w ropę część świata po osobiste krzywdy i śmierć bliskich w zrujnowanym Afganistanie. Jest w filmie taka scena: udający studenta dziennikarz, który prowadzi śledztwo w sprawie Avantiki i pragnie jej pomóc, niejaki Riyaaz (Vivek Oberoi), wygłasza na zajęciach na uniwesytecie obliczoną na zwrócenie uwagi Ehsaana/Khalida płomienną mowę o tym, że terrorystą tak naprawdę był prezydent USA. Na sali kinowej, w której oglądałem film, wypełnionej głównie publicznością z Azji Południowej (nie tylko Indii), rozległy się wtedy brawa. Kiedy amerykańska studentka odpowiada Riyaazowi, że jak takie mają zdanie o Ameryce, to powinni ją opuścić, ten ripostuje, że zrobią to jak Amerykanie opuszczą ich (tzn. muzułmanów) kraje.

Aby uczynić swój antymuzułmański przekaz skutecznym, film nie mógł udawać, że muzułmanie nie mają powodów, by nienawidzić Ameryki, bo z tych samych powodów Stany Zjednoczone są w Trzecim Świecie nielubiane nie tylko przez wyznawców islamu, a powody te są wszystkim doskonale znane. Film akcentuje te powody, czyni to jednak tylko po to, by antymuzułmańskie czerwone światełko zapalić także i w głowach tych, którzy zgadzają się z niektórymi bohaterami, że największymi i najgroźniejszymi organizacjami terrorystycznymi na świecie są Biały Dom i Pentagon. Przyznając muzułmanom ich słuszne prawo do tego, by czuli się przez Imperium Amerykańskie pokrzywdzeni, jednocześnie pokazuje ich jako ludzi, którzy ze swoim cierpieniem zstąpili na złą drogę i przekuli je w zupełną moralną degenerację. Dla swojej szalonej Sprawy są zdolni zabić członków własnej rodziny i trzymać ich zwłoki w piwnicy tygodniami. W swych zbrodniczych celach wykorzystują uczucia innych ludzi (jak Ehsaan w stosunku do Avantiki), bezwzględnych zabójców ukrywających się nawet pod tak przyjemną powierzchownością, jak ta Saifa Alego Khana. Gdy tymczasem cierpienie, jakim skutkuje dominacja Imperium Dolara, powinni przyjmować z pokorą, jak fakt z porządku przyrody, nikogo za to nie winiąc i nie próbując wpływać na bieg rzeczy, bo to tylko pomnaża krzywdy.

Film próbuje upiec na tym samym ogniu jeszcze jedną pieczeń – opanować wymykające się spod kontroli mężczyzn kobiety z lepiej sytuowanych grup społecznych, które zdobywając wyższe wykształcenie, coraz częściej nie są posłuszne mężczyznom. Avantika nie przeszłaby przez to wszystko, gdyby od początku zgadzała się z ojcem, niechętnym zrazu jej małżeństwu z muzułmaninem; gdyby nie chciała robić kariery akademickiej za oceanem; gdyby nie była taka „liberalna”. Na poziomie swego rodzaju metafory film zrównuje też dzięki temu postawę zbyt miękką i liberalną postawę w stosunku do „muzułmańskiego zagrożenia” z „kobiecym” nierozsądkiem i bezkrytycznym uleganiem emocjom. I pokazuje od razu, „dokąd to prowadzi”.

Tego, że może nadchodzić szersza fala, że backlash może być procesem a nie jedynie incydentem, każe się obawiać choćby fakt, że D’Silva był wcześniej współscenarzystą przełomowego w jak najlepszym sensie, marksistowskiego (jedno z pierwszych ujęć filmu pokazuje Bhagata Singha zamykającego tom dzieł Lenina) Koloru szafranu Mehry, co by sugerowało, że niektórzy zmieniają już pozycje… Bollywood ciągle jednak cechuje dziwnie niski stopień koncetracji kapitału uniemożliwiający wywieranie jednokierunkowej, szerokiej presji. O ile w USA cały rynek filmowy jest ustawiony przez dosłownie kilka monstrualnych rozmiarów podmiotów gospodarczych, o tyle ogromna indyjska produkcja filmowa wychodzi w ogromnej części z przedsiębiorstw bez mała „rodzinnych”. Pozostaje mieć nadzieję, że w tej konfrontacji zwycięstwo odniosą jednak ludzie tacy jak Ketan Mehta, Farah Khan czy Rakesh Omprakash Mehra.

 

Przypisy:

[1] Zob. Jakub Majmurek, Kino George’a Busha, „Bez Dogmatu” nr 76 (wiosna 2008), str. 25-26.

[2] Rajinder Kumar Dudrah, Bollywood: Sociology Goes to the Movies, Sage, London, 2006, s. 177.

[3] Vijay Mishra, Bollywood Cinema: Temples of Desire, Routledge, New York-London 2002, s. 203. Historię obecności muzułmanów w Bollywood (do końca XX wieku) streszczam głównie na podstawie tej pracy.

[4] Sheldon Pollock, Ramayana and the Political Imagination of India, „Journal of Asian Studies” 1993, 52.2, s. 261-297.

[5] Zob. Williama Dalrymple, The Last Mughal: The Fall of a Dynasty, Delhi, 1857, Bloomsbury, London 2006.

[6] Bollywood jest tylko jednym z wielu ośrodków produkcji filmowej w Indiach i jest odpowiedzialny jedynie za około jedną piątą w porywach do jednej czwartej rocznej produkcji filmowej w tym kraju. Bollywood produkuje w języku hindi (zwykle w odmianie hindustani, zawierającej słownictwo wspólne z urdu, językiem indyjskich muzułmanów). Bollywood oddziałuje na całe Indie, jest też głównym indyjskim eksporterem filmowym, poszczególne grupy etnolingwistyczne mają jednak w Indiach także kinematografie w innych językach tego wielokulturowego społeczeństwa. Kollywood to ośrodek produkcyjny popularnego kina tamilskiego, w Madrasie (Ćennaju) w Tamil Nadu. „K” na początku nazwy pochodzi od Kodambakkam – tak nazywa się filmowa dzielnica Madrasu. Trzecim wielkim ośrodkiem jest Tollywood w Hajdarabadzie w Andhra Pradesh, centrum produkcji w języku telugu. „Atlas” wydawany przez „Cahiers du cinéma” podaje np. takie dane za rok 2007: w całych Indiach powstało wtedy 1147 filmów, z czego 257 w Bollywood, 240 w Tollywood, 159 w Kollywood. A to tyko trzy najważniejsze ośrodki. W sumie we wspomnianym roku nakręcono w Indiach filmy w 22 językach.

[7] Raport komisji śledczej Liberhana (orgomny, ponad tysiącstronicowy dokument) dostępny jest w całości w Internecie, m.in. w portalu India Times, pod adresem: http://docs.indiatimes.com/liberhan/liberhan.pdf

[8] Ravi Vasudevan, “Bombay” and its Public, „Journal of Arts and Ideas”, nr 29, 1996, s. 45-65.

[9] Ta opozycja jest jednak prosta tylko z perspektywy Indii północnych, na drawidyjskim południu się ona zaciera, Rawana bywa oceniany pozytywnie. Dziekuję Monice Nowakowskiej za tę uwagą, podobnie jak za pomoc przy nadaniu ostatecznego kształtu temu tekstowi.

[10] Sprawa tłuszczu miała dla indjskiej publiczności kontekst współczesny – skandal wokół sieci McDonald’s, która podobno używała w Indiach tłuszczu świętych dla hindusów krów. Z tych samych powodów, co niegdyś Kompania Wschodnioindyjska – ponieważ był tańszy.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku Le Monde diplomatique – edycja polska, nr 2 (48)/2010.

 

Damien Hirst kropki

Damien Hirst: handlarz kropek

Igrzyska olimpijskie najprawdopodobniej zostawią Londyn z ogromnymi długami, tak jak zostawiły każde inne miasto skazane w ostatnich latach na ten wątpliwy zaszczyt przez skorumpowane struktury rządzące międzynarodowym sportem. Przez kilka tygodni stolica Wielkiej Brytanii będzie się najprawopodobniej średnio nadawała do życia – i bez igrzysk londyński transport publiczny ledwo daje radę udźwignąć na co dzień rozmiary populacji metropolii. Na miasto zrzucone zostaną też nadzwyczajne siły i uprawnienia służb policyjnych i wojskowych, wprowadzone zostaną nowe (w tym stricte militarne) środki ultranadzoru populacji, które na pewno zostaną z mieszkańcami na dłużej, gdy sportowcy i dziennikarze już odjadą. Będą jak znalazł, gdy Brytyjczycy znowu wyjdą na ulice przeciwko rządowi Davida Camerona. Przekleństwo przyszłości to: „oby zrobili u ciebie igrzyska olimpijskie!”.

Chyba jedyną dobrą rzeczą, jaka z igrzysk wynika dla mieszkańców miasta, jest intensyfikacja jego oferty kulturalnej pod wspólnym szyldem London 2012 Festival. Instytucje kulturalne miasta ściągają twórców z całego świata i wyciągają wszystko, czym sam Albion chce przed światem się pochwalić. Próbują także jeszcze lepiej sprzedać to, co już od lat się najlepiej sprzedaje. W tej ostatniej kategorii znajduje się wielka, retrospektywna wystawa Damiena Hirsta, największego milionera wśród artystów, najdroższego i najwięcej zarabiającego żyjącego artysty od czasów Picassa. W rekordowym roku 2008, kiedy załamały się filary światowego systemu finansowego, a miliony ludzi na świecie straciły pracę i domy, byle finansjera nie musiała zapłacić za swoje wirtualne harce, „Hirsty” poszły w sumie za 270 milionów funtów. Wystawa ma miejsce w jednym z najbardziej prestiżowych miejsc na brytyjskiej scenie sztuk wizualnych: Tate Modern. Potrwa do września.

 

Ryba bez frytek, z rachunkiem

Damien Hirst urodził się w 1965 roku w Bristolu, w rodzinie mechanika samochodowego. Matka zabrała go stamtąd do Leeds. Gdy dorósł, nie za bardzo wiedział, co z sobą począć i po roku bezrobocia poszedł do Leeds Art School. Bardzo mu się tam spodobało, bo na zajęciach można było palić. Robienie sztuki też mu się podobało, ale nie bardzo wierzył, że można tym zarobić na życie. Z Leeds, po tym jak odrzuciła go szkoła artystyczna w Cardiff i londyński St Martins, przeniósł się jednak do Londynu, gdzie przyjęto go (w 1986) do Goldsmiths College. Złośliwi mówią, że nie bez związku z faktem, iż tamtejsze sztuki wizualne, jako bastion konceptualistów, na wejściu nie wymagały umiejętności rysowania. W 1988 roku był jednym z uczestników przygotowanej poza oficjalnymi brytyjskimi instytucjami artystycznymi, w pustym budynku Port of London Authority w Docklands, wystawy studentów, pracowników i przyjaciół Goldsmiths College i wtedy się zaczęło. Uwagę na Hirtsa i innych młodych ludzi, których wkrótce nazwano „young British artists” (w skrócie yBas), zwrócił jeden z najważniejszych dilerów sztuki w Londynie, wkrótce założyciel galerii White Cube, Jay Jopling. Oraz najbardziej wpływowy kolekcjoner, magnat reklamowy Charles Saatchi.

Wkrótce kto jak kto, ale Hirst „robiąc sztukę” zaczął całkiem nieźle „zarabiać na życie”. To w rozmowie z Joplingiem po raz pierwszy narodził się pomysł słynnego rekina. Powstanie pracy umożliwił finansowo Saatchi. Nosi ona typowo Hirstowski tytuł The Physical Impossibility of Death in the Mind of Someone Living. Ogromny rekin tygrysi, złowiony u wybrzeży Australii w 1991, z paszczą otwartą w stronę nadchodzącego ku niemu widza, zanurzony w wielkiej szklanej witrynie (instalacja/rzeźba waży aż dwie tony), w styczniu 2005 roku sprzedany został za pośrednictwem nowojorskiego agenta Larry’ego Gagosiana za 12 milionów dolarów. Więcej niż kiedykolwiek zapłacono za dzieło żyjącego artysty. Nabywca, Steve Cohen z Connecticut, właściciel SAC Capital Advisors, nie bardzo potem wiedział, co z wielką rybą począć i jej umęczony w niewłaściwie dobranym roztworze formaldehydu kadawer pozostał fizycznie w Londynie. (Tego rodzaju informacje podaję głównie za książką $12 Million Stuffed Shark: The Curious Economics of Contemporary Art Dona Thompsona).

Wrota do Królestwa Blefu

Wystawa w Tate Modern jest świetna i niezwykle ciekawa, ale paradokslanie dlatego, że – raczej niezamierzenie – pokazując to wszystko do kupy, weryfikuje pozycję Hirsta; ujawnia powtarzalność i ograniczoność intelektualną jego twórczości; unaocznia jej pseudoradykalizm i charakter jako fenomenu marketingowego bardziej niż artystycznego.

Jednym ze składników marki Hirst jest strategia tytułowania prac. Jeden z (wielu) regałów z przyrządami chirurgicznymi nazywa się Still, inny Doubt. Jeden z (wielu) przypominających witraż malowideł/kolaży ze skrzydeł martwych motyli to Doorway to the Kingdom of Heaven. Dwie gabloty z 1991 r., z rzędami zakonserwowanych ryb różnych gatunków, każda w odrębnym szklanym prostopadłościanie, skierowanych w jednej gablocie w prawo, w drugiej w lewo, nazywają się Isolated Elements Swimming in the Same Direction for the Purpose of Understanding (Left) i Isolated Elements Swimming in the Same Direction for the Purpose of Understanding (Right). Rozbieżność pomiędzy naturą przedstawianego, wprowadzanego do przestrzeni galerii przedmiotu pochodzącego z porządku produkcji użytkowej lub przyrody, a dość luźno bądź w ogóle nie związanym z nim tytułem, ma otwierać przestrzeń dla interpretacji i wypełnienia znaczeniami. Problem polega na tym, że w takich ilościach, w tak pompatycznym stylu, trudno je bez wódki traktować inaczej niż intelektualny blef, kpinę w żywe oczy lub żenujące filozofowanie za trzy grosze.

Julian Stalabrass z Instytutu Courtauld i komitetu redakcyjnego nieocenionego dwumiesięcznika „New Left Review” jest autorem jednej z pierwszych poważnych kompleksowych krytyk yBas, do tego niezwykle spójnie przeprowadzonej z lewego skrzydła angielskiej krytyki sztuki. Wcześniejsze krytyki pochodziły głównie z flanki konserwatystow i paradoksalnie promowały Hirsta (i innych yBas), na zasadzie: skoro ludzie tego pokroju tak tego nie znoszą, musi w tym być coś dobrego. W swojej kapitalnej książce High Art Lite: The Rise and Fall of Young British Art przy okazji Niemożliwości śmierci… Stalabrass pyta całkiem trafnie, czy współczesnemu człowiekowi sen z powiek rzeczywiście spędza obawa przed śmiercią w paszczy rekina, a nie np., że przejedzie go samochód, albo dopadnie choroba, która pozbawiając możliwości dalszej pracy odetnie go od źródeł utrzymania.

Dziecko rynku…

Hirst miał parę niezłych pomysłów we wczesnym okresie swojej twórczości.  Rynkowy sukces kosztował go jednak haracz w postaci akceptacji prawideł marketingu, tworzenia marki i działających w spektakularnie irracjonalny sposób sił rynku.

Przyglądając się zakonserwowanej przepołowionej wzdłóż krowie i jej podobnie przepołowionemu cielątku (wystawiane są tak, żeby można było przejść przez środek, pomiędzy połowami (Mother and Child, Divided), lub skrzydłom setek motyli tworzących obrazy o strukturze witraży, ktoś mógłby zanurzyć się w zadumie nad tym, jak człowiek wszystko, co żywe na tej planecie, traktuje jak surowiec swojej własnej działalności. Hirst jednak nie zanurza się wcale w takiej zadumie, on po prostu obraca to wszystko w surowiec do ekspansji swego ego. Oprócz krów jego ofiarą padły owce, ptaki, ryby, muchy (wyjątkowo obrzydliwe Black Sun), a obrazów ze skrzydeł motyli powstały całe serie.

Jeden regał z pudełkami lekarstw mógłby być traktowany „na poważnie”, np. jako komentarz do medykalizacji naszego życia, którego prawdziwie lepsza jakość jest coraz bardziej niedostępna i dlatego zaszywa się jego niedostatki łatkami tabletek uśmierzających ból i inne konsekwencje zmęczenia, jedzenia przemysłowo produkowanej, podtruwającej nas żywności, niedostatku czasu na odpoczynek i trochę sportu. Ale powtarzane w nieskończoność, z coraz dziwniejszymi tytułami, w pewnym momencie przy najlepszych chęciach nie daje się traktować poważnie. W samym tylko 1989 powstały (między innymi) gabloty z opakowaniami po lekarstwach pt.: god (z małej litery), Holidays, Pretty Vacant, Submission, No Feelings, New York, Seventeen, E.M.I., Bodies, Anarchy.

Regały z buteleczkami po syropach i pudełeczkami po tabletkach to i tak nic w porównaniu z innym flagowym produktem marki Hirst, tzw. spot paintings. Są to malarskie kompozycje kropek w różnych kolorach z katalogu gotowych farb do malowania ścian, na białym tle, na płótnach różnych rozmiarów i w zmieniających się konfiguracjach kolorów kropek. Większość tych obrazów tytuły zawdzięcza nazwom lekarstw i substancji chemicznych. Pierwsze spot painting Hirsta powstało w 1986. W przeciwieństwie do dwutonowych witryn ze zwłokami rekina, te łatwo zabrać do domu i dobrze wyglądają na ścianie, więc do dzisiaj powstało ich co najmniej sześćset.

Nawet rekin nie okazał się ostatecznie przypadkiem unikalnym. Po ośmiocyfrowym rachunku wystawionym na pierwszego, Hirst zadzwonił do Vica Hislopa, australijskiego rybaka, który złowił mu pierwszego, z zamówieniem na trzy następne. Hislop dostarczył nawet pięć (nieco mniejszych), jednego całkiem gratis, w nagrodę za konsumencką lojalność. W 2006 rekin pod tytułem The Wrath of God zakupiony został (za 4 mln $) przez Leeum Samsung Museum w Seulu. W 2008 kolejny rekin w szklanym pudle nazwany został The Kingdom.

Niektórzy próbują przypisywać twórczości Hirsta krytyczne wydobywanie na wierzch samych mechanizmów rynku (rynku sztuki i rynku w ogóle). Jest to jednak daleko posunięta nadinterpretacja. Dzieła Hirsta, wypromowane koniec końców przez magnata reklamowego (w 1986 roku Saatchi & Saatchi osiągnęła pozycję największej agencji reklamowej na świecie), działają dokładnie jak kampanie reklamowe – mają wywołać „efekt wow!”, przekazując niespecjalnie wiele treści i akceptując całkowicie reguły gry rynkowej, budować markę i rozpoznawalność kilku linii produktów (kropki, motyle, papierosy, ustensylia chirurgiczne, zwłoki zwierząt, lekarstwa).

Jeżeli udało się Hirstowi coś z mechanizmów rynku „obnażyć”, to chyba tylko przypadkiem ujawnić, jak bardzo zaklęcia ekonomii neoklasycznej rozmijają się z rzeczywistością. Gdyby rynek naprawdę był racjonalnym stosunkiem cen, podaży i popytu, to po tym, jak spot paintings Hirst sprzedał już ponad sześćset, żadne nie powinno uzyskać ceny półtora miliona dolarów. A za tyle jedno z płócien w kropki poszło w Sotheby’s w 2007. Hirst nie namalował swych sześciuset spot paintings własnymi rękoma; robią to dla niego wyrobnicy zwani asystentami. Kilka lat temu w brytyjskiej prasie zawrzało, gdy wyszło na jaw, jak niewielkie wynagrodzenia Hirst im płaci.

…i Thatcher

Jay Jopling, najważniejszy dealer stojący za karierą Hirsta, jest absolwentem elitarnej, konserwatywnej szkoły Eton i synem barona Michaela Joplinga, ministra w rządzie Margaret Thatcher. Charles Saatchi, najważniejszy w jego karierze kolekcjoner, przygotował kampanie reklamowe, które doprowadziły Thatcher do władzy (między innymi słynny plakat z kolejką ludzi stojących po zasiłek dla bezrobotnych i hasłem „Labour isn’t working”). Oczywiście, nie musiało to wcale na zawsze „naznaczyć” ich pupila. Jednak – naznaczyło. Twórczość i kariera Hirsta są doskonałym i kompletnym produktem neokonserwatywno-neoliberalnego zwrotu w społeczeństwach i kulturze Zachodu.

Szok, do którego lubi się uciekać, nie walczy o żadne symboliczne czy społeczne stawki, jest pustym skandalizowaniem, obliczonym na nic więcej, jak tylko zrobienie wrażenia (With Dead Head, fotografia Hirsta śmiejącego się jak kretyn w towarzystwie obciętej ludzkiej głowy w kostnicy, z 1991, jest tu najbardziej wymownym przykładem). O wyparcie czymś takim jakoś się wcześniej trzymającej w Zjednoczonym Królestwie sztuki zaangażowanej chodziło torysom w rządach Thatcher i Johna Majora, gdy obcinali publiczne finansowanie muzeów i galerii sztuki, wymuszając na nich szukanie sponsorów w szeregach prywatnego biznesu. Nie chodziło nawet o oszczędzenie tych pieniędzy, bo w porównaniu z likwidowanymi subwencjami przemysłowi były to naprawdę „orzeszki”, ale właśnie o spowodowanie zmiany profilu wystawianej sztuki. Prawdopodobieństwo, że wielki biznes zasponsoruje sztukę o nierównościach społecznych jest bez porównania mniejsze, niż że to uczyni jakieś ciało publiczne.

Julian Stalabrass znakomicie scharakteryzował różnicę pomiędzy tym, jak radykalna sztuka starych awangard wprowadzała w porządek sztuki obiekty z innych porządków, a tym, jak i po co robi to sztuka spod znaku yBas, z Hirstem na czele. Ta pierwsza robiła to, kwestionując „dystynkcję” klas uprzywilejowanych i wprowadzając na równych prawach to wszystko, co w obrębie smaku klas uprzywilejowanych nie powinno się tam znaleźć. Była organicznie związana z demokratycznymi, rewolucyjnymi i równościowymi projektami wprowadzającymi na arenę pełnoprawnej polityki coraz to nowe wykluczone z niej wcześniej grupy, walczące o prawa ekonomiczne, o uniwersalne prawo głosu nieograniczone cenzusami, itd. Niszczyła stare formy, bo wierzyła, że z ich odrzucenia może się narodzić lepszy świat. To, co robi Hirst i inni yBas jest obojętne na jakiekolwiek projekty emancypacyjne; jest strukturalnie tożsame ze zglobalizowanym handlem, przenoszącym dobra i produkty pracy z obszarów geograficznych ekonomicznie niedorozwiniętych do ekonomicznie rozwiniętych celem wyciśnięcia z nich większej wartości dodatkowej, większego zysku. A kiedy niszczy stare formy, robi to z postmodernistycznym „odczarowaniem” (czyli cynizmem): akceptując status quo a nawet w jakiś sposób afirmując władzę (przede wszystkim władzę rynku).

Artystyczny berlusconizm

Dzieła Hirsta są przejawem symbiozy, w jaką świat wielkiej sztuki wszedł z przemysłem reklamowym i biznesem w ogóle, oraz jego utożsamienia z nimi. Hirst wytoczył nawet kiedyś proces o plagiat firmie reklamowej, która w swojej kampanii użyła motywu kropek. Sześcio-, siedmio- i ośmiocyfrowe ceny, po jakich chodzą dzieła Hirsta, są przejawem globalnej ucieczki kapitału w aktywa łatwo poddawalne spekulacji, a także wzrostu nierówności ekonomicznej w świecie sztuki odzwierciedlającego ten sam proces w innych polach społecznych. Kapitał z jednej strony upatruje sobie kilku faworytów, których zasypuje kolosalnymi środkami, podczas gdy to, co pozostaje do podziału dla artystycznego plebsu, tych wszystkich, którzy nie mieli szczęścia wpasować się w gust ludzi pokroju Charlesa Saatchi, skazuje na coraz niepewniejsze jutro i wegetację w oczekiwaniu na sprzedaż kilku prac, na niepewny i niewielki grant z rządowej agencji czy prywatnej fundacji, na ciągnące się latami pół-darmowe lub darmowe staże lub praktyki. Najbardziej brylujący w mediach artyści zostają w ten sposób „kupieni” przez prawidła rynku. Kto krytykowałby system, który za jedno (namalowane jeszcze przez kogoś innego) płótno z kropkami, płaci mu półtora miliona dolarów? Ogromna część pozostałych pacyfikowana jest z kolei złudzeniem, że może kiedyś, posłuszni regułom rynku, zostaną nagrodzeni wstępem do tej samej finansowej ligi.

