Zmierzch rodu Uzeda, książąt Francalanza

Federico De Roberto (1861-1927) ukończył swoją wielką powieść I Vicerè (Wicekrólowie) w 1894. Kosztowała go dużo pracy (liczy 600 stron) i przyniosła mu rozczarowanie, bo początkowo spotkała się ze znikomym odzewem. Dziś I Vicerè uważani są za jedno z wielkich dzieł włoskiego realizmu. Ciekawostka: De Roberto przyjaźnił się i był trochę jakby uczniem innego klasyka nurtu, Giovanniego Vergi, również związanego z Sycylią, autora Rodziny Malavogliów, powieści na podstawie której Luchino Visconti zrealizował swój wczesny film, Ziemia drży. Jednak zasłużone uznanie I Vicerè zdobyli długo po śmierci autora, na szeroką skalę dopiero po upadku włoskiego faszyzmu, kiedy odblokowaniu uległ obieg literatury tak ostentacyjnie niemożliwej do uzgodnienia z prawicową wizją świata i historii. Na francuski powieść De Roberto przetłumaczono dopiero w 1954, na niemiecki i angielski – w 1959. I tu kolejna ciekawostka: znacznie, znacznie później niż na polski. Polski przekład był pierwszym tłumaczeniem powieści, ukazał się już w 1905.* Pod zaborami, kiedy jej nie było jako państwa, Polska była chyba mniej peryferyjną, bardziej zainteresowaną światem i nadążającą za współczesnością kulturą niż nią jest obecnie.

Powieść, uwielbiana przez Fredrica Jamesona i Franco Morettiego, w wyśmienitym angielskim przekładzie Archibalda Colquhouna, została w tym roku wznowiona przez Verso i tak znalazła się w moich rękach.

Jak sam tytuł wskazuje, bohater powieści jest zbiorowy. Jest nim potężna arystokratyczna rodzina, której historia sięga podboju Sycylii przez Hiszpanów. Akcja rozpoczyna się w latach 40. XIX i rozpięta jest na przestrzeni kilku dekad. Centralnym punktem, niejako osią wokół wszystko się toczy, jest przyłączenie Sycylii do zjednoczonego Królestwa Włoch w 1860.

Jak dowiadujemy się ze wstępu Calquhouna, tworząc swój ród Uzeda, De Roberto wzorował się na przedstawicielach kilku autentycznych rodzin arystokratycznych, z których tylko jedna, Paternò Castello, zajmowała podobną pozycję w strukturze władzy sycylijskiego feudalizmu, co powieściowi Uzeda.

Wszyscy porównują powieść De Roberto do malarstwa Goyi – nie dlatego, że idą na łatwiznę powtarzania raz urobionej frazy, a dlatego, że tak trafne jest to porównanie. Chodzi oczywiście przede wszystkim o Goyi portrety. Tak jak Goya, De Roberto tworzy na kartach Wicekrólów galerię postaci, które fascynują najbardziej tym, jak brzydkimi, zdemoralizowanymi, odpychającymi figurami czyni ich odziedziczony, niesprawiedliwy, oparty na wyzysku innych, przywilej. Mimo duszy, którą czasem widzimy w ich oczach, i która daje nam znać, że może chciałyby lub chciały kiedyś inaczej.

Jego opowieść otwiera śmierć: umiera amoralna i pozbawiona większości ludzkich uczuć (tak niewiele miejsca zostawiła dla nich chciwość) Donna Teresa Uzeda i Risà, księżna Francalanza. I wszystko, co następuje dalej, jest historią klasowego rozkładu i degrengolady gromady krewnych, którzy dostali lub nie dostali po niej nic w spadku.

Głównym spadkobiercą – większości majątku i tytułu – jest jej syn Giacomo, który jej nienawidził, i uzyskawszy spadek mści się na swój sposób za to, jak matka trzymała go za mordę. Jest jeszcze bardziej amoralny niż ona – używa wzystkich dostępnych mu sztuczek, by wykolegować swoje rodzeństwo i kuzynów z ich części spadku. Fabrykuje rzekomo niespłacone przez Donnę Teresę długi, wyciąga z kapelusza dawno uregulowane zobowiązania, na podstawie których obniża wartość majątku do podziału z innymi. Wykorzystuje emocjonalne zagubienie niektórych, by zgodzili się na takie uregulowanie rachunków, które czyni stratnymi najmniej zamożnych członków rodziny. Na tych, którzy potrzebują jego – jako wpływowej głowy rodziny – zgody na małżeństwo, wbrew obyczajowi, z wybrankiem serca, albo na rozwód, wbrew Kościołowi, wymusza rezygnację z roszczeń do znaczącej części ich spadku. I tak dalej.

Inne postaci reprezentują rozmaite inne formy rozpadu klasy panującej odchodzącego w przeszłość systemu. Zdemoralizowany, przeklinający jak szewc zakonnik Don Blasco, który ma dzieci z trzema kobietami i choruje od nadmiaru niewyplutej żółci, gdy przez trzy miesiące nie ma możliwości wtrącenia się i namieszania w sprawach innych ludzi, najlepiej doprowadzenia do wybuchu długotrwałego sporu. Chiara, która nie może zajsć w ciążę, gdy raz zachodzi, rodzi zdeformowane ciało, które natychmiast umiera. Dziwaczejący hipochondryk i niewydarzony pisarz staczający się w żebry. Ferdinanda, stara panna zafiksowana na genealogiach rodowej szlachty, lektury, na której nauczyła się czytać, i która jest dla niej wyznacznikiem jedynego prawdziwie pięknego stylu literackiego. W stylu tym Uzeda pisało się jeszcze Vzeda, z czego nabija się, drwiąc ze starej krewnej młody Consalvo, syn księcia Giacomo – w jednej ze swoich tyrad, nabijając się ze starej krewnej, wypowiada różne słowa według tej starej pisowni, z V w miejsce U, f w miejsce s, itd.

Jednym tchem z I Vicerè De Roberto często wymieniany jest Lampart Lampedusy, znacznie późniejszy (Lampedusa urodził się dwa lata po publikacji Wicekrólów), ale te powieści są bardzo różne. Lampedusa sam był księciem i pisał z nostalgią i miłościa dla przynajmniej niektórych swoich postaci o zmierzchu własnej klasy. De Roberto tymczasem wyraźnie nienawidził arystokracji.

Trudno się tu naprawdę identyfikować z którymkolwiek z bohaterów, tak bardzo ich klasowy przywilej niszczy ich jako ludzi. Wielu z nich ma w swojej biografii i roli w powieści moment, w którym są jeszcze godziwymi ludźmi, którzy przelotnie zdobywają empatię czytelnika. Lucrezia, która walczy o prawo do poślubienia mężczyzny, którego sama wybrała, a nie tego, który najlepiej się księgował księciu Uzeda; moment w życiu Consalvo, kiedy ten buntuje się przeciwko swojemu ojcu i zaczyna się uczyć, jak zostać czymś innym, niż tylko degenerującym się pasożytem; itd. Jest gdzieś u Marksa, że więźniami relacji dominacji są obydwie strony tej relacji – jej (tzn tej relacji) zniesienie uwolniłoby także wyzyskiwaczy z jarzma relacji, w którą są uwikłani. De Roberto wydaje się mieć takie właśnie intuicje – niejeden i niejedna spośród jego bohaterów posiada do jakiegoś momentu jakieś właściwości godne istoty ludzkiej, ale anachroniczna feudalna relacja, na której górnym biegunie się znajdują, ostatecznie to wszystko z nich wysysa, przeżuwa ich i trawi, by ostatecznie wypluć te wszystkie skłócone monstra, w jakie prawie wszyscy z nich się w końcu obracają.

Jest jeden znaczący i niezwykle – może przez kontrast – poruszający przypadek: piękny Giovannino Radalì, który zakochał się na zabój w młodszej Teresie, córce Giacomo, siostrze Consalvo. Jako młodszy syn wielkiego rodu, według starej feudalnej zasady nie miał prawa się ożenić. Miał je tylko jego starszy brat, który miał odziedziczyć także większość majątku. Giovannino naiwnie uwierzyl w szanse, jakie wynikają ze zniesienia starych feudalnych praw przez zjednoczone Włochy Wiktora Emanuela. Jego matka nic sobie z tego jednak nie robiła i wynegocjowała Teresę dla jego starszego, obleśnego brata, a Giovannino nie znalazł w sobie odwagi do walki z jej postanowieniami, podobnie jak dryfująca w stronę bezmyślnej dewocji Teresa w stosunku do postanowień swojego ojca ksiecia Giacomo XIV. Giovannino jest o tyle na kartach I Vicerè wyjątkową postacią, że do końca jego udziału w fabule (czyli do jego samobójczej śmierci) mu współczujemy i jakoś tak wiemy, że pozostał po prostu elementarnie dobrym człowiekiem. Tyle, że postradał rozum.

Ale ponieważ De Roberto jest tak znakomitym pisarzem, nie jest to wszystko wcale rzeką jadu, ale fascynujacą opowieścią o końcu epoki i jej klasowych władców,  o wszystkich poziomach ich (epoki i władców) postępującego rozkładu. Tempo, rytm, złośliwe poczucie humoru, z jakim rysuje poszczególne postaci, sytuacje, przewrotne zwroty akcji – to wszystko powoduje, że trduno mi uwierzyć, że nikt jeszcze ni obrócił tej powieści w trzy sezony wspaniałego serialu telewizjnego. Ktokolwiek złapałby partię Don Blasco (według Colquhouna miał on swój pierwowzór w rzeczywistości, w zakonniku z rodziny Paternò Castello), miałby szansę na rolę życia. (Istnieje co prawda film z 2007, przyznaję, że nie widziałem, ale serial telewizyjny wydaje mi się najlepszym formatem dla adaptacji takiej powieści).

Ale ta powieść jest ważna także dlatego, że jest tak bardzo aktualna właśnie teraz. Żyjemy w czasach na swój sposób podobnych. Świat trzeszczy w szwach i drży w posadach. Już nawet klasa władców neoliberalnego kapitalizmu nie wierzy w jakąkolwiek legitymację dla status quo; nie wierzy, że ktokolwiek w nią wierzy; nie wierzy w możliwość jego utrzymania. Współcześni Uzeda przestali nawet dbać o pozory, bezwstydnie kradnąc w światłach reflektorów (bailouty banków, wyprzedaż Grecji, tryliony dolarów poupychane w rajach podatkowych). Zagrabić, ile się da, zanim wszystko się zawali. De Roberto był jednym z tych włoskich pisarzy, którzy Sycylię pokazywali jako wyrzut sumienia zjednoczonych Włoch, ich niespełnioną obietnicę. Zjednoczenie Włoch spetryfikowało ekonomiczne zacofanie ich południowych peryferii – można chyba nawet powiedzieć, że Włochy stały się nowoczesnym narodem kosztem swojego zubożałego południa, zredukowanego na długo do roli rezerwuaru zdesperowanej siły roboczej dla przemysłów północy kraju. Arogancki, ale inteligentny, ambitny i myślący długofalowo Consalvo reprezentuje ten żywioł starych elit, który wynalazł się na nowo i znalazł drogę do pozostania w szeregach klasowych władców zmieniającego się świata. Zaadaptował się do nowych stosunków i wziął udział w ich kształtowaniu.

Współczesny nam, kolejny „stary świat” umiera dziś na naszych oczach: czy zdołamy tym razem strząsnąć ze swoich grzbietów książąt Francalanza naszych czasów?

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

[*] Tak podaje tłumacz w angielskim wydaniu. Jeden z Czytelników (któremu dziękuję za sprawdzenie) zwrócił mi jednak uwagę na Facebooku, że w katalogach Biblioteki Narodowej trudno o ślad po tym wydaniu. Albo rzeczywiście zaginęło, albo może Colquhoun pomylił je z polskim przekładem innej powieści De Roberto, Złudzenie?

Eça i Portugalczycy

Os Maias, w angielskim przekładzie, jako The Maias (po polsku wyszło to kiedyś przetłumaczone jako Ród Maia), czekało u mnie na półce kilka lat. Powieść (z 1888) jest długa, więc musiałem być w odpowiednim nastroju i okolicznościach – długie powieści lubię czytać, kiedy mam do dyspozycji dużo wielogodzinnych bloków czasu.

Mój ulubiony José Saramago powiedział o Os Maias, że to „najwybitniejsza powieść najwybitniejszego powieściopisarza Portugalii”. W Polsce, poza gronem wyspecjalizowanych w tej literaturze filologów, pisarz José Maria Eça de Queiroz (1845-1900) niezbyt jest znany: polski przekład Os Maias wyszedł dopiero równo sto lat po oryginale. Poza Lusofonią (czyli obszarem kulturowym języka portugalskiego) obecnie chyba najbardziej jest Eça kojarzony ze Zbrodnią księdza Amaro (O crime do Padre Amaro, 1875) – w uwspółcześnionej i przeniesionej do Meksyku ekranizacji Carlosa Carrery (2002), nominowanej do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, tytułowego księdza grał Gael García Bernal. Wczesna powieść o cielesnych namiętnościach młodego księdza i ich dramatycznych konsekwencjach ujawniła już jeden z trwałych rysów jego twórczości: fascynację obyczajowymi tabu mieszczańskiej kultury. Powraca u niego np. motyw kazirodztwa, na kartach Rodu Maia, a także w A Tragédia da Rua das Flores. Kazirodztwo często wiąże się u niego z rozdzielonymi, rozbitymi rodzinami, co jest motywem bardzo osobistym. Eça był przez swoją matkę zostawiony z dziadkami tuż po urodzeniu. Jego rodzice pobrali się dopiero, gdy miał cztery lata, ale utrzymywali go na odległość aż do czasu, gdy skończył 21 lat. To zapewne osobisty charakter takich motywów stał za tym, że nie zdecydował się za życia opublikować A Tragédia da Rua das Flores, jakby w obawie, że pewne motywy zostaną odczytane jako zaczerpnięte z historii jego rodziny. A że dochodzi tam do incestu między matką a synem, bał się prowokowania takich podejrzeń.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Os Maias jest rzeczywiście wspaniałą i wspaniale napisaną powieścią. Dzieje ostatnich przedstawicieli jednej z najznakomitszych i nazamożniejszych rodzin Lizbony opisuje Eça pewną siebie, piękną, nierzadko poetycką frazą, połączoną z dyskretnym, ale cały czas obecnym poczuciem humoru. Uczucia i fiksacje swoich bohaterów opisuje z wielkim zrozumieniem, miłością nawet – chcąc się upewnić, że cała ich złożoność będzie odebrana przez czytelnika, potrafi czytelnika przeprowadzić przez pięćdziesiąt stron bez żadnego wydarzenia godnego tego słowa, jednocześnie nie tracąc jego zainteresowania. I choć z takim zrozumieniem i miłością opisuje ich emocjonalne uwikłania, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że świat mieszczańskich konwencji, wszystkie jego gry i gierki, stawki większe i mniejsze, wydają mu się swego rodzaju cyrkiem, z którego po cichu i dyskretnie, ale jednak cały czas się śmieje.

Przedmiotem jego krytycznej, zdystansowanej obserwacji jest kultura mieszczańska w ogóle, ale też jej formacja specyficznie portugalska.

Rentierzy, nudziarze i dyletanci

Jego peryferyjni, portugalscy burżua bardziej niż liberalnych self-made-manów, o których niektórzy z nich czytują, zafascynowani angielską kulturą, przypominają feudalnych ziemian żyjących z renty, z odcinania kuponów od odziedziczonego majątku. W materialistycznych ujęciach globalnej historii społeczno-ekonomicznej uważa się zwykle, że Portugalii i Hiszpanii pozycja hegemona kształtującego swoje zręby we wczesnej nowoczesności kapitalistycznego systemu-świata, pomimo budowy wielkich imperiów kolonialnych, umknęła szybko najpierw do Genui, potem Amsterdamu i Londynu, za sprawą zbyt żywotnych na Półwyspie Iberyjskim struktur feudalnych, z ich preferencją dla demonstrującej władzę widowiskowej konsumpcji nadwyżek przed ich reinwestowaniem w spirali akumulacji kapitału. Eça wydaje się potwierdzać. Główny bohater, Carlos Eduardo da Maia, zostaje lekarzem, otwiera nawet gabinet, ale ponieważ z majątkiem swojego dziadka pracować nie musi, to prawie nikogo nie leczy. Gabinet przydaje mu się bardziej jako platforma dla flirtu i podrywu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zajmował na uniwersytecie miejsce, które zamiast marnować się dla niego mogło było wykształcić jakiegoś lekarza z prawdziwego zdarzenia.

Portugalscy burżua Eçy de Queiroza uwielbiają narzekać na dziadowskość swojego kraju, ale nie wyciągają żadnych wniosków z faktu, że trzymając – jako klasa – w garści większość kraju tego zasobów, to nikt inny jak oni właśnie dysponują środkami i możliwościami, by go ewentualnie ulepszyć. Nie chce im się jednak robić nic, co by wybiegało poza uciechy korzystania z własnych przywilejów; niczym nie potrafią się zająć na poważnie – od czasu do czasu coś ich kręci, ale mamy wrażenie, że z nudów lub dla fanaberii raczej niż z prawdziwej pasji czy powołania. Nic konkretnego z tego nigdy nie wynika. Carlos nie potrafi skupić się na swoich badaniach na tyle, żeby doprowadziły do jakiegokolwiek odkrycia, tak jak jego przyjaciel Ega nigdy nie ukończy swoich pretensjonalnych, bombastycznych projektów literackich. Wszyscy tu ciągle patrzą z podziwem na Londyn i Paryż, punkty odniesienia w każdej sprawie, choć jednocześnie tylko nieliczni z tych burżua wydają się rozumieć lub wiedzieć coś głębszego o francuskiej czy angielskiej kulturze (zabawne i na swój sposób fascynujące są demaskujące to sceny długich konwersacji o byle czym prowadzonych przy kolacjach i innych okazjach).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Nie wiem, czy słusznie to interpretuję, ale właśnie igraniem z prowincjonalną, peryferyjną mieszanką głupiego podziwu dla wszystkiego, co obce i kojarzy się z jakimś odległym ośrodkiem władzy i splendoru, z elementarnym brakiem pojęcia o świecie, tłumaczę sobie dziwną postać jednego z przyjaciół starego Afonso da Maia, niejakiego Steinbrokena. Eça nie raz i nie dwa pisze o nim, że to dyplomata, przedstawiciel ambasady Królestwa Finlandii w Lizbonie. Nie było nigdy żadnego Królestwa Finlandii. Po wielu stuleciach podporządkowania Królestwu Szwecji, w 1809 Finlandia stała się częścią Cesarstwa Rosyjskiego, w ramach którego była Wielkim Księstwem Finlandii. Eça sam o tym na pewno doskonale wiedział. Rodzice nie dali mu może w życiu miłości, ale posłali go do szkół – najpierw takiej z bursą w Porto, potem na studia do Coimbry – i Eça zrobił w życiu niczego sobie karierę. W dyplomacji. Był portugalskim konsulem w Hawanie, Newcastle-upon-Tyne i Bristolu. Jako dyplomata na pewno wiedział, że Finlandia nie jest żadnym królestwem tylko niesuwerenną prowincją Rosji i myślę, że wprowadził ten motyw na zasadzie zgrywy ze swoich czytelników. Wiedział, że częścią z nich będą tacy sami ludzie, jak mieszkańcy jego powieściowej Lizbony (jeden pyta, czy tam w Anglii to piszą np. romantyczne powieści) i śmiał się pod nosem, zastanawiając się, czy i kiedy się skapną.

Odniesienie i powtórzenie

Angielska tłumaczka Eçy, Margaret Jull Costa, zwraca uwagę, że różne rzeczy „chodzą” w tej powieści parami, wydarzenia się dublują, odbijają w sobie nawzajem:

[…] pierwsze Carlosa zachwycone spojrzenie na Marię Eduardę jest bardziej romantyczną wersją pierwszego spojrzenia jego ojca Pedro na Marię Monforte; podczas gdy romans Egi z żoną żydowskiego bankiera stacza się w farsę, Carlos pakuje się w groteskowy romans z księżną de Gouvarinho; Carlos bije Eusèbiozinho dwa razy, raz w dzieciństwie, potem jeszcze raz jako dorosły; Carlos nigdy nie kończy swojej książki o medycynie dawnej i współczesnej, tak jak Egi Pamiętnik Atomu pozostaje jedynie pomysłem, o którym głównie tylko mówi […].[1]

W tych parach i powtórzeniach kryje się głębsza sprawa – intelektualnie, filozoficznie głębsza. Brazylijski krytyk kultury Silviano Santiago napisał kiedyś esej zatytułowany Eça, autor „Madame Bovary”. Igrał w nim z ideą stojącą za opowiadaniem Borgesa, w którym niejaki Pierre Menard pisze jeszcze raz Don Kichota Cervantesa, kilkaset lat po oryginale. Tam gdzie inni – miejmy śmiałość nazwać ich nawet Eçy literackimi „wrogami” – zrzynanie pomysłów fabularnych z Zoli (La faute de l’Abbé Mouret jako źródło dla Zbrodni księdza Amaro) a zwłaszcza Flauberta (Kuzyn Basilio a Madame Bovary), którego Eça uważał za swojego wielkiego mistrza, Santiago proponuje intrygującą i inspirującą interpretację. Fabularne „powtórzenia” uprawiane przez Eçę są świadomą operacją intelektualną ustawiającą wcześniejszą, słynną powieść pochodzącą z Francji, a więc z dominującej na skalę europejską, „centralnej” kultury (najwięcej fabularnej prozy będącej w obiegu w Europie w XIX wieku pochodziło z Francji i Anglii), na pozycji „metajęzyka” wobec jego własnej, portugalskiej powieści. U Eçy

powtórzenie skutkuje głębią. Innymi słowy, każdy komentarz dotyczący postaw Luisy [bohaterka Kuzyna Basilio – przyp. J.P.] czy także jej męża, nie może być lokowany na konwencjonalnej, wąskiej płaszczyźnie moralnej, gwałtownej reakcji na przyczynę, która jest dla czytelnika oczywista, ale będzie musiał się zorganizować po linii reakcji na wcześniejszy tekst literacki […].[2]

Te „powtórzenia” są u Eçy formą konceptualizacji peryferyjnego położenia jego własnej kultury, szukającej na zewnątrz, w mocarstwowych ośrodkach władzy wzorów do naśladowania, punktów odniesienia, sposobów wartościowania – i czego tam jeszcze, nawet sposobów rozumienia samej siebie. Eça powtarza pochodzący z imperialnego centrum wzór i usiłuje go przerobić, przechwycić, zrobić z niego użytek i pożytek dla kultury położonej na peryferiach, na marginesie.

