Salvador: Kultura jako gospodarka – na peryferii peryferii

Miejsce na liście ‘Światowego Dziedzictwa Ludzkości’ UNESCO to pocałunek śmierci. Kiedy etykietka zostanie już przyklejona, miasto zaczyna oddawać ducha; jest gotowe na wypchanie. Takie miastobójstwo – straszne słowo – nie jest dokonywane rozmyślnie. Wręcz przeciwnie, popełniane jest w najlepszej wierze i przy najszlachetniejszych intencjach: by zachować – w nienaruszonym stanie – ‘dziedzictwo’ ludzkości. Samo słowo już coś wskazuje, ‘zachować’ znaczy zabalsamować, zamrozić, uchronić przed rozkładem wynikającym z upływu czasu; ale tutaj oznacza także zatrzymywanie czasu, unieruchomianie obiektu niczym w fotografii, chronienie go przed wzrostem i zmianą.

Marco D’Eramo[1]

Pierwsza stolica Brazylii

Brazylijski ekonomista Ladislau Dowbor podkreśla na kartach Demokracji ekonomicznej, że Brazylia jest krajem, w którym współistnieją z sobą środowiska ekonomiczne z różnych epok i stadiów rozwojowych kapitalizmu[2]. Ultrawspółczesna gospodarka oparta na wiedzy, komunikacji, środkach przekazu i operacjach finansowych z centrum w São Paulo współistnieje z wciąż żywymi pozostałościami starszych cyklów gospodarczych, starszych formacji kapitalistycznych, czy też może peryferyjno-kapitalistycznych, które wciąż trwają w innych częściach kraju, zwłaszcza na od dawna w znacznym stopniu ekonomicznie porzuconym, wciąż i ponownie „zapominanym” obszarze brazylijskiego Północnego Wschodu (Nordeste)[3]. Ludzie wciąż pracują tam na wielkich, należących do najbogatszych brazylijskich rodzin, plantacjach wytwarzających podstawowe produkty rolne z przeznaczeniem na rynki światowe. Na niektórych z tych plantacji wysłane przez prezydenta Lulę wojsko jeszcze w XXI wieku wyzwalało ludzi pracujących tam w warunkach faktycznego niewolnictwa.

Salvador, stolica stanu Bahia, pierwsza, historyczna stolica kraju z czasów, kiedy powstał on jako kolonia portugalska, jest takim miastem, które zastygło w swojej przeszłości. Miasto zbudowane kiedyś na eksploatacji niewolników na okolicznych plantacjach, wraz z całym stanem Bahia ekonomicznie potem porzucone, gdy zmieniły się relacje między surowcami na rynkach światowych. Baianos (mieszkańcy stanu Bahia) i soteropolitanos (mieszkańcy Salvadoru) byli od tamtej pory konsekwetnie omijani przez kolejne fale modernizacyjnych ambicji, gdy te zabierały się od czasu do czasu za ekonomiczne struktury największego kraju Ameryki Południowej celem „nadgonienia zacofania”.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ale odkąd, niosąc cierpienie i przemoc, Europejczycy przekuli cały świat w nowoczesny system-świat kapitalizmu[4], pozostawanie jakiegoś miejsca zastygłego w ekonomicznej przeszłości odbywa się zawsze w integracji z procesami ekonomicznym jak najbardziej współczesnymi, z jakimiś interesami jak najbardziej aktualnymi. Dziś, w przypadku Salvadoru, te procesy, te współczesne interesy, to chociażby potrzeby przemysłu turystycznego.

W 1985 roku, w toku 9 sesji World Heritage Committee UNESCO przy placu Fontenoy w Paryżu, historyczne centrum miasta, znane pod nazwą Pelourinho, w Górnym Mieście (Cidade Alta), zostało dopisane do słynnej listy. Wyrok śmierci, którego mianem D’Eramo określa to wydarzenie w swoim eseju, to jeszcze nie był – miasto jest na tyle duże, że inwazja turystów nie zarżnęła go tak i nie obróciła w scenografię dla przesuwających się szybko wycieczek, jak powiedzmy słynną portugalską Sintrę. Ale i w Salvadorze widać, nad czym D’Eramo ubolewa. Moment ten, wydaje się, utrwalił i zintensyfikował pewne procesy i tendencje miasta: schwytał w pułapkę, unierouchomił, zafiksował intencje i ambicje jego włodarzy i elit.

Jest w mieście Salvador coś, co sprawia, że odruchowo odczuwamy je jako swego rodzaju diametralne przeciwieństwo São Paulo. Z jednej strony tego zestawienia potęga finansowa instytucji i korporacji wokół Avenida Paulista, z drugiej miasto niezwykle rozległych obszarów biedy. Z jednej metropolia doskonale zintegrowana ze zglobalizowanymi obiegami kapitału, symboli, współczesnych przemysłów kultury, towarów i usług, z drugiej miasto od stuleci tkwiące w ekonomicznym nie-rozwoju, bez niemal żadnego prawdziwego, godnego tego słowa przemysłu, który by je wyrwał z tego uporczywego, uciążliwego złego snu. O ile São Paulo zachowuje się tak, jakby chciało ukryć swój wiek (początkową niewielką osadę założono w 1554 roku), sprzedać się jako miasto całkiem młode, nowe i supernowoczesne, istniejące tylko w czasie teraźniejszym i przyszłym, wymazujące wieżowcami prawie wszystkie ślady swojej kilkusetletniej historii, o tyle Salvador (założony zaledwie pięć lat wcześniej, w 1549) jest przywiązany do swojej historii – trochę jakby dlatego, że to być może najlepsze, co ma. W każdym razie to mu się wydaje najlepsze ze wszystkiego, czym dysponuje, do wystawienia na globalnym rynku.

Salvador obraca historię, wciąż materialnie obecną w murach XVII-, XVIII- i XIX-wiecznych budowli Pelourinho, Carmo czy San Antonio, w swoją wizytówkę, podstawę swojej tożsamości, w swoją „markę”, w swój najważniejszy produkt w wielkim pasażu handlowym zglobalizowanej płynnej nowoczesności – celem zwabienia międzynarodowych przepływów pieniędzy i turystów jako agentów tego przepływu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Odkąd przyznane przez UNESCO miejsce na liście światowego dziedzictwa ludzkości zadekretowało nienaruszalność architektonicznego kompleksu w historycznym centrum miasta i podniosło jego pozycję w notowaniach branży turystycznej, tendencje dążące do uczynienia turystyki podstawą gospodarki Salvadoru i jego najważniejszym „przemysłem” jedynie się nasiliły. Dzielnice historycznego centrum miasta zostały w znacznym stopniu opustoszone z wcześniej zamieszkujących je społeczności i obrócone w hostele, pensjonaty, hoteliki, restauracje, bary i adresowane do turystów sklepy.

Jednocześnie projekt budowania przyszłości miasta na jego zakumulowanej przeszłości, materialnych świadectwach historii i bogactwie kulturowych praktyk stworzonych i rozwijanych przez etniczną, „rasową” i religijną mieszankę, która stworzyła to miasto i cały stan Bahia, stanowi swego rodzaju „wymówkę” dla braku jakiegokolwiek innego pomysłu na rozwój miasta. Braku przede wszystkim po stronie politycznych i ekonomicznych elit miasta, które byłyby w stanie podjąć decyzje o implementacji innych pomysłów na rozwój.

Salvador jest miastem boleśnie niedoinwestowanym – poza infrastrukturą turystyczną w wyznaczonych na turystyczne atrakcje częściach miasta i kilkoma dzielnicami dla zamożnych soteropolitanos. Co ważne, takie zamożniejsze dzielnice stanowią też w Salvadorze wyraźnie – widoczne jest to gołym okiem – mniejszą proporcję całego miasta, niż ich odpowiedniki w São Paulo, Rio de Janeiro czy Brasílii. Za to fawele Salvadoru ciągną się kilometrami we wszystkich kierunkach.

„Fawele w Salvadorze są rozmiarów całego Rio”, powiedział mi czarnoskóry carioca Marcelo. Marcelo, którego poznałem w Rio, jest trochę filmowcem, trochę badaczem kultury wizualnej, trochę sam wizualnie eksperymentuje. Marcelo autentycznie nienawidzi Salvadoru za stopień, w jakim władze tego miasta spokojnie i na wieki wieków czekają, aż problemy kulturowo najbardziej „afrykańskiego” miasta Brazylii rozwiążą się same. Nieliczne inwestycje infrastrukturalne, jakie rzuciły mi się w Salvadorze w oczy i nie były związane z nadchodzącymi Mistrzostwami Świata w piłce nożnej, a adresowane były faktycznie do mieszkańców miasta i odpowiadały na ich potrzeby (np. mieszkaniowe), nie były nawet zainicjowane przez lokalne władze czy lokalnych inwestorów, tylko ze środków rządu federalnego w Brasílii. W Salvadorze, mieście, w którym w latach 40. XX wieku narodziła się jedna z największych brazylijskich korporacji i jedna z największych korporacji budowlanych na świecie – Odebrecht!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Miasto i jego elity czekają, aż ekonomiczne wybawienie przyniesie bóg podróżników i obiecane przez niego bogactwo niesione w kieszeniach jego podopiecznych. Wybawienie i bogactwo jednak nie nadchodzą, pomimo iż mija już trzecia dekada, odkąd Pelourinho uzyskało od UNESCO „certyfikat aury”. Populacja miasta, w ogromnej większości afrykańskiego pochodzenia, pozostaje w rzędzie najbiedniejszych w Brazylii.

Teoretycy tacy jak Krzysztof Nawratek od dawna polemizują z teoriami przypisującymi kulturze moc stania się motorem rozwoju ekonomicznego miast – nawet w przypadku miast, w których dynamicznie rozwijają się nowoczesne, silnie dokapitalizowane przemysły kulturowe (przemysł filmowy, telewizyjny, muzyczny, rozwój usług internetowych), tylko w nielicznych i wyjątkowych przypadkach późnonowoczesne „przemysły kreatywne” są w stanie przekroczyć próg 10% realnej gospodarki danego miasta i realnego w niej zatrudnienia. Tym bardziej złudne i na wyrost są nadzieje miast, które liczą na nisko-kapitałową lokalną kulturę jako dźwignię swojej gospodarki. Jak bardzo nie byłaby ona atrakcyjna, piękna i fascynująca – a w przypadku Salvadoru jest niewątpliwie bardzo atrakcyjna, piękna i fascynująca (capoeira, afrykańskie i afrykańsko-chrześcijańskie obrzędy i tradycje, muzyka dosłownie eksplodująca w różnych punktach miasta i zalewająca całe jego dzielnice) – jej wartość ekonomiczna polegać może tylko na przyciąganiu pasjonatów turystyki kulturalnej.

Turystyka jednak, pozostawiona samej sobie, w środowisku, w którym niewiele poza nią się ekonomicznie dzieje, wywiera presję na płace, dążąc do utrzymania ich na poziomie tak niskim, jaki tylko jest możliwy. To one – niskie płace – są głównym gwarantem rentowności przedsiębiorstw nastawionych na świadczenie usług turystom. Inne mechanizmy maksymalizacji zysku oferują bowiem w turystyce bardzo wąskie pole manewru. Niewiele w tej branży da się zrobić, by zwiększyć wydajność, nie tak wiele da się zmechanizować, i tak dalej. Stąd miasta i kraje, których głównym produktem są usługi turystyczne, z reguły nie są nigdy w stanie wydostać się z biedy. Jednocześnie napływ odwiedzających, których kieszenie są pełniejsze, a konta w bankach bez porównania większe niż kieszenie i konta miejscowych, pociąga za sobą wzrost cen – nieruchomości, usług, towarów. Czyni życie miejscowych coraz trudniejszym, coraz droższym, wypycha ich z jednej dzielnicy po drugiej, coraz większym wyzwaniem czyniąc znalezienie w miarę stabilnego dachu nad głową.

Rozmawialiśmy o tym z Benem, gdy dołem miasta maszerowała licząca chyba z pół miliona ludzi kolumna soteropolitanos celebrujących Lavagem do Bonfim oraz miejscowych i turystów podziwiających to intrygujące święto, jeden z największych dorocznych festiwali odbywających się w stanie Bahia. Spoglądaliśmy na Cidade Baixa, „Dolne Miasto”, mnie już od dawna na swój sposób znane z genialnego filmu Sérgio Machado pod tym właśnie tytułem, przez palisadę ciągnącą się na lewo od Elevador Lacerda. Elevador Lacerda to budynek windy, którą można zjechać do Dolnego Miasta lub wjechać do Górnego, omijając długą pętlę, jaką w przeciwnym razie trzeba zrobić na piechotę lub samochodem. Ben pochodzi z Maroka, rozmawialiśmy po francusku. Jest informatykiem. Z Salvadoru wybierał się do Amazonii.

„Trzeba coś wytwarzać, nie można tylko czekać, aż turyści przywiozą worki z pieniędzmi, bo to się nigdy nie zmaterializuje. W Maroku jest tak samo. Najbiedniejsze są te miasta, które są najbardziej nastawione na turystykę – Casablanca, Marakesz. To tam jest najwięcej ludzi żyjących naprawdę w nędzy, pracujących za grosze, mieszkających w strasznych warunkach w slumsach, albo w ogóle bezdomnych. W mniejszych miejscowościach, z dala od Casablanki i Marakeszu, ludzie mogą być biedni – w sensie, że mają bardzo niedużo pieniędzy. Ale nie żyją w nędzy. Każdy gdzieś mieszka, w przyzwoitym domu. Każdy ma co do garnka włożyć, choćby z pola czy ogrodu, które należą do jego rodziny.”

Miasto uzależnione od turystyki – a tym bardziej biedne, peryferyjne miasto uzależnione od turystyki – czekając, aż mityczni zagraniczni turyści przywiozą mu w końcu któregoś dnia, w swoich plecakach i walizkach jego przyszłą prosperity, może czekać ad calendas graecas.

„A oprócz tego uzależnienie od turystów” – ciągnął Ben, wpatrując się to w tłum zmierzający wśród muzyki, tańca i wozów ku słynnemu kościołowi Senhor de Bonfim, to na ponurą, wylizaną ciemnymi plamami szarość betonu zapuszczonych wielopiętrowych budynków mieszkalnych Cidade Baixa – „prowadzi do wytworzenia całej takiej mentalności i kultury usłużności i podlizywania się w oczekiwaniu na łaskę napiwku”.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

„Machada”

Jednocześnie jednak pierwsze spotkanie z Salvadorem wcale nie musi być dla gringo przyjemnym i łatwym doświadczeniem. „Trudy pierwszego spotkania” potrafią się rozciągnąć na kilka dni. Żyjący z turystów soteropolitanos rzucają się na każdą dostrzeżoną w historycznym centrum miasta nową twarz i wciskają mu tandetne wisiorki, za które chcą 20 reais, pęczki wstążek z kościoła Senhor de Bonfim za 10 reais, swoje usługi jako przewodników. Oferujący swoje usługi przewodnicy opowiadają przy tym zawsze, jak straszne niebezpieczeństwa czekają każdego, kto by chciał na własną rękę, bez lokalnego przewodnika wybrać się do Cidade Baixa. Jeżeli wyglądasz jak gringo, będą ci próbowali sprzedać to samo piwo, które miejscowy chłopak właśnie kupił za 3 reais, za 6 reais, to samo acarajé, które na stoisku obok ktoś kupuje za 5 reais, za 7 czy 8 reais, i tak dalej.

Pamiętam dwie Baianas w tradycyjnych strojach, które w czarujący sposób oskubały mnie kilka kroków od mojego hostelu (świetny hostel Laranjeiras w samym sercu Pelourinho). Nie zapytałem ich o imiona, w duchu, na własne potrzeby dałem jednej z nich – tej bardziej cwanej i rozbrajająco przy tym czarującej – ksywkę Machada. Machada zapytała, czy chcę sobie zrobić z nimi zdjęcie. Odpowiedziałem, że tak, przede wszystkim chciałem im zrobić zdjęcia, bo wyglądały w tych swoich tradycyjnych strojach Baianas bardzo malowniczo. A Brazylijczycy są przepięknym tematem dla fotografa[5]. Poprosiły o dziesięć reais, ja miałem tylko banknot 50 reais. Machada odpowiedziała, że wyda mi resztę. Zanim wzięła pieniądze zdążyła mnie już jakimś sposobem, nie tracąc z twarzy rozbrajającego uśmiechu, przekonać, że te 10 reais to, ma się rozumieć, na głowę, czyli po dyszce dla każdej z nich dwóch. A potem „okazało się”, że ma wydać tylko 20 reais – ale w zamian zaoferowały, żebym po prostu zrobił więcej zdjęć. Cena dziesięciu reais w ciągu tych kilku minut spuchła o dwieście procent. Nieopodal, na stopniu jednego z domów, siedział mieszkający od jakiegoś czasu w Pelourinho Francuz tureckiego pochodzenia, który widział całe to zdarzenie i śmiał się ze mnie, że dałem się wykiwać. Gdybym poszedł na plac Terreiro de Jesus, który znajduje się o kilka kroków stamtąd, Baianas, które tam się snują, nie kasują za to pieniędzy, bo są zatrudnione przez jeden z tych sklepów z koszulkami i akcesoriami w rodzaju torebek i szali, Lembrança da Bahia (‘Wspomnienie Bahii’).

Nazwałem ją sobie Machada, bo jej ironiczny dystans do różnych dyskursów – w wypadku, który mnie dotyczy, do dyskursu uprzejmości wobec cudzoziemca, do dyskursu rynku, do dyskursu kupieckiej uczciwości, i tak dalej – skojarzył mi się z największym brazylijskim pisarzem XIX wieku, Machado de Assisem. Brazylijski krytyk kultury, Roberto Schwarz, wskazuje, że literacka i intelektualna wielkość Machado de Assisa tkwi w jego zdolności literackiego, ironicznego ukazania Brazylii jako nierówno i niekompletnie poprzykrywanej nieprzystającymi do niej, importowanymi, przyniesionymi głównie siłą snobizmu na fali zagranicznych mód intelektualnych, ideologii[6]. Baiana z Pelourinho wydawała mi się jego daleką intelektualną krewną, mniej wykształconą, która pewnie nigdy nie napisze książki, jednak nasyconą tym samym pierwiastkiem dystansu do oficjalnych ideologii, do dyskursów, o których doskonale wie, że i tak wyraźnie nie pasują do rzeczywistości.

