Kiedy przyszli po muzułmanki…

Gdyby kilku uzbrojonych mężczyzn podchodziło do kobiet na plaży i zastraszało je, by się publicznie rozebrały, to czy byliby funkcjonariuszami policji czy nie, śmiało nazywalibyśmy to wszyscy co najmniej molestowaniem seksualnym. Niektórym sprawa przestaje wydawać się jasna, kiedy kobieta jest muzułmanką. Takie rzeczy działy się w sierpniu we Francji, m. in. w Nicei, po tym, jak merowie szeregu nadmorskich francuskich miast zakazali noszenia na ich plażach burkini, stroju kąpielowego zaprojektowanego przez australijską muzułmankę. „Socjalistycznemu” premierowi Manuelowi Vallsowi w spójny sposób mieści się ten zakaz w „uniwersalistycznych” zasadach Republiki, w jej laïcité, oficjalnej świeckości państwa. Już 26 sierpnia Conseil d’État, najwyższy francuski sąd administracyjny uznał, że wcale się w ogólnych zasadach Republiki nie mieści i uznał pierwszy taki zakaz za nielegalny.

Wydaje się, jakby Francuzi pozwalalali przesiąkać na terytorium Francji metropolitalnej temu, czego się nauczyli w swoich niegdysiejszych koloniach. Jakby ich stosunek do kobiet arabo-musulmanes przeciekał do Francji z Algierii i Tunezji tak samo, jak metody policyjnego nadzoru i represji zamieszkującej przedmieścia wielkich miast społeczności issues de l’immigration („pochodzących z imigracji”). Stary dobry Frantz Fanon, który część życia poświęcił Algierii, pisał jeszcze w czasach francuskiego imperium kolonialnego, drugiego co do wielkości po brytyjskim, że algierskie kobiety zajmowały szczególne miejsce w zespole francuskich obsesji na punkcie ich północnoafrykańskiej posiadłości[1]. Skoro kobiety pełnią tak istotną rolę w procesach transmisji kultury (wychowują dzieci), odbicie jak największej ich części z rąk ich mężczyzn oznaczałoby zdobycie klucza do zdominowania ich kultury, do udomowienia i oswojenia śniadego Obcego, który w końcu przestałby się stawiać, robić wyrzut ze swojego położenia, z wyzysku i przemocy, których pada ofiarą. Odsłonięcie skarbu fizycznego piękna arabskiej kobiety, ukrytego pod atrybutami symbolicznej przemocy kontrolujących ją arabskich mężczyzn, jej wyzwolenie spod tej kontroli wystawiłoby ją (i Algierię) – na gwałt ze strony kolonizatora, tak przez niego upragniony. Wola arabskiej kobiety, to jak ona sama jako podmiot pragnie osiągnąć swoją emancypację, jakie symbole chce odrzucić, a jakie są dla niej samej cenne w budowie i przebudowie jej tożsamości (np. by rzucić wyzwanie kolonizatorowi) – takie rzeczy nigdy nie były częścią francuskiego równania.

Od drugiej połowy XIX wieku głównym czarnym charakterem francuskiego rasizmu wewnątrz Francji metropolitalnej byli Żydzi. W swoim komentarzu[2] do „afery burkini” historyk Shlomo Sand przypomniał, że pomimo iż antysemityzm wywodzi się z religijnych fiksacji chrześcijaństwa w ogóle czy też katolicyzmu w szególności, ten francuski antysemityzm drugiej połowy XIX wieku był doskonale laicki, obchodził się doskonale bez wycieczek w stronę „winy za śmierć Chrystusa”, współistniał nawet harmonijnie z wojującym antyklerykalizmem. Francuska koncepcja narodu jest relatywnie inkluzywna, „uniwersalistyczna”, ale domaga się wysokiej ceny. Jest to koncepcja o źródłach osadzonych w Rewolucji Francuskiej: jest ona jakobińska. Każdy może zostać Francuzem, ale żeby to się stało w pełni, musi oderwać się od partukularyzmów swojego pochodzenia, odesłać je w niepamięć. Żydzi byli w tym zawadą. Sand podkreśla, że Francja była od połowy XIX wieku jednym z najbardziej antysemickich  krajów w Europie, pozostała takim do końca II wojny światowej (stąd tak łatwo było hitlerowcom o francuską współpracę przy deportacjach Żydów). Dopiero ostateczna klęska i kompromitacja Trzeciej Rzeszy pociągnęła za sobą kompromitację antysemityzmu.

Na pozycji odruchowego kozła ofiarnego francuskiego rasizmu, takiego, co z automatu jest na podorędziu, przez jakieś ćwierć był wakat, ale potrzeba jego wypełnienia pojawiła się wraz z kryzysami ekonomicznymi powracającymi od lat 70. Miejsce przypadło arabo-musulmans, społeczności, która nigdy nie oderwała się od kulturowych partykularyzmów swojego pochodzenia, choć głównie z winy samej Francji. Nigdy nie chciała, by wydostali się z zaklętego kręgu najgorzej opłacanej pracy, którą Francuzi de souche („rdzenni”) chcieli zepchnąć na kogoś innego. Zawsze traktowała ich jako „szczególny przypadek” imigracji. Rekonsolidacja francuskiego rasizmu tym razem wokół populacji muzułmanskiej w roli „wroga” przeprowadzona została – pisze Sand – rękoma sojuszu spadkobierców tradycji jakobińskiej, tych, którzy za rewolucyjnego młodu, w latach 60. i 70. zaczytywali się pismami Mao, z konserwatystami.

Z tego sojuszu bierze się zdumiewająco ponadpartyjny charakter francuskiej obsesji na punkcie ubiorów muzułmanek. Zakazy burkini wprowadzili merowie o różnych afiliacjach partyjnych; prawne regulowanie strojów muzułmańskich kobiet pasjonuje wyborców François Hollande’a w takim samym stopniu jak tych od Nicolasa Sarkozy’ego i Marine Le Pen, ale także Jean-Luca Mélenchona. W swojej gruntownej analizie problemu francuskiej islamofobii[3] Abdellali Hajjat i Marwan Mohammed wykazują, że wytwarzanie „problemu muzułmańskiego” od lat 80. XX wieku stanowi swego rodzaju rdzeń, wokół którego kształtuje się konsensus francuskich elit politycznych i ekonomicznych różnych pod innymi względami. Ten konsensus służy zarządzaniu „ponad podziałami” napięciami wynikającymi z kryzysów społecznych i ekonomicznych – mówiąc krótko, zarządzaniu najbiedniejszymi i najbardziej zmarginalizowanymi sektorami społeczeństwa w warunkach kryzysu. Podkreślają też strukturalne podobieństwo islamofobii do antysemityzmu: fuzja praktyk religijnych i religijnej przynależności (faktycznej lub domniemanej) z dyskursem „rasowym” czy też „urasowiającym”, podważanie „prawomocności” obecności muzułmanów na terytorium europejskim, itd.

Kiedy francuscy politycy od prawicy do oficjalnej lewicy „odkryli” mistyczny związek między zagrożeniem terrorystycznym a tym, w czym kąpią się muzułmanki, kontynuowali jednocześnie starszą linię rozumowania wymyśloną tak naprawdę we Francji przez niektóre feministki. „Parler du voile, c’est parler au viol” padło u szczytu debat, które doprowadziły do zakazu noszenia chust w szkołach publicznych w 2004. „Rozmawiając o chuście, mówimy o gwałcie”. Zdaniem tej szkoły francuskie muzułmanki, które zakrywały w miejscach publicznych włosy, były wspólniczkami w opresji tych kobiet ze społeczności muzułmańskiej, które zakładać jej nie chciały. Manifestując swoje posłuszeństwo wobec wyprowadzonych z islamu norm ubioru wskazywały te, które tego nie robiły, jako „zdziry” zasługujące na gwałt. Zakładając chusty, stawały współwinne gwałtów na tych, które nie zakładały. Bo gwałt nie istniał przecież we Francji przed przybyciem imigrantów z Magrebu, a po ich przybyciu – poza dzielnicami zamieszkanymi przez imigrantów i ich potomków. Niektóre fracuskie feministki – na te bezdroża zbłądziły nawet intelektualistki tego formatu, co Élizabeth Badinter – posunęły się tak daleko, że zadeklarowały, iż patriarchalna opresja kobiet istnieje dzisiaj na Zachodzie już tylko w społecznościach muzułmańskich. Zadaniu gruntownej krytyki takich galopad wiele pracy poświęciła np. znakomita polemistka, redaktorka pisma „Nouvelle Questions féministes”, Christine Delphy (polecam wyśmienity esej Antisexisme ou antiracisme…[4]). Choroby nie udało się jednak we francuskim organizmie społecznym powstrzymać, więc dzisiaj od noszonych przez muzułmanki chust prosta droga już nie tylko do gwałtów, ale także do zamachów terrorystycznych.

Gdyby policja wyłapywała w przestrzeni publicznej przedstawicielki jakiejkolwiek innej grupy – mniejszości etnicznej czy religijnej – nikt nie miałby wątpliwości, że mamy do czynienia z rasistowską nagonką. Wyobraźmy sobie wyłapywane na ulicy Żydówki, Hinduski czy Afrykanki. To, jak wiele osób o różnych orientacjach politycznych (nie tylko we Francji) tego nie dostrzega, gdy na celowniku są Arabki i muzułmanki, dowodzi jak powszechną i przezroczystą – bo centralną i kluczową! – formą rasizmu stała się współcześnie islamofobia. Wokół europejskich muzułmanów i społeczności pochodzenia arabskiego gęstnieje dzisiaj atmosfera pogromowa. Każdy, kto się kiedyś zastanawiał, jak to było możliwe, że ludzie w latach 30. XX wieku nie widzieli, co się wokół nich dzieje, że ignorowali wszystkie sygnały, powinien może przestać się zastanawiać, a zacząć rozglądać. Właśnie tak to się działo. W obecnym strukturalnym kryzysie kapitalizmu muzułmanie i Arabowie znaleźli się w roli, która w poprzednim tak głębokim kryzysie systemu przypadła Żydom. W roli jego kozła ofiarnego. Muzułmanie i Arabowie są „Żydami” naszych czasów.

Przypisy

[1] Frantz Fanon, L’Algérie se dévoile, [w :] tegoż, L’An V de la Révolution Algérienne, Paris : Maspero 1959.

[2] Shlomo Sand, Arrêtés anti-burkini, femme voilées verbalisées : la laïcité, ultime refuge du raciste, http://leplus.nouvelobs.com/contribution/1552646-arretes-anti-burkini-femmes-voilees-verbalisees-la-laicite-ultime-refuge-du-raciste.html [wersja angielska]

[3] Abdellali Hajjat, Marwam Mohammed, Islamophobie. Comment les élites françaises fabriquent le « problème musulman », Paris : La Découverte 2013.

[4] Christine Delphy, Antisexisme ou antiracisme, [w :] tejże, Classer, dominer : Qui sont les « autres » ?, Paris : La Fabrique, 2008.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w miesięczniku „Le Monde diplomatique – edycja polska” (wrzesień 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Szanse Jeremy’ego Corbyna

24 września, przy okazji konferencji Labour Party w Liverpoolu podane zostały rezultaty wewnątrzpartyjnych wyborów – na stanowisko przewodniczącego. Zaledwie rok po poprzednich, bo dominujące w parlamentarnych ławach Labour prawe skrzydło partii za wszelką cenę usiłowało pozbyć się wybranego na to stanowisko z ogromnym mandatem (więcej głosów niż wszystkich czworo kontrkandydatów razem wziętych) Jeremy’ego Corbyna. Spiski blairystów poszły na marne. Jeremy Corbyn umocnił jeszcze swój mandat. Uzyskał prawie 62% głosów, przy większej liczbie i odsetku głosujących niż rok temu, i to pomimo iż zdominowana przez blairystów partyjna biurokracja na różne sposoby uniemożliwiła głosowanie grubo ponad stu tysiącom osób, które chciały głosować na niego.

Czy ten odnowiony i umocniony mandat udzielony przez członków pomoże Corbynowi z sukcesem prowadzić Labour Party do przodu? Wszystko zależy od miary sukcesu, jaką do szans Corbyna przyłożymy.

Władza w Labour Party

Podziały, jakie przeorały Partię Pracy w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, okazały się tak głębokie, a konflikt między nimi tak intensywny i – mimo rekoncyliacyjnego stylu samego Corbyna – tak bezwzględny, że pesymistyczna miara za sukces uznałaby w takich warunkach samo dotrwanie Corbyna, bez kolejnych prób wysadzenia go z siodła, w roli lidera, a Labour Party w całości, do wyborów parlamentarnych w 2020. Rozpad partii jest bardzo prawdopodobny: dominujące w parlamentarnej reprezentacji, ale mające dziś wyraźnie mniejszościowe poparcie w szeregach członkowskich prawe skrzydło (blairyści) wyodrębniłoby się w takim scenariuszu w partię centrową nieznacznie na lewo od Torysów. Jednak w warunkach brytyjskiego systemu wyborczego (okręgi jednomandatowe), w którym zwycięska partia bierze nieproporcjonalnie dużą liczbę miejsc w parlamencie, będzie to mogło oznaczać wyborczą katastrofę dla obydwu takich partii – sierot po Tonym Blairze i zwolenników Corbyna. Partia przerobiła już ten scenariusz w latach 80.

Jednak to, że taki rozpad oznaczałby polityczne samobójstwo obydwu powstałych z rozpadu partii nie oznacza wcale, że nikt do tego nie dopuści. Brexit pokazał już, że większość brytyjskiej klasy politycznej miota się dzisiaj jak kurczak bez głowy i najzupełniej nie wie, co czyni.

Przeciwnicy Corbyna na prawym skrzydle Labour Party twierdzą – i zapewne wierzą – że Corbyn jest „niewybieralny”. Zbyt radykalny, zbyt idealistyczny, zbyt nierealistyczny, by zjednoczyć dla swojego programu wystarczające poparcie, żeby Labour zdobyła większość miejsc w parlamencie. Nie mieści się on też w typowych ramach polityka „wizerunkowego”, takiego, co zawsze jest w najlepszym na daną okazję garniturze i uwielbiają go kamery wielkich mediów.

Czy program Corbyna jest rzeczywiście „zbyt radykalny”? Zależy, co to znaczy. Znakomity dziennikarz Richard Seymour, autor świetnej książki o uwarunkowaniach zwycięstwa Corbyna (Corbyn: The Strange Rebirth of Radical Politics), podkreśla, że program ekonomiczny Corbyna byłby najzwyklejszym mainstreamowym programem socjaldemokratycznym – gdybyśmy byli w latach 60. Tyle że strategiczne przemysły, na których skupią się rządowe inwestycje, zostały zaktualizowane o to, co najbardziej postępowe dzisiaj. Zakłada on m. in. masowe inwestycje w budowę mieszkań, zielone technologie, odnawialną energetykę. Koniec polityki cięć, wzrost płac i stabilności zatrudnienia. Darmowa edukacja dla wszystkich i odwrócenie pełzającej prywatyzacji służby zdrowia. To, że taki program wydaje się dziś radykalny, świadczy jedynie, jak daleko na prawo zadryfował obowiazujący konsensus.

Prowadzona już przez drugą kadencję rządu Torysów polityka cięć budżetowych na wszystkich frontach od lat dławi płace i cieszy głównie finansjerę w City of London i najbardziej rentierskie sektory klasy dysponentów kapitału. Nawet biznes – jego sektory bardziej produktywne – z ulgą przywitałby dzisiaj program ekonomiczny taki jak ten Corbyna (nowe inwestycje, wzrost siły nabywczej). Lata polityki zaciskania pasa powodują już bowiem, że dławiona siła nabywcza znowu na masową skalę kompensowana jest kredytami konsumpcyjnymi. Zegar wydaje się już odliczać czas do powtórki z 2008; uderzy ona we wszystkich tych, którzy zyski czerpią nie z różnych form renty, a ze sprzedaży wytwarzanych dóbr i usług.

Jednak – dodaje Seymour – wielki biznes poparłby tego rodzaju program ekonomiczny, gdyby zaproponowała go partia prawicowa. Byłby wtedy zapakowany w retorykę wzrostu gospodarczego, konkurencyjności, itd. W ofercie Corbyna jest on częścią projektu zmiany stosunku sił klasowych w Wielkiej Brytanii, odzyskania dla klas pracujących tego, co straciły w ciągu czterech dekad niepodzielnego panowania neoliberalnej ortodoksji.

