Będę w Częstochowie (8 lipca 2023)

No więc jadę sobie wkrótce na chwilę do Polski.

Tak się złożyło, że przy tej okazji przyjaciele i nieznajomi chcą się podobno ze mną spotkać i pogadać o mojej powieści (Nirvaan).

  • Kiedy? W sobotę 8 lipca o godzinie 19:00.
  • Gdzie? W Resto & Pub Szafa Gra w Częstochowie przy Alei Najświętszej Maryi Panny 37.
  • Wstęp wolny.

Będziemy mieć egzemplarze. Przypominam, że Nirvaan jest też w e-booku.

Więcej informacji tutaj i tutaj.

Zapraszamy!

Protestanci, katolicy i ja

To będzie samokrytyka.

Ale zacznijmy tam, gdzie zaczynać należy, czyli od początku.

Na ile to możliwe. Początków, jak źródeł rzeki, może być więcej niż jeden, w więcej niż jednym miejscu. No to może początku we własnym życiu.

1.

No więc po raz pierwszy sam z tą linią rozumowania, z jakąś formą jej artykulacji, spotkałem się chyba już w podstawówce (do której chodziłem do piętnastego roku życia, do 1994 roku – jeszcze przed wprowadzeniem na kilka lat gimnazjów). „Protestantyzm przyczynił się do postępu ekonomicznego choćby za sprawą tego, że wykosił większość świąt, bo średniowieczni katolicy mieli jakieś święta sto szabanaście dni w roku”. Jakoś tak to szło, przywołuję z pamięci – albo było w jakimś podręczniku, albo padło z ust nauczyciela, na pewno historii.

Czytaj dalej

Korsarska wiosna Pasoliniego w Polsce

Trochę się działo wokół Wywiadów korsarskich Pasoliniego tej wiosny, która właśnie dobiegła końca.

Książka się ukazała na tej (roku 2023) wiosny początku i stanowi wybór wywiadów słynnego włoskiego poety, pisarza, filmowca, publicysty i polemisty Piera Paola Pasoliniego (z lat 1955-1975, włącznie z wywiadem, którego nie zdążył już uzupełnić ani autoryzować, udzielonym w ostatnim dniu przed śmiercią). Książkę wydało wydawnictwo GlowBook. Oprócz wywiadów znajdują się tam również zapisy debat z jego udziałem, ankiety, na które Pasolini odpowiedział, oraz jego zapiski.

Książka opatrzona jest Wstępem autorstwa mojej skromnej osoby, pomogłem też ją poukładać do polskiego wydania.

Co się działo?

We wrocławskich Tajnych Kompletach o Wywiadach korsarskich rozmawiali: Przemysław Wielgosz (redaktor naczelny polskiej edycji „Le Monde diplomatique”, z którym to tytułem jestem od dawna zaprzyjaźniony; autor nominowanej w zeszłym roku do Nagrody Nike Gry w rasy), poetka Ilona Witkowska i literaturoznawca Jakub Skurtys.

W łódzkiej Bibliotece Wolność 20 czerwca spotkali się wokół książki: Wielgosz raz jeszcze z filmoznawczynią, twórczynią Accademii Włoskiego Kina, Dianą Dąbrowską i dramaturżką Martyną Quant. Zapis spotkania dostępny jest na Facebooku.

Książka Pier Paolo Pasolini Wywiady korsarskie o polityce i życiu. 1955-1975 doczekała się jak dotąd recenzji tłumaczki literatury włoskiej (w tym tekstów Pasoliniego) Joanny Ugniewskiej, a także ekscentrycznego eseju Tomasza Kozaka opublikowanego na łamach Małego Formatu.

Moja nowa książka – powieść pt. „Nirvaan”.

