Trump, ONZ i upadek Imperium

19 czerwca 2018 ambasadorka USA przy ONZ Nimrata Randhawa, ukrywająca się pod pseudonimem Nikki Haley, ogłosiła, że Stany Zjednoczone występują z Rady Praw Człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych (UNHRC), ciała pomocniczego Zgromadzenia Ogólnego. Rada bowiem, w uzasadnieniu Haley, systematycznie uniemożliwia podjęcie kroków przeciwko “zbrodniczym reżimom” takiej np. Wenezueli czy Iranu, obsesyjnie w zamian atakując „państwa o wzorowym dorobku w zakresie praw człowieka”, takie jak Izrael.

Sednem sprawy jest bez wątpienia ten ostatni. Wbrew temu, jak niektórzy donoszą o tym wydarzeniu w Polsce, nie ma ono bezpośredniego związku z naruszeniami praw człowieka przez samą administrację Trumpa, np. w procederze masowych deportacji i związanego z nimi odbierania dzieci rodzicom. Amerykańskie pogwałcenia praw człowieka zawsze pozostawały poza realnym zasięgiem prawa międzynarodowego, nie brakowało ich też pod administracją Obamy. Stany Zjednoczone mogłyby jednocześnie zasiadać sobie wciąż w UNHRC i mnożyć u siebie obozy koncentracyjne – i nikt z zewnątrz nie mógłby nic z tym zrobić, tak jak nie mógł nigdy wcześniej.

Szokujący gest Waszyngtonu w oczywisty sposób wpisuje się w ciąg proizraelskich posunięć amerykańskiej dyplomacji, bynajmniej nie zapoczątkowanych przez administrację Donalda Trumpa. Co się istotnie zmieniło, odkąd w Gabinecie Owalnym swoje kiczowate złote zasłony zawiesił nieobliczalny marchewkowy pajac, to styl w jakim są one rozgrywane. Reprezentantka administracji Trumpa w ONZ obróciła posiedzenia Rady Bezpieczeństwa i Zgromadzenia Ogólnego w scenę bezceremonialnych fochów Waszyngtonu i jawnych pogróżek pod adresem tych państw i instytucji, które odmawiają potulnego wykonywania amerykańskich poleceń.

Siła i konwenanse

Oczywiście, kolejne skandaliczne posunięcie USA słusznie wywołuje gniew i oburzenie, bo ujawnia stopień, w jakim Imperium Amerykańskie lekceważy prawo międzynarodowe, jego instytucje i ideały, a także jego inne podmioty. Zerwanie przez Waszyngton zasłony hipokryzji budzi uzasadnione obawy: co jeśli ta hipokryzja, wraz z wymuszoną przez nią grą pozorów, bywała czasem ostatnim hamulcem, powstrzymującym USA przed robieniem na arenie międzynarodowej wszystkiego, na co miałyby ochotę i na co im pozwala ich militarna potęga?

Jednak potęga Imperium Amerykańskiego opierała się od II wojny światowej owszem na nagiej sile, ale w połączeniu z grą pozorów, w połączeniu z propagandowymi ściemami o wolności i demokracji, z poszanowaniem, przynajmniej na powierzchni i dla niektórych, pewnych reguł międzynarodowego „ceremoniału”. Wszystko to sprawiało, że miliony ludzi w różnych częściach świata, nierzadko całe lub prawie całe społeczeństwa, wierzyły w amerykańskie argumenty tam, gdzie USA uciekały się jednak do nagiej siły, w te wszystkie baśnie o „przywództwie wolnego świata”, w zawsze dobre chęci, nawet tam, gdzie rezultaty były katastrofalne. Wierzyły we „wspólnotę wartości”, stabilność takiego porządku, w sens tego, żeby w ich kraju albo w jego sąsiedztwie stacjonowali amerykańscy Marines, itd. Pozbywając się tej fasady, pozostawiając arogancję i siłę bez kamuflażu, Imperium Amerykańskie na dłuższą metę podkopuje swoją własną potęgę, swoją globalną hegemonię, obnażając przemoc, na jakiej jest ona zbudowana. W reakcji na samą tylko nagą siłę ludzie najpierw może i reagują bojaźnią i trwogą, ale potem przechodzą w gniew i opór.

W takich warunkach szybko okaże się, że nagle wcale nie jesteśmy tacy osamotnieni z naszymi antyimperialistycznymi przekonaniami o tym, czym naprawdę są Stany Zjednoczone, że te nasze poglądy nagle nie są już niczym ekscentrycznym. Amerykańska dominacja traci swoją legitymizację, traci swoją oczywistość i uzasadnienia. Wbrew pozorom traci też swoją skuteczność.

Donald i Bibi

Skoro akty największej arogancji administracji Donalda Trumpa na arenie międzynarodowej tak często rozgrywają się wokół Izraela, to i na tym właśnie przykładzie można pokazać, jak to działa.

Uznając wszystkie pretensje Izraela i stając otwarcie po jego stronie, odrzucając odgrywaną przez dziesiątki lat farsę, że Stany Zjednoczone są w sprawie neutralnym mediatorem, Trump krótkoterminowo umocnił tak samego premiera Binjamina Netanjahu (ksywka Bibi), jak i cały reżim izraelskiego apartheidu. Ale tylko krótkoterminowo, bo tym, co temu reżimowi gwarantowało taką bezkarność i utrzymywanie okupacji jako stanu de facto permanentnego, była właśnie ta porzucona farsa: „proces pokojowy”, amerykańskie „mediacje”, obietnice, że kiedyś jakieś tam państwo palestyńskie powstanie, że z Jerozolimą – tylko że cały ten „konflikt” jest tak strasznie „skomplikowany”!

Kiedy Ameryka przestaje udawać mediatora i ogłasza się otwarcie tym, czym od pół wieku przecież była, aktywną stroną, splecioną w miłosnym uścisku z Izraelem, zainteresowaną tylko jego interesami, cała ta konstrukcja zaczyna się rozpadać. Do międzynarodowej opinii publicznej i innych rządów coraz szybciej dociera, że okupacja trwa tak długo, bo Izrael i USA nigdy nie chciały jej zakończyć. Że „konflikt” toczy się wciąż nie dlatego, że jest tak skomplikowany, a dlatego, że jest tak prosty: jedna strona, w oparciu o potęgę własną i największego supermocarstwa, chce drugiej odebrać wszystko i nie oddać niczego. Rezultatem będzie, prędzej czy później, międzynarodowa izolacja Izraela.

Scenariusz ten niezależny dziennikarz Jonathan Cook rysował już w pierwszych dniach prezydentury Donalda Trumpa, ja się z nim wtedy zgadzałem. Dziś palestyńska pisarka Nada Elia na łamach arabskiego serwisu Middle East Eye z jednej strony, jak i pismo postępowych amerykańskich Żydów, „Forward”, z drugiej, piszą zgodnie, że polityka Trumpa paradoksalnie przesunęła kwestię palestyńską do mainstreamu amerykańskiej polityki, sprawiła, że izraelskie zbrodnie przestały być tematem tabu dla polityków Partii Demokratycznej, a jej szeregowi członkowie i elektorat dystansują się od Izraela w takim tempie, że otwarte stanowisko przeciwko izraelskiej okupacji wkrótce okaże się nie tylko możliwym, ale wręcz obowiązkowym punktem programu kandydatów z ramienia Partii Demokratycznej. Rok 2018 i przeniesienie ambasady USA do Jerozolimy historia może jeszcze ocenić jako początek końca izraelskiej okupacji i apartheidu.

Znikające punkty (na liście sojuszników)

Podobną lub pokrewną dynamikę obserwujemy na innych poziomach i osiach globalnych stosunków władzy. Bezceremonialne postępowanie administracji Trumpa oraz jej nieprzewidywalność przyspieszyły proces, w którym Stanom Zjednoczonym zaczyna ubywać długofalowo wiernych sojuszników.