Fenomen Berlusconiego można rozumieć jako przypadek człowieka, który zakumulował tak ogromną władzę jednocześnie ekonomiczną i polityczną, że mógł się z tym obnosić najzupełniej bezwstydnie, bo miał podstawy sądzić, że nic mu już do końca świata nie zagraża; więcej nawet, spektakl demonstracji skumulowanej władzy stał się sam w sobie środkiem i tytułem do jej dalszego utrzymywania. W tym sensie Hirst stał się Berlusconim współczesnej sztuki. Jego pozycja stała się tak silna, że samo obnoszenie się z nią stało się sposobem na jej utrzymywanie. O nic innego w gruncie rzeczy nie chodziło w pracy For the Love of God. Jest to platynowy odlew ludzkiej czaszki inkrustowany diamentami w łącznej liczbie 8601, o łącznej masie ponad 1100 karatów. Zęby pozostały z oryginału, czaszki Europejczyka z XVIII wieku, zakupionej przez Hirsta w Islington. Tytuł podobno jest cytatem z matki Hirsta, która usłyszawszy o projekcie, wykrzyknęła: „Na miłość Boską!”. O pracy mówiło się, że jest największym zleceniem jubilerskim na Wyspach od czasu klejnotów koronnych. Hirst zademonstrował w ten sposób: „Jestem w tej branży tak potężny, że mogę sobie pozwolić nawet na realizację dzieła, którego sam koszt materiałowy to 14 mln £. Kto inny może coś podobnego?” Oczywiście, nikt. Cena wywoławcza wystawionej na sprzedaż, oczywiście w White Cube (w 2007), czaszki, wynosiła okrągłe 100 mln $.

Sygnały spadkowe

Jak zauważył niedawno na łamach Guardiana Hari Kunzru, całkiem możliwe, iż „nastroje inwestorów” zaczynają się odwracać od bezczelnego Anglika. Czaszki nie udało się sprzedać za cenę wywoławczą i w rezultacie – za mniej, podobno 34 mln funtów – kupiło ją konsorcjum… z samym Hirstem w składzie. Niektórzy twierdzą, że nawet i taka sprzedaż nie miała w rzeczywistości miejsca: że została rozgłoszona przez Hirsta i White Cube, by uniknąć kompromitacji stanowiącej zagrożenie dla notowań całej marki Hirst. W 2009 łączne obroty marki Hirst na aukcjach i w reprezentujących go galeriach spadły w stosunku do poprzedniego, rekordowego roku, o 93%.

Sama wystawa odbija jeszcze jedno załamanie, tym razem w globalnym systemie kapitalistycznym. Jej głównym sponsorem (wyrastającym jednocześnie na jednego ze strategicznych sponsorów Tate Modern w ogóle) jest Qatar Museums Authority, katarska agencja rządowa, którą kieruje córka emira, 28-letnia obecnie Szejka Al Majassa Bint Hamad Bin Chalifa Al-Thani. QMA nadzoruje kompleks wielkich projektów muzealnych rozwijanych przez ten mały, ale skandalicznie bogaty kraj w Zatoce Perskiej. W lipcu 2011 branżowy „The Art Newspaper” poinformował, że emirat Kataru jest już od jakiegoś czasu największym na świecie (na pewno pod względem wydawanych sum) nabywcą sztuki współczesnej. Zachód ciągle jeszcze rządzi światem, także tym, co w kulturze może zostać rynkowo wystrzelone na orbitę zapewniającą globalne oddziaływanie. Jego pozycja jest jednak coraz mniej stabilna, mnożą się i niecierpliwią pretendenci do różnych, mniejszych i większych, tronów.

Jarosław Pietrzak


Nieco krótsza wersja tego tekstu ukazała się w tygodniku „Przekrój” w czerwcu 2012.

Nie tylko Bollywood okładka

Mężczyzna, kobieta i Bollywood

Struktura męskiej dominacji i jej subwersje we współczesnym popularnym kinie hindi

Klasa, kasta i płeć

Vaada (Obietnica, 2005, Satish Kaushik)  to film o wyjątkowo złożonej konstrukcji narracyjnej. Rozgrywa się na kilku płaszczyznach czasowych, pomiędzy którymi biegną szlaki złożonych retrospekcji i powrotów do czasu teraźniejszego filmu. Uruchamia go początkowa scena, w której Karan (Zayed Khan) odnajduje zwłoki Pooji (Amisha Patel), żony jego przyjaciela Rahula (Arjun Rampal). Wygląda to na samobójstwo, ale z różnych stron pojawia się domniemanie, że może jednak zostało dokonane morderstwo. Pooja i Karan mieli kiedyś romans – burzliwy i dla kobiety traumatyczny, a to ze względu na posesywny charakter uczucia Karana i na agresję, z jaką rozgrywał większość interakcji społecznych. Pochodząca z zamożnej mieszczańskiej rodziny Pooja mieszkała z ojcem w strzeżonym apartamentowcu. O pochodzeniu społecznym Karana wiele się nie dowiadujemy poza tym, że nie posiada pieniędzy ani wsparcia grupy krewniaczej, ma natomiast aspiracje do nowoczesnej jednostkowej emancypacji wyrażoną okcydentalnym strojem. Ich związek został kategorycznie przerwany przez ojca Poojy. Karan postanowił, że dorobi się na Zachodzie i wróci, gdy jego kandydatura do jej ręki będzie społecznie atrakcyjna, bo wsparta saldem na koncie. Pozycja ekonomiczna Rahula dawała mu nieznaną Karanowi pewność siebie, która pomogła zdobyć Pooję. Idyllę młodego małżeństwa przerwał wypadek samochodowy, w którym Rahul stracił wzrok. Kalectwo Rahula dawało Karanowi możliwość odnowienia dawnych awansów, których posesywny charakter potęgowało tym razem uczucie doznanej krzywdy (połączonej z masochistyczną rozkoszą czerpaną z własnego cierpienia), że ukochana – albo może będąca przedmiotem obsesji – kobieta nie czekała na niego, tylko wyszła za innego, na dodatek jego przyjaciela. Pooję powrót upiora z przeszłości doprowadził do samobójstwa. Rahul, udając, że nic nie wie i że podtrzymuje przyjaźń z Karanem, uruchamia złożoną intrygę mającą na celu uznanie samobójstwa żony przez aparat sprawiedliwości za morderstwo popełnione przez Karana. Zrozumiał bowiem, że Pooja odebrała sobie życie, by chronić honor męża i jego domu, który mógłby zostać naruszony przez Karana.

We wprowadzeniu do książki The Last Mughal William Dalrymple opisuje swoje wrażenia z Delhi:

Z każdej strony wytryskują pierścienie kolejnych przedmieść, zapełnione […] firmami oferującymi oprogramowanie komputerowe i osiedlami modnych apartamentowców – wszystko to wyrasta na ziemi, na której jeszcze dwa lata temu falowało zboże. Te szybko wzrastające Indie klasy średniej to kraj ze wzrokiem skierowanym wyłącznie w przyszłość. […] Jaki by nie był tego powód, rezultatem jest tragiczne zaniedbanie wspaniałej przeszłości Delhi. Czasem wydaje się, że żadne inne wielkie miasto na świecie nie jest mniej kochane, mniej otoczone opieką[1].

Vaada pokazuje takie właśnie Indie rozwijającej się dynamicznie, wielkomiejskiej klasy średniej i poprzez napięcia, które odzwierciedla jej struktura, ujawnia, że „błyskawicznie zmieniające się Indie outsourcingu, telefonicznych centrów obsługi klienta i parków software”[2] koncentrują swe spojrzenie na przyszłości. Pomniki przeszłości, które padają nieraz tego ofiarą, stają się nią niejako przy okazji, bo tym, czego wzrok indyjskiej dynamicznej klasy średniej unika, jest tak naprawdę… teraźniejszość.

Pojęcie „klasa średnia” nie znaczy w odniesieniu do Indii tego samego, co w odniesieniu do USA, Wielkiej Brytanii czy Niemiec. To nie jest środkowy, większościowy segment społeczeństwa zarabiający średnią lub ponad średnią krajową. To jakieś 20 procent populacji żyjący na nieporównanie wyższym poziomie niż pozostałe trzy czwarte społeczeństwa, miejska biedota i mieszkańcy wsi. Dynamika ekonomiczna górnej jednej czwartej indyjskiego społeczeństwa, beneficjentów podporządkowania Indii na początku lat dziewięćdziesiątych  XX wieku przez jej klasy dominujące regułom globalizacji neoliberalnej, okupiona jest stale pogarszającym się położeniem miejskiego proletariatu i ludności wsi, powstawaniem w astronomicznym tempie nowych slumsów, masowym napływem do nich kolejnych ofiar uderzającej w ludność wiejską przemocy ekonomicznej zglobalizowanego kapitału[3].

Globalizacja neoliberalna w Indiach, jak wszędzie indziej, oznacza przyspieszenie tempa akumulacji kapitału (a więc wzrost zysków i wynagrodzeń wąskiej klasy jego dysponentów) przy jednoczesnym pogarszaniu się – często dramatycznym – poziomu życia większości obywateli[4]. To jest właśnie to, czego unika wzrok Indii dynamicznej „klasy średniej”: społeczne koszty i zmasowana przemoc ekonomiczna, na jakich obecnie ufundowana jest ich dynamika, odpychane od zbiorowej klasowej świadomości wizją nowoczesnych „cyber-Indii” przyszłości.

Vaada, dzięki swojej znakomitej konstrukcji dramatycznej, ujawnia wiele z napięć w strukturach symbolicznych późnonowoczesnego indyjskiego mieszczaństwa ukrywanego przez dyskurs neoliberalny pod kryptonimem „klasa średnia”. Ujawnia ich wymiar emancypacyjny w odniesieniu do przednowoczesnych struktur symbolicznych legitymizujących nierówności społeczne nieprzekraczalnymi „tożsamościami organicznymi” – religijnymi, kastowymi, etnicznymi. Bohaterowie są uwolnieni od podziałów kastowych i wierzą, że pozycja społeczna bierze się z zasług i wytrwałości jednostki. Te wątki emancypacyjne są jednak wehikułem tworzenia struktur nowych nierówności i wpisane zostały w klasową strategię indyjskiej klasy średniej, która jako całość ma wymiar konserwatywny, albo wręcz reakcyjny, mimo dyskursu pozującego na postępowy (technokratyczny i odnoszący się do kompetencji symbolicznej), z jakim jest stowarzyszona. Karan ponosi okrutną karę za swoje postępowanie wobec Poojy, tymczasem w dierezie tego filmu było ono powrotem wypartego: przemocy ekonomicznej peryferyjnego kapitalizmu, która dała mu w spadku tylko biedę. Mógł się z niej wydobyć jedynie drogą emigracji zarobkowej do centrów systemu[5], czego film otwarcie nie chce przyznać, całkowicie przemilczając pochodzenie bohatera. Z tego powodu spóźnił się w wyścigu o rękę kobiety, której pragnął, słabość pozycji społecznej czyniła go agresywnym itd. Ojciec Poojy prawdopodobnie był zadowolony, że agresja i nieobliczalność chłopaka dostarczyły mu pretekstu, by zapobiec mezaliansowi.

Rahul, nie zdając sobie z tego sprawy, mści się niezupełnie, albo nie tylko, za śmierć żony. Jest agentem klasowej zemsty na ofierze wykluczenia, która ma czelność wychodzić ze strefy cienia, powracać z przestrzeni wypartego, wciąż pojawiać się w polu widzenia. Stąd wyrafinowanie i okrucieństwo kary. Najtrudniej wybaczyć tym, których się skrzywdziło…

Jeden z tekstów kanonicznych kina bombajskiego, film Mehbooba Khana Mother India (1957) ujawnia, że nawet film będący w sposób niewątpliwy projektem przebudowy struktur symbolicznych w służbie wielkiego, egalitarnego i uniwersalistycznego projektu emancypacyjnego może mieć jednocześnie fundamenty oparte na strukturach patriarchalnych więc nieegalitarnych w odniesieniu do płci. Centralną kategorią Mother India jest bowiem lādź – cześć kobiety[6]. Tym bardziej można się więc tego spodziewać w tekście ujawniającym napięcia de facto konserwatywnej strategii klasowego partykularyzmu późnonowoczesnego indyjskiego mieszczaństwa. I jest tak w istocie. Vaada czyni kilka typowych dla tej klasy społecznej ustępstw (np. Rahul nie przywiązuje żadnego znaczenia do faktu, że Pooja ma „przeszłość”. A ja mam przyszłość – odpowiada z uśmiechem), ale tylko po to, by na innych poziomach i jako całość spetryfikować strukturę męskiej dominacji.

Gdy Pooja uczy się prowadzić samochód (czynność w niektórych kulturach zarezerwowana tylko dla mężczyzn, implikująca samodzielność, niezależność, dostęp do rozległych przestrzeni na zewnątrz tego, co prywatne), doprowadza do wypadku, który pozbawia jej męża wzroku. Pooja robiła karierę zawodową i artystyczną, ale od chwili wyjścia za mąż nie widzimy jej już ani razu w studio ani na scenie. Nie pada to wprost z ekranu, ale wygląda na to, że Pooja, wyszedłszy za mąż, porzuciła karierę. Czyżby kariera ta była dla niej tylko wehikułem podnoszenia notowań na rynku matrymonialnym? Świadoma tego, że ma „przeszłość” w postaci „złego” romansu, chciała ją skompensować, żeby odzyskać szanse na „właściwe” dla kobiety o jej pozycji miejsce w strukturach patriarchalnych? Tylko w roli żony jej życie uzyskuje głębszy sens i jako żona jest zmuszona dbać o swoją cześć, bo jej naruszenie stanowiłoby zagrożenie dla pozycji symbolicznej męża. Obowiązek obrony tej właśnie pozycji popycha ją do samobójstwa. Tak więc Pooja, mimo iż wydaje się z początku dość wyemancypowaną kobietą sukcesu, w istocie całkowicie uwewnętrznia patriarchalny porządek symboliczny i nie kontestuje go nawet na marginesie swojej egzystencji. Składa siebie w ofierze na ołtarzu porządku ustanowionego wbrew jej obiektywnemu interesowi. Dokonuje satī[7].

Mówiąc słowami Pierre’a Bourdieu, Pooja traktuje siebie i swoje ciało jako „przedmiot rynku dóbr symbolicznych”. I dlatego ciekawe i niezwykle symptomatyczne jest to, w jakim momencie wartość tego przedmiotu zaczyna być na rynku (w jej własnym odczuciu) zagrożona.

Skutkiem męskiej dominacji stwarzającej kobietę jako przedmiot symboliczny, którego bycie (esse) jest przede wszystkim byciem-widzianą (percipi), jest stan związanej z własnym ciałem ciągłej niepewności. Stan ten można inaczej nazwać zależnością symboliczną. Kobiety istnieją bowiem przez i dla spojrzenia – są więc przedmiotem – dostępnym, przykuwającym wzrok, gotowym do użycia. […] W konsekwencji konstytutywny dla kobiecego bycia w świecie jest stosunek zależności od innych (nie tylko mężczyzn)[8].

Pooja znalazła się w sytuacji utrudniającej ocenę własnej roli symbolicznej, gdyż kluczowe dla niej zadanie bycia-widzianą zostało naruszone przez utratę wzroku przez Rahula – tego, którego dominujące i sprawcze spojrzenie wyznaczało dla kobiety społeczną rację jej istnienia.

Powyższa analiza relacji między płciami w świecie przedstawionym filmu Vaada[9] pozwala dokonać teraz pewnej wstępnej konstatacji, od której będzie można przejść do dalszych rozważań. Wbrew temu, co powiadają obiegowe opinie niewtajemniczonych, narracje kina bollywoodzkiego nie są prostym odzwierciedleniem czy ilustracją tradycyjnych/tradycjonalistycznych wartości indyjskiej kultury, religijnych, patriarchalnych, etycznych, społecznych itd. Nieprawdziwe są obydwie części tego twierdzenia: uważna lektura dowodzi, że:

1) treści tego rodzaju, choć mogą być wyrażane wprost, explicite, to, co najważniejsze, zawie-rają tacite i implicite głęboko ukryte w swojej strukturze,

2) nawet jeżeli mają one wymiar konserwatywny, jak w przypadku analizowanego filmu, jest to konsekwencją konserwatywnego wymiaru stricte współczesnej strategii społecznej, w którą dany film się wpisuje, a więc jest wypadkową współczesnych napięć i dynamiki społecznej, politycznej i kulturalnej Indii, a nie reprodukcją jakichś procesualnych, niezmiennych jakoby wartości[10] (należy tu po raz kolejny przypomnieć fundamentalną pracę Edwarda Saida, który wykazał ideologiczny i z gruntu fałszywy, wpisany w logikę imperialistycznego podboju i dominacji, charakter takiego postrzegania kultur i społeczeństw „Wschodu”, nazywając całokształt tej ideologii „orientalizmem”[11]).                       

Granice i eksces ideologii

Aby posunąć się dalej, należy teraz postawić inne pytanie: czy w takim razie treści przedstawiane w filmach bollywoodzkich zawsze cierpią na uwikłanie konserwatywne i wyrażają ten sam (dodajmy: partykularystyczny) projekt polityczny późnonowoczesnego indyjskiego mieszczaństwa? Odpowiedź musi brzmieć: nie. Max Cegielski miał prawo tak pisywać o Bollywood w latach dziewięćdziesiątych XX wieku czy samego przełomu stuleci[12], kiedy to rzeczywiście jego główny nurt podpisał się pod mieszczańskim projektem bezkrytycznego wydania subkontynentu na pastwę globalizacji neoliberalnej, pokrywając ostentacyjnym milczeniem spowodowane przemocą ekonomiczną cierpienie większości. Od początku obecnej dekady popularne kino hindi zaczęło się jednak w znacznym stopniu z tego projektu wycofywać i dziś całkiem nieźle przegląda się w nim złożoność społecznej dynamiki współczesnych Indii. W głównym nurcie kina, równocześnie z filmami „mieszczańskimi”, powstają tam dzieła w sposób krytyczny opisujące stosunki władzy w indyjskim wariancie kapitalizmu peryferyjnego, np. D – król podziemia (D: Underwold Badshaah, 2005,Vishram Sawant, Company (2002), Sarkar (2005), Sarkar Raj (2008) – wszystkie w reżyserii Rama Gopala Varmy) [13], a nawet oskarżające elity ekonomiczne i polityczne o działanie na szkodę własnego społeczeństwa – o kompradoryzację[14]. A także filmy przedefiniowujące te wątki tradycji i historii, które niosą ze sobą (wielokrotnie wykorzystane) ryzyko ideologicznej strawy dla reakcyjnych ruchów integrystycznych – zmieniające je tak, by ich potencjał skierować na inne, postępowe i antyintegrystyczne tory[15].

Skoro tyle innych kwestii społecznych i politycznych Bollywood poddaje dziś dyskusji, to czy w takim razie struktura męskiej dominacji stanowi jedną z nich, czy też jest bezrefleksyjnie reprodukowana, a problem podporządkowania kobiet władzy mężczyzn jest po raz kolejny składany na ołtarzu „większych” spraw? Od czasu wielkiego egalitarystycznego mitu tego kina – Mother India – wiemy, że takie ryzyko istnieje. Stopień zdominowania kina bollywoodzkiego przez aktorskie osobowości płci męskiej każe nam wzmocnić czujność[16].

Wskazać filmy bollywoodzkie, które na różnych poziomach reprodukują strukturę męskiej dominacji, nie jest trudno – podobnie jak nie trudno znaleźć w większości kinematografii Zachodu. Feministyczna teoria filmu wykazała, że choć poszczególne dzieła mogą od tego odbiegać, a poszczególni twórcy kwestionować w swej twórczości, to jednak ogólnie kino jest androcentryczne „z natury”[17]. Oczywiście jako medium nie jest na to skazane, odkąd jest tego świadome, jednak historycznie w miażdżącej większości takie było i współcześnie w większej części takie właśnie jest.

Przyjrzyjmy się filmowi Omkara (2006, Vishal Bhardwaj) z tego względu, że kilka istotnych aspektów pojawia się w nim jednocześnie. Struktura męskiej dominacji nie jest ani naturalna, ani uniwersalna, ani właściwa społecznym formom organizacji gatunku ludzkiego od zawsze; pojawiła się dopiero, gdy struktury społeczne zaczęły się stratyfikować. Jest historyczną konstrukcją – w toku procesu historycznego budowaną w różnych społeczeństwach z różnych zmiennych i poddawaną nieustannemu „historycznemu procesowi dehistoryzacji”[18], mającemu na celu czynić jej społeczne funkcjonowanie faktem natury, przyjmowanym niezauważenie i z trudnością poddającym się nie tylko demistyfikacji, ale nawet refleksji. Jest to praca ideologii. Sama struktura i jej podstawowe opozycje ideologiczne (małe/duże, suche/mokre, aktywność/pasywność, publiczne/prywatne itd.) ma jednak zarazem charakter transkulturowy, to znaczy rządzą nią podobne mechanizmy.

Omkara to ciekawy tekst transkulturowy – stanowi ekranizację Otella Williama Shakespeare’a – którego struktura narracyjna generowana jest przez strukturę męskiej dominacji i tym samym ujawnia złoża androcentrycznej podświadomości wspólne obydwu cywilizacjom. Dolly (czyli Desdemona, w tej roli Kareena Kapoor) inwestuje cały swój indywidualny potencjał w rolę społeczną, którą jej kultura przewidziała dla niej jako kobiety: w rolę kobiety spełniającej się w miłości do swego mężczyzny, postrzeganego jako „wkrótce męża” (Omkara/Otello – Ajay Devgan). Przestrzeń jej życia redukuje się do przestrzeni jego domu, do którego on powraca ze swoich męskich przygód w przestrzeni publicznej; jej rytm życia podporządkowuje się całkowicie jego rytmowi. Oddanie mężczyźnie, który zostaje panem jej życia, staje się całkowitą tego życia treścią. Dlatego staje się to takim dramatem, gdy Omkara bezpodstawnie przestaje wierzyć w wierność żony (to też wynika z patriarchalnej ideologii, w której kobieta niesie z sobą ryzyko nieokiełznania, irracjonalizmu, fałszywości, zdrady). Podważa to wówczas cały sens życia Dolly, nie oferując jednocześnie żadnej alternatywy poza intensyfikacją zabiegów związanych ze spełnianiem roli żony. Co, jak wszyscy wiemy, doprowadzi do jej śmierci z rąk Otella/Omkary. A katalizatorem zabójstwa będzie piękny pas, przedmiot pieczętujący jej funkcję (bycia-widzianą) w ramach ekonomii dóbr symbolicznych Omkary.

Omkara wyraża strukturę męskiej dominacji, ale jednocześnie posuwa się bardzo daleko w ujawnianiu jej ekscesu. W tekst filmu wpisana jest implicite – przynajmniej jako jedna z możliwych – strategia odbioru polegająca na sprzeciwie wobec ideologii męskiej dominacji. Dzieło stoi więc na granicy reprodukcji ideologii i jej krytyki, albo przynajmniej dywersji w jej obrębie. Czy należałoby w takim razie szukać źródeł tej sytuacji w elżbietańskim pierwowzorze? Twórczość Shakespeare’a jest wszak najpełniejszym z pierwszych wyrazów zrywania przednowoczesnych więzów tożsamości wspólnot organicznych przez podmiot i społeczeństwo (wczesno)nowoczesne[19]. Fałszywy trop.

Przejdźmy na chwilę na poziom bardzo wysokiego uogólnienia. Jedną z najważniejszych strukturalnych różnic między sposobem kreowania i kierowania przyjemnością widza przez zachodnie kino gatunków a sposobem, w jaki czyni to indyjskie kino popularne, można wyrazić tak, że kino zachodnie często porusza się w rejonie tego, co społecznie zakazane, by przez odprawienie nad nim ekranowych egzorcyzmów rozładować napięcia wewnątrzspołeczne i wewnątrzkulturowe. Zwykle czyniło to w taki sposób, by suma sumarum, najczęściej wymową zakończenia, przywrócić w tekście status quo. Natomiast Bollywood – rzadko otwarcie stając do walki porządkiem społecznym i jego symbolicznymi filarami – posuwa się za to do samych granic tego, co w obrębie status quo dopuszczalne. Jest to kluczowa zasada ekonomii przyjemności kina bollywoodzkiego. Dzięki tej zasadzie tekst według niej powstały może domagać się jako przynajmniej jednej z dróg odbioru, drogi krytycznej wobec status quo. Sformułowany w ten sposób tekst nigdy oczywiście nie będzie tak odczytany przez wszystkich odbiorców – często większość z nich wcale nie odczytuje tej możliwości. Kino w ogóle jest polisemantyczne, a Bollywood jeszcze bardziej – ze względu na wewnętrzne zróżnicowanie społeczeństwa, które jest jego nadawcą i odbiorcą, a także ze względu na właściwy Bollywoodowi tryb produkcji, rozpraszający instancję nadawczą znacznie bardziej niż kino zachodnie[20]. Nawet jednak w przypadku odbioru niekrytycznego, poruszającego się w granicach dominujących ideologii (który bywa często odbiorem większościowym), to właśnie ta zasada jest źródłem przyjemności odbiorców.

