Myśliwi, wojownicy, informatycy

Na Dzień Kobiet (wczoraj) przypomniał mi się James Damore. Pamiętacie tego buca? To ten amerykański informatyk, który pod koniec minionego roku zdobył niespodziewanie światową sławę mizoginicznym „memo” opublikowanym przezeń na wewnętrznych platformach komunikacyjnych jego ówczesnego miejsca pracy, Google. Damore czuł się – jako biały, heteroseksualny mężczyzna – „dyskryminowany” przez panującą w Google „monokulturę politycznej poprawności”, która między innymi usiłuje „promować” kobiety. Zdaniem Damore’a w technologicznych gigantach Doliny Krzemowej są one tak słabo reprezentowane nie za sprawą żadnych przeszkód systemowych tylko różnic w „naturalnych”, „biologicznych” predyspozycjach między mężczyznami a kobietami. IT byłaby jakoby środowiskiem odpowiadającym „naturalnym” predyspozycjom mężczyzn, podczas gdy „naturalne” predyspozycje kobiet realizują się w innych branżach, polach aktywności zawodowej i życiowej. Kiedy memo Damore’a zaczęło szaleć nie tylko w biurach Google’a, ale już po całym internecie, kalifornijski gigant technologiczny zwolnił Damore’a pod zarzutem wzywania do dyskryminacji.

Jest wiele punktów, od których można zacząć krytykę esencjalistycznych argumentów Damore’a o „naturalnych” właściwościach mężczyzn i kobiet, i już to chyba z każdej z nich zrobiono.

Że sektor technologiczny ma problem z dyskryminacją, kobiet i kolorowych mężczyzn (innych niż Hindusi, przynajmniej w świecie anglosaskim) i jeśli pion HR w Google’u jest przynajmniej świadomy istnienia takiego problemu, to to akurat świadczy na ich korzyść. Zabawne, że Damore przekonywał (póki co przegrał w amerykańskim odpowiedniku sądu pracy), że dowodem na to, że padł ofiarą dyskryminacji, jest fakt, że zwolniono go, pomimo iż przedtem dostawał roczną premię w akcjach Google o wartości 150 tys. $. Tymczasem nie każdy w Google’u dostaje taką premię i choć zgaduję, to obawiam się, że przy bliższej inspekcji wyszłoby jednak, że mężczyźni częściej niż kobiety, całkiem więc możliwe, że ta jego premia mogłaby być dowodem w zupełnie innej sprawie.

Że argumentacja wiążąca współczesne „męskie” zawody z tym, że „to mężczyźni byli kiedyś myśliwymi”, a kobiety „zbierały jagody i przytulały dzieci” to pseudonauka, podobnie jak prawie cała psychologia ewolucyjna, z której katalogu większość z tych mądrości się wywodzi. Sposoby zdobywania pożywienia i zaspokajania potrzeb to rzeczy, których się uczymy od innych ludzi, a inni potem od nas, wszystko w odpowiedzi na warunki ekologiczne i ekonomiczne, w jakich żyjemy. Rzeczy wyuczone nie stają się cechami dziedziczonymi potem przez dzieci. Jeżeli ktoś z nas zostawiony na tydzień sam w lesie będzie wiedział, jak sobie dopaść własnoręcznie jakieś mięso, to tylko, jeśli od kogoś się wcześniej nauczył, w przeciwnym razie szybko przekonamy się, że ta umiejętność nie jest wcale zapisana w naszych genach, nawet jeśli jesteśmy akurat mężczyzną. Choć zdolność mówienia i myślenia w języku jest naszą cechą biologiczną, gatunkową, to dzieci mówią wyłącznie w tych językach, w których ktoś wcześniej mówił do nich, a nie w tych, którymi mówili nieznani im przodkowie.

Że nie dziedziczymy cech po przodkach tej samej płci, co nasza – nawet gdybyśmy jednak dziedziczyli zdolności przez naszych przodków wyuczone. Nie wiadomo, dlaczego miałaby to być prawda akurat na tej płaszczyźnie, skoro widzimy we własnych rodzinach na pierwszy rzut oka, że innych cech nie dziedziczymy w taki sposób. Ja mam kolor oczu po ojcu a kształt nosa po matce.

Że może i owszem, mózg dorosłej kobiety różni się trochę od mózgu dorosłego mężczyzny, ale mózgi dwóch osób tej samej płci, z których jedna od dzieciństwa codziennie grała na skrzypcach, a druga nigdy nie uczyła się muzyki, też się różnią. Mózg się zmienia i rozwija w zależności od tego, co robi, czego się uczy, do czego jest stymulowany; nie jest cały z góry i do końca zaprojektowany w momencie zapłodnienia. Od wczesnego dzieciństwa każemy chłopcom i dziewczynkom robić inne rzeczy, jednym zabraniamy płakać, innym zabierać głos „bez potrzeby”, jednym każemy biegać i kopać piłkę, a drugim siedzieć cicho. Jak pod koniec tego procesu ich mózgi miałyby wyglądać tak samo?

Wreszcie, że programiści znaleźli się w rzekomo oczywistym łańcuchu „naturalnie męskich” zajęć, ciągnącym się od polowania i wojny, dopiero w latach 80. XX w., kiedy to wydziały związane z informatyką na politechnikach i uniwersytetach zostały zdominowane przez mężczyzn wraz z rosnącym ekonomicznym uznaniem, znaczeniem i prestiżem programowania i okolic w „nowej gospodarce”. W takich np. latach 50. czy 60. XX w. programistki znajdowały się w analogicznym ciągu „naturalnie kobiecych” zajęć wymagających „naturalnie kobiecych” przymiotów cierpliwości, zdolności wykonywania zadań żmudnych i powtarzalnych, itd. Dokładnie jak opieka nad dziećmi i sprzątanie.

Ale wcale naprawdę nie chciałem tutaj pisać drobiazgowej polemiki z myśleniem à la Damore. Nie mam dla niej czasu ani cierpliwości, a Internet pienił się od nich w zeszłym roku, kiedy karierę zrobiło jego memo. Nie ma nic nowego w tym, że nierówności są przez ich beneficjentów (np. białych, heteroseksualnych mężczyzn o konserwatywnych poglądach, otrzymujących co roku premię w akcjach Google o wartości 150 tys. $) przedstawiane nie jako nierówności właśnie tylko jako różnice, oczywiście naturalne. Bo to ich urządza.

To wszystko miało natomiast stanowić rozbudowane wprowadzenie do prawdziwego tematu, który skłonił mnie, żeby tę notatkę naprędce (między rozmowami w sprawie pracy, nomen omen) napisać: czy współczesna antropologia ma odpowiedź na pytanie o pochodzenie podziału ról innych niż prokreacyjne na męskie i żeńskie, czyli pochodzenie płciowego podziału pracy?

Naszymi najbliższymi krewnymi wśród naczelnych są szympanse i bonobo, mieliśmy wspólnego przodka, nasze gałęzie ewolucyjne rozdzieliły się pięć milionów lat temu. Szympanse i bonobo polują czasem w grupach, a nawet „chodzą na wojnę”, tzn. walczą czasem z innym stadem o terytorium. And guess what? Samice uczestniczą w jednym i drugim. Ze względu na nasze bliskie pokrewieństwo, nie ma powodu sądzić, że wśród naszych prehistorycznych przodków było inaczej.

Największy żyjący francuski antropolog, Maurice Godelier (jego detronizująca Lévi-Straussa książka o metamorfozach struktur pokrewieństwa wciąż oczekuje na polski przekład) jest przekonany, że u źródeł płciowego podziału pracy leży społeczny wynalazek, uniwersalnie wdrożony, który w najbardziej radykalny sposób dokonał separacji człowieka od reszty królestwa zwierząt: udomowienie ognia. A więc nie natura a kultura. Przyjmuje się, że miało ono (udomowienie ognia) miejsce około 500 tys. lat temu, już przez homo erectus, choć był to długi i stopniowy proces, który toczył się w różnych częściach świata w różnym tempie; nasi przodkowie żyli wtedy w niewielkich, społecznościach, które dzieliły dystanse utrudniające szybkie przekazywanie sobie wiedzy.

Nasza kolektywna pamięć, „gatunkowa podświadomość”, by tak rzec, nie straciła wszystkich wspomnień po czasach sprzed płciowego podziału pracy, choć trzeba ich szukać pomiędzy wierszami form, które uległy daleko posuniętej transformacji. Symboliczne ślady są tu i ówdzie zamrożone w rezerwuarach mitów, nawet takich, które wciąż całkiem dobrze pamiętamy. Lévi-Strauss odkrył kiedyś, że są dwie grupy, na które dzieli się większość prastarych mitów ludzkości, w zależności od tego, kiedy powstały: paleolityczne i neolityczne. Paleolityczne opowiadają (wprost, pośrednio lub metaforycznie) o opanowaniu ognia właśnie. Neolityczne o opanowaniu ziemi i cykli przyrody, pór roku, itd., czyli o rolnictwie (wprost, pośrednio lub metaforycznie).

Jeden taki paleolityczny mit wszyscy znamy, to ten o Prometeuszu. Mówi on w swojej rzadziej przypominanej części, że zanim ludzie poznali dzięki Prometeuszowi ogień, nie było wśród nich jeszcze kobiet. Sami mężczyźni. Mówi on też, że wykiwany Zeus za kradzież ognia ukarał nie tylko Prometeusza (przykuwając go do skały i skazując na wyrywanie mu wciąż odrastającej wątroby przez orła); pokarał także ludzi, zsyłając pośród nich pierwszą kobietę, Pandorę, która potem otworzyła puszkę z nieszczęściami. Oczywiście, sympatyzując z feminizmem, łatwo, zwłaszcza za sprawą tej ostatniej bohaterki, zatrzymać się na mizoginicznym poziomie/aspekcie rzeczonego mitu i przeoczyć, że w poprzedzającym opanowanie ognia świecie „bez kobiet” zastygła w nim, w symbolicznym, zwodniczym kamuflażu, odległa pamięć o czasach, w których nie było płciowego podziału pracy. Kobiety nie istniały w tym sensie, że nie dzielił ich od mężczyzn podział pracy a z nim cała jego symboliczna obudowa (albo nadbudowa). Podział ról na męskie i żeńskie jest karą (ceną) za ogień.

Godelier (w Metamorfozach pokrewieństwa, przekład mój, naprędce, na podstawie wydania angielskiego, bo takie mam):

Zwierzęta spożywają swój pokarm na surowo i boją się ognia. Ogień jest zarazem bronią i narzędziem. Posiadanie ognia umożliwiło ludziom ochronę przed dzikimi zwierzętami i przed zimnem. Umożliwiło im wykorzystywanie zasobów – roślin w szczególności – które nieugotowane są niejadalne. Dało im dostęp do nowych, zimnych obszarów globu i oczywiście umożliwiło przetrwanie ostatnich epok lodowcowych […]. Ale ponad wszystko, ogień popchnął przodków człowieka do stworzenia miejsc, w których jedzenie było gotowane i się nim dzielono, obozowisk odrębnych od miejsc, w których dziczyzna była zabijana i rozkrawana.

[…]

Ogień musiał być podtrzymywany i chroniony przed wiatrem, deszczem, itd. Te operacje wymagały ze strony społeczeństwa pewnej organizacji, podziału pracy pomiędzy płciami i pokoleniami. Stąd współpraca dla dobra grupy, która używała ognia do gotowania, ogrzewania się i ochrony. A podczas gdy uczyli się używać ognia jako narzędzia ochrony, ludzie musieli się też nauczyć, jak chronić siebie przed ogniem, jak trzymać dzieci z dala od niego.

Trzymać dzieci z dala od ognia. Skoro to kobiety rodziły i karmiły piersią dzieci, to one zostały też z nimi przy ognisku, żeby młode się nie poparzyły. Ale „naturalność” tego rozszerzenia nie była wcale biologiczna, była już operacją społeczną i symboliczną. Tak opanowanie ognia, jak i zmiany, które zaszły w jego konsekwencji, były naszą (jako ludzi) aktywną interwencją w warunki i sposoby naszego wspólnego istnienia, czyli kulturą.

Są to kluczowe fakty z punktu widzenia analizy okoliczności, które doprowadziły do powstania, w grupach protoludzkich, do społecznych komórek prokreacji i wychowywania dzieci, w których dorośli mężczyźni i kobiety wspólnie pracowali. Ogień to więc początek gotowania pożywienia oraz nowego podziału pracy między mężczyznami a kobietami.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu nad tekstem: Moses Odunmbaku

_20180309_162130

Planalto 2018

W 2018 roku w co najmniej trzech krajach będą miały miejsce wybory, których znaczenie wybiegnie daleko poza tych krajów granice. O ile w Rosji raczej nie będzie niespodzianek – na kolejnej kadencji na Kremlu pozostanie zapewne Władimir Putin – to wyniki wyborów we Włoszech (parlamentarne) i w Brazylii (prezydenckie, do Kongresu Narodowego i władz stanowych) są znacznie trudniejsze do przewidzenia. Sytuacja polityczna we Włoszech jest chaotyczna, młodzi mają zdecydowanie dość status quo, a system bankowy wisi na włosku. Od Włoch może się zacząć kolejna fala wstrząsów targających całą strefą euro (lub Unią Europejską w ogóle). Jednak największą enigmą tego roku są wybory w Brazylii, których rezultat może przesądzić o losach lewicy na całym kontynencie południowoamerykańskim na nie wiadomo jak długo.

Planalto i rzezba

Os Candangos – pomnik budowniczych Brasilii (w głębi Pałac Planalto)

Charles de Gaulle, już jako prezydent Francji, podobno powiedział kiedyś: „Brazylia to nie jest poważny kraj”. To było jednak dawno. Kilkanaście lat rządów Partido dos Trabalhadores Luli da Silvy wyprowadziło największy kraj Ameryki Łacińskiej na pozycję regionalnego mocarstwa, niezwykle aktywnego i skutecznego na arenie międzynarodowej (BRICS, inicjatywy południowo- i latynoamerykańskie, intensyfikacja współpracy gospodarczej z Afryką i Bliskim Wschodem). Administracje Luli (2003-2011) i jego następczyni Dilmy Rousseff (2011-2016) nigdy nie zdołały wyjść poza neoliberalizm, poprzestając na polityce jego hamowania, buforowania i neutralizowania negatywnych konsekwencji, a także awansu Brazylii w globalnej strukturze władzy ekonomicznej. Jednak potężny (także militarnie) sąsiad z sercem po lewej stronie i determinacją, by prowadzić politykę międzynarodową asertywną wobec Waszyngtonu, utrzymywał nieformalny polityczny i ekonomiczny parasol ochronny również nad bardziej radykalnymi projektami politycznymi w mniejszych krajach zachodniej półkuli (Wenezuela, Boliwia, Ekwador, Kuba), powstrzymując znacząco amerykańskie zapędy do ingerowania w politykę państw regionu. Jeśli w październiku 2018 urząd w Pałacu Planalto w Brasilii obejmie przedstawiciel neoliberalnej prawicy (jak to już się stało w Argentynie), może to się okazać katastrofą dla całej Ameryki Południowej. Jeżeli prezydentem zostanie jednak któryś z kandydatów lewicy, może się okazać, że „różowa fala” Ameryki Południowej nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Wyniki wyborów są trudne do przewidzenia nawet jak na standardy świata post-2016. Wszystko dlatego, że najpopularniejszy polityk w kraju, Lula da Silva (sondaże z ostatnich miesięcy dawały mu między 37% a 45% poparcia), najprawdopodobniej zostanie z możliwości udziału w nich wykluczony. Prawica, której udało się, w drodze parlamentarnego zamachu stanu dla niepoznaki nazywanego impeachmentem, usunąć z urzędu Dilmę Rousseff, zamierza – przy pomocy aparatu sprawiedliwości, który zbyt często jest z nią organicznie związany – za wszelką cenę wsadzić Lulę jeszcze przed wyborami do więzienia. Sąd kolejnej instancji potwierdził wyrok dziesięciu lat więzienia dla byłego prezydenta (za rzekomą korupcję), i choć dostępna Luli droga apelacji nie została jeszcze wyczerpana, polityczny charakter tych wyroków nie zostawia zbyt wiele nadziei, że kolejna instancja orzeknie inaczej. A jak orzeknie, to prawica ma w zanadrzu jeszcze inne postępowania przeciwko Luli.

Na rozdrobnionej scenie politycznej Brazylii, na której kotłuje się ponad dwadzieścia partii politycznych o nazwach często pozbawionych związku z ich faktycznym profilem ideowym („socjaldemokracja” jest, na ten przykład, centroprawicowa), nierzadko zresztą w ogóle nieobecnym – usunięcie najpopularniejszego kandydata powoduje, że przewidzenie wyniku jest niemal zupełnie niemożliwe.

Mówi się, że gdyby prawicy udało się wsadzić Lulę przed wyborami do więzienia, PT w ostatniej chwili wystawi na jego miejsce byłego burmistrza São Paulo Fernando Haddada. Haddad wywodzi się z ogromnej społeczności paulistanos pochodzenia libańskiego i był burmistrzem największego miasta południowej półkuli w okresie brutalnie tłumionych przez policję protestów w roku 2013. Nie on był za brutalność policji odpowiedzialny – w kraju, w którym jest ona formacją militarną, rozkazy wydał prawicowy gubernator stanu São Paulo – ale pamięć o tych wydarzeniach na pewno nie zapewni Haddadowi popularności na miarę Luli. Jego potencjalna kandydatura jest jednak zupełnie nieoficjalna; PT idzie w zaparte – jej kandydatem pozostaje niezmiennie Lula.

Trudno sobie wyobrazić, że urzędujący obecnie prezydent Michel Temer (neoliberalna prawica) stanie do wyborów. W zasadzie wisi nad nim wciąż sądowy zakaz startowania w jakichkolwiek wyborach (na osiem lat, za nieprawidłowości w finansowaniu ostatniej kampanii). Na urząd nie został wybrany w żadnych wyborach, wstąpił na niego drogą automatycznej procedury po impeachmencie Dilmy Rousseff. Wcale nie wykluczone, że oligarchowie wymyśliliby jednak jakąś sztuczkę prawną, żeby umożliwić mu kandydowanie, tak jak impeachmentu presidenty Rousseff dokonali, pomimo iż nie udowodniono jej żadnego deliktu konstytucyjnego. Jednak jego prezydentura, upływająca pod znakiem zamrożenia programów społecznych odziedziczonych przez PT i wyprzedaży zasobów państwowych, cieszy się rekordowo niskim poparciem – jedynie 2% społeczeństwa (dla porównania Lula zamknął swoją drugą kadencję poparciem w okolicach 90%). Cztery czwarte Brazylijczyków najchętniej widziałyby Temera w więzieniu (jego koledzy w niższej izbie parlamentu, póki co, ochronili go przed kryminalną odpowiedzialnością za korupcję).

Tres Poderes

Praça dos Três Poderes (Plac Trzech Władz) w Brasilii

Najpopularniejszym spośród pozostałych kandydatów jest skrajnie konserwatywny demagog Jair Bolsonaro. Jego występy upstrzone są ostentacyjną homofobią, mizoginią i rasizmem, a także pochwałami dyktatury wojskowej z lat 1964-84. Głosując za impeachmentem Rousseff w 2016, Bolsonaro zadedykował swój głos tym, którzy ją w czasie dyktatury torturowali (była wtedy w szeregach radykalnej marksistowskiej guerilli). Bolsonaro ma też jednak w sondażach najwięcej opinii kategorycznie go odrzucających – w drugiej turze ta część Brazylijczyków będzie pewnie głosować na zasadzie „każdy, byle nie Bolsonaro”.

Problem w tym, że tym każdym może się okazać zupełny pajac. Luciano Huck, biznesmen i gwiazdor potężnej prywatnej sieci telewizyjnej Globo, tej samej, która wspierała zamach stanu w 1964 i prowadziła aktywną kampanię niszczenia Dilmy Rousseff. Człowiek bez doświadczenia politycznego, gospodarz sobotniego rozrywkowego programu. Jego kandydatura nie jest jeszcze oficjalna, ale dużo się o niej mówi. Huck nie ma żadnego profilu politycznego, jego program telewizyjny jest z gatunku tych „o niczym”, ale partiom centroprawicy zdesperowanej tym, że nie potrafi wystawić wystarczająco popularnego „poważnego” kandydata, mógłby zaoferować swoją ogromną popularność i rozpoznawalność. Głosować może na niego jego telewizyjna publiczność, jak również Brazylijczycy zniechęceni do swojej klasy politycznej w ogóle (jego brak doświadczenia może się dla nich okazać zaletą).

Inni liczący się kandydaci? Marina Silva, była ministra środowiska za pierwszej kadencji Luli, wywodzi się ze społeczności Brazylijczyków pochodzenia afrykańskiego; kandydowała już na najwyższy urząd w 2010 i 2014. Kandydatem lewicowej Demokratycznej Partii Pracy jest Ciro Gomes. Nie są wystarczająco popularni, ale poparcie może im wzrosnąć, jeśli Lula zostanie ostatecznie wyeliminowany. Z ugrupowań na lewo od PT, Partia Socjalizmu i Wolności (PSOL) może wystawić Guilherme Boulosa. Centroprawicowa Partia Brazylijskiej Socjaldemokracji (PSDB) chce wystawić Geraldo Alckmina, gubernatora stanu São Paulo (to on urzędował już wtedy, gdy Fernando Haddad był burmistrzem stołecznego miasta tego stanu).

W sumie kandydatów w wyborach prezydenckich może startować blisko dwudziestu.

Brazylia zajmuje drugie (po USA) miejsce pod względem całkowitych kosztów pochłanianych za każdym razem przez kampanie wyborcze, stąd tak łatwo o przewagę kandydatom popieranym przez wielki kapitał lokalny i transnarodowy. Wszystkie wielkie media znajdują się w ręku pięciu spośród najzamożniejszych rodzin w kraju i zawsze prowadziły bezlitosną kampanię przeciwko najpopularniejszym kandydatom lewicy. Media publiczne w europejskim sensie tego słowa, które miałyby obowiązek oddawania minimum formalnej sprawiedliwości (pod postacią choćby czasu antenowego) różnym partiom politycznym, w Brazylii nie istnieją. Brazylijski ustrój polityczny jest kombinacją silnej administracji prezydenckiej à l’américaine i ordynacji proporcjonalnej na wzór europejski w Kongresie Narodowym. Przy ogromnej ilości partii politycznych, z których wiele nie powstało wokół żadnej politycznej wizji a jako kliki karierowiczów połączone jedynie pragnieniem wspinania się po drabinie aparatu państwa, pozornie silna administracja prezydencka zmuszona jest do organizowania karkołomnych, zwykle krótkotrwałych koalicji, by przeprowadzić każdą znaczącą zmianę. Brazylia jest republiką federacyjną, która przyznaje poszczególnym stanom określoną liczbę reprezentantów w obydwu izbach Kongresu. Ich proporcje od dawna jednak nie odzwierciedlają przemian demograficznych kraju. Słabo zaludnione, najbardziej zacofane ekonomicznie stany z największą koncentracją własności ziemskiej w rękach nielicznych rodzin są najbardziej nadreprezentowane w Kongresie, kosztem najludniejszych stanów południowych o znacznie bardziej postępowej strukturze elektoratu i większym dostępie do machiny wyborczej dla kandydatów bez wsparcia wielkiej własności ziemskiej. Połączone, wszystkie te czynniki stanowią ogromną barierę dla postępowej polityki w Brazylii i doskonałą strukturę zabezpieczającą długofalowo interesy oligarchów.

W piątek 16 lutego prezydent Temer ogłosił, że przekazuje kontrolę nad bezpieczeństwem w Rio de Janeiro bezpośrednio wojsku – pierwsza taka sytuacja, odkąd wojskowi oddali władzę w latach 80. XX wieku. Decyzja ta pociągnęła za sobą natychmiastową rezygnację z urzędu gubernatora stanu Rio de Janeiro. Oficjalnym powodem są dramatyczne statystyki przestępczości, zwłaszcza tej najbardziej brutalnej, z użyciem broni, w połączeniu z okresem największego ruchu turystycznego w Rio de Janeiro (Karnawał). Jest jednak mało prawdopodobne, że wojsko na ulicach poprawi bezpieczeństwo, sytuacja może się równie dobrze przekształcić w regularną wojnę z gangami narkotykowymi w fawelach. Ten stan wyjątkowy prezydent Temer ogłosił na czas nawet do końca roku. Jest to niepokojący sygnał w kraju z taką historią militarnej interwencji w politykę. Trudno nie zadawać sobie pytania, czy oligarchowie nie testują możliwości lub po prostu nie przygotowują się do użycia siły w okresie okołowyborczym.

Planalto guards

Ochrona przed Pałacem Planalto

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 22 lutego 2018 na portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brasilia Kongres Narodowy

Wieże gmachu Kongresu Narodowego w Brasilii

Kryzysu dyplomatycznego nie było

Za sprawą ustawy o IPN polscy antyfaszyści o mały włos nie znaleźli się w Warszawie w kuriozalnym położeniu: zmuszeni do obrony przed polskimi rasistami ambasady najbardziej rasistowskiego państwa świata; do obrony przed tymi, którym faszyzm w Polsce dopiero się marzy – ambasady państwa będącego wzorem i ideałem dla rasistowskiej, faszyzującej prawicy na całym świecie. Tej w Polsce też, tylko ta polska jeszcze nie wymyśliła, jak przezwyciężyć wewnętrzną sprzeczność między podziwem dla bezwstydu, z jakim Izrael stosuje przemoc wobec „niewłaściwej rasowo” ludności na kontrolowanym przez siebie terytorium, a własnym „tożsamościowym”, „organicznym” przywiązaniem do tropów antysemickich.

