Trump i Clinton. Burżuazyjna demokracja umiera brzydką śmiercią

Gdyby Eurypides upił się był kiedyś z Sofoklesem, i na wspólnym pijackim widzie postanowili się ścigać, kto postawi swojego nowego bohatera w najbardziej tragicznym położeniu, przed najbardziej beznadziejnym wyborem, nie dotarliby chyba do sytuacji, w jakiej amerykańskie społeczeństwo postawiła tamtejsza klasa polityczna.

Między gwałcicielem a pseudofeministką, która w obronie władzy i przywilejów swojej zdemoralizowanej rodziny pomogła uchronić przed odpowiedzialnością poprzedniego gwałciciela w Białym Domu. Między rasistą wulgarnym, wyrzygującym bezmyślnie frazy, że Meksykanie to mordercy i gwałciciele, a rasistką elegancką, z kieliszkiem najdroższego szampana nazywającą afroamerykańską młodzież „superdrapieżnikami”. Między szaleńcem, o którym nie wiadomo, czy nie wywoła kilku wojen, a zakochaną w swoich wojskowych doradcach cyniczką, o której wiadomo, że wywoła kilka wojen – wiadomo, bo parę już wywołała (w Libii wespół z Sarkozym, w Syrii z niejawnym sojuszem izraelsko-saudyjskim), a swoje marzenie o doprowadzeniu do kolejnych wyrażała otwarcie (z Iranem) lub za zamkniętymi drzwiami (z Rosją i Chinami), wiedzę o czym zawdzięczamy WikiLeaks. Między obleśnym pajacem w kolorze dojrzałych owoców cytrusowych, o którym mówi się, że jego kampanię wspierał Kreml, a pozbawioną skrupułów karierowiczką, której kampania zassała dziesiątki milionów dolarów od saudyjskiej rodziny królewskiej. Między oszustem podatkowym i biznesowym a głową wielkiej pralni brudnych pieniędzy i „załatwialni” szemranych politycznych przysług, znanej jako Clinton Foundation.

Każ komuś wybierać między dżumą a cholerą i dziw się, że umarł.

Hillary Clinton nie była mniejszym złem

Kiedy stało się już to, co jeszcze pół roku temu było nie do pomyślenia, przerażeni tym, jak będzie wyglądał świat z szalonym, narcystycznym clownem na czele największego mocarstwa, nie powinniśmy jednak zapominać, że Clinton nie była złem ani trochę mniejszym.

Trump jest rasistą – mówią płaczki po Madame Clinton. A Madame Clinton nie? Na miłość Marksa! W kampaniach wyborczych swojego męża Billa, a potem w okresie jego prezydentury, odgrywała główną rolę w przekierowywaniu gniewu białej klasy robotniczej, ubożejącej wskutek polityki ekonomicznej jej męża (NAFTA, deregulacja Wall Street, itd.), której też była aktywną orędowniczką, w stronę ludności afroamerykańskiej. To w tym kontekście młodych czarnych mężczyzn nazywała „miejskimi superdrapieżnikami”. Tą kampanią rasowej stygmatyzacji Madame Clinton pomogła administracji swojego męża powsadzać do więzień miliony czarnych mężczyzn. To w czasie administracji Clintona polityka masowej inkarceracji czarnych mężczyzn rozpędziła się na niespotykaną wcześniej skalę (i do dzisiaj się nie zatrzymała). Miliony mężczyzn w więzieniach to także złamane serca milionów matek i partnerek skazanych na samotne wychowywanie dzieci w kraju, w którym Bill Clinton prawie zlikwidował pomoc społeczną. To miliony dzieci skrzywdzone brakiem ojca i dzieciństwem w biedzie. Miliony ludzkich istnień nieodwracalnie przetrąconych, wielokrotnie na zawsze złamanych. Za kolor skóry. Drodzy rycerze antyrasizmu, wybraliście złą damę waszych serc.

Trump traktuje kobiety jak śmieci. A Madame Clinton? O Różo Luksemburg! Likwidacja ponad 80% faktycznie przyznawanej pomocy społecznej przez Billa Clintona, „reforma” aktywnie wspierana przez Madame Clinton, uderzyła przede wszystkim w kobiety, zrzucając na nie zwielokrotnione obciążenia w zakresie opieki nad dziećmi, nad starszymi i chorymi członkami rodziny, i wpychając miliony z nich w skrajną biedę. W warunkach, kiedy gospodarka oddana przez Billa (przy aktywnym poparciu Hillary) na łup bankierow i spekulantów, osuwała coraz więcej ludzi i całych społeczności w biedę. Kobiety są szczególnie poszkodowane przez system ochrony zdrowia oparty o prywatne korporacje ubezpieczeniowe, bo na ich niekorzyść działają koszty związane z rozrodczością i fakt, że rodzicielstwo pozostaje niemal zupełnie niechronione przez amerykańskie stosunki pracy. Kiedy Clinton została już oficjalnie nominowana jako kandydatka Partii Demokratycznej, Bernie Sanders próbował przepchnąć do jej programu uniwersalną opiekę zdrowotną (nie, Obamacare to wciąż tylko jej ersatz, wydrążony kadłubek), Madame Clinton stanęła na rzęsach, żeby temu zapobiec.

Można tak odpowiadać na większość zarzutów pod adresem Donalda Trumpa. To prawda, Hillary Clinton nikogo nie zgwałciła ani nie molestowała. Za to wywołała dwie wojny, w których zginęło już kilkaset tysięcy ludzi. Oczywiście, można uważać, że gwałt jest zbrodnią cięższą od wywołania wojny z setkami tysięcy ofiar śmiertlnych, ale jest to sąd tyleż arbitralny, co dyskusyjny.

Nikt nie zasługiwał na zwycięstwo i Biały Dom mniej niż Donald Trump. Ale nikt nigdy nie zasłużył na porażkę bardziej niż Hillary Clinton. To drugie przeważyło.

Wymarzone wojny Hillary Clinton

Od kilku miesięcy na wschodzie i północy Europy gromadziły się bezprecedensowe ilości wojsk Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników, głównie Wielkiej Brytanii. Największa koncentracja sił NATO w Europie od czasu drugiej wojny światowej. Tym, którzy mają trudność z dodaniem jeden do jeden, spieszę z pomocą.

Wojska te gromadziły się tam w oczekiwaniu na koniec kadencji Baracka Obamy, prezydenta niechętnego rozpętywaniu kolejnych wojen, bo wstydzi się tych, które już ma na sumieniu (za jego rządów USA bombardowały siedem krajów). W oczekiwaniu na intronizację oblubienicy Wall Street i amerykańskiego przemysłu wojny, namaszczonej przez amerykańską plutokrację do roli jego następczyni. Wszystko było gotowe na jej gwizdek. Jeżeli w pogłoskach o wsparciu Kremla dla Trumpa jest ziarno prawdy, to dlatego, że z Trumpem w Białym Domu Rosji uda się zażegnać lub przynajmniej odroczyć wojnę z NATO, której Rosja nie chce. Ulga i radość Kremla i Dumy na wieść o wynikach wyborów świadczą o tym właśnie, a nie o tym, że Putin jest jakimś planetarnym władcą marionetek, który rozdaje trony nawet w państwach potężniejszych od własnego. Z Clinton ta wojna wybuchłaby najpewniej już w 2017 roku, w każdym razie wszystko było już na ten scenariusz przygotowane.

Prezydentura Trumpa będzie strasznym okresem dla Amerykanów, zwłaszcza dla przedstawicieli mniejszości etnicznych i imigrantów, populacji afroamerykańskiej, Latynosów, społeczności muzułmańskich, mniejszości seksualnych, a także większości kobiet. Ale też dla białej klasy robotniczej, której część Trump uwiódł zgrywając antyestabliszmentowca i grając na rasistowskich sentymentach (które odziedziczył po kampanii Clintonów w latach 90.); już u władzy porzuci ich jak nieprzytomną, wykorzystaną dziewczynę na cocaine party w megalofcie na szczycie jednego ze swoich hoteli.

Prezydentura Clinton byłaby bez wątpienia lepsza dla samych Amerykanów. Ale kto miał za to zapłacić? Reszta świata.

Clinton miała bez porównania bardziej postępowy program wyborczy. Ale wiarygodność Clinton jako polityczki, która zrealizuje socjaldemokratyczne obietnice, jest mniej więcej taka, jakby sobie w tej roli wyobrazić Leszka Balcerowicza. A jako doświadczoną polityczkę, podkreślającą na każdym kroku, jaka to jest – w przeciwieństwie do Trumpa – doświadczona, Amerykanie ocenili ją po dorobku, a nie po deklaracjach. Socjaldemokratyczny program Clinton był głównie propagandowym „spinem” obliczonym na utrzymanie głosu zwolenników Berniego Sandersa i porzucenie po dojściu do władzy.

Kilka postulatów udałoby się lewicy z jej administracją zrealizować, zapewne np. podniesienie na poziomie federalnym płacy minimalnej i w konsekwencji materialnego poziomu życia milionów Amerykanów. Może jakieś inwestycje. Ale jak byłoby to możliwe bez naruszania stopnia władzy ekonomicznej skumulowanej po dekadach neoliberalizmu przez wąskie grono plutokratów? A nie po to misie z Goldman Sachs i Citibank płaciły Madame Clinton przez kilka ostatnich lat po ćwierć miliona dolarów za 45-minutowe pogadanki za zamkniętymi drzwiami, żeby ona cokolwiek z ich władzy, pieniędzy i przywileju im uszczknęła.

Kapitalizm jest w strukturalnym kryzysie akumulacji. Wyjście amerykańskiej gospodarki z kryzysu 2008 jest najsłabszą ekonomiczną recovery odnotowaną od lat 30. XX wieku. Z czegoś takiego nikt nigdy w kapitalizmie nie wyszedł samym impulsem popytowym. Istnieją powody, dla których keynesizm nagle przestał działać po upływie trente glorieuses (trzy dekady nieprzerwanej prosperity po II wojnie światowej) i stanął przed zagadkową konfiguracją problemów, które według teorii Keynesa nie miały prawa się wydarzyć jednocześnie. W klasyce literatury przedmiotu jest takie coś, co się nazywa fale Kondratiewa. Keynesowkie środki kontrcykliczne rozwiązują problem krótkich cykli koniunkturalnych, ale nie fal Kondratiewa. Obama przez bite dwie kadencje pompował w amerykańską gospodarkę inspirowane Keynesem pakiety stymulacyjne, ale ich skuteczność już się wyczerpała: prawie wszystkie pieniądze z tych pakietów ostatecznie znajdują drogę do baniek spekulacyjnych, omijając realną gospodarkę, stopa zysku dla całości gospodarki albo stoi w miejscu, albo spada, a wzrost PKB nie potrafi przebić poziomu jeden procent z czymś po przecinku. Pakiety spekulacyjne kupiły tylko elitom trochę czasu.

Bez redystrybucji już istniejącego bogactwa, nacjonalizacji banków a potem innych strategicznych przemysłów oraz uspołecznienia kontroli nad nimi, zachowując w nienaruszonej postaci obecną strukturę własności i władzy ekonomicznej (patologicznie skoncentrowanej), amerykański kapitalizm byłby w stanie sfinansować poprawę poziomu życia swojej klasy robotniczej i klasy średniej tylko w jeden sposób: poprzez eskalację grabieży i wojny poza swoimi granicami. Wojna bowiem napędza jeden z najbardziej zyskownych przemysłów (zbrojeniowy), umożliwa grabież zasobów („akumulacja przez wywłaszczenie” zasobów zaatakowanych społeczeństw kompensuje niewydolność „akumulacji przez produkcję”), a zmasowana destrukcja już zakumulowanego kapitału (martwej pracy zastygłej w już wzniesionych nieruchomościach, infrastrukturze, instytucjach, itd.) w toku działań wojennych otwiera przestrzeń dla nowego cyklu akumulacji kapitału. Tak to działa w realnym kapitalizmie, tym, w którym naprawdę żyjemy, który opisał Karol Marks i jego uczniowie, a nie tym z fantazji liberalnych bajkopisarzy, albo z Keynesa, któremu się wydawało, że możliwy jest kapitalizm, który nie składa się w końcu jak domek z kart.

I wiemy, że wojna to był plan obozu Clinton, ponieważ od dawna otacza się ludźmi, którzy ślinią się razem z nią na myśl o zbombardowaniu Iranu i o wojnie z Rosją. Jej kampanię wyborczą finansowało dziewięć z dziesięciu największych korporacji zbrojeniowych. Wojska już się w Europie zgromadziły. Można odnieść wrażenie, że jej przyjaciele w Pentagonie, CIA i Departamencie Stanu przeciągali wojnę w Syrii w nieskończoność, wspierając na zmianę różne strony konfliktu, tak żeby nikt tej wojny nie mógł wygrać, żeby ciągle się toczyła, kiedy Hillary zostanie zwierzchnikiem sił zbrojnych i Syria będzie wygodnym punktem wyjścia dla rozlania działań zbrojnych na Rosję i Iran. Na Pacyfiku, odpowiednio blisko Chin, ma miejsce druga wielka koncentracja amerykańskich sił zbrojnych. Dokumentowaniem tych procesów zajmuje się od dłuższego czasu wybitny australijski dziennikarz John Pilger.

Te umysły na polskiej lewicy, które piszą o Clinton bezmyślne limeryki, że nie tylko nie była mniejszym złem, ale była wprost większym dobrem, i jej stanowisko w sprawach międzynarodowych jest drugorzędne, mam ochotę zapytać: czy byliście gotowi życiem przyjaciół, urwaną nogą bliskiego krewnego, lejem po bombie w miejscu waszego domu, itd., zapłacić za wzrost płac w USA i kilka progresywnych reform pani rzuconych przez Madame Clinton jej amerykańskim wyborcom w zamian za tron cesarzowej świata?

Geografia nie daje innej możliwości, jedna z pierwszych wojen Hillary Clinton przetoczyłaby się przez Polskę i okolice. NATO by nas obroniło? Nie po to nas wkręciło w członkostwo, żeby nas bronić, tylko żeby mieć bufor, w razie problemów z góry spisany na straty, jeden czy dwa dni więcej na przygotowanie do obrony swoich „członków właściwych”.

Donald Trump jest autorytarnym prawicowym populistą, protofaszystą. Ale Jasbir Puar napisała kiedyś takie zaprawdę godne zapamiętania zdanie, że „liberalna demokracja sankcjonyje swoje własne reżimy totalitarne”. Tym właśnie byłyby Stany Zjednoczone Hillary Clinton, reżimem totalitarnym liberalnej demokracji: pozory szacunku dla liberalnych wolności i kilka progresywnych grepsów wewnątrz granic za cenę bezprecedensowej eskalacji militarnej przemocy na zewnątrz.

Trump nigdy nie chciał być prezydentem

Po ogłoszeniu oficjalnych wyników amerykańskich wyborów drugim życiem zaczął się cieszyć tekst reżysera Michaela Moore’a, napisany przezeń w czerwcu, w którym, wyciągając wnioski z brytyjskiego referendum na temat Brexitu, podawał 5 powodów, dla których Trump wygra te wybory. Wiele miesięcy wcześniej Moore przewidział też, że to właśnie Trump zostanie nominowany na kandydata Partii Republikańskiej na prezydenta. Ponieważ tamte diagnozy okazały się trafne, warto sobie przypomnieć jeszcze inny tekst ekscentrycznego amerykańskiego laureata Złotej Palmy.

Moore postawił intrygującą tezę, że Donald Trump nigdy nie chciał wygrać tych wyborów. Nigdy nie chciał zostać prezydentem USA. Będzie się musiał przeprowadzić do znacznie mniejszego i skromniejszego domu (Białego Domu). Będzie miał obowiązki, a nie tylko kaprysy. Jak mu się coś znudzi albo nie wyjdzie, nie będzie mógł ogłosić bankructwa i zająć się czymś innym. Trzeba będzie spuścić z tonu z imprezami i kokainą. Same uciążliwości. Jedyne, o co mu naprawdę z początku chodziło, to zagrać na nosie telewizyjnej korporacji NBC, która w pewnym momencie nie chciała już z nim nic produkować. Na zasadzie: „Ja wam jeszcze pokażę, kto będzie królem wskaźników oglądalności! Będę na ekranach cały czas!”. Uważam, że Moore miał rację.

Kiedy kampania już ruszyła, to oczywiście uwaga, jaką na niego skierowała, stała się sama w sobie pastwiskiem dla jego nienasyconego ego, którego apetyt rósł w miarę jedzenia, ale Trump przez cały czas niestrudzenie sabotował swoją kampanię, robiąc wszystko, by być gwiazdą wiadomości, ale pozostać absolutnie niewybieralnym. Był obleśny i wulgarny; obrażał kogo popadło, w tym większość ważnych ludzi we własnej partii; wygadywał, co mu ślina na język przyniosła; w odstępie kilku dni, tak, żeby nikt nie zdążył zapomnieć, mówił rzeczy wzajemnie z sobą sprzeczne (np. o swoim stosunku do Obamacare); wdawał się w awantury na Twitterze o trzeciej w nocy; robił wszystko na przekór wskazaniom swoich doradców; itd. Mówimy o Stanach Zjednoczonych – tylko ktoś, kto nie chce wygrać, obrażałby tam weteranów wojennych i rodziny poległych żołnierzy! Kiedy kłamał, to nie po to, żeby coś ukrywać, żeby do czegoś przekonywać – jego kłamstwa bywały śmieszne lub absurdalne, możliwe do natychmiastowego zdemaskowania. Robił wszystko, żeby wybory upasły jego ego, ale żeby ostatecznie przegrać, najlepiej niewielką ilością głosów, żeby zajść Hillary za skórę, a potem być może założyć na zbitym w ten sposób kapitale nowe, „bezkompromisowe” imperium medialne.

A jednak został wybrany. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia czy materiały filmowe z jego pierwszej wizyty w Białym Domu, by zobaczyć twarz człowieka w ciężkim szoku, prawdopodobnie dosyć przestraszonego. Przełknie to, bo na tym ego też się dobrze upasie, ale nie o to mu tak naprawdę chodziło.

Jak człowiek, który zrobił wszystko, by być absolutnie niewybieralnym, wygrał z „najbardziej doświadczoną kandydatką” w historii amerykańskich wyborów, która na swoją kampanię wydała najwięcej pieniędzy w historii wszystkich kampanii wyborczych w nowożytnej historii ludzkości?

Ukarana hybris plutokratów późnego kapitalizmu

Podobnie jak Moore, Robert Reich czy Glenn Greenwald, uważam, że przegrana Clinton musi być postrzegana w tej samej perspektywie, co wcześniejsze o cztery i pół miesiąca referendum w sprawie Brexitu w Wielkiej Brytanii. I podobnie jak komentując tamto wydarzenie, jako kontekst przypomnę fenomenalny esej Wolfganga Streecka How Will Capitalism End? (Jak skończy się kapitalizm?), obecnie rozwinięty także do postaci książki. Kapitalizm znajduje się w stanie totalnego kryzysu na wszystkich poziomach. Jest niewydolny ekonomicznie, nie potrafi powrócić do odczuwalnego wzrostu, porusza się właściwie między krachem a recesją. Przy pozorach życia trzyma go tylko siła inercji, nasze przyzwyczajenie, to, że porzuciliśmy utopię stworzenia dlań alternatywy, a także to, że – pozwolę sobie zacytować inną pracę Streecka – elity finansowe i polityczne „kupują czas”, jaki nam został do całkowitego zawalenia się tej konstrukcji. Kryzys przeżywa polityczna nadbudowa kapitalizmu: instytucje burżuazyjnej demokracji liberalnej przerodziły się w farsę, miejscami w cyrk. Po kilkudziesięciu latach neoliberalizmu głęboki kryzys przeżywają też wszystkie formy legitymizacji systemu – jego legitymizacja symboliczna, kulturalna, moralna.

Prawie nikt nie wierzy już w „słuszność” systemu, w to, że ludzie, których kapitalizm nagradza wysokim statusem ekonomicznym, zasłużyli na to czymkolwiek wartym szacunku. Przeciętni mieszkańcy rozwiniętego świata widzą własne dzieci, wykształcone znacznie lepiej niż oni byli w ich wieku, zadłużone na poczet tego wykształcenia, pracujące ciężej niż oni pracowali w ich wieku, a jednak stojące najczęściej przed perspektywą dramatycznej nierzadko deklasacji, podczas gdy przekształcona w globalne kasyno gospodarka schyłkowego kapitalizmu nielicznych, często osoby, które tylko znalazły się we właściwym miejscu o właściwym czasie, nagradza zasobami dla innych niedostępnymi nawet gdyby do dyspozycji mieli kilka żyć.

Ale nie tylko przegrani późnego kapitalizmu, czy rodzice tych skazanych dzisiaj na rolę takich przegranych, nie wierzą już w usprawiedliwienia i uzasadnienia tego systemu. Nawet władcy tego świata nie wierzą już w system, w którym nagromadzili tyle przywileju. Nie wierzą już oni w to, że ten system jest sprawiedliwy, że jest słuszny, że czymkolwiek sobie na wszystko, co mają, zasłużyli, że system jest do utrzymania, że to wszystko ma prawo się nie zawalić. Nie wierzą też, że ktokolwiek w to wierzy. To dlatego, przekonuje Streeck, tak bezczelnie i otwarcie kradną, robią te swoje przekręty, bailouty banków, które służą tylko nabijaniu kieszeni bankierów, itd. Nie boją się o swój wizerunek, bo i tak nie wierzą, że ktokolwiek ma co do tego wizerunku jakieś złudzenia. A ponieważ nie wierzą w to, że taki system długo jeszcze pociągnie, nie mają żadnej długoterminowej wizji, kradną, póki się da, reagują na wydarzenia w perspektywie krótkoterminowej, nierzadko nie wiedzą już co robić i robią byle co.

Jednak w toku trwającej cztery dekady neoliberalnej bonanzy zgromadzili władzę i przywileje, za sprawą których przyzwyczaili się do osiągania zawsze tego, co chcą – przez wpływ na powstawanie prawa, przez wpływ na ustawodawców, przez dogadywanie różnych rzeczy na imprezach z właściwymi ludźmi, przez zaprzyjaźnionych dziennikarzy, opiniotwórcze media, które przejęli na własność, sondaże opinii, itd. W rezultacie charakteryzuje ich toksyczne połączenie aroganckiej pewności, że wszystko mają pod całkowitą kontrolą z brakiem troski o to, żeby przynajmniej dobrze ukrywać swoje machinacje i nie wyglądać na zewnątrz na oszustów i złodziei na kolosalną skalę.

Pierwszy raz to się rypło, kiedy brytyjski premier David Cameron wyobrażał sobie, że wszystko ma pod kontrolą. Że rozpisze referendum, że z góry wie, jaki będzie wynik. Cała klasa polityczna, elity mediów, kultury i biznesu zjednoczyły się w jednogłośnym przekazie, że jest tylko jedna sensowna decyzja. No więc społeczeństwo wyczuło pierwszą od dawna możliwość zemsty na elitach, uderzenia w nie w sposób, który je zaboli.

Clinton wyczekiwała końca drugiej kadencji Obamy w przekonaniu, że teraz to już naprawdę jej kolej, i że prezydentura jej się należy jak psu buda. Otaczała ją rozbudowana, ale głęboko nawzajem z sobą powiazana klika niezwykle wpływowych osób, od dziesięcioleci umoszczonych w i wokół instytucji najwyższej władzy w Waszyngtonie. Klika ta dzieliła to przekonanie Clinton, bo każdy i każda z jej członków awansowałby dzięki temu w tej strukturze o jedno oczko. Z ujawnionych maili szarej eminencji Partii Demokratów, Johna Podesty, Thomas Frank wyczytał, jak to strukturalnie działa. Od samego początku, za fasadą wewnątrzpartyjnych prawyborów, szczyty władzy Partii Demokratycznej, Wall Street i military-industrial complex zakładały, że następna będzie Clinton. Że to się jej i im wszystkim należy. Miała to w rzeczywistości być bardziej monarchiczna sukcesja, intronizacja; wybory miały tylko „zatwierdzić” wybór plutokratów, uszlachetniając go pieczęcią „demokracji”.

Zupełnie nie obchodziło ich to, jak bardzo niepopularną polityczką jest Clinton, jak kompromitujący jest jej dorobek, ani ile nowych obciążających ją informacji – na temat Libii, Syrii, Hondurasu, Izraela, saudyjskich pieniędzy w Clinton Foundation – każdego tygodnia na jej temat wypływało.

Prawybory, tradycyjnie sposób, w jaki obydwie główne partie w USA wyłaniają swojego kandydata do wyborów prezydenckich, odbywały się od początku w warunkach spisku szczytów władzy w partii (Democratic National Committee), w którym to spisku chodziło o to, by zmarginalizować jakąkolwiek konkurencję dla Hillary Clinton, a przede wszystkim – jak się szybko okazało – bez porównania od niej popularniejszego senatora Berniego Sandersa. Przyjaciele Clinton w największych mediach, od CNN po „New York Times” i „The Washington Post”, dbali o to, żeby Sanders nie jawił się nigdy jako poważny kandydat, by cieszył się tylko ułamkiem miejsca bądź czasu antenowego, był krytykowany za byle co, podczas gdy żaden skandal nie groził Madame Clinton trudnymi pytaniami, nie mówiąc już o krytyce. Wszystkie chwyty przeciwko Sandersowi były dozwolone. Nie tylko minimalizowanie jego obecności w serwisach informacyjnych wielkich mediów, ale nawet rzucane na wszystkie strony insynuacje, że jego zwolennicy są mizoginami, którzy nie znoszą Clinton, bo jest kobietą. Warto odnotować, że Sanders mógłby grać w ten sam sposób, oskarżając Clinton lub jej zwolenników o antysemityzm (choć ateista, pochodzi z rodziny żydowskiej). Sanders nigdy się do tego poziomu jednak nie zniżył. Spisek ten doprowadził ostatecznie do wyeliminowania Sandersa i nominacji Clinton. Wyszedł na jaw dzięki WikiLeaks.