Piszę o tym wszystkim tak naprawdę dlatego, że lektura Os Maias Eçy de Queiroza skłoniła mnie do wyrażenia mojego ogólnego wrażenia o współczesnych Portugalczykach (choć powieść to XIX-wieczna). Portugalczycy to społeczeństwo, które nauczyło się ze swoich pełnych paradoksów dziejów, że łaska Historii na pstrym koniu jeździ i nauka ta uczyniła ich odpornymi na megalomanię, trzeźwymi, krytycznymi, a także po prostu przyzwoitymi ludźmi z kompasem uniwersalizmu zwykle gdzieś pod ręką.

Pstry koń Historii

Portugalia ma wyjątkowe w Europie położenie geograficzne – na samym końcu kontynentu, graniczy lądowo (od wschodu i północy) tylko z jednym sąsiadem, znacznie większym, wyraźnie dominującym. Bywało, że z tym sąsiadem znajdowała się w unii personalnej, co przy takiej różnicy wielkości oznaczało, że stawała się Hiszpanii jakby prowincją. Kiedy obydwa królestwa wyruszyły na podbój świata, Portugalczycy stali się na czas jakiś potęgą niewiele ustępującą Hiszpanii, rozległością zamorskich posiadłości wzbudzając zazdrość społeczeństw, które w szybkim czasie osiągnęły znacznie, znacznie wyższy poziom ekonomicznego i politycznego rozwoju – jak Niderlandy. Jednocześnie to, co pod postacią konturów na mapie świata wyglądało na jeden z największych triumfów wstępu do nowoczesności, w istocie było objawem słabości, toczącej kraj choroby. Historyk Robin Blackburn sugeruje nawet, że zwycięstwo Portugalczyków z Holendrami w rywalizacji o ziemie w Ameryce Południowej wzięło się m. in. z tego jak bardzo biedniejszym i zacofanym krajem była Portugalia[3]. To bieda Portugalczyków (albo ryzyko niebawem się w nią osunięcia, strach przed deklasacją) powodowała, że nigdy nie brakowało chętnych na ryzykowne zamorskie eskapady. Tak wielu tak niewiele miało do stracenia na miejscu. To reparacje do spłacenia po przegranej wojnie z Anglią mobilizowały portugalską koronę do wypychania za morze kolejnych ławic karaweli, z misją grabieży, wydzierania bogactw odkrytym lądom. To zacofane struktury społeczne kiszącego się we własnym sosie feudalizmu pozwalały na uciekanie tych wszystkich bogactw do ośrodków robiących z nich inny jakiś użytek niż np. wystawianie kościołów o wnętrzach całych ociekających złotem, które stoją do dzisiaj od Porto na północy Portugalii po brazylijski Salvador, wszystkie jak na ironię pod wezwaniem świętego Franciszka. Portugalska grabież zamorskich kolonii, przede wszystkim największej i najzasobniejszej z nich, Brazylii, sfinansowała rozwój nie tylko nie Brazylii i innych kolonii, ale nawet nie Portugalii – sfinansowała za to wczesne stadium rozwoju kapitalizmu w Anglii. Na wiele stuleci umieściła Portugalię w tym dziwnym, żenującym w gruncie rzeczy położeniu: niby-mocarstwa kolonialnego, które wyzyskuje podbite zamorskie lądy, ale tylko po to, by wydojonym z tego wszystkiego być natychmiast przez Wielką Brytanię. Tę relację zależności od Wielkiej Brytanii widać na kartach Eçy, widać ją na ulicach niejednego portugalskiego miasta, na których od czasu do czasu zaskakuje czerwona budka telefoniczna w angielskim stylu, widać ją w tym, że winnice w Dolinie Douro należą do dziś do angielskich rodzin i sprzedają swoje porto pod angielskimi nazwami.

Jakby tego wszystkiego było mało, wyemancypowana największa portugalska kolonia, Brazylia, najpierw ogłosiła się cesarstwem, a potem prześcignęła swoją byłą metropolię na różnych płaszczyznach. Z dwudziestokrotnie większą populacją, to ona jest dziś dominującą kulturą języka portugalskiego, jego największą literaturą, jego największą kinematografią, jego największą kulturą muzyczną, jego największą telewizją. Więcej ludzi na świecie widziało samo tylko Miasto Boga niż jakikolwiek film portugalski. To Brazylia jest globalnym graczem politycznym. Portugalia nie tylko niewiele znaczy w skali świata, ale rozpaczliwie słaba jest już w ramach zaledwie Unii Europejskiej, która o mały włos nie zawiesiła tam pod osłoną nocy demokracji, gdy tamtejsza lewicowa koalicja ośmieliła się wyrazić sceptycyzm w stosunku do podporządkowanej niemieckim obsesjom i interesom „wspólnej waluty”.

Ta nasycona kolejnymi, sobie właściwymi paradoksami relacja z Brazylią też się odbija w Os Maias. Brazylia w swoim położeniu w stosunku do Portugalii dubluje położenie Portugalii wobec Londynu, ale sama jest równolegle w takim samym położeniu także i wobec Wielkiej Brytanii, bo Londyn jest wtedy stolicą Rynku Światowego – bycie dostawcą surowców na potrzeby tego ostatniego (złoto, diamenty, cukier, kawa, dzisiaj także ropa naftowa) to gospodarcza rola Brazylii w międzynarodowym podziale pracy, a londyńscy bankierzy sprawują w tamtym okresie kontrolę nad podażą kredytu w Brazylii. Jednocześnie, gdy spojrzeć z daleka, Portugalia wygląda przy Brazylii jak zapomniana sierota, chuchro jakieś, co niechcący kopnąć można albo rozdeptać. Pełna, co prawda, nędzarzy, Brazylia wydała jednocześnie fortuny, przy których Portugalia nie ma się nawet czym zamachnąć. Ten paradoks reprezentuje u Eçy „mąż” Marii Eduardy, Brazylijczyk, którego niby nikt pozytywnie nie szanuje, ale ma skubany nie wiadomo ile pieniędzy, i też nie bardzo wiadomo skąd, więc na otwarcie negatywny, nieskrywany brak szacunku też sobie nikt na wszelki wypadek nie pozwala. No bo cholera wie. Z Brazylią związek ma też sposób, w jaki erotyzowana jest przejmująco smutna postać niebywale pięknej Marii Eduardy. Nie jest ona wcale Brazylijką, ale bardzo długo wszyscy myślą, że jest. Wszyscy, a przede wszystkim zakochany w niej główny bohater, Carlos Eduardo da Maia. Jej brat. Wróć! To był spoiler.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co ja właściwie chciałem powiedzieć? No właśnie, to: być może to właśnie inteligentne, krytyczne przyswojenie własnej – paradoksalnej, zmuszającej do pokory, bo złożonej z wzlotów i upadków – historii uczyniło Portugalczyków takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są.

Historii, na przestrzeni której doświadczyli zarówno roli kontrolującego posiadłości na kilku kontynentach mocarstwa, jak i sklerotycznego arcypierdoły Europy, a przez długi czas jednego i drugiego jednocześnie. Zrozumieli, że historia jest serią złożonych zbiegów okoliczności i nieoczywistych paradoksów, nawet kaprysów losu, a nie zwierciadłem narodowego narcyzmu, który zazwyczaj po prostu nie ma podstaw.

Takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są? Tak, takimi ludźmi, których intelektualiści gwiżdżą sobie na obwoźne oferty Francisów Fukuyamów czy Samuelów Huntingtonów tego świata i, jak José Saramago, zostają do śmierci w Portugalskiej Partii Komunistycznej. Takimi, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że chyba najpiękniejszy gejowski klub w Europie znajduje się u nich w Porto i takie samo miejsce w Londynie byłoby jednym z najdroższych i snobistycznych w tym mieście (i w weekendy nie wpuszczałoby kobiet). Takimi, którzy zrozumieli, czym jest narzucona światu przez Amerykanów „wojna z narkotykami”, więc zdekryminalizowali wszystko, co narkotyków dotyczy. Takimi, że ich kraj jest jednym z bastionów lewicy we współczesnej Europie. Takimi, którzy wobec skandalicznej postawy większości Europy uchodźcom z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej mówią: przyjeżdżajcie do nas.

Przypisy:

[1] Margaret Jull Costa, Introduction, [w:] Eça de Queiroz, The Maias. Episodes from Romantic Life, tłum. Margaret Jull Costa, Sawtry: Dedalus 2007, s. 9.

[2] Silviano Santiago, Eça, Author of “Madame Bovary”, tłum. Tom Burns,  Ana Lúcia Gazzola [w:] Silvano Santiago, The Space In-Between: Essays on Latin American Culture, red. Ana Lúcia Gazzola, Durham – London: Duke University Press, 2001, s. 47.

[3] Robin Blackburn, The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492-1800, London – New York: Verso, 2010, s. 202.

Jarosław Pietrzak

Jeżeli interesuje cię kultura i społeczeństwa języka portugalskiego, to rzuć okiem na moją książkę Smutki tropików i na mojego ebooka Notes brazylijski.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Mrok. Chaos. Theresa May

Rano 24 czerwca 2016. Wynik referendum w sprawie Brexitu, wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Katastrofa dla konserwatywnego premiera Davida Camerona. Grał na to, że wszystko zostanie po staremu. Naród zadecydował na przekór. Cameron zupełnie nie wie, co robić, więc podaje się do dymisji i z ulgą pogwizduje, zamykając za sobą drzwi z numerem 10 (przy Downing Street).

Nie tylko Cameron – najwyraźniej nikt nie wie, co robić! Nawet przywódcy zwycięskiej kampanii Leave wyglądają, jakby ktoś im złośliwie podrzucił to jajo. Cała seria abdykacji – Boris Johnson, Nigel Farage, Michael Gove. Kampania Leave: sukces, do którego nie przyznaje się żaden ojciec.

Do zarządzania tym kryzysem zgłasza się Theresa May. Prawie nikt inny specjalnie się do tego nie wyrywa. Kłopotliwy spadek po Cameronie przejmuje 13 lipca.

Pojawiają się komentarze: neoliberalny kapitalizm oferuje kobietom wysokie stanowiska tylko wtedy, kiedy jest ogólnie przechlapane i chłopcy nie widzą szans na zdobycie trofeum, nawet na wyjście ze wszystkiego z twarzą. Wysyłają dziewczynę, żeby zebrała za nich bęcki. Wysyłają ją na odstrzał.

Może. Ale to tylko część prawdy. Czy najważniejsza? Nie wiem.

Druga część jest taka. May przypomina Margaret Thatcher. Naprawdę ją przypomina, bardzo. Thatcher była swego prototypem metody rozwiniętej później przez neoliberalizm na epicką skalę. Wzięła feminizm za zakładnika, użyła tożsamości jako kobiety, żeby przeforsować najbardziej reakcyjną możliwą wtedy politycznie do przeprowadzenia politykę. Doszła do władzy dzięki zdobyczom wyprzedzających ją historycznie feministek, na ich grzbietach. Użyła swojej tożsamości jako kobiety, by sprzedawać swoją ofertę jako postać postępu. Jej polityka uderzyła w większość kobiet, które najszybciej traciły na uelastycznianym rynku pracy i musiały się nieodpłatnie zająć tym wszystkim, co znalazło się poza zasięgiem ich rodzin wskutek stopniowego demontażu państwa opiekuńczego (opieka nad dziećmi, nad starszymi czy chorymi członkami rodziny, itd.).

Neoliberalizm robi to dziś systematycznie. Wyłania jakiegoś politycznego aktora na podstawie jakichś wizerunkowo atrakcyjnych, „postępowych” parametrów tożsamościowych, żerując na zdobyczach emancypacyjnych przeszłości – ale zacierając pośród tych parametrów kategorię klasy. Kobieta, Afroamerykanin, gej – postęp. A co z tego, że ta kobieta, ten czarny, ten gej należą do wyjątków dopuszczonych do klasy książąt neoliberalnego kapitalizmu, lub w drodze wizerunkowego wyłonionych już z tej klasy? Wszyscy się cieszą, cóż za postęp!

A kiedy przychodzi do realnej polityki uskutecznianej przez tak wyłonionych aktorów, albo czasem po prostu za ich wizerunkiem? Co te miliony czarnoskórych mężczyzn, którzy przewinęli się przez amerykańskie więzienia w ciągu ostatnich ośmiu lat (więziennictwo USA to największy system karceralny w historii ludzkości) na to, że mają prezydenta tego samego koloru skóry? Czy Greczynki pozbawione dziś właściwej opieki medycznej w obliczu np. raka piersi odczuwają ulgę, że to cierpienie, choć zupełnie niepotrzebne, jest mimo wszystko ich udziałem, bo tak dla nich chciały Angela Merkel i Christine Lagarde? Żeby im w bankach „sztymowało”? Czy Libijki mniej cierpią na widok zwłok własnych dzieci, bo bomby, które spadły na ich domy, wysłała tam sekretarz stanu Hillary Clinton? Czy uciekająca przed wojną Syryjka, odesłana z Europy do jakiegoś obozu w głębi Turcji, mniej cierpi zgwałcona przez miejscowego żołnierza, bo Erdoganowi płaci za to Angela Merkel?

Here comes Theresa May. Czy kobiety bite i molestowane w prowadzonych przez prywatnych kontratkorów więzieniach i ośrodkach tymczasowych cierpiały mniej, bo ministrem, który tym kontraktorom to zlecał, a potem obejmował tajemnicą raporty o panującej tam przemocy, była Theresa May?

Theresa May tożsamościowy szwindel neoliberalizmu popchnęła dalej, zanim zdążyła złapać za stołek. Prawie nikt za bardzo nie rwał się do spadku po Cameronie – ale tak trochę to ktoś się jednak przez chwilę wyrywał. Przy pomocy przyjaciół w największych mediach May zarżnęła Andreę Leadsom na oczach świata. Wyrwała z kontekstu jej wypowiedzi, powtórzyła je ustami swoich przyjaciół dziennikarzy tysiąc razy, wyświetliła je w powiększeniu na wszystkich ekranach. I wyszło: tamta flądra próbowała zdyskredytować May jako kobietę bezdzietną.

Neolibralizm wyrywa z konteksu i zawłaszcza elementy emancypacyjnych, postępowych walk przeszłości i obraca je w narzędzia reakcyjnej, wizerunkowej zemsty na przeciwnikach. Narzędzie tych, którzy mają akurat władzę, żeby powtórzyć każde kłamstwo tysiąc razy. Tych, którzy mają media, lub do mediów mają dostęp. Patrz: polowanie na czarownice „antysemityzmu” w Labour Party niedawno.

May jest kobietą, drugą kobietą na stanowisku brytyjskiego szefa rządu. Ile razy to się zdarzyło gdzie indziej?! Bezdzietna, mind you. Cóż za postęp, co za radość! Możemy teraz wszyscy pospołu pęknąć z dumy. Komuś się coś nie podoba, to nienawidzi kobiet. Chce je zmusić do rodzenia. Wiadomo. Komuś się nie podoba blokada Gazy, to nienawidzi Żydów. Wiadomo.

Theresa May jest twarzą wszystkiego, co najgorsze w i bez niej obrzydliwej współczesnej Partii Konserwatywnej. Była najbardziej w prawo wychyloną postacią rządu Davida Camerona. Najdalej w prawo wystającym piórem prawego skrzydła Torysów. Prawicą prawicy. Reakcją reakcji.

Trzy tygodnie temu spotkałem się ze starym znajomym, żeby zobaczyć nowy letni pawilon przy Serpentine Gallery w Hyde Parku. Wybiegłem z metra, bo byłem trochę spóźniony. On kończył papierosa. Jest Hindusem, naukowcem (genetykiem). Po wymianie how-are yous, spojrzał na mnie i westchnął głęboko, bardzo głęboko (z wyrazem tej pięknej twarzy gdzieś w okolicach rozpaczy): Thereeeesa Maaay…. 

Theresa May szczuła na cudzoziemców, wymyśliła minimum, jakie osoba spoza Unii Europejskiej musi zarabiać, żeby móc zostać w kraju (absurdalnie wysokie minimum, 35 tys. funtów rocznie), rozbijała rodziny, wysyłając żony czy dzieci cudzoziemców z powrotem do krajów pochodzenia. Na ulice miast wysłała obwoźne szczekaczki zastraszające „nielegalnych imigrantów”, że albo się zgłoszą na policję, albo „i tak was znajdziemy”. Ikona feminizmu!

Theresa May obejmuje funkcję premiera. Wygłasza szybko fajny spicz. Entuzjazm. Fajny spicz. Niektórzy Torysi, jako że wszyscy chodzili do najdroższych szkół w kraju, potrafią czasem napisać lub czytać z kartki fajny spicz, ale rzadko kiedy, a już zwłaszcza ich współczesny szczep, wierzą w to, co mówią. Mamy to przecież już drugą kadencję.

Dlaczego w ogóle Theresa May zostaje premierem? Skoro premier David Cameron podał się do dymisji, dlaczego nie rozpisać nowych wyborów? Nie, bo nie. Takie rzeczy to w Europie, a nie na naszych ekskluzywnych ą-ę wyspach. Przecież właśnie się z Europy wypisaliśmy. Tutaj dymisja premiera oznacza nowego premiera z tej samej partii, przyfastrygowanego na chybcika do tego samego rządu, a nie jakieś nowe wybory. Nawet jeśli ta sama Theresa May, tylko w czasach, gdy była w opozycji, denuncjowała w 2007 bezwstyd Gordona Browna, że w taki sam sposób obejmuje tekę premiera, a przecież należałoby rozpisać przedterminowe wybory.

Wybory, szczypiory. Dupa, lala, Jaś.

Theresa May obejmuje więc funkcję. Następuje cała seria dymisji i nominacji, rząd – niby ten sam, po co wybory! – zyskuje zupełnie nowe oblicze. Najbardziej prawicowe oblicze w historii brytyjskich rządów od czasu zakończenia II wojny światowej. Theresa May przypomina Margaret Thatcher. Tak, ale to, co zamierza zrobić, dla Thatcher mogło być tylko mokrym snem. Przy tym rządzie Margaret Thatcher była socjaldemokratką. Po polsku: lewaczką.

Rząd Theresy May. Od George’a Freemana, który fantazjował nie tak dawno, jak wykorzystać wysokie bezrobocie w niektórych regionach, by zmiażdżyć tam płacę minimalną, po prawdziwy polityczny hit sezonu: Boris Johnson – pajac, który w swojej dotychczasowej karierze bezceremonialnie obraził ze sto rządów i narodów, który właśnie wygrał referendum, żeby wypisać Wielką Brytanię z wielkiej organizacji miedzynarodowej, a potem zrezygnował z odpowiedzialności za tę wygraną – ministrem spraw zagranicznych. Szefem dyplomacji. SZEFEM DYPLOMACJI.

Pisałem niedawno tak: Brexit jest symptomem tego, że elity neoliberalnego kapitalizmu same nie wierzą już w status quo, nie wiedzą już, co robić więc nerwowo robią byle co. Dlatego May nie miała niemal żadych konkurentów do stołka. Rafael Behr w „The Guardian” cytuje jednak anonimowe partyjne źródło, że w szeregach Torysów rozgrywał się swego rodzaju pucz, w ramach którego najbardziej prawicowa fakcja w partii dążyła do wykorzystania referendum celem odebrania władzy Cameronowi. I postawienia brytyjskiego społeczeństwa przed zupełnie innym rządem, niż ten, który wybrali. Przed rządem, który ukrywa po szufladach taki program, że nigdy by z nim nie wygrał demokratycznych wyborów. A teraz będzie się za wszelką cenę trzymał władzy do przepisowego końca kadencji, do 2020. To nie przeczy teorii „nie wiedzą już co robić, więc robią byle co”.

Pragnienie Theresy May: wykorzystać niepewność i być może chaos okresu Brexitu. Na chaos złożą się wahania kursów walut, inflacja cen produktów importowanych, a więc ogromnej części żywności, możliwe załamania niektórych gałęzi gospodarki, skutkujące wzrostem bezrobocia. Nie wiadomo, bo trudno powiedzieć, jak potoczą się negocjacje z UE. Po przyjacielsku, czy na chama? Ale jeżeli będzie chaos, to wykorzystać. Żeby dokonać ofensywy na niższe i średnie klasy brytyjskiego społeczeństwa. Co może się pojawić na horyzoncie? Miażdżenie płac. Dalsza ekspansja niestabilnych form zatrudnienia. Majstrowanie przy płacy minimalnej (obniżenie, wyjątki, zawieszanie) i limitach tygodniowego czasu pracy. Obstawienie zasiłków takimi zasiekami utrudnień, by na masową skalę zmniejszyć jakiekolwiek szanse na nie. Ograniczanie prawa do strajku i innych form politycznego protestu. Spodziewajmy się grabieży zasobów ciągle jeszcze znajdujących się w rękach państwa i likwidacji wielu ograniczeń motywowanych ekologicznie. Spodziewajmy się polityki przyjaznej oszustom podatkowym, sprzedawanej jako „Wielka Brytania otwarta dla biznesu”. Na tapecie jest nawet wystąpienie Wielkiej Brytanii z grona sygnatariuszy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Startegia Theresy May i jej gangu: krótkoterminowe przetrwanie klas panujących. Zwiększenie stopy wyzysku, zwiększenie skali i tempa grabieży. Skoro świat się wali, ukradnijmy i wyciśnijmy z tej wyspy tyle, ile się w międzyczasie uda. Kto wie, ile jeszcze czasu poistnieje sobie w ogóle takie państwo jak Wielka Brytania. Może niebawem zostanie z tego tylko Zjednoczone Królestwo Anglii i Walii. Boris Johnson jako dobitny znak zawężonego horyzontu, zredukowanych ambicji brytyjskich klas panujących. Tylko elity, które zrezygnowały z szerszej perspektywy międzynarodowego znaczenia dla swojego kraju – zauważył „Washington Post” – mogły powołać takiego szefa dyplomacji. Dla picu, żeby się to za szybko nie rzuciło wszystkim w oczy, utrzymamy broń atomową.