Rzuć też okiem na Soho Stories.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Kuchnia holenderska

Na pewno da się to dzisiaj jakoś naprawdę policzyć, ale że nie wiem jak, to bez liczenia obstawiam, że żaden naród nie namalował przez wieki, a najwięcej w XVII, tyle jedzenia, co Holendrzy. Te wszystkie cytrusy, rozrzucone na stole albo rozkrojone na talerzyku; te świeże ryby czekające na przyrządzenie; te puchary z napojami; te czarujące czerwienią poziomki (dzisiejszych truskawek jeszcze nie wynaleziono); owoce w paterach; warzywa na blatach; karczochy w durszlakach; mięsa w misach; czekające na oporządzenie ptactwo wiszące na jakichś sznurkach; owoce morza w koszach; zioła i przyprawy – gdzie bądź. Wszystko to malowali.

Czytaj dalej

Prawie Milion Nudziarzy

Kto chciałby mnie kiedyś zapytać, czy to dobry pomysł, żeby się przenieść do Holandii? Pardon, Niderlandów. Po pięciu latach tutaj mam zdecydowaną odpowiedź: zależy, czy jesteś wystarczająco nudnym człowiekiem.

Nie da się ukryć, trochę mi się zmieniło od moich pierwszych spisanych wrażeń.

Tak, to będzie kolejny mój (po tym tutaj) gest wyrzucania negatywnych emocji. Co poradzę. W obecnym stanie (od końca marca na chorobowym z nerwów) potrzebuję i dobrze mi to robi.

Holandia (pardon, Niderlandy) to kraj wyjątkowo nudnych ludzi, dla wyjątkowo nudnych ludzi, przez wyjątkowo nudnych ludzi zamieszkany. Choć, nie da się ukryć, efektywnie zorganizowany i zabudowany imponującą infrastrukturą.

Prawie milion – to z grubsza liczba mieszkańców Amsterdamu. Prawie Milion Nudziarzy to moja osobista ksywka tego bohatera zbiorowego.

Czytaj dalej

Apendyks do tekstu o start-upach technologicznych

Ten post stanowi garść dopisków do mojego eseju Brzydkie słowa: Start-up (stanowiącego część cyklu Brzydkie słowa).

Nie chciałem zawalić głównego tekstu nadmiarem przykładów i szczegółów, zamulając w ten sposób wywód i męcząc Czytelnika i Czytelniczkę, dlatego masę takich drobiazgów z niego ostatecznie, na rzecz klarowności, wykosiłem. Ale w sumie: 1) nie chciałbym, żeby się pogubiły; 2) uzupełniają one kontekst przeprowadzanego tam przeze mnie argumentu dodatkowymi dowodami, nawet jeśli tylko anegdotycznymi, z osobistego doświadczenia.

Czytaj dalej

Brzydkie słowa: Prawa autorskie

Wieści o tym, że Billy Porter wcieli się w wielkiego Jamesa Baldwina w powstającym biopiku, przypomniały mi, od jak dawna nie mogę się nadziwić, że jego powieść Giovanni’s Room (1956), przetłumaczona na polski jako Mój Giovanni, nigdy nie została zekranizowana. Nie tylko dlatego, że to tak znakomita powieść, jedna z najpiękniejszych w literaturze XX w. (żadnej innej książki nie kupiłem tyle razy, bo rozdaję ją znajomym). Chodzi też o to, że wszystko się w niej prosi o ekranizację. Jasno określony główny wątek, niezbyt duże rozmiary (nie trzeba wiele wycinać), struktura dramatyczna, ilość postaci i ich wyrazistość, opowiadanie przejmującymi, gotowymi do zainscenizowania scenami, dialogi – to wszystko materiał czekający po prostu na sfilmowanie. Przecież nie mogłem być jedynym człowiekiem, który to dostrzegł przez tyle dziesięcioleci?