Ale to właściwie jest i tak mniej szokująca część tego skandalu. Ponieważ to kampania Clinton w międzyczasie wymyśliła z jej przyjaciółmi w największych stacjach telewizyjnych i tytułach prasowych, żeby pomóc wykreować na kandydatów do nominacji Partii Republikańskiej jej największych oszołomów – Donalda Trumpa, Teda Cruza, Bena Carsona (nie ma się co oszukiwać, konkurentów Trumpa do tej nominacji dzieliła od niego różnica stopnia, nie rodzaju). Grano na to, że są oni tak obłąkani w swoim reakcjonizmie, że gdy uda się któregoś z nich wykreować, kampanii przeciwko nim nie będzie się dało przegrać. Kampania Clinton szalała z radości, gdy na czoło zaczął się wysuwać Trump. Przecież tak komiksowy przeciwnik nigdy nie wygra z tak doświadczoną wyjadaczką, tak „racjonalną” polityczką jak Clinton, prawda? To był przedmiot drwin w Simpsonach już kilkanaście lat temu, no nie? To się przecież nie wydarzy w rzeczywistości? Wymarzony przeciwnik! To kampania Clinton w znacznym stopniu stworzyła Trumpa, bo wydawał się niewybieralny.

Gdy okazało się, że szanse Trumpa nie przestają rosnąć, cały establishment połączył się w jednogłośnym poparciu dla jedynej słusznej kandydatki, do tego stopnia, że nawet większość republikańskich członków Kongresu poparła Clinton. Nawet rodzina Bushów, republikańscy reakcjoniści par excellence. Chyba tylko trzy tytuły prasowe poparły Trumpa. Nawet radykalnie prawicowe, zawsze prorepublikańskie pisma poparły Clinton. Krytykowanie Clinton czy zadawanie jej trudnych pytań stało się niemal bluźnierstwem dla wszystkich dużych telewizji z wyjątkiem chyba tylko najbardziej prawicowego kanału Fox News. Clinton tymczasem uwikłana była w tyle skandali i zbrodni (śledztwo FBI w sprawie używania prywatnego serwera do służbowej komunikacji na wymagającym najwyższych standardów bezpieczeństwa stanowisku państwowym; rola odegrana w Libii i Syrii; obalenie prezydenta Zelayi w Hondurasie; darowizny od Saudów, o których reżimie od dawna wiedziała, że sponsoruje Państwo Islamskie, itd), że kreowanie jej na polityczną świętą zaczęło wyglądać jak kpina w żywe oczy.

Miliony Amerykanów zdały sobie w pewnym momencie sprawę, że tu nie chodzi już o demokrację, a o koronację – koronację oblubienicy elit, które chcą tylko przyklepania swojej decyzji. Podobnie jak Brytyjczyków w przypadku referendum o Brexicie, Amerykanów ostatecznie zalała krew, która im się podnosiła z różnych powodów już od dłuższego czasu. Postanowili powiedzieć Fuck you, enough is enough! Wszystko, byle nie kolejna żmija z tego samego gniazda. Lepsza agonia gwałtownych spazmów pod rządami nieprzewidywalnego szarlatana, niż kolejna dekada nieznośnego status quo pod rządami tej niezatapialnej familii. Zrozumieli, że skoro elity zjednoczyły się wokół Clinton niemal jednogłośnie, i gotowe są ukrzyżować każdego, kto kwestionuje niepokalane poczęcie Madame Clinton, tzn. że Trump jest tym pierwszym od dziesięcioleci kamieniem, który mogą cisnąć w to kłębowisko żmij i je naprawdę rozpędzić, pokrzyżować im plany, sprawić, że zwrócą uwagę na istnienie kogoś innego niż one same. Albo przynajmniej to uderzenie je naprawdę zaboli.

Wielu próbuje zdyskredytować interpretacje o antyestablishmentowym charakterze głosu na Trumpa tym, że on sam jest przedstawicielem tego establishmentu. Jest milionerem-dziedzicem, jest permanentnym telewizyjnym celebrytą. Ale to jest słaby argument. Prawie cały establishment, włącznie z jego własną partią, aż po rodzinę Bushów, zjednoczył się przeciwko niemu, prawie wszystkie media zjednoczyły się przeciwko niemu. Pochodzi z elity ekonomicznej, ale nie politycznej – nie ma za sobą historii pełnienia urzędów, nie przeszedł przez żadne rites de passage właściwe karierom polityków profesjonalnych. On sam zrobił wszystko, żeby przegrać te wybory! W warunkach amerykańskiego systemu wyborczego, który wymaga tak wielkich środków na kampanię wyborczą i stuprocentowy outsider nigdy nie przekroczyłby progów dostępu, to było as close as you can get. A ponieważ sam Trump wcale nigdy nie chciał być prezydentem, to nawet on został w ten sposób poniekąd, tym samym kamieniem, uderzony. Bo Trump nie znajdzie się tam w swoim żywiole. I prezydentura może się okazać jego „momentem Escobara”, tym punktem, w którym wielka burżuazja jego kraju przestanie go tolerować i zjednoczy się w nieustannych spiskach mających na celu jego usunięcie, na które oczywiście zasługuje.

Tak, poparł go Ku Klux Klan, głosował na niego najgorszy rasistowski element amerykańskiego społeczeństwa, ale oni stanowią tylko część jego zwycięstwa. Był najbardziej nielubianym kandydatem, jakiego kiedykolwiek wystawiła Partia Republikańska. Podobnie jak Clinton w przypadku Partii Demokratycznej. Tak jak Clinton bardziej niż jakichś swoich szczerych wielbicieli, dostała w większości głosy ludzi nienawidzących Trumpa bądź nim przerażonych, tak Trump dostał miliony głosów ludzi, którzy nie mogli zdzierżyć wizji niekończącej się dynastii Clintonów w Białym Domu. Trump nie porwał za sobą milionów. Wygrał siłą niechęci do Madame Clinton i wszystkiego, co ona sobą reprezentuje – traktatu NAFTA, Wall Street, wieczorków z Goldman Sachs, list mailingowych wierchuszki Citigroup, pieszczot ze strony przemysłu zbrojeniowego. Trump zdobył mniej głosów niż kandydat Republikanów w poprzednich wyborach, Mitt Romney (który wtedy przegrał, z Obamą). Wygrał bowiem nie tylko głosami głosujących, ale też odmową oddania głosu przez kilka milionów ludzi, którzy wcześniej głosowali na kandydatów Demokratów. Clinton straciła bowiem kilka milionów głosów w stosunku do Obamy cztery lata temu. Frekwencja była najniższa od lat. Odmowa głosowania to też jest głos odrzucający oboje kandydatów. Nigdy wcześniej nie oddano tak wielu głosów przed czasem, pocztą – dziennikarka Barbara Ehrenreich zauważyła, że świadczy to o tym, jak bardzo Amerykanom chciało się rzygać od tego wszystkiego, jak bardzo chcieli mieć już za sobą całą tę haniebną kampanię i wybór między dżumą a cholerą.

Tak, rasizm i mizoginia ekspolodowały, ale nie wyjaśniają, dlaczego miliony ludzi wolały oddać pole rasistom i upić się albo oglądać telewizję, niż głosować na Madame Clinton. Przez wiele lat będziemy słyszeć, że fantastyczna liberalna feministka Madame Clinton przegrała, bo Amerykanie nienawidzą kobiet, ale może ludzie nienawidzą też skorumpowanych zbrodniarzy wojennych opłacanych przez przemysł zbrojeniowy?

Większość białych kobiet, które głosowały, głosowała na Trumpa. Niektóre z nich są rasistkami, nierzadko nieświadomie, niektóre zinternalizowały mizoginię patriarchalnego społeczeństwa i traktują ją jak pogodę, ale aż tyle? Wśród kobiet bez wyższego wykształcenia, z czego mniemać można, że reprezentują klasę robotniczą, miażdżąca większość głosowała na Trumpa. A może część z nich ma nastoletnich synów, a ponieważ rodzina nie ma pieniędzy, a w mieście upadł wszelki przemysł, jedyną ekonomiczną perspektywą dla tych synów jest zaciąg do wojska? I takie kobiety miały do wyboru Hillary Clinton, która na pewno wyśle ich na wojnę, i Donalda Trumpa, który mówi mówi trzy po trzy, i nie wiadomo, co zrobi, czyli przynajmniej jest jakaś szansa, że nie wyśle ich na wojnę. I takie kobiety budziły się w środku nocy zlane potem, bo śniły im się ciała ich synów przysłane w trumnach z któregoś z frontów otworzonych przez burżuazyjną feministkę Madame Clinton. Gdybym był taką kobietą, to bym zagłosował na Trumpa. On przynajmniej, jak dotąd, nikogo nie zabił.

Clinton straciła głosy latynoskie, które wcześniej padały na Obamę. Prawie jedna trzecia Latynosów, którzy poszli do głosowania, zagłosowała na Trumpa. Pomimo iż byli przedmiotem jego rasistowskiego szczucia, pomimo iż zapowiedział mur na granicy z Meksykiem i masowe deportacje „nielegalnych”! To jest jedna z najbardziej szokujących miar skandalu, jaką było wystawienie przez plutokratów jako ich faworyty Madame Clinton. Miliony amerykańskich Latynosów wolały same cierpieć dyskryminację i prześladowania w Stanach Zjednoczonych pod rządami Donalda Trumpa, niż skazać kraje swojego pochodzenia na reinscenizacje Hondurasu. Hillary Clinton, jako sekretarz stanu w administracji Obamy, pomogła tam obalić prezydenta Zelayę (bo chciał podnieść płacę minimalną) i zamieniła ten kraj w piekło na Ziemi.

Nastąpiła po tych wyborach erupcja bezwstydnego rasizmu. Ale kto wie, czy historycy, pisząc o paradoksach roku 2016, roku, po którym nic już nie było takie jak przedtem, nie będą mówić i o tym, że był to moment, w którym miliony amerykańskich rasistów dziwnym zbiegiem okoliczności pomogły uchronić świat przed III wojną światową, a przynajmniej przed jej wybuchem już w 2017 roku, na osi NATO-Rosja?

Król jest nagi

Oczywiście, naiwną jest wiara w to, że po takim szoku następne może być już tylko zwycięstwo prawdziwej, socjalistycznej lewicy, niemal automatycznie. Niektórzy żywili takie przekonanie w Niemczech, gdy Hitler doszedł do władzy w 1933. Zwycięstwo populistycznej prawicy może otworzyć okres jej dłuższego panowania i przekształcania aparatu państwa w stronę coraz mocniejszego autorytaryzmu lub faszyzmu.

Jak na protofaszystę, Trump będzie jednak słabym prezydentem. Nie ma prawdziwego programu, tylko zestaw haseł. Jest nieprzygotowany do sprawowania jakiegokolwiek urzędu, a otoczy go wkrótce mgławica ludzi o wiele bardziej doświadczonych i utalentowanych politycznie od niego. Będzie mnóstwo przeciągania liny, kuluarowych konfliktów, spisków, wszystko to będzie poważnie spowalniało realne działania tej administracji. Trump niby ma republikańską większość w Kongresie, ale ta większość to głównie jego wrogowie: ludzie, których obraził, albo którzy obrazili jego. Osobiste urazy to poważna przeszkoda dla jakiejkolwiek współpracy w przypadku człowieka, któremu wszystko sprowadza się do jego własnego ego. Jako człowiek, którego personę wykreowała telewizja, Trump wyobraża sobie świat jako konstelację ekranów, po których przesuwają się złożone z migoczących pikseli wizerunki-awatary, a w nowym sezonie można wstać z martwych w zupełnie nowym show. Zderzy się z realiami twardej władzy. Jestem pewien, że pierwsze dyskretne spotkania tych, którzy już zaczynają szukać na niego haków i sposobu na impeachment, odbędą się jeszcze przed styczniową inauguracją jego prezydentury.

Nie jestem wielbicielem amerykańskiego społeczeństwa, ale u większości Amerykanów, których w życiu poznałem, zwracał moją uwagę wpisany głęboko w ich habitus impuls antyautorytarny. To nie zawsze jest najmądrzejsza ich właściwość, bo to przez nią zawsze tak łatwo łykają propagandowe opowieści o dyktatorach, z którymi ich rząd wybiera się na wojnę albo chce dokonać „wymiany reżimu” innymi metodami. Ale wreszcie będą mogli zrobić z tego impulsu dobry użytek. Przewiduję lata niezwykle intensywnej mobilizacji różnych formacji lewicujących, a w przypadku Afroamerykanów to pewnie na skalę nieznaną od czasu Czarnych Panter. Wielu Amerykanów dopiero teraz zrozumie prawdziwą naturę amerykańskiego państwa, amerykańskiego imperium i amerykańskiego kapitalizmu. Wielu prostodusznych liberałów będzie zmuszonych wyjść z cieplutkiej bańki swojego wiecznego centrum i opowiedzieć się za pewnymi sprawami konkretnie.

Donald Trump w Białym Domu oznacza, że król jest nagi.

Że nie da się już dłużej ukrywać, do jakiego stopnia amerykańskie państwo i amerykański kapitalizm ufundowane są na rasizmie i rasitowskiej przemocy. Że Imperium Dolara jest państwem zbójeckim utrzymującym się z plądrowania reszty świata. Najpiękniejsze uśmiechy najpiękniejszego prezydenta Obamy nie będą nas już w stanie wieść na pokuszenie. Wszystko leży przed nami, wyłożone jak kawa na ławę.

Trump powiedział, że deportuje od dwóch do trzech milionów nielegalnych imigrantów. To dokładnie tyle, ile deportował Obama. Trump jest jawnym, bezwstydnym rasistą. Obama jest czarny; a jednak tempo inkarceracji młodych czarnych mężczyzn nie spadło w USA pod jego rządami ani o promil, bezkarna przemoc policji strzelającej do czarnoskórych Amerykanów za noszenie kaptura czy drobne wykroczenia drogowe eksplodowała, bez żadnego przeciwdziałania ze strony Białego Domu, do tego afroamerykańskie społeczności nawet jeszcze bardziej zubożały. Trump powiedział, że będzie rejestrował żyjących w USA muzułmanów, ale amerykańki rząd od dawna ich już śledzi na wiele różnych sposobów, zadłużając się zresztą w zakresie ekspertyzy u rządu zaprzyjaźnionego Państwa Izrael, i tylko dzięki temu, że Obama jest sam przez rasistowską prawicę oskarżany o bycie agentem „islamizmu”, nikt na to nie zwracał uwagi. Trump powiedział, że nie wierzy w globalne ocieplenie (chociaż już zaczął zmieniać zdanie). Clinton powiedziała, że wierzy, ale protestujących w rezerwacie Standing Rock olała z góry na dół, i gdyby została prezydentką, to czekałaby cierpliwie, aż policja rozpędzi ich lub wystrzela, i „hard working people” z przemysłu wydobywczego będą w końcu mogli zacząć kopać i wiercić bez przeszkód. Jeśli Trump będzie miał do dyspozycji autorytarne środki sprawowania władzy, to tylko dlatego, że odziedziczy je po administracji Obamy, w tym rozwiązania wprowadzone przez niego autorytarną metodą prezydenckich dekretów (executive orders). Bo choć Obama swoją pierwszą kampanię wygrał m. in. na hasłach obiecujących odwrócenie polityki autorytarnej koncentracji instrumentów arbitralnej władzy w rękach prezydenta, praktykowanej przez George’a W. Busha, to nie tylko nic z tych obietnic nie spełnił, ale posuwał się coraz dalej w tym samym kierunku. Teraz, kiedy wiemy już, że następnym prezydentem zostanie Donald Trump, Obama explicite odmówił cofnięcia executive orders, na podstawie których eskalował proceder wojny przy użyciu dronów. I tak dalej.

Z prezydentem Donaldem Trumpem trudniej będzie się reszcie świata oszukiwać, że Stany Zjednoczone są „liderem wolnego świata”, oparciem porządku światowego, gwarantem jego bezpieczeństwa i ostoją jego stabilności. Nigdy nie były, ale elity, przyssani do wiecznego środka mainstreamowi intelektualiści, czasem całe społeczeństwa, lubiły sobie wmawiać takie pierdoły. Z prezydentem Trumpem w Białym Domu skończyły się wymówki, skończyły się usprawiedliwienia. Król jest nagi. Kraje globalnego Południa być może zdążą teraz zdać sobie sprawę z powagi sytuacji i zmobilizują się w dziele intensyfikacji sojuszy ekonomicznych i militarnych obliczonych na obejście Stanów Zjednoczonych lub wręcz otwarcie przeciwstawionych patologicznej potędze Waszyngtonu, nastawionych na wspólną obronę przed tą patologiczną potęgą. Skupią się w sojuszach z Chinami, Brazylią, Rosją. Europa może w końcu obudzi się ze swojego przyssania do kaprysów i interesów Waszyngtonu i zada sobie poważne pytania o swoje międzynarodowe lojalności i o swoją doktrynę bezpieczeństwa, póki co bezwstydnie zaciągniętą na służbę łupieżczych wojen Waszyngtonu, ukrywanych pod rzekomo obronnym charakterem Paktu Północnoatlantyckiego. Od wielu lat Brazylia, Indie, Japonia i Niemcy dążyły do reformy Rady Bezpieczeństwa ONZ. Te cztery kraje, najlepiej pospołu z Republiką Południowej Afryki, powinny niezwłocznie zostać stałymi członkami Rady i cały świat powinien się zjednoczyć w przyznaniu im tam miejsca, by zmniejszyć zagrożenie, jakie dla ludzkości stanowi quasi-terrorystyczna kontrola USA nad tym ciałem, i nad ONZ w ogóle. Prezydent Ekwadoru Rafael Correa zasugerował niedawno, że zwycęstwo Trumpa może na zasadzie reakcji wzbudzić nową falę lewicowych mobilizacji w Ameryce Łacińskiej i odwrócić powrót neoliberalnej prawicy do władzy w wielu krajach regionu (administracje Temera w Brazylii i Macriego w Argentynie grały jednoznacznie na zwycięstwo Clinton). I tak dalej.

Z podważającym naukowe ustalenia dotyczące nieodwracalnych, antropogenicznych zmian klimatu Donaldem Trumpem w Białym Domu musimy się wreszcie obudzić i zdać sobie sprawę, jak niewiele mamy czasu, i jak wielką częścią problemu są Stany Zjednoczone. To najbardziej marnotrawcza gospodarka w dziejach świata, zużywająca większość energii, surowców i innych zasobów planety, emitująca większość zanieczyszczeń, pomimo iż USA stanowią tylko 4,4 % ludzkości. Kolejna dekada neoliberalnego status quo w Waszyngtonie, którą miała rozpocząć prezydentura Madame Clinton, stanowiłaby w najlepszym razie spokojny spacer ku krawędzi osuwającego się urwiska. Madame Clinton oficjalnie uśmiechałaby się przed kamerami CNN z egzemplarzem porozumień z Paryża, a za zamkniętymi drzwiami, u swoich przyjaciół z Goldman Sachs i Citi, nadal o ekologicznych działaczach mówiłaby, że „they should get a life”. Madame Clinton pozwoliłaby swoim przyjaciołom i sponsorom z przemysłu wydobywczego i energetycznego kopać, wiercić i spalać na potęgę, jednocześnie wykonując drobne kroczki we właściwym kierunku, jakbyśmy mieli jeszcze sto lat na rozwiązanie problemu, który grozi nam naszym własnym wyginięciem jako gatunku. Nie mamy stu lat na rozwiązanie problemu. Mamy raczej sto dni. 2016 będzie wkrótce ogłoszony najgorętszym rokiem, odkąd prowadzone są pomiary, kilka miesięcy z rzędu przebijało rekordy poprzednich miesięcy jako najgorętsze miesiące, odkąd prowadzone są pomiary. Za pięć lat sześćdziesięciu procent gatunków dzikich zwierząt dziś jeszcze żyjących może już z nami nie być. Być może wśród tych, których już nie będzie, będą kluczowe dla reprodukcji flory, a więc i naszego przetrwania, pszczoły. Z prezydentem Trumpem w Białym Domu może się w końcu obudzimy i zdamy sobie sprawę z powagi sytuacji.

Eklektyczna mieszanina przypadkowych rozwiązań ekonomicznych, które prawdopodobnie zastosuje administracja Trumpa (na ile da się cokolwiek w tej sprawie przewidzieć), złożona zapewne z cięć podatków dla najbogatszych przyjaciół Trumpa i jego własnej rodziny, przypadkowych gestów inwestycji i wydatków publicznych obliczonych na utrzymanie poparcia elektoratu, oraz gestów protekcjonistycznych i prawdopodobnych wojen celnych z Chinami, doprowadzi do kolejnej fali recesji w Stanach Zjednoczonych. Z uwagi na gospodarcze znaczenie Stanów Zjednoczonych, recesja ta uderzy w resztę świata. Ale to wcale nie znaczy, że gdyby nie Trump, udałoby się takiego uderzenia uniknąć. Kapitalizm jest w strukturanym kryzysie akumulacji, osuwa się po opadającej krawędzi fali Kondratiewa, elity finansowe i polityczne od 2008 tylko „kupowały czas”, a więc kolejne tąpnięcia całego systemu są tak czy owak nieuniknione. Nie jest kwestią, czy one nastąpią, tylko co konkretnie będzie tąpnięć tych akceleratorem. Gdyby Trump nie wygrał wyborów, to niewiele później wywołałoby je coś innego, np. włoski system bankowy, który od dawna trzyma się już tylko na słowo honoru, albo Brexit. Dzięki katastrofie, jaką jest Trump, Stany Zjednoczone mogą być pierwszą i największą ofiarą najbliższego tąpnięcia, to z kolei może zmniejszyć ich przewagę nad resztą świata, i zanim arcyksiążęta ich przemysłu wojny odzyskają kontrolę nad swoimi sprawami, utraconą wskutek przegranej obstawianej przez nich Madame Clinton, USA będą znacznie słabszym państwem, niż nim są przed takim załamaniem. Kto wie, czy pod koniec tego cyklu, ze względu na koszty, nie będą zmuszone zwinąć części swoich baz wojskowych i sprzedać innym państwom ich wyposażenia. Świat, w którym np. Chiny (same lub z konstelacją sojuszników zdobytych wskutek mobilizacji elekcją Trumpa) dorównują potęgą Stanom Zjednoczonym, posiadając zdolność stawania wpoprzek ekspansywnym aspiracjom Waszyngtonu, natychmiast stałby się światem bezpieczniejszym dla całej ludzkości.

Stany Zjednoczone nie są źródłem ani częścią rozwiązania. Stany Zjedoczone są problemem. Stany Zjednoczone nie są światowym policjantem. Stany Zjednoczone są światowym zbójcą. Stany Zjednoczone nie są gwarantem bezpieczeństwa. Stany Zjednoczone są największym zagrożeniem. Stany Zjednoczone nie są podstawą światowego ładu, są źródłem niestabilności, powodem chaosu. Stany Zjednoczone nie są żywicielem światowej gospodarki, są pasożytem żerującym na reszcie świata, drapieżnikiem dziesiątkującym resztę świata. Z Donaldem Trumpem w Białym Domu wszystko to staje się jasne i proste.

Obiektwny kolektywny heroizm subiektywnych rasistów

To wszystko wciąż oznacza ogromne koszty ludzkie w samych Stanach Zjednoczonych: koszty kryzysu ekonomicznego, koszty prześladowań Afroamerykanów, muzułmanów, Latynosów, gejów, kobiet, które są w najbliższych latach niemal pewne. To wszystko wciąż oznacza ogromne ryzyko – że mimo ludowych mobilizacji politycznych Stany Zjednoczone szybko osuną się w stronę państwa jawnie już faszystowskiego, które zdusi wszystkie formy oporu i powysyła lewicowych działaczy, pospół z muzułmanami i Czarnymi, do obozów koncentracyjnych. Oczywiście, gra na to, że „im gorzej, tym lepiej”, jest ogromnie ryzykowna, i w większości kontekstów okazała się niesłuszna politycznie. W tym wypadku niesie ogromne ryzyko dla samych Amerykanów. Ale ci, którzy jak Mehdi Hasan (z całym szacunkiem dla tego znakomitego dziennikarza), oskarżają Slavoja Žižka, że on sobie może tak mówić, bo to nie on (biały, zamożny mężczyzna), zapłaci cenę, ignorują to, że zwycięstwo Hillary Clinton też miałoby swą cenę, znacznie wyższą. Za prezydenturę Trumpa zapłacą Latynosi w USA, którzy cierpieć będą wzmożoną dyskryminację i różne formy przemocy przez kilka lat. Za prezydenturę Clinton zapłaciliby wszyscy inni Latynosi, gdyż Clinton obstawiłaby całą Amerykę Łacińską prawicowymi juntami, na wzór tego, co już zrobiła w Hondurasie. Za prezydenturę Trumpa cenę zapłacą muzułmanie, którzy żyją w USA. Za prezydenturę Clinton zapłaciliby muzułmanie wszędzie indziej, gdyż na pewno nie powstrzymałaby się ona przed obróceniem w perzynę kolejnych muzułmańskich krajów, na wzór tego, co już zrobiła w Libii i Syrii. I tak dalej. Więc równie dobrze Žižek mógłby odpowiedzieć Hasanowi, że to on może sobie tak mówić, bo jest zamożnym dziennikarzem żyjącym bezpiecznie w Wielkiej Brytanii, a nie w kraju, który zapłaciłby cenę za prezydenturę Clinton.

Stany Zjednoczone nie są problemem samych tylko Amerykanów. Stany Zjednoczone są problemem całej ludzkości, są garbem, nowotworem, superpasożytem ciążącym na nas wszystkich. Upadek Stanów Zjednoczonych sam w sobie nie gwarantuje jeszcze wyzwolenia ludzkości, niemniej jednak jest tego wyzwolenia warunkiem sine qua non; nie dożyjemy jako gatunek XXIII wieku, jeśli nie zdławimy ekscesu władzy, jaki Stany Zjednoczone mają nad Ziemią. Donald Trump oznacza bezprecedensową szansę na początek końca Imperium Dolara, także dlatego, że wepchnie je w ekonomiczne tarapaty rokujące nadzieję na koniec amerykańskiej hegemonii.