Pakistan przesunął się w orbitę Chin, dołączając w ten sposób do rosnącej konstelacji państw Azji i Afryki, które wolą wielkie chińskie projekty infrastrukturalne od kolejnych amerykańskich baz wojskowych. Indie pozostają sojusznikiem, ale nie słuchają już amerykańskich instrukcji w zakresie tego, od kogo mogą, a od kogo nie mogą sobie kupować uzbrojenia (i kupują od Rosji). Turcja, państwo z drugą największą armią w NATO, w oczywisty już sposób rozgląda się po mapie za alternatywnymi sojuszami.

Sprawy mają się jednak coraz gorzej także z tradycyjnymi najbliższymi („kulturowymi”) sojusznikami USA – krajami europejskimi i anglosaskimi. Na ostatnim szczycie G7 Trump ustawił przeciwko sobie całą pozostałą szóstkę. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Nowa Zelandia z coraz większą częstotliwością odmawiają głosowania w Radzie Bezpieczeństwa czy na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ zgodnie z oczekiwaniami Waszyngtonu i otwarcie krytykują kolejne posunięcia Białego Domu (np. przeniesienie ambasady USA do Izraela, odstąpienie od umowy z Iranem). W Wielkiej Brytanii z ław Parlamentu padały głosy, żeby urzędującego prezydenta największego anglosaskiego sojusznika uczynić persona non grata i uniemożliwić jego wizytę w Londynie – rzecz nie do pomyślenia w dotychczasowej historii relacji pomiędzy tymi państwami. Merkel i Macron obgryzają po kątach paznokcie, zastanawiając się, na czym zamiast nieprzewidywalnych teraz Stanów Zjednoczonych oprzeć europejską doktrynę obronną. Szykuje się Amerykanom wojna celna nawet z Kanadą, krajem, który jeszcze nie tak dawno Samir Amin wykpiwał, nazywając go „zewnętrzną prowincją USA”.

W różnych częściach świata już nie tylko ruchy lewicowe czy antykolonialne, ale też konserwatywne czy neoliberalne elity polityczne i ekonomiczne, nawet te przywykłe do rozpoztartych nad nimi amerykańskich skrzydeł i całkiem pod nimi zadowolone, coraz bardziej nerwowo rozmyślają o architekturze swoich sojuszy i ich przyszłości.

Prawo, pozory i Imperium

Kiedy zatrzymujemy się na poziomie odruchowego oburzenia brakiem szacunku obecnej amerykańskiej administracji dla prawa międzynarodowego i jego instytucji, zbyt łatwo zatrzymujemy się w zawężonym polu wyznaczonym przez milczące założenie, że prawo międzynarodowe i jego instytucje to jest byt neutralny, obiektywny, samorzutnie etyczny. Że to produkt neutralnej umowy zawartej pomiędzy równymi sobie państwami, które się wszystkie wspólnie zobowiązały do przestrzegania uniwersalnych zasad gwarantujących każdemu z nich taką samą ochronę w kontaktach z innymi, w zamian za akceptację takich samych zobowiązań. I choć taki jest oficjalny dyskurs prawa międzynarodowego i jego instytucji, choć taka jest ideologia, która je legitymizuje i sprawia, że w ogóle szanujemy ideę prawa międzynarodowego, a gdy trzeba, to się do niego odwołujemy – to mimo wszystko nie jest to realistyczny opis przedmiotu, a zwłaszcza genezy jego realnie istniejącej postaci.

Współczesna architektura prawa międzynarodowego, z centralną rolą ONZ, została zaprojektowana przez Stany Zjednoczone jako to supermocarstwo, które wyszło z drugiej wojny światowej najpotężniejsze, przejmując w systemie kapitalistycznym pozycję hegemona po upadającym Imperium Brytyjskim. Było tam miejsce na interesy mocarstw mniejszych i ramy dla praktykowania antagonizmu z konkurencyjnym supermocarstwem (Związkiem Radzieckim), któremu coś się należało w zamian za wykonanie większości brudnej roboty w wojnie z III Rzeszą – jednak prawdziwym celem tego wszystkiego było stworzenie takiego szkieletu globalnego systemu państw narodowych, który zabezpieczyłby w nim długofalowo dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych, a w drugiej kolejności interesy ich wybranych sojuszników, w zamian za ich posłuszeństwo w kluczowych sprawach.

Językiem uniwersalizmu musiały się te struktury posługiwać, żeby uzyskać uniwersalną legitymizację. Język uniwersalizmu umożliwił w tej przestrzeni proces emancypacji dawnych europejskich kolonii, mile jednak widziany przez głównego administratora całego tego systemu także dlatego, że osłabiał niegdysiejsze europejskie mocarstwa, czyniąc je wobec amerykańskiej potęgi znacznie mniejszymi graczami. Testem na szczerość uniwersalizmu instytucji prawa międzynarodowego były późniejsze próby złapania ich uniwersalnego języka i obietnic za słowo przez dopiero co wyemancypowane byłe kolonie. Próbowały one przemodelować struktury władzy w ONZ i innych instytucjach międzynarodowych tak, żeby nie odzwierciedlały tylko zachodniej dominacji nad resztą świata i żeby im pomogły ostatecznie przekroczyć kondycję ekonomiczną odziedziczoną po kolonializmie. Próby te zostały przez Amerykanów z sojusznikami skutecznie zduszone (patrz: Vijay Prashad, The Darker Nations). Kolejnym takim testem są podejmowane od wielu lat wysiłki na rzecz reformy Rady Bezpieczeństwa ONZ, w której pięciu stałych członków, każdy z prawem weta, to wciąż te same mocarstwa, które wyszły zwycięsko z drugiej wojny światowej. Było to wszak dość dawno temu i w żaden sposób nie odzwierciedla współczesnej sytuacji międzynarodowej – ale sprawdza się jako instrument amerykańskiej dominacji, pozostaje więc bez zmian.

Prawo międzynarodowe jest jednym z filarów amerykańskiej potęgi – nawet jeśli czasem tylko po to, by dało się je jakoś obejść lub przy użyciu jego instytucji zrobić całą społeczność międzynarodową w balona (iracka broń masowego rażenia). Kiedy Waszyngton zaczyna się wypinać na prawo międzynarodowe i jego instytucje, wypisywać się z międzynarodowych gremiów, trzaskać drzwiami na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa, zrywać zawarte już wielostronne umowy i odstępować od przyjętych już zobowiązań, powoli rozmontowuje istotne filary swojego własnego imperium. Trump może myśleć, że takim chamstwem i arogancją demonstruje tego imperium siłę, w istocie jednak akceleruje jego gwałtowny upadek.

I to jest na swój sposób dobra wiadomość – dla tych wszystkich z nas, którzy wiemy, że to nie jest najlepszy z możliwych światów.

Oburzeni, krytycy, nostalgicy

Jest na nie tylko polskiej lewicy coś w rodzaju „naiwnej szkoły krytyki Donalda Trumpa”. Ze słusznego oburzenia jego retoryką, stylem i posunięciami przedstawiciele tej szkoły stają się jednak mimowolnie, sami zwykle nie wiedząc kiedy, konserwatywnymi nostalgikami status quo ante lub melancholijnymi płaczkami wciąż w żałobie po Hillary Clinton. Argumentację wskazującą na to, że bezprecedensowy chaos tej prezydentury otwiera niespodziewane możliwości dla emancypacyjnej polityki na skalę globalną, ofukują, że to powtórka z „im gorzej, tym lepiej”, i że nic dobrego z tego nigdy nie wynikło.