Kilka dni przed konferencją w Liverpoolu słynny reżyser Ken Loach, zdeklarowany marksista i sojusznik Corbyna, przypomniał swoim słuchaczom, działaczom lewego skrzydła partii, że to nie tylko prawe skrzydło partii, które próbowało go usunąć ze stanowiska lidera, patrzy na Corbyna z przerażeniem. Cała klasa dysponentów kapitału patrzy na Corbyna z przerażeniem, bo widzi w nim groźbę utraty sporej części swojej władzy klasowej odzyskanej w okresie neoliberalnej restrukturyzacji kapitalizmu. Oni wszyscy wytoczą przeciwko Corbynowi działa.

Droga do Downing Street

Czy samo to, że cały wielki biznes (w tym prywatne media) zrobi wszystko, żeby go zatrzymać, znaczy, że Corbyn i Labour Party pod jego przywództwem nie ma szans wygrać wyborów w 2020? To wcale nie jest przesądzone. Owszem, poparcie dla Labour jest obecnie zbyt niskie, by mogła wygrać wybory teraz. Ale Theresa May, pomimo słabego mandatu poparcia, uczepiła się władzy i już jej nie puści do końca kadencji. Skorzystała z tego, że posłowie Labour zamiast zająć się wymuszeniem przedterminowych wyborów (po Brexicie i rezygnacji Camerona) woleli spiskować przeciwko Corbynowi. A do 2020 jeszcze kupa czasu.

Za obecne niskie poparcie Labour nie odpowiada Corbyn. Objął przywództwo partii już w takim stanie. Za dodatkowy spadek w ostatnich tygodniach winę ponosi raczej właśnie prawe skrzydło partii z jego metodą najbardziej nawet chamskich chwytów przeciwko Corbynowi. Ostatecznie cierpi na tym wiarygodność całej partii.

Teza, że Corbyn jest zbyt lewicowy, by wygrać wybory w takim kraju, jak Wielka Brytania, wynika z niezrozumienia, skąd wzięły się porażki, jakie Labour poniosła w dwóch minionych wyborach parlamentarnych. Wynikły one nie z tego, że partia była zbyt lewicowa, a z tego, że lata blairyzmu przesunęły ją tak daleko w prawo, że straciła jakąkolwiek wiarygodność jako partia lewicowa i jako coś znacząco innego niż Torysi. Stała się dla wielu jedynie Torysami w wersji light, zdolnymi jedynie do polemizowania (czasem) ze skalą rządowych cięć budżetowych, ale już nie z samą zasadą, że są „konieczne”. Przywództwo Eda Milibanda (2010-2015) było okresem rozkroku bez tożsamości. Miliband jest w głębi duszy na lewo od Blaira, ale dał sobie wmówić, że wybieralność wymaga koncesji na prawo. Stąd jego kampania w wyborach do parlamentu była prawdziwym Ministerstwem Dziwnych Kroków – raz w lewo, raz w prawo, a potem jeszcze bardziej. Uwierzył blairystowskim specom od marketingu politycznego, że w warunkach rosnącej popularności skrajnie prawicowego UKIP-u, trzeba zagrać trochę przykręcaniem śruby na imigrantów i tych, co żyją „na socjalu”. Tylko po co ktoś, kto ma takie poglądy, miałby głosować na echo, skoro mógł na oryginał?

Ktoś taki jak Corbyn nie mógł wygrać w latach 90., kiedy przewództwo Partii Pracy przejął Tony Blair, ale to były lata ideologicznego triumfu neoliberalizmu. Dziś neoliberałowie trzymają ciągle całość realnej władzy – z wyjątkiem rządu dusz. Ich władza symboliczna, władza nad tym, żeby ludzie wierzyli w to, co od nich słyszą, kurczy się z dnia na dzień, odkąd po 2008 wszystkie ich prognozy, diagnozy i recepty rozmijają się z rzeczywistością. Wróżenie z fusów sprawdza się dziś częściej.

Dlatego negatywny coverage, jaki Corbyn ma w mediach głównego nurtu, nie jest reprezentatywny dla brytyjskiego społeczeństwa. I zwolennicy Corbyna szybko to zrozumieli, identyfikując wielkie media jako część neoliberalnego aparatu władzy, przeciwko któremu pragną się zamachnąć. Nie odnaleźli swojego punktu widzenia w telewizji i dużych dziennikach, sięgnęli  więc po media społecznościowe, które wzięli szturmem. Paradoksalnie, jeśli największe media nie przestaną się tak na Corbynie wyżywać i powtarzać w każdym poświęconym mu zdaniu, że jest „niewybieralny”, może mu to znacząco pomóc w wyborach. Widzieliśmy na przykładzie Brexitu, jak to działa w obecnym stanie ducha brytyjskiego społeczeństwa.

Ci, którzy uparcie zwracają uwagę na obecne poziomy poparcia Labour Party, wydają się nie dostrzegać szerszego kontekstu. Brytyjczycy, jak wiele innych współczesnych społeczeństw, ulegają dziś procesowi polaryzacji. Nic nie cieszy się dziś szybciej słabnącym poparciem niż owo mityczne centrum, do którego truchła modlą się sieroty po Tonym Blairze. Również po stronie Torysów pierwsze skrzypce przejęło przecież (po dymisji Camerona) ich najdalsze prawe skrzydło. Rząd Theresy May jest najbardziej prawicowym brytyjskim rządem co najmniej od II wojny światowej. Torysi bliżej centrum utracili grunt pod nogami we własnej partii.

Na przestrzeni minionych kilkunastu miesięcy Corbyn przyciągnął do Labour Party setki tysięcy nowych członków, którzy sami się tego po sobie nie spodziewali jeszcze rok wcześniej. Zobaczyli oni szansę powrotu lewicowej polityki w Wielkiej Brytanii i własne w niej miejsce. Dziś Labour ma 640 tys. członków, jakieś trzy razy więcej niż w połowie 2015. To nie tylko więcej niż wszystkie inne partie polityczne w Zjednoczonym Królestwie razem wzięte – to więcej niż jakakolwiek inna partia socjaldemokratyczna w Europie.

Krytycy „corbynmanii” mają rację, kiedy przypominają, że te masy ludzi nie są reprezentatywne dla całego brytyjskiego społeczeństwa. Zapominają jednak, że w ciągu ostatnich kilku lat masy Brytyjczyków przesunęły się znacząco na lewo, z powodów rozciągających się od społecznych skutków polityki Torysów, przez skandal kryzysu uchodźczego, po przerażenie rasizmem przeciwnego bieguna polityki. Nie ma żadnych powodów, by sądzić, że ten proces nie będzie postępował stąd do 2020 roku. Te masy nowych członków osadzone są w innych organizacjach, od lokalnych, przez studenckie, po antywojenne; mają rodziny, kolegów i przyjaciół. Wszędzie tam przez tych kilka lat będą prowadzić powolną pracę przekonywania. Od dawna też brytyjska młodzież nie była tak upolityczniona i tak lewicowa. Do 2020 cztery kolejne jej roczniki uzyskają prawo głosu. Brytyjska klasa polityczna znajduje się po Brexicie w stanie całkowitego skołowania, a społeczeństwo w momencie, w którym żadne status quo właściwie nie istnieje, do kupy trzymane już tylko kiepską fastrygą. Wszystko może się teraz wydarzyć.

Jeśli tylko prawe skrzydło przestanie sabotować własną partię, szanse Corbyna na doprowadzenie Labour do władzy są większe niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Czy prawe skrzydło przestanie? Nie wiadomo.

Władza w kraju: premier Jeremy Corbyn?

Corbyn na pewno już zmienił pejzaż brytyjskiej polityki. Neoliberalne dogmaty, jak „konieczność cięć”, przestały być przezroczystymi faktami przyrody, a stały się przedmiotem politycznej debaty, podobnie jak wydatki na broń atomową czy zbrojne interwencje na Bliskim Wschodzie. Tłumy ludzi znalazły się nagle lub na powrót w polityce i łatwo się stamtąd wyrzucić nie dadzą. Warto też pamiętać, że dla mas nowych członków partii przegrana w jeszcze jednych wyborach nie jest końcem świata, jeśli tylko w międzyczasie uda się pod znakiem Labour odbudować w Wielkiej Brytanii wiarygodną lewicę na przyszłość rozumianą w nieco dłuższej perspektywie.

Ale co z szansami Corbyna, jeśli doprowadzi Labour do władzy w wyborach w 2020? Przykład Grecji pokazuje, że samo zwycięstwo w wyborach nie wystarczy, żeby odwrócić neoliberalizm. Ale Wielka Brytania jest bez porównania potężniejszym krajem niż Grecja, jedną z największych gospodarek, ma kontrolę nad własną walutą i zajmuje znacznie silniejszą pozycję w strukturze światowej gospodarki. Jednak częścią tej siły jest City of London, a stopień finansjeryzacji brytyjskiej gospodarki może skutkować jej podatnością na spekulacyjny atak na brytyjską walutę i system finansowy, jeżeli siłom globalnego kapitału nie spodoba się wybrany przez Brytyjczyków rząd.

Wróćmy do refleksji z książki Seymoura. To, że strukturalnie bardzo podobny program zbudował w okresie bezośrednio po II wojnie światowej brytyjskie państwo dobrobytu, również rękami Labour Party, nie znaczy, że projekt taki jest realnie do powtórzenia w dowolnych okolicznościach historycznych. Jakie okoliczności umożliwiły największe historyczne osiągnięcie Labour Party? Bezprecedensowa destrukcja już istniejącego kapitału w konwulsjach II wojny światowej stworzyła podstawy do przejścia kapitalizmu w kolejną długą fazę przyspieszonej akumulacji i dynamicznego wzrostu. Ten wzrost można było dzielić tak, że kapitaliści utrzymywali swoją wysoką stopę zysku, a i tak wystarczało na korzyści dla klas pracujących, w postaci wzrostu płac i rozwoju powszechnie dostępnych usług publicznych finansowanych z podatków. Te powszechne usługi gwarantowały z kolei kapitałowi zdrową i stabilnie reprodukującą się siłę roboczą, umożliwiającą utrzymanie tempa akumulacji na przyszłość. To był bardzo od obecnego odmienny układ sił. Dziś kapitalizm znajduje się w strukturalnym kryzysie akumulacji co najmniej tak głębokim jak ten w latach 30. XX wieku. Jednocześnie, dysponując większą władzą niż kiedykolwiek wcześniej, na swoje doraźne potrzeby wielki kapitał może przebierać w ofertach tańszej siły roboczej w innych częściach świata, lekceważąc problem jej stabilnej reprodukcji w danym kraju. Kapitał nie zechce się dzisiaj dzielić tym, co mu coraz wolniej przybywa. Trudniej go też będzie zmusić do zawarcia podobnego paktu, jak ten po wojnie.

Może to oznaczać, że jeśli Corbyn odniesie pierwsze sukcesy – utrzyma władzę w partii, partia się nie rozpadnie i wygra wybory – kolejny sukces, już jako szefa rządu, będzie możliwy tylko wtedy, gdy polityka takiego rządu Labour okaże się znacznie bardziej radykalna niż obecnie deklarowany program (np. zacznie się od nacjonalizacji nie tylko kolei, ale przede wszystkim banków). Historycznie Labour Party nigdy nie była partią radykalną. W przeciwieństwie do innych zachodnioeuropejskich socjaldemokracji, nawet jej korzenie nie tkwią w socjalistycznych międzynarodówkach przeszłości.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w serwisie Trybuna.eu (27 września 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brexit, rasizm i Polacy

Pod koniec lipca brytyjskie serwisy informacyjne (zaczęło się od hiszpańskojęzycznej strony internetowej ElIberico.com) nagłośniły operację brytyjskich służb imigracyjnych przeprowadzoną we współpracy z kierownictwem sieci restauracji Byron (serwują głównie „wypasione” hamburgery). 4 lipca około dwustu osób z personelu aż 15 lokali firmy zawieziono „na szkolenie”. Na miejscu czekali oficerowie imigracyjni. Zwiezieni tam pracownicy pochodzili spoza Unii Europejskiej – z Ameryki Łacińskiej, Albanii, Nepalu, Egiptu – i podejrzani byli o nieposiadanie lub sfałszowanie wizy czy pozwoleń na pracę w Wielkiej Brytanii. Co najmniej 35 osób zostało aresztowanych, źródła sugerują, że być może 150 osób więcej czekał podobny los, ale zdołały uciec i od tamtej pory się ukrywają. Niektórzy z tych pracowników pracowali dla sieci Byron przez kilka lat.

Tak w praktyce wygląda zaostrzenie polityki imigracyjnej przez minister spraw wewnętrznych w gabinecie byłego premiera Davida Camerona, Theresę May. May wprowadziła zasadę, że spoza Unii Europejskiej tylko osoby zarabiające powyżej 35 tys. funtów rocznie mają prawo zostać na Wyspach. Większość Brytyjczyków może tylko marzyć o takich zarobkach, gdyż tutejsza średnia jest o jakieś 10 tys. niższa. Na ulicach pojawiły się plakaty zastraszające tych, którzy „są tutaj nielegalnie”. W „wojnę z nielegalną imigracją” May wciągnęła pracodawców i właścicieli domów i mieszkań oferowanych na wynajem. Zagroziła im odpowiedzialnością, jeśli status imigracyjny osób przez nie zatrudnianych lub tych, którym wynajmują mieszkania, okaże się nieuregulowany. Wielu cynicznych biznesmenów i właścicieli nieruchomości zyskało w ten sposób dodatkowy instrument terroryzowania i esksploatowania najbardziej bezbronnych pracowników czy lokatorów. (Czy tych 200 osób z Byrona zdążyło zobaczyć swoją ostatnią wypłatę? Czy „nielegalny” imigrant może tak łatwo nie zgodzić się na 50% podwyżki czynszu?)

Cała ta kampania była od początku obliczona na cyniczne granie na społecznych nastrojach i fobiach, na odbijanie wyborców skrajnie prawicowej partii UKIP. Wielka Brytania tak naprawdę nie ma żadnego „problemu z imigracją”. Żeby utrzymać swój system ochrony zdrowia i emerytalny, starzejące się Zjednoczone Królestwo potrzebuje długofalowo imigracji na poziomie co najmniej 140 tys. osób rocznie. Przeciętny przybywający tu imigrant jest zdrowszy, młodszy i lepiej wykształcony niż przeciętny Brytyjczyk, stanowi więc natychmiastowy zysk netto dla tutejszej gospodarki. Pewne sektory brytyjskiej gospodarki, jak ochrona zdrowia, zawaliłyby się natychmiast, gdyby odjąć od nich personel cudzoziemski, dlatego sama May musiała przygotować listę wyjątków od progu dochodowego 35 tys. funtów. Żadna pielęgniarka tyle nie zarabia.

Rasizm awansował do samego centrum debaty politycznej w miesiącach poprzedzających referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. W pewnym momencie zewsząd rozlegało się już tylko „imigranci, imigranci, imigranci”. Prawicowe media, w szczególności te w posiadaniu australijskiego potentata Ruperta Murdocha, zdołały wcisnąć milionom Brytyjczyków, że za ich problemy z dostaniem się do lekarza, uzyskaniem zasiłku, znalezieniem pracy czy mieszkania odpowiada zalew imigrantów. A nie cięcia budżetowe rządu Partii Konserwatywnej, zupełny brak polityki mieszkaniowej zostawionej na pastwę spekulantów, itd. Kiedy wbrew wszystkim racjonalnym argumentom, tak prowadzona kampania zwolenników wyjścia z UE odniosła referendalne zwycięstwo, brytyjscy rasiści zorganizowali sobie prawdziwy karnawał. W ciągu kilku dni zaraz po referendum policja podała oficjalnie wzrost liczby odnotowywanych incydentów o charakterze rasistowskim najpierw o ponad połowę, by wkrótce mówić już o skoku aż pięciokrotnym.

