Kino skandynawskie i struktura czasu w sagach islandzkich

Moja praca magisterska (ukończona i obroniona w 2005 na Uniwersytecie Śląskim, pod opieką promotorską dr Kariny Banaszkiewicz) to było duże jak na pracę magisterską tomiszcze, poświęcone narracjom kina skandynawskiego. Dzisiaj się niemal śmieję na myśl o niej, bo pisałem ją trochę tak, jakbym chciał o tym kinie skandynawskim napisać absolutnie wszystko, co wiem i próbuję się dowiedzieć/zrozumieć, na dodatek wszystko na raz. Jak sobie o tym czasem później pomyślałem, to też nie wykluczałem, że kilka rzeczy poprzepychałem tam zupełnie na siłę, a w każdym razie, hm, niekoniecznie udowodniłem przekonująco. Poza tym była ona, z perspektywy moich późniejszych zainteresowań, szokująco „niepolityczna”. Ale „przerobienie” interesującego mnie materiału i uporządkowanie go w jakąś – nomen omen – narrację, było na pewno ważnym etapem mojego uczenia się.

Przypomniał mi się ostatnio fragment o strukturze czasu w kinie skandynawskim – która mnie się wówczas wydała wyraźnie zadłużona w strukturze czasu średniowiecznych sag islandzkich – i pomyślałem, że to jedna z tych kilku rzeczy z niej (tj. mojej pracy magisterskiej), które mogą się jeszcze komuś do czegoś przydać. Choćby, żeby sprawdzić, czy miałem rację.

Więc wklejam.


Czas narracji w sagach

A. CHRONOLOGIA I „ROZSPACJOWANIE”

Na czym polegała specyfika funkcjonowania czasu w sagach, która tak mocno, w moim odczuciu, matrycuje konstrukcje temporalne skandynawskich narracji filmowych? Powołując się na van der Toorna[1], Aron Guriewicz pisze:

Wiele wskazań o czasie i o chronologicznych powiązaniach znajdujemy też w rodowych sagach islandzkich. Brak w nich jednakże prawie zupełnie bezspornych danych o czasie trwania opisywanych wydarzeń – przeważnie jest on nieokreślony i niejednokrotnie trudno jest określić, ile lat dzieli jedno wydarzenie od drugiego[2].

Czas ten opisuje Guriewicz jako „rozspacjowany”. W tej konstrukcji wybiera się z osi czasu historycznego jedynie pewne wycinki, w których miały miejsce istotne, zdaniem narratora, wydarzenia i łączy je ze sobą, skleja, opowiadając te epizody jeden za drugim (chronologia odgrywała w islandzkiej literaturze ogromną rolę[3]). Opowiadacz lekceważy np. nie tylko to, co działo się pomiędzy opisanymi zdarzeniami, ale również i to, ile czasu pomiędzy nimi upłynęło, nie dba też o zachowanie proporcji poszczególnych realistycznych sekwencji zdarzeń pomiędzy sobą, ani o proporcje odległości temporalnej pomiędzy poszczególnymi opowiadanymi zdarzeniami. Dla przykładu Saga rodu z Laxdalu opowiada w niemal trzech czwartych swej objętości czas życia Gudrun, także losy jej synów i ukochanych, podczas gdy losy jej przodków zajmują znacznie mniej miejsca. Ważna jest kolejność, następstwo kolejnych etapów życia, kolejnych pokoleń. „Czas – to współdziałanie ludzkich pokoleń zmieniających się i powracających na podobieństwo pór roku”[4].

B. CZAS SAGI A CZAS EPIKI FEUDALNEJ

W jakimś stopniu jest to zjawisko równoległe do opisanego przez badaczy innych średniowiecznych literatur czasu „punktowego” lub „poruszającego się skokami” (punktuelle Zeit, sprunghafte Zeit)[5].

W poetyckiej narracji czas nie jest zorganizowany w proces ciągły, poszczególne jego momenty nie są ze sobą powiązane, a życie oglądamy jako luźne wydarzenia, nie zsynchronizowane ze sobą w czasie[6].

W literaturach kultur feudalnych jest jednak szereg subtelnych, ale zasadniczych różnic. Przede wszystkim

człowiek u tych poetów nie ma indywidualnej przeszłości, teraźniejszości czy przyszłości, nie jest istotą historyczną. […] Między faktami, które pojawiły się wcześniej, i wydarzeniami, które miały miejsce później, nie było żadnej więzi wynikającej z następstwa w czasie[…]. Takie widzenie, ignorujące rozwój, stawanie się, rozmieszczało cząstki czasu w płaszczyźnie przestrzennej, przez co czas wydaje się «skaczącym», a bohaterowie poezji rycerskiej nie starzeją się i w ogóle się nie zmieniają[7].

Są od razu gotowi w swym heroizmie i doskonałości i tylko je w swych przygodach realizują i wypełniają. (Dopiero od XIII wieku zaczyna się jakaś ewolucja stosunków czasowych w tych literaturach[8].)

Można uważać, że miało to związek z faktem, iż literatura ta była wytworem dominującej klasy społecznej, która wobec swego wyjątkowego statusu (niewielka liczebność i koncentracja większości kapitałów) w ten sposób swoich bohaterów mitologizowała. Był to zarazem efekt jej kapitału symbolicznego uznającego pozaczasowość i przyrodzoną wielkość wzorów osobowych własnej klasowej kultury, a także mechanizm jej reprodukcji i transmisji. I tu właśnie tkwi różnica wobec sag staroislandzkich. Bowiem tam czas, mimo iż równie „rozspacjowany”, odkłada się jednak w bohaterach, którzy się starzeją, tracąc z wiekiem siły; w bohaterach, na których ciążą dawne doświadczenia, obowiązek zemsty za dawną poniesioną krzywdę czy zagrożenie zemstą za krzywdę komuś zadaną. Literatura ta brała się z bezpośredniego życiowego doświadczenia, była najbardziej realistyczną literaturą europejskiego Średniowiecza. Wyławiała istotne zdarzenia z mijającego faktycznie czasu (wiele spośród sag ma wartość źródła historycznego[9]), rejestrowała więc również upływ czasu naturalny w ludzkim życiu, upływ jako przemienność faz życia, konsekwencje dawniej poczynionych wyborów i biologiczne następstwo pokoleń. Tymczasem rycerska poezja feudalnej Europy, nie zdając sobie z tego sprawy, tworzyła kapitał symboliczny nielicznej grupy panującej, by legitymizować jej niesłychaną władzę nad resztą społeczeństwa. Tworzyła mit „błękitnej krwi”, przyrodzonych właściwości, czyniących człowieka herosem z urodzenia, i raz na zawsze, którego czas się po prostu nie ima. Oczywiście po Louisie Althusserze również i literaturę islandzką można opisać jako legitymizującą pewną ideologię i porządek społeczny, ale była to ideologia równości wszystkich wolnych chłopów wobec prawa i wierności rodowi[10].

BILLE AUGUST

Pelle zwyciezca

Pelle zwycięzca, reż. Bille August

Do najpełniejszych filmowych wcieleń tej struktury należą najwybitniejsze filmy Billego Augusta. Weźmy dla przykładu sekwencję, w której dokonuje się kulminacja jednego z wątków drugoplanowych Pellego zwycięzcy, tragicznego romansu Nielsa, syna bogatej rodziny, z dziewką Anną. Kilka scen wcześniej dowiedzieliśmy się przypadkiem, że Anna zaszła z Nielsem w ciążę, gdy mały Pelle zastał ją płaczącą w kurniku. Aby przeanalizować cechy modelu temporalnego, nie mam innego wyjścia, niż streścić sekwencję, o którą mi chodzi.

A. PELLE ZWYCIĘZCA: STRESZCZENIE SEKWENCJI KOŃCA ROMANSU NIELSA I ANNY

Wysokie trawy nad rzeką. Plan daleki, w głębi widać Nielsa i Annę przedzierających się przez te trawy. Plan ogólny: są coraz bliżej rzeki. Plan pełny: są już nad rzeką; Anna pada na ziemię, jęczy z bólu – rodzi. Plan bliski: mimo bólu, Anna całuje Nielsa. Cięcie.

Pomost nad rzeką. Plan ogólny. Baby ze wsi czy z folwarku piorą w rzece bieliznę. Jedna z nich dostrzega coś w wodzie, staje skamieniała z wrażenia. Pozostałe kobiety podbiegają do niej. Ujęcie martwego dziecka w wodzie. Cięcie.

Dziedziniec folwarku. Plan pełny: policjanci prowadzą Annę do czarnego powozu; jazda równoległa z niewielką zmianą osi i kąta widzenia kamery w trakcie. Stary Lasse Karlsson patrzy na to z drzwi stajni, trzymając na rękach płaczącego Pellego, który chowa twarz; plan amerykański. Plan ogólny: powóz policyjny rusza ku bramie dziedzińca. Następne ujęcie: pojazd wyjeżdża z bramy, okienko, w którym widzimy złamaną psychicznie Annę, oddala się, widać coraz większą część wozu, za którym zamyka się wielka brama folwarku Kamienisko. Cięcie.

Łąka. Niels klęczy na trawie, zbierając kamienie, które ułożone są tam w kopczyk. Pelle, który nieopodal pilnuje pasących się krów, podbiega do Nielsa, krzycząc: „Co robisz?!”. Pelle zabrania mu dotykać kamieni, bo dziecko jest tu pochowane. Niels (ma opuchnięte oczy i nieprzytomne spojrzenie) potrząsa tylko głową. Pelle: „Tak! Anna zabiła twoje dziecko i zabrali ją do więzienia!” Patrzy na Nielsa. Niels (potrząsa głową): „To ja… to ja je zabiłem”. Płacze. Pelle (potrząsa głową wstrząśnięty): „Mój ojciec nigdy by mnie nie zabił”. Niels nadal płacze, klęcząc. Ale uspokaja się w końcu. „Zostaw mnie w spokoju”. Pelle (krzyczy): „To moja łąka! I nie możesz zabierać kamieni z grobu!” Niels: „Nie mów tak! Nie wolno kłamać przed Bogiem! Dziecko leży na cmentarzu w poświęconej ziemi!” Pelle: „Dziecko jest tutaj! Sam widziałem jego duszę! Świeciła w nocy nad kamieniami! To dlatego, że nie może się dostać do nieba!” Niels uderza się pięścią w głowę. Pelle patrzy na niego. Niels ucieka, bijąc się ciągle w głowę. Pelle podchodzi do kopczyka z kamieniami i układa go od nowa. Cała scena głównie w planach bliskich, tylko na początku i na końcu szersze plany.

Nad morzem, wieczorem, w czasie burzy. Niels patrzy na morze, stojąc na brzegu. Z offu słychać krzyki. Zaraz widzimy, co dzieje się na morzu: statek padł ofiarą sztormu, zanosi się na to, że zaraz się przewróci. Niels podejmuje decyzję. Bierze od kilku innych stojących tu ludzi linę i wypływa łódką w stronę statku. W stronę tej katastrofy nadjeżdża powóz, z którego wyskakuje Pelle. Niels, na swojej malutkiej łódeczce, wiosłuje z uporem, dążąc w stronę zagrożonego statku. Pelle podbiega do grupki ludzi na brzegu. Wkrótce podchodzi też ojciec Nielsa; to był jego powóz. Mówi: „Kto to popłynął na spotkanie śmierci?” Ktoś mu odpowiada, że to Niels. Od tej pory stoi jak skamieniały. Ludzie przyglądają się z brzegu, jak Niels dociera na statek. Przywiązuje linę do jednego z masztów, na brzegu ludzie instalują prowizoryczne rusztowanie, do którego biegnie ta lina i po niej, kolejno, w swego rodzaju koszu, transportowani są ludzie ze statku. Scena jest zmontowana tak, że zwykle 2-3 krótkie, rzeczowe ujęcia ludzi na brzegu (plany bliskie, amerykańskie, rzadziej pełne), potem 1-2 ujęcia tego, co dzieje się na morzu (w planach dalekich), potem znowu 2-3 z brzegu, itd. Maszt statku zawala się do wody. Niels przepada razem z nim. Ojciec Nielsa pyta Pellego, czy widzi gdzieś jego syna. Pelle go jednak nie widzi. Panorama zniszczonego statku. I jeszcze ujęcie jego fragmentu. Ujęcie ludzi na brzegu w planie bliskim. Ujęcie wzburzonych fal.

Szkoła, innego dnia. Dzieci siedzą w ławkach i śpiewają jakąś pieśń (plan ogólny). Insert z pleneru: Brzegiem morza w stronę szkoły idzie ktoś niosący bezwładnego człowieka na plecach (plan daleki). Dzieci przerywają śpiew i wraz z pastorem podchodzą do okna; plan bliski, okno widziane z zewnątrz, w szybie odbija się ten ktoś niosący na plecach zwłoki. Powrót do wnętrza szkoły. Martwy Niels leży już na biurku pastora; najpierw widzimy go w planie bliskim. Zaraz się okazuje, że człowiek, który go przyniósł, to jego ojciec. Przemywa mu twarz. Dzieci – wśród nich Pelle – patrzą na to z przejęciem. Pastor się odsuwa. Ojciec Nielsa patrząc na syna opowiada, jak bardzo dobrym był chłopcem: nie powiedział nigdy złego słowa przeciwko niemu, choć zabronił mu miłości. Ale teraz, kiedy uratował pięciu ludzi, na pewno pójdzie do nieba. „Nie mam już syna… nie mam dzieci”. Całuje go w policzek. Składa dłonie Nielsa jak do modlitwy. Zaciemnienie.

B. ANALIZA CZASU W POWYŻSZEJ SEKWENCJI

Cała ta sekwencja trwa zaledwie kilka minut. Pod względem funkcjonowania w niej czasu, jest zbudowana na takiej samej zasadzie, jak sagi. Rzeczowo i lapidarnie relacjonuje tylko te fragmenty, w których zaistniało jakieś ważne dla historii zdarzenie. Czas pomiędzy nimi jest po prostu wytrącony z narracji. „Instancja narratora” nie zaprząta sobie w ogóle głowy tym, jakie są pomiędzy zdarzeniami odstępy czasowe, rzetelnie natomiast rejestruje ich chronologię. Ten model czasu w narracji można zilustrować wykresem, na którym oś I jest linią czasu rzeczywistego, w którym tylko nieliczne wycinki są istotne dla rozwoju historii i tylko je „narrator” niejako wybiera z biegu czasu i łączy na zasadzie najprostszego sklejania, nizania na nitkę, tworząc linię narracji (II).

Schemat1

schemat czasu w filmie Pelle zwycięzca

Zbudowany w ten sposób jest dokładnie cały film, można tak przedstawić każdą jego sekwencję. Co więcej, często zbudowane tak są także poszczególne sceny. Świetnym przykładem jest przed chwilą opowiedziana scena ratowania ludzi z tonącego na sztormie statku. Pokazane jest przewożenie tylko trzech ludzi w koszu na linie – w krótkich, rzeczowych ujęciach. Jakby w zdaniach pojedynczych. Ponieważ już widza poinformowano, jak to się odbywało, kolejne ujęcie pokazuje już wszystkich pięciu rozbitków uratowanych na brzegu.

C. PORÓWNANIE Z INNYMI SPOSOBAMI OPEROWANIA CZASEM W KINIE

Ktoś nie do końca obeznany z warsztatem filmowym mógłby powiedzieć: zgoda, ale film prawie zawsze skraca czas rzeczywisty. Nieliczne realizacje, jak na przykład Na żywo (Nick of Time) Johna Badhama czy serial 24 godziny, stosują narrację w czasie rzeczywistym. Zdarza się, że pojedyncze sekwencje, chociażby słynne „schody odeskie” w Pancerniku Potiomkinie Siergieja Eisensteina, wydłużają czas ekranowy w stosunku do rzeczywistego[11]. Zgodzę się z tym stwierdzeniem, tylko że filmowcy innych kultur dokonują przesunięć temporalnych inaczej niż twórcy skandynawscy. Żeby uzmysłowić ich regionalną wyjątkowość, warto tu przeprowadzić porównanie z modelem czasu wypracowanym przez kinematografię amerykańską.

Model amerykański[12], jest nastawiony na strukturę dramaturgiczną będącą rozbudowaną wersją podstawowego modelu zwanego czasem piramidą Freytaga[13], w której akcja zmierza w górę do kulminacji, a następnie opada do rozwiązania. Przy czym amerykańska teoria scenariusza filmowego[14], rozbudowała ten model w nieco bardziej skomplikowaną strukturę z kilkoma kulminacjami pośrednimi, w węzłowych punktach narracji, czyli pod koniec każdego z trzech umownych „aktów” przeciętnego filmu fabularnego. Model ten można oczywiście komplikować znacznie bardziej, zależnie od drobiazgowości ujęcia (można wtedy proponować każdą scenę jako jedną z wielu malutkich „piramidek” składających się razem na wielką strukturę), również od wielu czysto teoretycznych problemów, a także od długości filmu (film trzygodzinny może i powinien mieć odpowiednio więcej aktów), ale generalnie wygląda to tak, jak na poniższym schemacie:

schemat5

model dramaturgiczny filmu amerykańskiego

 

 

By taką strukturę sprawnie zbudować, amerykańska kinematografia, a wskutek jej potęgi wiele innych w ślad za nią, wypracowały specyficzną gospodarkę czasem ekranowym, która wcale nie tylko na tym polega, żeby opowiadać szybko. Klasyczna amerykańska narracja filmowa preparuje na ekranie coś w rodzaju „koncentratu” czasu rzeczywistego. Z reguły opowiada każde wydarzenie, każdą sekwencję zdarzeń w czasie krótszym niż rzeczywisty, ale za pomocą skomplikowanej aparatury filmowego „szycia” nie daje widzowi odczuć swych skracających, „koncentrujących” zabiegów. Wytrąca momenty czasu pustego z opowiadania, ale czyni to w sposób ukrywający tego rodzaju ingerencje, na wzór powyższego wykresu. Na przykład: wyrzuca ten pusty czas między ujęciami z różnego kąta widzenia kamery, a ponadto kąt między „płaszczyznami ekranu” w poszczególnych sąsiadujących ujęciach nie przekracza bariery 180°.