Zagrabić, co się da, ile się da, póki jeszcze się da.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Zaostrzenie ustawy, albo Przyganiał liberał PiSowi

Odkąd w wyborach 2015 roku władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość, a w wyczyszczonym z jakiejkolwiek, nawet choćby nominalnej, farbowanej lewicy parlamencie otworzyło się tak dużo miejsca dla skrajnej prawicy, polscy liberałowie przeżywają chwile demokratycznego uniesienia. Nawet do niedawna ortodoksyjnie „apolityczni” artyści, a także telewizyjni celebryci najlepszego z możliwych światów, wychodzą zachwyceni własnym zaangażowaniem na ulice Warszawy i innych miast w gestach zdecydowanego protestu. Nie podoba im się niszczenie dorobku minionego ćwierćwiecza, chcą powrotu do tak już przecież dobrze zbudowanej liberalnej demokracji, tej sprzed roku 2015. Na tę okoliczność przestali się nawet wstydzić skarpetek w sandałach Wałęsy, który znów stał się dla nich symbolem. Nawet prawa kobiet nagle okazały się im interesujące, chociaż dla ich czołowych przedstawicieli dlatego, że „są sexy i konsekwentne”.

Są tak zaskoczeni nagłą utratą gruntu pod nogami, tak skołowani – przecież mówili ludowi, że PiS jest be, a lud zupełnie nic nie rozumie! – że nawet na łamy „Gazety Wyborczej” (of all places!) wpuścili trochę lewicowej krytyki III RP. Choć wciąż się bronią przed przyjęciem czegokolwiek z tej krytyki do wiadomości.

Najważniejszym zadaniem, jakie sobie ta lewicowa krytyka postawiła, jest wykazanie – i wskazanie tego liberałom, do tej pory skłonnym jedynie do ośmieszania lewicy – że to oni właśnie, liberałowie różnych denominacji, przez ćwierć wieku wyhodowali dziesiejszy PiS i wepchnęli polskie społeczeństwo w jego ramiona.

Z daleka (mieszkam w Londynie) wygląda na to, że dominujący nurt tej krytyki skupia się na tym: liberałowie (różnych denominacji) przez ponad dwie i pół dekady restauracji kapitalizmu w Polsce zbudowali społeczeństwo ogromnych nierówności ekonomicznych, dumne z tego, że na rynku europejskim konkuruje wyłącznie tanią siłą roboczą, pozbawione elementarnych ochronnych struktur państwa opiekuńczego oraz egoistyczną kulturę, w której każdy sam jest winien własnej niedoli, a jeśli sobie nie radzi, to zasługuje tylko na pogardę; PiS jest dla III RP i jej liberalnych budowniczych powrotem wypartego, zemstą tego, co wykluczone.

Ale PiS jako powrót wypartego i zemsta tego, co wykluczone przez liberalne fantazje o wieżowcach, autostradach i pendolino, to mimo wszystko dopiero połowa prawdy. Tego też nie możemy liberałom zapomnieć. To też musimy im teraz powtarzać.

We wtorek 5 lipca 2016 obłąkana katolicka prawica złożyła w Sejmie „społeczny” projekt ustawy, której celem jest całkowity zakaz aborcji, nawet w przypadku ciąży pochodzącej z gwałtu na nieletniej, płodu tak uszkodzonego, że nie ma szans na przeżycie, czy ciąży zagrażającej życiu noszącej ją kobiety. Przepisy antyaborcyjne to jeden z najbardziej wyrazistych przykładów na to, że polscy liberałowie, gdy patrzą z przerażeniem na stojący naprzeciw nich PiS i gorszą jeszcze prawicę w jego ogonie, patrzą na potwora, którego własnoręcznie hodowali i żywili przez ćwierć wieku.

Ta propozycja nie odrzuca bowiem wcale obowiązującego dotychczas w Polsce aborcyjnego „kompromisu”, tylko posuwa go do jego logicznej konkluzji; maksymalizuje milczące założenia już obowiązującej ustawy z 1993, a zwłaszcza realnej społecznej praktyki jej egzekwowania – w rzeczywistości zabieg aborcji bywał przecież w Polsce nieosiągalny nawet w tych nielicznych przypadkach, w których był prawnie dozwolony. Bo „sumienie lekarza”. Obowiązujący w Polsce dotychczas „kompromis aborcyjny” był w rzeczywistości jednym z najostrzejszych, najbardziej bezlitosnych w Europie reżimów prawa w tym zakresie. „Kompromis” ów, podobnie jak dogmat o jego nienaruszalności, był dziełem polskich liberałów (różnych denominacji). Katolicko-narodowa prawica próbuje dzisiaj postawić w tej sprawie kropkę nad „i” napisanym dawno temu przez polskich liberałów, a nie odrzucić ich „demokratyczny dorobek”.

Smutne losy praw reprodukcyjnych kobiet w III RP są jednym z najbardziej wyrazistych manifestacji znacznie szerszego problemu: stosunku III RP do wartości i dziedzictwa Oświecenia w ogóle.

Polscy liberałowie z rozmysłem zredukowali kategorię postępu do wolności akumulowania bogactwa dla tych, którzy dysponują odpowiednimi kapitałami. Ofiary procesów akumulacji liberałowie (różnych denominacji) porzucili nie tylko dlatego, że o nich zapomnieli, nie widzieli ich z okien swoich biurowców, bo tak zaaferowani byli romancą własnej „wolności gospodarczej”. Ofiary te porzucili, bo takiego dokonali wyboru, świadomie.

Język klasowej pogardy – w życiu codziennym, mediach, kulturze głównego nurtu – pomagał im z tym żyć bez wyrzutów sumienia. (Teraz ten język się na nich mści, pogarda powraca odwrócona.) Sam spokój sumienia nie wystarczy jednak, żeby spokojnie sprawować władzę i cieszyć się z przywileju własnej wolności gospodarczej. Dlatego rozmyślnie otworzyli puszkę z demonami, i od czasu do czasu uchylali jej wieczko. Demonami najbardziej reakcyjnych, antyoświeceniowych elementów dziedzictwa polskiej kultury, dla których wytępienia cztery dekady PRL niestety nie wystarczyły.

Czasem była to bierna, pasywna zgoda na stosowaną przez katolicko-narodową prawicę metodę faktów dokonanych – jak z krzyżem, który zawisł w Sejmie. Częściej jednak aktywne działanie samych liberałów, którzy wpuścili Kościół katolicki do szkół, pozwalając mu najpierw sączyć swą truciznę na lekcjach religii, a potem stopniowo, krok po kroku, kolonizować program nauczania innych przedmiotów. (Liberałowie często mówili, że w Polsce trzeba się liczyć z przywiązaniem społeczeństwa do wartości katolickich; prawda jest jednak taka, że ćwierć wieku tych ustępstw z czasem wytworzyło to przywiązanie, a nie odpowiedziało na nie; każdy poważny socjolog potwierdzi, że na początku lat 90. Polacy byli znacznie bardziej tolerancyjnym i otwartym społeczeństwem.)

Wkrótce uczniowie niezależnie od wyznania lub jego braku, na lekcjach polskiego, musieli pisać wypracowania na temat „A jak ty wyraziłbyś swoją wiarę?”. Historia została sprowadzona do opowieści o królach i walkach narodów pojmowanych jako ponadczasowe byty organiczne – kpina w żywe oczy z tego, czym historia jest dzisiaj jako nauka. Daję głowę, że do dzisiaj dzieci uczą się wciąż w polskich szkołach, że ludzie dzielą się na rasy białą, żółtą i czarną. Czy współczesny polski maturzysta lub maturzystka, po współczesnej polskiej szkole, wie, że na ziemiach polskich jeszcze w połowie XIX wieku panowało, pod nazwą pańszczyzny, niewolnictwo, i całkiem prawdpodobnie jest on lub ona potomkiem takich niewolników? Czy współczesny polski maturzysta lub maturzystka wie, że Adam Mickiewicz był socjalistą? A jak zareagowaliby na miłosne listy młodego Fryderyka Chopina do Tytusa Wojciechowskiego?

Na szkole się nie skończyło. Muzeum Powstania Warszawskiego, wszechobecny kult Jana Pawła II, filmy o bitwach warszawskich i wiedeńskich, telewizyjna i filmowa propaganda niestrudzenie zrównująca Związek Radziecki z III Rzeszą.

Każde żądanie poszerzenia praw socjalnych kwitowane hahaszkami, że takie rzeczy to w komunizmie, a to już było i nie wróci. Z tego przecież tylko Gułag i Alternatywy 4. Każdy głos w sprawie praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych – paternalizowany lub gromiony (przez liberałów różnych denominacji) za niepotrzebne jątrzenie, awanturnictwo, nieodpowiedzialne skandalizowanie i brak szacunku dla w takim znoju wypracowanych „kompromisów”.

Demony anty-Oświecenia miały pełnić rolę ściśle funkcjonalną. Miały straszyć całym tym strasznym złem, do jakiego prowadzą sny o emancypacji ludzkiej i uniwersalnej równości nas wszystkich. Miały zamykać ofiary restauracji kapitalizmu w ślepych uliczkach irracjonalnych resentymentów i średniowiecznych niemal fiksacji na wszystkim tym, co tak łatwo zasysa emocje i energię, przesłaniając jednak realne przyczyny frustracji, cierpienia, niespełnienia, poczucia braku elementarnej kontroli nad własnym życiem.

Puszki Pandory nie da się jednak otworzyć tylko trochę. Nie da się na dłuższą metę utrzymać wszystkiego, co z niej wyleci, pod kontrolą, w instrumetalnym interesie tych, którzy się tą puszką bawią. Demony anty-Oświecenia żyją potem własnym życiem, wracają w końcu także po tych i do tych, którzy wypuścili je na wolność.

Współczesna polska młodzież, Polacy do gdzieś tak 25 roku życia –  urodzeni i wychowani już w całości w III RP – są bezlitosnym świadectwem i produktem ćwierćwiecza Polski zbudowanej i rządzonej przez liberałów (różnych denominacji). Jak można uciec przed faktem, że młodzi Polacy to dziś chyba najgorsza, politycznie i moralnie najbardziej odpychająca i podła młodzież w Europie?

Znajdujemy się w okresie głębokiego, strukturalnego kryzysu kapitalizmu jako systemu światowego – w takich warunkach łatwo rośnie poparcie dla skrajnej prawicy, która uwodzi część młodzieży obietnicą siły i (fałszywej, ekskluzywnej, partykularnej) wspólnoty opartej na „pragnieniu tego, co nas wyzyskuje”. Jest jednak różnica między rosnącym poparciem, a całkowitym skolonizowaniem zbiorowej wyobraźni pokolenia.

W Wielkiej Brytanii jest Britain First, jest English Defense League, robią one duży bajzel, rasiści krzyczą i biją ludzi, zwłaszcza po referndum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej. Ale jednocześnie dziesiątki tysięcy młodych ludzi wstąpiły do Labour Party od momentu, gdy okazało się, że jej przewodniczącym może zostać jeden z jej najbardziej lewicowych weteranów, Jeremy Corbyn; potem, gdy nim został, a jeszcze potem w kolejnej fali po referendum w sprawie członkostwa w UE. Francja ma Front National, ale francuscy dwudziestolatkowie w liczbie dziesiątek tysięcy walczą na ulicach Paryża przeciwko reakcyjnej nowelizacji prawa pracy (loi El Khomri), a nie z uchodźcami czy „pedałami”. Mimo katastrofalnej porażki rządu Syrizy w konfrontacji z neoliberalnym monstrum Unii Europejskiej, greckiej lewicy udało się zatamować i zmarginalizować faszystowski Złoty Świt. Hiszpańska i portugalska młodzież domaga się od swoich rządów i władz swoich miast polityki społecznej i przyjęcia więcej uchodźców z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Od Wielkiej Brytanii, przez Hiszpanię, po Grecję, młodzież jest nadzieją na to, że istnieje jeszcze (potencjalnie) jakaś przyszłość dla Europy.

Jednak nie w Polsce. W Polsce – im niżej schodzimy po drabinie wieku, w tym głębszy zstępujemy reakcyjny mrok. Jeśli między Wisłą a Bugiem spotykamy kogoś, kto wierzy wciąż w wartości Oświecenia, to największe prawdopodobieństwo jest, że urodził się, jeżeli nie wychował całkowicie, jeszcze w PRL. To młodzi Polacy najbardziej nienawidzą cudzoziemców, muzułmanów i uchodźców, których nigdy nie widzieli, a także kobiet, którym się jakiś Arab podoba. No i „pedałów”. To wśród młodych jest też największe poparcie dla zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej.

Tej młodzieży nie zdążył przecież jeszcze wychować Jarosław Kaczyński. On ją taką zastał, wychowaną przez ćwierć wieku przez polskich liberałów (różnych denominacji). III RP wychowała potwory.

Puszki Pandory – puszki z demonami anty-Oświecenia – nie da się otworzyć tylko trochę.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brexit, status quo i przyszłość

Zgadzam się z tymi, którzy – jak lewicowy grecki badacz Stathis Kouvelakis – uważają, że Unia Europejska jest antydemokratycznym, neoliberalnym monstrum, realizującym interesy wielkiego kapitału. Nie da się jej zreformować  w stronę bardziej demokratyczną, realizującą lewicową, solidarną wizję postępu społecznego, ponieważ została ona wymyślona i zaprojektowana w sposób antydemokratyczny i w antydemokratycznych celach. Unię Europejską zaprojektowano tak, by mogła funkcjonować, procedować i decydować, realizując interesy politycznych i ekonomicznych elit kontynentu niezależnie od woli jego społeczeństw, a nawet otwarcie tej woli wbrew. Jak pokazał przykład Grecji – nawet kosztem najsłabszych społeczeństw kontynentu, gotowa złożyć je na ołtarzu zyskowności niemieckich i francuskich banków oraz niemieckich obsesji monetarnych. I nie ma się co łudzić, że na Grecji się to skończy. Skłaniam się ku jego stanowisku, że jedynym prawdziwym wyjściem jest rozwiązanie Unii Europejskiej i budowa nowego projektu solidarnej Europy postępu społecznego zamiast UE, a nie w jej ramach.

Niemniej jednak uważam Brexit za katastrofę. Kontekst i kolejność wydarzeń, a także to, kto jest danych wydarzeń sprawczym podmiotem – to wszystko są rzeczy, które mają ogromne znaczenie. To, czy Unię Europejską zastąpi Europa solidarności i postępu społecznego, zależeć będzie od tego, kto rozmontuje tę pierwszą. Jeśli rozmontuje ją rasistowska prawica, to naprawdę nie zrobi się od tego więcej miejsca dla najbardziej postępowej lewicy.

Brexit, Lexit, szmexit

Brexit jest zwycięstwem rasistowskiej prawicy. To ona (UKIP i najbardziej nieprzewidywalne skrzydło rządzącej Partii Konserwatywnej) nadała ton całej kampanii. Imigranci, imigranci, imigranci. To była jedyna śpiewka. Jeżeli członkowie Socialist Workers Party i innych jeszcze mniejszych grup o jeszcze mniejszym znaczeniu wyobrażają sobie, że powtarzając we własnym gronie kilku tysięcy osób (w skali 65-milionowego kraju) własne argumenty stworzyły jakąś alternatywną narrację o Lexicie, lewicowym wyjściu z Unii, to świadczy to tylko o ich grupowym narcyzmie. Jakieś trzy artykuły na łamach „The Independent” to jeszcze nie realnie funkcjonująca w społeczeństwie alternatywna narracja. Ludzie, którzy w Anglii z dala od Londynu i Liverpoolu zagłosowali za wyjściem, nie mieli przed oczyma rozległych analiz na łamach „International Socialism Journal” tylko nagłówki o imigrantach krzyczące do nich z pierwszych stron tytułów prasowych Ruperta Murdocha. O znaczeniu tej rasistowskiej kampanii świadczy erupcja rasistowskich incydentów po ogłoszeniu wyników referendum. Policja oficjalnie potwierdza przekraczjący 500% skok liczby oficjalnie odnotowanych incydentów tego rodzaju. Angielscy rasiści poczuli, że nareszcie nie muszą swojego rasizmu ukrywać – poczuli się dumni.

To, jaka kampania i przez kogo prowadzona wygrała, to na dodatek tylko pierwsza połowa problemu. Druga jest taka, że nawet gdyby głosowano ze słusznych powodów, potrzebny jest jeszcze dobry plan działania. Odpowiedzialni za kampanię Leave tymczasem nigdy nie opracowali żadnego planu, jak to tak konkretnie będzie wyglądać. Wielką Brytanię czekają więc lata chaosu, który zresztą natychmiast się rozpoczął (dramatyczne spadki na giełdzie, spadek funta do najniższego od ponad trzydziestu lat poziomu). Zwolennicy Lexitu, którzy cieszą się z rezultatu jak z własnego zwycięstwa, są chyba w stanie jakiegoś zaczadzenia. Przypuszczam, że rację ma ekonomista Michael Roberts, który uważa, że Brexit akceleruje kolejną globalną recesję, czy też kolejną fazę obecnego kryzysu systemu kapitalistycznego. Przedstawiciele radykalnej lewicy popierającej Lexit, którym w czasie kampanii udało się upchnąć trzy artykuły w „Independencie”, a poza tym pisywali na swoich radykalnych blogach czytanych głównie w ich własnych niszach ideowych, wyobrażają sobie teraz, że w warunkach nadchodzącego chaosu, słaba i rozbita od dawna lewica nagle rozkwitnie, dotrze ze swoim przekazem do całego brytyjskiego społeczeństwa i porwie jego serca. Oh dear…

Niestety, ostatnim razem, kiedy kapitalizm pogrążony był w tak głębokim strukturalnym kryzysie (faza B u starego dobrego Kondratiewa), a europejska lewica była za słaba, by w kilku kluczowych krajach powstrzymać rasistowską prawicę, to wyjście z tego kryzysu kosztowało ludzkość II wojnę światową. Miejsce City of London w sfinansjeryzowanej strukturze współczesnego kapitalizmu czyni Wielką Brytanię jednym z kluczowych krajów. Tak więc powtórzę: kolejność wydarzeń, oraz to, kto gra w nich pierwsze skrzypce, ma znaczenie – ma znaczenie kolosalne.

Pustynia rzeczywistości

Mleko się już jednak rozlało i lewica musi być gotowa na trudne do przewidzenia tempo wydarzeń. W tym celu musimy przede wszystkim rozumieć, co się dzieje.

To, że wygrała rasistowska kampania sprowadzająca całą dyskusję do „problemu imigrantów”, nie znaczy, że wszyscy, którzy głosowali za opuszczeniem Unii Europejskiej, są rasistami i głosowali z rasistowskich pobudek. Dla większości z nich ten rasizm był po prostu jedyną zaoferowaną im możliwością artykulacji zupełnie innych bolączek.

Chyba najbardziej przenikliwą i frapującą z napisanych na gorąco interpretacji referendum zaproponował Will Davies, autor książki The Happiness Industry. Jego artykuł Thoughts on the Sociology of Brexit opublikowany został na blogu Political Economy Research Centre. Za Brexitem głosowali mieszkańcy Anglii i Walii spustoszonej w procesach neoliberalnej restrukturyzacji brytyjskiego kapitalizmu, poza (zasysającym większość zasobów w kraju) Londynem i Liverpoolem. Mieszkańcy miast i miasteczek, w których manifestowała się kiedyś przemysłowa potęga Wielkiej Brytanii, ale których przemysły pozamykała Margaret Thatcher, a próżni po nich nic w zadowalający sposób nie wypełniło. Mieszkańcy tej porzuconej Anglii i Walii po raz pierwszy od dziesięcioleci (wielu z nich po raz pierwszy w życiu) mogli oddać głos, który naprawdę będzie miał znaczenie, naprawdę zmieni reguły gry, wstrząśnie czymś, zamiast tylko wymieniać twarze decydujące ostatecznie jedynie o ornamentach polityki pozostającej cały czas w ramach tego samego paradygmatu. Niektórzy może nawet i w to nie wierzyli, ale chcieli tę możliwość sprawdzić. Nawet jeśli mieliby sobie tym wyrządzić krzywdę, to byli na nią gotowi w zamian za pierwszą w życiu okazję naprawdę bolesnego walnięcia brytyjskiego establiszmentu „po ryju”. Ewentualność, że wyrządzą sobie samym zbiorową krzywdę, mogła nawet być świadoma i odegrać rolę w podjęciu takiej, a nie innej decyzji. A to dlatego, że głosowały tak grupy społeczne, które nie wierzą już, że mają jeszcze jakąś przyszłość wartą tego słowa. Przyglądanie się pełzającej deklasacji własnych dzieci nie jest tego słowa warte.

Umieszczałoby to Brexit w szerszych procesach społecznej delegitymizacji neoliberalnych elit w oczach ich społeczeństw. Od Stanów Zjednoczonych po Austrię gniew ludu eksploduje ostatnio poparciem dla kandydatów od lewa (Bernie Sanders) do prawa (Donald Trump), których cechą wspólną jest to, że polityczny establiszment niestrudzenie przedstawia ich jako wybór abolutnie nieracjonalny. Dziesiątki milionów ludzi w Europie i Ameryce Północnej mają już powyżej uszu racjonalności zdefiniowanej przez książęta neoliberalnego kapitalizmu i ich urzędowe wieszczki głoszące swoje wyroki z Delf dominujących nadawców telewizyjnych.

Ale głęboki kryzys legitymizacji panującego systemu społeczno-ekonomicznego nie kończy się bynajmniej na tym, że w sprawiedliwość czy słuszność tego systemu nie wierzą już jego ofiary!

Status quo nie istnieje

Chciałbym umieścić Brexit w jeszcze innej sekwencji wydarzeń. Już jakiś czas temu niemiecki ekonomista i socjolog Wolfgang Streeck (w eseju pt. How Will Capitalism End?) zwracał uwagę na to, że nawet elity neoliberalnego kapitalizmu od dawna czują, że ich pozycji nie podpiera już żadna forma legitymizacji – politycznej, moralnej, symbolicznej, kulturalnej. I to dlatego tak bezwstydnie kradną. Nie boją się utraty twarzy, bo wiedzą, że już i tak jej nie mają. Wyszarpują rządowe bailouty dla banków, które doprowadzili na próg bankructwa. Z publicznych (te bailouty) lub akcjonariuszy pieniędzy wypłacają sobie wielomilionowe premie albo odprawy, nawet gdy przynieśli kierowanym instytucjom kolosalne straty. Nie ukrywają kolesiowskiej, korupcyjnej natury kontraktów rządowo-biznesowych czy jawnie oszukańczej lub hazardowej natury wielu produktów finansowych. Z wyjątkiem jakiejś dziwnej i pozbawionej międzynarodowego znaczenia Islandii, nikt z nich za największe nawet przestępstwa finansowe czy skarbowe nie trafia za kratki, nie traci stanowisk, nie spotyka się z ostracyzmem polityków ani mediów. Żaden przekręt, żadne Panama Papers – nic nie jest dziś wystarczającym skandalem, żeby zakończyć twoją karierę, jeśli jesteś jednym z neoliberalnych książątek. Jeżeli ktoś trafi do więzienia, to – jak w przypadku afery LuxLeaks – ci, którzy ujawnią oszustwa finansowe i skarbowe, a nie ci, którzy ich dokonywali.

