Szyici i sunnici – odwieczny konflikt?

Pomiędzy dwiema głównymi gałęziami islamu istnieją poważne różnice doktrynalne, których korzenie sięgają VII wieku. Ale czy naprawdę najlepszym sposobem na rozumienie napięć w regionie jest studiowanie aż tak głęboko historii islamskiej teologii? A co, jeśli obecny kształt napięć pomiędzy krajami, które tradycyjnie opisywane są rozmieszczaniem po dwóch stronach tej opozycji jest tak długowieczny, że… sięga zaledwie końca lat 70. XX wieku?

Arabia Saudyjska a sprawa syryjska

Przedziwne kwietniowe bombardowania Syrii przez koalicję Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji nastąpiły niemal natychmiast po okresie wyjątkowo intensywnej aktywności dyplomatycznej pomiędzy stolicami trzech zachodnich mocarstw a księciem koronnym Arabii Saudyjskiej Muhammadem ibn Salmanem (znanym także jako Mohammed ben Salman, MBS). W wyjątkowo krótkim czasie MBS odbył trzy podróże: do Londynu (7 marca), do Waszyngtonu (19 marca) i do Paryża (8 kwietnia).

Trudno nie spekulować, że na tych spotkaniach uknuto sam rzekomy atak bronią chemiczną w Gucie (jedyny zachodnioeuropejski dziennikarz, który pojechał na miejsce, mówiący po arabsku Robert Fisk z „The Independent”, nie znalazł świadectw na potwierdzenie tezy o ataku chemicznym), podobnie jak zrzucenie odpowiedzialności za ten atak na reżim Baszszara al-Asada, a także bombardowania, jakie mają następnie być za ten rzekomy atak „karą”. „Kara” nadeszła tak szybko, żeby międzynarodowi obserwatorzy i śledczy nie zdążyli znaleźć zawczasu dowodów, że Asad, cokolwiek by nie miał wcześniej na sumieniu, w tym przypadku jest niewinny. Richard Falk, wybitny ekspert od prawa międzynarodowego, rozpoczął swój komentarz do bombardowań od przypuszczenia, że Syria, być może, bardziej niż za to, że użyła broni chemicznej, została ukarana za to, że jej nie użyła.

MBS w ten czy inny sposób zapłacił przynajmniej za część amerykańsko-francusko-brytyjskich bombardowań. W Paryżu np. zostawił za sobą kontrakty o łącznej wartości 19 miliardów dolarów.

Saudyjskie pragnienie zniszczenia reżimu partii Baas w Syrii to oczywiście nic nowego. Od samego początku obecnej wojny Saudowie współpracowali z CIA i Pentagonem we wspieraniu salafickich dżihadystów w Syrii – bronią, strumieniem pieniędzy, a także eksportując tam własnych radykałów z ambicjami zmieniania świata, żeby nie robili szumu w królestwie. Tę metodę pozbywania się potencjalnych wywrotowców z własnych granic Saudowie praktykują od czasu salafickiego powstania Dżuhajmana al-Utajbiego, które w listopadzie 1979 na chwilę zdobyło Wielki Meczet w Mekce. Arabia Saudyjska odegrała jedną z głównych ról w samym wywołaniu wojny w Syrii, tzn. w przekształceniu protestów społecznych z 2011 w wojnę do dziś dla niepoznaki zwaną domową.

Dom Saudów miał kosę z Syryjczykami już w okresie rządów ojca Baszszara, Hafiza al-Asada. Gdy ten zmarł i władzę po nim przejął, albo raczej przyjął Baszszar, na krótki okres (niewiele ponad rok od szczytu Ligi Państw Arabskich w 2009) stosunki się ociepliły – król Abd Allah liczył wtedy na wyprowadzenie Syrii pod przywództwem Asada-syna z jej trwającego trzydzieści lat sojuszu z Iranem.

Z punktu widzenia saudyjskiego wahabizmu (wyjątkowo integrystycznej, „plemiennej” odmiany islamu sunnickiego) syryjscy alawici lądują w jednym worku z szyitami, ponieważ jedni i drudzy są wyznawcami tradycji Alego, a więc dla Saudów heretykami, odstępcami od islamu „prawdziwego”. Jednak Hafiz al-Asad przejął władzę (w wojskowym zamachu stanu w 1970) nie jako reprezentant alawitów a jako człowiek partii Baas. Religijna afiliacja jego rodziny nie odgrywała żadnej istotnej roli politycznej, a jednym ze źródeł legitymizacji i stabilizacji jego reżimu w późniejszych dekadach było uczynienie Syrii państwem świeckim i jako takie oferującym warunki przyjaznego współistnienia przedstawicielom różnych grup etnicznych i wyznaniowych składającym się na wewnętrzną mozaikę kulturową kraju. Częściowo dzięki temu jego reżim, choć opierał się na brutalnej władzy wojska i wszechobecnej tajnej policji, nigdy nie był we własnym kraju tak powszechnie znienawidzony jak np. Husniego Mubaraka w Egipcie. Saudowie się z Hafezem nie lubili już od początku lat 70. XX wieku, ale aż do 1979 nie ujmowali tej animozji publicznie w kategoriach różnic religijnych.

Do 1979, bo wtedy miała miejsce Rewolucja Islamska w Iranie, która zmieniła wszystko.

Iran i groźba rewolucji

Jak pisze wybitny indyjski marksista, historyk i dziennikarz Vijay Prashad (w książce The Death of the Nation):

[…] niewiele było antypatii pomiędzy sułtanami Arabii a królem Iranu – pomimo różnych baz społecznych tych monarchii. Łączył je kolor ich krwi. Tę arterię przecięła jednak irańska rewolucja.

Oraz:

Rewolucja irańska postawiła reżim saudyjski w poważnym niebezpieczeństwie na trzy sposoby jednocześnie. Po pierwsze, muzułmański monarcha (szach) został obalony. Irańczycy sięgnęli głęboko do studni islamskiej myśli, by stworzyć alternatywny model islamskiego rządzenia – Welajat-e Faqih („zwierzchnictwo jurystów” [albo „zwierzchność uczonych” – przyp. JP]). To nie był nacjonalizm w rodzaju Nassera czy Baas, obu zdecydowanie laickich. Irańczycy stworzyli islamską formę republikanizmu. Muzułmańska wspólnota polityczna – ogłosili – nie potrzebowała już więcej monarchii. Po drugie, Irańczycy rozwinęli nowoczesne instytucje, obsadzone zarówno przez mężczyzn jak i przez kobiety, oraz dopuścili wybory do parlamentu (zakazując udziału partiom komunistycznym, liberalnym i kurdyjskim). Wszystko to stanowiło anatemę w Arabii Saudyjskiej. Po trzecie, irańska rewolucja ożywiła intelektualną i polityczną odwagę Mohammeda Huseina Fadlallaha […] w Libanie, by przesunąć politykę po linii szyickiej, co w rezultacie, w kontekście Libańskiej Wojny Domowej, doprowadziło do utworzenia Hezbollahu (Armii Boga). Dostarczyła też nowego dyskursu już niezadowolonym robotnikom roponośnych regionów Arabii Saudyjskiej – tak się złożyło, że wielu z nich było szyitami.

Wkrótce po ustabilizowaniu się w Iranie nowego porządku ajatollaha Chomeiniego Hafiz al-Asad zwrócił uwagę na Teheran, żeby nawiązać nowy sojusz, obliczony na opozycję wobec Iraku Saddama Husajna. Wtedy właśnie oficjalnym saudyjskim problemem z Syrią stała się specyfika religijna jej samej i jej sojuszu z Iranem. Saddam Husajn natomiast w zamian za saudyjskie wsparcie na sumę miliarda dolarów miesięcznie na konieczne wydatki zobowiązał się w Ar-Rijadzie w 1980 do zbrojnego „opanowania” Iranu i miesiąc później zaatakował Iran, rozpoczynając wieloletnią „sunnicką” wojnę z młodą szyicką republiką.

Arabia Saudyjska używa sekciarskich religijnych podziałów, odwołuje się i podgrzewa sekciarskie lęki i fobie (np. rozsiewa plotki, że irańscy szyici potajemnie werbują w Syrii nowych wyznawców, żeby zmarginalizować sunnitów), i „wyjaśnia” swoje zbrojne „interwencje” (np. w Jemenie) argumentami o walce z szyickimi heretykami działającymi na zlecenie Iranu, który pragnie przejąć kontrolę nad całym Bliskim Wschodem. Saudowie i ich sojusznicy z rodzin panujących nad mniejszymi emiratami w Zatoce Perskiej boją się politycznych i intelektualnych wpływów Iranu, bo nie da się ich tak łatwo zdyskredytować argumentem o ich kulturowej obcości i „zachodniości”, jak pokonane już (przy dużym udziale Saudów) projekty arabskiego socjalizmu i komunizmu. Iran pokazuje ich poddanym, że monarchów można obalić na gruncie samej muzułmańskiej tradycji i kultury, odwołując się do i czerpiąc z niej samej.

Histeryczna nadaktywność Domu Saudów

Obecnie obserwujemy wzmożoną, rzec można histeryczną nadaktywność Arabii Saudyjskiej i jej sojuszników, zwłaszcza w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, na coraz liczniejszych frontach. Wojny w Syrii i Jemenie; blokada Kataru, który choć powinien przypominać inne okoliczne emiraty skłania się ku Iranowi; uwięzienie premiera Libanu; coraz gęstsze knowania z zachodnimi stolicami i Tel Awiwem („najgorzej skrywany sekret Bliskiego Wschodu”).

Ta nadaktywność bierze się z coraz większego, wszechogarniającego strachu monarchów Półwyspu Arabskiego. Rośnie społeczne niezadowolenie, a na gospodarce opartej tylko na ropie coraz trudniej polegać. Niedawno trzeba nawet było wprowadzić w końcu podatki. Pieniędzy z ropy, przy użyciu których kupowano dotąd spokój społeczny, coraz mniej, a samo utrzymanie gargantuicznych dworów i rodzin królewskich rośnie. „Al-Saud to rodzina królewska jak żadna inna. Jest ich tysiące”. A każdy z tych tysięcy za samo swoje pokrewieństwo z królem otrzymuje „stypendium” (w wysokości od kilku tysięcy do ponad ćwierć miliona dolarów miesięcznie, w zależności od stopnia pokrewieństwa). A chaos od dekad rozsiewany po świecie eksportem ekstremistów zaczął się znowu przysuwać coraz bliżej granic Arabii.

Arabia Saudyjska dysponuje ogromnymi możliwościami propagandowymi w całym świecie muzułmańskim, które umożliwiają jej sprzedawanie swojej wersji wydarzeń, sekciarskiego kostiumu, w który przebiera swój przemożny strach, że dni arabskich monarchii są policzone. Finansuje międzynarodową konstelację szkół koranicznych i meczetów, które uczą świata według królów w Ar-Rijadzie, wydaje książki i prasę, a saudyjsko-emirackie stacje telewizyjne z siedzibami zwykle w Dubaju, dzięki wspólnocie języka i autorytetowi Półwyspu Arabskiego jako jego kolebki, docierają do arabskojęzycznych odbiorców od Marakeszu po Muskat i Mogadiszu.

Sunnici kontra szyici – w obiektywie Zachodu

Jednak te same religijne wyjaśnienia napięć i konfliktów na Bliskim Wschodzie sprzedawane są także nam, w Europie. My też zbyt często dajemy się nabrać, że konflikty między Iranem i jego sojusznikami a Saudami i ich kliką, to konflikty między dwiema odnogami prastarej religijnej schizmy. Główne powody są co najmniej dwa.

Pierwszy. Bezpieczeństwo monarchii saudyjskiej jest oficjalnie wpisane w doktrynę obronną uzależnionych od niej energetycznie Stanów Zjednoczonych od 1957 r. (najpierw w „doktrynie Eisenhowera”, później jeszcze mocniej w „doktrynie Cartera”). W zamian Saudowie i ich przydupasy z okolicznych emiratów odwdzięczają się realizowaniem amerykańskich interesów w swoim najbliższym sąsiedztwie – zwalczając najpierw komunizm (poprzez Światową Ligę Muzułmańską ustanowioną w 1962 w tym właśnie celu), a teraz Iran, który ze swoją niezgodą na globalny porządek pax americana Waszyngtonowi stoi kością w gardle tak samo jak królom i emirom Arabii. W kolejnym rewanżu Amerykanie wykorzystują planetarną siłę oddziaływania swoich „wolnych” mediów, by powielać propagandowe konstrukty Saudów na skalę wykraczającą daleko poza świat arabski. Często zresztą robią to niechcący i nieświadomie – mając coraz mniej zagranicznych reporterów polegają w coraz większym stopniu na materiałach i komentarzach przysyłanymi im przez „niezależne” think tanki.

Drugi. Waszyngtonowi tak samo jak Saudom opłaca się, żebyśmy wszyscy odbierali sytuację na Bliskim Wschodzie jako gmatwaninę konfliktów religijnych, które sięgają kilkanaście stuleci wstecz. O ile w przypadku Arabii Saudyjskiej służy to politycznej mobilizacji tożsamości „organicznych” na potrzeby jej doraźnych interesów, wytworzeniu emocjonalnego zaangażowania po jednej ze stron archaicznego podziału, o tyle adresowane do nas, którzy nic nie rozumiemy z tej całej schizmy we wczesnym islamie, ma to na celu naszą demobilizację, wytworzenie dystansu. Oto my, racjonalni Europejczycy i Amerykanie jesteśmy postawieni w obliczu zupełnie niezrozumiałego dla nas, średniowiecznego fenomenu, w którym olbrzymie państwa szarpią się do dziś o paru proroków z VII wieku. Ma to stworzyć wrażenie głębokiej cywilizacyjnej przepaści, która nas dzieli od „muzułmańskiej dziczy”, a w ostatniej instancji kazać nam się pogodzić z tym – i machnąć na to ręką, że na taką dzicz znowu spadają bomby. No bo co innego można zrobić, żeby zapanować nad masą tak irracjonalnych stworzeń?