Zobaczmy to na hipotetycznym schemacie ruchu jakiegoś obiektu (np. bohatera czy bohaterów) w przestrzeni i sposobu, w jaki pokazałby to typowy film amerykański. Bohater A porusza się po linii wiodącej od A1 do A3. Ujęcie pierwsze (u1) pokazuje pierwszy odcinek tego ruchu zaznaczony grubą linią ciągłą, u końca której następuje cięcie. Ujęcie drugie (u2), z kamery ustawionej w nieco innej płaszczyźnie i nieco bliżej bohatera pokazuje dalszą drogę bohatera – od punktu A2 do końca drugiego odcinka zaznaczonego linią ciągłą. Cięcie. Ujęcie trzecie (u3) jeszcze raz zmienia odległość i kąt widzenia o kilkadziesiąt stopni i pokazuje ostatni odcinek ruchu bohatera od początku ostatniego odcinka zaznaczonego grubą linią ciągłą do końca trajektorii w punkcie A3.

Schemat2

hipotetyczny schemat manipulacji
czasem w filmie hollywoodzkim w scenie ruchu obiektu (A)

                                                                                                                                                  

W ten sposób wypadły te odcinki drogi na granicy poszczególnych ujęć, które zaznaczone są linią przerywaną, ale stało się to w sposób niedostrzegalny za sprawą takiego właśnie „szycia”. Tak oto, operując w przestrzeni, manipuluje się czasem w kinie amerykańskim (i nie tylko); preparuje się jego „koncentrat”, „esencję”. Czas pusty znika niczym w procesie niedostrzegalnego parowania.

D. ANALIZA SCENY PORODU W SZUWARACH

Tymczasem reżyser Bille August w swym filmie Pelle zwycięzca robi konsekwentnie inaczej. Scena, w której Niels i Anna przedzierają się przez wysokie zarośla do rzeki, gdzie ona zacznie rodzić, otwierająca analizowaną przeze mnie sekwencję, zrealizowana jest w czterech ujęciach: u1) widać z daleka, że ktoś się przedziera przez te ogromne trawy – pierwszy odcinek ruchu (1) zaznaczony linią ciągłą; u2) drugi odcinek ruchu zaznaczony linią ciągłą (2) – widać ich już nieco bliżej (plan ogólny), jak zdążają przez te szuwary w stronę rzeki; u3) już są na miejscu, padają na ziemię, plan pełny. Potem następuje jeszcze ujęcie w planie bliskim, którego nie uwzględniłem na schemacie, bowiem są oni w nim w tym samym miejscu w przestrzeni, co w ujęciu poprzednim, jedynie kamera jest jeszcze bliżej.

Schemat3

schemat sceny porodu

Wszystkie cztery ujęcia zrealizowane są pod tym samym kątem, to znaczy w równoległych płaszczyznach. Wobec tego czas pusty pomiędzy ujęciami (linie przerywane) jest dosłownie i wyczuwalnie wytrącony, odrzucony z narracji, zupełnie inaczej niż w hollywoodzkiej procedurze „szycia”.

E. ANALIZA SCENY ZŁOŻENIA ZWŁOK NIELSA W SZKOLE

Bardziej skomplikowane sceny też są zbudowane inaczej niż przewiduje to dramaturgiczna struktura amerykańska. Dla przykładu przyjrzyjmy się uproszczonemu schematowi sceny w szkole, kiedy martwy Niels leży na biurku, za którym stoi jego ojciec. Przestrzeń sali lekcyjnej jest podzielona na dwie wyraźne części. Pierwsza z nich (A) mieści właśnie zwłoki Nielsa i jego ojca stojącego przy nich, przez chwilę również pastora. Druga (B) to stojące naprzeciwko nich dzieci, które akurat miały lekcje w szkole. Ujęcia są albo w równoległych płaszczyznach (gdy rejestrują elementy tej samej przestrzeni, A lub B), albo są odwrócone o 180° w stosunku do poprzedniego, gdy przechodzimy z przestrzeni A do B lub na odwrót. (Na schemacie umieściłem tylko kilka przykładowych ujęć i ich pól widzenia w tej scenie.) Tak samo jest zrealizowana scena katastrofy statku, w której zginął Niels – tam przestrzeń A odpowiada przestrzeni na brzegu morza, a przestrzeń B – morzu.

Schemat4

schemat sceny złożenia zwłok Nielsa w budynku szkoły

F. WNIOSKI

Taka budowa całego filmu potęguje odziedziczoną po sagach liniowość, linearność struktury narracyjnej, w przeciwieństwie do struktury odpowiadającej dramaturgicznej piramidzie Freytaga, a konkretnie jej wariantowi pogłębionemu, stanowiącemu fundament amerykańskiej teorii i praktyki scenariusza. Dramaturgiczne „szycie” nie ogranicza się tylko do tego, co już opisałem. Dotyczy także specyficznego łączenia poszczególnych scen i sekwencji przy użyciu insertów, przebitek, krótkich scen łączących, przejściowych, flashbacków, retrospekcji, antycypacji, montażu równoległego i wielu innych środków. A tymczasem August po prostu opowiada jedno po drugim kolejne wydarzenia. Jest to jeden z istotnych składników skandynawskiej epiki filmowej, której August daje tu jeden z najwspanialszych przykładów. Linearność w połączeniu z rzeczową lapidarnością podawania kolejnych faktów toczącej się historii pozwalają mu zniwelować i okiełznać niewątpliwy przecież patos całej tej sekwencji, który Steven Spielberg okrasiłby bombastyczną orkiestracją.

Nie stoi mu to wszystko na przeszkodzie w uzyskaniu wielkiej dramatycznej intensywności filmu, czego świadectwem jest jego ogromny międzynarodowy sukces, mierzony najbardziej prestiżowymi nagrodami[15], międzynarodową popularnością i wysokimi ocenami widzów[16]. Uzyskuje tę intensywność opisaną w poprzednim rozdziale głębią rysunku postaci, polaryzacją ich charakterów, a także tym, że mimo tej linearnej struktury „czasu rozspacjowanego”, „skaczącego”, podobnie jak w sagach, kolejne zdarzenia odkładają się konsekwentnie w bohaterach, wpływając na ich postawy.

 

G. DOBRE CHĘCI: POZOROWANIE STRUKTURY DRAMATYCZNEJ

Poza tym August niezwykle sprawnie „pozoruje” strukturę dramaturgiczną. Czyni to tak, że w tych momentach w czasie, w których amerykańska dramaturgia filmowa przewiduje którąś z pośrednich lub główną kulminację, on umieszcza wydarzenia o największej sile emocjonalnej i dramatycznej. Nie są one de facto kulminacjami z teoretycznego punktu widzenia, ale działają podobnie jak one. Najlepiej to widać na przykładzie innego wielkiego filmu Augusta, Dobrych chęci,[17] które mają podobną strukturę czasu jak analizowany wcześniej Pelle zwycięzca. Na chwilę przed końcem filmu, czyli w miejscu przysługującym w dramaturgii hollywoodzkiej kulminacji, ma miejsce niezwykle mocna sekwencja. Przygarnięty przez państwa Bergmanów[18] na jakiś czas nieszczęśliwy chłopiec bity przez ojca i najwyraźniej nieco upośledzony, imieniem Petros, usłyszał niedawno rozmowę pastora i pastorowej na temat swego dalszego losu. Małżeństwo rozważa odesłanie go do rodzinnego domu, ponieważ muszą się zająć własnym dzieckiem, a do tego drugie już w drodze. Zrozpaczony Petros, sądząc, że przyczyną ich decyzji jest dosłowny brak miejsca, porywa małego synka Bergmanów i niesie go przez śnieg w stronę rzeki. Chce go utopić i zrobić miejsce dla siebie. Bergmanowie dostrzegają go jednak, pastor Henrik biegnie za nim, by uratować synka. Udaje mu się niemal w ostatniej chwili.

Sekwencja ta ma wszelkie cechy kulminacji, z wyjątkiem tego, że nią z punktu widzenia teorii dramatu wcale nie jest. Nie jest bowiem konsekwencją ani zwieńczeniem wszystkich linii konfliktów zawiązanych w ekspozycji i narastających na przestrzeni całego filmu. Jest wybuchem wywołanym jedynie lontem, który gdzieś w tych konfliktach się zapalił, ale sam wątek Petrosa jest de facto jednym z wątków pobocznych wobec głównej linii fabuły stopniowo w nią włączanych. Chłopiec zaś jest jedynie postacią drugoplanową, nie funkcjonuje w roli antagonisty czy alter ego bohatera.

INNE PRZYKŁADY

W mniejszym lub większym stopniu strukturę tego rodzaju obserwujemy w ogromnej ilości filmów skandynawskich. Nie zawsze jest to przypadek aż tak „kliniczny” jak cytowana tutaj scena porodu z Anną i Nielsem nad rzeką (Pelle zwycięzca). Wciąż jednak struktura linearnego czasu omijającego skokami fragmenty puste. Można to zilustrować przykładami filmów Jana Troella (Oto twoje życie, Emigranci, Imigranci), Lasse Hallströma (Moje życie psa, Dzieci z Bullerbyn), Lukasa Moodyssona (Fucking Åmål, Wszyscy razem), podobne zasady strukturują kolejne epizody Scen z życia małżeńskiego Bergmana i ich stosunek do całości filmu. Przykłady można by mnożyć, albowiem ta konstrukcja temporalna wydaje się być ugruntowanym w tożsamości skandynawskiej rozumieniem czasu. Wiele z wyżej wymienionych to adaptacje skandynawskiej literatury, ale bynajmniej nie sag, co również jest symptomatyczne. Taką strukturę czasu dziedziczy po sagach w mniejszym lub większym stopniu wiele skandynawskich powieści i opowiadań. Można podać przykłady Gunnara Gunnarssona (Czarne ptaki czy Ludzie z Borg[19]), Sigurda Hoela (np. Zaklęty krąg[20]), Johannesa Vilhelma Jensena (Upadek króla[21]), Jensa Petera Jacobsena (Niels Lyhne[22]) a nawet tak wielkich rozmiarami powieści jak Krystyna córka Lavransa i Olaf syn Auduna Sigrid Undset[23]; przykładów jest tak wiele, że omawianie ich wszystkich tutaj byłoby właśnie szastaniem czasem.

LARS VON TRIER: SZCZEGÓLNE KONSEKWENCJE

A. MONTAŻ JAKO WYTRĄCANIE CZASU PUSTEGO

Szczegółowo natomiast przyjrzeć się trzeba filmom Larsa von Triera, albowiem u niego konsekwencje takiej struktury czasu są szczególnie ciekawe. Począwszy od serialu telewizyjnego Królestwo wyprowadza on z niej niespotykane wcześniej w filmie fabularnym rozwiązania. Królestwo, Przełamując fale oraz filmy powstałe po publikacji manifestu Dogma ’95,[24] czyli Idioci, Tańcząc w ciemnościach i Dogville, realizował on tak, że wielokrotnie kręcił całą scenę lub sporą jej część w jednym długim ujęciu z kamery prowadzonej z ręki pomiędzy bohaterami, następnie wycinał z tych ujęć i wyrzucał z nich momenty puste i nieistotne. Można to oczywiście tłumaczyć wpływem intelektualnym dekonstrukcji i inspiracją techniką wideo, która umożliwia tego rodzaju montaż od razu na kamerze, a którą von Trier także się posługuje (Królestwo, Idioci, Tańcząc w ciemnościach). Nie zmienia to jednak faktu, że zastosować coś takiego w filmie fabularnym przeznaczonym do kin i ogólnodostępnej telewizji, a nie w produkcji elitarnej dla rynku galerii eksperymentalnego video artu czy wymiany w portalach internetowych, poważył się właśnie Duńczyk.

W szóstym rozdziale Przełamujac fale – dla przykładu – Bess McNeill rozmawia w szpitalu ze swym sparaliżowanym mężem, Janem, który jej wypomina, że ubrała się, jakby była w żałobie, jakby on już umarł. Scena ta jest zrealizowana właśnie w opisany sposób. Z nakręconych bardzo długich ujęć wytrącone zostały fragmenty puste. Reszta jest ze sobą sklejona bez najmniejszych pozorów decoupage, jak to nazywał Bazin[25], czyli „szycia”, maskującego takie ingerencje. Jeszcze bardziej jest to widoczne w scenie następnej: Bess rozmawia ze swą szwagierką Dodo, która wyprowadziła ją stamtąd, żeby jej uzmysłowić, że to, co ona przez Jana z sobą robi (oddaje się innym mężczyznom i mu to opowiada), jest chore. Co więcej, te dwie sceny są z sobą zmontowane tak, że ostatni kadr sceny z sali szpitalnej Jana (Dodo chwyta Bess za rękę, żeby ją wyprowadzić do innego pomieszczenia) ma bardzo podobną kompozycję, jak pierwszy kadr następnej sceny, bezpośrednio po nim następujący. Ta sama odległość Bess od kamery, podobny kąt widzenia, choć jesteśmy już w innym pomieszczeniu. Najprawdopodobniej ujęcia te zostały nakręcone osobno, ale von Trier czyni pozory, jakby te dwie sceny były jednym ciągłym ujęciem, z którego wytrącono puste fragmenty.

Ale jeszcze wyraźniej to widać w rozdziale siódmym filmu, kiedy wypędzona z kościoła Bess idzie do domu swej matki, która jej nie wpuszcza do środka. Podążają za nią chłopcy z miasteczka, którzy wyzywają ją od dziwki. Ponieważ matka nie otwiera jej drzwi, Bess odchodzi stamtąd i kieruje się z powrotem w stronę kościoła. Chłopcy idą za nią. Otóż wszystkie złożone na to sceny realizowane są w długich ujęciach, z których w montażu zostały wyrzucone chwile puste. Ostatni kadr sceny odchodzenia od domu jest kompozycyjnie niemal identyczny z pierwszym, następującym natychmiast po nim, kadrem sceny, kiedy Bess dociera do kościoła, prześladowana przez watahę chłopców. Jedyną różnicą jest plener, w którym rzecz ma miejsce. Wygląda to więc znowu tak, jakby kamera szła z Bess całą tę drogę i filmowała ją w jednym długim ujęciu, z którego później etap pośredni wyrzuciła. Bardziej niż w przypadku poprzedniego przykładu (tam obydwie tak połączone sceny miały miejsce we wnętrzu jednego budynku, co teoretycznie umożliwia nakręcenie tego faktycznie w jednym ujęciu), tutaj z całą pewnością są to osobne ujęcia, upozorowane na continuum, z którego wyłowiono momenty decydujące. Wprawdzie – zwłaszcza po tym, co o despotyzmie Triera opowiadała Björk[26] – nie można wykluczyć, że mogłoby mu przyjść do głowy, żeby tę biedną Emily Watson faktycznie gnać przez całą wspomnianą drogę; uniemożliwia to jednak ograniczona przecież długość rolek szerokoformatowej taśmy fotochemicznej, na której ten film zrealizowano[27]; nie wspominając o kosztach tejże.

Źródło tego rodzaju operowania czasem tkwi dla mnie w sposób oczywisty w strukturze czasu sagi islandzkiej, fundamentalnego gatunku literackiego kultury skandynawskiej. Rozumienie czasu i czas zinterioryzowany, uwewnętrzniony, należą przecież do wartości tożsamości kulturowej. Nawet jeśli bezpośrednim impulsem była technika wideo, od której w Królestwie von Trier rozpoczął takie praktyki. Stało się to od tamtego czasu stałym elementem jego stylu, niezależnie od nośnika, na którym rejestruje obraz (Przełamując fale i Dogville – taśma fotochemiczna). Siła oddziaływania von Triera na duńskie kino[28] rozprzestrzeniła podobne praktyki na innych duńskich filmowców, młodych jak Thomas Vinterberg (Festen) i Lone Scherfig (Włoski dla początkujących), ale i starszych, jak Søren Kragh-Jacobsen (Mifune), również realizowane na różnych nośnikach.

B. DOGVILLE: ROZCIĄGNIĘCIE NA PRZESTRZEŃ

Von Trier nie przestaje jednakowoż zadziwiać i ostatnio posunął się jeszcze dalej. U Augusta przestrzeń posłużyła naciskowi na linearność i eliptyczność czasu. Von Trier natomiast w Dogville tę eliptyczność rozciągnął na przestrzeń. W filmie tym ze scenografią stało się to, co powyżej z czasem. Pominięte zostały jej „momenty” puste, które nie uczestniczą aktywnie w akcji i zredukowane do tego, co jest tej akcji niezbędnie potrzebne. Ściany zasygnalizowane tylko konturami, rekwizyty jedynie najistotniejsze. Nawet jeśli bezpośrednią inspiracją był tym razem Brecht, co von Trier otwarcie przyznaje[29], widzę w tym pewną bardzo jasną ciągłość i logikę.