Nawet władcy tego świata, nawet ci, którzy są największymi beneficjentami neoliberalnego kapitalizmu, nawet ci, którzy nim zarządzają, nie wierzą już w status quo. Nie wierzą, że ten system jest do utrzymania. Wiedzą, że jego dni są policzone i wkrótce wszystko z hukiem rozleci się na kawałki.

Dlatego jedni z nich kradną na potęgę, żeby złowić, ile się da w tych ostatnich dniach przed Armagedonem, rozglądając się jednocześnie za jakimś rozległym a odludnym ranczem w Panamie, Paragwaju czy Patagonii, na którym będzie się można schować przed gniewem ludu, gdy ten zostanie zostawiony sam z łupinami po katastrofie. Inni, ci o najbardziej makiawellicznym usposobieniu, w zaciszu gabinetów projektują nam nowy świat, w którym społeczeństwa podlegają zmilitaryzowanej kontroli i nadzorowi, z całymi ich sektorami pozbawionymi istotnej części praw na różnych arbitralnych podstawach.

Jeszcze inni stracili z oczu jakąkolwiek przyszłość godną tego słowa – dokładnie jak ci sfrustrowani mieszkańcy Anglii i Walii z dala od Londynu i Liverpoolu, tyle, że zupełnie inaczej wyglądają ich rachunki bankowe. Niemniej jednak i oni nie są już w stanie ogarnąć jakiejkolwiek dłuższej perspektywy, nie potrafią już długofalowo zarządzać swoimi przywilejami za pomocą urządzeń, które do niedawna doskonale się w tym zadaniu sprawdzały – prasy, telewizji, sondaży, ratingów, „opinii rynków”. Reagują więc tylko w najbardziej krótkoterminowej perspektywie – jak przeciągnąć ten cały bajzel do jutra, do przyszłego miesiąca, do końca roku. Albo zupełnie nie wiedzą już, co robić. Nie wiedzą już, co robią. I w tej niewiedzy robią już po prostu byle co, w nadziei, że raz na ileś ciosów wystrzelonych na oślep coś się uda, w coś się trafi.

Brexit, i sposób, w jaki Torysi pod przywództwem Davida Camerona się weń wpakowali, to jedna z tych ostatnich historii. Niezwykle spektakularny przykład i coś na kształt definitywnego dowodu, że władcy tego świata nie wiedzą już, co robić i dlatego robią byle co. Przykład jest tak spektakularny, a dowód tak definitywny, ponieważ brytyjska Partia Konserwatywna przez półtora stulecia była najbardziej efektywnym, najbardziej niezawodnym i nabardziej doświadczonym politycznym wykonawcą interesów brytyjskich kapitalistów i kapitalizmu w Wielkiej Brytanii. Od pokoleń wdrożonym i przygotowanym do zarządzania kapitalizmem na niebagatelną, bo światową skalę. Nawet po utracie kolonialnego Imperium brytyjski kapitalizm pozostał przecież jedną z najbardziej „umiędzynarodowionych” formacji kapitalistycznych, z pokrywającą cały świat siecią wielokierunkowych interesów, a City of London jest do dziś czymś w rodzaju finansowej wicestolicy światowego kapitalizmu (nawet międzynarodowe transakcje w euro, choć Wielka Brytania nie wstąpiła do unii walutowej, największy swój globalny wolumen miały dotąd w City of London, nie we Frankfurcie). I nawet ci ludzie, mimo stu pięćdziesięciu lat przekazywanego z pokolenia na pokolenie takiego doświadczenia, dla krótkoterminowej korzyści odbicia głosów UKIP-owi w ostatnich wyborach i rozwiązania wewnętrznej kłótni we własnych szeregach, zaryzykowali interesy całej klasy kapitalistów w Wielkiej Brytanii. W zasadzie, jak już wyraźnie widać, wywrócili cały kram brytyjskiego kapitalizmu do góry nogami.

Cameron chciał upiec nie wiadomo ile pieczeni na jednym ogniu. Jednych załatwi, bo „no przecież zrobiłem referendum, nie moja wina, że naród chciał jednak pozostać w Unii”, i zostaną, choć rozczarowani, po jego stronie. Drugich załatwi na zasadzie: „zrobiłem referendum, ale przecież wiedziałem, że wszyscy i tak zagłosują za pozostaniem, niczego tak naprawdę nie ryzykowałem” – też zostaną z nim. Tak to miało wyglądać. Nawet jeszcze niespodziewanie przyspieszył referendum, w którego kontekście przez wiele miesięcy mówiono raczej o roku 2017, aż tu nagle czerwiec 2016. Boris Johnson z kolei myślał, że nawołując do głosowania za opuszczeniem Unii wzmocni swoje karty na prawym skrzydle Partii Konserwatywnej i przygotuje sobie grunt pod przyszłe przywództwo Torysów, a kampania Leave i tak przegra, nie może być inaczej. W rzeczywostości okazało się, że żaden z nich nie wiedział, co czyni. Dlatego nikt nie opracował politycznych i ekonomicznych scenariuszy wychodzenia z Unii Europejskiej, symulacji, jakie branże mogą tym zostać dotknięte, pomysłów, na jakieś miękkie lądowanie dla nich. Nie mówiąc już o takich szczegółąch, jak sytuacja prawna mieszkających już w UK obywateli innych państw Unii i mieszkających w innych państwach Unii obywateli UK (ani jedni, ani drudzy nie mieli prawa głosu w tym referendum). Nie istnieje żaden plan, nikt nie wie, co teraz.

Kiedy w takiej sytuacji baronowie New Labour, sieroty po Tonym Blairze, zamiast wykorzystać sytuację, czyli Torysów na krawędzi rozpadu, do oblężenia rządu i wymuszenia nowych wyborów, rzucają się w wir spisków przeciwko przywództwu Jeremy’ego Corbyna (w jawnej współpracy z dziennikarzami BBC i „Guardiana”), to jest to kolejna odsłona tego samego procesu. Prawe skrzydło Labour Party (większość jej parlamentarzystów) to dla brytyjskich kapitalistów awaryjne narzędzie zarządzania brytyjskim kapitalizmem, na wypadek gdy urny wyborcze zawiodą Torysów. Wewnętrzny spór w Labour w tym momencie, jeśli ulegnie eskalacji, będzie najpewniej oznaczał polityczną anihilację Labour Party na lata, albo na zawsze. Ale posłowie Partii Pracy tym właśnie się teraz zajmują, z własnego wyboru. To dlatego, że baronowie New Labour, symbiotycznie związani z brytyjskimi kapitalistami (inicjatorka obecnego antycorbynowskiego „zamachu stanu” wewnątrz Partii Pracy, Margaret Hodge, ma swoje za uszami, jeśli chodzi o uciekanie przed podatkami) tak samo nie wiedzą już, co robić i robią w amoku byle co. Wystarczy spojrzeć na beznadziejne nieprzygotowanie „zamachowców” – nie mają nawet żadnej propozycji, kto właściwie miałby zastąpić Corbyna.

Kiedy klasy panujące ancien regime’u nie wierzą już w utrzymywalność status quo, znaczy to, że status quo już nie istnieje. Skończyło się, choć siłą naszego przyzwyczajenia utrzymują się jeszcze jego pozory. Umiarkowani reformiści na „realistycznej lewicy”, którzy proponują przyszywanie drobnych prospołecznych poprawek do istniejącego porządku, są być może ostatnimi, którzy wierzą jeszcze w to status quo. Być może nikt nie jest dziś bardziej odklejony od rzeczywistości, niż tacy „realiści”.

Co z tego wynika? Może to, że na ostrożny realizm i ostrożne, reformistyczne korekty zastanej rzeczywistości lewica nie może już sobie pozwolić? Może nie ma już na to czasu i Europę (nie Unię Europejską a Europę) jako całość i jej poszczególne państwa i społeczeństwa uratować może już tylko odwaga radykalnego przedefiniowania naszej społecznej – ekonomicznej i politycznej – rzeczywistości? W przeciwnym razie miotające się już jak kurczak bez głowy elity neoliberalnego kapitalizmu, zanim uciekną za swoimi pieniędzmi na Kajmany i Wyspy Dziewicze, wepchną nas wszystkich w spiralę ekonomicznego chaosu lub wojennej przemocy. Albo jednego i drugiego.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Znaczenie Dilmy Rousseff

Kto ma nieszczęście wiedzę o świecie czerpać głównie z programów informacyjnych którejkolwiek polskiej telewizji, długo mógł się nawet nie domyślać, że w Brazylii dzieje się ostatnio coś oprócz tego, że nadchodzą Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. Polskie stacje telewizyjne z poświęceniem trzymały się swojej najbardziej ugruntowanej w minionym ćwierćwieczu tradycji: konsekwentnego prowincjonalizmu. Dotyczy to także kanałów telewizyjnych dla niepoznaki nazywanych „informacyjnymi”. Tymczasem pełzający, parlamentarno-sądowo-telewizyjny zamach stanu, którego ofiarą padła presidenta Dilma Rousseff, przeprowadzony pod pozorami impeachmentu (Senat 12 maja zawiesił Rousseff i przekazał władzę tymczasowemu rządowi) jest jednym z najważniejszych wydarzeń tego roku. Konsekwencje tego, jak ta historia się dalej potoczy (Dilma – Brazylijczycy mówią o niej po imieniu – nie złożyła bowiem broni), będą globalne.

Zamach stanu

Rousseff od samego początku wymierzonej w nią procedury impeachmentu mówiła o zamachu stanu w białych rękawiczkach. Tak samo nazywali to nie tylko jej wierni zwolennicy, ale także politycy i komentatorzy na lewo od reprezentowanej przez nią Partido dos Trabalhadores, z elokwentnym gwiazdorem Partii Socjalizmu i Wolności (PSOL) Jeanem Wyllysem na czele. Dziś już wiemy, że nie tylko można, ale i należy tak właśnie o tym mówić. Impeachment jest bezpodstawny, Rousseff nie udowoniono żadnego z przestępstw, które brazylijska konstytucja wymienia jako możliwe powody odsunięcia urzędującego prezydenta od władzy, tzw. crimes de responsabilidade. Jest to najzwyklejszy spisek opozycji, która forsuje impeachment, bo zdołała zabezpieczyć wystarczającą liczbę głosów w parlamencie, niezależnie od tego, czy ma prawne podstawy.

Rousseff, postać o naprawdę pięknej biografii, jest wyjątkowym w Brazylii przypadkiem polityczki, nad którą nie ciążą nawet blade podejrzenia o choćby jeden akt korupcji. Po nagraniach, które opublikował dziennik „Folha de São Paulo”, wiemy już z całą pewnością i bez konieczności spekulowania, że opozycja dążyła do usunięcia Rousseff z pałacu Alvorada w nadziei, że zastąpienie jej dotychczasowym wiceprezydentem Michelem Temerem pozwoli zarżnąć wielkie antykorupcyjne śledztwo pod kryptonimem Lava Jato. Ewentualny sukces tego śledztwa grozi więzieniem dosłownie setkom brazylijskich polityków. Jednocześnie proamerykańska, neoliberalna prawica zyskała w ten sposób możliwość utworzenia rządu, który ze swoim programem drakońskich cięć budżetowych i wyprzedaży państwowych aktywów (m. in. ziemi amerykańskim korporacjom) nie miałby w Brazylii żadnych szans osiągnąć władzy w drodze demokratycznych wyborów.

Oczywiście rząd Partii Pracowników zasługiwał na krytykę, a tarapaty, w jakie wpadł, są niestety logiczną konsekwencją filozofii rządzenia, jaką partii tej narzucił były prezydent Lula da Silva. Filozofia ta sprowadzała się do wprowadzania umiarkowanie postępowych reform i programów społecznych na tyle, na ile to możliwe bez konfrontacji z najpotężniejszymi rodzinami Brazylii i uderzania w interesy oligarchów. Opierała się na wierze, że można (stopniowo) rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując probelmu bogactwa. Oczywiście, że nie można. Lula potrafił takim układem w miarę skutecznie zarządzać nie tylko dlatego, że ma ogromny talent polityczny (który rzeczywiście posiada; drugą kadencje zamknął z 85-procentowym poparciem społecznym). Także dlatego, że z jego rządami zbiegła się wspaniała międzynarodowa koniunktura na brazylijskie surowce i politykę umiarkowanej redystrybucji dało się finansować ze wzrostu gospodarczego i z bonanzy eksportowej, nie odbierając nic obscenicznie bogatym brazylijskim elitom. Koniunktura ta to już jednak pieśń przeszłości, a Brazylię dosięgły w końcu skutki światowego kryzysu. Oligarchiczne brazylijskie elity, których władzy i stopnia przywileju kilkanaście lat rządów PT nie próbowało nawet ograniczyć, postanowiły teraz tę władzę wykorzystać, żeby obalić rząd i za pomocą neoliberalnych reform przerzucić na biedniejszą większość Brazylijczyków koszty kryzysu ekonomicznego. Błędy i zaniechania, jeśli chodzi o politykę „nieruszania” oligarchów, widać szczególnie jaskrawo na przykładzie wielkich mediów. W Brazylii wszystkie one są prywatne i znajdują się w rękach właściwie pięciu rodzin (są też mniej lub bardziej prawicowe), a telewizyjna korporacja Globo jest prawdziwą potęgą i ma tradycję popierania prawicowej dyktatury, która rozpoczęła się zamachem stanu 1964 roku. PT nigdy nie odważyła się rozbić tych gigantów, które teraz były aktywnym uczestnikiem gry o obalenie Rousseff.

itamaraty

Palácio do Itamaraty, siedziba Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Brasilii

To, że rząd Rousseff zasługiwał na krytykę z pozycji postępowych, nie zmienia jednak faktu, że siły, które odsunęły presidentę od władzy są bez porównania gorsze.

Michel Temer, który wygląda jak ulepiony z żółtawej parafiny jaszczur przebrany w garnitur, nie tylko cieszy się zaledwie 2-procentowym społecznym poparciem, ale ze względu na zarzuty korupcji i innych szwindli ciąży na nim wręcz zakaz kandydowania w wyborach do jakiejkolwiek funkcji publicznej. Został tymczasowym prezydentem, bo był dotychczasowym wiceprezydentem. A wiceprezydentem był dlatego, że partia PMDB, którą reprezentuje, zaczęła tę kadencję w koalicji z Partido dos Trabalhadores Luli i Rousseff, ale potem z tej koalicji wystąpiła i stała się dla rządu Rousseff wrogiem numer jeden.

Temer powołał najbardziej reakcyjny rząd od czasu dwóch dekad prawicowej dyktatury, w całości złożony z białych starców. Bez ani jednej osoby „kolorowej” – w kraju o największej poza Afryką populacji określającej swoje pochodzenie jako afrykańskie. Bez ani jednej kobiety – z dniem powołania tego rządu Brazylia spadła o dwadzieścia kilka pozycji w międzynarodowym rankingu równouprawnienia kobiet. Siedmiu z tych białych starców ma zarzuty korupcyjne. Wszyscy bezwstydnie reprezentują wyłącznie interesy wielkiej brazylijskiej oligarchii – a także wielkich międzynarodowych, głównie amerykańskich korporacji z pożądaniem spoglądających na brazylijskie zasoby, które niebawem wystawione zostaną przez Temera na ich łup.

Rousseff wciąż może wrócić do władzy, jeśli procedura impeachmentu upadnie na którymś etapie w terminie 180 dni, który opozycja ma na udowodnienie jej crimes de responsabilidade. To, że Rousseff nie jest niczemu winna, nie znaczy jednak wcale, że na pewno wygra, gdyż od samego początku prób usunięcia jej z urzędu wymiar sprawiedliwości udowodnił swoją stronniczość, jeżeli nie po prostu udział w spisku przeciwko niej (bezprawnie podsłuchiwano jej rozmowy telefoniczne, których nagrania natychmiast i równie bezprawnie wyciekały do wrogivh rządowi mediów). Również jeśli Rousseff „wygra” całe postępowanie, nie ma pewności, że prawica przyjmie to rozstrzygnięcie i odda władzę. Mówimy o kraju z historią wojskowej dyktatury, której wysocy funkcjonariusze nigdy nie zostali rozliczeni. Już chodzą słuchy, że generałowie, jakby co, są w zasadzie po stronie Temera. Jest jeszcze możliwy taki scenariusz, że ultraneoliberalna prawica zakłada, że ma władzę tylko na 180 dni, i po prostu w ekspresowym tempie splądruje w tym okresie kraj, wyprzeda państwowe aktywa krewnym i znajomym królika, anuluje finansowanie programów społecznych stworzonych przez kilkanaście lat rządów PT, zwolni dziesiątki tysięcy pracowników sektora publicznego, obniży płacę minimalną, renty i emerytury, itd.

Znaczenie Brazylii

Cokolwiek się wydarzy, wpłynie to na kształt świata w najbliższych kilku latach. A to dlatego, że Brazylia jest jednym z najważniejszych państw na świecie, nawet jeśli trudno na to wpaść, oglądając programy informacyjne polskich telewizji. Brazylia jest piątym najludniejszym krajem świata (205 mln mieszkańców) i przez kilkanaście lat rządów PT była jednym z najaktywniejszych podmiotów na arenie międzynarodowej. Tak to podsumował Raul Zibechi w swojej książce The New Brazil:

W 2003 Brazylia pomogła stworzyć G-20 i zorganizowała szczyt IBSA (Indie – Brazylia – Afryka Południowa). W 2004 odegrała aktywną rolę w utworzeniu MINUSTAH (Misji Stabilizacyjnej Narodów Zjednoczonych na Haiti) i przejęła dowództwo operacji wojskowych. Brazylia utworzyła wraz z Indiami, Niemcami i Japonią G-4, mającą na celu reformę Rady Bezpieczeństwa ONZ. W 2005 miał miejsce pierwszy Szczyt Państw Południowoamerykańskich i Arabskich. W 2006 utworzony został Strukturalny Fundusz Konwergencyjny Mercosur, funkcjonujący jako fundusz transferów gotówkowych z Brazylii i Argentyny na wspieranie rozwoju mniejszych krajów takich jak Paragwaj czy Urugwaj. W tym samym roku miał też miejsce pierwszy Szczyt Południowoamerykańsko-Afrykański. W 2007 ustanowiono Banco del Sur (Bank Południa), a Brazylia i Unia Europejska podpisały strategiczne porozumienie. W 2008 zatwierdzony został Traktat Założycielski UNASUR [Unia Narodów Południowoamerykańskich]. W 2009 Brazylia podpisała porozumienia handlowe z Indiami, zinstytucjonalizowany też został sojusz BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny), a Organizacja Państw Amerykańskich została wezwana do odwołania niegdysiejszego wykluczenia Kuby. Brazylia podpisała też strategiczny sojusz z Francją, którego częścią jest daleko posunięta współpraca wojskowa. W 2010 miał miejsce pierwszy szczyt Ameryki Łacińskiej i Karaibów, w którym nie wzięły udziału Stany Zjednoczone, co pozwoliło na powołanie Wspólnoty Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC). […] Jedyne, czego brazylijskiej dyplomacji nie udało się jeszcze osiągnąć, to pozycja stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Również Vijay Prashad, jeden z najwybitniejszych znawców polityki Trzeciego Świata, autor książek The Darker Nations i The Poorer Nations, przy każdej okazji zwraca uwagę, że Brazylia ma dziś najlepszą dyplomację i dysponuje najlepszymi analizami stosunków międzynarodowych spośród wszystkich krajów BRICS w szczególe i globalnego Południa w ogóle.

Oczywiście, skomplikowane mechanizmy władzy tak wielkiego i zróżnicowanego kraju powodują, że żaden proces nie jest jednoznaczny. Również w ramach brazylijskiej aktywności międzynarodowej zbiegają się różne, nieraz rywalizujące lub sprzeczne, tendencje i interesy. Niektórzy bili na alarm, że Brazylia dąży do pozycji regionalnego mocarstwa, które chce podporządkować swoim interesom mniejszych sąsiadów. Do tego na pewno dążyły brazylijskie elity finansowe z ich stolicą w São Paulo. Inni podkreślają, że struktury BRIC i BRICS, których tak aktywnym podmiotem jest Brazylia, zamiast rzucić odważne wyzwanie neoliberalnemu ładowi światowemu, w którym bogata Północ bezwzględnie eksploatuje biedne Południe, poprzestały na szukaniu dróg lepszego urządzenia się ramach tego ładu.

security

Niemniej jednak bilans brazylijskiej aktywności międzynarodowej w ciągu pierwszych kilkunastu lat XXI wieku, a więc w okresie rządów Luli i Rousseff, trzeba ocenić jako pozytywny i niezwykle ważny. Brazylia okazała się jedną z głównych sił stawiających realny opór globalnej samowoli Imperium Amerykańskiego. Brazylijska doktryna obronna zakładała zresztą Stany Zjednoczone jako najważniejsze źródło potencjalnego zagrożenia zewnętrznego (Brazylię od dawna otacza cały kordon amerykańskich instalacji wojskowych, rozłożonych na Karaibach, w Kolumbii, Peru i innych krajach). Amerykański historyk Greg Grandin pisał nie tak dawno, że w naszych ponurych czasach, na początku XXI wieku Amerykę Łacińską można było postrzegać jako ostatni bastion Oświecenia. Widać to choćby w tym, że postępowe rządy w tym regionie odmówiły udziału w skandalu amerykańskiej „wojny z terroryzmem” i eskalacji zbrojnej przemocy w stosunkach międzynarodowych. Mocne stanowisko Brazylii oraz jej polityczna siła na arenie międzynarodowej były jednym z czynników umożliwiających trzymanie się podobnego stanowiska także przez mniejsze kraje Ameryki Południowej, które samodzielnie mogłoby nie być stać na taką asertywność. Siłę Brazylii i jej zdecydowany opór wobec amerykańskiej dominacji można też postrzegać jako parasol ochronny, który lewicowym rządom w sąsiednich krajach, od Wenezueli do Argentyny i Urugwaju, gwarantował w tym okresie względne bezpieczeństwo przed amerykańskimi „interwencjami”.