Takie myślenie możliwe jest jednak tylko przy milczącym założeniu, że mamy wciąż przed sobą do wyboru jakieś lepiej i jakieś gorzej, albo przynajmniej to samo i gorzej. Tymczasem tak już nie jest, i to od dłuższego czasu, jeszcze sprzed Trumpa w Biały Domu – nie w głębokim strukturalnym kryzysie, w jakim znajduje się obecnie, nie od wczoraj, kapitalizm. W nadchodzącej przyszłości czekać nas może tylko gorzej; gorzej to wszystko, co przed nami – przez jakiś czas. Wybór jest jedynie między gorszym a gorszym, między różnymi wersjami gorszego, scenariuszami, według których potoczą się katastrofy nadchodzących lat. Z Hillary Clinton w Białym Domu też byłoby gorzej. Tylko w inny sposób. Być może już dawno toczyłaby się otwarta wojna NATO z Rosją i Iranem, przewidziana przecież w jej programie polityki międzynarodowej, choć ukryta tam pod zwodniczym kryptonimem (no-fly zone nad Syrią) – za to znacznie trudniej byłoby wówczas Imperium Amerykańskiemu stawiać opór, bo zniszczenie siałoby ono przy wsparciu odziedziczonej po Obamie dyplomacji i PR, a więc w doskonałej harmonii ze swoimi europejskimi sojusznikami.

Czy to znaczy, że wszystko jedno? Oczywiście, że nie. Od tego, który konkretnie spośród wielu możliwych scenariuszy owego gorzej faktycznie się rozegra, zależało będzie, jaki świat ostatecznie się wyłoni, gdy będzie już po wszystkim. Jedno wielkie pogorzelisko po światowej wojnie atomowej, fully automated luxury communism czy któraś z możliwości pomiędzy.

Trump to człowiek, który – jak to czasem mawiają Francuzi – „nie wie w południe, co będzie robił o drugiej”. Nawet burżuazje narodowe przyzwyczajone do kalkulowania swojej polityki z założeniem amerykańskiej dominacji na podobieństwo obiektywnego faktu z porządku natury, utraciły wiarę, że Imperium Amerykańskie jest gwarantem przewidywalności całego tego systemu. Już nie jest. Dlatego w warunkach takiej destabilizacji, konfuzji i nagłych przedefiniowań sojuszy postępowe, lewicowe, antyimperialistyczne siły mogą ostatecznie wygrać więcej.

Wyobraźmy sobie na przykład, że w październiku Lula da Silva wróci w Brazylii do władzy, albo – jeżeli tamtejszej prawicy uda się zatrzymać go w więzieniu – władzę przejmie mimo wszystko nieoficjalny „awaryjny” kandydat Partido dos Trabalhadores, Fernando Haddad, a oligarchia i klika skupiona wokół obecnego prezydenta Michela Temera jednak nie odważą się na wojskowy zamach stanu. Brazylia wróci wówczas do aktywnej roli międzynarodowej, jaka charakteryzowała dwie prezydentury Luli i pierwszą Dilmy Rousseff. Lula i Rousseff prowadzili dyskretnie i kurtuazyjnie, ale całkiem skutecznie antyamerykańską dyplomację na intensywną, globalną skalę. Osiągnęli tyle, ile się dało w warunkach bez porównania stabilniejszej pod rządami Busha młodszego i Obamy pozycji Imperium Amerykańskiego w systemie światowym. Teraz, w okolicznościach tego Imperium coraz szybszego upadku, po kilku telefonach do Pretorii, Pekinu, Teheranu, Caracas, Quito, obrażonego na Trumpa Ciudad de Mexico, a może też Madrytu i Lizbony, Lula bądź Haddad będą mogli stanąć z innymi stolicami do gry o znacznie wyższe stawki. Oczywiście, już widzę to przerażenie pomieszane z niedowierzaniem w oczach lewicowego polskiego nostalgika i jego koleżanki płaczki: chyba straciłem rozum albo kontakt z rzeczywistością! A może to właśnie wy nie macie kontaktu z rzeczywistością? Bo sam Fernando Haddad myśli właśnie tak. W przeciwieństwie do was, nostalgiku i płaczko, brazylijska lewica była w tym stuleciu realnie u władzy – w piątym najludniejszym państwie świata – i choć została w końcu wysadzona z siodła, to przez kilkanaście lat odnosiła realne, wymierne sukcesy. Oni wiedzą o prawdziwym świecie coś, czego wy nie wiecie.

Upadek Imperium Amerykańskiego sam w sobie nie wystarczy, żeby świat stał się lepszym miejscem. Jest tego jednak koniecznym warunkiem wstępnym. Jak długo ten monstrualny pasożyt żeruje na reszcie ludzkości i planety, żadna globalna zmiana na lepsze nie jest możliwa. To boli, kiedy upadają imperia, czasem wszystkich wkoło. Ale skoro i tak obecny porządek światowy musi się rozpaść, a pod znakiem zapytania pozostaje jedynie, w jaki sposób – to Trump przynajmniej zniszczy Imperium Amerykańskie rękoma swojej własnej administracji, w której wyraźnie skupił się ten element wielkiej amerykańskiej burżuazji, który za możliwość większej grabieży teraz-zaraz-natychmiast gotów jest przehandlować interesy Stanów Zjednoczonych jako supermocarstwa w dłuższej perspektywie. To boli, kiedy upadają imperia, ale świat się na ich upadku nie kończy. Wykorzystajmy to, by gdy kurz już opadnie, stał się on (świat) lepszym miejscem. Bądźmy oburzeni, ale nie poprzestawajmy na tym i nie pozwólmy sobie osunąć się w melancholię, nostalgię, tęsknotę za tym, co było. Bo dla większości mieszkańców tej planety wcale nie było fajnie.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Reklamy

Mrok. Chaos. Theresa May

Rano 24 czerwca 2016. Wynik referendum w sprawie Brexitu, wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Katastrofa dla konserwatywnego premiera Davida Camerona. Grał na to, że wszystko zostanie po staremu. Naród zadecydował na przekór. Cameron zupełnie nie wie, co robić, więc podaje się do dymisji i z ulgą pogwizduje, zamykając za sobą drzwi z numerem 10 (przy Downing Street).

Nie tylko Cameron – najwyraźniej nikt nie wie, co robić! Nawet przywódcy zwycięskiej kampanii Leave wyglądają, jakby ktoś im złośliwie podrzucił to jajo. Cała seria abdykacji – Boris Johnson, Nigel Farage, Michael Gove. Kampania Leave: sukces, do którego nie przyznaje się żaden ojciec.

Do zarządzania tym kryzysem zgłasza się Theresa May. Prawie nikt inny specjalnie się do tego nie wyrywa. Kłopotliwy spadek po Cameronie przejmuje 13 lipca.

Pojawiają się komentarze: neoliberalny kapitalizm oferuje kobietom wysokie stanowiska tylko wtedy, kiedy jest ogólnie przechlapane i chłopcy nie widzą szans na zdobycie trofeum, nawet na wyjście ze wszystkiego z twarzą. Wysyłają dziewczynę, żeby zebrała za nich bęcki. Wysyłają ją na odstrzał.

Może. Ale to tylko część prawdy. Czy najważniejsza? Nie wiem.

Druga część jest taka. May przypomina Margaret Thatcher. Naprawdę ją przypomina, bardzo. Thatcher była swego prototypem metody rozwiniętej później przez neoliberalizm na epicką skalę. Wzięła feminizm za zakładnika, użyła tożsamości jako kobiety, żeby przeforsować najbardziej reakcyjną możliwą wtedy politycznie do przeprowadzenia politykę. Doszła do władzy dzięki zdobyczom wyprzedzających ją historycznie feministek, na ich grzbietach. Użyła swojej tożsamości jako kobiety, by sprzedawać swoją ofertę jako postać postępu. Jej polityka uderzyła w większość kobiet, które najszybciej traciły na uelastycznianym rynku pracy i musiały się nieodpłatnie zająć tym wszystkim, co znalazło się poza zasięgiem ich rodzin wskutek stopniowego demontażu państwa opiekuńczego (opieka nad dziećmi, nad starszymi czy chorymi członkami rodziny, itd.).