Sposób rozumienia, odczuwania, interioryzacji przestrzeni, w nierozerwalnym związku ze sposobem uwewnętrzniania czasu, należy do fundamentalnych kategorii określających tożsamość kulturową. W tym momencie należy sobie uświadomić, że szokujący zabieg dokonany przez von Triera w Dogville jest w jakiś sposób pokrewny z opisem przestrzeni w skandynawskiej literaturze od czasu sag właśnie. I sposób ten zapewne wynika właśnie z logiki czasu w jej narracjach. Weźmy dla przykładu powieść Czarne ptaki Islandczyka Gunnara Gunnarssona. Otóż powieść ta jest tak krótka[30], ponieważ – jak saga – lapidarnie relacjonuje tylko istotne wydarzenia. Ale równie lapidarnie opisuje przestrzeń, ograniczając się do wzmiankowania niemal tylko tego, co ma znaczenie dla akcji. A przecież powieść jest w pewnym stopniu historyczna, jej akcja toczy się w roku 1817, autor mógłby więc odczuwać Sienkiewiczowską pokusę opisania każdego wnętrza, każdej scenerii ze wszystkimi szczegółami, powodowany egzotyką historii. A najwyraźniej nie odczuwał. Nawet Undset, opisująca w swych dwóch najsłynniejszych i nieporównanie obszerniejszych powieściach znacznie bardziej egzotyczną epokę, XIII i XIV wiek, opisuje przestrzeń w ten sam sposób, niepostrzeżenie, tylko w związku z narracją. Na kartach Olafa syna Auduna pozwala sobie na większe opisy tylko w okolicznościach silnie motywowanych fabularnie: Olaf przybył do dworu odziedziczonego po swym zmarłym dawno ojcu, który odkrywa na nowo[31] – ostatni raz widział go, gdy był kilkuletnim chłopcem.

[1] M.C. van der Toorn, Zeit und Tempus in der Saga, „Arkiv för nordisk filologi“, t. 76, 1961, s. 136-137.

[2] Aron Guriewicz, Kategorie kultury średniowiecznej, przeł. Józef Dancygier, Warszawa 1976, s. 105.

[3] Ibidem.

[4] Ibidem, s. 102.

[5] Siegfried Hinterkausen, Die Auffassung von Zeit und Geschichte in Konrads Rolandslied, Bonn 1967. Za: A. Guriewicz, Kategorie…, s. 140.

[6] A. Guriewicz, Kategorie…, s. 140.

[7] Ibidem, s. 141. Guriewicz powołuje się tu na: Erwin Kobel, Untersuchung zum gelegten Raum in der mittelhochdeutschen Dichtung, Zürich 1950, s. 8, 14-15. Zob. też: Michaił Bachtin, Formy czasu i czasoprzestrzeni w powieści, [w:] idem, Problemy literatury i estetyki, przeł. Wincenty Grajewski, Warszawa 1982.

[8] A. Guriewicz, Kategorie…, s. 140. Richard Glasser, Studien zur Geschichte des französischen Zeitbegriffe, [w:] Münchner Romanistische Arbeiten, 5, München 1936, s. 5. Karl von Ettmayer, Analytische Syntax der französischen Sprache, t. 2, Halle (Saale) 1936, s. 886. G. Lechner, Zur „Zeit“ und zur stilistischen und topologischen Funktion der „Tempora“ in der früheren Heldenepik, München 1961, s. 251.

[9] Zob. Gerard Labuda, O islandzkich sagach rodowych, posłowie w: Saga rodu z Laxdalu, przeł. Apolonia Załuska-Strömberg, Poznań 1973. , s. 192-206.

[10] Por. Apolonia Załuska-Strömberg, Wstęp [w:] Edda Poetycka, przeł. i opr. A. Załuska-Strömberg, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1986, s. XLII.

[11] Na temat czasu w filmie por. Tadeusz Miczka, Czas, [w:] Słownik pojęć filmowych, t. 9, Katowice 1998, s. 51-94.

[12] Korzystający też z Poetyki Arystotelesa i – świadomie lub nie – podstawowych założeniach teorii indywiduacji Junga oraz modelach Proppa itd.

[13] Gustav Freytag opisał ten model w dziele: Die Technik des Dramas, Leipzig 1863, wielokrotnie potem wznawianym.

[14] Zob. Raymond G. Frensham, Jak napisać scenariusz, przeł. P. Wawrzyszko, Kraków 1998. Syd Field, Rolf Rilla, Pisanie scenariusza filmowego, przeł. W. Wertenstein, B. Pankau, Warszawa 1998.

[15] Złota Palma w Cannes, Oscar i Złoty Glob za najlepszy film obcojęzyczny, nominacja do Oscara dla Maxa von Sydowa za najlepszą rolę męską.

[16] Np. w amerykańskim portalu imdb.com

[17] Wydane w postaci książkowej: I. Bergman, Dobre chęci, przeł. H. Thylwe, Warszawa 1995.

[18] Jest to historia rodziców Ingmara Bergmana, który napisał scenariusz, zmieniając jednak ich imiona (Henrik i Karin) na imiona swych dziadków (Erik i Anna).

[19] Swoją drogą na jej podstawie powstał pierwszy film nakręcony na Islandii, Borgslægtens historie Gunnara Sommerfeldta, 1921, koprodukcja duńsko-islandzka występująca również pod islandzkim tytułem Saga Borgarættarinnar.

[20] Sigurd Hoel, Zaklęty krąg, przeł. Beata Hłasko, Poznań 1973.

[21] Johannes Vilhem Jensen, Upadek króla, przeł. E. Bielicka, Poznań 1971.

[22] Jens Peter Jacobsen, Niels Lyhne, przeł. M. Dąbrowska, Warszawa 1957 (i 1963).

[23] Sigrid Undset, Olaf syn Auduna, przeł. Wanda Kragen, Warszawa 1990.

[24] Zob. Lars Von Trier, Thomas Vinterberg, Dogma ’95, [w:] Europejskie manifesty kina. Antologia, red. Andrzej Gwóźdź, Warszawa 2002, s. 71-73.

[25] J. Dudley Andrew, The Major Film Theories. An Introduction, London-Oxford-New York 1976, s. 161 i nn.

[26] Sama w raju [wywiad B. Sadowskiej z Björk], „Film” 2000 nr 10, s. 38-41.

[27] W przeciwieństwie do Królestwa, Idiotów i Tańcząc w ciemnościach, które zrealizował na nośniku elektronicznym, nieporównanie tańszym.

[28] Patrz: manifest Dogma ’95 i jego skutki. Zob. np. Ch. Garson, Dogme, mensonges et vidéo numérique, „Cahiers du Cinéma“ numer poza serią, kwiecień 2003 (L’Atlas du cinéma. 2002 en chiffres / vu par les critiques de 40 pays), dwujęzyczne wydanie fr.-ang., s. 22-27.

[29] Lars von Trier o filmie w: Dogville (materiały dołączone do dwupłytowego wydania Dogville na DVD przez Gutek Film i Mayfly), s. 3.

[30] W wydaniu polskim (op. cit.) przekład Leopolda Staffa liczy 190 stron.

[31] S. Undset, Olaf syn Auduna, przeł. Wanda Kragen, Warszawa 1990, t. 1, s. 237 i nn.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Trump, ONZ i upadek Imperium

19 czerwca 2018 ambasadorka USA przy ONZ Nimrata Randhawa, ukrywająca się pod pseudonimem Nikki Haley, ogłosiła, że Stany Zjednoczone występują z Rady Praw Człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych (UNHRC), ciała pomocniczego Zgromadzenia Ogólnego. Rada bowiem, w uzasadnieniu Haley, systematycznie uniemożliwia podjęcie kroków przeciwko “zbrodniczym reżimom” takiej np. Wenezueli czy Iranu, obsesyjnie w zamian atakując „państwa o wzorowym dorobku w zakresie praw człowieka”, takie jak Izrael.

Sednem sprawy jest bez wątpienia ten ostatni. Wbrew temu, jak niektórzy donoszą o tym wydarzeniu w Polsce, nie ma ono bezpośredniego związku z naruszeniami praw człowieka przez samą administrację Trumpa, np. w procederze masowych deportacji i związanego z nimi odbierania dzieci rodzicom. Amerykańskie pogwałcenia praw człowieka zawsze pozostawały poza realnym zasięgiem prawa międzynarodowego, nie brakowało ich też pod administracją Obamy. Stany Zjednoczone mogłyby jednocześnie zasiadać sobie wciąż w UNHRC i mnożyć u siebie obozy koncentracyjne – i nikt z zewnątrz nie mógłby nic z tym zrobić, tak jak nie mógł nigdy wcześniej.

Szokujący gest Waszyngtonu w oczywisty sposób wpisuje się w ciąg proizraelskich posunięć amerykańskiej dyplomacji, bynajmniej nie zapoczątkowanych przez administrację Donalda Trumpa. Co się istotnie zmieniło, odkąd w Gabinecie Owalnym swoje kiczowate złote zasłony zawiesił nieobliczalny marchewkowy pajac, to styl w jakim są one rozgrywane. Reprezentantka administracji Trumpa w ONZ obróciła posiedzenia Rady Bezpieczeństwa i Zgromadzenia Ogólnego w scenę bezceremonialnych fochów Waszyngtonu i jawnych pogróżek pod adresem tych państw i instytucji, które odmawiają potulnego wykonywania amerykańskich poleceń.

Siła i konwenanse

Oczywiście, kolejne skandaliczne posunięcie USA słusznie wywołuje gniew i oburzenie, bo ujawnia stopień, w jakim Imperium Amerykańskie lekceważy prawo międzynarodowe, jego instytucje i ideały, a także jego inne podmioty. Zerwanie przez Waszyngton zasłony hipokryzji budzi uzasadnione obawy: co jeśli ta hipokryzja, wraz z wymuszoną przez nią grą pozorów, bywała czasem ostatnim hamulcem, powstrzymującym USA przed robieniem na arenie międzynarodowej wszystkiego, na co miałyby ochotę i na co im pozwala ich militarna potęga?

Jednak potęga Imperium Amerykańskiego opierała się od II wojny światowej owszem na nagiej sile, ale w połączeniu z grą pozorów, w połączeniu z propagandowymi ściemami o wolności i demokracji, z poszanowaniem, przynajmniej na powierzchni i dla niektórych, pewnych reguł międzynarodowego „ceremoniału”. Wszystko to sprawiało, że miliony ludzi w różnych częściach świata, nierzadko całe lub prawie całe społeczeństwa, wierzyły w amerykańskie argumenty tam, gdzie USA uciekały się jednak do nagiej siły, w te wszystkie baśnie o „przywództwie wolnego świata”, w zawsze dobre chęci, nawet tam, gdzie rezultaty były katastrofalne. Wierzyły we „wspólnotę wartości”, stabilność takiego porządku, w sens tego, żeby w ich kraju albo w jego sąsiedztwie stacjonowali amerykańscy Marines, itd. Pozbywając się tej fasady, pozostawiając arogancję i siłę bez kamuflażu, Imperium Amerykańskie na dłuższą metę podkopuje swoją własną potęgę, swoją globalną hegemonię, obnażając przemoc, na jakiej jest ona zbudowana. W reakcji na samą tylko nagą siłę ludzie najpierw może i reagują bojaźnią i trwogą, ale potem przechodzą w gniew i opór.

W takich warunkach szybko okaże się, że nagle wcale nie jesteśmy tacy osamotnieni z naszymi antyimperialistycznymi przekonaniami o tym, czym naprawdę są Stany Zjednoczone, że te nasze poglądy nagle nie są już niczym ekscentrycznym. Amerykańska dominacja traci swoją legitymizację, traci swoją oczywistość i uzasadnienia. Wbrew pozorom traci też swoją skuteczność.

Donald i Bibi

Skoro akty największej arogancji administracji Donalda Trumpa na arenie międzynarodowej tak często rozgrywają się wokół Izraela, to i na tym właśnie przykładzie można pokazać, jak to działa.

Uznając wszystkie pretensje Izraela i stając otwarcie po jego stronie, odrzucając odgrywaną przez dziesiątki lat farsę, że Stany Zjednoczone są w sprawie neutralnym mediatorem, Trump krótkoterminowo umocnił tak samego premiera Binjamina Netanjahu (ksywka Bibi), jak i cały reżim izraelskiego apartheidu. Ale tylko krótkoterminowo, bo tym, co temu reżimowi gwarantowało taką bezkarność i utrzymywanie okupacji jako stanu de facto permanentnego, była właśnie ta porzucona farsa: „proces pokojowy”, amerykańskie „mediacje”, obietnice, że kiedyś jakieś tam państwo palestyńskie powstanie, że z Jerozolimą – tylko że cały ten „konflikt” jest tak strasznie „skomplikowany”!

Kiedy Ameryka przestaje udawać mediatora i ogłasza się otwarcie tym, czym od pół wieku przecież była, aktywną stroną, splecioną w miłosnym uścisku z Izraelem, zainteresowaną tylko jego interesami, cała ta konstrukcja zaczyna się rozpadać. Do międzynarodowej opinii publicznej i innych rządów coraz szybciej dociera, że okupacja trwa tak długo, bo Izrael i USA nigdy nie chciały jej zakończyć. Że „konflikt” toczy się wciąż nie dlatego, że jest tak skomplikowany, a dlatego, że jest tak prosty: jedna strona, w oparciu o potęgę własną i największego supermocarstwa, chce drugiej odebrać wszystko i nie oddać niczego. Rezultatem będzie, prędzej czy później, międzynarodowa izolacja Izraela.

Scenariusz ten niezależny dziennikarz Jonathan Cook rysował już w pierwszych dniach prezydentury Donalda Trumpa, ja się z nim wtedy zgadzałem. Dziś palestyńska pisarka Nada Elia na łamach arabskiego serwisu Middle East Eye z jednej strony, jak i pismo postępowych amerykańskich Żydów, „Forward”, z drugiej, piszą zgodnie, że polityka Trumpa paradoksalnie przesunęła kwestię palestyńską do mainstreamu amerykańskiej polityki, sprawiła, że izraelskie zbrodnie przestały być tematem tabu dla polityków Partii Demokratycznej, a jej szeregowi członkowie i elektorat dystansują się od Izraela w takim tempie, że otwarte stanowisko przeciwko izraelskiej okupacji wkrótce okaże się nie tylko możliwym, ale wręcz obowiązkowym punktem programu kandydatów z ramienia Partii Demokratycznej. Rok 2018 i przeniesienie ambasady USA do Jerozolimy historia może jeszcze ocenić jako początek końca izraelskiej okupacji i apartheidu.

Znikające punkty (na liście sojuszników)

Podobną lub pokrewną dynamikę obserwujemy na innych poziomach i osiach globalnych stosunków władzy. Bezceremonialne postępowanie administracji Trumpa oraz jej nieprzewidywalność przyspieszyły proces, w którym Stanom Zjednoczonym zaczyna ubywać długofalowo wiernych sojuszników.

Pakistan przesunął się w orbitę Chin, dołączając w ten sposób do rosnącej konstelacji państw Azji i Afryki, które wolą wielkie chińskie projekty infrastrukturalne od kolejnych amerykańskich baz wojskowych. Indie pozostają sojusznikiem, ale nie słuchają już amerykańskich instrukcji w zakresie tego, od kogo mogą, a od kogo nie mogą sobie kupować uzbrojenia (i kupują od Rosji). Turcja, państwo z drugą największą armią w NATO, w oczywisty już sposób rozgląda się po mapie za alternatywnymi sojuszami.

Sprawy mają się jednak coraz gorzej także z tradycyjnymi najbliższymi („kulturowymi”) sojusznikami USA – krajami europejskimi i anglosaskimi. Na ostatnim szczycie G7 Trump ustawił przeciwko sobie całą pozostałą szóstkę. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Nowa Zelandia z coraz większą częstotliwością odmawiają głosowania w Radzie Bezpieczeństwa czy na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ zgodnie z oczekiwaniami Waszyngtonu i otwarcie krytykują kolejne posunięcia Białego Domu (np. przeniesienie ambasady USA do Izraela, odstąpienie od umowy z Iranem). W Wielkiej Brytanii z ław Parlamentu padały głosy, żeby urzędującego prezydenta największego anglosaskiego sojusznika uczynić persona non grata i uniemożliwić jego wizytę w Londynie – rzecz nie do pomyślenia w dotychczasowej historii relacji pomiędzy tymi państwami. Merkel i Macron obgryzają po kątach paznokcie, zastanawiając się, na czym zamiast nieprzewidywalnych teraz Stanów Zjednoczonych oprzeć europejską doktrynę obronną. Szykuje się Amerykanom wojna celna nawet z Kanadą, krajem, który jeszcze nie tak dawno Samir Amin wykpiwał, nazywając go „zewnętrzną prowincją USA”.

W różnych częściach świata już nie tylko ruchy lewicowe czy antykolonialne, ale też konserwatywne czy neoliberalne elity polityczne i ekonomiczne, nawet te przywykłe do rozpoztartych nad nimi amerykańskich skrzydeł i całkiem pod nimi zadowolone, coraz bardziej nerwowo rozmyślają o architekturze swoich sojuszy i ich przyszłości.

Prawo, pozory i Imperium

Kiedy zatrzymujemy się na poziomie odruchowego oburzenia brakiem szacunku obecnej amerykańskiej administracji dla prawa międzynarodowego i jego instytucji, zbyt łatwo zatrzymujemy się w zawężonym polu wyznaczonym przez milczące założenie, że prawo międzynarodowe i jego instytucje to jest byt neutralny, obiektywny, samorzutnie etyczny. Że to produkt neutralnej umowy zawartej pomiędzy równymi sobie państwami, które się wszystkie wspólnie zobowiązały do przestrzegania uniwersalnych zasad gwarantujących każdemu z nich taką samą ochronę w kontaktach z innymi, w zamian za akceptację takich samych zobowiązań. I choć taki jest oficjalny dyskurs prawa międzynarodowego i jego instytucji, choć taka jest ideologia, która je legitymizuje i sprawia, że w ogóle szanujemy ideę prawa międzynarodowego, a gdy trzeba, to się do niego odwołujemy – to mimo wszystko nie jest to realistyczny opis przedmiotu, a zwłaszcza genezy jego realnie istniejącej postaci.