I tak Omkara może być jednocześnie przez jednych widzów odczytywany jako interpelacja wzywająca kobiecy podmiot do kształtowania swojej egzystencji z podobnym poświęceniem i podporządkowaniem mężczyźnie (przez swego rodzaju sakralizację ofiary życia, podobnie jak ofiara złożona przez Pooję w Vaada, strukturalnie tożsamą z sati), a przez innych jako krytyka męskiej dominacji generowana za sprawą ekscesu ujawnianego w strukturrze filmu.

Powyższą strategię można odnaleźć w wielu wybitnych filmach bollywoodzkich ostatnich dziesięciu lat. Weźmy za przykład Umrao Jaan (2006, J.P. Dutt), gdzie Aishwarya Rai gra tytułową bohaterkę, kurtyzanę, tancerkę i poetkę. Porwana w dzieciństwie przez człowieka, który chciał w ten sposób zemścić się na jej ojcu, została sprzedana do domu publicznego w starym indyjskim stylu, przed degradacją statusu społecznego kurtyzany przez British Raj. Żyła tam we względnym dostatku, ale okupionym brakiem wolności osobistej, koniecznością spełniania pragnień innych ludzi przy jednoczesnym braku szans na realizację własnych. Otoczona była uwielbieniem dla jej urody i talentów, ale za cenę pogardy, w końcu nawet ze strony własnej rodziny, która nie potrafiła wybaczyć jej roli społecznej, do której przecież została zmuszona wbrew woli. Historia Umrao Jaan znowu jest niejako generowana przez strukturę męskiej dominacji. Od momentu porwania staje się ona „przedmiotem ekonomii dóbr symbolicznych” w sposób bardziej dosłowny, niż to zwykle znaczy u Bourdieu[21]. Wreszcie spotyka człowieka, który kiedyś porwał ją i sprzedał, ślepego, zniszczonego starością i chorobami. Rozpoznaje go, ale mimo to daje mu cenne bransolety jako zapomogę, niejako przypieczętowując (ostatecznie akceptując) swój los całkowicie podyktowany stosunkami panowania i wolą mężczyzn. Intensyfikacja systemowej przemocy wynikającej z władzy, jaką mają nad jej życiem jako życiem kobiety, jest właśnie tym ekstremum na progu otwartej krytyki status quo. Do jej przeprowadzenia, a film po cichu do niej zaprasza, potrzeba jedynie minimum potencjału subwersywnego odbiorcy[22]. Problem polega na tym, że brak takiego potencjału, powoduje, że ten sam film może się wpisywać w reprodukcję status quo, dostarczając jedynie zastępczego rozładowania społecznych napięć i rozmijając się z krytycznymi intencjami nadawców.

Zdarzają się jednak filmy, które otwarcie stawiają sobie za cel naruszenie albo przebudowę struktury relacji między płciami. Do najwybitniejszych i najciekawszych pod tym względem należy Bunty i Babli (Bunty aur Babli, 2005, Shaad Ali), który w zdumiewająco bezpretensjonalny sposób stawia konsekwentny znak równości pomiędzy parą bohaterów – choć z początku sugeruje, że wychodzi od tradycyjnego podziału na aktywny męski podmiot i kobietę-przedmiot spojrzenia (on chce zostać w Bombaju biznesmenem, a ona modelką). Okazuje się jednak, że oboje są aktywnymi podmiotami, ich decyzje i zdanie mają równą wartość (nawzajem udzielają sobie reprymend – żadne nie dominuje). Ich ślub bez świadków  ma oczywiście kilka znaczeń. Najbardziej podstawowe dowodzi poziomu ich wzajemnego zaufania. Kochanowie wiedzą, że nigdy nie nastąpi nic, co by wymagało przywołania świadków zawarcia małżeństwa, że się nie skrzywdzą, jedno drugiego nie porzuci itp. Ale na innym poziomie odnosi się także do tego, że małżeństwo socjalizuje stosunki seksualne, a więc wpisuje je w życie społeczności – z całym dobrodziejstwem inwentarza, a więc niestety włącznie z obowiązującymi w społeczeństwie stosunkami władzy. Bunty i Babli odrzucają wpisanie swojego związku w społeczne relacje dominacji, postanawiają utrzymać go poza nimi. Film ten, uprawiając dywersję ideologiczną, czyni wprawdzie pewien asekuracyjny gest w zakończeniu (bohaterowie przystępują do sił strzegących społecznego porządku), które można jednak traktować jako ironię (ciemne okulary i odpowiednio poważną minę przywdziewa nawet ich dziecko) w stosunku do wymogów narzucanych filmowi popularnemu przez społeczne warunki jego funkcjonowania. Wówczas film ten wskazuje, że otwarcie wywrotowe ścieżki wcale nie są przed Bollywood zamknięte[23].                      

Bycie-widzianą i… bycie-widzianym?

„Bycie kobietą jako bycie-widzianą” w feministycznej teorii filmu tłumaczy się w kategoriach zaproponowanych przez Laurę Mulvey w jej klasycznym tekście o kinie narracyjnym i przyjemności wzrokowej[24]. Jej propozycja teoretyczna mówi, że w kinie fabularnym mamy do czynienia z zarządzaniem ekonomią przyjemności wizualnej zgodnie z pragnieniem męskiego spojrzenia, które kształtuje film i z którym utożsamia się widz (nawet jeżeli jest kobietą). Zdefiniowana przez męskie pragnienie kobiecość jest czystym spektaklem dostarczającym przyjemności wizualnej. W niesubwersywnym tekście filmowym musi ona zostać poskromiona przez męski podmiot działający, który interweniuje, by „męska” zasada narracyjna przejęła kontrolę nad „kobiecym” żywiołem czystego spektaklu.

Doskonałych przykładów na ilustrację tej teoretycznej tezy dostarcza znowu Omkara, a konkretnie dwie jego muzyczne sekwencje, które towarzyszą piosenkom Jigar Mein Badi Rag Hai i Nimak Ishq Ka. W obydwu przypadkach kobiecym spektaklem wizualnej przyjemności jest tańcząca Bipasha Basu – spektakl zostaje za każdym razem poskromiony przez interwencje męskich protagonistów, które przeradzają się w awantury. Można by więc na tej podstawie wysnuć wniosek, że model teoretyczny Mulvey jest w całej rozciągłości stosowalny w odniesieniu do kina bollywoodzkiego, w taki sam sposób, jak do zachodniego kina popularnego. Byłby to jednak wniosek przedwczesny, bo równie łatwo znaleźć w kinie bollywoodzkim przykłady na całkiem inne działanie mechanizmów spojrzenia, pragnienia, spektaklu i narracji. W sekwencji filmu Rebeliant (Mangal Pandey/The Rising: Ballad of Mangal Pandey, 2005, Ketan Mehta), w której dwie Cyganki tańczą wokół głównego bohatera, mimo niezwykłej zmysłowości właściwie półnagich, poruszających się w otwarcie erotyczny sposób kobiet, centralnym obiektem pożądania jest Mangal Pandey (a także aktor Aamir Khan[25]). Atrakcyjność wdzięczących się Cyganek, a także zakochanej w nim i tańczącej w samotności w domu publicznym, pogrążonej w myślach o nim kurtyzany (Rani Mukherji), ma tworzyć swoistą pajęczynę stopniowanego pożądania, w którego centrum znajduje się główny bohater (i aktor). Pożądanie zawarte w męskim spojrzeniu kierowanym w stronę kobiet jest materiałem, który współtworzy Mangala Pandeya/Aamira Khana jako obiekt pożądania, tym bardziej pożądany, im większe pożądanie wzbudzają pożądające go na ekranie kobiety, i im większy wysiłek choreograficzny muszą one wykonać, by przełamać w tańcu jego opór. Mangal Pandey/Aamir Khan, jako męski aktywny podmiot działaniem kształtujący narracyjną płaszczyznę filmu, nie tylko nie przejmuje kontroli nad kobiecym żywiołem czystego spektaklu, ale wręcz daje mu się zdominować i włączyć w jego ramy. Czy mamy w tej sekwencji do czynienia z jednostkową, marginalną anomalią, czy też powinniśmy ją traktować jako coś właściwego kinu bollywoodzkiemu? A jeśli to drugie, to czy mamy do czynienia z subwersją w stosunku do głębokich struktur symbolicznych męskiej dominacji, czy też z jakąś przedziwną (dla nas) właściwością popularnego kina indyjskiego?

Choć każde medium ma swoje cechy immanentne wynikające z jego uwarunkowań technologicznych, to część z jego właściwości może mieć charakter kulturowy. Wynika z tego, że medium przeniesione do kontekstu kulturowego diametralnie innego niż ten właściwy kulturze, która je stworzyła, może w pewnych wymiarach zachowywać się inaczej, może zmienić niektóre ze swoich rzekomo immanentnych parametrów czy funkcji. Otóż w Indiach takie właśnie przesunięcia nastąpiły np. w fotografii portretowej[26]. Czyżby i w kinie stało się  to samo?

W Bollywood co najmniej od końca lat dziewięćdziesiątych XX wieku daje się zaobserwować pewną tendencję, która nie ma równie intensywnego odpowiednika na Zachodzie. Po tym, jak gwiazdami filmowymi zostały wszystkie współczesne indyjskie Miss World i Miss Universe, kariery filmowe zaczęli robić także mężczyźni, którzy wcześniej zaistnieli jako modele. Od finalisty międzynarodowego konkursu Manhunt International w 1998 roku, Johna Abrahama, przez Arjuna Rampala, Zayeda Khana po – ostatnio – Upena Patela[27]. Wchodzą do branży jako obiekt pożądania/spojrzenia i ich filmowy wizerunek, nawet gdy występują jako jasno zdefiniowany męski aktywny podmiot, jest często niemal całkowicie zbudowany z ich podkreślanej, a nawet potęgowanej atrakcyjności seksualnej. Ich ciało staje się spektaklem i dostarcza przyjemności wizualnej. Tak są kreowani w wielu filmach i przekazach medialnych[28].

Oczywiście, w jakimś stopniu być może zbiega się to z rozciągnięciem Welschowskiego zjawiska ponowoczesnej estetyzacji rzeczywistości[29], także na męskie ciało. Ale tylko w jakimś stopniu. Nie należy zbyt pośpiesznie łączyć kategorii postmodernistycznych z opisem kultury indyjskiej. Postmodernizm to logika kulturowa późnego, postindustrialnego kapitalizmu. Oczywiście wszyscy żyjemy w epoce późnego kapitalizmu, ale Indie (jako jedna z peryferii systemu), nie są społeczeństwem postindustrialnym. Nawet jeżeli właściwa mu gospodarka oparta na wytwarzaniu i reprodukcji symboli (od kinematografii po Internet) jest tam istotnym sektorem produkcji, większa część indyjskiego społeczeństwa jest wciąż rolnicza, a jego kultura wciąż opiera się na „wielkich narracjach” starożytnych eposów. W tym sensie elementy kultury postmodernistycznej raczej włączają się do wielkomiejskiego nurtu indyjskiej kultury dzięki jej eklektycznej, inkluzyjnej specyfice[30], ale na prawach przyznanych im przez indyjską kulturę.

Choć zjawisko filmowych karier supermodeli jest nowe, to wpisuje się w dłuższą tradycję kreowania męskich bohaterów (i aktorów) kina bollywoodzkiego jako obiektów pożądania/spojrzenia, zwłaszcza w sekwencjach muzycznych, które odgrywają kluczową rolę w sposobie, w jaki aktor tworzy swój „tekst równoległy” w zbiorowej świadomości indyjskich widzów[31]. W taki sam sposób była od dawna eksponowana i eksploatowana przez kino fizyczność nieco starszych gwiazdorów, którzy nie trafili do kina w konsekwencji kariery w modelingu. Wystarczy prześledzić sposób funkcjonowania muskularnego ciała Shahrukha Khana czy Hrithika Roshana podniesionego do rangi wartości estetycznej. Czynienie z męskiego ciała spektaklu podobnego do tego, o jakim w odniesieniu do kobiet mówi feministyczna teoria filmu, wydaje się zjawiskiem właściwym dla popularnego kina indyjskiego. Co więcej, niejednokrotnie spektakularyzacja i estetyzacja męskiego ciała odbywa się w sposób, który odbiorcy zachodniemu podpowiada konotację homoseksualną. Rajinder Kumar Dudrah pisze w tym kontekście o „niejawnej polityce płci i seksualności” (secret politics of gender and sexuality) w kinie Bollywood. Jest ona jednak skuteczna tylko w odbiorze diaspory[32].

Jak to się dzieje, że właściwie żaden sektor publiczności w samych Indiach nie odbiera opisanych filmów jako dywersji w stosunku do głębokich struktur ideologicznych, mogących zachwiać symboliką wspierającą status quo męskiej dominacji? Struktura gender indyjskiej kultury znacząco różni się od struktury gender społeczeństw szeroko rozumianej cywilizacji Zachodu. Choć wskutek trwającej od stuleci imperialnej dominacji Zachodu ulega ona przekształceniom, które nierzadko oznaczają konflikt wzorów indyjskich z wzorami narzucanymi. Tradycyjna kultura indyjska zarządzała różnicą płciową w sposób znacznie mniej binarny niż kultura Zachodu. Uznaje ona istnienie de facto trzech płci (trzecią jest hidźra[33]). Do punktu, w którym musi stawić czoła narzucanemu przez dominację Zachodu nowoczesnemu, okcydentalnemu pojęciu „homoseksualizmu” i młodszej jeszcze gay identity[34], nie wiąże praktyk i pragnień jednostki w jedną całość z jej tożsamością (a więc nie czyni „prawdy seksu prawdą podmiotu” – jak Etienne Balibar streścił kiedyś[35] koncepcję Michela Foucaulta) –  mężczyzn miewających kontakty seksualne z mężczyznami jest w Indiach wielokrotnie więcej niż w społeczeństwach Zachodu, a określających siebie słowem gay – wielokrotnie mniej.[36] Przy tym wszystkim struktura kolosalnej nierówności między płciami (wyłączając niektóre społeczności, głównie plemienne, Indii południowych) pozostaje bardzo silna. To znaczy, że obywa się ona bez niektórych elementów seksualnej normatywności właściwych nowoczesnej cywilizacji Zachodu.

Może to stanowić pierwszy krok do odpowiedzi na pytanie, jak to się dzieje, że np. wizerunek Johna Abrahama – w okołofilmowym dyskursie indyjskich popularnych środków przekazu, artykułowany jako opozycyjny w stosunku do wizerunku mężczyzny metroseksualnego, przywracający mężczyznę „bardziej męskiego” – może zupełnie nie ucierpieć nawet na takich posunięciach, jak występ w muzycznej sekwencji Kaal (2005, Soham Shah) w kostiumie, przed którego założeniem mógłby się w Europie zawahać nawet najodważniejszy homoseksualista. Tak silna estetyzacja i erotyzacja męskiego ciała, nastawienie na jego ekspozycję jako źródła przyjemności wizualnej, jest możliwa, ponieważ indyjska kultura automatycznie nie łączy tego z tożsamością homoseksualną. A tym bardziej nie z tożsamością homoseksualną, w opozycji do której konstytuuje się męski podmiot w kulturze Zachodu, jeśli chce sprostać wymaganiom męskości normatywnej[37].

Ważniejsze jednak może być strukturalne pokrewieństwo z elementami wzoru kulturowego właściwego Bliskiemu i Środkowemu Wschodowi, które określają kondycję społeczną tamtejszego tancerza[38]. Nie jest to matryca dająca się całkowicie przełożyć na Indie, gdzie tancerz/aktor był zawsze postacią na poły sakralną lub quasi-sakralizowaną[39], podczas gdy na Bliskim Wschodzie i w Azji Środkowej – w najlepszych okolicznościach! – jego los przypominał los kurtyzany. Stare wizerunki indyjskich tancerzy, których „spadkobiercami” są aktorzy filmowi, każą jednak sądzić, że inny strukturalny rys był (i pozostaje) wspólny: praktyki estetyzujące ich ciało nie oznaczają w żaden sposób feminizacji, nawet jeśli związane są np. z nakładaniem kostiumów i ozdób, które w innych kontekstach społecznych nie byłyby stosowne dla mężczyzny. Są to bowiem atrybuty nadające im konkretną rolę społeczną: tancerza/aktora, która nie feminizuje, nie kwestionuje ich pozycji jako mężczyzn, a nawet paradoksalnie maksymalizuje ich seksualną, męską tożsamość. Tak więc nawet w przypadkach, kiedy intencją twórców może być ironiczne podkopywanie podwalin męskiej dominacji (a tak należałoby interpretować niektóre kampowe posunięcia, np. Fary Khan w Om Shanti Om, 2007), duża część odbiorców może tego zupełnie nie dostrzegać i uważać za wpisane w zupełnie inny wzór przynależny do istniejącego status quo).

***

Indie są dzisiaj jednym z najbardziej dynamicznych postkolonialnych społeczeństw peryferii późnego kapitalizmu. Na ich terenie i w ich strukturze społecznej koncentrują się najważniejsze napięcia społeczne dzisiejszego Trzeciego Świata. Ostre konfrontacje klasowe i religijne krzyżują się na różny sposób z kwestią kobiet i dominacją mężczyzn: sukcesy polityki zwiększania udziału kobiet we władzach lokalnych, wzrost przemocy wobec kobiet w klasie średniej, intensyfikacja przemocy ekonomicznej w stosunku do klas pracujących, która w kobiety uderza ze zdwojoną siłą. Celem mojego eseju było wskazanie, jak napięcia w strukturze męskiej dominacji odbijają się w najnowszym kinie bollywoodzkim oraz zwrócenie uwagi na mechanizmy, możliwości i ograniczenia krytyki istniejącego status quo w relacjach między płciami. Dynamika napięć we współczesnych Indiach powoduje jednak, że odpowiedź na pytanie, jak ostatecznie ułożą się relacje między tamtejszym kinem popularnym a rzeczywistą zmianą społeczną (w sprawach płci podobnie jak w wielu innych kwestiach), jest jeszcze przed nami.

Przypisy

[1] William Dalrymple, The Last Mughal: the Fall of a Dynasty, Delhi, 1857, Bloomsbury, London, 2007, s. 24.

[2] Tamże, s. 25.

[3] Zob. Mike Davis, Planet of Slums, Verso (New Left Books), London-New York, 2006. .

[4] Oprócz cytowanej książki  Mike’a Davisa, zob. też: Joseph Stiglitz, Globalizacja, tł. Hanna Simbierowicz, PWN, Warszawa 2004; Naomi Klein, Doktryna szoku. Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne, tł. Hanna Jankowska, Tomasz Krzyżanowski, Katarzyna Makaruk, Michał Penkala, Muza, Warszawa, 2008; Zygmunt Bauman, Globalizacja. I co z tego dla ludzi wynika, PIW, Warszawa, 2006; Przemysław Wielgosz, Opium globalizacji, Dialog, Warszawa 2004; David Harvey, Neoliberalizm. Historia katastrofy, tł. Jerzy Paweł Listwan, Książka i Prasa, Warszawa, 2008.

[5] Kiedy mówię o centrach i peryferiach systemu kapitalistycznego, używam tych kategorii w rozumieniu neomarksistowskiej teorii kapitalizmu jako globalnego systemu-świata. Zob. Immanuel Wallerstein, Analiza systemów-światów. Wprowadzenie, tł. Katarzyna Gawlicz i Marcin Starnawski, Dialog, Warszawa 2007; Samir Amin,  Accumulation on a World Scale, Monthly Review Press, London-New York 1974. I inne prace tych autorów.

[6] O tym, że Mother India to w sensie antropologicznym świecki mit dla wymarzonych przez muzułmańskiego marksistę Mehbooba Khana nowych, egalitarnych Indii, zob.:  Vijay Mishra, Bollywood Cinema. Temples of Desire, Routledge, New York-London, 2002, s. 61-87; Jarosław Pietrzak, Świecki mit nowoczesnych Indii, „Le Monde Diplomatique” – edycja polska,  2008, nr 3, s. 18-19.

[7] O satī jako wymuszonej ofierze z życia kobiety mającej wesprzeć panujący porządek społeczny zob. Przemysław Szczurek, Obraz samospalenia wdów (satī) w literaturze dawnych Indii, w: Boginie, prządki, wiedźmy i tancerki. Wizerunki kobiety w kulturze Indii, red. Marzenna Jakubczak, Universitas, Kraków 2005, s. 187-214; Natalia Świdzińska, Deifikacja zacnych żon (satī) w tradycji tamilskiej, tamże, s. 215-234.

[8] Pierre Bourdieu, Męska dominacja, tł. Lucyna Kopciewicz, Warszawa: Oficyna Naukowa 2004, s. 82. Autor dostarcza niezwykle precyzyjnych i wnikliwych narzędzi opisu struktur społecznych. Jako wielki (i czynny) sympatyk wszystkich, którzy walczyli o prawa słabszych, interesował się ruchem feministycznym (zob. np. jego Le Sens pratique, Editions de Minut, Paris 1980). Zgadzam się z Bourdieu, że analizy feministyczne są najlepsze, gdy analizują krytycznie konkretne zjawiska i problemy, nie sprawdzają się jednak, gdy chcą się przerodzić w „wielką teorię” – być może dlatego, że sam koncept „wielkiej teorii” jest konceptem z gruntu męskim. Dlatego też stosuję tu ramy materialistycznej teorii ekonomii dóbr symbolicznych (socjologii form symbolicznych) Bourdieu. Jako metoda była ona rozwijana w odniesieniu do bardzo różnych społeczeństw (np. badania przeprowadzone w Algierii), uwzględnia wszelkie kulturowe i społeczne niuanse, stąd też  jej uniwersalna stosowalność.

[9] Film ten wybrałem dlatego, że następuje w nim konfrontacja dwóch postaci, których nie można ustawić na pozycjach protagonista – antagonista, gdyż widz może się łatwo identyfikować z każdym z nich.

[10] W kontekście struktury męskiej dominacji por.: Rajeswari Sunder Rajan, Real and Imagined Women. Gender, Culture and Postcolonialism, Routledge, London-New York, 1993; Sanjay Srivastava, The Idea of Lata Mangeshkar. Speculations on Voice, Masculinity and the Post-colonial Condition, w: Politics of Innocence and Culpability in Indian Cinema, red. Ashis Nandy, Vinal Lal, Oxford University Press, Delhi, 2002.

[11] Edward Said, Orientalizm, tł. Monika Wyrwas-Wiśniewska, Poznań 2005.

[12] Max Cegielski, Indyjski bigos filmowy, „Duży Format” (dodatek do „Gazety Wyborczej”), nr 15/2002.

[13] Zob. Jarosław Pietrzak, Deshu i trzecioświatowy kapitalizm, http://www.lewica.pl/?id=13897 (krótsza wersja Rebeliancki Bollywood, „Trybuna Robotnicza” 2007, nr 20).

[14]  W rozumieniu Immanuela Wallersteina i Samira Amina, a szerzej także teorii systemów-światów i latynoskiej teorii zależności (tzw. szkoły dependencia, z której termin pochodzi), klasy kompradorskie dominują w społeczeństwach peryferii kapitalizmu (a więc podbitych przez potęgi kolonialne lub uzależnionych gospodarczo na sposób quasi-kolonialny od centrów systemu, jak Ameryka Łacińska i Europa Wschodnia). Klasy kompradorskie utrzymują swoją pozycję dominującą przez pośredniczenie w wyzysku własnych społeczeństw przez potęgi centrów kapitalizmu i utrwalanie struktury gospodarczego niedorozwoju ich krajów. Wątki i obserwacje tego rodzaju są obecne np. w filmach Rama Gopala Varmy, ale ich najpełniejszą artykulacją jest Rang De Basanti (Pomaluj mnie na żółto,  2007) Rakesha Omprakasha Mehry. Zob. Jarosław Pietrzak, Pomaluj mnie na żółto: „Rang De Basanti”, http://www.lewica.pl/?id=12723 – dostęp: luty 2009.

[15]  Jestem przy Tobie (Main Hoon Na, 2004,  Farah Khan) w stosunku do Ramajany, czy Rebeliant (Mangal Pandey/The Rising: Ballad of Mangal Pandey, 2005, Ketan Mehta) wobec Powstania Sipajów. Ramajana była wielokrotnie, również w kinie, używana do indoktrynacji integrystycznej. Farah Khan tak przetasowała jej motywy (struktura jej filmu opiera się na eposie, bohaterowie noszą zaczerpnięte z niego imiona), by całość nabrała wymiaru antyintegrystycznego: siłami zła nie są „obcy” (Pakistan, muzułmanie), ale ci, którzy szczują na „obcych”, dążąc do przerwania procesu pokojowego. Powstanie Sipajów było wybuchem gniewu przeciwko kolonialnemu wyzyskowi, wojną z religią najeźdźców (dla Sipajów wyznających islam był to dżihad). Twórcy Rebelianta, świadomi zagrożeń, jakie podobna retoryka za sobą pociąga, oraz tego, że rzeczywistym źródłem rebelii była kolonialna eksploatacja, wyartykułowali swoją historię w kategoriach materializmu historycznego; Sipajowie buntują się przeciwko figurze Kapitału, Kompanii Wschodnioindyjskiej – „Firmie”. Los jednej piątej ludzkości leży w rękach Firmy – to jedna z pierwszych replik tego filmu.