Kilka dni zajęło mi, żeby nauczyć się nawigowania między takimi skubaczami gringos, rozpoznawać, które „oferty” są jawnymi nadużyciami, i kogo z „oferentów” ewidentnie należy omijać. Ponieważ zostałem w Salvadorze na prawie trzy tygodnie, poznałem też wielu z tych ludzi i oni mnie już po kilku dniach rozpoznawali, oferując nawet zniżki i specjalne (tym razem już naprawdę specjalne) oferty dla regularnego klienta. Okazało się, że bardzo niewielu Polaków odwiedza Salvador, rozpoznawano mnie też z daleka, bo cały czas nosiłem z sobą aparat. Kiedy zdarzyło mi się go z sobą nie zabrać, gdy snułem się po historycznym centrum po nocy, pytali, co się stało, martwili się, że może ktoś mi ukradł.

Cudzoziemiec nie ma jednak moralnego prawa skarżyć się ani obrażać na soteropolitanos. Wystarczy się rozejrzeć.

Selektywna wszechobencość policji

Jedną z rzeczy, które najbardziej w Salvadorze rzucają się w oczy, jest wszechobecność sił policyjnych różnych formacji. Z wyjątkiem Straży Miejskiej w Brazylii są one wszystkie formacjami militarnymi. Można wręcz odnieść wrażenie, że miasto znajduje się pod militarną okupacją. Większość tych policjantów  jest uzbrojona po zęby, stąpają ciężkimi, wojskowymi buciorami. Jeśli jednak rozglądasz się uważnie i oddalisz się czasem od ścieżek ubijanych dzień w dzień przez turystów, zobaczysz, że to, co na pierwszy rzut oka wydawało się być zupełną wszechobecnością policji, jest wszechobecnością wysoce selektywną.

Dzielnice, które nie są na codziennym celowniku aparatów fotograficznych turystów, są nierzadko zupełnie pozbawione jakiejkolwiek policyjnej ochrony przed przemocą. Mieszkańcy nie ufają też policji i często mają na jej temat bardzo złe zdanie. Nie tylko jej funkcjonariuszom niespecjalnie spędza sen z powiek kwiestia dostarczania minimum bezpieczeństwa mieszkańcom ubogich części miasta – to policja często postrzegana jest i faktycznie stanowi dla najbiedniejszych soteropolitanos realne zagrożenie, wielu z nich nie spodziewałoby się po policji niczego dobrego. W całym kraju policja nie ma opinii siły szczególnie sympatycznej, ale policja w Salvadorze nawet na takim tle słynie na skalę ogólnobrazylijską ze swojej brutalności. W ostatnich latach organizacje pozarządowe utrzymywały, że z szeregami policji w Salvadorze powiązany jest szwadron śmierci eliminujący młodych czarnoskórych mężczyzn, na których uciążliwość skarżyli się właściciele niektórych biznesów. Ciała tych młodych mężczyzn znajdowano potem na śmietnikach[7].

Soteropolitanos, których poznałem, opowiadali mi, jak policjanci zatrzymywali chłopców z faweli pod byle pretekstem, a nawet podrzucali im do plecaka narkotyki, prawdopodobnie, żeby wyrobić jakieś „targety” ilości zatrzymań. Jednocześnie na własne oczy widziałem, jak narkotyki podawano sobie – pod osłoną nocy i tłumu słuchającego baterii bębniarzy – w odległości dwóch metrów od policjanta, tyle że ten dostawał pewnie swoją dolę za uprzejme niedostrzeganie realizowanych w zasięgu jego wzroku transakcji.

Wystarczy pobyć w Salvadorze dłużej niż kilka dni, by stało się jasne, że policja jest tam po to, żeby chronić nie mieszkańców a turystów. Posterunek przy Largo Terreiro de Jesus mówi to nawet wprost swoją nazwą: „Jednostka Ochrony Turystów”.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Soteropolitanos mają wszelkie podstawy i racje, by odczuwać wielopoziomowy resentyment, niezależnie od tego, czy go racjonalizują, czy pozostaje on na poziomie przedrefleksyjnego reprodukowania pewnych praktyk zbiorowo wypracowanych w kulturze, w której taki resentyment jest częścią – mówiąc Pierre’em Bourdieu – ich klasowego habitusu.

Najpierw ich przodków przywieziono tu przemocą, by wyciskać z nich pot i krew na plantacjach trzciny cukrowej. W mieście wciąż stoją materialne świadectwa tamtej fundującej je przemocy. Nawet sama nazwa Pelourinho wzięła się od stojącego przed kościołem świętego Franciszka wolno stojącego na środku placu słupa, do którego przywiązywano niepokornych niewolników i pokazowo ich biczowano. Po zniesieniu niewolnictwa w miejscu tego pręgierza postawiono krzyż, który stoi tam do dzisiaj. Taki słup stał w każdym kolonialnym portugalskim mieście w Brazylii, zawsze przed jego centralnym kościołem. Kościół katolicki w ten sposób dostarczał symbolicznej legitymizacji niewolnictwu i przemocy stojącej na jego straży. Słowo pelourinho oznacza po portugalsku właśnie ten słup, ten pręgierz.

Gdy kolejne rozdziały historii kapitalizmu pozbawiły brazylijski cukier jego wcześniejszej pozycji eksportowej, wyciśniętych jak cytryny Baianos porzucono i zostawiono w stanie permanentnego ekonomicznego nie-rozwoju, skazanych na wieki na niedowartościowaną pracę. Dziś, w ich własnym mieście, którego wąskie elity czerpią ogromne korzyści z jego zacofania, bo gwarantuje ono ogromne zasoby gotowej pracować za grosze siły roboczej, z ich podatków i z wartości dodatkowej wyciskanej z ich systematycznie niedowartościowanej pracy finansowane są siły policyjne, które wydają się mieć za swe główne zadanie chronić przybyszów, turystów, zwiedzających – przed nimi właśnie, przed mieszkańcami miasta. Przed mieszkańcami miasta, których na potrzeby przybyszów obrócono w dostarczycieli malowniczego tła, odgrywających role w wielkim spektaklu kulturalnych i kulturowych atrakcji na potrzeby widzów z zewnątrz, uśmiechających się i podlizujących w nadziei na napiwek. Ich wspaniałe dziedzictwo kulturalne stało się towarem na sprzedaż dla zwiedzających; towarem, z którego sprzedaży zysk jakoś ich zwykle omija, lądując nie wiadomo gdzie. Omija ich, bo to oni de facto, jako depozytariusze i aktywne podmioty tego dziedzictwa kulturalnego, są tu jak gdyby samym towarem – przedmiotem transakcji bardziej niż jej stroną.

Soteropolitanos wyczuwają więc – w mniej lub bardziej zracjonalizowany sposób – nieuczciwy, eksploatatywny charakter takiego urządzenia ich codziennej rzeczywistości. Oskubanie od czasu do czasu jakiegoś turysty to akt mikrooporu, mikrorebelii, drobnej ekonomicznej i symbolicznej dywersji wobec takiego stanu rzeczy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Przypisy:

[1] Marco D’Eramo, UNESCOcide, tłum. Nicholas Dines „New Left Review”, nr 88 lipiec/sierpień 2014, s. 47.

[2] Ladislau Dowbor, Demokracja ekonomiczna: Alternatywne rozwiązania w sferze zarządzania społecznego, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 113.

[3] Dla zainteresowanych tym regionem ważną pozycją do dziś pozostaje kanoniczne dzieło brazylijskiej literatury przełomu XIX i XX w., Os sertões Euclidesa da Cunhi.

[4] Immanuel Wallerstein, The Modern World-System, t. 1: Capitalist Agriculture and the Origins of the European World-Economy in the Sixteenth Century, New York-London: Academic Press 1974; tegoż, The Modern World-System, t. 2: Mercantilism and the Consolidation of the European World-Economy, 1600-1750, New York: Academic Press, 1980; tegoż, The Modern World-System, vol. III: The Second Great Expansion of the Capitalist World-Economy, 1730-1840’s, San Diego: Academic Press, 1989; tegoż, The Capitalist World-Economy, Cambridge: Cambridge University Press 1979.

[5] Jeżeli Czytelnika interesują fotografie z mojej brazylijskiej podróży, wiele z nich jest dostępnych na moim fotoblogu Surface and Matter, http://surfaceandmatter.blogspot.co.uk/.

[6] Roberto Schwarz, A Master on the Periphery of Capitalism: Machado de Assis, tłum. (z port. na ang.) John Gledson, Durham – London: Duke University Press, 2001; Roberto Schwarz, Misplaced Ideas. Essays on Brazilian Culture, red. i tłum. (na ang.) John Gledson, London-New York 1991.

[7] Lena Azevedo, Jovens negros na mira de grupos de extermínio na Bahia, „Publica”, 11 lipca 2013, http://apublica.org/2013/07/jovens-negros-na-mira-de-grupos-de-exterminio-na-bahia/

Jarosław Pietrzak

Niniejszy tekst stanowi fragment ebooka Notes brazylijski.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Salvador w stanie Bahia

Podwójny Pietrzak w pakiecie serwisu BookRage!

Najnowszy pakiet Quickrage serwisu BookRage to ebooki o Ameryce Łacińskiej.

BookRage oferuje zestawy ebooków połączonych w pakiety tematyczne – za dowolną cenę. To kupujący decyduje, bo płaci tyle, ile chce lub może zapłacić. Kto zapłaci powyżej średniej, otrzymuje oprócz pakietu podstawowego dwie dodatkowe pozycje. Jednak każdy taki pakiet dostępny jest tylko przez ograniczony czas, a więc trzeba się spieszyć. Pakiety QuickRage dostępne są przez siedem dni. Ten – licząc od dzisiaj, do porannych godzin 25 lutego.

W pakiecie o Ameryce Łacińskiej znajdują się:

Oferta już nieaktualna

Londyn, 9 sierpnia 2014, demonstracja solidarności z Palestyną

Sprawa palestyńska w epoce prezydenta Trumpa

Wielu sympatyków i obserwatorów sprawy palestyńskiej, nie wspominając o samych Palestyńczykach, z przerażeniem spogląda w przyszłość pod znakiem nowego lokatora Białego Domu. Donald Trump jest najbardziej obscenicznym zwolennikiem najbardziej prawicowych tendencji w polityce Państwa Izrael, jaki kiedykolwiek zasiadał w Gabinecie Owalnym. Zapowiedział, że da wolną rękę ekspansji żydowskich osiedli na Okupowanych Terytoriach Palestyńskich (jednoznacznie nielegalnych z punktu widzenia prawa międzynarodowego) i przeniesie ambasadę USA z Tel Awiwu do Jerozolimy. To ostatnie oznaczać będzie uznanie Jerozolimy za stolicę tego państwa. Jak dotąd żadne państwo ani instytucja prawa międzynarodowego nie uznała izraelskich pretensji do Jerozolimy jako stolicy kraju, prawo międzynarodowe zakazuje bowiem zdobywania terytorium w drodze wojny, a tak Izrael zajął wschodnią część miasta w 1967, wraz z resztą Zachodniego Brzegu.

Szeroko mówi się więc o ostatecznej śmierci projektu dwóch niezależnych państw (two-state solution), jednego żydowskiego, drugiego arabskiego, na terytorium historycznej Palestyny. Stanowisko Trumpa oznacza bowiem akceptację Waszyngtonu dla permanentnej okupacji, faktycznej aneksji terytoriów zajętych w 1967 i pozbawiania Palestyńczyków elementarnych praw człowieka.

Byłaby to jednak prawda pod warunkiem, że przed nadejściem Trumpa two-state solution było jeszcze żywe.

Jednak w ciągu trwającej już pół wieku okupacji (najdłuższej okupacji w nowoczesnej historii ludzkości), a zwłaszcza na przestrzeni ostatnich dwóch dekad, Izrael dokonał tak gruntownej i całościowej transformacji przestrzeni na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych, że utworzenie tam drugiego państwa od dawna nie było już w żaden sposób do zrealizowania. Mrożącą krew w żyłach panoramę i analizę tego przekształcenia stanowi książka Eyala Weizmana Hollow Land. Grabież palestyńskiej ziemi, na której wznoszone są osiedla tylko dla Żydów, na szczytach wzgórz, z których ich mieszkańcy, często wabieni zachętami ekonomicznymi z żydowskich społeczności byłego ZSRR lub z USA, mogą obserwować i terroryzować znajdujące się na stokach i w dolinach poniżej osady palestyńskie, ich uprawy i pastwiska. Dostępne tylko dla Żydów drogi łączące te żydowskie osiedla między sobą i z terytorium Izraela właściwego (tego w granicach sprzed 1967 roku). Gęsta sieć murów, checkpointów i innych fizycznych przeszkód rozrywających możliwość codziennego kontaktu pomiędzy bliskimi nawet miejscowościami palestyńskimi. Pomimo iż zachodni dyplomaci nie ustawali od lat w powtarzaniu frazy two-state solution, żeby wyglądało, że coś robią, to nikt nie przedstawił żadnego sposobu, w jaki tak poszarpane, szczątkowe terytorium można by obrócić w spójne i zdolne do funkcjonowania państwo.

Co jeśli projekt dwóch państw umarł już w Oslo w 1993 roku? Jego trup siedział od tamtego czasu przy stole, a wszyscy odgrywali ponurą, niekończącą się farsę, w której udawali, że wierzą, że żyje?

Kiedy wszyscy trąbili w fanfary ku czci Icchaka Rabina, Szimona Peresa i Jasira Arafata, a także Billa Clintona jako patrona porozumień z Oslo, znaczące votum separatum przyszło ze strony jednego z największych – nie tylko palestyńskich – intelektualistów XX wieku, Edwarda Saida. Autor Orientalizmu nie miał wątpliwości, że porozumienia są palestyńską kapitulacją, „palestyńskim Wersalem”. Że znormalizują izraelską okupację i dostarczą Izraelowi efektownej fasady, za którą, z dala od kamer telewizyjnych, umocni się tylko kontrola okupanta nad wszelkimi wymiarami życia Palestyńczyków, tyle tylko, że za pośrednictwem ustanowionej w Oslo Autonomii Palestyńskiej znaczny ciężar okupacji (utrzymanie porządku, zapewnienie podstawowych dóbr utrzymujących ludność przy życiu i w zdrowiu) przeniesiony zostanie na samych Palestyńczyków.

Czas pokazał, że to Said miał rację. Porozumienia z Oslo pomogły Izraelowi na długo przekonać świat, że jest partnerem w rozmowie, a nie brutalnym okupantem, że „proces pokojowy” ciągle nie przynosi skutku ze względu na tajemnicze przeszkody z porządku niemal metafizycznego (w rodzaju „ludzie się nie rozumieją”). A nie dlatego, że został przez Izrael zaprojektowany tak, żeby trwał w nieskończoność, i tylko dobrze wyglądał w zachodnich serwisach informacyjnych. Podczas gdy za jego zasłoną wszystkie dotychczasowe procesy, zwłaszcza grabież ziemi i codzienna przemoc w stosunku do Palestyńczyków, ulegały jedynie stopniowej intensyfikacji. „Proces pokojowy” miał się w rzeczywistości skończyć, gdy Palestyńczykom zostanie już tylko trochę kamieni i parę chwastów.

Dzięki ustanowieniu w Oslo niemal bezsilnej, w każdej sprawie zdanej na łaskę Izraela Autonomii Palestyńskiej, Izrael uwolnił się od znacznej części kosztów okupacji. Z powodu panującej na Terytoriach Okupowanych sytuacji ekonomicznej i humanitarnej – wywołanej okupacją – społeczność międzynarodowa pompuje do władz Autonomii Palestyńskiej pomoc, której dostarczenie normalnie jest według konwencji genewskich obowiązkiem sił okupacyjnych. Jak zwracał już dawno uwagę krytyczny izraelski politolog Neve Gordon, społeczność międzynarodowa de facto subsydiuje w ten sposób izraelską okupację. Mowa o setkach milionów, nawet miliardach dolarów rocznie.

Obrócenie Autonomii Palestyńskiej w subkontraktora, do którego Izrael outsoursuje większość ciężaru okupacji, pomogło Izraelowi stopniowo, krok po kroku, skorumpować i zdemoralizować heroiczną niegdyś Organizację Wyzwolenia Palestyny i wchodzącą w jej skład partię Fatah, a także skutecznie podminować ich legitymizację w oczach samych Palestyńczyków.

W warunkach gruntownie przekształconej geografii Zachodniego Brzegu scenariusz budowy dwóch państw od dawna nie jest możliwy. Możliwe są już tylko dwa inne scenariusze: 1) brutalny, permanentny apartheid, w którym Palestyńczycy są trwale pozbawieni praw i na zawsze pod bezwzględną militarną kontrolą lub 2) jedno demokratyczne państwo gwarantujące równe prawa wszystkim obywatelom niezależnie od pochodzenia i wyznania. Ten pierwszy scenariusz, kilkadziesiąt lat temu sformułowany przez Ehuda Baraka jako ostrzeżenie dla swoich kolegów z politycznej elity Izraela jest już od dawna głównym, skrywanym tylko przed zagranicą, celem izraelskiej polityki. To drugie musi być celem palestyńskich ruchów wyzwoleńczych i wszystkich ludzi dobrej woli, którym drogie są wartości uniwersalizmu.