Dlatego posunę się do tego: Amerykanie zostali przez swoich plutokratów i swoją klasę polityczną postawieni przed wyborem między dwiema katastrofami. Katastrofą, która uderzy przede wszystkich w nich (Trump) a katastrofą, która ich tymczasowo ocali, ale uderzając w resztę ludzkości (Clinton). I kiedy wszyscy myśleli, że uratują własne skóry po grzebiecie reszty ludzkości, oni postanowili zrobić coś zupełnie niespodziewanego. Woleli zaszkodzić sobie. Aż się prosi, by przywołać, odwracając jednocześnie zwyczajowe dla niej wektory wartościowania, pewną stalinowską konstrukcję retoryczną. Subiektywnie wielu głosujących na Trumpa kierowało się najniższymi pobudkami – rasizmem, seksizmem, homofobią. Ale obiektywnie złożyli się na bezprecedensowy, paradoksalny akt kolektywnego heroizmu. Obiektywnie odsunęli w czasie katastrofę, która miała uderzyć w resztę świata, przejmując uderzenie na siebie. Nie dlatego, że Donald Trump jest pacyfistą, że jest w jakikolwiek sposób lepszy od Hillary Clinton (oczywiście, że nie jest), ale dlatego, że jego zwycięstwo kompletnie skołowało plutokratów Waszyngtonu i Nowego Jorku, pomieszało szyki amerykańskiemu przemysłowi wojny – pomieszało plany nawet samemu Donaldowi Trumpowi (bo nigdy nie chciał wygrać). Nie, nie ma się co łudzić, że katastrofa została zażegnana. Partia Wojny będzie próbowała odzyskać kontrolę nad sytuacją, nawet jeśli Trump szczerze chce z Rosją ubić jakiś interes niż pójść na wojnę. Do tego każdy reżim faszyzujący, nawet taki, który większość swojej enegrii woli koncentrować na nadzorze populacji wewnątrz swoich granic, ostatecznie eksploduje (militarną) przemocą na zewnątrz, do której się ucieka, żeby rozładować nieuniknione w ramach projektu faszyzującego napięcia wewnętrzne i ideologiczny trud ich wypierania. Jednak Amerykanie, utrącając hybris Hillary Clinton i jej koterii, wbrew wszelkim oczekiwaniom, dali światu bezcenny prezent w postaci czasu na przygotowanie, na przegrupowanie szeregów, na mobilizację, na przedefiniowanie sojuszy, na zdanie sobie sprawy z zagrożenia, jakie dla ludzkości stanowi Imperium Amerykańskie. Reszta świata musi teraz przejąć piłkę, by ten paradoksalny, raczej niezamierzony, na pewno nieprzemyślany, kolektywny heroizm Amerykanów nie poszedł na marne. Naszym moralnym obowiązkiem jest nie pozwolić na zmarnowanie tej być może ostatniej szansy na nasze wspólne – kolektywne, gatunkowe – ocalenie.

Donald Trump w Białym Domu oznacza, że nie możemy się już dłużej oszukiwać. Jego prezydentura w hegemonicznym państwie kapitalistycznego systemu-świata oznacza, że wszystkie sprzeczności systemu stoją przed nami w całej swoje okazałości – w całym swoim skandalu. Nic nas już nie usprawiedliwia, że tego nie widzimy, ani najbardziej uwodzicielskie uśmiechy przepięknego Baracka Obamy, ani ściema burżuazyjnego feminizmu Madamy Clinton. Burżuazyjna liberalna demokracja umiera tak brzydką śmiercią, bo system ekonomiczny, którego była fasadą, od dawna jest zombie i pragnie byśmy umarli w jego lodowatym uścisku.

Wszystko jest dziś klarowne jak na kartach pism Róży Luksemburg.

Socjalizm albo barbarzyństwo.

Utopia (lewicowa utopia) albo śmierć.

Kapitalizm albo życie na Ziemi, w tym nasze życie (życie ludzi).

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Communists Go to Heaven

On Pan’s Labyrinth (El laberinto del fauno) by Guillermo del Toro (2006)

This essay is a translation of a chapter from my book on Latin American Cinema, Smutki tropików (Tropical Sorrows), originally published in the Polish language (by Książka i Prasa publishing house, Warsaw 2016).

Ofelia is dying. A twelve year old girl of a Shakespearean name draws her last breaths, her head lying inertly on a cold stone paving of the labyrinthine garden, near her fascist stepfather’s house. Her heart is beating its very last. She hears a lullaby, we listen to it with her. We later discover it is sung by Mercedes – a housekeeper working for Vidal, the fascist lieutenant. The images on the screen start moving backwards – the girl’s blood stops trickling and returns instead to her nose. That’s how one of the most beautiful films of the 21st Century’s first decade begins.

Guillermo del Toro (born in Guadalajara in 1964) was already internationally renowned when he directed Pan’s Labyrinth (El Laberintho del Fauno) in 2006. Cronos (1993) and The Devil’s Backbone (El espinazo del diablo, 2001) had already gained him some sort of a following among fans of unconventional horror cinema around the world, and Hellboy (2004) made him yet another Mexican poster child of Hollywood. Yet it was definitely Pan’s Labyrinth that amounted to a true coup de force, catapulted del Toro to the level of one of the most brilliant filmmakers of our time. The film is, in a way, a culmination of his past directorial achievements – aesthetically, his most attractive creation that recaps many a plot and motif from his earlier work, it is both their artistic culmination and their most complete intellectual articulation.

A distance towards distance

In terms of genre it is a hybrid that picks up del Toro’s earlier interests of the sort. A concept of a fairy tale with elements of horror taking place at the time of the Spanish Civil War, with, in the epicentre of the story, a child having to face supernatural forces and the catastrophe of fascism in the social sphere it lives in, grows on motifs known from The Devil’s Backbone. There, however the main character was a boy and the narrative was set during the Spanish Civil War, while in Pan’s Labyrinth Franco had already won and his forces just clean up the place from last soldiers of the lost cause. A fairy tale combined with horror, with a black-haired, black-eyed girl in the midst of it, was already in del Toro’s use in Cronos. Fascism as an absolute evil in a fantasy world set-up is a concept known to us from Hellboy.

At the same time Pan’s Labyrinth is not just a result of a more and more successful juggling of the artist’s favourite motifs. Even if it’s hybrid form is pretty postmodern, it is a dialectic and bravely polemic form of postmodernism, that takes an agonistic position against postmodernism itself. Nobody is ironically blinking his or her eye here when the Truth and the Cause are in play. Nobody is mixing conventions and styles in order to show ‘the fall of grand narratives’ and send them all (those grand narratives) to the trash can of history. On the contrary. Here a girl named straight from Shakespeare’s world (played by Ivana Baquero) will be navigating between reality, myth and magic. But also between the forces of the Enlightenment, progress and human emancipation (the last guerrilla fighters of the defeated Republic) on one hand and Franco’s reactionary forces on the other. All this to end up in Heaven no less, as a reward for protecting her innocent baby brother and his soul from fascists (by passing him on to communists and anarchists). If this is postmodernism, then it is the sort of it that sent his own Liberal Ironist to the trash can. If there is something that the movie is strongly distancing itself from, it is the postmodernist distance itself. In the end, this mélange of horror and fairy tale culminates in a communist mystery play and creed – a communist auto sacramental of a kind.

Scott Lash argues that what differentiates postmodernism from modernism (or modernity/hard modernity, as other theorists would put it) is the moment when various types of texts took over reality and cultural facts dominated material ones[1]. Jean Baudrillard described it as covering of reality by signs, an overproduction of signs, an excess of communication and reality being taken over by signs which often simulate that very reality[2]. Postmodernism juggles randomly chosen elements that are ripped from their varied original contexts and are afterwards used in completely new configurations. It is also founded on the accumulation of cultural texts on one hand and on the other a presumption that on the part of the viewer or the consumer of postmodern cultural production there is a basic level of competence and familiarity with them, a level of accumulated cultural capital (especially in the field of the audiovisual), due to proliferation, omnipresence and the oversupply of texts, symbols, images.

Putting elements of horror into a fairy tale is not just a hybridisation for its own sake, but a consequence of del Toro’s conviction of a continuity between these two genres – a conviction that a horror is an extension of a tale. Pan’s Labyrinth is put in the orbit of a fairy tale[3] not only by fantasy themes and characters included in the film (such as fairies, monsters, chalk-drawn doors, supposedly magical and royal origins of Ofelia), but also by the way the very story is being told (smooth, “flowing” camera work, a lullaby in the soundtrack, etc.). The core structure of the narrative could easily be pinned down along the classical “morphology of the tale” categories proposed long ago by Vladimir Propp[4]. The occurrence that the protagonist is a young girl is also a very fairy-tale-like solution. Fairy tales, as a form deemed less ‘serious’ in political or cosmological terms than epic poetry or myths, often smuggled along much more female agency confined in the modest form of a girl, less suspicious for the status quo of gender relations (Pierre Péju[5]).

A marriage of the fairy tale with the concrete historical situation of Spain in the aftermath of the defeat of the Republic, their mutual intertwining and the navigation of little Ofelia between these two worlds and their ontological orders, are almost spontaneously justified in the film in an intratextual way. Regularly reading tales, the girl creates in her imagination an alternative reality in which she tries to work out her multiple traumas. The recent death of her father; being  pulled out from her previous social environment and – due to decisions made by adults with authority over her life – transferred to a dismal and remote military post of lieutenant Vidal (Sergi López). The latter is the new husband of her widowed mother Carmen (Ariadna Gil), a woman immersed in sorrow. The girl tries to deal mentally with the level of violence in the world around her that she’s been probably seeing ever since she can recall (it’s 1944, 8 years after the start of the civil war, and Ofelia is most likely 12 years old). Almost the entirety of the film (excluding its ending and the very beginning, when the girl lies on the ground in her own blood) is a flashback – del Toro drags us into the story at the moment of Ofelia lying on the cold stone and dying. We may be witnesses of an attempt of making sense of her life and death by herself – a desperate need to which her stilling consciousness clings to. Making sense of one’s life always takes the shape of a narrative. To make sense of one’s life is to shape it as a story and to place this story within a narrative of a grander scope and dimension, with points of reference to professed values and recognised symbols. It is a universal quality of human nature. Human consciousness is a narrative of an individual about him/herself, and about the world he or she knows, as well as his or her place within it.

The use of the fairy tale formula, combined with a girl protagonist reacting with excesses of her imagination to the triumph of fascism in Spain – del Toro is not the first to have had the idea of using such a narrative vehicle. He openly recalls The Spirit of the Beehive (El espíritu de la colmena) by Victor Erice, a brilliant Spanish film from 1973, as one of the main sources of his inspirations[6]. The girl in Erice’s work was played by Ana Torrent, later known mainly due to her appearance in Saura’s Cría Cuervos (1976). She was there accompanied by a sister figure – Isabel.

Genre hybridisation notwithstanding, del Toro engages in one more important plan that is in a large part postmodern (or, to be precise, proper to postmodern culture) – a tendency to turn violence into aesthetics, and to increasingly visualise it in cultural representations, especially of the audiovisual sort. One of the biggest challenges in interpreting Pan’s Labyrinth is reconciling its fairy tale character with its hyper-realistic representation of violence. Whether we in any way may suggest that Pan’s Labyrinth may be suited for children or not, let us just assume that fairy tale, as one of the film’s materials, was/is. We of course can argue that fairy tales are basically and in their majority very brutal and the tendency of ‘cleansing’ the literature suited for children is a very modern way of their modification. The removal of violence from them is no older than the 19th Century, and paralyses some of the pedagogical objectives of fairy tales, as Bettelheim[7] once argued. We may as well argue from the other hand – that the images on the movie screen are potentially incomparably more crushing (or fascinating in an unhealthy way), in terms of their expressive force and emotional influence upon the viewer, than a brief description of the events painted in an oral literary piece. Would we be then just putting an extra hint of ideology in something that just succumbed to “the pressure of visibility”[8] dominating postmodern audiovisual culture?…

But that is not the point here. Jean-François Lyotard once said that postmodern cinema, if it doesn’t want to end in banality, must go over (or beyond) the technological ease with which it can now achieve an impression of reality. The idea in Pan’s Labyrinth is that some key ‘determinants’ or paradigmatic elements of postmodern culture are used here o seduce a contemporary (postmodern) viewer. Such elements as genre hybridisation or juggling conventions along with the ‘visibility’ and aesthetics of violence (in multiplying its images as attraction. They are used here to seduce the viewer and offer him a stance that is in a sharp contrast with the postmodern common sense on different levels. A stance across the postmodern routes to nowhere, turning down those adventures of the postmodern that find their sorry end in its most hopeless impasses.

The perversions of the postmodern stance towards violence are just one of those impasses. The problem with postmodern representations of violence goes two ways. The first one multiplies its visual representations, hoarding them as attractions and turning them into an aesthetic phenomenon that distracts these representations from the urgency of the real problem of real violence, in a sense trivialising it. The other one moralises about it, treating each act of violence as the same evil no matter what exact social conditions lie behind those acts; no matter what are the social ramifications of the perpetrator and the victim of a specific act of violence. Such a moralising reading ignores to what extent this socially naïve, short-sighted ethics is a luxury and an elitist stance. A stance which ranks as one and the same acts of violence perpetuated by oppressors on those whom they control and wish to continue controlling, and an emancipatory act of violence against oppression, or an act of despair by a subject frustrated by their permanent exclusion. It doesn’t see a fundamental difference between violence of the tsar against his people and violence of the people against the tsar. Between violence of an occupying army against civilians and a desperate act of a suicide bomber against the occupying forces. Spectacular aestheticisation and a naïve, apolitical ethicisation of violence are somewhat complementary processes – simultaneous phenomena mutually enforcing each other, leading us deeper into the abyss of misunderstanding social reality we live in, which we’d be better off confronting instead.

Del Toro makes an apparent concession to the pressure for explicit visibility of violence – but he does so just to eventually cut off and bounce away from the double impasse of aesthetics and ethics. Alicja Helman, discussing cinematic depictions of violence, pointed out[9] the difference between multiplying and accumulating attractions and what she calls a rule of fortissimo: a single, distinctive act that aims to achieve the viewer’s shock or catharsis. Del Toro is shockingly, painfully clear in a few moments, in which we can see violent acts on the screen, but there is no way not to admit that the frequency of these acts is rather restrained[10] for a film that is, after all, about a war. It seems, paradoxically, to defy in a deceitful way the imperative of multiplying attractions. What is more important though is that Pan’s Labyrinth distances itself from the simplifications of the ‘ethical’ discourse on political violence. In the Mexican director’s “Spanish” film, it is pretty useless to search for any kind of parity between the violence of fascists led by lieutenant Vidal and the violence of the guerrillas or, say, Mercedes (played by Maribel Verdú, renown for her role in Y tu mamà también).

All of these dialectical ‘yes, but…’, ‘so be it, yet…’ paths pursued by del Toro (relating to the titular labyrinth in which small Ofelia tries to find a way of hers) in the end lead us to probably the most fundamental stakes around the girl. That is, to cut off and transcend postmodern narratives on the end of grand narratives, on that all truths are relative, and on a symmetry of ‘the two totalitarianisms’ of the 20th Century – the brown one and the red one. Del Toro positions himself in a spectacularly brave, nonchalant opposition to the narrative sarcastically summed up by François Cusset, the author of the book La décennie : le grand cauchemare des années 80:

The Gulag can be an invention of Hegel, Nietzsche and Marx. The political horror may be assumed to be the fault of philosophers from the previous century. Critical thought seems totalising because it creates systems, projects of creating a new man and – in the end – finishes with a Gulag.[11]

In the space of the last (let’s say) three decades we have seen a triumph of the ‘moralising’ tendency in the way we see political-historical processes of the 20th Century, eliminating critical political analysis and colonisation of collective memory and historical imagination of the modern man (and definitely the man of the West and its close vicinity). Reality and political processes have been trivialised by being seen through the lens of moral judgements that ignore the specifics and real historical contexts of political processes[12]. The most extreme form of such a tendency is to reduce historical and political valuations to counting the victims of various ‘regimes’. Equating fascism with communism (in a more radical fashion going as far as to the idea that communism was/is worse than fascism) is just one of the effects of such a tendency. For such an idea to succeed it is necessary to blur the objectives, sources and nature of fascism itself – to talk down and clamour down any serious analysis of it with a quasi-religion of fascism as a negative sacrum. To blur the borders between a system that was ready for everything to make the world a better place and a system that was also ready for anything, but to keep everything as it was (everything that was important: ownership, domination and power relations). Our understanding of the 20th Century fascism descended into fantasies about an irrational Absolute Evil, coming from a realm of darkness impossible to comprehend, an evil that is selfless and autotelic. Of course, such an irrational interpretation, balancing on the edge of magical thinking, even though it is the dominant one, will not help us in understanding what actually happened in Europe in the 1930s and 1940s, nor will it help in preventing a repetition of history, that doesn’t necessarily have to come as a farce.

The cinematic and televised representations – especially of the Third Reich – have not been without guilt. Even del Toro in his previous creations (in Hellboy to be precise) reproduced the ideological scheme of fascism as a negative sacrum, a quasi-magical, inconceivable, irrational Absolute Evil. This pattern was less detectable in Devil’s Backbone (because fascism, in a sense, plays there the role similar to a natural disaster, a catastrophe like drought). Paradoxically, even though Pan’s Labyrinth displays a higher intensity of fairy-tale like components, it manages not only to avoid this trap, but also to recognise this problem as a problem.

Good and Evil

How did del Toro arrive to the theme of the Spanish Civil War – first in Devil’s Backbone, and later developed it in Pan’s Labyrinth? When he just started writing Pan’s Labyrinth, he initially thought of placing the plot during the Mexican Revolution. But the Mexican Revolution was a very long and complicated process, with no clear end and with a whole bunch of internal conflicts, factions and political scissions, on the very revolutionary side as well, which the director eventually deemed a much too complicated context to make it an understandable environment for a fairy tale horror[13]. Thus came a shift to the Spanish Civil War, in which it’s crystal clear for everyone, from the beginning to the end, who the good guys and who the bad guys are.

But the Good and Evil in Pan’s Labyrinth have their political colours – they are not just abstract moral or moralistic categories separated from social reality. Which forces represent Good, and which Evil, is a result of their respective political projects, of what they stand for and what political vision for the world of the future (created under a banner of certain values) they fight for.

Vidal, a brutal sadist, along with his Francoist ranks, defends the old power relations, forcing a return to all things past that the Republic tried to transcend. He’s fixated, in a kind of necrophilia, on the death of his father that he had elevated to a grim and overarching phantasm (he worships his father’s watch, fixated on the exact time of his death). He defends a world in which a small class of parasites can carry on dining at an ostensive, wasteful table, discussing at the very same time how to cut food rations for people whose exploitation allows them to thrive (but to cut them just as much so they are still able to work and not drop dead). The believers in the universal equality of the whole of mankind suffer, at Vidal’s hands, from extreme violence. An exaggerated, excessive violence that aims not only to crush and eliminate his enemies, but to crush the power of their symbols (such as one of the slogans of the Republic: ‘No God, no king, no master!’), erase their values that challenge the belief in the naturalness of the inequalities between people. Vidal defends a world in which class domination justified by wealth or superstition (the priest) is criss-crossed by patriarchal domination of men over women and children. For him, his wife Carmen, Ofelia’s mother, has a sole purpose of carrying his offspring, whose male gender he treats as a given, as something obvious. Hence the violent reaction to a question posed by doctor Ferreiro about the reasons for his certainty about the child carried by Carmen being male – the idea that it may as well be a girl questions his own manliness. Vidal orders Carmen to start using a wheelchair not because he worries about her health; her death during labour – another step in the destruction of little Ofelia’s world – will not move him in any way, as long as the baby son survives. He orders the wheelchair to question her subjectivity, subdue her even more, and reduce her to the role of a passive, immobilised incubator for the son she carries for him – who is there to prove his status as a manly man.

At the same time, the old social order, preservation of which is the aim of Vidal’s and Franco’s fascists, is an order of decay, unable to achieve any semblance of growth or even to just stand firmly on its own two feet. Therefore it consciously runs into an intensification and escalation of excessive violence – essential to maintain, in these conditions, the privileges of the privileged. In a decaying (economically shrinking) world, maintaining these levels of privilege is possible only through intensification of exploitation and repression of the subjugated parts of the society. Through extraction of an even higher share in the economic value created by the working majority. A metaphorical image of such a parasitical situation is the fat, froglike monster living off the tree in whose roots it lives – one of the beasts that Ofelia has to encounter on her twisted way to Heaven. The growth of the slimy creature results in the slow withering of the tree which loses necessary, life-maintaining substances to the beast. We find help in interpreting this moment by looking at The Spirit of the Beehive by Erice, already mentioned before as contextually important (one of del Toro’s inspirations). A huge house in which two girls – Ana and Isabel – live along with their parents, is a sign of the class position of their family. It is a position of ever work-shy landowners, spending their time watching bees, walking, and talking late in the evenings about nothing. It is a class position of beneficiaries of Franco’s fascist regime. It is in defence of the position of such people that Franco decided to overthrow the Republic. Ana runs away from her father just as if it was he who directly shot a leftist fugitive that Ana secretly tried to help. This is so because a relationship between the father and the deed exists on the wider level of political responsibility and material interests that fascism stood for. The splendid years of the house seem very much a thing of  the past; signs of a slow but steady decay show all over the place. Irrational fear experienced by the girls is a return of the supressed class violence on which the successful fascist order had been built – but the ruling classes’ rule is a domination within an environment of economic decline. It is a decadent class rule. A specifically fascist, decadent necrophilia of Vidal is its manifestation.

When Ofelia arrives to the underground dining room of the Pale Man (the one with the eyeballs in the palms of his hands), there she finds a pile of children’s shoes. Based on wall paintings around, we can assume that these are what remained from children eaten by the monster. But as viewers, we also have some contextual knowledge of the time when del Toro’s story is set (1944). We connote this not only with the motif of children eaten by beasts, one so often used in fairy tales, but also with a systematic extermination of entire human communities carried out at that time in other parts of Europe on a massive, industrial scale. The images of shoes and other objects left after the victims, we all have them deep in our minds: from history lessons, from school visits to one of the Nazi death camps currently functioning as museums, or from World War II iconography in books or TV documentaries. Del Toro thus presents his Spanish scenery in a wider context of the wave of fascism that swept across Europe in those years. He places fascism back within the frame of rational critique of its nature, function and cause: as a social formation set up in order to protect the parasite classes feeding off the rest of the society in the context of the crisis of capital accumulation so deep that ‘it questioned even the simple reproduction of already existing capital’[14], not to mention the raison d’être of capitalism – never-ending accumulation of capital[15].

The communist and anarchist guerrilla fighters hiding in the forests are the forces of Good, because they represent diametrically different values. They want to disband the world that fascists want to preserve at the cost of excessive violence and exploitation. “No God, no king, no master” is one of their calls. There is no God, no king and no master because all human beings are fundamentally equal and one has an obligation to fight for a world whose social structure will finally reflect the Truth of the equality of all mankind. When they emerge from the forest to see Mercedes they even look beautiful in a totally different way than the aggressively male, expansive Vidal (or Uklanski’s fascists, for that matter). Katarzyna Szumlewicz even compared them, with their huge eyes, to the beauty of elves[16]. There is no place among them for social distinctions, status games or rivalry practices. Women such as Mercedes are fully fledged partners, with whom men fight side by side, upon whom they rely, and for whom crucial objectives determining wellbeing of all their lot are set. (The fact that fascists do not see the possibility that a woman – and especially a woman from the lower social strata – can be an active agent of resistance forces, actually helps the guerrillas a lot). They remain loyal to their ideals – even though nothing seems to indicate that they have any chance of winning. Despite this, they see no possibility of reconciliation with the world in which the primacy and domination of some people over others has once again been legitimised. In his physiognomy and behaviour doctor Ferreiro resembles Miguel – the medic from The Spirit of the Beehive, but differs widely from him in terms of his political stance and axiological choices. Miguel would survive, while Ferreiro puts the loyalty towards values of universalism above his own, individual survival and his own life.

Ofelia, before her death, makes a definitive, radical choice – and chooses the side of Good. Comparing her stance with that of her mother gives us a key to interpreting the choice she made: in contrast to her mother she never got used to accepting injustice. She would instinctively ask why things work this way and not the other (why is the world unjust, when it could be just?). Already at the beginning we get a discreet hint of her leaning: Ofelia, without even thinking, greets Vidal not with her right hand (occupied by a book), but with the left one. Injustice and inequality are things that we may learn, their acceptance is instilled upon us by power relations in which we live – they are social constructs, not natural qualities. At the same time, the stance against inequality and injustice is no child’s naivety, from which we grow up along with gathering knowledge. Ofelia eventually decides to join the guerrilla fighters, after a series of tests, assigned to her by Pan (Doug Jones). In those tests she is forced to ‘check’ her spontaneous intuitions, she is also tempted in false directions (like when the birth of her little brother results in the death of her mother – why should she then care about him and not want him to endure any suffering?). The universalist stance taken by Ofelia is confirmed in a series of consecutive evaluations. They validate the meaning of her position as the only stance worth defending, the only stance to stand ethical tests.