Pisarz John Lanchester w poświęconym refleksjom o referendum eseju opublikowanym na łamach „London Review of Books” pisze, że przywolenie na otwarty rasizm będzie długotrwałym skutkiem referendum, który pozostanie niestety częścią brytyjskiego pejzażu społecznego i politycznego na nadchodzące lata. Symbolicznym potwierdzeniem tej diagnozy jest awans tej samej Theresy May, 13 lipca 2016, na stanowisko premiera po dymisji Davida Camerona.

Rasizm ten okazał się wielkim zaskoczeniem dla żyjących w Wielkiej Brytanii Polaków. Nie dlatego, żeby im samym był obcy, wręcz przeciwnie. Na długo przed referendum, jeśli w Londynie zdarzyłoby ci się słyszeć jakieś komentarze ciągle podkreślające czyjś kolor skóry czy etniczne pochodzenie, najprawdopodobniej otaczało cię kilkoro miejscowych Polaków. Masy polskich przybyszów do Wielkiej Brytanii przez lata karmiły się fantazją, że blady kolor ich skóry automatycznie gwarantuje im wstęp do miejscowej „rasy panów”, z której to pozycji mogą sobie popogardzać „ciapatymi” i innymi. Polacy zasilali nawet czasem antyimigranckie manifestacje rasistowskich organizacji w rodzaju Britain First czy English Defence League. Brexit stanowił dla wielu z nich lekcję na temat społecznej (a nie biologicznej) konstrukcji kategorii rasy, bo postawił ich przed bolesnym odkryciem, że kolor skóry o niczym nie stanowi.

Rasizm kampanii Brexitu zrehabilitował każdą formę rasizmu w przestrzeni publicznej, ale nie był szczególnie wycelowany w imigrantów z krajów arabskich, Afryki czy Azji Południowej, bo przecież oni docierają tu i tak spoza UE, bez żadnego związku z członkostwem. Śpiewka „imigranci, imigranci, imigranci” intonowana przez zwolenników wyjścia z Unii mierzyła w przybyszów z Europy, a z tych bez porównania największą i najbardziej rzucającą się w oczy grupą są Polacy. Dla wielu Brytyjczyków Polacy stanowią element bardziej kulturowo obcy niż np. Hindusi czy Jamajczycy, do których obecności są od pokoleń przyzwyczajeni, lubią ich kuchnię i muzykę, znają ich ze swojego kina i telewizji. W dniach bezpośrednio po referendum przedmiotem rasistowskich napaści stało się wiele miejsc kojarzonych z Polakami (jak POSK, Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny w Hammersmith w zachodnim Londynie). W Plymouth podpalono dom polskiej rodziny. 27 sierpnia w Harlow w hrabstwie Essex sześciu wyrostków zaatakowało i pobiło ze skutkiem śmiertelnym 40-letniego Arkadiusza Jóźwika. Według świadków zrobili to, bo słyszeli go rozmawiającego po polsku.

Ale nie jest tak, że rasizm wylał się nagle ze wszystkich Brytyjczyków. Z drugiej strony nastąpiła jednak spora mobilizacja antyrasistowska. Historia z siecią Byron może tu znowu robić za przykład, bo wywołała prawdziwą burzę na Twitterze i natychmiastowy bojkot konsumencki. Na drugi dzień po wypłynięciu tej wiadomości londyńskie lokale Byrona świeciły pustkami, a w sobotę 30 lipca antyrasistowscy aktywiści przynieśli do dwóch z nich pudełka z setkami żywych karaluchów i innych owadów, które wypuścili w nich na wolność, wymuszając zamknięcie restauracji na czas kwarantanny.

W najbliższych latach oficjalnie dopuszczony do publicznego dyskursu rasizm będzie przez rząd Theresy May używany do rozgrywek i targów z Unią Europejską w toku negocjacji nad warunkami Brexitu. Nagonki na różne grupy imigrantów staną się systematycznym składnikiem brytyjskiej polityki. Stan niepewności dotyczący statustu i praw Europejczyków już od dawna żyjących w Wielkiej Brytanii będzie świetnym instrumentem wywierania presji na całe grupy pracowników. Imigranci nie będą się stawiać, bo może inni pracodawcy będą się wahać przed zatrudnianiem cudzoziemców do czasu wyjaśnienia sytuacji, a inni będą nadużywać wynikającej z tej niepewności przewagi i oferować coraz gorsze warunki.

Czy polscy przybysze do Wielkiej Brytanii wyciągną z tego wszystkiego jakieś lekcje? Czy wyleczą się z tej niepoważnej i niebezpiecznej dla nich samych fantazji, że z tytułu samego koloru skóry angielski rasizm postrzega ich jako równych sobie? Czy rozpoznają konieczność włączenia się w kampanie antyrasistowskie? Czy rozpoznają wspólnotę interesu, jaką mają nie z chłopcami z EDL a z innymi mniejszościami – z przybyszami z pogardzanych przez tylu Polaków jeszcze biedniejszych krajów Europy Wschodniej, ale też z „kolorowymi” przybyszami z innych kontynentów? Wkrótce – w zależności od tego, jak odbędzie się Brexit – mogą z nimi dzielić wiele restrykcji i represji. Niestety marsz, jaki odbył się w proteście po śmierci Jóźwika (3 września) nie budzi wielkich nadziei. Polskie flagi, biało-czerwone szaliki – byle tylko obrócić sprawę uniwersalną w sprawę narodową.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w Tygodniku Faktycznie (nr 11, 15 września 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdj. Adi Ionita

Zabić Corbyna

W brytyjskiej Partii Pracy (obecna opozycja) odbywają się właśnie kolejne wewnętrzne wybory na stanowisko jej przewodniczącego. Jeremy Corbyn wybrany został zaledwie rok temu. Co się więc dzieje? O co chodzi? W Labour Party toczy się pucz, bo w odczuciu większości posłów z jej ramienia Corbyn nie miał w ogóle prawa zostać przewodniczącym.

Koniec New Labour?

Nawet ci, którzy zgłosili jego kandydaturę na to stanowisko, nie liczyli na to, że wygra wewnątrzpartyjne wybory. Nie wszyscy posłowie, którzy poparli jego nominację (kandydat musi mieć odpowiednią liczbę nominujących go posłów), rzeczywiście chcieli, żeby został przewodniczącym. Jego kandydatura wypłynęła po to, żeby w kampanii coś w ogóle się działo. Pozostali kandydaci różnili się między sobą jedynie stopniem stężenia blairyzmu i byli razem nudni jak flaki z olejem. Corbyn całą epokę blairyzmu (jest posłem z londyńskiego Islington od 1983) przesiedział w tylnych ławach parlamentarnej Labour. Jeden z ostatnich ze szkoły legendarnego Tony’ego Benna. Socjalista w czasach, kiedy to słowo najczęściej było obelgą, oskarżeniem lub protekcjonalną drwiną. Aktywny działacz antywojenny w czasach, kiedy Blair miział się z Bushem nad mapą Iraku. Pikietował na rzecz bojkotu apartheidu w RPA w czasach, kiedy zatrzymywała za to jeszcze policja, a Thatcher nazywała Mandelę terrorystą. Jeden  najbardziej ideowych, pryncypialnych i niekorumpowalnych posłów w najnowszej historii swojej partii, ale – tak mówił „zdrowy rozsądek” – właśnie zbyt ideowy, zbyt radykalny, by miał szanse wygrać w społeczeństwie, którym podobno rządzić się da tylko z centrum.

Gdy wszystkim członkom partii rozesłano karty do głosowania i spływać zaczęły pierwsze głosy i sondaże, posłowie Labour nie wierzyli własnym oczom. Chyba nigdy wcześniej nie było im dane tak wyraźnie zobaczyć, jak wyalienowani są od mas członkowskich własnej partii. Bo w głosowaniu biorą udział wszyscy członkowie Labour i głos szeregowego członka, nawet członka afiliowanego jako należącego do popierającego Labour związku zawodowego, ma tę samą wagę, co głos parlamentarzysty.

Nie zawsze tak było. To były właściwie pierwsze wewnętrzne wybory w Labour przeprowadzone w całości według tych zasad. Wcześniej obowiązywał złożony system głosowania „blokami” przez afiliowane związki zawodowe, itd. Nowy system został wykoncypowany przez blairystowskich technokratów, którzy zakładali, że przedłuży on i umocni dominację polityków-profesjonalistów i technokratycznego „skrajnego centrum”, jak to nazywa Tariq Ali. Spodziewano się, że szeregowi członkowie, urobieni w swojej masie przez neoliberalne media, będą panikować na widok „nierealistycznych radykałów” odsuniętych za daleko od centrum. I że cechować ich będzie niski stopień zaangażowania. Mieli płacić składki, głosować na któregoś z kandydatów wyłonionych przez dominujące w parlamencie prawe skrzydło partii, co do których „wybieralności” panowałby konsensus w ławach parlamentarnych i zaprzyjaźnionych z przywództwem Labour mediach. Żeby szeregowi członkowie mieli własne, niezależne i zdecydowane poglądy; żeby mieli determinację i energię do walki o nie – to nie było częścią planu. Przecież żyjemy w postpolitycznych, postideologicznych czasach – mówiła do niedawna obiegowa mądrość.

12 września 2015 Corbyn wygrał w pierwszej turze, zdobywając więcej głosów, niż czworo jego konkurentów razem wziętych, 59,5%. Andy Burnham zdobył 19%, Yvette Cooper 17%, a Liz Kendall 4,5%. Pomimo iż spuszczono na niego wszystkie psy w prasie i w mediach, także tych tradycyjnie przychylnych Labour Party, z dziennikiem „The Guardian” na czele. Raport przygotowany przez London School of Economics wykazał, że w dominujących mediach trzy czwarte wiadomości i komentarzy na temat Labour Party jest otwarcie niechętnych bądź wrogich Corbynowi. „The Guardian” strzelił sobie w ten sposób w stopę, tracąc zaufanie i subskrypcje ogromnej części swoich czytelników znacznie bardziej przychylnych Corbynowi niż linia obrana przez zespół redakcyjny. W ciągu 24 godzin po ogłoszeniu wyniku do partii zapisało się 15 tys. nowych członków, rozentuzjazmowanych nowym przywództwem. Po 100 tysiącach, które zapisały się w tygodniach przed wyborem Corbyna (głównie z zamiarem głosowania na niego).

W poszukiwaniu sposobu na pucz

Tradycyjną instytucją brytyjskiej demokracji parlamentarnej jest formowany przez lidera opozycji gabinet cieni, rodzaj kontr-rządu monitorującego krytycznie działanie rządu i będącego propozycją tego, jak potencjalnie miałby wyglądać rząd w wypadku przejęcia władzy przez partię opozycyjną po następnych wyborach. Swój pierwszy gabinet cieni Corbyn powołał tak, by stworzyć platformę współpracy pomiędzy skłóconymi skrzydłami partii, lewym mającym poparcie większości szeregowych członków i prawym mającym większość miejsc w ławach parlamentu. W gabinecie cieni znaleźli się nawet otwarcie niechętni Corbynowi ludzie, tacy jak Hilary Benn, wyrodny syn Tony’ego. Prawe skrzydło partii nie przestało podkładać Corbynowi świń, krytykować go w mediach i szybko zaczęło poszukiwać sposobów na przeprowadzenie wewnątrzpartyjnego puczu.

Corbyn od początku tych spisków zachowuje zdumiewający spokój, co składa się zapewne częściowo na sympatię, jaką się cieszy. Wydaje się zupełnie niewrażliwy na szczucie przez prasę, gdyż jego zwolennicy ustawili się w opozycji także do dominujących mediów, uważanych przez nich za część neoliberalnego status quo, którego mają dość i któremu pragną położyć kres. Corbyn i jego zwolennicy wzięli za to szturmem media społecznościowe, gdzie wszystko, co mu zarzucają od „Daily Mail” do BBC, okazuje się być „na propsie”.

Pierwsza próba prawicowego puczu w partii miała miejsce w czasie wyborów na stanowisko burmistrza Londynu. Wyłoniony jako kandydat Labour Party dotychczasowy poseł Sadiq Khan należy do prawego skrzydła partii i nie jest mu blisko do Corbyna. Część tego samego prawego skrzydła konspirowała jednak z Torysami i z prawicowymi mediami w próbach podminowania kampanii Khana, grając na jego porażkę po to, by odpowiedzialnością za nią obarczyć następnie Corbyna. Mogłaby bowiem zostać przedstawiona jako wotum nieufności przedstawione przez wyborców partii pod nowym przywództwem. Taka jest geneza „Operacji Antysemityzm”.

Operacja Antysemityzm

Torysi, którzy sami usiłowali dla swojego kandydata (milionera Zaca Goldsmitha) pokonać Khana, bezwstydnie grając rasistowskimi kliszami straszącymi kandydatem Labour jako muzułmaninem, okazali się nagle wielkimi tropicielami rzekomego rasizmu po drugiej stronie. W kwietniu 2016 wysypała się cała seria oskarżeń o antysemityzm w Partii Pracy. Pierwsze skrzypce w szastaniu nimi szybko przejęło prawe skrzydło samej Labour – doprowadzając do zawieszenia „na czas wyjaśnienia” dziesiątek działaczy lewego skrzydła partii. Każdy, kto wypowiedział się kiedyś krytycznie o polityce Izraela był potencjalnie na celowniku. Wśród zawieszonych znalazła się nawet zasłużona działaczka antyrasistowska Jackie Walker, sama mieszanego pochodzenia afrokaraibsko-żydowskiego. Za to, że powiedziała kiedyś o własnych przodkach, że podczas gdy jedna ich część była niewolnikami na plantacjach w Nowym Świecie, druga finansowała handel tymiż niewolnikami. To wystarczyło, żeby wysmażyć przeciwko niej oskarżenie o antysemityzm (pod koniec maja została przywrócona w prawach członkowskich). Chodziło oczywiście o to, żeby część tego guana przykleiła się na dłużej, przez asocjację, także do Corbyna, znanego z konsekwentnego wsparcia udzielanego kampaniom solidarności z Palestyńczykami.

Operacja poniosła klęskę, 6 maja Khan wygrał wybory i został burmistrzem Londynu. Niemal natychmiast, w serii deklaracji, wyraźnie odciął się jednak od Corbyna, nawołując do powrotu do blairystowskich tradycji Labour „umiarkowanej” i „przyjaznej dla biznesu”. Choć zakładający zerwanie z polityką cięć i oszczędności program gospodarczy Corbyna przygotowany przez jego prawą rękę Johna McDonnella przewiduje olbrzymie inwestycje w budowę mieszkań, rozwój odnawialnej energetyki czy nowe technologie – trudno sobie wyobrazić, jak właściwie biznes miałby na tym stracić. Z wyjątkiem finansjery City of London, która w warunkach ekspansji produktywnych sektorów gospodarki utraciłaby część swojego relatywnego udziału w brytyjskiej gospodarce jako całości, a wraz z tym część swojej władzy politycznej.

Brexit

Wtedy przyszło referendum w sprawie Brexitu, 23 czerwca. Jeszcze trzy miesiące wcześniej wszyscy wierzyli, że niekoniecznie wielką przewagą, ale rezultat za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii jest niemal przesądzony. Sądzili tak nawet zwolennicy wystąpienia: skierowana do parlamentu i rządu petycja, która wśród zwolenników pozostania zrobiła taką furorę po ogłoszeniu wyniku – żeby niewielka różnica między głosami Leave i Remain, przy frekwencji poniżej pewnego progu, wymagała rozpisania drugiego referendum – została napisana przez aktywistę kampanii Leave, który spodziewał się, że Remain wygra przewagą jednego czy dwóch procent głosów.