Dwa „takie same” regionalne imperializmy?

Czy to znaczy, że Arabia Saudyjska i Iran to dwa tyle samo warte regionalne mocarstwa uprawiające na obszarze wokół Zatoki Perskiej konkurencyjne regionalne imperializmy, pomiędzy którymi trzeba postawić znak równości? Niestety, część lewicy tak myśli i tak to ujmuje. Ale – nie. Nie może być znaku równości między tak fundamentalnie różnymi ustrojami i tak fundamentalnie różnymi formami zaangażowania międzynarodowego.

Jakkolwiek odległy od marzeń każdego lewicowca jest ustrój współczesnego Iranu, nie można go przytomnie umieścić na tym samym poziomie, co barbarzyńską monarchię absolutną Arabii Saudyjskiej. Nie wszystkie orientacje polityczne mogą w Iranie startować w wyborach, ale przynajmniej są tam wybory. Kobiety nie mają w Iranie równych praw z mężczyznami, ale są prawniczkami, lekarkami i twórczyniami filmów. W tej sytuacji dzień, w którym sięgną po więcej jest kwestią czasu, odpowiedzią na pytanie „kiedy?”, a nie „czy?”. W Arabii Saudyjskiej dopiero zaczną legalnie prowadzić samochody. Cenzura i inne polityczne ograniczenia produkcji kulturalnej i intelektualnej są w Iranie szeroko obecne, ale nie w stopniu uniemożliwiającym istnienie i rozwój dysydenckiej, krytycznej czy poszukującej kultury. Świadczą o tym także tej kultury (np. kina) międzynarodowe sukcesy. W przeciwieństwie do Arabii Saudyjskiej. Socjolog Ahmad Sadri opisując irański system polityczny używa metafory skostniałej autorytarnej skorupy (związanej z klerem szyickim), która trzyma w swojej martwej powłoce wciąć bijące demokratyczne serce społeczeństwa, które tam żyje. Najnowsza historia Iranu pokazuje, że to serce jest wciąż zdolne do narzucenia spektakularnych zwrotów akcji, nie raz nas jeszcze nas one zaskoczą. Trudno cokolwiek podobnego powiedzieć o technokratycznym neośredniowieczu ustroju Arabii Saudyjskiej.

Rozprzestrzeniany przez Saudów po świecie chaos ma na celu wyłącznie zachowanie władzy i przywilejów rodziny królewskiej i spowinowaconych i zaprzyjaźnionych z nią emirów i książąt. Iran kieruje się uzasadnioną potrzebą obrony przed agresją i groźbami Stanów Zjednoczonych i Izraela, które słyszy ustawicznie już od prawie czterdziestu lat. Żeby obronić swoją suwerenność, potrzebuje w swoim otoczeniu państw, które nie upadły i nie zamieniły się w czarne dziury na podobieństwo Afganistanu i Iraku wskutek amerykańskiego, izraelskiego i saudyjskiego gmerania i spiskowania. Irańskie zaangażowanie w Syrii motywowane jest wolą uchronienia sojusznika przed popadnięciem w trwały chaos jak Libia. Iran próbuje powstrzymać chaos. A niektóre kierunki międzynarodowego zaangażowania Iranu miały od samego początku wyjątkowo pryncypialne, aksjologiczne źródła – ze szczególnym uwzględnieniem sprawy palestyńskiej. To nie jest tak, że Iran wspiera Hezbollah i Hamas, żeby zaszkodzić Izraelowi, z którym ma na pieńku. Jest dokładnie na odwrót: złe stosunki Iranu z Izraelem są konsekwencją pryncypialnej, motywowanej aksjologicznie solidarności z antykolonialną walką Palestyńczyków.

Tu ma miejsce kolejny kontrast z Arabią Saudyjską, która od lat funkcjonuje w nieoficjalnym, nienazwanym, niewypowiedzianym sojuszu z Izraelem. A Izrael jest w sojuszu z Arabią Saudyjską, bo jego interesy mogą być bezpieczne tylko w otoczeniu sąsiadów rządzonych przez monarchów i despotów lekceważących przekonania i żądania swoich ludów. W przeciwieństwie do pałaców Ar-Rijadu, Dubaju, Abu Zabi i Kairu, arabska ulica nigdy nie porzuciła swojej głębokiej solidarności z Palestyńczykami, i gdyby struktury władzy w arabskich państwach zaczęły umożliwiać polityczną ekspresję woli ludu, Izrael nie miałby ani jednego sojusznika w regionie.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 27 kwietnia 2018 na łamach portalu Strajk.eu

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Manifest Partii Pracy

Na tydzień przed oficjalnym ogłoszeniem do mediów wyciekł tekst Manifestu wyborczego Partii Pracy pod przewodnictwem Jeremy’ego Corbyna. Ponieważ tekst, zatytułowany For the many not the few (Dla wszystkich, nie dla nielicznych) wyciekł do prawicowego „The Telegraph” i od dawna jawnie anty-Corbynowskiej BBC, wyciek jest być może kolejnym epizodem „wojny domowej” w szeregach Labour Party, kolejną świnią podłożoną Corbynowi przez blairystowskie skrzydło partii. Uważa się, że głównym autorem 43-stronicowego dokumentu jest Seumas Milne, były publicysta m. in. „The Guardian”, odpowiedzialny w sztabie Corbyna za komunikację.

O ile sam wyciek przed oficjalnym ogłoszeniem ostatecznego kształtu dokumentu jest dla partii wizerunkowym obciachem, a „The Telegraph” opatrzył swoje rewelacje złowrogimi komentarzami o tym, że Corbyn „zabierze kraj z powrotem do lat 70.”, to już sam tekst Manifestu bynajmniej nie musi zaszkodzić Labour. Właśnie dlatego jest przedmiotem takiego ataku, że jeśli zostanie przez Brytyjczyków uważnie przeczytany, może znacząco podnieść szanse Labour w wyborach.

Autorzy tekstu wyszli z założenia, że jak długo na czele Labour stoi socjalista z prawdziwego zdarzenia, wielkie korporacyjne media będą jej nieprzychylne i nic tego nie zmieni, dlatego w zasadzie zrezygnowali z prób przypodobania się im, stawiając raczej na mocny przekaz, który będzie szukał społecznego poparcia z dala od mediów głównego nurtu, za to np. za pośrednictwem mediów społecznościowych, które są prawdziwą przestrzenią komunikacji zwolenników Corbyna.

Partia zamierza zrenacjonalizować nie tylko koleje – o tym Corbyn mówił od dawna – ale także pocztę (Royal Mail, sprywatyzowaną przez rząd Davida Camerona) i sektor energetyczny. Choć w Polsce brzmi to jak bluźnierstwo, są to plany niezwykle popularne wśród Brytyjczyków. Prywatyzacja kolei uczyniła transport kolejowy w Wielkiej Brytanii najdroższym i jednym z najgorzej zorganizowanych w Europie.

Manifest obiecuje spektakularne zwiększenie inwestycyjnej roli państwa w gospodarce (250 miliardów funtów przez dziesięć lat), stworzenie banków inwestycyjnych na poziomie narodowym i regionalnym, które mają interweniować tam, gdzie banki komercyjne zawodzą i odpowiedzieć na potrzeby obszarów kraju od dziesięcioleci niedoinwestowanych. Labour zamierza przeprowadzić wielkie inwestycje infrastrukturalne, między innymi w poprawę infrastruktury internetowej, wyjątkowo kiepskiej w porównaniu z innymi gospodarkami na podobnym poziomie uprzemysłowienia. Labour obiecuje też, że do roku 2030 60% energii będzie pochodziło w Wielkiej Brytanii ze źródeł odnawialnych, planując wielką ekologiczną transformację tego sektora.

Ma też zamiar przeznaczyć 3% PKB na badania naukowe i rozwój, a także docelowo zmienić strukturę zatrudnienia, zwiększając udział miejsc pracy o charakterze wysoko wykwalifikowanym, tak żeby stanowiły one 60% miejsc pracy. Obecnie względnie niski w porównaniu z innymi krajami europejskimi poziom bezrobocia idzie niestety w parze z masowo pogarszającą się jakością większości miejsc pracy – nie wymagająca wysokich kwalifikacji praca w usługach, coraz gorzej płatna (przeciętne wynagrodzenia od lat spadają, są dziś o prawie 10% niższe niż niecałą dekadę temu, gorszy spadek miał w Europie miejsce tylko w zrujnowanej kryzysem Grecji). Labour obiecuje też znieść opłaty za studia na państwowych uczelniach.

Labour zamierza podnieść podatki dla 5% najlepiej zarabiających i wyposażyć Fiskusa w instrumenty ścigania i ściągania podatków od podmiotów, które usiłują się od tego na różne sposoby wykręcać. Znów inaczej niż w Polsce, gdzie przeciętny Kowalski dał sobie wmówić, że podatki to samo zło i to przez nie nie został jeszcze milionerem, sprawiedliwość podatkowa jest ważnym elementem współczesnej brytyjskiej świadomości politycznej, unikanie podatków jest szeroko potępiane, pragnienie, żeby z tym procederem coś w końcu zrobić – powszechne.

Jeżeli chodzi o stanowisko w sprawie imigracji, Labour deklaruje sprzeciw wobec restrykcji. Nie będzie żadnych „targetów” ograniczania liczby imigrantów. Jest to zwycięstwo linii Diane Abbott, jednej z najbliższych współpracowniczek Corbyna, która podkreślała od dawna, że ograniczanie imigracji zawsze idzie w parze z ograniczeniem mobilności pracowników na miejscu, celem wymuszenia na nich przyjmowania pogarszających się warunków. Jeżeli inni nie mogą przyjechać za pracą do twojego miejsca zamieszkania, szybko okazuje się, że twoje prawo opuszczenia tego miejsca w poszukiwaniu lepszych warunków i perspektyw, jest nieodłączną drugą stroną medalu.

Labour zamierza wprowadzić zasadę, że kontrakty rządowe przysługiwałyby wyłącznie przedsiębiorstwom, w których najwyżej zarabiający otrzymują nie więcej niż dwudziestokrotność najniżej w nich zarabiających (obecnie w wielu firmach w Wielkiej Brytanii stosunek ten wynosi ponad 300:1).

W kwestii Brexitu Partia Pracy obiecuje, że wyprowadzi Wielką Brytanię z Unii Europejskiej tylko pod warunkiem wynegocjowania umowy z Brukselą. Inaczej niż konserwatywna premier Theresa May, która mówi, że wystąpi z Unii nawet, gdy nie wynegocjuje porozumienia, po prostu zrywając wszystkie umowy z Unią.

Brexit jest jednym z przedmiotów wywołujących rozgoryczenie ogromnej części zwolenników Labour Party. Kiedy nowa premier May przyjęła kurs na „twardy Brexit”, wielu zwłaszcza młodych ludzi oczekiwało po Partii Pracy opozycji wobec Brexitu, wskazując m. in. na jego prawdopodobne negatywne konsekwencje dla gospodarki i dla miejsc pracy. Corbyn postanowił jednak przyjąć wynik referendum i sprzeciwiać się jedynie kształtowi Brexitu, jaki chcą mu narzucić Torysi. Dlaczego i czy ma rację? Pospekulujmy na podstawie tego, co wiemy o przekonaniach Corbyna – i jego bliskiego współpracownika Johna McDonnella, odpowiedzianego w gabinecie cieni za gospodarkę.

Po pierwsze, wynik referendum można rozumieć jako przejaw kryzysu legitymizacji współczesnej demokracji liberalnej: ludzie zagłosowali za wystąpieniem, by po raz pierwszy od neoliberalnej transformacji poczuć realny wpływ na zmianę polityki, wyrazić swoje niezadowolenie – i żeby sprawdzić, czy ich głos choć tym razem zostanie wysłuchany. Gdyby teraz odrzucić Brexit, pogłębiłoby to jeszcze bardziej ten kryzys, bo pokazałoby społeczeństwu, że ma prawo głosu tylko wtedy, gdy zagłosuje „właściwie” (po całej serii dotyczących UE referendów zlekceważonych przez europejskie klasy polityczne, gdy ich rezultaty okazywały się „niepożądane”). Byłaby to woda na młyn dla prawicowych populistów grających na takich resentymentach.

Ci, którzy wskazują na katastrofę ekonomiczną, do której doprowadzi Brexit, wydają się zakładać, że jeśli uda się uniknąć Brexitu, uda się uniknąć gospodarczej katastrofy. Tymczasem przed nami jest tylko kryzys, niezależnie od Brexitu. Uniknięcie Brexitu nie unieważni prawa malejącej stopy zysków. Uniknięcie Brexitu odsunie tylko katastrofę o dwa lata, być może zwiększając jej rozmiary, bo dając strukturalnym problemom więcej czasu na nabrzmiewanie. McDonnell wielokrotnie mówił, że jest marksistą i jako marksista wie, w jak poważnym strukturalnym kryzysie akumulacji się obecnie znajdujemy. W takich warunkach tylko przejęcie przez państwo roli aktywnego inwestora i nacjonalizacja kluczowych przemysłów mogą wyprowadzić świat na prostą. Corbyn i McDonnell wiedzą, że w ramach Unii Europejskiej taka polityka napotka poważne przeszkody ze strony instytucji unijnych i postrzegają być może wystąpienie z Unii jako ich jedyną szansę na wyłamanie się z paradygmatu neoliberalnego, trochę na zasadzie, że jeżeli nie teraz, to być może nigdy. Prawdziwe pytanie byłoby raczej o to, czy program wyłożony w Manifeście jest wystarczająco radykalny (nie zawiera nacjonalizacji banków i instytucji finansowych).