A Communist mystery play

At the end of the film Ofelia dies but is rewarded: she goes to Heaven for saving the soul of her newly born brother from fascists and passing his small, defenceless body onto communists for protection. Yes, on one level this is the magical “Kingdom of her father” she fantasised about while reading fairy tales. But it is, at the same time, deliberately devised to be conflated with the imagery of Heaven. After all, “Kingdom of the Father” is one of the ways Christians used to euphemise it. Ofelia is introduced there by Pan – this finally allows to clear all that mist of ambivalence surrounding him, and exposes the nature and the objectives of the temptations that he had been throwing at the girl (in Propp’s terms then he turns out to be ‘the donor’). In Heaven, on the elevated thrones of kings, her parents await her. Del Toro takes here yet another perverse, dialectical turn. Heaven, as we all know, is a topos from the symbolic order of religion. To assure this association, Ofelia ends up in a strangely theatrical scenery – on a sort of a stage that forces us to remember the grand tradition of Spanish theatre. An important part of it was constituted by plays showcasing allegories of ‘truths of faith’ as defined by the Roman Catholic church. They maintained their huge role on Spanish stages and public spaces even at the time of booming secular theatrical forms in the 17th Century. In the moral universe of the medieval and early-modern forms of religious theatre, good was situated on the right sight of the stage, while evil – on the left. In the modern political sphere, del Toro seems emphasising, this symbolism is reversed – what is on the right (conservative) side is evil, while what is on the left (on the side of ‘the emancipation of humanity’) is good. Concluding his story in such a way, turning everything into a communist auto sacramental, del Toro makes then yet another dialectical twist and turn – equally brave and nonchalant as the previous ones. He questions the political coordinates of contemporary culture, trying to ‘move’ them in his audience’s imagination. Or maybe not so much move them, but rather to shake the distorted compass so that the North returns to its place.

The western conservatives, situated (depending on the context) on different levels of separation from lieutenant Vidal – but still on his side – in a sense appropriated Christianity, its symbols, iconosphere, decorum, institutions and language as their own. As an idiom for legitimisation of the status quo and of distribution of false gratifications that are to compensate for disappointments and frustrations socially generated by the same status quo. They also used Christianity as a weapon in their fight against the left – accused of impiety, of shaking a God-established order, of attempts at destroying the ‘natural’ way of things and ‘natural law’, etc. Using Christianity and its inventory, conservatives enforce their claim to the title of the legitimate carriers of West’s cultural heritage – of everything that is of the highest, most everlasting, constant value, and worth passing onto future generations.

Del Toro, using cinema as his mode of expression, joins all those who question all of that conservative nonsense and who want to win back for the left the role of the legitimate bearer of the Western culture’s values, of all the most beautiful things the West has ever created, still worth taking forward, building upon, reclaiming. This heritage is for him, of course, summed up in the project of the universal community of all people, no matter any accidental differences between them – the differences that, in the end, will finally become irrelevant. With Pan’s Labyrinth, a creation of his incredibly rich imagination, del Toro works upon our (the viewers’) collective imagination – this work is the same task that in other (theoretical and critical) fields of cultural production is being carried out by Alain Badiou, Slavoj Žižek or Terry Eagleton. It is the work that reminds us that if Christianity is indeed one of the sources of western civilisation and at the same time constitutes a legacy that needs to be or is worth defending[17], then this legacy is not the monstrosity into which it institutionally evolved (byzantine splendour and criminal activities of the Vatican, for example). What it is instead is that in its primordial, Paul’s version, it gave birth to an idea of universalism, being the first project of this magnitude aimed at creating the community of all mankind. All mankind in which there would be no Greek nor a Jew, no parent nor a child, no whore nor a thief: for we are all the Same[18]. The conservatives tend to wipe their mouths with Jesus Christ’s name, but it is not them that are the real bearers of this fundamental Cause, the Truth that was driving Paul of Tarsus in establishing the new religion. Its actual bearers are those who do not accept the world in its current form. Those who, like Mercedes, her brother and other guerrilla fighters, like doctor Ferreiro or Ofelia, against all odds, will not rest before social realities are not reconciled with the (Christian, Paul’s, Marx’s, communist) Truth that we all are the Same.

For del Toro, Heaven is for communists, because the communists are those who get serious in taking consequences out of the fundamental project of Christianity, and all of that is worth taking out from it. It is them who take the task of realising Christianity’s (atheist, universalist) great promise and it is them who carry with them the extension of that promise in the form of the values of the Enlightenment. Even if the local priest (a functionary of an institution that snatched the symbols of Christianity for itself) goes to Vidal’s for supper, it is the communists who are ‘the true Christians’ here. Communists don’t need to be understood here in a precise, nominal way as people self-referencing as such, as the forces of the Republic were constituted by an alliance of Marxist, anarchist and syndicalist forces. In Pan’s Labyrinth the guerrilla fighters do not devote their time to naming themselves or defining political differences between various forces of the Republic. Communists (‘the reds’) means here all those who take seriously the radical concepts of human emancipation and equality of all mankind, and therefore demand that these concepts materialise. All of those who committed themselves to ‘the idea of communism’ and ‘the communist hypothesis’ (Badiou); the hypothesis that all men and women are equal and that the world has to – can at last – start to reflect this truth. No matter the historical setbacks that did, of course, happen during historical struggle for these values, no matter ‘the catastrophe of the Truth’ (Badiou again) that was Stalinism, etc.

At the same time, del Toro’s radical cinematic gesture – rejecting postmodern relativism and ironic distance – aims not merely at rehabilitating the lost causes of the past or getting us to remember our responsibility for the ideas that people of the past decided to give their lives for out of commitment to our future. To reject postmodern relativism and postmodern ironic distance is so necessary, as we are confronted today with the same kind of structural crisis of capitalist rationality that last time resulted in the mass destruction of capital and restructuring of the global relations of domination throughout the spasms of World War II (albeit the crisis we face now may be even deeper). We are confronted by a gradual – yet far from being static – fascisation of the social order (the use of drones on a global scale or the breadth of surveillance executed by the American NSA show it is indeed very dynamic). In the so-called liberal democracies as well, and maybe even primarily there. It is happening mainly under the disguise of ‘the war on terror’ and of ‘the defence from terrorist threats’, but also in processes such as expansion of ‘the regime of intellectual property’ (expanding as far as to the appropriation of nature, human genome or the generations-old inventions of traditional societies) and the escalation of sanctions applied for violating the interests of industries involved. A system that is now literally sucking the life out of the planet and its inhabitants; a system not capable of much more than recycling the already accumulated capital in the global speculative casino; corroding, decadent capitalism brings fascism back once again as a model that the management of its affairs leans to.

And no, I don’t think we’d be reading too much into del Toro’s work here. The decadent, decaying, necrophilic character of contemporary capitalism, one of neoliberal globalization, was already a subject of del Toro’s hypnotising metaphor with another little girl at the centre of the story – in a fairy tale horror Cronos[19]. The central prop in that film was a centuries old precise little machine made of gold and shaped like a scorpion that promises eternal youth available to those in the know in a simple, mechanical way. In reality it is a havoc-wrecking parasite accustoming its victims to a ruthless, parasitical exploitation of other human bodies. It gives us all the right to be read as an allegory of neoliberalism, which as an ideology promotes few simple, in fact silly, fundamentals (low taxes, low public expenditure, low deficits, low inflation, low – or ideally none at all – level of market regulation), which, if implemented, would supposedly automatically open the doors to welfare and prosperity to all and every society. In reality though it just pays them a cascade of bloodsucking violence, unrestrained exploitation of people and nature, of the labour force and the natural conditions of its biological existence[20].

The choice we have today once again boils down to the choice between Good and Evil. Between communism and fascism. No, not between ‘liberal democracy’ and ‘totalitarianism’. Between communism and fascism. Whenever we do not choose the former, we help the latter to win – even if, or maybe especially when we think or argue that we choose liberalism (without the neo- prefix) as something supposedly contrary to both of them. As Maurizio Lazzarato tells us:

In liberalism, freedom is always first and foremost the freedom of private property and the freedom of the owners. When these “human rights” are endangered – by crisis, revolt or other phenomena – there is a need for regimes of governmentality other than the liberal one to ensure their continuity […] [The P]arabole that liberalism follows always ends up with the same results: crisis, restrictions on democracy and “liberal” freedoms, and the establishment of more or less authoritarian regimes, depending on the level of intensity of the class war necessary to uphold the “privileges” of private property[21].

Endnotes

[1] See Scott Lash, Discourse or Figure? Postmodernism as a „Regime of Signification”, „Theory, Culture & Society” June 1988, 5: 311-336.

[2] See, among others: Jean Baudrillard, Ecstasy of Communication, [in:] Postmodern Culture, red. H. Foster, London : Pluto Press 1985; J. Baudrillard, Simulacres et simulation, Paris : Editions Galilée, 1981; etc.

[3] For more on fairy tale elements in Pan’s Labyrinth, see: Tanya Jones, Studying Pan’s Labyrinth, Leighton Buzzard: Auteur, 2010.

[4] Vladimir Propp, Morfologia skazky, Leningrad 1928.

[5] Pierre Péju, La petite fille dans la forêt des contes : pour une poétique du conte : en réponse aux interpétations psychanalytiques et formalistes, Paris : Robert Laffont 2006.

[6] Jason Wood, The Faber Book of Mexican Cinema, London: Faber and Faber, 2006, p. 112.

[7] Bruno Bettelheim, The Uses of Enchantment: The Meaning and Importance of Fairy Tales, New York: Knopf 1976.

[8] Eugeniusz Wilk, Presja widzialności. Rekonesans, [in:] Przemoc ikoniczna czy „nowa widzialność”?, ed. Eugeniusz Wilk, Katowice: Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego 2001, p. 49-55.

[9] Alicja Helman in conversation with Marek Handrykowski, Przemoc jako tabu, [in:] Przemoc na ekranie, ed. M. Hendrykowska and M. Hendrykowski, Poznań: Wydawnictwo Naukowe UAM 2001, p. 95.

[10] The scenes in which violent physical aggression harms physical integrity of other persons are: 1. Killing of the father and son captured by Vidal’s men in the forest with two rabbits and an anarchist calendar. 2. Fighting around the derailed train shifting to the heart of the forest (here especially the death of one of the guerrilla fighters finished off by a pistol shot). 3. Torturing of the stutterer – most of the violence he endures takes place outside the frame; although we do see physical violence that he takes from Vidal, at the moment of the first blow there is a cut. We fill the gap when we see his state when he is cared for by doctor Ferreiro. 4. Death of doctor Ferreiro from a shot in the back. 5. Mercedes, trying to free herself from Vidal, stabs him and cuts his cheek. 6. Mercedes’s brother Pedro and his comrades shoot towards Vidal’s men trying to capture her. 7. Vidal kills Ofelia. 8. Communists kill Vidal. It is not much compared to what cinema made us get used to. Besides that there is violence endured by fantastical creatures (a froglike monster inside the tree explodes, Pale Man bites off the heads of two little fairies accompanying Ofelia, and the mandrake root perishes in fire). Some scenes are drastic, without being depictions of violence per se (as with the bleeding of Ofelia’s mother’s womb, an amputation of a leg performed by doctor Ferreiro, or Vidal’s sewing his cheek).

[11] François Cusset in an interview for „Le Monde diplomatique” in 2007.

[12] An excellent remedy for these tendencies is offered by: Sophie Wahnich, La liberté ou la mort: Essai sur la Terreur et le terrorisme, Paris: La Fabrique 2003. English translation: In Defense of the Terror: Liberty or Death in French Revolution, przeł. David Fernbach, London: Verso 2012.

[13] J. Wood, The Faber Book of Mexican Cinema, p. 110.

[14] Piotr Kendziorek, Antysemityzm a społeczeństwo mieszczańskie: W kręgu interpretacji neomarksistowskich, Warszawa 2004, p. 30.

[15] See: Franz Neumann, Behemot. Struktur und Praxis des Nationalsozialismus 1933-1944, Frankfurt am Mein 1998.

[16] Katarzyna Szumlewicz, Jakub Majmurek, „Labirynt Fauna” – baśniowy manifest politycznyhttp://lewica.pl/blog/krytykakultury/15803/, date of access: 4 October 2013.

[17] Slavoj Žižek, The Puppet and the Dwarf: The Perverse Core of Christianity, Cambridge, Massachuesetts: MIT Press 2003; S. Žižek The Fragile Absolute: Or, Why Is the Christian Legacy Worth Fighting For?, London: Verso 2000; Alain Badiou, Saint Paul: La fondation de l’universalisme, 1997.

[18] A. Badiou, Saint Paul.

[19] The film had first ruined del Toro, dragging him into personal debt of $250,000, but then opened for him many doors in Hollywood; doors that he hadn’t been really looking for. See. J. Wood, The Faber Book of Mexican Cinema, p. 42.

[20] Let’s prevent any allegation of over-interpratation by quoting some of del Toro’s own words: „I wanted to show the vampiric relationship between the nephew and the uncle, and, of course, the vampiric relationship between Mexico and the United States. This is why the date in the movie – which we see in a newspaper – is 1997, even though the film was made in 1993. I wanted it to be set in a post-NAFTA Mexico. Ultimately I think that it was very accurate in terms of what happened. That is why all the signs that you see in the street are in Chinese, English and Russian”. J. Wood, The Faber Book of Mexican Cinema, p. 33-34.

[21] Maurizio Lazzarato, La Fabrique de l’homme endetté, Paris: Editions Amsterdam, 2011, p. 84.

Jarosław Pietrzak

translated by Bartłomiej Kozek and Jarosław Pietrzak

(special thanks to Nona, Abigail, Austin, Jerome, Kathryn, Nic)

The essay translated here, originally titled Komuniści idą do Nieba, belongs to my book Smutki tropików: Współczesne kino Ameryki Łacińśkiej jako kino polityczne (Tropical Sorrows: Contemporary Latin American Cinema as Political Cinema) published in the Polish language by Książka i Prasa publishing house (Warsaw 2016, pp. 265-282). For more information about the book – here’s some in Polish, and here in English.

Follow or contact me on Facebook or Twitter.

Twardy Brexit Theresy May

Kim jest kobieta, która po tąpnięciu, jakie wywołało czerwcowe referendum w sprawie wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, wyrosła na liderkę brytyjskiej Partii Konserwatywnej i stała się niespodziewanie twarzą „twardego Brexitu”?

Urodzona w 1956 r. jako Theresa Mary Brasier, córka anglikańskiego pastora, studiowała geografię w Oxfordzie (licencjat w 1977). W 1980 – pracowała wtedy w Bank of England – wyszła za mąż za Philipa Maya, którego poznała jeszcze w czasach studenckich w Oxfordzie. Podobno przedstawiła ich sobie późniejsza premier Pakistanu, Benazir Bhutto. Philip May jest obecnie funkcjonariuszem Capital Group, wielkiej amerykańskiej firmy oferującej zarządzanie inwestycjami. Łączna wartość aktywów pod ich kontrolą to ok. 1,4 biliona dolarów.

W latach 1986-94 Theresa May była z ramienia Torysów radną londyńskiego Merton. Po raz pierwszy do parlamentu wybrana została z okręgu Maidenhead w 1997, kiedy to New Labour pod przywództwem Tony’ego Blaira odsunęła konserwatystów od władzy. Od razu trafiła na przednie ławy opozycji. Dwaj kolejni liderzy Partii Konserwatywnej, William Hague i Ian Duncan Smith, zaoferowali jej stanowiska w swoich gabinetach cieni.

To Theresa May wprowadziła do ogólnego języka brytyjskiej polityki określenie „the Nasty Party”, „wstrętna partia”. W swoim wystąpieniu w czasie ogólnokrajowej konferencji Partii Konserwatywnej w 2002 roku powiedziała, że tak właśnie mówi się wśród ludu o Torysach i dlatego partia musi się zmienić. Taką zmianę partia przeszła następnie pod kierownictwem Davida Camerona, który postanowił zmodernizować jej wizerunek znacząco przybliżając jej dominujący nurt do centryzmu Tony’ego Blaira. To w ramach tego procesu Partia Konserwatywna stała się oficjalnie przyjazna mniejszościom seksualnym i przyswoiła elementy multikulturalizmu i liberalnego feminizmu. Gdy konserwatyści Camerona byli już u władzy (od 2010), za zasłoną moralizatorskiej gadki o tym, że kraj nie może „żyć ponad stan”, kryła się wciąż ta sama polityka klasowego egoizmu i forsowania interesów bogatych kosztem biednych Brytyjczyków. Ale przynajmniej jedno wydawało się być już na śmietniku historii: czasy, w których (jak w latach 60. XX w.) plakaty wyborcze Torysów mówiły „Chcesz Murzyna za za sąsiada, to głosuj na Labour”.

Dziś ta sama May z impetem prowadzi Partię Konserwatywną  z powrotem  w stare koleiny the Nasty Party. Przez zaskoczenie mogło to jednak wziąć tylko tych, którzy dawali się nabrać na wizerunkową fasadę May – zawsze dobrze ubranej, elokwentnej, nieraz nawet dowcipnej.

W obydwu kadencjach rządu Davida Camerona May stała na czele Home Office, tutejszego ministerstwa spraw wewnętrznych. Pełniła tę funkcję od 2010 do 2016 roku, co czyni ją najdłużej urzędującym na tym stanowisku politykiem od ponad sześciu dekad. Jako minister May z jednej strony zwracała się do policji, że coś trzeba zrobić z tym, że tylko 42% populacji Brytyjczyków pochodzenia afrokaraibskiego ma choćby elementarne zaufanie do stróżów prawa, z drugiej kierowała projektem zagęszczania mechanizmów systemowego rasizmu w organizacyjnych ramach aparatu brytyjskiego państwa. Za jej urzędowania narastały problemy przemocy i innych nadużyć w ośrodkach przetrzymujących imigrantów o niewyjaśnionym statusie lub bez prawa do pobytu. Jednym z takich ośrodków (dla kobiet) jest Yarl’s Wood. May konsekwentnie odmawiała upublicznienia szczegółowych danych o sytuacji w Yarl’s Wood, otwarcie mówiąc, dlaczego: żeby chronić komercyjne interesy prywatnego kontraktora prowadzącego ten ośrodek, firmy Cerco.

Jako minister spraw wewnętrznych, May postawiła sobie za punkt honoru „zatrzymać imigrację”. Jej maksymalny poziom miał pod jej butem spaść do 100 tysięcy osób rocznie – w kraju, o którym ostrożne analizy mówią, że imigracja konieczna, by długofalowo utrzymać funkcjonowanie systemów ochrony zdrowia, emerytalnego, kształcenia, itd., musi wynosić co najmniej 140 tys. osób rocznie. Jej Home Office rodziny nieeuropejskich imigrantów o niskich dochodach karało jeszcze za ich biedę, zabraniając im sprowadzić na Wyspy swoje dzieci (wymagany do tego minimalny dochód). Na koniec May wprowadziła próg dochodowy uprawniający przybysza spoza Unii Europejskiej do życia w Wielkiej Brytanii (35 tys. funtów rocznie, znacznie powyżej średniej krajowej). Od razu trzeba było stworzyć listę wyjątków, bo groził brak rąk do pracy w szpitalach. Wprowadzona przez May ustawa z 2016 nakłada na właścicieli mieszkań obowiązek sprawdzania, czy osoby, którym je wynajmują, są w kraju legalnie, i daje im prawo do ich eksmisji na bruk.

Dlatego otwarcie rasistowskie tropy („imigranci, imigranci, imigranci!”), na jakich opiera się dyskurs May, odkąd w lipcu tego roku objęła funkcję szefa rządu, nie powininny być zaskoczeniem dla nikogo, kto obserwując ją wcześniej, zwracał uwagę na coś więcej niż jej garsonki od Vivienne Westwood. Ale paradoksalnie nie świadczy to w przypadku May o żadnym – nawet jeśli niesłusznym, to przynajmniej spójnym – światopoglądzie i wizji politycznej.

Ponieważ jest dopiero drugą kobietą na tym stanowisku, i z tej samej partii co Margaret Thatcher, zaczęto niemal odruchowo porównywać obydwie polityczki. Jak jednak zauważa założyciel portalu OpenDemocracy Anthony Barnett, May bardzo różni się od Thatcher tym właśnie, że jej poprzedniczka poruszała się w ramach jakiejś wewnętrznie spójnej ideologii, trzymała się jakiejś tam wizji politycznej – „w torebce nosiła swój egzemplarz Hayeka”.

Natomiast wewnętrzną polityczną, ideową niespójność May widać najlepiej na przykładzie samego problemu Brexitu. Przed referendum 23 czerwca May była w tym temacie w tej samej fakcji Torysów, co David Cameron: Remain. Zostańmy w Unii Europejskiej. Wystarczyło kilka tygodni, żeby May nie miała wątpliwości: „Brexit znaczy Brexit”, i to od razu „twardy Brexit”.

May nigdy nie przedstawiła jasnej definicji tego, co rozumie przez twardy Brexit, można więc jedynie rekonstruować tę definicję z fragmentów. Twardy Brexit to chyba taki, w którym Wielka Brytania wyjdzie z Unii, porzucając wszystkie swoje zobowiązania, ale będzie się bez pardonu szarpać o zachowanie wszystkich korzyści. Dostęp do wspólnego rynku, ale definitywny koniec z wolnym przepływem osób („imigranci, imigranci, imigranci!”). A status Europejczyków od lat żyjących w Wielkiej Brytanii będzie kartą przetargową (brytyjska prawica wydaje się zapominać, że kilka milionów obywateli brytyjskich mieszka w innych krajach Europy). Towarzyszy temu dyskurs o jednoznacznie wyrażonej w referendum woli narodu. Jednak zwolennicy wystąpienia z UE zwyciężyli w referendum minimalną przewagą głosów, które na dodatek różnie były motywowane i bynajmniej nie wszyscy mieli na myśli „twardy Brexit” połączony z nagonką na cudzoziemców. Do tego ponad jedna trzecia Brytyjczyków nie głosowała. Teza o jednoznacznym poparciu społeczeństwa dla takiej wizji Brexitu jest nadużyciem.

Do tego wszystkiego May wydaje się zdeterminowana, by pogłębić wywołany Brexitem kryzys konstytucyjny brytyjskiego państwa przez niektórych obserwatorów określany jako najpoważniejszy od stuleci. Wielka Brytania nie ma spisanej jako jeden akt prawny ustawy zasadniczej – jej porządek konstytucyjny jest sumą zakumulowanej przez pokolenia praktyki, zwyczajów i zapisów rozproszonych w różnych aktach prawnych. Brexit postawił na ostrzu noża problemy stosunku Szkocji i Irlandii Północnej (głosowały za pozostaniem w UE) do Anglii i Westminsteru jako ośrodka władzy. Ale May wydaje się zdeterminowana, by zignorować także fakt, że w brytyjskim porządku konstytucyjnym suwerenem jest formalnie Parlament, nie lud. Dotychczas wyniki referendów były prawnie wiążące tylko, jeśli taką właściwość konkretny plebiscyt miał zapisany w rozpisującym je akcie prawnym. W zapisach o referendum dotyczącym Brexitu czegoś takiego nie było.

Wobec tego teoretycznie powinno to wciąż być głosowane przez Parlament, w którym wystąpienie z UE nigdy nie miało większości. Dla May sprawa jest już jednak przesądzona – zapowiedziała, że uruchamiający procedurę wyjścia z UE artykuł 50 zostanie odpalony najpóźniej w marcu 2017. Dopiero dzisiaj, 12 października, uległa naciskom posłów Labour Party domagających się parlamentarnej debaty przynajmniej na temat warunków, na jakich Wielka Brytania będzie chciała wystąpić z UE. May chciała o wszystkim zadecydować za zamkniętymi drzwimi, uległa tylko dlatego, że Partię Pracy zamierzała w tym żądaniu poprzeć takze zancząca część Torysów. Samo to, czy artykuł 50 zostanie odpalony, wciąż nie wydaje się być przewidziane jako przedmiot parlamentarnego głosowania.

Jak to się stało, że May tak bezboleśnie przeskoczyła do obozu zwolenników Brexitu, i to „twardego” i bez względu na towarzyszący mu kryzys konstytucyjny? Referendum w sprawie Brexitu spowodowało, że do władzy w samej Partii Konserwatywnej doszło jej najbardziej reakcyjne skrzydło, dotychczas marginalizowane przez Camerona, którego obóz teraz stracił zupełnie grunt pod nogami. Ci najbardziej prawicowi Torysi zwarli szyki z tymi elementami brytyjskiej burżuazji, które w obliczu Brexitu postanowiły nagle przeformować swoje szeregi i wykorzystać wstrząsy, jakie pociągnie za sobą zerwanie z UE, by jeszcze bardziej przykręcić śrubę brytyjskim klasom pracującym i słabnącej klasie średniej (demontaż praw pracowniczych, być może zawieszanie płacy minimalnej, ograniczenie prawa do strajku i innych form protestu, nowy rozpęd w grabieży aktywów państwowych przez wielki kapitał, itd.). Nawet jeśli ceną miałaby w dłuższej perspektywie być utrata międzynarodowego znaczenia Wielkiej Brytanii, wydaje się, że nikt na szczytach władzy w tym kraju nie myśli już tak długofalowo. Co się uda ukraść, będzie nasze. A po nas – choćby potop.

Jak we wspomnianej wcześniej analizie wskazuje Anthony Barnett, May, w miejsce realizowania spójnej ideologii czy programu, jest swego rodzaju uosobieniem przekazu serwowanego przez haniebny prawicowy tabloid „The Daily Mail”. Łączy protekcjonalne gesty retorycznego „pochylania się” nad bolączkami „zwykłych ludzi”, ze wskazywaniem od razu winnego: zalewu imigrantów, którzy „odbierają im pracę”, atakują ich „tradycyjny styl życia” i żerują na podatnikach, „żyjąc na socjalu”.

Tuż po niedawnej konferencji Partii Konserwatywnej rząd Theresy May, ustami obecnej szefowej Home Office Amber Rudd, wysunął propozycję przepisów, które zmuszałyby firmy do informowania, ilu zatrudniają cudzoziemców – te dane miałyby później być przez rząd publikowane, żeby „zawstydzać” firmy, które zatrudniają ich „za dużo”, cokolwiek to znaczy. Na Twitterze zawrzało. Oburzenie wyrazili przedstawiciele biznesu, którzy w Torysach tradycyjnie znajdują najbardziej bezpośrednią reprezentację swoich interesów. Nawet dla skrajnie prawicowego UKIP-u była to już przesada. Konserwatyści po kilku dniach się z tego pomysłu wycofali.