Wynik referendum był wstrząsem dla rządzącej Partii Konserwatywnej. Premier David Cameron, do ostatniej chwili zakładał, że wynik będzie: Remain. Tylko dlatego rozpisał to referendum, że niczego innego się nie spodziewał. Chaos, w jaki osunęła się niespodziewanie Partia Konserwatywna, był sytuacją, o jakiej powinna marzyć partia opozycyjna. Zamiast skonsolidować się w natarciu na partię rządzącą, by ją sparaliżować i doprowadzić do przedterminowych wyborów, całkiem naturalnych w sytuacji takiego wstrząsu, prawe skrzydło Partii Pracy wyskoczyło z kolejną odsłoną pełzającego puczu przeciwko Corbynowi, znów spuszczając na niego swoje psy w mediach, od BBC po „The Guardian”. Badania opublikownae wkrótce po referendum wskazały, że prawie dwie trzecie wyborców Labour głosowało za pozostaniem w Unii. Odsetek tylko o jeden procent mniejszy, niż wyborców szkockiej SNP. Te same media, nawet ci sami dziennikarze, nawet w jednym zdaniu rozpływali się w zachwytach nad geniuszem i dziejową odpowiedzialnością liderki SNP Nicoli Sturgeon, i równały z ziemią Corbyna, obarczając go odpowiedzialnością za wynik referendum. Pomimo iż w liczbach bezwzględnych kilkakrotnie więcej zwolenników Corbyna niż zwolenników Sturgeon zagłosowało za pozostaniem w UE. Anglia ma kilkakrotnie większą populację niż Szkocja. Przeglądając serwisy informacyjne, można było w pewnym momencie odnieść wrażenie, że Corbyn aktywnie nawoływał do wystąpienia z UE, bardziej niż Nigel Farage i Boris Johnson.

Prawda jest taka, że Corbyn zawsze był niezwykle krytyczny w stosunku do UE. Jego krytyka była jednak zupełnie inna niż nacjonalistyczna, wyjątkowo reakcyjna krytyka Farage’a – Corbyn zawsze uważał UE za wehikuł narzucania kolejnych rozwiązań neoliberalnych, tj. uprzywilejowujących wielki ponadnarodowy kapitał, wszystkim państwom członkowskim, uderzających w interesy i w samą możliwość walki o interesy klas pracujących. W okresie poprzedzającym referendum Corbyn obrał jednak linię odcinającą się od nacjonalistycznej krytyki UE, podkreślając, że trzeba próbować podjąć wysiłek przemiany Unii Europejskiej od wewnątrz w coś lepszego, prawidziwe internacjonalistycznego, a nie tylko wykorzystującego uniwersalistyczne frazesy, żeby forsować interesy transnarodowego kapitału. Żadna inna linia nie byłaby w jego wydaniu wiarygodna, żadna też nie przekonałaby więcej ludzi z elektoratu Labour.

Puczyści postanowili przegłosować wotum nieufności Parliamentary Labour Party (reprezentacji Partii Pracy w parlamencie) wobec przywódcy. Przegłosowali je 28 czerwca, większością 172 do 40 głosów. Członkowie gabinetu cieni dokooptowani przez Corbyna z prawego skrzydła partii podali się do dymisji.

Irak i Raport Chilcota

Corbyn odmówił podania się po prostu do dymisji, powołując się na zbyt świeży i zbyt duży mandat członkowski, pochodzący sprzed mniej nawet niż roku. Uzupełnił swój gabinet cieni, czyniąc go jeszcze bardziej lewicowym, z największą w historii brytyjskiego parlamentaryzmu reprezentacją kobiet i mniejszości etnicznych.

Puczyści zachowywali się jak bohaterowie jakiejś dziwacznej komedii, coś między Bareją a Tatim. Nie było wiadomo, kto jest lub chce być ich liderem, czyli wystartować w ewentualnych przyspieszonych wewnątrzpartyjnych wyborach przeciwko Corbynowi. Wielu byłoby chciało, ale chyba się bało. Chwilami miało się wrażenie, że potencjalni anty-Corbyni pochodzą z przypadkowej łapanki, tak bardzo potykali się o własne nogi. Angela Eagle nie uzyskała nawet poparcia własnego okręgu wyborczego, który jednoznacznie woli Corbyna. Nie wiedziała, że nie da się ukryć tego, kiedy wykupiła domenę angela4leader.co.uk. Zwołała niedorobioną konferencję prasową, na którą prawie nikt nie przyszedł i stała tam, czerwona jak burak, wzywając w próżnię imiona dziennikarzy, którzy tam nie przybyli.

Puczyści próbowali wykluczyć Corbyna z ponownego kandydowania metodą administracyjną. Próbowali przesądzić, że urzędujący lider też musi zostać ponownie nominowany przez odpowiednią liczbę posłów z ramienia Partii Pracy. Zespół Corbyna stał na stanowisku, że według dokumentów statutowych partii, urzędujący przewodniczący ma to prawo automatycznie. Jedynie challengers – ci, którzy rzucają mu wyzwanie – potrzebują takiej nominacji. Sąd przyznał rację „corbynistom”.

Jak można robić tak dziadowski pucz? Nawet nie sympatyzując z puczystami, trudno się było nadziwić, dlaczego nie dali sobie trochę czasu, żeby się naprawdę przygotować i zrobić coś z głową, zamiast tylko ścigać się na nowe sposoby na samozaoranie.

Powodem tej nerwówki nie był wcale żaden Brexit tylko nadchodząca data oficjalnej publikacji Raportu Chilcota. Tematem Raportu Chilcota jest wojna w Iraku i prawne podstawy udziału Welkiej Brytanii w tej katastrofie. Raport powstawał zbyt długo, ale trochę dlatego, że okazał się bardzo szczegółowy i bardzo długi. Miał odpowiedzieć na pytanie, czy istniały prawne podstawy, żeby Wielka Brytania mogła tak sobie nonszalancko pobiec ze Stanami Zjednoczonymi na tę wojnę. Czy Saddam Husajn miał broń masowego rażenia? Czy były dowody? Czy jej używał? Czy wyczerpane zostały inne (dyplomatyczne) sposoby na rozwikłanie sytuacji? Pomimo iż Raport został ubrany w wyjątkowo ostrożne formuły, już przed jego publikacją nie było w zasadzie wątpliwości, że odpowiedzi na wszystkie te pytania będą brzmiały mniej lub bardziej „nie”. To z kolei oznaczałoby, że ówczesny premier Tony Blair wciągnął Wielką Brytanię w wojnę, która była po prostu nielegalna. Wciągnął ją w zbrodnie wojenne, które zrodziły współczesne patologie tamtej części świata, z Państwem Islamskim na czele. Wciągnął ją w wojnę, której przeciwna była większość brytyjskiego społeczeństwa, pomimo zmasowanej prowojennej propagandy w większości mediów. Od tej wojny zaczął się też kryzys społecznej wiarygodności Labour Party i proces wykruszania się jej rozczarowanego elektoratu.

Jeremy Corbyn był tymczasem jednym z najbardziej konsekwentnych krytyków takich imperialnych eskapad w ogóle i tej konkretnej wojny w szczególności. I już jako lider Labour dał do zrozumienia, że jeśli zostanie premierem, to nie da się wykluczyć, że sprawa odpowiedzialności Tony’ego Blaira za zbrodnie wojenne w Iraku znajdzie się na porządku dnia. Blair pozostaje nieformalnym „patronem” prawego skrzydła Partii Pracy, którego personel jest mu na różne sposoby mu dłużny lub zobowiązany. Jak wykazało śledztwo przeprowadzone przez niezależny serwis informacyjny TheCanary.co, podjęte później przez niektóre inne media, agencja PR-owa Portland Communications, związana z najbliższymi przyjaciółmi Blaira, odegrała kluczową rolę w atakach na Corbyna.

Ale Raport Chilcota został opublikowany. Jego werdykt jest, mimo przesadnie ostrożnego języka i metodologii, jasny: nie było podstaw do tej wojny. Corbyna nie udało się usunąć przed czasem, pozostają wewnątrzpartyjne wybory.

Who is Owen Smith?

Puczyści wyłonili kandydata żenującego jak cały ich blok. Gdyby ktoś rok temu powiedział nazwisko Owen Smith, chyba jedyną możliwą reakcją byłoby pytanie: Who is Owen Smith? Albowiem Owen Smith jest nikim par excellence. Mydłkiem, który swoją bezpłciowość musi kompulsywnie nadrabiać seksistowskimi kometarzami na Twitterze i gdzie indziej. Mówi, że opowiada się za wszystkimi tymi wartościami, co Jeremy Corbyn. Na czym więc miałaby polegać korzyść z zastąpienia nim Corbyna? Dlaczego jako poseł nigdy nie wykazał swoimi głosami czy wystąpieniami swojego stosunku do tych wartości? Dlaczego tak się z nimi ukrywał? Za to w młodości lobbował na rzecz pełzającej prywatyzacji narodowego systemu ochrony zdrowia jako piarowiec koncernu farmaceutycznego Pfizer.

Przeciwnicy Corbyna kandydaturą Smitha próbują desperacko przechwycić część definitywnego zwrotu w lewo w szeregach własnej partii, stąd rzekome poparcie Smitha dla tych samych wartości. Smitha przeciwstawiają jednak jako bardziej „wybieralnego” w kategoriach przyszłych wyborów parlamentarnych – Corbyn rzekomo nie jest. Jednak to Corbyn wypada w sondażach lepiej, podczas gdy Smith okazuje się po prostu chodzącą serią gaf. Teraz okazuje się, że Corbyn może wygrać jeszcze większą przewagą głosów, niż poprzednim razem. Od kilku miesięcy do Labour Party zapisują się masy nowych członków, w liczbach sięgających dziesiątek tysięcy tygodniowo. Wszystkie szacunki są jednomyślne: miażdżącą większość z nich stanowią zwolennicy Corbyna. Liczba członków wynosi już ok 640 tys. To więcej niż mają wszystkie inne partie polityczne w Wielkiej Brytanii razem wzięte. Czyni to też Labour Party najliczebniejszą obecnie partią socjaldemokratyczną w Europie, jeżeli nie partią polityczną w ogóle.

Partyjna biurokracja, w większości mocno osadzona w prawym skrzydle partii, wrośnięta w ideologię i koneksje blairystowskie, znalazła się na widok tych procesów w stanie paniki. Pojawiają się insynuacje, że to fala „trockistowskich sekciarzy” infiltruje Partię Pracy – jakby w Wielkiej Brytanii było kiedykolwiek tylu trockistów. Owen Smith właśnie znowu wyciągnął z kapelusza „antysemitów”.

Kilka tysięcy członków dowiedziało się, że zostało zawieszonych w prawach członkowskich (a więc i w prawie do głosowania na przewodniczącego) pod przedziwnymi pretekstami. Najczęściej chodziło o jakiś tweet czy status na Facebooku, wygrzebany gdzieś z odmętów 2014 roku, a wyrażający poparcie dla postulatu czy przedstawiciela innej partii politycznej, dziwnym trafem najczęściej Zielonych. To polityka przestała nagle polegać na przekonywaniu do swoich idei, do swojego projektu nowych ludzi, zdobywania ich dla swojego programu? Czy zdobywanie tych, którzy kiedyś sympatyzowali z innymi partiami, nie jest częścią, a nawet miarą sukcesu politycznego? Jak bez tego można kiedykolwiek wyjść z opozycji?

Na domiar złego 130 tys. ludzi zostało pozbawionych prawa głosu, bo zapisali się do partii za późno, choć w momencie, kiedy się zapisywali, strona internetowa informowała, że zyskują to prawo automatycznie. Od wielu wyciągnięto dodatkowe 25 funtów, za które mieli nabyć to prawo, jeżeli zapisywali się po upływie określonego terminu. Ich pieniądze poszły potem na prawników walczących w sądach administracyjnych o utrzymanie tego administracyjnego wykluczenia.

Nawet te czystki nie dają puczystom większych szans na przesądzenie wyniku na swoją korzyść. Na prawym skrzydle partii i wśród jego sponsorów pojawiają się więc tu i ówdzie głosy, że dojdzie do rozłamu, że prawe skrzydło ukonstytuuje się w nową partię. Podobno już jacyś prawnicy przyglądają się, jak w takim scenariuszu przejąć zasoby partii, zwłaszcza nazwę i logo. Z drugiej strony w niejednym okręgowym oddziale partii (Constituency Labour Party) odżywają szepty o deselekcji – odwołaniu posłów niezdolnych do pracy z nowym przywództwem partii i zastąpieniu ich innymi przez ich okręgi wyborcze. Miażdżąca większość CLP (285) poparła Corbyna. Smitha zaledwie 53.

Wynik wyborów w Partii Pracy ogłoszony zostanie 24 września.

Jarosław Pietrzak

Jest to dłuższa wersja tekstu, który w skróconej postaci ukazał się dzień wcześniej w serwisie Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Amerykańskie więzienia pełne są więźniów politycznych

W sierpniu amerykański Departament Sprawiedliwości ogłosił, że rozwiąże wszystkie kontrakty z prywatnymi operatorami więzień federalnych. Sieć prowadzonych przez prywatne korporacje – dla zysku – więzień to jeden z najbardziej jaskrawych i bulwersujących ekscesów amerykańskiego systemu sprawiedliwości. Prywatne więzienia to jednak tylko część problemu, jakim jest amerykańskie więziennictwo.  Współczynnik inkarceracji od lat przekracza w USA 700 osób na każde 100 tys. mieszkańców. W sumie daje to ok. 2,2 mln ludzi. W Chinach, które mają ponad cztery razy więcej ludności, w więzieniach przebywa ok. 1,5 mln ludzi. USA stanowią 4,4% populacji planety, a amerykańskie więzienia zamieszkuje więcej niż jedna piąta wszystkich więźniów na świecie.

Być może najwyższy czas, żebyśmy nauczyli się myśleć o amerykańskich więźniach jako o więźniach politycznych.

Większość osób, które siedzą w amerykańskich więzieniach, trafiła tam w jakimś związku z amerykańską „wojną z narkotykami”. Mają na koncie albo przestępstwa narkotykowe (handel, posiadanie), albo związane w jakiś sposób z przemocą gangów kontrolujących obrót narkotykami. W ciągu ćwierćwiecza do roku 2010 liczba nowych osób skazywanych za przestępstwa bezpośrednio związane z narkotykami wzrosła z 41 tys. do pół miliona rocznie. Według badaczki problemu Michelle Alexander 31 mln osób przeszło już przez amerykańskie więzienia w ramach „wojny z narkotykami” – czyli niemal co dziesiąty Amerykanin.

Dzisiaj jasne jest już, że wypowiedziana przez administrację Richarda Nixona, a potem rozwinięta przez Ronalda Reagana „wojna z narkotykami”, w którą USA wciągnęły resztę świata, okazała się kompletną katastrofą. Nie rozwiązała żadnego problemu, stworzyła szereg nowych, eskalowała stare. Kolejne instytucje i organizacje wzywają społeczność międzynarodową do jej niezwłocznego zarzucenia. Wskazuje się przykład Portugalii, która zdekryminalizowała posiadanie jakichkolwiek narkotyków, środki marnowane wcześniej na ściganie i więzienie użytkowników przekazując Ministerstwu Zdrowia na leczenie uzależnień – i odnotowała spektakularne sukcesy w redukcji problemu.

Ale właściwe rozumienie, co poszło nie tak, wymaga przyjęcia do wiadomości, że „wojna z narkotykami” była projektem politycznym, który nigdy nie miał na celu rozwiązania problemu uzależnień czy miejskiej przemocy. Narkotyki były tylko pretekstem, amerykańska wojna z nimi miała zupełnie inne cele polityczne: wewnętrzne i zewnętrzne.

Wewnętrzne cele były takie, żeby pokonać dwa wielkie wyzwania rzucone amerykańskiemu establiszmentowi i klasom panującym. Podmiotem jednego wyzwania były radykalne ruchy walczące o równouprawnienie Afroamerykanów i demontaż rasistowskich struktur utrzymujących ich dyskryminację (Czarne Pantery, Black Liberation Army, Nation of Islam). Podmiotem drugiego – lewicowe ruchy antywojenne zmobilizowane przeciwko wojnie wietnamskiej. Chodziło o delegitymizację i kryminalizację jednych i drugich. Przez wytworzenie politycznego obrazu Afroamerykanów jako nierozerwalnie połączonych z obrotem heroiną, a hipisów z marihuaną. Przez uderzenie w ich środowiska siłami policji. Skoro nie można było zakazać wszystkich form walki o równouprawnienie czy o zakończenie wojny, to należało ich powsadzać do więzień za coś innego i narkotyki okazały się wymarzonym pretekstem. Otwarcie przyznał to już w 1994 jeden z najwyższych rangą doradców Nixona, John Ehrlichman, ale wywiad ten ujrzał światło dzienne w raporcie na łamach „Harper’s Magazine” dopiero kilka miesięcy temu.