Michel Temer i Waszyngton

Twardogłowi neoliberałowie, których blok skupił się wokół Temera, reprezentują zupełnie przeciwną brazylijską tradycję polityczną. Tę samą, której przedstawiciel powiedział po zamachu stanu w 1964, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii”. Ich wizja obrony oligarchicznych interesów polega na ponownym uzgodnieniu priorytetów brazylijskiej polityki z interesami Waszyngtonu oraz połączeniu sił z amerykańskimi korporacjami w dziele grabieży Brazylii z jej zasobów. Dzięki serwisowi WikiLeaks wiemy już, że Temer od 2006 roku był informatorem ambasady USA w Brasilii. Na drugi dzień po głosowaniu w niższej izbie parlamentu federalnego, które zdecydowało o skierowaniu impeachmentu Rousseff pod obrady Senatu, Temer natychmiast wysłał jednego ze swoich przydupasów, oficjalnie oskarżonego o korupcję senatora Aloysio Nunesa, do Waszyngtonu. Od 2013 ambasadorem USA w Brazylii jest ta sama Liliana Ayalde, która wcześniej kierowała amerykańską placówką w sąsiednim Paragwaju, gdy w bardzo podobny sposób opozycja usunęła tamtejszego prezydenta Lugo. Kłopoty rządu Rousseff już w okresie poprzedzającym impeachment zdołały obniżyć znacząco profil Brazylii na arenie międzynarodowej, bo walka o przetrwanie rządu pochłaniała tyle energii, że zaczynało jej brakować na aktywność poza granicami kraju (jak choćby w ramach BRICS czy UNASUR). Jeśli neoliberalna prawica utrzyma teraz władzę w Brazylii, oznaczać to będzie, że ten kraj o tak ogromnym znaczeniu dołączy teraz do grona bezkrytycznych sojuszników Stanów Zjednoczonych, które jednocześnie odzyskają zdolność kształtowania polityki całego kontynentu w zgodzie z własnymi interesami. I stanie się to w momencie, gdy Stany Zjednoczone, od dawna agresywne na arenie międzynarodowej, stają się jednocześnie coraz bardziej nieprzewidywalne.

 

Wszystko wskazuje na to, że w nadchodzących wyborach prezydenckich w USA pojedynek odbędzie się między Hillary Clinton a Donaldem Trumpem. Odpowiedź na pytanie, który scenariusz – zwycięstwo Clinton czy Trumpa – jest gorszy dla świata, powinna być cytatem ze Stalina: „obydwa są gorsze”. Trumpa należy się bać na podstawie jego obłąkanych wypowiedzi, są to jednak zgadywanki, ponieważ realnych wysokich funkcji publicznych, po których oceniać można by jakąś polityczną praktykę, nigdy on nie pełnił. Clinton była sekretarzem stanu i możemy ją sądzić po uczynkach. Należała do najbardziej agresywnych jastrzębi w gabinecie Obamy. Ma na sumieniu zbrodnie wojenne w Libii i spiskowanie przeciwko Asadowi celem doprowadzenia do amerykańskiej interwencji w Syrii (dostarczanie rebeliantom broni chemicznej, o której użycie oskarżony miał być następnie reżim Asada). Uchodźcy, którzy uciekają dzisiaj z Libii i Syrii do Europy, są ofiarami m. in. Hillary Clinton.

Prezydentura Baracka Obamy na płaszczyźnie międzynarodowej zawiodła wszystkie pokładane w niej postępowe nadzieje i okazała się brutalną kontynuacją polityki George’a W. Busha. Jeżeli chodzi o podminowujące prawo międzynarodowe praktyki użycia dronów i zabójstw pozasądowych jako metody walki politycznej nawet na terenach krajów, z którymi USA nie są w stanie wojny, administracja Obamy okazała się nawet bardziej katastrofalna niż administracja Busha. Ale wiele wskazuje, że sprawy potoczyły się tak wbrew woli Obamy. Świadczy o tym jego determinacja, by dopiąć negocjacje z Iranem, napięcia z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu, a nawet to, że nigdy nie przestał obiecywać zamknięcia obozu Guantanamo. Obama, ze wszystkimi ustępstwami, na jakie musiał iść w zamian za to, że łaskawie wybrano „pierwszego czarnoskórego prezydenta”, okazał się politykiem tragicznie słabym, zbyt słabym, by powstrzymać roszczenia tego, co Eisenhower określił w 1961 mianem „military-industrial complex”. Różnica między dobiegającą końca prezydenturą Obamy a nadchodzącą potencjalnie prezydenturą Hillary Clinton polegać będzie m. in. na tym, że Clinton nie tylko nie ma ambicji stawienia owemu military-industrial complex jakiegokolwiek oporu – ona ma ambicję realizowania z zapałem jego interesów.

W takim kontekście przejście Brazylii z obozu oporu do obozu sojuszników USA będzie oznaczało ogromną zmianę w globalnym układzie sił. Waszyngton będzie się czuł jeszcze bardziej bezkarny i uprawniony do traktowania całego świata jako przestrzeni dla realizacji swoich „widzimisię”. Biorąc pod uwagę desperację, z jaką amerykańskie elity dążą do utrzymania imperialnej pozycji Stanów Zjednoczonych, pociągnąć to będzie mogło za sobą tylko coraz więcej wojny w kolejnych częściach świata, a także bardzo prawdopodobną serię kolejnych prawicowych zamachów stanu w Ameryce Łacińskiej i kto wie, gdzie jeszcze.

Jednak Dilma Rousseff ciągle może jeszcze wrócić do władzy. Wielu Brazylijczyków, z którymi rozmawiałem, nie traci w tej kwestii optymizmu. Będzie to jednak możliwe tylko, jeśli presidenta odzyska poparcie najbardziej lewicowej części brazylijskiego społeczeństwa, zmobilizowanej w masowych ruchach rozciągających się od tych, które reprezentują rolników bez ziemi, przez związki zawodowe, po te, które żądają darmowego transportu publicznego. Poparcie to utraciła wskutek szeregu „realistycznych kompromisów”, które z czasem stały się znakiem rozpoznawczym jej prezydentury, a już zwłaszcza jej drugiej kadencji, a także wskutek kryminalizacji masowych protestów społecznych w 2013. Miliony Brazylijczyków mogą jeszcze dosłownie zamieszkać w jej obronie na ulicach miast, wokół i na korytarzach rządowych budynków, dopóki nie upadnie bezprawny rząd Temera, jeśli Rousseff odważnie przesunie swoją „agendę” ostro w lewo. Tam się przecież wszystko dla niej zaczęło – w młodości stawiała czoła prawicowej dyktaturze, zaciągając się do marksistowskiej partyzantki. Możliwy jest jeszcze jeden scenariusz – nowe wybory, a w nich powrót Luli da Silvy do aktywnej polityki, jako kandydata na ponowną kadencję prezydencką.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie Medium Publicznego, pt. Czemu powinniśmy się przejmować losem brazylijskiej prezydent Rousseff.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć też okiem na mój Notes brazylijski i na kampanię crowdfundingową.

Nie, rządy PiS nie przypominają PRL

Dwie ulubione intelektualne zabawy współczesnych liberalnych elit w Polsce, gdy wypada przybrać minę obrońców demokracji, praw i wolności. Pierwsza: co złego, to islam. Widzieliśmy to niedawno, gdy liberalne feministki reprodukcyjnych praw kobiet zagrożonych przez nowe legislacyjne pomysły katolicko-narodowej prawicy bronić postanowiły przy użyciu rasistowskich „skrótów myślowych”. Druga: co złego, to PRL. Agnieszka Holland dla prasy polskiej a Andrzej Wajda dla prasy niemieckiej buszują w odważnych paralelach. Czyż to nie wygląda wszystko dokładnie jak PRL? Bo czyż istnieje bardziej niepodważalny argument na niesłuszność jakiejkolwiek polityki, niż porównanie jej do PRL?

Kiedy widzę takie rzeczy, w kieszeni otwiera mi się ten cytat:

Ulubiona metoda moralizującego filistra polega na identyfikowaniu zachowania się reakcji i rewolucji. Odnosi on jednak w tym przypadku sukcesy tylko wtedy, gdy powołuje się na analogie formalne. Dla niego carat i bolszewizm są bliźniakami. Sporządza inwentarz wspólnych cech charakterystycznych katolicyzmu, ściślej jezuityzmu, i bolszewizmu. […] Cechą charakterystyczną tych analogii i podobieństw jest to, że przy ich stosowaniu całkowicie ignoruje się materialne podstawy rozmaitych nurtów, tj. ich naturę klasową i przez to obiektywną rolę dziejową. Zamiast tego za punkt wyjścia przy ocenie i wartościowaniu przyjmuje się dowolne, powierzchowne i drugorzędne objawy, najczęściej stosunek tych prądów do jakiejś abstrakcyjnej zasady, która dla danego krytyka ma szczególną wartość zawodową. Odpowiednio więc dla papieża rzymskiego bliźniakami są wolnomularze, darwiniści, marksiści i anarchiści, gdyż wszyscy oni bluźnierczo zaprzeczają niepokalanemu poczęciu. Dla Hitlera bliźniakami są faszyzm i bolszewizm, gdyż nie podporządkowują się powszechnemu prawu wyborczemu, itd., itp.

A dla jednego z pierwszych udziałowców korporacji Agora S. A. – chciałoby się złośliwie dodać – ową decydującą zasadą o szczególnej wartości zawodowej byłoby to, kto kontroluje media.

Cytowane wyżej słowa napisał w spazmach lat 30. XX wieku Lew Trocki (w Ich moralność a nasza). Wielka szkoda, że współcześnie w Polsce rolę takich moralizujących filistrów pełnią nasze liberalne elity kulturalne.

Nie, rządy Prawa i Sprawiedliwości nie są powrotem do PRL, ani PRL nie przypominają. Wręcz przeciwnie.

Polska Rzeczpospolita Ludowa miała na sumieniu ciężkie grzechy, ale nawet swoje grzechy popełniła wewnątrz horyzontu Oświecenia, do którego ideałów i wartości była nie tylko deklaratywnie przywiązana. To PRL uczyniła Polskę nowoczesnym, nawet jeśli na półperyferyjny sposób, krajem, a Polaków nowoczesnym społeczeństwem. Zredukowała nierówności, otworzyła milionom ludzi drogi awansu społecznego, przekształcając de facto feudalny w większości kraj, przed wojną jeden z najbiedniejszych w Europie, w kraj w znacznym stopniu zindustrializowany, z funkcjonującą strukturą państwa dobrobytu, od darmowych przedszkoli po wypłacane przez państwo emerytury. Zbudowała powszechny system ochrony zdrowia na ówczesnym europejskim poziomie, ogromnie wydłużając długość życia mieszkańców kraju. Zlikwidowała analfabetyzm, zaprosiła chłopskie dzieci do miast, chłopskie i robotnicze zaś na uniwersytety, potem do ról lekarzy, inżynierów, artystów. Zbudowała miliony mieszkań, znalazła sposoby, by biblioteki i kina funkcjonowały też na wsi. Polkom przyznała prawa, o które w wielu krajach Europy Zachodniej kobiety długo jeszcze musiały walczyć (niektóre spośród tych praw wkrótce po upadku PRL zostały zresztą Polkom odebrane).

Owszem, brakowało wolności politycznych, prasa i kultura były pod kontrolą monopartii (nie na tyle dotkliwą, by przeszkodziła jednak powstawaniu wspaniałej literatury, kina i telewizji, przy których dorobek ostatniego ćwierćwiecza raczej blednie, na co twórczość samego Wajdy w PRL i w III RP jest zresztą najlepszym przykładem). System nie był demokratyczny, a walka o prawa polityczne i działalność opozycyjna spotykały się nieraz z brutalną reakcją aparatu państwa (w wielu formalnych demokracjach liberalnych działo się jednak wtedy dokładnie to samo, wystarczy spojrzeć na historię ruchów politycznych czarnej ludności Stanów Zjednoczonych).

Nawet ten składnik PRL – deficyt praw politycznych – wynikał ze stricte oświeceniowego horyzontu etycznego, w ramach którego zbudowano PRL. Był to horyzont wspólny wielu postępowym projektom peryferii i półperyferii systemu światowego, nie było w nim nic złowieszczo wyjątkowego dla PRL. Etyka owa zakładała, że jeśli zbawienie ludzkości jest możliwe, to tylko na tym świecie, bo innego świata nie ma. Że prowadzić do tego zbawienia musi najpierw zniesienie niepotrzebnego cierpienia – głodu, zimna z braku dachu nad głową, przedwczesnej śmierci na uleczalne choroby. Że zniesienie takiego niepotrzebnego cierpienia ma pierwszeństwo przed pełnią praw politycznych, którą w zastanym (niewymarzonym) globalnym układzie sił odsunięto na niesprecyzowane później. Teraz wiemy – i wielu wtedy już się spodziewało, czerpiąc z samego lewicowego dorobku intelektualnego (Róża Luksemburg z jej „nie ma socjalizmu bez demokracji”, wspomniany Trocki) – że doprowadziło to do wykształcenia się biurokracji partyjnej jako klasy panującej, która ostatecznie, w obronie własnego klasowego interesu, gdy PRL zaczęła się ekonomicznie rozsypywać (bynajmniej nie tylko z własnej winy), uruchomiła proces restauracji kapitalizmu. Grzechy i porażki PRL pojawiły się tam, gdzie nie dorosła ona do swoich oświeceniowych ideałów i ambicji, gdzie nie spełniła swoich oświeceniowych obietnic. Nie zmienia to jednak faktu, że PRL była projektem nowoczesnym, postępowym, wyrastającym z dziedzictwa Oświecenia.

Projekt polityczny Prawa i Sprawiedliwości nie tylko nie wyrasta z wartości Oświecenia i nie mieści się w żadnym podobnym horyzoncie – jest on ofensywą na ten horyzont, projektem podważenia i zdarcia z Polski tej niezbyt grubej skorupy Oświecenia, którą się tu jednak udało w końcu położyć na feudalnym, rozpiętym między folwarkiem a plebanią, podłożu polskiej kultury. Tę warstwę w większości położyła zresztą PRL.

Istnieją reakcyjne ideologie, formacje i projekty polityczne, które mimo swego reakcjonizmu są w jakiś sposób bękartami Oświecenia, tzn. przynajmniej jakieś, jakkolwiek wybiórczo i instrumentalnie traktowane, wartości oświeceniowe przywołują. Tak było z różnymi XIX-wiecznymi nacjonalizmami. W przypadku PiS nawet nacjonalizm tego ugrupowania leży gdzieś daleko poza horyzontem charakterystycznym dla nowoczesnych, współczesnych nacjonalizmów – tych, które są, owszem, bękartami, ale jednak bękartami Oświecenia. Tych, które choć kroczą złą stroną historii, to jednak odpowiadają na przemiany współczesnych społeczeństw, a przynajmniej biorą te przemiany pod uwagę. PiS tymczasem wyobraża sobie, że narody się dziś kształtują tak, jak to sobie wyobrażano na przełomie XIX i XX wieku.

PiS-owskie ministerstwo kultury organizuje obciachowe inscenizacje kościelnych ślubów od dawna nieżyjących postaci, a posłowie chcą przedmiotem kryminalnego dochodzenia uczynić każde poronienie. Zachodnie nacjonalizmy afirmują dziś prawo „swoich” kobiet do aborcji czy własne „uznanie” dla praw homoseksualistów, żeby udowodnić wyższość swoich narodów nad innymi, a nawet uzasadniać swoje „prawo” do zbrojnych „interwencji”. Nie mam tu bynajmniej zamiaru być adwokatem „homonacjonalizmu” (Jasbir Puar) ani liberalnego feminizmu na służbie Imperium – chodzi mi jedynie o zarysowanie stopnia odległości PiS od przestrzeni wyznaczanej przez horyzont Oświecenia. PiS jest tak reakcyjny, że nawet inne współczesne reakcjonizmy postrzega jako lewackie fanaberie.

Kiedy przedstawiciele klasy społecznej producentów dóbr kultury, od których w normalnych europejskich społeczeństwach oczekuje się pewnych standardów krytycznego myślenia, produkują tak żenujące porównania, mamy do czynienia z wielką szkodą dla jakości publicznej debaty w Polsce. Od osób, które na codzień zajmują się pracą na symbolach i ideach, mamy prawo oczekiwać głębszego poziomu refleksji, zwłaszcza kiedy nie mogą się powstrzymać od obnoszenia tych swoich przemyśleń od gazety do gazety, od telewizji do telewizji. Tymi „odważnymi atakami” Wajda, Holland et consortes nie wyrządzają PiS-owi żadnej szkody. Wręcz przeciwnie, reprodukują i umacniają strukturę politycznego imaginarium, którego dominacja w Polsce stanowi fundament poparcia PiS. To imaginarium zbudowane jest z wrażeń, afektów i resentymentów w miejsce racjonalnych kategorii pozostających w jakimś związku z materialną rzeczywistością. W tym imaginarium komunizm jest gorszy od faszyzmu, a PRL, czarna dziura w społecznej historii Polski, może być jedynie negatywnym punktem odniesienia, do którego porównać, lub z którym skojarzyć kogoś można i należy tylko po to, żeby go zdyskredytować. U Wajdy i Holland jest dokładnie tak samo.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Banałem w faszyzm?

O Modern Holocaust Marii Peszek

Nad „protest songiem” Marii Peszek Modern Holocaust warto się poważnie zastanowić nie ze względu na jakąś jego szczególną jakość, a ze względu na to, czego jest symptomem. Zarówno sam utwór zresztą, jak i jego entuzjastyczne przyjęcie przez część liberalnej i liberalno-lewicowej opinii w Polsce.

Nie jestem krytykiem muzycznym i skupię się tu wyłącznie nad warstwą tekstową tego songu. Z tekstu, oprócz pojedynczego podmiotu lirycznego najpewniej tożsamego z samą artystką (która dostaje internetowe i inne pogróżki), wyłania się także pewien podmiot zbiorowy, jacyś „my”. „Hejt nasz polski powszedni”, „Zło jest w każdym z nas, zło robimy sami”, itd. Zaimki osobowe i dzierżawcze oraz formy czasownika wskazujące na pierwszą osobę liczby mnogiej. Na pierwszy rzut oka tym „my” jest polskie społeczeństwo/naród, jesteśmy w domyśle „my, Polacy”. Ale to „my” rozpada się na dwa poziomy – nagle okazuje się, że nie „my” a „Ty też w domu masz własny swój karabin”. Ostatecznie „my, Polacy” okazują się raz być wszystkimi Polakami, a raz dzielić na tych Polaków, których diagnoza jest tu stawiana, i tych, którzy tę diagnozę stawiają. I tu zaczyna się robić ciekawie – albo może właśnie nieciekawie.

Kiedy „my” przestaje oznaczać wszystkich Polaków, zaczyna szukać opozycji, przez które określa się w stosunku do tej reszty, będącej tu zamierzonym obiektem krytyki. Żeby to węższe „my”, w domyśle „lewicowo-liberalne” (bo należą do niego osoby, jak podmiot liryczny czy sama artystka, posądzane np. o żydostwo, liberalne podejście do seksualności i homoseksualizm) mogło się w tekście dobrze ukonstytuować i określić, poszukuje ono negatywnych punktów odniesienia – tego wszystkiego, od czego się dumnie różni. Przestrzeń, w którą w ten sposób wkraczamy, to kraina żenująco naiwnego liberalizmu, takiego z Europy Wschodniej lat 90., nawet jeśli niektóre przywoływane postaci-obrazy pochodzą z lat nieco późniejszych.

Hitler i Stalin wyrzuceni jednym tchem w tym samym zdaniu. Putin i Bin Laden tak samo w innym. Co złego to „totalitaryzm” (III Rzesza i ZSRR, jakby były to byty w jakikolwiek sposób porównywalne), „rosyjski tyran” będący w liberalnym imaginarium czymś na kształt „przedłużenia Stalina”, i „islamski terrorysta”, bez powodu i irracjonalnie nienawidzący „zachodnich wolności”. Z tego wynika, że co dobrego to liberalna demokracja zdefiniowana w sposób ani trochę bardziej wyrafinowany niż w „Gazecie Wyborczej” w latach 90. Hitler, Stalin, swego rodzaju „reinkarnacja” tego ostatniego w osobie Putina i figura odsyłająca w okolice „islamofaszyzmu” stanowią współrzędne na mapie politycznego zła, na której mieści się, choć nie chce się do tego przyznać, przenikająca polskie społeczeństwo nienawiść, wżerający się w nie „hejt”.

Jest jednak pewien problem z taką liberalną diagnozą postępującej faszyzacji polskiego życia społecznego. Jeżeli ma to być krytyka postępującego przesuwania się polskiej polityki w prawo, to jest to krytyka bezrefleksyjnie powielająca banalne liberalne opozycje, które zorganizowały polską wyobraźnię polityczną w minionym ćwierćwieczu. Stalinizm używany po to, by do piekła wysłać nie tylko Związek Radziecki (ustawiony na równi z Trzecią Rzeszą) i „realny socjalizm” („czego Zomo pałą nie zajebało”), ale także samą ideę komunizmu, całą tradycję walk o emancypację ludzką i o przekroczenie naszej zastanej społecznej kondycji. Peszek wyobraża sobie, że odważnie krytykuje radykalny dryf polskiej polityki w prawo, podczas gdy ten dryf jest konsekwencją delegitymizacji wszystkich idei politycznych na lewo od socjaldemokracji. Delegitymizacja ta umożliwiła bowiem przesunięcie całego spektrum politycznego, czyniąc poglądy niegdyś prawicowe dziś umiarkowanymi czy centrowymi, niegdyś niedopuszczalne – dziś zaledwie ekscentrycznymi. Założenia tej delegitymizacji Peszek sama bezkrytycznie reprodukuje, wypowiadając się z wewnątrz bańki, z której ZSRR wygląda tak samo jak Trzecia Rzesza. Na ten problem Peszek nie potrafi w ciekawy sposób odpowiedzieć, bo horyzont jej własnej politycznej wyobraźni należy do problemu.