Współczesna architektura prawa międzynarodowego, z centralną rolą ONZ, została zaprojektowana przez Stany Zjednoczone jako to supermocarstwo, które wyszło z drugiej wojny światowej najpotężniejsze, przejmując w systemie kapitalistycznym pozycję hegemona po upadającym Imperium Brytyjskim. Było tam miejsce na interesy mocarstw mniejszych i ramy dla praktykowania antagonizmu z konkurencyjnym supermocarstwem (Związkiem Radzieckim), któremu coś się należało w zamian za wykonanie większości brudnej roboty w wojnie z III Rzeszą – jednak prawdziwym celem tego wszystkiego było stworzenie takiego szkieletu globalnego systemu państw narodowych, który zabezpieczyłby w nim długofalowo dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych, a w drugiej kolejności interesy ich wybranych sojuszników, w zamian za ich posłuszeństwo w kluczowych sprawach.

Językiem uniwersalizmu musiały się te struktury posługiwać, żeby uzyskać uniwersalną legitymizację. Język uniwersalizmu umożliwił w tej przestrzeni proces emancypacji dawnych europejskich kolonii, mile jednak widziany przez głównego administratora całego tego systemu także dlatego, że osłabiał niegdysiejsze europejskie mocarstwa, czyniąc je wobec amerykańskiej potęgi znacznie mniejszymi graczami. Testem na szczerość uniwersalizmu instytucji prawa międzynarodowego były późniejsze próby złapania ich uniwersalnego języka i obietnic za słowo przez dopiero co wyemancypowane byłe kolonie. Próbowały one przemodelować struktury władzy w ONZ i innych instytucjach międzynarodowych tak, żeby nie odzwierciedlały tylko zachodniej dominacji nad resztą świata i żeby im pomogły ostatecznie przekroczyć kondycję ekonomiczną odziedziczoną po kolonializmie. Próby te zostały przez Amerykanów z sojusznikami skutecznie zduszone (patrz: Vijay Prashad, The Darker Nations). Kolejnym takim testem są podejmowane od wielu lat wysiłki na rzecz reformy Rady Bezpieczeństwa ONZ, w której pięciu stałych członków, każdy z prawem weta, to wciąż te same mocarstwa, które wyszły zwycięsko z drugiej wojny światowej. Było to wszak dość dawno temu i w żaden sposób nie odzwierciedla współczesnej sytuacji międzynarodowej – ale sprawdza się jako instrument amerykańskiej dominacji, pozostaje więc bez zmian.

Prawo międzynarodowe jest jednym z filarów amerykańskiej potęgi – nawet jeśli czasem tylko po to, by dało się je jakoś obejść lub przy użyciu jego instytucji zrobić całą społeczność międzynarodową w balona (iracka broń masowego rażenia). Kiedy Waszyngton zaczyna się wypinać na prawo międzynarodowe i jego instytucje, wypisywać się z międzynarodowych gremiów, trzaskać drzwiami na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa, zrywać zawarte już wielostronne umowy i odstępować od przyjętych już zobowiązań, powoli rozmontowuje istotne filary swojego własnego imperium. Trump może myśleć, że takim chamstwem i arogancją demonstruje tego imperium siłę, w istocie jednak akceleruje jego gwałtowny upadek.

I to jest na swój sposób dobra wiadomość – dla tych wszystkich z nas, którzy wiemy, że to nie jest najlepszy z możliwych światów.

Oburzeni, krytycy, nostalgicy

Jest na nie tylko polskiej lewicy coś w rodzaju „naiwnej szkoły krytyki Donalda Trumpa”. Ze słusznego oburzenia jego retoryką, stylem i posunięciami przedstawiciele tej szkoły stają się jednak mimowolnie, sami zwykle nie wiedząc kiedy, konserwatywnymi nostalgikami status quo ante lub melancholijnymi płaczkami wciąż w żałobie po Hillary Clinton. Argumentację wskazującą na to, że bezprecedensowy chaos tej prezydentury otwiera niespodziewane możliwości dla emancypacyjnej polityki na skalę globalną, ofukują, że to powtórka z „im gorzej, tym lepiej”, i że nic dobrego z tego nigdy nie wynikło.

Takie myślenie możliwe jest jednak tylko przy milczącym założeniu, że mamy wciąż przed sobą do wyboru jakieś lepiej i jakieś gorzej, albo przynajmniej to samo i gorzej. Tymczasem tak już nie jest, i to od dłuższego czasu, jeszcze sprzed Trumpa w Biały Domu – nie w głębokim strukturalnym kryzysie, w jakim znajduje się obecnie, nie od wczoraj, kapitalizm. W nadchodzącej przyszłości czekać nas może tylko gorzej; gorzej to wszystko, co przed nami – przez jakiś czas. Wybór jest jedynie między gorszym a gorszym, między różnymi wersjami gorszego, scenariuszami, według których potoczą się katastrofy nadchodzących lat. Z Hillary Clinton w Białym Domu też byłoby gorzej. Tylko w inny sposób. Być może już dawno toczyłaby się otwarta wojna NATO z Rosją i Iranem, przewidziana przecież w jej programie polityki międzynarodowej, choć ukryta tam pod zwodniczym kryptonimem (no-fly zone nad Syrią) – za to znacznie trudniej byłoby wówczas Imperium Amerykańskiemu stawiać opór, bo zniszczenie siałoby ono przy wsparciu odziedziczonej po Obamie dyplomacji i PR, a więc w doskonałej harmonii ze swoimi europejskimi sojusznikami.

Czy to znaczy, że wszystko jedno? Oczywiście, że nie. Od tego, który konkretnie spośród wielu możliwych scenariuszy owego gorzej faktycznie się rozegra, zależało będzie, jaki świat ostatecznie się wyłoni, gdy będzie już po wszystkim. Jedno wielkie pogorzelisko po światowej wojnie atomowej, fully automated luxury communism czy któraś z możliwości pomiędzy.

Trump to człowiek, który – jak to czasem mawiają Francuzi – „nie wie w południe, co będzie robił o drugiej”. Nawet burżuazje narodowe przyzwyczajone do kalkulowania swojej polityki z założeniem amerykańskiej dominacji na podobieństwo obiektywnego faktu z porządku natury, utraciły wiarę, że Imperium Amerykańskie jest gwarantem przewidywalności całego tego systemu. Już nie jest. Dlatego w warunkach takiej destabilizacji, konfuzji i nagłych przedefiniowań sojuszy postępowe, lewicowe, antyimperialistyczne siły mogą ostatecznie wygrać więcej.

Wyobraźmy sobie na przykład, że w październiku Lula da Silva wróci w Brazylii do władzy, albo – jeżeli tamtejszej prawicy uda się zatrzymać go w więzieniu – władzę przejmie mimo wszystko nieoficjalny „awaryjny” kandydat Partido dos Trabalhadores, Fernando Haddad, a oligarchia i klika skupiona wokół obecnego prezydenta Michela Temera jednak nie odważą się na wojskowy zamach stanu. Brazylia wróci wówczas do aktywnej roli międzynarodowej, jaka charakteryzowała dwie prezydentury Luli i pierwszą Dilmy Rousseff. Lula i Rousseff prowadzili dyskretnie i kurtuazyjnie, ale całkiem skutecznie antyamerykańską dyplomację na intensywną, globalną skalę. Osiągnęli tyle, ile się dało w warunkach bez porównania stabilniejszej pod rządami Busha młodszego i Obamy pozycji Imperium Amerykańskiego w systemie światowym. Teraz, w okolicznościach tego Imperium coraz szybszego upadku, po kilku telefonach do Pretorii, Pekinu, Teheranu, Caracas, Quito, obrażonego na Trumpa Ciudad de Mexico, a może też Madrytu i Lizbony, Lula bądź Haddad będą mogli stanąć z innymi stolicami do gry o znacznie wyższe stawki. Oczywiście, już widzę to przerażenie pomieszane z niedowierzaniem w oczach lewicowego polskiego nostalgika i jego koleżanki płaczki: chyba straciłem rozum albo kontakt z rzeczywistością! A może to właśnie wy nie macie kontaktu z rzeczywistością? Bo sam Fernando Haddad myśli właśnie tak. W przeciwieństwie do was, nostalgiku i płaczko, brazylijska lewica była w tym stuleciu realnie u władzy – w piątym najludniejszym państwie świata – i choć została w końcu wysadzona z siodła, to przez kilkanaście lat odnosiła realne, wymierne sukcesy. Oni wiedzą o prawdziwym świecie coś, czego wy nie wiecie.

Upadek Imperium Amerykańskiego sam w sobie nie wystarczy, żeby świat stał się lepszym miejscem. Jest tego jednak koniecznym warunkiem wstępnym. Jak długo ten monstrualny pasożyt żeruje na reszcie ludzkości i planety, żadna globalna zmiana na lepsze nie jest możliwa. To boli, kiedy upadają imperia, czasem wszystkich wkoło. Ale skoro i tak obecny porządek światowy musi się rozpaść, a pod znakiem zapytania pozostaje jedynie, w jaki sposób – to Trump przynajmniej zniszczy Imperium Amerykańskie rękoma swojej własnej administracji, w której wyraźnie skupił się ten element wielkiej amerykańskiej burżuazji, który za możliwość większej grabieży teraz-zaraz-natychmiast gotów jest przehandlować interesy Stanów Zjednoczonych jako supermocarstwa w dłuższej perspektywie. To boli, kiedy upadają imperia, ale świat się na ich upadku nie kończy. Wykorzystajmy to, by gdy kurz już opadnie, stał się on (świat) lepszym miejscem. Bądźmy oburzeni, ale nie poprzestawajmy na tym i nie pozwólmy sobie osunąć się w melancholię, nostalgię, tęsknotę za tym, co było. Bo dla większości mieszkańców tej planety wcale nie było fajnie.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Prośba – albo konkurs z nagrodą!

EDIT: Konkurs jest już zamknięty, zwycięzca wylosowany. Ale zapisywać się na powiadomienia mailem wciąż nie zaszkodzi!

Kiedyś Facebook był głównym źródłem ruchu na mojej stronie/blogu i najważniejszym kanałem, za pomocą którego utrzymywałem kontakt z regularnymi Czytelnikami, a także docierałem do nowych. Niektóre moje teksty miewały tam setki udostępnień.

Od dwóch lat liczba odwiedzin mojej strony/bloga referowanych przez Facebooka systematycznie spada. Nie jest to mój problem indywidualny, fenomen ten uderzył globalnie we wszystkich niszowych autorów i wydawców.

Facebook od czasu do czasu zmienia algorytm, który rządzi widocznością wszystkiego, co udostępniamy na publicznych stronach oraz własnych indywidualnych profilach na łamach największego portalu społecznościowego.

Początkowo w przycinaniu zasięgów chodziło głównie o to, żeby wydawców przycisnąć i przymuszać do płatnego promowania przynajmniej niektórych postów. Dziś nawet promowane posty spotykają się z coraz słabszą odpowiedzią, wymuszając coraz większe wydatki na takie promocje. Dzieje się tak na pewno nie tylko dlatego, że stron jest dziś na Facebooku więcej niż dwa lata temu, więc większa jest i konkurencja o uwagę. Ale też coraz częściej posty nie są w ogóle dopuszczane do promocji lub grzęzną na dwa dni w procesie „weryfikacji”, bo są „polityczne”. A okazuje się, że jak nie jesteś New York Timesem, BBC albo Gazetą Wyborczą, to nie jesteś zaufanym/godnym zaufania wydawcą/autorem opinii politycznych. Facebook rozmyślnie ścina dziś zasięgi małych lub alternatywnych publikacji i utrudnia im nawet promowanie się za pieniądze.

Untitled

Taką de facto korporacyjną cenzurą Facebook i inne technologiczne giganty pośredniczące dziś w obiegu treści publikowanych w sieci odpowiedziały na źle postawiony problem „fake news” przy ostatnich wyborach prezydenckich w USA, skandal z Cambridge Analytica, itd.

Oczywiście, komuś z Was mogło się najzwyczajniej znudzić to, co wypisuję, albo zassało Was gdzieś w inne zakątki internetu, bo przecież ciekawe rzeczy można poczytać w rożnych miejscach, a doba ma tylko 24 godziny. Ja to wszystko rozumiem. Niemniej jednak, jeśli moje pisanie (i czasem moje obrazki) wciąż Cię interesują, ale faktycznie jakoś rzadziej niż kiedyś słyszysz ode mnie na Facebooku, albo np. rzadko go używasz – to zależy mi na tym, żeby mieć też inny niż przez Facebooka kontakt z Tobą, choćby po to, żeby Ci dać znać, kiedy już uda mi się dopiąć i wydać tę moją pierwszą powieść.

I tu przychodzi moment na tytułową tego komunikatu prośbę. Po prawej stronie u dołu Twojego ekranu powinien figurować taki nieduży plusik, a przy nim słowo Obserwuj (lub odpowiednik w innym języku). Po kliknięciu pozwalają one się zapisać, przez podanie adresu email, na powiadomienia wysyłane tamże o każdym nowym tekście lub poście na JaroslawPietrzak.com.

scrnsht

Żeby Was trochę do tego kroku zachęcić, to niniejszym deklaruję, że spośród wszystkich, które i którzy zapiszą się w ten sposób do końca lipca 2018 roku, wylosuję osobę, której podaruję egzemplarz moich Smutków tropików z autografem!

Nie wiem, jak bardzo atrakcyjna jest to zachęta, ale w zamian za tak niewielki wysiłek – może całkiem spoko? 😉

UPDATE: Nie pomyślałem o tych, którzy mają konta na WordPressie, bo np. sami prowadzą tu bloga! Wtedy ta opcja z możliwością dodania adresu email niekoniecznie się nawet pojawia, a zamiast tego blog od razu zapisuje się do WordPressowego „Readera”, żeby powiadomienia wyskakiwały tam. Jeżeli tak jest w Twoim przypadku, to jednocześnie napisz do mnie na

  • jaroslaw . pietrzak małpa gmail . com

żebym miał jak się z Tobą skontaktować, gdybym to Ciebie wylosował! 😊

Na zdjęciu u góry: Jonathan Soukali

(bo przykuwa skubany wzrok, tym swoim uśmiechem 😉 )

 

autoportret

Amsterdam we mgle

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Którejś nocy nie mogłem spać – czasem mi się zdarza. W końcu, w okolicach czwartej nad ranem, wyjrzałem przez okno i z trzeciego piętra z trudem mogłem dojrzeć kanał biegnący pod tym oknem. Ubrałem się, wziąłem aparat i wyszedłem na spacer po mieście spowitym we mgle i śnie, z którego dopiero miało zacząć się powoli budzić.

Tak, od niedawna mieszkam w Amsterdamie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Karol I i niepokój klas panujących

Londyńska Royal Academy of Arts z okazji swoich 250. urodzin przygotowała wystawę mającą przypomnieć słynną kolekcję sztuki europejskiej króla Anglii, Szkocji i Irlandii Karola I (1600-1649, panował od 1625). Niemałe kuratorskie wyzwanie, bo kolekcja ta została wkrótce po egzekucji monarchy wyprzedana i rozproszona, w geście symbolicznej zemsty na znienawidzonym przez parlament władcy, po którego śmierci Anglia przez chwilę (nieco ponad dekadę) była republiką.

Wystawa Charles I: King and Collector otwarta była dla zwiedzających od 27 stycznia do 15 kwietnia 2018. Gromadzi 140 spośród najważniejszych dzieł legendarnej kolekcji, która uchodzi za jedną z najwspanialszych, jakie kiedykolwiek zgromadzono w Anglii i pod koniec życia monarchy liczyła około 1500 obrazów i 500 rzeźb europejskich z XV-XVII w. Zobaczyć można prace takich artystów jak Andrea Mantegna, Tycjan, Paolo Veronese, Hans Holbein Młodszy, Peter Paul Rubens, Albrecht Dürer, Rembrandt van Rijn, Anthony Van Dyck czy ciesząca się od niedawna odzyskanym uznaniem (na innej wystawie w Londynie prezentowana była dopiero co jej protofeministyczna Judyta odcinająca głowę Holofernesowi) jedna z wielkich artystek nowożytnej historii europejskiej sztuki, Artemisia Gentileschi. Na wystawie w Royal Academy znajduje się jej zachwycająca Alegoria Malarstwa; są też dwie prace jej ojca i nauczyciela, Orazzio Gentileschiego.

Artemisia Gentileschi Alegoria malarstwa

Artemisia Gentileschi, Alegoria malarstwa

Na wystawie nie potrafiłem się oprzeć wrażeniu, że oglądałem coś więcej niż imponującą historyczną wspominkę, a przynajmniej nie tylko ją. Ufundowana przez Jerzego III, licząca ćwierć tysiąclecia, Royal Academy jest tą instytucją artystyczną, która chyba najgłębiej i najwygodniej umoszczona jest w brytyjskim polu władzy. Wystawa poświęcona estetycznej emanacji niepokojów i konfliktów wewnątrz klas panujących wczesnej nowoczesności w Wielkiej Brytanii wydaje się być metaforą współczesnego stanu ducha tutejszych elit, tak mocno rezonuje z lękami i bojaźniami ich dnia dzisiejszego.

*

Z ideologicznymi napięciami ery Brexitu niepokojąco rymuje się konflikt, który naznaczył okres panowania Karola I: między reprezentowanym przez niego arystokratycznym paneuropejskim kosmopolityzmem, a tymi, którzy rozestetyzowania monarchy nie znosili z pozycji angielskiej specyficzności.

Karol I zachwycił się hiszpańskimi zbiorami sztuki, gdy pojechał tam w 1623, w nadziei na wynegocjowanie ślubu z tamtejszą habsburską księżniczką, jeszcze jako młody następca tronu. Z małżeństwa nic nie wyszło, zamiast żony przywiózł z sobą dzieła sztuki, które stanowiły zalążek jego przyszłej kolekcji. Później zakupił słynną kolekcję Gonzagów, książąt Mantui i systematycznie dokupywał stare i nowe dzieła mistrzów włoskich, hiszpańskich, holenderskich, niemieckich. Własne i swojego otoczenia portrety zlecał przybyłym z kontynentu malarzom (Van Dyckowi czy Holbeinowi Młodszemu).