Neoliberalizm robi to dziś systematycznie. Wyłania jakiegoś politycznego aktora na podstawie jakichś wizerunkowo atrakcyjnych, „postępowych” parametrów tożsamościowych, żerując na zdobyczach emancypacyjnych przeszłości – ale zacierając pośród tych parametrów kategorię klasy. Kobieta, Afroamerykanin, gej – postęp. A co z tego, że ta kobieta, ten czarny, ten gej należą do wyjątków dopuszczonych do klasy książąt neoliberalnego kapitalizmu, lub w drodze wizerunkowego wyłonionych już z tej klasy? Wszyscy się cieszą, cóż za postęp!

A kiedy przychodzi do realnej polityki uskutecznianej przez tak wyłonionych aktorów, albo czasem po prostu za ich wizerunkiem? Co te miliony czarnoskórych mężczyzn, którzy przewinęli się przez amerykańskie więzienia w ciągu ostatnich ośmiu lat (więziennictwo USA to największy system karceralny w historii ludzkości) na to, że mają prezydenta tego samego koloru skóry? Czy Greczynki pozbawione dziś właściwej opieki medycznej w obliczu np. raka piersi odczuwają ulgę, że to cierpienie, choć zupełnie niepotrzebne, jest mimo wszystko ich udziałem, bo tak dla nich chciały Angela Merkel i Christine Lagarde? Żeby im w bankach „sztymowało”? Czy Libijki mniej cierpią na widok zwłok własnych dzieci, bo bomby, które spadły na ich domy, wysłała tam sekretarz stanu Hillary Clinton? Czy uciekająca przed wojną Syryjka, odesłana z Europy do jakiegoś obozu w głębi Turcji, mniej cierpi zgwałcona przez miejscowego żołnierza, bo Erdoganowi płaci za to Angela Merkel?

Here comes Theresa May. Czy kobiety bite i molestowane w prowadzonych przez prywatnych kontratkorów więzieniach i ośrodkach tymczasowych cierpiały mniej, bo ministrem, który tym kontraktorom to zlecał, a potem obejmował tajemnicą raporty o panującej tam przemocy, była Theresa May?

Theresa May tożsamościowy szwindel neoliberalizmu popchnęła dalej, zanim zdążyła złapać za stołek. Prawie nikt za bardzo nie rwał się do spadku po Cameronie – ale tak trochę to ktoś się jednak przez chwilę wyrywał. Przy pomocy przyjaciół w największych mediach May zarżnęła Andreę Leadsom na oczach świata. Wyrwała z kontekstu jej wypowiedzi, powtórzyła je ustami swoich przyjaciół dziennikarzy tysiąc razy, wyświetliła je w powiększeniu na wszystkich ekranach. I wyszło: tamta flądra próbowała zdyskredytować May jako kobietę bezdzietną.

Neolibralizm wyrywa z konteksu i zawłaszcza elementy emancypacyjnych, postępowych walk przeszłości i obraca je w narzędzia reakcyjnej, wizerunkowej zemsty na przeciwnikach. Narzędzie tych, którzy mają akurat władzę, żeby powtórzyć każde kłamstwo tysiąc razy. Tych, którzy mają media, lub do mediów mają dostęp. Patrz: polowanie na czarownice „antysemityzmu” w Labour Party niedawno.

May jest kobietą, drugą kobietą na stanowisku brytyjskiego szefa rządu. Ile razy to się zdarzyło gdzie indziej?! Bezdzietna, mind you. Cóż za postęp, co za radość! Możemy teraz wszyscy pospołu pęknąć z dumy. Komuś się coś nie podoba, to nienawidzi kobiet. Chce je zmusić do rodzenia. Wiadomo. Komuś się nie podoba blokada Gazy, to nienawidzi Żydów. Wiadomo.

Theresa May jest twarzą wszystkiego, co najgorsze w i bez niej obrzydliwej współczesnej Partii Konserwatywnej. Była najbardziej w prawo wychyloną postacią rządu Davida Camerona. Najdalej w prawo wystającym piórem prawego skrzydła Torysów. Prawicą prawicy. Reakcją reakcji.

Trzy tygodnie temu spotkałem się ze starym znajomym, żeby zobaczyć nowy letni pawilon przy Serpentine Gallery w Hyde Parku. Wybiegłem z metra, bo byłem trochę spóźniony. On kończył papierosa. Jest Hindusem, naukowcem (genetykiem). Po wymianie how-are yous, spojrzał na mnie i westchnął głęboko, bardzo głęboko (z wyrazem tej pięknej twarzy gdzieś w okolicach rozpaczy): Thereeeesa Maaay…. 

Theresa May szczuła na cudzoziemców, wymyśliła minimum, jakie osoba spoza Unii Europejskiej musi zarabiać, żeby móc zostać w kraju (absurdalnie wysokie minimum, 35 tys. funtów rocznie), rozbijała rodziny, wysyłając żony czy dzieci cudzoziemców z powrotem do krajów pochodzenia. Na ulice miast wysłała obwoźne szczekaczki zastraszające „nielegalnych imigrantów”, że albo się zgłoszą na policję, albo „i tak was znajdziemy”. Ikona feminizmu!

Theresa May obejmuje funkcję premiera. Wygłasza szybko fajny spicz. Entuzjazm. Fajny spicz. Niektórzy Torysi, jako że wszyscy chodzili do najdroższych szkół w kraju, potrafią czasem napisać lub czytać z kartki fajny spicz, ale rzadko kiedy, a już zwłaszcza ich współczesny szczep, wierzą w to, co mówią. Mamy to przecież już drugą kadencję.

Dlaczego w ogóle Theresa May zostaje premierem? Skoro premier David Cameron podał się do dymisji, dlaczego nie rozpisać nowych wyborów? Nie, bo nie. Takie rzeczy to w Europie, a nie na naszych ekskluzywnych ą-ę wyspach. Przecież właśnie się z Europy wypisaliśmy. Tutaj dymisja premiera oznacza nowego premiera z tej samej partii, przyfastrygowanego na chybcika do tego samego rządu, a nie jakieś nowe wybory. Nawet jeśli ta sama Theresa May, tylko w czasach, gdy była w opozycji, denuncjowała w 2007 bezwstyd Gordona Browna, że w taki sam sposób obejmuje tekę premiera, a przecież należałoby rozpisać przedterminowe wybory.

Wybory, szczypiory. Dupa, lala, Jaś.

Theresa May obejmuje więc funkcję. Następuje cała seria dymisji i nominacji, rząd – niby ten sam, po co wybory! – zyskuje zupełnie nowe oblicze. Najbardziej prawicowe oblicze w historii brytyjskich rządów od czasu zakończenia II wojny światowej. Theresa May przypomina Margaret Thatcher. Tak, ale to, co zamierza zrobić, dla Thatcher mogło być tylko mokrym snem. Przy tym rządzie Margaret Thatcher była socjaldemokratką. Po polsku: lewaczką.

Rząd Theresy May. Od George’a Freemana, który fantazjował nie tak dawno, jak wykorzystać wysokie bezrobocie w niektórych regionach, by zmiażdżyć tam płacę minimalną, po prawdziwy polityczny hit sezonu: Boris Johnson – pajac, który w swojej dotychczasowej karierze bezceremonialnie obraził ze sto rządów i narodów, który właśnie wygrał referendum, żeby wypisać Wielką Brytanię z wielkiej organizacji miedzynarodowej, a potem zrezygnował z odpowiedzialności za tę wygraną – ministrem spraw zagranicznych. Szefem dyplomacji. SZEFEM DYPLOMACJI.