Manifest podejmuje też problemy polityki międzynarodowej, stwierdzając m. in., że Labour nie wyśle nigdy wojsk na wojnę, jeśli nie wykorzystane zostały wszystkie dostępne środki dyplomatyczne. Zawiera otwartą krytykę zachodniej polityki zwłaszcza na Bliskim Wschodzie i w Zachodniej Azji oraz deklarację solidarności z aspiracjami Palestyńczyków.

Manifest Labour, w socjaldemokratycznym stylu ambitny, zawiera jasną wizję społeczeństwa bardziej sprawiedliwego i inwestującego we własną przyszłość, w tym w aktywną politykę klimatyczną. Przemawia do aspiracji zwłaszcza młodych ludzi najbardziej ograniczonych w swoich życiowych możliwościach wskutek spustoszenia neoliberalizmem. Będzie bezlitośnie atakowany w prasie, ale ma szanse na zdobycie Labour wyborców. Jeszcze nic nie jest przesądzone – Theresa May rozpisała wybory w momencie, kiedy Partia Konserwatywna miała nad laburzystami 20 punktów procentowych przewagi w sondażach. Ale już zaczęła te punkty tracić. Żeby móc głosować, masowo rejestrują się ludzie młodzi – a to wśród nich Corbyn ma największe poparcie. Jeśli tylko frekwencja wśród tych poniżej 35 roku życia będzie wysoka, ich głosy mogą odegrać decydującą rolę. Jego postulaty i proponowana przez niego polityka cieszą się znacznie szerszym poparciem niż on sam jako polityk. Poza tym Wielka Brytania ma jeden z najbardziej zniekształcających wyniki systemów wyborczych – do większości miejsc w Parlamencie wcale nie potrzeba większości głosów, jest to swego rodzaju loteria.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 15 maja 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

David Hockney: wieś, pożądanie i wille z basenem

portraitofanartistpoolwithtwofigures1971

Portrait of an Artist (Pool with Two Figures) 1972

 

David Hockney (ur. 1937) jest malarzem w Wielkiej Brytanii znanym, szanowanym i cenionym, nawet uwielbianym, na skalę, której się nie domyślałem, zanim się tutaj nie przeniosłem; nazywanie go „największym żyjącym brytyjskim artystą” jest na porządku dziennym. Londyńska Tate Britain celebruje właśnie sześć dekad jego kariery wielką retrospektywą podsumowującą całość jego dorobku (do 29 maja 2017), gromadzącą najbardziej reprezentatywne i najsłynniejsze dzieła od wczesnych do najnowszych.

Mnie Hockney zawsze odpychał swoimi kolorami, plamą, kompozycją, a jego pejzaże (Outpost Drive, Hollywood, 1980; Going Up Garrowby Hill, 2000), tarasy, ogrody i doniczki (Red Pots in the Garden, 2000) doprowadzały mnie czasem do szału. Wystawa w Tate Britain jest świetnie przygotowana, jest ogromna, prac zgromadzonych jest mnóstwo, pozwala przejść się pośród stylów i tematów podejmowanych przez artystę, który w ostatnich latach gustuje w iPadzie jako narzędziu. Mnie jednak umocniła w niechęci. Najszczerzej mi się podobały kolaże fotograficzne, m. in. z polaroidów, w których wielkoformatowe przedstawienia złożone są z setek mniejszych zbliżeń poszczególnych elementów przedstawianej sytuacji (Billy + Audrey Wilder Los Angeles April 1982, 1982).

Hockney, uważany za inicjatora pop artu na Wyspach, stał się z czasem czymś w rodzaju sztandarowego artysty mieszczańskiej Anglii. Jego świat to wygodne salony, w których siedzą z kotem na kolanach zamożni mieszczanie (Mr and Mrs Clark and Percy, 1970-71), wielkie sypialnie z oknem na duży ogród (The Room, Tarzana, 1967), „turystyczna wzniosłość” Wielkiego Kanionu i angielska wieś. Angielska wieś rozumiana jednak nie jako przestrzeń pracy i produkcji (wytwarzania żywności), a miejsce, do którego zamożni mieszczanie uciekają z miasta, jak już się dorobią w City of London. Ten las, te nieprzytomnie barwne łąki, kwiaty, kręte dróżki, mają im ślicznie przesłonić resztę świata, osłonić ich przed widokiem społeczno-ekonomicznego spustoszenia, w jakim ze swojego biura na Canary Wharf brali aktywny udział, zarabiając na swoją wiejską posiadłość.

Nic ze społecznych wstrząsów minionej dekady nie przedostało się na płaszczyznę któregokolwiek z późnych dzieł pozera z Yorkshire, zgrywającego czasem „angielskiego Picassa”. Między innymi dlatego trudno przy głębszej inspekcji jego zainteresowanie iPadem odbierać inaczej niż jako ersatz „kontaktu z rzeczywistością” i „nadążania” za nią.

Mój szczególny opór wywołuje użytek, jaki Hockney zrobił z tematu pragnienia homoerotycznego i własnej nieukrywanej gejowskiej tożsamości, zwłaszcza odkąd zaczął jeździć do i pomieszkiwać w Los Angeles (We Two Boys Clinging Together z 1961 jeszcze takie nie było). Odkąd zagustował w Kalifornii, homoseksualne pragnienie zamieszkuje u Hockneya wille z odkrytymi basenami (Peter Getting Out of Nick’s Pool, 1966; Sunbather, 1966) i automatycznie podlewanymi trawnikami (A Lawn Being Sprinkled, 1967) oraz drogie mieszkania (portrety pisarza Christophera Isherwooda i jego partnera, malarza Dona Bachardy’ego), sąsiaduje z oszklonymi biurowcami, w których swoje korporacyjne kariery rozwijają mieszkańcy takich nieruchomości (Savings and Loan Building, 1967). Podmiot i przedmiot takiego pożądania zawsze są białymi mężczyznami, żadne ciało „kolorowe” nigdy sobie na to nie zasłużyło.

Nienormatywne pragnienie, nienormatywne formy seksualnej ekspresji nie wydają się w malarstwie Hockneya prawem istot ludzkich w ogóle, w ich uniwersalnej i niezbywalnej równości, a raczej przywilejem tych, którzy mogą go sobie kupić; tych, których stać na willę z basenem, tych, którzy pracują w kalifornijskim przemyśle rozrywkowym (w pracach powracają Hollywood, Beverly Hills i Malibu), itd. Motywy homoerotyczne wydają mi się u Hockneya ściemą, atrapą „postępowości” w morzu jego z biegiem lat coraz bardziej zachowawczej i eskapistycznej twórczości; radykalizmem pozorowanym. Jak dla mnie stawką dla Hockneya nie była nigdy równość i równoprawność homoseksualnego pragnienia, a raczej przekucie go w element mechanizmów budowania klasowych dystynkcji i klasowych przywilejów.

Jest symptomatyczne, że partnerem prasowym wystawy w Tate Britain jest konserwatywny „The Telegraph”, przez niechętnych zwany „Torygraphem”.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rewolucja jest najpiękniejsza

Oglądając wystawę Revolution: Russian Art 1917-1932

 

Niektórzy na lewicy ubolewają, że lewicowe wartości i idee zostały zamknięte w dyskursie humanistów-pięknoduchów, w ich światach Akademii i Sztuki, w ten sposób zmarginalizowane, odcięte od wpływu na rzeczywistość, od tych przestrzeni życia społecznego, w których realnie dokonują się rozstrzygnięcia polityczne, w których toczą się prawdziwe rozgrywki władzy. Ich książki czasem trudne w odbiorze, ich wystawy niszowe, ich instalacje nie zawsze zrozumiałe dla „mas”. Że dając się tam zamknąć, lewicowe wartości skazały się na impotencję. Mnie się jednak uparcie wydaje, że było trochę inaczej, że wartości związane z wielkimi utopiami emancypacji ludzkiej i uniwersalnej równości nas wszystkich tam właśnie zostały przechowane, uchronione przed wymazaniem z kolektywnej pamięci ludzkości przez triumfalny pochód neoliberalizmu. Autonomia pola sztuki pozwoliła je uchronić przed śmietnikiem historii, przeczekać długą noc neoliberalizmu, aż przyjdą nowe pokolenia, rozczarowane owocami neoliberalizmu, z pustymi rękoma na pozostawionej przez neoliberałów pustyni, w potrzebie tych wartości – zapomnianych w korytarzach wielkich medialnych korporacji i uczelni zredukowanych do tresowania bezmyślnych wykonywaczy korporacyjnych instrukcji, ale przechowanych w świątyniach pięknoduchów, w murach humanistycznych wydziałów Uniwersytetu, w Muzeum, w Galerii Sztuki.

Kiedy wspomnę moje własne studenckie doświadczenia, to myślę o polskiej Akademii, także jej części humanistycznej (studiowałem kulturoznawstwo) jako o ideologicznej policji neoliberalizmu dbającej o to, żeby myśl jedynie słuszna nie została podważona nawet na kartach esejów o poezji. Przypomina mi się wykładowca, który najzupełniej poważnie potrafił powiedzieć, że w mediach komercyjnych, w których decydują wielkie pieniądze, polityczne wpływy przestają mieć znaczenie, bo wielki pieniądz wymusza obiektywność, i że takie są fakty. Wykładowca z zakładu mojego uniwerku z „wiedzą o mediach” w nazwie. Przypomina mi się socjolog dowodzący „materializmu” osób biednych, w przeciwieństwie do „humanizmu” osób zamożniejszych. Przypomina mi się wykład z estetyki, na którym we wprowadzeniu do postmodernizmu w architekturze usłyszeliśmy ze strony pani doktor przedmiotu, która nie opatrzyła tego nawet krytycznym nawiasem, że modernistyczne rozwiązania urbanistyczne, w Polsce znane jako blokowiska, prowadziły do społecznych patologii, stąd potrzeba zastąpienia ich architekturą postmodernistyczną. Jak rozwiązać problemy społeczne, „patologie”? – wyburzyć, wysadzić w powietrze blokowiska.

Kiedy w londyńskiej Royal Academy of Arts oglądałem przed kilkoma laty wystawę poświęconą sowieckiej architekturze (Building the Revolution, 2011), albo kilka lat później w Tate Modern wspaniałą, ogromną retrospektywę dorobku Kazimierza Malewicza, zabawiałem się w duchu wyobrażaniem sobie, czym takie wystawy musiałyby być opatrzone w Polsce, żeby w ogóle mogły się wydarzyć. Oczyma wyobraźni widziałem surowe wprowadzenie w wykonaniu poprawiającego okulary Andrzeja Wajdy (wtedy jeszcze żył), że klatki schodowe klatkami schodowymi, jak piękne by nie były, ale nie możemy zapomnieć, jak zbrodniczy system przy pomocy tych komunalnych mieszkań zaprowadzono, i że jedyne, co się liczy, to że ludzie z tym systemem walczyli. I Krzysztofa Zanussiego, uzbrojonego w cytaty ze świętego Tomasza, świętego Augustyna i na wszelki wypadek Kanta, żeby nie było, że nic „nowszego” nie czytał, filozofującego o uwiedzeniu artysty-pięknoducha przez terror totalitaryzmu. Kuratorzy Tate Modern nie potrzebowali nic z tych rzeczy, żeby „wytłumaczyć” (albo zneutralizować) komunizm Malewicza. Wartości, które porywały wyobraźnię Malewicza, ideowe współrzędne jego twórczości zostały przez nich przedstawione z pełnym szacunkiem, jako nie tylko prawomocne, ale wręcz zrozumiałe same przez się. W Tate Modern twórczość Malewicza nie musiała ani się usprawiedliwiać, ani za siebie przepraszać.

1078

Kazimierz Malewicz, Czarny kwadrat

Mam takie wrażenie, że różnica między krajami, w których młodzi ludzie noszą dziś koszulki „śmierć wrogom ojczyzny” i biją przypadkowych Arabów, a krajami, w których młodzi ludzie zapisują się masowo do lewicowych organizacji i odpływają od medialnego mainstreamu ku pączkującym nowym tytułom i serwisom o zdecydowanie lewicowym profilu, to jest właśnie ta różnica. Między miejscami, w których humanistyczne pięknoduchy przechowały pamięć o minionych utopiach, a miejscami, w których humaniści zajęci byli posłusznym tępieniem ich niedobitków.

*

Kiedy piszę te słowa, wielkim wydarzeniem kulturalnym jest w Londynie wystawa w Royal Academy of Arts, Revolution: Russian Art 1917-1932 (Rewolucja: Sztuka rosyjska 1917-1932), przygotowana, jak łatwo się domyślić, z okazji setnej rocznicy Rewolucji 1917 roku, otwarta do 17 kwietnia. Na wystawie było już kilkoro moich znajomych, w różnych dniach, o różnych porach, i wygląda na to, że cały czas jest zapchana. Jest ogromna, ale trzeba się przeciskać między ludźmi. Gromadzi obiekty z różnych „porządków”, od awangardowego malarstwa po ceramikę użytkową. Można na niej obejrzeć prace najbardziej znanych na Zachodzie przedstawicieli awangardy w malarstwie – Malewicza, Marca Chagalla, Wasilija Kandinskiego, El Lissitzky’ego. Można też prace ich mniej znanych kolegów i koleżanek – Pawła Fiłonowa, Liubow Popowej czy Kuźmy Pietrow-Wodkina. Ale też i prawie nieznanych na Zachodzie socrealistów – z Aleksandrem Dejneką na czele. Fotografie Arkadija Szajcheta, fragmenty filmów Eisensteina, Wiertowa i Dowżenki pokazują entuzjazm, z jaki twórcy nowej, rewolucyjnej kultury sięgnęli po nowoczesne, osadzone w rozwiązaniach technologicznych media, by wyrazić dramatyczne piękno fali przemian. Kobiety na traktorach i jednocześnie w biurach projektowych opracowujących wzory nowej radzieckiej porcelany pokazują stopień, w jakim Rewolucja Październikowa wstrząsnęła wszystkimi zastanymi strukturami wielkiego społeczeństwa, którego masy do niedawna żyły wciąż pośród trucheł systemu feudalnego.