[16] W okresie „po Nargis” – wybitna aktorka indyjska, 1929-1981 – aktorki zostały podporządkowane swym męskim partnerom i stanowiły tylko ich dopełnienie. Zostało to przełamane dopiero przez Madhuri Dixit. Bollywood ciągle znajduje się jednak pod silną dominacją aktorów-mężczyzn, podobnie zresztą jak Hollywood.

[17] Alicja Helman, Feministki o kinie, „Film na Świecie” 1991 nr 389, s. 5-13. Laura Mulvey, Przyjemność wzrokowa a kino narracyjne, w: Panorama współczesnej myśli filmowej, tł. Jolanta Mach, red. Alicja Helman, Kraków 1992, Grażyna Stachówna, Niedole miłowania. Ideologia i perswazja w melodramatach filmowych, Rabid, Kraków 2001.

[18] Pierre Bourdieu,  Męska dominacja, dz. cyt., s. 100 -106.

[19] Por. Agata Bielik-Robson, Kultura ludowa człowieka nowoczesnego, „Res Publica Nowa” 2004, nr 3.

[20] Zob. Tajeswini Ganti, Bollywood. A Guidebook to Popular Hindi Cinema, Routledge, New Yor;k, s. 53-56; K. Moti Gokulsing, Wimal Dissanayake, Indian Popular Cinema. A Narrative of Cultural Change, Trentham Books, Stoke-on-Trent, 1998, s. 102.

[21] Przez całe życie kobieta jest przedmiotem tej ekonomii, choć bezpośredniej władzy nad nią nie musi sprawować mężczyzna, ale np. tzw. kobieta „kolaborująca” z patriarchalnymi stosunkami panowania. Por.: Blanka Knotková-Čapková, Konstrukcja i dekonstrukcja kategorii kobiecości we współczesnej literaturze bengalskiej, w: Boginie, prządki, wiedźmy i tancerki. Wizerunki kobiety w kulturze Indii, red. Marzenna Jakubczak, Universitas, Kraków, 2005, s. 137.

[22] We współczesnym Bollywood zdarza się krytyka śmielej atakująca dominację mężczyzn, np. tyrada bohaterki w finałowej sekwencji Kuch Naa Kaho (2003, Rohan Sippy) pod adresem dyskryminacji na „rynku matrymonialnym”wdów i kobiet rozwiedzionych. Otwarte deklarowanie przez którąś z postaci treści postępowych, mające na celu wzbudzenie dla nich sympatii widzów, może jednak stać w sprzeczności z ogolną wymową filmu niepodważającego status quo. Owe deklaracje pełnią wtedy funkcję kamuflażu ukrywającego reakcyjny wymiar dzieła.

[23] Innym filmem, w którym zastosowane dywersyjne taktyki w stosunku do struktury męskiej dominacji wydały mi się niezwykle interesujące, jest Sarkar Raj (2008)Rama Gopala Varmy.

[24] L. Mulvey, Przyjemność wzrokowa…, dz. cyt.

[25] Por. Vijay Mishra, Bollywood Cinema…, dz. cyt., s. 125 – 156.

[26] Christopher Pinney, Camera Indica. The Social Life

[27] Na Zachodzie też się zdarza, że model próbuje zostać aktorem, np. Tyson Beckford, Michael Bergin, Antonio Sabato Jr., ale sukces odniósł tylko Mark Wahlberg. W zachodnim kontekście kulturowym supermodel pozostaje najczęściej telewizyjną celebrity – jak Marcus Schenkenberg.

[28]  Np. taneczny występ Upena Patela z nagim torsem w czasie ceremonii wręczenia nagród International Indian Film Academy w Dubaju w 2006 roku w rytm piosenki z 36 China Town (2006, braci Burmawalli) z jego udziałem czy wszystkie reprodukowane w prasie kolorowej i w Internecie fotografie tego aktora.

[29]Wolfgang Welsch, Estetyka i anestetyka, tł. Małgorzata Łukasiewicz, w: Postmodernizm. Antologia przekładów, red. Ryszard Nycz, Baran i Suszczyński, Kraków 1997, s. 520 – 546..

[30] Por. Gerald James Larson, India’s Agony over Religion, Albany 1995, s. 44-141.

[31] V. Mishra, Bollywood ciemna…, dz. cyt.,  s. 149.

[32] Rajinder Kumar Dudrah, Bollywood. Sociology Goes to the Movies, Sage, New Delhi-Thousand Oaks-London, 2006,  s. 117-140.

[33] Serena Nanda, Neither Man Nor Woman. The Hijras of India,  Wandsworth Publishing, Belmont, 1990.

[34] Zob. George Chauncey, Gay New York. Gender, Urban Cułture, and the Making of the Gay Male World. 1890-1940, New York 1994

[35] Etienne Balibar, Foucault i Marks: stawka nominalizmu, tł. Adam Ostolski, „Lewą Nogą” nr 17 (2005), s. 337.

[36] Zob. np. Shivananda Khan, Culture, Sexuality and Identities: Men who Have Sex With Men in India, „Journal of Homosexuality” 2001, nr 40;  S. Rudi C. Bleuys, Geography of Perversion. Male to Male Sexual Behavior Outside of the West and the Etnographic Imagination, 1750-1918, New York University Press, New York, 1995;

[37] Zob. Elisabeth Badinter, XY: tożsamość mężczyzny, tł. Grzegorz Przewłocki, WAB, Warszawa, 1993.

[38] Anthony Shay,  Male Dancer in the Middle East and Central Asia, http://www.artira.com/danceforum/articles/shay_maledancer.html – dostęp: II 2009.

[39] Por. Krzysztof Renik, Kathakali. Sztuka indyjskiego teatru, Dialog, Warszawa 1994; tenże, Śladem Bharaty, Dialog, Warszawa 2001.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się w książce pod redakcją Grażyny Stachówny i Przemysława Piekarskiego Nie tylko Bollywood, Kraków: ha!art, 2009.

KuBar w Londynie

Ciesz się swoją fiksacją!

Poznałem kiedyś pięknego chłopaka, który pragnął robić karierę akademicką. Żył w nieustającym strachu, że straci pracę na uniwersytecie, jeśli „niezmienność przedmiotu jego pragnienia” – przedmiotu zawsze tej samej płci – wyjdzie na jaw. Obawy te nie były wyssane z palca. W konserwatywnym środowisku, jakim jest polska Akademia, nie są czymś nadzwyczajnym przypadki osób, które musiały się w dziwnych okolicznościach rozstać z placówką, gdy ich homoseksualizm wyszedł na jaw – choćby poprzez ich zbyt intensywne akademickie zainteresowanie tematyką queer lub jej przyległościami. Chłopak zapowiadał się znakomicie. Czas przeszły jest jednak konieczny, ponieważ już nie żyje – umarł od noża wbitego mu w gardło przez chłopca, który mu się podobał. Ten drugi zadźgał go, gdy zorientował się o naturze jego sympatii. Moją własną odpowiedź na toczącą się już od jakiegoś czasu polemikę między Rafałem Majką i Tomaszem Sikorą z jednej strony a Piotrem Ciszewskim z drugiej, w której dopisują oni do rzeczownika „lewica” coraz to nowe przymiotniki, chciałbym zacząć od pytania, czy pragnienie seksualne jest dla Piotra Ciszewskiego czymś na tyle obcym, by uznawać, że strach o utratę pracy i środków do życia, lęk przed przemocą, a nawet śmiercią od ciosu nożem w konsekwencji jego spełnienia lub choćby wyrażenia, nie są troskami wystarczająco materialnymi, by mogły zasłużyć na zainteresowanie „prawdziwej lewicy”? Dlatego, że ludzie, którzy mają ten problem, stanowią tylko kilka procent polskiego społeczeństwa? Od ilu procent można zasłużyć na obronę „prawdziwej lewicy”? A co z odsetkiem bezdomnych? A czy Żydzi w Niemczech w latach 30. XX wieku przekraczali ten próg?

Doskonale rozumiem, jaką alergią można reagować na dyskurs wytwarzany przez intelektualistów polskiego ruchu LGBT, bo sam na jego większą część reaguję podobnie, pomimo iż sam jestem homoseksualny. Zwyczajowe spektrum tego dyskursu rozpięte jest między dosłownie mistyczną prozą parareligijną, kiepskiego na dodatek sortu a zachwytami nad tym, jak to kapitalizm i postępujące utowarowienie rozwiązują stopniowo wszystkie problemy emancypacyjne (by rozwiązać problem emancypacji wszystkich polskich mężczyzn krytyk sztuki Paweł Leszkowicz wzywa, byśmy wszyscy, homo i hetero, zaczęli czytać „Vogue Homme”, co nas wyzwoli z dławiącej siermiężnej męskości odziedziczonej po „komunie”). Sam nieraz dostaję drgawek, czytając takie rzeczy.

Kultura i ekonomia, jednostka i wspólnotowość

Tekst Majki jest raczej luźną wypowiedzią publicystyczną o intencji mobilizacyjnej, postulującą, by lewica pamiętała, że wrogów jest wielu, konserwatyzm, antyfeminizm i homofobia w jednym rzędzie stoi z neoliberalizmem. Jest napisany w poetyce na tyle luźnej i nieformalnej, że traktowanie go jako „ogólnej teorii polityki” na pewno nie jest adekwatne do zamierzeń autora. Ale już z samego względu na to, jakich wymienia wrogów lewicy, wiemy, że nie należy do tych, którzy rozwiązanie widzą w postępującym utowarowieniu wszystkiego i prenumerowaniu zadrukowanych jakoby potencjałem emancypacyjnym łam „Vogue Homme”. Seria reakcji Ciszewskiego jest bardziej zrozumiała w odniesieniu do wykładanych w precyzyjniejszy sposób argumentów Sikory. Osobiście nie mam wątpliwości co do lewicowego systemu wartości Tomasza Sikory i jego akurat z całą pewnością umieszczam poza wspomnianym wyżej, zasługującym na dezaprobatę, spektrum produkcji polskich queer studies – dlaczego więc widzę coś zrozumiałego w reakcjach Ciszewskiego? Bo o ile nie mam wątpliwości, że w krytycznej refleksji Sikory zawsze chodziło o skierowanie jej ostrza przeciwko przemocy wykluczenia i przeciwko faszystowskiej/faszyzującej przemocy wobec słabszych, odmieńców, itd., to ze sposobu, w jaki buduje swoje wypowiedzi – a na pewno w dyskusji toczącej się ostatnio na łamach Lewica.pl – wyłażą pewne ukryte w nich, strukturalne opozycje i implicytne założenia, które jednak są problematyczne, czy Sikora tego chce, czy nie. A na pewno są problematyczne dla ideowej lewicy, jeżeli już bawimy się w opatrywanie lewicy przymiotnikami.

Sikora pisze np., że nie można sprowadzać problemu faszyzmu do problemu ekonomicznego. Czy jednak nie jest z faszyzmem tak, że czego naprawdę nie można z nim robić, to sprowadzać go do problemu kulturowego? Oczywiście, faszyzm rozgrywa się, powstaje, odradza i reprodukuje na różnych poziomach kulturowych, ale dlaczego, po co, w jakich okolicznościach i w czyim interesie? Jesttakże problemem kulturowym, ale jest problemem kultury społeczeństw podporządkowanych imperatywowi akumulacji kapitału, która to akumulacja oczekuje złożonych technologii zarządzania społeczeństwem i z natury rzeczy wchodzi w cykliczne kryzysy. Franz Neumann, Theodor W. Adorno, Max Horkheimer, Michel Foucault, Enzo Traverso, Etienne Balibar, Immanuel Wallerstein czy na polskim gruncie Piotr Kendziorek – i wielu innych – wykazali na różne sposoby ale dość jasno, że faszyzm jako problem także kulturowy jest problemem kultury konkretnej formacji społecznej: kapitalizmu, systemu, w którym władzę sprawuje Kapitał, gdy osiąga poziom wysokiej koncentracji, a w szczególności, gdy wchodzi w fazę strukturalnego kryzysu akumulacji.

Intelektualiści postmodernistyczni włożyli wiele wysiłku w zamaskowanie politycznego wymiaru faszyzmu i zamknięcie go na wygodnie odciętym od gry sił ekonomicznych piętrze z napisem „Kultura”. Czas jednak byłoby się z tego niebezpiecznego snu obudzić. Zamknięty na piętrze „Kultura” faszyzm daje się liberałom wygodnie i funkcjonalnie sprowadzić do przeciwieństwa demokracji liberalnej (burżuazyjnej) lub jej braku, podczas gdy w rzeczywistości jest jej symptomem, prawdą i powrotem wypartego. Zamykanie faszyzmu na piętrze „Kultura” pełni więc konkretne funkcje polityczne i realizuje nie tak znowu trudne do wyśledzenia interesy. W jakimś sensie Sikora to wie: przywoływał kiedyś frazę Foucaulta, że faszyzm czai się zawsze, tak długo, jak długo pożądamy tego, co nas wyzyskuje. Potrzeba więc, by dawał jasno do zrozumienia, że to wie.

Gdzieś „z tyłu głowy” w wypowiedziach Sikory majaczy jednak uporczywa opozycja, każąca zadać pytanie, czy aby nie mamy do czynienia z fiksacją – opozycja między „jednostką” a widmem zagrażającej jej i czyhającej na nią „wspólnotowości”. Nie bardzo rozumiem, jak Sikora nie zdaje sobie sprawy z proweniencji tej opozycji. Jej źródłem, a w każdym razie środowiskiem, w którym się czuje najlepiej, jest najwulgarniejszy szczep liberalizmu, jeżeli nie wręcz elitaryzm – na pewno nie lewica.
Wspólnotowość jest jedną z tych paru rzeczy, co do których możemy być pewni, że zaliczają się do podstawowych składników – pozwólmy sobie na to uproszczenie – „ludzkiej natury”. Kapitalizm tresuje nas i oczekuje od nas egoizmu i wojny wszystkich ze wszystkimi, ale natura uczyniła homo sapiens sapiens istotą społeczną, zapewniającą sobie przetrwanie poprzez wspólne podtrzymywanie i przekształcanie warunków swojego zbiorowego istnienia. Człowiek może istnieć i funkcjonować tylko przez przynależność do jakiejś wspólnoty i przecież alarmując przeciwko wykluczeniom, Sikora w jakiś sposób zdaje sobie sprawę, jak bezwzględną przemocą jest wyrzucenie poza nawias wspólnoty. To dlatego w wielu społeczeństwach przednowoczesnych karą za najcięższe zbrodnie była banicja. Problemem dla lewicy jest to, jak ta wspólnota (czy wspólnotowość) będą definiowane – czy będzie to wspólnota „rasy panów” (wcielona obecnie w Polsce w przedsiębiorcze jednostki sukcesu) żyjąca z eksploatacji reszty, gotowa wspólnota organiczna (narodu czy grupy określonej religijnie, zwykle maskująca po prostu podział na panów i wyzyskiwanych, przenosząca wewnętrzny antagonizm ekonomiczny na wrogość wobec innych narodów czy wyznań), czy może uniwersalna wspólnota wszystkich ludzi, poprzez równość gwarantująca każdemu wolność realizacji jego czy jej jednostkowego potencjału zgodnie z własnymi potrzebami i w interesie ogółu. Faszyzm wraca oknem do tego, kto drzwiami wypędza „wspólnotę” jako „wroga jednostki”.

Wykluczenie i tolerancja

Sam dyskurs kładący tak obsesyjny nacisk na wykluczenie (jednostki przez wspólnotę, mniejszości przez większość) sam w sobie jest z lewicowego punktu widzenia niebezpieczny, jeśli zapomina, że te zjawiska są owszem faktem, ale stanowią funkcjonalne komponenty systemu, którego istotą jest wykluczenie większości przez mniejszość (wykluczenie z własności środków produkcji, z prawa do decydowania o ekonomicznej przestrzeni własnego życia, wreszcie w ogóle z prawa do decydowania o własnym życiu przez całkowitą zależność ekonomiczną od właścicieli środków produkcji, wcielonych dzisiaj w coraz bardziej bezosobową grę irracjonalnych sił rynku). Kiedy o tym ostatnim dyskurs ten zapomina, jak najbardziej zasługuje na kojarzenie z widmami „blairyzmu” i pseudonauką Giddensa. Trudno mi się powstrzymać przed trochę może obszernym, sarkastycznym ustępem z Bourdieu i Wacquanta, ponieważ jest on bezlitośnie doskonałym podsumowaniem, dokąd to prowadzi i jakiego wielkiego ideologicznego projektu jest częścią:

«Doskonałej ilustracji owego przebiegłego rozumu imperialistycznego dostarcza fakt, że to Anglia […] podrzuciła światu dwugłowego konia trojańskiego. Jedna jego głowa jest polityczna, a druga intelektualna, zaś uosabiają je Tony Blair i Anthony Giddens. Dzięki sile swych powiązań z politykami […] Anthony Giddens objawił się jako przemierzający świat apostoł „trzeciej drogi”, która według jego własnych słów – musimy je tu dokładnie przytoczyć – „przyjmuje pozytywny stosunek wobec globalizacji”; „próbuje (sic!) dać odpowiedź na zmieniające się wzory ubóstwa”, jednak zaczyna od ostrzeżenia, że „biedni dzisiaj, to nie ci sami biedni, jakich znamy z przeszłości” oraz, że „podobnie bogaci nie są tym samym, czym byli kiedyś”; akceptuje pogląd, że „istniejące systemy opieki socjalnej oraz szersza struktura państwa, stanowią źródło problemów, a nie wyłącznie środki ich rozwiązywania”; „podkreśla, że polityka społeczna i gospodarcza są ze sobą nieodłącznie powiązane”, w celu skuteczniejszego zapewnienia, że „wydatki na cele socjalne będą szacowane z uwzględnieniem ich konsekwencji dla gospodarki jako całości”; i wreszcie: „podejmuje kwestię mechanizmów wykluczenia na dole i na górze” (sic!), w przekonaniu, że „przedefiniowanie nierówności w odniesieniu do wykluczenia na obu poziomach, zgodne jest z dynamiczną koncepcją nierówności”. Władcy gospodarki i inni „wykluczeni na górze” mogą spać spokojnie: znaleźli swojego Panglossa.»
(Pierre Bourdieu, Loïc Wacquant, „Nowomowa neoliberalna. Uwagi na temat nowej globalnej wulgaty”, przeł. Marcin Starnawski, „Recykling Idei” nr 9, wiosna/lato 2007, s. 10.)

Tomasz Sikora reprezentuje swoją refleksją bez porównania więcej niż ogromna część polskich queer studies. Plączą się jednak w kuluarach jego wypowiedzi widma będące echem chorób toczących dyskurs polskich queer studies (czy nawet w ogóle ruchu LGBT). Najbardziej nieznośną manierą polskich (choć nie tylko)queer studies jest chrystyfikacja figury Prześladowanego Geja, którego usiłuje się uczynić uniwersalnym wcieleniem wszelkiego cierpienia i przesłonić nim każde inne cierpienie. Może się to okazać politycznie samobójcze dla samych gejów. Każdy boryka się z tym cierpieniem, które jego akurat spotyka, Prześladowany Gej nie ma jednak na cierpienie monopolu, jego cierpienie nie jest też najbardziej uniwersalnym rodzajem cierpienia i gdy próbuje się za takie podawać, łatwo doprowadzi do tego, że samotna matka utrzymująca dwójkę dzieci z 80% najniższej renty, w konfrontacji z tą uzurpacją, odpowie przychylnie na „wspólnotowość” zaoferowaną jej przez np. Rodzinę Radia Maryja, a zdefiniowaną właśnie między innymi przez wykluczenie i prześladowanie geja. Trudno się też dziwić, że niejeden działacz radykalnej lewicy (dla którego jedną z najwyższych wartości jest ludzka solidarność) reaguje alergicznie na dyskurs, w którym powraca opozycja między jednostką a niosącą jej zagrożenie wspólnotą.

Chrystyfikacja Prześladowanego Geja i uzurpacja monopolu na cierpienie doskonale wpisują się w oczekiwania ideologiczne Kapitału w obecnej fazie akumulacji, inspirującego na wszystkie strony mnożenie partykularyzmów, by zarządzać swoimi ofiarami, generując między nimi konflikty o interesy partykularne. Radosne igraszki problemami „tożsamości”, „mniejszości” i „tolerancji” trywializują z kolei problemy społeczne sprowadzając je bez mała do problemów komunikacyjnych i ukrywając realne stosunki władzy. Dlatego zresztą również są tak mile widziane przez Kapitał w obecnej fazie akumulacji.

„Wojenki kulturowe”

Problem polega jednak na tym, że na – u Sikory raczej ukryte podskórnie, ale jednak wyczuwalne – fiksacje polskiego ruchu LGBT i jego skrzydła intelektualnego Ciszewski odpowiada tylko innymi fiksacjami. Nie przekracza też wąskiego horyzontu mnożenia partykularyzmów, a nawet wykonuje kroki w tym samym kierunku, dyskredytując walkę innych ludzi o ich żywotne interesy i lekceważąc ich cierpienie. Jeżeli homofobia nie istnieje jako prawdziwy problem, to dlaczego chłopak, o którym wspomniałem na początku, nie żyje? Rozumiem, że Ciszewski nie raz zarobił nożem w gardło od dziewczyny, do której się „za bardzo” uśmiechał? Ciszewski „nie ma czasu” przyłączyć się do walki przeciwko dyskryminacji seksualnej, bo „doba ma tylko 24 godziny”, ale ma za to czas pisać kolejne polemiki w tej sprawie. Ciszewski nie tyle nie chce czy nie może się przyłączyć, co czuje jakąś potrzebę podkreślania, że nie chce i nie może się przyłączyć. Aż chciałoby się zapytać, czy to nie wygląda, jak opisywana przez psychoanalizę „zazdrość o rozkosz skradzioną przez Innego”. Jako homoseksualista, aż chciałbym zapytać: Jakąż to rozkosz ukradliśmy Ci, Piotrze? Może jeszcze możemy ją zwrócić?

Ciszewski jest przekonany, że spory „kulturowe” i „obyczajowe” (a więc awantury feministek, gejów, walczących z krzyżami w szkołach, itd.) są drugorzędne, że są sprawy, które trzeba załatwić najpierw i takie, które trzeba odłożyć na potem, gdy te pierwsze zostaną załatwione. Że Kapitał tak naprawdę wita z radością angażowanie się ludzi w te sprawy, bo są one dziś dla niego bez znaczenia i pozwalają na kanalizowanie energii politycznej w kierunkach, które nic faktycznego nie są w stanie zmienić. Że wręcz te „problemy” to zasłony dymne pozwalające neoliberalizmowi kroczyć naprzód. I wreszcie, że klęska konserwatystów w tych sprawach jest już i tak przesądzona, bo wielki kapitał – między innymi poprzez media, którymi dysponuje – już przesądził tutaj zwycięstwo koncepcji obyczajowo/kulturowo liberalnych. Że w końcu traktowanie zagrożenia faszyzacją przestrzeni publicznej przez PiS i LPR poważnie było niepoważne.

„Przesądzona” klęska konserwatystów

Wiele rzeczy w rozumowaniu Ciszewskiego wymaga, by się do nich ustosunkować. To, że dziś niektórym do śmiechu na myśl o przerażeniu, jakie wielu odczuwało na widok poszerzających się wpływów prawicy katolicko-narodowej w takich sferach jak kultura i edukacja, zawdzięczamy tylko temu, że Jarosław Kaczyński przegrał zakład wyborczy, który postawił na długo przed końcem poprzedniej kadencji Sejmu. Wszyscy wiemy, że ta przegrana była tylko przypadkową wypadkową tego, jak rozłożyło się uczestnictwo w rozpisanych wówczas wyborach. Ciszewski przeszacowuje też podobieństwo polskich „liberałów” do liberałów zachodnich. Polscy „liberałowie” kontentują się nic-nie-robieniem w sprawach obyczajowych, zadowoleni, że brudną robotę przesuwania kolejnych granic w prawo wykonała dla nich prawica katolicko-narodowa (pozostawienie wpływów tej ostatniej w telewizji, kinematografii, systemie edukacji i programie nauczania, itd.) lub wręcz kontynuują jej dzieło (vide sprawain vitro).