Jedyne, co się przynajmniej na poziomie praktyki wydaje w postaci Theresy May spójne, to coś, co mam pokusę nazywać „instrumentalnym zamordyzmem”, który zawsze jest po cichu obecny, za fasadą retorycznych ukłonów w stronę „zwykłych ludzi”, niezależnie od diametralnych zmian zdania w poszczególnych kwestiach. Jest to zamordyzm instrumentalny dla utrzymania władzy Torysów w Parlamencie, a w społeczeństwie władzy klasowej tych, których Torysi, partia milionerów, reprezentują.

Jako minister spraw wewnętrznych May próbowała przepchnąć ustawę powiększającą uprawnienia policji i służb specjalnych do rozpasanej inwigilacji całego społeczeństwa i masowego zbierania kwitów na wszystkich. Ustawa nie przeszła, bo opór postawili Liberalni Demokraci, którzy w poprzedniej kadencji byli z Torysami w koalicji. Ale już powstaje nowa wersja. Teraz, do trzymania za mordę różnych sektorów klas pracujących, w które wkrótce uderzą prawdopodobne ekonomiczne konsekwencje Brexitu, May będzie też używać robactwa rasizmu, które wylazło spod kamieni przewróconych przez kampanię referendalną.

Jednocześnie kolejne posunięcia rządu jasno wskazują, że poza ciągłością tego zamrodyzmu nie ma wciąż żadnego konkretnego, stabilnego planu działania na dalej niż najbliższych kilka tygodni. Rząd May wykonuje nieprzemyślane ruchy motywowane ideologią „The Daily Mail”, potem słupieje na widok społecznej reakcji na te posunięcia, wycofuje się, itd. To samo w stosunku do UE. Najpierw odmawia gwarancji statusu dla obywateli Unii już żyjących w Wielkiej Brytanii, potem otwarcie przyznaje, że będzie ich używać jako karty przetargowej w negocjacjach z europejskimi biurokratami, by ostatecznie przyznać, że ponad pięć szóstych z nich dawno będzie już miało prawo do stałego pobytu w zasadzie automatycznie. Niczym rozpuszczony bachor, rząd zachowuje się tak, jakby mógł Unii Europejskiej po prostu dyktować warunki, po czym kuli ogon, gdy tylko się okazuje, że tam też są grupy interesu oraz tacy, którzy nie spoczną, dopóki nie zemszczą się na Londynie za to referendum.

Ta nerwówka i krótkość perspektywy, w jakiej funkcjonują główne osoby dramatu, powodują, że trudno cokolwiek przewidywać. Czasami wydaje się, że jedyne, co utrzymuje Torysów u władzy, to fakt, że opozycyjna Partia Pracy zmarnowała już cały rok na wojnę we własnych szeregach.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 12 października 2016 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Kiedy przyszli po muzułmanki…

Gdyby kilku uzbrojonych mężczyzn podchodziło do kobiet na plaży i zastraszało je, by się publicznie rozebrały, to czy byliby funkcjonariuszami policji czy nie, śmiało nazywalibyśmy to wszyscy co najmniej molestowaniem seksualnym. Niektórym sprawa przestaje wydawać się jasna, kiedy kobieta jest muzułmanką. Takie rzeczy działy się w sierpniu we Francji, m. in. w Nicei, po tym, jak merowie szeregu nadmorskich francuskich miast zakazali noszenia na ich plażach burkini, stroju kąpielowego zaprojektowanego przez australijską muzułmankę. „Socjalistycznemu” premierowi Manuelowi Vallsowi w spójny sposób mieści się ten zakaz w „uniwersalistycznych” zasadach Republiki, w jej laïcité, oficjalnej świeckości państwa. Już 26 sierpnia Conseil d’État, najwyższy francuski sąd administracyjny uznał, że wcale się w ogólnych zasadach Republiki nie mieści i uznał pierwszy taki zakaz za nielegalny.

Wydaje się, jakby Francuzi pozwalalali przesiąkać na terytorium Francji metropolitalnej temu, czego się nauczyli w swoich niegdysiejszych koloniach. Jakby ich stosunek do kobiet arabo-musulmanes przeciekał do Francji z Algierii i Tunezji tak samo, jak metody policyjnego nadzoru i represji zamieszkującej przedmieścia wielkich miast społeczności issues de l’immigration („pochodzących z imigracji”). Stary dobry Frantz Fanon, który część życia poświęcił Algierii, pisał jeszcze w czasach francuskiego imperium kolonialnego, drugiego co do wielkości po brytyjskim, że algierskie kobiety zajmowały szczególne miejsce w zespole francuskich obsesji na punkcie ich północnoafrykańskiej posiadłości[1]. Skoro kobiety pełnią tak istotną rolę w procesach transmisji kultury (wychowują dzieci), odbicie jak największej ich części z rąk ich mężczyzn oznaczałoby zdobycie klucza do zdominowania ich kultury, do udomowienia i oswojenia śniadego Obcego, który w końcu przestałby się stawiać, robić wyrzut ze swojego położenia, z wyzysku i przemocy, których pada ofiarą. Odsłonięcie skarbu fizycznego piękna arabskiej kobiety, ukrytego pod atrybutami symbolicznej przemocy kontrolujących ją arabskich mężczyzn, jej wyzwolenie spod tej kontroli wystawiłoby ją (i Algierię) – na gwałt ze strony kolonizatora, tak przez niego upragniony. Wola arabskiej kobiety, to jak ona sama jako podmiot pragnie osiągnąć swoją emancypację, jakie symbole chce odrzucić, a jakie są dla niej samej cenne w budowie i przebudowie jej tożsamości (np. by rzucić wyzwanie kolonizatorowi) – takie rzeczy nigdy nie były częścią francuskiego równania.

Od drugiej połowy XIX wieku głównym czarnym charakterem francuskiego rasizmu wewnątrz Francji metropolitalnej byli Żydzi. W swoim komentarzu[2] do „afery burkini” historyk Shlomo Sand przypomniał, że pomimo iż antysemityzm wywodzi się z religijnych fiksacji chrześcijaństwa w ogóle czy też katolicyzmu w szególności, ten francuski antysemityzm drugiej połowy XIX wieku był doskonale laicki, obchodził się doskonale bez wycieczek w stronę „winy za śmierć Chrystusa”, współistniał nawet harmonijnie z wojującym antyklerykalizmem. Francuska koncepcja narodu jest relatywnie inkluzywna, „uniwersalistyczna”, ale domaga się wysokiej ceny. Jest to koncepcja o źródłach osadzonych w Rewolucji Francuskiej: jest ona jakobińska. Każdy może zostać Francuzem, ale żeby to się stało w pełni, musi oderwać się od partukularyzmów swojego pochodzenia, odesłać je w niepamięć. Żydzi byli w tym zawadą. Sand podkreśla, że Francja była od połowy XIX wieku jednym z najbardziej antysemickich  krajów w Europie, pozostała takim do końca II wojny światowej (stąd tak łatwo było hitlerowcom o francuską współpracę przy deportacjach Żydów). Dopiero ostateczna klęska i kompromitacja Trzeciej Rzeszy pociągnęła za sobą kompromitację antysemityzmu.

Na pozycji odruchowego kozła ofiarnego francuskiego rasizmu, takiego, co z automatu jest na podorędziu, przez jakieś ćwierć był wakat, ale potrzeba jego wypełnienia pojawiła się wraz z kryzysami ekonomicznymi powracającymi od lat 70. Miejsce przypadło arabo-musulmans, społeczności, która nigdy nie oderwała się od kulturowych partykularyzmów swojego pochodzenia, choć głównie z winy samej Francji. Nigdy nie chciała, by wydostali się z zaklętego kręgu najgorzej opłacanej pracy, którą Francuzi de souche („rdzenni”) chcieli zepchnąć na kogoś innego. Zawsze traktowała ich jako „szczególny przypadek” imigracji. Rekonsolidacja francuskiego rasizmu tym razem wokół populacji muzułmanskiej w roli „wroga” przeprowadzona została – pisze Sand – rękoma sojuszu spadkobierców tradycji jakobińskiej, tych, którzy za rewolucyjnego młodu, w latach 60. i 70. zaczytywali się pismami Mao, z konserwatystami.

Z tego sojuszu bierze się zdumiewająco ponadpartyjny charakter francuskiej obsesji na punkcie ubiorów muzułmanek. Zakazy burkini wprowadzili merowie o różnych afiliacjach partyjnych; prawne regulowanie strojów muzułmańskich kobiet pasjonuje wyborców François Hollande’a w takim samym stopniu jak tych od Nicolasa Sarkozy’ego i Marine Le Pen, ale także Jean-Luca Mélenchona. W swojej gruntownej analizie problemu francuskiej islamofobii[3] Abdellali Hajjat i Marwan Mohammed wykazują, że wytwarzanie „problemu muzułmańskiego” od lat 80. XX wieku stanowi swego rodzaju rdzeń, wokół którego kształtuje się konsensus francuskich elit politycznych i ekonomicznych różnych pod innymi względami. Ten konsensus służy zarządzaniu „ponad podziałami” napięciami wynikającymi z kryzysów społecznych i ekonomicznych – mówiąc krótko, zarządzaniu najbiedniejszymi i najbardziej zmarginalizowanymi sektorami społeczeństwa w warunkach kryzysu. Podkreślają też strukturalne podobieństwo islamofobii do antysemityzmu: fuzja praktyk religijnych i religijnej przynależności (faktycznej lub domniemanej) z dyskursem „rasowym” czy też „urasowiającym”, podważanie „prawomocności” obecności muzułmanów na terytorium europejskim, itd.

Kiedy francuscy politycy od prawicy do oficjalnej lewicy „odkryli” mistyczny związek między zagrożeniem terrorystycznym a tym, w czym kąpią się muzułmanki, kontynuowali jednocześnie starszą linię rozumowania wymyśloną tak naprawdę we Francji przez niektóre feministki. „Parler du voile, c’est parler au viol” padło u szczytu debat, które doprowadziły do zakazu noszenia chust w szkołach publicznych w 2004. „Rozmawiając o chuście, mówimy o gwałcie”. Zdaniem tej szkoły francuskie muzułmanki, które zakrywały w miejscach publicznych włosy, były wspólniczkami w opresji tych kobiet ze społeczności muzułmańskiej, które zakładać jej nie chciały. Manifestując swoje posłuszeństwo wobec wyprowadzonych z islamu norm ubioru wskazywały te, które tego nie robiły, jako „zdziry” zasługujące na gwałt. Zakładając chusty, stawały współwinne gwałtów na tych, które nie zakładały. Bo gwałt nie istniał przecież we Francji przed przybyciem imigrantów z Magrebu, a po ich przybyciu – poza dzielnicami zamieszkanymi przez imigrantów i ich potomków. Niektóre fracuskie feministki – na te bezdroża zbłądziły nawet intelektualistki tego formatu, co Élizabeth Badinter – posunęły się tak daleko, że zadeklarowały, iż patriarchalna opresja kobiet istnieje dzisiaj na Zachodzie już tylko w społecznościach muzułmańskich. Zadaniu gruntownej krytyki takich galopad wiele pracy poświęciła np. znakomita polemistka, redaktorka pisma „Nouvelle Questions féministes”, Christine Delphy (polecam wyśmienity esej Antisexisme ou antiracisme…[4]). Choroby nie udało się jednak we francuskim organizmie społecznym powstrzymać, więc dzisiaj od noszonych przez muzułmanki chust prosta droga już nie tylko do gwałtów, ale także do zamachów terrorystycznych.

Gdyby policja wyłapywała w przestrzeni publicznej przedstawicielki jakiejkolwiek innej grupy – mniejszości etnicznej czy religijnej – nikt nie miałby wątpliwości, że mamy do czynienia z rasistowską nagonką. Wyobraźmy sobie wyłapywane na ulicy Żydówki, Hinduski czy Afrykanki. To, jak wiele osób o różnych orientacjach politycznych (nie tylko we Francji) tego nie dostrzega, gdy na celowniku są Arabki i muzułmanki, dowodzi jak powszechną i przezroczystą – bo centralną i kluczową! – formą rasizmu stała się współcześnie islamofobia. Wokół europejskich muzułmanów i społeczności pochodzenia arabskiego gęstnieje dzisiaj atmosfera pogromowa. Każdy, kto się kiedyś zastanawiał, jak to było możliwe, że ludzie w latach 30. XX wieku nie widzieli, co się wokół nich dzieje, że ignorowali wszystkie sygnały, powinien może przestać się zastanawiać, a zacząć rozglądać. Właśnie tak to się działo. W obecnym strukturalnym kryzysie kapitalizmu muzułmanie i Arabowie znaleźli się w roli, która w poprzednim tak głębokim kryzysie systemu przypadła Żydom. W roli jego kozła ofiarnego. Muzułmanie i Arabowie są „Żydami” naszych czasów.

Przypisy

[1] Frantz Fanon, L’Algérie se dévoile, [w :] tegoż, L’An V de la Révolution Algérienne, Paris : Maspero 1959.

[2] Shlomo Sand, Arrêtés anti-burkini, femme voilées verbalisées : la laïcité, ultime refuge du raciste, http://leplus.nouvelobs.com/contribution/1552646-arretes-anti-burkini-femmes-voilees-verbalisees-la-laicite-ultime-refuge-du-raciste.html [wersja angielska]

[3] Abdellali Hajjat, Marwam Mohammed, Islamophobie. Comment les élites françaises fabriquent le « problème musulman », Paris : La Découverte 2013.

[4] Christine Delphy, Antisexisme ou antiracisme, [w :] tejże, Classer, dominer : Qui sont les « autres » ?, Paris : La Fabrique, 2008.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w miesięczniku „Le Monde diplomatique – edycja polska” (wrzesień 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Szanse Jeremy’ego Corbyna

24 września, przy okazji konferencji Labour Party w Liverpoolu podane zostały rezultaty wewnątrzpartyjnych wyborów – na stanowisko przewodniczącego. Zaledwie rok po poprzednich, bo dominujące w parlamentarnych ławach Labour prawe skrzydło partii za wszelką cenę usiłowało pozbyć się wybranego na to stanowisko z ogromnym mandatem (więcej głosów niż wszystkich czworo kontrkandydatów razem wziętych) Jeremy’ego Corbyna. Spiski blairystów poszły na marne. Jeremy Corbyn umocnił jeszcze swój mandat. Uzyskał prawie 62% głosów, przy większej liczbie i odsetku głosujących niż rok temu, i to pomimo iż zdominowana przez blairystów partyjna biurokracja na różne sposoby uniemożliwiła głosowanie grubo ponad stu tysiącom osób, które chciały głosować na niego.

Czy ten odnowiony i umocniony mandat udzielony przez członków pomoże Corbynowi z sukcesem prowadzić Labour Party do przodu? Wszystko zależy od miary sukcesu, jaką do szans Corbyna przyłożymy.

Władza w Labour Party

Podziały, jakie przeorały Partię Pracy w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, okazały się tak głębokie, a konflikt między nimi tak intensywny i – mimo rekoncyliacyjnego stylu samego Corbyna – tak bezwzględny, że pesymistyczna miara za sukces uznałaby w takich warunkach samo dotrwanie Corbyna, bez kolejnych prób wysadzenia go z siodła, w roli lidera, a Labour Party w całości, do wyborów parlamentarnych w 2020. Rozpad partii jest bardzo prawdopodobny: dominujące w parlamentarnej reprezentacji, ale mające dziś wyraźnie mniejszościowe poparcie w szeregach członkowskich prawe skrzydło (blairyści) wyodrębniłoby się w takim scenariuszu w partię centrową nieznacznie na lewo od Torysów. Jednak w warunkach brytyjskiego systemu wyborczego (okręgi jednomandatowe), w którym zwycięska partia bierze nieproporcjonalnie dużą liczbę miejsc w parlamencie, będzie to mogło oznaczać wyborczą katastrofę dla obydwu takich partii – sierot po Tonym Blairze i zwolenników Corbyna. Partia przerobiła już ten scenariusz w latach 80.

Jednak to, że taki rozpad oznaczałby polityczne samobójstwo obydwu powstałych z rozpadu partii nie oznacza wcale, że nikt do tego nie dopuści. Brexit pokazał już, że większość brytyjskiej klasy politycznej miota się dzisiaj jak kurczak bez głowy i najzupełniej nie wie, co czyni.

Przeciwnicy Corbyna na prawym skrzydle Labour Party twierdzą – i zapewne wierzą – że Corbyn jest „niewybieralny”. Zbyt radykalny, zbyt idealistyczny, zbyt nierealistyczny, by zjednoczyć dla swojego programu wystarczające poparcie, żeby Labour zdobyła większość miejsc w parlamencie. Nie mieści się on też w typowych ramach polityka „wizerunkowego”, takiego, co zawsze jest w najlepszym na daną okazję garniturze i uwielbiają go kamery wielkich mediów.

Czy program Corbyna jest rzeczywiście „zbyt radykalny”? Zależy, co to znaczy. Znakomity dziennikarz Richard Seymour, autor świetnej książki o uwarunkowaniach zwycięstwa Corbyna (Corbyn: The Strange Rebirth of Radical Politics), podkreśla, że program ekonomiczny Corbyna byłby najzwyklejszym mainstreamowym programem socjaldemokratycznym – gdybyśmy byli w latach 60. Tyle że strategiczne przemysły, na których skupią się rządowe inwestycje, zostały zaktualizowane o to, co najbardziej postępowe dzisiaj. Zakłada on m. in. masowe inwestycje w budowę mieszkań, zielone technologie, odnawialną energetykę. Koniec polityki cięć, wzrost płac i stabilności zatrudnienia. Darmowa edukacja dla wszystkich i odwrócenie pełzającej prywatyzacji służby zdrowia. To, że taki program wydaje się dziś radykalny, świadczy jedynie, jak daleko na prawo zadryfował obowiazujący konsensus.

Prowadzona już przez drugą kadencję rządu Torysów polityka cięć budżetowych na wszystkich frontach od lat dławi płace i cieszy głównie finansjerę w City of London i najbardziej rentierskie sektory klasy dysponentów kapitału. Nawet biznes – jego sektory bardziej produktywne – z ulgą przywitałby dzisiaj program ekonomiczny taki jak ten Corbyna (nowe inwestycje, wzrost siły nabywczej). Lata polityki zaciskania pasa powodują już bowiem, że dławiona siła nabywcza znowu na masową skalę kompensowana jest kredytami konsumpcyjnymi. Zegar wydaje się już odliczać czas do powtórki z 2008; uderzy ona we wszystkich tych, którzy zyski czerpią nie z różnych form renty, a ze sprzedaży wytwarzanych dóbr i usług.

Jednak – dodaje Seymour – wielki biznes poparłby tego rodzaju program ekonomiczny, gdyby zaproponowała go partia prawicowa. Byłby wtedy zapakowany w retorykę wzrostu gospodarczego, konkurencyjności, itd. W ofercie Corbyna jest on częścią projektu zmiany stosunku sił klasowych w Wielkiej Brytanii, odzyskania dla klas pracujących tego, co straciły w ciągu czterech dekad niepodzielnego panowania neoliberalnej ortodoksji.

Kilka dni przed konferencją w Liverpoolu słynny reżyser Ken Loach, zdeklarowany marksista i sojusznik Corbyna, przypomniał swoim słuchaczom, działaczom lewego skrzydła partii, że to nie tylko prawe skrzydło partii, które próbowało go usunąć ze stanowiska lidera, patrzy na Corbyna z przerażeniem. Cała klasa dysponentów kapitału patrzy na Corbyna z przerażeniem, bo widzi w nim groźbę utraty sporej części swojej władzy klasowej odzyskanej w okresie neoliberalnej restrukturyzacji kapitalizmu. Oni wszyscy wytoczą przeciwko Corbynowi działa.

Droga do Downing Street

Czy samo to, że cały wielki biznes (w tym prywatne media) zrobi wszystko, żeby go zatrzymać, znaczy, że Corbyn i Labour Party pod jego przywództwem nie ma szans wygrać wyborów w 2020? To wcale nie jest przesądzone. Owszem, poparcie dla Labour jest obecnie zbyt niskie, by mogła wygrać wybory teraz. Ale Theresa May, pomimo słabego mandatu poparcia, uczepiła się władzy i już jej nie puści do końca kadencji. Skorzystała z tego, że posłowie Labour zamiast zająć się wymuszeniem przedterminowych wyborów (po Brexicie i rezygnacji Camerona) woleli spiskować przeciwko Corbynowi. A do 2020 jeszcze kupa czasu.

Za obecne niskie poparcie Labour nie odpowiada Corbyn. Objął przywództwo partii już w takim stanie. Za dodatkowy spadek w ostatnich tygodniach winę ponosi raczej właśnie prawe skrzydło partii z jego metodą najbardziej nawet chamskich chwytów przeciwko Corbynowi. Ostatecznie cierpi na tym wiarygodność całej partii.

Teza, że Corbyn jest zbyt lewicowy, by wygrać wybory w takim kraju, jak Wielka Brytania, wynika z niezrozumienia, skąd wzięły się porażki, jakie Labour poniosła w dwóch minionych wyborach parlamentarnych. Wynikły one nie z tego, że partia była zbyt lewicowa, a z tego, że lata blairyzmu przesunęły ją tak daleko w prawo, że straciła jakąkolwiek wiarygodność jako partia lewicowa i jako coś znacząco innego niż Torysi. Stała się dla wielu jedynie Torysami w wersji light, zdolnymi jedynie do polemizowania (czasem) ze skalą rządowych cięć budżetowych, ale już nie z samą zasadą, że są „konieczne”. Przywództwo Eda Milibanda (2010-2015) było okresem rozkroku bez tożsamości. Miliband jest w głębi duszy na lewo od Blaira, ale dał sobie wmówić, że wybieralność wymaga koncesji na prawo. Stąd jego kampania w wyborach do parlamentu była prawdziwym Ministerstwem Dziwnych Kroków – raz w lewo, raz w prawo, a potem jeszcze bardziej. Uwierzył blairystowskim specom od marketingu politycznego, że w warunkach rosnącej popularności skrajnie prawicowego UKIP-u, trzeba zagrać trochę przykręcaniem śruby na imigrantów i tych, co żyją „na socjalu”. Tylko po co ktoś, kto ma takie poglądy, miałby głosować na echo, skoro mógł na oryginał?

Ktoś taki jak Corbyn nie mógł wygrać w latach 90., kiedy przewództwo Partii Pracy przejął Tony Blair, ale to były lata ideologicznego triumfu neoliberalizmu. Dziś neoliberałowie trzymają ciągle całość realnej władzy – z wyjątkiem rządu dusz. Ich władza symboliczna, władza nad tym, żeby ludzie wierzyli w to, co od nich słyszą, kurczy się z dnia na dzień, odkąd po 2008 wszystkie ich prognozy, diagnozy i recepty rozmijają się z rzeczywistością. Wróżenie z fusów sprawdza się dziś częściej.

Dlatego negatywny coverage, jaki Corbyn ma w mediach głównego nurtu, nie jest reprezentatywny dla brytyjskiego społeczeństwa. I zwolennicy Corbyna szybko to zrozumieli, identyfikując wielkie media jako część neoliberalnego aparatu władzy, przeciwko któremu pragną się zamachnąć. Nie odnaleźli swojego punktu widzenia w telewizji i dużych dziennikach, sięgnęli  więc po media społecznościowe, które wzięli szturmem. Paradoksalnie, jeśli największe media nie przestaną się tak na Corbynie wyżywać i powtarzać w każdym poświęconym mu zdaniu, że jest „niewybieralny”, może mu to znacząco pomóc w wyborach. Widzieliśmy na przykładzie Brexitu, jak to działa w obecnym stanie ducha brytyjskiego społeczeństwa.

Ci, którzy uparcie zwracają uwagę na obecne poziomy poparcia Labour Party, wydają się nie dostrzegać szerszego kontekstu. Brytyjczycy, jak wiele innych współczesnych społeczeństw, ulegają dziś procesowi polaryzacji. Nic nie cieszy się dziś szybciej słabnącym poparciem niż owo mityczne centrum, do którego truchła modlą się sieroty po Tonym Blairze. Również po stronie Torysów pierwsze skrzypce przejęło przecież (po dymisji Camerona) ich najdalsze prawe skrzydło. Rząd Theresy May jest najbardziej prawicowym brytyjskim rządem co najmniej od II wojny światowej. Torysi bliżej centrum utracili grunt pod nogami we własnej partii.

Na przestrzeni minionych kilkunastu miesięcy Corbyn przyciągnął do Labour Party setki tysięcy nowych członków, którzy sami się tego po sobie nie spodziewali jeszcze rok wcześniej. Zobaczyli oni szansę powrotu lewicowej polityki w Wielkiej Brytanii i własne w niej miejsce. Dziś Labour ma 640 tys. członków, jakieś trzy razy więcej niż w połowie 2015. To nie tylko więcej niż wszystkie inne partie polityczne w Zjednoczonym Królestwie razem wzięte – to więcej niż jakakolwiek inna partia socjaldemokratyczna w Europie.

Krytycy „corbynmanii” mają rację, kiedy przypominają, że te masy ludzi nie są reprezentatywne dla całego brytyjskiego społeczeństwa. Zapominają jednak, że w ciągu ostatnich kilku lat masy Brytyjczyków przesunęły się znacząco na lewo, z powodów rozciągających się od społecznych skutków polityki Torysów, przez skandal kryzysu uchodźczego, po przerażenie rasizmem przeciwnego bieguna polityki. Nie ma żadnych powodów, by sądzić, że ten proces nie będzie postępował stąd do 2020 roku. Te masy nowych członków osadzone są w innych organizacjach, od lokalnych, przez studenckie, po antywojenne; mają rodziny, kolegów i przyjaciół. Wszędzie tam przez tych kilka lat będą prowadzić powolną pracę przekonywania. Od dawna też brytyjska młodzież nie była tak upolityczniona i tak lewicowa. Do 2020 cztery kolejne jej roczniki uzyskają prawo głosu. Brytyjska klasa polityczna znajduje się po Brexicie w stanie całkowitego skołowania, a społeczeństwo w momencie, w którym żadne status quo właściwie nie istnieje, do kupy trzymane już tylko kiepską fastrygą. Wszystko może się teraz wydarzyć.