Czy profesora Zybertowicza MaBeNa to nie ma być taka polska Hasbara? Czy Instytut Solidarności i Męstwa nie jest pomyślany jako polskie Jad Waszem? Czy ministra Glińskiego i innych prawicowców marzenia, by polskie kino podbiło wyobraźnię światowej publiczności epickimi filmami rozpamiętującymi widowiskowo polskie męczeństwa historyczne nie biorą się z zazdrości o kapitał polityczny zbity przez Izrael na eksploatacji obrazów hitlerowskiego ludobójstwa Żydów? Czy pozywanie zagranicznych dziennikarzy i polityków za „szkalowanie Polski” nie byłoby takim trochę izraelskim lawfare na miarę naszych możliwości? Czy polski rząd nie kupuje od Izraela technologii wojskowych przetestowanych przez to państwo na Palestyńczykach (a także Syryjczykach czy Libańczykach)?

Kryzys-widmo, kryzys-ściema

Do konfrontacji antysemitów z antyfaszystami i antyrasistami przed ambasadą Izraela w Warszawie 31 stycznia nie doszło, bo wojewoda ze względów bezpieczeństwa zablokował możliwość demonstrowania komukolwiek. Sądzi się szeroko, że było to motywowane obawą rządu Prawa i Sprawiedliwości przed konsekwencjami obrazów z takiego wydarzenia dla wizerunku Polski na świecie oraz przed ryzykiem dalszej eskalacji „kryzysu dyplomatycznego” wywołanego przez ustawę o IPN. Paradoksalnie decyzja ta chwilowo uchroniła również i lewicę, która miała zamiar stawić się tam z antyfaszystowską kontrdemonstracją, przed ciężkim problemem wizerunkowym i symbolicznym. Jaką przekonującą i spójną narrację antyrasistowską można by skutecznie proponować, gdyby z wizerunkiem antyfaszystowskiej lewicy na trwałe zrosły się obrazy – bo pewnie doszłoby do aktów przemocy – „bohaterskiej obrony” ambasady najbardziej rasistowskiego dziś państwa na świecie?

A jeśli żadnego „kryzysu dyplomatycznego” nie było? Co najwyżej drobna scysja w wielkiej rodzinie współczesnej rasistowskiej prawicy? A może nawet komedia dawno przygotowana i odgrywana przez obydwie strony, polską i izraelską? W której to komedii co najwyżej jakiś drobny szczegół wyrwał się czasem spod kontroli?

Liberalna prasa rozpisuje się o tym, że Kaczyński usiłuje konsolidować władzę swojej partii i neutralizować napięcia wewnątrzkrajowe przez odwracanie społecznej uwagi w stronę coraz to nowych zewnętrznych wrogów. Wygląda to wszystko, jakby nikt w polskiej prasie nie wiedział lub nie pamiętał, że polski rząd podpisał z rządem izraelskim w listopadzie 2016 roku Memorandum of Understanding, którego postanowienia wiszą po dziś dzień na stronach izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, po angielsku. Wynika z nich, że Izrael już wtedy przyjął doskonale do wiadomości, że Polska będzie walczyć z „Polish death camps” i innymi formami tego, co Warszawa uważa za oczernianie naszego narodu i zniekształcanie historii II wojny światowej.

Jeżeli Polska nie przestanie kupować izraelskiego uzbrojenia i głosować po myśli Izraela w Zgromadzeniu Ogólnym i Radzie Bezpieczeństwa ONZ, będzie to pośredni dowód, że żadnego kryzysu nie było; wszystko, co najważniejsze, od dawna było obgadane, reszta to farsa dla gawiedzi i ściema dla żurnalistów w obu krajach. „Haaretz” właśnie podaje, że Izrael chce być gospodarzem szczytu państw Grupy Wyszehradzkiej.

Odświeżona cnota premiera Netanjahu

Rząd Binjamina Netanjahu i konstelacja powiązanych z nim organizacji nie mają żadnych problemów z utrzymywaniem przyjaznych stosunków z rządami i partiami politycznymi innych państw, w których szeregach brylują otwarci antysemici (administracja Trumpa, rząd Orbana na Węgrzech, skrajna prawica w Austrii). Tak długo, jak ten antysemityzm jest dodatkiem do odgrywającego główną rolę, kluczowego dla interesów Izraela, rasizmu wymierzonego w muzułmanów i Arabów. Antysemityzm, prawdziwy lub wyssany z palca (jak „antysemityzm w Labour Party”, kryzys wysmażony z niczego przez izraelskich agentów), przydaje się też do skłaniania miejscowych Żydów do emigracji do Izraela (Netanjahu marzy o takiej fali zwłaszcza z Francji).

W plemiennej, zerojedynkowej przestrzeni polskiej polityki, zdemolowanej ćwierćwieczem dominacji dwóch pozornie rywalizujących narracji, neoliberalnej i katolicko-narodowej, wszystko działa na zasadzie: kto nie z nami, ten z PiS; kto przeciwko PiS, ten z nami. Tak więc wszystko, co się podniosło przeciwko ustawie o IPN czy przy tej okazji przeciwko rządowi PiS, zostało automatycznie i bezrefleksyjnie połączone w jeden zestaw wartych tyle samo głosów słusznego oburzenia. Netanjahu i inni politycy najbardziej rasistowskiego państwa świata stali się nagle głosem jakiejś uniwersalnej etycznej wyroczni. Przy całej odrazie, na jaką zasługują ONR i Młodzież Wszechpolska, a także cynicznie manipulujący rasistowskimi motywami PiS, nikt w tych organizacjach nie ma jednak na sumieniu nawet ułamka zbrodni, jakie obciążają premiera Netanjahu. Naftali Bennett, którego wizyta w Polsce została anulowana, jako bohater wywiadu „Tygodnika Powszechnego” moralizuje o tym, jak źle się dzieje, gdy zaczynamy manipulować historią, nieniepokojony przez szlachetne pismo takimi drobiazgami, jak jego stosunek do rasistowskiej przemocy uskutecznianej przez jego rząd dzisiaj. Bennett jest ministrem edukacji w kraju, w którym ze szkół usuwa się powieści o żydowsko-arabskiej miłości i zakazuje się nauczania prawdy historycznej o krwawych czystkach etnicznych. Tych, które w latach 1947-48 położyły podwaliny pod Państwo Izrael i zrodziły nigdy nie rozwiązany problem milionów palestyńskich uchodźców. Bennett jest też jednym z najaktywniejszych orędowników czystek etnicznych prowadzonych przez Izrael obecnie na Zachodnim Brzegu Jordanu.

Nieszczęściem kraju z lewicą sprowadzoną do parteru, zredukowaną do wąskiego marginesu, pozbawioną zasobów jest, że z pozycji swojej słabości zbyt często i zbyt łatwo – z rozpędu, pośpiechu lub zmęczenia – lewica ta reaguje odruchowym oburzeniem i podłącza się do plemiennej dynamiki polskiego pola politycznego. Skoro zły rząd PiS wywołał gniewną reakcję ze strony izraelskich polityków (która i tak była ściemą), to nagle Binjamin Netanjahu, Naftali Bennett i Jair Lapid stają się moralnymi wyroczniami nawet dla lewicy, z jakiegoś powodu zawieszamy polityczną ocenę pozycji, z jakich oni sami się wypowiadają (powtórzmy – jeszcze bardziej rasistowskich niż pozycje PiS). Skoro PiS mógłby (choć to na pewno ściema) doprowadzić do pogorszenia stosunków dyplomatycznych z Izraelem, to nagle staje się to bardzo dla nas wszystkich cenne, żebyśmy mieli świetne stosunki.

Rasizm Państwa Izrael

Izrael jest jedynym współczesnym państwem, które otwarcie i bez żenady segreguje swoją populację (populację, nad którą ma władzę) na podstawie jej etnoreligijnego pochodzenia – na kategorie zróżnicowane pod kątem biernych i czynnych praw wyborczych, praw społecznych i ekonomicznych, a nawet prawa do życia, które w przypadku Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych nie podlega żadnej ochronie przed przemocą ze strony izraelskich żołnierzy czy osadników. Kilka dni temu izraelski „Haaretz” podał, że izraelscy żołnierze urządzili sobie safari na palestyńskiego nastolatka, ścigając go samochodami i celując mu w głowę. Chłopak zginął. Możemy być pewni, że nikt za to nie odpowie, bo jak Neve Gordon pisał już w 2008, od 1987 (od Pierwszej Intifady) izraelscy żołnierze z zasady nie są pociągani do odpowiedzialności za zabijanie Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych, nawet za zabijanie dzieci. Przemoc taka w ostatnich miesiącach uległa jedynie intensyfikacji. Jest dopiero luty i już troje dzieci w tym roku dostało kulę w głowę za rzucanie kamieniami. Izrael usiłuje obecnie doprowadzić do reeskalacji wojny w Syrii (w której wywołaniu odegrał jedną z głównych ról) oraz jej rozszerzenia na inne państwa regionu (Iran i Liban). W planie globalnym, jak wykazuje Jeff Halper, Izrael jest jednym z kluczowych punktów autorytarnego, faszyzującego dryfu, z jakim mamy obecnie do czynienia w nawet tradycyjnie silnych demokracjach liberalnych. Od Stanów Zjednoczonych po Indie, Izrael jest bowiem globalnym dostawcą technologii (od zbrojeniowych po polityczne) sprawowania brutalnej, urasowionej władzy w warunkach permanentnego kryzysu społecznego.

Nie ma żadnego powodu, by polska lewica martwiła się pogorszeniem stosunków z Izraelem. Obowiązkiem każdej szanującej się, ideowej lewicy jest żądanie ich pogorszenia. Degradacji stosunków dyplomatycznych do poziomu konsularnego (jak uczyniła RPA), odmowy akredytacji ambasadorów z rasistowskimi życiorysami (jak Brazylia), lub całkowitego zerwania stosunków (jak Kuba, Boliwia czy Maroko). Dopóki Izrael nie przestanie sobie urządzać kpin z prawa międzynarodowego, a izraelski apartheid i okupacja Terytoriów Palestyńskich nie upadną.

Precz z rasizmem – polskim i izraelskim

Organizatorzy niedoszłej kontrdemonstracji z warszawskiego Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego mieli trafne przeczucia i początkowo w informacji na stronie wydarzenia na Facebooku podkreślali, że stawiają opór polskiemu antysemityzmowi, jednocześnie odcinając się od polityki Izraela, przed którego ambasadę zamierzali się zejść nacjonaliści. Szybko musieli ten opis zmienić, usuwając z niego frazy krytyczne wobec Izraela, gdyż zostali zbombardowani wyrazami oburzenia płynącymi z lewicy. „Jak tak można akurat teraz?!”

Tymczasem było to jedyne odpowiedzialne i spójne antyrasistowskie stanowisko. Byłoby ono przyjęte jako oczywiste w każdej analogicznej sytuacji. Wyobraźmy sobie, że skrajna prawica organizuje islamofobiczną demonstrację przed ambasadą Arabii Saudyjskiej, bo akurat tę ambasadę znaleźli i potrafili sprawdzić, że jest to z całą pewnością kraj muzułmański. Czy antyfaszystowska lewica musiałaby się tłumaczyć ze słów, że wychodzi z kontrdemonstracją przeciwko islamofobom, co nie znaczy, że broni polityki Arabii Saudyjskiej (zbrodnie wojenne w Jemenie, monstrualne liczby wyroków śmierci, itd.), a organizacja tej demonstracji akurat tam jest jedynie skutkiem głupoty narodowców? Wydaje mi się, że zostałoby to przyjęte z naturalnym zrozumieniem. Przyzwoity politycznie człowiek potępia i Arabię Saudyjską, i islamofobię.

Musimy mówić głośne nie zarówno antysemitom w polskim sejmie, w polskim rządzie i na ulicach polskich miast, jak i systemowemu rasizmowi Państwa Izrael. Być przeciwko jednemu i drugiemu, jednocześnie i nieprzerwanie, bez okresów ochronnych. Stosowanie wobec Izraela wiecznego „ekscepcjonalizmu”, traktowanie go jako wyjątku od zasad poza nim uniwersalnych, kompromituje tylko taki antyrasizm i antyfaszyzm. Nie można być wiarygodnym antyrasistą i milczeć o najbardziej rasistowskim państwie świata, którego nasz kraj jest niezawodnym sojusznikiem. To trochę tak, jakby być za zniesieniem niewolnictwa, ale nie ruszając plantacji, bo kupujemy ich cukier i bawełnę.

Walka z polskim antysemityzmem przy jednoczesnym otaczaniu dyskursywnym kordonem ochronnym takiego państwa jak Izrael nie jest żadnym antyrasizmem. Jest jedynie balansowaniem – na ich warunkach – pomiędzy dwoma komplementarnymi nurtami rasizmu: jednym lokalnym i zaściankowym, zrodzonym z szamba historycznych atawizmów zapóźnionych peryferii, a drugim kosmopolitycznym i o globalnych ambicjach, uzbrojonym w PR, lawfare, setki głowic atomowych i nanoroboty, cieszącym się uprzywilejowanymi stosunkami z innymi brutalnymi mocarstwami, wespół z którymi spogląda bezczelnie w przyszłość, by w niej zbudować piekło w wersji high-tech. Naszym obowiązkiem jest równoczesne i zdecydowane odrzucenie ich obu.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na portalu Strajk.eu 17 lutego 2018.

Foto: Łukasz Zaręba (Jerozolima, 2018)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Present Continuous

Magnolia Paula Thomasa Andersona jako obraz specyfiki postmodernistycznego doświadczenia czasu w perspektywie Jamesona

 

Nominacje do Oscara dla najnowszego filmu Paula Thomasa Andersona (Nić widmo, 2017) przypomniały mi o pewnym eseju napisanym przeze mnie najpewniej w 2004 roku, a więc chyba na IV roku studiów. Dziś traktuję go jedynie jako ćwiczenie intelektualne, w tym z samego pisania, z czasów, kiedy byłem (naiwnym) optymistycznym postmodernistą – być może zresztą podobnie jak sam Paul Thomas Anderson wówczas. Ale skoro go znalazłem, to może się komuś przyda, np. do tego, żeby porównać ten wczesny film z późniejszymi, bez porównania bardziej krytycznymi dziełami jednego z najwybitniejszych współczesnych amerykańskich reżyserów. Tekst ukazał się chyba w 2004 w publikacji studenckiego koła filmoznawców Uniwersytetu Śląskiego „Kwadratura Koła”, dokładnego adresu bibliograficznego nie potrafię jednak podać, gdyż wskutek moich licznych przeprowadzek po całym kontynencie, przepadł mi gdzieś jej egzemplarz.


Magnolia Paula Thomasa Andersona z 1999 roku trwa 187 minut. W takich, dajmy na to, Indiach, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale w zachodnim kręgu cywilizacyjnym zdecydowana większość filmów fabularnych przeznaczonych dla kin trwa od 80 do 130 minut. Dla przykładu w roku wejścia Magnolii do polskich kin, a więc 2000, tylko 15 filmów wyświetlanych u nas na ekranach przekroczyło jakoś znacznie powyższą górną granicę normy, a kilka innych o zaledwie kilka minut. Ponad 80% mieściło się więc w podanym przedziale.

Niezbyt liczne przypadki filmów trwających powyżej dwóch i pół godziny dzielą się w zasadzie (zapomnijmy tutaj o Indiach i innych kinematografiach egzotycznych) na dwie grupy. Pierwsza to filmy rozmaitych artystycznych radykałów, którzy programowo lekce sobie ważą przyzwyczajenia, a nieraz nawet i granice wytrzymałości widzów. Za ich najbardziej ekstremalne przykłady mogą służyć Mama i dziwka (La maman et la putain) Jeana Eustache’a z 1973 roku, trwająca 219’ czy Miłość szalona (L’Amour fou) Jacquesa Rivette’a (1968) – aż 252’[1]. W raz już dla przykładu wywleczonym roku 2000 była takim Wierność (La Fidelité) Andrzeja Żuławskiego licząca 165’ projekcji, stosunkowo rozważnego w porównaniu z dwoma powyższymi.

Druga grupa to rozlewne epickie opowieści osadzone na tle jakiejś mniej lub bardziej odległej epoki historycznej, często pośród jakichś ważnych dziejowych wydarzeń. Opowiadane z reguły z jakimś rodzajem epickiego dystansu, choć niekoniecznie w ścisłym Bachtinowskim sensie tego terminu („przeszłość absolutna”),[2] bo przy tempie przemian zachodzących w XX wieku udaje się to uzyskać i wobec wydarzeń sprzed dwudziestu nawet lat. Wyjątkowa jest sytuacja u Camerona w Titanicu, kiedy zasadnicza część fabuły toczy się w ciągu kilku dni. Z reguły są to miesiące albo lata. Ale nawet w Titanicu historia wypłynięcia i zatonięcia feralnego transatlantyku jest poszerzona o płaszczyznę czasową, w której bohaterka jest już wiekową staruszką, co powoduje, że fabuła rozłożona jest właściwie na kilkadziesiąt lat, choć tylko niewielkie i nieliczne wycinki tego przedziału brane są pod uwagę. Pozostając przy repertuarze z roku 2000, możemy więc odnotować m.in. takie tego przykłady: Cyrulik syberyjski (Sibirskij cyriulnik) Nikity Michałkowa, Joanna d’Arc (The Messenger: The Story of Joan of Arc) Luca Bessona, Gladiator Ridleya Scotta, Patriota (The Patriot) Rollanda Emmericha, Anna i król (Anna and the King) Andy’ego Tennanta, Utalentowany pan Ripley (Talented Mr Ripley) Anthony’ego Minghelli. Od starożytności po połowę XX wieku, zawsze jednak jakaś odległość historyczna.

Ponieważ pierwsza grupa to filmy o słabym oddźwięku społecznym, przeznaczone dla węższej grupy odbiorców, bardziej sztuką filmową zainteresowanych, nawet tzw. koneserzy, nie tylko szeroka publiczność, traktują je jednak jako swego rodzaju odstępstwo od normy, a nie coś normalnego. Tak więc za naturalną, zgodną z przyzwyczajeniami i przywoływaną w pierwszym skojarzeniu grupę uznać by trzeba grupę drugą: przeciętny widz dostając informację, że film będzie tak długi, zgodnie ze swoim dotychczasowym kinematograficznym przyzwyczajeniem spodziewa się raczej jakiejś epickiej opowieści o choć trochę historycznym charakterze.

Cały ten mój wstęp to miał na względzie, iż ów skojarzeniowy odruch widza ma ogromne znaczenie dla wydobycia istoty Magnolii. Niektórzy bowiem twierdzą, że sens tego filmu trudny jest do wytłumaczenia;[3] śpieszę więc z własną propozycją. Anderson zderza bowiem swój utwór z tym odruchem, powodując niejakie widza zdziwienie, ponieważ akcja tego ponad trzygodzinnego filmu nie toczy się bynajmniej ani w przeszłości, ani na przestrzeni lat. A nie jest przypadkiem radykalizmu w rodzaju przytaczanego już Eustache’a; nawet widzowie, którzy mają do tego filmu zastrzeżenia, podkreślają, że jest wyjątkowo sprawnie i dynamicznie opowiedziany – przetrzymanie ponad trzech godzin projekcji nie jest wcale trudne.

 

Amnezja i „wieczne teraz”

Fredric Jameson opisuje specyfikę postmodernistycznego doświadczenia czasu, posługując się niejako metaforycznie kategoriami stworzonymi przez psychoanalizę z kręgu Jacquesa Lacana opisującymi schizofrenię[4]. W postmodernizmie (Jameson używa tego pojęcia jako kategorii periodyzacyjnej, historycznej, a więc jako nazwy epoki a nie stylu czy filozofii) stała się naszym udziałem ekspansywna hipertrofia (przerost) czasu teraźniejszego, zagarnianie przezeń coraz większej przestrzeni na niekorzyść przeszłości czy jakiegoś rodzaju perspektywy przyszłości. Przeszłość i przyszłość rugowane są przez teraźniejszość na coraz dalsze rubieże świadomości; nie ma bowiem miejsca na wszystko, a teraźniejszość rozpycha się coraz bardziej. Jest to moim zdaniem zasadniczy temat Magnolii, w której epicką ramę trzygodzinnego widowiska, doskonałą dla opisu wojennych i innych długotrwałych dziejowych zawieruch, i tak też zwykle stosowanej, zagarnia czas teraźniejszy, i to szczególnie w swej – nie mającej w polskiej gramatyce odpowiednika – postaci angielskiego Present Continuous. Czyni to na dwóch poziomach: 1) jak najbardziej aktualna współczesność (dzisiaj) jako epoka, w której mają miejsce przedstawione wydarzenia; 2) czas trwania akcji zredukowany jest do jednej doby (a więc tylko dzisiaj).

Ale nawet w tych ramach, już raz skradzionych epice (≈historii/przeszłości), czas teraźniejszy panoszy się w Magnolii jeszcze bardziej. Frank T.J. Mackey (Tom Cruise), po tym jak pielęgniarz jego umierającego ojca usilnie chciał się z nim skontaktować, idzie korytarzem – i nie dość, że droga ta, możliwa przecież z punktu widzenia pragmatyki amerykańskiej dramaturgii filmowej do pominięcia albo chociaż skrócenia do minimum, pokazywana jest jednak widzowi dość drobiazgowo, to jeszcze na dodatek Frank relacjonuje ją cały ten czas przez telefon jednej ze swoich podwładnych: „Wychodzę w windy, Janet. […] Idę korytarzem”. Tak więc owo „tylko dzisiaj” podniesione wnet zostaje do kwadratu, przeradzając się w teraz. Nawet na tym geometryczny postęp rozrostu czasu teraźniejszego wciąż się jednak nie wyczerpuje: „teraz” staje się bowiem coraz dłuższe, następuje „rozdrobnienie czasu na serie wiecznych «teraz»[5]. Gdy jedna z inspicjentek w studio telewizyjnym tuż przed rozpoczęciem transmisji (bezpośredniej = na żywo = teraz) kolejnego odcinka teleturnieju daje znak, że zostało już tylko 30 sekund do wejścia na antenę, czas ten zabiera aż 70 sekund filmu. Tego rodzaju programy w normalnej amerykańskiej praktyce telewizyjnej trwają albo około 25 (do 30) albo 55 minut (do pełnej godziny). Z reklamami w trakcie. U Andersona tymczasem od momentu wejścia teleturnieju na antenę do puszczenia po nim napisów końcowych mija aż 65 minut, pomimo iż transmisja została przerwana przed czasem z powodu niesubordynacji jednego z uczestników i stanu zdrowia producenta. Po pierwsze: jest to więcej niż w rzeczywistości. Po drugie: nieproporcjonalnie dużo w skali czasu trwania całego filmu – 50 minut (przypuśćmy), a więc mniej niż 4% doby, którą opowiada film, rozciąga się na część filmu trwająca prawie 35% całego jego czasu ekranowego[6].

Jameson pisze takie słowa:

zarówno marksiści, jak nie-marksiści doszli do ogólnego przeświadczenia, że w pewnym momencie historii po II wojnie światowej zaczęło się wyłaniać nowe społeczeństwo (opisywane różnie – jako społeczeństwo postindustrialne, jako kapitalizm wielonarodowościowy, społeczeństwo konsumpcyjne, społeczeństwo zdominowane przez media, i tak dalej). Nowe postaci konsumpcji, zamierzona jednorazowość, coraz szybszy rytm, w jakim zmieniają się mody i style, przenikanie – w stopniu dotąd niespotykanym – reklamy, telewizji i ogólnie mediów do życia całego społeczeństwa, zanik dawnych napięć pomiędzy miastem i wsią, centrum i prowincją z racji pojawienia się przedmieścia i powszechnej standaryzacji, rozwój wielkich sieci autostrad i nadejście kultury samochodowej – oto część cech, które znamionują, jak się wydaje, radykalny przełom w stosunku do dawnego, przedwojennego społeczeństwa […]

Jestem przekonany, że wyłonienie się postmodernizmu jest ściśle związane z pojawieniem się omawianego momentu w późnym, konsumpcyjnym czy też wielonarodowościowym kapitalizmie. Jestem także przekonany, że jego formalne cechy na wiele sposobów wyrażają głębszą logikę tego szczególnego systemu społecznego. Będę mógł jednak to pokazać tylko w odniesieniu do jednego zjawiska, a mianowicie zaniku poczucia historii. Oto cały nasz współczesny system społeczny zaczął stopniowo tracić zdolność przechowywania przeszłości, żyjąc w wiecznej teraźniejszości i wiecznej zmianie, wymazującej wszystkie te rodzaje tradycji, które wcześniejsze formacje społeczne musiały w taki czy inny sposób ochraniać. Pomyślmy tylko o zużywaniu nowości przez media, o tym, że Nixon, a jeszcze bardziej Kennedy, są już postaciami z odległej przeszłości. Kusi, by powiedzieć, że prawdziwą funkcją mediów nastawionych na nowości jest możliwie najszybsze usunięcie świeżych doświadczeń historycznych w przeszłość. Informacyjna funkcja mediów polegałaby więc na służeniu pomocą w zapominaniu, na występowaniu w roli faktycznych sprawców i mechanizmów naszej historycznej amnezji.[7]

W ten sam sposób niebawem i 11 września znajdzie się w odległej przeszłości.