Można się do jakiegoś stopnia zgodzić, że zwycięstwo koncepcji obyczajowej i kulturowej tolerancji w znacznej mierze jest przesądzone – także przy aprobacie kapitału, przemysłu kulturowego i burżuazyjnych elit – w krajach ścisłego centrum kapitalistycznego systemu-świata. Ale i to tylko do jakiegoś stopnia, bo tak naprawdę dotyczy to tylko pewnych stref centrum – przesądzone jest na długo w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku i Miami, ale czy np. w Teksasie? A już traktowanie społeczeństw peryferii czy pół-peryferii, wśród których plasuje się Polska, jakby się niczym pod tym względem od zamożnych społeczeństw centrum nie różniły, jest niespecjalnie poważne. Bardzo mnie intryguje, gdzie w Polsce Ciszewski widzi tę przesądzoną przegraną konserwatystów na polu kultury? W podręcznikach literatury pytających nastolatków „a ty jak wyraziłbyś swoją wiarę w Boga?” W ocenie z religii na świadectwie maturalnym?

Mam parę osobistych doświadczeń, jak liberalni na polu kultury i obyczajów są dominujący obecnie polscy „liberałowie”. Jeszcze pod rządami PiS złożyłem w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej projekt filmu fabularnego, który świetnie oceniony przez ekspertów PISF ugrzązł na kilkanaście miesięcy, blokowany przez dyrektor Agnieszkę Odorowicz. Wśród kilku wątków krytycznych w stosunku do polskich przemian społeczno-politycznych i kulturowych zawierał też „krytyczny” dla losu projektu wątek homoseksualny. Był to tylko jeden z wielu projektów niebezpiecznych politycznie dla Agnieszki Odorowicz, z którymi wyczyniała takie cuda, pragnąc zachować stołek pod rządami PiS. W międzyczasie PiS stracił władzę, ja więc postanowiłem skorzystać z okazji i zażądałem interwencji nowego, „liberalnego” ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego, dając mu do zrozumienia, że oto ma okazję udowodnić swój liberalizm. Zdrojewski olał wszystkich z takimi problemami, a mnie odpowiedział bez żenady, że katolicko-narodowa polityka programowa PISF mu jak najbardziej odpowiada i pragnie, by była kontynuowana. Dziś zapowiada zamykanie „nieefektywnych bibliotek”. Te dwie rzeczy są z sobą strukturalnie powiązane. W Polsce to potężny w instytucje obyczajowy i kulturowy konserwatyzm – a nie liberalizm – jest głównym filarem rynkowych ekscesów neoliberałów, którzy czasem tylko wysługują się interludiami bezpośredniej władzy prawicy katolicko-narodowej, by ta przesunęła dla nich i za nich kolejne granice. Być może pouczająca – dla odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Polsce głównym narzędziem jest konserwatyzm, a nie liberalizm – byłaby np. porównawcza lektura analiz Barringtona Moore’a Jr.

Dystrybucja ideologii

Nie jest to nic nowego, że dystrybucja ideologii dominujących między centrami a peryferiami kapitalistycznego systemu-świata jest zdywersyfikowana. Kiedy – jak to opisał np. David Harvey – w latach 70. kapitalizm zaczął odczuwać pierwsze oznaki wejścia w fazę strukturalnego kryzysu akumulacji (trwającą do dziś), postanowił przechwycić nurty obyczajowej kontestacji, emancypacji seksualnej itd., i ożenić je z neoliberalnym projektem politycznym, np. rozwijając za ich pomocą kluczową w ideologii późnego/płynnego kapitalizmu narcystyczną interpelację podmiotu. Dokładnie w tym samym czasie na peryferiach zaczęły pączkować – bynajmniej nie samorzutnie i nie bez politycznego wsparcia centrum, a szczególnie hegemona – faszystowskie junty. Homoseksualiści trafiali do tych samych cel, na te same stadiony i do tych samych rowów czy wód La Platy, co komuniści, anarchiści, działacze związkowi. W wersji znarratywizowanej można się z tym zapoznać choćby czytając (bądź oglądając) „Pocałunek kobiety-pająka”.

Jest faktem (i problemem, którym powinny się zająć właśnie queer studies, jeżeli nie chcą jego „analizy” i „wyjaśnienia” zostawić na żer prawicy konserwatywnej), że kultura gejowska została de facto przechwycona przez ideologie panujące i mechanizmy rynku, a jej główny nurt dokonał wręcz jawnego do obydwu akcesu. Jest faktem, że we współczesnych epicentrach kultury gejowskiej bielizna obowiązującej w danym sezonie marki jest tak samo bezwzględnym przymusem, jak burka dla kobiet i broda dla mężczyzn w talibanie. Jest faktem, że kultura gejowska jest nawet czymś na kształt poligonu doświadczalnego, na którym płynny kapitalizm testuje i rozwija najnowsze technologie zarządzania naszym życiem przez wprzęganie naszych ciał w rytm kluczowej dla systemu w obecnej fazie akumulacji rywalizacji narcystycznej (w epicentrach kultury gejowskiej, takich jak londyńskie Soho i Vauxhall, jest to już otwarcie główna funkcja seksu i seksualności – nawet sama przyjemność seksualna czy zaspokojenie seksualne są odsunięte na daleki drugi plan przesłonięty przez rywalizację narcystyczną). Jest faktem, że polski ruch LGBT, włącznie z jego intelektualistami, walcząc o emancypację poprzez i w imię gay culture i gay identity takich, jakimi są obecnie, walczą dziś tak naprawdę jedynie o wymianę reżimu opresji, albo o współistnienie dwóch równoległych, dopełniających się funkcjonalnie, reżimów opresji – katolicko-narodowego i gay identity. Tożsamość narzucana przez kulturę gejowską jest dziś tak samo opresyjna, jak tożsamość narzucana przez fundamentalizmy religijne, choć odwraca niektóre wektory (np. w miejsce zakazu nieprawomocnej przyjemności seksualnej wprowadza imperatyw promiskuityzmu, od którego tak samo „nie ma zmiłuj”). Jestem głęboko przekonany, że w filmie Gusa Van Santa „Milk” (w Polsce znanym jako „Obywatel Milk”) chodzi tak naprawdę o to, żeby unaocznić, czym – wbrew otaczającemu ją emancypacyjnemu, politycznemu mitowi – kultura gejowska już od dawna nie jest. Pokazując kulturę gejowską lat 60. i 70., Van Sant mówi: „zobaczcie, nic już z tego nie zostało! – choć nas już nie pałują, nie tylko nie odnieśliśmy zwycięstwa, ale wręcz ponieśliśmy klęskę, bo daliśmy swą tożsamość zaciągnąć na służbę systemu, który jest nie do przyjęcia”. Że dla Van Santa system ten jest nie do przyjęcia, wiemy z jego wcześniejszego filmu, nagrodzonego canneńską Złotą Palmą „Słonia”.

Problemem, który wymaga krytycznej analizy, jest także przechwycenie przez korporacyjny kapitalizm pewnych odmian feminizmu, a nawet sprzedawanie go jako feminizmu w ogóle. W Polsce np. feminizmowi bez mała nadano imię Magdaleny Środy, tej samej Magdaleny Środy, która nawoływała polskie kobiety, by dały się zaharować, byle tylko Kapitał nie musiał sam zapłacić za wywołany przez własne ekscesy kryzys. W przeciwieństwie do kwestii przechwycenia kultury gejowskiej, ten jest jednak problematyzowany, nawet w Polsce, np. przez Katarzynę Szumlewicz czy Ewę Charkiewicz.

Zawsze zgadzałem się z Ciszewskim – nawet broniłem go w dyskusjach redakcyjnych – kiedy wyśmiewał neoliberalne lobby dominujące w polskim ruchu feministycznym i LGBT, niezależnie od tego, w jaki sposób to robił. Jednak mimo iż problemy opisane w dwóch powyższych akapitach są faktem, z którym muszą się zmierzyć wszyscy wymienieni (lewica, ruch LGBT, feminizm), nie znaczy to jednak wcale, że nie istnieje jednocześnie antyfeminizm ani homofobia, że kobiety nie są dyskryminowane, że mniejszości seksualne nie są dyskryminowane, ani że wymienione grupy są beneficjentami systemu, w którym swoimi wojenkami przesłaniają prawdziwe problemy. To że kapitalizm przechwytuje niektóre tożsamości, nie znaczy, że ludzie na te tożsamości skazani są jego beneficjentami, a już na pewno nie, że na długo. W XIX wieku kapitalizm w celu własnej reprodukcji w formacji peryferyjnej przechwycił na Cejlonie kulturową tożsamość Tamilów, przydzielając im zawody związane z administrowaniem formacją – od pięćdziesięciu lat w dokładnie tym samym celu dziesiątkuje ich pogromami. Przypominam, że o mały włos nie zalegalizowano w Polsce zwalniania ludzi z pracy ze względu na ich orientację seksualną. Przypominam, że na najgorzej płatne zawody są w Polsce skazane kobiety. Przypominam, że neoliberalizm uderza w kobiety podwójnie: muszą coraz więcej swojej pracy sprzedawać na rynku i jednocześnie nieodpłatnie przyjmować na swoje barki opiekuńcze funkcje demontowanego państwa opiekuńczego. Przypominam, że właśnie ideologia męskiej dominacji umożliwia postępy neoliberalizmu, sprawiając, że wszyscy jako coś naturalnego przyjmują zamykające pracę reprodukcyjną w prywatnych granicach każdego gospodarstwa domowego zrzucanie na kobiety kolejnych funkcji jeszcze nie tak dawno spełnianych przez publiczne żłobki, szpitale czy domy opieki.

W neoliberalnym reżimie akumulacji kapitału beneficjentami zawsze są nieliczni, niezależnie kim – w sensie bytów tożsamościowych – „są”, ani tym bardziej, z kim śpią. Magdalenę Środę dzielą najpewniej wspólne interesy (a zapewne także i wspólnie spożywane bezy) z osobami takimi, jak Henryka Bochniarz czy Jolanta Kwaśniewska; ze swoim wulgarnym liberalizmem nie reprezentuje ona ani lewicy, ani milionów polskich kobiet skazanych na wyniszczanie w pracy ponad siły własnych ciał, jeśli chcą dać dzieciom cokolwiek do jedzenia. Polskie kobiety są pierwszymi ofiarami dominacji w polskim feminizmie lobby liberalnego. Podobnie dominacja w polskim ruchu LGBT osób w rodzaju Krystiana Legierskiego nie zmienia faktu, że wśród polskich gejów i lesbijek więcej z nich jest skazanych na pracę za grosze – często w warunkach prekariatu czy dyssymulowanego stosunku pracy – w „branżowych” lokalach rozrywkowych, niż jest ich właścicielami. Nawet w centrach kapitalistycznego systemu-świata, gdzie tożsamość gejowska została przechwycona przez ideologie dominujące, nie zmienia to faktu, że niemal wszyscy są ofiarami terroru gay identity, a homofobia jest równolegle dystrybuowana wśród ofiar akumulacji kapitału, by kanalizować ich frustracje w niegroźną dla reprodukcji kapitału stronę kozłów ofiarnych. Gdyby nie była, twórcy filmów takich jak „Boys Don’t Cry” nie mieliby co robić.

Sprawy „na teraz” i sprawy „na potem”

Na płaszczyźnie praktycznej Ciszewski w pewnym sensie doskonale wie, że nie ma racji w tym, co mówi na poziomie teoretycznym. Ciszewski jest zaangażowany w jedną z nielicznych skutecznych inicjatyw polskiej radykalnej lewicy, za którą ma moje wyrazy uznania, mianowicie w ruch lokatorski. Jednym ze składników jego rozumowania (w dyskusji na łamach Lewica.pl) jest teza, że marnowanie energii politycznej w cząstkowych walkach gdzieś na marginesie systemu, bez uderzania w elementy jego istoty, jest systemowi na rękę i stanowi jeden z mechanizmów, przy użyciu których się on zabezpiecza i w rezultacie reprodukuje. Ciszewski na pewno zdaje sobie sprawę, że kwestia prawa do mieszkania, które się zajmuje, na pewno nie leży w samym sercu systemu, którego Realnym jest Kapitał. W niejednym kraju prawo bez porównania lepiej chroni lokatorów niż w Polsce a państwo ma obowiązek dbać o to, by ludzie mieli dachy nad głowami, a bynajmniej nie obaliło to nigdzie kapitalizmu. Co więcej, kapitalizm może się np. dostosować do obecnego kryzysu zdolności kredytowej mieszkańców wielu krajów ścisłego centrum systemu, zastępując dotychczasową manię kupowania domów i mieszkań na własność (za absurdalnie ciężkie pieniądze) np. rozwojem spółek skupujących mieszkania i domy i wynajmujących je czynszowo. Ciszewski doskonale jednak zdaje sobie sprawę, że posiadanie dachu nad głową jest sprawą na tyle żywotną dla przetrwania każdej ludzkiej istoty, że bez niego wielu zamarzłoby pod mostem, zanim uda się nam dojść do punktu, z którego możliwe będzie wyjście poza horyzont kapitalizmu.

Ludzie rozumujący jak Ciszewski muszą sobie w końcu uzmysłowić, że dla tych, którym – gdyby wyszło na jaw z kim sypiają lub kogo pragną – grozi utrata pracy lub fizyczna przemoc, dla tych, które siłą przymusu społecznego nie potrafią postawić bana bijącemu je mężowi czy przyjmują jak niekontestowalny fakt przyrody, że zarabiają mniej niż koledzy płci męskiej, bo same są płci żeńskiej, są to problemy tak samo realne i przynoszące tak samo realne cierpienie. Dyskredytowanie walki czy strachu innych ludzi, tylko dlatego, że ta walka czy ten strach odnoszą się do czegoś innego niż nasze własne, jest postawą absurdalną, w każdym razie dla lewicy. Strach kapitalisty i jego świty przed utratą przywilejów – to jest chyba jedyny strach, o którym lewica może powiedzieć, że jej nie interesuje albo nie ma na niego czasu.

Gdybyśmy stosowali taką logikę („każda walka o sprawy mniejsze niż zachwianie całym systemem to marnowanie politycznej energii wręcz oczekiwane przez Kapitał!”) z żelazną konsekwencją, to moglibyśmy np. zdyskredytować tych wszystkich, którzy walczyli w XIX wieku w różnych częściach świata o zniesienie niewolnictwa. W końcu niewolnictwo plantacyjne było funkcjonalnym składnikiem pewnych formacji kapitalizmu peryferyjnego na określonym etapie ekspansji systemu, w określonej historycznie fazie akumulacji. Zniesienie niewolnictwa ostatecznie nie tylko nie zachwiało kapitalizmem, ale kapitalizm dostosował „uwolnioną” masę siły roboczej do swoich potrzeb. Złamanie przez siły amerykańskiej Północy peryferyjnej (nastawionej na produkcję surowców, produktów rolnych i wyrobów niskoprzetworzonych) struktury społeczno-ekonomicznej Południa USA umożliwiło klasom dominującym Północy realizację ich projektu politycznego budowy potęgi przemysłowej (niewolną plantacyjną siłę roboczą można było przekształcić w masy robotników przemysłowych, a opłacanie ich za „wolną” pracę akcelerowało nowy wewnętrzny rynek masowego zbytu) zdolnej w następnym stuleciu do przejęcia po Londynie intratnej roli globalnego centrum nieproporcjonalnie dużych udziałów w akumulacji kapitału. Strukturalne dziedzictwo „urasowionego” niewolnictwa przetrwało: ludność czarnoskóra pozostała na najniższych piętrach struktury społeczeństwa klasowego, wciąż skazana na los najtańszej i najbardziej wyzyskiwanej, najbardziej upokarzanej i najbardziej prześladowanej siły roboczej. Wyjątki to jedynie wyjątki. Oparty na imperatywie akumulacji system tak samo korzystał z niewolnictwa, jak skorzystał na jego zniesieniu. Czy to znaczy, że była to walka odwracająca uwagę od prawdziwych problemów? Czy może jednak zniesienie w XIX wieku niewolnictwa w wielu krajach – zwłaszcza półkuli zachodniej – w których było zjawiskiem masowym i podstawą gospodarki, stanowiło kolosalne zmniejszenie skali ludzkiego cierpienia?

Nie ma spraw do załatwienia teraz i „spraw na potem”. Wszystkie są na teraz. Choćby dlatego, że nigdy nie wiadomo, ile i kiedy uda się skutecznie wywalczyć. Nikt nie żyje pięćset lat, a kapitalizm tyle już trwa.

Czy zestawianie walki z niewolnictwem ze współczesnymi polskimi walkami dyskredytowanymi przez Ciszewskiego jako „kulturowe” czy obyczajowe jest nie na miejscu? Nie byłbym tego pewien. Położenie polskiej kobiety zarabiającej tak mało (właśnie dlatego, że jest kobietą), że nie jest w stanie uniezależnić się od męża, który ją bije, czasem różni się tylko formalnie. Oczywiście, poprawa jej położenia materialnego (warunków pracy i płacy, osłon socjalnych) mogłaby z miejsca rozwiązać problem, ale żeby kobiety o taką poprawę walczyły, trzeba konsekwentnie zwalczać coś, czego istnienie Ciszewski w porywach kwestionuje, czyli ideologię patriarchalną podtrzymującą strukturę męskiej dominacji. To ona utrzymuje kobiety w zgodzie na to, że „tak po prostu jest”, że mniej zarabiają.

Wyobraźmy sobie hipotetycznie wielkie zwycięstwo polskiego ruchu pracowniczego, w wyniku którego Kapitał zmuszony jest pójść na ustępstwa w postaci natychmiastowego podniesienia wszystkich płac pracowników najemnych w kraju (z wyjątkiem sektorów i poziomów kadry kierowniczej, których praca jest przez rynek przewaloryzowana) o 30%. Ale żądanie podniesienia płac było ślepe na fakt, że kobiety jednak zarabiają przecież mniej niż mężczyźni. Poważne podejście do kwestii minimum równości ekonomicznej wymagałoby wobec tego podniesienia ich płac w tym samym momencie o np. 60%. W takiej sytuacji to właśnie tę przemilczaną wówczas nierówność płci, gdy nastroje świata pracy opadną, Kapitał wykorzysta, by przejść do kontrataku i zacząć niepostrzeżenie, przy użyciu różnych „sztuczek i sposobików” (mówiąc Różą Luksemburg) znów miażdżyć wszystkie płace w dół. Zacząłby od promowania i prowokowania feminizacji niektórych zawodów i sektorów gospodarki. Nie musiałby nawet obniżać płac, po prostu dyskretnie by ich nie podnosił, podczas gdy „samoregulujące się” rynki „samorzutnie” podnosiłyby krok po kroku koszty utrzymania. Wtedy w innych zawodach i sektorach gospodarki pracownicy będą odbierać jako „poprawę” wzrost wynagrodzenia o 5%, za który zapłacą w tym samym czasie wzrostem kosztów utrzymania o 15%. Wszyscy wiemy (albo powinniśmy wiedzieć), że nie jest to żadna fantastyka, to był właśnie jeden ze sposobów, jakimi Kapitał miażdżył na całym świecie płace przez ostatnie trzy i pół dekady. W wielu dobrze niegdyś płatnych zawodach związanych z wyższym wykształceniem Kapitał płaci dziś za pracę śmieciowe stawki (mężczyznom w rezultacie też), między innymi dzięki temu, że udało mu się te zajęcia sfeminizować.

Odpowiedź na pytania „Co jest gorsze – katolicka opresja gejów czy ‘emancypacja’ à la Krystian Legierski albo Paweł Leszkowicz? – patriarchat czy ‘feminizm’ à la Magdalena Środa?” musi być cytatem ze Stalina: „obydwa są gorsze”. To prawda. Ale nie zmienia to jednak faktu, że problemy specyficznych rodzajów dyskryminacji są jak najbardziej realne. Więcej nawet, to właśnie owa odpowiedź – „obydwa są gorsze” – czynią prawdziwy (lewicowy) feminizm czy prawdziwą emancypację osób dyskryminowanych ze względu na ich seksualność (a więc emancypację także z okowów gay identity) bezwzględną koniecznością. Teraz, nie „potem”. „Potem” ma tendencję do przechodzenia w ad Calendas Graecas.

Odpowiedzią na konstatację, że Kapitał celowo „napuszcza” na siebie wszystkich, by spalali się w walkach „tożsamościowych” i „kulturowych”, nie może być zamykanie oczu na te wszystkie ideologie, które czynią możliwymi różnego rodzaju strategie dyskryminacji. Kapitał osiąga w ten sposób tak znakomicie swoje cele tylko i wyłącznie dzięki temu, że są to problemy jak najbardziej rzeczywiste. To właśnie to, jak naprawdę skutecznie udaje się Kapitałowi odgrzewać tożsamościowe konserwatyzmy i podbijać grupowe fiksacje kulturowe, jak udaje mu się to w materialnej rzeczywistości, stanowi jedną z najskuteczniejszych broni Kapitału. Nie można zdobyć twierdzy, nie chcąc przyjąć do wiadomości, jakiego rodzaju broń i zasieki strzegą do niej dostępu. Konserwatywne strategie kulturowe sieją zamęt komunikacyjny w obozie ofiar i generują walki pomiędzy tymi, nad którymi władzę sprawuje Twierdza Kapitału. Dostęp do Twierdzy nie będzie osiągalny bez odpowiedzi na te strategie. Segmentacja świata pracy najemnej za pomocą różnorodnych specyficznych ideologii dyskryminacji służy pogarszaniu położenia nas wszystkich, wszystkich tych, którzy by żyć musimy sprzedawać naszą pracę. Walka z krzyżami w szkołach, walka o reprodukcyjne prawa kobiet, walka z tymi, którzy chcą legalnie wyrzucać gejów z pracy – to są wszystko walki, które możemy i powinniśmy traktować jako wytrącanie Kapitałowi narzędzi, przy użyciu których niszczy w ostatniej instancji nas wszystkich, nawet jeśli sami nie jesteśmy bezpośrednio ofiarami każdej czy którejkolwiek z tych dyskryminacji i konserwatywnych atawizmów kulturowych.

Chłopak, od wspomnienia o którym zacząłem ten tekst, nie żyje naprawdę. Drugi chłopak, ten, który go zabił, tym jednym czynem wykonał kilka kroków oczekiwanych od niego przez ideologie systemu, w którym żyjemy. Frustracje wywołane niepewnym położeniem ekonomicznym i niepewnością albo nawet brakiem perspektyw, które by się przed nim rysowały, pozwolił w sobie przekierować na przyjęcie agresywnej interpelacji odgrzewanej przez kapitalizm „prawdziwej” męskości, której dowiedzenie wymagało od niego wykazania, że nie jest gejem. Zabił tego, który pragnął, żeby był, być może zabijając także w sobie ukrywane nawet przed sobą własne prawdziwe pragnienie. Skierował na niego agresję, którą powinien był kierować przeciwko wyzyskowi i logice akumulacji, odpowiedzialnej za jego liche położenie w kapitalizmie peryferii. Zrobił to zgodnie z oczekiwaniami systemu, który właśnie w tym celu posługuje się realnie istniejącymi ideologiami męskiej dominacji czy dyscyplinującej normy heteroseksualności. Jego sprawstwo czynu zostało szybko wykryte, a on schwytany. Pewnie siedzi teraz w więzieniu, fabryce kapitalistycznej dyscypliny produkcyjnej i płynnokapitalistycznego bezruchu. Produkowany w nich bezruch to – jak twierdzi Zygmunt Bauman – straszak wystawiany przez Kapitał, by dyscyplinować tych ponowoczesnych włóczęgów i turystów, którzy zmęczeni już wagabundyzmem nieśmiało marzą, by się wreszcie gdzieś móc zatrzymać. Chłopak ten jest teraz również wtłoczony w tak samo przewidzianą przez system instytucję „przestępczości”. Przewidzianą dla jednostek potencjalnie wywrotowych, dla „złych podmiotów” i po prostu biednych, przed którymi kapitalizm broni bogatych. Tam zaadaptuje się do specyficznej kultury kryminalnej, która zagospodaruje jego gniew i agresję w sposób dla systemu nie tylko niegroźny ale i funkcjonalny. Zagrożenie „wzrastającą przestępczością” będzie służyć kolejnym przesunięciom funkcji państwa z sektorów opieki do sektorów represji. I tak dalej…

Chore pragnienie i ścieżka polityki

Jest jeszcze jeden poziom – albo nawet dwa poziomy – na których odwracanie się od walk mniejszości czy awantur kulturowych jako czegoś, na co „nie mamy czasu”, bo np. walczymy o prawa ekonomiczne, jest strategicznym błędem politycznym.

W polskich warunkach mamy do czynienia z tak daleko posuniętą społeczną niechęcią do jakiegokolwiek zbiorowego działania, tak głębokim bankructwem idei społecznego i politycznego zaangażowania, tak daleko posuniętą prywatyzacją wszystkich społecznych problemów (każdy na własną rękę usiłuje ratować jedynie własną skórę, w najlepszym razie własnej rodziny), że każda – absolutnie każda – forma zbiorowej mobilizacji sprzeciwu wobec jakiegokolwiek złego zjawiska społecznego czy politycznego, jest bezcenna – niezależnie od skali problemu, liczby odczuwających go jako krzywdę ludzi czy tego, jak blisko lub jak daleko problem leży od Realnego systemu w którym żyjemy (Kapitału) i czy go w ogóle dotyka, czy nie.