Wystawa ma swoje słabe strony; można się zastanawiać nad logiką niektórych zestawień i następstwa epizodów rozmieszczonych w następujących po sobie pomieszczeniach; kto chce, może narzekać na brak kilku ważnych prac niektórych spośród największych artystycznych gigantów, nie jest to jednak w stanie odebrać siły oddziaływania tym, które są tam obecne. W końcu, kiedy mowa o takich gigantach dwudziestowiecznej sztuki jak Malewicz czy Kandinsky, to wystawa mająca na celu przedstawienie estetycznego portretu całej, tak dynamicznej epoki w wybitnych twórców obfitującej, musi ich dorobek jedynie sygnalizować. A Malewicz miał niedawno swoją kompletną retrospektywę w Tate Modern. Zwrócono uwagę na dziwną nieobecność Lwa Trockiego w tej części wystawy, która poświęcona jest przywództwu Rewolucji w 1917 roku, jakby kuratorzy ulegli życzeniu Stalina, który tak bardzo pragnął Trockiego wymazać z kart historii. Niemniej jednak wystawa wciąż robi wrażenie tym wszystkim, co na niej jest, rzucając wyzwanie konserwatywnej odrazie do rewolucyjnych zrywów w ogóle i tej rewolucji w szczególności.

*

Ze swoim królewskim przymiotnikiem w nazwie, Royal Academy of Arts jest bez wątpienia instytucją bardziej konserwatywną niż Tate Modern. W kuratorskich komentarzach daje się miejscami wyczuć coś na kształt woli zapanowania nad wybuchowością wystawionego tam materiału, zapanowania nad tym, jak widzowie go zrozumieją i zinterpretują. Tu i ówdzie uwaga o tym, jak nacjonalizacja poskutkowała niedoborami i głodem, a ustępstwa na rzecz rynku niechybnie poprawiły sytuację (i jakość życia nocnego w miastach!). Tak jakby dało się zerwać kajdany tak zmurszałego porządku społecznego, jak ten panujący w przedrewolucyjnej Rosji, bez okresu gwałtownych ekonomicznych turbulencji i politycznej przemocy. Tak jakby wojna domowa rozpętana przez obrońców starego porządku się nie liczyła jako okoliczność wpływająca na możliwości gospodarcze.

El Lissitzky

El Lissitzky, Czerwonym klinem bij w białych

Gdyby próbować streścić wiodącą myśl wystawy, to chyba byłaby nią ta. Rewolucja Październikowa spotkała się z ogromnym entuzjazmem twórców, którzy, zachęcani przez Lenina i jego otoczenie, porwani przez Lenina charyzmę, zobaczyli w niej możliwość zupełnej przebudowy kultury, eksperymentowania z nowymi, dynamicznymi, odważnymi formami, które odpowiadałyby obietnicy emancypacji ludzkiej, nowego społeczeństwa opartego na równości wszystkich, przez Rewolucję złożonej. Już w latach 20. XX wieku zaczęły temu jednak odpowiadać tendencje akcentujące wartość także tego, co stałe, „wiecznorosyjskie”, aż w końcu Stalin ostatecznie założył wszystkim twórcom ograniczający ich ruchy kaftan „realizmu socjalistycznego”.

Dla umysłu konserwatywnego tak ułożona opowieść ma wartość utwierdzającą go w jego przerażeniu rewolucyjnymi pomysłami: ich piękne obietnice zawsze się ostatecznie kończą wielkim „zamachem na wolność”, itd. Umysł liberalny czasem reaguje trochę inaczej, dając sobie przyzwolenie na szczerą fascynację momentem wyzwalającym, ale ostatecznie schodzi na pozycję podobną do konserwatysty, ubolewając, że rewolucyjne poczucie wolności jest z definicji tylko tymczasowe, i oddychając z ulgą, że może się zarazem cieszyć estetyką rewolucyjnych twórców, jak i pozostać bezpiecznym mieszczaninem, bo kto inny poniósł ryzyko i zapłacił cenę, żeby on mógł sobie z dystansu powiedzieć, że to się i tak na dłuższą metę nie mogło udać.

*

A jednak zwiedzający wystawę nawet na jej końcowych etapach nie przestają wydawać się zafascynowani zebranymi tam dziełami, także tymi już z początku lat 30. Choć socrealizm jest ulubionym chłopcem do bicia pretensjonalnych estetów nad Wisłą, jego przedziwną właściwością jest, że tak naprawdę całkiem nieźle się starzeje i ma swoich twórców, których nie da się tak po prostu wyrzucić na śmietnik historii sztuki. Agata Pyzik tłumaczy właśnie na polski własną książkę Poor But Sexy, pośród wielu innych poruszanych tam tematów dowodzi w niej m. in., że socrealizmu nie można po prostu zbyć jako „fałszywego”, nieudanego realizmu, bo jego intencją nie było odzwierciedlanie rzeczywistości takiej, jaką jest, ale jej postulowanie, rozumiane normatywnie czy utopijnie. Socrealizmu nie można uczciwie zredukować do sztuki propagandowej „zbrodniczego reżimu” na lustrzane podobieństwo sztuki nazistowskiej. Wystarczy spojrzeć na postulowaną w nim rzeczywistość: jest to rzeczywistość egalitarnego, uniwersalnego prawa do dobrego życia, wyprowadzona z wartości Oświecenia.

Katerina Clark w swojej książce o kulturze wczesnego stalinizmu, Moscow, the Fourth Rome (skupia się na latach 1931-1941) dowodzi, że to, co dla estetycznych awanturników w rodzaju Malewicza i Eisensteina było krępującym gorsetem, miało też inny wymiar. Był nim nacisk, podniesiony do rangi centralnego zadania, położony przez stalinowski aparat kulturalny na obronę pozytywnego dziedzictwa europejskiego Oświecenia – w obliczu antyoświeceniowej ofensywy ruchów faszystowskich w innych częściach Europy. Oczywiście, terror aparatu władzy Stalina sprawiał, że Związek Radziecki pod jego władzą daleki od realizacji obietnic oświeceniowego uniwersalizmu. Radziecka kultura wczesnego stalinizmu nie zamierzała jednak oddać tych obietnic bez walki, zamierzała zachować ich ważność i wartość na przyszłość, w nadziei na ich wdrożenie w przyszłych, bardziej sprzyjających warunkach. Jak bardzo do nich nie dorastało realnie istniejące radzieckie państwo, to wciąż zupełnie co innego niż otwarta wojna z wartościami uniwersalizmu, którą toczyły inne siły polityczne w ówczesnej Europie.

Może na miejscu byłaby nawet taka analogia. Co jeśli stalinowski terror w ostatecznej instancji był ideologiczną funkcją podjętej przez Józefa Wisarionowicza forsownej industrializacji, czyli woli przeskoczenia na przestrzeni jednego pokolenia stuleci gospodarczego, społecznego i technologicznego zacofania, rzeczy podówczas niewykonalnej w żaden „łagodny” i demokratyczny sposób? Możemy oczywiście upierać się, że „postęp” tak rozumiany nie usprawiedliwia przemocy. Jak jednak powiedział Frankowi Westermanowi jeden z jego rozmówców, gdy pisał swoich Inżynierów dusz, pogląd nieobcy wielu tym, którzy sami przecierpieli przymusową pracę w Gułagu, gdyby Związek Radziecki nie stał się tak szybko światową potęgą przemysłową, III Rzesza wygrałaby II wojnę światową, przynajmniej w jej teatrze europejskim. Dalekie od bezklasowości, oparte na ekscesie arbitralnej władzy monopartii społeczeństwo, w jakie obrócił się Związek Radziecki, nie spełniło egalitarnych obietnic Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej – ale być może osunęło się w tę postać w obliczu obiektywnych ograniczeń kraju, który odziedziczył takie zacofanie. Może osunięcie się w tę formę okazało się ostatecznie warunkiem pokonania najmroczniejszych sił anty-Oświecenia, jakie dotąd znał świat, które z Berlina zamierzały podbić ogromną część Starego Świata i obrócić go w swoje żerowisko? Może gdyby Lenin przed śmiercią przywrócił wyposażone w realną władzę decydowania sowiety na wszystkich poziomach struktury politycznej „ojczyzny proletariatu” i zapobiegł stalinizmowi tout court, Związek Radziecki rozwijałby się w latach 30. XX wieku spokojniej, bez konwulsji, bez terroru, demokratycznie – ale też bez możliwości nadgonienia przepaści w uprzemysłowieniu, i dlatego w 1941, bez przemysłu zbrojeniowego na światowym poziomie, przegrałby wojnę z Hitlerem, umożliwiając mu położenie kresu cywilizacji Oświecenia w Europie?

Oborona_petrograda

Aleksandr Dejneka, Obrona Piotrogrodu

A teraz wróćmy do zapowiedzianej analogii. Może socrealizm i akademizacja radzieckiej kultury w latach 30. XX wieku były wobec brawury awangard okresu rewolucyjnego tym, czym stalinizm dla samej Rewolucji: zdradą obietnic okresu heroicznego, strąceniem wolności w okrutnej ofierze w przepaść, ale zdradą dokonaną wobec obiektywnej konieczności, w odpowiedzi z jednej strony na realne zacofanie odziedziczonego po przedrewolucyjnym porządku społeczeństwa a z drugiej na bezprecedensowe zagrożenie dla ludzkości, czyli gęstniejące nad Europą czarne chmury anty-Oświecenia? Może coś trzeba było na jakiś czas poświęcić, żeby nie stracić wszystkiego?

Slavoj Žižek przekonywał nawet w W obronie przegranych spraw, że odwrót od awangard i nacisk na humanistyczne dziedzictwo XIX-wiecznej kultury europejskiej w stalinowskiej kulturze lat 30. XX wieku „uratował świat” także po wojnie, sprawiając, że właśnie dzięki wychowaniu w takiej kulturze Chruszczow zapobiegł przekształceniu (poprzez kryzys kubański) zimnej wojny w wojnę najzupełniej gorącą, atomową…

*

Ideologiczny aparat neoliberalnego państwa – od szkoły przez media informacyjne po przemysły kultury – od kilkudziesięciu lat posługuje się straszakiem stalinizmu, który ma nam, bezsilnym trybikom w neoliberalnym reżimie akumulacji kapitału, przypominać, dokąd prowadzą próby odrzucenia jedynie słusznego porządku burżuazyjnej demokracji liberalnej. Do Gułagu. W przekazach ideologicznego aparatu neoliberalnego państwa przez kilka minionych dekad stalinizm był niezmordowanie, wciąż od nowa, wykuwany jako zło, które jest tak monstrualnie złe dlatego, że jest diametralnym przeciwieństwem burżuazyjnej demokracji liberalnej. Kapitalnym egzemplum jest film twórcy Indochin Régisa Wargniera Wschód–Zachód (1999). Ideologia przenikająca każdy poziom życia jako przeciwieństwo „wolnej od ideologii” liberalnej przestrzeni rynku, nieodsuwalna od władzy monopartia jako przeciwieństwo wyboru między różnymi partiami politycznymi, z których każda ciesząca się akurat władzą może ją stracić przy okazji najbliższych wyborów, itd.

Coraz gorzej ukrywana jest intencja tego niezmordowanego nacisku na figurę stalinizmu. Że chodzi w nim w istocie, żebyśmy nie zwracali uwagi na terror, w jakim sami obecnie żyjemy. Mieliśmy drżeć na myśl o świecie, w którym za jakąś ideologiczną nieposłuszność partyjny urzędnik może człowieka wyrzucić z pracy i uczynić niemożliwym znalezienie jej gdziekolwiek indziej, żeby nie zauważyć, że to jest od dawna rzeczywistość milionów ludzi w neoliberalnym kapitalizmie: przy obecnym stopniu koncentracji kapitału w niejednym przemyśle i branży, nie możemy się dziś postawić maniakalnemu szefowi, bo wszystkie miejsca pracy w naszym zawodzie są pod kontrolą tej samej grupy kapitałowej, i najzwyczajniej nie mamy dokąd pójść. Jesteśmy zmuszani do „osobistego rozwoju” i podnoszenia kwalifikacji, by następnie być skazanymi przez naszych zatrudnicieli na wykonywanie zadań obraźliwych dla naszych zdolności i możliwości. Jesteśmy zmuszani do coraz większej elastyczności, podczas gdy to ci, od których zależy nasze zatrudnienie, najbardziej stanowczo odmawiają jakiejkolwiek elastyczności. Działy Human Resources wielkich korporacji roszczą sobie prawo do posiadania na własność całego naszego życia, domagając się, by nasze CV nie miało żadnej kilkumiesięcznej luki, by każdy miesiąc naszego życia był w nim „usprawiedliwony”. Możemy wybierać między różnymi partiami politycznymi, ale one od dawna są tylko różnymi twarzami tego samego neoliberalnego technokratyzmu. Ideologia konsumenckiego wyboru truje nas z każdej dziury, podawana jest nam nawet w publicznych instytucjach, podczas gdy nie mamy żadnego wyboru oprócz tego, komu damy się oszukać i oskubać. Teatr gdzieś w Polsce musi zamknąć przedstawienie według Kubusia Puchatka, bo angielski miś o bardzo małym rozumku jest po śmierci autora własnością amerykańskiego koncernu. To, jakie filmy powstaną, jakie książki ukażą się w dużych nakładach, zależy od kaprysów biurokratów w korporacjach przemysłów kultury. Całe społeczeństwa, jak Grecja, karane są za niedorastanie do oficjalnej ideologii i próbę jej podważenia wepchnięciem w nędzę. Jak w stalinowskiej prokuraturze, paragraf może się znaleźć na każdego, nie znasz dnia ani godziny: rolnicy rujnowani są w sądach za to, że ptaki i pszczoły przeniosły na ich pola nasiona opatentowane przez Monsanto. I tak dalej.