Pisałem niedawno tak: Brexit jest symptomem tego, że elity neoliberalnego kapitalizmu same nie wierzą już w status quo, nie wiedzą już, co robić więc nerwowo robią byle co. Dlatego May nie miała niemal żadych konkurentów do stołka. Rafael Behr w „The Guardian” cytuje jednak anonimowe partyjne źródło, że w szeregach Torysów rozgrywał się swego rodzaju pucz, w ramach którego najbardziej prawicowa fakcja w partii dążyła do wykorzystania referendum celem odebrania władzy Cameronowi. I postawienia brytyjskiego społeczeństwa przed zupełnie innym rządem, niż ten, który wybrali. Przed rządem, który ukrywa po szufladach taki program, że nigdy by z nim nie wygrał demokratycznych wyborów. A teraz będzie się za wszelką cenę trzymał władzy do przepisowego końca kadencji, do 2020. To nie przeczy teorii „nie wiedzą już co robić, więc robią byle co”.

Pragnienie Theresy May: wykorzystać niepewność i być może chaos okresu Brexitu. Na chaos złożą się wahania kursów walut, inflacja cen produktów importowanych, a więc ogromnej części żywności, możliwe załamania niektórych gałęzi gospodarki, skutkujące wzrostem bezrobocia. Nie wiadomo, bo trudno powiedzieć, jak potoczą się negocjacje z UE. Po przyjacielsku, czy na chama? Ale jeżeli będzie chaos, to wykorzystać. Żeby dokonać ofensywy na niższe i średnie klasy brytyjskiego społeczeństwa. Co może się pojawić na horyzoncie? Miażdżenie płac. Dalsza ekspansja niestabilnych form zatrudnienia. Majstrowanie przy płacy minimalnej (obniżenie, wyjątki, zawieszanie) i limitach tygodniowego czasu pracy. Obstawienie zasiłków takimi zasiekami utrudnień, by na masową skalę zmniejszyć jakiekolwiek szanse na nie. Ograniczanie prawa do strajku i innych form politycznego protestu. Spodziewajmy się grabieży zasobów ciągle jeszcze znajdujących się w rękach państwa i likwidacji wielu ograniczeń motywowanych ekologicznie. Spodziewajmy się polityki przyjaznej oszustom podatkowym, sprzedawanej jako „Wielka Brytania otwarta dla biznesu”. Na tapecie jest nawet wystąpienie Wielkiej Brytanii z grona sygnatariuszy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Startegia Theresy May i jej gangu: krótkoterminowe przetrwanie klas panujących. Zwiększenie stopy wyzysku, zwiększenie skali i tempa grabieży. Skoro świat się wali, ukradnijmy i wyciśnijmy z tej wyspy tyle, ile się w międzyczasie uda. Kto wie, ile jeszcze czasu poistnieje sobie w ogóle takie państwo jak Wielka Brytania. Może niebawem zostanie z tego tylko Zjednoczone Królestwo Anglii i Walii. Boris Johnson jako dobitny znak zawężonego horyzontu, zredukowanych ambicji brytyjskich klas panujących. Tylko elity, które zrezygnowały z szerszej perspektywy międzynarodowego znaczenia dla swojego kraju – zauważył „Washington Post” – mogły powołać takiego szefa dyplomacji. Dla picu, żeby się to za szybko nie rzuciło wszystkim w oczy, utrzymamy broń atomową.

Zagrabić, co się da, ile się da, póki jeszcze się da.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

2015

Długa, ciemna noc

Żyjemy w strasznych czasach, ale nawet na standardy takich czasów zamknięty właśnie rok 2015 chyba bez większych wątpliwości można uznać za najgorszy jak dotąd rok XXI wieku.

***

Unia Europejska nie tylko znalazła się w najgłębszym kryzysie w swojej historii, ale też – zarzynając Grecję i obracając europejskie państwo w kraj Trzeciego Świata, kolonię niemieckich i francuskich banków na zawsze w niewoli niespłacalnego nigdy długu – ujawniła być może swoje prawdziwe oblicze jako organizacji par excellence i nieodwracalnie neoliberalnej: pozbawionego nawet pozorów solidarności technokratycznego monstrum na służbie wielkiego, ponadnarodowego kapitału, obliczonego na miażdżenie demokratycznego oporu przeciwko dyktatowi rynków. Katastrofa traktatu TTIP, jeżeli ruchom społecznym nie uda się go zablokować, będzie logicznym zwieńczeniem tej trajektorii Unii. Lewica i ruchy postępowe znalazły się w stytuacji, w której muszą zacząć sobie zadawać pytania, których wcześniej najczęściej sobie nie zadawały – na pewno nie miały ich w zwyczaju sobie zadawać w Polsce.

Skoro Unia Europejska stała się Hydrą Kapitału, wysysającą soki ze słabszych ekonomicznie krajów peryferyjnych, i wypluwającą je, gdy kończą się perspektywy zysków z ich eksploatacji przez kilka krajów zachodnio-północnego „bieguna” Europy – to może o to właśnie od początku w projekcie Unii Europejskiej chodziło? Skoro strefa euro w tak jednoznaczny sposób (wystarczy spojrzeć na dynamikę bilansów handlowych Niemiec i krajów Południa Europy od wprowadzenia unii monetarnej) okazała się niczym innym jak wehikułem powiększania niemieckiej przewagi ekonomicznej nad resztą kontynentu i narzucania przez niemiecką finansjerę polityki gwałcącej wyrażaną demokratycznie wolę europejskich społeczeństw – to może od początku o to w projekcie „wspólnej waluty” tak naprawdę chodziło? Skoro źródłem konfliktów i napięć pomiędzy państwami europejskimi jest obecnie sama struktura konstrukcji europejskiej, to może wszyscy my, których do idei zjednoczonej Europy przyciągła internacjonalistyczna wizja zjednoczonego, wolnego od konfliktów narodowych kontynentu oraz uniwersalistycznej kultury, jaką na takim podłożu można by budować – może my wszyscy po prostu daliśmy się nabrać, byliśmy pożytecznymi idiotami odgrywającymi niewielkie role w przez i pod kogoś innego napisanym scenariuszu?

Nie stać nas już dłużej na odgrywanie starej i kompletnie już zdezaktualizowanej komedii, w której obowiązywał prosty i jednoznaczny podział na entuzjastycznych wobec Unii postępowców z jednej i zacofanych ksenofobów z drugiej strony. Może warto zacząć pytać, czy lepszym sposobem na zbudowanie Europy, która będzie solidarną wspólnotą postępu społecznego, a nie bezduszną, niepoddawalną demokratycznej kontroli technokracją, nie byłoby aby czasem budowanie jej niezależnie od Unii Europejskiej albo nawet zamiast niej, na jej grobie? (Tym bardziej, że jeśli sprawy będą podążać swoim obecnym torem, w narzuconym w minionym roku tempie, być Unia Europejska za dziesięć lat będzie już tylko stosem nieczytanego przez nikogo papieru).