Jako że wedle obserwacji amerykańskiego intelektualisty stan tej amnezji i przerostu teraźniejszości jest owocem funkcjonowania nowoczesnych mediów, ze szczególną zasługą telewizji, nastawionej na bieżące relacjonowanie wydarzeń i przekonującej, że „na żywo”, to jest wręcz definicja jej statusu ontologicznego[8], mamy w Magnolii świat ludzi na najprzeróżniejsze sposoby z telewizją związanych. Dwóch producentów (Jimmy Gator i umierający Earl Partridge); uczestnicy teleturnieju What Do Kids Know?; ich kolega po fachu z lat bodajże 60., swą ekranową świetność mający już dawno za sobą; instruktor machismo Frank T.J. Mackey, który przecież bez telewizji by tak dziwnego interesu nie rozkręcił; przeprowadzająca z nim wywiad dziennikarka. No i różni ich krewni i znajomi. Sama akcja zaś wielokrotnie toczy się w budynkach i studiach telewizyjnych.

 

Bricolage, channel switching i „ekstaza komunikacji”

Narracja Magnolii przypomina skakanie widza po kanałaMich telewizyjnych i co jakiś czas wracającego do programu już urywkowo oglądanego. Jest teleturniej; jest historia kobiety w depresji z powodu śmiertelnej choroby starego męża, którego ostatnio pokochała, chociaż wyszła kiedyś za niego tylko dla pieniędzy; jest wywiad; przedziwne seminarium Franka; komunikaty o pogodzie („stopniowe przejaśnienia; w nocy lekki wiatr”); jest nawet jakiś substytut kryminału, bo i policjant, i tęga Murzynka, która kogoś zabiła; są nieodzowne we współczesnej telewizji straszne historie z życia wzięte (jak pewna małżeńska kłótnia zabiła syna tych małżonków); są też wreszcie ujęcia jak z filmu popularnonaukowego (płuca, ich komórki). A na samym początku także zabawne czarno-białe scenki z epoki kina niemego żywcem wyjęte. Film wygląda więc tak, jakby mógł wyglądać bricolage[9] tworzony drogą channel switchingu przez widza, który spędza wieczór przed telewizorem i z fragmentów różnorodnych przekazów skleja swój indywidualny tekst jako odbiorca. W ciągu jednego takiego wieczoru widz ów bombardowany jest mnóstwem aktualnych informacji. Wydarzenia kryminalne; aktualny stan wiedzy o biologii w postaci mikroskopowych zdjęć komórek płuc; rozmaite dane statystyczne, owe „82% szans na deszcz” (wykpiwane przez Postmana jako nonsensowny triumf statystyki nawet tam, gdzie zupełnie jest niepotrzebna[10]). Jak więc ma on pamiętać o przeszłości? Skoro teraźniejszość podaje mu tyle informacji i znaków (Ekstaza komunikacji Baudrillarda[11]), że już jej samej nie da się spamiętać…

Powyższy akapit to pierwsze wyjaśnienie pojawienia się w filmie scen ewidentnie z akcją w żaden sposób nie powiązanych. Drugie jest takie, że akcentuje się w ten sposób tenże zanik historii, rozumianej jako kontinuum prowadzące od przeszłości ku teraźniejszości i z perspektywą przyszłości. Zanik spowodowany przerostem teraźniejszości jako owocem działania telewizji między innymi. Zanika poczucie historii, zanika więc tym samym poczucie związków przyczynowo-skutkowych, wskutek czego pojawiają się w filmie sceny zupełnie w kategoriach tychże związków bezsensowne. Miejsce tych związków zajmuje „różnorodność i równoczesność”[12] (M. Turim).

W świecie przedstawionym Magnolii to, co Jameson nazwał „wewnętrzną logiką tego szczególnego systemu społecznego”, logika utraty poczucia historii, manifestuje się na inne jeszcze sposoby. Brak jakiejś dłuższej perspektywy powoduje, że ludzie szukają jakiegoś cudownego antidotum na swój ból, przynoszącego ulgę w jedynej perspektywie jeszcze istniejącej, a więc – teraz, natychmiast: Claudia (Melora Walters) jest kokainistką; Linda Partridge (Julianne Moore) swoje problemy medykalizuje i usiłuje za jednym zamachem kupić prozac, deksedrynę i do tego jeszcze morfinę. Frank T.J. Mackey fabrykuje natomiast swoją sztuczną przeszłość, zarówno tę osobistą, jak i uniwersytecką na Berkeley. A Jimmy Gator (Philip Baker Hall) nie pamięta nawet, czy to prawda, że zgwałcił kiedyś własną córkę…

Relacjonując spostrzeżenia Jamesona użyłem kilkakrotnie określeń „przerost” i „hipertrofia”, których on sam w odnośnym tekście nie używa. Uczyniłem to celowo, aby teraz móc obrazowo ujawnić pewną metaforę zawartą w filmie Andersona. Funkcję takiej metafory (jakkolwiek w odniesieniu do filmu jest to pojęcie kłopotliwe,[13] no ale jakoś nazwać to muszę) pełni bowiem istotna w świecie przedstawionym choroba. Stary Earl Partridge (Jason Robards) leży na łożu śmierci, a chorobą, która go w nim położyła, jest nowotwór. Jimmy Gator też, jak się okazuje, choruje na raka, choć nie jest to jeszcze stadium agonalne. Matki Franka w filmie nie poznajemy, gdyż od dawna już nie żyje – zmarła na raka. Trochę tego za dużo, żeby mogło to nie mieć znaczenia. Jest przecież tyle innych chorób. Nowotwór można opisać jako rodzaj hipertrofii: pewna tkanka zaczyna rozrastać się w sposób niekontrolowany i niebezpieczny dla całego ciała. Podobnie rzecz się ma z czasem teraźniejszym w naszej epoce: jest jak – niezbędny skądinąd dla całości organizmu – narząd, który wyrastać jednak zaczął poza wyznaczoną dlań normalnie przestrzeń. Czyżby więc zjawisko to było nowotworem, niebezpieczną chorobą prowadzącą do śmierci naszej kultury? Rakiem cywilizacji Zachodu?

Przyjmując optykę krytyków postmodernizmu, których wczesny Jameson jest obok Daniela Bella[14] jednym z najsłynniejszych przedstawicieli, mogłoby tak źle być w istocie. Jak starałem się to w powyższych partiach wywodu zarysować, Anderson nie tylko zdaje sobie sprawę z zagrożeń „logiki tego specyficznego systemu społecznego”, ale wręcz je akcentuje i matrycuje nimi samą strukturę narracji. Zdaje się potwierdzać niepokoje wielu krytyków postmodernizmu w ogóle, mediów czy telewizji w szczególności,[15] aż nawet do starych dobrych krytyków kultury masowej. Dochodzi jednak do pewnego ale. Nie podziela bowiem ich defetyzmu i czarnowidztwa.

 

Ale…

Takie a nie inne zmiany w kulturze są już faktem, co więcej już od dłuższego (w naszej części Europy, co prawda, trochę „mniej dłuższego”) czasu już w takim właśnie świecie żyjemy i jakoś się ten świat mimo to nie skończył; aniśmy nie wymarli, ani nie popełnili wszyscy z rozpaczy samobójstwa. Prawdą jest, że fabrykanci kultury popularnej żerują na masach, eksploatują je, a nawet zniewalają[16] (mały uczestnik teleturnieju nie ma nawet prawa pójść do ubikacji; sfrustrowani, bezsilni mężczyźni uczą się od Franka, jak być prawdziwymi samcami). Ale jest to tylko część prawdy. Drugą stronę medalu pokazuje np. sekwencja, w której wszyscy bohaterowie na chwilę zwalniają tempo, wyciszają się i śpiewają piosenkę (jedne z pierwszych reakcji, kiedy tej sekwencji nie zrozumiano, były ponoć takie, że „Anderson przesadził”[17]): kultura masowa, pośród wielu wartości, które mimo to posiada,[18] wciąż realizuje funkcję integracyjną[19] chociażby. A ponieważ bohaterowie wyraźnie zwolnili tempo, okazuje się, że również jakąś formę kontemplacji, cokolwiek by na ten temat Walter Benjamin[20] nie powiedział.

Ów hipotetyczny widz, o którym wspominałem wyżej, ten, który „montuje” Magnolię, siedząc przed równie hipotetycznym telewizorem i skacząc po kanałach, z początku wprawdzie skacze zupełnie bez sensu, ale z czasem zadaje kłam teoriom, że taki widz już nie odbiera tekstu jako takiego tylko jakiś „totalny strumień”[21] – porzuca on bowiem po sześciu minutach projekcji sceny i wątki pozbawione związku i znaczenia, a zaczyna się koncentrować na losach bohaterów, którzy go (jednak!) zainteresowali; aż do kulminacji i zakończenia ich historii. Nie ma dwóch różnych widzów, którzy w identyczny sposób skombinowaliby drogą takiego switchingu ten sam przekaz, jest to statystycznie niemożliwe – Baudrillard wyciągnął z tego katastroficzny wniosek, że oto kultura rozpadła się na poszczególne jednostki, ponieważ tak konstruowane doświadczenie kulturowe danego individu nie przystaje w ogóle do tego, jakie komunikaty odbiera jakakolwiek inna jednostka[22]. Wspomniana już sekwencja z piosenką pokazuje jednak wyraźnie, że mimo wszystko kultura się jednak nie rozpadła.

Badacze problemu podkreślają, że praktyka brikolażu odbywa się na obydwu biegunach łuku komunikacyjnego: bricoleur to oczywiście widz, jak to już w tym tekście pożytkowałem, ale z drugiej strony (i być może w pierwszej chronologicznie kolejności) również nadawca[23]. Praktyka brikolażu „nadawczego” polega na łączeniu elementów pochodzących lub odwołujących się do różnych źródeł, nieraz nawet wzajemnie wobec siebie przypadkowych genologicznie i stylistycznie. Jednym z krańcowych i najbardziej znanych przykładów jest serial Davida Lyncha Twin Peaks. Taką metodą posługuje się również Anderson w Magnolii. Widać to nie tylko na przykładzie sześciominutowej sekwencji przypadkowych scenek przed czołówką filmu; szczególną tego egzemplifikacją jest kulminacyjna sekwencja plagi żab. Jej pochodzenie jest ewidentne: Księga Wyjścia 8,1-14. Włączona jest właśnie jako element pochodzący ze starej tradycji religijnej, w celu nawiasem mówiąc zaczerpniętym z jeszcze innej głębokiej tradycji kulturowej (pełni funkcję greckiego kátharsis dla wszystkich dziewięciu przeplatających się w filmie wątków, wprowadzona na zasadzie deus ex machina), w narrację umiejscowioną w teraźniejszości, w dodatku jako zupełnie obca źródłom pochodzenia niektórych innych motywów znajdujących się w filmie – niektóre wypowiedzi Franka w czasie jego „seminarium” mają przecież korzenie pornograficzne.

Na poziomie stylu Anderson stosuje więc brikolaż jako nadawca. Na poziomie znaczenia jest to jednak bardzo złożone. Jest to wszak wydarzenie, które ma miejsce w świecie przedstawionym. Ale że jest to też wydarzenie zaczerpnięte z tradycji kulturowej, pozwolę sobie na taką oto rozpasaną interpretację: jest to w pewien sposób znak pamięci kulturowej, która pomimo całej tej hipertrofii teraźniejszości i powodowanej nią amnezji, jakoś nie zanika całkowicie ani bezpowrotnie. Jakaś jej część trwa, choć może mechanizmy tego przechowywania są dziwne i zupełnie inne niż tradycyjne. Nastawione na nowości media wybierają sobie bowiem pewne punkty odniesienia w przeszłości, które ciągle aktualizują przez powtarzanie. Jest bezsprzeczne, że mamy za sprawą ich działania wrażenie, że nawet Andy Warhol żył strasznie dawno, ale nie da się przeoczyć faktu, że wciąż świetnie pamiętamy jego portret Marilyn Monroe czy Puszkę zupy Campbell. Tak samo jak pamiętamy uśmiech Giocondy, okulary Lennona, twarz Picassa, sykstyńskiego Boga stwarzającego Adama, fotograficzny wizerunek wietnamskiej dziewczynki Kim Phuc uciekającej przed napalmem, a niektórzy nawet prawdziwe nazwisko Moliera. I plagi egipskie. Jednym ze sposobów ich aktualizowania jest praktyka brikolażu po stronie nadawcy. W Magnolii plaga egipska dotyka wszystkich i w jakiś sposób wszystkich oczyszcza. A więc: 1) nie zapominamy jednak wszystkiego; 2) wydarzenie z pradawnej tradycji pełni wciąż funkcję integracyjną (nie tylko popkultura, w odniesieniu do której pokazała to już sekwencja z piosenką); 3) oraz terapeutyczną, czyli wciąż pomagającą jednostkom w życiu.

Fredric Jameson doszedł kiedyś żmudną i krętą drogą do smutnej konstatacji, że cechą charakterystyczną tekstu postmodernistycznego jest to, iż on tak naprawdę nic nie znaczy – oprócz siebie samego jako tekstu postmodernistycznego[24]. Magnolia jest filmem postmodernistycznym na wszystkich poziomach, to znaczy: 1) stylu; 2) rzeczywistości społecznej, jaką opisuje; 3) epoki, którą jako dzieło sztuki reprezentuje; oraz 4) filozofii w nim zawartej. Ponieważ żywię nadzieję, że wszystko, co powyżej napisałem, nie jest jednak wyssane z palca, oznacza to, że i ten zarzut pod adresem postmodernizmu był przesadzony. Magnolia moim zdaniem znaczy co najmniej to wszystko, co powyżej opisałem, a więc dużo więcej, niż tylko samą siebie i własne mechanizmy jako tekstu. Jameson zresztą sam od pewnego czasu opisuje postmodernizm jako epokę, w której kino pozwala się wypowiedzieć w słyszalny sposób różnym dotychczas ignorowanym małym społecznościom[25]. Skoro one się rzeczywiście wypowiadają i wypowiedzi te są słyszalne (a więc możliwe do zrozumienia), coś w końcu jednak znaczą. Jameson tym samym niejako przyznaje, że to, co wcześniej opisał jako cechy postmodernizmu w ogóle, okazało się tylko jednym z jego nurtów, który w początkowej fazie zdobył być może pozycję dominującą (a może tylko najbardziej rzucał się w oczy?), ale była to w rezultacie faza kryzysu, który – przynajmniej na tej płaszczyźnie – dawno już minął.

 

 

Przypisy

[1] Metraż tych dwóch filmów podaję za: A. Garbicz, Kino – wehikuł magiczny. Przewodnik osiągnięć filmu fabularnego. Podróż czwarta 1967-1973, Kraków 2000, s. 127, 501.

[2] M. Bachtin, Epos i powieść (O metodologii badań nad powieścią), [w:] tenże, Problemy literatury i estetyki, przeł. W. Grajewski, Warszawa 1982, s. 548-558.

[3] Np. M. Olsen, Singing in the Rain, [w:] American Independent Cinema, red. J. Hillier, London 2001, s. 179.

[4] F. Jameson, Postmodernizm i społeczeństwo konsumpcyjne, przeł. P. Czapliński [w:] Postmodernizm. Antologia przekładów, red. R. Nycz, Kraków 1998, s. 190-213.

[5] F. Jameson, Postmodernizm…, s. 213. Wyróżnienie moje – J.P.

[6] Podkreślam, że chodzi o czas od sceny wejścia teleturnieju na antenę do sceny jego zejścia z anteny. W tym czasie rozwijają się oczywiście również łączone montażem równoległym inne wątki.

[7] F. Jameson, dz. cyt., s. 212-213.

[8] J. Feuer, Telewizja na żywo: ideologia jako ontologia, przeł. A. Piskorz, [w:] Pejzaże audiowizualne. Telewizja – wideo – komputer, red. A. Gwóźdź, Kraków 1997, s. 127-140.

[9] J. Collins, Telewizja a postmodernizm, [w:] Teledyskursy. Telewizja w badaniach współczesnych, red. R.C. Allen, red. wyd. pol. A. Gwóźdź, Kielce 1998, s. 312-314.

[10] N. Postman, Technopol. Triumf techniki nad kulturą, przeł. A. Tomalska-Dulęba, Warszawa 1995, s. 147-171 (rozdział Technologie niewidzialne), zwł. s. 163-164. Pozwolę tu sobie na żarcik, że i niektóre fragmenty tego mojego tekstu też mogą być uznane za owego triumfu przejaw.

[11] J. Baudrillard, The Ecstasy of Communication, [w:] Postmodern Culture, red. H. Foster, London 1985.

[12] M. Turim, Modernizm i postmodernizm w kinie, przeł. J. Niedzielska, „Film na świecie” nr 401/2000, s. 55-56. Pierwodruk pt. Cinemas of Modernity and Postmodernity, [w:] Zeitgeist in Babel. The Postmodernist Controversy, red. I. Hoesterey, Bloomington 1991.

[13] Zob. W. Godzic, Film i metafora. Pojęcie metafory w historii myśli filmowej, Katowice 1984. A. Helman, Słownik pojęć filmowych, t. 8 Mit, symbol, metafora, realizm, Wrocław 1998.

[14] D. Bell, Kulturowe sprzeczności kapitalizmu, przeł. St. Amsterdamski, Warszawa 1994.

[15] Np. N. Postman, Zabawić się na śmierć, przeł. L. Niedzielski, Warszawa 2002. Zob. też: J. Fiske, Postmodernizm i telewizja, przeł. J. Mach, [w:] Pejzaże audiowizualne…, s. 165-182. Por. uwagi na ten temat w: H.W. Newcomb, P.M. Hirsch, Telewizja jako forum kultury, [w:] tamże, s. 91-108.

[16] Np. Th.W. Adorno, Podsumowanie rozważań na temat przemysłu kulturowego, [w:] tenże, Sztuka i sztuki: wybór esejów, przeł. K. Krzemień-Ołak, wyb. K. Sauerland, 1990, s. 13-20. M. Horkheimer, Th.W. Adorno, Dialektyka Oświecenia, przeł. M. Łukasiewicz, Warszawa 1994. D. Macdonald, Teoria kultury masowej [w:] Kultura masowa, przeł. i oprac. Cz. Miłosz, Paryż 1959, 11-30. Pierwodruk: A Theory of Mass Culture, „Diogenes” 1953, nr 3.

[17] M. Olsen, dz. cyt., s. 179.

[18] Zob. A. Kłoskowska, Kultura masowa. Krytyka i obrona, Warszawa 1964.

[19] Zob. B. Malinowski, Naukowa teoria kultury, [w:] Dzieła, t. 9 Kultura i jej przemiany, przeł. A. Bydłoń i A. Mach, Warszawa 2000.

[20] Zob. W. Benjamin, Dzieło sztuki w epoce możliwości jego technicznej reprodukcji, [w:] Estetyka i film. Studia z teorii filmu, red. A. Helman, t. 4, Warszawa 1972, s. 151-174. Tenże, Twórca jako wytwórca, wyb. H. Orłowski, przeł. H. Orłowski, J. Sikorski, Poznań 1975.

[21] Zob. np. F. Jameson, Czytanie bez interpretacji: postmodernizm i tekst wideo, przeł. E. Stawowczyk, [w:] Widzieć, myśleć, być. Technologie mediów, red. A. Gwóźdź, Kraków 2001.

[22] J. Baudrillard, Requiem for the Media, [w:] tenże, For a Critique of the Political Economy of the Sign, przeł. na ang. Ch. Levin, 1981. Pierwodruk pt. Pour une critique de l’économie politique du signe, 1972.

[23] J. Collins, dz. cyt., s. 312-314.

[24] F. Jameson, Czytanie…

[25] F. Jameson, Signatures of the Visible, New York – London 1992. Tenże, The Geopolitical Aesthetic: Cinema and Space in the world system, Bloomington – Indianapolis – London 1992.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Katalonia i kryzys neoliberalizmu

21 grudnia odbyły się w Katalonii wybory do lokalnego parlamentu narzucone siłą przez rząd Mariano Rajoya w Madrycie (pierwszy raz w historii zastosowano art. 155 postfrankistowskiej konstytucji pozwalający rządowi centralnemu zawiesić autonomię regionu i przejąć nad nim bezpośrednią kontrolę). Frekwencja była niezwykle wysoka – głosowały cztery piąte uprawnionych. Głosując w takiej liczbie, Katalończycy obalili jeden z centralnych wątków skierowanej przeciwko separatystom kampanii propagandowej prawicowego rządu w Madrycie i głównych ogólnohiszpańskich mediów: że niepodległości Katalonii żąda hałaśliwa mniejszość populacji regionu, która agresywnie odebrała przestrzeń publiczną „milczącej większości”.

Tymczasem żadna milcząca większość nie istnieje – trzy proniepodległościowe bloki wyborcze zdobyły większość w parlamencie, i to pomimo ofensywy politycznej i propagandowej mającej na celu zniechęcenie Katalończyków do ich pomysłów, włącznie z wsadzeniem ministrów rozwiązanego rządu i innych przywódców politycznych do więzienia oraz pogróżkami pod adresem odwołanego przez Madryt przewodniczącego autonomii Carlesa Puigdemonta.

Radykalna lewica straciła troche w parlamencie, najpewniej w wyniku kombinacji dwóch czynników: głosowania strategicznego i głosowania na „relegitymizację” rozwiązanego przez Rajoya rządu Katalonii. Katalończycy, z którymi rozmawiałem, o poglądach na lewo od centrum, planowali lub rozważali głosowanie na partię Puigdemonta z tych względów: nie chcieli ograniczyć szans separatystów na powrót do władzy przez głosowanie na zbyt małe ugrupowanie, bądź chcieli dać swój wyraz przekonaniu, że Rajoy, którego partia ma w Katalonii śladowe poparcie, rozwiązując rząd Puigdemonta dopuścił się w Barcelonie antydemokratycznego bezprawia, zamachu stanu, innymi słowy, że demokratyczny mandat Puigdemonta nie wygasł przed upływem jego pełnej kadencji i decyzja o tym nie należy do Mariano Rajoya (którego Partido Popular uzyskała jedynie 5% głosów).

Barcelona luk triumfalny

Barcelona, Łuk Triumfalny

Patrząc z Barcelony

Większą część roku 2017 mieszkałem w Barcelonie. Stamtąd przyglądałem się, jak kryzys kataloński rozumiany i relacjonowany był w Polsce. Po mediach głównego nurtu, które od dawna nie interesują się światem, nie mają zagranicznych korespondentów i dumnie przyznają, że dużym wydarzeniom i procesom w polityce międzynarodowej nie poświęcą nigdy więcej niż jeden tekst, nie spodziewałem się niczego lepszego. Zasmucające było jednak, jak daleko na lewy biegun polskiej polityki sięgały powierzchowne klisze rodem z neoliberalnych mediów. Ubolewania nad „mnożeniem granic i podziałów w Europie”, „kolejną fala populizmu i nacjonalizmu” (w jednej beczce z Trumpem i madame Le Pen), oczywiście „niezgodne z prawem”, „niereprezentatywne i w ogóle o co im chodzi, „przecież mają autonomię”.

Nie, o racji w polityce nie decyduje zgodność dążeń, postulatów czy przyjętej praktyki z obowiązującym porządkiem prawnym. Stawki polityki przed duże P bywają poważniejsze, często jest to właśnie walka z obowiązującym porządkiem prawnym o jego postępową zmianę. Toutes proportions gardées, ale walka z niewolnictwem była kiedyś niezgodna z prawem, pomoc człowiekowi, który uciekł z niewoli na plantacji była niezgodna z prawem, podobnie jak gdzie indziej pomoc człowiekowi, który pragnął uciec przed deportacją do obozu koncentracyjnego, a walka z apartheidem była niezgodna z prawem tam, gdzie prawem był apartheid. I tak dalej Wiele praw, którymi dziś się cieszymy, zawdzięczamy temu, że ktoś kiedyś obowiązujące prawo łamał, żeby je nam wywalczyć. To rząd w Madrycie uczynił niemożliwym postępowanie w pełni w zgodzie z hiszpańskim prawem, w które wpisana jest de facto święta nierozerwalna jedność terytorialna Hiszpanii. To rząd w Madrycie odmawiał nie tylko kompromisów, ale nawet rozmów. To Madryt (z osobistej inicjatywy Rajoya) zawiesił w 2010 znowelizowany statut katalońskiej autonomii, to Madryt lekceważył poprzedni, niewiążący prawnie plebiscyt, jako dowód nastrojów społecznych w Katalonii. To także Madryt sprawił, że policzone w referendum głosy nie przekroczyły progu 50% uprawnionych do głosowania – nie tylko utrudniał głosowanie, ale też skonfiskował kilkaset tysięcy oddanych głosów.