Niezależny brytyjski dziennikarz Jonathan Cook (piszący z Nazaretu) w komentarzu dla anglojęzycznego emirackiego dziennika „The National” zauważył, że uznanie przez największe światowe supermocarstwo faktycznej aneksji Zachodniego Brzegu może mieć dla premiera Netanjahu i dla Izraela nieprzewidywane wcześniej konsekwencje – z kategorii „uważaj, czego pragniesz”.

Całkowite przejęcie przez Izrael Zachodniego Brzegu może wywołać nieodwracalny kryzys z Europą; upadek Autonomii Palestyńskiej przerzuci militarny i finansowy ciężar okupacji z powrotem na Izrael; a palestyńska Intifada z prawdziwego zdarzenia podważy wiarygodność Netanjahu w dziedzinie bezpieczeństwa.

Utworzenie Wielkiego Izraela może zaszkodzić Izraelowi przez przedefiniowanie walki Palestyńczyków [w oczach świata] jako walki o równe prawa w ramach tego samego państwa. Porównania z wcześniejszymi takimi walkami – z apartheidem w RPA, z ustawami Jima Crowa na południu USA – będą trudne do zwalczenia. […]

Mówiąc krótko, Trump może zabić Netanjahu nadmiarem miłości, obrócić Izrael w pariasa w zachodnich stolicach i pozostawić go strategicznie osłabionym.

To nie projekt dwóch państw upada wraz z wstąpieniem Donalda Trumpa na najwyższy urząd Stanów Zjednoczonych. Ten projekt już dawno był niemożliwy do realizacji. Tym, co tak naprawdę właśnie upada, jest najważniejsza przeszkoda, która utrudniała ogromnej części międzynarodowej opinii publicznej rozpoznanie Izraela jako brutalnego mocarstwa okupacyjnego i okrutnego apartheidu: przedstawienie zwodniczego teatru cieni, znane pod alternatywnymi tytułami „Proces pokojowy” i „Porozumienia z Oslo”.

Międzynarodowa kampania na rzecz bojkotu Izraela w kilku krajach osiągnęła już punkt, w którym przedostała się do mainstreamu debaty publicznej. W Wielkiej Brytanii do bojkotu przyłączają się kolejne uniwersytety, organizacje studenckie i związki zawodowe. Wielkie korporacje (jak G4S) tracą wielkie kontrakty, bo robią interesy z rządem Izraela. Upadek odziedziczonego po Oslo teatru cieni spowoduje przesunięcia w opinii publicznej w kolejnych krajach Europy i ważnych państw Globalnego Południa. Nadchodzące lata przyniosą dramatyczne i bolesne wydarzenia, ale zwycięstwo może się okazać bliższe niż było kiedykolwiek na przestrzeni minionego półwiecza. Izrael będzie miał bezkrytyczne poparcie jednego supermocarstwa – by wkrótce być może przekonać się, że poza tym nikogo innego.

Izraelski apartheid może upaść tak samo jak kiedyś ten południowoafrykański.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Przeczytaj też: Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami.

Lekcje Brasílii

„Co ty tam będziesz robił przez trzy dni?”

„Na trzy dni? Co ty tam będziesz robił przez trzy dni?” – Vitor, który z zawodu koordynuje z Salvadoru wakacje głównie dla zachodnich turystów, zrobił wielkie oczy, kiedy odpowiedziałem na jego pytanie, na jak długo jadę do Brasílii. No nie tak całkiem trzy dni. Trzy noce, owszem, ale ponieważ przylecę wieczorem a z kolei trzy dni później samolot do São Paulo mam bardzo wcześnie rano, to dni tak naprawdę spędzę tam tylko dwa. No i jak to, co ja będę tam robił? Zwiedzał miasto, a poza tym w stolicy na pewno można coś znaleźć, coś się musi dziać ciekawego – broniłem swoich planów. Przecież dwa, a nawet trzy dni, to krótko, miałbym się fatygować tak daleko w głąb kontynentu tylko na jeden dzień? Jako człowiek, który uwielbia odkrywać nowe miasta, ale samą podróż jako taką traktuje raczej jako characz, który trzeba za te rozkosze płacić, niż przyjemność samą w sobie, nie znoszę podróżowania dzień po dniu. Te godziny marnowane w drodze na lotniska i na samych lotniskach, ten ból pleców i karku w autokarach, te męczące godziny w samolotach, które prawie zawsze przesadzają z klimatyzacją i w których powietrze suche jak papier ścierny zawsze w ten okropny sposób rozpala skórę na twarzy.

„W Brasílii zupełnie nie wiadomo, co z sobą zrobić wieczorem; bardzo trudno jest znaleźć jakieś miejsca z muzyką, rozrywką” – ciągnął z przekonaniem Vitor. Wszystkie hotele są w jednym miejscu i są tam tylko hotele, nic innego tam nie ma, żadnych barów, dosłownie niczego. Zawiało grozą, brzmiało prawie jak Nicość w Niekończącej się opowieści. Wszystko inne jest daleko, jest drogie, i naprawdę ciężko to znaleźć. A zjeść w Brasílii, to już w ogóle graniczy z cudem. Będziesz jeść w hotelu lub w food courts w centrach handlowych; na szczęście są dwa takie centra obok dzielnicy hoteli, po jednym z każdej strony.

Pozostałem jednak niezmiennie podekscytowany na myśl, że wreszcie na własne oczy ujrzę to miasto. Pragnąłem je zobaczyć, odkąd jako chłopiec dorwałem jego zdjęcia i opis w jednej z tych książek w rodzaju “sto cudów świata”, czy „cuda architektury”.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Właściwie wszystko, co powiedział Vitor, okazało się prawdą. A jednak Brasília bynajmniej nie była na trasie mojej podróży rozczarowaniem. Cieszę się, że byłem wystarczająco asertywny wobec wszystkich tych, którzy próbowali mnie zniechęcić, podkreślając negatywy tego dziwnego miasta. Nie tylko mnie Brasília nie rozczarowała, ale gdybym kiedyś jakimś cudem był nieco poważniej przy kasie, chętnie bym tam wrócił na dłużej i odkrył więcej niż tylko zapierającą dech w piersiach centralną Oś Monumentalną.

Brasília, jako realizacja urbanistyczna i architektoniczna, jest jednym z najbardziej niezwykłych miast na świecie. Jest w Brasílii coś, co nie pozwala ani na chwilę przestać odczuwać tego fascynującego wrażenia, że nie ma na świecie nic podobnego do Brasílii. Jest urbanistycznym i architektonicznym arcydziełem, jej retrofuturystycznemu pięknu trudno się oprzeć, kiedy się tam już postawi fizycznie nogę. Te rozpięte z rozmachem pomiędzy budynkami ogromne połacie niemal kobaltowego niekiedy nieba, ta olśniewająca w słońcu bielą kopuła Muzeum Narodowego, wyglądająca, jakby jakiś statek kosmiczny z filmu z lat 50-tych wylądował na środku ogromnego placu, to uczucie uniesienia, kiedy zaczynasz wreszcie zbliżać się do budynków Kongresu Narodowego Federacyjnej Republiki Brazylii znajdujących się w miejscu kokpitu.

W miejscu kokpitu, bo plan Brasílii jej twórcy – urbanista Lucio Costa, architekt krajobrazu Roberto Burle Marx i wielki modernistyczny architekt, wyznawca Le Corbusiera, Oscar Niemeyer – rozpięli na rysunku samolotu. Oś Monumentalna to jego kadłub. Samolot, maszyna umożliwiająca człowiekowi latanie, wcielenie techniki jako zdolnej otworzyć przed człowiekiem zupełnie nowe możliwości, wykraczające daleko poza to, co oferują naturalne możliwości ciała homo sapiens sapiens – to symbol nowoczesności już od czasu awangard pierwszych dekad XX wieku (Kazimierz Malewicz postulował w pewnym momencie ich kadłuby i skrzydła jako najwłaściwsze miejsce dla swoich suprematystycznych kompozycji). To także wyraz jej – nowoczesności – ówczesnego optymizmu i wiary we własną zdolność przeobrażania świata i pokonywania ograniczeń, jakie stawia człowiekowi.

Jednocześnie jest jednak Brasília arcydziełem, którego twórcy, sprawcy jedynej tego rodzaju hybris w XX wieku, popłenili wiele błędów. Nawet jednak ich błędy niosą nam pewne nauki. Brasília, tam gdzie odniosła sukces i tam, gdzie poniosła porażki, udziela nam bowiem lekcji, które nie tylko nie straciły na aktualności, a wręcz być może dziś są nam potrzebne jeszcze bardziej i bardziej dziś domagają się wysłuchania, bardziej też na to wysłuchanie zasługują, niż kiedykolwiek dotąd, licząc od czasu, kiedy prezydent-wizjoner Juscelino Kubitschek wpadł na szalony pomysł wybudowania zupełnie nowej stolicy w odludnym centrum kraju zajmującego niemal równo pół kontynentu. Wpadł, albo może raczej w szalony sposób podjął pomysł, który już w jakiś sposób istniał, wisiał w powietrzu od dawna – założenie nowej stolicy bliżej geograficznego środka Brazylii, tym samym bardziej dostępnej także dla mieszkańców północnych połaci pokrywającego pół kontynentu kraju, było już obiecane przez konstytucję kraju.

Brasília powstała w szalonym tempie, jej kluczowe części zbudowano w zaledwie trzy lata. Budowa nowego miasta rozpoczęła się w roku 1960. Różne prace trwały jeszcze tu i ówdzie, ale oficjalną inaugurację miasta Kubitschek przeprowadził już w roku 1963.

Brasília jest spektakularną realizacją wyobrażeń, jakie lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte miały o cywilizacyjnej przyszłości. Dlatego zwłaszcza centralna oś miasta, wraz ze wszystkim, co zgromadzone wokół niej, wygląda jak coś w przedziwny sposób zarazem retro i futurystycznego, jak gigantyczna scenografia po jakimś starym filmie science fiction, może nawet radzieckim filmie science fiction. Niemeyer był przecież marksistą, został nawet (w latach 1992 roku, po rozpadzie ZSRR) przewodniczącym Brazylijskiej Partii Komunistycznej. Jest to jednocześnie kawał znakomitej architektury tego typu, architektury modernistycznej.

Jedną z zalet założenia, że wszystkie hotele znajdują się w tej samej dzielnicy (“sektorach”, mówiąc nomenklaturą zaplanowaną dla miasta: Setor Hoteleiro Norte i Setor Hoteleiro Sul), jest, że z każdego hotelu trzeba najwyżej kilka minut na piechotę, by dotrzeć do centralnej osi miasta, mniej więcej w okolice wieży telewizyjnej, od której można rozpocząć długi spacer w dół miasta, w stronę kokpitu samolotu, na schemacie którego rozrysowano miasto – w stronę budynków mieszczących polityczne stery kraju. Jest to wyprawa na kilka godzin, trzy do pięciu, w zależności od tempa naszych kroków i tego, czy robimy zdjęcia, a robić je warto, bo naszym oczom odsłaniać się będzie jeden architektoniczny dziw za drugim: Biblioteka Narodowa, wyglądające jak uziemiony latający spodek Muzeum Narodowe Republiki (po portugalsku Museu Nacional da República lub Museu Nacional Honestino Guimarães, miejsce urzekające wspaniałą, demokratyczną, egalitarną atmosferą także w swym wnętrzu), wreszcie – pałace rządowe, budynek Kongresu Narodowego i plac z pomnikiem prezydenta Juscelina Kubitschka. To wszystko na tle nieba, które za sprawą bardzo suchego zwykle powietrza przyjmuje szalenie intensywny kolor, nierozrzedzony obecnością zbyt wielu cząsteczek wody w powietrzu. To samo suche powietrze sprawia, że po kilkugodzinnym spacerze, nawet jeśli ani razu na niczym nie usiądziesz, pokrywać cię będą smugi rdzawoczerwonego pyłu.

Mój znajomy, młody architekt z São Paulo, Fabio, wierny ideom sustainable architecture, architektury oszczędnej ekologicznie, mawia, że Brasília stanowi niestety spektakularny przykład, jak nie należy budować miasta. Jest to w pewnym sensie prawda.

To jest pierwsza lekcja, jakiej udziela nam Brasília: jak nie budować w przyszłości miast.

brasilia_4

Muzeum Narodowe w Brasilii

Jak nie budować miast

Brasília jest szalenie nieprzyjazna człowiekowi, który chciałby dostać się gdziekolwiek na piechotę. Przepastnie szerokim, często wielopasmowym ulicom nie towarzyszą żadne chodniki. Za tę decyzję odpowiedzialność ponosić ma urbanista Lucio Costa. W jego wyobraźni po supernowoczesnym mieście materilizującej się już przyszłości wszyscy poruszać się mieli samochodami. Wielopasmowe ulice, niewiele skrzyżowań – wszystko to sprawia, że poruszanie się po mieście (jeśli tylko znasz drogę[1]) jest łatwe, bez porównania łatwiejsze niż w wielu wielkich miastach Europy, w których setki tysięcy ludzi codziennie grzęzną na całe godziny w korkach, potem krążą w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania, i ciągle dają sobie wciskać ten kit, że posiadanie samochodu daje im „wolność”. W Brasílii coś takiego jak uliczne korki wydaje się po prostu nie występować. Szerokie drogi wydają się swobodnie obsługiwać każdą ilość samochodów, która się na nie wyleje. Wyzwaniem w centrum jest za to najzwyczajniej przejść na drugą stronę ulicy: niemal nigdzie nie ma przejść dla pieszych – na całym odcinku od wieży telewizyjnej u góry Osi Monumentalnej do Kongresu Narodowego dopatrzyłem się, o ile mnie pamięć nie myli, tylko jednego.

Poruszając się pieszo, człowiek czuje się jak byt zupełnie niepożądany, jakby trafił tam przez jakąś dziwną pomyłkę. Jakby wzywany do odpowiedzi na stanowczo stawiane pytanie, co on tu w ogóle bez samochodu robi. Na drugą stronę ulicy można jedynie przebiec, wychwytując momenty, w których na wszystkich pasmach szerokiej ulicy pojawi się wystarczająca przerwa pomiędzy samochodami. Tyle dobrze, że sami kierowcy w Brasílii zdają sobie doskonale sprawę, że pieszy może przekraczać ulice niemal wyłącznie w niewłaściwych miejscach, bo właściwych do tego miejsc prawie nie przewidziano. W przeciwieństwie do Rio de Janeiro, gdzie samochody i autobusy są jedynymi formami istnienia, które się zawsze dokądś szalenie spieszą, w Brasílii zwolnią, gdy zobaczą, że biegniesz na drugą stronę ulicy.

W zależności od pory dnia, idąc Osią Monumentalną można przez nawet ponad godzinę spaceru nie minąć w bezpośredniej bliskości żadnego innego pieszego. Wywiera to na zwiedzającym przedziwne, surrealistyczne wręcz wrażenie: znajdujemy się w samym sercu jednego z największych miast dwustumilionowego kraju, tysiące ludzi mijają nas w samochodach zaledwie kilka czy kilkanaście metrów w prawo lub w lewo od nas, po obydwu stronach Osi Monumentalnej widzimy wielopiętrowe budowle, a jednak idziemy jak przez pustkowie. Budynki po obydwu stronach Osi Monumentalnej widzimy jednak przez większą część tego spaceru naprawdę daleko od nas – to kolejna cecha charakterystyczna miasta zaprojektowanego dla samochodów bardziej niż dla ludzi. Szastanie przestrzenią, bo w zamierzeniu w szczęśliwej i dostatniej – wydawało się, że tak niedalekiej – przyszości każdy miał się z jednego miejsca w drugie przemieszczać samochodem.

Ciągłe poruszanie się po mieście przede wszystkim samochodem jest w jego strukturę wpisane jako warunek codziennego funkcjonowania. Weźmy na przykład ten podział na wyspecjalizowane w poszczególnych dziedzinach sektory i rozmieszczenie wszelkiej aktywności ekonomicznej czy kulturalnej podług tej mapy sektorów. Sprawia to, że w Brasílii trudno załatwić kilka spraw w jednej części miasta: do banku trzeba pojechać do Setor Bancario, na zakupy gdzieś indziej, a do restaucji albo na kilka piw ze znajomymi najlepiej gdzieś na północny wschód miasta, a potem wrócić na noc do któregoś z sektorów mieszkalnych. Ekologiczny i energetyczny koszt funkcjonowania takiego miasta musi być kolosalny.

Tak wymyślone i zbudowane miasto jest szalenie „nieergonomiczne”. W tym sensie, że odczuwa się je jako niedopasowane do naturalnych ludzkich potrzeb w naturalnej ludzkiej skali[2]. To niedopasowanie do potrzeb realnych ludzi w niespodziewany sposób wypłynęło na powierzchnię zanim jeszcze ukończono budowę.

Candangos – tak brazylijska historiografia nazywa zastępy robotników budowlanych, którzy postawili Brazylii nową stolicę – przez kilka lat trwania budowy żyli w prowizorycznych obozach na i wokół kolosalnego placu budowy. Przedłużająca się prowizoryczność tego położenia, a także swego rodzaju porzucenie, jakiego ofiarą padali po ukończeniu pracy nad największym przedsięwzięciem budowlanym w historii Brazylii, popchnęła ich do spontanicznej budowy domów dla samych siebie – na obrzeżach, tuż na zewnątrz budowanego miasta. Co jak co, ale budować przecież potrafili. Takie domy wkrótce złożyły się na osiedla i szybko rozrosły się na miejscowości. Cały wianuszek takich chaotycznych, niezaplanowanych, nigdy nawet nie zatwierdzonych przez nikogo, satelickich miejscowości wyrósł ironicznie wokół doskonale zaplanowanego modernistycznego miasta, niczym złośliwy żart historii z ludzkich ambicji przejmowania kontroli nad przyszłością. Stanowi ten wianuszek żywy dowód na to, że plany budowy miasta zupełnie nie uwzględniały elementarnych ludzkich potrzeb ludzi, którzy je budowali. Nie zakładały nawet, że za swój prawdziwie heroiczny wysiłek zasługiwali oni na to, by dostać w tym planie jakieś dzielnice na własne przyszłe potrzeby. Budowniczy tak spektakularnych przedsięwzięć też chcą gdzieś mieszkać, też mają – lub  chcą mieć – rodziny.