Ale wizerunek Stalina chyba przestaje już działać. W końcu jak długo można dać się nabierać na ten sam straszak obliczony na odwracanie naszej uwagi od terroru, w którym żyjemy teraz, któremu podlegamy na co dzień?

Ludzie przychodzą tak tłumnie na wystawę o Rewolucji Październikowej i niezależnie od tego, co kuratorzy chcą im podpowiedzieć w towarzyszącym dziełom komentarzu, z fascynacją przyglądają się jej świadectwom z pierwszej ręki, pozostawionym przez samą Rewolucję, jej świadków, jej uczestników i jej wiernych. Chcą zobaczyć, jaka była piękna.

Jarosław Pietrzak

Revolution: Russian Art 1917-1932, wystawa w Royal Academy of Arts w Londynie, 11 lutego – 17 kwietnia 2017.

Ilustracja nad tekstem: Kazimierz Malewicz, Czerwona kawaleria.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Internet, algorytmy i poszukiwanie pracy

Internet był początkowo fenomelną innowacją z punktu widzenia człowieka poszukującego pracy. Wysłanie kilkudziesięciu CV mailem zamiast tradycyjnej poczty to oszczędność na znaczkach, kopertach, drukowaniu, czasie. Internet umożliwia przeszukiwanie ofert pracy nie tylko skuteczniejsze, ale też nieograniczone przestrzennie – z Będzina czy spod Kielc można szukać pracy w Berlinie czy Edynburgu, gdzie akurat mamy paru znajomych, którzy pomogą nam się zainstalować, jeżeli to wypali.

Dziś, w rozwiniętych gospodarkach Internet niemal wyeliminował inne formy pośredniczenia kontaktów między stronami na rynku pracy, pomijając może sytuacje osobistego polecenia przez krewnych i znajomych. Przyszłość wielu kapitalistycznych procesów świetnie widać, przyglądając się światu anglosaskiemu. W Wielkiej Brytanii prawie cały rynek pracy dawno już został przeniesiony do sieci i komputerów. I życie każdego, kto szuka pracy lub chciałby pracę zmienić, stało się koszmarem.

Wszystkie oferty pracy trafiają do sieci, czy to ogłaszane tam bezpośrednio przez przedsiębiorstwa i organizacje, czy przez agentów-pośredników. Wszyscy szukają pracy w sieci, więc wszyscy znajdują te same oferty, jeśli tylko szukają w tym samym mieście czy aglomeracji. W rezultacie, z wyjątkiem stanowisk wymagających nadzwyczaj rzadkich kwalifikacji, jak doktorat z genetyki czy biegła znajomość dwóch języków Dalekiego Wschodu z odpowiednimi certyfikatami, w Londynie liczba zgłoszonych kandydatur idzie często w setki. Rekordem z mojego życia było stanowisko, o które wraz ze mną ubiegało się ponad 900 innych osób.

Kiedy wszyscy poszukujący pracy z taką samą łatwością znajdują wszystkie oferty, oferta z taką samą łatwością dociera do wszystkich. Kiedy setki ludzi aplikują o każde miejsce pracy, nie masz wyjścia, nie możesz poprzestać na wysyłaniu swoich zgłoszeń tylko tam, gdzie naprawdę najbardziej chcesz pracować – musisz wysyłać jak najwięcej. W Londynie, żeby dostać się na kilka rozmów o pracę, wielu poszukujących pracy musi odpowiedzieć na co najmniej sto ofert. Kiedy każdy poszukujący odpowiada na coraz więcej ofert, na wszystkie, które znajdzie w sieci, na oferty przychodzi coraz więcej odpowiedzi i o każdą pracę ubiega się coraz więcej osób. Błędne koło się toczy.

Sam rynek ofert nie jest scentralizowany – różne branże mają rożne swoje ulubione portale i działy ogłoszeń w mediach informacyjnych, kilka portali dąży do gromadzenia jak największej liczby ofert z przestrzeni całej gospodarki, pączkują też serwisy i aplikacje na smartfony agregujące oferty publikowane w różnych miejscach. We wszystkich tych serwisach można ustawić sobie wysyłanie alertów z podobnymi ofertami. Ustawienie takich alertów w kilku serwisach powoduje wrażenie niesamowitego ruchu na rynku pracy, które szybko okazuje się złudzeniem.

Wiele firm i agentów umieszcza tę samą ofertę w kilku serwisach, ogólnych i wyspecjalizowanych w konkretnych branżach. Każdy z tych serwisów, jeśli się już do niego zapisaliśmy, wysyła nam alert, a potem jeszcze każda z aplikacji agregujących oferty z różnych źródeł przysyła nam maila z nagłówkiem mówiącym o dziesięciu nowych miejscach pracy, podczas gdy w rzeczywistości to trzy te same oferty skopiowane w różnych miejscach. W przypadku pracy często spotykanej, np. w księgowości czy sprzedaży, trudno jednak mieć zawsze pewność, czy to ta sama praca, ponieważ agenci, którzy rutynowo wyszukują pracowników do takich zawodów, często używają standardowo sformułowanych ogłoszeń i ukrywają nazwę firmy, żeby zatrzymać swoje pośrednictwo i prowizję. W takiej sytuacji każdy, kto intensywnie szukał kiedyś pracy, choć raz wysłał swoje CV kilka razy w sprawie tej samej oferty pracy, która pojawiła się w różnych miejscach w sieci. To jeszcze bardziej podnosi liczbę aplikacji, jakie spływają w odpowiedzi na każdą ofertę.

Jak często się zdarza, że ktoś faktycznie czyta, albo chociaż rzuca okiem na trzysta czy czterysta CV, które spłynęły w odpowiedzi na każdą ofertę pracy? Bardzo rzadko i coraz rzadziej. Jak działy kadr współczesnych przedsiębiorstw trawią takie ilości CV, listów motywacyjnych i formularzy zgłoszeniowych? Odpowiedź brzmi: komputery, roboty, algorytmy. CV są skanowane i sortowane przez napisane w tym celu programy. Dopiero kilkanaście czy kilkadziesiąt „najlepszych” CV wyłonionych przez algorytmy jest faktycznie czytanych przez ludzi, którzy podejmą decyzję, kto zostanie zatrudniony.

Algorytmy komputerowe stwarzają pozór bezosobowej obiektywności i wolności od subiektywnych uprzedzeń pojedynczego człowieka. Jest to jednak pozór, ponieważ różnego rodzaju uprzedzenia mogą być wpisane w sam algorytm. Najpowszechniejszą plagą tych algorytmów jest to, że zakładają, że najlepszym kandydatem jest ten, kto w poprzedniej pracy robił dokładnie to samo na dokładnie tym samym oprogramowaniu w podobnej firmie lub instytucji.

Mierny pracownik, który robił dokładnie to samo na podobnym stanowisku i na tych samych programach komputerowych, ale został zwolniony za porozumieniem stron, bo nie przykładał się do swoich obowiązków, ma większe szanse dostać pracę niż kandydat wybitnie uzdolniony i entuzjastyczny, który jednak wcześniej pracował na innym oprogramowaniu. Firma nie będzie miała nawet okazji dowiedzieć się o jego czy jej talentach, ponieważ algorytm w ogóle odrzuci to CV i nikt go nawet nie przeczyta. Podobnie z możliwościami przejścia do innego sektora. Księgowy z wieloletnim doświadczeniem w banku, który ma dosyć atmosfery panującej w instytucjach finansowych i chciałby pracować np. w instytucji kulturalnej lub organizacji pozarządowej, też nie przejdzie większości takich algorytmów. Coraz trudniej zmienić więc pracę, można co najwyżej pracodawcę, jeśli znajdziesz drugą pracę – dokładnie taką samą.

Pracownicy nienawidzą swojej pracy, której nie mogą zmienić, chyba że na dokładnie taką samą. Pracodawcy są niezadowoleni, bo pracownicy, którzy nie znoszą swojej pracy, nie są dobrymi pracownikami. A jednak zatrudniają nie tych, którzy chcą u nich pracować i chcą robić właśnie to, tylko tych, którzy w ostatniej pracy robili dokładnie to samo na dokładnie tym samym oprogramowaniu.

Każdego dnia algorytmy odrzucają też tysiące ludzi nawet nie ze względu na zapisane w CV doświadczenie, a na to, że nie wiedzieli, co „lubią” programy skanujące życiorysy. Wysłali CV w formacie PDF, na którym wiele takich botów się zacina, nie czyta ich do końca i w rezulacie odrzuca. Ze względu na doświadczenie w różnych sektorach, lub żeby estetycznie uporządkować swoje CV, wprowadzili jakieś graficzne rozwiązanie, np. ramki czy moduły, na których boty się zacinają i odrzucają CV. Opisując swoje doświadczenie, użyli słów innych niż te, które wpisane były w algorytm jako kluczowe.

Tego rodzaju wiedza na dodatek może ulec szybkiej dezaktualizacji. To, czego się nauczyliśmy szukając pracy dwa lata temu, może już nie działać w przyszłym roku. Ktoś ci kiedyś powiedział, żeby wysyłać CV w pliku PDF, żeby nie rozwalił się jego układ graficzny, jeśli odbiorca ma inną wersję MS Office – dziś wysłanie pliku PDF może cię kosztować pracę twoich marzeń. Jeżeli wszyscy nauczą się właściwych słów kluczowych, twórcy algorytmów wprowadzą zmiany w tym obszarze, żeby wyławiały mniej spośród zgłoszonych CV, bo o to w tych algorytmach w końcu chodzi.

W Londynie stworzyło to rosnący rynek dla agencji wyspecjalizowanych w pisaniu CV uwzględniających aktualne trendy i zoptymalizowanych pod kątem pożądanych przez algorytmy słów kluczowych i struktury. Nie wszystkie te usługi są jednak rzeczywiście coś warte. Dobre pod tymi względami CV może kosztować 100-200 funtów, w zależności od stopnia zaawansowania kariery. W pakiecie z profilem na LinkedIn może być i więcej. Pogarsza to jednak jeszcze bardziej położenie osób w już dramatycznej sytuacji ekonomicznej, np. od wielu miesięcy bezrobotnych. 100 funtów to półtora tygodnia brytyjskiego zasiłku dla bezrobotnych.

Jest to jeden z wielu obszarów, w których bezosobowe i przez nielicznych rozumiane, puszczone na żywioł algorytmy komputerowe zdobywają coraz większą kontrolę nad naszym życiem i najdosłowniej decydują o przyszłości milionów ludzi. O ich indywidualnych szansach na realizację swoich aspiracji, ale także naszych – nas wszystkich – szansach na świat, w którym zrealizowany jest potencjał wszystkich członków społeczeństwa, w którym każdy człowiek robi to, w czym jest najlepszy i do czego ma najwięcej entuzjazmu, podnosząc jakość życia ogółu.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na łamach „Tygodnika Faktycznie” (nr 20/2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Szanse Jeremy’ego Corbyna

24 września, przy okazji konferencji Labour Party w Liverpoolu podane zostały rezultaty wewnątrzpartyjnych wyborów – na stanowisko przewodniczącego. Zaledwie rok po poprzednich, bo dominujące w parlamentarnych ławach Labour prawe skrzydło partii za wszelką cenę usiłowało pozbyć się wybranego na to stanowisko z ogromnym mandatem (więcej głosów niż wszystkich czworo kontrkandydatów razem wziętych) Jeremy’ego Corbyna. Spiski blairystów poszły na marne. Jeremy Corbyn umocnił jeszcze swój mandat. Uzyskał prawie 62% głosów, przy większej liczbie i odsetku głosujących niż rok temu, i to pomimo iż zdominowana przez blairystów partyjna biurokracja na różne sposoby uniemożliwiła głosowanie grubo ponad stu tysiącom osób, które chciały głosować na niego.

Czy ten odnowiony i umocniony mandat udzielony przez członków pomoże Corbynowi z sukcesem prowadzić Labour Party do przodu? Wszystko zależy od miary sukcesu, jaką do szans Corbyna przyłożymy.

Władza w Labour Party

Podziały, jakie przeorały Partię Pracy w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, okazały się tak głębokie, a konflikt między nimi tak intensywny i – mimo rekoncyliacyjnego stylu samego Corbyna – tak bezwzględny, że pesymistyczna miara za sukces uznałaby w takich warunkach samo dotrwanie Corbyna, bez kolejnych prób wysadzenia go z siodła, w roli lidera, a Labour Party w całości, do wyborów parlamentarnych w 2020. Rozpad partii jest bardzo prawdopodobny: dominujące w parlamentarnej reprezentacji, ale mające dziś wyraźnie mniejszościowe poparcie w szeregach członkowskich prawe skrzydło (blairyści) wyodrębniłoby się w takim scenariuszu w partię centrową nieznacznie na lewo od Torysów. Jednak w warunkach brytyjskiego systemu wyborczego (okręgi jednomandatowe), w którym zwycięska partia bierze nieproporcjonalnie dużą liczbę miejsc w parlamencie, będzie to mogło oznaczać wyborczą katastrofę dla obydwu takich partii – sierot po Tonym Blairze i zwolenników Corbyna. Partia przerobiła już ten scenariusz w latach 80.

Jednak to, że taki rozpad oznaczałby polityczne samobójstwo obydwu powstałych z rozpadu partii nie oznacza wcale, że nikt do tego nie dopuści. Brexit pokazał już, że większość brytyjskiej klasy politycznej miota się dzisiaj jak kurczak bez głowy i najzupełniej nie wie, co czyni.