Zewnętrzne cele były takie, że pod pozorem walki z narkotykami USA uzyskiwały nieoceniony instrument mieszania się w politykę państw Ameryki Łacińskiej, stanowiących źródło dostaw większości twardych narkotyków na rynek amerykański. Pod pozorem „wojny z narkotykami” skłonione lub przymuszone do współpracy kraje dawały dostęp do swojego terytorium rozmaitym amerykańskim służbom i otwierały się dla penetracji przez amerykańskie siły zbrojne, które mnożyły w ten sposób swoje instalacje na zachodniej półkuli. Z tego właśnie powodu Brazylia od dawna odmawiała jakiejkolwiek motywowanej „wojną z narkotykami” współpracy z Amerykanami.

Zgodnie z politycznymi intencjami, które zrodziły „wojnę z narkotykami”, większość celowników w tej wojnie wymierzonych było w populację amerykańskich „kolorowych”. Biali rzadko trafiają w USA do więzień za posiadanie czy drobny obrót narkotykami, bo policja nigdy się w ich stronę nie kieruje, skupiona na wyłapywaniu Afroamerykanów i Latynosów, choć wszyscy wiedzą, że białe dzieciaki na imprezy na zamożnych przedmieściach przynoszą tyle samo „substancji”. Kilkadziesiąt lat tak ukierunkowanej uwagi wytworzyło stan, który jakoby miało przezwyciężyć. Całe dzielnice wielkich miast, całe społeczności osunęły się w gospodarkę opartą na obrocie narkotykami. Dyskryminacja ludzi z odbytymi wyrokami więzienia powoduje, że kto raz wpadnie za kraty, często już na zawsze zostaje przestępcą, bo nie ma stamtąd dokąd wrócić. Nierzadko jedynym pracodawcą, który ma dla niego otwarte ramiona jest jego stary gang. Jeden z najwybitniejszych amerykańskich seriali telewizyjnych, Prawo ulicy (The Wire) pokazywał, jak taka struktura społeczna się potem reprodukuje z pokolenia na pokolenie: dzieci dorastają w środowisku, w którym miejsce w gangu narkotykowym jest jedyną perspektywą, jaką ma przed sobą młody chłopiec.

Choć projekt polityczny pod kryptonimem „wojna z narkotykami” został wymyślony i odpalony przez administrację Partię Republikańskiej, machina raz puszczona w ruch rozpędziła się jeszcze szybciej pod rządami Billa Clintona z Partii Demokratycznej i nigdy od tamtej pory nie zwolniła znacząco tempa. Clinton doszedł do władzy m. in. przy użyciu ubranej w formułki „walki z przestępczością” rasistowskiej kampanii wyborczej zaprojektowanej w think tankach Demokratów. Celem było przesunąć Partię Demokratyczną w prawo spektrum politycznego i odbić część głosów białej klasy robotniczej, którą zdaniem tych think tanków uwodziły konserwatywne, „tożsamościowe” hasła Republikanów. Gdy już był u władzy, jego administracja zarządzała okresem bezprecedensowego przyspieszenia procesów globalizacji neoliberalnej. Do jej skutków należało przenoszenie przez wiele amerykańskich korporacji zakładów produkcyjnych tam, gdzie siła robocza jest tańsza niż w USA. Dawne ośrodki wielkiego przemysłu obracały się w nowe zagłębia biedy i masowego bezrobocia. Dodatkowo uderzała w nie likwidacja przez administrację Clintona większości istniejących wcześniej programów pomocy społecznej.

Postępująca kryminalizacja społeczności „kolorowych” (biali rzadziej dostają wyroki więzienia, dostają też statystycznie niższe wyroki) pomagała przenosić napięcia społeczne. Niech biali biedni wyżywają się w nienawiści do kolorowych biednych, zamiast razem z nimi rzucać wyzwanie finansjerze z Wall Street. Zamykanie milionów ludzi w więzieniach okazało się jak znalazł, żeby usuwać z pola widzenia nadmiar ludzi, dla których w warunkach ucieczki przemysłu za ocean i tak nie zanosiło się na żadną regularną pracę. Można powiedzieć, że była to operacja księgowa mająca na celu zaniżanie oficjalnych statystyk bezrobocia.

Do kolosalnych rozmiarów rozrosły się też prywatne korporacje prowadzące więzienia dla zysku (zainicjowane już za Reagana), które w kontraktach z władzami publicznymi zaczęły wymuszać gwarancje na dostarczanie im przez państwo gwarantowanej, minimalnej liczby więźniów.

Warto o tym pamiętać, gdy mainstreamowe media będą urządzały kolejny festiwal rytualnych potępień Iranu, Chin, Korei Północnej, Rosji, Kuby, czy kogo tam jeszcze koniunktura nie zaprowadzi w danym momencie na szczyt liberalnej listy zbrodniczych reżimów. Najwięcej więźniów politycznych trzymają Stany Zjednoczone.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.  

Na zdjęciu: Basiru Jallow

Zła kobieta. Zbrodnie Hillary Clinton

W wyborze między Donaldem Trumpem a Hillary Rodham Clinton nie ma „mniejszego zła”

Specyfika amerykańskiego systemu partyjnego jest taka, że na poziomie ogólnokrajowym wybory sprowadzają się do rywalizacji pomiędzy dwoma dominującymi partiami, Demokratyczną i Republikańską. To są jedyne partie, które w ostatecznym rozrachunku się liczą, choć nie jedyne, które istnieją. Kandydatką amerykańskich Zielonych w nadchodzących wyborach prezydenckich jest Jill Stein. W rozmowie dla niezależnego, lewicowego serwisu informacyjnego (telewizyjno-radiowego) „Democracy Now!” (9 czerwca 2016), zwróciła ona uwagę na ignorowany paradoks wyboru między kandydującą z ramienia Demokratów Hillary Clinton a Donaldem Trumpem z Partii Republikańskiej. Boimy się, do czego może być zdolny taki szaleniec jak Trump, podczas gdy o Clinton wiemy już, że jest do tego samego zdolna. Wiemy z jej dotychczasowego dorobku politycznego. Można by taką opinię zbyć: kandydatka marginalnej partii za wszelką cenę chce się przebić. Problem z tym, że coś jest na rzeczy.

Z punktu widzenia mieszkańców „reszty świata”, do których należy piszący i większość czytających te słowa, najważniejszy jest dorobek byłej Pierwszej Damy (1993-2001) na stanowisku Sekretarz Stanu w administracji prezydenta Baracka Obamy (2009-2013). W amerykańskiej terminologii to minister spraw zagranicznych. Jako szefowa amerykańskiej dyplomacji Hillary Clinton skłaniała się ku rozwiązaniom siłowym wszędzie tam, gdzie się dało.

Honduras

Clinton zaczęła się w ten sposób realizować już w 2009, zaraz po objęciu funkcji. Kiedy prezydent Hondurasu, Manuel Zelaya, zaczął przebąkiwać o podniesieniu płacy minimalnej, miejscowa oligarchia i amerykańscy „obserwatorzy” zaczęli bić na alarm, że to początek „komunistycznej apokalipsy”, jak ironizuje znakomita dziennikarka Belén Fernández (w swoim rozdziale zbiorowej książki amerykańskich feministek poddających dorobek Clinton miażdżącej krytyce, False Choices pod redakcją Lizy Featherstone). 28 czerwca, na kilka godzin przed wyborami połączonymi z referendum w sprawie zaledwie rozważenia możliwości wprowadzenia zmian do konstytucji, wojsko usunęło Zelayę z pałacu prezydenckiego w Tegucigalpie i wywiozło go w piżamie za granicę, do Kostaryki. Pod fałszywym pretekstem, że prezydent chciał w istocie zmienić konstytucję po to, by zostać u władzy do śmierci. W przygotowaniu zamachu stanu na pewno uczestniczyły jakieś siły amerykańskie, choć raczej nie sięgające aż poziomu waszyngtońskiego Departamentu Stanu. Niemniej jednak, kiedy do zamachu już doszło, Clinton dynamicznym krokiem wkroczyła do akcji, by zapewnić operacji trwały sukces. Zaprzeczyła, jakoby miał tam miejsce zamach stanu i zaangażowała się po stronie wojskowych i oligarchów, by uniemożliwić Zelayi powrót do władzy. Wiemy o tym, bo sama się tym chwaliła w autobiografii pt. Hard Choices, wydanej w 2014 roku.

Honduras nie wyszedł od tamtego czasu z chaosu. Morderstwa polityczne stały się codziennością – ich ofiarami padają wiejscy aktywiści zwani campesinos. W warunkach instytucjonalnej niestabilności ograniczone zasoby biednego kraju stały się przedmiotem wojen gangów, a straumatyzowane tym wszystkim społeczeństwo wdrożyło się do przemocy jako sposobu codziennego funkcjonowania i walki o przetrwanie. Dziś Honduras jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów na świecie i głównym źródłem uchodźców na zachodniej półkuli. Świadomość tego wzrosła nieco w samych Stanach, ponieważ uchodźcy ci starają się zwykle dostać do USA. Pewnie dlatego całe passusy dotyczące honduraskiej eskapady Hillary Clinton wstydliwie zniknęły z drugiego, tańszego wydania Hard Choices w miękkiej okładce (2015).

Jemen, Libia, Pakistan, Syria…

Prawdziwą skarbnicą wiedzy o amerykańskiej polityce międzynarodowej okazały się serwis WikiLeaks. Znakomitym przewodnikiem po gąszczu ujawnionych przez organizację Juliana Assange’a dokumentów jest książka The WikiLeaks Files: The World According to US Empire londyńsko-nowojorskiego wydawnictwa Verso. Z rzeczy, które z tych wycieków wiemy o Clinton, warto wymienić współpracę w 2010 z dyktatorem Jemenu w bombardowaniu tamtejszej ludności cywilnej pod pretekstem walki z Al Kaidą. Jemen również stał się areną jednej z największych kampanii zabójstw politycznych przy użyciu dronów. Drugą podobnej skali wojnę przy użyciu dronów Departament Stanu pod wodzą Hillary Clinton eskalował w Pakistanie.

Clinton należała do głównych (wraz z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozy) aktorów dążących do pogłębienia konfliktu w Libii i wciągnięcia weń zachodnich mocarstw. Clinton grała pierwsze skrzypce w propagandowych wysiłkach fabrykujących doniesienia o wyssanych z palca zbrodniach Kaddafiego, takich jak rozdawanie żołnierzom viagry, żeby masowo gwałcili mieszkanki zbuntowanych przeciwko Kaddafiemu miast. Roznoszenie tego rodzaju pomówień od Al Dżaziry po CNN  było częścią kampanii „wytwarzania przyzwolenia” międzynarodowej opinii publicznej dla zachodniej interwencji zbrojnej w Libii i obalenia Muammara Kaddafiego, którego panafrykańskie ambicje poważnie uwierały USA i Francję. Libia, która za Kaddafiego była celem, a nie źródłem migracji zarobkowych, jest dzisiaj państwem upadłym, polityczną próżnią, w której rozwija się Państwo Islamskie.

Legerndarny amerykański dziennikarz Seymour Hersh, którego najnowsza książka to poświęcone rozczarowaniu prezydenturą Obamy The Killing of Osama bin Laden, przekonuje, że Clinton była także odpowiedzialna za szmuglowanie z Libii broni chemicznej do Syrii. Jej adresatem byli rebelianci, walczący przeciwko siłom Baszara Asada, którzy mieli ich użyć tak, żeby oskarżenie dało się rzucić pod adresem Asada właśnie. Chodziło o to, żeby do wojny w Syrii wciągnąć Stany Zjednoczone – Obama powiedział, że Stany Zjednoczone dokonają interwencji, jeśli Asad użyje broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej.

Z WikiLeaks wiemy, że amerykańskie rządy knuły obalenie Asada bez przerwy poczynając od 2005 roku. Finansowano i na inne sposoby wspierano każdą opozycję, nawet kiedy wiedziano, że ma fundamentalistyczny, salaficki profil, z którego ostatecznie powstało Państwo Islamskie. Clinton odziedziczyła więc linię antyasadowską po poprzedniej administracji, ale impet z jakim na tym froncie drążyła charakteryzował się szczerym entuzjazmem i zaangażowaniem z jej strony. Dążyła do eskalacji wojny domowej w Syrii i jedną z centralnych motywacji były dla niej interesy Izraela. Rząd Binjamina Netanjahu od dawna chciał rozwalić Syrię Asada, gdyż osłabiłoby to i dodatkowo oblężyło Iran (Syria była jego sojusznikiem), umocniłoby pozycję Izraela na Wzgórzach Golan okupowanych od 1967, według prawa międzynarodowego stanowiących część terytorium Syrii. Wzmocniłoby dominację Izraela w regionie i dało pożywkę głodnemu wojny przemysłowi zbrojeniowemu tego kraju i kształtującej jego politykę klice dygnitarzy wojskowych. Clinton jest wobec Izraela i wszystkich jego pragnień bezkrytyczna w stopniu szokującym nawet jak na amerykańskie standardy. Miłość ta ma związek z finansami jej kampanii – źródłem ich ogromnej części są proizraelscy milionerzy żydowskiego pochodzenia (m. in. Haim Saban) orbitujący wokół potężnej organizacji lobbingowej AIPAC.

Clinton i Obama

W perspektywie międzynarodowej prezydentura Baracka Obamy okazała się rozczarowującą kontynuacją katastrof z epoki George’a W. Busha, ale stało się tak chyba nie z woli Obamy, a dlatego, że okazał się za słaby, by zrealizować swoje ambicje bardziej pokojowej polityki międzynarodowej, za słaby, by pokonać skupione w i wokół jego administracji znacznie bardziej agresywne interesy „jastrzębi” i amerykańskiego przemysłu wojny. Paradoksalnie świadczyć o tym może nawet najbardziej ponure i brzemienne w skutki dla przyszłości prawa międzynarodowego dziedzictwo Obamy, jego największa zbrodnia: ekspansja niby-wojny przy użyciu dronów, bezzałogowych samolotów sterowanych zdalnie, w rosnącym stopniu przez algorytmy komputerowe. Niemal wszystkie tej niby-wojny ofiary to przypadkowi cywile; wyroki śmierci wydawane są bez sądu, administracyjnie, w tajemnicy; wydawane są na podstawie oskarżenia o walkę przeciwko USA, jakby istniał jakiś uniwersalny, obejmujący i pasterzy w Jemenie, i chłopów w Pakistanie, obowiązek lojalności wszystkich mieszkańców planety w stosunku do Stanów Zjednoczonych; zaburzeniu uległa możliwość prawnego rozróżnienia terytorium w stanie wojny od terytorium w stanie pokoju. Jest jednak taka teoria, że Obama otworzył tę puszkę Pandory, bo amerykańska machina wojenna postawia go przed alternatywą: albo globalny Neogułag na wzór Abu Ghraib i Guantanamo, albo wojna przy użyciu dronów. Wybrał więc to drugie, jako „mniejsze zło”. Jak wiedzą filozofowie przedmiotu (np. Eyal Weizman), z mniejszym złem jest tak, że ponieważ jawi się jako mniejsze, tym łatwiej popełnia się je coraz częściej, aż w końcu suma zła z tych mniejszych złożonego okazuje się większa jeszcze niż to, dla czego miało być alternatywą…

Clinton była zawsze na czele „jastrzębi” w administracji Obamy. Obama pragnął normalizację stosunków z Iranem uczynić jednym z najważniejszych swoich dokonań. Clinton otwarcie i w zgodzie z życzeniami swoich sponsorów z AIPAC mówiła, że najchętniej zmiotłaby Iran z powierzchni Ziemi. Żeby wciągnąć USA do wojny w Syrii, spiski z generałem Davidem Petraeusem knuła za plecami Obamy. Obama chciał zamknąć obóz w Guantanamo. Clinton zlecała swojemu personelowi produkowanie prawnej ekwilibrystyki dowodzącej słuszności jego utrzymywania. I tak dalej. Obama nie umiał powstrzymać amerykańskiej machiny wojennej; Clinton jest tej machiny reprezentantką, uosobieniem.

Clinton i Trump

Jest taka lewicowo-liberalna klisza mówiąca, że nawet przy bardzo krytycznej ocenie Clinton, jest ona przecież oczywistym mniejszym złem niż Trump. Ja tak nie sądzę. Między tym dwojgiem nie ma mniejszego zła. Jest, owszem, wielka różnica, ale jej sendo tkwi w tym, dla kogo każde z nich będzie złem większym.