Brazylijczycy powiadają, że sposób, w jaki zbudowana jest Brasília, okazał się „jak znalazł” na potrzeby prawicowej, wojskowej junty, która objęła władzę wkrótce po wybudowaniu nowej stolicy (zamach stanu miał miejsce w 1964). Szerokie, wielopasmowe ulice wręcz czekały na mające się przez nie przetoczyć defilady czołgów. Podzielone na sektory miasto bez chodników, bez kawiarenek i barów na rogu okazało się wymarzonym domem dla militarnej dyktatury: ludzie nie mieli gdzie na siebie przypadkowo wpadać, spotykać się z sąsiadami i znajomymi w spontaniczny czy nie rzucający się w oczy sposób, by powymieniać się opiniami o najnowszych wydarzeniach, zorientować nawzajem w swoich poglądach, wykonać rekonesans, z kim i jak można by potencjalnie, na jakimś etapie uformować takie czy inne formy działania opozycyjnego, subwersywnego, krytycznego…

Mówiąc krótko: lekcja numer jeden, jaką nam daje Brasília, to jak nie budować już nigdy miast.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Mimo wszystko – budować miasta

Przywołajmy teraz jednak wspaniały esej Mike’a Davisa Who Will Build the Ark?[3] Autor Planety slumsów i Late Victorian Holocausts podkreśla w nim, że choć miasta są wielkim ekologicznym problemem i ich ekspansja, połączona z zasysaniem przez nie coraz więcej ludności z zewnątrz (od 2005 roku, po raz pierwszy w dziejach, ponad połowa ludzkości mieszka w miastach[4]) stanowi jeden z kluczowych czynników ekologicznej dewastacji naszej planety. Dewastacji posuniętej już tak daleko, że pod znakiem zapytania stawiającej biologiczne przetrwanie ludzkości do kolejnego stulecia. Wpływ człowieka na klimat i na środowisko jest dziś tak głęboki, że naukowcy zgadzają się, że żyjemy już w nowej epoce geologicznej, ze względu na ten wpływ nazwanej antropocenem.

„Szukając rozwiązania dla tego narastającego wciąż problemu, warto zwrócić uwagę na pewien paradoks. Otóż może się okazać, że główny powód globalnego ocieplenia, czyli urbanizacja ludzkości, jest jednocześnie potencjalnie najlepszym rozwiązaniem kwestii przetrwania ludzkości w drugiej połowie XXI wieku. Co prawda przy obecnej polityce pogrążone w ubóstwie miasta niemal z pewnością staną się trumnami nadziei. Potrzebujemy zmiany – musimy zacząć myśleć jak biblijny Noe i zbudować Nową Arkę nadziei. Ponieważ większość starych drzew została już wycięta, Nowa Arka będzie musiała być stworzona z materiałów, które ludzkość znajdzie wśród zbuntowanych społeczności, pirackich technologii, nielegalnych mediów, rebeliantów i utopii”.[5]

Miasta mogą się okazać „swoim własnym rozwiązaniem”, rozwiązaniem problemu, który w znacznej mierze stworzyły. Warunkiem jest jednak, że zmienimy nasze myślenie o miastach i społeczną praktykę życia w miastach. Zmienimy zgodnie z tym, co jest tak naprawdę intencją miasta jako takiego, intencją samej idei miasta. Że zamiast każdy harować bez sensu na spłacenie własnego samochodu, przesiądziemy się na transport publiczny. Że zamiast każdy mieszkać we własnym domku (przekleństwo chociażby Londynu – przekleństwo, bo ta obsesja czyni miasto po prostu fizycznie za dużym), będziemy mieszkać w znacznie efektywniej zagospodarowujących przestrzeń i wydajniejszych energetycznie mieszkaniach. Że zamiast marnować przestrzeń i zasoby na prywatne baseny, prywatne ogrody, prywatne sale do ćwiczeń, w pełni wykorzystamy oferowane przez miasto możliwości tworzenia dostępnych przestrzeni rozrywki, rekreacji, spędzania czasu, socjalizacji, kontaktu z kulturą, które będę wspólne, publiczne.

O ile Brasília, ze swoim szastaniem przestrzenią, z przymusem korzystania z samochodu, jaki narzuca, ze swoją nieergonomicznością i wszystkimi sposobami, na które utrudnia codzienne wspólne spotykanie się ludzi, rzeczywiście uczy nas, jak nie budować już miast, to uczy nas ona także, że możemy budować nowe miasta od podstaw, również w miejscach dotychczas odludnych, a jedyne, co jest faktycznie konieczne w tym celu, to wola i determinacja polityczna. Musimy odzyskać tę odwagę, tę bezczelność nawet, którą miał Kubitschek, i zacząć budować nowe miasta. Dokonując określających takie projekty wyborów politycznych.

Miasta, które od dawna istnieją, zwłaszcza te największe, stanowią już zagrożenie dla samych siebie. Pozostawione niemal wyłącznie mechanizmom rynkowym, rozrastają się w chaotyczny zupełnie sposób, do rozmiarów, które życie w wielu z nich czynią już koszmarem. W Londynie prawie nikt nie spędza w drodze do i z pracy mniej niż dwie godziny dziennie. Trzy godziny też nikogo nie dziwią. Trzy i pół – smucą i wywołują współczucie, ale dziwić – też raczej nie dziwią. Jak dla mnie, mieści się to w definicji koszmaru. Szastamy w ten sposób skandalicznie energią, jaką pochłania codniowe przerzucanie milionów ludzi pomiędzy odległymi dzielnicami miejskich molochów. Jest to też ogromne marnotrawstwo naszego „najcenniejszego zasobu nieodnawialnego”[6]: czasu. Nawet w wielkich europejskich stolicach rozwiniętych krajów, coraz więcej dzielnic, w oczekiwaniu, aż niewidzialna ręka rynku rozwiąże ich problemy, zaczyna też obracać się powoli w slumsy.

Brasília uczy nas więc także – i to jest lekcja numer dwa, ważniejsza dziś niż ta pierwsza – że możemy budować nowe miasta. Od zera, gdzie tylko chcemy, także w miejscach zupełnie dziś odludnych, choćby po to, żeby zmodyfikować – uczynić bardziej przyjazną człowiekowi – strukturę gęstości zaludnienia. Musimy tego tylko wystarczająco mocno – kolektywnie, politycznie – chcieć. Musimy mieć wolę dokonania tego.

brasilia-sunset

Zachód słońca nad obrzeżami Brasilii

Od Brasílii do Amazonii i z powrotem

Brasília może nam dać jeszcze jedną lekcję, na nieco wyższym poziomie abstrakcji, jeśli umieścić ją na jednym końcu spektrum, na którego końcu przeciwnym znalazłaby się Amazonia. Z jednej strony: fenomen natury, kolosalny i na skalę globu unikalny – płuca planety, ekosystem, którego pozytywny wpływ sięga nawet bardzo odległych ekosystemów. Z drugiej dzieło wielkiej politycznej mobilizacji kolektywnych sił społeczeństwa, wielka fizyczna i społeczna transformacja przestrzeni dokonana w zaledwie kilka lat na bezludnym wcześniej terenie. Od dzikiej, spontanicznie, żywiołowo, przez tysiąclecia rozwijającej się natury do kolosalnych możliwości techniki, kultury człowieka. Tak można by odmalować skalę dziedzictwa Brazylii, skalę tego, co Brazylia oferuje ludzkości.

Ale teraz okazuje się, że być może wcale niezupełnie. Okazuje się bowiem, że być może cała ta skala – a nie tylko odcinek zmierzający ku Brasílii – to skala potencjalnych możliwości człowieka. Dzisiaj amazońska dżungla jest przedmiotem potężnej ofensywy obojętnych na koszty ekologiczne aspiracji brazylijskiej burżuazji przemysłowej, która dąży do zmonetyzowania jej bogactw naturalnych i przeobrażenia jej sieci wodnej tak, by jeszcze mocniej połączyć Brazylię z krwiobiegiem „gospodarki światowej” (głównie na prawach dostawcy surowców)[7].

Ale choć dzisiaj człowiek (oczywiście nie „człowiek w ogóle” a konkretna klasa ludzi: brazylijska burżuazja) poszedł na wojnę z Amazonią, to jednocześnie wiemy już z coraz większą pewnością – coraz więcej badaczy przyjmuje tę tezę – że amazoński las tropikalny jest w znacznej mierze, w co najmniej kilkunastu procentach (według ostrożnych szacunków) tworem człowieka[8]. Był sadzony przez ludzkie społeczności, które nie dysponowały ani współczesną wiedzą naukową, ani niczym na miarę współczesnej technologii, która dziś porywa się na przebudowę całej sieci wodnej Ameryki Południowej. Wiedziały za to, że niewielki wysiłek konieczny na posadzenie drzew będzie w tym klimacie wynagrodzony owocami bez wysiłku czekającymi na nich i ich potomków przez dziesiątki, setki nawet lat.

Brasília i Amazonia stanowią więc w pewnym sensie nie tyle opozycję – natura versus kultura, czy natura versus cywilizacja – co być może raczej dwa bieguny spektrum kolektywnych możliwości człowieka. Możemy budować miasta, w trzy lata postawić na puszczy metropolię, wymyślać nowe sposoby tych miast budowania, by czynić coraz lepszym nasze wspólne życie jako społeczeństwa. Możemy odtworzyć lasy – skoro mogliśmy całe połacie Amazonii stworzyć, dysponując bez porównania mniejszą naukową wiedzą o przyrodzie i świecie. Musimy – tylko i aż – wyzwolić się kolektywnie spod totalitarnej władzy rynku, którego niewidzialna ręka miasta pogrąża w chaosie, a naturę obraca w coraz szybciej zużywane surowce. Musimy zamiast pozwalać mu sprawować nad nami władzę, odzyskać władzę nad rynkiem. Musimy odnaleźć zagubioną, nieodzownie dziś potrzebną, hybris ludzi takich jak Kubitschek. To kolejna, może ciągle jeszcze nie ostatnia lekcja Brasílii.

brasilia-walkpath

Trzech pieszych na chodniku wzdłuż Osi Monumentalnej. Oddalają się od gmachu Kongresu.

Przypisy

[1] W Brasílii nie można – przynajmniej nie można było, kiedy ja tam byłem – polegać na Google Maps. Adresy w tym mieście złożone są ze skrótów i numerów, które wprowadzają Google Maps w kompletną konfuzję.

[2] Por. James Holston, The Modernist City: An Anthropological Critique of Brasília, Chicago: The Chicago University Press, 1989.

[3] Mike Davis, Who Will Build The Ark?, „New Left Review” 2010, nr 61. Po polsku opublikowany został jedynie w skróconej wersji: Mike Davis, Kto zbuduje Arkę?, tłum. Justyna Gąsiorek, Alicja Michalak, Aleksandra Paprot, Iwona Piaskowska, Joanna Przybylska i Anna Przytomska, „Res Publica Nowa”, jesień 2012. Dostępny online: http://publica.pl/teksty/kto-zbuduje-arke-33261.html.

[4] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 11.

[5] M. Davis, Kto zbuduje Arkę?

[6] Ladislau Dowbor, Demokracja ekonomiczna, przeł. Zbigniew Marcin Kowalewski, Warszawa; Książka i Prasa 2009, s. 121.

[7] Porównaj esej Między postępem społecznym a regionalnym imperializmem.

[8] Zob. Charles C. Mann, 1491, “The Atlantic”, 1 marca 2002; dostępny online pod adresem: http://www.theatlantic.com/magazine/archive/2002/03/1491/302445/

Jarosław Pietrzak

Notes brazylijski

Tekst stanowi fragment ebooka Notes brazylijski opublikowanego w 2015 r., dostępnego do pobrania tutaj.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Syria, al-Asad i doktryna “wymiany reżimów”

A co, jeśli w opowieści pod tytułem “Wojna w Syrii” “demokratyczna opozycja” od dawna była postacią w decydującej mierze fikcyjną? Co, jeśli postrzeganie konfliktu w Syrii jako bezwzględnej i barbarzyńskiej operacji reżimu przeciwko ludowej “rewolucji” jest zwycięstwem propagandy sprzymierzonych przeciwko Asadowi mocarstw (USA, Francji, Wielkiej Brytanii, ale też Turcji, Izraela i monarchii półwyspu arabskiego)? Co jeśli Baszszar al-Asad, przy wszystkich zbrodniach, które ma na sumieniu, bardziej niż żądnym krwi i władzy ludożercą z mrożącej krew w żyłach opowieści grozy, jest raczej postacią z Sofoklesa?

Piotr Balcerowicz, jeden z najwybitniejszych polskich znawców świata arabskiego, tak pisze w obszernym tekście stanowiącym wstęp do polskiego wydania Przeprawy Samar Yazbek:

Ojciec Baszszara, prezydent Hafiz al-Asad, namaścił na swojego następcę najstarszego syna Basila. Ten jednak zginął w wypadku samochodowym w 1994 roku. Wybór padł więc na Baszszara, który jest z wykształcenia lekarzem okulistą, praktykował w Londynie i nie miał żadnych ambicji politycznych. Gdy po śmierci ojca w czerwcu 2000 roku przejął władzę niejako w sposób niezamierzony, musiał działać w zastanym otoczeniu polityczno-wojskowym, które kontynuowało politykę Hafiza i dbało o zabezpieczenie własnych interesów. Baszszar – z zasady spokojny, bezkonfliktowy, zrównoważony i wycofany, wcześniej zupełnie nieangażujący się w sprawy polityczne, niezainteresowany armią i władzą – podejmował próby reform przez mniej więcej pierwszy rok sprawowania władzy podczas tak zwanej damasceńskiej wiosny. […]

Pierwotne zapędy reformatorskie Baszszara zostały szybko ukrócone przez jego polityczne i wojskowe otoczenie, którego zakładnikiem pozostał w jakiejś mierze do dziś. Za brutalnością, z jaką reżim rozprawiał się z demonstrantami, stał młodszy brat Baszszara, Mahir, dowódca Gwardii Republikańskiej i elitarnej Czwartej Dywizji Pancernej, sprawujący kontrolę nad tajną policją. To on miał pierwotnie zostać następcą Hafiza al-Asada, gdy zginął jego starszy brat, Basil. Decyzję ojca, który ostatecznie wskazał Baszszara, uzasadniano wybuchowym, niekontrolowanym i agresywnym charakterem Mahira. W pewnym sensie Baszszar jest postacią tragiczną: stanął na czele autorytarnego państwa nie do końca w zgodzie z własną wolą i zupełnie nie w zgodzie z zainteresowaniami. Słabość i pasywność jego charakteru spowodowały, że od początku był pionkiem w grze politycznej, sterowanym przez policyjno-wojskowe otoczenie. Eskalacja konfliktu sprawiła, że właśnie ta świta, w tym jego młodszy brat, nadawała ton i kierunek zdarzeniom. To oddziały dowodzone przez Mahira prowadziły brutalną pacyfikację protestów i działania zbrojne w pierwszej fazie wojny domowej. Prasa saudyjska donosiła nawet w 2012 roku, że Baszszar nosił się przez jakiś czas z zamiarem ustąpienia z urzędu. Sprawy zaszły za daleko i okazało się, że z krwią na rękach, jako zbrodniarz wojenny Baszszar nie ma drogi odwrotu. Należy przy tym również pamiętać, że niemal całe otoczenie polityczne Baszszara al-Asada stanowią alawici, przez swe związki z władzą i zawłaszczanie państwa znienawidzeni w społeczeństwie. Odejście Baszszara doprowadzi więc zapewne do czystek etnicznych i ludobójstwa, organizacje islamistyczne nawet nie kryją takich planów. Baszszar dobrowolnie nie ustąpi, jak to uczynił Hosni Mubarak w Egipcie czy Zajn al-Abidin Ibn Ali w Tunezji, gdyż chroniąc swoją władzę, chroni nie tylko siebie, ale także swoją społeczność, a przy okazji druzów, szyitów, chrześcijan i inne niesunnickie mniejszości.

Piszę te słowa po lekturze najnowszej książki Vijaya Prashada, The Death of a Nation and the Future of the Arab Revolution, poświęconej „arabskiej wiośnie”, w której sporo jest o Syrii. Lekturze zbiegła się w czasie z końcówką ofensywy sił Asada na bastiony tzw. rebeliantów na wschodzie drugiego największego miasta Syrii, Aleppo. Prashad jest wybitnym historykiem Trzeciego Świata / Globalnego Południa, autorem dwóch wybitnych książek, lektur obowiązkowych w temacie najnowszej historii biedniejszej części ludzkości: The Darker Nations i The Poorer Nations.

Podobnie jak Balcerowicz w innych partiach cytowanego wyżej tekstu, Prashad nie ma najmniejszych wątpliwości, że organizacje w jakikolwiek sposób demokratyczne od dawna stanowią marginalną siłę w szeregach syryjskiej rebelii.

Strach wypełnia strefy pod kontrolą rebeliantów, czy to znikającej powoli Wolnej Armii Syryjskiej, czy różnych grup islamistów, takich jak związana z al-Kaidą an-Nusra, ramię Saudów Dżajsh al-Islam, czy ISIS. Strach przed porwaniami dla okupu i widowiskowymi zabójstwami. Nie ma już żadnej liczącej się siły, która by jeszcze niosła dla Zachodu sztandar ‘umiarkowanych’. We wrześniu 2015 generał Lloyd Austin z amerykańskiego Centralnego Dowództwa powiedział komisji amerykańskiego Kongresu, że w terenie jest może ‘czterech albo pięciu’ przeszkolonych przez Amerykanów, wciąż całych wojowników. Miliony dolarów rozpuszczono na darmo. Szkoleni przez USA wojownicy wydają się odpływać do oddziałów ekstremistów, które jawią im się jako bardziej skuteczne.