Niespójna mieszanina tęsknoty do własnej splendid isolation oraz pragnienia sprzecznych geopolitycznych i ekonomicznych aliansów (z jednej strony z Europą, z drugiej ze światem anglosaskim z centrum w Stanach Zjednoczonych, z trzeciej z byle kim, kto zaoferowałby plączącej się po bliskowschodnich stolicach premier May jakiś deal) rozdzierająca współcześnie brytyjską burżuazję i jej podrygującą bez ładu i składu klasę polityczną, znajduje dla siebie poetyckie zwierciadło w napięciach i konfliktach, które wstrząsały dworem Karola I.

Jego poszukiwania żony w potężnych monarchiach katolickich wyrażały jego przywiązanie do szerszej, europejskiej tudzież ogólnochrześcijańskiej tożsamości kulturowej łączącej wielkie królewskie i książęce rody na całym kontynencie. Jego przeciwnicy żądali aliansów zawężonych do świata protestanckiego, nie raz też pomstowali na protestanckość niewystarczającą, nie dość radykalną, tej czy owej polityki, tego czy owego wyboru, gestu, posunięcia, ich ukrytą podstępnie „katolickość”. Jednocześnie jednym i drugim marzył się awans Anglii w gronie wczesnonowoczesnych europejskich organizmów politycznych, które rozwijały się między innymi dzięki rozsiewanym po świecie koloniom, zasysanym z nich bogactwom i rywalizacji o nie (o kolonie i bogactwa). Innymi słowy, dzięki stosunkom handlowym i stosunkom władzy (oraz stosunkom handlowym jako stosunkom władzy) oplatającym glob w rosnącej liczbie kierunków.

Zarazem jednak opozycje w tamtym XVII-wiecznym rozdaniu nie były oczywiste, łatwe, intuicyjne; „otwartość” (intelektualna, kulturalna) nie musiała iść w parze z „postępem” (politycznym, społecznym). Karol I przywoził do Londynu estetyczne manifestacje triumfów najbujniej rozkwitających kultur intelektualnych i artystycznych ówczesnej Europy, ale to on na angielskiej scenie politycznej reprezentował to, co najbardziej reakcyjne, będąc wojującym orędownikiem średniowiecznej koncepcji pochodzenia własnej władzy bezpośrednio od Boga, co miało ją stawiać poza kontrolą i oceną instancji ziemskich, ludzkich. Jego przeciwnicy pragnęli jedni tej władzy ograniczenia, inni całkowitego zniesienia, oraz politycznego upodmiotowienia innych aktorów życia społecznego – w medium Parlamentu.

Podobnie dzisiaj, na wstrząśniętym Brexitem polu politycznym Zjednoczonego Królestwa, trudno o łatwe zestawy opozycji ułożonych w te same ciągi i szeregi, do których wszyscy byli od dawna przyzwyczajeni. Przeciwnicy i zwolennicy Brexitu zasiadają jedni i drudzy tak w ławach Torysów, jak wśród Labourzystów. Przeciwnicy i zwolennicy mają często, jedni i drudzy, zupełnie co innego na myśli, definiując to, za lub przeciw czemu stoją, tzn. Brexit. Wielu (zwłaszcza rząd Theresy May) nie wie lub nie potrafi jasno odpowiedzieć, co właściwie mają na myśli. Skłócone w temacie są różne sektory wielkiego kapitału, nawzajem podkładające sobie świnie; jedni widzą w nim utratę stabilnej międzynarodowej ramy neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału, inni szansę na wzmożenie grabieży, zwłaszcza dóbr publicznych i świata pracy. Podzieleni są socjaliści i lewicowi aktywiści różnej maści, nierzadko w łonie tych samych organizacji; jedni widzą w tym szansę na wyjście poza neoliberalizm (np. na nacjonalizacje) niemożliwe w realnej Unii Europejskiej, takiej, jaką ona jest, a nie jaką ją sobie wyobrażają euroidealiści; inni widzą w tym zagrożenie kolejnym zmasowanym atakiem wielkiego kapitału na prawa świata pracy, usługi publiczne, standardy ekologiczne. Wszyscy się boją, bo pomimo iż od referendum  minęło ponad półtora roku, nikt wciąż nie wie nawet w zarysie, jak będzie wyglądał rozwód z UE.

*

Najmocniejszy rezonans między czasem Karola I a czasem Brexitu wybrzmiewa jednak na głębokim, strukturalnym poziomie obydwu epok, na poziomie, na którym Brexit jest nie tyle rzeczywistością samą w sobie, co manifestacją procesów bez porównania bardziej fundamentalnych.

Karol I panował w okresie, w którym w Europie obumierały resztki średniowiecza i rodziła się indywidualna i zbiorowa, polityczna świadomość nowoczesności. Sam Karol, choć estetycznie był na bieżąco ze wszystkim, co w jego współczesności było najnowocześniejsze, reprezentował sobą wciąż polityczny lineaż średniowiecza, świat, w którym divine right of kings robiło za rację w sporze politycznym. Przechodząc ze średniowiecza w nowoczesność, świat ulegał głębokiej przemianie, której dynamika i sprzeczności dają się wyczytać z olśniewającej kolekcji bohatera wystawy.

Mantegna reprezentuje na przykład dziedzictwo średniowiecza, feudalizm i władzę Kościoła. Malarze dojrzałego włoskiego renesansu – moment, w którym średniowiecze współistnieje z nowoczesnością, jak zima z wiosną w marcu, w tym, że nowe, już nowoczesne sposoby realistycznego odzwierciedlania rzeczywistości, w tym przedstawiania ludzkiego ciała, zaprzęgnięte są we wciąż średniowieczną tematykę bijącą niezmordowane ukłony feudałom i Kościołowi; moment, który jest tyleż początkiem nowoczesności, co kulminacją, „szczytowaniem” średniowiecza.

Ale są też holenderskie portrety, wśród nich jeden z Rembrandta portretów jego matki, nieduży, ale przepiękny: zwykła kobieta, bohaterka małego, intymnego malarskiego arcydzieła, która zasłużyła na to samym swoim byciem człowiekiem, bliskim autorowi przedstawienia. By na to zasłużyć, nie musiała być księżną, baronową ani królową, nie musiała być piękna, nie musiała tego zawdzięczać pretekstowi religijnego czy mitologicznego tematu, w obręb którego by jej twarz przeszmuglowano. Autonomiczna ludzka istota, przedstawiona sama dla siebie, taką jaką była – ze zmęczonymi starością, przyłzawionymi oczyma, z zaciśniętymi od trosk lub towarzyszącego starości bólu, pomarszczonymi przez czas ustami. Narodziny emancypującej się nowoczesnej jednostkowej podmiotowości to przy Rembrandcie oczywiście tylko jedna strona medalu – jego zapowiadający jakby fotografię styl, tak mocno zaangażowany w rejestrację prawdy materialnej, dotykalnej rzeczywistości, która nas otacza, odbija też w sobie tę samą chęć poznania rzeczywistości, która stworzyła metody opisu naukowego, weryfikowalnych pomiarów, standardy wiarygodnej relacji, na podstawie której można dokonywać racjonalnej oceny rzeczywistości, w tym podejmować decyzje ekonomiczne racjonalne z punktu widzenia rodzącego się właśnie porządku społecznego, porządku opartego na imperatywie akumulacji kapitału. Nie był to przypadek matki Rembrandta, ale wiele innych jego portretów przedstawia ludzi, którzy co prawda nie dostali się na jego płótna zasługą swej błękitnej krwi, ale tego, że mogli sobie pozwolić na wynajęcie jego usług, bo dorobili się na kolonialnym handlu przyprawami, a jeden czy drugi może nawet ludźmi bądź świadczonych handlarzom ludźmi usług finansowych, to już jak najbardziej.

Wreszcie królewskie portrety Van Dycka – realizm rodzącej się nowoczesności służy tu majestatowi króla i arystokracji, jest narzędziem w ich politycznym projekcie, by dobrze wylądować i wygodnie się usadowić w zmieniającym się świecie, by wyrąbująca sobie przestrzeń nowoczesność, zasilana bogactwami „odkrywanego” świata, należała do tych samych ludzi, co średniowiecze, w nowej stylizacji, w wynalezionych na nowo formach legitymizacji.

Tak jak wtedy, władcy tego świata czują – wiedzą! – dziś doskonale, że coś już się kończy (kapitalizm), trzyma się tylko siłą przyzwyczajenia, a co i jak z tej śmierci się narodzi, jeszcze nie wiadomo, stąd wszyscy tak się boją. Paradoksalnie władcy tego świata boją się bardziej niż większość z nas, zbyt zajętych misją przetrwania od pierwszego do pierwszego – dlatego oni na wypadek końca świata budują sobie bunkry gdzieś w Nowej Zelandii i innych odległych krainach.

System osiągnął granice swojej reprodukcji i ekspansji. O ile zdesperowanych nieszczęśników do wyzyskiwania w najbliższym czasie mu nie zabraknie, kapitalizm kognitywny przekształcił sferę symboliczną w kolejną przestrzeń do podbicia przez rynek, itd., to jednak zasoby planety zużywa w tempie już niemal dwa razy szybszym, niż natura jest w stanie je odtwarzać, a także wepchnął nas w katastrofę klimatyczną, o której nie możemy nawet mówić, że nadchodzi, bo ona już tu jest i jej skutki mają potencjał wstrząśnięcia całością stosunków politycznych i ekonomicznych planety w perspektywie krótszej, niż większość z nas się spodziewa. Trwający już dekadę kryzys ekonomiczny dowodzi, że nikt nie ma pomysłu, jak kapitalistycznymi metodami można go przezwyciężyć – w różnych krajach próbowano już wszystkiego z arsenału kapitalistycznej ekonomii, od dogmatycznego zaciskania pasa (sobie – Londyn, innym – Berlin), po drukowanie pieniędzy na potęgę (Waszyngton, Tokio). Nic z tego nie działa, władcy świata kupują sobie jedynie czas, odkładając moment nieuchronnego rozpadu wielkiego, chyboczącego domku z kart, doraźnie sklejonego tu i ówdzie starą, brudną gumą do żucia, jakim jest współczesny kapitalizm. Gumy do żucia jest trochę, jakiś czas to tak postoi, ale nikt nie wie, jak długo, nikt nie masz też nadziei, że na dość długo.

Bezmyślne podrygi, jakie od czasu referendum brexitowego wykonuje brytyjska klasa polityczna, miotająca się jak kurczak bez głowy, od ściany do ściany, są symptomem tego kryzysu. Władcy świata i jego poszczególnych połaci nie wiedzą już, co robić, więc robią byle co.

Wolfgang Streeck zwraca uwagę, że o śmiertelnym charakterze obecnego kryzysu kapitalizmu świadczy całkowita erozja jego legitymizacji. Już chyba tylko w Polsce wierzy się jeszcze szeroko, że kapitalizm jest racjonalny, sprawiedliwy i ma sens. Że wciąż nie ma wystarczająco silnego wobec niego wyzwania, system zawdzięcza tylko temu, iż dziesięciolecia neoliberalno-neokonserwatywnego prania mózgów zniszczyły wiarę w alternatywy. System trzyma się wyłącznie siłą inercji i przyzwyczajenia, oraz słabością swoich rywali. Miarą obecnego kryzysu legitymizacji kapitalizmu jest dla Streecka to, że nawet beneficjenci status quo nie dbają już o żadne pozory. Nie czynią już najmniejszych wysiłków, by uszlachetniać, upiększać, zatajać czy mistyfikować swoje motywacje, czyny czy zasługi. Od bankierów na Wall Street i w City of London odpowiedzialnych za doprowadzenie swoich instytucji na krawędź bankructwa, przyznających sobie za to milionowe premie z pochodzących z publicznych bailoutów środków, po wyprzedaż Grecji za bezcen – grabież odbywa się dziś w biały dzień i na oczach nas wszystkich, bez ceregieli ani owijania w bawełnę. Władcy świata nie boją się utraty twarzy, bo wiedzą, że dawno ją utracili. Kradną, bo mają na tyle władzy, że mogą. Kradną w takim tempie i z takim rozmachem, bo wiedzą, że niewiele czasu im zostało, zanim wszystko się zawali. Kradną tak dużo, bo wtedy więcej z tego zachowają, jak już wszystko się zawali, poduszka, na której wylądują, będzie grubsza.

Przyglądając się żenującej i cokolwiek zdumiewającej indolencji torysów przez ostatnich kilka lat u władzy, trudno nie odnieść wrażenia, że źródłem ich dezorientacji, braku planu politycznego na najbliższą nawet przyszłość, jest głębokie zdziwienie, że świat, jaki znamy, jeszcze stoi, jakby się spodziewali, że zawali się szybciej. Przyglądając się szalonemu rozpędowi, z jakim bez dowodów szastali oskarżeniami Moskwy o próbę zamordowania jej byłego agenta Skripala, można odnieść wrażenie, że chcą wojny z Rosją, bo chcą, żeby świat się już wreszcie zawalił.

*

Przechadzając się głównymi galeriami Royal Academy miałem więc wrażenie, że oglądam wizualny poemat pozornie historyczny, którego prawdziwym tematem jest niepokój naszych władców, czy i przez to wzburzone morze uda im się przeprawić bezpiecznie na drugą stronę, znów na nasze grzbiety, tak jak im się ostatecznie udało u progu nowoczesności (od Florencji po Szwecję wykazano, że najbogatsze rodziny pod koniec średniowiecza i najbogatsze rodziny dziś, to mniej więcej te same rodziny). Jeśli jednak i tym razem im się uda, to świat urządzony kosztem większości z nas już po klimatycznej katastrofie okaże się najpewniej jeszcze – bez porównania – gorszy niż świat, jaki znamy. Czy zdołamy tym razem wszyscy zawczasu zrozumieć powagę sytuacji na tyle, by połączyć siły i wysadzić w końcu władców świata z siodła, a świat uczynić miejscem znośnym dla wszystkich? Czy też pozwolimy im odesłać na śmietnik najpiękniejsze obietnice nowoczesności, choć nigdy do końca nie spełnione, to podtrzymujące tak długo kolektywny horyzont naszej wspólnej ludzkiej godności? Czy zdołamy jednak wykorzystać nadchodzące burze i wstrząsy, by te obietnice w końcu chwycić za słowo, zrealizować, wspólnie je spełnić? Czy uda nam się nie tylko pościnać głowy Karolów Pierwszych naszych czasów, ale także nie dopuścić, by tylnymi drzwiami wrócili na ich miejsce ich synowie?

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w miesięczniku Le Monde diplomatique – edycja polska (kwiecień 2018)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ilustracja nad tekstem: Anthony Van Dyck, Karol I (fragment)

Palestyna, Izrael, Nakba, okupacja, apartheid

15 maja to dla Palestyńczyków Dzień Nakby – rocznica ich narodowej Katastrofy: czystek etnicznych, masakr i wypędzenia ponad 700 tys. z nich przez syjonistyczne bojówki w okresie przed i po ustanowieniu Państwa Izrael w 1948 roku.

W tym roku, 2018, jest to 70. już rocznica Nakby – z tej okazji, a także głęboko wstrząśnięty wiadomościami dobiegającymi w ostatnich dniach z Gazy, postanowiłem dla zainteresowanych tematem i moim zdaniem zebrać tutaj razem linki do moich tekstów z ostatnich kilku lat poświęconych sprawie palestyńskiej, kolonialnej przemocy Państwa Izrael, izraelskiemu apartheidowi i izraelskiej propagandzie.

 

Lista będzie w tym poście aktualizowana, jeśli napiszę kolejne teksty na ten temat (a pewnie napiszę).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Zwycięzca Eurowizji 2018: Ministerstwo Spraw Zagranicznych Izraela

Już prawie pięćdziesięciu Palestyńczyków, bezbronnnych uczestników pokojowych protestów, zginęło od 30 marca przy granicy odciętej od świata Gazy, tysiące zostało rannych, wielu na zawsze okaleczonych, bo izraelscy snajperzy strzelali w nogi nabojami eksplodującymi w momencie wejścia w ciało, nie zostawiając innej możliwości niż amputacja kończyny.

Skandalem było już samo to, że w obliczu tych wydarzeń reprezentantkę takiego kraju (najbardziej rasistowskiego państwa świata) dopuszczono w ogóle do udziału w konkursie piosenki Eurowizji, jak gdyby nigdy nic. Tymczasem Netta Barzilai, która w 2014 służyła w marynarce, gdy Izrael bombardował Gazę (operacja Protective Edge) i niewykluczone, że zabawiała swoim głosem tych samych żołnierzy, którzy zamordowali czterech chłopców z rodziny Baker, gdy ci, ciesząc się letnim słońcem, grali na plaży w piłkę – nie tylko została dopuszczona do udziału, ale europejscy telewidzowie i jurorzy dali się nabrać na ściemę powierzchownego liberalnego feminizmu jej numeru, pozwalając izraelskiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych odnieść jedno z jego największych ostatnio zwycięstw propagandowych. W momencie, kiedy wizerunek międzynarodowy tego kraju ulegał nareszcie coraz szybszej, od dawna zasłużonej rozsypce; w momencie, kiedy nawet Natalie Portman przystąpiła de facto do bojkotu Izraela, choć bała się otwarcie tak swój gest nazwać.

Przecież rozrywkowa piosenka nie ma nic wspólnego z tak wielką polityką, artystka na scenie naprawdę dała radę, miliony widzów głosowały na to, co im się podobało, a nie na rządy! – prawda?

My ass!

Ta piosenka nie była oderwana od tak wielkiej polityki, wręcz przeciwnie. Izrael wydaje fortunę na realizowane w kulturze przedsięwzięcia propagandowe, które ukłonami w stronę czy to liberalnego feminizmu, czy to gay-friendliness dla szpanu, czy to pokazowej ekologii albo promowania weganizmu mają przesłonić zbrodnie każdego dnia popełniane przez izraelski apartheid na Palestyńczykach i bezceremonialną agresję Izraela wobec innych państw w regionie (w tym momencie Izrael usiłuje przekształcić wojnę w Syrii w jeszcze większy konflikt, otwartą zbrojną napaść na Iran).