Trump będzie wewnętrzną katastrofą dla Stanów Zjednoczonych. Cofnie ich dyskurs i praktykę polityczną do XIX wieku, jeszcze bardziej podgrzeje napięcia rasowe i prawdopodobnie zrujnuje amerykańską gospodarkę, albowiem jest ekonomicznym kretynem (fortunę odziedziczył). Ale Trump, przy całym swoim prymitywnym rasizmie i kretyńskiej burżuazyjnej fiksacji na własnym ego, pozostaje stosunkowo niezainteresowany światem zewnętrznym. Jego „ambicje” w tym zakresie ograniczają się do budowy muru na granicy z Meksykiem i wprowadzenia zakazu wjazdu do USA dla muzułmanów. Jest to oczywiście skandaliczne, ale to wciąż nie to samo, co obracanie jednego kraju za drugim w kupę gruzu.

Jeśli w obecnym rozdaniu kart w amerykańskim establiszmencie są jakieś znaczące siły polityczne zainteresowane zatrzymaniem spirali amerykańskich wojen w coraz to nowych częściach świata, to są one wśród Republikanów. Jak bardzo nie przeczyłoby to dekadom naszych przyzwyczajeń. Nawet jeśli kierują nimi jedynie zmęczenie i frustracja wojnami tak długo już, jałowo i bez sukcesów toczonymi. Jeśli skutkiem ma być mniej wojen, to lepsze takie powody, niż żadne. W ostatnich latach to Republikanie, nawet związani kiedyś z administracją Busha młodszego (jak Robert Gates), głosowali i lobbowali przeciwko nowym działaniom wojennym lub eskalacji starych. W tych samych sprawach (Afganistan, Libia, Syria) Clinton pałała żądzą wojny, podobnie jak otaczający ją patrycjat Partii Demokratycznej.

Clinton będzie katastrofą dla reszty świata, bo gotowa jest resztę świata puścić z dymem, byle tylko utrzymać dla swoich przyjaciół z Wall Street imperialną pozycję Stanów Zjednoczonych. Wiemy to na podstawie tego, co już w tej sprawie zrobiła. Uchodźcy dobijający się dzisiaj do bram Europy i tonący w wodach Morza Śródziemnego to uciekinierzy z krajów, na terenie których Hillary Clinton przysposabiała się do roli Cesarzowej Świata. Kiedy wespnie się w końcu i na ten tron, nie będzie już żaden mięczak Obama ograniczał jej pola manewru.

Jarosław Pietrzak

Skrócona wersja tego tekstu ukazała się w Tygodniku Faktycznie (nr 5, 4-10 sierpnia 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Mrok. Chaos. Theresa May

Rano 24 czerwca 2016. Wynik referendum w sprawie Brexitu, wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Katastrofa dla konserwatywnego premiera Davida Camerona. Grał na to, że wszystko zostanie po staremu. Naród zadecydował na przekór. Cameron zupełnie nie wie, co robić, więc podaje się do dymisji i z ulgą pogwizduje, zamykając za sobą drzwi z numerem 10 (przy Downing Street).

Nie tylko Cameron – najwyraźniej nikt nie wie, co robić! Nawet przywódcy zwycięskiej kampanii Leave wyglądają, jakby ktoś im złośliwie podrzucił to jajo. Cała seria abdykacji – Boris Johnson, Nigel Farage, Michael Gove. Kampania Leave: sukces, do którego nie przyznaje się żaden ojciec.

Do zarządzania tym kryzysem zgłasza się Theresa May. Prawie nikt inny specjalnie się do tego nie wyrywa. Kłopotliwy spadek po Cameronie przejmuje 13 lipca.

Pojawiają się komentarze: neoliberalny kapitalizm oferuje kobietom wysokie stanowiska tylko wtedy, kiedy jest ogólnie przechlapane i chłopcy nie widzą szans na zdobycie trofeum, nawet na wyjście ze wszystkiego z twarzą. Wysyłają dziewczynę, żeby zebrała za nich bęcki. Wysyłają ją na odstrzał.

Może. Ale to tylko część prawdy. Czy najważniejsza? Nie wiem.

Druga część jest taka. May przypomina Margaret Thatcher. Naprawdę ją przypomina, bardzo. Thatcher była swego prototypem metody rozwiniętej później przez neoliberalizm na epicką skalę. Wzięła feminizm za zakładnika, użyła tożsamości jako kobiety, żeby przeforsować najbardziej reakcyjną możliwą wtedy politycznie do przeprowadzenia politykę. Doszła do władzy dzięki zdobyczom wyprzedzających ją historycznie feministek, na ich grzbietach. Użyła swojej tożsamości jako kobiety, by sprzedawać swoją ofertę jako postać postępu. Jej polityka uderzyła w większość kobiet, które najszybciej traciły na uelastycznianym rynku pracy i musiały się nieodpłatnie zająć tym wszystkim, co znalazło się poza zasięgiem ich rodzin wskutek stopniowego demontażu państwa opiekuńczego (opieka nad dziećmi, nad starszymi czy chorymi członkami rodziny, itd.).

Neoliberalizm robi to dziś systematycznie. Wyłania jakiegoś politycznego aktora na podstawie jakichś wizerunkowo atrakcyjnych, „postępowych” parametrów tożsamościowych, żerując na zdobyczach emancypacyjnych przeszłości – ale zacierając pośród tych parametrów kategorię klasy. Kobieta, Afroamerykanin, gej – postęp. A co z tego, że ta kobieta, ten czarny, ten gej należą do wyjątków dopuszczonych do klasy książąt neoliberalnego kapitalizmu, lub w drodze wizerunkowego wyłonionych już z tej klasy? Wszyscy się cieszą, cóż za postęp!

A kiedy przychodzi do realnej polityki uskutecznianej przez tak wyłonionych aktorów, albo czasem po prostu za ich wizerunkiem? Co te miliony czarnoskórych mężczyzn, którzy przewinęli się przez amerykańskie więzienia w ciągu ostatnich ośmiu lat (więziennictwo USA to największy system karceralny w historii ludzkości) na to, że mają prezydenta tego samego koloru skóry? Czy Greczynki pozbawione dziś właściwej opieki medycznej w obliczu np. raka piersi odczuwają ulgę, że to cierpienie, choć zupełnie niepotrzebne, jest mimo wszystko ich udziałem, bo tak dla nich chciały Angela Merkel i Christine Lagarde? Żeby im w bankach „sztymowało”? Czy Libijki mniej cierpią na widok zwłok własnych dzieci, bo bomby, które spadły na ich domy, wysłała tam sekretarz stanu Hillary Clinton? Czy uciekająca przed wojną Syryjka, odesłana z Europy do jakiegoś obozu w głębi Turcji, mniej cierpi zgwałcona przez miejscowego żołnierza, bo Erdoganowi płaci za to Angela Merkel?

Here comes Theresa May. Czy kobiety bite i molestowane w prowadzonych przez prywatnych kontratkorów więzieniach i ośrodkach tymczasowych cierpiały mniej, bo ministrem, który tym kontraktorom to zlecał, a potem obejmował tajemnicą raporty o panującej tam przemocy, była Theresa May?

Theresa May tożsamościowy szwindel neoliberalizmu popchnęła dalej, zanim zdążyła złapać za stołek. Prawie nikt za bardzo nie rwał się do spadku po Cameronie – ale tak trochę to ktoś się jednak przez chwilę wyrywał. Przy pomocy przyjaciół w największych mediach May zarżnęła Andreę Leadsom na oczach świata. Wyrwała z kontekstu jej wypowiedzi, powtórzyła je ustami swoich przyjaciół dziennikarzy tysiąc razy, wyświetliła je w powiększeniu na wszystkich ekranach. I wyszło: tamta flądra próbowała zdyskredytować May jako kobietę bezdzietną.

Neolibralizm wyrywa z konteksu i zawłaszcza elementy emancypacyjnych, postępowych walk przeszłości i obraca je w narzędzia reakcyjnej, wizerunkowej zemsty na przeciwnikach. Narzędzie tych, którzy mają akurat władzę, żeby powtórzyć każde kłamstwo tysiąc razy. Tych, którzy mają media, lub do mediów mają dostęp. Patrz: polowanie na czarownice „antysemityzmu” w Labour Party niedawno.

May jest kobietą, drugą kobietą na stanowisku brytyjskiego szefa rządu. Ile razy to się zdarzyło gdzie indziej?! Bezdzietna, mind you. Cóż za postęp, co za radość! Możemy teraz wszyscy pospołu pęknąć z dumy. Komuś się coś nie podoba, to nienawidzi kobiet. Chce je zmusić do rodzenia. Wiadomo. Komuś się nie podoba blokada Gazy, to nienawidzi Żydów. Wiadomo.

Theresa May jest twarzą wszystkiego, co najgorsze w i bez niej obrzydliwej współczesnej Partii Konserwatywnej. Była najbardziej w prawo wychyloną postacią rządu Davida Camerona. Najdalej w prawo wystającym piórem prawego skrzydła Torysów. Prawicą prawicy. Reakcją reakcji.

Trzy tygodnie temu spotkałem się ze starym znajomym, żeby zobaczyć nowy letni pawilon przy Serpentine Gallery w Hyde Parku. Wybiegłem z metra, bo byłem trochę spóźniony. On kończył papierosa. Jest Hindusem, naukowcem (genetykiem). Po wymianie how-are yous, spojrzał na mnie i westchnął głęboko, bardzo głęboko (z wyrazem tej pięknej twarzy gdzieś w okolicach rozpaczy): Thereeeesa Maaay…. 

Theresa May szczuła na cudzoziemców, wymyśliła minimum, jakie osoba spoza Unii Europejskiej musi zarabiać, żeby móc zostać w kraju (absurdalnie wysokie minimum, 35 tys. funtów rocznie), rozbijała rodziny, wysyłając żony czy dzieci cudzoziemców z powrotem do krajów pochodzenia. Na ulice miast wysłała obwoźne szczekaczki zastraszające „nielegalnych imigrantów”, że albo się zgłoszą na policję, albo „i tak was znajdziemy”. Ikona feminizmu!

Theresa May obejmuje funkcję premiera. Wygłasza szybko fajny spicz. Entuzjazm. Fajny spicz. Niektórzy Torysi, jako że wszyscy chodzili do najdroższych szkół w kraju, potrafią czasem napisać lub czytać z kartki fajny spicz, ale rzadko kiedy, a już zwłaszcza ich współczesny szczep, wierzą w to, co mówią. Mamy to przecież już drugą kadencję.

Dlaczego w ogóle Theresa May zostaje premierem? Skoro premier David Cameron podał się do dymisji, dlaczego nie rozpisać nowych wyborów? Nie, bo nie. Takie rzeczy to w Europie, a nie na naszych ekskluzywnych ą-ę wyspach. Przecież właśnie się z Europy wypisaliśmy. Tutaj dymisja premiera oznacza nowego premiera z tej samej partii, przyfastrygowanego na chybcika do tego samego rządu, a nie jakieś nowe wybory. Nawet jeśli ta sama Theresa May, tylko w czasach, gdy była w opozycji, denuncjowała w 2007 bezwstyd Gordona Browna, że w taki sam sposób obejmuje tekę premiera, a przecież należałoby rozpisać przedterminowe wybory.

Wybory, szczypiory. Dupa, lala, Jaś.

Theresa May obejmuje więc funkcję. Następuje cała seria dymisji i nominacji, rząd – niby ten sam, po co wybory! – zyskuje zupełnie nowe oblicze. Najbardziej prawicowe oblicze w historii brytyjskich rządów od czasu zakończenia II wojny światowej. Theresa May przypomina Margaret Thatcher. Tak, ale to, co zamierza zrobić, dla Thatcher mogło być tylko mokrym snem. Przy tym rządzie Margaret Thatcher była socjaldemokratką. Po polsku: lewaczką.

Rząd Theresy May. Od George’a Freemana, który fantazjował nie tak dawno, jak wykorzystać wysokie bezrobocie w niektórych regionach, by zmiażdżyć tam płacę minimalną, po prawdziwy polityczny hit sezonu: Boris Johnson – pajac, który w swojej dotychczasowej karierze bezceremonialnie obraził ze sto rządów i narodów, który właśnie wygrał referendum, żeby wypisać Wielką Brytanię z wielkiej organizacji miedzynarodowej, a potem zrezygnował z odpowiedzialności za tę wygraną – ministrem spraw zagranicznych. Szefem dyplomacji. SZEFEM DYPLOMACJI.

Pisałem niedawno tak: Brexit jest symptomem tego, że elity neoliberalnego kapitalizmu same nie wierzą już w status quo, nie wiedzą już, co robić więc nerwowo robią byle co. Dlatego May nie miała niemal żadych konkurentów do stołka. Rafael Behr w „The Guardian” cytuje jednak anonimowe partyjne źródło, że w szeregach Torysów rozgrywał się swego rodzaju pucz, w ramach którego najbardziej prawicowa fakcja w partii dążyła do wykorzystania referendum celem odebrania władzy Cameronowi. I postawienia brytyjskiego społeczeństwa przed zupełnie innym rządem, niż ten, który wybrali. Przed rządem, który ukrywa po szufladach taki program, że nigdy by z nim nie wygrał demokratycznych wyborów. A teraz będzie się za wszelką cenę trzymał władzy do przepisowego końca kadencji, do 2020. To nie przeczy teorii „nie wiedzą już co robić, więc robią byle co”.

Pragnienie Theresy May: wykorzystać niepewność i być może chaos okresu Brexitu. Na chaos złożą się wahania kursów walut, inflacja cen produktów importowanych, a więc ogromnej części żywności, możliwe załamania niektórych gałęzi gospodarki, skutkujące wzrostem bezrobocia. Nie wiadomo, bo trudno powiedzieć, jak potoczą się negocjacje z UE. Po przyjacielsku, czy na chama? Ale jeżeli będzie chaos, to wykorzystać. Żeby dokonać ofensywy na niższe i średnie klasy brytyjskiego społeczeństwa. Co może się pojawić na horyzoncie? Miażdżenie płac. Dalsza ekspansja niestabilnych form zatrudnienia. Majstrowanie przy płacy minimalnej (obniżenie, wyjątki, zawieszanie) i limitach tygodniowego czasu pracy. Obstawienie zasiłków takimi zasiekami utrudnień, by na masową skalę zmniejszyć jakiekolwiek szanse na nie. Ograniczanie prawa do strajku i innych form politycznego protestu. Spodziewajmy się grabieży zasobów ciągle jeszcze znajdujących się w rękach państwa i likwidacji wielu ograniczeń motywowanych ekologicznie. Spodziewajmy się polityki przyjaznej oszustom podatkowym, sprzedawanej jako „Wielka Brytania otwarta dla biznesu”. Na tapecie jest nawet wystąpienie Wielkiej Brytanii z grona sygnatariuszy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Startegia Theresy May i jej gangu: krótkoterminowe przetrwanie klas panujących. Zwiększenie stopy wyzysku, zwiększenie skali i tempa grabieży. Skoro świat się wali, ukradnijmy i wyciśnijmy z tej wyspy tyle, ile się w międzyczasie uda. Kto wie, ile jeszcze czasu poistnieje sobie w ogóle takie państwo jak Wielka Brytania. Może niebawem zostanie z tego tylko Zjednoczone Królestwo Anglii i Walii. Boris Johnson jako dobitny znak zawężonego horyzontu, zredukowanych ambicji brytyjskich klas panujących. Tylko elity, które zrezygnowały z szerszej perspektywy międzynarodowego znaczenia dla swojego kraju – zauważył „Washington Post” – mogły powołać takiego szefa dyplomacji. Dla picu, żeby się to za szybko nie rzuciło wszystkim w oczy, utrzymamy broń atomową.

Zagrabić, co się da, ile się da, póki jeszcze się da.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

„Brazylia, kraj przyszłości?” w księgarniach

W księgarniach dostępna już jest książka Brazylia, kraj przyszłości? przygotowana przez Fundację Terra Brasilis we współpracy z Instytutem Wydawniczym Książka i Prasa. Podobnie jak moje Smutki tropików, książka ukazała się w serii Biblioteka Le Monde diplomatique.