Jeśli tylko prawe skrzydło przestanie sabotować własną partię, szanse Corbyna na doprowadzenie Labour do władzy są większe niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Czy prawe skrzydło przestanie? Nie wiadomo.

Władza w kraju: premier Jeremy Corbyn?

Corbyn na pewno już zmienił pejzaż brytyjskiej polityki. Neoliberalne dogmaty, jak „konieczność cięć”, przestały być przezroczystymi faktami przyrody, a stały się przedmiotem politycznej debaty, podobnie jak wydatki na broń atomową czy zbrojne interwencje na Bliskim Wschodzie. Tłumy ludzi znalazły się nagle lub na powrót w polityce i łatwo się stamtąd wyrzucić nie dadzą. Warto też pamiętać, że dla mas nowych członków partii przegrana w jeszcze jednych wyborach nie jest końcem świata, jeśli tylko w międzyczasie uda się pod znakiem Labour odbudować w Wielkiej Brytanii wiarygodną lewicę na przyszłość rozumianą w nieco dłuższej perspektywie.

Ale co z szansami Corbyna, jeśli doprowadzi Labour do władzy w wyborach w 2020? Przykład Grecji pokazuje, że samo zwycięstwo w wyborach nie wystarczy, żeby odwrócić neoliberalizm. Ale Wielka Brytania jest bez porównania potężniejszym krajem niż Grecja, jedną z największych gospodarek, ma kontrolę nad własną walutą i zajmuje znacznie silniejszą pozycję w strukturze światowej gospodarki. Jednak częścią tej siły jest City of London, a stopień finansjeryzacji brytyjskiej gospodarki może skutkować jej podatnością na spekulacyjny atak na brytyjską walutę i system finansowy, jeżeli siłom globalnego kapitału nie spodoba się wybrany przez Brytyjczyków rząd.

Wróćmy do refleksji z książki Seymoura. To, że strukturalnie bardzo podobny program zbudował w okresie bezośrednio po II wojnie światowej brytyjskie państwo dobrobytu, również rękami Labour Party, nie znaczy, że projekt taki jest realnie do powtórzenia w dowolnych okolicznościach historycznych. Jakie okoliczności umożliwiły największe historyczne osiągnięcie Labour Party? Bezprecedensowa destrukcja już istniejącego kapitału w konwulsjach II wojny światowej stworzyła podstawy do przejścia kapitalizmu w kolejną długą fazę przyspieszonej akumulacji i dynamicznego wzrostu. Ten wzrost można było dzielić tak, że kapitaliści utrzymywali swoją wysoką stopę zysku, a i tak wystarczało na korzyści dla klas pracujących, w postaci wzrostu płac i rozwoju powszechnie dostępnych usług publicznych finansowanych z podatków. Te powszechne usługi gwarantowały z kolei kapitałowi zdrową i stabilnie reprodukującą się siłę roboczą, umożliwiającą utrzymanie tempa akumulacji na przyszłość. To był bardzo od obecnego odmienny układ sił. Dziś kapitalizm znajduje się w strukturalnym kryzysie akumulacji co najmniej tak głębokim jak ten w latach 30. XX wieku. Jednocześnie, dysponując większą władzą niż kiedykolwiek wcześniej, na swoje doraźne potrzeby wielki kapitał może przebierać w ofertach tańszej siły roboczej w innych częściach świata, lekceważąc problem jej stabilnej reprodukcji w danym kraju. Kapitał nie zechce się dzisiaj dzielić tym, co mu coraz wolniej przybywa. Trudniej go też będzie zmusić do zawarcia podobnego paktu, jak ten po wojnie.

Może to oznaczać, że jeśli Corbyn odniesie pierwsze sukcesy – utrzyma władzę w partii, partia się nie rozpadnie i wygra wybory – kolejny sukces, już jako szefa rządu, będzie możliwy tylko wtedy, gdy polityka takiego rządu Labour okaże się znacznie bardziej radykalna niż obecnie deklarowany program (np. zacznie się od nacjonalizacji nie tylko kolei, ale przede wszystkim banków). Historycznie Labour Party nigdy nie była partią radykalną. W przeciwieństwie do innych zachodnioeuropejskich socjaldemokracji, nawet jej korzenie nie tkwią w socjalistycznych międzynarodówkach przeszłości.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w serwisie Trybuna.eu (27 września 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brexit, rasizm i Polacy

Pod koniec lipca brytyjskie serwisy informacyjne (zaczęło się od hiszpańskojęzycznej strony internetowej ElIberico.com) nagłośniły operację brytyjskich służb imigracyjnych przeprowadzoną we współpracy z kierownictwem sieci restauracji Byron (serwują głównie „wypasione” hamburgery). 4 lipca około dwustu osób z personelu aż 15 lokali firmy zawieziono „na szkolenie”. Na miejscu czekali oficerowie imigracyjni. Zwiezieni tam pracownicy pochodzili spoza Unii Europejskiej – z Ameryki Łacińskiej, Albanii, Nepalu, Egiptu – i podejrzani byli o nieposiadanie lub sfałszowanie wizy czy pozwoleń na pracę w Wielkiej Brytanii. Co najmniej 35 osób zostało aresztowanych, źródła sugerują, że być może 150 osób więcej czekał podobny los, ale zdołały uciec i od tamtej pory się ukrywają. Niektórzy z tych pracowników pracowali dla sieci Byron przez kilka lat.

Tak w praktyce wygląda zaostrzenie polityki imigracyjnej przez minister spraw wewnętrznych w gabinecie byłego premiera Davida Camerona, Theresę May. May wprowadziła zasadę, że spoza Unii Europejskiej tylko osoby zarabiające powyżej 35 tys. funtów rocznie mają prawo zostać na Wyspach. Większość Brytyjczyków może tylko marzyć o takich zarobkach, gdyż tutejsza średnia jest o jakieś 10 tys. niższa. Na ulicach pojawiły się plakaty zastraszające tych, którzy „są tutaj nielegalnie”. W „wojnę z nielegalną imigracją” May wciągnęła pracodawców i właścicieli domów i mieszkań oferowanych na wynajem. Zagroziła im odpowiedzialnością, jeśli status imigracyjny osób przez nie zatrudnianych lub tych, którym wynajmują mieszkania, okaże się nieuregulowany. Wielu cynicznych biznesmenów i właścicieli nieruchomości zyskało w ten sposób dodatkowy instrument terroryzowania i esksploatowania najbardziej bezbronnych pracowników czy lokatorów. (Czy tych 200 osób z Byrona zdążyło zobaczyć swoją ostatnią wypłatę? Czy „nielegalny” imigrant może tak łatwo nie zgodzić się na 50% podwyżki czynszu?)

Cała ta kampania była od początku obliczona na cyniczne granie na społecznych nastrojach i fobiach, na odbijanie wyborców skrajnie prawicowej partii UKIP. Wielka Brytania tak naprawdę nie ma żadnego „problemu z imigracją”. Żeby utrzymać swój system ochrony zdrowia i emerytalny, starzejące się Zjednoczone Królestwo potrzebuje długofalowo imigracji na poziomie co najmniej 140 tys. osób rocznie. Przeciętny przybywający tu imigrant jest zdrowszy, młodszy i lepiej wykształcony niż przeciętny Brytyjczyk, stanowi więc natychmiastowy zysk netto dla tutejszej gospodarki. Pewne sektory brytyjskiej gospodarki, jak ochrona zdrowia, zawaliłyby się natychmiast, gdyby odjąć od nich personel cudzoziemski, dlatego sama May musiała przygotować listę wyjątków od progu dochodowego 35 tys. funtów. Żadna pielęgniarka tyle nie zarabia.

Rasizm awansował do samego centrum debaty politycznej w miesiącach poprzedzających referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. W pewnym momencie zewsząd rozlegało się już tylko „imigranci, imigranci, imigranci”. Prawicowe media, w szczególności te w posiadaniu australijskiego potentata Ruperta Murdocha, zdołały wcisnąć milionom Brytyjczyków, że za ich problemy z dostaniem się do lekarza, uzyskaniem zasiłku, znalezieniem pracy czy mieszkania odpowiada zalew imigrantów. A nie cięcia budżetowe rządu Partii Konserwatywnej, zupełny brak polityki mieszkaniowej zostawionej na pastwę spekulantów, itd. Kiedy wbrew wszystkim racjonalnym argumentom, tak prowadzona kampania zwolenników wyjścia z UE odniosła referendalne zwycięstwo, brytyjscy rasiści zorganizowali sobie prawdziwy karnawał. W ciągu kilku dni zaraz po referendum policja podała oficjalnie wzrost liczby odnotowywanych incydentów o charakterze rasistowskim najpierw o ponad połowę, by wkrótce mówić już o skoku aż pięciokrotnym.

Pisarz John Lanchester w poświęconym refleksjom o referendum eseju opublikowanym na łamach „London Review of Books” pisze, że przywolenie na otwarty rasizm będzie długotrwałym skutkiem referendum, który pozostanie niestety częścią brytyjskiego pejzażu społecznego i politycznego na nadchodzące lata. Symbolicznym potwierdzeniem tej diagnozy jest awans tej samej Theresy May, 13 lipca 2016, na stanowisko premiera po dymisji Davida Camerona.

Rasizm ten okazał się wielkim zaskoczeniem dla żyjących w Wielkiej Brytanii Polaków. Nie dlatego, żeby im samym był obcy, wręcz przeciwnie. Na długo przed referendum, jeśli w Londynie zdarzyłoby ci się słyszeć jakieś komentarze ciągle podkreślające czyjś kolor skóry czy etniczne pochodzenie, najprawdopodobniej otaczało cię kilkoro miejscowych Polaków. Masy polskich przybyszów do Wielkiej Brytanii przez lata karmiły się fantazją, że blady kolor ich skóry automatycznie gwarantuje im wstęp do miejscowej „rasy panów”, z której to pozycji mogą sobie popogardzać „ciapatymi” i innymi. Polacy zasilali nawet czasem antyimigranckie manifestacje rasistowskich organizacji w rodzaju Britain First czy English Defence League. Brexit stanowił dla wielu z nich lekcję na temat społecznej (a nie biologicznej) konstrukcji kategorii rasy, bo postawił ich przed bolesnym odkryciem, że kolor skóry o niczym nie stanowi.

Rasizm kampanii Brexitu zrehabilitował każdą formę rasizmu w przestrzeni publicznej, ale nie był szczególnie wycelowany w imigrantów z krajów arabskich, Afryki czy Azji Południowej, bo przecież oni docierają tu i tak spoza UE, bez żadnego związku z członkostwem. Śpiewka „imigranci, imigranci, imigranci” intonowana przez zwolenników wyjścia z Unii mierzyła w przybyszów z Europy, a z tych bez porównania największą i najbardziej rzucającą się w oczy grupą są Polacy. Dla wielu Brytyjczyków Polacy stanowią element bardziej kulturowo obcy niż np. Hindusi czy Jamajczycy, do których obecności są od pokoleń przyzwyczajeni, lubią ich kuchnię i muzykę, znają ich ze swojego kina i telewizji. W dniach bezpośrednio po referendum przedmiotem rasistowskich napaści stało się wiele miejsc kojarzonych z Polakami (jak POSK, Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny w Hammersmith w zachodnim Londynie). W Plymouth podpalono dom polskiej rodziny. 27 sierpnia w Harlow w hrabstwie Essex sześciu wyrostków zaatakowało i pobiło ze skutkiem śmiertelnym 40-letniego Arkadiusza Jóźwika. Według świadków zrobili to, bo słyszeli go rozmawiającego po polsku.

Ale nie jest tak, że rasizm wylał się nagle ze wszystkich Brytyjczyków. Z drugiej strony nastąpiła jednak spora mobilizacja antyrasistowska. Historia z siecią Byron może tu znowu robić za przykład, bo wywołała prawdziwą burzę na Twitterze i natychmiastowy bojkot konsumencki. Na drugi dzień po wypłynięciu tej wiadomości londyńskie lokale Byrona świeciły pustkami, a w sobotę 30 lipca antyrasistowscy aktywiści przynieśli do dwóch z nich pudełka z setkami żywych karaluchów i innych owadów, które wypuścili w nich na wolność, wymuszając zamknięcie restauracji na czas kwarantanny.

W najbliższych latach oficjalnie dopuszczony do publicznego dyskursu rasizm będzie przez rząd Theresy May używany do rozgrywek i targów z Unią Europejską w toku negocjacji nad warunkami Brexitu. Nagonki na różne grupy imigrantów staną się systematycznym składnikiem brytyjskiej polityki. Stan niepewności dotyczący statustu i praw Europejczyków już od dawna żyjących w Wielkiej Brytanii będzie świetnym instrumentem wywierania presji na całe grupy pracowników. Imigranci nie będą się stawiać, bo może inni pracodawcy będą się wahać przed zatrudnianiem cudzoziemców do czasu wyjaśnienia sytuacji, a inni będą nadużywać wynikającej z tej niepewności przewagi i oferować coraz gorsze warunki.

Czy polscy przybysze do Wielkiej Brytanii wyciągną z tego wszystkiego jakieś lekcje? Czy wyleczą się z tej niepoważnej i niebezpiecznej dla nich samych fantazji, że z tytułu samego koloru skóry angielski rasizm postrzega ich jako równych sobie? Czy rozpoznają konieczność włączenia się w kampanie antyrasistowskie? Czy rozpoznają wspólnotę interesu, jaką mają nie z chłopcami z EDL a z innymi mniejszościami – z przybyszami z pogardzanych przez tylu Polaków jeszcze biedniejszych krajów Europy Wschodniej, ale też z „kolorowymi” przybyszami z innych kontynentów? Wkrótce – w zależności od tego, jak odbędzie się Brexit – mogą z nimi dzielić wiele restrykcji i represji. Niestety marsz, jaki odbył się w proteście po śmierci Jóźwika (3 września) nie budzi wielkich nadziei. Polskie flagi, biało-czerwone szaliki – byle tylko obrócić sprawę uniwersalną w sprawę narodową.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w Tygodniku Faktycznie (nr 11, 15 września 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdj. Adi Ionita

Zabić Corbyna

W brytyjskiej Partii Pracy (obecna opozycja) odbywają się właśnie kolejne wewnętrzne wybory na stanowisko jej przewodniczącego. Jeremy Corbyn wybrany został zaledwie rok temu. Co się więc dzieje? O co chodzi? W Labour Party toczy się pucz, bo w odczuciu większości posłów z jej ramienia Corbyn nie miał w ogóle prawa zostać przewodniczącym.

Koniec New Labour?

Nawet ci, którzy zgłosili jego kandydaturę na to stanowisko, nie liczyli na to, że wygra wewnątrzpartyjne wybory. Nie wszyscy posłowie, którzy poparli jego nominację (kandydat musi mieć odpowiednią liczbę nominujących go posłów), rzeczywiście chcieli, żeby został przewodniczącym. Jego kandydatura wypłynęła po to, żeby w kampanii coś w ogóle się działo. Pozostali kandydaci różnili się między sobą jedynie stopniem stężenia blairyzmu i byli razem nudni jak flaki z olejem. Corbyn całą epokę blairyzmu (jest posłem z londyńskiego Islington od 1983) przesiedział w tylnych ławach parlamentarnej Labour. Jeden z ostatnich ze szkoły legendarnego Tony’ego Benna. Socjalista w czasach, kiedy to słowo najczęściej było obelgą, oskarżeniem lub protekcjonalną drwiną. Aktywny działacz antywojenny w czasach, kiedy Blair miział się z Bushem nad mapą Iraku. Pikietował na rzecz bojkotu apartheidu w RPA w czasach, kiedy zatrzymywała za to jeszcze policja, a Thatcher nazywała Mandelę terrorystą. Jeden  najbardziej ideowych, pryncypialnych i niekorumpowalnych posłów w najnowszej historii swojej partii, ale – tak mówił „zdrowy rozsądek” – właśnie zbyt ideowy, zbyt radykalny, by miał szanse wygrać w społeczeństwie, którym podobno rządzić się da tylko z centrum.

Gdy wszystkim członkom partii rozesłano karty do głosowania i spływać zaczęły pierwsze głosy i sondaże, posłowie Labour nie wierzyli własnym oczom. Chyba nigdy wcześniej nie było im dane tak wyraźnie zobaczyć, jak wyalienowani są od mas członkowskich własnej partii. Bo w głosowaniu biorą udział wszyscy członkowie Labour i głos szeregowego członka, nawet członka afiliowanego jako należącego do popierającego Labour związku zawodowego, ma tę samą wagę, co głos parlamentarzysty.

Nie zawsze tak było. To były właściwie pierwsze wewnętrzne wybory w Labour przeprowadzone w całości według tych zasad. Wcześniej obowiązywał złożony system głosowania „blokami” przez afiliowane związki zawodowe, itd. Nowy system został wykoncypowany przez blairystowskich technokratów, którzy zakładali, że przedłuży on i umocni dominację polityków-profesjonalistów i technokratycznego „skrajnego centrum”, jak to nazywa Tariq Ali. Spodziewano się, że szeregowi członkowie, urobieni w swojej masie przez neoliberalne media, będą panikować na widok „nierealistycznych radykałów” odsuniętych za daleko od centrum. I że cechować ich będzie niski stopień zaangażowania. Mieli płacić składki, głosować na któregoś z kandydatów wyłonionych przez dominujące w parlamencie prawe skrzydło partii, co do których „wybieralności” panowałby konsensus w ławach parlamentarnych i zaprzyjaźnionych z przywództwem Labour mediach. Żeby szeregowi członkowie mieli własne, niezależne i zdecydowane poglądy; żeby mieli determinację i energię do walki o nie – to nie było częścią planu. Przecież żyjemy w postpolitycznych, postideologicznych czasach – mówiła do niedawna obiegowa mądrość.

12 września 2015 Corbyn wygrał w pierwszej turze, zdobywając więcej głosów, niż czworo jego konkurentów razem wziętych, 59,5%. Andy Burnham zdobył 19%, Yvette Cooper 17%, a Liz Kendall 4,5%. Pomimo iż spuszczono na niego wszystkie psy w prasie i w mediach, także tych tradycyjnie przychylnych Labour Party, z dziennikiem „The Guardian” na czele. Raport przygotowany przez London School of Economics wykazał, że w dominujących mediach trzy czwarte wiadomości i komentarzy na temat Labour Party jest otwarcie niechętnych bądź wrogich Corbynowi. „The Guardian” strzelił sobie w ten sposób w stopę, tracąc zaufanie i subskrypcje ogromnej części swoich czytelników znacznie bardziej przychylnych Corbynowi niż linia obrana przez zespół redakcyjny. W ciągu 24 godzin po ogłoszeniu wyniku do partii zapisało się 15 tys. nowych członków, rozentuzjazmowanych nowym przywództwem. Po 100 tysiącach, które zapisały się w tygodniach przed wyborem Corbyna (głównie z zamiarem głosowania na niego).

W poszukiwaniu sposobu na pucz

Tradycyjną instytucją brytyjskiej demokracji parlamentarnej jest formowany przez lidera opozycji gabinet cieni, rodzaj kontr-rządu monitorującego krytycznie działanie rządu i będącego propozycją tego, jak potencjalnie miałby wyglądać rząd w wypadku przejęcia władzy przez partię opozycyjną po następnych wyborach. Swój pierwszy gabinet cieni Corbyn powołał tak, by stworzyć platformę współpracy pomiędzy skłóconymi skrzydłami partii, lewym mającym poparcie większości szeregowych członków i prawym mającym większość miejsc w ławach parlamentu. W gabinecie cieni znaleźli się nawet otwarcie niechętni Corbynowi ludzie, tacy jak Hilary Benn, wyrodny syn Tony’ego. Prawe skrzydło partii nie przestało podkładać Corbynowi świń, krytykować go w mediach i szybko zaczęło poszukiwać sposobów na przeprowadzenie wewnątrzpartyjnego puczu.

Corbyn od początku tych spisków zachowuje zdumiewający spokój, co składa się zapewne częściowo na sympatię, jaką się cieszy. Wydaje się zupełnie niewrażliwy na szczucie przez prasę, gdyż jego zwolennicy ustawili się w opozycji także do dominujących mediów, uważanych przez nich za część neoliberalnego status quo, którego mają dość i któremu pragną położyć kres. Corbyn i jego zwolennicy wzięli za to szturmem media społecznościowe, gdzie wszystko, co mu zarzucają od „Daily Mail” do BBC, okazuje się być „na propsie”.

Pierwsza próba prawicowego puczu w partii miała miejsce w czasie wyborów na stanowisko burmistrza Londynu. Wyłoniony jako kandydat Labour Party dotychczasowy poseł Sadiq Khan należy do prawego skrzydła partii i nie jest mu blisko do Corbyna. Część tego samego prawego skrzydła konspirowała jednak z Torysami i z prawicowymi mediami w próbach podminowania kampanii Khana, grając na jego porażkę po to, by odpowiedzialnością za nią obarczyć następnie Corbyna. Mogłaby bowiem zostać przedstawiona jako wotum nieufności przedstawione przez wyborców partii pod nowym przywództwem. Taka jest geneza „Operacji Antysemityzm”.

Operacja Antysemityzm

Torysi, którzy sami usiłowali dla swojego kandydata (milionera Zaca Goldsmitha) pokonać Khana, bezwstydnie grając rasistowskimi kliszami straszącymi kandydatem Labour jako muzułmaninem, okazali się nagle wielkimi tropicielami rzekomego rasizmu po drugiej stronie. W kwietniu 2016 wysypała się cała seria oskarżeń o antysemityzm w Partii Pracy. Pierwsze skrzypce w szastaniu nimi szybko przejęło prawe skrzydło samej Labour – doprowadzając do zawieszenia „na czas wyjaśnienia” dziesiątek działaczy lewego skrzydła partii. Każdy, kto wypowiedział się kiedyś krytycznie o polityce Izraela był potencjalnie na celowniku. Wśród zawieszonych znalazła się nawet zasłużona działaczka antyrasistowska Jackie Walker, sama mieszanego pochodzenia afrokaraibsko-żydowskiego. Za to, że powiedziała kiedyś o własnych przodkach, że podczas gdy jedna ich część była niewolnikami na plantacjach w Nowym Świecie, druga finansowała handel tymiż niewolnikami. To wystarczyło, żeby wysmażyć przeciwko niej oskarżenie o antysemityzm (pod koniec maja została przywrócona w prawach członkowskich). Chodziło oczywiście o to, żeby część tego guana przykleiła się na dłużej, przez asocjację, także do Corbyna, znanego z konsekwentnego wsparcia udzielanego kampaniom solidarności z Palestyńczykami.

Operacja poniosła klęskę, 6 maja Khan wygrał wybory i został burmistrzem Londynu. Niemal natychmiast, w serii deklaracji, wyraźnie odciął się jednak od Corbyna, nawołując do powrotu do blairystowskich tradycji Labour „umiarkowanej” i „przyjaznej dla biznesu”. Choć zakładający zerwanie z polityką cięć i oszczędności program gospodarczy Corbyna przygotowany przez jego prawą rękę Johna McDonnella przewiduje olbrzymie inwestycje w budowę mieszkań, rozwój odnawialnej energetyki czy nowe technologie – trudno sobie wyobrazić, jak właściwie biznes miałby na tym stracić. Z wyjątkiem finansjery City of London, która w warunkach ekspansji produktywnych sektorów gospodarki utraciłaby część swojego relatywnego udziału w brytyjskiej gospodarce jako całości, a wraz z tym część swojej władzy politycznej.

Brexit

Wtedy przyszło referendum w sprawie Brexitu, 23 czerwca. Jeszcze trzy miesiące wcześniej wszyscy wierzyli, że niekoniecznie wielką przewagą, ale rezultat za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii jest niemal przesądzony. Sądzili tak nawet zwolennicy wystąpienia: skierowana do parlamentu i rządu petycja, która wśród zwolenników pozostania zrobiła taką furorę po ogłoszeniu wyniku – żeby niewielka różnica między głosami Leave i Remain, przy frekwencji poniżej pewnego progu, wymagała rozpisania drugiego referendum – została napisana przez aktywistę kampanii Leave, który spodziewał się, że Remain wygra przewagą jednego czy dwóch procent głosów.

Wynik referendum był wstrząsem dla rządzącej Partii Konserwatywnej. Premier David Cameron, do ostatniej chwili zakładał, że wynik będzie: Remain. Tylko dlatego rozpisał to referendum, że niczego innego się nie spodziewał. Chaos, w jaki osunęła się niespodziewanie Partia Konserwatywna, był sytuacją, o jakiej powinna marzyć partia opozycyjna. Zamiast skonsolidować się w natarciu na partię rządzącą, by ją sparaliżować i doprowadzić do przedterminowych wyborów, całkiem naturalnych w sytuacji takiego wstrząsu, prawe skrzydło Partii Pracy wyskoczyło z kolejną odsłoną pełzającego puczu przeciwko Corbynowi, znów spuszczając na niego swoje psy w mediach, od BBC po „The Guardian”. Badania opublikownae wkrótce po referendum wskazały, że prawie dwie trzecie wyborców Labour głosowało za pozostaniem w Unii. Odsetek tylko o jeden procent mniejszy, niż wyborców szkockiej SNP. Te same media, nawet ci sami dziennikarze, nawet w jednym zdaniu rozpływali się w zachwytach nad geniuszem i dziejową odpowiedzialnością liderki SNP Nicoli Sturgeon, i równały z ziemią Corbyna, obarczając go odpowiedzialnością za wynik referendum. Pomimo iż w liczbach bezwzględnych kilkakrotnie więcej zwolenników Corbyna niż zwolenników Sturgeon zagłosowało za pozostaniem w UE. Anglia ma kilkakrotnie większą populację niż Szkocja. Przeglądając serwisy informacyjne, można było w pewnym momencie odnieść wrażenie, że Corbyn aktywnie nawoływał do wystąpienia z UE, bardziej niż Nigel Farage i Boris Johnson.