Peszek na dodatek trywializuje kwestię ideologii, sprowadzając ją do poziomu „hejtu” i nienawiści, które na dodatek są w jej ujęciu typowo – by nie rzec „naturalnie” – polskie („hejt nasz powszedni”, „polskiej nienawiści zeżre wściekły pies”). We wzroście znaczenia ksenofobicznej skrajnej prawicy nie ma tymczasem nic specyficznie polskiego – i to nie ma na aż dwa sposoby.

Skrajna prawica rośnie w siłę i przenosi coraz więcej ze swojej ideologii do politycznego mainstreamu w całej Europie i dzieje się to w kontekście postępującego kryzysu systemu kapitalistycznego i strukturanego kryzysu Unii Europejskiej. Oba kryzysy generują społeczne frustracje i resentymenty. Polski wariant tych procesów ma swoje wyjątkowe rysy (jak całkowite wyrugowanie jakiejkolwiek lewicy z parlamentu, powszechność rasistowskiej retoryki w mediach głównego nurtu i słabość lewicowej na nią odpowiedzi, itd.), nie jest jednak procesem w całości wyjątkowym. To jeden sposób, na który „diagnoza” Peszek jest błędna.

Drugi jest taki, że to, co w procesie podbijania polskiej rzeczywistości społecznej przez ksenofobiczną prawicę, rzeczywiście jest specyficzne dla naszego kraju, nie bierze się z jakiejś ponadczasowej „polskości”, którą Peszek wydaje się esencjalizować. Esencjalizacja jakiejkolwiek tożsamości nigdy nie prowadzi w żadnych postępowych kierunkach. Prawicowy obłęd, w jaki osuwa się obecnie ogromna część polskiego społeczeństwa, nie wynika z żadnej „genetycznej” predyspozycji tego akurat narodu do nienawiści. Jedną z rzeczy, z których natomiast wynika, jest model i społeczne koszty (wzrost nierówności, masowe bezrobocie, wypychanie milionów ludzi na przymusową emigrację za chlebem) transformacji ustrojowej po 1989 roku, wraz z narzuconą społeczeństwu narracją o braku alternatywy dla neoliberalizmu. To wytworzeniu konsensu wokół tej bezalternatywności służyło takie przemeblowanie zbiorowej wyobraźni politycznej Polaków, żeby wszystko, co nie jest neoliberalizmem, wylądowało w jednym worku z nazizmem i straszyło natychmiastowym osunięciem się w „totalitaryzm”. Jeżeli chcesz godziwych zasiłków dla wszystkich bezrobotnych, to tak naprawdę chcesz Gułagu! Ale tego Peszek nie będzie w stanie sproblematyzować tak długo, jak długo wypowiada się z wewnątrz bańki liberalnych złudzeń (Hitler, Stalin, Oświęcim i Zomo wrzucone do jednego worka), które stworzyły warunki dla prawicowego obłędu zasysającego dziś Polaków. Co więcej, sprowadzanie współczesnego problemu ksenofobicznej polskiej prawicy do jakiejś genetycznej polskiej „nienawistności” jest wypieraniem i ukrywaniem realnych procesów politycznych, a także realnej opowiedzialności za procesy (ktoś wprowadzał i wytwarzał zgodę na impozycję neoliberalizmu w Polsce, ktoś niszczył każdy punkt widzenia wykraczający poza neoliberalny konsensus), które ostatecznie wytworzyły obecne stężenie frustracji i resentymentów.

Naprawdę bulwersujące w utworze Peszek jest jednak znaczące przemilczenie, jakie rzuca się nam w oczy, gdy przyglądamy się obecnym w nim obiektom ksenofobicznej prawicowej nienawiści. Na swoje miejsce w roli ofiary zasłużyły osoby nieheteroseksualne – jest mowa o palonej warszawskiej tęczy (choć ta konkretna tęcza rościła sobie prawa do szerszego pola semantycznego, tęcza jako symbol jest powszechnie kojarzona z ruchami LGBT), jest inwektywa „śmierdzisz lesbą”. Na swoje miejsce zasłużyli Żydzi – jest mowa o ludziach palonych kiedyś w stodole, czyli o wydarzeniach takich jak w Jedwabnem, jest obelga „żydowska kurewno”, a Holokaust króluje nad tekstem w samym tytule. Wielkimi nieobecnymi są natomiast uchodźcy z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, muzułmanie, osoby pochodzenia arabskiego. Jest to szokujące, bo to właśnie oni, oraz osoby ze względu na karnację czy turban na głowie „podejrzane” o to, że należą do jednej z tych grup, padły w ciągu ostatniego roku ofiarą większości aktów rasistowskiej przemocy. Oni też są obiektem najbardziej bezkarnego i bezwstydnego rasistowskiego bełkotu w głównym nurcie polskiej polityki i w dominujących, także tych nominalnie liberalnych, mediach.

Zupełne przemilczenie rasizmu islamofobicznego, antyarabskiego i wymierzonego w uchodźców szukających obecnie masowo schronienia w Europie w rzekomo antyrasistowskim utworze szokuje, bo został on przecież nagrany po wielomiesięcznym okresie intensywnej nagonki w mediach i rosnącej liczby aktów tak ukierunkowanej przemocy na ulicach polskich miast. Jak można coś takiego rozumieć? Co ta nieobecność właściwie znaczy?

Może to, że rytualne gesty „obrony Żydów” i „krytyki antysemityzmu” są dzisiaj tak naprawdę łatwe i niczym nie grożą? A w zestawie z wyrazami sympatii dla mniejszości seksualnych mieszczą się po prostu w kanonie dobrego tonu liberalnej klasy średniej i pozujących na lewicowo-liberalne „elit kulturalnych”, bo pasują do ich wyobrażeń o „europejskości”? Podczas gdy zabranie głosu w obronie uchodźców z Syrii, Libii czy Afganistanu albo publiczne potępienie islamofobii, wręcz przeciwnie, wymagają dziś w Polsce autentycznej odwagi i mogą dla popularnego artysty oznaczać konieczność stawienia czoła rasizmowi liberalnego (drobno)mieszczaństwa, czyli swojego własnego, bezpośredniego otoczenia i odbiorców?

Obrona Żydów przed polskimi antysemitami niewiele dzisiaj od takich obrońców wymaga. Większość współczesnych polskich antysemitów nigdy nie spotkała Żyda (Wietnamczyków jest dziś w Polsce kilka razy więcej), pozostaje im więc palenie kukieł i ewentualne wypady na zabytkowe cmentarze. A kukieł wystarczy bronić oburzonymi komentarzami na Facebooku, zyskując w ten sposób wizerunek „postępowca” wśród znajomych, bez konieczności wejścia w autentyczną konfrontację. Paleniem kukły można się szlachetnie pooburzać, nic więcej nie robiąc i spać spokojnie, doskonale wiedząc, że i tak nikt nie zginie. Wilk syty i owca cała.

Muzułmanie i osoby pochodzenia arabskiego, jak również osoby posądzone o to, że są muzułmanami lub Arabami (studenci z Portugalii, sikhijski turysta z Wielkiej Brytanii) padają tymczasem ofiarami realnej przemocy, trafiają do szpitali z poważnymi obrażeniami ciała, muszą wymieniać drzwi, które im podpalono. A liberalne (drobno)mieszczaństwo z otoczenia Marii Peszek, to, które ma w Londynie przyjaciół gejów, a na półce albumy o kulturze żydowskiej, podziela większość „poglądów”, które do tych aktów przemocy prowadzą, które wytwarzają na nie przyzwolenie.

Tak więc daleki od radykalnej odwagi, song Peszek jest raczej owocem żenującego konformizmu. Jeżeli nie czegoś gorszego. Bo jeśli w ostatnich miesiącach Maria Peszek nie zauważyła, kto stanowi główny cel współczesnego rasizmu (nie tylko w Polsce), to być może dlatego, że nie zauważyła w ogóle, że to jest rasizm. Co z kolei zmuszałoby nas do postawienia pytania, dlaczego tego nie zauważyła. W większości podobnych przypadków trafna jest odpowiedź, że część z tych „poglądów” osoba, która tego rasizmu nie zauważyła, po prostu popiera.

Modern Holocaust Marii Peszek jest dla mnie symptomem szerszego problemu, jakim jest intelektualna nieudolność większości polskich elit kulturalnych w ich próbach odpowiedzi na niebezpieczne procesy umacniania się ksenofobicznej, coraz bardziej radykalnej prawicy w Polsce. Agnieszka Holland porównuje rządy PiS do PRL, choć jako kobieta mogłaby np. pomyśleć o kwestii praw reprodukcyjnych, by zacząć sobie zdawać sprawę z kretynizmu takiego porównania. Nieco młodsi filmowcy puchnęli z dumy na demonstracjach w obronie „dobrego imienia Lecha Wałęsy” jako „symbolu demokracji”, choć Wałęsa jako prezydent miał wcale nie mniejszy apetyt na całość władzy, kosztem demokracji i rządów prawa, niż obecnie ma Prezes, tyle że nie potrafił tego swojego celu osiągnąć. I tak dalej.

Kiedy mówimy o faszyzmie w Polsce dziś, musimy mieć się z dwóch stron na baczności. Samo dojście PiS do władzy, a nawet jego obecny, irracjonalny sposób rządzenia, to jeszcze nie faszyzm. Tego mocnego ale ważnego terminu lepiej nie trywializować. Jarosław Kaczyński nigdy nie będzie Adolfem Hitlerem. Nie jest też jednak prawdą, że trzeba aż Hitlera, żebyśmy mogli zacząć mówić o faszyzmie – generał Franco nie był Hitlerem, nie był do Hitlera porównywalny, był jednak faszystą. Każdy zinstytucjonalizowany faszyzm poprzedza też proces faszyzacji społeczeństwa, proces, który – jeśli nie zostanie powstrzymany – do faszyzmu w końcu doprowadzi.

O faszyzacji w Polsce dziś na pewno możemy już mówić. I jeżeli wszystko, co polskie elity kulturalne potrafią z siebie wykrzesać w krytycznej odpowiedzi na ten proces, rozpina się między konformistycznymi niby-protest-songami à la Maria Peszek i pojękiwaniami o PRL w stylu Agnieszki Holland, postępom dalszej faszyzacji wiele w Polsce nie zagraża.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie internetowej Medium Publicznego.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Dziwny przypadek „Ziemi obiecanej”

To jest bydło! […] Ja mogę tak mówić, ode mnie mają chleb!

Ja bym chciał, żeby moja Łódź rosła! Żeby miała wspaniałe pałace! Zielone, piękne ogrody! I w ogóle, żeby był wielki ruch, wielki handel, wielki pieniądz!

Kapitalizm peryferii, kapitalizm w ogóle

W swoim znakomitym eseju o dramatach Henrika Ibsena[1] Franco Moretti przyjrzał się wszystkim kilkunastu scenicznym utworom Norwega jako kronice burzliwych procesów rozwoju kapitalizmu, jakie przez kraj, który do tych procesów dołączył się późno, przetoczyły się w skondensowanej formie i przyspieszonym tempie, na przestrzeni jednego pokolenia. Kronice dokumentującej także wynikające z tych procesów gwałtowne zmiany w sposobach, na jakie człowiek postrzega i odczuwa samego siebie, swoje relacje z innymi ludźmi i ze światem. Ziemia obiecana Władysława Reymonta nie zajmuje takiego miejsca w europejskiej literaturze, jakie osiągnęła dramaturgia Ibsena (w Londynie, gdzie mieszkam, każdego roku na afisz trafiają co najmniej dwie nowe inscenizacje sztuk Norwega). Przy wszystkich różnicach gatunku, stylu i pozycji w światowym obiegu literackim, z Ibsenem pokrewne jest intelektualne zadanie, jakie Reymont sobie postawił: powieść jest kroniką tego rodzaju zmian, równie przyspieszonych i dramatycznie skondensowanych, tyle że na innej z europejskich peryferii kapitalizmu. Pozwólmy sobie na marginesie dodać, że jednej z tych, które historycznie mają jak dotąd znacznie mniej szczęścia i sukcesów w próbach przekroczenia ograniczeń tego peryferyjnego położenia.

Zrealizowana przez Andrzeja Wajdę w r. 1974 ekranizacja powieści Reymonta zajmuje za to w światowym kinie miejsce w rzędzie najlepszych, najbardziej przejmujących i najbardziej przekonujących obrazów kształtowania się pewnych konkretnych formacji kapitalizmu: formacji wschodnioeuropejskiej, w XIX wieku. Tak jak powiedzmy Aż poleje się krew (There Will Be Blood) Paula Thomasa Andersona pokazuje narodziny amerykańskiego modelu kapitalizmu z perwersyjnego związku wielkiego kapitału z protestanckim fundamentalizmem.

Jest tego trochę. Element etnicznej obcości, „zewnętrzne” kulturowe pochodzenie ogromnej części kapitału, zwłaszcza tego największego. Procesy ekspansji kapitalistycznej strukturalnie zbieżne z ich odpowiednikami w koloniach europejskich mocarstw („grabież ziemi”, mówiąc Różą Luksemburg). Procesy akumulacji kapitału pod nieobecność „tworzenia narodu” w ramach scentralizowanego państwa narodowego. Koincydencja pierwotnych form akumulacji kapitału i niedojrzałej „kultury przemysłowej” z konkurencją ekonomiczną kultur (a więc i technologii) przemysłowych w wyżej rozwiniętych gospodarkach. „Kultura przemysłowa” liczyła już tam chociaż jedno lub dwa pokolenia, na przestrzeni których mogła się trochę ustabilizować, wypracować instytucje i instrumenty dyscyplinowania kapitału bardziej cywilizowane niż podpalenia fabryk, czy wreszcie, by ekonomicznie uprzywilejowaną pozycję zwycięzców w wyścigu akumulacji ubrać w uzasadniające tę pozycję piórka dystynkcji i kapitału kulturalnego. Gdy w Łodzi nowobogaccy, nieczytający ksiąg innych niż rachunkowe burżua oddają się niewybrednej zabawie na prymitywnym zlepku niedocenionego (vide prymitywny śmiech Mülera) numeru baletowego z wulgarnymi kawałkami przypadkowej farsy i występami amatorskimi, w Paryżu Victor Hugo zostawia po sobie 6 milionów franków w rencie francuskiej i suezach („robił w literaturze”). Oraz, last but not least, specyficzny dla wschodniej Europy recykling elity starych, feudalnych stosunków, szlachty, na potrzeby nowych stosunków produkcji – pauperyzacja jednych jej przedstawicieli oraz „burżuazyfikacja” innych, czyli włączenie ich w obieg klasy społecznej beneficjentów społeczeństwa przemysłowego, żyjącej z udziału w przechwyconej wartości dodatkowej[2].

Peryferyjna kompresja, zaostrzenie, przyspieszenie i równoczesność procesów z różnych stadiów historycznego rozwoju kapitalizmu okazują się kapitalnym wehikułem unoszącym chyba najbardziej i najkonsekwetniej marksistowską wizję w historii polskiego kina. Opowieść o tym, jak potomek polskiej szlachty Karol Borowiecki, polski Żyd Moryc Welt i łódzki Niemiec Maks Baum zakładają wspólnie fabrykę i im się wszystko spektakularnie nie udaje, podana jest tak, by wszystko wplecione zostało w całą złożoność społecznych stosunków konkretnego kapitalizmu peryferyjnego i kapitalizmu w ogóle.

Historia zwycięzców, historia przegranych

Klasycy pisali swego czasu:

W ciągu swego stuletniego zaledwie panowania klasowego burżuazja stworzyła siły wytwórcze znacznie liczniejsze i potężniejsze niż wszystkie poprzednie pokolenia razem. Ujarzmienie sił przyrody, rozpowszechnienie maszyn, zastosowanie chemii w przemyśle i rolnictwie, żegluga parowa, koleje żelazne, telegrafy elektryczne, przysposobienie pod uprawę całych części świata, uspławnienie rzek, całe rzesze ludności jakby wyczarowane spod ziemi – które z poprzednich stuleci przypuszczało, że takie siły wytwórcze drzemią w łonie pracy społecznej?[3]

Borowiecki, Welt i Baum, ich energia i entuzjazm, reprezentują heroiczną narrację kapitalizmu, narrację burżuazyjnego self-made mana, który wyrywa się zastanym ograniczeniom i zmienia otaczającą go rzeczywistość, tworzy „z niczego” („ja nie mam nic, ty nie masz nic…”) swoje miejsce w świecie i swoją pozycję, samego siebie czyniąc jednym z motorów uniwersalnego procesu, w którym „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. Kamera podąża za losami bohaterów w nerwowy, energiczny sposób odzwierciedlający ich gorączkę złapania Łodzi, wschodzącej wschodnioeuropejskiej metropolii przemysłowej, za pysk.

Jednocześnie jednak optyka, w jakiej odmalowywana jest społeczna i ekonomiczna rzeczywistość Łodzi, wiele wydaje się zawdzięczać estetyce lewicowej XIX-wiecznej grafiki prasowej. Klasowe rysy zwłaszcza burżuazji (Bucholc, Zuckerowa, itd.) są podkreślone grubą kreską przerysowania: brak skrupułów, pogarda dla pracujących na ich majątki robotników, traktowanie ich cierpienia jak czegoś oczywistego, zasłużonego, nie zasługującego na chwilę refleksji, a co dopiero jakieś zapobieganie. Bucholc na prośby rodziny chorego pracownika o wsparcie, wyrzuca ich list i życzy nieszczęśnikowi, by sobie „zdechł”. Burżuje trwonią swoje nadwyżki na demonstracyjne marnotrastwo w możliwie najgorszym guście, piją na umór, mają śladową lub żadną edukację kulturalną, bez skrupułów wykorzystują swoją przewagę ekonomiczną by wymuszać seksualny dostęp do ciał proletariackich kobiet, wabiąc je próżną obietnicą wyjścia z zaklętego koła biedy i ogłuszającego huku fabryki. Z przerysowaniami w rysunku poszczególnych postaci jako graczy i pionków w ekominycznym rozdaniu rezonuje przerysowywanie właściwości przestrzeni w kadrach Witolda Sobocińskiego, Edwarda Kłosińskiego i Wacława Dybowskiego. Kamera często spogląda przez obiektyw szerokokątny, także we wnętrzach, także poruszając się w tych wnętrzach, dzięki czemu obejmuje większą przestrzeń, ale jednocześnie zniekształca jej perspektywę, wygina jej kanty i kąty.

Film uwieść się heroicznej narracji kapitalizmu i self made mana, mimo caej jej porywającej energii, nie daje. Nieustannie konfrontuje „wersję oficjalną” kapitalizmu, tę lansowaną przez tradycję liberalizmu, z jej drugą stroną, prawdziwym obliczem[4].

Weźmy dla przykładu tę spośród oficjalnych cnót Kapitału, którą zwą Konkurencją. Zwycięski pochód kapitału toczy się, owszem, w procesach konkurencji, ale tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. Kiedy ma inne wyjście, wybierze monopol lub oligopol. Sama zaś konkurencja, wbrew swym szlachetnym pretensjom, ani nie jest „zdrowa”, ani uczciwa, ani sprawiedliwa. Kiedy trzeba, przyjmie i postać podpaleń fabryk (cudzych, by zaszkodzić rywalom, lub własnych, by uniknąć niewypłacalności). Opiera się na nierównym i niesprawiedliwym dostępie do informacji, np. do tego, że, kiedy i o ile zmianie ulegną cła wwozowe na bawełnę. Wcale nie musi prowadzić do podniesienia jakości: musi prowadzić do podnoszenia zysków. W ustabilizowanym międzynarodowym podziale pracy przemysły niektórych społeczeństw generują największy zysk produkując towary o zamierzenie niskiej jakości. Kto by chciał zmienić taki stan rzeczy, może się spotkać np. ze zmową potencjalnych źródeł kredytu, które w obronie miejscowych interesów oligarchicznych kredytu zaczną odmawiać. Widzimy, jak konkurencja, owszem, prowadzi czasem do innowacji, i do iwestycji w te innowacje. Ale, znów wbrew prorokom Rynku, te innowacje wcale z natury nie tworzą miejsc pracy, częściej mają na celu ich zmniejszenie („Maszyna was nie potrzebuje”). Im więcej bezrobotnych („rezerwowej armii pracy”), tym bardziej jest czym straszyć tych, którzy pracę mają, gdyby np. zachciało im się podwyżki. Równie dziwne, co odosobnione przypadki kapitalistów, którzy odczuwają swoje społeczne położenie w kategoriach jakichś zobowiązań w stosunku do tych, których praca stanowiła zawsze podstawę ich bogactwa i, jak stary Baum, ojciec Maksa, nie godzą się na zmiany, które by oznaczały zmniejszanie zatrudnienia (bo co ci ludzie wtedy poczną?), przegrywają walkę konkurencyjną i zostają z niej wyeliminowani. Wreszcie: z konkurencją jest też tak, że w końcu ktoś ją wygrywa. A wtedy jest już zaorane. I czego by liberalni bajkopisarze nie opowiadali o „własnych zasługach”, „nagrodzie za wytrwałość” i innych wróżkach, dołączyć do klasy wielkich kapitalistów Borowieckiemu uda się ostatecznie jedynie za sprawą aktu łaski starego Mülera, który odda mu za żonę swoją nie do końca udaną córkę Madę w pakiecie z pałacem do zamieszkania. Baum i Welt urządzą się natomiast jako klieci Mülera i Borowieckiego, czerpiący z zasobów stołu przyjaciela.

ziemia obiecana

Realny socjalizm, realny kapitalizm

Państwo oficjalnie określające się jako socjalistyczne, należące do międzynarodowego bloku powołującego się w swojej retoryce na teorię społeczną Marksa, finansując produkcję o takim rozmachu (budżet wynosił ponad 31 mln ówczesnych złotych), we wstępnych kalkulacjach uwzględniało pewnie wynikające z filmu o takiej wymowie korzyści propagandowe. Jednak film zapraszał do lektury krytycznej także w stosunku do systemu politycznego, w którym powstał. Dał się bowiem czytać jako wskazywanie palcem, jak wiele z tego, przeciwko czemu „realny socjalizm” miał być zwrócony, co miał znieść i zastąpić, wciąż istnieje w jego własnej rzeczywistości. Gdyby klasy społeczne już w nim nie istniały, nie trzeba by wciąż było naginać rozziewu między nimi np. instytucją punktów za pochodzenie (dobrze, że naginano, ale skoro trzeba to było robić, znaczy, że wciąż istniały). Gdyby nie istniał już wyzysk, nie byłoby wyniszczającej organizm pracy w fabrykach w systemie trzyzmianowym. I nikt nie miałby ani władzy, ani potrzeby wydać rozkazu strzelania do protestujących czy domagających się poprawy swego losu robotników. „Realny socjalizm” jako kapitalizm realizowany innymi środkami? Kryptokapitalizm? Lew Trocki, Immanuel Wallerstein, Tony Cliff czy Jane Hardy na różne sposoby by się z tym zgodzili.