Wbrew kliszom, przez które konflikt w Syrii przedstawiały najważniejsze media na Zachodzie, znaczenie tzw. demokratycznej opozycji przeciwko brutalnej dyktaturze od samego początku mogło być takie sobie. Zachód, podobnie jak sama tzw. demokratyczna opozycja, liczył na powtórkę scenariusza libijskiego, w którym same oddziały rządowego wojska dezerterowały na szeroką skalę i stawały po drugiej stronie frontu. Tak miała, w teorii, rosnąć Wolna Armia Syryjska, ale syryjskie wojsko okazało się w miażdżącej większości lojalne wobec rządu al-Asada. Al-Asad nigdy nie był prezydentem tak powszechnie znienawidzonym jak Mubarak w Egipcie czy Ibn Ali/Ben Ali w Tunezji. W przeciwieństwie do wcześniejszych odsłon „arabskiej wiosny”, zanim napięcia przerodziły się w wojnę domową, cieszył się poparciem mniej więcej połowy społeczeństwa. Na protesty jego przeciwników z odpowiedzią wyszły na ulice manifestacje jego zwolenników, rzecz bez precedensu w Tunezji czy Egipcie.

Prashad odrzuca jako nieuzasadnione spiskowe teorie, jakoby to sam al-Asad promował ekspansję Państwa Islamskiego w szeregach rebeliantów, żeby móc przebrać swoje działania w dobrze znaną z Zachodu retorykę „wojny z terroryzmem”. Za powstanie ISIS Prashad winą obciąża jednoznacznie katastrofę amerykańskiej wojny w Iraku i późniejszej bezmyślnie prowadzonej okupacji tego kraju przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników.

Na polskiej lewicy jest obecne między innymi takie stanowisko, że przyjmowanie narracji syryjskiego rządu – iż siły, z którymi walczy, to terroryści i fanatycy religijni – nawet kiedy dokonuje ofensyw na pełne cywili miasta, stanowi przyzwolenie na narrację bliźniaczo podobną do tego, co uprawia Izrael w swoich cyklicznych bombardowaniach Gazy. Ale co, jeśli ideologiczna sytuacja w Syrii jest znacznie bardziej „piętrowa”?

Milionom ludzi na świecie łzy zalewały oczy na widok „ostatnich tweetów” i „ostatnich wiadomości wideo” wysyłanych do świata z oblężonych części Aleppo przez rzekomych cywili czekających jakoby na śmierć z rąk armii rządowej. Jedna z najpopularniejszych wiadomości pochodziła tymczasem od zawodowego propagandysty al-Kaidy. Kilka dni później Bilal Abdul Kareem, cały i zdrów, filmował się, podniecony, z wojownikami w kominiarkach, z ładunkami wybuchowymi na brzuchach, gotowymi do zamachów samobójczych. Wolna Armia Syryjska walczy takimi metodami?

To prawda, że siły rządowe stosują bezwzględne metody nie oglądające się na międzynarodowe regulacje humanitarne – stanowiło to wielokrotnie źródło przerażenia i obiekcji ze strony najskuteczniejszego z sojuszników al-Asada w terenie, libańskiego Hezbollahu, znanego z tego, że zamiast ciężkich bombardowań na odległość walczy w bliskiej, fizycznej konfrontacji z siłami wroga i za wszelką cenę unika ofiar cywilnych. Ale dlaczego ci cywile nie mogą się wydostać z miast czy dzielnic pod kontrolą tzw. rebeliantów? Wbrew temu, co chciałaby nam powiedzieć CNN czy amerykański Departament Stanu, bynajmniej nie tylko finansowana przez Kreml telewizja RT utrzymuje, że to islamistyczne ugrupowania rebeliantów nie pozwalają im się stamtąd wydostać, takie świadectwa pochodzą już z różnych źródeł. Po zajęciu przez siły al-Asada wschodniej części Aleppo agencja Reutera podała, że w tamtej części miasta były zapasy żywności – pod kontrolą rebeliantów, którzy trzymali ją dla siebie, niedostępną dla głodujących cywili.

Jaki właściwie wybór inny niż zdobycie przemocą tych części miasta, które były pod kontrolą al-Kaidy i Dżajsz al-Islam, miał al-Asad? Zostawienie tych ludzi pod władzą islamistów, uwięzionych bez wyjścia i bez wystarczających ilości żywności, na pastwę ich „systemu sprawiedliwości” polegającego na obcinaniu głów i zrzucaniu „przestępców” z dachów wysokich budynków? Zostawienie oddziałom al-Kaidy wschodniego Aleppo jako bazy, z której będą mogli terroryzować resztę miasta i dokonywać kolejnych ekskursji w głąb kraju, żeby wojna mogła się toczyć przez kolejne pięć lat?

Mamy obowiązek domagać się wrażliwości na los cywilów, ale czy w przypadku Aleppo nie zaczęliśmy się osuwać w niebezpieczną postać moralizatorskiego narcyzmu, w którym zamiast dyskutować o realnych rozwiązaniach, ścigamy się w „humanitarnych” deklaracjach niczym w sikaniu na odległość?

As’ad Abukhalil w swojej napisanej dla portalu Jadaliyya krytyce podejścia zachodniej lewicy do sytuacji w Syrii wskazuje, do jakiego stopnia lewica dała sobie narzucić jednostronną narrację, doskonale zgodną z narracją i interesami mocarstw dążących do obalenia syryjskiego rządu. Abukhalil zwraca uwagę, że Stany Zjednoczone i ich sojusznicy nigdy nie interweniują po stronie sił postępowych. Wojna w Syrii toczy się między różnymi siłami prawicowymi (rząd i rebelianci). Sam fakt, że Stany Zjednoczone opowiadają się tak mocno po jednej ze stron, powinien być dla lewicy wskazówką, że to właśnie jest strona bardziej reakcyjna.

Ogromna część tego, co jeszcze istnieje na polskiej lewicy, w odniesieniu do Syrii reprodukuje bezkrytycznie liberalną matrycę, w której każde państwo ze swoim systemem politycznym jest traktowane jak byt całkowicie autonomiczny, wyabstrahowany z kontekstu historycznego i geopolitycznego, do którego przykładamy tę samą miarę i skalę od „brutalnego reżimu” do „wolności i demokracji”, tak jakby każdy kraj, w każdym momencie i każdym otoczeniu, mógł tak po prostu stać się Finlandią. Tymczasem każde państwo istnieje w jakimś kontekście nie tylko kulturowym, ale też w kontekście regionalnych i globalnych stosunków władzy i dominacji, które jednym dają możliwość stania się Finlandią, a innym już nie tak bardzo. Syria pod rządami Asadów (Hafiza i Baszszara) była państwem z przerostem aparatu represji, ale nigdy aż tak policyjnym jak niedaleki Egipt. Nie spełniała większości standardów demokratycznych, niemniej jednak była jakąś formą republiki o fundamentalnie świeckim charakterze, w której różne grupy religijne i etniczne żyły z sobą w pokoju i w poczuciu bezpieczeństwa. Nic z tych rzeczy nie można powiedzieć o niedalekich fundamentalistycznych monarchiach absolutnych, Arabii Saudyjskiej i emiratach w Zatoce Perskiej (które pociągają za sznurki w szeregach syryjskich rebeliantów).

Czytając Prashada, widzimy jak bardzo cały plan obalenia al-Asada i towarzysząca temu propagandowa strategia Zachodu i jego regionalnych sojuszników opierały się na próbach kopiowania scenariusza obalenia Kaddafiego w Libii. Jest to bardzo zasmucające, jak niewiele lewica (zachodnia i polska) nauczyły się ze scenariusza libijskiego (przypominam, że pewna organizacja na radykalnej, pozaparlamentarnej polskiej lewicy, już rozwiązana, ale jej członkowie działają dzisiaj gdzie indziej, domagała się kiedyś od polskiego rządu poparcia zachodniej inwazji na Libię).

Podobnie jak w przypadku Libii, we wczesnym stadium konfliktu istniała szansa na rozwiązanie przy stole negocjacyjnym – w przypadku Libii próby takie podejmowała przede wszystkim dyplomacja brazylijska, z poparciem większości krajów Południa i wielu krajów arabskich, w przypadku Syrii poważnie zaangażowana była też dyplomacja południowoafrykańska. Próby te zostały jednak utrącone przez Zachód, który za wszelką cenę dążył do eskalacji wojny i „wymiany reżimu”.

Podobnie jak w przypadku Libii, największe światowe media nie ustają w informowaniu nas o krwiożerczości al-Asada – a my bierzemy to wszystko za dobrą monetę, jakbyśmy nie wiedzieli, że ponad połowa takich samych doniesień na temat Kaddafiego była pomówieniami fabrykowanymi na potrzeby wytworzenia społecznego przyzwolenia na wojnę z nim. Dopiero po definitywnym zakończeniu wojny poznamy całą prawdę na temat tego, ile zbrodni siły Asada naprawdę popełniły, a ile im wmówiono, ale nawet teraz wiemy już o przynajmniej niektórych, że były propagandowymi nadużyciami ze strony przeciwników reżimu. Dotyczy to najcięższych oskarżeń: przynajmniej niektórych incydentów rzekomego użycia broni chemicznej przeciwko cywilom. Wybitny amerykański dziennikarz śledczy Seymour Hersh jest przekonany, że tę broń chemiczną szmuglował z Libii, przez Turcję, do sił antyasadowskich, Departament Stanu USA pod kierownictwem ulubienicy części polskiej lewicy, Hillary Clinton. Miała ta broń być użyta w sposób, który kierowałby następnie podejrzenie na siły Asada.

Podobnie jak w przypadku Libii, mocarstwa zachodnie nawołują do ustanowienia nad Syrią strefy zakazu lotów (no-fly zone). Podobnie jak w przypadku Libii, ogromna część lewicy łyka bezkrytycznie narrację prezentującą ten środek jako immanentnie „pacyfistyczny” i prowadzący do rozwiązania konfliktu, tak jakby Libia się nie wydarzyła. W Libii no-fly zone pociągnęła za sobą eskalację działań zbrojnych i całkowitą implozję struktur państwa, próżnię po których wypełniło nieobecne tam wcześniej Państwo Islamskie. Libia jest dziś piekłem na ziemi. Impozycja no-fly zone nie polega na tym, że „społeczność międzynarodowa” ją sobie ogłasza i nagle wszystkie strony jakoś tak same z siebie jej przestrzegają. No-fly zone daje komuś – i najczęściej są to Stany Zjednoczone i ich sojusznicy – prawo do umieszczenia na objętym nią terytorium instalacji, które utrzymają ten zakaz w praktyce, czyli np. zestrzelą samoloty łamiące zakaz lotów. Taki scenariusz w Syrii otwierałby możliwość eskalacji amerykańskiego zaangażowania w kraju i w regionie, a prawo do (i fizyczna możliwość) zestrzeliwania samolotów innych sił zbrojnych groziłoby przekształceniem wojny w Syrii w otwartą wojnę NATO z Rosją. To, że dotąd nie udało się na szczęście objąć nieba nad Syrią zakazem lotów, zawdzięczamy temu, że w przeciwieństwie do ogromnej części zachodniej i polskiej lewicy, przynajmniej niektóre liczące się na arenie międzynarodowej rządy nie-zachodnie zrozumiały lekcję Libii i dały administracji Obamy do zrozumienia, że tym razem rezolucja o strefie zakazu lotów już w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nie przejdzie.

Baszszar al-Asad nie jest źródłem wszelkiego zła. Z narracji Prashada wyłania się klarowny obraz, w którym tym źródłem jest ostatecznie skompromitowana i domagająca się natychmiastowego pogrzebania „liberalna religia” Zachodu: „doktryna wymiany reżimów”. Według tej doktryny upatrzone reżimy muszą zostać obalone, pod pretekstem ich szczególnie brutalnego, dyktatorskiego charakteru, a w rzeczywistości wyselekcjonowane wyłącznie dlatego, że stoją na drodze interesom Zachodu i jego posłusznych regionalnych klientów, nierzadko znacznie bardziej brutalnych, ale za sprawą życia w symbiozie z interesami zachodnich mocarstw nigdy nie zagrożonych podobną wymianą reżimu (w rodzaju Arabii Saudyjskiej i emiratów). Każda taka wymiana odbywa się bez śladu poszanowania dla lokalnej kultury politycznej, uwarunkowań struktury społecznej i tak dalej. Jej jedynym możliwym skutkiem jest osuwanie się jednego państwa za drugim w stan chaosu bez porównania gorszy dla mieszkańców od obalonych dyktatur.

Baszszar al-Asad jest uwikłanym nosicielem i przekaźnikiem zła rozpętanego przez innych. Nie można wykluczyć, że kierowały nim nienajgorsze intencje. Że przyjął przekazaną mu władzę, by uchronić kraj przed pięścią swojego brutalnego młodszego brata. Próbował zliberalizować ustrój polityczny Syrii. Niestety próby te szły w parze z neoliberalnymi reformami ekonomicznymi, sprzedawanymi od ćwierć wieku każdemu systemowi w transformacji jako część „nierozerwalnego” pakietu przez światowych promotorów „wolności i demokracji”. Kombinacja społeczno-ekonomicznych skutków tych neoliberalnych zmian (ubożenie prowincji, wsi i masowe bezrobocie młodych) z poczuciem rosnącego zagrożenia finansowaną przez mocarstwa zewnętrzne (USA, Francja, Arabia Saudyjska, Turcja, Izrael, Katar) opozycją o profilu salafickiego ekstremizmu, spowodowały brutalny odwrót od procesów politycznej liberalizacji i powrót reżimu do metod bezwzględnej represji.

Syria pod rządami al-Asadów była reżimem reakcyjnym, świadczy o tym już choćby to, że dyskusja o tym, kto zastąpi Hafiza po jego śmierci, ograniczała się do pytania: „który z jego synów?”. Przy całym swoim reakcjonizmie, był on jednak mimo wszystko umieszczony wciąż w horyzoncie Oświecenia, przywiązany do pewnych oświeceniowych wartości i oświeceniowych form własnej legitymizacji. W sąsiedztwie monarchii absolutnych, Iraku, który pod wpływem zachodnich awantur zapadł się w postać czystego chaosu. Otoczony siłami zdeterminowanymi, by zniszczyć to, co tam zdołało przetrwać z projektu oświeceniowego. Irak był przykładem piekła, jakie nastaje, gdy takie siły odnoszą zwycięstwo.

Reżim al-Asada był często oskarżany o paranoję, węszącą wszędzie spiski wymierzone w siebie i w istnienie Syrii w ogóle. Ale dzisiaj, m. in. dzięki WikiLeaks, wiemy, że nie było w tym ani trochę paranoi, była to trafna ocena sytuacji. Dla tych wszystkich domów Saudów, al-Maktumów, al-Chalifów, as-Sanich istnienie w sąsiedztwie laickich reżimów formalnie republikańskich, jakkolwiek niedoskonałe by one nie były, stanowi spędzającą sen z powiek groźbę, że ich własne feudalne domeny nie są im dane na wieki wieków. Dla Izraela Syria jest jedynym arabskim sąsiadem, którego nie udało mu się skorumpować, a w którego terytorium bardzo chciałby się werżnąć jeszcze głębiej i w końcu „znormalizować” swoją północno-wschodnią granicę na tyle, by Wzgórza Golan stały się oficjalnie częścią „Wielkiego Izraela”. Dla Stanów Zjednoczonych, których klasa polityczna siedzi po uszy w kieszeni izraelskiego lobby, życzenia Tel Awiwu są rozkazem. Prezydentowi Erdoganowi w Ankarze marzy się umrzeć w roli neosułtana, odnowiciela osmańskiej potęgi Turcji, której Syria mogłaby być „zewnętrzną prowincją”. Stanom Zjednoczonym, Izraelowi i Arabii Saudyjskiej doskwiera przyjaźń rządu w Damaszku z rządem w Teheranie, bo woleliby widzieć Iran słabszym i osamotnionym. Wreszcie Turcji, USA, Francji, Wielkiej Brytanii i Katarowi „w bankach nie sztymuje”, że Syria chciała wykorzystać swoje zasoby, położenie i terytorium w zgodzie z własną wizją ekonomicznego rozwoju i we współpracy z tymi, których sama uważa za swoich przyjaciół. Mówiąc bardziej wprost, projekt gazociągu budowanego przez Syryjczyków w regionalnej współpracy z Iranem i Rosjanami, stał w poprzek marzeniom wymienionych o przebiegającym zamiast tego przez terytorium Syrii gazociągu amerykańsko-turecko-katarskim.

Baszszar al-Asad znalazł się w tragicznej roli przywódcy niedemokratycznego reżimu, który niemniej jednak pozostawał jednym z ostatnich bastionów resztek Oświecenia w swojej części świata. Dlatego musiał go bronić za wszelką cenę, bo jedyne widoczne na horyzoncie siły, które byłyby zdolne go zastąpić, były o wiele gorsze i wieściły Syrii całkowitą dezintegrację.

Lewicę powinien obowiązywać zakaz oceny reżimów metodą liczenia trupów. Została ona wymyślona przez najnędzniejszych liberałów, żeby „wykazywać”, o ile komunizm jest gorszy od nazizmu, i z liberałami, na ich przyszłe potępienie, powinna na zawsze pozostać. Siły al-Asada mają na sumieniu więcej zabitych niż siły tzw. rebeliantów, ale czy nie dlatego, że te drugie po prostu nie zgromadziły jeszcze tyle władzy, żeby naprawdę się wykazać? Czy chcielibyśmy zaryzykować i dać im szansę je prześcignąć? Bo Syria, ze swoją złożoną kompozycją religijno-etniczną, ma dość niesunnickich mniejszości, by „rebelianci” pobili szybko poprzednie rekordy, gdyby tylko ustabilizowali swoją kontrolę nad terytorium na tyle, żeby przystąpić do upragnionej eksterminacji „kafirów”.