Przeciwnicy Corbyna na prawym skrzydle Labour Party twierdzą – i zapewne wierzą – że Corbyn jest „niewybieralny”. Zbyt radykalny, zbyt idealistyczny, zbyt nierealistyczny, by zjednoczyć dla swojego programu wystarczające poparcie, żeby Labour zdobyła większość miejsc w parlamencie. Nie mieści się on też w typowych ramach polityka „wizerunkowego”, takiego, co zawsze jest w najlepszym na daną okazję garniturze i uwielbiają go kamery wielkich mediów.

Czy program Corbyna jest rzeczywiście „zbyt radykalny”? Zależy, co to znaczy. Znakomity dziennikarz Richard Seymour, autor świetnej książki o uwarunkowaniach zwycięstwa Corbyna (Corbyn: The Strange Rebirth of Radical Politics), podkreśla, że program ekonomiczny Corbyna byłby najzwyklejszym mainstreamowym programem socjaldemokratycznym – gdybyśmy byli w latach 60. Tyle że strategiczne przemysły, na których skupią się rządowe inwestycje, zostały zaktualizowane o to, co najbardziej postępowe dzisiaj. Zakłada on m. in. masowe inwestycje w budowę mieszkań, zielone technologie, odnawialną energetykę. Koniec polityki cięć, wzrost płac i stabilności zatrudnienia. Darmowa edukacja dla wszystkich i odwrócenie pełzającej prywatyzacji służby zdrowia. To, że taki program wydaje się dziś radykalny, świadczy jedynie, jak daleko na prawo zadryfował obowiazujący konsensus.

Prowadzona już przez drugą kadencję rządu Torysów polityka cięć budżetowych na wszystkich frontach od lat dławi płace i cieszy głównie finansjerę w City of London i najbardziej rentierskie sektory klasy dysponentów kapitału. Nawet biznes – jego sektory bardziej produktywne – z ulgą przywitałby dzisiaj program ekonomiczny taki jak ten Corbyna (nowe inwestycje, wzrost siły nabywczej). Lata polityki zaciskania pasa powodują już bowiem, że dławiona siła nabywcza znowu na masową skalę kompensowana jest kredytami konsumpcyjnymi. Zegar wydaje się już odliczać czas do powtórki z 2008; uderzy ona we wszystkich tych, którzy zyski czerpią nie z różnych form renty, a ze sprzedaży wytwarzanych dóbr i usług.

Jednak – dodaje Seymour – wielki biznes poparłby tego rodzaju program ekonomiczny, gdyby zaproponowała go partia prawicowa. Byłby wtedy zapakowany w retorykę wzrostu gospodarczego, konkurencyjności, itd. W ofercie Corbyna jest on częścią projektu zmiany stosunku sił klasowych w Wielkiej Brytanii, odzyskania dla klas pracujących tego, co straciły w ciągu czterech dekad niepodzielnego panowania neoliberalnej ortodoksji.

Kilka dni przed konferencją w Liverpoolu słynny reżyser Ken Loach, zdeklarowany marksista i sojusznik Corbyna, przypomniał swoim słuchaczom, działaczom lewego skrzydła partii, że to nie tylko prawe skrzydło partii, które próbowało go usunąć ze stanowiska lidera, patrzy na Corbyna z przerażeniem. Cała klasa dysponentów kapitału patrzy na Corbyna z przerażeniem, bo widzi w nim groźbę utraty sporej części swojej władzy klasowej odzyskanej w okresie neoliberalnej restrukturyzacji kapitalizmu. Oni wszyscy wytoczą przeciwko Corbynowi działa.

Droga do Downing Street

Czy samo to, że cały wielki biznes (w tym prywatne media) zrobi wszystko, żeby go zatrzymać, znaczy, że Corbyn i Labour Party pod jego przywództwem nie ma szans wygrać wyborów w 2020? To wcale nie jest przesądzone. Owszem, poparcie dla Labour jest obecnie zbyt niskie, by mogła wygrać wybory teraz. Ale Theresa May, pomimo słabego mandatu poparcia, uczepiła się władzy i już jej nie puści do końca kadencji. Skorzystała z tego, że posłowie Labour zamiast zająć się wymuszeniem przedterminowych wyborów (po Brexicie i rezygnacji Camerona) woleli spiskować przeciwko Corbynowi. A do 2020 jeszcze kupa czasu.

Za obecne niskie poparcie Labour nie odpowiada Corbyn. Objął przywództwo partii już w takim stanie. Za dodatkowy spadek w ostatnich tygodniach winę ponosi raczej właśnie prawe skrzydło partii z jego metodą najbardziej nawet chamskich chwytów przeciwko Corbynowi. Ostatecznie cierpi na tym wiarygodność całej partii.

Teza, że Corbyn jest zbyt lewicowy, by wygrać wybory w takim kraju, jak Wielka Brytania, wynika z niezrozumienia, skąd wzięły się porażki, jakie Labour poniosła w dwóch minionych wyborach parlamentarnych. Wynikły one nie z tego, że partia była zbyt lewicowa, a z tego, że lata blairyzmu przesunęły ją tak daleko w prawo, że straciła jakąkolwiek wiarygodność jako partia lewicowa i jako coś znacząco innego niż Torysi. Stała się dla wielu jedynie Torysami w wersji light, zdolnymi jedynie do polemizowania (czasem) ze skalą rządowych cięć budżetowych, ale już nie z samą zasadą, że są „konieczne”. Przywództwo Eda Milibanda (2010-2015) było okresem rozkroku bez tożsamości. Miliband jest w głębi duszy na lewo od Blaira, ale dał sobie wmówić, że wybieralność wymaga koncesji na prawo. Stąd jego kampania w wyborach do parlamentu była prawdziwym Ministerstwem Dziwnych Kroków – raz w lewo, raz w prawo, a potem jeszcze bardziej. Uwierzył blairystowskim specom od marketingu politycznego, że w warunkach rosnącej popularności skrajnie prawicowego UKIP-u, trzeba zagrać trochę przykręcaniem śruby na imigrantów i tych, co żyją „na socjalu”. Tylko po co ktoś, kto ma takie poglądy, miałby głosować na echo, skoro mógł na oryginał?

Ktoś taki jak Corbyn nie mógł wygrać w latach 90., kiedy przewództwo Partii Pracy przejął Tony Blair, ale to były lata ideologicznego triumfu neoliberalizmu. Dziś neoliberałowie trzymają ciągle całość realnej władzy – z wyjątkiem rządu dusz. Ich władza symboliczna, władza nad tym, żeby ludzie wierzyli w to, co od nich słyszą, kurczy się z dnia na dzień, odkąd po 2008 wszystkie ich prognozy, diagnozy i recepty rozmijają się z rzeczywistością. Wróżenie z fusów sprawdza się dziś częściej.

Dlatego negatywny coverage, jaki Corbyn ma w mediach głównego nurtu, nie jest reprezentatywny dla brytyjskiego społeczeństwa. I zwolennicy Corbyna szybko to zrozumieli, identyfikując wielkie media jako część neoliberalnego aparatu władzy, przeciwko któremu pragną się zamachnąć. Nie odnaleźli swojego punktu widzenia w telewizji i dużych dziennikach, sięgnęli  więc po media społecznościowe, które wzięli szturmem. Paradoksalnie, jeśli największe media nie przestaną się tak na Corbynie wyżywać i powtarzać w każdym poświęconym mu zdaniu, że jest „niewybieralny”, może mu to znacząco pomóc w wyborach. Widzieliśmy na przykładzie Brexitu, jak to działa w obecnym stanie ducha brytyjskiego społeczeństwa.

Ci, którzy uparcie zwracają uwagę na obecne poziomy poparcia Labour Party, wydają się nie dostrzegać szerszego kontekstu. Brytyjczycy, jak wiele innych współczesnych społeczeństw, ulegają dziś procesowi polaryzacji. Nic nie cieszy się dziś szybciej słabnącym poparciem niż owo mityczne centrum, do którego truchła modlą się sieroty po Tonym Blairze. Również po stronie Torysów pierwsze skrzypce przejęło przecież (po dymisji Camerona) ich najdalsze prawe skrzydło. Rząd Theresy May jest najbardziej prawicowym brytyjskim rządem co najmniej od II wojny światowej. Torysi bliżej centrum utracili grunt pod nogami we własnej partii.

Na przestrzeni minionych kilkunastu miesięcy Corbyn przyciągnął do Labour Party setki tysięcy nowych członków, którzy sami się tego po sobie nie spodziewali jeszcze rok wcześniej. Zobaczyli oni szansę powrotu lewicowej polityki w Wielkiej Brytanii i własne w niej miejsce. Dziś Labour ma 640 tys. członków, jakieś trzy razy więcej niż w połowie 2015. To nie tylko więcej niż wszystkie inne partie polityczne w Zjednoczonym Królestwie razem wzięte – to więcej niż jakakolwiek inna partia socjaldemokratyczna w Europie.

Krytycy „corbynmanii” mają rację, kiedy przypominają, że te masy ludzi nie są reprezentatywne dla całego brytyjskiego społeczeństwa. Zapominają jednak, że w ciągu ostatnich kilku lat masy Brytyjczyków przesunęły się znacząco na lewo, z powodów rozciągających się od społecznych skutków polityki Torysów, przez skandal kryzysu uchodźczego, po przerażenie rasizmem przeciwnego bieguna polityki. Nie ma żadnych powodów, by sądzić, że ten proces nie będzie postępował stąd do 2020 roku. Te masy nowych członków osadzone są w innych organizacjach, od lokalnych, przez studenckie, po antywojenne; mają rodziny, kolegów i przyjaciół. Wszędzie tam przez tych kilka lat będą prowadzić powolną pracę przekonywania. Od dawna też brytyjska młodzież nie była tak upolityczniona i tak lewicowa. Do 2020 cztery kolejne jej roczniki uzyskają prawo głosu. Brytyjska klasa polityczna znajduje się po Brexicie w stanie całkowitego skołowania, a społeczeństwo w momencie, w którym żadne status quo właściwie nie istnieje, do kupy trzymane już tylko kiepską fastrygą. Wszystko może się teraz wydarzyć.

Jeśli tylko prawe skrzydło przestanie sabotować własną partię, szanse Corbyna na doprowadzenie Labour do władzy są większe niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Czy prawe skrzydło przestanie? Nie wiadomo.

Władza w kraju: premier Jeremy Corbyn?

Corbyn na pewno już zmienił pejzaż brytyjskiej polityki. Neoliberalne dogmaty, jak „konieczność cięć”, przestały być przezroczystymi faktami przyrody, a stały się przedmiotem politycznej debaty, podobnie jak wydatki na broń atomową czy zbrojne interwencje na Bliskim Wschodzie. Tłumy ludzi znalazły się nagle lub na powrót w polityce i łatwo się stamtąd wyrzucić nie dadzą. Warto też pamiętać, że dla mas nowych członków partii przegrana w jeszcze jednych wyborach nie jest końcem świata, jeśli tylko w międzyczasie uda się pod znakiem Labour odbudować w Wielkiej Brytanii wiarygodną lewicę na przyszłość rozumianą w nieco dłuższej perspektywie.

Ale co z szansami Corbyna, jeśli doprowadzi Labour do władzy w wyborach w 2020? Przykład Grecji pokazuje, że samo zwycięstwo w wyborach nie wystarczy, żeby odwrócić neoliberalizm. Ale Wielka Brytania jest bez porównania potężniejszym krajem niż Grecja, jedną z największych gospodarek, ma kontrolę nad własną walutą i zajmuje znacznie silniejszą pozycję w strukturze światowej gospodarki. Jednak częścią tej siły jest City of London, a stopień finansjeryzacji brytyjskiej gospodarki może skutkować jej podatnością na spekulacyjny atak na brytyjską walutę i system finansowy, jeżeli siłom globalnego kapitału nie spodoba się wybrany przez Brytyjczyków rząd.

Wróćmy do refleksji z książki Seymoura. To, że strukturalnie bardzo podobny program zbudował w okresie bezośrednio po II wojnie światowej brytyjskie państwo dobrobytu, również rękami Labour Party, nie znaczy, że projekt taki jest realnie do powtórzenia w dowolnych okolicznościach historycznych. Jakie okoliczności umożliwiły największe historyczne osiągnięcie Labour Party? Bezprecedensowa destrukcja już istniejącego kapitału w konwulsjach II wojny światowej stworzyła podstawy do przejścia kapitalizmu w kolejną długą fazę przyspieszonej akumulacji i dynamicznego wzrostu. Ten wzrost można było dzielić tak, że kapitaliści utrzymywali swoją wysoką stopę zysku, a i tak wystarczało na korzyści dla klas pracujących, w postaci wzrostu płac i rozwoju powszechnie dostępnych usług publicznych finansowanych z podatków. Te powszechne usługi gwarantowały z kolei kapitałowi zdrową i stabilnie reprodukującą się siłę roboczą, umożliwiającą utrzymanie tempa akumulacji na przyszłość. To był bardzo od obecnego odmienny układ sił. Dziś kapitalizm znajduje się w strukturalnym kryzysie akumulacji co najmniej tak głębokim jak ten w latach 30. XX wieku. Jednocześnie, dysponując większą władzą niż kiedykolwiek wcześniej, na swoje doraźne potrzeby wielki kapitał może przebierać w ofertach tańszej siły roboczej w innych częściach świata, lekceważąc problem jej stabilnej reprodukcji w danym kraju. Kapitał nie zechce się dzisiaj dzielić tym, co mu coraz wolniej przybywa. Trudniej go też będzie zmusić do zawarcia podobnego paktu, jak ten po wojnie.