Niezależnie od tego, czy sprawa zagracających całą przestrzeń publiczną w naszym kraju krucyfiksów ziębi nas albo grzeje, czy też nie, musimy do niej podchodzić właśnie tak, jak to – słusznie – robią np. Młodzi Socjaliści. Skoro pojawił się impuls, który wywołał mobilizację polityczną grupy młodych ludzi, trzeba jasno powiedzieć, że jesteśmy po ich stronie, a następnie umożliwić im zrozumienie ekwiwalencji ich sprzeciwu z emancypacyjnymi walkami innych grup, a także miejsca i roli problemu, z którym walczą, jako składnika całościowej struktury systemu. Że krzyż wisi dzisiaj w Polsce na każdym kroku, bo ma określone funkcje do spełnienia w polskiej formacji odrestaurowanego kapitalizmu peryferyjnego. Że opresja gejów, podobnie jak gejowska tożsamość, jest produktem kapitalizmu i ideologii podtrzymujących jego reprodukcję. Że kobiety są dyskryminowane, bo stanowią funkcjonalną „wewnętrzną peryferię” systemu, który potrzebuje ich jako dyskryminowanych, by odtwarzały społeczne podstawy istnienia systemu (by ktoś dawał jeść eksploatowanym w fabrykach mężczyznom, by ktoś rodził, karmił i przyodziewał przyszłych pracowników). Odwracając się od każdej walki o jakąkolwiek sprawę „mniejszą” niż uderzanie w samą logikę Kapitału, zaprzepaścimy potencjał mobilizacji politycznej tych wszystkich ludzi, którzy z winy nie własnej tylko tego, jakie treści można dzisiaj poznać w polskiej Szkole i w dominujących środkach przekazu, nie mogą jeszcze wiedzieć, jakie jest miejsce problemu w strukturze systemu i że odpowiedzialny za te wszystkie problemy „w ostatniej instancji” jest kapitalizm. Jeżeli ludzie mobilizują się wokół jakiegoś sprzeciwu, to już znaczy bardzo wiele: nie jest im wszystko jedno i chcą współkształtować przestrzeń naszego życia społecznego. I dlatego ich mobilizacja musi nas wszystkich obchodzić, i to bardzo. Nie możemy sobie pozwolić na brak czasu, nie stać nas na to. Być może wykonali oni właśnie pierwszy krok w stronę prawdziwego upolitycznienia, musimy im pomóc wykonać następne. Nie możemy pozwolić, by się wkrótce zniechęcili, albo np. zostali przechwyceni przez liberałów. Gdyby wartość dla nas mieli tylko już (i od zawsze) przekonani antykapitaliści, to równie dobrze moglibyśmy popełnić zbiorowe seppuku, bo tych mamy w Polsce niewielu. Np. piszący te słowa był za wczesnego młodu szalejącym postmodernistą. To przerażenie kulturowymi ekscesami rosnącej w siłę prawicy katolicko-narodowej, skierowało ostatecznie jego uwagę na Kapitał i pozwoliło zrozumieć, że np. dyskurs Radia Maryja jest tylko odwróceniem i krańcową konsekwencją postmodernistycznego dyskursu „tożsamości”.

Psychoanaliza daje wiele lekcji, z których należy wyciągać wnioski. Dla nas wszystkich, którzy wierzymy, że polityka nie jest tylko walką o stołki, że jest tym samym, co miłość („procedurą prawdy”), do najważniejszych takich lekcji należy ta, że na ścieżkę prawdziwej, tak rozumianej polityki zawsze prowadzi impuls chorego (zranionego, patologicznego, ukaranego fiaskiem) pragnienia. Na ścieżkę polityki nie wstępuje się, bo się od urodzenia wierzy w wartości uniwersalne. Na ścieżkę polityki prowadzi chore pragnienie. Nie należy się na ten fakt obrażać, należy o nim wiedzieć i się z nim liczyć. Jeden z najwybitniejszych filmów politycznych mijającej dekady, „Wiernego ogrodnika” Fernando Meirellesa, należy czytać McGowanem. Justin początkowo biernie reprodukuje ideologię, nawet się z nią nie utożsamiając – to ideologia mówi wprost za i poprzez niego (kiedy broni udziału Wielkiej Brytanii w militarnych agresjach Imperium Amerykańskiego). Ostatecznie wstępuje na ścieżkę polityki – tej polityki, która jest „procedurą prawdy”. W imię wartości uniwersalnych poniesie śmierć, która jednocześnie nie będzie klęską, bo zada cios Realnemu systemu akumulacji kapitału. By wstąpić na tę ścieżkę, musiał jednak najpierw zabłądzić w pogoni za chorym pragnieniem – pragnieniem wydarcia „prawdy pragnienia” zmarłej tragicznie Tessy. Dręczyła go obsesja, że ukochana kobieta zdradzała go z mężczyzną, który zginął razem z nią. Justin błądził, ale bez tego zbłądzenia nie odnalazłby ścieżki polityki.

Co z tego dla nas wynika? Może nawet któryś z tych młodych ludzi, którzy się zapalili do usuwania krzyży ze szkół, przyłączył się tylko dlatego, że wszechobecność tego symbolu i handlującej nim korporacji (z siedzibą na jednym ze wzgórz Rzymu) powoduje frustrujący dyskomfort, gdy odczuwa jak najbardziej zrozumiałą w tym wieku potrzebę rozładowania napięcia przez masturbację. Może nawet niejeden nastolatek zaczyna walczyć z homofobią, bo nie może bezkarnie pocałować przystojnego kolegi z sąsiedniej ławki. I tak dalej. I nie tylko nikogo to nie dyskredytuje ani nie kompromituje – ani tych jednostek, ani grup, w ramach których działają, ani stawek, o które walczą – ale właśnie przetrącone pragnienie stanowi konieczny warunek, by odnaleźli ścieżkę polityki – tej polityki, która jest tym samym, co miłość. To właśnie któryś z nich może się najprawdopodobniej okazać w przyszłości zdolny do czegoś takiego, jak Justin.

Możemy oczywiście cieszyć się wszyscy swoimi fiksacjami, każdy własną. Rozkoszować się małymi różnicami i kultem swoich własnych spraw i krzywd, zawsze ważniejszych niż sprawy i krzywdy innych ludzi czy innych działaczy. Możemy, ale czym to się różni od narcyzmu i dokąd w ogóle prowadzi? Dlatego możemy też wreszcie dla odmiany zrozumieć, że każda krzywda jest ważna, nikt nie cierpi mniej tylko dlatego, że jego cierpienia nie odczuwają jednocześnie wszyscy, każde cierpienie domaga się zniesienia teraz, a nie „potem”. Że walki z żadną krzywdą czy nadużyciem nie możemy lekceważyć, ani tym bardziej marnować czasu na jej dyskredytowanie, musimy natomiast wykorzystać tkwiący w niej potencjał upolitycznienia, pomóc znaleźć ścieżkę polityki tym, którzy już wykonali pierwszy krok. Nawet jeśli z braku sił nie możemy przyłączyć się do każdej walki innych ludzi, szanujmy ją, pozwalajmy innym walczyć z krzywdą, którą akurat w tym momencie odczuwają na tyle dotkliwie, by przejść do działania. I pamiętajmy, że za każdą mobilizacją grupy ludzi kryje się potencjał budowy łańcuchów ekwiwalencji, przyszłych platform szerszej walki i sojuszy strategicznych. Kompulsywne podkreślanie, że „twoja krzywda się nie liczy, twoja walka nie ma znaczenia, liczy się tylko moja!” na pewno takich możliwości nie zbuduje.

Jarosław Pietrzak


 

Tekst ukazał się na portalu Lewica.pl 25 stycznia 2010 roku, jako część dyskusji na jego łamach; poprzedziły go następujące teksty:

Mapa Nigerii

Nollywood: afrykańskie Hollywood

1.   Nigeryjskie Hollywood w Surulere

 

Głupie rasistowskie żarty w finałowych sekwencjach filmu Juliusza Machulskiego Superprodukcja zawierają odniesienie do fenomenu, o którym w Polsce prawie nikt nie słyszał[1], dlatego dla większości widzów były to żarty nieczytelne czy nawet surrealistyczne. Wśród zagranicznych potentatów kinematograficznych, którzy przyjeżdżają do Warszawy z planami swojej ekspansji na Polskę, znajdują też przedstawiciele nigeryjskiego przemysłu filmowego. Nie są to jedyne rasistowskie żarty w tym filmie (sposób przedstawienia kina indyjskiego jest pod tym względem jeszcze gorszy), ale odnoszą się one do zjawiska jak najbardziej rzeczywistego i to mającego ogromne znaczenie w światowej kulturze ostatnich kilkunastu lat. Zjawisko to nosi nazwę Nollywood. Pomimo iż w Polsce nikt o tym nie słyszał, jest to trzecia (po Indiach i USA) największa kinematografia świata.

Nollywood jako ośrodek produkcyjny mieści się w Surulere, jednej z dzielnic leżącego nad zatoką gwinejską Lagos, dawnej stolicy Nigerii, będącej do dziś największym miastem i finansowym centrum kraju. Nazwa Nollywood powstała oczywiście przez świadomą analogię ze sposobem, w jaki ukuto nazwy dla ośrodków kina indyjskiego (Bollywood, Kollywood, Tollywood, etc.), czyli przez skrzyżowanie początku nazwy lokalnej ze słowem „Hollywood” jako modelem „archetypicznym” ośrodka skoncentrowanej produkcji filmowej. Nazwę stworzyli podobno sami nigeryjscy filmowcy (podczas gdy indyjskie nazwy ukuli dziennikarze).

Różnica polega na tym, że Nollywood realizuje filmy w technologii cyfrowego wideo, przeznaczone do rozpowszechniania od razu właśnie na wideo (obecnie dominującym nośnikiem są płyty VCD, poza tym także DVD, ale zaczęło się na początku od kaset VHS).

 

2.   Wideo zamiast celuloidu

 

2.1   Problemy kina w Afryce

 

W Nigerii kin jest mało, nie ma też „kultury chodzenia do kina”. Próbowano ją kiedyś stworzyć, ale przy rozmiarach przestępczości w nigeryjskich miastach rzecz się załamała, bo ludzie bali się chodzić do kina, nawet gdy je mieli w swoim mieście[2]. Podobna sytuacja jest w większości krajów afrykańskich na południe od Sahary. Do tego poziom afrykańskich zarobków, wynikający z usytuowania tych krajów na najgłębszych peryferiach globalnego kapitalistycznego systemu-świata[3], determinuje konieczność bardzo niskich cen biletów.

Tymczasem same techniczne uwarunkowania regularnej produkcji spełniającej wymogi rozdzielczości, technicznej jakości dźwięku, etc., umożliwiające dystrybucję w kinach i projekcję na wielkim ekranie, wiążą się z kosztami, które z afrykańskiego punktu widzenia są po prostu astronomiczne. Taśma celuloidowa i sprzęt do rejestracji na niej są bardzo drogie. Nawet w Polsce, która dla przeciętnego Afrykańczyka jest krajem zamożnym, koszty taśmy stanowią często zasadniczą i utrzymywaną w najbardziej rygorystycznych ramach część budżetu filmu, niemiłosiernie krępującą twórców (prawie żadna produkcja filmowa w Polsce nie może sobie obecnie pozwolić na więcej niż dwa duble). Ceny biletów liczone w centach amerykańskich pomnożone przez niską frekwencję dają sumy zbyt nikłe, żeby stanowić trwałą bazę rozwoju kinematografii nastawionych na kina w większości krajów afrykańskich. W takiej sytuacji rentowne bywa tylko rozpowszechnianie filmów importowanych, niezwiązane z nakładami i inwestycjami produkcyjnymi. W krajach afrykańskich są to filmy z Indii (w wielu krajach nawet niearabskich wyświetlane z arabskimi napisami, co nikomu nie przeszkadza[4]), następnie USA, Hongkongu, Japonii i Europy (kolejność przypadkowa). Proporcje zmienne w różnych krajach Afryki.

W niektórych krajach pojawiały się fale wzmożonej aktywności zmierzającej do ustabilizowania miejscowej produkcji filmowej. Niewielka (pod względem liczby ludności) Burkina Faso utrzymywała przez jakiś czas produkcję na poziomie pięciu-sześciu filmów rocznie, co w proporcji do populacji było wynikiem lepszym niż polska produkcja filmowa w ostatnich kilkunastu latach. Kino nigeryjskie było przez jakiś czas (w latach 70., na fali wzrostu gospodarczego kraju) wspierane przez państwo, ale okres ciągłych zamachów stanu doprowadził do upadku struktur tej kinematografii. Branżę ratowały seriale telewizyjne.

Kinowe filmy afrykańskie powstają bardzo często we współpracy z różnymi zachodnimi źródłami finansowania. Zwykle jest to kino autorskie, które z ogromnym trudem dociera do „szarego człowieka” w Afryce. Sembene Ousmane, Idrissa Ouedraogo i inni znani w Europie afrykańscy reżyserzy tworzą filmy, których żywot jest głównie festiwalowy. Dotychczas to ono stanowiło przedmiot badań African Cinema Studies. Ale dla zwykłych mieszkańców Afryki reprezentują one zwykle punkt widzenia wąskich, zokcydentalizowanych elit, który jest im obcy.

 

2.2   Rewolucja wideo czyli VHS, DVD i VCD

 

Pojawienie się technologii wideo, najpierw VHS, a następnie cyfrowej, okazało się wielkim przełomem. W porównaniu z tradycyjną fotochemiczną technologią filmową, wideo właściwie nic nie kosztuje, na dodatek jest bardzo łatwe i szybkie w obsłudze. W 1992 roku spróbowano po raz pierwszy – powstał film Living in Bondage, zrealizowany na wideo po angielsku, by przekroczyć granice języków lokalnych, które są ogromnie zróżnicowane i mówią nimi zwykle stosunkowo niewielkie społeczności. Sprzedawano go od razu na kasetach. Był to strzał w dziesiątkę. Popularność okazała się ogromna.

W kilka lat rozkręciła się produkcja na masową skalę, realizowana własnymi afrykańskimi nakładami, bez udziału środków zagranicznych, a nawet bez wsparcia miejscowych banków. Często inwestorem jest sprzedawca płyt DVD i VCD (wcześniej kaset VHS), który daje środki na projekt. Średni budżet to 10-15 tysięcy dolarów. Film za kilka tygodni (czasem nawet po dwóch) jest gotowy.

 

3.   Panafrykański sukces

 

Błyskawicznie zaroiło się od małych firm i grup ludzi, którzy rzucili się w wir kręcenia filmów na wideo. Zarówno weterani nigeryjskiego kina jak i tłumy nowicjuszy bez doświadczenia, gnane niezwykłą popularnością zjawiska przynoszącą ogromne na afrykańskie warunki zyski[5]. W roku 1995 roku powstało około 200 filmów, w 2002 już 600[6], a w 2003 aż 2000, ponad dwa razy więcej niż w Indiach! To była już ewidentna przesada, rynek tego nie wytrzymał i produkcja musiała spaść. Obecnie wynosi około 400 filmów rocznie.

W roku 1998 produkcje Nollywoodu przekroczyły granice Nigerii i zaczęły być rozpowszechniane w sąsiednich krajach. Stabilny rynek Nollywoodu rozszerza się systematycznie, wynosi już na pewno ponad 250 milionów ludzi (Nigeria to najludniejszy kraj Afryki, ma 120 milionów mieszkańców). Płyty DVD i VCD z filmami nigeryjskimi sprzedawane są od Ghany do Zambii (gdzie po raz pierwszy zaprezentował je kanał telewizyjny ZNBC[7]). Afryka za nimi szaleje. Pokazują je telewizje na całym kontynencie (m.in. kodowany kanał satelitarny AfricaMagic, sięgający Europy i Bliskiego Wschodu, a należący do spółki Multichoice DSTV z Republiki Południowej Afryki; jego ramówkę stanowią w większości filmy nigeryjskie[8]). Cały ten przemysł jest obecnie szacowany na około 65 milionów dolarów rocznie. Niektórzy podają, że przeciętny film nollywoodzki sprzedaje się w liczbie 50 tysięcy kopii, inni tę liczbę podwajają. Hity to około 200 tysięcy sprzedanych płyt. Oprócz tego mnóstwo kopii pirackich. Filmy ogląda się w domach prywatnych, knajpach i lokalach z telewizorami i sprzętem DVD. Płyty się kupuje lub wypożycza w licznych wypożyczalniach. Średnia publiczność takiego filmu jest oceniana na 15-20 milionów ludzi. Emigranci z Nigerii (jest ich 7 milionów) i innych krajów kontynentu także stanowią publiczność tych filmów[9].

Statystyki dotyczące Nollywoodu są w znacznej mierze szacunkowe. Femi Odugbemi z ITPAN (Independent Television Producers of Nigeria), podkreśla, że rząd powinien zająć się tworzeniem między innymi wiarygodnych i dokładnych statystyk, których ciągle nie ma (zamiast powoływania Censors Board), żeby zachęcić w ten sposób np. banki, które jak dotąd do bardzo nieprzewidywalnej i z gruntu nowej w tym kraju branży podchodzą wciąż niezwykle nieufnie[10].

 

4.   Nollywood a globalne procesy społeczne

 

4.1   Przywrócenie głosu

 

Jeden z krytyków postmodernizmu jako epoki i systemu kultury późnego kapitalizmu, Fredric Jameson, zauważył jednak w kilku swoich późnych pracach[11], że istotnym plusem naszych czasów jest to, że rozmaitym grupom społecznym pozbawionym do niedawna możliwości pełnoprawnej, społecznie znaczącej wypowiedzi (np. w formie tekstów kultury o szerokim zasięgu oddziaływania) udaje się wreszcie do tego głosu dojść. Niewątpliwie fenomen Nollywoodu można postrzegać w tej perspektywie.

Dotychczas powstawanie udramatyzowanych reprezentacji napięć kulturowych istotnych dla tych społeczeństw (które to reprezentacje miałyby szeroki społeczny zasięg i oddziaływanie), było utrudnione względami ekonomicznymi i technologicznymi w stopniu trudnym do przekroczenia. I oto ograniczenia te udało się Nigeryjczykom znieść, dostarczając całej Afryce (a przynajmniej jej części posługującej się angielskim jako językiem urzędowym) reprezentacji jej punktu widzenia, wizualizacji wewnętrznych napięć kultur kontynentu, który dotychczas wciąż był kulturalnie kolonizowany.

 

4.2   Symbole jako środki produkcji

 

Drugim procesem społecznym zachodzącym na skalę globalną, w jaki wpisuje się fenomen Nollywoodu, są zmiany opisane np. przez Jeremy Rifkina i Richarda Floridę[12]. Otóż okazuje się, że kultura stała się jedną z kluczowych gałęzi gospodarki.

Częścią tego procesu jest nowe enclosure, grodzenie, tym razem jednak dotyczące nie ziemi, jak w XVII wieku, a symboli i wiedzy: nadużywanie i rozciąganie do granic możliwości idei praw autorskich i pokrewnych, wzmacnianie i wydłużanie praw tego rodzaju, patentowanie nawet substancji naturalnych, tradycyjnych leków ziołowych znanych od tysiącleci czy ludzkich genów. Ten niezwykle reakcyjny proceder wiąże się z tym, że to symbole i wiedza stają się źródłem największych dochodów, czyli innymi słowy stają się najważniejszym środkiem produkcji. W ten oto sposób kapitał zabezpiecza swoje interesy na przyszłość. Daje się też zauważyć pewną prawidłowość: kraje, które stanowią centra nieproporcjonalnie dużych udziałów w akumulacji kapitału (co nosi w inspirowanej marksizmem teorii systemu światowego nazwę „imperializmu triady”), czyli USA, Europa Zachodnia i Japonia, cechuje gospodarka w coraz większym stopniu oparta na wytwarzaniu, przetwarzaniu i rozpowszechnianiu symboli (w tym dzieł sztuki, zwłaszcza kultury masowej, choć dotyczy to też tworzenia nowych technologii, oprogramowania, etc.). Dziedziny gospodarki „produkcyjne” w tradycyjnym sensie terminu, są stamtąd stopniowo rugowane na peryferie systemu-świata, czyli do państw biedniejszych, gdzie siła robocza jest tania[13], a produkty tej aktywności państwa biedne i tak będą musiały sprzedać Zachodowi i Japonii. „Triadzie” ich więc nie zabraknie, podczas gdy będzie ona zajęta zarabianiem prawdziwych pieniędzy zbijanych na symbolach. Dzięki przemysłowi popkulturowemu gospodarka samego tylko stanu Kalifornia przewyższa swoim dochodem gospodarki 54 krajów afrykańskich razem wziętych[14]. Wkrótce być może będzie istniała niemal dokładna zbieżność między poziomem gospodarczej siły kraju a udziałem, jaki w całości jego gospodarki mają przemysły kultury.

Przykład Nollywood jest krzepiący. Otóż nawet w najbardziej zdewastowanej zależnością od światowego systemu kapitalistycznego Afryce może się pojawić optymistyczny wyłom. Nigeryjczycy na naszych oczach wykorzystują fakt znaczenia przemysłów kultury we współczesnej gospodarce na swoją korzyść i odnoszą wielki sukces w skali całego kontynentu (co prawda jeszcze nie na Zachodzie czy w Azji, ale skala kontynentu to już bardzo dużo). Jest to sukces nie tylko ekonomiczny, ale i kulturalny, a także, w pewnym sensie, psychologiczny dla społeczeństw afrykańskich, które wreszcie mają silną własną kulturę masową – stają się podmiotem jej międzynarodowego obiegu, a nie tylko jego przedmiotem, oddalonym, suplementarnym rynkiem zbytu o niskiej sile nabywczej. Zaczynają podnosić głowę na arenie światowego obiegu kultury masowej. Co więcej, ich przykład zaczyna inspirować mieszkańców innych krajów kontynentu[15].

 

5.   Źródła kulturowe

Oprócz krótkiej, przerywanej i trudnej historii nigeryjskiego kina, sukces Nollywoodu ma także inne swoje źródła kulturowe. Dziennikarze zachodni relacjonujący ten fenomen zwracają uwagę na pewne wpływy stylistyczne amerykańskich soap operas i kina klasy B, a także – indyjskiego Bollywoodu. Nie ma w tym ostatnim nic dziwnego – od pięćdziesięciu lat króluje on na ekranach afrykańskich kin.

Onookome Okome, profesor University of Alberta napisał książkę w której jednak dowodzi źródeł tego kina tkwiących w nigeryjskim teatrze objazdowym: Anxiety of the Local: From Traveling Theatre to Popular Video Films in Nigeria (Niepokój lokalnego: Od teatru wędrownego do popularnych filmów wideo w Nigerii)[16]. Nigeria ma bogate własne tradycje widowiskowe, zarówno w dziedzinie teatrów plemiennych tego rodzaju, jak i teatru instytucjonalnie wzorowanego na zachodnim. Ma też tradycje literackie.

Kto wie, czy sporego udziału w sposobie odbioru tych filmów (jako home video) nie należy przypisać dziedzictwu kultury oralnej, w której kręgu żyje większość Nigeryjczyków. Mieszkańcy tego kraju nie mieli w swojej kulturze silnych przyzwyczajeń do chodzenia do jakiegoś przybytku wyspecjalizowanego w przedstawianiu widowisk i opowiadaniu historii. Widowiska przychodziły do wiosek, a (opowiadanych ustnie) opowieści słuchało się u siebie w gronie bliskich ludzi. Oglądanie filmów z kasety lub płyty lepiej się wpisuje w system takiej kultury.

 

6.   Afrykańskie napięcia wewnątrzkulturowe

 

6. 1   Afrykańskie problemy z afrykańskiego punktu widzenia

 

Wielu intelektualistów nigeryjskich zarzuca tym filmom, że przez dość częstą eksploatację takich zjawisk jak magia[17], wróżby, sądy boże, przesądy w odniesieniu do kobiet[18], a nawet kanibalizm, reprodukują one szkodliwy stereotyp mieszkańców Afryki[19]. Nie da się ukryć, że przy takich rozmiarach produkcji, która wybuchła spontanicznie niemal z niczego (przynajmniej w sensie bazy technicznej i doświadczenia większości adeptów) i przy takim tempie tej produkcji, powstaje wiele utworów byle jakich i o byle czym. Jak pokazują jednak pewni badacze, np. profesor Jonathan Haynes z Long Island University (autor książki Nigerian Video Films)[20], a zwłaszcza antropolog John C. McCall, autor Dancing Histories[21], należy jednak zjawisko traktować poważnie jako znaczącą ekspresję afrykańskiego doświadczenia i afrykańskiego punktu widzenia. Nigeryjskie filmy wideo dramatyzują napięcia religijne, napięcia między państwem postkolonialnym, zachodnią nowoczesnością a tradycyjnymi systemami społecznymi, między grupami społecznymi, etc.