Na przestrzeni całego filmu jeden wątek jest intelektualnie nieprzerwanie słabszy niż opis miasta jako ośrodka procesów akumulacji kapitału, dynamika procesów zachodzących między tymi, którzy posiadają kapitał, a tymi, którzy na sprzedaż mają tylko pracę własnych rąk. Co u Reymonta było „antyurbanizmem” i opozycją między monstrum miasta a  spokojniejszym życiem w biologicznej zgodzie z naturą, u Wajdy przerodziło się w przeciwieństwo między skręconym kompulsywnym rytmem kapitalizmu demonem miasta a odchodzącą do historii moralną czystością kultury szlacheckiej, która przegrywa z siłami kapitalizmu, w tym z siłą nabywczą prostaków nuworyszy, dzięki procesom rynkowym przejmującym i profanujacym świątynie szlacheckiej tradycji (jak majątek Borowieckich trafiający w ręce Kaczmarka/Karczmarskiego). Szlachta i jej kultura są jedynym elementem świata przedstawionego, który nie jest w rzeczywistość społeczną swojego czasu wpisany dialektycznie i opisany krytycznie. Rola szlachty w wytworzeniu i utrzymaniu polskiego wariantu peryferyjnego kapitalizmu, przez historyków o orientacji materialistycznej zgodnie uznawana za z gruntu negatywną[5], jest z tej opowieści wyparta, a czystość szlacheckiej kultury zmitologizowana w postaciach starego Borowieckiego i Anki, narzeczonej Karola. Jakby szlachta nie miała swojego udziału we wpędzaniu chłopstwa w wielowiekową nędzę, która to nędza z kolei wypychała ich do miast na pastwę wszystkich Bucholców i Karolów Borowieckich tego świata. Wajda sam nie pochodzi z polskiej szlachty. Jego dziadkowie byli jeszcze chłopami, Wajda jednak kupuje z całym dobrodziejstwem inwentarza narrację o tym, że jako przedstawiciel inteligencji należy do klasy społecznej będącej spadkobierczynią szlachty, jej tradycji i roli w polskim społeczeństwie. I że to dobrze. W tym całkowitym braku krytycyzmu w stosunku do szlachty jest więc coś z pragnienia parweniusza, by udowodnić, że jest wart tradycji, do której dokonał kooptacji, by wkupić się pochlebstwami w jej łaski. Wbrew faktowi, że awans społeczny szerokich grup społecznych w epoce PRL, w tym ich dostęp do klasy społecznej producentów dóbr kultury, był w ogromnym stopniu możliwy dzięki zrzuceniu przez PRL przynajmniej części krępującego rozwój społeczny i gospodarczy Polski przez kilka stucleci balastu kulturowej dominacji szlachty.

Ziemia obiecana jest jednym z najbardziej znanych na świecie polskich filmów (nominowany do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, nagrodzony na MFF w Moskwie), także w Polsce funkcjonując w społecznej świadomości jako nie tylko jeden z najważniejszych filmów Wajdy i jeden z tytułów do wyjątkowej pozycji, jaką reżyser ten zajmuje w społecznym polu polskiego kina czy narodowej kultury w ogóle, ale także jedna z nieodzownych pozycji we wszystkich rankingach polskich filmów wszech czasów[6]. Radykalnie marksistowski wydźwięk uczynił tę wyjątkową pozycję filmu niesłychanie dziwną po 1989 roku, kiedy to tytułem do sprawnego funkcjonowania w elitach kulturalnych, tytułem do nowej formy kulturowego „szlachectwa”, szybko stało się albo stawianie znaków równości między komunizmem a faszyzmem (Wajda sam uczyni to na wielką skalę w Katyniu), albo np. pierwiastek „antykomunizmu” w oficjalnym życiorysie. Że się przecież zawsze, całe życie, bezkompromisowo, jak wszyscy, „walczyło z komuną”. Nawet jeśli się za tej samej komuny bez większego problemu robiło filmy w tempie i z budżetami, o których w „wolnej Polsce” większość filmowców może do końca życia tylko marzyć. W Polsce po 1989 potraktować dzieło sztuki od marksizmu, jeśli komuś się zdarzało, służyło zwykle jego dyskredytacji. W obróconej w poligon neoliberałów Polsce ideologiczna ofensywa neofitów kapitalizmu odesłała do sali śmiechu każdą kapitalizmu krytykę, każdą nawet nieśmiałą propozycję nałożenia na „wolny rynek” paru elementarnych hamulców, każdą pokrzywdzonych próbę politycznego wyartykułowania ich krzywdy.

Przyjęła się więc dość szeroko praktyka zastępowania poważniejszego wysiłku interpretacyjnego raczej bezrefleksyjnym, z gruntu rytualnym kultem Arcydzieła, mnożącym okazje do wręczania Wajdzie kolejnych bukietów czy jeszcze jednej figurki z tego czy innego metalu. Sam Wajda włączył się aktywnie w ten proces. Zapomniał o całym krytycznym ładunku filmu i w zgodzie z wymogami aktualnie obowiązującej myśli jedynie słusznej widział w nim już głównie apologię fascynującej energii kapitalizmu. Jakby cały ten zapis miejskiej biedy, cierpienia robotników, te wszystkie urwane przez maszyny kończyny, te wszystkie gwałcone przez burżujów nastolatki z biednych rodzin lub bez rodzin, cała ta pogarda żywiona przez uprzywilejowanych do tych, których praca wytwarza ich zysk (jak przypomina David Harvey, zysk to końcu nic innego jak niezapłacona część pracy[7]) – jakby to wszystko wyparowało nagle z filmu. To wszystko jednak nie wyparowało i problem z tym to prawdopodobnie – Wajda nie przedstawił nigdy żadnego przekonującego uzasadnienia dla tego posunięcia – jedyny faktyczny powód, dla którego w roku 2000 reżyser przemontował film na potrzeby ponownej dystrybucji kinowej przez Vision.

Idzie nowe

Nowa wersja montażowa nie była niczym innym jak skróceniem filmu o prawie pół godziny. Oglądając wersję oryginalną z 1974 roku i wersję z roku 2000 jedną za drugą, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jedyną intencją, świadomą czy nie, była próba desperackiego, i dlatego przeprowadzonego trochę na oślep, wykastrowania Ziemi obiecanej przynajmniej z części treści krytycznej i elementów niekompatybilnych z oficjalnymi ideologiami III RP.

Jedna z początkowych scen: polski lichwiarz recytuje zwulgaryzowane pozytywistyczne komunały, że naród się musi zabrać do roboty, a nie organizować powstania, to w kraju zaraz będzie lepiej – w wersji anno 2000 pozbawiona została swojego oryginalnego kontrapunktu, w którym wychodzi on następnie przed dom i z nieskrywaną antysemicką pogardą poniewiera żydówkami zmuszonymi przez ubóstwo zastawiać u niego nieliczne wartościowe przedmioty, jakie przetrwały w ich posiadaniu. W Polsce po 1989 nie można w sposób tak bezpośredni pokazać organicznego związku między kapitalizmem a antysemityzmem[8]. Na użytek ideologii wiecznego „doganiania Zachodu” (będącej przedłużeniem i reanimacją tego somego zwulgaryzowanego pozytywizmu reprezentowanego we wspomnianej scenie przez lichwiarza) antysemityzm przesunięty został dyskursywnie na wygodny ideologicznie margines rzekomych kulturowych atawizmów, zacofania, „ciemnego ludu”. Ogromna w tym zresztą zasługa najbardziej wpływowego (neoliberalnego) medium okresu, „Gazety Wyborczej”, której Wajda został po przemianach własnościowych udziałowcem.

W Polsce po 1989 Kościół katolicki okazał się kluczowym sojusznikiem ideologicznym neoliberałów i podporą ich reform, za co w zamian dostał Komisję Majątkową i specjalne względy elit kulturalnych np. dla katolickiej moralności seksualnej. Miejsca na tyle ekranowego seksu już nie było: niektóre sceny (jak ta, w której Borowiecki i Moryc podglądają Maksa w łóżku z dziewczyną) zostały okrojone, a słynna scena orgii Borowieckiego i będącej w ciąży Zuckerowej w luksusowym wagonie pociągu do Berlina wyleciała z filmu bez śladu. Wśród innych scen, które wypadły, jest i ta, w której tańczące w balecie dziewczęta wystawione są na selekcję zainteresowanych ich seksualnymi usługami mężczyzn z pieniędzmi. Scena ta traktowała w istocie o dramatycznej ekonomicznej kondycji tych, którzy nowobogackiemu mieszczaństwu dostarczali usług estetycznych i rozrywki. Dramatyzm tej kondycji zmuszał pracujące w tym sektorze młode kobiety do wystawiania swych ciał na scenie na sprzedaż potencjalnym „protektorom”. Aż chciałoby się złośliwie zapytać, czy Wajda bał się, że rzesze współczesnych młodych pracowników „przemysłów kultury” – na niekończących się stażach i praktykach, na opiewających na trzysta złotych umowach o dzieło, oczekujących miesiącami na przelew tych trzystu złotych, np. z kont korporacji Agora S.A. – zobaczą jakąś ciągłość między losem tych dziewcząt a własnym…

Jedno w tym dość niespotykanym w historii kina akcie autocenzury udało się Wajdzie na pewno: wersja montażowa anno 2000 zdołała wyprzeć z obiegu i w znacznej (zapewne rosnącej) mierze ze społecznej świadomości wersję oryginalną. Od tamtej pory to wersja anno 2000 powtarzana jest w telewizji i wydawana na płytach DVD. Poszukując wersji oryginalnej, by na potrzeby tego eseju przypomnieć ją sobie w szczegółach, przekonałem się, że nie funkcjonuje ona nawet w pirackim obiegu internetowym. „Do ściągnięcia” Ziemia obiecana dostępna jest w sieci w wielu miejscach, ale wszędzie jest to wersja anno 2000. Do montażu anno 1974 nie dotarłbym, gdyby Adam Ostolski nie zobaczył na na Facebooku okrzyku mojej rozpaczy, i nie zaoferował mi przetransferowania filmu z zabytkowej kasety VHS, na którą jego znajoma nagrała z telewizji oryginalną wersję filmu jeszcze gdzieś w odmętach lat 90., i gdyby kaseta ta jakimś cudem nie doczekała naszych czasów na jego półce.

Co się Wajdzie nie udało, to neutralizacja przenikającej cały film jaskrawej krytyki kapitalizmu. W jedynej powielanej obecnie wersji film jest okaleczony, jego dialektyczny rytm cierpi na tych interwencjach poważną niezborność, wciąż jednak jest tam i skandaliczna klasowa pogarda Bucholca wobec wszystkich, którzy pracują na jego fortunę; jest i urwana noga robotnika, i wystawiony mu za poplamiony jego krwią bal bawełny rachunek; i wyrzucona w powietrze, w oczy tłumu i na wiatr historii, czerwień chusty zastrzelonego robotnika – ukochany kolor brodacza z Trewiru. Brodacza, który w ostatnich latach po raz kolejny w historii wykazuje swoją niegasnącą, alarmującą aktualność. Te same kule, które wystrzelono na rozkaz Borowieckiego w ostatniej sekwencji Ziemi obiecanej, znów świszczą na ulicach niejednego miasta, w stronę protestującego ludu Aten, w stronę południowoafrykańskich górników – lista na pewno długo jeszcze nie będzie zamknięta.

Przypisy

[1] Franco Moretti, The Grey Area. Ibsen and the Spirit of Capitalism, “New Left Review” nr 61, Jan/Feb 2010, s. 117-131. Tekst po polsku ukazał się w moim przekładzie pt. Ibsen i duch kapitalizmu na stronie Lewica.pl: http://www.lewica.pl/index.php?id=22401

[2] Zob. np. Immanuel Wallerstein, Class Conflict in the Capitalist World-Economy, w: Etienne Balibar, Immanuel Wallerstein, Race, Nation, Class. Ambiguous Identities, przeł. [z fr. na ang.] Chris Turner, London: Verso 1991.

[3] Karol Marks, Fryderyk Engles, Manifest Partii Komunistycznej, Warszawa: Książka i Wiedza 1979, s. 42.

[4] Z nowszych publikacji ta ten temat zob. znakomitą pracę: Domenico Losurdo, Liberalism. A Counter-History, tłum. (z włoskiego na ang.) Gregory Elliott, London – New York: Verso, 2011.

[5] Jako swego rodzaju podsumowanie tematu, zob. Anna Sosnowska, Zrozumieć zacofanie, Warszawa: Trio, 2004.

[6] Przez miesięcznik „Film” Ziemia obiecana uznana została za najwybitniejszy polski film w 1997 i 2007 roku, przy okazji kolejnych okrągłych rocznic pisma.

[7] Zob. David Harvey, The Enigma of Capital: And the Crises of Capitalism, London: Profile Books, 2010.

[8] Po polsku zob. przede wszystkim: Piotr Kendziorek, Antysemityzm a społeczeństwo mieszczańskie. W kręgu interpretacji neomarksistowskich, Warszawa: Trio, 2004.

Jarosław Pietrzak

Tekst ten, w odrobinę skróconej wersji, ukazał się w książce Wajda: Przewodnik Krytyki Politycznej, red. Jakub Majmurek, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2013, s. 45-55.

Już po tym, jak go napisałem, oryginalna, „nieocenzurowana” przez samego Wajdę wersja montażowa z 1974 została odrestaurowana i ponownie wypuszczona do obiegu. Nie zmienia to jednak faktu, że przez kilkanaście lat ten oryginalny montaż był niedostępny dla ogółu publiczności i podtrzymuję swoją interpretację powodów, jakie stały za tym aktem autocenzury. Nie potrafię się też oprzeć podejrzeniu, że pewną rolę w „uwolnieniu” wersji oryginalnej odegrała atmosfera „obciachu” otaczająca mimo wszystko montaż z 2000, zwłaszcza ocenzurowanie scen erotycznych.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

O (i na marginesie) powieści Saleema Haddada „Guapa”

Ciała arabskich queerów stały się polem bitwy w znacznie większej wojnie

Saleem Haddad, The Myth of the Queer Arab Life

 

 

„Gdzieś na Bliskim Wschodzie”…

Akcja debiutanckiej powieści Saleema Haddada Guapa toczy się współcześnie w wielkim mieście w nienazwanym kraju arabskim. Uchodźcy, którzy przebywają w kraju w obozach, kojarzą się z sytuacją w Libanie, Syrii przed obecną wojną domową czy Jordanii. Gejowskie życie nocne, którego „królową” jest jeden z najbliższych przyjaciół głównego bohatera, Maj, najbardziej odruchowo kojarzyłoby się z Bejrutem; w Bejrucie też (choć pewnie nie tylko) miało miejsce wydarzenie podobne do znajdującego swe miejsce w powieści najazdu policji na kino w biednej dzielnicy, stanowiące miejsce homoseksualnych schadzek i rodzaj „pikiety”. Rysy systemu politycznego, który wyłania się z opisywanych sytuacji – formalnie republikańskiego, de facto jednak dyktatury – przypominałyby najbardziej Egipt albo Syrię. Pewne elementy pejzażu społecznego, jak choćby filipińska gosposia, przypominają jednak Liban. W odniesieniu do policji politycznej pada raz słowo Mukhabarat (Muẖābarāt), które najpowszechniej kojarzy się z bezpieką egipską, ale w języku arabskim używane jest też do nazywania służb wywiadowczych Jordanii, Iraku, Syrii, Arabii Saudyjskiej i Libii.

Haddad_Guapa-260x390

Miasto i kraj, w którym ze swoją seksualnością zmaga się główny bohater i zarazem narrator, Rasa, reprezentują więc coś w rodzaju „gdzieś na Bliskim Wschodzie” albo „Bliski Wschód w ogóle”. Ryzykowne zagranie, grożące osunięciem się w orientalistyczny fantazmat. Orientalizm – w sensie, jaki nadał temu słowu Edward Said w przełomowej książce z 1978 r. pod takim właśnie tytułem – to (rasistowska) ideologia, która buduje obraz „Wschodu” z wybranych „egzotycznych” elementów jego kultur i wrzuca je wszystkie do jednego ponadczasowego worka, w którym nie ma miejsca na niuanse i rozróżnienia, na to, że przecież są to nie tylko bardzo różne społeczeństwa, ale też wewnętrznie zróżnicowane klasowo, nierzadko religijnie, a także zmieniające się w czasie w toku procesów historycznych. Muzułmański Bliski Wschód, jako twór ideologiczny, jako ahistoryczny fantazmat, był Europie i Zachodowi potrzebny jako tożsamościowy Inny, w opozycji do którego budowano nowoczesną tożsamość Europy, a potem Zachodu euroatlantyckiego. Taki obraz był potrzebny najpierw, by Europa wymyśliła sobie, czym się różni od nie-Europy, a następnie, by świat euro-atlantycki nauczył się dobrze czuć z własną dominacją nad resztą ludzkości i jej eksploatacją. Muzułmański Bliski Wschód z orientalistycznych fantazji funkcjonuje właśnie jako taki ahistoryczny „Bliski Wschód w ogóle”. Same te fantazje, choć prezentują się zawsze jako odwieczny i stały obraz Bliskiego Wschodu i jego immanentnej „natury”, ulegały jednak poważnym zmianom historycznym, nawet odwróceniom o 180 stopni, w zależności od tego, od czego akurat wtedy tożsamość europejska/euroatlantycka chciała się we własnych oczach odróżniać.

Kiedy arabski pisarz postanawia posłużyć się wehikułem narracyjnym geograficznej nieprecyzyjności – nienazwanym arabskim krajem na Bliskim Wschodzie – może to jednak być podjęte lub rzucone jako wyzwanie, służyć dobrej sprawie i zostać zwieńczone artystycznym sukcesem. Incendies Wajdiego Mouawada, genialny dramat równie genialnie później zekranizowany przez Denisa Villeneuve’a (Pogorzelisko), może być jednym z najmocniejszych dowodów w tej sprawie. Haddad postanowił – podobno po okresie wahania – podjąć to ryzyko. W końcu arabska tożsamość posiada też poziomy i składniki wychodzące poza granice postkolonialnych państw narodowych i przechodzące im w poprzek. Egipskie kino popularne; muzyka produkowana w Kairze i Bejrucie; telewizja nadawana z Kataru, Libanu i Dubaju; dzięki wspólnocie języka literackiego także wiele gazet ma zasięg ponadgraniczny, panarabski („Al-Hayat”, „Al-Ahram” i in.). Haddad buduje świat swojej powieści z bardzo realnych, materialnch konkretów, dotykalnych, mających temperaturę i zapachy. Przedmiotów życia codziennego, kulturowych artefaktów, potraw, drobiazgowo obserwowanych klasowych habitusów. Haddad miał z czego to budować. Urodził się (w 1983) w stolicy Kuwejtu, jego ojciec jest w połowie Palestyńczykiem, w połowie Libańczykiem, a matka w połowie Irakijką, w połowie Niemką. Wychowywał się m. in. w Jordanii, pracował z organizacją Lekarze Bez Granic w Jemenie, Syrii i Iraku. Świat Guapy udaje mu się więc mimo wszystko skonstruować bardzo materialistycznie, unikając osunięcia się w powierzchowność fantazji „orientalisty”.

Ale Haddad zdecydował się na to rozwiązanie – na nienazwany arabski kraj na Bliskim Wschodzie – przede wszystkim dlatego, że korespondowało mu ono z sytuacją głównego bohatera, zagubionego i skołowanego w kwestiach własnej tożsamości i przynależności komplikowanych przez homoseksualne pragnienie. Rasa ma problem z odpowiedziami na pytania, kim jest, do jakiego świata i jakej grupy należy – ze względu na naturę i kierunek swojego pożądania. Zamyka się w łazience, puszcza wodę, i uczy się do lustra powiedzieć do samego siebie: Anā lūṭī; Anā ẖawal… Jestem… kim? – pedałem? – gejem? Jak arabskie słowa mają sie do „tożsamości seksualnej”?

Alhambra fountain - Copy

Królestwa rozwiązłości

Seksualność, w tym centralna w powieści Haddada homoseksualność, odgrywała jedną z głównych ról w operacjach podmieniania Bliskiemu Wschodowi grzechów, żeby dopasować je do zmieniających się tożsamościowych potrzeb Zachodu. Kiedy europejska nowoczesność budowała swoją tożsamość przez represję, nadzór i dyscyplinę seksualności, rysując restrykcyjne granice dzielące normę od anomalii i wymyślając m. in. coś takiego jak homoseksualizm (słowo powstało w latach 60. XIX wieku), muzułmański Bliski Wschód służył jako negatywny punkt odniesienia: wielkie gniazdo rozwiązłości, zboczeń i rozpasania. A spragnieni ciała innego mężczyzny Europejczycy, których było na to stać, uciekali do Maroka czy któregoś z królestw lub prowincji Lewantu, by w śniadych ramionach pięknych arabskich młodzieńców odnajdować stygmatyzowane czy wręcz kryminalizowane w Europie rozkosze.

Jeszcze mniej niż trzy dekady temu włoski redaktor, podróżujący często po Magrebie, pisał w relacji z Maroka m. in., że „Marokańczyk ma wzwód cały czas, więc turysta dostaje, czego chce”, a

Rašīd, facet, który kręci się wokół Café de France w al-Gueliz, europejskiej dzielnicy Marakeszu, zagadał do mnie, z nadętymi nozdrzami, z napompowaną klatką piersiową, wykonując jakiś gest rodem z karate: „Jestem Rašīd, znany jako oracz turystów. Czym mogę służyć?”.

Pewien Amerykanin na kontrakcie w Teheranie przed Rewolucją Islamską Chomeiniego pisał:

Iran był dla mnie, i dla wielu jak ja, seksualnym rajem. Zarówno pod względem ilości, jak i jakości, było to najbardziej ekscytujące doświadczenie w moim życiu. Jednak za jednym czy może dwoma wyjątkami nigdy nie spotkałem w Iranie Irańczyka, który by całkowicie określił się jako homoseksualny.