Całkowite przechwycenie syryjskiej „rewolucji” przez wspieranych z zewnątrz salafickich ekstremistów (już w 2012) oraz pogrzebanie (m. in. przez Departament Stanu Madame Clinton) szans na rozwiązanie konfliktu przy stole negocjacyjnym, powodują, że istnieje dziś tylko jeden realny scenariusz na zakończenie wojny w Syrii i na to, że kraj ten będzie się kiedyś znowu nadawał do życia: zwycięstwo sił rządowych Baszszara al-Asada i rekonsolidacja przez nie syryjskiego państwa.

Różnica między reżimem Baszszara al-Asada a „rebeliantami” (jedynymi, którzy się liczą militarnie i politycznie) to różnica między reżimem, który jest owszem reakcyjny, ale pozostaje wciąż w granicach horyzontu Oświecenia, a siłami, które dążą do wyzerowania wszystkich Oświecenia zdobyczy, jakkolwiek niedoskonała byłaby ich historyczna realizacja na terenie Syrii. W Syrii Baszszara al-Asada przyszła walka polityczna będzie się toczyć o poszerzanie praw. W Syrii salafitów walkę trzeba będzie zacząć od samej tych praw idei, od samego początku. To różnica między walką o wydawanie opozycyjnej prasy, a walką z prawem oficera zwycięskiej formacji zbrojnej, by gwałcić wedle upodobania dowolnego chłopca, a potem jego ukarać za homoseksualizm śmiercią przez zrzucenie z dachu wysokiego budynku na oczach tłumu.

Znawcy polityki Władimira Putina, którzy zajmują się czymś poważniejszym, niż kreowaniem go na nowego Hitlera, zwracają uwagę, jak traumatycznym przeżyciem była dla niego katastrofa zachodniej interwencji w Libii i obalenie Kaddafiego. To, że nie stanął na wysokości zadania, że będąc jednym z nielicznych władców tego świata, który dysponował jakimiś realnymi środkami, by zapobiec katastrofie, całkowicie zawiódł, Putin postrzega jako swoją wielką klęskę polityczną o historycznym znaczeniu. Putin postanowił nie dopuścić do tego, by w Syrii powtórzył się ten sam scenariusz. Nie powinno być zgody na znak równości między interwencją Rosji po stronie al-Asada, a interwencjami, które wywołały wojnę w Syrii próbami obalenia rządu i oddały prawie całą opozycję w ręce ekstremistów. Interwencja Rosji ma na celu zakończenie wojny – w jedyny możliwy dziś sposób, czyli przez zwycięstwo rządu. Interwencja Rosji odbywa się na tego rządu prośbę, wystosowaną do Rosji jako sojusznika. Na prośbę rządu, który w rozumieniu prawa międzynarodowego pozostaje jedynym legalnym rządem Syrii. Nawet jeśli to się odbywa – a odbywa się – w ramach rosyjskiego projektu imperialnego, nie ma tu żadnej symetrii imperializmów. Nawet jeśli Rosja broni swoich geopolitycznych interesów, nie można nie docenić zimnej krwi i racjonalizmu, z jakimi Kreml reaguje na podejmowane z różnych stron próby wytrącenia Rosjan z równowagi. W każdej z tych sytuacji, od zestrzelenia przez Turków rosyjskiego samolotu nad Syrią, po zabójstwo ambasadora Rosji w Ankarze przez obłąkanego 22-letniego policjanta, Putin wybrał drogę deeskalacji napięć.

Choć wiem, że zostanie mi to gdzieniegdzie zarzucone, to wszystko nie znaczy wcale, żebym uważał, iż Putinem kieruje jakiś znaczący impuls uniwersalistyczny. Nigdy dość powtarzania, że Putin nie jest człowiekiem z naszej (tj. lewicy) bajki. Putin nie jest człowiekiem projektu w jakikolwiek sposób uniwersalistycznego, czy postępowego. Jest cynicznym człowiekiem władzy, jego wizja polityczna jest na wskroś konserwatywna, reakcyjna. Bardziej niż o cokolwiek innego chodzi w niej o zachowanie pewnych stabilnych ram dla istniejących stosunków władzy i miejsce w nich Rosji odzwierciedlające to, na co ona jego zdaniem zasługuje. To, że taki polityk, rodzaj postmodernistycznego cara, stał się de facto obrońcą resztek, które się jeszcze nie zawaliły po arabskich realizacjach projektu oświeceniowego, nie jest miarą jego wielkości (uniwersalizmu, „oświeceniowości”, postępowości, czy jak to nazwiemy) – jest to miarą politycznej i etycznej nędzy i degrengolady ostatnich dziesięcioleci polityki Zachodu w stosunku do Bliskiego Wschodu. Może się wkrótce okazać, że interwencja Putina w obronie reżimu Baszszara al-Asada położyła przynajmniej wreszcie kres największemu źródłu zła w tamtej części świata: zachodniej doktrynie „wymiany reżimów”.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie (5 stycznia) na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Barack Obama: zakładnik w Białym Domu

20 stycznia 2017 Barack Obama ustąpi – po dwóch kadencjach – swoje miejsce na szczycie struktur władzy w Waszyngtonie Donaldowi Trumpowi, zwycięzcy wyborów z 8 listopada 2016 roku. Zwycięstwo Trumpa było szczególnym upokorzeniem dla Obamy. Trump uczynił rasistowskie kwestionowanie „amerykańskości” Obamy, insynuacje, że nie urodził się w USA, itd., stałymi składnikami swojego politycznego trollowania jeszcze na długo, zanim został przez Partię Republikańską nominowany na jej kandydata w wyborach prezydenckich. Trump był kandydatem tak niedorzecznym i niekompetentnym, że Obama zapewne, jak większość Demokratów, do ostatnich tygodni przed wyborami nie wierzył, że jego zwycięstwo jest w ogóle na horyzoncie. A jednak.

Kandydatura Hillary Clinton, byłej sekretarz stanu w administracji Obamy, była przez wielu ujmowana w kategoriach nadchodzącej „trzeciej kadencji Obamy”. W tym sensie, że byłaby logiczną i prostą kontynuacją polityki rozwijanej w okresie, kiedy w najważniejszym fotelu Gabinetu Owalnego zasiadał Barack Obama. Dlatego wyborcza porażka Clinton jest także, w jakimś stopniu, oceną wystawioną przez amerykańskie społeczeństwo samemu Obamie. I mylą się ci, którzy sprowadzają rozczarowanie amerykańskiego społeczeństwa Obamą do rasistowskiego backlashu przeciwko pierwszemu czarnemu prezydentowi USA.

Swoje pierwsze wyborcze zwycięstwo – w 2008 roku – Obama odniósł na fali społecznego entuzjazmu i mobilizacji nie pamiętanymi wtedy w amerykańskiej polityce od dziesięcioleci. Wydawał się doskonałym anty-Bushem. Postępowe na amerykańskie warunki poglądy, oczytany, wykształcony i elokwentny, krytykował ekscesy Wall Street, które doprowadziły do kryzysu finansowego, jak i ekscesy „wojny z terroryzmem” ogłoszonej przez swojego poprzednika. Do tego Afroamerykanin, co wydawało się tak radykalną odpowiedzią na rasizm George’a Busha młodszego. Jakby tego wszystkiego było mało, Obama jest fizycznie pięknym mężczyzną, który rozkochuje w sobie obiektywy aparatów fotograficznych i kamer telewizyjnych – Amerykanie nigdy nie mieli piękniejszego prezydenta. Tak naprawdę, z odrobiny dystansu, wyglądało to wszystko aż za dobrze, jakby wymyślono go od początku do końca w najlepszej agencji PR.

Obama w pewnym sensie okazał się właśnie tym: wielką operacją PR-ową. Jego pozornie tak radykalna odmienność od Busha dawała głębszym strukturom amerykańskiego aparatu władzy, zdominowanego przez resorty bezpieczeństwa, przemysł wojny i baronów nowojorskiej finansjery, wspaniałą możliwość zwodzenia opinii publicznej i odwracania jej uwagi, podczas gdy wszystko, co politycznie najważniejsze, mogło toczyć się wciąż po staremu.

Obamie nie można odmówić, że miał znacznie większe, szczere ambicje i bardzo chciał stać się czymś więcej niż tylko efektowną fasadą tego samego, starego porządku. Pragnął przynieść realną zmianę. Okazało się jednak, że struktury władzy Imperium Amerykańskiego są niezwykle oporne i odporne na taką zmianę i prezydent „jest tylko prezydentem”, jak powiedział kiedyś Edward Snowden. Obama stanął twarzą w twarz z mechanizmami władzy, wobec których okazał się w znacznym stopniu bezsilny, zwłaszcza odkąd pozwolił „profesjonalistom” nadzorującym jego kampanię wyborczą w Partii Demokratycznej, zgodnie z przykazaniami wywiedzionymi z ich podręczników „profesjonalnej” polityki, by rozwiązali i rozesłali do domów bezprecedensowe tłumy aktywistów, które zmobilizowała jego kampania, a które – gdyby zdecydował się utrzymać ich mobilizację – mogły stanowić bazę legitymizująca i wspierającą politykę znacznie odważniejszą, taką, o jakiej prowadzeniu tak naprawdę marzył.

Obama na stanowisku prezydenta okazał się politykiem znacznie słabszym niż się spodziewał – był młody jak na prezydenta (ur. w 1961), co pomogło jego otoczeniu go zdominować, ale przede wszystkim jego afroamerykańska tożsamość sprawiła, że powstała wokół niego atmosfera, w której „wolno mu mniej”.

Ta sama stara gwardia, która odpowiadała za ekonomiczną politykę Stanów Zjednoczonych natychmiast znalazła drogę do jego administracji i żadnemu banksterowi nie stała się krzywda za doprowadzenie do kryzysu finansowego. Jego administracja prowadziła politykę pozornego stymulowania gospodarki, ale większość drukowanych przez nią pieniędzy i tak kończyła w obiegu spekulacyjnym, a nie w realnej, produktywnej gospodarce, a prawie 95% miejsc pracy powstałych w ciągu dwóch kadencji Obamy, okazało się według najnowszego raportu miejscami pracy niestabilnej i krótkoterminowej.

Przez osiem lat Obamie nie udało się zamknąć obozu koncentracyjnego w bazie Guantanamo, więżącego przypadkowych muzułmanów porywanych na całym świecie przez administrację Busha młodszego; obiecywał to w obydwu kampaniach wyborczych i przez większość czasu trwania obydwu kadencji.

Jestem przekonany, że chciał być tym prezydentem, z którego nazwiskiem będzie wiązać się zmiana w amerykańskiej polityce międzynarodowej, przede wszystkim odejście od polityki militaryzacji ładu światowego i mnożenia działań wojennych w różnych częściach planety.  Nie ma powodu nie wierzyć, że szczerze pragnął zasłużyć na pokojową Nagrodę Nobla, którą dostał za samo to, że nie jest Bushem. Świadczy o tym dobitnie determinacja, z jaką dążył do sfinalizowania umowy normalizującej w końcu stosunki z Iranem, na przekór bardzo potężnym grupom interesu, które od dawna parły na wojnę z tym krajem. Niemal wszędzie indziej poniósł jednak porażkę, okazując się bezsilnym zakładnikiem amerykańskiego przemysłu wojny.

Jego administracja kontynuowała agresywną politykę odziedziczoną po Bushu młodszym; bombardowała siedem państw: Libię, Syrię, Jemen, Somalię, Afganistan, Pakistan i Irak. Na drugi dzień po wiadomości o wyborczym zwycięstwie Donalda Trumpa Obama rozkazał bombardować pozycje syryjskiego ramienia al-Kaidy – do tamtej pory Amerykanie bombardowali różne siły w Syrii, ale nigdy nie pozycje al-Kaidy. Szczegółowe okoliczności czy jakiekolwiek przekonujące wyjaśnienie tej decyzji nie są, póki co, znane. Czyżby administracja Obamy, kiedy do Białego Domu wkroczyć ma przedstawiciel konkurencyjnej partii, chciała wyeliminować świadków i zniszczyć naprędce dowody skali, na jaką przez lata wspierała al-Kaidę w Syrii, byle tylko obalić prezydenta Baszszara al-Asada? Jeśli tak, to tę listopadową decyzję historycy być może będą w przyszłości widzieć jako swego rodzaju symbol „tragedii pomyłek”, w jaką obróciła się polityka międzynarodowa Obamy.

Pomimo widocznych, czasem dramatycznych napięć w kontaktach z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu, okazał się ostatecznie za słaby, by nie ugiąć się pod presją izraelskiego lobby posiadającego patologicznie wielki wpływ na amerykański proces polityczny (organizacja lobbingowa AIPAC finansuje kampanie wyborcze większej części Kongresu). Umowa z Iranem była jedynym, w czym udało mu się przez osiem lat skutecznie „postawić” premierowi Netanjahu i jego lobby w Waszyngtonie. W drugiej kadencji Obama przyznał Izraelowi jeszcze większą subwencję na „bezpieczeństwo” – czytaj: na finansowanie okupacji Terytoriów Palestyńskich (38 miliardów dolarów rozłożonych na dziesięć lat). Grudniowe wstrzymanie się od głosu nad rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ potępiającą rozwój osadnictwa żydowskiego na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych stanowiło pierwszą instancję, kiedy USA z Obamą w Białym Domu zagłosowały na tym forum inaczej niż sobie życzył Izrael. Przez minionych osiem lat wetowały każdą taką próbę, a w okresie tym Izrael popełnił multum zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Nawet prawicowa administracja George’a W. Busha dopuściła w Radzie Bezpieczeństwa do przegłosowania aż sześciu rezolucji potępiających Izrael.

Największą międzynarodową zbrodnią Obamy była eskalacja niekontrolowanej, rozlewającej się na coraz więcej terytoriów, kampanii wojny przy użyciu dronów, czyli samolotów bezzałogowych sterowanych zdalnie, coraz częściej w ogóle nie przez ludzi a przez komputerowe algorytmy. Przy ich użyciu Amerykanie dokonują na odległość zabójstw ludzi podejrzanych o terroryzm lub działanie wrogie Stanom Zjednoczonym. Na listę takich wrogów nazwiska trafiają decyzją administracyjną urzędników w Waszyngtonie, bez przewodu sądowego, prawa do obrony, itd. Wyroki są wykonywane przez maszyny, które czasem trafiają w kogoś podobnego, bywającego w tych samych miejscach, albo noszącego to samo nazwisko, z reguły także zabijając w eksplozji po kilka, a bywa, że i kilkadziesiąt przypadkowych osób znajdujących się wokół, bo np. jest wesele. Niektórzy ludzie giną tylko dlatego, że obserwujący ich algorytm uznaje ich zachowanie (pory dnia lub nocy, kiedy wychodzą z lub wracają do domu, ulice, którymi chadzają, osoby, które po drodze spotykają) za „podejrzane”, bo „pasujące do wzoru”. Wszystko to odbywa się nawet na terytoriach państw, z którymi USA nie są formalnie w stanie wojny, co zaburza kluczowe dla stosowania przepisów prawa międzynarodowego rozróżnienie między stanem wojny a stanem pokoju. Praktykę tę Amerykanie przyjęli (wprowadzeni w nią przez zaprzyjaźnione siły zbrojne Izraela) już za czasów prezydenta Busha młodszego, ale nawet ta prawicowa administracja obawiała się wrót piekieł, jakie mogą się w ten sposób otworzyć, i stosowała ją jako środek nadzwyczajny. Administracja Obamy natomiast zabiła w atakach dronów tylu ludzi w pierwszych kilku miesiącach pierwszej kadencji, co administracja Busha przez całe swoje dwie kadencje. Potem było już tylko gorzej.

Ekspansja drone warfare jest kolejnym wskazaniem, do jakiego stopnia dobre chęci Obamy rozbiły się o zastane w Waszyngtonie struktury władzy, które wzięły go za zakładnika. Niektórzy obserwatorzy jego polityki uważają, że władcy amerykańskiego przemysłu wojny i waszyngtońskiego aparatu bezpieczeństwa kazali mu wybierać: albo kontynuacja porwań i tortur zainicjowanych przez Busha młodszego, albo ekspansja drone warfare. Wybrał to drugie, jako mniejsze zło…

Wśród obietnic, które wyniosły Obamę do urzędu, ogromną rolę odgrywały te, że jego administracja ukróci zmasowane szpiegowanie własnych obywateli, uruchomione przez „wojnę z terroryzmem” George’a W. Busha, a także, że odwróci zapoczątkowany przez niego trend gromadzenia w rękach prezydenta coraz bardziej autorytarnych instrumentów władzy, m. in. za pośrednictwem omijających Kongres dekretów prezydenckich (executive orders). W obydwu obszarach Obama kontynuował jednak drogę poprzednika i posunął się znacznie dalej. Szczególnie wymowny jest tu stosunek administracji Obamy do „sygnalistów”, którzy, jak Chelsea Manning czy Edward Snowden, zdecydowali się, podejmując ogromne ryzyko osobiste, poinformować amerykańskie społeczeństwo o ekscesach aparatu bezpieczeństwa ich państwa. Żadna wcześniejsza amerykańska administracja nie skazała i nie ścigała bezwzględnie po całym świecie więcej „sygnalistów” niż administracja Obamy.

Szczególnym rozczarowaniem okazał się Obama dla tej społeczności, która być może wiązała z nim największe nadzieje: Afroamerykanów. Jakby bał się do końca odrzucenia przez białą większość; jakby niczego nie pragnął bardziej, niż udowodnić jej, że nie mają się czego bać, że on nie przyszedł po to, żeby zemścić się na nich za wszystko, co zrobili swoim czarnym rodakom. W rezultacie pozwolił na wykorzystywanie jego wizerunku i tożsamości przez tych wszystkich, którzy chcieli pokazać, jakim to post-rasowym społeczeństwem stały się Stany Zjednoczone, zostawiając Afroamerykanów całkowicie na lodzie.