Może to oznaczać, że jeśli Corbyn odniesie pierwsze sukcesy – utrzyma władzę w partii, partia się nie rozpadnie i wygra wybory – kolejny sukces, już jako szefa rządu, będzie możliwy tylko wtedy, gdy polityka takiego rządu Labour okaże się znacznie bardziej radykalna niż obecnie deklarowany program (np. zacznie się od nacjonalizacji nie tylko kolei, ale przede wszystkim banków). Historycznie Labour Party nigdy nie była partią radykalną. W przeciwieństwie do innych zachodnioeuropejskich socjaldemokracji, nawet jej korzenie nie tkwią w socjalistycznych międzynarodówkach przeszłości.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w serwisie Trybuna.eu (27 września 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brexit, rasizm i Polacy

Pod koniec lipca brytyjskie serwisy informacyjne (zaczęło się od hiszpańskojęzycznej strony internetowej ElIberico.com) nagłośniły operację brytyjskich służb imigracyjnych przeprowadzoną we współpracy z kierownictwem sieci restauracji Byron (serwują głównie „wypasione” hamburgery). 4 lipca około dwustu osób z personelu aż 15 lokali firmy zawieziono „na szkolenie”. Na miejscu czekali oficerowie imigracyjni. Zwiezieni tam pracownicy pochodzili spoza Unii Europejskiej – z Ameryki Łacińskiej, Albanii, Nepalu, Egiptu – i podejrzani byli o nieposiadanie lub sfałszowanie wizy czy pozwoleń na pracę w Wielkiej Brytanii. Co najmniej 35 osób zostało aresztowanych, źródła sugerują, że być może 150 osób więcej czekał podobny los, ale zdołały uciec i od tamtej pory się ukrywają. Niektórzy z tych pracowników pracowali dla sieci Byron przez kilka lat.

Tak w praktyce wygląda zaostrzenie polityki imigracyjnej przez minister spraw wewnętrznych w gabinecie byłego premiera Davida Camerona, Theresę May. May wprowadziła zasadę, że spoza Unii Europejskiej tylko osoby zarabiające powyżej 35 tys. funtów rocznie mają prawo zostać na Wyspach. Większość Brytyjczyków może tylko marzyć o takich zarobkach, gdyż tutejsza średnia jest o jakieś 10 tys. niższa. Na ulicach pojawiły się plakaty zastraszające tych, którzy „są tutaj nielegalnie”. W „wojnę z nielegalną imigracją” May wciągnęła pracodawców i właścicieli domów i mieszkań oferowanych na wynajem. Zagroziła im odpowiedzialnością, jeśli status imigracyjny osób przez nie zatrudnianych lub tych, którym wynajmują mieszkania, okaże się nieuregulowany. Wielu cynicznych biznesmenów i właścicieli nieruchomości zyskało w ten sposób dodatkowy instrument terroryzowania i esksploatowania najbardziej bezbronnych pracowników czy lokatorów. (Czy tych 200 osób z Byrona zdążyło zobaczyć swoją ostatnią wypłatę? Czy „nielegalny” imigrant może tak łatwo nie zgodzić się na 50% podwyżki czynszu?)

Cała ta kampania była od początku obliczona na cyniczne granie na społecznych nastrojach i fobiach, na odbijanie wyborców skrajnie prawicowej partii UKIP. Wielka Brytania tak naprawdę nie ma żadnego „problemu z imigracją”. Żeby utrzymać swój system ochrony zdrowia i emerytalny, starzejące się Zjednoczone Królestwo potrzebuje długofalowo imigracji na poziomie co najmniej 140 tys. osób rocznie. Przeciętny przybywający tu imigrant jest zdrowszy, młodszy i lepiej wykształcony niż przeciętny Brytyjczyk, stanowi więc natychmiastowy zysk netto dla tutejszej gospodarki. Pewne sektory brytyjskiej gospodarki, jak ochrona zdrowia, zawaliłyby się natychmiast, gdyby odjąć od nich personel cudzoziemski, dlatego sama May musiała przygotować listę wyjątków od progu dochodowego 35 tys. funtów. Żadna pielęgniarka tyle nie zarabia.

Rasizm awansował do samego centrum debaty politycznej w miesiącach poprzedzających referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. W pewnym momencie zewsząd rozlegało się już tylko „imigranci, imigranci, imigranci”. Prawicowe media, w szczególności te w posiadaniu australijskiego potentata Ruperta Murdocha, zdołały wcisnąć milionom Brytyjczyków, że za ich problemy z dostaniem się do lekarza, uzyskaniem zasiłku, znalezieniem pracy czy mieszkania odpowiada zalew imigrantów. A nie cięcia budżetowe rządu Partii Konserwatywnej, zupełny brak polityki mieszkaniowej zostawionej na pastwę spekulantów, itd. Kiedy wbrew wszystkim racjonalnym argumentom, tak prowadzona kampania zwolenników wyjścia z UE odniosła referendalne zwycięstwo, brytyjscy rasiści zorganizowali sobie prawdziwy karnawał. W ciągu kilku dni zaraz po referendum policja podała oficjalnie wzrost liczby odnotowywanych incydentów o charakterze rasistowskim najpierw o ponad połowę, by wkrótce mówić już o skoku aż pięciokrotnym.

Pisarz John Lanchester w poświęconym refleksjom o referendum eseju opublikowanym na łamach „London Review of Books” pisze, że przywolenie na otwarty rasizm będzie długotrwałym skutkiem referendum, który pozostanie niestety częścią brytyjskiego pejzażu społecznego i politycznego na nadchodzące lata. Symbolicznym potwierdzeniem tej diagnozy jest awans tej samej Theresy May, 13 lipca 2016, na stanowisko premiera po dymisji Davida Camerona.

Rasizm ten okazał się wielkim zaskoczeniem dla żyjących w Wielkiej Brytanii Polaków. Nie dlatego, żeby im samym był obcy, wręcz przeciwnie. Na długo przed referendum, jeśli w Londynie zdarzyłoby ci się słyszeć jakieś komentarze ciągle podkreślające czyjś kolor skóry czy etniczne pochodzenie, najprawdopodobniej otaczało cię kilkoro miejscowych Polaków. Masy polskich przybyszów do Wielkiej Brytanii przez lata karmiły się fantazją, że blady kolor ich skóry automatycznie gwarantuje im wstęp do miejscowej „rasy panów”, z której to pozycji mogą sobie popogardzać „ciapatymi” i innymi. Polacy zasilali nawet czasem antyimigranckie manifestacje rasistowskich organizacji w rodzaju Britain First czy English Defence League. Brexit stanowił dla wielu z nich lekcję na temat społecznej (a nie biologicznej) konstrukcji kategorii rasy, bo postawił ich przed bolesnym odkryciem, że kolor skóry o niczym nie stanowi.

Rasizm kampanii Brexitu zrehabilitował każdą formę rasizmu w przestrzeni publicznej, ale nie był szczególnie wycelowany w imigrantów z krajów arabskich, Afryki czy Azji Południowej, bo przecież oni docierają tu i tak spoza UE, bez żadnego związku z członkostwem. Śpiewka „imigranci, imigranci, imigranci” intonowana przez zwolenników wyjścia z Unii mierzyła w przybyszów z Europy, a z tych bez porównania największą i najbardziej rzucającą się w oczy grupą są Polacy. Dla wielu Brytyjczyków Polacy stanowią element bardziej kulturowo obcy niż np. Hindusi czy Jamajczycy, do których obecności są od pokoleń przyzwyczajeni, lubią ich kuchnię i muzykę, znają ich ze swojego kina i telewizji. W dniach bezpośrednio po referendum przedmiotem rasistowskich napaści stało się wiele miejsc kojarzonych z Polakami (jak POSK, Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny w Hammersmith w zachodnim Londynie). W Plymouth podpalono dom polskiej rodziny. 27 sierpnia w Harlow w hrabstwie Essex sześciu wyrostków zaatakowało i pobiło ze skutkiem śmiertelnym 40-letniego Arkadiusza Jóźwika. Według świadków zrobili to, bo słyszeli go rozmawiającego po polsku.

Ale nie jest tak, że rasizm wylał się nagle ze wszystkich Brytyjczyków. Z drugiej strony nastąpiła jednak spora mobilizacja antyrasistowska. Historia z siecią Byron może tu znowu robić za przykład, bo wywołała prawdziwą burzę na Twitterze i natychmiastowy bojkot konsumencki. Na drugi dzień po wypłynięciu tej wiadomości londyńskie lokale Byrona świeciły pustkami, a w sobotę 30 lipca antyrasistowscy aktywiści przynieśli do dwóch z nich pudełka z setkami żywych karaluchów i innych owadów, które wypuścili w nich na wolność, wymuszając zamknięcie restauracji na czas kwarantanny.

W najbliższych latach oficjalnie dopuszczony do publicznego dyskursu rasizm będzie przez rząd Theresy May używany do rozgrywek i targów z Unią Europejską w toku negocjacji nad warunkami Brexitu. Nagonki na różne grupy imigrantów staną się systematycznym składnikiem brytyjskiej polityki. Stan niepewności dotyczący statustu i praw Europejczyków już od dawna żyjących w Wielkiej Brytanii będzie świetnym instrumentem wywierania presji na całe grupy pracowników. Imigranci nie będą się stawiać, bo może inni pracodawcy będą się wahać przed zatrudnianiem cudzoziemców do czasu wyjaśnienia sytuacji, a inni będą nadużywać wynikającej z tej niepewności przewagi i oferować coraz gorsze warunki.

Czy polscy przybysze do Wielkiej Brytanii wyciągną z tego wszystkiego jakieś lekcje? Czy wyleczą się z tej niepoważnej i niebezpiecznej dla nich samych fantazji, że z tytułu samego koloru skóry angielski rasizm postrzega ich jako równych sobie? Czy rozpoznają konieczność włączenia się w kampanie antyrasistowskie? Czy rozpoznają wspólnotę interesu, jaką mają nie z chłopcami z EDL a z innymi mniejszościami – z przybyszami z pogardzanych przez tylu Polaków jeszcze biedniejszych krajów Europy Wschodniej, ale też z „kolorowymi” przybyszami z innych kontynentów? Wkrótce – w zależności od tego, jak odbędzie się Brexit – mogą z nimi dzielić wiele restrykcji i represji. Niestety marsz, jaki odbył się w proteście po śmierci Jóźwika (3 września) nie budzi wielkich nadziei. Polskie flagi, biało-czerwone szaliki – byle tylko obrócić sprawę uniwersalną w sprawę narodową.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w Tygodniku Faktycznie (nr 11, 15 września 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdj. Adi Ionita

Zabić Corbyna

W brytyjskiej Partii Pracy (obecna opozycja) odbywają się właśnie kolejne wewnętrzne wybory na stanowisko jej przewodniczącego. Jeremy Corbyn wybrany został zaledwie rok temu. Co się więc dzieje? O co chodzi? W Labour Party toczy się pucz, bo w odczuciu większości posłów z jej ramienia Corbyn nie miał w ogóle prawa zostać przewodniczącym.

Koniec New Labour?

Nawet ci, którzy zgłosili jego kandydaturę na to stanowisko, nie liczyli na to, że wygra wewnątrzpartyjne wybory. Nie wszyscy posłowie, którzy poparli jego nominację (kandydat musi mieć odpowiednią liczbę nominujących go posłów), rzeczywiście chcieli, żeby został przewodniczącym. Jego kandydatura wypłynęła po to, żeby w kampanii coś w ogóle się działo. Pozostali kandydaci różnili się między sobą jedynie stopniem stężenia blairyzmu i byli razem nudni jak flaki z olejem. Corbyn całą epokę blairyzmu (jest posłem z londyńskiego Islington od 1983) przesiedział w tylnych ławach parlamentarnej Labour. Jeden z ostatnich ze szkoły legendarnego Tony’ego Benna. Socjalista w czasach, kiedy to słowo najczęściej było obelgą, oskarżeniem lub protekcjonalną drwiną. Aktywny działacz antywojenny w czasach, kiedy Blair miział się z Bushem nad mapą Iraku. Pikietował na rzecz bojkotu apartheidu w RPA w czasach, kiedy zatrzymywała za to jeszcze policja, a Thatcher nazywała Mandelę terrorystą. Jeden  najbardziej ideowych, pryncypialnych i niekorumpowalnych posłów w najnowszej historii swojej partii, ale – tak mówił „zdrowy rozsądek” – właśnie zbyt ideowy, zbyt radykalny, by miał szanse wygrać w społeczeństwie, którym podobno rządzić się da tylko z centrum.

Gdy wszystkim członkom partii rozesłano karty do głosowania i spływać zaczęły pierwsze głosy i sondaże, posłowie Labour nie wierzyli własnym oczom. Chyba nigdy wcześniej nie było im dane tak wyraźnie zobaczyć, jak wyalienowani są od mas członkowskich własnej partii. Bo w głosowaniu biorą udział wszyscy członkowie Labour i głos szeregowego członka, nawet członka afiliowanego jako należącego do popierającego Labour związku zawodowego, ma tę samą wagę, co głos parlamentarzysty.

Nie zawsze tak było. To były właściwie pierwsze wewnętrzne wybory w Labour przeprowadzone w całości według tych zasad. Wcześniej obowiązywał złożony system głosowania „blokami” przez afiliowane związki zawodowe, itd. Nowy system został wykoncypowany przez blairystowskich technokratów, którzy zakładali, że przedłuży on i umocni dominację polityków-profesjonalistów i technokratycznego „skrajnego centrum”, jak to nazywa Tariq Ali. Spodziewano się, że szeregowi członkowie, urobieni w swojej masie przez neoliberalne media, będą panikować na widok „nierealistycznych radykałów” odsuniętych za daleko od centrum. I że cechować ich będzie niski stopień zaangażowania. Mieli płacić składki, głosować na któregoś z kandydatów wyłonionych przez dominujące w parlamencie prawe skrzydło partii, co do których „wybieralności” panowałby konsensus w ławach parlamentarnych i zaprzyjaźnionych z przywództwem Labour mediach. Żeby szeregowi członkowie mieli własne, niezależne i zdecydowane poglądy; żeby mieli determinację i energię do walki o nie – to nie było częścią planu. Przecież żyjemy w postpolitycznych, postideologicznych czasach – mówiła do niedawna obiegowa mądrość.