Powstają w Nollywood filmy bardzo interesujące, dlatego wspomniany McCall poświęcił zjawisku cały program badawczy (etnograficzna analiza nigeryjskich filmów wideo i ich społecznej recepcji). Oprócz innych prac[22] powstał w jego wyniku fascynujący, obszerny artykuł Juju and Justice at the Movies: Vigilantes in Nigerian Popular Videos[23]. McCall analizuje w tym tekście niektóre z takich specyficznie afrykańskich napięć.

 

6.2   Przykład: John C. McCall, Issakaba i Bakassi Boys czyli nigeryjski problem przemocy i sprawiedliwości

 

Juju to trudne do przetłumaczenia na język polski słowo oznaczające obiekt o właściwościach magicznych, pojęcie szersze od amuletu, zawierające oprócz niego także przedmioty, dzięki którym można w nadprzyrodzony sposób zweryfikować czyjąś winę lub niewinność i inne tego rodzaju zjawiska, z osobami o takich właściwościach włącznie. Vigilantes to spontaniczne, oddolnie tworzone zbrojne formacje, nieformalne „milicje”, za pomocą których lokalne społeczności bronią się przed przestępczością. Słowniki podają znaczenie ‘straż obywatelska’, ale w tym konkretnym kontekście nie jest to najbardziej adekwatny termin. W południowo-wschodniej Nigerii jest to zjawisko o szczególnie szerokim zasięgu. W wielu miejscach (np. w mieście Onitsha) nawet oficjalne władze posiłkują się tymi formacjami; bywa, że państwo nawet je sponsoruje. W południowo-wschodniej części kraju są one zwane Bakassi Boys[24].

Przedmiotem analizy McCalla jest niezwykle popularny w całej Nigerii i w innych krajach Afryki cykl filmów poświęconych właśnie formacjom Bakassi Boys. Cykl nosi tytuł Issakaba (kolejne to sequele z numerami od 2 do 4)[25]. Filmy powstały w latach 2000 i 2001. Scenariusze do wszystkich z nich napisał Chukwuka Emelionwu, reżyserem jest natomiast Lancelot Oduoa Imasuen. Issakaba to słowo „Bakassi” czytane od tyłu, z dorzuconą na końcu samogłoską a ułatwiającą wymowę w języku Igbo.

Etnograficzna analiza McCalla wykazuje, że filmy te z jednej strony mitologizują i heroizują Bakassi Boys (których działalność została przedstawiona w raporcie organizacji Human Rights Watch[26] jako zbrodnicza i łamiąca prawa człowieka, w tym prawo do sprawiedliwego procesu z możliwością obrony, zasadą domniemania niewinności, zakazem tortur, etc.). Filmy przypisują im nawet nadzwyczajne zdolności. Z drugiej jednak strony kolejne części serii Issakaba są mimo wszystko niespodziewanie przenikliwym obrazem zjawiska nigeryjskich vigilantes a także wewnętrznych napięć społeczeństwa, które musi bezprawiem bronić się przed bezprawiem.

Na wstępie, powołując się na Achille’a Mbembe[27], podważa McCall zasadność obiegowego użycia terminu „chaos” dla opisu sytuacji w wielu państwach postkolonialnych. Podkreśla, że wszystkie społeczeństwa wysoko cenią przestrzeganie uznawanych przez nie norm, ale też wszystkie muszą się mierzyć z jednostkami, które te normy naruszają. Szereg czynników sprawił, że Nigeria ma takich jednostek wyjątkową nadreprezentację. Nigeryjczycy boją się podróżować, bo napady rabunkowe na autobusy są na porządku dziennym. Początkowa scena filmu Issakaba 2 przedstawia podróżnych w takim autobusie, którzy modlą się wraz z duchownym o bezpieczną podróż. Nagle jednak ksiądz się śmieje, że modlitwa najwyraźniej nie była skuteczna i wyciąga broń – okazuje się, że to rabuś przebrany za księdza.

Przyczyn tak ogromnej przestępczości w Nigerii jest wiele. Ewidentną jest bieda kraju, kryzys wszelkiego przywództwa (lokalnego, religijnego, państwowego)[28], degrengolada struktur państwa pogrążonych w korupcji i – jak mawia McCall – „kleptokracji”. Dość powiedzieć, że haracze z autobusów często zdzierają jednostki policji, których „skorumpowany charakter jest już legendarny”[29] (McCall). Organy władzy są bezsilne po okresie ciągłych zamachów stanu, na dodatek często powiązane z różnymi organizacjami przestępczymi[30] a także z nie mniej przestępczym biznesem[31] (np. naftowym i zbrojeniowym) dewastującym obszar kraju i jego życie społeczne. I bez tego ludność nie miała do nich zaufania, gdyż znaczna jej część uważa instytucje państwa za obcy, narzucony (przez Europejczyków i kolonizację) twór i ani się z nim nie identyfikuje, ani nie odczuwa w nim oparcia. Uważa nawet siły państwa (takie jak policja) za coś w rodzaju okupanta we własnym kraju. Pierwszy film z serii Issakaba pokazuje między innymi skorumpowaną policję współpracującą z rabusiami.

Wobec politycznego, prawnego i moralnego bankructwa struktur nigeryjskiego państwa, tamtejsze społeczności odczuwają silną potrzebę innej instytucjonalizacji sprawiedliwości i zapewnienia bezpieczeństwa. Początek filmu Issakaba, czyli scena odcięcia głów zbrodniarzom przy słowach „sprawiedliwość przybyła do miasta”, jest wyrazem tej potrzeby. Dlatego wielu intelektualistów[32] krytykuje jednoznaczne stanowisko takich raportów jak wspomniany dokument Human Rights Watch. W sytuacji, w jakiej znajduje się ludność Nigerii, vigilantes to często jedyny sposób na jakiekolwiek rozwiązanie problemów sprawiedliwości i bezpieczeństwa, zło konieczne.

McCall obserwuje w tych filmach obecność wielu przed-kolonialnych, przed-nowoczesnych sposobów radzenia sobie ze złem, kontynuację praktyk (lub też nawrót do nich) od dawna udokumentowanych wśród społeczeństw zamieszkujących Nigerię[33]. Przetrwały mimo silnych dążeń władz kolonialnych i misjonarzy do ich wyrugowania. Bakassi Boys, walcząc, są zawsze zaopatrzeni w różnego rodzaju amulety, które dostarczają im sił do pokonania wrogów i chronią przed nimi. McCall twierdzi, że w filmach tych (pokazujących punkt widzenia i sposób myślenia statystycznego Nigeryjczyka – to dlatego McCall nazywa je folk movies) nic nie świadczy o tym, że stosują oni tortury. Choć co prawda w celu dotarcia do prawdy stosują za to inne zaskakujące Europejczyka środki.

Stosują np. maczety, które trzymają przed delikwentem. Jeżeli taka maczeta pokryje się sama krwią, znaczy to, że człowiek jest winien zbrodni, o której zadośćuczynienie chodzi. Stosują też magiczne sposoby sprawiające, że ludzie zaczynają zeznawać prawdę. Jeżeli pojmany jest winien, to często stosowaną karą jest śmierć, np. przez obcięcie głowy. Zwłoki są następnie wystawione na widok publiczny. Tak też dzieje się w rzeczywistości. McCall pisze, że nawet w czasie jednej podróży można natknąć się na kilka miejsc, gdzie wystawione są takie zwłoki. Niektórzy twierdzą, że z początku Bakassi Boys usuwali zwłoki, ale pojawiły się wówczas pogłoski, że je sprzedają (np. do podejrzanych celów rytualnych lub na organy, co też jest popularnym tematem filmów nollywoodzkich[34]). Wystawianie okaleczonych zwłok na widok publiczny jest materialnym dowodem dokonania sprawiedliwości. Nigeryjskie poczucie sprawiedliwości opiera się na powrocie do przed-nowoczesnego systemu, w którym władza manifestuje się w formie widowiska, jakie wykonuje na oczach podwładnych (w przeciwieństwie do nowoczesnego systemu panoptycznej kontroli)[35].

Cykl filmów Issakaba ukazuje także poczucie Nigeryjczyków, że reforma prawa i środków jego egzekwowania jest konieczna, ale trzeba sobie jakoś lokalnie radzić, jeżeli ona nie następuje, stąd konieczność nawrotu do przed-nowoczesnych mechanizmów sprawiedliwości. Funkcjonariusze nigeryjskiego państwa są zamieszani w ewidentnie kryminalne relacje z buszującym w Nigerii kapitałem międzynarodowym. „Fuck the world, save youself” – to napis na koszulce jednego z bohaterów drugiego filmu z serii. Jedyne, co możesz zrobić.

Filmy te zdają sobie jednak sprawę, że sprawiedliwość w wykonaniu Bakassi Boys, będąc wyjściem nieuniknionym, nie jest jednak bynajmniej rozwiązaniem obiektywnie dobrym. Jest koniecznym, ale jednak złem. Chłopcom Bakassi, stosując szemrane metody, grzęzną w bagnie, z którego mieli swoje społeczeństwa wyprowadzić; wikłają się w kryminalno-korupcyjne mechanizmy tamtejszej władzy. Ukazanie i tego aspektu (który potwierdzają fakty[36]) czyni tę serię, zdaniem McCalla, jeszcze ważniejszą: inne vigilante movies, jak on to nazywa, pokazują, czym Bakassi Boys powinni być i czym ludzie chcieliby, żeby byli – Issakaba pokazuje też, czym się niestety istotnie stali.

 

7.   Perspektywy

 

Pozycja Nollywood na kontynencie afrykańskim jest już ugruntowana. Zdobywa coraz więcej widzów wśród emigrantów nie tylko z Nigerii, ale i z innych krajów afrykańskich. Jonathan Haynes podkreśla jednak, że nikłe są szanse, by w swym obecnym kształcie nigeryjskie filmy wideo spenetrowały głębiej np. rynki zachodnie (jak to się udało indyjskiemu Bollywoodowi). Poziom techniczny większości tych filmów nie spełnia standardów, do jakich przyzwyczajeni są Amerykanie, Europejczycy, mieszkańcy Azji. Ale Haynes jako najważniejszą przyczynę podaje zbyt głęboką różnicę kulturową[37]. Tak duży udział magii i temu podobnych wyobrażeń jest (w każdym razie na pewno dla Zachodu) zbyt trudny do przełknięcia.

Femi Odugbemi z ITPAN podkreśla na łamach specjalnego numeru „AfricaUpdate” poświęconego nigeryjskiej branży filmowej, że na razie wszyscy zachłystują się nowością i ilościowym aspektem produkcji Nollywoodu. Podkreśla jednak, że trzeba nastawić się na jakość, jeżeli chce się osiągnąć długotrwały rozwój nigeryjskiej kinematografii wideo. „Niedawno festiwal filmowy w Berlinie zainteresował się nigeryjskim przemysłem wideo. To dobra wiadomość. Ale były tam też warsztaty zatytułowane ‘Jak zrobić film w 10 dni – przypadek Nigerii’. To już, moi drodzy, nie jest dobra wiadomość”[38]. Należy pogłębić profesjonalizację pracy, stabilnie zinstytucjonalizować podstawy prawne i finansowe, i wreszcie tworzyć szkoły kształcące profesjonalistów.

Wiele osób w branży zgadza się z tymi słowami, nie tylko w teorii, ale i w praktyce. Rozwlekła do niedawna narracja dynamizuje się[39], powstają poważne utwory (jak pokazuje analizowany przez McCalla przykład cyklu Issakaba). Wydłuża się też okres produkcji, w celu osiągnięcia wyższej jakości technicznej i formalnej. Ambitne produkcje mają już okres zdjęciowy trwający do 7 tygodni. Nollywood wyraźnie tworzy swoją klasę A. Jako przykład takiej nowej jakości w Nollywood podaje się często film Osuofia in London (reż. Kingsley Ogoro, 2003).

Nawet jeśli wielka część produkcji jest wciąż miałka (na co narzeka wielu nigeryjskich intelektualistów), to powstała jednak możliwość dość swobodnej afrykańskiej wypowiedzi filmowej. Nawet jeśli ta wielka część na razie reprodukuje stereotypy, które nie bardzo są w interesie samych Afrykańczyków (bardziej w nim leży ich przełamanie), to przynajmniej stworzyli sobie teraz środek wypowiedzi o silnym oddziaływaniu społecznym, który to środek mogą następnie (niektórzy z nich) wykorzystać dla przełamywania tych stereotypów. Zjawisko jest bardzo młode, więc nic nie jest przesądzone, ale można sądzić, że zanosi się na jego rozwój.

Jarosław Pietrzak

Przypisy

[1] Oprócz wzmianek o „kleszczach Nollywoodu” na łamach „Kina” (Przemek Stępień, Afryka: wielka niewiadoma, „Kino” 2006 nr 4, zwł. S. 56)  i mojego artykułu dla „Przekroju” nie ukazało się na ten temat chyba nic. Nawet moi znajomi filmoznawcy dowiadywali się o istnieniu tego zjawiska ode mnie. Co więcej, zanim doszło do tego, że „Przekrój” kupił ode mnie artykuł, przez kilka tygodni usiłowałem zainteresować wszystkie redakcje, które mi tylko przyszły do głowy i ciągle, nawet z poważnego przecież „Kina”, otrzymywałem odpowiedzi, że tematu wziąć nie mogą, bo nikt o nim w Polsce nie słyszał.

[2] Steven Gray, Nigeria On-Screen. ,Nollywood’ Films’ Popularity Rising Among Émigrés, “Washington Post” November 8, 2003, s. E01.

[3] Zob. Immanuel Wallerstein, The Modern World-System, t.1, 1974, t.2, 1980, t.3 1989. Idem, The Capitalist World-Economy, Cambridge 1979. Empiryczne badania socjologiczne właśnie na kontynencie afrykańskim (od których zaczęła się jego kariera naukowa) były jedną z głównych inspiracji (obok marksizmu i teorii „długiego trwania” F. Braudela) dla całościowej teorii Wallersteina.

[4] P. Balcerowicz informował o tym na przykładzie Kenii i Tanzanii. Zob. P. Balcerowicz, Indie – gospodarczy tygrys czy słoń?, „Gazeta Wyborcza” 12.06.2006., s. 25.

[5] Popularny aktor dostaje za film kilka tysięcy dolarów. W ciągu roku może zagrać w kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu. Spowodowało to diametralną zmianę stosunku społeczeństwa do tego zawodu. Wcześniej był to zawód pogardzany, a w przypadku kobiet – stawiany na równi z prostytucją (bo aktorki całują się na ekranie). Rodzina mogła się wyrzec kobiety, która się tym zajmowała. Obecnie aktorzy są uwielbiani a zawód powszechnie pożądany, zwłąszcza przez młodych ludzi, dla których często jest jedynym sposobem wydostania się z nigeryjskiej biedy, niekiedy bardzo wysoko.

[6] Tak podaje Filmmakers Cooperative of Nigeria, konsorcjum 75 firm produkcyjnych z siedzibą w Lagos. Podaję za: Steven Gray, op. cit.

[7] Decyzję podjął dyrektor programowy stacji Ben Kangwa.

[8] Tayo Aderinokun, The Economics of Nigerian Film, Art and Business, “Africa Update”, vol. XI, Issue 2 (Spring 2004): The Nigerian Film Industry. Dostępny on-line.

[9] W USA np. sprzedaje je wysyłkowo witryna www.africamovies.com, której właścicielem jest Bethels Agomah.

[10] Femi Odugbemi, Film as National Patrimony: What the President Said, „Africa Update” op. cit.

[11] Fredric Jameson, Signatures of the Visible, New York-London 1992. Idem, The Geopolitical Aesthetic: Cinema and space in the world system, Bloomington-Indianapolis-London 1992.

[12] Ci dwaj badacze nie ujmują tego oczywiście w kategoriach marksistowskich, którymi ja posługuję się w dalszej części akapitu, co nie zmienia jednak faktu, że ich poczynione z innej (liberalnej) perspektywy obserwacje można też interpretować w sposób marksistowski, przez co stają się bardziej zatrważające. Zob. np. Richard Florida, Rise of the creative class, New York 2004; idem, Flight of the creative class: the new global competition for talent, New York 2005; idem, Cities and the Creative Class, New York 2005. Jeremy Rifkin, Koniec pracy. Schyłek siły roboczej na świecie i początek ery postrynkowej, Wrocław 2001.

[13] Dzięki temu można też wytworzyć bezrobocie w krajach tejże dominującej „triady”, co służy za straszak pozwalający obniżać w nich płace i obniżać standardy socjalne na skalę globalną. Praktyka ta rozwija się na coraz szerszą skalę. Zob np. niezwykle ciekawe i wstrząsające dossier „Nowe formy wyzysku” w „Le Monde diplomatique – edycja polska” 2006 nr 6. Zawiera ono artykuły: Anne Daguerre, Od amerykańskiego „workfare” do europejskiej polityki powrotu do pracy; Antoine Rémond, Oszczędności pracownicze czyli jak uelastycznić płace; Rick Fantasia, Pospolity szantaż w General Motors. Zob. też Przemysław Wielgosz, Ideologie nowego imperializmu, „Lewą Nogą” nr 17.

[14] T. Aderinokun, op. cit.

[15] BBC podaje, że podobną działalność chcą rozkręcić Zambijczycy.

[16] Onookome Okome, Anxiety of the Local: From Traveling Theatre to Popular Video Films in Nigeria.

[17] W filmie Who Killed Okomfo Anokye kapłan voodoo smaruje ciało zmarłego olejkami i liśćmi, po czym śpiewa w języku plemienia, a kobieta obok się modli. Doprowadza to do zmartwychwstania mężczyzny. Zob. S. Gray, op. cit.

[18] W jednym z filmów oskarża się kobietę o zarażenie męża wirusem HIV, nie zwracając najmniejszej uwagi na jego własny promiskuityzm. S. Gray, op. cit.

[19] Zob. np. Steven Gray, op. cit.

[20] Jonathan Haynes, Nigerian Video Films, Athens, Ohio, 2000 (Africa Series no. 73).

[21] John C. McCall, Dancing Histories: Heuristic Ethnography with the Ohafia Igbo, Michigan 2000.

[22] Np. Idem, Madness, Money and Movies: Watching Nigerian Popular Videos with a Native Doctor’s Guidance, “Africa Today”, vol. 49, nr 3, 2002 s. 78-94.

[23] John C. McCall, Juju and Justice at the Movies: Vigilantes in Nigerian Popular Videos, „African Studies Review”, vol. 47, nr 3, 2004, s. 51-67.

[24] Zob. Johannes Harnischfeger, The Bakassi Boys: Fighting Crime in Nigeria, “The Journal of Modern African Studies” 2003 nr 41 (1), s. 23-49. Bruce Baker, When the Bakassi Boys Came: Eastern Nigeria Confronts Vigilantism, “Journal of Contemporary African Studies” 2002 nr 20 (2), s. 223-44. Harry Nwana, Who Are the Bakassi Boys?, “Vanguard” 2000 December 28. http://www.news24.com/News24/Africa/West_Africa/0,1113,2-11-998_1032011,00.html

[25] Nie jest to jedyna nigeryjska seria filmowa czy film poświęcony zjawisku vigilantes. Inne znane przykłady to Ashes-to-Ashes, mierny Baku Boys, czy Bakassi Girls. Issakaba jest zdaniem McCalla najlepszy z tego już wyklarowanego w Nigerii podgatunku.

[26] Human Rights Watch/CLEEN, The Bakassi Boys: The Legitimization of Murder and Torture, “Human Rights Watch/CLEEN” 14 (5).

[27] Achille Mbembe, On the Postcolony, Berkeley, 2001.

[28] Temu konkretnemu aspektowi poświęcona jest praca: Chinua Achebe, The Trouble of Nigeria, London, 1984.

[29] J. C. McCall, Juju…

[30] Zob. np. United Nations Office for the Coordination of Humanitarian Affairs, Nigeria: Focus on Rising Cases of Political Assassination, 2002, http://www.irinnews.org/advsearch.asp

[31] Zob. np. Jason Leopold, Halliburton and the Dictators: The Bloody History of Cheney’s Firm, “Counterpunch” 2003 April 16. http://ccmep.org/2003_articles /Iraq/041603_halliburton_and_the_dictators.htm oraz Hector Igbikiowubo, Halliburton’s $5m Tax Evasion Scandal Attracts Calls for Disclosure, “Vanguard” 2003 May 27. http://allafrica.com/stories/200305270403.html

[32] Peter Ekeh, A Review of HRW’s and CLEEN’s Report ‚The Bakassi Boys: The Legitimization of Murder and Torture’ on State Sponsored Vigilante Groups in Nigeria, http://www.africaresource.com/scholar/ekeh3.htm 2002. Oraz: Obi Akwani, The Truth about the Bakassi Boys, 2002, http://www.gamji.com/NEWS1606.htm

[33] Praktyki te opisuje obszerna literatura antropologiczna. G.T. Basden, Among the Igbo of Nigeria, Lagos, 1921. P. Amaury Talbot, Life in Southern Nigeria, London 1923. Idem, Tribes of the Niger Delta, New York 1932.

[34] J.C. McCall, Madness…

[35] Zob. Michel Foucault, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, przeł. Tadeusz Komendant, Warszawa 1998.

[36] McCall poleca np. zobaczyć: Philipson Abuja, I Was Raped for 60 Days, “The News” (Lagos) 2002, October 22. http://allafrica.com/stories/200210220155.html; Vincent Ujumadu, Police Raid 5 Bakassi Boys’ Strongholds, Free 46, “Vanguard” 2002, August 9.

[37] Za: S. Gray, op. cit.

[38] F. Odugbemi, op. cit.

[39] J.C. McCall, Juju…


Tekst ukazał się pierwotnie w 2006 roku (nie potrafię ustalić dokładnej daty) na nieistniejącej już stronie Ecriture.com.pl,

 

Świecki mit nowoczesnych Indii

Mother India Mehbooba Khana

Każdy zna Indirę Gandhi. Nie każdy jednak w Europie wie, na co powoływał jej polityczny wizerunek. Nieformalny pseudonim „Matka India”, slogan India is Indira, cała polityczna ikonografia, za pomocą której zwracała się do swojego społeczeństwa [1] – wszystko to zbudowane było na odniesieniach do indyjskiego filmu wszech czasów, filmu, który stanowi apogeum i „dzieło absolutne” klasycznego okresu kina bombajskiego [2], później (na początku lat 80.) nazwanego bollywoodzkim [3]. Ten niesamowity film jest jednym z najważniejszych dzieł w dziejach największej kinematografii planety, wziął szturmem ekrany Azji Południowej, Południowo-Wschodniej i świata islamu, zgarnął wiele nagród, w tym nominację do Oscara za najlepszy film zagraniczny, ale pozostaje wciąż niemal zupełnie nieznany w Polsce. Mother India muzułmańskiego socjalisty Mehbooba Khana, reżysera i producenta, który w logo swojej wytwórni Mehboob Productions umieścił na czerwonym tle cokół z inicjałem M wkomponowanym w symbole, w które wierzył: sierp i młot. Indira Gandhi konstruowała swój wizerunek z odniesień do tego filmu i do ikonografii jego gwiazdy, która stała się zarazem tego filmu synonimem: Nargis, najbardziej legendarnej aktorki filmowej XX-wiecznych Indii.

Dlaczego Indira upatrzyła sobie Nargis i ten film? Nie chodzi „tylko” o to, że jest arcydziełem. Bo jest – arcydziełem gatunku „Bombay Cinema” [4]. Chodzi o to, że ten film jest mitem – nie w żadnym tam metaforycznym sensie, ani też nie w sensie, w jakim do mitycznych struktur odwoływali się XX-wieczni pisarze. Ten film naprawdę jest mitem – w ścisłym, antropologicznym sensie tego słowa. Świeckim mitem założycielskim nowoczesnych Indii. W październiku 2007 roku minie 50 lat od jego premiery w kinie Liberty w Bombaju – do dzisiaj nie zszedł z ekranów indyjskich kin; mówi się, że od święta Diwali 1957 nie było dnia, żeby film nie miał przynajmniej jednego seansu gdzieś na subkontynencie [5].

Zachód, królestwo „Rortiańskiej ironistki”, która żadnej z dostępnych jej narracji nie traktuje z powagą, która by z niej czyniła metanarrację czy „wielką narrację”, z trudem wyobraża sobie kulturę wciąż metanarracje posiadającą. Indie są tymczasem taką właśnie kulturą. Starożytne eposy, Mahabharata, Ramajana [6], a także mity mniejszych społeczności składających się na tę niezwykle złożoną cywilizację, nie utraciły wciąż takiego statusu. Ale nie wszyscy Indusi to hindusi. Oprócz nich sto kilkadziesiąt milionów muzułmanów, sikhowie, parsowie, społeczność anglo-indyjska, i inni. Do tego hinduizm nie jest jednolitą religią, a konglomeratem dziesięciu tysięcy bardzo zróżnicowanych kultów, z których część mieści się w kręgu tradycji sanskryckiej, indoaryjskiej, ale jest też wiele zupełnie innych prastarych tradycji drawidyjskich. Weźmy jeszcze do tego setki języków, jakimi się w tym kraju mówi. W nowoczesnej kulturze Indii spoiwem tego wszystkiego, metajęzykiem, który jest ponad tymi wszystkimi podziałami, jest kino popularne, którego najważniejszy, choć bynajmniej nie jedyny, ośrodek znajduje się w Bombaju. Kino stanowi fundament wspólnej kulturowej tożsamości współczesnych mieszkańców tego kraju [7], a kina są „świątyniami nowoczesnych Indii” [8].