Rozziew w dochodach pomiędzy gospodarstwami domowymi czarnych i białych Amerykanów pogłębił się tylko przez ostatnich osiem lat. Tempo masowej inkarceracji młodych czarnych mężczyzn, w tym za wykroczenia, za które ich biali rówieśnicy nie stają nawet przed sądem, nie zwolniło ani trochę. Policyjna przemoc w stosunku do Afroamerykanów osiągnęła poziomy, które przebiły wszystkie historyczne dane. Nie ma dnia, żeby gdzieś w Stanach Zjednoczonych policja nie zabiła jakiegoś czarnego chłopaka lub dziewczyny za takie zbrodnie jak noszenie kaptura na głowie, niewłączenie świateł mijania czy sprzedawanie papierosów na ulicy. Tej eskalacji rasowej przemocy policji, którą ONZ, bijąc na alarm, porównała już do linczów sprzed stu lat, towarzyszy zupełna bezczynność administracji Obamy. Gorzej nawet niż bezczynność. Zamiast interweniować w obronie ofiar tej przemocy, Obama posunął się kiedyś do wygłoszenia bon motu, że czarni mężczyźni zbyt często używają policyjnej agresji jako wymówki i usprawiedliwienia dla własnego uwikłania w przemoc i przestępczość. Tymczasem statystki wykazują, że czarni Amerykanie są mniej, a nie bardziej, prawdopodobnymi sprawcami przestępstw z użyciem przemocy, niż biali Amerykanie. Obama zadał też wielki cios ruchom politycznym Afroamerykanów, opowiadając się zdecydowanie przeciwko kampanii na rzecz reparacji za niewolnictwo.

Obama odchodzi z Białego Domu jako jedno z największych rozczarowań w historii amerykańskiej polityki. Skala tego rozczarowania miała swój udział w zwycięstwie Donalda Trumpa. Nawet jeśli sama prezydentura Trumpa, która niewątpliwie będzie dla Amerykanów katastrofą, spowoduje, że będzie przez porównanie wspominany z nostalgią.

W ostatnich miesiącach swojego urzędowania Obama udzielił wypowiedzi, w których wydawał się sygnalizować, jak wielkim ograniczeniom podlegał, pełniąc urząd prezydenta; jak wielu rzeczy nie mógł zrobić ani powiedzieć. I że powie je, kiedy opuści Biały Dom. Zobaczymy.

   Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 3 stycznia 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

„Smutki tropików” – recenzje

Rok 2016 dobiegł końca. Był to rok, w którym wydałem moją pierwszą książkę w całości moją i na papierze, Smutki tropików. Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne. Dlatego postanowiłem z tej okazji przygotować tego posta, w którym będe zbierał recenzje książki w prasie i w sieci. W zamyśle post ma być edytowany, gdy/jeśli ukażą się kolejne.

ksiazka-5

Smutki tropików

Choć w Smutkach tropików nie ma właściwie słabych punktów, niektóre teksty wy­rastają ponad inne i domagają się bardziej wnikliwego omówienia. Książka naj­lepsza jest wtedy, gdy Pietrzak bierze na warsztat dobrze znane i wielokrotnie już opisywane filmy i poddaje własnej interpretacji, nierzadko stojącej w sprzeczności z kanonicznym sposobem odczytywania wybranych dzieł. O oryginalności podej­ścia polskiego filmoznawcy świadczy także jego wyczulenie na szczegół i związana z tym umiejętność wyciągnięcia przenikliwych wniosków z analizy nawet pojedyn­czych scen.

Książka opowiada o kinie latynoamerykańskim, ale zarazem jest to jedna z kompetentniejszych opowieści o Ameryce Łacińskiej ostatnich dekad, czasu tryumfu neoliberalnej polityki i uwiądu egalitarnych utopii.

Na dodatek czytając Pietrzaka, odnosimy wrażenie, że Latynosi są dużo lepiej przygotowani do ogarnięcia realiów i dynamiki peryferyjnej wersji kapitalizmu aniżeli my […].

Lektura Smutków tropików z pewnością może stanowić punkt wyjścia nie tylko do zapoznania się z twórczością zaangażowanej kinematografii ostatnich lat, ale również do szerszego spojrzenia na problemy trawiące Amerykę Południową.

Te eseje to swoista panorama przeplatających się wzajem historii i współczesności. […] Wrażliwy czytelnik nabierze przekonania, że ludzie, o których opowiadają subiektywnie prezentowane filmy, zmagają się z jakąś potworną plagą. To właśnie kapitalizm jest negatywnym bohaterem tych pełnych pasji i zaangażowania esejów. To on występuje w rolach głównych w omawianych dziełach filmowców.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Kłopoty Bartka Kłopotka

Nieczęsto czytam książki dla dzieci, ale do tej musiałem sięgnąć, bo przypomniała mi różne rzeczy z mojego dzieciństwa. Wychowałem się w okolicach Katowic, na osiedlu przypominającym to, na którym dorasta Bartek. Słyszeliśmy z braćmi historie o ścianach wielopiętrowych bloków pękających od szkód górniczych.

Musiałem po książkę sięgnąć także dlatego, że pamiętam coś jeszcze: w dostępnych mi w dzieciństwie książkach (a lubiłem czytać) nie wpadały mi w ręce rzeczy, które dawałyby mi jakieś sposoby na ogarnięcie tego, co się na tym i sąsiednich osiedlach działo.

Uderzenia kryzysów ekonomicznych wstrząsały moją robotniczą rodziną. Ojciec pracował na Hucie Katowice, matka różnie. Kiedy byłem w wieku Bartka, PRL ostatecznie zapadał się w sobie, transformacja sprawiła, że moi rodzice mieli coraz więcej zer na banknotach w portfelu, ale jakoś te coraz większe sumy nie powiększały naszych możliwości w zakresie tego, co dało się za nie kupić. Pamiętam, jak prawie wszystko wydawało się dla mnie i moich braci materialnie niedostępne. Pamiętam, jak niektóre dzieci w szkole miały jednak czym szpanować, ich rodzice jakimś cudem mieli jakąś pracę, w której płacono im jakieś prawdziwe pieniądze (na czym ona polegała?). Często jednak, przy bliższej inspekcji, okazywało się, że ich ojciec lub matka wyjeżdżali „na saksy”. Czasem wujek lub ciotka i te szpanerskie bajery pochodziły z prezentów z Zachodu. Pamiętam jak ludzie masowo tracili pracę.

Pamiętam, jak któregoś dnia wychowawczyni zaanonsowała, że jedna z naszych koleżanek będzie przez kilka dni nieobecna, bo jest w żałobie. Jej ojciec się powiesił, w mieszkaniu. Pamiętam, jak bardzo mną to wstrząsnęło, bo od razu, jak zawsze, wyobraziem sobie całą sytuację. Ale pamiętam też, że gdy już wróciła na lekcje, chyba nigdy się tego tematu nie poruszało, był tabu, choć jeszcze wtedy nie rozumiałem, co to słowo znaczy. Dopiero wiele lat później zrozumiałem, że był to jeden z tysięcy mężczyzn, którzy każdego roku popełniali (jak popełniają i dziś) samobójstwo, bo nie wiedzieli już, jak utrzymać swoje rodziny.

Kultura, która nas wtedy otaczała, nie służyła żadną pomocą w rozumieniu takiego świata.

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek Kasi Nawratek to jest jedna z takich książek, które chciałbym, żeby były wtedy gdzieś w zasięgu naszych rąk.

bartek-kresek

Kasia Nawratek pochodzi z Katowic, zawodowo zajmuje się architekturą i wykłada na uniwersytecie w Birmingham. Jest to jej debiut-nie-debiut w literaturze dziecięcej. Debiut, bo pierwsza książka w postaci druku na papierze, a nie-debiut, bo wydała już wcześniej samodzielnie Czerwone piórko, tyle że wyłącznie w formie audiobooka.

Książka nie jest tak smutna, jak historia z ojcem jednej z dziewcząt z mojej klasy w podstawówce. Wręcz przeciwnie, napisana jest nawet z takim rodzajem energii, która dodaje otuchy i pozwala na spoglądanie w przyszłość z nadzieją na wyjście z tarapatów. W razie czego, w najgorszych chwilach, do dyspozycji jest fantazja, której Bartkowi nie brakuje i która upodobała sobie króliki jako bohaterów.

Ale co mi się tak bardzo w tej książce spodobało, to uwikłanie dziecięcej fantazji głównego bohatera i sposobów radzenia sobie z przeciwnościami w realistyczny portret śląskiego miasta, wciąż z górnictwem, ale żyjącego jednak trochę wspomnieniem swojej przemysłowej przeszłości, co się wyraża w strachu przed szkodami górniczymi uderzającymi w mieszkalne budynki, w losie błąkającego się po okolicy bezdomnego Franciszka i w bezrobociu, w które się osunął nowy partner matki Bartka. Są tu bowiem takie rzeczy jak bezrobocie i problemy, które z niego wynikają. Nowy partner, bo i takie rzeczy tu są jak rozwód w przeszłości i negocjowany, nietradycyjny model rodziny.

Nawratek pisze z czarującym poczuciem humoru. Układa swoją opowieść ze zwykłych życiowych wydarzeń – dywanik u drobnomieszczańskiej dyrektorki szkoły, pogoń za psem, który zapuścił się gdzieś między ogródki działkowe (tytułowy Kresek to jamnik Bartka), wieść o nadchodzących narodzinach siostrzyczki. Ale ponieważ opowiada je głosem małego chłopca, z jego perspektywy, nabierają one dramatyzmu właściwego młodemu ludzkiemu istnieniu, dla którego są to wszystko wstrząsy prawdziwie dramatyczne.

Temu wszystkiemu towarzyszą znakomite, inspirujące ilustracje Oli Szmidy, łączące rysunek niebanalną kreską ze sporadycznymi płaszczyznami jednego koloru.

Fajnie byłoby mieć tę książkę, kiedy miałem powiedzmy dwanaście lat.

Jarosław Pietrzak

Kasia Nawratek, Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek, ilustracje Ola Szmida, Wydawnictwo Ezop, Warszawa 2016.

Tekst ukazał się na łamach „Tygodnika Faktycznie” (nr 25/2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Internet, algorytmy i poszukiwanie pracy

Internet był początkowo fenomelną innowacją z punktu widzenia człowieka poszukującego pracy. Wysłanie kilkudziesięciu CV mailem zamiast tradycyjnej poczty to oszczędność na znaczkach, kopertach, drukowaniu, czasie. Internet umożliwia przeszukiwanie ofert pracy nie tylko skuteczniejsze, ale też nieograniczone przestrzennie – z Będzina czy spod Kielc można szukać pracy w Berlinie czy Edynburgu, gdzie akurat mamy paru znajomych, którzy pomogą nam się zainstalować, jeżeli to wypali.

Dziś, w rozwiniętych gospodarkach Internet niemal wyeliminował inne formy pośredniczenia kontaktów między stronami na rynku pracy, pomijając może sytuacje osobistego polecenia przez krewnych i znajomych. Przyszłość wielu kapitalistycznych procesów świetnie widać, przyglądając się światu anglosaskiemu. W Wielkiej Brytanii prawie cały rynek pracy dawno już został przeniesiony do sieci i komputerów. I życie każdego, kto szuka pracy lub chciałby pracę zmienić, stało się koszmarem.

Wszystkie oferty pracy trafiają do sieci, czy to ogłaszane tam bezpośrednio przez przedsiębiorstwa i organizacje, czy przez agentów-pośredników. Wszyscy szukają pracy w sieci, więc wszyscy znajdują te same oferty, jeśli tylko szukają w tym samym mieście czy aglomeracji. W rezultacie, z wyjątkiem stanowisk wymagających nadzwyczaj rzadkich kwalifikacji, jak doktorat z genetyki czy biegła znajomość dwóch języków Dalekiego Wschodu z odpowiednimi certyfikatami, w Londynie liczba zgłoszonych kandydatur idzie często w setki. Rekordem z mojego życia było stanowisko, o które wraz ze mną ubiegało się ponad 900 innych osób.

Kiedy wszyscy poszukujący pracy z taką samą łatwością znajdują wszystkie oferty, oferta z taką samą łatwością dociera do wszystkich. Kiedy setki ludzi aplikują o każde miejsce pracy, nie masz wyjścia, nie możesz poprzestać na wysyłaniu swoich zgłoszeń tylko tam, gdzie naprawdę najbardziej chcesz pracować – musisz wysyłać jak najwięcej. W Londynie, żeby dostać się na kilka rozmów o pracę, wielu poszukujących pracy musi odpowiedzieć na co najmniej sto ofert. Kiedy każdy poszukujący odpowiada na coraz więcej ofert, na wszystkie, które znajdzie w sieci, na oferty przychodzi coraz więcej odpowiedzi i o każdą pracę ubiega się coraz więcej osób. Błędne koło się toczy.

Sam rynek ofert nie jest scentralizowany – różne branże mają rożne swoje ulubione portale i działy ogłoszeń w mediach informacyjnych, kilka portali dąży do gromadzenia jak największej liczby ofert z przestrzeni całej gospodarki, pączkują też serwisy i aplikacje na smartfony agregujące oferty publikowane w różnych miejscach. We wszystkich tych serwisach można ustawić sobie wysyłanie alertów z podobnymi ofertami. Ustawienie takich alertów w kilku serwisach powoduje wrażenie niesamowitego ruchu na rynku pracy, które szybko okazuje się złudzeniem.

Wiele firm i agentów umieszcza tę samą ofertę w kilku serwisach, ogólnych i wyspecjalizowanych w konkretnych branżach. Każdy z tych serwisów, jeśli się już do niego zapisaliśmy, wysyła nam alert, a potem jeszcze każda z aplikacji agregujących oferty z różnych źródeł przysyła nam maila z nagłówkiem mówiącym o dziesięciu nowych miejscach pracy, podczas gdy w rzeczywistości to trzy te same oferty skopiowane w różnych miejscach. W przypadku pracy często spotykanej, np. w księgowości czy sprzedaży, trudno jednak mieć zawsze pewność, czy to ta sama praca, ponieważ agenci, którzy rutynowo wyszukują pracowników do takich zawodów, często używają standardowo sformułowanych ogłoszeń i ukrywają nazwę firmy, żeby zatrzymać swoje pośrednictwo i prowizję. W takiej sytuacji każdy, kto intensywnie szukał kiedyś pracy, choć raz wysłał swoje CV kilka razy w sprawie tej samej oferty pracy, która pojawiła się w różnych miejscach w sieci. To jeszcze bardziej podnosi liczbę aplikacji, jakie spływają w odpowiedzi na każdą ofertę.

Jak często się zdarza, że ktoś faktycznie czyta, albo chociaż rzuca okiem na trzysta czy czterysta CV, które spłynęły w odpowiedzi na każdą ofertę pracy? Bardzo rzadko i coraz rzadziej. Jak działy kadr współczesnych przedsiębiorstw trawią takie ilości CV, listów motywacyjnych i formularzy zgłoszeniowych? Odpowiedź brzmi: komputery, roboty, algorytmy. CV są skanowane i sortowane przez napisane w tym celu programy. Dopiero kilkanaście czy kilkadziesiąt „najlepszych” CV wyłonionych przez algorytmy jest faktycznie czytanych przez ludzi, którzy podejmą decyzję, kto zostanie zatrudniony.

Algorytmy komputerowe stwarzają pozór bezosobowej obiektywności i wolności od subiektywnych uprzedzeń pojedynczego człowieka. Jest to jednak pozór, ponieważ różnego rodzaju uprzedzenia mogą być wpisane w sam algorytm. Najpowszechniejszą plagą tych algorytmów jest to, że zakładają, że najlepszym kandydatem jest ten, kto w poprzedniej pracy robił dokładnie to samo na dokładnie tym samym oprogramowaniu w podobnej firmie lub instytucji.

Mierny pracownik, który robił dokładnie to samo na podobnym stanowisku i na tych samych programach komputerowych, ale został zwolniony za porozumieniem stron, bo nie przykładał się do swoich obowiązków, ma większe szanse dostać pracę niż kandydat wybitnie uzdolniony i entuzjastyczny, który jednak wcześniej pracował na innym oprogramowaniu. Firma nie będzie miała nawet okazji dowiedzieć się o jego czy jej talentach, ponieważ algorytm w ogóle odrzuci to CV i nikt go nawet nie przeczyta. Podobnie z możliwościami przejścia do innego sektora. Księgowy z wieloletnim doświadczeniem w banku, który ma dosyć atmosfery panującej w instytucjach finansowych i chciałby pracować np. w instytucji kulturalnej lub organizacji pozarządowej, też nie przejdzie większości takich algorytmów. Coraz trudniej zmienić więc pracę, można co najwyżej pracodawcę, jeśli znajdziesz drugą pracę – dokładnie taką samą.

Pracownicy nienawidzą swojej pracy, której nie mogą zmienić, chyba że na dokładnie taką samą. Pracodawcy są niezadowoleni, bo pracownicy, którzy nie znoszą swojej pracy, nie są dobrymi pracownikami. A jednak zatrudniają nie tych, którzy chcą u nich pracować i chcą robić właśnie to, tylko tych, którzy w ostatniej pracy robili dokładnie to samo na dokładnie tym samym oprogramowaniu.

Każdego dnia algorytmy odrzucają też tysiące ludzi nawet nie ze względu na zapisane w CV doświadczenie, a na to, że nie wiedzieli, co „lubią” programy skanujące życiorysy. Wysłali CV w formacie PDF, na którym wiele takich botów się zacina, nie czyta ich do końca i w rezulacie odrzuca. Ze względu na doświadczenie w różnych sektorach, lub żeby estetycznie uporządkować swoje CV, wprowadzili jakieś graficzne rozwiązanie, np. ramki czy moduły, na których boty się zacinają i odrzucają CV. Opisując swoje doświadczenie, użyli słów innych niż te, które wpisane były w algorytm jako kluczowe.