Nie, Katalończycy, w tym ci o przekonaniach lewicowych, nie dali się zbałamucić politycznemu cwaniakowi. Jest nawet wręcz przeciwnie – Carles Puigdemont jest umiarkowanym centroprawicowym politykiem, który nigdy nie miał radykalnych ambicji z przekonania. To on stał się zakładnikiem znacznie bardziej radykalnego ludu i czuł, że musi uginać się pod nastrojami społecznymi. Dlatego w okresie tuż po referendum z 1 października tak długo kluczył i lawirował, a z ogłoszeniem niepodległości zwlekał prawie cztery tygodnie – zupełnie nie wiedział, co dalej robić, być może nawet miał nadzieję, że nastroje opadną i będzie jeszcze miał jakąś szansę się z tego rakiem wywinąć. Katalońscy zwolennicy niepodległości nie są pod żadnym urokiem Puigdemonta, polityka bez charyzmy, unoszonego falą wydarzeń i wolą ludu. Nawet ci głosujący na jego partię, strategicznie czy z przekonania, robią sobie z niego żarty (moim ulubionym jest mem „Puigdemont bez okularów”).

Puigdemont bez okularów

Tak, całkiem możliwe, że kataloński separatyzm przez kilkadziesiąt lat postfrankistowskiej liberalnej demokracji był kreowany trochę odgórnie przez władze autonomii, które reagując na represje z czasów Franco kładły wyjątkowy nacisk na kulturową odrębność Katalonii, pierwszeństwo języka i ekspansję autonomicznych struktur politycznych. Jeszcze dekadę temu miażdżącej większości Katalończyków wystarczała autonomia. Idee niepodległościowe nagle podzielać zaczęła większość Katalończyków w odpowiedzi na kryzys 2008 roku i jego polityczne konsekwencje. I nie, wcale nie w taki sposób, w jaki prawicowy populizm żeruje na skutkach kryzysu w innych krajach Europy i w USA.

flaga katalonii barcelona

Kataloński nacjonalizm – lewicowy i kosmopolityczny

Kataloński separatyzm to nie jest prawicowy, reakcyjny, integrystyczny, rasistowski nacjonalizm w rodzaju Młodzieży Wszechpolskiej czy francuskiego Frontu Narodowego. Jakkolwiek trudno to pomieścić w kategoriach nadwiślańskiej wyobraźni politycznej, jest to nacjonalizm kosmopolityczny i lewicowy, rzecz wcale nie tak rzadko spotykana w kulturach języków iberyjskich, zwłaszcza w kulturach zdominowanych przez mocarstwowe dążenia i mocarstwową nostalgię Madrytu. Katalończycy są trochę jak Baskowie, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do baskijskiego ich język jest romański i stosunkowo zrozumiały dla Hiszpanów. Jedni i drudzy stanowią społeczeństwa o najbardziej postępowej kulturze politycznej w Hiszpanii, bynajmniej nie od wczoraj, to jest tam tradycja.

Popularne młodzieżowe lokale w Barcelonie pełne są lewicowych symboli. Związki zawodowe wszędzie widać (zaangażowały się w obronie ważności referendum). Ludzi, którzy zamiast na imigrantów pomstują na „ten pieprzony kapitalizm”, nie trzeba szukać na samym końcu internetu, spotyka się ich przypadkiem i przy okazji, na ulicy i w miejskim ośrodku sportowym. O tych, którzy do Katalonii przybyli z innych części Hiszpanii lub z innych części świata, nie mówią jak o obcych, a jako o „nowych Katalończykach” i jako takich zapraszają ich do udziału w ulicznych demonstracjach niepodległościowców, żeby reprezentowali kosmopolityczną tożsamość współczesnej Katalonii. Nawet po zamachu terrorystycznym na La Rambli nikt nie wybijał muzułmanom szyb w oknach, zamiast tego miały miejsce przejmujące publiczne gesty kulturowej i religijnej tolerancji. Do tego wszystkiego Barcelona jest jednym z najbardziej LGBT-friendly miejsc na świecie.

Ustawianie katalońskiego separatyzmu w jednym rzędzie ze współczesnymi prawicowymi populizmami jest obraźliwe dla Katalończyków. Prawicowi populiści, agresywni nacjonaliści, reakcjoniści tęskniący za Franco, czczący króla i Kościół, owszem, występują w kryzysie katalońskim w dużej liczbie – po przeciwnej stronie konfliktu, po stronie premiera Rajoya i obrońców świętej jedności Hiszpanii.

Nie, Katalończycy nie chcą się oderwać od Hiszpanii, żeby się nie dzielić z biedniejszymi prowincjami kraju – to, że tak mówią wielkie media neoliberalnego skrajnego centrum, nie znaczy, że to prawda. Oczywiście, znajdą się i tacy, wśród katalońskich sił politycznych jest i miejscowa neoliberalna burżuazja. Jakoś nigdy nie spotkałem jednak na mieście zwolennika niepodległości, który by użył tego argumentu. Słyszałem za to: „Nie chcę już dłużej żyć w monarchii, jest XXI wiek, chcę żyć w demokratycznej republice, skoro nie da się tego zrobić w ramach Hiszpanii, to niech to będzie niepodległa republika w samej Katalonii”. Albo: „Nie chcemy dalszego niszczenia naszych praw społecznych, podporządkowani nieusuwalnemu prawicowemu rządowi w Madrycie i archaicznej burbońskiej dynastii nie mamy żadnych szans na ich długofalową obronę”. Kluczowa dla utrzymania przez separatystów większości parlamentarnej radykalnie lewicowa partia CUP jako warunek swojego poparcia dla projektu niepodległościowego podaje, że w okresie przejściowym niepodległości, Katalonia będzie się dokładać do rozwoju najbiedniejszych regionów Hiszpanii.

Tarragona ajuntament

Tarragona, Urząd Miasta

Katalończycy dopisali się en masse do projektu separatystycznego, gdy zrozumieli, że w warunkach postfrankistowskiego porządku konstytucyjnego kryzys ekonomiczny 2008 roku i wymuszona potem (od 2011) przez Brukselę i Berlin polityka drastycznych cięć pociągnęły za sobą jedynie rekonsolidację najbardziej reakcyjnych sił w ramach hiszpańskiego porządku politycznego – coraz bardziej autorytarnej neoliberalnej prawicy, Kościoła, monarchii i europejskiej finansjery wymuszającej politykę zaciskania pasa, ratowania banków i transferu bogactwa w górę. Katalończycy chcą się dzielić z biedniejszymi regionami Hiszpanii – nie chcą natomiast własnym ubożeniem (Katalonia może i jest najbogatszym regionem Hiszpanii, ale też szczególnie dotkniętym polityką zaciskania pasa po 2011) dokładać się na bonusy bankierów w Madrycie i Frankfurcie. Katalończycy trafnie rozpoznali, że hiszpański porządek konstytucyjny, zaprojektowany tak, żeby między innymi umożliwić faszystowskim elitom z okresu dyktatury Franco przetrwanie okresu demokratycznej transformacji na uprzywilejowanej pozycji, pomyślany jako tymczasowy, gdy powstawał, a jednak nigdy odtąd nieruszony, betonuje stosunki władzy, po których można się dziś spodziewać tylko coraz bardziej reakcyjnej i coraz bardzie brutalnej polityki. Uznali więc, że ich jedyną szansą na realizację postępowej polityki (jej przykładem była sama oddolna mobilizacja społeczeństwa w okresie referendum) jest wyłamanie się z tego porządku przez zerwanie z państwem hiszpańskim.

Czy separatyzm małych narodów to jest najbardziej idealny sposób na stawianie oporu neoliberalizmowi i jego nowym represyjnym reżimom? – to może było kiedyś dobre pytanie, ale zanim mleko się rozlało. W polityce rzadko mamy luksus poruszania się w idealnej sytuacji, działać trzeba w takiej, jaką mamy. Katalończycy odmówili poddania się fatalizmowi i zamiast czekać na Godota, czyli aż siły lewicowe w całej Hiszpanii podniosą głowy i wywrócą w końcu postfrankistowski porządek konstytucyjny, otwierając możliwość postępowej zmiany i wyjścia poza neoliberalizm, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i spróbować przekształcić przynajmniej swój własny, mały kraj, jednocześnie proponując nowe otwarcie innym postępowym siłom w Europie.

Zgadzam się z Angeliną Kussy, piszącą z Barcelony na łamach Nowych Peryferii, że paradoksalnie, jeśli Katalończykom się uda, i jeszcze pociągną za sobą inne siły separatystyczne w Hiszpanii, zwłaszcza Basków, to podniosą szanse na radykalne postępowe zmiany w całej Hiszpanii. Taki wstrząs rozbije nawet najtwardszy instytucjonalny beton w Madrycie, otworzy przestrzeń polityczną dla sił spoza postfrankistowskiego duopolu PP-PSOE, wymusi inwestycje w rozwój zacofanych regionów Hiszpanii, a tym samym znaczące przeobrażenie całej jej struktury społecznej. Jak dobrze pójdzie, może nawet ktoś zabije króla, realnie lub symbolicznie.

Barcelona Fundacja Joan Miro detal

Barcelona: Fundacja Joana Miró (detal)

Rajoy i władcy Europy

Nie, premier Mariano Rajoy nie był po prostu niezdarny i niekompetentny w tym, jak odpowiedział na kryzys kataloński. On wiedział, co robi i metodycznie robił to, co długo zamierzał i planował. To było to, co jego elektorat lubi najbardziej (Hiszpania nie ma w parlamencie sił otwarcie skrajnie prawicowych, jako jeden z nielicznych dziś krajów w UE, ale głównie dlatego, że od momentu jej założenia przez byłych funkcjonariuszy reżimu generała Franco, miejsce dla sympatyków skrajnej prawicy znajdowało się zawsze w łonie konserwatywnej PP).

Uderzenie w katalońskich separatystów w tak brutalny sposób nie było żadnym zaburzeniem w normalnym funkcjonowaniu hiszpańskiego państwa, a kulminacją represyjnego trendu, który PP rozwijała, reagując siłowo na wszystkie protesty przeciwko neoliberalizmowi na sterydach implementowanemu hiszpańskiemu społeczeństwu od 2011 roku. Rajoyowi nic nie wyrwało się spod kontroli, rząd PP dążył do tego, żeby kryzys kataloński przerodził się w brutalne użycie siły. Tysiące hiszpańskich policjantów, których desant spadł na Katalonię tuż przed referendum, kiedy było już wiadomo, że regionalna katalońska policja, Mossos d’Esquadra, nie będzie wykonywać rozkazów Madrytu (zamykać komisji, konfiskować kart do głosowania, zatrzymywać głosujących), były ponoć celowo rekrutowane w regionach Hiszpanii, które mają długą historię ksenofobicznej niechęci do Katalończyków. Nadużycie przez nich przemocy było w planie.

Tak samo nie było nic niezwykłego w tym, jak zareagowała Unia Europejska i rządy poszczególnych jej państw członkowskich. Nie zareagowała albo ukryła się za okrągłymi formułkami o wewnętrznych sprawach Hiszpanii.

Rajoya łączy z europejskimi klasami panującymi wspólny interes. Katalońskie referendum wydarzyło się, gdy po zwycięstwie Macrona we Francji i porażce prawicowych populistów w Holandii wielcy książęta europejskiego neoliberalizmu już oddychali z ulgą, że po irracjonalnych wybrykach referendum brexitowego, wyborów w Polsce i w USA przynajmniej w jądrze europejskiego kontynentu udało się zapanować nad „nie-rozumem” ludów i przymusić plebs do głosowania z powrotem, „jak należy” (we Francji przez wypromowanie elokwentnej faszystki jako jedynej alternatywy dla przedstawiciela banków). A tu znowu jacyś separatyści, na miłość boską! Ryzyko, że Katalonia akceleruje kolejną falę wstrząsów w całej Europie, musieli traktować poważnie. Rajoy realizował interes europejskich klas panujących, być może nawet polecenia, ale te wcale nie były konieczne: książęta neoliberalizmu zamieszkują wspólne teatrum publicznych gestów i jedną chmurę milczących założeń, więc kiedy trzeba, rozumieją się bez słowa.

Glories office buildings

Barcelona, biurowce nieopodal stacji Glories

Ostatnie referendum neoliberalizmu

Co, jeśli dla władców Europy stawką w kryzysie katalońskim jest, by 1 października 2017 był już ostatnim neoliberalnym referendum? Książęta neoliberalizmu mają już dosyć europejskiego ludu. Nie chcą więcej zawracać sobie głowy tym, co lud myśli, co uważa, i czego by chciał, odkąd przestał myśleć, uważać i chcieć tego, co mu się tak starannie tłumaczy za pomocą wszystkich dostępnych masowych środków perswazji. Lud ma robić to, co mu każą książęta, a nie mieć jakieś własne zdanie. Głosowania były dobre, kiedy dało się przewidywać i panować nad ich rezultatami. Kiedy lud przyklepywał tylko decyzje książąt neoliberalizmu. W tej perspektywie Katalończycy znaleźli się na pierwszej linii frontu znacznie przerastającego rozmiary ich wymarzonej republiki, frontu, na którym rozstrzygnie się przyszłość nas wszystkich w Europie. W pewnym sensie stawką ich walki też jest to, aby 1 października 2017 okazał się w perspektywie czasu ostatnim neoliberalnym referendum – tyle że zupełnie inaczej. Tym referendum, które wyznaczy początek końca neoliberalizmu w Europie – będą jeszcze potem referenda, to neoliberalizm skończy się wreszcie w Europie. Jeśli przegrają, niepowstrzymywani już przez nikogo książęta neoliberalizmu zamienią Europę w brutalną ponadnarodową dyktaturę bankierów.

Lewica, która niestrudzenie dzieli włos na czworo i zamiast po stronie Katalończyków staje w jednym szeregu z pogrobowcami generała Franco; z rodziną rozpuszczonych francuskich pajaców zasiadającą w XXI wieku na anachronicznym tronie w Madrycie; z dysponentami wielkiego kapitału, którzy zagrozili ucieczką z Katalonii; z prawicowym rządem, który spuścił uzbrojoną policję na staruszki zmierzające do urn do głosowania i do dzisiaj trzyma w więzieniu lokalnych polityków za to, że próbowali wypełnić wolę ludu, grożąc tym samym przywódcy sił separatystycznych, jeśli tylko wróci z Brikseli – taka lewica ma poważnie zaburzony kompas aksjologiczny.

Co, jeśli najbardziej nieodpowiedzialnymi utopistami w Europie są dzisiaj właśnie owi umiarkowani, racjonalni, rozsądni obrońcy europejskiego status quo (niektórzy z nich przekonani, że są lewicą), którzy z uporem godnym lepszej sprawy zwalczają wszystkich zbyt radykalnych kontestatorów – w obronie istniejących struktur władzy, sojuszu burżuazji narodowych z instytucjami UE, które jakoby kiedyś, za sto lat albo tysiąc, uda się zreformować. Co, jeśli żaden scenariusz nie jest dzisiaj bardziej nierealistyczny, żeby nie powiedzieć bardziej niepoważny, niż ten, że obecne europejskie struktury władzy – zaprojektowane przecież jako formalne ramy neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału – mają przed sobą jakąkolwiek stabilną przyszłość? Co, jeśli w warunkach ostatecznego strukturalnego kryzysu systemu kapitalistycznego, prawdziwe pytanie nie brzmi już dawno, czy Unia Europejska jako stabilna i funkcjonująca struktura się utrzyma, czy upadnie, tylko – w jaki sposób i w którą stronę upadnie? W prawo (najpewniej w stronę brutalnej, ponadnarodowej dyktatury bankierów, głównie niemieckich, której peryferie zostaną wyprzedane i splądrowane na podobieństwo Grecji) czy w lewo (wyjścia poza neoliberalizm, poza kapitalizm, w stronę systemu choć trochę mniej niesprawiedliwego i możliwego do ekologicznego utrzymania)? Co, jeśli owi umiarkowani, racjonalni, rozsądni obrońcy status quo, jak dzieci wciąż wierzący, że Unię Europejską jakimś cudem zreformują, byle tylko udało się ją obronić i utrzymać, są właśnie najskuteczniejszymi pożytecznymi idiotami sił, które dążą do wywrócenia istniejących europejskich rozwiązań instytucjonalnych daleko w prawo (bo pomagają im dyskredytować poszukiwania prawdziwych alternatyw)?

Jarosław Pietrzak

Tarragona (2)

Tekst ukazał się na łamach portalu Strajk.eu 28 grudnia 2017.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Fragmenty mojej powieści

Poniżej znajdują się linki do kilku fragmentów mojej powieści Nirvaan.

Fragment ukazał się w artzinie literackim „Papier w dole”, a ten o Djamelu został przedrukowany przez portal Queer.pl.

Oto one, zebrane razem, z odnośnikami, w kolejności ukazania się, i w kolejności, w jakiej się znajdują w powieści, choć nie jest ona chronologiczna i różne rzeczy znajdują się jeszcze pomiędzy nimi.

1. Twoje oczy Arjuna Rampala

My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, już byłem cały twój. Imię równie piękne jak jego właściciel.

Nirvaan_Lukasz_Zareba_fragment

2. Karim

Je m’appelle Karim, powiedział. Et toi?, zapytał. Głos zagubił mi się gdzieś po drodze do gardła, nie wiedziałem gdzie.

Jonathan Soukali bw

3. Djamel

Ton prénom, Djamel – ça veut dire quelque chose en arabe?Oui, ça veut dire ‘beauté’. C’est con, s’appeler comme ça, tu trouves pas?

Joshua Djamel

4. Stephan

Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby pobawić się trochę moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like black guys?

Basiru Stephan ilustracja 4

Na ilustracjach:

Fragment rysunku Łukasza Zaręby „Nirvaan”, wykorzystany na okładce, Jonathan Soukali (przy fragmencie nr 2) i Basiru Jallow (przy fragmencie nr 4)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Stephan

Kilka minut po wpół do siódmej, stałem znowu przed Bootsem na Piccadilly Circus, czekając na pierwsze spotkanie z poznanym w sieci facetem – kto wie, ilu nas tam było w tym samym czasie i tej samej sprawie, bo na tym trudnym do przegapienia, chaotycznym, zatłoczonym zbiegu ulic, stało kilku mężczyzn w różnym wieku, zerkających co chwilę na telefony. Rzut beretem od pubów i barów Soho. W każdemu w takiej sytuacji znanej obawie, że wyczekiwany mężczyzna, choć wszystko zostało uzgodnione nie dalej jak wczoraj, jednak z jakiegoś powodu się nie pojawi, wysłałem esemesa: Jestem już przed Bootsem, mam na sobie cienki czarny płaszcz i czerwone buty. Lubiłem wtedy zakładać na takie okazje czerwone buty (miałem trzy pary, bardzo różne, ale wszystkie bardzo jaskrawe), bo rzucały się w oczy nawet w tłumie i zwykle robiły wrażenie.

Esemes ledwie zdążył dotrzeć do adresata, gdy z tłumu przede mną wyłonił się wysoki, postawny mężczyzna, śnieżnobiały uśmiech przecinał szeroką, ciemnoskórą twarz. Jego wzrok bez wątpienia mierzył we mnie, na potwierdzenie za wzrokiem podążyła dłoń. Duża dłoń imponującego, bardzo silnego mężczyzny. Uśmiechnąłem się, chyba znienacka onieśmielony, aż się przestraszyłem, że serce bije mi za mocno, tak mocno, że aż słychać to na zewnątrz, mimo hałasu ulicy. Stephan miał na sobie dżinsy, czerwoną sportową kurtkę z kapturem, z rodzaju tych, które wiszą trochę luźno i miękko, pozostawiając odrobinę tajemnicy wokół szczegółów sylwetki, jednak szerokie barki, dostrzegalna w rękawach grubość ramion, szerokość zapiętej w tej kurtce klatki piersiowej – kazały wyobraźni domyślać się pod spodem ciała imponującego, może nawet spektakularnego. How are you, zapytał, OK, and you? Zdałem sobie sprawę, że w mailu, w którym mi się przedstawił, nie napisał, ile ma lat, a ja później przez telefon o to nie pytałem. Patrząc na tę uśmiechniętą, gładką twarz, nie potrafiłem odgadnąć jego wieku. Było w nim coś chłopięcego: z biegnącymi do tyłu, splecionymi ciasno przy skórze warkoczykami sprawiał wrażenie przerośniętego nastolatka, ale wiedziałem, że jest starszy, kończył doktorat, pracował już w trzech krajach, no i był potężnej postury, zbudowanie takiej masy zajmuje zwkle trochę lat.

W mailu, którym odpowiedział na mojego posta w Guys Seeking Guys na Gumtree, pisał, że chętnie pozna kogoś, z kim by mógł połazić do kina, bo odkąd rozstał się ze swoim poprzednim facetem, trochę mu tego brakuje. Teraz zapytał, czy pójdziemy prosto do kina. Możemy, odpowiedziałem, jest tam bar, w którym możemy posiedzieć te pół godziny przed seansem. Let’s go then, nie przestawał się uśmiechać, a szeroki, szczery uśmiech wycinał mu głębokie dołki w policzkach. Poszliśmy do Cineworld na Haymarket, ja wybrałem film, w Cineworld miałem już od dawna abonament, membership.

Usiedliśmy w małym, przesadnie oświetlonym barze o fioletowych ścianach w głębi kina, w kącie tuż pod dużym ekranem, z którego powierzchni spływały zwiastuny, ale jak rzadko kiedy nie budziły we mnie żadnego zainteresowania. Stephan usiadł naprzeciwko mnie, rozpinając i zdejmując kurtkę, pod spodem miał tylko szary t-shirt, jego krótkie rękawy ciasno opinały imponujące, wyskakujące z nich bicepsy. Był to bez wątpienia najbardziej muskularny mężczyzna, z jakim byłem dotąd na randce; te muskuły plus wysoki wzrost, silne dłonie, chłopięcy luz, z jakim się w tym potężnym ciele poruszał i nie opuszczający jego twarzy uśmiech łobuza stanowiły wybuchową mieszankę. Byłem już do obłędu podniecony i gdyby mi z tym uśmiechem nagle powiedział głośno, żeby wszyscy wokół usłyszeli, I’d like to fuck you right now, can we go to the toilet, to nie miałbym siły odmówić, nie obchodziłoby mnie, co sobie postronni obserwatorzy pomyślą. Kieliszek wina miał mi pomóc się rozluźnić, zapobiec blokadzie, nie ukrywać, że jestem nim zainteresowany, ukrywając jednocześnie, jak bardzo, jak szalenie. Dlaczego zamówiłem białe, przecież wolę czerwone? – chyba po prostu w obecności Stephana zrobiło mi się gorąco.

Stephan pił wodę, powiedział, że nie pije alkoholu. Oparł łokcie o stół, pochylając się nieco w moim kierunku. Jestem psychologiem w więzieniu, pracuję z więźniami z uzależnieniami, powiedział, no i mój ojciec pił jak wściekły, z tego wszystkiego mam awersję. Zerkałem na te mocarne bicepsy, zadając Wieczności pytania, czy kiedyś poczuję ich uścisk, czy zobaczę, co się kryje pod tym t-shirtem. I jakie są szanse, żeby to się stało już dzisiaj, co zrobić, żeby zaprosił mnie po filmie do siebie i tam zrobił ze mną, co tylko chce. Rozmowa toczyła się gładko, to wysunięcie ku mnie musiało być znakiem zainteresowania z jego strony. Pomyślałem, że są szanse, co pomogło mi zapanować nad podnieceniem, w końcu rysowały się przed nim być może całkiem realne perspektywy spełnienia. Dzień wcześniej rozmawialiśmy już trochę przez telefon, znajdując kilka wspólnych tematów, które teraz mogliśmy wiązać dalej.

Chyba zapomniałem cię zapytać wczoraj przez telefon, skąd dokładnie, z którego kraju w Europie Wschodniej jesteś, powiedział, nie napisałeś nic dokładniej. Z Polski, odpowiedziałem. Tak myślałem, nie przestawał się uśmiechać. Mówiłem ci już, że przed Londynem mieszkałem i pracowałem w kilku krajach? No i pierwszym z nich była Polska, w latach dziewięćdziesiątych, in my early twenties. Konkretnie Szczecin. To nie jesteś z Londynu?, zapytałem. Nie, jestem Amerykaninem, śmiał się, nie słychać, czyżbym złapał w końcu ten cholerny brytyjski akcent? Z trochę mieszanej rodziny jestem, dodał, mój ojciec był w połowie Meksykaninem. Spojrzałem na jego twarz, wyraziste kości policzkowe i ostry rysunek oczu. No jest odrobina czegoś jakby azteckiego w twojej twarzy, nie umiałem sobie tego nazwać wcześniej – uśmiechnąłem się tak ostentacyjnie, że mogło to sprawić głupie, przerysowane wrażenie, gdyby nie to, że Stephan odpowiadał mi tym samym i wyraźnie przyciągał mnie ku sobie. I have been told so, powiedział.