Los, jaki stał się udziałem Grecji, powinien napawać przerażeniem każdego myślącego człowieka w Europie. Niemieckie elity pokazały, że w razie oporu wobec polityki gospodarczej i wizji europejskich finansów, która służy niemal wyłącznie ich (niemieckich elit) interesom, nie zawahają się w zbuntowanych republikach traktowanej jak ich „imperium zewnętrzne” Unii Europejskiej sprawować władzy przy użyciu bankowych zamachów stanu. Że głęboko wpisane w świadomość niemieckiej burżuazji jest podejście do Europy jako „naturalnej” przestrzeni jej własnej ekspansji, a także swego rodzaju „surplusu”, który zawsze można puścić z dymem, gdyby coś zagrażało jej pozycji ekonomicznej i politycznej (dwie wojny światowe, a teraz finansowe zamachy stanu, to wszystko w ciągu niewiele więcej niż stulecia). Władza niemieckiej finansjery okazała się tak potężna, że nic nie dało rady uratować Grecji – ani rosnące w całej Europie (z wyjątkiem chyba tylko tej moralnej pustyni między Odrą a Bugiem) poczucie solidarności z Grekami, ani głosy najbardziej wpływowych ekonomistów, że proponowane rozwiązania przyniosą zgubę Grecji, ale i Europie, uczynią spłacenie greckiego długu zupełnie nierealnym, a więc powiększą sumę strat. Bo nie chodziło w tym w ogóle o ekonomię sensu stricto. Chodziło o pokazową akcję ukarania i złamania woli narodu, który śmiał Cesarzowej Angeli i europejskiej banksterce reprezentowanej przez Dijsselbloema powiedzieć „nie!”. Żeby inne europejskie społeczeństwa nie ważyły się podejmować politycznych eksperymentów, kwestionujących absolutną władzę neoliberalnych technokratów. Nie udało się jeszcze zagasić wszystkich ognisk oporu, te jednak najmocniej trzymają się w słabych, małych krajach Południa, jak Portugalia, które mogą zostać złamane równie łatwo i bezwzględnie jak Grecja, chyba że nowa lewicowa koalicja zdoła szybko wyprowadzić kraj z pułapki strefy euro.

Rozmiary Hiszpanii dawałyby jej większe pole manewru, ale najważniejsza siła przeciwna wymuszanej na reszcie Europy przez Niemcy polityce zaciskania pasa, Podemos, nie tylko nie odniosła wystarczającego sukcesu w niedawnych wyborach, ale jest też ruchem bez porównania bardziej tchórzliwym niż lewica portugalska czy Syriza, dopóki ta ostatnia nie została złamana i – dla niezdrowej tożsamościowej fiksacji na punkcie pozostania w strefie euro – nie przyjęła programu swojej opozycji. Jak powiedział Frédéric Lordon, Tsipras i Warufakis przynajmniej próbowali walczyć, Iglesias kluczowego problemu wspólnej waluty nie ma odwagi nawet poruszać. Chyba że Iglesias myśli, jak kiedyś Fidel Castro, czyli zamierza prawdziwy rozmach swojego programu ogłosić dopiero po objęciu władzy. Ale jakoś nie sądzę.

***

Dekady katastrofalnych interwencji Zachodu na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz w Afryce Północnej wyprowadziły cały ten szmat świata na bezprecedensowe poziomy chaosu. Chaos ten rozprzestrzeniał się i połębiał niemal z tygodnia na tydzień, aż wreszcie, w 2015, rykoszety zaczęły uderzać w Europę, i to właściwie z różnych stron jednocześnie.

Kryzys uchodźczy wszedł w 2015 na zupełnie nowy poziom – przez ostatnich dwanaście miesięcy do Europy dotarło ponad milion osób, uciekających z ogarniętych wojami Syrii, Libii, Afganistanu… Nikt nie wie, ile pięknych ludzkich istnień zgasło po drodze, głównie w wodach Morza Śródziemnego, ilu Aylanów Kurdich nigdy nie poznamy z imienia. Nikt nie wie, ile zgaśnie zabitych przez europejską zimę, która dopiero się zaczęła. Staje się jasne, że na ich milczącą masową śmierć gdzieś w czyśćcu nieprzekraczalnego „pomiędzy” – pomiędzy Europą a jej „zewnętrzem”, na pograniczach między państwami, na dworcach, drogach i bezdrożach kontynentu – liczą żałosne jak chyba jeszcze nigdy dotąd, nędzne wyszehradzkie skurwysyny Dzikiego Wschodu Unii, które odmawiają solidarnego udziału w jakimkolwiek politycznym rozwiązaniu kryzysu, za który ponoszą przecież część odpowiedzialności. Dla właściwego pryszczatym łamagom onanistycznego pragnienia, by poocierać się o muskuły cudzej (amerykańskiej) potęgi, rozbiły kiedyś próby stworzenia ogólnoeuropejskiego frontu delegitymizacji amerykańskiej wojny w Iraku, z którego to kraju ruin powstała Organizacja Państwa Islamskiego. Wyszehradzkie skurwysyny nie są oczywiście jedynymi, którzy nie będą musieli jeszcze w XXII wieku wstydzić się swojej postawy w obliczu tego kryzysu. Póki co, właściwie tylko Szwecja i Niemcy wychodzą z niego z twarzą, nie ma się jednak co oszukiwać – jedną z głównych motywacji Merkel było ratowanie wizerunku po szkodach, jakich ten wizerunek doznał w toku operacji zarzynania Grecji. Szwecja, która przyjęła największą w stosunku do własnej populacji proporcję uchodźców, stanęła przed groźbą niemożności radzenia sobie z dalszą eskalacją kryzysu i przymknęła granice. Szwedzka minister Åsa Romson rozplakała się, gdy musiała ogłosić, że inne państwa UE muszą w końcu również zacząć pomagać.

Masy uchodźców, które wylały się w końcu z Turcji i Libanu na brzegi Europy, to oczywiście nie wszystko. Wyparte eksportowanej przez Zachód przemocy, koniecznej, by podtrzymać skadal neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału na skalę globalną i niemożliwe przecież na dłuższą metę do utrzymania poziomy konsumpcji grabionej z Bliskiego Wschodu taniej energii, powróciło w 2015 także w innych formach: od zamachów w Paryżu w styczniu po zamachy w Paryżu w listopadzie, zorganizowane przez zdesperowanych młodych ludzi uwiedzionych przez Daesz i jakoby z nim powiązanych. Koniec mrzonek, że wysyłana w świat przemoc nigdy nie wróci do domu. Odpowiedź zachodnich mocarstw? – najbardziej katastrofalna z możliwych: jeszcze więcej bomb, jeszcze więcej wojny, jakby to nie zachodnie wojny w regionie wszystko w ogóle spowodowały. I normalizacja permanentnego stanu wyjątkowego (czyli pełzający demontaż demokracji liberalnej) na własnym terytorium. Odpowiedź zachodnich społeczeństw? – wzrost poparcia dla skrajnej prawicy, rasizm, retoryka wojny cywilizacji na nowych sterydach, dalsza marginalizacja lewicy…

***

Polacy naprawdę dali w 2015 czadu. Za życia nie doświadczyłem wielu powodów do dumy z kraju, z którego mam wątpliwe szczęście pochodzić, ale to, co się wydarzyło w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, to było sporo nawet na mój stopień rozczarowania krajem i zamieszkującym je, zdemoralizowanym ćwierćwieczem neoliberalnego prania mózgów, „społeczeństwem”.

Gdy zarzynano Grecję, nie tylko nasze pajace na najwyższych eszelonach politycznych struktur Unii szukały form waloryzacji swojego autorytetu w robieniu dobrze Merkel i Dijsselbloemowi – również polskie społeczeństwo poczuwało się do (ubranej w szmatki „moralnego oburzenia” na żyjących ponad stan śródziemnomorskich leni) solidarności z niemiecką grabieżą bardziej niż z losem upokarzanej i równanej z ziemią Grecji. Jakby samo narcystyczne wyobrażanie sobie nas samych po stronie silniejszego mogło zaczarować rzeczywistość, w której nasze faktyczne położenie w Europie (jako nieinnowacyjnej, podwykonawczej gospodarki konkurującej głównie niskimi kosztami pracy i uzależnionej od obcego kapitału) stawia nas bliżej losu Grecji, niż mamy jaja się przed sobą przyznać.