Jak rodził się mit?

Francuski antropolog Claude Lévi-Strauss twierdził, że mit, który obumiera jako mit lub przedostaje się do innej kultury, dla której nie ma tak ogromnego znaczenia (bo zbudowana jest ona na fundamentach zupełnie innych opowieści), staje się bajką [9]. Będący pod ogromnym wrażeniem Lévi-Straussa (i strukturalizmu w ogóle) Italo Calvino polemizował z tym stanowiskiem:

Mówi się jak dotąd, że bajka jest opowieścią z domeny profanum, czymś, co przychodzi po micie, jego korupcją, wulgaryzacją lub sekularyzacją, albo też, że mit i bajka współistnieją i są dla siebie wzajemną przeciwwagą, pełniąc każde odmienną funkcję w tej samej kulturze. Logika mojej argumentacji prowadzi jednak […] do wniosku, że to tworzenie bajek poprzedza powstanie mitu. Znaczenie mityczne jest czymś, co wyłania się poprzez proces nieustannej zabawy funkcjami narracyjnymi.

Mit ma tendencję do krystalizowania się w sposób nagły, do wpadania w ustalony układ wzorów, do przechodzenia z fazy tworzenia mitu do fazy rytuału i tym samym z rąk narratora do rąk plemiennych instytucji odpowiedzialnych za przechowywanie i celebrację mitów. Plemienny system znaków jest uporządkowany w odniesieniu do mitu; pewna liczba znaków staje się tabu, wówczas ‘świecki’ opowiadacz nie może stosować ich bezpośrednio. Musi krążyć dokoła nich i wynajdować nowe rozwiązania kompozycyjne, dopóki w toku tej metodycznej i obiektywnej pracy nie dozna kolejnego objawienia ze strony tego, co nieświadome i zakazane. A to zmusza plemię do zmiany swego systemu znaków raz jeszcze.[10]

Nie mnie rozstrzygać, który z nich miał rację, ale film Mehbooba Khana Mother India oraz droga do jego powstania są argumentem na rzecz stanowiska Calvino. Mother India ma w Indiach rangę mitu, opowieści, która ustanawia świat, jego porządek, sposób jego wyobrażania i system wartości, a czyni to poprzez niezwykłą koncentrację i kompozycję tego, co nieświadome z tym, co święte i tego, co święte z tym, co zakazane. Jedyna różnica polega na tym, że tym razem nie działo się to w społeczeństwie plemiennym, na którego przykładzie mówi o tym Calvino, a w społeczeństwie, które stanęło przed wyzwaniem stworzenia własnej wersji nowoczesności. Zanim powstała Mother India, ta Mother India, którą w Indiach zna każdy człowiek, zanim Mehboob Khan i jego współpracownicy doznali „objawienia ze strony tego, co nieświadome i zakazane”, znaki i funkcje narracyjne, z których składa się indyjski film wszech czasów, były tasowane, komponowane i przepracowywane kilkakrotnie [11].

A zaczęło się od walki kolonizowanych i kolonizatorów o symbole, ich prawomocne znaczenie, interpretację i używanie. Bowiem pierwszym tekstem pod tytułem Mother India było coś zupełnie innego: napisana z pozycji i punktu widzenia kolonizatorów rasistowska książka Katherine Mayo z 1927 roku [12]. Mayo była swoistą „pre-inkarnacją” Oriany Fallaci: spędziła życie na wyszukiwaniu uzasadnień dla trwania porządku kolonialnego. Posłużyła się argumentem problemów indyjskich kobiet, seksualnej przemocy i eksploatacji w celu uzasadnienia rasistowskich tez o konieczności trwania w Indiach brytyjskiego panowania (panowania, które skazało dziesiątki milionów mieszkańców „najbardziej bajecznego z królestw Wschodu” na śmierć głodową [13]). Mother India Mayo była w pierwszej połowie XX wieku najbardziej znaną, czytaną i wpływową książką o Indiach w świecie anglosaskim. To ona narzuciła milionom ludzi rasistowskie wyobrażenia o subkontynencie i jego mieszkańcach. Odniesienie do tej książki stanowiło jeden z ważnych tematów indyjskiego ruchu antykolonialnego.

Film Mehbooba Khana, przybierając taki tytuł, był post- i antykolonialną odpowiedzią Indii na kolonialną książkę Mayo. Miał odebrać frazie Mother India znaczenia przypisane przez kolonizatorów i nadać jej inne, nowe i własne, indyjskie. Nawet nie nadać. Przywrócić. Bo fraza ta przywołuje w indyjskiej kulturze bardzo szerokie echo, stanowi w niej transcendental signifier, jak to ujmuje Vijay Mishra. „Mother India” to przywołanie starego zwrotu hindi bhārat mātā (‘matka India’) obarczonego ogromnym ciężarem konotacji, poetyckiego mādre hind w urdu (to samo), sanskryckiego matrbhūmi (‘matka-ziemia’), a także słynnej nacjonalistycznej pieśni Bankima Chandry Bande Mātaram [14].

Ale film Mehbooba Khana też nie nastąpił od razu. Bo najpierw jeszcze był inny, dziś już prawie zapomniany film pod tym samym tytułem z 1938 roku, w reżyserii Gunjala. A jeszcze kilkanaście lat przed powstaniem tej Mother India, jej reżyser Mehboob Khan zrobił w 1940 roku film Aurat („Kobieta”), który opowiada niemal tę samą historię i jest przygotowaniem do późniejszego filmu wszech czasów. Jest bardziej skoncentrowany na bohaterce, na kobiecie, chwalony za realizm, choć fascynacja poetyką włoskich neorealistów ogarnęła indyjskich filmowców dopiero po międzynarodowym festiwalu filmowym w Delhi w 1952. Aurat to film zawdzięczający wiele radzieckiej Matce Wsiewołoda Pudowkina z 1927 według dramatu Gorkiego oraz amerykańskiemu filmowi The Good Earth z 1937, na podstawie książki Pearl Buck o chińskiej chłopskiej rodzinie. Główną rolę w Aurat grała Sardar Akhtar.

Struktura mitu

W 1957 roku Mehboob Khan opowiedział tę samą historię jeszcze raz, obsadzając w głównej roli Nargis, tym razem doznając objawienia, o którym pisał Calvino. Trzy lata produkcji, trzysta dni zdjęciowych! Tak powstał świecki, epicki mit nowych Indii, w którym „uniwersalne pryncypia moralne przekraczają różnice religijne i kastowe, kładąc podwaliny pod nowy porządek symboliczny niepodległych Indii” [15]. W przeciwieństwie do Aurat, film opowiada o całej wiejskiej społeczności, której główna bohaterka Radha staje się z czasem symboliczną depozytariuszką.

Jak każdy mit, Mother India koncentruje i zderza bardzo silne przeciwieństwa, napięcia i zestawienia, dzięki czemu generuje tak ogromną ilość znaczeń i konotacji. Bohaterka odgrywana przez Nargis ma na imię Radha. Jest to imię kochanki Kriszny, ale filmowa Radha, choć jest też kochanką, to głównie jednak jest żoną i matką, więc reprezentuje kompleks znaczeniowy innego mitycznego wcielenia kobiecości w indyjskiej kulturze: Sity. Jej mąż (Raaj Kumar), który utracił w wypadku ręce, odchodzi pewnej nocy, by nie być dłużej ciężarem dla swojej rodziny, której bez rąk nie może już wyżywić. Imienne skojarzenie z mityczną kochanką podkreśla edypalny charakter relacji łączącej ją i młodszego syna, Birju. Birju to urodzony buntownik, od dzieciństwa kwestionujący społeczny i moralny porządek. Niemal odruchowo buntuje się przeciwko nierównościom i niesprawiedliwościom, odmawia podporządkowania się niesprawiedliwej karze i niesprawiedliwej władzy, podczas gdy matka, Radha, godzi się na nie, by podołać największemu zadaniu swego życia: pomimo biedy samodzielnie wyżywić i wychować swoje dzieci. Ale zarazem walczy, a pod koniec – mści cześć (lāj) kobiety, której zagraża jej własny buntowniczy syn.

Dorosły Birju porywa dziewczynę z tej samej wioski, córkę wielkiego właściciela, Rupę, z którą nie może się związać z powodu dystansu społecznego i której ojca pragnie całe życie ukarać za niesprawiedliwości i upokorzenia, jakie zadaje wieśniakom, w tym jego rodzinie. Matka, która w jego imieniu i obronie przysięgła kiedyś całej wiejskiej społeczności, że jej syn nigdy już nie nastanie na cześć żadnej kobiety, zabija go. Przysięgła bowiem, że sama go zabije, jeśli on złamie jej poręczenie. Jeden z wielkich toposów indyjskiej kultury: „śmierć zadana ukochanej osobie przez usankcjonowany społecznie podmiot” [16]. Spojrzeniem, które wiąże narracyjnie i montażowo ogromną część filmu, a więc spojrzeniem widza, jest spojrzenie Birju, który zarazem podważa kulturowe przyzwyczajenia Indusów. Zostaje jednak pokonany. Ale klamrowa sekwencja budowy tamy zdaje się znaczyć, że na tej ofierze założony ma być nowy, egalitarny porządek (jest to więc mord założycielski z koncepcji René Girarda).

Jak każdy mit, Mother India generuje obrazy i sceny działające z potężną mocą archetypu. Utrata rąk męża Radhy pod ciężarem głazu. Powódź i matka, która chroni dzieci przed wielką wodą podtrzymując na własnych barkach pleciony z drewna i wikliny podest, na którym chronią się jej dzieci. Dziecko (mały Birju) ratujące matkę przed wężem. Pług ciągnięty na barkach matki niczym krzyż. No i oczywiście śmierć zadana synowi przez tę, która mu dała życie i która najbardziej ze wszystkich ludzi go kochała.

 

Matka: Birju, zostaw Rupę albo cię zabiję!

Birju: Nie możesz mnie zabić, jesteś moją matką.

Matka: Ale jestem też kobietą.

Birju: Jestem twoim synem.

Matka: Rupa jest córką całej wioski, więc jest też moim honorem. Birju, mogę stracić syna. Nie mogę poświęcić czci (lāj).

Birju: Strzelaj, jeśli potrafisz. Ja też nie mogę poświęcić mojej przysięgi.

 

Matka wykrzykuje wówczas jego imię i strzela do niego z karabinu.

 

Nargis: muzułmanka ucieleśnia Indie

Najpotężniejszym obrazem generowanym przez film Mehbooba jest figura matki. Tak totalnej, panindyjskiej figury matki, nie było wcześniej w tej kulturze [17]. Matki, która przez akt usankcjonowanego symbolicznie zabójstwa własnego dziecka staje się „matką wioski”, a przez konotację z sanskryckim matrbhūmi, oraz za sprawą obrazów pracy na roli, czy słynnej sceny, w której grzęznąc w błocie po powodzi podnosi garść ziemi, zlewa się także w jeden wielki kompleks znaczeniowy Matka-Ziemia-Kraj. Tym samym Radha czyli Nargis stała się ucieleśnieniem Indii.

Nargis sama w sobie jest opowieścią, wielką opowieścią. W indyjskiej kulturze najsłynniejsi aktorzy filmowi stają się „równoległym tekstem kultury” o intensywności i znaczeniu właściwych tylko temu społeczeństwu, będących konsekwencją oralnego podłoża tej kultury i roli aktora w jej tradycyjnych sztukach widowiskowych [18]. Ów tekst formuje się z wcieleń ekranowych połączonych w jedną narrację z tymi elementami prawdziwego życia (lub rozpowszechnionymi domysłami), które stają się częścią zbiorowej wyobraźni Indusów. Nargis wytworzyła najważniejszy jak dotąd taki tekst jeżeli chodzi o kobiety. Jej matka, kothevālī (czyli kurtyzana, aktorka i tancerka) o imieniu Jaddanbai, uczyniła z niej aktorkę filmową już w wieku kilku lat, a gwiazdę – 14.

Była kochanką wielkiego Raja Kapoora – i jego wieloletnią muzą (filmy Aag, Awara, Shree 420). Ich duet artystyczny i osobisty zakończył się, gdy Raj Kapoor odmówił poślubienia jej i posiadania z nią dzieci. Po Mother India nie zagrała już równie wielkiej roli. Ale film Mother India miał swój sequel: resztę życia Nargis [19], która zaczęła okres swojego panowania nad zbiorową wyobraźnią Indusów. Nargis poślubiła potem swojego ekranowego syna-buntownika, czyli aktora Sunila Dutta (na planie filmu uratował ją z płomieni, które zajęły jej sari). Wywołała tym ogromne poruszenie, gdyż dla Indusów, w związku z mechanizmami, jakie rządzą w Indiach generowaniem „aktora jako tekstu”, on był jej synem. Edypalny podtekst Mother India nałożył się więc na postrzeganie dalszego ciągu życia Nargis, a ów dalszy ciąg na ponowne odczytania filmu. Jedno z ich wspólnych dzieci, również aktor Sanjay Dutt, zasłynął w pewnym momencie poważnymi problemami z prawem (oskarżony o szmuglowanie broni), co budziło skojarzenia z ekranowym buntownikiem Birju.

Nargis była muzułmanką. I jako muzułmanka stała się dla społeczeństwa w większości złożonego z wyznawców hinduizmu wcielonym obrazem ich kraju. Na tym polegał zamysł Mehbooba Khana. Jego wizja egalitarnych Indii przechodzących do porządku dziennego nad całym wewnętrznym zróżnicowaniem „kultury tysiąca kultur” wymagała właśnie tego, by Indie-Matkę-Kraj ucieleśniła Inna/Obca. Najważniejszym Innym jest dla Indii islam, bo jest częścią ich samych, a zarazem zakładając istnienie tylko jednego Boga i odrzucając jako fałszywego każdą inną opcję, jest on szokująco odmienny od wszystkich pozostałych tradycji religijnych, które przez tysiąclecia kształtowały i złożyły się na całość tej cywilizacji [20]. Indie zasadniczo uznają wszystkie formy kultu religijnego za mniej lub bardziej udane próby zbliżenia się do tej samej, ale ukrytej przed człowiekiem zasłonami różnych złudzeń „istoty rzeczy”; wszystkie kulty są więc teoretycznie równie prawomocne, tyle tylko że związane z odrębnymi tożsamościami. Oblekając krąg znaczeniowy Matka-Ziemia-Kraj w ciało muzułmanki, Mehboob chciał uniemożliwić odrzucenie przez Indie swego największego (i kluczowego) Innego. Miał prawo się tego bać, znając dramatyczne konsekwencje podziału Indii przez Brytyjczyków w 1947 roku.

Że Mehboob Khan chciał osiągnąć coś takiego, powierzając tę rolę muzułmance, to jedno. Ale najbardziej zdumiewające jest to, że mu się to udało. Chidananda Das Gupta sugeruje, że bierze się to z samej istoty fenomenu, jakim jest bombajskie kino popularne jako hybrydyczny twór zoroastryjsko-judeo-chrześcijańsko-muzułmański [21]. To prawda, że w bombajskim świecie filmowym, który jako pierwszy w Indiach (już w latach 30. XX wieku) całkowicie i definitywnie odrzucił wszelkie ograniczenia i podziały kastowe, mamy też do czynienia ze zdumiewającą nadreprezentacją wszelkich nie-hinduskich mniejszości (mówi się nawet, że aż co trzeci bollywoodzki filmowiec jest muzułmaninem). Jest też prawdą, że choć estetyka kina bombajskiego jest realizacją założeń Natjaśastry, starożytnego traktatu o teatrze, to głównym źródłem, z którego wyłoniło się ono bezpośrednio, był teatr bombajskich parsów (przybyłych przed wiekami z Persji wyznawców zoroastryzmu), który z założeń właściwych indyjskiemu teatrowi w ogóle i z ich zderzenia z teatrem angielskim wyciągnął najbardziej eklektyczne konsekwencje. To taki właśnie lineaż odpowiada za szokujący nieraz dla nowicjuszy eklektyzm Bollywoodu [22]. Dlatego Salman Rushdie opisał kiedyś kino bombajskie formułą „Mythico-Epico-Tragico-Comico-Super-Sexy-High-Masala-Art”.

Ale to nie wszystko. Eklektyzm teatru parsów i w konsekwencji kina bombajskiego to tylko najbardziej spektakularne wcielenie eklektyzmu i inkluzywnego charakteru indyjskiej kultury jako takiej. Nadreprezentacja różnego rodzaju „innych” w światku filmowym Bombaju jest wypadkową ogólnej fascynacji tej kultury „obcym” i wszystkim, co „obce”. Indie definiują się przez nieustającą redefinicję. Redefinicję przez permanentną inkluzję tego, co jeszcze dopiero co było „obce”. Eklektyzm i estetyka nadmiaru w ich sztuce, w tym w kinie, biorą się przecież właśnie z tego. Żeby Radha/Nargis stała się nowoczesną, laicką boginią tworzącego się postkolonialnego społeczeństwa, jej „obcość” była prawdopodobnie niezbędnym tego warunkiem [23]. Żeby społeczeństwo to mogło dać wyraz pragnieniu stworzenia własnej nowoczesnej, przekraczającej ograniczenia tożsamości, jego bogini musiała być Obcą.

Mit, historia i polityka

W (i wokół) Mother India spotykają się rozmaite sprzeczności, napięcia i paradoksy okresu tworzenia wyzwolonych z kolonialnej opresji Indii. Już w czołówce filmu marksistowskiemu logo Mehboob Productions towarzyszy z offu recytowany w urdu fatalistyczny wiersz. Wizja postępu symbolizowana przez budowę tamy łączy się z apoteozą chłopa i rzemieślnika (wątek gandhyjski), a także z przekonaniem o ciągłości kulturalnej Indii (element doktryny Nehru). Jeden z problemów, z jakimi pragnął się uporać Trzeci Świat: wyrwać się z zaklętego kręgu zacofania, odziedziczonego po stuleciach eksploatacji kolonialnej, przy jednoczesnej świadomości, że miażdżącą większość własnych społeczeństw stanowią rolnicy, a społeczeństw rozwiniętych gospodarczo – robotnicy i klasa średnia. Egalitarne Mehbooba Khana pragnienie przekroczenia wszelkich różnic wewnątrz społeczeństwa indyjskiego zderzają się z ostro patriarchalnym (a więc antyegalitarnym w odniesieniu do różnicy płci), centralnym w tym filmie pojęciem lāj – czci kobiety, w obrębie której najbardziej delikatną kwestią jest jej czystość seksualna. Dyskurs marksistowski posługujący się elementami specyficznego emancypacyjnego nacjonalizmu rozumianego jako warunek wydobycia się z pozycji ekonomicznego upośledzenia.

Te sprzeczności mogłyby może nawet posłużyć za punkt wyjścia dla rozważań, dlaczego projektu wyzwolenia się z wytworzonego przez kolonializm zacofania, projektu kojarzonego z hasłem „Bandung”, nie udało się jak dotąd Trzeciemu Światu, dla którego Indie były moralnym wzorem, zrealizować. Obietnica, jaką ten projekt składał, a więc między innymi obietnica dokonanej przez równość powszechnej wolności od głodu (o to chodzi w filmie w wątku tamy – regulowanie wody ma zapobiec powtórce z klęski głodu, która wynikła z wcześniejszej powodzi), pozostaje wyzwaniem, którego wciąż nie można porzucić. To, że postulatów wpisanych w Mother India nie udało się do dzisiaj satysfakcjonująco urzeczywistnić, nie pozbawia tych postulatów moralnej wartości. Podobnie to, że całkowita i bezwarunkowa inkluzja islamu wciąż nie stała się faktem (za sprawą integrystów z obu stron, dla których kluczowym symbolem jest meczet w Ayodhyi), nie pozbawia wartości i znaczenia tego projektu, jako zadania, nad którym wciąż należy pracować.

Dlatego też film Mehbooba Khana nie traci swojej pozycji w kulturze Indii. Indira Gandhi nie była jedyną, która odniesień do niego używała w polityce. Gdy Rajendra Kumar, grający starszego, statecznego syna Radhy, wstąpił na drogę kariery politycznej, jego dyskurs powracał często do filmu i opisywanych przezeń opozycji politycznych: Birju reprezentował postawę aktywnego rewolucjonizmu, jak Bhagat Singh (czy Mangal Pandey), natomiast Matka była figurą gandhyjskiego biernego oporu bez stosowania przemocy [24]. Ustanowione bądź przemodelowane przez film Mehbooba toposy powracają w tamtejszym kinie popularnym. Postać kobiety-mścicielki z wielu późniejszych filmów, to – mówiąc quasi-Jungiem – symbole archetypu ufundowanego przez Radhę/Nargis. Są punktem odniesienia dla autorskiego realistycznego kina społecznego (Radha w filmie Deepy Mehty Fire nie przez przypadek ma tak na imię). I w literaturze. Bez odwołań do Mother India nie byłoby Ostatniego westchnienia Maura Rushdiego.

 

Przypisy

[1] Rajeswari Sunder Rajan, Real and Imagined Women: Gender, Culture and Postcolonialism, London/New York 1993, s. 109-110. Vijay Mishra, Bollywood Cinema: Temples of Desire, New York/London 2002, s. 62.

[2] V. Mishra, op.cit., s. 66.

[3] Nazwę Bollywood ukuł ponoć na początku lat 80. dziennikarz indyjskiego pisma filmowego „Cineblitz”.

[4] Vijay Mishra postuluje nazywać kino bombajskie/bollywoodzkie gatunkiem [genre], choć gatunkiem rozciągliwym i wewnętrznie heterogenicznym, jak powieść w literaturze. I mnie przekonał, choć np. Rajinder Kumar Dudrah (Bollywood: Sociology Goes to the Movies, New Delhi/Thousand Oaks/London 2006, s. 175-180) dzieli kino bollywoodzkie na sześć gatunków (filmy religijne, historyczne, społeczne, muzułmańskie filmy społeczne, masala i romantyczne), to jednak wydaje mi się mniej trafną propozycją. Ten podział należałoby ewentualnie traktować raczej jako podgatunki, pomiędzy którymi na dodatek nie ma ścisłych granic.

[5] V. Mishra, op.cit., s. 66.

[6] Ramajana i Mahabharata pozostają zresztą skarbnicami najważniejszych matryc fabularnych dla popularnego kina hindi.

[7] V. Mishra, op. cit. Sumita S. Chakravarty, National Identity in Indian Popular Cinema 1947-1987, Austin 1993, s. 310.

[8] Chidananda Das Gupta, The Painted Face of Politics: The Actor-Politicians of South India, [w:] Cinema and Cultural Identity, red. Wimal Dissanayake, Lanham, s. 130.

[9] Claude Lévi-Strauss, Analiza morfologiczna bajki rosyjskiej, „Pamiętnik Literacki” rocznik LIX (1968) nr 4, s. 267-284.

[10] Italo Calvino, Cybernethics and Ghosts, [w:] The Uses of Literature: Essays, przeł. (na ang.) P. Creagh, New York 1986, s. 23.

[11] Proces genezy filmu relacjonuję na podstawie rozdziału The texts of „Mother India” książki Mishry.

[12] Katherine Mayo, Mother India, London 1927.

[13] Zob. Mike Davis, Late Victorian Holocausts. El Niño Famines and the Making of the Third World, London/New York 2001.

[14] V. Mishra, op. cit., s. 68.

[15] V. Mishra, s. 77.

[16] V. Mishra, s. 86.

[17] Chidananda Das Gupta, The Painted Face. Studies in India’s Popular Cinema, Delhi 1991, s. 111.

[18] V. Mishra, s. 125-156.

[19] V. Mishra, s. 63.

[20] Gerald James Larson,India’s Agony over Religion, Albany 1995.

[21] Ch. Das Gupta, The Painted Face. Studies…, s. 119-123.

[22] Przy okazji rozpowszechnianego w Polsce filmu Jestem przy Tobie nasi dziennikarze nie mogli się nadziwić, że jeden film może być za jednym zamachem szaloną komedią, pełnym efektów specjalnych kinem akcji, melodramatem, opowieścią o perypetiach studentów college’u, musicalem i dramatem rodzinnym.

[23] Por. Parama Roy, Indian Traffic. Identities in Question in Colonial and Postcolonial India, Berkeley 1998, s. 168.

[24] W wywiadzie z 26 grudnia 1990 roku. Zob. V. Mishra, s. 84-85.

Jarosław Pietrzak


 

Tekst ukazał się drukiem w miesięczniku Le Monde diplomatique – edycja polska, nr 3 (25), marzec 2008.