Prawda jest taka, że Corbyn zawsze był niezwykle krytyczny w stosunku do UE. Jego krytyka była jednak zupełnie inna niż nacjonalistyczna, wyjątkowo reakcyjna krytyka Farage’a – Corbyn zawsze uważał UE za wehikuł narzucania kolejnych rozwiązań neoliberalnych, tj. uprzywilejowujących wielki ponadnarodowy kapitał, wszystkim państwom członkowskim, uderzających w interesy i w samą możliwość walki o interesy klas pracujących. W okresie poprzedzającym referendum Corbyn obrał jednak linię odcinającą się od nacjonalistycznej krytyki UE, podkreślając, że trzeba próbować podjąć wysiłek przemiany Unii Europejskiej od wewnątrz w coś lepszego, prawidziwe internacjonalistycznego, a nie tylko wykorzystującego uniwersalistyczne frazesy, żeby forsować interesy transnarodowego kapitału. Żadna inna linia nie byłaby w jego wydaniu wiarygodna, żadna też nie przekonałaby więcej ludzi z elektoratu Labour.

Puczyści postanowili przegłosować wotum nieufności Parliamentary Labour Party (reprezentacji Partii Pracy w parlamencie) wobec przywódcy. Przegłosowali je 28 czerwca, większością 172 do 40 głosów. Członkowie gabinetu cieni dokooptowani przez Corbyna z prawego skrzydła partii podali się do dymisji.

Irak i Raport Chilcota

Corbyn odmówił podania się po prostu do dymisji, powołując się na zbyt świeży i zbyt duży mandat członkowski, pochodzący sprzed mniej nawet niż roku. Uzupełnił swój gabinet cieni, czyniąc go jeszcze bardziej lewicowym, z największą w historii brytyjskiego parlamentaryzmu reprezentacją kobiet i mniejszości etnicznych.

Puczyści zachowywali się jak bohaterowie jakiejś dziwacznej komedii, coś między Bareją a Tatim. Nie było wiadomo, kto jest lub chce być ich liderem, czyli wystartować w ewentualnych przyspieszonych wewnątrzpartyjnych wyborach przeciwko Corbynowi. Wielu byłoby chciało, ale chyba się bało. Chwilami miało się wrażenie, że potencjalni anty-Corbyni pochodzą z przypadkowej łapanki, tak bardzo potykali się o własne nogi. Angela Eagle nie uzyskała nawet poparcia własnego okręgu wyborczego, który jednoznacznie woli Corbyna. Nie wiedziała, że nie da się ukryć tego, kiedy wykupiła domenę angela4leader.co.uk. Zwołała niedorobioną konferencję prasową, na którą prawie nikt nie przyszedł i stała tam, czerwona jak burak, wzywając w próżnię imiona dziennikarzy, którzy tam nie przybyli.

Puczyści próbowali wykluczyć Corbyna z ponownego kandydowania metodą administracyjną. Próbowali przesądzić, że urzędujący lider też musi zostać ponownie nominowany przez odpowiednią liczbę posłów z ramienia Partii Pracy. Zespół Corbyna stał na stanowisku, że według dokumentów statutowych partii, urzędujący przewodniczący ma to prawo automatycznie. Jedynie challengers – ci, którzy rzucają mu wyzwanie – potrzebują takiej nominacji. Sąd przyznał rację „corbynistom”.

Jak można robić tak dziadowski pucz? Nawet nie sympatyzując z puczystami, trudno się było nadziwić, dlaczego nie dali sobie trochę czasu, żeby się naprawdę przygotować i zrobić coś z głową, zamiast tylko ścigać się na nowe sposoby na samozaoranie.

Powodem tej nerwówki nie był wcale żaden Brexit tylko nadchodząca data oficjalnej publikacji Raportu Chilcota. Tematem Raportu Chilcota jest wojna w Iraku i prawne podstawy udziału Welkiej Brytanii w tej katastrofie. Raport powstawał zbyt długo, ale trochę dlatego, że okazał się bardzo szczegółowy i bardzo długi. Miał odpowiedzieć na pytanie, czy istniały prawne podstawy, żeby Wielka Brytania mogła tak sobie nonszalancko pobiec ze Stanami Zjednoczonymi na tę wojnę. Czy Saddam Husajn miał broń masowego rażenia? Czy były dowody? Czy jej używał? Czy wyczerpane zostały inne (dyplomatyczne) sposoby na rozwikłanie sytuacji? Pomimo iż Raport został ubrany w wyjątkowo ostrożne formuły, już przed jego publikacją nie było w zasadzie wątpliwości, że odpowiedzi na wszystkie te pytania będą brzmiały mniej lub bardziej „nie”. To z kolei oznaczałoby, że ówczesny premier Tony Blair wciągnął Wielką Brytanię w wojnę, która była po prostu nielegalna. Wciągnął ją w zbrodnie wojenne, które zrodziły współczesne patologie tamtej części świata, z Państwem Islamskim na czele. Wciągnął ją w wojnę, której przeciwna była większość brytyjskiego społeczeństwa, pomimo zmasowanej prowojennej propagandy w większości mediów. Od tej wojny zaczął się też kryzys społecznej wiarygodności Labour Party i proces wykruszania się jej rozczarowanego elektoratu.

Jeremy Corbyn był tymczasem jednym z najbardziej konsekwentnych krytyków takich imperialnych eskapad w ogóle i tej konkretnej wojny w szczególności. I już jako lider Labour dał do zrozumienia, że jeśli zostanie premierem, to nie da się wykluczyć, że sprawa odpowiedzialności Tony’ego Blaira za zbrodnie wojenne w Iraku znajdzie się na porządku dnia. Blair pozostaje nieformalnym „patronem” prawego skrzydła Partii Pracy, którego personel jest mu na różne sposoby mu dłużny lub zobowiązany. Jak wykazało śledztwo przeprowadzone przez niezależny serwis informacyjny TheCanary.co, podjęte później przez niektóre inne media, agencja PR-owa Portland Communications, związana z najbliższymi przyjaciółmi Blaira, odegrała kluczową rolę w atakach na Corbyna.

Ale Raport Chilcota został opublikowany. Jego werdykt jest, mimo przesadnie ostrożnego języka i metodologii, jasny: nie było podstaw do tej wojny. Corbyna nie udało się usunąć przed czasem, pozostają wewnątrzpartyjne wybory.

Who is Owen Smith?

Puczyści wyłonili kandydata żenującego jak cały ich blok. Gdyby ktoś rok temu powiedział nazwisko Owen Smith, chyba jedyną możliwą reakcją byłoby pytanie: Who is Owen Smith? Albowiem Owen Smith jest nikim par excellence. Mydłkiem, który swoją bezpłciowość musi kompulsywnie nadrabiać seksistowskimi kometarzami na Twitterze i gdzie indziej. Mówi, że opowiada się za wszystkimi tymi wartościami, co Jeremy Corbyn. Na czym więc miałaby polegać korzyść z zastąpienia nim Corbyna? Dlaczego jako poseł nigdy nie wykazał swoimi głosami czy wystąpieniami swojego stosunku do tych wartości? Dlaczego tak się z nimi ukrywał? Za to w młodości lobbował na rzecz pełzającej prywatyzacji narodowego systemu ochrony zdrowia jako piarowiec koncernu farmaceutycznego Pfizer.

Przeciwnicy Corbyna kandydaturą Smitha próbują desperacko przechwycić część definitywnego zwrotu w lewo w szeregach własnej partii, stąd rzekome poparcie Smitha dla tych samych wartości. Smitha przeciwstawiają jednak jako bardziej „wybieralnego” w kategoriach przyszłych wyborów parlamentarnych – Corbyn rzekomo nie jest. Jednak to Corbyn wypada w sondażach lepiej, podczas gdy Smith okazuje się po prostu chodzącą serią gaf. Teraz okazuje się, że Corbyn może wygrać jeszcze większą przewagą głosów, niż poprzednim razem. Od kilku miesięcy do Labour Party zapisują się masy nowych członków, w liczbach sięgających dziesiątek tysięcy tygodniowo. Wszystkie szacunki są jednomyślne: miażdżącą większość z nich stanowią zwolennicy Corbyna. Liczba członków wynosi już ok 640 tys. To więcej niż mają wszystkie inne partie polityczne w Wielkiej Brytanii razem wzięte. Czyni to też Labour Party najliczebniejszą obecnie partią socjaldemokratyczną w Europie, jeżeli nie partią polityczną w ogóle.

Partyjna biurokracja, w większości mocno osadzona w prawym skrzydle partii, wrośnięta w ideologię i koneksje blairystowskie, znalazła się na widok tych procesów w stanie paniki. Pojawiają się insynuacje, że to fala „trockistowskich sekciarzy” infiltruje Partię Pracy – jakby w Wielkiej Brytanii było kiedykolwiek tylu trockistów. Owen Smith właśnie znowu wyciągnął z kapelusza „antysemitów”.

Kilka tysięcy członków dowiedziało się, że zostało zawieszonych w prawach członkowskich (a więc i w prawie do głosowania na przewodniczącego) pod przedziwnymi pretekstami. Najczęściej chodziło o jakiś tweet czy status na Facebooku, wygrzebany gdzieś z odmętów 2014 roku, a wyrażający poparcie dla postulatu czy przedstawiciela innej partii politycznej, dziwnym trafem najczęściej Zielonych. To polityka przestała nagle polegać na przekonywaniu do swoich idei, do swojego projektu nowych ludzi, zdobywania ich dla swojego programu? Czy zdobywanie tych, którzy kiedyś sympatyzowali z innymi partiami, nie jest częścią, a nawet miarą sukcesu politycznego? Jak bez tego można kiedykolwiek wyjść z opozycji?

Na domiar złego 130 tys. ludzi zostało pozbawionych prawa głosu, bo zapisali się do partii za późno, choć w momencie, kiedy się zapisywali, strona internetowa informowała, że zyskują to prawo automatycznie. Od wielu wyciągnięto dodatkowe 25 funtów, za które mieli nabyć to prawo, jeżeli zapisywali się po upływie określonego terminu. Ich pieniądze poszły potem na prawników walczących w sądach administracyjnych o utrzymanie tego administracyjnego wykluczenia.

Nawet te czystki nie dają puczystom większych szans na przesądzenie wyniku na swoją korzyść. Na prawym skrzydle partii i wśród jego sponsorów pojawiają się więc tu i ówdzie głosy, że dojdzie do rozłamu, że prawe skrzydło ukonstytuuje się w nową partię. Podobno już jacyś prawnicy przyglądają się, jak w takim scenariuszu przejąć zasoby partii, zwłaszcza nazwę i logo. Z drugiej strony w niejednym okręgowym oddziale partii (Constituency Labour Party) odżywają szepty o deselekcji – odwołaniu posłów niezdolnych do pracy z nowym przywództwem partii i zastąpieniu ich innymi przez ich okręgi wyborcze. Miażdżąca większość CLP (285) poparła Corbyna. Smitha zaledwie 53.

Wynik wyborów w Partii Pracy ogłoszony zostanie 24 września.

Jarosław Pietrzak

Jest to dłuższa wersja tekstu, który w skróconej postaci ukazał się dzień wcześniej w serwisie Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Amerykańskie więzienia pełne są więźniów politycznych

W sierpniu amerykański Departament Sprawiedliwości ogłosił, że rozwiąże wszystkie kontrakty z prywatnymi operatorami więzień federalnych. Sieć prowadzonych przez prywatne korporacje – dla zysku – więzień to jeden z najbardziej jaskrawych i bulwersujących ekscesów amerykańskiego systemu sprawiedliwości. Prywatne więzienia to jednak tylko część problemu, jakim jest amerykańskie więziennictwo.  Współczynnik inkarceracji od lat przekracza w USA 700 osób na każde 100 tys. mieszkańców. W sumie daje to ok. 2,2 mln ludzi. W Chinach, które mają ponad cztery razy więcej ludności, w więzieniach przebywa ok. 1,5 mln ludzi. USA stanowią 4,4% populacji planety, a amerykańskie więzienia zamieszkuje więcej niż jedna piąta wszystkich więźniów na świecie.

Być może najwyższy czas, żebyśmy nauczyli się myśleć o amerykańskich więźniach jako o więźniach politycznych.

Większość osób, które siedzą w amerykańskich więzieniach, trafiła tam w jakimś związku z amerykańską „wojną z narkotykami”. Mają na koncie albo przestępstwa narkotykowe (handel, posiadanie), albo związane w jakiś sposób z przemocą gangów kontrolujących obrót narkotykami. W ciągu ćwierćwiecza do roku 2010 liczba nowych osób skazywanych za przestępstwa bezpośrednio związane z narkotykami wzrosła z 41 tys. do pół miliona rocznie. Według badaczki problemu Michelle Alexander 31 mln osób przeszło już przez amerykańskie więzienia w ramach „wojny z narkotykami” – czyli niemal co dziesiąty Amerykanin.

Dzisiaj jasne jest już, że wypowiedziana przez administrację Richarda Nixona, a potem rozwinięta przez Ronalda Reagana „wojna z narkotykami”, w którą USA wciągnęły resztę świata, okazała się kompletną katastrofą. Nie rozwiązała żadnego problemu, stworzyła szereg nowych, eskalowała stare. Kolejne instytucje i organizacje wzywają społeczność międzynarodową do jej niezwłocznego zarzucenia. Wskazuje się przykład Portugalii, która zdekryminalizowała posiadanie jakichkolwiek narkotyków, środki marnowane wcześniej na ściganie i więzienie użytkowników przekazując Ministerstwu Zdrowia na leczenie uzależnień – i odnotowała spektakularne sukcesy w redukcji problemu.

Ale właściwe rozumienie, co poszło nie tak, wymaga przyjęcia do wiadomości, że „wojna z narkotykami” była projektem politycznym, który nigdy nie miał na celu rozwiązania problemu uzależnień czy miejskiej przemocy. Narkotyki były tylko pretekstem, amerykańska wojna z nimi miała zupełnie inne cele polityczne: wewnętrzne i zewnętrzne.

Wewnętrzne cele były takie, żeby pokonać dwa wielkie wyzwania rzucone amerykańskiemu establiszmentowi i klasom panującym. Podmiotem jednego wyzwania były radykalne ruchy walczące o równouprawnienie Afroamerykanów i demontaż rasistowskich struktur utrzymujących ich dyskryminację (Czarne Pantery, Black Liberation Army, Nation of Islam). Podmiotem drugiego – lewicowe ruchy antywojenne zmobilizowane przeciwko wojnie wietnamskiej. Chodziło o delegitymizację i kryminalizację jednych i drugich. Przez wytworzenie politycznego obrazu Afroamerykanów jako nierozerwalnie połączonych z obrotem heroiną, a hipisów z marihuaną. Przez uderzenie w ich środowiska siłami policji. Skoro nie można było zakazać wszystkich form walki o równouprawnienie czy o zakończenie wojny, to należało ich powsadzać do więzień za coś innego i narkotyki okazały się wymarzonym pretekstem. Otwarcie przyznał to już w 1994 jeden z najwyższych rangą doradców Nixona, John Ehrlichman, ale wywiad ten ujrzał światło dzienne w raporcie na łamach „Harper’s Magazine” dopiero kilka miesięcy temu.

Zewnętrzne cele były takie, że pod pozorem walki z narkotykami USA uzyskiwały nieoceniony instrument mieszania się w politykę państw Ameryki Łacińskiej, stanowiących źródło dostaw większości twardych narkotyków na rynek amerykański. Pod pozorem „wojny z narkotykami” skłonione lub przymuszone do współpracy kraje dawały dostęp do swojego terytorium rozmaitym amerykańskim służbom i otwierały się dla penetracji przez amerykańskie siły zbrojne, które mnożyły w ten sposób swoje instalacje na zachodniej półkuli. Z tego właśnie powodu Brazylia od dawna odmawiała jakiejkolwiek motywowanej „wojną z narkotykami” współpracy z Amerykanami.

Zgodnie z politycznymi intencjami, które zrodziły „wojnę z narkotykami”, większość celowników w tej wojnie wymierzonych było w populację amerykańskich „kolorowych”. Biali rzadko trafiają w USA do więzień za posiadanie czy drobny obrót narkotykami, bo policja nigdy się w ich stronę nie kieruje, skupiona na wyłapywaniu Afroamerykanów i Latynosów, choć wszyscy wiedzą, że białe dzieciaki na imprezy na zamożnych przedmieściach przynoszą tyle samo „substancji”. Kilkadziesiąt lat tak ukierunkowanej uwagi wytworzyło stan, który jakoby miało przezwyciężyć. Całe dzielnice wielkich miast, całe społeczności osunęły się w gospodarkę opartą na obrocie narkotykami. Dyskryminacja ludzi z odbytymi wyrokami więzienia powoduje, że kto raz wpadnie za kraty, często już na zawsze zostaje przestępcą, bo nie ma stamtąd dokąd wrócić. Nierzadko jedynym pracodawcą, który ma dla niego otwarte ramiona jest jego stary gang. Jeden z najwybitniejszych amerykańskich seriali telewizyjnych, Prawo ulicy (The Wire) pokazywał, jak taka struktura społeczna się potem reprodukuje z pokolenia na pokolenie: dzieci dorastają w środowisku, w którym miejsce w gangu narkotykowym jest jedyną perspektywą, jaką ma przed sobą młody chłopiec.

Choć projekt polityczny pod kryptonimem „wojna z narkotykami” został wymyślony i odpalony przez administrację Partię Republikańskiej, machina raz puszczona w ruch rozpędziła się jeszcze szybciej pod rządami Billa Clintona z Partii Demokratycznej i nigdy od tamtej pory nie zwolniła znacząco tempa. Clinton doszedł do władzy m. in. przy użyciu ubranej w formułki „walki z przestępczością” rasistowskiej kampanii wyborczej zaprojektowanej w think tankach Demokratów. Celem było przesunąć Partię Demokratyczną w prawo spektrum politycznego i odbić część głosów białej klasy robotniczej, którą zdaniem tych think tanków uwodziły konserwatywne, „tożsamościowe” hasła Republikanów. Gdy już był u władzy, jego administracja zarządzała okresem bezprecedensowego przyspieszenia procesów globalizacji neoliberalnej. Do jej skutków należało przenoszenie przez wiele amerykańskich korporacji zakładów produkcyjnych tam, gdzie siła robocza jest tańsza niż w USA. Dawne ośrodki wielkiego przemysłu obracały się w nowe zagłębia biedy i masowego bezrobocia. Dodatkowo uderzała w nie likwidacja przez administrację Clintona większości istniejących wcześniej programów pomocy społecznej.

Postępująca kryminalizacja społeczności „kolorowych” (biali rzadziej dostają wyroki więzienia, dostają też statystycznie niższe wyroki) pomagała przenosić napięcia społeczne. Niech biali biedni wyżywają się w nienawiści do kolorowych biednych, zamiast razem z nimi rzucać wyzwanie finansjerze z Wall Street. Zamykanie milionów ludzi w więzieniach okazało się jak znalazł, żeby usuwać z pola widzenia nadmiar ludzi, dla których w warunkach ucieczki przemysłu za ocean i tak nie zanosiło się na żadną regularną pracę. Można powiedzieć, że była to operacja księgowa mająca na celu zaniżanie oficjalnych statystyk bezrobocia.

Do kolosalnych rozmiarów rozrosły się też prywatne korporacje prowadzące więzienia dla zysku (zainicjowane już za Reagana), które w kontraktach z władzami publicznymi zaczęły wymuszać gwarancje na dostarczanie im przez państwo gwarantowanej, minimalnej liczby więźniów.

Warto o tym pamiętać, gdy mainstreamowe media będą urządzały kolejny festiwal rytualnych potępień Iranu, Chin, Korei Północnej, Rosji, Kuby, czy kogo tam jeszcze koniunktura nie zaprowadzi w danym momencie na szczyt liberalnej listy zbrodniczych reżimów. Najwięcej więźniów politycznych trzymają Stany Zjednoczone.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.  

Na zdjęciu: Basiru Jallow

Zmierzch rodu Uzeda, książąt Francalanza

Federico De Roberto (1861-1927) ukończył swoją wielką powieść I Vicerè (Wicekrólowie) w 1894. Kosztowała go dużo pracy (liczy 600 stron) i przyniosła mu rozczarowanie, bo początkowo spotkała się ze znikomym odzewem. Dziś I Vicerè uważani są za jedno z wielkich dzieł włoskiego realizmu. Ciekawostka: De Roberto przyjaźnił się i był trochę jakby uczniem innego klasyka nurtu, Giovanniego Vergi, również związanego z Sycylią, autora Rodziny Malavogliów, powieści na podstawie której Luchino Visconti zrealizował swój wczesny film, Ziemia drży. Jednak zasłużone uznanie I Vicerè zdobyli długo po śmierci autora, na szeroką skalę dopiero po upadku włoskiego faszyzmu, kiedy odblokowaniu uległ obieg literatury tak ostentacyjnie niemożliwej do uzgodnienia z prawicową wizją świata i historii. Na francuski powieść De Roberto przetłumaczono dopiero w 1954, na niemiecki i angielski – w 1959. I tu kolejna ciekawostka: znacznie, znacznie później niż na polski. Polski przekład był pierwszym tłumaczeniem powieści, ukazał się już w 1905.* Pod zaborami, kiedy jej nie było jako państwa, Polska była chyba mniej peryferyjną, bardziej zainteresowaną światem i nadążającą za współczesnością kulturą niż nią jest obecnie.

Powieść, uwielbiana przez Fredrica Jamesona i Franco Morettiego, w wyśmienitym angielskim przekładzie Archibalda Colquhouna, została w tym roku wznowiona przez Verso i tak znalazła się w moich rękach.

Jak sam tytuł wskazuje, bohater powieści jest zbiorowy. Jest nim potężna arystokratyczna rodzina, której historia sięga podboju Sycylii przez Hiszpanów. Akcja rozpoczyna się w latach 40. XIX i rozpięta jest na przestrzeni kilku dekad. Centralnym punktem, niejako osią wokół wszystko się toczy, jest przyłączenie Sycylii do zjednoczonego Królestwa Włoch w 1860.

Jak dowiadujemy się ze wstępu Calquhouna, tworząc swój ród Uzeda, De Roberto wzorował się na przedstawicielach kilku autentycznych rodzin arystokratycznych, z których tylko jedna, Paternò Castello, zajmowała podobną pozycję w strukturze władzy sycylijskiego feudalizmu, co powieściowi Uzeda.

Wszyscy porównują powieść De Roberto do malarstwa Goyi – nie dlatego, że idą na łatwiznę powtarzania raz urobionej frazy, a dlatego, że tak trafne jest to porównanie. Chodzi oczywiście przede wszystkim o Goyi portrety. Tak jak Goya, De Roberto tworzy na kartach Wicekrólów galerię postaci, które fascynują najbardziej tym, jak brzydkimi, zdemoralizowanymi, odpychającymi figurami czyni ich odziedziczony, niesprawiedliwy, oparty na wyzysku innych, przywilej. Mimo duszy, którą czasem widzimy w ich oczach, i która daje nam znać, że może chciałyby lub chciały kiedyś inaczej.

Jego opowieść otwiera śmierć: umiera amoralna i pozbawiona większości ludzkich uczuć (tak niewiele miejsca zostawiła dla nich chciwość) Donna Teresa Uzeda i Risà, księżna Francalanza. I wszystko, co następuje dalej, jest historią klasowego rozkładu i degrengolady gromady krewnych, którzy dostali lub nie dostali po niej nic w spadku.

Głównym spadkobiercą – większości majątku i tytułu – jest jej syn Giacomo, który jej nienawidził, i uzyskawszy spadek mści się na swój sposób za to, jak matka trzymała go za mordę. Jest jeszcze bardziej amoralny niż ona – używa wzystkich dostępnych mu sztuczek, by wykolegować swoje rodzeństwo i kuzynów z ich części spadku. Fabrykuje rzekomo niespłacone przez Donnę Teresę długi, wyciąga z kapelusza dawno uregulowane zobowiązania, na podstawie których obniża wartość majątku do podziału z innymi. Wykorzystuje emocjonalne zagubienie niektórych, by zgodzili się na takie uregulowanie rachunków, które czyni stratnymi najmniej zamożnych członków rodziny. Na tych, którzy potrzebują jego – jako wpływowej głowy rodziny – zgody na małżeństwo, wbrew obyczajowi, z wybrankiem serca, albo na rozwód, wbrew Kościołowi, wymusza rezygnację z roszczeń do znaczącej części ich spadku. I tak dalej.

Inne postaci reprezentują rozmaite inne formy rozpadu klasy panującej odchodzącego w przeszłość systemu. Zdemoralizowany, przeklinający jak szewc zakonnik Don Blasco, który ma dzieci z trzema kobietami i choruje od nadmiaru niewyplutej żółci, gdy przez trzy miesiące nie ma możliwości wtrącenia się i namieszania w sprawach innych ludzi, najlepiej doprowadzenia do wybuchu długotrwałego sporu. Chiara, która nie może zajsć w ciążę, gdy raz zachodzi, rodzi zdeformowane ciało, które natychmiast umiera. Dziwaczejący hipochondryk i niewydarzony pisarz staczający się w żebry. Ferdinanda, stara panna zafiksowana na genealogiach rodowej szlachty, lektury, na której nauczyła się czytać, i która jest dla niej wyznacznikiem jedynego prawdziwie pięknego stylu literackiego. W stylu tym Uzeda pisało się jeszcze Vzeda, z czego nabija się, drwiąc ze starej krewnej młody Consalvo, syn księcia Giacomo – w jednej ze swoich tyrad, nabijając się ze starej krewnej, wypowiada różne słowa według tej starej pisowni, z V w miejsce U, f w miejsce s, itd.