Gdzie w „feminizmie” Netty Barzilai jest miejsce dla kobiet, które umierają, rodząc w kurzu na izraelskich checkpointach, bo jej koledzy z Cahalu uniemożliwiają im dostanie się na czas do szpitala? Gdzie dla matek dzieci, które zginęły w trzech wojnach, których inferno Izrael spuścił na Gazę w ciągu ostatniej dekady? Gdzie dla matek co najmniej trzystu palestyńskich dzieci, które siedzą w izraelskich więzieniach w momencie, gdy czytasz te słowa – niezależnie od tego, kiedy je przeczytasz? Gdzie w jej sympatii dla społeczności LGBT+ (reprezentacja Izraela w konkursie chwaliła się jej licznym udziałem w zespole przygotowującym wykonanie piosenki) chwila uwagi dla palestyńskich gejów i lesbijek, których biały fosfor spadający na Gazę, ani tortury w izraelskich więzieniach nie omijają (wręcz przeciwnie, izraelskie służby specjalne w sposób szczególny polują na Palestyńczyków LGBT+)?

Nigdzie, bo Netta „kocha swój kraj”, a przecież Palestyńczycy do niego nie należą.

Według aktywistów ruchu BDS (bojkot, wycofanie inwestycji i sankcje), wypromowanie piosenki Barzilai było operacją propagandową, na którą w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Izraela przeznaczono ogromne środki. Piosenka była promowana w mediach tradycyjnych i społecznościowych (w tym nawet w gejowskich aplikacjach randkowych, na pewno w niektórych krajach na Grindrze). Nawet w trakcie samego sobotniego finału w Lizbonie chyba żadnej innej flagi nie widać było tak często w czasie całego wieczornego wydarzenia, nie tylko wokół izraelskiej piosenki, ale i pomiędzy innymi utworami. Nie chce mi się wierzyć, że nie było tu jakiegoś product placement.

Sam udział w konkursach Eurowizji jest dla Izraela ważny propagandowo, stanowi bowiem część jego zabiegów o to, by być postrzeganym jako członek wielkiej europejskiej rodziny szlachetnych liberalnych demokracji, który zarazem, ze względu na swoje geograficzne położenie już na zewnątrz Europy, stanowi najdalej na wschód wysuniętą flankę cywilizacji Zachodu, jej swego rodzaju strażnika tam, gdzie rozpościera się już świat kluczowego „Innego” Europy, islamu.

W tym roku stawki były jednak bez porównania wyższe. Międzynarodowy wizerunek rozbestwionego rozpieszczaniem przez administrację Donalda Trumpa Izraela jest pod coraz silniejszą presją i potrzebuje na gwałt jakiegoś spektakularnego liftingu. Tym bardziej, że zaraz po Eurowizji będzie wielka, siedemdziesiąta rocznica powstania Państwa Izrael, a ponieważ dla Palestyńczyków w tej rocznicy nie ma nic do świętowania, planują oni największe protesty w ramach trwającego od kilku tygodni Wielkiego Marszu Powrotu. Izrael gromadzi już siły, by uderzyć w te protesty, być może skala przemocy przebije tę z 30 marca. Blichtr i szum tego rodzaju przyda się więc, by czymś przesłonić i zagłuszyć doniesienia mediów o nadchodzących wydarzeniach. Z kolei organizacja finału Eurowizji 2019 w Jerozolimie to gra o normalizację aneksji okupowanego miasta, normalizację jej statusu jako stolicy Izraela – statusu uznawanego tylko przez USA, z pogwałceniem prawa międzynarodowego. Podobnie jak militarna przeszłość Netty, z której wokalistka wydaje się być dumna, pomaga normalizować i dodawać „ludzką twarz” kolonialnej przemocy izraelskiej armii.

I nie należy się nabierać, że Netta Barzilai jest niczego nieświadomą artystką lekkiego popu, którą do celów propagandowych wykorzystuje podstępnie jej rząd. Netta doskonale zdaje sobie sprawę z propagandowego znaczenia swojego występu i zwycięstwa w konkursie, i świadomie w tym propagandowym przedsięwzięciu uczestniczy. Powiedziała między innymi, że zrobiła something crazy dla Hasbary. Hasbara znaczy ‘propaganda’ i jest to hebrajska nazwa operacji Izraela obliczonych na obronę wizerunku kraju w oczach międzynarodowej opinii publicznej. Już jako zwyciężczyni konkursu krzyczała ze sceny, że w przyszłym roku Eurowizja będzie miała finał „w Jerozolimie, w stolicy!” (a nie np. w Tel Awiwie, albo po prostu ogólnie, w Izraelu – w końcu wokalistka wcale nie musiałaby wiedzieć z wyprzedzeniem, gdzie publiczny nadawca jej kraju zaplanuje imprezę za rok).

Katastrofalny politycznie rezultat konkursu mówi nam coś bardzo smutnego o poziomie politycznej świadomości Europejczyków, którzy tak łatwo dają się nabrać na propagandowe ściemy w rodzaju powierzchownych „feministycznych” sloganów, albo nawet jedynie hasztagów, i odwracają wzrok albo wręcz nie widzą żadnego związku z przemocą, której pudrowaniu te frazesy służą. Coś bardzo smutnego o tym, że na milionach Europejczyków coraz bardziej rozpasana przemoc Państwa Izrael nie robi żadnego wrażenia – i to nawet w momencie, kiedy zachowanie premiera Netanjahu grozi wybuchem wojny z Iranem, która przez wciągnięcie USA a potem innych państw NATO z jednej, a Rosji i Chin z drugiej, szybko mogłaby się przekształcić w wojnę światową i/lub nuklearną.

Mówi też coś bardzo smutnego o konkretnym sektorze europejskiej publiczności – moim sektorze, społeczności LGBT+, która była szczególnie targetowana w wielkiej operacji promowania piosenki Netty. Konkurs piosenki Eurowizji, ze względu na wpisany weń lub przypisywany mu element campu, jest od dawna stałym punktem w queerowym kalendarzu w całej Europie. Sam byłem wczoraj z mężem u przyjaciół, którzy zrobili na tę okazję dużą imprezę w swoim domu na wschodzie Londynu. Wygląda na to, że ten target się spisał i sprawdził. Na wspomnianej imprezie pojawił się gość z flagą Izraela na plecach, ktoś inny zagłosował na Nettę, ktoś jeszcze bardzo się cieszył z wyniku. W Polsce izraelska piosenka wygrała sondę portalu Queer.pl. Europejska/zachodnia kultura gejowska nie tylko traci dziś wszelkie właściwe jej kiedyś elementy postępowe, wywrotowe – stała się w ogromnym stopniu konserwatywna, czasem jawnie reakcyjna. Jest mi od wczoraj niesłychanie wstyd. Drodzy geje i lesbijki, daliśmy dupy.

Każdy, kto weźmie udział w Eurowizji 2019 w Jerozolimie, weźmie na siebie część odpowiedzialności za zbrodnie, których maskowaniu i relatywizowaniu ten występ wraz z całym wydarzeniem będzie politycznie służył. Każdy, kto wystąpi w Eurowizji 2019, będzie miał krew na rękach. A ponieważ wywołanie przez Izrael trzeciej wojny światowej jest coraz bardziej realną możliwością, Eurowizja 2019 zająć może w historii miejsce w jednym szeregu z takimi imprezami jak Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936.

Chyba, że uda się nam – wszystkim ludziom przyzwoitym – połączyć siły i obrócić Eurowizję 2019 w największy sukces międzynarodowej kampanii bojkotu Izraela, wywierając presję i skłaniając wykonawców do rezygnacji z udziału lub European Broadcasting Union do anulowania bądź przeniesienia imprezy.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Nieprzyjazne środowisko i pokolenie Windrush

Brytyjska ministra spraw wewnętrznych Amber Rudd podała się wczoraj, w niedzielę 29 kwietnia [tekst ukazał się pierwotnie 30 kwietnia 2018], do dymisji. Jest to konsekwencja wielkiego skandalu, który ściągnął gromy także na konserwatywną premier Theresę May. Windrush generation, „pokolenie Windrush” – hasło to nie schodzi z nagłówków gazet i czołówek telewizyjnych serwisów informacyjnych w Wielkiej Brytanii.

W młodości, zaczynając dopiero karierę w polityce, Theresa May marzyła o tym, by zostać pierwszą kobietą na stanowisku premiera rządu Wielkiej Brytanii. To marzenie przepadło, gdy ubiegła ją Margaret Thatcher. Trudno oprzeć się złośliwemu wrażeniu, że potykająca się o własne nogi May rywalizuje dzisiaj z Thatcher o miejsce najbardziej znienawidzonego szefa rządu w nowoczesnej historii Zjednoczonego Królestwa. Rzecz do niedawna niewyobrażalna – Thatcher jest tak znienawidzona, że jej śmierć Brytyjczycy, zwłaszcza z klasy robotniczej, przywitali jej śmierć popijawami na ulicach miast i wielką imprezą na londyńskim Trafalgar Square – ale May jest na najlepszej drodze, by Thatcher zdetronizować.

Windrush

MV Empire Windrush to nazwa statku, który 22 czerwca 1948 przywiózł do jednego z portów w hrabstwie Essex 492 pasażerów z Jamajki, Trynidadu i Tobago oraz innych wysp na Morzu Karaibskim, wówczas wciąż jeszcze brytyjskich kolonii. Od nazwy tego statku „pokoleniem Windrush” przyjęło się nazywać ludzi, którzy od tamtego momentu do mniej więcej pierwszej połowy lat 70. XX wieku przybyli w ten sposób do Wielkiej Brytanii z jej zamorskich kolonii, dziś w większości niepodległych państw, członków Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.

Przybyli tu, nierzadko z małymi dziećmi, zaproszeni przez kolonialną metropolię cierpiącą na niedobór siły roboczej koniecznej do odbudowania kraju po II wojnie światowej, personelu opiekuńczego dla nowego uniwersalnego systemu służby zdrowia (NHS), itd. Przybywali wolni od obowiązku wizowego, jako poddani korony brytyjskiej, na podstawie obejmującego ich „obywatelstwa Wielkiej Brytanii i kolonii” (CUKC, Citizenship of the United Kingdom and Colonies), które dopiero później zostało zniesione, a struktura brytyjskiego obywatelstwa zreformowana, gdy większość z ich krajów pochodzenia uzyskała niepodległość. Na mocy ustawy imigracyjnej z 1971 roku wszyscy ci, którzy przybyli w ten sposób do tamtej pory, zostali objęci automatycznym dożywotnim prawem pobytu. Ażeby przybyć na Wyspy Brytyjskie, nie potrzebowali nigdy aplikować o żadną wizę czy pozwolenie, dlatego w 1971 nie otrzymali również żadnego formalnego dokumentu potwierdzającego uzyskane prawo. Miało ono być zrozumiałe samo przez się.

Jedynym dokumentem, który mógłby potwierdzać datę ich przybycia do Wielkiej Brytanii były tzw. landing cards wystawione, gdy tutaj dotarli. Karty te były jednak przechowywane przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (Home Office) i… zostały przez jego funkcjonariuszy zniszczone w 2010, wkrótce po tym, jak szefową tego ministerstwa została Theresa May.

Nieprzyjazne środowisko

May objęła Ministerstwo Spraw Wewnętrznych opętana obsesją opanowania imigracji. Wielokrotnie powtarzała swoje fanatyczne przywiązanie do celu, jakim miało być zmniejszenie imigracji do Wielkiej Brytanii do poziomu nie większego niż 100 tys. osób rocznie, choć próg ten nie ma żadnego uzasadnienia innego niż propagandowe i trzymała się go pomimo głosów eksperckich, że imigracja poniżej 140 tys. osób rocznie będzie miała zgubne konsekwencje dla gospodarki, dla służby zdrowia, dla systemu emerytalnego.

Żeby swój cel osiągnąć, May zaproponowała i szybko implementowała doktrynę hostile environment („wrogie otoczenie” albo „nieprzyjazne środowisko”). Wielka Brytania miała się stać „nieprzyjaznym środowiskiem” dla każdego, kto tu przebywa „nielegalnie”, zamieniając jego życie w ciąg doświadczeń tak uciążliwych, że sam się stąd zabierze z powrotem. W rzeczywistości jednak w kilka lat Wielka Brytania stała się nieprzyjaznym środowiskiem dla ogromnej liczby tych, którzy tu żyją bez obywatelstwa, na różnych podstawach prawnych (od obywatelstwa UE, przez studia po związek małżeński z obywatelem lub obywatelką Wielkiej Brytanii).

Jako ministra spraw wewnętrznych May wysłała na ulice miast i dzielnic znanych z dużej populacji imigranckiej ciężarówki uzbrojone w billboardy mówiące „Wracaj do domu, jeśli przebywasz tu nielegalnie!” i krzyczące to samo przez megafony. Od 2012 wprowadziła zmiany w prawie, które wszystkie publiczne instytucje a nawet prywatnych właścicieli nieruchomości uczyniły przedłużeniem służb imigracyjnych. Przychodnie, szkoły, pomoc społeczna, pracodawcy i osoby oferujące mieszkanie, czy choćby pokój na wynajem – zostali wszyscy obciążeni obowiązkiem sprawdzania statusu imigracyjnego swoich pacjentów, petentów, pracowników, najemców. Kiedy May, po dymisji Davida Camerona w 2016, objęła tekę szefa rządu, jej następczynią w Home Office została Amber Rudd, która zobowiązała się przykręcić śrubę jeszcze bardziej.

Cynizm i niekompetencja

Dopiero dochodzenie dziennika „The Guardian” wydobyło na światło dzienne skalę dramatu, który przez ostatnich kilka lat uczynił około 50 tys, osób, głównie pochodzenia karaibskiego, bohaterami jakiejś gigantycznej kontynuacji Procesu Kafki. 50 tys. ludzi, większość z nich w zaawansowanym wieku, stoi dziś przed groźbą deportacji do krajów, które opuścili nierzadko jako małe dzieci i których wielu z nich zupełnie nie zna. Zostali zwolnieni z pracy, zamrożone zostały ich renty, emerytury i inne świadczenia, utracili prawo do opieki medycznej lub dostali za nią wielotysięczne rachunki, wielu grozi eksmisja z mieszkań lub już zostali eksmitowani. Home Office, zniszczywszy ich landing cards, zażądało od nich przedstawienia dokumentacji za cały okres ich życia w Wielkiej Brytanii – po 3-4 wyciągi z konta, rachunki za telefon czy „paski” z wypłaty na każdy rok pobytu. Oczywiście, nikt nie ma takiej dokumentacji na pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat wstecz.

Niektórzy już trafili do detention centres dla nielegalnych imigrantów, nie wiadomo jednak, ilu, podobnie jak nie wiadomo, czy i ile osób zostało już deportowanych. W kwietniu skandal ten stał się przedmiotem gorących debat w Parlamencie. Poseł z ramienia Partii Pracy, David Lammy, sam syn pokolenia Windrush (jego rodzice przybyli z Gujany), od wielu dni domaga się od May i Rudd informacji o dotychczasowych zatrzymaniach i deportacjach, jak dotąd bezskutecznie. W czasie przesłuchań przed parlamentem wyszło na jaw – poświadczyli tak pracownicy służb imigracyjnych – że Home Office ustanowiło dla każdego regionalnego oddziału tych służb „targety”, ile osób miesięcznie ma być deportowanych na podstawie niewystarczającej dokumentacji potwierdzającej prawo do pobytu.

Rudd początkowo temu zaprzeczała, następnego dnia potwierdziła, tłumacząc się, że o tym nie wiedziała, choć „targety” te są jedną z miar „produktywności” personelu, za który odpowiada. Wczoraj (29 kwietnia) „The Guardian” opublikował jednak list z 30 stycznia 2017, podpisany przez Amber Rudd, adresowany do Theresy May, w którym mówi ona o tych „targetach” jako „ambitnych ale wykonalnych”. Rudd zadeklarowała w nim własną inicjatywę zwiększenia liczby deportacji o 10%. „The Guardian” udowodnił tym samym, że obydwie, Rudd i May, kłamią, zasłaniając się niewiedzą. Kilka godzin później Rudd podała się do dymisji.

Theresa May jest wyjątkowo nieudolną szefową rządu, niemniej jednak całego tego skandalu nie można złożyć na karb jej kreskówkowej wprost niekompetencji. To jest rezultat jej i jej partyjnych kolegów cynizmu i – nie bójmy się tego słowa – rasizmu, bo niemal wszystkie dotknięte tą sytuacją osoby mają czarny bądź brązowy kolor skóry. W 2013, gdy zmiany w przepisach imigracyjnych, które doprowadziły do obecnego skandalu, były przedmiotem dyskusji w parlamencie, May otwartym tekstem powiedziała w Parlamencie, że lepiej ludzi niesłusznie deportować, a potem rozpatrywać apelacje, niż upewnić się, że wszystko od początku odbywa się w sposób sprawiedliwy i z szacunkiem dla ludzi, którzy w Wielkiej Brytanii przeżyli i przepracowali prawie całe swoje życie. Teraz wygląda na to, że kiedy sprawy zaczną trafiać do sądów, brytyjski rząd będzie musiał wypłacać ogromne odszkodowania.

(Przy okazji warto zaznaczyć, że wśród nielicznych posłów, którzy głosowali przeciwko tym zmianom w przepisach imigracyjnych, byli obecny przewodniczący Partii Pracy Jeremy Corbyn i jego dzisiejsi najbardziej zaufani ludzie, John McDonnell i Diane Abbott).