Ale skoro już o pochodzeniu gadamy, kontynuowałem, pociągnąwszy duży łyk wina, to zaskoczyło mnie, że jesteś Czarny, nie spodziewałem się tego. Przestraszyłem się nagle, to chyba nie zabrzmiało najlepiej, ale wyglądało na to, że osiągnęliśmy już pewne minimum porozumienia i mój lęk nie był potrzebny. Przecież wysłałem ci zdjęcie, raczej się na nim nie chowałem. Faktycznie przysłał mi zdjęcie, całej sylwetki, prawie nagiej, jedynie w bokserkach, ale zrobione z telefonu, flesz odbijał się w lustrze, przesłaniając głowę białą plamą światła, a skórę maskując na żółto. Tak, odpowiedziałem, ale ten ostry flesz… Przepraszam, mam nadzieję, że to nie problem, spojrzał na mnie uważnie, wciąż z uśmiechem, teraz jeszcze bardziej cwaniackim. Wręcz przeciwnie, odpowiedziałem, z uśmiechem mówiącym: I fucking love Black guys. Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby się trochę pobawić moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like Black guys? Yes, I do, odpowiedziałem bez wahania, choć czerwieniąc się trochę, że ktoś tak nonszalancko rzuca światło na ukryte zakamarki mojego pragnienia, i tak łatwo odnajduje tam obraz samego siebie. Więc na początku lat dziewięćdziesiątych pracowałeś w Polsce? Tak, ale niezbyt długo, nauczyć się polskiego nie zdążyłem. To ile masz teraz lat? – patrzyłem na niego badawczo, nie przestając się uśmiechać, ale na szczęście przestając się już czerwienić – czułem się coraz bezpieczniej naprzeciw jego uśmiechu i błysku w głęboko czarnych oczach. A na ile wyglądam? – wyraźnie bawiło go wyciąganie ze mnie komplementów, przecież nawet to moje I do (w sensie: I do like Black guys), brzmiało w tej naszej rozmowie jak komplement, tak zabrzmieć miało i tak zostało, bez śladu nieporozumienia, odebrane. Trudno ci dać więcej niż trzydzieści, ale jeżeli pracowałeś w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, to… Mam czterdzieści trzy lata, rzucił z uśmiechem, badając wzrokiem moją reakcję. Mój podziw. Nie wyglądasz, w życiu bym ci tyle nie dał, powiedziałem, przełykając ślinę z wrażenia. Wiem, wyglądam znacznie młodziej, Matka Natura i Czas są dla mnie łaskawi, ty zresztą też nie wyglądasz na dwadzieścia dziewięć, dałbym ci dwadzieścia trzy, odwdzięczył się. Dziękuję, ale to nic w porównaniu z tobą, ty wyglądasz na piętnaście lat mniej niż masz, słodziłem mu niestrudzenie.

Ani się spostrzegliśmy, jak nadeszła pora seansu. Zebraliśmy nasze klamoty, ja torbę i płaszcz, on kurtkę, Stephan kupił jeszcze kubełek popcornu i poszliśmy po schodach na piętro, bo film grali w największej, olbrzymiej sali. Usiedliśmy dość wysoko, film był po hiszpańsku, jeden z trzech języków, którymi Stephan władał biegle, więc nie musiał zwracać uwagi na napisy. Kino nie było pełne, w naszym rzędzie po lewej nie było nikogo oprócz nas. Zapadła ciemność. Stephan rozsiadł się wygodnie po mojej prawej stronie, sam rozmiar jego klatki piersiowej, barków i ramion pozwalał nam dyskretnie, jak gdyby nigdy nic, dotykać się i o siebie ocierać. Wreszcie czułem przez skórę ten jego wspaniały biceps i triceps. Moje prawe ramię coraz wygodniej opierało się o jego lewe, co Stephan odbierał bez słowa, ale z zadowoleniem. Po pewnym czasie poczuł się zapchany popcornem, w którego spożywaniu mu nie pomogłem, bo odkąd w dzieciństwie obżarliśmy się nim z bratem tak, że rzygałem do rana, na zawsze pozostała mi do tego badziewia odruchowa niechęć. Odłożył kubełek na podłogę i położył lewą dłoń na moim prawym kolanie, sondując, jak zareaguję. Bardziej niż przychylnie: przysunąłem moje udo bliżej jego nogi, tak, by się o siebie opierały. Może pamiętasz moje nogi, nie są to nogi ułomka, ale przy jego udzie prawdziwego kulturysty takich rozmiarów moje i tak wyglądało jak chłopięce. Stephan uśmiechnął się pod nosem, zadowolony, że wykonaliśmy kolejny krok.

Bezpośrednio za nami siedziało kilka osób. Mogli te nasze poczynania podglądać, bo w tamtej sali rzędy pną się stromo, ale żaden z nas się tym nie przejmował. Byliśmy rzut beretem od Soho, a Stephan był zbyt postawny, żeby się kogokolwiek obawiać, zbyt z tym pewny siebie, żeby się przejmować, a mnie wręcz radowało, że ktoś widzi, że to ja będę dzisiaj w nocy miał tego wspaniałego mężczyznę, za którym niejedna głowa już się tego wieczoru obróciła. Miałem tylko nadzieję, że nie widać po mnie zbyt wyraźnie, jak bardzo mnie roznosi. Stephan natomiast leniwie dręczył mnie słodką torturą, od czasu do czasu przesuwając dłoń kilka centymetrów w jedną, potem w drugą stronę. Przez jakiś czas trzymał ją zsuniętą ku wewnętrznej stronie mojego uda, dość wysoko, zacząłem się obawiać, że gdyby przesunął ją jeszcze trochę wyżej, guziki mojego rozporka wystrzelą na wszystkie strony i nabijają komuś guza. Jego dłoń była ciepła, duża, ciężka i silna, ale wydawała się wewnątrz miękka i łagodna, bardziej niż przyjazna, obiecywała bezpieczeństwo.

Film dobiegł końca, a ja nie wiedziałem w ogóle, co o nim myśleć, nie byłem w stanie się na nim skupić. Obaj potrzebowaliśmy do ubikacji, zrobiło się tam tłoczno, bo dwa seanse skończyły się niemal w tym samym momencie. Tylko dzięki tej kolejce udało mi się zapanować nad sobą na tyle, by stracić wzwód przed dotarciem do pisuaru. Na szczęście zwolnił się akurat pisuar w rogu, dzięki czemu mogłem się trochę osłonić przed spojrzeniem innego oddającego mocz samca. Na szczęście, bo bałem się, że po dwóch godzinach ocierania się o biceps i udo Stephana, po seansie kontaktu z ciepłem jego silnej dłoni, dotyk palców konieczny do oddania moczu wywoła ponowny napływ krwi i ożywi wzwód; że po dwóch godzinach w stanie takiego podniecenia, może mi skapywać trochę śluzu, a czułbym się bardzo zażenowany, gdyby ktoś widział, że zwisa mi z członka trudny do strząśnięcia glut. Stephan nie chciał się tłoczyć w kolejce do pisuaru, wolał poczekać, aż będzie się można dostać do jedynej w tej toalecie kabiny.

Zeszliśmy potem razem po schodach, ja dwa dyskretne kroki za Stephanem, by napawać się przez chwilę bardziej bezczelnie, bez obawy o sprawiane wrażenie, widokiem całej jego postury kroczącej majestatycznie przede mną. Chciałbyś coś zjeść? – zapytał, gdy byliśmy już w fiołkowym hallu na dole. Wyszliśmy na ulicę. Tam, gdzie mieszkam, na Caledonian Road, jest kilka restauracji, chciałoby ci się tam ze mną podskoczyć? – i znów ten uśmiech. Najwyraźniej badał, czy jestem skłonny wybrać się do niego na noc, nie proponując tego od razu otwarcie. Jasne, że by mi się chciało, odpowiedziałem. Jaką kuchnię lubisz, co byś powiedział na coś azjatyckiego? Wszystkiego mogę spróbować, byle to nie były krewetki, śmiałem się. Nie lubisz krewetek? Wyglądają dla mnie jak robaki. Stephan był wegetarianinem, byłem pod wrażeniem, że taką masę mięśni zbudował, nie jedząc mięsa, ale tego już nie powiedziałem, w obawie, że przefajnuję z częstotliwością komplementów.

Poszliśmy w górę ulicy i zeszliśmy do metra na Piccadilly Circus, tam wzięliśmy Piccadilly Line, northbound service, która jedzie prosto na Caledonian Road. Znalazły się dwa miejsca siedzące obok siebie, które szybko zajęliśmy. I znów rozmiary Stephana pozwalały mu opierać udo o moje w zupełnie niebudzący podejrzeń sposób. Nie martwiłem się podejrzeniami, miałem nawet w głębi duszy nadzieję, że ten czy ów współpasażer-obserwator domyśli się, co się między mną a Stephanem kroi, że to ja, nikt inny, będę miał tego budzącego podziw mężczyznę jeszcze tej nocy. Stephan opowiedział mi, że kupił mieszkanie na Caledonian Road, kiedy budowali tam nowe budynki, bo chciał mieć blisko do pracy. Więzienie, w którym pracuję, jest dosłownie parę kroków stamtąd, oszczędzam mnóstwo czasu na dojazdach, rano zdążę jeszcze potrenować na siłce, wieczorem popracować trochę nad doktoratem. Doktorat pisał o pracy z ludźmi podwójnie uzależnionymi, zwykle alkoholikami i narkomanami jednocześnie. Praca z nimi, tam w więzieniu, jest naprawdę stresująca, dlatego wolę raczej pójść na jakiś obciachowy amerykański film, żeby się odprężyć, odmóżdżyć, a nie dołować się jeszcze dodatkowo w kinie, śmiał się, więc następnym razem pójdziemy na film, który ja wybiorę. To będzie Twilight albo coś co najmniej równie głupiego, nie przestawał się śmiać. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby wybierał kolejny film, i kolejne filmy, bo to oznaczało, że mogło być dla mnie w tych potężnych ramionach miejsce na więcej niż jedną tylko, dzisiejszą noc.

Na Caledonian Road wysiedliśmy z pociągu i wypełzliśmy spod ziemi. Rozglądaliśmy się za restauracją, bo azjatycka, o której myślał, okazała się z nieznanego powodu zamknięta. Niedaleko majaczyła inna, ale Stephan uważał, że jest niedobra. Słuchaj, są dwie możliwości, spojrzał na mnie badawczo. Możemy iść dalej tą ulicą i szukać jakiejś restauracji, ale jest też taka opcja, że pójdziemy po prostu do mnie i odgrzejemy spaghetti, ugotowałem wczoraj, jeśli nie masz nic przeciwko kolacji wegetariańskiej, a potem mógłbyś zostać na noc, jeśli tylko masz ochotę. Nie mam nic przeciwko twojemu spaghetti; że jadam mięso nie znaczy, że nie jadam nic innego. Stephan znów uśmiechnął się jak osiedlowy łobuz i powtórzył drugą część swojej opcji z odgrzewaniem spaghetti, do której się nie ustosunkowałem: Chciałbyś zostać u mnie na noc? Tak, chcę zostać u ciebie na noc, kiwnąłem trzy razy głową, na mojej twarzy musiała się wtedy malować cała radość tego świata. To świetnie, ucieszył się, chodźmy, możemy kupić wino albo piwo w sklepie na dole, jak chcesz, bo ja nic nie mam. A nie przeszkadza ci, jeżeli ja się napiję wina?, zawahałem się. Nie, nie ma najmniejszego problemu.

Na parterze budynku, w którym mieszkał, mieścił się otwarty do późna sklep, Pakistańczyk sprzedał mi tam butelkę pinot grigio (wolałem już zostać przy białym), po czym weszliśmy do zadbanego, kilkupiętrowego budynku odgrodzonego od ulicy domofonem. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro, Stephan otworzył przede mną drzwi do swojego mieszkania, wpuścił mnie do środka i zamknął za nami.

Było to piękne, przestronne mieszkanie, całe pomalowane na biało, z ogromnym narożnym salonem, przeszklonym na całą szerokość dwóch ścian, z dwiema sypialniami. Mniejsza sypialnia była zamknięta. Tam nie wchodź, uśmiechnął się wskazując na drzwi. Wynajmuję pokój jednemu Włochowi, czyni to spłatę kredytu mniej dotkliwą. Piękne mieszkanie, powiedziałem, sam salon był niemal wielkości całego mieszkania moich rodziców w Dąbrowie Górniczej. Niestety, kiedy je kupowałem, kosztowało znacznie więcej niż jest warte dzisiaj, westchnął odrobinę teatralnie. Rozglądając się po tym wnętrzu, myślałem o nieszczęsnym, zimnym pokoju, który wynajmowałem u Mateusza i Magdy, w czteropokojowym mieszkaniu dzielonym jeszcze z ich siostrą. W nowej pracy zarabiałem dwa razy więcej niż w hotelu, ale najlepsze, na co mnie było stać w tym przedrogim mieście, to większy niż na Finchley pokój w większym mieszkaniu, jednak wciąż nie „u siebie”.

Stephan zaprosił mnie gestem dłoni, rozgość się, a sam zanurzył się w wielkiej, sięgającej niemal sufitu lodówce, w poszukiwaniu spaghetti do podgrzania. Podszedłem do okna. Stephan, wrzuciwszy makaron do mikrofali, dołączył do mnie w salonie. Stanął tuż za moimi plecami, miałem wrażenie, że czuję na nich ciepło jego silnego ciała; lewą dłoń położył na moim ramieniu, a prawą pokazał mi widoczne stamtąd więzienie. Swoją drogą, mamy mnóstwo więźniów z Europy Wschodniej, powiedział. Polaków też? O, Polaków w szczególności, Polaków najwięcej, nawet sobie nie wyobrażasz. Zza ściany zapiszczała kuchenka mikrofalowa, Stephan zniknął więc znowu w kuchni i wrócił z dwoma talerzami z długim makaronem oblepionym domowej roboty sosem pomidorowym, z cebulą, czosnkiem, oliwkami i bazylią. Przyniósł mi kieliszek na wino, a sobie szklankę wody.

Gdy już zjedliśmy, a ja wypiłem dwa kieliszki pinot grigio, znaleźliśmy się razem na jednej z dwóch kanap stojących naprzeciw telewizora. Rozmawialiśmy, a nasze uda wymieniały elektrony. Stephan, gestykulując żywo, wykorzystywał jeden za drugim kolejne preteksty, by dotykać mnie tu i ówdzie także dłonią. Krew w moich żyłach musiała już od dawna bąbelkować od wrzenia, a wino zniosło wszystkie moje blokady. Mogę cię pocałować, zapytałem, uśmiechając się, you are very, very sexy, dodałem. Podobam ci się? – z rozbrajającym uśmiechem zapytał zamiast odpowiedzieć. Masz jeszcze jakieś wątpliwości? Myślałem, że to już było jasne co najmniej, odkąd w kinie położyłeś dłoń na mojej nodze. Pozwoliłbym ci ją tam trzymać ponad godzinę, gdybyś mi się nie podobał? Nie przestawał się uśmiechać łobuzersko, a ja po chwili znalazłem się w rozkroku nad jego udami, z kolanami po obydwu stronach jego bioder. Ująłem w dłonie jego piękną, dużą, ale wspaniale proporcjonalną pomiędzy tymi szerokimi barkami głowę i zacząłem smakować jego usta. Mimowolnie uniosłem wzrok w stronę otwartych drzwi salonu, przez które widać było zamknięte drzwi sypialni włoskiego współlokatora. On nas nie zobaczy czasem? – zaniepokoiłem się nagle. Nie przejmuj się, jak jest w domu, to prawie nie wychodzi ze swojego pokoju, jestem przecież u siebie, no nie? Rozsiadłem się więc wygodnie na jego udach i zaczęliśmy całować się coraz wścieklej. Moje dłonie próbowały zapuszczać się na zwiady, trzeba im było odkryć te muskuły, te bicepsy, ten brzuch i pektorale wciąż jeszcze osłonięte bawełnianą koszulką. Stephan obejmował mnie swoimi potężnymi ramionami, jego ciepłe, silne dłonie wsunęły mi się pod sweter i podkoszulek, pieściły moje plecy, potem jedna wsunęła się pod spodnie i bieliznę i zacisnęła na pośladku.

Nie chciałem już dłużej czekać, chciałem się wreszcie dostać do całego tego ciała, i żeby ono do mnie całkiem i wszędzie się już dostało. Możemy pójść do łóżka?, zapytałem cicho, może zabrzmiało to jak błaganie, i istotnie nim było. Sure, uśmiechnął się, wypuszczając mnie z objęć, żebyśmy obaj mogli wstać.

Chwycił mnie za rękę i zaprowadził do sypialni, zamknął za nami drzwi. Podeszliśmy do pościelonego na biało, szerokiego łóżka, z którego Stephan zdjął maskotkę, jakieś zwierzę z długimi kończynami, rzucił ją na podłogę. Zauważył moje rozbawienie – maskotka na łóżku tak męskiego mężczyzny, tak potężnego, pomnikowo wielkiego mężczyzny? – i też się roześmiał. Miałem ich więcej, różne zwierzęta, ale mój były chłopak obraził się na mnie, wściekł się i je wszystkie powyrzucał. Wyrzucił wszystkie? Tak, wyrzucił do śmieci, on miał różne takie napady. Ale chyba nie z powodu tych maskotek się rozstaliście, śmiałem się. Nie, no nie tak konkretnie, ale to był, przejaw, jeden z wielu, tego, że nam się już nie układało. Zdjął ze mnie sweter i podkoszulek, ja wreszcie odsłoniłem jego potężny tors, w uszach dudniły mi uderzenia mojego serca. Też był Polakiem, by the way, dorzucił jeszcze, miał na myśli swojego byłego chłopaka. Obaj zdjęliśmy spodnie, ja zrzuciłem szybko bieliznę i skarpety. Stephan stał przede mną wciąż w bokserkach, dłonią delikatnie popchnął mnie trochę do tyłu i pokierował tak, żebym usiadł na brzegu łóżka. Stał przede mną w oczekiwaniu, aż zsunę mu jego bokserki i ujrzę jego męskość w całej jej okazałości.

Od razu jakby zrozumiałem, dlaczego w kinie na Haymarket Stephan czekał na kabinę: wyobraziłem sobie, że obok sikającego Stephana staje jakiś bardziej przeciętny biały mężczyzna i w poczuciu zniewagi wymierza mu śledzia w twarz. To chyba z jakiegoś filmu. Bo Stephan był dopiero na drodze do pełnego wzwodu, jeszcze nie do końca mu się podniósł, a już rzucał poważne wyzwanie domorosłym psychologom, którzy budowanie takiej muskulatury tłumaczą potrzebą kompensowania niedostatków po stronie „ważniejszych” cech płciowych. Stephan niczego nie musiał kompensować, wręcz przeciwnie, jeśli już, to nadganiać rozbudową ogółu swoich proporcji, ale nawet przy jego wzroście, przy szerokości jego klatki piersiowej, rozmiarach bicepsów i ud, jego męskość i tak wciąż wyglądała imponująco i oczekiwała, aż moje usta podniosą ją do reszty i uczynią twardą i gotową do działania.

Czy na mojej twarzy widać też było lęk? Bo choć byłem podniecony do białej gorączki, miałem przed sobą trzysta procent mężczyzny jakąś szatańską sztuką pomieszczone w jednym ciele, to pewności, czy zdołam przyjąć go w siebie, wyraźnie mi brakowało. Przypomniał mi się Patrick i opór, z jakim musiał sobie dać radę, zanim się we mnie dostał, a to, co miałem przed oczami, biło nawet Patricka na łeb na szyję. Czy on mnie zwyczajnie nie rozerwie na strzępy? Stephan może dostrzegł i ten lęk, uśmiechnął się nieznacznie, kątem ust, z pewnością siebie samca świadomego wrażenia, jakie wywiera. Położył mi dłonie na głowie i przysunął ją do swojego przyrodzenia. Żeby go tam dobrze wypełnić krwią, moje usta potrzebowały pomocy dłoni. Lekko słonawy smak jego ogromnej żołędzi drażnił mi język, gdy wyobraźnia starała się odpowiedzieć na pytanie, co to będzie, co ze mnie zostanie, gdy właściciel tej maczugi wepchnie ją we mnie.

Let’s put a condom on, powiedział, gdy był tam już całkiem twardy. Delikatnym, ale zdecydowanym gestem swoich silnych dłoni odsunął moją głowę, wydostając swoją zadowoloną żołądź na powietrze. Schylił się do nocnej szafki i otworzył szufladę wypełnioną prezerwatywami wysypanymi z pudełka, albo raczej pudełek, bo było ich tam kilkadziesiąt, może nawet ze sto – no tak, taki mężczyzna nie może narzekać na brak seksu, chociaż zerwał z swoim polskim (znowu, jak Mitesh! o co tu chodzi?) chłopakiem, na pewno ustawiają się do niego kolejki chętnych pasywów, nie kupuje kondomów inaczej niż po kilka paczek na raz. Wyciągnął jedną prezerwatywę, otworzył i podał mi, żebym mu założył. Zaciągnąłem ją powoli, pieszcząc go jeszcze palcami, wpatrując się w jego prącie jak zahipnotyzowany.

Stephan odrzucił kołdrę i pociągnął mnie z sobą do łóżka. Położył mnie na plecach, sam ułożył się tuż przy mnie, na boku, uniósł się na łokciu i z tej samej pełnej kondomów szuflady wydobył tubę lubrykantu, wycisnął trochę i rozprowadził na całej powierzchni swojego sztywnego, wyczekującego członka. Wziął na palce dłoni jeszcze trochę żelu i wypieścił nimi mój anus. Uniósł się nade mną, podciągnął mi kolana, przełożył moje nogi przez swoje barki i przystąpił do ataku. Napierał powoli i ostrożnie, usiłując stopniowo rozluźnić mój zwieracz, oszukać opór mojego ciała wilgocią żelu, którym wysmarował nasze miejsca styku. Szeroka, opancerzona majestatycznymi pektoralami klatka piersiowa unosiła się nade mną, oparta na dwóch potężnych niczym jakieś antyczne kolumny ramionach, które wznosiły się po obydwu stronach moich barków: niczego nie pragnąłem w tamtym momencie bardziej, niż być zerżniętym przez ten cud natury, zerżniętym natychmiast, zerżniętym za wszystkie czasy, za te wszystkie rozkosze, których nie zaznałem, kiedy miałem lat osiemnaście, dwadzieścia czy dwadzieścia parę. Mój zwieracz jednak nie chciał się poddać, Stephan nie zdołał we mnie wprowadzić nawet głowicy swojej rakiety. Próby trwały już chyba kwadrans, sytuacja robiła się niepokojąco krępująca, z tendencją do beznadziejnej.

Zrezygnowany, Stephan położył się na plecach, jego głowa zapadła się z westchnieniem w poduszkę. Zdjął prezerwatywę, zawiedzioną i suchą w środku wyrzucił do kosza, który stał niedaleko łóżka – po mojej stronie, skąd krzyczała do mnie: wstyd! Mogłem sobie doskonale wyobrazić zakwasy zaciśnięte na tych ogromnych jądrach, które utraciły okazję zrzucenia ładunku. Sam nie tylko nie zostałem zerżnięty za wszystkie czasy, ale nie zostałem zerżnięty w ogóle, po tylu godzinach pobudzenia i obietnic składanych przez cały wieczór przez jego gesty, spojrzenia i dotyk. Z mojej własnej winy, z winy mojego własnego, nieprzygotowanego ciała, które poniosło tak sromotną klęskę na froncie pogoni za rozkoszą, a miało przed sobą – i nad, i już prawie w sobie – zmaterializowany fantazmat tak wielu homoseksualnych mężczyzn. Czułem się rozczarowany moim ciałem, które nie sprostało, uległo własnym ograniczeniom i nie zaznało mężczyzny przecież dokładnie takiego, o jakim nie raz śniło, jak jeden z tych, za którymi włóczyło oczyma po hali czy szatni klubu Virgin Active na Hammersmith.

Nie wiedziałem, jak przeprosić za swoje niesprostanie, za swoje niepodołanie, za swoją niezdolność przyjęcia takiego daru – daru, o który tylu innych by z zapamiętaniem i determinacją zabiegało. Chciałem się zapaść pod ziemię, jak wtedy, kiedy na schodach przed Sacré-Coeur pozwoliłem odejść Karimowi. Pod ziemię, i prosto do piekła, na które znowu zasłużyłem. Coś próbowałem powiedzieć, skończyło się tylko na nieśmiałym, z trudem wyszeptanym I’m sorry, I’m really sorry. Zastanawiałem się, czy zaproponować coś innego, na przykład, że zrobię mu fellatio, ale czułem się zbyt tą klęską onieśmielony, żeby się odezwać z taką ofertą. Bo czy tak spektakularny mężczyzna dochodzi samym tylko fellatio, czy nie jest to jedynie rozgrzewka przed kopulacją, czy godzi się w ogóle sugerować, że takiemu smokowi mogłoby wystarczyć samo fellatio? Wydawało mi się, że byłaby to prawie zniewaga.