Brazylia kraj przyszłości okładka

Tom, pod redakcją Janiny Petelczyc i Marka Cichego, stanowi zbiór tekstów i wywiadów poświęconych Brazylii – jej polityce, historii, problemom społecznym, kulturze. Mam przyjemność być jednym z autorów – w książce pomieszczony jest m. in. mój tekst Widmo korupcji. Jest to zaktualizowana i poszerzona wersja eseju, który pierwotnie ukazał się w moim ebooku Notes brazylijski.

W książce ponadto wywiady z Ladislauem Dowborem, Nilmą Lino Gomes, Flavio Eiró, Thamy Pogrebinschi, Wojciechem Doroszewiczem, Marcelo Facundesem, oraz teksty Adama Traczyka, Agaty Błoch, Aleksandry Pluty, Janiny Petelczyc, Julii Michaels, Zuzanny Jaegermann, Magdaleny Walczuk, Marii Wróblewskiej i Gabriela Borowskiego.

Tytuł odnosi się oczywiście do głośnej książki Stefana Zweiga, który do Brazylii uciekł przed wojenną zawieruchą rozpętaną w Europie przez III Rzeszę.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Zaostrzenie ustawy, albo Przyganiał liberał PiSowi

Odkąd w wyborach 2015 roku władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość, a w wyczyszczonym z jakiejkolwiek, nawet choćby nominalnej, farbowanej lewicy parlamencie otworzyło się tak dużo miejsca dla skrajnej prawicy, polscy liberałowie przeżywają chwile demokratycznego uniesienia. Nawet do niedawna ortodoksyjnie „apolityczni” artyści, a także telewizyjni celebryci najlepszego z możliwych światów, wychodzą zachwyceni własnym zaangażowaniem na ulice Warszawy i innych miast w gestach zdecydowanego protestu. Nie podoba im się niszczenie dorobku minionego ćwierćwiecza, chcą powrotu do tak już przecież dobrze zbudowanej liberalnej demokracji, tej sprzed roku 2015. Na tę okoliczność przestali się nawet wstydzić skarpetek w sandałach Wałęsy, który znów stał się dla nich symbolem. Nawet prawa kobiet nagle okazały się im interesujące, chociaż dla ich czołowych przedstawicieli dlatego, że „są sexy i konsekwentne”.

Są tak zaskoczeni nagłą utratą gruntu pod nogami, tak skołowani – przecież mówili ludowi, że PiS jest be, a lud zupełnie nic nie rozumie! – że nawet na łamy „Gazety Wyborczej” (of all places!) wpuścili trochę lewicowej krytyki III RP. Choć wciąż się bronią przed przyjęciem czegokolwiek z tej krytyki do wiadomości.

Najważniejszym zadaniem, jakie sobie ta lewicowa krytyka postawiła, jest wykazanie – i wskazanie tego liberałom, do tej pory skłonnym jedynie do ośmieszania lewicy – że to oni właśnie, liberałowie różnych denominacji, przez ćwierć wieku wyhodowali dziesiejszy PiS i wepchnęli polskie społeczeństwo w jego ramiona.

Z daleka (mieszkam w Londynie) wygląda na to, że dominujący nurt tej krytyki skupia się na tym: liberałowie (różnych denominacji) przez ponad dwie i pół dekady restauracji kapitalizmu w Polsce zbudowali społeczeństwo ogromnych nierówności ekonomicznych, dumne z tego, że na rynku europejskim konkuruje wyłącznie tanią siłą roboczą, pozbawione elementarnych ochronnych struktur państwa opiekuńczego oraz egoistyczną kulturę, w której każdy sam jest winien własnej niedoli, a jeśli sobie nie radzi, to zasługuje tylko na pogardę; PiS jest dla III RP i jej liberalnych budowniczych powrotem wypartego, zemstą tego, co wykluczone.

Ale PiS jako powrót wypartego i zemsta tego, co wykluczone przez liberalne fantazje o wieżowcach, autostradach i pendolino, to mimo wszystko dopiero połowa prawdy. Tego też nie możemy liberałom zapomnieć. To też musimy im teraz powtarzać.

We wtorek 5 lipca 2016 obłąkana katolicka prawica złożyła w Sejmie „społeczny” projekt ustawy, której celem jest całkowity zakaz aborcji, nawet w przypadku ciąży pochodzącej z gwałtu na nieletniej, płodu tak uszkodzonego, że nie ma szans na przeżycie, czy ciąży zagrażającej życiu noszącej ją kobiety. Przepisy antyaborcyjne to jeden z najbardziej wyrazistych przykładów na to, że polscy liberałowie, gdy patrzą z przerażeniem na stojący naprzeciw nich PiS i gorszą jeszcze prawicę w jego ogonie, patrzą na potwora, którego własnoręcznie hodowali i żywili przez ćwierć wieku.

Ta propozycja nie odrzuca bowiem wcale obowiązującego dotychczas w Polsce aborcyjnego „kompromisu”, tylko posuwa go do jego logicznej konkluzji; maksymalizuje milczące założenia już obowiązującej ustawy z 1993, a zwłaszcza realnej społecznej praktyki jej egzekwowania – w rzeczywistości zabieg aborcji bywał przecież w Polsce nieosiągalny nawet w tych nielicznych przypadkach, w których był prawnie dozwolony. Bo „sumienie lekarza”. Obowiązujący w Polsce dotychczas „kompromis aborcyjny” był w rzeczywistości jednym z najostrzejszych, najbardziej bezlitosnych w Europie reżimów prawa w tym zakresie. „Kompromis” ów, podobnie jak dogmat o jego nienaruszalności, był dziełem polskich liberałów (różnych denominacji). Katolicko-narodowa prawica próbuje dzisiaj postawić w tej sprawie kropkę nad „i” napisanym dawno temu przez polskich liberałów, a nie odrzucić ich „demokratyczny dorobek”.

Smutne losy praw reprodukcyjnych kobiet w III RP są jednym z najbardziej wyrazistych manifestacji znacznie szerszego problemu: stosunku III RP do wartości i dziedzictwa Oświecenia w ogóle.

Polscy liberałowie z rozmysłem zredukowali kategorię postępu do wolności akumulowania bogactwa dla tych, którzy dysponują odpowiednimi kapitałami. Ofiary procesów akumulacji liberałowie (różnych denominacji) porzucili nie tylko dlatego, że o nich zapomnieli, nie widzieli ich z okien swoich biurowców, bo tak zaaferowani byli romancą własnej „wolności gospodarczej”. Ofiary te porzucili, bo takiego dokonali wyboru, świadomie.

Język klasowej pogardy – w życiu codziennym, mediach, kulturze głównego nurtu – pomagał im z tym żyć bez wyrzutów sumienia. (Teraz ten język się na nich mści, pogarda powraca odwrócona.) Sam spokój sumienia nie wystarczy jednak, żeby spokojnie sprawować władzę i cieszyć się z przywileju własnej wolności gospodarczej. Dlatego rozmyślnie otworzyli puszkę z demonami, i od czasu do czasu uchylali jej wieczko. Demonami najbardziej reakcyjnych, antyoświeceniowych elementów dziedzictwa polskiej kultury, dla których wytępienia cztery dekady PRL niestety nie wystarczyły.

Czasem była to bierna, pasywna zgoda na stosowaną przez katolicko-narodową prawicę metodę faktów dokonanych – jak z krzyżem, który zawisł w Sejmie. Częściej jednak aktywne działanie samych liberałów, którzy wpuścili Kościół katolicki do szkół, pozwalając mu najpierw sączyć swą truciznę na lekcjach religii, a potem stopniowo, krok po kroku, kolonizować program nauczania innych przedmiotów. (Liberałowie często mówili, że w Polsce trzeba się liczyć z przywiązaniem społeczeństwa do wartości katolickich; prawda jest jednak taka, że ćwierć wieku tych ustępstw z czasem wytworzyło to przywiązanie, a nie odpowiedziało na nie; każdy poważny socjolog potwierdzi, że na początku lat 90. Polacy byli znacznie bardziej tolerancyjnym i otwartym społeczeństwem.)

Wkrótce uczniowie niezależnie od wyznania lub jego braku, na lekcjach polskiego, musieli pisać wypracowania na temat „A jak ty wyraziłbyś swoją wiarę?”. Historia została sprowadzona do opowieści o królach i walkach narodów pojmowanych jako ponadczasowe byty organiczne – kpina w żywe oczy z tego, czym historia jest dzisiaj jako nauka. Daję głowę, że do dzisiaj dzieci uczą się wciąż w polskich szkołach, że ludzie dzielą się na rasy białą, żółtą i czarną. Czy współczesny polski maturzysta lub maturzystka, po współczesnej polskiej szkole, wie, że na ziemiach polskich jeszcze w połowie XIX wieku panowało, pod nazwą pańszczyzny, niewolnictwo, i całkiem prawdpodobnie jest on lub ona potomkiem takich niewolników? Czy współczesny polski maturzysta lub maturzystka wie, że Adam Mickiewicz był socjalistą? A jak zareagowaliby na miłosne listy młodego Fryderyka Chopina do Tytusa Wojciechowskiego?

Na szkole się nie skończyło. Muzeum Powstania Warszawskiego, wszechobecny kult Jana Pawła II, filmy o bitwach warszawskich i wiedeńskich, telewizyjna i filmowa propaganda niestrudzenie zrównująca Związek Radziecki z III Rzeszą.

Każde żądanie poszerzenia praw socjalnych kwitowane hahaszkami, że takie rzeczy to w komunizmie, a to już było i nie wróci. Z tego przecież tylko Gułag i Alternatywy 4. Każdy głos w sprawie praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych – paternalizowany lub gromiony (przez liberałów różnych denominacji) za niepotrzebne jątrzenie, awanturnictwo, nieodpowiedzialne skandalizowanie i brak szacunku dla w takim znoju wypracowanych „kompromisów”.

Demony anty-Oświecenia miały pełnić rolę ściśle funkcjonalną. Miały straszyć całym tym strasznym złem, do jakiego prowadzą sny o emancypacji ludzkiej i uniwersalnej równości nas wszystkich. Miały zamykać ofiary restauracji kapitalizmu w ślepych uliczkach irracjonalnych resentymentów i średniowiecznych niemal fiksacji na wszystkim tym, co tak łatwo zasysa emocje i energię, przesłaniając jednak realne przyczyny frustracji, cierpienia, niespełnienia, poczucia braku elementarnej kontroli nad własnym życiem.

Puszki Pandory nie da się jednak otworzyć tylko trochę. Nie da się na dłuższą metę utrzymać wszystkiego, co z niej wyleci, pod kontrolą, w instrumetalnym interesie tych, którzy się tą puszką bawią. Demony anty-Oświecenia żyją potem własnym życiem, wracają w końcu także po tych i do tych, którzy wypuścili je na wolność.

Współczesna polska młodzież, Polacy do gdzieś tak 25 roku życia –  urodzeni i wychowani już w całości w III RP – są bezlitosnym świadectwem i produktem ćwierćwiecza Polski zbudowanej i rządzonej przez liberałów (różnych denominacji). Jak można uciec przed faktem, że młodzi Polacy to dziś chyba najgorsza, politycznie i moralnie najbardziej odpychająca i podła młodzież w Europie?

Znajdujemy się w okresie głębokiego, strukturalnego kryzysu kapitalizmu jako systemu światowego – w takich warunkach łatwo rośnie poparcie dla skrajnej prawicy, która uwodzi część młodzieży obietnicą siły i (fałszywej, ekskluzywnej, partykularnej) wspólnoty opartej na „pragnieniu tego, co nas wyzyskuje”. Jest jednak różnica między rosnącym poparciem, a całkowitym skolonizowaniem zbiorowej wyobraźni pokolenia.

W Wielkiej Brytanii jest Britain First, jest English Defense League, robią one duży bajzel, rasiści krzyczą i biją ludzi, zwłaszcza po referndum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej. Ale jednocześnie dziesiątki tysięcy młodych ludzi wstąpiły do Labour Party od momentu, gdy okazało się, że jej przewodniczącym może zostać jeden z jej najbardziej lewicowych weteranów, Jeremy Corbyn; potem, gdy nim został, a jeszcze potem w kolejnej fali po referendum w sprawie członkostwa w UE. Francja ma Front National, ale francuscy dwudziestolatkowie w liczbie dziesiątek tysięcy walczą na ulicach Paryża przeciwko reakcyjnej nowelizacji prawa pracy (loi El Khomri), a nie z uchodźcami czy „pedałami”. Mimo katastrofalnej porażki rządu Syrizy w konfrontacji z neoliberalnym monstrum Unii Europejskiej, greckiej lewicy udało się zatamować i zmarginalizować faszystowski Złoty Świt. Hiszpańska i portugalska młodzież domaga się od swoich rządów i władz swoich miast polityki społecznej i przyjęcia więcej uchodźców z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Od Wielkiej Brytanii, przez Hiszpanię, po Grecję, młodzież jest nadzieją na to, że istnieje jeszcze (potencjalnie) jakaś przyszłość dla Europy.

Jednak nie w Polsce. W Polsce – im niżej schodzimy po drabinie wieku, w tym głębszy zstępujemy reakcyjny mrok. Jeśli między Wisłą a Bugiem spotykamy kogoś, kto wierzy wciąż w wartości Oświecenia, to największe prawdopodobieństwo jest, że urodził się, jeżeli nie wychował całkowicie, jeszcze w PRL. To młodzi Polacy najbardziej nienawidzą cudzoziemców, muzułmanów i uchodźców, których nigdy nie widzieli, a także kobiet, którym się jakiś Arab podoba. No i „pedałów”. To wśród młodych jest też największe poparcie dla zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej.

Tej młodzieży nie zdążył przecież jeszcze wychować Jarosław Kaczyński. On ją taką zastał, wychowaną przez ćwierć wieku przez polskich liberałów (różnych denominacji). III RP wychowała potwory.

Puszki Pandory – puszki z demonami anty-Oświecenia – nie da się otworzyć tylko trochę.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brexit, status quo i przyszłość

Zgadzam się z tymi, którzy – jak lewicowy grecki badacz Stathis Kouvelakis – uważają, że Unia Europejska jest antydemokratycznym, neoliberalnym monstrum, realizującym interesy wielkiego kapitału. Nie da się jej zreformować  w stronę bardziej demokratyczną, realizującą lewicową, solidarną wizję postępu społecznego, ponieważ została ona wymyślona i zaprojektowana w sposób antydemokratyczny i w antydemokratycznych celach. Unię Europejską zaprojektowano tak, by mogła funkcjonować, procedować i decydować, realizując interesy politycznych i ekonomicznych elit kontynentu niezależnie od woli jego społeczeństw, a nawet otwarcie tej woli wbrew. Jak pokazał przykład Grecji – nawet kosztem najsłabszych społeczeństw kontynentu, gotowa złożyć je na ołtarzu zyskowności niemieckich i francuskich banków oraz niemieckich obsesji monetarnych. I nie ma się co łudzić, że na Grecji się to skończy. Skłaniam się ku jego stanowisku, że jedynym prawdziwym wyjściem jest rozwiązanie Unii Europejskiej i budowa nowego projektu solidarnej Europy postępu społecznego zamiast UE, a nie w jej ramach.

Niemniej jednak uważam Brexit za katastrofę. Kontekst i kolejność wydarzeń, a także to, kto jest danych wydarzeń sprawczym podmiotem – to wszystko są rzeczy, które mają ogromne znaczenie. To, czy Unię Europejską zastąpi Europa solidarności i postępu społecznego, zależeć będzie od tego, kto rozmontuje tę pierwszą. Jeśli rozmontuje ją rasistowska prawica, to naprawdę nie zrobi się od tego więcej miejsca dla najbardziej postępowej lewicy.