Tego rodzaju wiedza na dodatek może ulec szybkiej dezaktualizacji. To, czego się nauczyliśmy szukając pracy dwa lata temu, może już nie działać w przyszłym roku. Ktoś ci kiedyś powiedział, żeby wysyłać CV w pliku PDF, żeby nie rozwalił się jego układ graficzny, jeśli odbiorca ma inną wersję MS Office – dziś wysłanie pliku PDF może cię kosztować pracę twoich marzeń. Jeżeli wszyscy nauczą się właściwych słów kluczowych, twórcy algorytmów wprowadzą zmiany w tym obszarze, żeby wyławiały mniej spośród zgłoszonych CV, bo o to w tych algorytmach w końcu chodzi.

W Londynie stworzyło to rosnący rynek dla agencji wyspecjalizowanych w pisaniu CV uwzględniających aktualne trendy i zoptymalizowanych pod kątem pożądanych przez algorytmy słów kluczowych i struktury. Nie wszystkie te usługi są jednak rzeczywiście coś warte. Dobre pod tymi względami CV może kosztować 100-200 funtów, w zależności od stopnia zaawansowania kariery. W pakiecie z profilem na LinkedIn może być i więcej. Pogarsza to jednak jeszcze bardziej położenie osób w już dramatycznej sytuacji ekonomicznej, np. od wielu miesięcy bezrobotnych. 100 funtów to półtora tygodnia brytyjskiego zasiłku dla bezrobotnych.

Jest to jeden z wielu obszarów, w których bezosobowe i przez nielicznych rozumiane, puszczone na żywioł algorytmy komputerowe zdobywają coraz większą kontrolę nad naszym życiem i najdosłowniej decydują o przyszłości milionów ludzi. O ich indywidualnych szansach na realizację swoich aspiracji, ale także naszych – nas wszystkich – szansach na świat, w którym zrealizowany jest potencjał wszystkich członków społeczeństwa, w którym każdy człowiek robi to, w czym jest najlepszy i do czego ma najwięcej entuzjazmu, podnosząc jakość życia ogółu.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na łamach „Tygodnika Faktycznie” (nr 20/2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Historia go rozgrzeszy. Fidel Castro (1926-2016)

Dziś, 4 grudnia 2016, na zakończenie dziewięciodniowej żałoby narodowej na Kubie, skremowane (zgodnie z życzeniem zmarłego) prochy Fidela Castro spoczną na cmentarzu świętej Ifigenii w Santiago de Cuba.

*

W okresie kryzysu kubańskiego Związek Radziecki na niepokorną karaibską wyspę wysłał nie tylko swoich wojskowych i rakiety, ale też słynnego reżysera, laureata canneńskiej Złotej Palmy za Lecą żurawie, Michaiła Kałatozowa. Pracował on tam nad niezwykłym filmem, jeszcze piękniejszym niż tamten, ale zbyt ekscentrycznym formalnie na swoje czasy i na długo po premierze w 1964 zapomnianym – dopóki nie odkryto go na nowo w latach 90. XX wieku. Soy Cuba (Ja, Kuba) powstał jako koprodukcja radziecko-kubańska. Zainicjowana przez Kubańczyków, którzy dali reżyserowi ogromny margines twórczej wolności, produkcja stała się jednak w znacznym stopniu wyrazem zachwytu samych Rosjan i innych narodów Związku Radzieckiego (Kałatozow był Gruzinem) Rewolucją Kubańską. Kuba Fidela Castro przez sam aparat radzieckiego państwa, zwłaszcza jego szczyty, traktowana często była jako co najmniej zagwozdka, czasem bez mała dopust boży (Castro nie raz i nie dwa postawił Moskwę przed faktami dokonanymi i wymuszał na niej działania, do których wcale nie było jej rychło). Ale Rosjanie i inne narody Związku Radzieckiego, ci wszyscy, którzy wierzyli wciąż w socjalizm, komunizm, antyimperializm, internacjonalizm, albo pamiętali, jak bardzo kiedyś w nie wierzyli, zobaczyli na wyspie, w politycznej namiętności jej mieszkańców, którzy wspólnie wzięli swój los w swoje ręce i odparli pretensje największego kapitalistycznego mocarstwa, którego upasione na grabieży, gargantuiczne cielsko zwisa nad nimi na mapie, że to wszystko wciąż są sprawy z porządku życia i śmierci, z porządku naglącej aktualności. Z porządku politycznego zbawienia ludzkości. To jest naprawdę niesamowity film. Pokaż go swoim dzieciom, zostaną rewolucjonistami.

*

We właściwej ocenie kubańskiego przywódcy i jego dorobku pomóc może jedna z wielu trafnych obserwacji wybitnego amerykańskiego historyka Grega Grandina. Zauważa on gdzieś, że wybory polityczne przwódców każdej kolejnej rewolucyjnej, emancypacyjnej próby podejmowanej przez kolejne społeczeństwa zachodniej półkuli rozumieć można tylko biorąc pod uwagę próby, które je bezpośrednio poprzedzały. Większość z nich zakończyła się bowiem porażkami (prawie zawsze z „pomocą” Waszyngtonu). Każdy kolejny latynoski przywódca kierował się imperatywem uniknięcia błędów poprzedników, uniknięcia powtórki z historii jemu najnowszej.

Dla przywódców Rewolucji Kubańskiej kluczowym takim odniesieniem było wsparte przez USA obalenie lewicowego rządu Jacobo Árbenza w Gwatemali w 1954. Przebywał tam aurat wtedy Ernesto Guevara, zanim udał się do Meksyku, gdzie miał poznać Fidela Castro. Brutalne zarżnięcie postępowych dążeń środkowoamerykańskiej republiki stanowiło poglądową lekcję tego, do czego Imperium Dolara jest zdolne, jakie piekło na Ziemi gotowe jest rozpętać, by utrzymać stosunki klasowe w całej hemisferze w postaci, jaka służy jego interesom i wpasowuje się w jego własny projekt ideologiczny.

Kuba – z jej wzorowanym na sowieckim monopartyjnym modelu politycznym, z amerykańskim embargiem i ciągłymi atakami ze strony Stanów Zjednoczonych, zamachami na życie jej przywódców organizowanymi przez CIA (ponad 630 na życie samego Fidela), z uzależnieniem od militarnego i ekonomicznego wsparcia ZSRR – była takim negatywnym punktem odniesienia dla Salvadora Allende, który liczył, że uniknie losu wyspy, jeśli przejście do socjalizmu odbędzie się w warunkach głębokiego poszanowania dla procedur demokratycznych. Czas pokazał, że były to złudzenia. Rodzimy kapitał sabotował gospodarkę „strajkiem inwestorów” i wywoływaniem sztucznych niedoborów. Do tego sabotażu przyłączał się kapitał zagraniczny – stąd rządowi Allende nie udało się np. zakupić z Francji komputerów potrzebnych do budowy pionierskiego systemu stanowiącego zapowiedź Internetu. Allende nie chciał potraktować chilijskiej burżuazji tak brutalnie, jak kubańską potraktował Castro. Liczył na to, że zmiany struktury własności uda się jedna po drugiej… przegłosować. Ale Imperium Dolara demokracja i głosowania interesują tylko tak długo, jak długo stanowią one fasadę bądź ramę dla tytułów własności i procesów akumulacji kapitału. Połączyło więc siły z niewypędzoną i niewywłaszczoną chilijską burżuazją, i rękoma Augusto Pinocheta zarżnęło polityczny projekt Allende.

Nowszy przykład. Rządy Partii Pracowników Luli da Silvy w Brazylii. Pragnienie uniknięcia z kolei tamtego losu przez jeszcze większą niż w przypadku Allende uległość w stosunku do formalnych reguł liberalnej demokracji, w tym wobec fetyszu prawa własności. Oligarchiczna wielka własnosć znalazła się poza sferą nawet dyskursywnej krytyki politycznej. Nie stała się nawet przedmiotem debaty. To też nie uchroniło projektu politycznego Luli. Oligarchiczna prawica wykorzystała sztuczki konstytucyjne, by odsunąć Partię Pracowników od władzy i postawić na czele rządu byłego informatora amerykańskiej ambasady. Kto wie, czy nie wsadzi Luli za coś do więzienia, żeby nie zdołał stanąć do wyborów w 2018. W międzyczasie reakcyjna administracja Temera wyzeruje wszystkie reformy Luli i Rousseff, zamrozi wydatki na programy społeczne i wyprzeda zasoby kraju, z Amazonią włącznie – krewnym, znajomym i Amerykanom. A mówimy o kraju znacznie silniejszym niż Kuba, piątym najludniejszym na świecie.

Dziś, kiedy kolejne emancypacyjne projekty w Ameryce Łacińskiej upadają pod presją Imperium Dolara i „rynków światowych”, inne trzymają się ostatkiem sił, a jeszcze inne są tylko ruinami i wspomnieniem, historia windykuje wybory dokonane przez Fidela Castro. A przynajmniej uzasadnia jego ocenę stawek i zagrożeń, oraz strategiczne i taktyczne wybory, jak zdobyć tyle, ile się w danym układzie sił międzynarodowych da, i jak obronić jak najwięcej z tych zdobyczy. Tylko jego projekt przetrwał tak długo.

*

hawana-2

Hawana, fot. Michał Kącik

W osobie Fidela Castro odszedł uniwersalista i wielki człowiek Oświecenia, uczeń – jak sam o sobie mówił w wywiadzie-rzece, jakiego udzielił Ignacio Ramonetowi – Karola Marksa z jednej i swojego wielkiego rodaka José Martiego z drugiej strony. Jako człowiek Oświecenia Castro wierzył, że uwolnienie ludzkości (zaczynając od ludu własnego kraju) od niepotrzebnego cierpienia – głodu, uleczalnych chorób, bezwzględnego wyzysku, konsekwencji dewastacji środowiska, wykluczenia z dostępu do wiedzy naukowej – jest sprawą najpilniejszą i jako takie ma pierwszeństwo przed pełnią liberalnych praw politycznych, jeżeli prawa te miałyby stanąć na przeszkodzie. Łatwo go krytykować z europejskiej kanapy, ale nawet najbardziej zagorzali lewicowi krytycy Castro piszący z pozycji demokratycznego socjalizmu, muszą w końcu przyznać (jak Samuel Farber pod koniec swojej książki), że na Kubie ze świecą szukać innej opozycji niż neoliberalna agentura Waszyngtonu i ultrareakcyjnego lobby wypędzonych milionerów w Miami. Castro uznał, że dopuszczenie tego elementu do udziału we władzy oznaczałoby groźbę utraty zdobyczy Rewolucji w zakresie praw społecznych.

A są to zdobycze w warunkach oblężenia przez monstrum z północy imponujące – wskaźniki alfabetyzacji, długości życia i ilości lekarzy na tysiąc mieszkańców wśród najwyższych na świecie; śmiertelność niemowląt wśród najniższych na świecie; niedożywienie wśród dzieci – 0%; bezprecedensowe sukcesy w odtworzeniu zdewastowanych przez kapitalistyczną ekspoloatację ekosystemów (podwojenie powierzchni lasów); spektakularne sukcesy nauk medycznych (wynalezienie szczepionek na szereg chorób tropikalnych i na raka płuc, okrycie metody zatrzymania transmisji wirusa HIV z organizmu zakażonej matki do organizmu płodu, itd.). Rewolucyjna Kuba stała się też prawdziwą potęgą kulturalną – okresy nasilonej cenzury ostatecznie z ogromną nawiązką zrekompensowane zostały przez stworzenie twórcom warunków wolności od totalitarnej władzy rynku.

*

hawana-3

Hawana, fot. Michał Kącik

Tak, zabijał ludzi. Ale złych ludzi, tych, którzy na to zasługiwali lub których zabić było trzeba. „Rewolucja to nie scieżka usłana różami, to walka na śmierć i życie między przyszłością a przeszłością”. Ci, którzy stają w niej w imię przyszłości, mają przeciwko sobie gotowych na wszystko obrońców przeszłości. Wielcy Książęta Przeszłości nie przebierają w środkach, zrobią wszystko, by obronić swoje przywileje i interesy, niezależnie od skandalu cierpienia większości, na jakim są ufundowane. Jeśli ty nie zabijesz ich, oni zabiją ciebie.

Jasne, udanego, „prawdziwego” socjalizmu nie da się zbudować w jednym kraju, i dlatego tak wiele pozostaje na Kubie do życzenia. Możemy sobie tak mędrkować. Ale to nie jest wina Castro, że inni swoich rewolucji nie wygrali. Bo zarzutu, że innym ruchom rewolucyjnym nie pomagał, nie można Castro postawić. Zapytajcie w Algierii, Angoli, Namibii, RPA, Palestynie czy Kongu. Zapytajcie Assatę Shakur albo Angelę Davis.

Tak, w pierwszych latach Rewolucji Kubańskiej jego rząd prześladował osoby homoseksualne. Mnie to też interesuje, ponieważ sam jestem mężczyzną homoseksualnym i uwielbiam Reinaldo Arenasa. Let me, however, tell you a secret: w tamtym okresie prawie każdy rząd prześladował osoby homoseksualne, z „wiodącymi liberalnymi demokracjami” (USA) na czele. Wyjątki były tym właśnie: wyjątkami. Emancypacja ludzkości jest procesem, cieżką pracą – jednostek i społeczności, które odkrywają kolejne zasłony opresji i ideologicznych mistyfikacji, oraz podejmują zmagania, by je zerwać. To jest złożony, obstawiony zasadzkami labirynt, w którym różni ludzie w różnym czasie zaczynają w różnych miejscach, i różne drogi mają do pokonania. Rewolucja Kubańska przedefiniowywała potem swoje podejście do homoseksualizmu, został on zdekryminalizowany w latach 70., a Castro za te historyczne prześladowania wziął na siebie później osobistą odpowiedzialność i uznał je za jeden z wielkich błędów Rewolucji. Wszyscy rodzimy się w jakiejś kulturze, każda kultura ma swoje własne, na wielu poziomach, wokół różnych osi skupione, struktury opresji. Nikt nie rodzi się od razu ze słusznymi poglądami na wszystko. Do Prawdy dochodzi się w żmudnym procesie, w ciężkiej pracy. Prawdziwy heroizm to tej pracy wykonanie, a nie odziedziczenie słusznych poglądów na wszystko po walkach innych ludzi.

Jasne, „prawdziwy” socjalizm musi być demokratyczny, ale podczas gdy większosć współczesnych „demokratycznych socjalistów” żyje bez politycznych sukcesów póki co na marginesach burżuazyjnych liberalnych demokracji (toczonych śmiertelną gangreną), historia niektórych postawiła przed dramatycznym wyborem: co jest ważniejsze, rzeczownik (socjalizm), czy przymiotnik (demokratyczny)? Co, jeśli nie można utrzymać jednego i drugiego, jeśli zachować można tylko jedno? Rzeczownik czy przymiotnik?

Jakkolwiek niedoskonałym był w praktyce socjalistą, był bezkonkurencyjnym antyimperialistą i – jak przypomina niezmiennie znakomity Vijay Prashad – głosem całego Trzeciego Świata / globalnego Południa (czyli większej części ludzkości). Od antykolonialnej wojny w Algierii, przez obalenie apartheidu w Republice Południowej Afryki, po dziesiątki tysięcy lekarzy wysyłanych bezinteresownie tam, gdzie ich brakowało (to Kubańczycy zatrzymali epidemię eboli w Afryce), po stanowisko w sprawie neoliberalnego reżimu zadłużenia międzynarodowego. To nie on zawiódł, to inni przywódcy Trzeciego Świata / globalnego Południa nie dorośli do tego samego formatu.

*

Dziennikarzom, komentatorom i intelektualistom z bożej łaski, którzy krzyczą „dyktator! dyktator! dyktator!”, mam ochotę powiedzieć tyle. Przyjdzie taki moment, że wy będziecie pamiętani już tylko jako studia przypadków w wielkiej historii upadku mediów i kultury globalnego systemu społecznego pędzącego nieuchronnie w przepaść. Jako nadzorcy i komisarze dyskursu gnijącego porządku. Na ten krótki moment, zanim zostaniecie w ogóle, na zawsze i zasłużenie zapomniani. Fidel Castro pozostanie natomiast w pamięci wyklętych ludów Ziemi jako jeden z największych przywódców politycznych XX wieku. Człowiek, którego prochy znajdują dziś wieczny spoczynek, nie tylko nie był pogrobowcem przeszłości, jak wmawiacie nam wy, płatna ideologiczna policja schyłkowego kapitalizmu – jego dorobek będzie punktem odniesienia dla naszej przyszłości, jeśli czeka nas jakakolwiek. Jeśli uda nam się przetrwać ekologiczną katastrofę, do której z samobójczą determinacją prowadzi nas kapitalistyczna eksploatacja zasobów naszej planety, wielki i odważny eksperyment, jakim był projekt polityczny Fidela Castro, będzie jednym z tych miejsc, w które będziemy zerkać, szukając wzorów, jak zbudować lepszy świat. Z jego wizją człowieczeństwa opartą na bezinteresownej i bezwarunkowej solidarności w miejsce sumy egoizmów. Z jego przykładem, że największy nawet Goliat spotka kiedyś swojego Dawida. Z jego szacunkiem dla ekosystemów i sukcesami w ich odtwarzaniu. Z jego szacunkiem dla zasobów i odmową ich marnowania. Z jego wolą dzielenia się nimi, nawet gdy są ograniczone, z tymi, którzy są w potrzebie. Z jego wiarą w społeczną sprawiedliwość i to, że leży ona w uniwersalnym interesie nas wszystkich. Z jego frazą, że może będziemy jeść skromnie, „ale będziemy jeść wszyscy”. Z jego wiarą w Człowieka.

Hasta siempre Comandante. La historia te absolverá.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

zdjęcia: Michał Kącik