Gdy Europa nie mogła już dłużej udawać, że kryzysu uchodźczego nie ma i musiała zacząć szukać politycznego rozwiązania (zamiast zostawiać wszystko na barkach kilku krajów, które geograficzny przypadek rzucił na pierwszą linię – Malty, Włoch, Grecji), Polacy wpadli w rasistowski szał, niezależnie od tego, czy ktoś się szczególnie dobijał do polskich bram, czy nie. Wszyscy, którzy żywimy przywiązanie do wartości uniwersalizmu, albo po prostu jesteśmy elementarnie przyzwoitymi ludźmi, przeżyliśmy bolesne chwile, przekonując się, jak doskonałą aplikacją do wykrywania rasistów wśród krewnych, przyjaciół i znajomych okazał się Facebook. Kiedy ostatni raz straciliśmy szacunek do tak wielu od lat znanych nam ludzi w tak krótkim czasie? Oczywiście, nie tylko wyszehradzkie skurwysyny zachowały się w te sytuacji haniebnie. Nie muszę daleko szukać, rząd Wielkiej Brytanii, gdzie od lat żyję, zadeklarował, że na przestrzeni czterech lat przyjmie rocznie tyle osób, ile Niemcy i Szwecja przyjmowały w pewnym momencie dziennie. Ale w Wielkiej Brytanii ludzie organizowali się spontanicznie i masowo, żeby zmusić rząd do przyjęcia wielokrotnie większej liczby uchodźców, i żeby oddolnie zorganizować pomoc dla nich – w Polsce tymczasem ludzie wychodzili na ulice, żeby wyrazić swoją nienawiść do uciekających przed śmiercią ofiar wojny! (dodajmy: wojny wywołanej przez Zachód, przez Polskę jako jego przydupasa też, jeśli pamiętamy, że wicekrólem zdemolowanego Iraku, kolebki Daesz, był kiedyś Marek Belka).

W październiku szambo wybiło do reszty. Jakkolwiek rozumiana, jakkolwiek niedoskonała – jakakolwiek lewica została wymieciona bez śladu z ław parlamentu, czyniąc polski Sejm jedynym całkowicie prawicowym parlamentem w Europie, w którym miejsce zrobiło się za to nawet dla neonazistowskiej skrajnej prawicy i klinicznych przypadków szaleństwa. Niektórzy się cieszą, że Razem przekroczyło prog uprawniający do państwowej subwencji – ale kto nam obieca, że ta sytuacja skończy się na jednej kadencji? Co, jeśli nie? Natychmiast cofnął się w czasie cały dyskurs publiczny. Gdy już zaczynaliśmy mieć nieśmiałą nadzieję, że na horyzoncie polskich debat politycznych zaczynają się pojawiać poważne dyskusje o realnych problemach ekonomicznych, o wizjach rozwoju, o porównaniach alternatywnych rozwiązań dotyczących polityki zatrudnienia czy inwestycji ekonomiczncyh, bezprecedensowe zwycięstwo PiS skasowało wszystkie te nadzieje jednym wielkim przyciskiem delete. Świat się wali, a Polacy znów cofnęli się do infantylnego stadium plemiennego sporu o to, w której wersji prawicowego piekła lepiej dogorywać, w którym na dodatek obydwa plemiona nawzajem traktują się od komunistów. I znów ta stara śpiewka – albo jesteś wyznawcą Prezesa i jego nawiedzonej świty, albo „broniących demokracji” neoliberalnych banksterów, z Balcerowiczem przywróćonego do roli Arcykapłana Neoliberalnego Rozumu. Po innych opcjach ślad zaginął. Jedyne, co tacy „obrońcy demokracji” mają do zaoferowania, to powrót do tego, co było przez ostatnie ćwierć wieku, tak jakby to nie to, co było przez ostanie ćwierć wieku – kształt transformacji ustrojowej opartej na klasowej pogardzie, intensyfikacji wykluczeń i bardzo selektywnej, klasowej wolności – wybiło tym szambem w 2015.

***

Gdzie by nie przesunąć palcem po mapie, trudno o współrzędne dające powody do większego optymizmu. Nawet Chiny najwyraźniej wkraczają w fazę ekonomicznego kryzysu. Nawet one tracą już zdolność częściowego chociaż buforowania ekonomicznej niewydolności globalnego systemu późnego kapitalizmu. Co pełniłoby zupełnie inną rolę, gdyby istniało większe społeczne poczucie, że kapitalizm jest przekarczalny i gdyby powszechniejsza była wiara w jakiś pozytywny (czyli jakoś socjalistyczny) projekt jego przekroczenia.

W różnych punktach Afryki rozlewają się ogniska chaosu. W Japonii konsoliduje się i pogrąża w irracjonalizmie tamtejszy konserwatyzm. Rosja Putina ostatecznie powiedziała basta! prowadzonej od ćwierć wieku przez USA i NATO polityce jej stopniowego „spychania”, a docelowo także (jeśli wierzyć pewnym dokumentom strategicznym, m. in autorstwa Brzezińskiego) doprowadzenia w przewidywalnej przyszłości do jej faktycznej dekompozycji jako funkcjonującego, scentralizowanego państwa. I postanowiła przejąć geopolityczną inicjatywę. Kto wie, jak długą serię wojen zastępczych i wojen o wpływy mamy teraz przed sobą? Indie podążają ścieżką reakcyjnego integryzmu, hinduskiego fundamentalizmu i agresywnego kwestionowania wielokulturowej natury indyjskiego dorobku cywilizacyjnego; w błyskawicznym tempie demontują liberalne zabezpieczenia swojego systemu politycznego i wkrótce „największą demokracją świata” będą już tylko z nazwy i we wspomnieniach.

Erdoğan w Turcji postanowił wykorzystać chaos w regionie – wojny w sąsiednich państwach, Daesz, kryzys uchodźczy, za pomocą którego może wywierać naciski na Europę – jako zespół okoliczności sprzyjających jego marzeniu, by przejść do historii jako ten, który odrodził Turcję jako Imperium, jako ojciec jakiegoś Nowego Imperium Osmańskiego, jeśli trzeba, to na zbiorowej mogile Kurdów. Dynastia saudyjska postanowiła się ratować ucieczką do przodu: podpalić cały region, byle tylko utrzymać się jeszcze kilka lat tronu i swoich kont bankowych. Nawet jeżeli żaden scenariusz, w którym ten chaos w końcu w nią samą nie uderzy, nie jest na dłuższą metę choćby prawdopodobny. Egipt, najludniejszy kraj arabski, jest szczególnie bolesnym przypadkiem załamania się wszystkich nadziei wiązanych przez społeczeństwa Bliskiego Wschodu z Arabską Wiosną, znów w ramionach wojskowej dyktatury i pod wpływem nacisków z kontrolujących linie kredytowe niejednego kraju arabskiego królestw na południowych brzegach Zatoki Perskiej.