Jednym tchem z I Vicerè De Roberto często wymieniany jest Lampart Lampedusy, znacznie późniejszy (Lampedusa urodził się dwa lata po publikacji Wicekrólów), ale te powieści są bardzo różne. Lampedusa sam był księciem i pisał z nostalgią i miłościa dla przynajmniej niektórych swoich postaci o zmierzchu własnej klasy. De Roberto tymczasem wyraźnie nienawidził arystokracji.

Trudno się tu naprawdę identyfikować z którymkolwiek z bohaterów, tak bardzo ich klasowy przywilej niszczy ich jako ludzi. Wielu z nich ma w swojej biografii i roli w powieści moment, w którym są jeszcze godziwymi ludźmi, którzy przelotnie zdobywają empatię czytelnika. Lucrezia, która walczy o prawo do poślubienia mężczyzny, którego sama wybrała, a nie tego, który najlepiej się księgował księciu Uzeda; moment w życiu Consalvo, kiedy ten buntuje się przeciwko swojemu ojcu i zaczyna się uczyć, jak zostać czymś innym, niż tylko degenerującym się pasożytem; itd. Jest gdzieś u Marksa, że więźniami relacji dominacji są obydwie strony tej relacji – jej (tzn tej relacji) zniesienie uwolniłoby także wyzyskiwaczy z jarzma relacji, w którą są uwikłani. De Roberto wydaje się mieć takie właśnie intuicje – niejeden i niejedna spośród jego bohaterów posiada do jakiegoś momentu jakieś właściwości godne istoty ludzkiej, ale anachroniczna feudalna relacja, na której górnym biegunie się znajdują, ostatecznie to wszystko z nich wysysa, przeżuwa ich i trawi, by ostatecznie wypluć te wszystkie skłócone monstra, w jakie prawie wszyscy z nich się w końcu obracają.

Jest jeden znaczący i niezwykle – może przez kontrast – poruszający przypadek: piękny Giovannino Radalì, który zakochał się na zabój w młodszej Teresie, córce Giacomo, siostrze Consalvo. Jako młodszy syn wielkiego rodu, według starej feudalnej zasady nie miał prawa się ożenić. Miał je tylko jego starszy brat, który miał odziedziczyć także większość majątku. Giovannino naiwnie uwierzyl w szanse, jakie wynikają ze zniesienia starych feudalnych praw przez zjednoczone Włochy Wiktora Emanuela. Jego matka nic sobie z tego jednak nie robiła i wynegocjowała Teresę dla jego starszego, obleśnego brata, a Giovannino nie znalazł w sobie odwagi do walki z jej postanowieniami, podobnie jak dryfująca w stronę bezmyślnej dewocji Teresa w stosunku do postanowień swojego ojca ksiecia Giacomo XIV. Giovannino jest o tyle na kartach I Vicerè wyjątkową postacią, że do końca jego udziału w fabule (czyli do jego samobójczej śmierci) mu współczujemy i jakoś tak wiemy, że pozostał po prostu elementarnie dobrym człowiekiem. Tyle, że postradał rozum.

Ale ponieważ De Roberto jest tak znakomitym pisarzem, nie jest to wszystko wcale rzeką jadu, ale fascynujacą opowieścią o końcu epoki i jej klasowych władców,  o wszystkich poziomach ich (epoki i władców) postępującego rozkładu. Tempo, rytm, złośliwe poczucie humoru, z jakim rysuje poszczególne postaci, sytuacje, przewrotne zwroty akcji – to wszystko powoduje, że trduno mi uwierzyć, że nikt jeszcze ni obrócił tej powieści w trzy sezony wspaniałego serialu telewizjnego. Ktokolwiek złapałby partię Don Blasco (według Colquhouna miał on swój pierwowzór w rzeczywistości, w zakonniku z rodziny Paternò Castello), miałby szansę na rolę życia. (Istnieje co prawda film z 2007, przyznaję, że nie widziałem, ale serial telewizyjny wydaje mi się najlepszym formatem dla adaptacji takiej powieści).

Ale ta powieść jest ważna także dlatego, że jest tak bardzo aktualna właśnie teraz. Żyjemy w czasach na swój sposób podobnych. Świat trzeszczy w szwach i drży w posadach. Już nawet klasa władców neoliberalnego kapitalizmu nie wierzy w jakąkolwiek legitymację dla status quo; nie wierzy, że ktokolwiek w nią wierzy; nie wierzy w możliwość jego utrzymania. Współcześni Uzeda przestali nawet dbać o pozory, bezwstydnie kradnąc w światłach reflektorów (bailouty banków, wyprzedaż Grecji, tryliony dolarów poupychane w rajach podatkowych). Zagrabić, ile się da, zanim wszystko się zawali. De Roberto był jednym z tych włoskich pisarzy, którzy Sycylię pokazywali jako wyrzut sumienia zjednoczonych Włoch, ich niespełnioną obietnicę. Zjednoczenie Włoch spetryfikowało ekonomiczne zacofanie ich południowych peryferii – można chyba nawet powiedzieć, że Włochy stały się nowoczesnym narodem kosztem swojego zubożałego południa, zredukowanego na długo do roli rezerwuaru zdesperowanej siły roboczej dla przemysłów północy kraju. Arogancki, ale inteligentny, ambitny i myślący długofalowo Consalvo reprezentuje ten żywioł starych elit, który wynalazł się na nowo i znalazł drogę do pozostania w szeregach klasowych władców zmieniającego się świata. Zaadaptował się do nowych stosunków i wziął udział w ich kształtowaniu.

Współczesny nam, kolejny „stary świat” umiera dziś na naszych oczach: czy zdołamy tym razem strząsnąć ze swoich grzbietów książąt Francalanza naszych czasów?

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

[*] Tak podaje tłumacz w angielskim wydaniu. Jeden z Czytelników (któremu dziękuję za sprawdzenie) zwrócił mi jednak uwagę na Facebooku, że w katalogach Biblioteki Narodowej trudno o ślad po tym wydaniu. Albo rzeczywiście zaginęło, albo może Colquhoun pomylił je z polskim przekładem innej powieści De Roberto, Złudzenie?

Eça i Portugalczycy

Os Maias, w angielskim przekładzie, jako The Maias (po polsku wyszło to kiedyś przetłumaczone jako Ród Maia), czekało u mnie na półce kilka lat. Powieść (z 1888) jest długa, więc musiałem być w odpowiednim nastroju i okolicznościach – długie powieści lubię czytać, kiedy mam do dyspozycji dużo wielogodzinnych bloków czasu.

Mój ulubiony José Saramago powiedział o Os Maias, że to „najwybitniejsza powieść najwybitniejszego powieściopisarza Portugalii”. W Polsce, poza gronem wyspecjalizowanych w tej literaturze filologów, pisarz José Maria Eça de Queiroz (1845-1900) niezbyt jest znany: polski przekład Os Maias wyszedł dopiero równo sto lat po oryginale. Poza Lusofonią (czyli obszarem kulturowym języka portugalskiego) obecnie chyba najbardziej jest Eça kojarzony ze Zbrodnią księdza Amaro (O crime do Padre Amaro, 1875) – w uwspółcześnionej i przeniesionej do Meksyku ekranizacji Carlosa Carrery (2002), nominowanej do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, tytułowego księdza grał Gael García Bernal. Wczesna powieść o cielesnych namiętnościach młodego księdza i ich dramatycznych konsekwencjach ujawniła już jeden z trwałych rysów jego twórczości: fascynację obyczajowymi tabu mieszczańskiej kultury. Powraca u niego np. motyw kazirodztwa, na kartach Rodu Maia, a także w A Tragédia da Rua das Flores. Kazirodztwo często wiąże się u niego z rozdzielonymi, rozbitymi rodzinami, co jest motywem bardzo osobistym. Eça był przez swoją matkę zostawiony z dziadkami tuż po urodzeniu. Jego rodzice pobrali się dopiero, gdy miał cztery lata, ale utrzymywali go na odległość aż do czasu, gdy skończył 21 lat. To zapewne osobisty charakter takich motywów stał za tym, że nie zdecydował się za życia opublikować A Tragédia da Rua das Flores, jakby w obawie, że pewne motywy zostaną odczytane jako zaczerpnięte z historii jego rodziny. A że dochodzi tam do incestu między matką a synem, bał się prowokowania takich podejrzeń.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Os Maias jest rzeczywiście wspaniałą i wspaniale napisaną powieścią. Dzieje ostatnich przedstawicieli jednej z najznakomitszych i nazamożniejszych rodzin Lizbony opisuje Eça pewną siebie, piękną, nierzadko poetycką frazą, połączoną z dyskretnym, ale cały czas obecnym poczuciem humoru. Uczucia i fiksacje swoich bohaterów opisuje z wielkim zrozumieniem, miłością nawet – chcąc się upewnić, że cała ich złożoność będzie odebrana przez czytelnika, potrafi czytelnika przeprowadzić przez pięćdziesiąt stron bez żadnego wydarzenia godnego tego słowa, jednocześnie nie tracąc jego zainteresowania. I choć z takim zrozumieniem i miłością opisuje ich emocjonalne uwikłania, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że świat mieszczańskich konwencji, wszystkie jego gry i gierki, stawki większe i mniejsze, wydają mu się swego rodzaju cyrkiem, z którego po cichu i dyskretnie, ale jednak cały czas się śmieje.

Przedmiotem jego krytycznej, zdystansowanej obserwacji jest kultura mieszczańska w ogóle, ale też jej formacja specyficznie portugalska.

Rentierzy, nudziarze i dyletanci

Jego peryferyjni, portugalscy burżua bardziej niż liberalnych self-made-manów, o których niektórzy z nich czytują, zafascynowani angielską kulturą, przypominają feudalnych ziemian żyjących z renty, z odcinania kuponów od odziedziczonego majątku. W materialistycznych ujęciach globalnej historii społeczno-ekonomicznej uważa się zwykle, że Portugalii i Hiszpanii pozycja hegemona kształtującego swoje zręby we wczesnej nowoczesności kapitalistycznego systemu-świata, pomimo budowy wielkich imperiów kolonialnych, umknęła szybko najpierw do Genui, potem Amsterdamu i Londynu, za sprawą zbyt żywotnych na Półwyspie Iberyjskim struktur feudalnych, z ich preferencją dla demonstrującej władzę widowiskowej konsumpcji nadwyżek przed ich reinwestowaniem w spirali akumulacji kapitału. Eça wydaje się potwierdzać. Główny bohater, Carlos Eduardo da Maia, zostaje lekarzem, otwiera nawet gabinet, ale ponieważ z majątkiem swojego dziadka pracować nie musi, to prawie nikogo nie leczy. Gabinet przydaje mu się bardziej jako platforma dla flirtu i podrywu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zajmował na uniwersytecie miejsce, które zamiast marnować się dla niego mogło było wykształcić jakiegoś lekarza z prawdziwego zdarzenia.

Portugalscy burżua Eçy de Queiroza uwielbiają narzekać na dziadowskość swojego kraju, ale nie wyciągają żadnych wniosków z faktu, że trzymając – jako klasa – w garści większość kraju tego zasobów, to nikt inny jak oni właśnie dysponują środkami i możliwościami, by go ewentualnie ulepszyć. Nie chce im się jednak robić nic, co by wybiegało poza uciechy korzystania z własnych przywilejów; niczym nie potrafią się zająć na poważnie – od czasu do czasu coś ich kręci, ale mamy wrażenie, że z nudów lub dla fanaberii raczej niż z prawdziwej pasji czy powołania. Nic konkretnego z tego nigdy nie wynika. Carlos nie potrafi skupić się na swoich badaniach na tyle, żeby doprowadziły do jakiegokolwiek odkrycia, tak jak jego przyjaciel Ega nigdy nie ukończy swoich pretensjonalnych, bombastycznych projektów literackich. Wszyscy tu ciągle patrzą z podziwem na Londyn i Paryż, punkty odniesienia w każdej sprawie, choć jednocześnie tylko nieliczni z tych burżua wydają się rozumieć lub wiedzieć coś głębszego o francuskiej czy angielskiej kulturze (zabawne i na swój sposób fascynujące są demaskujące to sceny długich konwersacji o byle czym prowadzonych przy kolacjach i innych okazjach).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Nie wiem, czy słusznie to interpretuję, ale właśnie igraniem z prowincjonalną, peryferyjną mieszanką głupiego podziwu dla wszystkiego, co obce i kojarzy się z jakimś odległym ośrodkiem władzy i splendoru, z elementarnym brakiem pojęcia o świecie, tłumaczę sobie dziwną postać jednego z przyjaciół starego Afonso da Maia, niejakiego Steinbrokena. Eça nie raz i nie dwa pisze o nim, że to dyplomata, przedstawiciel ambasady Królestwa Finlandii w Lizbonie. Nie było nigdy żadnego Królestwa Finlandii. Po wielu stuleciach podporządkowania Królestwu Szwecji, w 1809 Finlandia stała się częścią Cesarstwa Rosyjskiego, w ramach którego była Wielkim Księstwem Finlandii. Eça sam o tym na pewno doskonale wiedział. Rodzice nie dali mu może w życiu miłości, ale posłali go do szkół – najpierw takiej z bursą w Porto, potem na studia do Coimbry – i Eça zrobił w życiu niczego sobie karierę. W dyplomacji. Był portugalskim konsulem w Hawanie, Newcastle-upon-Tyne i Bristolu. Jako dyplomata na pewno wiedział, że Finlandia nie jest żadnym królestwem tylko niesuwerenną prowincją Rosji i myślę, że wprowadził ten motyw na zasadzie zgrywy ze swoich czytelników. Wiedział, że częścią z nich będą tacy sami ludzie, jak mieszkańcy jego powieściowej Lizbony (jeden pyta, czy tam w Anglii to piszą np. romantyczne powieści) i śmiał się pod nosem, zastanawiając się, czy i kiedy się skapną.

Odniesienie i powtórzenie

Angielska tłumaczka Eçy, Margaret Jull Costa, zwraca uwagę, że różne rzeczy „chodzą” w tej powieści parami, wydarzenia się dublują, odbijają w sobie nawzajem:

[…] pierwsze Carlosa zachwycone spojrzenie na Marię Eduardę jest bardziej romantyczną wersją pierwszego spojrzenia jego ojca Pedro na Marię Monforte; podczas gdy romans Egi z żoną żydowskiego bankiera stacza się w farsę, Carlos pakuje się w groteskowy romans z księżną de Gouvarinho; Carlos bije Eusèbiozinho dwa razy, raz w dzieciństwie, potem jeszcze raz jako dorosły; Carlos nigdy nie kończy swojej książki o medycynie dawnej i współczesnej, tak jak Egi Pamiętnik Atomu pozostaje jedynie pomysłem, o którym głównie tylko mówi […].[1]

W tych parach i powtórzeniach kryje się głębsza sprawa – intelektualnie, filozoficznie głębsza. Brazylijski krytyk kultury Silviano Santiago napisał kiedyś esej zatytułowany Eça, autor „Madame Bovary”. Igrał w nim z ideą stojącą za opowiadaniem Borgesa, w którym niejaki Pierre Menard pisze jeszcze raz Don Kichota Cervantesa, kilkaset lat po oryginale. Tam gdzie inni – miejmy śmiałość nazwać ich nawet Eçy literackimi „wrogami” – zrzynanie pomysłów fabularnych z Zoli (La faute de l’Abbé Mouret jako źródło dla Zbrodni księdza Amaro) a zwłaszcza Flauberta (Kuzyn Basilio a Madame Bovary), którego Eça uważał za swojego wielkiego mistrza, Santiago proponuje intrygującą i inspirującą interpretację. Fabularne „powtórzenia” uprawiane przez Eçę są świadomą operacją intelektualną ustawiającą wcześniejszą, słynną powieść pochodzącą z Francji, a więc z dominującej na skalę europejską, „centralnej” kultury (najwięcej fabularnej prozy będącej w obiegu w Europie w XIX wieku pochodziło z Francji i Anglii), na pozycji „metajęzyka” wobec jego własnej, portugalskiej powieści. U Eçy

powtórzenie skutkuje głębią. Innymi słowy, każdy komentarz dotyczący postaw Luisy [bohaterka Kuzyna Basilio – przyp. J.P.] czy także jej męża, nie może być lokowany na konwencjonalnej, wąskiej płaszczyźnie moralnej, gwałtownej reakcji na przyczynę, która jest dla czytelnika oczywista, ale będzie musiał się zorganizować po linii reakcji na wcześniejszy tekst literacki […].[2]

Te „powtórzenia” są u Eçy formą konceptualizacji peryferyjnego położenia jego własnej kultury, szukającej na zewnątrz, w mocarstwowych ośrodkach władzy wzorów do naśladowania, punktów odniesienia, sposobów wartościowania – i czego tam jeszcze, nawet sposobów rozumienia samej siebie. Eça powtarza pochodzący z imperialnego centrum wzór i usiłuje go przerobić, przechwycić, zrobić z niego użytek i pożytek dla kultury położonej na peryferiach, na marginesie.

Piszę o tym wszystkim tak naprawdę dlatego, że lektura Os Maias Eçy de Queiroza skłoniła mnie do wyrażenia mojego ogólnego wrażenia o współczesnych Portugalczykach (choć powieść to XIX-wieczna). Portugalczycy to społeczeństwo, które nauczyło się ze swoich pełnych paradoksów dziejów, że łaska Historii na pstrym koniu jeździ i nauka ta uczyniła ich odpornymi na megalomanię, trzeźwymi, krytycznymi, a także po prostu przyzwoitymi ludźmi z kompasem uniwersalizmu zwykle gdzieś pod ręką.

Pstry koń Historii

Portugalia ma wyjątkowe w Europie położenie geograficzne – na samym końcu kontynentu, graniczy lądowo (od wschodu i północy) tylko z jednym sąsiadem, znacznie większym, wyraźnie dominującym. Bywało, że z tym sąsiadem znajdowała się w unii personalnej, co przy takiej różnicy wielkości oznaczało, że stawała się Hiszpanii jakby prowincją. Kiedy obydwa królestwa wyruszyły na podbój świata, Portugalczycy stali się na czas jakiś potęgą niewiele ustępującą Hiszpanii, rozległością zamorskich posiadłości wzbudzając zazdrość społeczeństw, które w szybkim czasie osiągnęły znacznie, znacznie wyższy poziom ekonomicznego i politycznego rozwoju – jak Niderlandy. Jednocześnie to, co pod postacią konturów na mapie świata wyglądało na jeden z największych triumfów wstępu do nowoczesności, w istocie było objawem słabości, toczącej kraj choroby. Historyk Robin Blackburn sugeruje nawet, że zwycięstwo Portugalczyków z Holendrami w rywalizacji o ziemie w Ameryce Południowej wzięło się m. in. z tego jak bardzo biedniejszym i zacofanym krajem była Portugalia[3]. To bieda Portugalczyków (albo ryzyko niebawem się w nią osunięcia, strach przed deklasacją) powodowała, że nigdy nie brakowało chętnych na ryzykowne zamorskie eskapady. Tak wielu tak niewiele miało do stracenia na miejscu. To reparacje do spłacenia po przegranej wojnie z Anglią mobilizowały portugalską koronę do wypychania za morze kolejnych ławic karaweli, z misją grabieży, wydzierania bogactw odkrytym lądom. To zacofane struktury społeczne kiszącego się we własnym sosie feudalizmu pozwalały na uciekanie tych wszystkich bogactw do ośrodków robiących z nich inny jakiś użytek niż np. wystawianie kościołów o wnętrzach całych ociekających złotem, które stoją do dzisiaj od Porto na północy Portugalii po brazylijski Salvador, wszystkie jak na ironię pod wezwaniem świętego Franciszka. Portugalska grabież zamorskich kolonii, przede wszystkim największej i najzasobniejszej z nich, Brazylii, sfinansowała rozwój nie tylko nie Brazylii i innych kolonii, ale nawet nie Portugalii – sfinansowała za to wczesne stadium rozwoju kapitalizmu w Anglii. Na wiele stuleci umieściła Portugalię w tym dziwnym, żenującym w gruncie rzeczy położeniu: niby-mocarstwa kolonialnego, które wyzyskuje podbite zamorskie lądy, ale tylko po to, by wydojonym z tego wszystkiego być natychmiast przez Wielką Brytanię. Tę relację zależności od Wielkiej Brytanii widać na kartach Eçy, widać ją na ulicach niejednego portugalskiego miasta, na których od czasu do czasu zaskakuje czerwona budka telefoniczna w angielskim stylu, widać ją w tym, że winnice w Dolinie Douro należą do dziś do angielskich rodzin i sprzedają swoje porto pod angielskimi nazwami.

Jakby tego wszystkiego było mało, wyemancypowana największa portugalska kolonia, Brazylia, najpierw ogłosiła się cesarstwem, a potem prześcignęła swoją byłą metropolię na różnych płaszczyznach. Z dwudziestokrotnie większą populacją, to ona jest dziś dominującą kulturą języka portugalskiego, jego największą literaturą, jego największą kinematografią, jego największą kulturą muzyczną, jego największą telewizją. Więcej ludzi na świecie widziało samo tylko Miasto Boga niż jakikolwiek film portugalski. To Brazylia jest globalnym graczem politycznym. Portugalia nie tylko niewiele znaczy w skali świata, ale rozpaczliwie słaba jest już w ramach zaledwie Unii Europejskiej, która o mały włos nie zawiesiła tam pod osłoną nocy demokracji, gdy tamtejsza lewicowa koalicja ośmieliła się wyrazić sceptycyzm w stosunku do podporządkowanej niemieckim obsesjom i interesom „wspólnej waluty”.

Ta nasycona kolejnymi, sobie właściwymi paradoksami relacja z Brazylią też się odbija w Os Maias. Brazylia w swoim położeniu w stosunku do Portugalii dubluje położenie Portugalii wobec Londynu, ale sama jest równolegle w takim samym położeniu także i wobec Wielkiej Brytanii, bo Londyn jest wtedy stolicą Rynku Światowego – bycie dostawcą surowców na potrzeby tego ostatniego (złoto, diamenty, cukier, kawa, dzisiaj także ropa naftowa) to gospodarcza rola Brazylii w międzynarodowym podziale pracy, a londyńscy bankierzy sprawują w tamtym okresie kontrolę nad podażą kredytu w Brazylii. Jednocześnie, gdy spojrzeć z daleka, Portugalia wygląda przy Brazylii jak zapomniana sierota, chuchro jakieś, co niechcący kopnąć można albo rozdeptać. Pełna, co prawda, nędzarzy, Brazylia wydała jednocześnie fortuny, przy których Portugalia nie ma się nawet czym zamachnąć. Ten paradoks reprezentuje u Eçy „mąż” Marii Eduardy, Brazylijczyk, którego niby nikt pozytywnie nie szanuje, ale ma skubany nie wiadomo ile pieniędzy, i też nie bardzo wiadomo skąd, więc na otwarcie negatywny, nieskrywany brak szacunku też sobie nikt na wszelki wypadek nie pozwala. No bo cholera wie. Z Brazylią związek ma też sposób, w jaki erotyzowana jest przejmująco smutna postać niebywale pięknej Marii Eduardy. Nie jest ona wcale Brazylijką, ale bardzo długo wszyscy myślą, że jest. Wszyscy, a przede wszystkim zakochany w niej główny bohater, Carlos Eduardo da Maia. Jej brat. Wróć! To był spoiler.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co ja właściwie chciałem powiedzieć? No właśnie, to: być może to właśnie inteligentne, krytyczne przyswojenie własnej – paradoksalnej, zmuszającej do pokory, bo złożonej z wzlotów i upadków – historii uczyniło Portugalczyków takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są.

Historii, na przestrzeni której doświadczyli zarówno roli kontrolującego posiadłości na kilku kontynentach mocarstwa, jak i sklerotycznego arcypierdoły Europy, a przez długi czas jednego i drugiego jednocześnie. Zrozumieli, że historia jest serią złożonych zbiegów okoliczności i nieoczywistych paradoksów, nawet kaprysów losu, a nie zwierciadłem narodowego narcyzmu, który zazwyczaj po prostu nie ma podstaw.

Takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są? Tak, takimi ludźmi, których intelektualiści gwiżdżą sobie na obwoźne oferty Francisów Fukuyamów czy Samuelów Huntingtonów tego świata i, jak José Saramago, zostają do śmierci w Portugalskiej Partii Komunistycznej. Takimi, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że chyba najpiękniejszy gejowski klub w Europie znajduje się u nich w Porto i takie samo miejsce w Londynie byłoby jednym z najdroższych i snobistycznych w tym mieście (i w weekendy nie wpuszczałoby kobiet). Takimi, którzy zrozumieli, czym jest narzucona światu przez Amerykanów „wojna z narkotykami”, więc zdekryminalizowali wszystko, co narkotyków dotyczy. Takimi, że ich kraj jest jednym z bastionów lewicy we współczesnej Europie. Takimi, którzy wobec skandalicznej postawy większości Europy uchodźcom z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej mówią: przyjeżdżajcie do nas.

Przypisy:

[1] Margaret Jull Costa, Introduction, [w:] Eça de Queiroz, The Maias. Episodes from Romantic Life, tłum. Margaret Jull Costa, Sawtry: Dedalus 2007, s. 9.

[2] Silviano Santiago, Eça, Author of “Madame Bovary”, tłum. Tom Burns,  Ana Lúcia Gazzola [w:] Silvano Santiago, The Space In-Between: Essays on Latin American Culture, red. Ana Lúcia Gazzola, Durham – London: Duke University Press, 2001, s. 47.

[3] Robin Blackburn, The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492-1800, London – New York: Verso, 2010, s. 202.

Jarosław Pietrzak

Jeżeli interesuje cię kultura i społeczeństwa języka portugalskiego, to rzuć okiem na moją książkę Smutki tropików i na mojego ebooka Notes brazylijski.

Jestem na Facebooku i Twitterze.