Zdarza się, zdaję sobie sprawę, że nie jestem przeciętny, powiedział Stephan tonem niezwykle wyrozumiałym, ciepłym, i poklepał mnie jeszcze po dłoni. Are you upset?, zapytałem przerażony, naprawdę przerażony, że być może właśnie tracę takiego mężczyznę. Nie, odpowiedział spokojnie, pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, i uśmiechnął się, patrząc na mnie, patrząc mi prosto w oczy. Ale przyzwyczaisz się do moich rozmiarów, to kwestia czasu i praktyki. Zgasił lampkę po swojej stronie łóżka. Wiem, to taki stereotyp jest, że czarni mężczyźni mają wielkie penisy, dodał jeszcze, tylko stereotyp, wcale nie wszyscy, ale tak się składa, że ja akurat mam. Miałeś już jakiegoś czarnego mężczyznę? Miałem, uśmiechnąłem się, trzech. I jak u nich wyglądała sytuacja z rozmiarami? – popatrzył na mnie. Patrick miał wielkiego, ale oczywiście nie aż tak jak ty. Ale największego, jakiego dotykałem, dopiero dzisiaj spadł na drugie miejsce, śmiałem się. Potem jeszcze był Stan i Chris – przydarzyli mi się tuż przed Miteshem – oni byli w granicach średniej. Tak więc, podsumowałem, stereotyp stereotypem, nie wszyscy macie olbrzymie przyrodzenia, ale największe przyrodzenia chyba najczęściej macie właśnie wy, śmiałem się, tak do końca fałszywy ten stereotyp nie jest.

Przestałem się czuć jak ostatnia łajza, która zepsuła całą zabawę. Ton głosu Stephana był ostatecznym dowodem, że nie ma mi niczego za złe. Leżeliśmy chwilę w ciszy, on zamknął oczy, ja nie, patrzyłem to w sufit, to w stronę tego mocarnego ciała, zanim dotarł do mnie sens tego, co on przed chwilą, kilka zdań temu, powiedział: pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, przyzwyczaisz się, kwestia praktyki, i ten mimo wszystko uśmiech, szczery uśmiech, a nie wyraz zawodu czy irytacji. Czyli jednak było dla mnie miejsce w jego obszernym łóżku na więcej niż tylko tę jedną noc, przypadłem takiemu mężczyźnie do gustu na tyle, że chce, żebym tu wrócił, nawet po tym katastrofalnym niepowodzeniu, sromotnej klęsce. Moje oczy ostatecznie porzuciły sufit i zatrzymały się na nim, na jego pięknej, nieprawdopodobnie młodej twarzy silnego mężczyzny, na szerokiej piersi opancerzonej płatami muskułów, opiętej gładką, nieowłosioną z natury lub bardzo starannie wygoloną, brązową skórą. Na miłość boską, byłem w łóżku z najprawdziwszym przybyszem z najbardziej utęsknionej prowincji Krainy Fantazji każdego pasywa w mojej części Europy: pięknym, muskularnym czarnoskórym mężczyzną o monumentalnym prąciu, i mogłem go mieć na więcej niż jedną noc. Mogłem mieć mężczyznę, którego zazdrościłaby mi co druga sfrustrowana ciota w tej dupie świata na Dzikim Wschodzie kontynentu. I nie dałem rady, ta nieszczęsna część ciała, która najbardziej przecież tęskniła, poddała się, niezdolna przyjąć go w siebie. Nieszczęsna, sucha w środku, rozczarowana prezerwatywa rozmiaru extra large, czy jeszcze większego, jeżeli większy istnieje, leżała w koszu po mojej stronie łóżka niczym dowód winy, i piekła stamtąd jak wyrzut sumienia.

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Djamel

Kiedy spotkałem Djamela, a on tak szeroko i szczerze się na mój widok uśmiechał, pomyślałem, że może dostałem szansę na odkupienie tamtego grzechu. Tego, że pozwoliłem Karimowi odejść.

Djamela poznałem na zamku w Châtillon, malutkiej miejscowości w Burgundii. Daniel, spasiony, sapiący strażnik moich nowych pracodawców, otworzył bramę małym elektronicznym pilotem, który wszyscy nazywali tu bipem. Wjechaliśmy samochodem w głąb angielskiego ogrodu, spomiędzy drzew wyłonił się jeden budynek, potem ogromny libański cedr, a potem następny budynek, tym razem ten najważniejszy, średniowieczny donżon przebudowany w dziewiętnastym wieku. Daniel podjechał samochodem przed wejście donżonu. Drzwi były otwarte, przed nimi stały dwa zsunięte kwadratowe stoliki ogrodowe, z ciężkiego drewna, siedział przy nich młody, wysoki, szczupły mężczyzna. Był bosy, buty leżały pod stolikiem. Czytał książkę, wiatr trochę podwiewał mu jej strony. Miał długie, kasztanowe włosy, spontanicznie falujące, prawie kręcone, miękkie, spięte z tyłu w ogon. Podniósł wzrok znad książki i spojrzał na nowo przybyłego: mnie.

To Djamel, wysapał Daniel. Jest tu przewodnikiem.

Skąd się w ogóle wziąłem w tym zamku?

Po czterech tygodniach poszukiwania pracy, zrezygnowany i załamany, pogodziłem się już z myślą, że misja „saksy we Francji” zakończyła się porażką. Zamiast zarobić, straciłem tylko pieniądze, w tym część pożyczoną na wyjazd od Gosi, kumpeli ze studiów. Prawie nic mi nie zostało, chociaż odżywiałem się makaronem z oliwą i czosnkiem, tylko czasem z dodatkiem cukinii i pomidora. Dzień wcześniej wróciłem z centrum miasta na gapę, przeskakując przez bramki metra – czułem się tą koniecznością niesłychanie upokorzony, na szczęście prawie nikogo nie było wtedy na stacji. Nigdy wcześniej nie podróżowałem stopem, ale już postanowiłem tak właśnie wracać do Polski. Ewa, u której się zatrzymałem, wróciła już z wakacji i była zła jak chmura gradowa, bo miałem przez lato płacić jej połowę czynszu, a skończyło się na jednym miesiącu za który nie bardzo mogłem zapłacić tyle, na ile się umówiliśmy. I wtedy zapukała do nas sąsiadka Ewy – Halina, też z Polski. Znalazłam ci pracę, powiedziała w drzwiach. Uratowała mi życie.

To właśnie była praca w Châtillon. Halina początkowo sama na nią przystała, bo w sierpniu i tak nie miała klientów. Sprzątała ludziom mieszkania, a wszyscy, którzy w Paryżu zatrudniają sobie kogoś do sprzątania, w sierpniu wyjeżdżają na wakacje na cały miesiąc. Ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. W zamku potrzebowali kogoś na całe dwa miesiące, a ona miała tylko miesiąc przerwy i nie chciała stracić klientów, u których stale sprzątała. Zadzwoniła do pośredniczki  i powiedziała, że rezygnuje, ludzie z zamku wpadli w panikę: Zna pani kogoś, kto jest dostępny, od zaraz? Halina pomyślała o mnie, tak, sąsiad szuka pracy, bardzo potrzebuje. Co prawda to facet, ale da radę.

No więc, masz pracę. Będziesz miał pokój w zamku, wyżywienie, nie będziesz musiał w ogóle wydawać pieniędzy, wszystko, co zarobisz, możesz zabrać do Polski. To co mam powiedzieć pośredniczce? No ba!

Dwa dni później byłem w pociągu, z dworca w Nevers odebrał mnie Daniel, a potem gramoliłem się już z samochodu, z ogromnym plecakiem, który musiałem wydobyć z bagażnika.

Djamel patrzył w moją stronę znad książki. Dzieliła nas trochę zbyt duża odległość, żebyśmy zagadali, ale widziałem w jego wielkich oczach jakieś zainteresowanie. Na twarzy zatańczył mu uśmiech, piękny uśmiech, Boże, jaki piękny uśmiech. Daniel potwierdził kiwnięciem głowy, gestem i mruknięciem, że tak, tam jest wejście, tam powinienem się skierować. W drzwiach tymczasem stanęła Chantal, właścicielka zamku, żona Michela, którego poznałem w Paryżu. Wyszła mi naprzeciw, żeby się przywitać. Niska, trochę przy kości, pięćdziesiąt kilka lat, piękne, bujne, czarne włosy, proste, opadające luźno na ramiona. Wyciągnęła ku mnie drobniutką dłoń, ozdobioną wielkim złotym pierścieniem z brylantami, nieco drżącą, później miałem się przekonać, że drżała jej zawsze. Przedstawiła się, podziękowała Danielowi, i powiedziała, że oprowadzi mnie po zamku. Zamieszkam w tamtym budynku, tym który samochód musiał wyminąć, nim dotarł do donżonu. A może jestem zmęczony i chcę najpierw pójść do swojego pokoju i odpocząć? Nie, nie byłem zmęczony, byłem podekscytowany tym miejscem. Moi koledzy ze studiów zbierali na saksach pomidory, szparagi, truskawki albo ścinali tulipany, a ja miałem pracować w pięknym średniowiecznym zamku, i miałem tu gdzieś mieć swój pokój. Filmowcy jeszcze nie przyjechali, powiedziała Chantal i zaproponowała: Poznajcie się z Djamelem. Djamel!, zawołała.

Zamknął książkę, zostawił ją na stole i nie zakładając butów podszedł w naszą stronę, wyciągając do mnie dłoń. Szczery uśmiech rozjaśniał jego pociągłą, śniadą twarz, odsłaniając długie, równo i ciasno ułożone zęby. Jego wielkie, inteligentne oczy błyszczały kolorem bursztynu. Kosmyk kasztanowych włosów wymknął się gumce i opadł mu na czoło. Wiedziałem, że Djamel to arabskie imię, ale dotąd myślałem, że Arabowie mają wszyscy włosy kruczoczarne. Byłem zaskoczony, zaintrygowany. I onieśmielony jego badawczym, a jednocześnie przyjacielskim spojrzeniem. Głównie dlatego, że wydał mi się przepiękny – przepiękny w jakiś niezwykły, trudny do nazwania sposób.

Djamel, Jarek, poznajcie się. Djamel jest naszym przewodnikiem, oprowadza turystów po zamku, wyjaśniła Chantal. Razem z Alexandre’em, który gdzieś się podział, może go spotkamy w salonie. Obaj studiują filozofię na Sorbonie.

Chantal zabrała mnie jednak szybko od właściciela tych wielkich bursztynowych oczu, żeby mi wszystko pokazać i wprowadzić mnie w tajniki mojej misji na najbliższe dwa miesiące. Na parterze minęliśmy kuchnię, z której wybiegł jak burza młody kucharz, Bretończyk Pierrick, zatrzymał się, bo Chantal chciała nas sobie przedstawić, po czym poleciał dalej, do chambre froide, w piwnicy, gdzie trzymano świeże warzywa i owoce. Kuchnie, pokazywała mi Chantal, były dwie. Jedna w starym stylu, umeblowana w dziewiętnastym wieku, z wielkim, masywnym drewnianym stołem stojącym tam być może nawet od wieku piętnastego, z miedzianymi garnkami na ścianach i pięknymi przyborami kuchennymi. Tutaj jednak częściej się jadło niż gotowało, gotowało się raczej w drugiej kuchni, roboczej, mieszczącej się za tej ładnej kuchni „plecami”, choć bywało, że tutaj, w tej zabytkowej, pieczono ptactwo na siedemnastowiecznym, ale wciąż doskonale sprawnym ruszcie. Dalej była wielka, reprezentacyjna jadalnia, przez nią z kolei można było dotrzeć do mniejszej, za to ze stołem o blacie z różowego, włoskiego chyba marmuru, osiemnastowiecznymi krzesłami, żyrandolem z Murano i wielkim genueńskim lustrem w ciężkiej pozłacanej ramie. Na końcu korytarz na parterze prowadził do pralni i suszarni. Można je było jednak wyminąć, by wejść na kręcone kamienne schody; była to oryginalna średniowieczna klatka schodowa. Po tylu stuleciach noszenia obutych ludzkich stóp stopnie były mocno wyślizgane, więc wzdłuż schodów, po ścianie, biegł gruby sznur zawieszony na wbitych w mur metalowych hakach, elastyczna poręcz, której można było się trzymać lub w razie potrzeby uczepić.

Na pierwszym piętrze Chantal pokazała mi dwa salony umeblowane antykami, oraz bibliotekę, w której oprócz regałów ze starymi książkami stał stół do bilarda, stolik do gry w karty lub kości, i specjalne kabiny na cygara. Spotkaliśmy tam drugiego przewodnika, Alexandre’a, bardzo zamkniętego w sobie i nieśmiałego blondyna w okularach. To piętro było bardzo wysokie, mieściło sypialnię właścicieli oraz sypialnię matki Chantal, Madame Zivi. Tam miałem się nie zapuszczać, Madame Zivi przyjeżdża ze swoją szurniętą, otyłą kotką, która się panicznie boi obcych mężczyzn. Piętro wyżej były już tylko sypialnie, i mały salonik indyjski, który właściwie był tylko głęboką wnęką wtuloną pomiędzy dwa pokoje, niezmiernie jednak uroczą, bo wejście do niej okalał rzeźbiony misternie w drewnie łuk przywieziony z Indii. Trzecie piętro, ostatnie miało najniżej zawieszony sufit i najmniejsze pokoje. Dwa z nich  zajmowali Djamel i Alexandre.

Kiedy tak chodziliśmy, nie mogłem przestać myśleć o pięknym Arabie, który został na dole ze swoją książką. Czemu tak mi się przyglądał, dlaczego wydawał się tak mną zainteresowany? Czyżbym właśnie dostawał niespodziewanie szansę na odkupienie śmiertelnego grzechu sprzed Sacré-Coeur? Czy Djamel był gejem? Skoro teraz Chantal o nim wspomniała, zareagowałem szybko pytaniem, czy Djamel jest Arabem;  chciałem usłyszeć o nim coś więcej, cokolwiek.

Il est d’origine algérienne. Ses parents sont venus d’Algérie. Ben, il n’est pas tout-à-fait Arabe, il est Kabyle, si vous voulez être exact. Les Kabyles sont les Berbères d’Algérie. Pochodzenia algierskiego, ale tak naprawdę kabylskiego a nie arabskiego. Nigdy wcześniej nie słyszałem o Kabylach. Miałem wrażenie, że w tym zamku, który cudem mi się przytrafił, otwiera się przede mną jakiś zupełnie nowy świat.

Chantal zaprowadziła mnie potem do drugiego budynku, nazywali go Petit Château, gdzie miałem mieszkać. Prowadziła do niego wysypana drobnymi kamyczkami nieregularna droga, którą miałem ochotę nazwać polną, gdyby nie biegła obok zamku.

Po drodze zapytałem Chantal, o co dokładnie chodzi z tymi filmowcami, o których wcześniej wspominała. Okazało się, że będą niedaleko kręcić film i na czas zdjęć zamieszkają w zamku. Chantal z mężem postanowili wynajmować czasem zamek na różne wydarzenia, żeby posiadłość mogła się trochę sama finansować i w razie kłopotów nie trzeba jej było sprzedawać. To miał być pierwszy raz, chcieli sprawdzić, ile pracy to wymaga, jakie są koszty, jak w ogóle takie coś organizować. Film będzie ekranizacją powieści, która jest we Francji dość popularna, taki stylowy kryminał z poczuciem humoru, Tajemnica żółtego pokoju. Producenci szukali jakiegoś przyjemnego miejsca, żeby zakwaterować na czas zdjęć reżysera i aktorów. Niebawem pozna pan nie byle kogo, uśmiechnęła się, bo niezłą obsadę mają. Zna pan Sabine Azémę? Oczywiście, kto jeszcze? Claude Rich, Pierre Arditi, ten Belg, co to dostał w tym roku nagrodę w Cannes, jakżeż on się nazywa, Olivier Gourmet. Jest jeszcze Denis Podalydès, i jego brat Bruno, reżyser. Nie wiem, czy pan widział w Polsce, oni razem zrobili Versaille Rive-Gauche.

Weszliśmy do Petit Château przez duży salon wystylizowany tak, żeby się kojarzył jednocześnie z klimatem rustique i z amerykańskim barem z lat pięćdziesiątych. Był tam ceglany kominek na pół ściany, bilard, staroświecka szafa grająca, jednooki bandyta, stół zrobiony z wielkiego, grubego plastra bardzo starego drzewa, obite skórą fotele, barowe krzesła, no i bar, a na nim kilkudziesięcioletnia, nie działająca już kasa. Za barem alkohole, z których wiele pierwszy raz widziałem na oczy. Dalej była kuchnia, przez którą można było przejść na klatkę schodową. Schodami docierało się na pierwsze piętro, potem na drugie, i tam właśnie był „mój” pokój, dochodziło się do niego mijając pokój Pierricka. Chantal powiedziała, że zostawi mnie teraz na chwilę, żebym się rozgościł, a potem odnajdziemy się w donżonie.

Rozpakowałem się, odświeżyłem pod prysznicem, rzuciłem się na łóżko, żeby wypróbować, jak się na nim będzie spało. Moje okno wychodziło na tę część ogrodu, w której znajdował się basen. Tamtego dnia był przykryty czymś niebieskim, unoszącym się na powierzchni wody.

Ubrałem się ponownie i zbiegłem na dół, wyszedłem przez bar, by pójść z powrotem ku donżonowi. Nie zdążyłem jednak zamknąć za sobą drzwi, gdy zaczął padać deszcz, który w mgnieniu oka zrobił się niesamowicie gęsty i ciężki. Djamel, który wciąż jeszcze siedział przy stoliku przed wejściem, zamknął książkę, założył buty i poszedł schować się w otwartych drzwiach budynku. Stanął tam i czekał na mnie, z książką w dłoni. Wbiegłem za nim i stanąłem naprzeciwko. Twarz Djamela rozświetlał skandalicznie piękny uśmiech.

Korytarzem przechodziła kobieta w fartuchu, przy kości, z krótkimi siwymi włosami. Martine!, zawołał Djamel. To Jarek, przyjechał dzisiaj, będzie tutaj pracował przez lato. Martine uśmiechnęła się w dziwny, udawany sposób, trochę tak, jak niektórzy ludzie uśmiechają się do cudzych dzieci. Wymamrotała coś, że ona tu pracuje od dwudziestu lat, i coś jeszcze, ale nie bardzo zrozumiałem co, odwróciła się i odeszła do kuchni.

Martine est un peu drôle, powiedział Djamel, prawie szeptem. Tu vas voir. Przysunął się bliżej mnie i oparł ramieniem o kamienny mur. Stał tak blisko, że poczułbym się zakłopotany, gdyby nie było mi z tym tak przyjemnie, bo mogłem widzieć jego bursztynowe oczy z tak bliska. Jego brwi nie były zrośnięte, choć kilka włosków pomiędzy nimi, nad wąskim, doskonale symetrycznym nosem, sprawiało wrażenie, jakby kiedyś, przez chwilę chciały się zrosnąć, ale zaraz się rozmyśliły. Skórę miał nieskazitelnie gładką, doskonałą. Miał na sobie błękitną koszulę, dwa górne guziki były rozpięte, kołnierz rozchylał się na boki, wyglądał spod niego skrawek klatki piersiowej. Jego skóra wzbudzała we mnie pulsujący zachwyt.

Skąd konkretnie w Polsce jesteś, z jakiego miasta? – zapytał. Nie masz prawa go znać, zaśmiałem się. Dlaczego? Nie mów mi, że z Dąbrowy Górniczej, rzucił jakoś tak od niechcenia, na dodatek wymawiając tę nazwę zdumiewająco poprawnie. Serce zabiło mi mocniej. Skąd wiesz? Nikt mnie tutaj nie pytał, nikomu nie mówiłem. Ty naprawdę jesteś z Dąbrowy Górniczej? – jego wielkie bursztynowe oczy zrobiły się ze zdziwienia jeszcze większe. Potwierdziłem. Djamel zaniósł się cichym, szeleszczącym śmiechem. Kiedy się śmiał, spinał się trochę i wychylał się przodu, jego twarz przysunęła się jeszcze bliżej, a do mnie zaczęło docierać, jak ekscytująco jego towarzystwo, jego obecność, cała jego istota na mnie działają. Za nami deszcz szumiał coraz głośniej. Jakim cudem on wiedział, skąd jestem? Skąd w ogóle znał Dąbrowę Górniczą? Jakim cudem potrafił tę nazwę powiedzieć, żaden Francuz nie potrafi przecież jej powtórzyć? Wśród moich przyjaciół na Sorbonie jest dziewczyna z Polski, jej rodzina pochodzi z Dąbrowy Górniczej, wyjaśnił, wciąż się zanosząc śmiechem. Quelle coïncidence!

Rzeczywiście, dość niecodzienny zbieg okoliczności. Przez otwarte drzwi za moimi plecami docierał nie tylko szum, ale i zapach deszczu, który przez nozdrza podbijał moje podniecenie. Patrzyłem tak na Djamela i zrozumiałem, że najchętniej rozpiąłbym tę koszulę jeszcze bardziej i dotknął jego cudownej, delikatnie śniadej skóry. Ponieważ był wyższy ode mnie i ten odsłonięty kawałek jego klatki piersiowej tym bardziej prosił mi się do oczu – pomyślałem nagle o na wpół odsłoniętej piersi La Môle’a. Z każdą chwilą wszystko w nim podobało mi się coraz bardziej. Był szczupły, ale barki miał naturalnie, jakby od niechcenia, szerokie. Oczy błyszczące ciekawością, matowy głos, z cudowną chrypką. Chciałem dalej go słuchać, poprosiłem, żeby wytłumaczył mi, skąd w zamku turyści, przecież to prywatny dom. We Francji to całkiem normalne, powiedział, mnóstwo tu zamków i pałacyków, wiele z nich jest w rękach prywatnych. Są zabytkowe, władze zachęcają więc właścicieli – chyba ulgami podatkowymi, ale nie wszystko, co mówił, rozumiałem – żeby otwierali je przynajmniej latem dla zwiedzających. A dla niego i Alexandre’a to rodzaj stażu i jednocześnie fajne wakacje. Dzisiaj na przykład była tylko jedna rodzina turystów, Alexandre ich oprowadził, a ja sobie czytałem cały dzień, zaśmiał się znowu. Oczywiście, turyści nie łażą po całym zamku, wyjaśnił. Nie wchodzą do sypialni, pokazujemy im salony, jadalnie, zabytkową kuchnię, no i oprowadzamy po ogrodzie, pokazujemy widok z góry.

Tamtego wieczoru podawałem pierwszy raz do stołu – miała to być część mojej pracy. Gospodarze i goście siedzieli przy masywnym, średniowiecznym stole w reprezentacyjnej kuchni. Była Chantal. Była jej matka, Madame Zivi, koło osiemdziesiątki. Dwie pary gości, wszyscy w przedziale pięćdziesiąt-sześćdziesiąt lat. Djamel i Alexandre też siedzieli z nimi przy stole. Pierrick, który w godzinie posiłku stawał się niesłychanie nerwowy, a jego język tak przyspieszał, że z trudem za nim nadążałem, wysyłał mnie do stołu z kolejnymi potrawami, a Chantal uśmiechała się i instruowała, jak mam podawać.

Martine pokazała mi, gdzie przyrządza werwenę i herbatę, którą piją po kolacji. Po deserze wszyscy przeniosą się do salonu, wyjaśniła. Ułożyliśmy wszystko na tacy i zanieśliśmy do dużego salonu. Potem zeszliśmy posprzątać po kolacji. Kiedy wszystko trafiło do dwóch zmywarek, Martine zarządziła przygotowanie śniadania. Rozłożyliśmy ceratę zdobną w obrazy kolorowych warzyw, a na niej filiżanki, talerzyki, czarę z owocami, metalowe pudełka z herbatą, dwie okrągłe złote maselniczki i delikatne konfiturierki z węgierskiej porcelany. Salon, po werwenie, herbacie i pewnie koniaku, posprzątamy jutro rano, powiedziała Martine, jakby zdradzała mi jakiś sekret. Tymczasem Pierrick uporządkował kuchnię, powkładał garnki, patelnie, rondle do ogromnej zmywarki, wyczyścił blaty i noże.

Potem Martine, wciąż obuta w swoje miękkie pantofle, wsiadła na skuter i odjechała, a my z Pierrickiem poszliśmy w stronę Petit Château. Pierrick, poza godzinami serwowania posiłku, był kompletnie na luzie i całkiem zabawny, ale nie zawsze rozumiałem, co mówi. Weszliśmy razem po schodach, po drodze gasząc światło, i rozeszliśmy się do swoich pokojów.

Wziąłem jeszcze jeden szybki prysznic i poszedłem do łóżka. Było ciepło, więc zamknąłem wewnętrzne okiennice i nagi wsunąłem się pomiędzy prześcieradła. Patrzyłem w sufit, próbując uporządkować wrażenia tego pełnego zdumień dnia. Myślałem o tym, jakiego miałem fuksa, że w ostatniej chwili znalazła mnie ta praca, że nie wrócę znad Sekwany jako bankrut i pośmiewisko. Ale nie mogłem też nie myśleć o Djamelu. Z miejsca mnie zaczarował. Czyżby on też miał przede mną otworzyć nieznane mi wcześniej światy? Czy to, że tak był mną zainteresowany, tak się garnął do rozmów ze mną, przysuwał się tak blisko, oznaczało, że mu się podobam, w ten sposób? Że go pociągam? Czy to, że zna Dąbrowę Górniczą, jest jakimś znakiem? Może ten wyjazd do Francji nie tylko pozwoli mi przeżyć kolejny rok na studiach – może pod osłoną nocy spotka mnie tu znacznie więcej: poznam dotyk Djamela, jego uścisk, zapach i smak jego skóry, jego miłość?