Kolejne zwycięstwo Binjamina Netanjahu i jego partii Likud skonsolidowało Izrael jako państwo jawnie już, i z coraz większą determinacją, faszystowskie, tym groźniejsze na skalę międzynarodową, że ekonomicznie uzależnione od wojny jako podstawowego produktu swojej gospodarki i uzbrojone w jakieś trzysta głowic nuklearnych. Zdesperowani Palestyńczycy podnieśli znowu głowy, ale ich osamotniona walka z czwartą potęgą militarną planety i prototypem reakcyjnych reżimów nadchodzącej (niedalekiej) przyszłości, podobnie jak siódma dekada ich cierpienia, znowu zniknęła z radarów światowej opinii publicznej, tym razem przesłonięta wojną w Syrii. Obama wydatkował cały swój polityczny kapitał na nuklearny deal z Iranem – to był wielki sukces, ale jego ceną było to, że nie zostało już tego kapitału, by efektywnie przeciwstawić się w jakiejkolwiek innej sprawie lobby izraelskiemu w Waszyngtonie (a to lobby izraelskie było najważniejszym przeciwnikiem w batalii o Iran Deal). Amerykańska subwencja dla izraelskiej okupacji i cyklicznych inwazji „Państwa Żydowskiego” na sąsiadujące kraje wzrosła więc z trzech do pięciu miliadów dolarów rocznie. Niebawem Amerykanie będą wybierać następcę Obamy – wygląda na to, że między rasistowskim klaunem a zamieszaną w zbrodnie wojenne w Libii, proizraelską jastrzębicą.

O głębokości i „sile wciągania” reakcyjnego bagna, w które jako ludzkość się osuwamy, świadczy to, że postępowy cykl zakończył się nawet w tej części świata, która w ciągu minionych kilkunastu lat pełniła, bez przesady, rolę ostatniego bastionu Oświecenia: w Ameryce Łacińskiej. Prawica po raz pierwszy od stu lat wygrała demokratyczne wybory w Argentynie (wcześniej przejmowała władzę wyłącznie w drodze zamachów stanu) i zaczęła od ofensywy na media publiczne, by zabezpieczyć się przed krytyką, gdy przystąpi do demontażu socjalnych zdobyczy kirchnerismo. Lata ekonomicznego sabotażu stosowanego przez wielką wenezuelską burżuazję w kompradorskim sojuszu z Amerykanami wymęczyły tamtejsze społeczeństwo tak, że doprowadziły do utraty (we wzorowo przeporwadzonych wyborach) władzy przez obóz chavista – nowa, prawicowa władza nie ukrywa, że jej zamiarem jest demontaż zdobyczy socjalnych i odwrócenie postępu społecznego dokonanego w zakończonej właśnie epoce bolivarianismo. Stopniowy dryf brazylijskiej Partido dos Trabalhadores w stronę bezideowego technokratyzmu, za rządów Dilmy Rousseff coraz bardziej uległej wobec żądań wielkiego kapitału, znacząco zmniejszył społeczne poparcie dla PT i podniósł poziom społecznych frustracji, na czym swoje ugrać postanowiła prawica, dążąc do impeachmentu presidenty największego państwa Ameryki Łacińskiej (pomimo iż źródłem niezadowolenia jest niewystaczająco lewicowa polityka rządu PT, a nie prawoskręt nastrojów społecznych).

***

Pośród tego ponurego pejzażu niewiele da się znaleźć sygnałów optymistycznych, pozytywnych. Wyspowe eksperymenty z bezwarunkowym dochodem podstawowym (miasta w Holandii, Finlandia) mogą się kiedyś okazać pierwszymi jaskółkami konstruktywnych projektów wyjścia poza horyzont kapitalizmu, ale dopiero w trudnej do przewidzenia przyszłości. By to było w ogóle do pomyślenia, najpierw musimy jednak wyjść z ciemnej nocy, w jaką się osunęliśmy i, póki co, osuwamy coraz głębiej. Prawdziwym powiewem świeżego powietrza było zwycięstwo Jeremy’ego Corbyna w wyborach na przewodniczącego brytyjskiej Partii Pracy. Jak powiedział Tariq Ali, Corbyn jest najbardziej lewicowym przywódcą, jakiego kiedykolwiek miała Labour Party. Być może trzeba żyć w Wielkiej Brytanii, żeby sobie naprawdę zdawać sprawę, jak wielka zmiana zaszła w tutejszej polityce w ciągu ostatnich miesięcy. Jego zwycięstwo sprawiło, że do Labour w kilka tygodni zapisało się kilkadziesiąt tysięcy nowych członków oraz członków, którzy przed laty odeszli z partii rozczarowani degrengoladą epoki blairyzmu. Do mainstreamu brytyjskiej polityki powróciły kwestie do niedawna stamtąd wygnane, zamiast „ile jeszcze austerity?” zaczęliśmy rozmawiać „dlaczego, po co i czy w ogóle jakiejkolwiek jeszcze austerity?”. Polityka stała się na powrót przestrzenią prawdziwego sporu. Z dnia na dzień polityka stała się w Wielkiej Brytanii porywająca, znów stała się piękna. Znów stała się tym samym, co miłość: „procedurą prawdy”. Jeżeli Labour pod przywództwem Corbyna udałoby się za kilka lat dojść do władzy, byłby to przełom polityczny na skalę Europy. W przeciwieństwie do Grecji, Portugalii czy nawet Hiszpanii, Wielka Brytania jest jedną z kluczowych gospodarek nie tylko Unii Europejskiej; nie tylko nie jest w podobny sposób zależna od obcego kapitału, ale też jest kapitału jednym z głównych eksporterów; posiada suwerenną kontrolę nad własną, cieszącą się międzynarodową wiarygodnością walutą, co daje jej ogromne pole manewru w zakresie polityki gospodarczej. W Wielkiej Brytanii to się może udać – złamanie lewicowego rządu tutaj nie będzie takie łatwe jak w Grecji. Ale Corbyn ma potężnych, wyjątkowo zmobilizowanych wrogów – wśród wyhodowanych w latach blairystowskiej demoralizacji wpływowych posłów własnej partii i po stronie wielkiego kapitału medialnego, który przypuścił na niego bezprecedensowy atak. Który to atak był jednym z czynników mobilizujących te dziesiątki tysięcy ludzi zapisujących się do Labour (wśród nich piszący te słowa), żeby dostarczyć Corbynowi wystarczającego poparcia w partyjnych szeregach, by przetrwał ewentualne próby wewnątrzpartyjnego „zamachu stanu”.

***

2015 był najgorszym jak dotąd rokiem XXI wieku. Nie oszukujmy się jednak: wkraczamy właśnie w rok 2016, który może być tylko gorszy.

Nie uda się ugasić żadnego z pożarów, które zapłonęły w 2015. Pojawią się nowe ogniska zapalne. Globalny system kapitalistyczny będzie trzeszczał w coraz to nowych miejscach. I nie będzie to nawet rok przełomowy. Na przełom, moment, w którym tendencje zaczną się w końcu odwracać, będziemy czekać dłużej, być może bardzo długo. Nie wiemy, za jaką cenę. Ostatnim razem tak głęboki strukturalny kryzys akumulacji kapitału na skalę planety przełamał dopiero spektakl destrukcji już istniejącego kapitału w postaci II wojny światowej. Stawki są jeszcze poważniejsze niż wtedy, wręcz ostateczne. Znów pod znakiem zapytania znajdują się wszystkie emancypacyjne obietnice Oświecenia i warunki możliwości dalszej o nie walki, ale tym razem do kompletu z nimi zagrożone są już nawet ekologiczne warunki naszego przetrwania jako gatunku – odliczamy już waściwie dni do momentu, w którym zniszczenia wywołane przez kapitalistyczną eksploatację planety przekroczą próg nieodwracalności, „niezatrzymywalności” i zapoczątkują proces ziorowego samobójstwa ludzkości. Wkroczyliśmy w długą, ciemną noc. Długą, ciemną noc, której nie możemy przespać. Każdy, kto pozwala sobie dzisiaj na „nieinteresowanie się polityką”, bierze na siebie odpowiedzialność za nadchodzące katastrofy, za piekło, w jakim będą żyły jego dzieci i wnuki, oraz – let’s face it – za nadchodzącą ekologiczną zagładę ludzkości.

Jarosław Pietrzak

Polub mnie na Facebooku, obserwuj mnie na Twitterze