Świat arabski i muzułmański do początku XIX wieku zrodziły literaturę o tematyce homoerotycznej w ilościach nie znających odpowiednika gdziekolwiek w Europie w równoległych okresach historycznych. Z samej tej literatury, jak również z relacji podróżników europejskich po krajach muzułmańskiego Bliskiego Wschodu i vice versa (podróżników stamtąd po Europie) wynika, że zachowania dziś klasyfikowane jako homoseksualne, cieszyły się na Bliskim Wschodzie bez porównania większą akceptacją i powszechnością praktykowania. To dlatego Tariq Ali, kiedy zdał sobie sprawę, że islamofobia stała się centralną i kluczową ideologią w strukturze współczesnego zachodniego rasizmu, która domaga się odpowiedzi ze strony lewicy, i postanowił napisać swój Kwintet Muzułmański, cykl pięciu powieści odmalowujących wkład świata arabskiego i muzułmańskiego w rozwój cywilizacji, także zachodniej, tyle miejsca poświęcił w nich erotycznym wątkom homoseksualnym.

Powszechność i akceptacja. Działo się to jednak bez pojęcia odpowiadającego kategorii homoseksualizmu i binarnej opozycji homo- vs heteroseksualizm (która jest specyficznym wytworem euroatlantyckiej nowoczesności). Fascynującym opracowaniem tego tematu jest znakomita książka Khaleda El-Rouayheba Before Homosexuality in the Arab-Islamic World, 1500-1800. Autor zaznacza, że jego obserwacje i wnioski do jakiegoś stopnia zachowują ważność rozciągnięte głębiej w przeszłość, niż wskazują ramowe daty z tytułu, jak również do sąsiadujących z Arabami innych kultur muzułmańskich (Turcja, Persja/Iran, itd.). Powstrzymuje się jednak przed aplikowaniem ich poza te ramy, gdyż obszarem jego ekspertyzy jest właśnie literatura arabska tego okresu.

Islam oficjalnie zakazuje liwāṭ, analnego stosunku seksualnego między dwoma mężczyznami. Zakazuje konkretnego czynu, a nie „typu osobowości”, z czym go nawet nie wiąże. Arabska kultura rozwijała się przez kilkanaście stuleci na ogromnym obszarze; jest kulturą złożoną, w której obecne i ścierające się były różne nurty, m. in. restrykcyjnej religijnej jurysprudencji z niezwykle w niej silnymi nurtami celebrującymi zmysłowe doświadczenie rzeczywistości (jako pochodzącej od Boga). W niezliczonych kontekstach zakaz analnego stosunku seksualnego był przychylnie „zawieszany” i ignorowany, gdy między partnerami istaniała różnica wieku i dojrzały mężczyzna był insertywnym partnerem pasywnego młodzieńca, którego urodą się zachwycał nieraz publicznie. Młody mężczyzna, który przyjmował rolę pasywną, ryzykował w wielu kontekstach, że wypadnie w oczach swojego otoczenia z kategorii męskości normatywnej i zacznie być postrzegany jako „nie-mężczyzna”. W ramy normatywnej męskości powracał jednak zwykle, gdy po raz pierwszy się żenił. Statusu „prawdziwego”, normatywnego mężczyzny nigdy nie tracił mężczyzna angażujący się w stosunki z innymi mężczyznami zawsze i wyłącznie jako ten, który penetruje drugiego. Nierzadko na tym lub innym etapie życia był żonaty lub angażował się w pozamałżeńskie stosunki z kobietami.

Uczucia nieskonsumowane w postaci stosunku, platoniczne uwielbienie urody młodego mężczyzny, wyrażane w formie różnego rodzaju sublimacji estetycznych, było przedmiotem represji wyłącznie najbardziej twardogłowych koranicznych jurystów. Nawet oni jednak nie mogli nikogo przekonać, że samo uczucie mężczyzny do innego mężczyzny, samo podziwianie jego urody jest już grzeszne, co najwyżej, że może wyrwać się spod kontroli i doprowadzić do zakazanego czynu, liwāṭ. Jednocześnie to przyzwolenie na otwartą adorację urody innego mężczyzny dawało znaczne możliwości ukrywania, że miłość ta jest konsumowana, bo po prostu rzeczy fundamentalnie zakazanej nie robiło się przy świadkach, a formy aktywności seksualnej innej niż analna penetracja zwykle rozumiane były jako znajdujące się poza owym centralnym zakazem.

Jednak dzisiaj, w Europie, gdy w jednym zdaniu padają Arabowie czy muzułmanie i homoseksualiści, obrazy, które niemal automatycznie są przed nasze oczy przywoływane, to mężczyźni zrzucani przez wojowników Państwa Islamskiego z dachów wysokich budynków czy Iran, gdzie „homoseksualizm jest karalny”. Jak to się stało, jak do tego doszło?

MiddleEasternMaleModel

Królestwa zakazów i kar

W połowie XIX wieku dominacja polityczna, militarna i ekonomiczna Zachodu przekuła się już w dominację kulturalną. El-Rouayheb wskazuje, że już egipski uczony Rifā’ah al-Ṭahṭāwī (Rifā’ah aṭ-Ṭahṭāwī), który kształcił się w Paryżu w latach 1826-31 zapowiadał ten dryf. Nie tylko odnotował on stopień dezaprobaty, z jaką Europejczycy obserwowali arabski luz w temacie wyrażania erotycznych uczuć między mężczyznami – on sam przyjął także ten europejski punkt widzenia. Uznał, że Europejczycy mają rację, ten składnik arabskiej kultury rzeczywiście jest powodem do wstydu i powinien być przedmiotem zwalczania. Kiedy tłumaczył arabską poezję erotyczną na francuski, to gdy obiektem uczucia poety lub podmiotu lirycznego był młodzieniec, podmieniał w tłumaczeniu rodzaj gramatyczny wszystkich dotyczących tego młodzieńca określeń. Jego przekłady udawały w rezultacie poezję heteroseksualną.

Elity świata muzułmańskiego i jego klasy średnie, okcydentalizujące swoją edukację, stopniowo przyjęły w drugiej połowie XIX wieku wiele z zachodniego sposobu postrzegania homoseksualności. W drugiej połowie XX wieku proces wyzwalania się społeczeństw Trzeciego Świata z kolonializmu szedł w świecie arabskim w parze z orkiestrowanymi przez instytucje państwowe projektami konstruowania nowoczesnej tożsamości narodowej zdolnej do stania na jednej płaszczyźnie z silnymi euroatlantyckimi tożsamościami narodowymi. Represja widzialności praktyk homoseksualnych była w różnym stopniu częścią tych procesów, w strukturalnym związku z represją innych fenomenów, które w tym kontekście wydawały się grozić „niemęskim”, „zniewieściałym” czy „zdemoralizowanym” wizerunkiem szukających wstępu do nowoczesności państw arabskich, jak choćby tradycja męskich tancerzy brzucha (tak, męskich tancerzy brzucha). Względnie postępowe projekty polityczne świeckich reżimów odwołujących się, jak porządek ustanowiony przez Nassera w Egipcie, nawet do wartości w pewnym stopniu lewicowych, a w każdym razie progresywnych i modernizujących, zaczęły się uginać i upadać pod presją polityczną i ekonomiczną USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Świeckie ruchy lewicowe zostały stopniowo wyeliminowane przez siły sponsorowane przez CIA i marionetkowe reżimy wspierane przez Biały Dom. Próżnię po świeckiej lewicy i po progresywnych wizjach rozwoju zajęły ruchy islamu politycznego (też zresztą wspierane przez CIA, Pentagon i inne zachodnie ośrodki władzy). Stary zakaz liwāṭ, analnego stosunku seksualnego między mężczyznami, zlał się z przeniesionymi z Zachodu ideami dotyczącymi homoseksualizmu. Wzmocniły się one wzajemnie i zrodziły nowe jakościowo formy represji i opresji.

Ale coś stało się równocześnie po drugiej stronie. Zachód, w swoich kulturowych technologiach dyscyplinowania seksualności przeszedł od wiktoriańskiej represji do imperatywów narcystycznej rywalizacji, kolekcjonowania wrażeń i „spełniania siebie”, a także kompletnego utowarowienia seksualności, sprzedawanych samym zachodnim społeczeństwom przez ich przemysły kulturowe jako seksualne „wyzwolenie”. Zachód nigdy nie stracił jednak ideologicznej potrzeby posiadania Innego, przez różnicę wobec którego mógł się czuć lepszy i rozgrzeszony z winy brutalnej eksploatacji reszty świata. Ten sam Bliski Wschód, który dla cnotliwej hipokryzji wiktoriańskiej Europy był siedliskiem niemoralnej rozpusty i seksualnego zezwierzęcenia, dla Zachodu szczycącego się nagle swoim seksualnym „wyzwoleniem”, stał się teraz potrzebny jako otchłań zacofanych seksualnych zakazów i kar, przestrzeń, w której nie ma wolności „sypiania z kim chcesz”, w której homoseksualizm bywa karany śmiercią.

W nowych krucjatach Zachodu świat arabski i muzułmański wydają się istnieć wyłącznie w celu prześladowania kobiet i gejów, połączonych w jeden pakiet ulubionych przez Zachód ofiar prześladowań, nad których losem lubi się on pochylać, kiedy trzeba utwierdzić się we własnym liberalizmie, ale nie wtedy, kiedy toną w wodach Morza Środziemnego. Niezależnie od tego, że niektóre kraje arabskie mają bardziej liberalne przepisy w zakresie praw reprodukcyjnych kobiet niż niektóre państwa Unii Europejskiej (Polska, Irlandia, Malta), a taka np. Tunezja przyznała kobietom prawo do aborcji wcześniej niż Francja czy Niemcy. Niezależnie od tego, że Iran ajatollahów miał przez kilkadziesiąt lat fenomenalne wskaźniki dostępu kobiet do wyższego wykształcenia, a zapisy tamtejszego prawa kryminalizujące stosunki homoseksualne pozostawały martwe, bo uruchomienie postępowania obłożono takimi restrykcjami, że stało się możliwe tylko teoretycznie (oskarżenie wymaga czterech naocznych świadków stosunku – świadkowie muszą być płci męskiej i o nieposzlakowanej opinii). Ci młodzi mężczyźni, o których kiedyś czytałeś w jednej z internetowych legend o Iranie, w rzeczywistości nie zostali skazani „za to, że się kochali”, a za wspólny gwałt na dziecku.

Jednocześnie pojęcie homoseksualizmu (łączące w sobie wszystkie, nie tylko analny, stosunki seksualne między osobami tej samej płci, ale także samo pragnienie, nawet nigdy nie wyrażone, skierowane do osób tej samej płci) dorobiło się może własnego arabskiego słowa, urobionego jako kalka z języków europejskich (šuḏūḏ ǧinsī), jednak słowo to w niewielkim stopniu zdołało – pardon le mot – spenetrować pokłady kultury klas ludowych i nie przyjęło się jak dotąd na powszechnym poziomie żadnej wersji potocznego, mówionego arabskiego. W kulturze klas ludowych wiele starych rozróżnień – przede wszystkim to na aktywną i pasywną rolę w stosunku analnym, gdzie mężczyzna zawsze aktywny niczym się nie różni od mężczyzny wyłącznie heteroseksualnego – wciąż ma się dobrze.

O rzeczywistość, jej niuanse i skomplikowanie – o prawdę, mówiąc krótko – w zachodnich krucjatach w obronie muzułmańskich kobiet i gejów wcale nie chodzi. Chodzi o to, żeby zachodni telewidz nie czuł się źle, oglądając w serwisach informacyjnych bombardowane miasta w kolejnym muzułmańskim kraju, któremu zachodnie mocarstwa chcą zagrabić zasoby surowcowe, więc mówią, że chodzi o demokrację, o czadory i burki, i o gejów. Jakby bomby, spadając na ich domy, mogły ominąć kobiety i gejów i sprawiedliwie spaść tylko na głowy ich patriarchalnych oprawców. Jakby patriarchalni oprawcy nie stawali się takimi, jakby nie zapiekali się w tej roli właśnie wskutek imperialnego terroru, bezustannej presji i przemocy wywieranej na ich społeczeństwa ze strony władców świata. A wojowników Państwa Islamskiego, jak Haddad zwrócił uwagę w artykule napisanym dla serwisu The Daily Beast, homoseksualni mężczyźni interesują tylko dlatego, że ciosy skierowane w nich są ciosami we w wartości Zachodu; że ciosy skierowane w nich wstrząsną Zachodem i wywołają tam przerażenie.

Pragnienie w cieniu Imperium

Usytuowanie homoseksualnego podmiotu, homoseksualnego pragnienia, homoseksualnego ciała w stosunkach władzy nie tylko społeczeństwa, w którym najbardziej bezpośrednio są usadowione, ale także w znacznie szerszych stosunkach władzy organizujących relacje pomiędzy całymi społeczeństwami, a więc stosunkach globalnej dominacji – to jest wielki temat, z którym mierzy się Haddad. Dlatego środkową z trzech długich części, na które zamiast rozdziałów dzieli się Guapa, zatytułował Imperial Dreams. Trzy części to coś jak tryptyk w malarstwie, a w tradycyjnym tryptyku środkowy segment dominuje, przezeń przebiegają osie symetrii, w nim skupiają się perspektywy. Tutaj środkowa część opowiada wspomnienia narratora z okresu studiów na amerykańskim uniwersytecie.

Pojechał tam w nadziei, że w Ameryce uwolni się jego skrywane pragnienie, jego tłumione, ukrywane, homoseksualne ja, w domu przerażone represją patriarchalnego społeczeństwa. Ale tam wszystko się tylko skomplikowało. Osie inności, odmienności, tożsamości, pomiędzy którymi przybyszowi z Bliskiego Wschodu, homoseksualnemu czy nie, trzeba było nauczyć się lawirować, zamiast się rozpłynąć, uległy rozmnożeniu, a ich krawędzie okazały się wcale nie mniej ostre. Wśród Arabów inny, bo pragnie seksualnej bliskości innego mężczyzny, wśród Amerykanów pozostanie jednak przede wszystkim Arabem. Zwłaszcza po 11 września. Zakocha się tam tylko raz, w Sufyanie, Amerykaninie arabskiego pochodzenia, „najpiękniejszym człowieku, jakiego kiedykolwiek spotkał”, który jednak przed jego uczuciem ucieknie… w fałszywą bezpieczną przystań tożsamościowego integryzmu. Rasa, który nie znajdzie w Ameryce seksualnego wyzwolenia, na szczęście – w bibliotece, w której pracuje – odnajdzie inne niż Sufyan intelektualne oparcie: będą nim Marks, Gramsci, Chatterjee (również intelektualni przewodnicy samego Haddada).

Tytuł powieści także pochodzi gdzieś z porządku globalnych stosunków dominacji. Guapa to gejowski bar prowadzony przez lesbijkę w swego rodzaju pół-tajemnicy. Od pewnego czasu ulubione miejsce Rasy i jego najlepszego od dzieciństwa przyjaciela, Maja. Guapa znaczy ‘piękna’ – po hiszpańsku. A hiszpański to z arabskiego punktu widzenia jednocześnie jeden z języków Zachodu (Hiszpanii, jednego z dwóch pierwszych mocarstw kolonialnych, później bezlitośnie zdeklasowanej i zmarginalizowanej, ale swoją dużą kolonię w Maroku mającej jeszcze w XX wieku), ale też zarazem spoza tego Zachodu prawdziwego współczesnego centrum. Owszem, Hiszpania leży w Europie, ale nie prowadzi w Afryce Północnej ani zachodniej Azji nic podobnego do interesów anglosaskich czy francuskich. Hiszpański jest też językiem innych peryferii – Ameryki Łacińskiej. Peryferie te są jednocześnie kulturalnie integralną częścią szeroko rozumianej cywilizacji Zachodu. Peryferie te również od dawna dociskane są butem Imperium Dolara, ale mocarstwu z Północy nie udało się jednak zdławić ich tradycji popularnych ruchów postępowych, wciąż tworzących inspirujące cały świat zagłębia walki o emancypację ludzką – w tym „odmieńcow” seksualnych. Nazwa Guapa wydaje się więc wyrażać pragnienie emancypacji, świata w którym bez obaw można każdemu, kogo znajdujemy pięknym, niezależnie od jego i naszej płci, powiedzieć, że jest piękny; ale też opór przed uwiedzeniem przez fałszywe obietnice emancypacji składane przez hipokryzję uniwersalizmu Imperium.

 

Rasa, Taymour, Maj i inni

Haddad porywa czytelnika postaciami, które rozpisał tak, że na długo z czytelnikiem pozostaną. Najważniejszą z tych postaci jest oczywiście dwudziestoparoletni Rasa, który sam tutaj o sobie opowiada. Dla kontrastu ze skalą stosunków dominacji, w które wpisane jest jego skołowane homoseksualne pragnienie, „właściwa” akcja powieści toczy się w ciągu jednej doby. Dzień wschodzi ze wstydem – minionej nocy jego babcia Teta, przez dziurkę od klucza, odkryła u niego w pokoju, u niego w łóżku, jego ukochanego Taymoura, który dotąd zawsze wymykał się, zanim Teta się obudziła. Ile widziała? Unikać jej teraz czy stanąć do otwartej konfrontacji? A może próbować wmawiać starszej kobiecie, że coś jej się przyśniło, jak doradza mu jego przyjaciółka Basma? Ale to nie koniec problemów. Jego przyjaciel Maj, który był z nimi ostatniego wieczora w Guapie, zniknął, nikt nie wie, gdzie się podział. W radio mówią o najeździe policji na szemrane kino, którego mrok słynął z tego, że pozwalał wygłodniałym seksualnie mężczynom na chwilę odnaleźć nawzajem swoje ciała. Czy Maj polazł tam po wyjściu z Guapy? Jest w areszcie? Atmosfera polityczna w mieście jest na granicy wybuchu. Demokratyczne demonstracje sprzed kilku miesięcy, wyciągnięte na ulice na fali Arabskiej Wiosny, dawno przechwycili i zdominowali islamiści. Amerykańska dziennikarka potrzebuje pomocy Rasy jako tłumacza, żeby porozmawiać z ludźmi na biednych przedmieściach. Wieczorem Rasa ma iść na wesele – wydarzenie to tak nad nim ciąży, że Rasa jako narrator nie mówi nam nawet do ostatniej chwili, kto jest tym jego żeniącym się dziś przyjacielem. Jakby do ostatniej chwili starał się wyprzeć ze świadomości, co się dzisiaj stanie.

W tę akcję właściwą, rozpiętą na przestrzeni mniej-więcej dwudziestu czterech godzin, wpisane są retrospekcje, wspomnienia Rasy wybiegające aż do jego dzieciństwa. Dowiadujemy się z nich wiele o społecznym usytuowaniu jego rodziny. Niegdyś zamożna klasa średnia, wciąż trzymająca fason, ale zdeklasowana o jeden poziom (sprzedaż domu i przeprowadzka do mieszkania, wciąż jednak w dobrej dzielnicy) po śmierci ojca, który był lekarzem. Matka zniknęła z życia Rasy, choć być może została od Rasy odizolowana przez Tetę, matkę jego ojca. Jako przedstawiciel wykształconej, zokcydentalizowanej klasy średniej, Rasa zinternalizował swoje homoseksualne pożądanie jako tożsamość. Ta osamotniona tożsamość czepiała się punktów odniesienia w zachodniej kulturze masowej i wykradała przyjemności z oglądanych potajemnie w nocy filmów erotycznych na polskim (sic!) kanale satelitarnym (były „heteryckie”, ale występowali w nich piękni, nadzy mężczyźni). Swoją seksualną inicjację przeżył w wieku czternastu lat z przypadkowym, jednorazowym incydencie z młodym taksówkarzem, od którego dzielił go oczywisty dystans klasowy. Dystans, który wyrażał się także w odmiennym doświadczeniu przez nich homoseksualnego pragnienia i jego realizacji. Także w tym, jak przeżyli to konkretne wydarzenie, które ich na chwilę połączyło.

Klasowo uwikłana, tylko że odwrotnie, jest także miłość Rasy do Taymoura, skazanego na sukces, przystojnego syna bogatej, niezwykle wpływowej rodziny. Taymour musi odgrywać komedię społecznego konwenansu, jeśli nie chce oddać odziedziczonej społecznej pozycji, więc Rasa staje się jego dirty little secret. To dysproporcja ich klasowej pozycji powoduje, że Rasa tak długo obawia się i wzbrania oddać Taymourowi analnie – jakby bał się oddać mu pełnię władzy nad sobą, potwierdzić jego całkowitą społeczną przewagę.

Inne postacie Haddada również fascynują. Babka głównego bohatera, Teta, obracając dom w mauzoleum zmarłego syna, czyli ojca Rasy, stała się personifikacją patriarchalnego porządku niczym Bernarda Alba u Garcíi Lorki. De facto wypędzona przez nią matka chłopaka, która nigdy nie oduczyła się swoich młodzieńczych ideałów i nie umiała dostosować się do drobnomieszczańskiego konformizmu, osuwając się w uzależnienie od alkoholu. Przyjaciel Rasy, Maj, który swoją ostentacyjną queerness rzuca wyzwanie własnemu patriarchalnemu społeczeństwu i występuje jako drag queen, ale nieustannie poszukuje też dialektycznych strategii sprzeciwu wobec tych form imperializmu kulturalnego, które gay identity eksportują jako wehikuł neokolonialnej przewagi nad „dzikimi”, nad „wrogami zachodnich wolności”.

Wspaniała powieść, oby nie musiała długo czekać na polskie wydanie.

Jarosław Pietrzak

Saleem Haddad, Guapa, New York: Other Press, 2016.

 

Cytaty z podróżników (Włocha i Amerykanina) pochodzą z tekstów Gianniego De Martino i Jerry’ego Zarita pomieszczonych w tomie: Sexuality and Eroticism Among Males in Moslem Societies, red. Arno Schmitt, Jehoeda Sofer, New York – London – Norwood: Harrington Park Press, 1992.

Źródła, z których korzystałem, stosowały różne szkoły transkrypcji języka arabskiego (Haddad stosuje uproszczoną angielską, Schmitt i Sofer oraz El-Rouayheb dwie różne transkrypcje naukowe). Starałem się ujednolicić tę transkrypcję (za pomoc w tym dziękuję Sławomirowi Królakowi) według zasad ISO; imiona bohaterów powieści Haddada zostawiłem w formie, w jakiej są one zapisywane w Guapie.

Tekst ukazał się pierwotnie, pod tytułem Lūṭī, ẖawal, gay… w serwisie Queer.pl.

Jestem na Facebooku i Twitterze.