Faszystowski dryf liberalnej demokracji

Szczególnie bulwersujące jest, że w dokładnie tym samym czasie, próbując to utrzymać z dala od prasy, rząd Theresy May rekrutował na Karaibach pielęgniarki, których brakuje w szpitalach, bo te pochodzące z krajów Unii Europejskiej, w atmosferze „nieprzyjaznego środowiska”, zaczęły już wyjeżdżać z Wielkiej Brytanii. Chodzą słuchy, że nowa fala karaibskich pielęgniarek ma jednak być ściągnięta na zasadach, które uczynią łatwym ich arbitralne odsyłanie z powrotem, gdy tylko to się będzie w ten czy inny sposób kalkulowało rządowi.

Uprawnia to do spekulacji, że cała historia z pokoleniem Windrush mogła być od początku cynicznie zaplanowana jako eksperyment polityczny, badający jak daleko można się dziś posunąć w rasistowskim segregowaniu społeczeństwa, kreowaniu grup znienacka pozbawionych praw, odbieraniu praw już nabytych i rozgrywaniu różnic w poziomie praw pomiędzy poszczególnymi segmentami populacji kraju. To doświadczenie mogłoby być „jak znalazł”, gdy po Brexicie Torysi przejdą do kolejnego uderzenia w prawa pracownicze i prawa społeczne mieszkańców Wielkiej Brytanii.

Musimy jednocześnie przytomnie zdawać sobie sprawę, że Wielka Brytania z tym swoim „nieprzyjaznym środowiskiem” nie jest dziś w Europie w odosobnieniu, wręcz przeciwnie. W tym samym czasie administracja pieszczocha liberalnych mediów całej planety, prezydenta Macrona we Francji, kryminalizuje elementarne odruchy ludzkiej solidarności z uchodźcami i innymi migrantami, czyniąc przestępstwem udzielanie im dachu nad głową czy pomocy medycznej. Od porządnych lewicowców po uczciwych liberałów, wielu postrzega dzisiaj współczesne zagrożenie faszyzmem w kategoriach konieczności odpierania obscenicznych sił otwarcie skrajnie prawicowych. Ale współczesny dryf liberalnych demokracji w stronę faszyzmu dokonuje się rękoma nie tylko takich sił jak UKIP czy Front National. Dokonuje się on także rękoma najbardziej „szacownych” sił burżuazyjnej demokracji – tych samych pięknych neoliberałów w najdroższych garniturach, którym udało się „uratować świat” przed Marine Le Pen oraz „cywilizowanej konserwatywnej prawicy”, za jaką do dzisiaj, czasem nawet na lewicy, uchodzi brytyjska Partia Konserwatywna.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 30 kwietnia na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Kassim Warioba

Szyici i sunnici – odwieczny konflikt?

Pomiędzy dwiema głównymi gałęziami islamu istnieją poważne różnice doktrynalne, których korzenie sięgają VII wieku. Ale czy naprawdę najlepszym sposobem na rozumienie napięć w regionie jest studiowanie aż tak głęboko historii islamskiej teologii? A co, jeśli obecny kształt napięć pomiędzy krajami, które tradycyjnie opisywane są rozmieszczaniem po dwóch stronach tej opozycji jest tak długowieczny, że… sięga zaledwie końca lat 70. XX wieku?

Arabia Saudyjska a sprawa syryjska

Przedziwne kwietniowe bombardowania Syrii przez koalicję Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji nastąpiły niemal natychmiast po okresie wyjątkowo intensywnej aktywności dyplomatycznej pomiędzy stolicami trzech zachodnich mocarstw a księciem koronnym Arabii Saudyjskiej Muhammadem ibn Salmanem (znanym także jako Mohammed ben Salman, MBS). W wyjątkowo krótkim czasie MBS odbył trzy podróże: do Londynu (7 marca), do Waszyngtonu (19 marca) i do Paryża (8 kwietnia).

Trudno nie spekulować, że na tych spotkaniach uknuto sam rzekomy atak bronią chemiczną w Gucie (jedyny zachodnioeuropejski dziennikarz, który pojechał na miejsce, mówiący po arabsku Robert Fisk z „The Independent”, nie znalazł świadectw na potwierdzenie tezy o ataku chemicznym), podobnie jak zrzucenie odpowiedzialności za ten atak na reżim Baszszara al-Asada, a także bombardowania, jakie mają następnie być za ten rzekomy atak „karą”. „Kara” nadeszła tak szybko, żeby międzynarodowi obserwatorzy i śledczy nie zdążyli znaleźć zawczasu dowodów, że Asad, cokolwiek by nie miał wcześniej na sumieniu, w tym przypadku jest niewinny. Richard Falk, wybitny ekspert od prawa międzynarodowego, rozpoczął swój komentarz do bombardowań od przypuszczenia, że Syria, być może, bardziej niż za to, że użyła broni chemicznej, została ukarana za to, że jej nie użyła.

MBS w ten czy inny sposób zapłacił przynajmniej za część amerykańsko-francusko-brytyjskich bombardowań. W Paryżu np. zostawił za sobą kontrakty o łącznej wartości 19 miliardów dolarów.

Saudyjskie pragnienie zniszczenia reżimu partii Baas w Syrii to oczywiście nic nowego. Od samego początku obecnej wojny Saudowie współpracowali z CIA i Pentagonem we wspieraniu salafickich dżihadystów w Syrii – bronią, strumieniem pieniędzy, a także eksportując tam własnych radykałów z ambicjami zmieniania świata, żeby nie robili szumu w królestwie. Tę metodę pozbywania się potencjalnych wywrotowców z własnych granic Saudowie praktykują od czasu salafickiego powstania Dżuhajmana al-Utajbiego, które w listopadzie 1979 na chwilę zdobyło Wielki Meczet w Mekce. Arabia Saudyjska odegrała jedną z głównych ról w samym wywołaniu wojny w Syrii, tzn. w przekształceniu protestów społecznych z 2011 w wojnę do dziś dla niepoznaki zwaną domową.

Dom Saudów miał kosę z Syryjczykami już w okresie rządów ojca Baszszara, Hafiza al-Asada. Gdy ten zmarł i władzę po nim przejął, albo raczej przyjął Baszszar, na krótki okres (niewiele ponad rok od szczytu Ligi Państw Arabskich w 2009) stosunki się ociepliły – król Abd Allah liczył wtedy na wyprowadzenie Syrii pod przywództwem Asada-syna z jej trwającego trzydzieści lat sojuszu z Iranem.

Z punktu widzenia saudyjskiego wahabizmu (wyjątkowo integrystycznej, „plemiennej” odmiany islamu sunnickiego) syryjscy alawici lądują w jednym worku z szyitami, ponieważ jedni i drudzy są wyznawcami tradycji Alego, a więc dla Saudów heretykami, odstępcami od islamu „prawdziwego”. Jednak Hafiz al-Asad przejął władzę (w wojskowym zamachu stanu w 1970) nie jako reprezentant alawitów a jako człowiek partii Baas. Religijna afiliacja jego rodziny nie odgrywała żadnej istotnej roli politycznej, a jednym ze źródeł legitymizacji i stabilizacji jego reżimu w późniejszych dekadach było uczynienie Syrii państwem świeckim i jako takie oferującym warunki przyjaznego współistnienia przedstawicielom różnych grup etnicznych i wyznaniowych składającym się na wewnętrzną mozaikę kulturową kraju. Częściowo dzięki temu jego reżim, choć opierał się na brutalnej władzy wojska i wszechobecnej tajnej policji, nigdy nie był we własnym kraju tak powszechnie znienawidzony jak np. Husniego Mubaraka w Egipcie. Saudowie się z Hafezem nie lubili już od początku lat 70. XX wieku, ale aż do 1979 nie ujmowali tej animozji publicznie w kategoriach różnic religijnych.

Do 1979, bo wtedy miała miejsce Rewolucja Islamska w Iranie, która zmieniła wszystko.

Iran i groźba rewolucji

Jak pisze wybitny indyjski marksista, historyk i dziennikarz Vijay Prashad (w książce The Death of the Nation):

[…] niewiele było antypatii pomiędzy sułtanami Arabii a królem Iranu – pomimo różnych baz społecznych tych monarchii. Łączył je kolor ich krwi. Tę arterię przecięła jednak irańska rewolucja.

Oraz:

Rewolucja irańska postawiła reżim saudyjski w poważnym niebezpieczeństwie na trzy sposoby jednocześnie. Po pierwsze, muzułmański monarcha (szach) został obalony. Irańczycy sięgnęli głęboko do studni islamskiej myśli, by stworzyć alternatywny model islamskiego rządzenia – Welajat-e Faqih („zwierzchnictwo jurystów” [albo „zwierzchność uczonych” – przyp. JP]). To nie był nacjonalizm w rodzaju Nassera czy Baas, obu zdecydowanie laickich. Irańczycy stworzyli islamską formę republikanizmu. Muzułmańska wspólnota polityczna – ogłosili – nie potrzebowała już więcej monarchii. Po drugie, Irańczycy rozwinęli nowoczesne instytucje, obsadzone zarówno przez mężczyzn jak i przez kobiety, oraz dopuścili wybory do parlamentu (zakazując udziału partiom komunistycznym, liberalnym i kurdyjskim). Wszystko to stanowiło anatemę w Arabii Saudyjskiej. Po trzecie, irańska rewolucja ożywiła intelektualną i polityczną odwagę Mohammeda Huseina Fadlallaha […] w Libanie, by przesunąć politykę po linii szyickiej, co w rezultacie, w kontekście Libańskiej Wojny Domowej, doprowadziło do utworzenia Hezbollahu (Armii Boga). Dostarczyła też nowego dyskursu już niezadowolonym robotnikom roponośnych regionów Arabii Saudyjskiej – tak się złożyło, że wielu z nich było szyitami.

Wkrótce po ustabilizowaniu się w Iranie nowego porządku ajatollaha Chomeiniego Hafiz al-Asad zwrócił uwagę na Teheran, żeby nawiązać nowy sojusz, obliczony na opozycję wobec Iraku Saddama Husajna. Wtedy właśnie oficjalnym saudyjskim problemem z Syrią stała się specyfika religijna jej samej i jej sojuszu z Iranem. Saddam Husajn natomiast w zamian za saudyjskie wsparcie na sumę miliarda dolarów miesięcznie na konieczne wydatki zobowiązał się w Ar-Rijadzie w 1980 do zbrojnego „opanowania” Iranu i miesiąc później zaatakował Iran, rozpoczynając wieloletnią „sunnicką” wojnę z młodą szyicką republiką.

Arabia Saudyjska używa sekciarskich religijnych podziałów, odwołuje się i podgrzewa sekciarskie lęki i fobie (np. rozsiewa plotki, że irańscy szyici potajemnie werbują w Syrii nowych wyznawców, żeby zmarginalizować sunnitów), i „wyjaśnia” swoje zbrojne „interwencje” (np. w Jemenie) argumentami o walce z szyickimi heretykami działającymi na zlecenie Iranu, który pragnie przejąć kontrolę nad całym Bliskim Wschodem. Saudowie i ich sojusznicy z rodzin panujących nad mniejszymi emiratami w Zatoce Perskiej boją się politycznych i intelektualnych wpływów Iranu, bo nie da się ich tak łatwo zdyskredytować argumentem o ich kulturowej obcości i „zachodniości”, jak pokonane już (przy dużym udziale Saudów) projekty arabskiego socjalizmu i komunizmu. Iran pokazuje ich poddanym, że monarchów można obalić na gruncie samej muzułmańskiej tradycji i kultury, odwołując się do i czerpiąc z niej samej.

Histeryczna nadaktywność Domu Saudów

Obecnie obserwujemy wzmożoną, rzec można histeryczną nadaktywność Arabii Saudyjskiej i jej sojuszników, zwłaszcza w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, na coraz liczniejszych frontach. Wojny w Syrii i Jemenie; blokada Kataru, który choć powinien przypominać inne okoliczne emiraty skłania się ku Iranowi; uwięzienie premiera Libanu; coraz gęstsze knowania z zachodnimi stolicami i Tel Awiwem („najgorzej skrywany sekret Bliskiego Wschodu”).

Ta nadaktywność bierze się z coraz większego, wszechogarniającego strachu monarchów Półwyspu Arabskiego. Rośnie społeczne niezadowolenie, a na gospodarce opartej tylko na ropie coraz trudniej polegać. Niedawno trzeba nawet było wprowadzić w końcu podatki. Pieniędzy z ropy, przy użyciu których kupowano dotąd spokój społeczny, coraz mniej, a samo utrzymanie gargantuicznych dworów i rodzin królewskich rośnie. „Al-Saud to rodzina królewska jak żadna inna. Jest ich tysiące”. A każdy z tych tysięcy za samo swoje pokrewieństwo z królem otrzymuje „stypendium” (w wysokości od kilku tysięcy do ponad ćwierć miliona dolarów miesięcznie, w zależności od stopnia pokrewieństwa). A chaos od dekad rozsiewany po świecie eksportem ekstremistów zaczął się znowu przysuwać coraz bliżej granic Arabii.

Arabia Saudyjska dysponuje ogromnymi możliwościami propagandowymi w całym świecie muzułmańskim, które umożliwiają jej sprzedawanie swojej wersji wydarzeń, sekciarskiego kostiumu, w który przebiera swój przemożny strach, że dni arabskich monarchii są policzone. Finansuje międzynarodową konstelację szkół koranicznych i meczetów, które uczą świata według królów w Ar-Rijadzie, wydaje książki i prasę, a saudyjsko-emirackie stacje telewizyjne z siedzibami zwykle w Dubaju, dzięki wspólnocie języka i autorytetowi Półwyspu Arabskiego jako jego kolebki, docierają do arabskojęzycznych odbiorców od Marakeszu po Muskat i Mogadiszu.

Sunnici kontra szyici – w obiektywie Zachodu

Jednak te same religijne wyjaśnienia napięć i konfliktów na Bliskim Wschodzie sprzedawane są także nam, w Europie. My też zbyt często dajemy się nabrać, że konflikty między Iranem i jego sojusznikami a Saudami i ich kliką, to konflikty między dwiema odnogami prastarej religijnej schizmy. Główne powody są co najmniej dwa.

Pierwszy. Bezpieczeństwo monarchii saudyjskiej jest oficjalnie wpisane w doktrynę obronną uzależnionych od niej energetycznie Stanów Zjednoczonych od 1957 r. (najpierw w „doktrynie Eisenhowera”, później jeszcze mocniej w „doktrynie Cartera”). W zamian Saudowie i ich przydupasy z okolicznych emiratów odwdzięczają się realizowaniem amerykańskich interesów w swoim najbliższym sąsiedztwie – zwalczając najpierw komunizm (poprzez Światową Ligę Muzułmańską ustanowioną w 1962 w tym właśnie celu), a teraz Iran, który ze swoją niezgodą na globalny porządek pax americana Waszyngtonowi stoi kością w gardle tak samo jak królom i emirom Arabii. W kolejnym rewanżu Amerykanie wykorzystują planetarną siłę oddziaływania swoich „wolnych” mediów, by powielać propagandowe konstrukty Saudów na skalę wykraczającą daleko poza świat arabski. Często zresztą robią to niechcący i nieświadomie – mając coraz mniej zagranicznych reporterów polegają w coraz większym stopniu na materiałach i komentarzach przysyłanymi im przez „niezależne” think tanki.

Drugi. Waszyngtonowi tak samo jak Saudom opłaca się, żebyśmy wszyscy odbierali sytuację na Bliskim Wschodzie jako gmatwaninę konfliktów religijnych, które sięgają kilkanaście stuleci wstecz. O ile w przypadku Arabii Saudyjskiej służy to politycznej mobilizacji tożsamości „organicznych” na potrzeby jej doraźnych interesów, wytworzeniu emocjonalnego zaangażowania po jednej ze stron archaicznego podziału, o tyle adresowane do nas, którzy nic nie rozumiemy z tej całej schizmy we wczesnym islamie, ma to na celu naszą demobilizację, wytworzenie dystansu. Oto my, racjonalni Europejczycy i Amerykanie jesteśmy postawieni w obliczu zupełnie niezrozumiałego dla nas, średniowiecznego fenomenu, w którym olbrzymie państwa szarpią się do dziś o paru proroków z VII wieku. Ma to stworzyć wrażenie głębokiej cywilizacyjnej przepaści, która nas dzieli od „muzułmańskiej dziczy”, a w ostatniej instancji kazać nam się pogodzić z tym – i machnąć na to ręką, że na taką dzicz znowu spadają bomby. No bo co innego można zrobić, żeby zapanować nad masą tak irracjonalnych stworzeń?

Dwa „takie same” regionalne imperializmy?

Czy to znaczy, że Arabia Saudyjska i Iran to dwa tyle samo warte regionalne mocarstwa uprawiające na obszarze wokół Zatoki Perskiej konkurencyjne regionalne imperializmy, pomiędzy którymi trzeba postawić znak równości? Niestety, część lewicy tak myśli i tak to ujmuje. Ale – nie. Nie może być znaku równości między tak fundamentalnie różnymi ustrojami i tak fundamentalnie różnymi formami zaangażowania międzynarodowego.