Niespełnione marzenia Jamesa Baldwina

No i nie byłem. Sam Baldwin podobno uważał tę i inne swoje powieści za wyjątkowo przekładalne na inne media. W 1978 roku napisał nawet we współpracy z młodym pisarzem i aspirującym filmowcem z Zimbabwe, Michaelem Raeburnem, scenariusz potencjalnego filmu Giovanni’s Room. Scenariusz istnieje, do dzisiaj leży w szufladzie Raeburna. Film nigdy nie powstał i bynajmniej nie dlatego, że nie udało im się nikogo scenariuszem zainteresować. W ciągu dwugodzinnej przejażdżki taksówką po Paryżu, w czasie której rozmawiali tylko o tym, Raeburn zachwycił projektem Marlona Brando, który zadeklarował, że w to wchodzi i bierze rolę Guillaume’a (to właściciel baru, w którym David poznaje Giovanniego; ten, którego Giovanni ostatecznie zabija). Palec pod budkę włożył też Robert De Niro, który szukał wtedy ról wychodzących „poza jego dotychczasową strefę komfortu”.

Jak to się mogło nie udać?

Film nigdy nie powstał, gdyż Baldwin nie posiadał… pełni praw autorskich do własnej powieści. Były one pod kontrolą jego agenta, który zażądał – od autora pierwowzoru, którego „reprezentował”! – sumy 100 tys. dolarów za opcję na prawa do ekranizacji. Baldwin i Raeburn taką sumą nie dyspopnowali. Pomimo wejścia na pokład Marlona Brando, nie mieli za sobą wielkiego hollywoodzkiego studia, które mogłoby na starcie tyle zainwestować. Tragiczna historia miłości między dwoma mężczyznami – to był wciąż bardzo śliski temat dla wielkich studiów Hollywoodu. Kilka lat wcześniej John Schlesinger na kolaudacyjnym pokazie Sunday Bloody Sunday dla bossów ze studia wywołał panikę z konsternacją, a Giovanni’s Room to byłby film o wiele bardziej prowokacyjny obyczajowo. Cruising Williama Friedkina, film, który – jak pisał kiedyś Michał Oleszczyk – „wypocił” z Hollywood lęk przed tematem homoseksualizmu, zanim mogło ono zacząć o nim myśleć bez całej tej mrocznej otoczki, powstał dopiero w 1980. Gdyby Mój Giovanni powstał jako film wielkiego studia, zostałby bez wątpienia po drodze mocno przypiłowany. Dlatego Baldwin nie takiego filmu pragnął. Chciał go zrobić we Francji, w znacznej mierze po francusku (jego narrator-bohater David jest Amerykaninem, ale przebywając we Francji rozmawia z miejscowymi po francusku). Ostatecznie nie udało się przekroczyć problemu z prawami do pierwowzoru.

Czytaj dalej

Na wschodzie bez zmian

Metronom (2022) debiutującego w fabule rumuńskiego reżysera Alexandru Belca (rocznik 1980) to film dobry, nawet bardzo, pod każdym względem rzemiosła i kunsztu, nie bez powodu nagrodzony za reżyserię przez jury sekcji Un Certain Regard (a więc poza konkursem głównym) Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes w roku zeszłym, 2022. Świetne zdjęcia, znakomicie poprowadzeni młodzi aktorzy. Umiar, brak patosu i przejmujące dramatyczne napięcie świetnie zainscenizowanych długich scen (znak firmowy rumuńskiego kina). Piękne kostiumy i znakomita scenografia – widz z Europy Wschodniej ma poczucie niemal dotykania tamtej rzeczywistości, tak prawdziwe są różne jej faktury. Nigdy nie byłem w Rumunii, a już na pewno nie w 1972 roku, kiedy toczy się akcja (urodziłem się 7 lat później), ale pewne rzeczy my, Wschodni Europejczycy, wszyscy rozpoznajemy – te tafle reliefowego szkła w drzwiach pokojów, rekwizyty szkolnej sali, itd.

Jest to dziwny przypadek filmu, który autentycznie mi się jako film podobał – a jednocześnie nie tylko cieszę się, że nie ma, póki co, dystrybucji w Polsce (widziałem go w kinie w Amsterdamie), ale wręcz mam nadzieję, że tak pozostanie i przebije się on do jakkolwiek pojętej szerszej świadomości dopiero z jakiegoś dystansu czasowego. Wiem, wiem – dlaczego w takim razie o nim po polsku, a więc dla Polaków, piszę? No cóż, bo potrzebuję porządkować myśli z przyczyn – nazwijmy to tak – terapeutycznych. Piszę o tym, o czym udaje mi się rozpisać i poczuć kontrolę nad koleją własnych myśli. A poza tym – krótki tekst o nieznanym w Polsce rumuńskim filmie? Kto go tutaj znajdzie, oprócz tych nielicznych, którzy zaglądają tu, żeby czytać wszystko, co nowego napisałem?