Brexit, Lexit, szmexit

Brexit jest zwycięstwem rasistowskiej prawicy. To ona (UKIP i najbardziej nieprzewidywalne skrzydło rządzącej Partii Konserwatywnej) nadała ton całej kampanii. Imigranci, imigranci, imigranci. To była jedyna śpiewka. Jeżeli członkowie Socialist Workers Party i innych jeszcze mniejszych grup o jeszcze mniejszym znaczeniu wyobrażają sobie, że powtarzając we własnym gronie kilku tysięcy osób (w skali 65-milionowego kraju) własne argumenty stworzyły jakąś alternatywną narrację o Lexicie, lewicowym wyjściu z Unii, to świadczy to tylko o ich grupowym narcyzmie. Jakieś trzy artykuły na łamach „The Independent” to jeszcze nie realnie funkcjonująca w społeczeństwie alternatywna narracja. Ludzie, którzy w Anglii z dala od Londynu i Liverpoolu zagłosowali za wyjściem, nie mieli przed oczyma rozległych analiz na łamach „International Socialism Journal” tylko nagłówki o imigrantach krzyczące do nich z pierwszych stron tytułów prasowych Ruperta Murdocha. O znaczeniu tej rasistowskiej kampanii świadczy erupcja rasistowskich incydentów po ogłoszeniu wyników referendum. Policja oficjalnie potwierdza przekraczjący 500% skok liczby oficjalnie odnotowanych incydentów tego rodzaju. Angielscy rasiści poczuli, że nareszcie nie muszą swojego rasizmu ukrywać – poczuli się dumni.

To, jaka kampania i przez kogo prowadzona wygrała, to na dodatek tylko pierwsza połowa problemu. Druga jest taka, że nawet gdyby głosowano ze słusznych powodów, potrzebny jest jeszcze dobry plan działania. Odpowiedzialni za kampanię Leave tymczasem nigdy nie opracowali żadnego planu, jak to tak konkretnie będzie wyglądać. Wielką Brytanię czekają więc lata chaosu, który zresztą natychmiast się rozpoczął (dramatyczne spadki na giełdzie, spadek funta do najniższego od ponad trzydziestu lat poziomu). Zwolennicy Lexitu, którzy cieszą się z rezultatu jak z własnego zwycięstwa, są chyba w stanie jakiegoś zaczadzenia. Przypuszczam, że rację ma ekonomista Michael Roberts, który uważa, że Brexit akceleruje kolejną globalną recesję, czy też kolejną fazę obecnego kryzysu systemu kapitalistycznego. Przedstawiciele radykalnej lewicy popierającej Lexit, którym w czasie kampanii udało się upchnąć trzy artykuły w „Independencie”, a poza tym pisywali na swoich radykalnych blogach czytanych głównie w ich własnych niszach ideowych, wyobrażają sobie teraz, że w warunkach nadchodzącego chaosu, słaba i rozbita od dawna lewica nagle rozkwitnie, dotrze ze swoim przekazem do całego brytyjskiego społeczeństwa i porwie jego serca. Oh dear…

Niestety, ostatnim razem, kiedy kapitalizm pogrążony był w tak głębokim strukturalnym kryzysie (faza B u starego dobrego Kondratiewa), a europejska lewica była za słaba, by w kilku kluczowych krajach powstrzymać rasistowską prawicę, to wyjście z tego kryzysu kosztowało ludzkość II wojnę światową. Miejsce City of London w sfinansjeryzowanej strukturze współczesnego kapitalizmu czyni Wielką Brytanię jednym z kluczowych krajów. Tak więc powtórzę: kolejność wydarzeń, oraz to, kto gra w nich pierwsze skrzypce, ma znaczenie – ma znaczenie kolosalne.

Pustynia rzeczywistości

Mleko się już jednak rozlało i lewica musi być gotowa na trudne do przewidzenia tempo wydarzeń. W tym celu musimy przede wszystkim rozumieć, co się dzieje.

To, że wygrała rasistowska kampania sprowadzająca całą dyskusję do „problemu imigrantów”, nie znaczy, że wszyscy, którzy głosowali za opuszczeniem Unii Europejskiej, są rasistami i głosowali z rasistowskich pobudek. Dla większości z nich ten rasizm był po prostu jedyną zaoferowaną im możliwością artykulacji zupełnie innych bolączek.

Chyba najbardziej przenikliwą i frapującą z napisanych na gorąco interpretacji referendum zaproponował Will Davies, autor książki The Happiness Industry. Jego artykuł Thoughts on the Sociology of Brexit opublikowany został na blogu Political Economy Research Centre. Za Brexitem głosowali mieszkańcy Anglii i Walii spustoszonej w procesach neoliberalnej restrukturyzacji brytyjskiego kapitalizmu, poza (zasysającym większość zasobów w kraju) Londynem i Liverpoolem. Mieszkańcy miast i miasteczek, w których manifestowała się kiedyś przemysłowa potęga Wielkiej Brytanii, ale których przemysły pozamykała Margaret Thatcher, a próżni po nich nic w zadowalający sposób nie wypełniło. Mieszkańcy tej porzuconej Anglii i Walii po raz pierwszy od dziesięcioleci (wielu z nich po raz pierwszy w życiu) mogli oddać głos, który naprawdę będzie miał znaczenie, naprawdę zmieni reguły gry, wstrząśnie czymś, zamiast tylko wymieniać twarze decydujące ostatecznie jedynie o ornamentach polityki pozostającej cały czas w ramach tego samego paradygmatu. Niektórzy może nawet i w to nie wierzyli, ale chcieli tę możliwość sprawdzić. Nawet jeśli mieliby sobie tym wyrządzić krzywdę, to byli na nią gotowi w zamian za pierwszą w życiu okazję naprawdę bolesnego walnięcia brytyjskiego establiszmentu „po ryju”. Ewentualność, że wyrządzą sobie samym zbiorową krzywdę, mogła nawet być świadoma i odegrać rolę w podjęciu takiej, a nie innej decyzji. A to dlatego, że głosowały tak grupy społeczne, które nie wierzą już, że mają jeszcze jakąś przyszłość wartą tego słowa. Przyglądanie się pełzającej deklasacji własnych dzieci nie jest tego słowa warte.

Umieszczałoby to Brexit w szerszych procesach społecznej delegitymizacji neoliberalnych elit w oczach ich społeczeństw. Od Stanów Zjednoczonych po Austrię gniew ludu eksploduje ostatnio poparciem dla kandydatów od lewa (Bernie Sanders) do prawa (Donald Trump), których cechą wspólną jest to, że polityczny establiszment niestrudzenie przedstawia ich jako wybór abolutnie nieracjonalny. Dziesiątki milionów ludzi w Europie i Ameryce Północnej mają już powyżej uszu racjonalności zdefiniowanej przez książęta neoliberalnego kapitalizmu i ich urzędowe wieszczki głoszące swoje wyroki z Delf dominujących nadawców telewizyjnych.

Ale głęboki kryzys legitymizacji panującego systemu społeczno-ekonomicznego nie kończy się bynajmniej na tym, że w sprawiedliwość czy słuszność tego systemu nie wierzą już jego ofiary!

Status quo nie istnieje

Chciałbym umieścić Brexit w jeszcze innej sekwencji wydarzeń. Już jakiś czas temu niemiecki ekonomista i socjolog Wolfgang Streeck (w eseju pt. How Will Capitalism End?) zwracał uwagę na to, że nawet elity neoliberalnego kapitalizmu od dawna czują, że ich pozycji nie podpiera już żadna forma legitymizacji – politycznej, moralnej, symbolicznej, kulturalnej. I to dlatego tak bezwstydnie kradną. Nie boją się utraty twarzy, bo wiedzą, że już i tak jej nie mają. Wyszarpują rządowe bailouty dla banków, które doprowadzili na próg bankructwa. Z publicznych (te bailouty) lub akcjonariuszy pieniędzy wypłacają sobie wielomilionowe premie albo odprawy, nawet gdy przynieśli kierowanym instytucjom kolosalne straty. Nie ukrywają kolesiowskiej, korupcyjnej natury kontraktów rządowo-biznesowych czy jawnie oszukańczej lub hazardowej natury wielu produktów finansowych. Z wyjątkiem jakiejś dziwnej i pozbawionej międzynarodowego znaczenia Islandii, nikt z nich za największe nawet przestępstwa finansowe czy skarbowe nie trafia za kratki, nie traci stanowisk, nie spotyka się z ostracyzmem polityków ani mediów. Żaden przekręt, żadne Panama Papers – nic nie jest dziś wystarczającym skandalem, żeby zakończyć twoją karierę, jeśli jesteś jednym z neoliberalnych książątek. Jeżeli ktoś trafi do więzienia, to – jak w przypadku afery LuxLeaks – ci, którzy ujawnią oszustwa finansowe i skarbowe, a nie ci, którzy ich dokonywali.

Nawet władcy tego świata, nawet ci, którzy są największymi beneficjentami neoliberalnego kapitalizmu, nawet ci, którzy nim zarządzają, nie wierzą już w status quo. Nie wierzą, że ten system jest do utrzymania. Wiedzą, że jego dni są policzone i wkrótce wszystko z hukiem rozleci się na kawałki.

Dlatego jedni z nich kradną na potęgę, żeby złowić, ile się da w tych ostatnich dniach przed Armagedonem, rozglądając się jednocześnie za jakimś rozległym a odludnym ranczem w Panamie, Paragwaju czy Patagonii, na którym będzie się można schować przed gniewem ludu, gdy ten zostanie zostawiony sam z łupinami po katastrofie. Inni, ci o najbardziej makiawellicznym usposobieniu, w zaciszu gabinetów projektują nam nowy świat, w którym społeczeństwa podlegają zmilitaryzowanej kontroli i nadzorowi, z całymi ich sektorami pozbawionymi istotnej części praw na różnych arbitralnych podstawach.

Jeszcze inni stracili z oczu jakąkolwiek przyszłość godną tego słowa – dokładnie jak ci sfrustrowani mieszkańcy Anglii i Walii z dala od Londynu i Liverpoolu, tyle, że zupełnie inaczej wyglądają ich rachunki bankowe. Niemniej jednak i oni nie są już w stanie ogarnąć jakiejkolwiek dłuższej perspektywy, nie potrafią już długofalowo zarządzać swoimi przywilejami za pomocą urządzeń, które do niedawna doskonale się w tym zadaniu sprawdzały – prasy, telewizji, sondaży, ratingów, „opinii rynków”. Reagują więc tylko w najbardziej krótkoterminowej perspektywie – jak przeciągnąć ten cały bajzel do jutra, do przyszłego miesiąca, do końca roku. Albo zupełnie nie wiedzą już, co robić. Nie wiedzą już, co robią. I w tej niewiedzy robią już po prostu byle co, w nadziei, że raz na ileś ciosów wystrzelonych na oślep coś się uda, w coś się trafi.

Brexit, i sposób, w jaki Torysi pod przywództwem Davida Camerona się weń wpakowali, to jedna z tych ostatnich historii. Niezwykle spektakularny przykład i coś na kształt definitywnego dowodu, że władcy tego świata nie wiedzą już, co robić i dlatego robią byle co. Przykład jest tak spektakularny, a dowód tak definitywny, ponieważ brytyjska Partia Konserwatywna przez półtora stulecia była najbardziej efektywnym, najbardziej niezawodnym i nabardziej doświadczonym politycznym wykonawcą interesów brytyjskich kapitalistów i kapitalizmu w Wielkiej Brytanii. Od pokoleń wdrożonym i przygotowanym do zarządzania kapitalizmem na niebagatelną, bo światową skalę. Nawet po utracie kolonialnego Imperium brytyjski kapitalizm pozostał przecież jedną z najbardziej „umiędzynarodowionych” formacji kapitalistycznych, z pokrywającą cały świat siecią wielokierunkowych interesów, a City of London jest do dziś czymś w rodzaju finansowej wicestolicy światowego kapitalizmu (nawet międzynarodowe transakcje w euro, choć Wielka Brytania nie wstąpiła do unii walutowej, największy swój globalny wolumen miały dotąd w City of London, nie we Frankfurcie). I nawet ci ludzie, mimo stu pięćdziesięciu lat przekazywanego z pokolenia na pokolenie takiego doświadczenia, dla krótkoterminowej korzyści odbicia głosów UKIP-owi w ostatnich wyborach i rozwiązania wewnętrznej kłótni we własnych szeregach, zaryzykowali interesy całej klasy kapitalistów w Wielkiej Brytanii. W zasadzie, jak już wyraźnie widać, wywrócili cały kram brytyjskiego kapitalizmu do góry nogami.

Cameron chciał upiec nie wiadomo ile pieczeni na jednym ogniu. Jednych załatwi, bo „no przecież zrobiłem referendum, nie moja wina, że naród chciał jednak pozostać w Unii”, i zostaną, choć rozczarowani, po jego stronie. Drugich załatwi na zasadzie: „zrobiłem referendum, ale przecież wiedziałem, że wszyscy i tak zagłosują za pozostaniem, niczego tak naprawdę nie ryzykowałem” – też zostaną z nim. Tak to miało wyglądać. Nawet jeszcze niespodziewanie przyspieszył referendum, w którego kontekście przez wiele miesięcy mówiono raczej o roku 2017, aż tu nagle czerwiec 2016. Boris Johnson z kolei myślał, że nawołując do głosowania za opuszczeniem Unii wzmocni swoje karty na prawym skrzydle Partii Konserwatywnej i przygotuje sobie grunt pod przyszłe przywództwo Torysów, a kampania Leave i tak przegra, nie może być inaczej. W rzeczywostości okazało się, że żaden z nich nie wiedział, co czyni. Dlatego nikt nie opracował politycznych i ekonomicznych scenariuszy wychodzenia z Unii Europejskiej, symulacji, jakie branże mogą tym zostać dotknięte, pomysłów, na jakieś miękkie lądowanie dla nich. Nie mówiąc już o takich szczegółąch, jak sytuacja prawna mieszkających już w UK obywateli innych państw Unii i mieszkających w innych państwach Unii obywateli UK (ani jedni, ani drudzy nie mieli prawa głosu w tym referendum). Nie istnieje żaden plan, nikt nie wie, co teraz.

Kiedy w takiej sytuacji baronowie New Labour, sieroty po Tonym Blairze, zamiast wykorzystać sytuację, czyli Torysów na krawędzi rozpadu, do oblężenia rządu i wymuszenia nowych wyborów, rzucają się w wir spisków przeciwko przywództwu Jeremy’ego Corbyna (w jawnej współpracy z dziennikarzami BBC i „Guardiana”), to jest to kolejna odsłona tego samego procesu. Prawe skrzydło Labour Party (większość jej parlamentarzystów) to dla brytyjskich kapitalistów awaryjne narzędzie zarządzania brytyjskim kapitalizmem, na wypadek gdy urny wyborcze zawiodą Torysów. Wewnętrzny spór w Labour w tym momencie, jeśli ulegnie eskalacji, będzie najpewniej oznaczał polityczną anihilację Labour Party na lata, albo na zawsze. Ale posłowie Partii Pracy tym właśnie się teraz zajmują, z własnego wyboru. To dlatego, że baronowie New Labour, symbiotycznie związani z brytyjskimi kapitalistami (inicjatorka obecnego antycorbynowskiego „zamachu stanu” wewnątrz Partii Pracy, Margaret Hodge, ma swoje za uszami, jeśli chodzi o uciekanie przed podatkami) tak samo nie wiedzą już, co robić i robią w amoku byle co. Wystarczy spojrzeć na beznadziejne nieprzygotowanie „zamachowców” – nie mają nawet żadnej propozycji, kto właściwie miałby zastąpić Corbyna.

Kiedy klasy panujące ancien regime’u nie wierzą już w utrzymywalność status quo, znaczy to, że status quo już nie istnieje. Skończyło się, choć siłą naszego przyzwyczajenia utrzymują się jeszcze jego pozory. Umiarkowani reformiści na „realistycznej lewicy”, którzy proponują przyszywanie drobnych prospołecznych poprawek do istniejącego porządku, są być może ostatnimi, którzy wierzą jeszcze w to status quo. Być może nikt nie jest dziś bardziej odklejony od rzeczywistości, niż tacy „realiści”.

Co z tego wynika? Może to, że na ostrożny realizm i ostrożne, reformistyczne korekty zastanej rzeczywistości lewica nie może już sobie pozwolić? Może nie ma już na to czasu i Europę (nie Unię Europejską a Europę) jako całość i jej poszczególne państwa i społeczeństwa uratować może już tylko odwaga radykalnego przedefiniowania naszej społecznej – ekonomicznej i politycznej – rzeczywistości? W przeciwnym razie miotające się już jak kurczak bez głowy elity neoliberalnego kapitalizmu, zanim uciekną za swoimi pieniędzmi na Kajmany i Wyspy Dziewicze, wepchną nas wszystkich w spiralę ekonomicznego chaosu lub wojennej przemocy. Albo jednego i drugiego.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.