Jakkolwiek odległy od marzeń każdego lewicowca jest ustrój współczesnego Iranu, nie można go przytomnie umieścić na tym samym poziomie, co barbarzyńską monarchię absolutną Arabii Saudyjskiej. Nie wszystkie orientacje polityczne mogą w Iranie startować w wyborach, ale przynajmniej są tam wybory. Kobiety nie mają w Iranie równych praw z mężczyznami, ale są prawniczkami, lekarkami i twórczyniami filmów. W tej sytuacji dzień, w którym sięgną po więcej jest kwestią czasu, odpowiedzią na pytanie „kiedy?”, a nie „czy?”. W Arabii Saudyjskiej dopiero zaczną legalnie prowadzić samochody. Cenzura i inne polityczne ograniczenia produkcji kulturalnej i intelektualnej są w Iranie szeroko obecne, ale nie w stopniu uniemożliwiającym istnienie i rozwój dysydenckiej, krytycznej czy poszukującej kultury. Świadczą o tym także tej kultury (np. kina) międzynarodowe sukcesy. W przeciwieństwie do Arabii Saudyjskiej. Socjolog Ahmad Sadri opisując irański system polityczny używa metafory skostniałej autorytarnej skorupy (związanej z klerem szyickim), która trzyma w swojej martwej powłoce wciąć bijące demokratyczne serce społeczeństwa, które tam żyje. Najnowsza historia Iranu pokazuje, że to serce jest wciąż zdolne do narzucenia spektakularnych zwrotów akcji, nie raz nas jeszcze nas one zaskoczą. Trudno cokolwiek podobnego powiedzieć o technokratycznym neośredniowieczu ustroju Arabii Saudyjskiej.

Rozprzestrzeniany przez Saudów po świecie chaos ma na celu wyłącznie zachowanie władzy i przywilejów rodziny królewskiej i spowinowaconych i zaprzyjaźnionych z nią emirów i książąt. Iran kieruje się uzasadnioną potrzebą obrony przed agresją i groźbami Stanów Zjednoczonych i Izraela, które słyszy ustawicznie już od prawie czterdziestu lat. Żeby obronić swoją suwerenność, potrzebuje w swoim otoczeniu państw, które nie upadły i nie zamieniły się w czarne dziury na podobieństwo Afganistanu i Iraku wskutek amerykańskiego, izraelskiego i saudyjskiego gmerania i spiskowania. Irańskie zaangażowanie w Syrii motywowane jest wolą uchronienia sojusznika przed popadnięciem w trwały chaos jak Libia. Iran próbuje powstrzymać chaos. A niektóre kierunki międzynarodowego zaangażowania Iranu miały od samego początku wyjątkowo pryncypialne, aksjologiczne źródła – ze szczególnym uwzględnieniem sprawy palestyńskiej. To nie jest tak, że Iran wspiera Hezbollah i Hamas, żeby zaszkodzić Izraelowi, z którym ma na pieńku. Jest dokładnie na odwrót: złe stosunki Iranu z Izraelem są konsekwencją pryncypialnej, motywowanej aksjologicznie solidarności z antykolonialną walką Palestyńczyków.

Tu ma miejsce kolejny kontrast z Arabią Saudyjską, która od lat funkcjonuje w nieoficjalnym, nienazwanym, niewypowiedzianym sojuszu z Izraelem. A Izrael jest w sojuszu z Arabią Saudyjską, bo jego interesy mogą być bezpieczne tylko w otoczeniu sąsiadów rządzonych przez monarchów i despotów lekceważących przekonania i żądania swoich ludów. W przeciwieństwie do pałaców Ar-Rijadu, Dubaju, Abu Zabi i Kairu, arabska ulica nigdy nie porzuciła swojej głębokiej solidarności z Palestyńczykami, i gdyby struktury władzy w arabskich państwach zaczęły umożliwiać polityczną ekspresję woli ludu, Izrael nie miałby ani jednego sojusznika w regionie.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 27 kwietnia 2018 na łamach portalu Strajk.eu

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Mechanizm liberalnego populizmu

23 marca premierę na Netfliksie miał drugi po Narcos serial brazylijskiego reżysera i producenta José Padilhi stworzony przez niego dla tej platformy, tym razem w duecie z Eleną Soarez. O Mecanismo, w Polsce pod mniej zwięzłym tytułem Dobrze naoliwiona maszyna, oparty jest na sensacyjnych wydarzeniach znanych jako Operação Lava Jato (Operacja Myjnia Samochodowa), czyli największej aferze korupcyjnej w historii nie tylko Brazylii ale najpewniej świata. Premiera w znaczący sposób niemal zbiegła się w czasie (wyprzedziła ją tylko o dwa tygodnie) ze skandaliczną decyzją sądu federalnego, żeby były prezydent Lula da Silva rozpoczął niezwłocznie karę 12 lat więzienia zasądzoną bez przekonujących dowodów za rzekomą korupcję, pomimo będącej w toku apelacji.

Padilha i dwóch Nascimento (Sandro i kapitan)

Kiedy Padilha był młodym, początkującym reżyserem, zdobywającym uznanie pełnometrażowym dokumentem Autobus 174 (2002, jeden z najbardziej poruszających filmów dokumentalnych w historii kina, piszę o nim w mojej książce Smutki tropików) i bulwersującym fabularnym debiutem Elitarni (2007) jego twórczość napędzał impuls fundamentalnej nieufności dla ideologicznej perspektywy własnej klasy społecznej (zamożnej, wielkomiejskiej klasy średniej).

Opowiadał kiedyś, jak zainteresował się Sandrem Rosą do Nascimento, chłopcem, który w czerwcu 2000 r. „porwał” z zakładnikami autobus 174 na rua do Jardim Botânico w Rio de Janeiro. Sam mieszkał wtedy w Rio i gdy te wydarzenia miały miejsce, był na treningu na siłowni. Przez wiele godzin nie mógł stamtąd wrócić do domu, bo ulica ta jest jedną z głównych połączeń w Cidade Maravilhosa („Cudowne Miasto”, tak Brazylijczycy mówią o Rio). Wielogodzinny impas między policją a tragicznym osiemnastoletnim „porywaczem” autobusu był transmitowany na żywo przez brazylijską telewizję, Padilha oglądał go na ekranach telewizorów wiszących na ścianach siłowni. Początkowo patrzył na to z uczuciem irytacji, że jego plany na resztę dnia legły w gruzach, dopóki nie zaczął przyglądać się zachowaniu czarnego chłopca w „porwanym” autobusie i kwestionować swojej własnej reakcji, rozpoznając jej źródło w ekonomicznym przywileju i klasowym dystansie do głównego bohatera rozgrywającej się tragedii.

Elitarnym natomiast nadał strukturę, która najpierw uwodziła widza faszystowskim pragnieniem osadzonym w klasy średniej tęsknocie do rozwiązania problemów społecznych arbitralną przemocą sił porządku (a nie redystrybucją, zmianą stosunków własności, itd.), by widza następnie za to pragnienie „ukarać”, razem z bohaterem, funkcjonariuszem specjalnych służb zwanych BOPE, kapitanem Nascimento, który staje się na oczach widza wrakiem człowieka.

Źle pomyślana maszyna

Padilha pozostaje sprawnym, zręcznym opowiadaczem historii i posługuje się pięknym obrazem, ale intelektualnie wykonuje w O Mecanismo ogromny skok wstecz. Wyraża się on w utracie wszelkiego krytycyzmu, tej ideologicznej podejrzliwości i nieufności, które kiedyś stanowiły o intelektualnej randze jego twórczości. Jego najnowszy serial jest bezkrytycznym, płaskim odzwierciedleniem dominującej ideologii, bezrefleksyjnie powtarza to, co widać przez okulary klasowego złudzenia brazylijskiej klasy średniej, tej żyjącej w strzeżonych, grodzonych edificios wielkich miast – oraz przez okulary mediów, które ta klasa na co dzień ogląda.

Przed oskarżeniami o uproszczenia czy przeinaczanie faktów (choć pewnie i przed ewentualnymi pozwami o zniesławienie) twórcy bronią się z wyprzedzeniem formułą, że serial jest tylko „inspirowany” autentycznymi wydarzeniami, zmieniając nazwiska kluczowych postaci ze świata polityki i biznesu. Niemniej jednak wiadomo – Brazylijczycy na pewno z miejsca rozpoznają – kto jest kim. Presidenta Janete Ruscov mówi z manieryzmami właściwymi Dilmie Rousseff, takim samym akcentem, ma podobną sylwetkę. Były prezydent João Higino jest fizycznie podobny i mówi z równie ciężkim głosem jak Lula da Silva. Podobnie brzmią lub rymują się nazwiska (Lucio Lemes to Aecio Neves, Samuel Themes to Michel Temer) i nazwy korporacji (Petrobrasil zamiast Petrobras czy Miller & Brecht zamiast Odebrecht).

Upadek Partii Pracowników

Historia upadku rządów Partido dos Trabalhadores i odsunięcia jej od władzy przez skorumpowany sojusz sił oligarchów i neoliberałów – pod pozorem walki z korupcją – w rzeczywistości jest historią na swój sposób tragiczną. Historią postępującej degeneracji ludzi i organizacji o szlachetnych intencjach i wielkich osiągnięciach (kilkadziesiąt milionów ludzi wyciągniętych ze skrajnej biedy), którzy wbrew ogromnym przeciwnościom weszli do gry w polu politycznym ustawionym nie tylko nie przez nich, ale wprost przeciwko nim i wszystkiemu, co chcieli reprezentować. A chcieli reprezentować Brazylię biedaków, kolorowych, pracowników, bezrobotnych, bezdomnych, ludzi bez ziemi, itd. Postawili (Lula a potem Rousseff, a z nimi szeregi ich partyjnych towarzyszy) wszystkie karty na to, żeby zdobyć sobie szacunek i rozepchać w tym wrogim polu miejsce – z uszanowaniem tego pola zasad. Zrobić tyle, ile się da, w tempie, jakie uda się wynegocjować, w zamian za akceptację formalnych ram brazylijskiej (wyjątkowo oligarchicznej) liberalnej demokracji, za dostosowanie się do jej procedur, do jej zwyczajów, do jej kultury. Ale w ten sposób stopniowo upodabniali się do tego, co chcieli zmienić, do tego, z czym chcieli wygrać. Bo brudne układy, zbyt daleko posunięte kompromisy i systemowa korupcja są tak samo integralnym składnikiem brazylijskiej liberalnej demokracji jak wybory i Kongres Narodowy w Brasilii.

Banco de SP

A kiedy już mowa o korupcji – jedna z centralnych tez mojego eseju o brazylijskiej korupcji, który z mojego Notesu brazylijskiego trafił nieco poszerzony do książki Brazylia, kraj przyszłości? (Książka i Prasa, 2016) jest w skrócie taka. Brazylia, owszem, ma strukturalnie wpisany w swoją kulturę problem z korupcją sięgający czasów, kiedy przybywający tam kolonizatorzy z Portugalii nie mieli żadnych ambicji stworzenia w Brazylii sprawiedliwego, dobrego społeczeństwa na dłużej, a jedynie szybkie łupienie jej zasobów i mieszkańców. Przywileje zaś uzyskiwali nie za zasługi i wysiłek (większość wysiłku wykonywali bowiem niewolnicy), a za przylizywanie się odpowiednim patronom. Ale Brazylia nie jest ani jedynym ani najbardziej skorumpowanym krajem na świecie, a korupcja jest immanentną częścią kapitalizmu w ogóle, różnych jego lokalnych odmian na różne sposoby. Społeczeństwa w miarę od niej wolne są wyjątkiem potwierdzającym regułę i często jedynie eksportują korupcję poza swoje granice (np. skandynawskie koncerny w krajach globalnego Południa czy Europy Wschodniej). Korupcja jest natomiast głównym problemem, o którym Brazylijczycy, zwłaszcza ci z klasy średniej, niezmordowanie i bez ustanku rozmawiają, sprowadzając do niego wszystkie bolączki swego kraju, nakręcani do tego przez dominujące media, które nic innego nie krytykują z takim zapamiętaniem. Brazylijskie media i klasa średnia prawią cały czas o korupcji, żeby nie rozmawiać o prawdziwym problemie numer jeden, nierównościach; żeby tym gadaniem skandaliczne brazylijskie nierówności zagłuszyć. Robią tak, bo dzięki tym nierównościom nieliczna w Brazylii klasa średnia z prawdziwego zdarzenia cieszy się poziomem życia znacznie wyższym niż jej typowy europejski odpowiednik. Te nierówności wyrażają się bowiem także w tym, jak tanio mogą kupić ułatwiającą i uprzyjemniającą im życie pracę innych ludzi – np. pokojówek, ogrodników i opiekunek do dzieci, które same mieszkają w fawelach. A z tego wszystkiego zrezygnować by nie chcieli.

Padilha i scenarzystka Elena Soarez jadą jednak po bandzie wizją świata bezkrytycznie sprowadzającą wszystkie problemy społeczne największego kraju Ameryki Południowej do strywializowanego rozumienia korupcji. Wizją rodem z czytanek liberalnego populizmu.

Liberalny populizm

Walter Moura, soteropolitano (bo pochodzi z Salvadoru w stanie Bahia), który dotąd był niemal etatowym aktorem Padilhi (grał kapitana Nascimento w Elitarnych i ich sequelu, a ostatnio Pablo Escobara w Narcos), odmówił mu występu w O Mecanismo. Padilha chciał, żeby zagrał sędziego Paulo Rigo (czyli w rzeczywistości Sérgio Moro). Moura wielokrotnie wypowiadał się publicznie na temat impeachmentu Dilmy Rousseff, bez wahania nazywając go zamachem stanu. Zajmując takie stanowisko, nie mógł przyjąć roli w opowieści, w której w rzeczywistości mocno powiązany z pragnącą wysadzić PT z siodła neoliberalną prawicą sędzia jedynie daje przyzwolenie szlachetnym policjantom-idealistom płci obojga tropiącym korupcję z czystego pragnienia prawdy. W opowieści, w której postaci wzorowane na Rousseff i Luli są jaskrawo przerysowane, karykaturalne, a sam Lula wydaje się jakimś arcymistrzem zła usadowionym na samym szczycie korupcyjnej piramidy, tym, do którego wszystkie nitki mają ostatecznie prowadzić (zobaczymy, jak to będzie rozwinięte w ewentualnym drugim sezonie).

A przypomnijmy, że w rzeczywistości Luli wciąż nie udowodniono żadnego przestępstwa – odsiadywany obecnie wyrok opiera się wyłącznie na tym, że koncern budowlany OAS zaoferował mu luksusowy apartament, ale dowodów, że Lula ten „prezent” przyjął, że choć raz postawił stopę w tym mieszkaniu, nigdy nie przedstawiono. Dilmie (Brazylijczycy mówią o niej po imieniu) ostatecznie nie przedstawiono nawet oficjalnych zarzutów.

Tu właśnie docieramy do najbardziej liberalno-populistycznego poziomu serialu Padilhi i Soarez. Szlachetni policjanci i szlachetna policjantka odkrywają stopniowo coraz wyższe kręgi wielkiego korupcyjnego układu rządzącego Brazylią, a na szczycie tego układu jest władza urzędująca w modernistycznych pałacach Niemeyera oraz wieżach i kopułach Kongresu Narodowego w „retrofuturystycznej” stolicy kraju, Brasilii. Zamiast między burżuazją/kapitałem z jednej strony (ich interesów politycy są najczęściej jedynie wykonawcami, agentami), a wyzyskiwanymi klasami ludowymi z drugiej, antagonizm jest tu zmistyfikowany i przeniesiony: linia jego frontu okazuje się przebiegać między „obywatelami” a państwem, wcielonym w polityków. W ten sposób tworzy się wrażenie, że to politycy wyzyskują i wciągają w swoją przegniłą, amoralną kulturę swoje ofiary, „obywateli” (dyrektorów największych korporacji i pracowników przedsiębiorstwa kanałowego, bez różnicy). Że to politycy korumpują oligarchów, a nie na odwrót.

Oligarchia i politycy

Jest to zupełnie fałszywy obraz stosunków władzy w brazylijskiej odmianie peryferyjnego kapitalizmu. Brazylia to nie Chiny, gdzie wielki biznes wypełnia polecenia rządu i partii. Pole polityczne formalnej demokracji w Brazylii skonstruowane jest tak, żeby władza polityczna mogła akurat tyle, na ile jej pozwoli oligarchia, a ze wszystkim innym grzęzła do śmierci w niekończących się procedurach i poszukiwaniach karkołomnych, chwilowych aliansów w gronie dwudziestu kilku partii politycznych. Bezkarność skorumpowanych brazylijskich polityków bierze się nie z ich nieograniczonej władzy, a z ochrony, jaką im gwarantują, w zamian za usługi polityczne i legislacyjne, oligarchowie. I trwa tylko tak długo, dopóki np. właściciele Rede Globo i prezes banku Bradesco w rozmowie z paroma generałami nie postanowią inaczej i tej gwarancji nie wycofają.

Przeniesienie społecznego gniewu z wyzyskującego społeczeństwo i kraj kapitału wyłącznie na państwo i skorumpowanych polityków okazuje się dziś wyjątkowo skutecznym sposobem na zabezpieczenie interesów wielkiej brazylijskiej burżuazji. Doprowadzenie sytuacji politycznej do stanu, w którym ogromna część społeczeństwa chce już tylko powsadzania polityków do więzień za korupcję – najpierw wszystkich, potem jak najwięcej, aż wreszcie kogokolwiek, byle wreszcie ktoś poszedł za kraty – powoduje, że wielu nie zorientuje się nawet (zanim będzie za późno), że to ci najbardziej i od zawsze skorumpowani, reprezentujący najbardziej reakcyjne siły politycy, agenci tych samych rodzin, które dorobiły się jeszcze na pracy niewolników na plantacjach cukru i kawy, powsadzali do więzień tych, którzy skorumpowani byli znacznie mniej, od niedawna i mimo woli, albo nawet wcale, tylko że udało się ich oczernić w mediach koncernu Globo, bo stanowili jakieś zagrożenie dla oligarchów i marzyli, że Brazylię uda się metodą drobnych kroków trwale zreformować. W taki sposób postępuje w Brazylii pełzający zamach stanu, zapoczątkowany impeachmentem Dilmy Rousseff w 2016. Padilha, kiedyś prowokacyjny demaskator ideologii, serialem Dobrze naoliwiona maszyna bezkrytycznie unosi się na fali tego niebezpiecznego procesu.

 

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 22 kwietnia 2018 na łamach portalu Strajk.eu

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brasilia Kongres Narodowy