Następnego dnia Chantal dała mi listę gości, którzy mieli w nadchodzących dniach zamieszkać w zamku. Obeszliśmy wszystkie pokoje sprawdzając, czego jeszcze brakuje. Ścielenie łóżek, wymiana pościeli, uzupełnianie wody w karafkach, sprzątanie łazienek, wymiana ręczników – to miały być moje zadania od jutra, czyli od przyjazdu pierwszych filmowców.

Zapytałem Chantal o sklep, potrzebowałem żyletek i pianki do golenia. Za bramą droga w dół prowadzi do miasteczka, jest tam supermarket. Niech pan poprosi Djamela albo Alexandre’a, żeby panu otworzyli bramę. Staliśmy wtedy na korytarzu pierwszego piętra, nieopodal otwartych drzwi na balkon wychodzący na tę stronę, gdzie wczoraj Djamel przy drewnianym stole czytał książkę. Chantal musiała pomyśleć o tym samym, bo natychmiast się tam skierowała i wyjrzała na zewnątrz. Djamel i tym razem tam siedział, znowu z książką. Zawołała go i zapytała, czy by mnie nie wypuścił z posiadłości. Bien sûr, pas de problème, odpowiedział, spoglądając ku nam. Allez-y, rzuciła mi krótko Chantal.

Chwilę później szedłem więc z Djamelem wysypaną drobnymi kamyczkami drogą do wielkiej bramy. Było ciepło i bardzo słonecznie. Djamel szedł boso. Zachwyciły mnie jego stopy: były piękne, większe niż moje, ale szczupłe, ich kształt wydawał mi się jakiś taki szlachetny, każdy palec – były długie – był piękny, wręcz elegancki. Ludzkie stopy tak często mnie odpychały, zwłaszcza męskie, wydawało mi się, że prawie zawsze są brzydkie, ale nagle przyszło mi do głowy, że może był to jeden ze sposobów, w jakie manifestowała się we mnie niechęć do mojego ojca. Ojciec z wiekiem stawał się dla mnie i dla mojego młodszego o rok brata coraz gorszy; gdy byliśmy nastolatkami, gnębił i upokarzał nas bezinteresownie, kiedy tylko wypatrzył taką możliwość, Krzyśka jeszcze bardziej niż mnie. W tym samym okresie zauważyłem, jak brzydkie są jego stopy, szerokie i obłe, jak z kluchy ciasta, z wyrastającymi z tych kluch parówkami ściśniętych palców – jakby obronna niechęć do niego, jaką reagowałem, żeby wydrzeć sobie trochę własnej przestrzeni wolnej od jego przemocy, zapisywała się w moim ciele w postaci takich dziwnych fizycznych repulsji. Czasem, samotnie zanurzony w wannie, w zamkniętej na blokadę łazience, zadawałem sobie z przestrachem pytanie, czy moje stopy też są tak brzydkie i niezgrabne, może są, tylko są moje, jestem do nich przyzwyczajony, więc tego nie dostrzegam? Czy ktoś kiedyś zapragnie mnie dotknąć, jeśli z zewnątrz moje stopy są równie odpychające, jak stopy mojego ojca dla mnie? Kiedy mieliśmy płyn do kąpieli, taki, który robi porządną pianę – nie zawsze mieliśmy, długo było ciężko i matka kupowała tylko rzeczy absolutnie niezbędne – oddychałem z ulgą, piana przykrywała wszystko, mogłem nie myśleć o stopach. Później, przestraszony siłą fizycznej tęsknoty, jaka porywała mnie czasem ku nielicznym pięknym mężczyznom lub chłopcom, którym udało się jakimś cudem pod kominami Huty Katowice nie zamienić w spopielałe maszkarony, na dystans od nich, w skorupie, która przeszkadzała mi w wyjawieniu komukolwiek, co naprawdę czuję, trzymał mnie czasem ten irracjonalny strach: może ma ładny uśmiech, ładne oczy, a nawet coś pięknego w sylwetce, ale co, jak zdejmie buty i zobaczę tam coś tak szpetnego jak grube, płaskie stopy mojego ojca? Adam był pierwszym chłopakiem, o którym pomyślałem, że nawet stopy ma piękne. Jego opalenizna, zupełnie jakby nie był z Polski, czyniła je jeszcze piękniejszymi. A teraz Djamel. Był tak piękny, w całości, bez wyjątku, że nawet jego stopy były przepiękne. Nic nie utrzyma mnie w skorupie, nic nie pomoże mi zabić w sobie tego pożądania, które zaczęło we mnie wierzgać na jego widok, wyrywać się z mego ciała ku niemu.

Byłem w butach, trochę nie mogłem się nadziwić, że można tak iść po tym żwirze na bosaka, jak gdyby nigdy nic, ale zamiast tego zapytałem, czy imię Djamel coś znaczy po arabsku. Djamel spojrzał na mnie, śmiejąc się, a słońce rozjaśniło jeszcze cudowniej jego bursztynowe oczy. To znaczy „piękno”, odpowiedział. Nie uważasz, że to kretyńskie tak się nazywać? Jak masz na imię, chłopczyku? Piękno! Kiedy się tak śmiał, prowadząc mnie do bramy, a przedzierające się przez liście drzew słońce muskało nagłymi, złocistymi błyskami jego twarz i włosy, wydawał mi się coraz piękniejszy. I nic w tym nie widziałem kretyńskiego, wręcz przeciwnie, zauroczyło mnie, że ten zachwycający młody mężczyzna ma na imię Piękno. Chyba wtedy właśnie wszystko zostało przesądzone: ostatecznie oszalałem na jego punkcie.

Tego dnia nie było gości na kolacji, tylko Chantal, jej matka, Djamel, Alexandre – i Dominique, która przyjechała po południu, na wypadek, gdyby operacja filmowcy miała czasem wymagać dodatkowej pomocnej ręki. Dominique była zapaloną kinomanką, siostrzenicą Michela, męża Chantal. Kolacja skończyła się szybko. Chantal i Dominique chciały iść wcześnie spać, dlatego Djamel i Alexandre postanowili pójść ze mną do Petit Château i zatrzymać mnie w barze przy czymś do picia.

Siedzieliśmy więc przy barze i gadaliśmy sobie. Pamiętam, że Alexandre zapytał, czy rozumiem Martine. Przyznałem, że nie zawsze. Wyjaśnił mi, dlaczego: ona mówi z bardzo silnym lokalnym akcentem, używa regionalizmów, nawet jemu zdarzało się jej nie rozumieć. Jednak Alexandre poza tym mówił niewiele, zawsze cichy i wycofany. To Djamel mówił więcej, usiadł na wprost mnie, ja stałem dla hecy za barem, jakbym w nim pracował. Alexandre nagle wstał i powiedział, że będzie już się zbierał.

Djamel został jeszcze ze mną, wziął nawet następną whisky. Przyglądałem się jego palcom obejmującym szklankę. Były delikatne, szczupłe, dłuższe od moich, nagle rozpaliła mnie myśl, że mogłyby mnie dotykać. Pytał mnie o różne rzeczy, o Polskę, co studiuję, o moich ulubionych filmowców. Zaczął mówić o swojej fascynacji Zwierciadłem Tarkowskiego, pamiętał nawet rosyjski tytuł tego filmu, mówił o tej scenie, w której ta piękna kobieta biegnie korytarzem wydawnictwa i nagle podskakuje do góry. Piękna kobieta – lubi kobiety, czy chce mnie wybadać, zastanawiałem się. Co chwilę żartował albo coś go bawiło. Co chwilę się śmiał – i cały czas mi się przyglądał. Cierpliwie mnie słuchał i pomagał znaleźć słowa, gdy mi ich brakowało. Potrafił do mnie mówić tak, że wreszcie wszystko rozumiałem. Nawet nieznane mi wcześniej francuskie słowa i zwroty w jego ustach stawały się jasne – przez kontekst, przez gest, który do nich dołączał, przez opisowe wyjaśnienie, które dorzucał, kiedy tylko dostrzegał, że czegoś nie zrozumiałem, a dostrzegał od razu. W końcu wstał i powiedział, żebym lepiej poszedł spać, bo nie chce być odpowiedzialny za moje zmęczenie jutro. Wyszedł, a ja wróciłem po schodach do siebie.

Czy zdołam odkupić śmiertelny grzech sprzed Sacré-Coeur? – zadawałem nocy pytanie, powtarzając w myślach to cudowne imię, Djamel, długo i raz za razem, i układając po francusku frazy, które mogły mi pomóc wyjawić mu, co czuję. Tu te rends compte que je raffole de toi?… Ukołysany marzeniem, że się jednak na tę odwagę zbieram, i że Djamel odpowiada uśmiechem, błyskiem w oku, je le savais, a zaraz potem uściskiem ramion, dotykiem ust, aż wreszcie całym sobą – zasnąłem.

Odkąd w zamku pojawili się filmowcy, mój czas upływał w nieregularny sposób. Każdego dnia liczba gości była inna, przybywało lub ubywało pokojów, którymi musiałem się zajmować. Czasem kolacja była dla siedmiu, innym razem dla kilkunastu osób. Jedne dni mijały mi w mgnieniu oka, gdy biegałem z góry na dół, inne ciągnęły się powoli, gdy trzeba było nadrobić zaległe żmudniejsze zadania, jak mycie okien. Azéma, Arditi, Rich, Gourmet, Podalydès – do jakiegoś stopnia mnie interesowali, zjadłem kiedyś śniadanie z Azémą, porozmawialiśmy o Znamy tę piosenkę i o czymś jeszcze, ale tak naprawdę żyłem dla wykradzionych pracy chwil, które udawało mi się spędzić z Djamelem. Jednego dnia udało mi się z nim zjeść śniadanie. Innym razem przysiąść na chwilę, żeby zapytać, co czyta. Przypadkowe spotkania na schodach, kiedy uśmiechał się do mnie swoim zachwycającym uśmiechem. Wreszcie kolacje, które jadał przy stole z Chantal, Dominique, Madame Zivi, z aktorami, w weekendy też z Michelem. Najbardziej wyczekiwaną sekundą każdej kolacji była ta, kiedy podchodziłem do Djamela i zgodnie z wskazaniami service russe pochylałem się nad nim od lewej strony, podsuwając mu jedno z dań. Wtedy przez chwilę mogłem poczuć zapach jego włosów (nieraz były mokre, bo często brał prysznic przed kolacją), patrzeć na jego szyję z bliska, z odległości kilku centymetrów. Żeby potem marzyć, że może niebawem coś się wydarzy i będzie mi dane znaleźć się z nim sam na sam, z dala od cudzych oczu, pokonać wreszcie dzielące nas kilka centymetrów i wtulić twarz w tę ciepłą szyję, pocałować piękną, ciemniejszą od mojej skórę, poczuć ją na policzku, poznać jej smak i teksturę. Nałożywszy sobie porcję, Djamel odkładał couverts de service i mówił zawsze Merci, Jarek, i to Merci, Jarek było jak pieszczota – tak mnie w skrytości rozpalało, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak wielką rozkosz mógłbym znaleźć w tych dłoni dotyku, w tych ust pocałunku. Czasem pachniał jeszcze papierosem, którego wypalił tuż przed kolacją, na zewnątrz. Ale gdy to Djamel pachniał tytoniem, nawet ten zapach był piękny.

Djamel, przypomnij mi, jak masz na nazwisko, poprosił nagle Michel swoim donośnym głosem. Djamel odpowiedział, było to długie kabylskie nazwisko. Bouba- co? Nie mógłbyś się nazywać po prostu Moreau, jak wszyscy? Nad stołem rozległ się gromki śmiech Michela.

W jeden gorący, słoneczny dzień wyszedłem na wysypaną kamyczkami dróżkę i zdjąłem buty, chciałem przejść się po nich tak jak Djamel – na bosaka. Nie dałem rady, wrzynały mi się boleśnie w stopy, zdołałem zrobić tylko kilka kroków. Jak on to robił? Któregoś z tych dni, gdy Michel był w zamku, szliśmy razem we trzech, z donżonu do Petit Château, Djamel znowu stąpał boso, i wtedy już nie mogłem powstrzymać słów podziwu. Tak, podziw to właściwe słowo. Djamel odpowiedział, że od dziecka często chodził boso, zwłaszcza latem w Algierii, dokąd jeździli całą rodziną na wakacje, więc się przyzwyczaił. Michel spojrzał na mnie przyjmując niespodziewanie filozoficzny wyraz twarzy, oczywiście dla zgrywy. Ils sont durs, les Arabes, c’est pour ça, powiedział z udawaną śmiertelną powagą, po czym wybuchnął donośnym śmiechem.

Algierskie pochodzenie Djamela było dla mnie jak odkrywanie nowego lądu. Lądu, który wabił ciepłem, zapachami, barwami – i tajemnicami. Dotychczasowe kilka tygodni pobytu we Francji już potrząsnęło wieloma moimi polskimi przyzwyczajeniami, wieloma pewnikami. Żeby cokolwiek zrozumieć ze świata, trzeba z Polski wyjechać, trzeba z niej wyjeżdżać. Co ja wiedziałem wtedy o Algierii? Typowe polskie pierdololo, zbitka mądrości mojego ojca, nauczyciela historii i jakiegoś programu w telewizji: że dla Francuzów Algieria była jak jedno z ich własnych „województw”, dlatego taki straszny ból im sprawiła jej utrata w tej całej wojnie. A Algierczycy co o tym sądzili, może by ktoś tym się trochę zainteresował? Dlaczego nikt w Polsce nie zadawał takich pytań? Dlaczego naród, który sam był podbijany i kolonizowany przez silniejszych sąsiadów, nie odczuwa minimum solidarności z Algierczykami, tylko się wzrusza „bólem” kolonizatorów i podziela ich rojenia o Algierii jako regionie Francji? To wszystko było dla mnie bardzo nowe, całkiem jak niezwykła uroda Djamela, i wchodziło w drżący rezonans z przejmującym mnie pragnieniem wyjścia w nieznane. Pragnieniem, które wciąż szukało sposobu wyrwania się ze swojego lochu, na intymne spotkanie z tym pięknym, o rok ode mnie starszym mężczyzną.

Wśród aktorów na zamku pojawił się niejaki George Aguilar, Amerykanin od lat żyjący we Francji. Nie tylko Amerykanin, najprawdziwszy Apacz! Niewysoki, ale silny, mocno zbudowany, prawdziwie byczy mężczyzna, o trudnym do odgadnięcia wieku – za sprawą długich, pięknych, gęstych kruczoczarnych włosów. Wcześniej widziałem takie tylko na zdjęciach mojej mamy z młodości i u Ewy, przyjaciółki z liceum. No i w filmach o Apaczach. Był ów Aguilar mężem Josiane Balasko, bardzo popularnej we Francji aktorki komediowej. I cierpiał na bezsenność.

Ze względu na tę przypadłość nie próbował nawet kłaść się spać przed trzecią w nocy, każdego wieczoru szukał kogoś, kto dotrzymałby mu towarzystwa, najlepiej sącząc jakiś trunek i grając w kości. Miał swoją ulubioną grę, wygrywał ją ten, kto pierwszy zdobył dziesięć tysięcy punktów. Aguilar stopniowo, wieczór po wieczorze, wciągnął do tej gry Djamela, Alexandre’a, Chantal, Michela, Dominique, kucharza Pierricka i niektórych z aktorów. Nawet sędziwej Madame Zivi zdarzyło się zagrać. Z Pierrickiem często przesiadywał do bardzo późna, ponieważ Pierrick też bardzo mało sypiał.

Po dwóch tygodniach pobytu Aguilara bakcyl gry w dziesięć tysięcy opanował cały zamek.

Była to pewnie sobota, spokojny weekend, aktorzy pojechali do domu, a do gospodarzy nie wpadli żadni znajomi, i w taką sobotę Djamel zawołał mnie po kolacji, żebym dołączył do nich w bibliotece pograć w kości. Przy stoliku siedzieli Chantal z Michelem, Dominique i Alexandre. Przytargałem sobie krzesło i się przysiadłem. Gra była prosta, do nauczenia w kilka minut i od pewnego momentu toczyła się niemal samoczynnie, bez konieczności myślenia, dlatego dawała tyle zabawy, nawet mimo zmęczenia, które mi jednak odrobinę dokuczało.

Graliśmy na okrągłej drewnianej piste, jak to nazywali, wyłożonej zielonym zamszem. Na leżącej na stoliku kartce zapisywaliśmy punkty. Michel zaoferował mi kieliszek oszałamiająco aromatycznego armaniaku, którym sam się już raczył. Djamel i Alexandre również częstowali się tym armaniakiem, Chantal piła swoją zwyczajową werwenę, a Dominique herbatę. Przegrywałem z kretesem. Co chwilę się z czegoś śmialiśmy. Sacré Jarek! – powtarzała Dominique z nieprawdopodobną uciechą za każdym razem, kiedy lądowałem znowu na samym dole tabeli.

Znacie w Polsce taką postać z programów dla dzieci, Casimir miał na imię, zapytał nagle Djamel, z błyskiem w oczach niczym dziecko, które przypomniało sobie o czymś fantastycznym. Nie kojarzyłem. Świetny program, chyba z dziesięć lat leciał, Casimir był pomarańczowym dinozaurem czy jaszczurem, i od dzieciństwa tak mam, że kiedy mowa o polskich imionach, to pierwszy przychodzi mi na myśl Casimir. To polskie imię, no nie? No, tak jakby, zaadaptowane trochę, po polsku brzmiałoby Kazimierz. O, szkoda, że tego nie znasz, było naprawdę zabawne, Djamel nie przestawał się uśmiechać.

Następnego dnia rano znalazłem się z nim w kuchni na śniadaniu sam na sam. Była niedziela, wszyscy inni jeszcze spali. Nawet Martine jeszcze nie przyszła do pracy, a Pierrick upiekł croissanty i małe pains au chocolat i wrócił do swojego pokoju. Tak więc siedzieliśmy przy stole tylko my, Djamel i ja, twarzą w twarz, popijając gorącą kawę i jedząc te pyszne croissanty. Piliśmy też sok z grejpfrutów, który wycisnąłem poprzedniego wieczora.

Od dzisiaj będę się do ciebie zwracał per Casimir, oznajmił Djamel, zanosząc się śmiechem. A ja będę cię nazywał Szwajcar, odpowiedziałem, również się śmiejąc. Ça veut dire quoi, „Szwajcar”? – co to znaczy? Ça veut dire un Suisse, odpowiedziałem, ale ma też inne znaczenie, to taki szyfr polskich imigrantów. Polacy, których poznałem w Paryżu i Aulney-sous-Bois, mówią tak między sobą o Arabach, zwłaszcza, gdy nie są sami, w publicznym miejscu. Po polsku Arab brzmi dokładnie tak samo, jak po francusku, Szwajcar to słowo zastępcze, zupełnie niepodobne, żeby można było swobodnie mówić o Arabach przy nich, bez ich wiedzy. A Polacy często mieszkają w tych samych tańszych dzielnicach, w których żyje także mnóstwo Arabów.

Djamela to bardzo rozbawiło. Powtórzył słowo “Szwajcar” kilka razy, jakby jego język i usta się nim bawiły. Podniecało mnie to do bólu, chciałem, żeby pobawiły się tak mną. Zdumiewająco dobrze je wypowiadał, byłem pod wrażeniem. Wyjaśnił mi, że wymowa w obcych językach przychodzi mu bardzo łatwo, bo wychował się w trzech jednocześnie, francuskim, arabskim i kabylskim. Mają one różne systemy fonetyczne, w arabskim i kabylskim są głoski, których nie ma we francuskim, i na odwrót. Od dzieciństwa umiał więc wypowiadać dużo więcej głosek niż jest w jednym języku, to było jak pula, z której można czerpać, wybierać, wyszukiwać, podchodząc do nauki kolejnych języków.

Kiedy obaj skończyliśmy jeść, podniosłem się i powiedziałem: OK, Szwajcar, muszę już iść, bo mam sporo pokojów do przygotowania na jutro. Zebrałem mój talerz, szklankę, filiżankę i sztućce, i chciałem sięgnąć po jego. Djamel jednak mnie powstrzymał i delikatnym ruchem wyjął mi wszystko z rąk. Pozwól mi dzisiaj posprzątać po tobie, powiedział z uśmiechem. Nie no, nie wygłupiaj się. Nie wygłupiam się, całymi dniami sprzątasz po wszystkich, ja mogę raz posprzątać po tobie. Zebrał wszystko. Chodziło tylko o włożenie tego do zmywarki, ale spontaniczna szczerość tego gestu mnie rozbroiła. Podziękowałem mu i poszedłem wziąć się za pokoje dla aktorów, nazajutrz do ekipy zdjęciowej miał dołączyć sam Michael Lonsdale. Kiedy odchodziłem, czułem się, jakby połowa krwi spłynęła mi do podbrzusza i pulsowała pasją rozbudzoną tym niespodziewanie zachwycającym początkiem dnia, kilkoma chwilami, w których Djamel był cały tylko dla mnie.

W ciągu dnia, kursując między donżonem a Petit Château z wymianą ręczników i prześcieradeł, widziałem Djamela siedzącego przy stoliku w ogrodzie i rozmawiającego z Madame Zivi. Już kilka razy widziałem ich pogrążonych w rozmowie, wyglądało na to, że Djamel zaprzyjaźnił się ze staruszką, którą jej własna rodzina uważała za bardzo trudną osobę. Widać było, że towarzystwo Djamela sprawia Madame Zivi ogromną radość, coś ją w nim intrygowało, coś ją do niego przyciągało – dało się to wyczytać z jej oczu za każdym razem, gdy Djamel był z nią przy stole. Ta jego zdolność do zaprzyjaźnienia się z trudną staruszką była dla mnie kolejnym powodem do zachwytu.

Wieczorem po pracy zabrałem wielki worek z kuchennymi śmieciami i wyniosłem go na zewnątrz. Trzeba go było dotaszczyć aż na tyły Petit Château. Idąc wzdłuż jego murów zobaczyłem światło w salonie zwanym barem, a w środku Djamela i Alexandre’a. Rozmawiali o czymś, zmierzając ku łaźni tureckiej: Djamel żywo i energicznie, Alexandre, jak zawsze, trochę zgaszony. Zaniosłem śmieci na miejsce, odstraszając jakieś zwierzę, może lisa, może łasicę. Szybkim krokiem wróciłem do donżonu, żeby sprawdzić, czy coś jeszcze zostało do zrobienia i powiedzieć dobranoc Martine, Chantal i Michelowi. Chciałem się uwinąć jak najszybciej, biegłem prawie, żeby zastać jeszcze Djamela w Petit Château. Byłem podekscytowany, bardziej niż się spodziewałem, bardziej niż byłem na to przygotowany – nie będzie to spotkanie sam na sam, ale jednak spotkanie, i wszystko będzie wyglądać najzupełniej naturalnie, bo przez salon zwany barem wiodła droga do mojego pokoju.

Kiedy tam dotarłem, Djamel i Alexandre byli w hammamie. Dobiegało stamtąd światło, z wąskiego korytarzyka korytarza wymykało się trochę pary, słyszałem ich głosy. Zrobiłem sobie campari z tonikiem, moje odkrycie tamtego lata. Nie czekałem długo, Alexandre wyszedł z hammamu kilka minut później, w kąpielówkach. Zapytał, czy pójdę z nimi na basen, chcą się wykąpać w świetle księżyca, powietrze na zewnątrz wciąż jest przyjemnie ciepłe. To dlatego porte-fenêtre do ogrodu były już otwarte. Odmówiłem, późno już, muszę jutro wcześnie wstać. Tak naprawdę zdjął mnie lęk przed odsłonięciem mojego chudego, niewydarzonego ciała przed Djamelem, obawiałem się, że nie opanuję wzwodu, i że Alexandre będzie temu świadkiem, a ja najdosłowniej spalę się ze wstydu, nawet zanurzony w wodzie.

Alexandre wyszedł na zewnątrz i wskoczył do wody. Wtedy z hammamu wybiegł Djamel – był całkiem nagi. Moje gardło, serce i żołądek zalała gwałtowna, gorąca fala pożądania. Casimir! Viens avec nous!, krzyknął, śmiejąc się, przebiegł obok mnie, wybiegł na zewnątrz i z krzykiem wskoczył do basenu. Jego nagie ciało było przepiękne – skóra jakby z nutą cynamonu, czarująco, dyskretnie ciemniejsza od mojej smutnej bladości, gładki brzuch, szeroka pierś, zaskakująco muskularne pośladki i uda. Widziałem nawet jego przyrodzenie, większe i piękniejsze od mojego. Jak to zrobić, co mogę zrobić, skąd wziąć odwagę, żeby poznać dotyk, uścisk, nagość tego ciała, et la façon de laquelle il fait l’amour? Zdjął mnie zachwyt i ścisnął ból. Poczułem się przy nim zupełnie nieadekwatny, nieudany, jakby on miał wszystko, czego mi brakowało. Ja byłem blady i chudy, moje mizerne ciało ważyło pięćdziesiąt sześć kilogramów – nie lubiłem go odsłaniać, bo czułem się, jakbym wystawiał na pokaz wszystkie swoje słabości. Djamel był piękny, silniejszy, bardziej wysportowany, i bez wstydu czy obaw rozbierał się do naga i kąpał się w odkrytym basenie. Pomyślałem o jego chodzeniu boso po kamyczkach, które mnie tak boleśnie wrzynały się w stopy. Wydawał mi się bliższy naturze, w zgodzie z własnym ciałem, znacznie piękniejszym i bardziej męskim niż moje, ciałem, nad którym panował. Jakżeż ja pragnąłem czuć się tak dobrze i u siebie we własnym ciele – czy do tego można dorosnąć, nauczyć się tego? Pomyślałem, że właśnie ciało Djamela mogło mnie tego nauczyć. Jego uścisk, jego pieszczoty, nieskończona rozkosz, jakiej – wiedziałem to – doświadczyłbym za jego sprawą, gdyby tylko ten przepiękny francuski Kabyl odwzajemnił moje pragnienie, mogły sprawić, że stanąłbym wreszcie mocno na dwóch nogach i patrzył prosto przed siebie, wszystkim w oczy, jak mężczyzna, a nie jak przepraszająca, że żyje łajza.