Czytaj dalej

Ivo van Hove i królowie z Shakespeare’a

Ivo van Hove to pochodzący z Belgii, ale królujący od lat w Amsterdamie, flagowy, żeby nie powiedzieć „wystawowy” reżyser niderlandzkiego teatru na świecie. Mówią tu o nim czasem de grootmeester van het toneel („wielki mistrz teatru/sztuki teatralnej”). Lista jego nagród pokrywa dolną połowę tej strony z biogramem. Jego sztuki niejednokrotnie objeżdżają świat (festiwale w Awinionie, Edynburgu, te sprawy). Pamiętam, jak gościł na scenie Barbican Centre w Londynie, kiedy jeszcze mieszkałem w Wielkiej Brytanii, wystawiał też jako goszczący reżyser w londyńskim National Theatre i na innych scenach światowej sławy.

Kings of War

Kings of War to nie jest nowa produkcja, ale kiedy w swoim pierwszym sezonie, w ramach światowego tournée trafiła na scenę właśnie w Barbican Theatre (było to w 2016), to mi przeleciała przez palce. W sezonie 2022/2023 produkcja zmartwychwstała na kilka tygodni na swojej scenie macierzystej, która od dawna jest artystycznym domem van Hovego: Internationaal Theater Amsterdam, ITA (jest dyrektorem tego zespołu od 2001, wcześniej pod nazwą Toneelgroep Amsterdam). Obsada to członkowie znakomitego ITA-ensemble, stałego zespołu tej sceny i paru byłych jego członków wracających na te deski na potrzeby Królów wojny. Gils Schouten van Aschat, Hélène Devos, Janni Goslinga, Aus Greidanus Jr., Daniël Kolf, Minne Koole, Hugo Koolschijn, Bart Bijnens, Ramsay Nasr, Chris Nietvelt, Celia Nufaar, Bart Slegers, Eelco Smits.

Duża, trwająca 270 minut (z tylko jedną przerwą), wielkoobsadowa produkcja, angażująca wyrafinowane i imponujące rozwiązania sceniczne i techniczne. Z trzech „królewskich” tragedii Shakespeare’a (Henryk V, Henryk VI i Ryszard III) zaadaptowana dla van Hovego przez Barta Van den Eynde i Petera Van Kraaija, tak by złożyły się one w jedną epicką opowieść, niczym rodową sagę o walkach o władzę i o jeszcze więcej władzy (ze szczególnym uwzględnieniem kontroli nad zamorskimi domenami we Francji). Wraz z upływem inscenizowanych dziejów rodzin monarszych, aktorzy odtwarzający uśmiercone lub odsunięte już na margines postaci, powracają wcielając się w kolejne.

Czytaj dalej

Brzydkie słowo: Start-up

Slavoj Žižek pisze gdzieś (pewnie, jak to on, w więcej niż jednym miejscu), że ideologiczny problem naszych czasów, naszego życia w neoliberalnym kapitalizmie, nie polega wcale na tym, że brakuje dostępnych nam krytyk kapitalizmu. Krytyki banków, giełdy, wielkich korporacji (konkretnych lub w ogóle) mamy w istocie całe zatrzęsienie, nawet w kulturze popularnej i hollywoodzkich blockbusterach. Prawdziwy problem polega na tym, jak te krytyki są zawężone i wybiórcze, gdzie się wszystkie zatrzymują i tracą impet, jak niewielki wycinek realnego kapitalizmu tak naprawdę poddają krytyce. Banki, spekulacyjne ekscesy giełdowe, zbyt chciwe korporacje.

Czytaj dalej