Tej zgodzie z własnym ciałem, wygodzie we własnym ciele, które w nim widziałem, nie stał na przeszkodzie jego intelektualizm, oczytanie, studia filozoficzne, wieczne towarzystwo książek. Nie przeszkadzały mu one w błyskawicznym nawiązywaniu kontaktu z bardzo różnymi ludźmi, wszyscy od razu go lubili, Chantal, Michel, Madame Zivi, aktorzy, Martine. Z dystansu mojej własnej nieśmiałości, prześladującego mnie wrażenia, że jestem notorycznie przez otoczenie niezrozumiany, że nikomu specjalnie nie zależy na moim towarzystwie – zazdrościłem mu tego ogromnie. Kiedy byłem młodszy, miałem lat naście, zaszywałem się sam w kącie z książką lub filmem i myślałem, że tak to jest, kiedy się tak bardzo lubi książki i dziwne filmy, że to jest cena za przyjemności przez książki i dziwne filmy oferowane, że kto ma takie tęsknoty, zawsze jest trochę samotny, trochę nie przystaje. Djamel, jak nikt wcześniej w moim życiu, dowodził, że to nieprawda, a ja płonąłem pożądaniem.

Wyszedłem za nimi z moim campari z tonikiem, żeby porozmawiać, a naprawdę żeby wykraść trochę więcej widoku nagości tego tak przeze mnie upragnionego ciała. Było ciemno, ale do basenu docierały smugi światła, łamiąc się na wzburzonej powierzchni wody, odsłaniały nagłymi błyskami fragmenty nagości Djamela, jego pośladki, udo, łydkę, czasami nawet przyrodzenie. Jego ciało pokrywało niewiele włosów: trochę na przedramionach i łydkach, trójkąt nad przyrodzeniem i smużka biegnąca od podbrzusza ku pępkowi, ale wygasająca, zanim zdążyła dosięgnąć celu. Zapytałem, czy nie jest im za zimno. Zaraz wychodzimy, zaśmiał się Djamel. Alexandre potwierdził i wyszedł z wody, kierując się z powrotem do baru.

Djamel podpłynął do brzegu basenu i oparł się łokciami o jego krawędź, wynurzając pierś. Musiał zdjąć gumkę albo zgubił ją w wodzie, bo włosy miał rozpuszczone, lepiły mu się, mokre, do szyi i pleców. Nie chcesz się wykąpać, Casimir? – śmiał się. Nie, Szwajcar, nie chcę, śmiałem się również. Pożądałem go w tamtym momencie bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Długie, mokre włosy przypomniały mi Adama, kiedy wracał na brzeg z Adriatyku. Djamel nie był do niego podobny, tylko te mokre włosy – kiedy były suche, miały nawet inny kolor, Djamela były jaśniejsze. Ale myśl o Adamie uświadomiła mi, że to co czułem do Djamela było zupełnie innym porządkiem pożądania, innym niż cokolwiek, czego dotąd w życiu doświadczyłem. Adam wydawał mi się zachwycający, czekałem na każdą chwilę, kiedy mogłem cieszyć się jego widokiem i towarzystwem, czasem, gdy znalazłem się zbyt blisko i robiło się zbyt intymnie, serce biło mi szybciej i krew spływała mi do podbrzusza. Pożądanie, które czułem do Djamela, było bardziej jak pożar lasu, przeszywało mnie nagłym wstrząsem, jakby wnętrzami wszystkich moich żył ktoś okrutnie przeciągał druty kolczaste. Miałem wrażenie, że z tego niewyrażonego pożądania rozpadnę się zaraz w drżącą maź, która spłynie chaotycznie do tego basenu. Kiedy będę mógł mu powiedzieć, jak bardzo go pragnę? Djamel wynurzył się z wody i wyskoczył na brzeg. Stanął wyprostowany i zasłonił obiema dłońmi swoje nieobrzezane przyrodzenie. Chodźmy do baru, Casimir, napijemy się jeszcze. I pobiegł do środka, ja poszedłem za nim, nie mogąc wzroku oderwać od jego jędrnych, gładkich, przepięknych pośladków. Dlaczego nie był obrzezany, czyżby Kabylowie różnili się pod tym względem o reszty muzułmanów? – intrygowało mnie, ale oczywiście nie odważyłbym się zapytać go ot tak o jego członka.

Czego się napijesz, Szwajcar, zapytałem, Jakiejś whisky, bourbona. Alexandre pił już piwo. Nalałem Djamelowi Four Roses i postawiłem szklankę na blacie. Djamel wrócił z hammamu z ręcznikiem zawiniętym wokół pasa. Z włosów kapała mu woda, krople spływały po jego ramionach i klatce piersiowej. Jedna zawisła na chwilę na jego sutku, wzbudzając we mnie kolejną falę pożądania. Jak ja chciałem ją stamtąd zetrzeć! Usiadł, nogi wyciągnął do przodu, krzyżując łydki. Jakże piękne były to łydki! Można by pomyśleć, że był tancerzem, tak były piękne. W przeciwieństwie do reszty ciała były trochę owłosione. Były to włosy miękkie, niezbyt gęste, woda sklejała je w małe strzałki podążające w dół, w stronę stóp o zachwycająco wąskich przegubach. Spojrzałem na jego dłonie, w jednej trzymał whisky, palce miał długie, delikatne – i wtedy mi powiedział, że podobnie jak ja, nie poszedł na studia prosto po liceum, ale inaczej niż ja, wyniósł się od razu od rodziców, z Tuluzy do Paryża, byle dalej od swojego ojca. Też inaczej niż ja, chwycił się od razu bardzo „męskiej” pracy, takiej, do jakiej najczęściej trafia młody chłopak z algierskiej rodziny – na budowie. Gdzie zresztą poznał wielu Polaków, Boże, jak oni pili, śmiał się, ale ta praca jest tak ciężka, że trudno to przetrwać bez alkoholu. Patrzyłem na te jego delikatne, smukłe dłonie, marzyłem, żeby moja szyja była na miejscu tej szklanki, i nie mogłem tego pojąć – skazanie takich dłoni na udrękę pracy z pustakami, betonem i zbrojeniami wydawało mi się zbrodnią, zamachem na, nomen omen, Piękno. Na szczęście Djamel wtedy zrozumiał, że chce czegoś innego od życia i zapisał się na studia. We Francji są za darmo, powiedział mi, wnosi się tylko niewielkie wpisowe.

Alexandre się do nas przysiadł, musiałem się pilnować, żeby nie robić zbyt maślanych oczu, nie ośmieszyć się.

tors czarno białe

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Wątpliwości birmańskie

Wielkie światowe media, międzynarodowe instytucje i tzw. światowa opinia publiczna zapałały w ostatnich miesiącach niespodziewanym oburzeniem wobec przemocy, jakiej ofiarą pada lud Rohingja, muzułmańska mniejszość etniczna w Mjanmie do niedawna znanej jako Birma. Wyrazy potępienia uderzają w Aung San Suu Kyi, de facto przywódczynię kraju, dzielącą dziś władzę z wojskowymi, przeciwko rządom których niegdyś protestowała. Suu Kyi do niedawna była świętą krową zachodniego liberalnego mainstreamu, laureatką Pokojowej Nagrody Nobla (1991), celebrowaną przez BBC i CNN, nawet bohaterką filmowego kiczu Luca Bessona z Michelle Yeoh w roli głównej, The Lady (2011). Choć powody do zarzutów pod adresem jej formacji politycznej, Narodowej Ligi na rzecz Demokracji, mnożyły się już od dawna – nawet ta konkretna kampania przemocy w stosunku do Rohingja ciągnie się co najmniej od 2012 roku – dopiero w 2017 stało się to wszystko nagle przedmiotem zainteresowania całego świata. W błyskawicznym tempie zebrano na całym świecie 400 tys. podpisów pod petycją o odebranie jej Nagrody Nobla.

Mjanma/Birma jest mało znanym w Europie krajem, utrzymującym wątłe stosunki polityczne i kulturalne z większością krajów Zachodu; jej języki, historia, kultura i zawiłości polityczne są w świecie euroatlantyckim znane tylko wąskiemu gronu specjalistów, w wielu krajach do policzenia na palcach jednej ręki. Większość z nas nie wie o tym kraju prawie nic. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy mieli zastrzeżenia i mieli się na baczności, gdy tak błyskawicznie zmieniła się obowiązująca wersja „prawdy” na temat kraju i jego obecnej politycznej przywódczyni.

Liberałowie i hipokryci

Oczywiście, Suu Kyi okazała się hipokrytką. Choć tak naprawdę może zawsze nią była, i być może dlatego właśnie tak bardzo zakochany był w niej zachodni liberalny mainstream. Metody non-violence w wydaniu Aung San Suu Kyi obowiązują słabych w starciu z silniejszymi, ofiary w konfrontacji z opresorami, lud wobec państwowego i militarnego aparatu represji – ale już nie w odwrotnych kierunkach. Może zawsze chodziło o to, żeby Suu Kyi i jej polityczni koledzy byli bezpieczni, kiedy już dogadają się z Tatmadaw (wojskowymi) i staną częścią aparatu władzy. Dla zachodniego liberalnego mainstreamu jej jednokierunkowy pacyfistyczny prawdopośrodkizm był też pewnie najlepszą gwarancją na zwiększony dostęp do owoców dzikiego birmańskiego kapitalizmu, gdy nastąpią jego „liberalizacja” i „otwarcie” opatrzone wizerunkiem pięknej, filigranowej postury „demokratycznej przywódczyni”.

Oczywiście, powinniśmy demonstrować nasze oburzenie, gdy przywódcy polityczni, których popieraliśmy, udzieliliśmy kredytu zaufania, którym uwierzyliśmy na przykład w to, że wartością, w którą wierzą, jest pokój, deklarowanym wartościom się sprzeniewierzają. Ale kiedy na celowniku takich petycji i fal oburzenia znajdują się tylko przywódcy zdemolowanych kolonialną i neokolonialną grabieżą słabych państw Trzeciego Świata (i Czwartego, jak chcą niektórzy), to ta praktyka też staje się, koniec końców, jaskrawą hipokryzją. Inny laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Barack Obama, kontynuował wszystkie wojny odziedziczone po swoim poprzedniku Bushu młodszym, zaczął kilka następnych, jako jedyny amerykański prezydent był w stanie wojny od pierwszego do ostatniego dnia swoich dwóch kadencji, a także rozpętał na niewyobrażalną wcześniej skalę największą kampanię terrorystyczną XXI wieku, globalną kampanię zabójstw przy użyciu dronów. Gdzie było 400 tys. podpisów, żeby odebrać mu Pokojową Nagrodę Nobla?

Jak długo do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, czystki etniczne, zbrodnie przeciwko ludzkości nie zaczniemy wzywać Bushów, Blairów, Obamów, Sarkozych i Netanjahów tego świata, a jedynie śniadych lub ciemnoskórych polityków na wpół upadłych państw Afryki czy Azji, tak długo te wybiórcze namiętności do „praw człowieka” nie będą miały wiele wspólnego ze sprawiedliwością, dużo za to z neokolonialną dominacją.

Przemoc, motywy i ofiary

Jak to się stało, że przemoc, przed którą uciekają Rohingja, potrzebowała niemal pięciu lat, żeby zwrócić uwagę Zachodu i „społeczności międzynarodowej”?

Liberalna fantazja o kryształowej pacyfistce Aung San Suu Kyi, odegrała tu ogromną rolę, ale ona sama mogłaby nie dać rady. Innym ważnym czynnikiem jest dystrybucja ról Dobrych i Złych Innych w orientalistycznym rozdzielniku rasistowskiej zachodniej wyobraźni. Co najmniej od kryzysu naftowego lat 70. XX w. muzułmanie i Arabowie wysunęli się na czoło tych Złych, ale wzorowy euroatlantycki liberał nie lubi, zwłaszcza przed samym sobą, przyznawać się do swojego rasizmu, potrzebuje więc także Dobrych Innych, których używa sobie za dowód, że przecież lubi, ceni i szanuje, a nawet się fascynuje, niektórymi odległymi kulturami. W głównych rolach Dobrych Innych obsadzeni zostali wyznawcy hinduizmu i buddyzmu, którym new age’owe zaczadzenie przypisuje, z lekceważeniem faktów takich jak rola buddyzmu zen w japońskim faszyzmie czy pogromy muzułmanów w najnowszej historii Indii, immanentny pacyfizm oraz umiłowanie do zgody między ludźmi i pomiędzy ludźmi a światem przyrody.

Ale tak jak podejrzane były całe lata ignorowania przez społeczność międzynarodową przemocy uderzającej od lat w mniejszości etniczne w różnych częściach Birmy (nie tylko w stosunku do Rohingja), tak czujność naszą powinna budzić również obserwowana dzisiaj niespodziewana zmiana wiatru. Jak wiele masowej przemocy w odległych częściach świata nie przebiło się nigdy na pierwsze strony „New York Timesa”, na czołówki serwisów BBC i do uwagi „społeczności międzynarodowej”, jeżeli przemoc ta nie miała znaczenia geopolitycznego, jeżeli jej podniesienie nie wpasowało się akurat w interes któregoś z mocarstw? Mieszkańcy Demokratycznej Republiki Konga czy niedawno Mosulu coś o tym wiedzą. Czy, w takim razie, mamy dzisiaj do czynienia z nagłym ogólnoświatowym przebudzeniem sumień, czy z tym, że przemoc w Mjanmie zyskała nagle dla kogoś znaczenie geopolityczne?

Raport Saskii Sassen, wybitnej holendersko-amerykańskiej badaczki globalnych ekonomicznych i demograficznych fluktuacji współczesnego kapitalizmu, opublikowany na łamach brytyjskiego „The Guardian”, był pierwszą, jaką znalazłem, publikacją w anglojęzycznych mediach głównego nurtu, która dopisywała do kryzysu w Mjanmie szerszy kontekst. Sassen zwraca uwagę, że w Birmie ludzie uciekają z wiosek od lat, i że stoi za tym, właściwa też innym miejscom w Azji i nie tylko, ekspansja wielkich inwestycji nastawionych na wydzieranie ziemi jej bogactw naturalnych, surowcowych – w tym celu zainteresowane przemysły muszą najpierw wydrzeć ziemię społecznościom, które dotąd żyły z jej uprawy. Sassen podaje, że ta ekonomicznie inspirowana przemoc zaczęła się już w latach 90. XX w., pod rządami junty, uderza w osady muzułmańskie i buddyjskie – nie jest prawdą, że jest wycelowana wyłącznie w Rohingja jako mniejszość muzułmańską.

Zapewne wysłannicy kapitału mobilizują religie, żeby podsycać napięcia i mistyfikować w świadomości zmuszanych do ucieczki wieśniaków prawdziwe stawki tej operacji. Biedacy pozabijają się, pospalają sobie nawzajem wioski o bóstwa, proroków i demony, zostawiając pustą ziemię, na której w przyszłym roku wyrośnie tu gazociąg, a tam kopalnia jadeitów.

Ale dlaczego nic z tego, że chodzi o ziemię, i że nie tylko Rohingja padają ofiarą przemocy, nie przebija się do większości zachodnich mediów? Dlaczego na ekonomiczny kontekst zwraca uwagę Al Jazeera English, ale CNN już nie? Wiemy, dlaczego ekstrakcyjny kapitał chce, żeby wypędzani i wypędzający wieśniacy i szeregowcy w mundurach myśleli, że chodzi o religię – ale dlaczego Zachodnie media, tak daleko od sporów między birmańskimi buddystami i muzułmanami, chcą, żebyśmy i my wierzyli, że w Mjanmie rozgrywa się konflikt o podłożu wyłącznie etniczno-religijnym, a nie konflikt o ziemię, o jej koncentrację w rękach przemysłów wydobywczych? Żebyśmy my także – choć obojętne nam są ich odległe teologiczne namiętności – nie zrozumieli nigdy, co tam się dzieje?

Zasada nieufności

Serwisy informacyjne wydawane w Azji, np. „Asia Times” z Hongkongu, podają tymczasem wiadomości niepokojąco czasem trudne do wpisania w narrację, jaką opowiadają nam media na Zachodzie. Że zbrojna organizacja przedstawiająca się jako reprezentująca wolnościowe dążenia Rohingja, ARSA (Arakan Rohingya Salvation Army), dopiero całkiem niedawno – w 2016 – zmieniła nazwę, żeby schować przed zachodnimi mediami swój fundamentalistyczny religijny rodowód. Pierwotnie nazywała się Harakah al-Yakin („Ruch Wiary”). Że wbrew temu, co mówią jej przywódcy, organizacja ma związki z dżihadystami w Pakistanie, a jej przywódca, Ataullah abu Ammar Junjuni, znany także jako Hafiz Tohar, kształcił się w Arabii Saudyjskiej. Że stosuje taktyki, które są obliczone na to, że birmańskie wojsko w odpowiedzi uderzy w cywili – wbrew tradycji walk separatystycznych w innych częściach kraju, wojownicy ARSA mieszają się z cywilami, ubierają się tak jak oni, itd. Że jeden z przywódców tej organizacji istnieje tylko pod pseudonimem Sharif i nigdy nie występuje w jej propagandowych materiałach wideo, podobno dlatego, że ma zbyt wyraźny obcy akcent (wskazujący na urdu, język urzędowy Pakistanu, jako prawdopodobny pierwszy język). Że w mediach społecznościowych rzekomo oddolna chłopska organizacja posługuje się zaskakująco dobrym angielskim.

Jak większość z nas, nie dysponuję zasobami, żeby sprawdzić, ile z każdej wersji wydarzeń ma pokrycie w rzeczywistości, ale dość jest tego, żeby podejrzewać, że coś tu śmierdzi, że wersję wydarzeń, którą sprzedają nam korporacyjne zachodnie media może od rzeczywistości dzielić kilka stopni oddalenia. Dlatego właśnie, że nie dysponujemy środkami, żeby zweryfikować większość z tego, co nagle słyszymy o Mjanmie, i że jest to kraj tak mało znany, musimy być podejrzliwi, trzymać się zasady nieufności. Tym bardziej, że do grona przebudzonych obrońców Rohinjów dołączył nagle – surprise, surprise! – Bernard-Henri Lévy, który ostatnie kilkadziesiąt lat życia spędził jako „intelektualny opiekun” francuskich islamofobów i zawodowy podżegacz wojenny. Oczywiście, każdy ma prawo wierzyć w jego nagłą moralną przemianę – podobnie jak w jednorożce i krasnoludki.

A co, jeśli to nie przypadek, że Mjanma zbliżyła się w ostatnich latach do Chin i z nimi postanowiła robić swoje najbardziej spektakularne interesy? Miały być dostawy birmańskiego gazu do Chin, ale także rurociąg przerzucający przez Mjanmę do Chin ropę i gaz docierające tam z krajów Zatoki Perskiej – znacznie skróciłoby to czas podróży cennych surowców energetycznych do Państwa Środka, które jak dotąd musi czekać, aż pokonają one drogę morską przez Singapur i Morze Południowochińskie.

Co, jeśli to nie jest przypadek, że nagłe odkrycie przez „społeczność międzynarodową” przemocy w Mjanmie, skupione tylko na jednej grupie etnicznej, zbiega się w czasie z wielką geopolityczną porażką Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, czyli niemal pewną już klęską operacji obalenia Baszszara al-Asada w Syrii, a także z intensyfikacją napięć z Koreą Północną? Asadowi być może już tylko kilka bitew zostało do wygrania (z pomocą Rosji) wojny ze sponsorowanymi przez Zachód, arabskie monarchie i Izrael dżihadystami – jeśli tak się w istocie stanie, to Waszyngton być może będzie musiał pogodzić się z tym, że doktryna wymiany reżimów osiągnęła swój kres przynajmniej na Bliskim Wschodzie, no chyba że za cenę wojny z Rosją. Jednak Hillary Clinton, kandydatka tych sektorów amerykańskiego kompleksu wojenno-zbrojeniowego i wielkiej amerykańskiej burżuazji, które grały na zbrojną konfrontację z Rosją (dlatego jej kampanię finansowało 9 z 10 największych korporacji zbrojeniowych), przegrała amerykańskie wybory prezydenckie, oddając Biały Dom Donaldowi Trumpowi, a ten postawił na normalizację stosunków z Rosją (jedyny racjonalny element jego „programu politycznego”). Ale pozycja Trumpa w Białym Domu jest słaba i pod ostrzałem z wielu stron („zawdzięcza swoje stanowisko Putinowi”). Co, jeśli dla Trumpa sposobem na zażegnanie wojny z Rosją i jednocześnie utrzymanie się u władzy była złożona kompleksowi wojenno-zbrojeniowemu obietnica stworzenia możliwości wojny gdzie indziej, rozbicia eurazjatyckiego sojuszu Moskwa-Pekin-Teheran przez uderzenie nie w Rosję, a w Chiny, zaczynając od ich bezpośrednich sąsiadów i partnerów (ekonomicznych i politycznych): Korei Północnej i Mjanmy?

Żeby nie było wątpliwości: musimy być krytyczni wobec Aung San Suu Kyi, która jest prawdopodobnie winna co najmniej ciężkiego zaniechania i od dawna miała swoje za uszami, jeśli chodzi o mniejszości etniczne w swoim kraju. Ale to nie zwalnia nas od innych kierunków naszego krytycyzmu i naszej podejrzliwości. Aung San Suu Kyi jest hipokrytką, a jej Liga od dawna wypłukana z jakiejkolwiek wartościowej politycznie treści. Ale to nie znaczy jeszcze, że Suu Kyi jest wszystkiemu winna – przemoc w Birmie zaczęła się dużo wcześniej niż Suu Kyi zdobyła władzę. Niekoniecznie to też znaczy, że intencje jej nagłych możnych krytyków są takie szczere, za jakie się przebierają.

Być może staje się Suu Kyi na naszych oczach kolejnym Saddamem Husajnem, dawną pupilką i pieszczochą Zachodu, wspieraną szerokim strumieniem amerykańskich pieniędzy, która wypadła z łask, kiedy przytuliła się do kogoś innego niż Waszyngton – kiedy swoje interesy postanowiła robić po swojemu, a nie pod dyktando Białego Domu i Wall Street. W międzyczasie Zachodni liberał wpada w pułapkę wyrzutów swojego sumienia: po dekadach islamofobii, które obróciły w gruzy jeden muzułmański kraj za drugim i przyłożyły się do eskalacji rasowej i religijnej przemocy w USA i Europie, może teraz pocieszyć się, że on przecież nie jest rasistą, nie jest islamofobem, bo zapłakał właśnie nad muzułmanami z Mjanmy, nawet podpisał petycję w internecie. A kiedy Waszyngton pod przykrywką jakiejś międzynarodowej koalicji usunie już Suu Kyi, w międzyczasie przechrzczoną na „azjatyckiego Hitlera w spódnicy”, a kolejny milion ludzi zginie w kolejnej „humanitarnej interwencji zbrojnej”, proces grabieży ziemi będzie się posuwał dalej, tym razem na korzyść amerykańskiego i może brytyjskiego przemysłu – niezagrożony, nierozpoznany, bo my, podobnie jak birmańscy chłopi, dawaliśmy sobie przez cały czas mydlić oczy, że chodziło o religię.

 

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na łamach portalu Strajk.eu 3 października 2017.

Fotografia: Htoo Tay Zar – zasady użytkowania: Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=19252538, modyfikacje: zdjęcie przycięte od góry i dołu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

„Papier w dole” nr 4-5 (2017) dostępny online

Art-zine literacki „Papier w dole” nr 4-5 (2017) jest już dostępny także online, na Issuu.

W numerze m.in. fragment roboczej wersji mojej wciąż poddawanej obróbce powieści Nirvaan. Dwa inne fragmenty (wciąż w roboczej postaci) wrzuciłem już tutaj i tutaj. Fragment wybrany przez radakcję „Papieru”, jest znacznie bardziej od tamtych pornograficzny, co mam nadzieję zachęci Was do rzucenia okiem i da nieco pełniejsze wyobrażenie, czego się spodziewać po całości.

Towarzystwo Pasoliniego, nie ukrywam, bardzo przyjemne.

pwd