12 września 2015 Corbyn wygrał w pierwszej turze, zdobywając więcej głosów, niż czworo jego konkurentów razem wziętych, 59,5%. Andy Burnham zdobył 19%, Yvette Cooper 17%, a Liz Kendall 4,5%. Pomimo iż spuszczono na niego wszystkie psy w prasie i w mediach, także tych tradycyjnie przychylnych Labour Party, z dziennikiem „The Guardian” na czele. Raport przygotowany przez London School of Economics wykazał, że w dominujących mediach trzy czwarte wiadomości i komentarzy na temat Labour Party jest otwarcie niechętnych bądź wrogich Corbynowi. „The Guardian” strzelił sobie w ten sposób w stopę, tracąc zaufanie i subskrypcje ogromnej części swoich czytelników znacznie bardziej przychylnych Corbynowi niż linia obrana przez zespół redakcyjny. W ciągu 24 godzin po ogłoszeniu wyniku do partii zapisało się 15 tys. nowych członków, rozentuzjazmowanych nowym przywództwem. Po 100 tysiącach, które zapisały się w tygodniach przed wyborem Corbyna (głównie z zamiarem głosowania na niego).

W poszukiwaniu sposobu na pucz

Tradycyjną instytucją brytyjskiej demokracji parlamentarnej jest formowany przez lidera opozycji gabinet cieni, rodzaj kontr-rządu monitorującego krytycznie działanie rządu i będącego propozycją tego, jak potencjalnie miałby wyglądać rząd w wypadku przejęcia władzy przez partię opozycyjną po następnych wyborach. Swój pierwszy gabinet cieni Corbyn powołał tak, by stworzyć platformę współpracy pomiędzy skłóconymi skrzydłami partii, lewym mającym poparcie większości szeregowych członków i prawym mającym większość miejsc w ławach parlamentu. W gabinecie cieni znaleźli się nawet otwarcie niechętni Corbynowi ludzie, tacy jak Hilary Benn, wyrodny syn Tony’ego. Prawe skrzydło partii nie przestało podkładać Corbynowi świń, krytykować go w mediach i szybko zaczęło poszukiwać sposobów na przeprowadzenie wewnątrzpartyjnego puczu.

Corbyn od początku tych spisków zachowuje zdumiewający spokój, co składa się zapewne częściowo na sympatię, jaką się cieszy. Wydaje się zupełnie niewrażliwy na szczucie przez prasę, gdyż jego zwolennicy ustawili się w opozycji także do dominujących mediów, uważanych przez nich za część neoliberalnego status quo, którego mają dość i któremu pragną położyć kres. Corbyn i jego zwolennicy wzięli za to szturmem media społecznościowe, gdzie wszystko, co mu zarzucają od „Daily Mail” do BBC, okazuje się być „na propsie”.

Pierwsza próba prawicowego puczu w partii miała miejsce w czasie wyborów na stanowisko burmistrza Londynu. Wyłoniony jako kandydat Labour Party dotychczasowy poseł Sadiq Khan należy do prawego skrzydła partii i nie jest mu blisko do Corbyna. Część tego samego prawego skrzydła konspirowała jednak z Torysami i z prawicowymi mediami w próbach podminowania kampanii Khana, grając na jego porażkę po to, by odpowiedzialnością za nią obarczyć następnie Corbyna. Mogłaby bowiem zostać przedstawiona jako wotum nieufności przedstawione przez wyborców partii pod nowym przywództwem. Taka jest geneza „Operacji Antysemityzm”.

Operacja Antysemityzm

Torysi, którzy sami usiłowali dla swojego kandydata (milionera Zaca Goldsmitha) pokonać Khana, bezwstydnie grając rasistowskimi kliszami straszącymi kandydatem Labour jako muzułmaninem, okazali się nagle wielkimi tropicielami rzekomego rasizmu po drugiej stronie. W kwietniu 2016 wysypała się cała seria oskarżeń o antysemityzm w Partii Pracy. Pierwsze skrzypce w szastaniu nimi szybko przejęło prawe skrzydło samej Labour – doprowadzając do zawieszenia „na czas wyjaśnienia” dziesiątek działaczy lewego skrzydła partii. Każdy, kto wypowiedział się kiedyś krytycznie o polityce Izraela był potencjalnie na celowniku. Wśród zawieszonych znalazła się nawet zasłużona działaczka antyrasistowska Jackie Walker, sama mieszanego pochodzenia afrokaraibsko-żydowskiego. Za to, że powiedziała kiedyś o własnych przodkach, że podczas gdy jedna ich część była niewolnikami na plantacjach w Nowym Świecie, druga finansowała handel tymiż niewolnikami. To wystarczyło, żeby wysmażyć przeciwko niej oskarżenie o antysemityzm (pod koniec maja została przywrócona w prawach członkowskich). Chodziło oczywiście o to, żeby część tego guana przykleiła się na dłużej, przez asocjację, także do Corbyna, znanego z konsekwentnego wsparcia udzielanego kampaniom solidarności z Palestyńczykami.

Operacja poniosła klęskę, 6 maja Khan wygrał wybory i został burmistrzem Londynu. Niemal natychmiast, w serii deklaracji, wyraźnie odciął się jednak od Corbyna, nawołując do powrotu do blairystowskich tradycji Labour „umiarkowanej” i „przyjaznej dla biznesu”. Choć zakładający zerwanie z polityką cięć i oszczędności program gospodarczy Corbyna przygotowany przez jego prawą rękę Johna McDonnella przewiduje olbrzymie inwestycje w budowę mieszkań, rozwój odnawialnej energetyki czy nowe technologie – trudno sobie wyobrazić, jak właściwie biznes miałby na tym stracić. Z wyjątkiem finansjery City of London, która w warunkach ekspansji produktywnych sektorów gospodarki utraciłaby część swojego relatywnego udziału w brytyjskiej gospodarce jako całości, a wraz z tym część swojej władzy politycznej.

Brexit

Wtedy przyszło referendum w sprawie Brexitu, 23 czerwca. Jeszcze trzy miesiące wcześniej wszyscy wierzyli, że niekoniecznie wielką przewagą, ale rezultat za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii jest niemal przesądzony. Sądzili tak nawet zwolennicy wystąpienia: skierowana do parlamentu i rządu petycja, która wśród zwolenników pozostania zrobiła taką furorę po ogłoszeniu wyniku – żeby niewielka różnica między głosami Leave i Remain, przy frekwencji poniżej pewnego progu, wymagała rozpisania drugiego referendum – została napisana przez aktywistę kampanii Leave, który spodziewał się, że Remain wygra przewagą jednego czy dwóch procent głosów.

Wynik referendum był wstrząsem dla rządzącej Partii Konserwatywnej. Premier David Cameron, do ostatniej chwili zakładał, że wynik będzie: Remain. Tylko dlatego rozpisał to referendum, że niczego innego się nie spodziewał. Chaos, w jaki osunęła się niespodziewanie Partia Konserwatywna, był sytuacją, o jakiej powinna marzyć partia opozycyjna. Zamiast skonsolidować się w natarciu na partię rządzącą, by ją sparaliżować i doprowadzić do przedterminowych wyborów, całkiem naturalnych w sytuacji takiego wstrząsu, prawe skrzydło Partii Pracy wyskoczyło z kolejną odsłoną pełzającego puczu przeciwko Corbynowi, znów spuszczając na niego swoje psy w mediach, od BBC po „The Guardian”. Badania opublikownae wkrótce po referendum wskazały, że prawie dwie trzecie wyborców Labour głosowało za pozostaniem w Unii. Odsetek tylko o jeden procent mniejszy, niż wyborców szkockiej SNP. Te same media, nawet ci sami dziennikarze, nawet w jednym zdaniu rozpływali się w zachwytach nad geniuszem i dziejową odpowiedzialnością liderki SNP Nicoli Sturgeon, i równały z ziemią Corbyna, obarczając go odpowiedzialnością za wynik referendum. Pomimo iż w liczbach bezwzględnych kilkakrotnie więcej zwolenników Corbyna niż zwolenników Sturgeon zagłosowało za pozostaniem w UE. Anglia ma kilkakrotnie większą populację niż Szkocja. Przeglądając serwisy informacyjne, można było w pewnym momencie odnieść wrażenie, że Corbyn aktywnie nawoływał do wystąpienia z UE, bardziej niż Nigel Farage i Boris Johnson.

Prawda jest taka, że Corbyn zawsze był niezwykle krytyczny w stosunku do UE. Jego krytyka była jednak zupełnie inna niż nacjonalistyczna, wyjątkowo reakcyjna krytyka Farage’a – Corbyn zawsze uważał UE za wehikuł narzucania kolejnych rozwiązań neoliberalnych, tj. uprzywilejowujących wielki ponadnarodowy kapitał, wszystkim państwom członkowskim, uderzających w interesy i w samą możliwość walki o interesy klas pracujących. W okresie poprzedzającym referendum Corbyn obrał jednak linię odcinającą się od nacjonalistycznej krytyki UE, podkreślając, że trzeba próbować podjąć wysiłek przemiany Unii Europejskiej od wewnątrz w coś lepszego, prawidziwe internacjonalistycznego, a nie tylko wykorzystującego uniwersalistyczne frazesy, żeby forsować interesy transnarodowego kapitału. Żadna inna linia nie byłaby w jego wydaniu wiarygodna, żadna też nie przekonałaby więcej ludzi z elektoratu Labour.

Puczyści postanowili przegłosować wotum nieufności Parliamentary Labour Party (reprezentacji Partii Pracy w parlamencie) wobec przywódcy. Przegłosowali je 28 czerwca, większością 172 do 40 głosów. Członkowie gabinetu cieni dokooptowani przez Corbyna z prawego skrzydła partii podali się do dymisji.

Irak i Raport Chilcota

Corbyn odmówił podania się po prostu do dymisji, powołując się na zbyt świeży i zbyt duży mandat członkowski, pochodzący sprzed mniej nawet niż roku. Uzupełnił swój gabinet cieni, czyniąc go jeszcze bardziej lewicowym, z największą w historii brytyjskiego parlamentaryzmu reprezentacją kobiet i mniejszości etnicznych.

Puczyści zachowywali się jak bohaterowie jakiejś dziwacznej komedii, coś między Bareją a Tatim. Nie było wiadomo, kto jest lub chce być ich liderem, czyli wystartować w ewentualnych przyspieszonych wewnątrzpartyjnych wyborach przeciwko Corbynowi. Wielu byłoby chciało, ale chyba się bało. Chwilami miało się wrażenie, że potencjalni anty-Corbyni pochodzą z przypadkowej łapanki, tak bardzo potykali się o własne nogi. Angela Eagle nie uzyskała nawet poparcia własnego okręgu wyborczego, który jednoznacznie woli Corbyna. Nie wiedziała, że nie da się ukryć tego, kiedy wykupiła domenę angela4leader.co.uk. Zwołała niedorobioną konferencję prasową, na którą prawie nikt nie przyszedł i stała tam, czerwona jak burak, wzywając w próżnię imiona dziennikarzy, którzy tam nie przybyli.

Puczyści próbowali wykluczyć Corbyna z ponownego kandydowania metodą administracyjną. Próbowali przesądzić, że urzędujący lider też musi zostać ponownie nominowany przez odpowiednią liczbę posłów z ramienia Partii Pracy. Zespół Corbyna stał na stanowisku, że według dokumentów statutowych partii, urzędujący przewodniczący ma to prawo automatycznie. Jedynie challengers – ci, którzy rzucają mu wyzwanie – potrzebują takiej nominacji. Sąd przyznał rację „corbynistom”.

Jak można robić tak dziadowski pucz? Nawet nie sympatyzując z puczystami, trudno się było nadziwić, dlaczego nie dali sobie trochę czasu, żeby się naprawdę przygotować i zrobić coś z głową, zamiast tylko ścigać się na nowe sposoby na samozaoranie.

Powodem tej nerwówki nie był wcale żaden Brexit tylko nadchodząca data oficjalnej publikacji Raportu Chilcota. Tematem Raportu Chilcota jest wojna w Iraku i prawne podstawy udziału Welkiej Brytanii w tej katastrofie. Raport powstawał zbyt długo, ale trochę dlatego, że okazał się bardzo szczegółowy i bardzo długi. Miał odpowiedzieć na pytanie, czy istniały prawne podstawy, żeby Wielka Brytania mogła tak sobie nonszalancko pobiec ze Stanami Zjednoczonymi na tę wojnę. Czy Saddam Husajn miał broń masowego rażenia? Czy były dowody? Czy jej używał? Czy wyczerpane zostały inne (dyplomatyczne) sposoby na rozwikłanie sytuacji? Pomimo iż Raport został ubrany w wyjątkowo ostrożne formuły, już przed jego publikacją nie było w zasadzie wątpliwości, że odpowiedzi na wszystkie te pytania będą brzmiały mniej lub bardziej „nie”. To z kolei oznaczałoby, że ówczesny premier Tony Blair wciągnął Wielką Brytanię w wojnę, która była po prostu nielegalna. Wciągnął ją w zbrodnie wojenne, które zrodziły współczesne patologie tamtej części świata, z Państwem Islamskim na czele. Wciągnął ją w wojnę, której przeciwna była większość brytyjskiego społeczeństwa, pomimo zmasowanej prowojennej propagandy w większości mediów. Od tej wojny zaczął się też kryzys społecznej wiarygodności Labour Party i proces wykruszania się jej rozczarowanego elektoratu.

Jeremy Corbyn był tymczasem jednym z najbardziej konsekwentnych krytyków takich imperialnych eskapad w ogóle i tej konkretnej wojny w szczególności. I już jako lider Labour dał do zrozumienia, że jeśli zostanie premierem, to nie da się wykluczyć, że sprawa odpowiedzialności Tony’ego Blaira za zbrodnie wojenne w Iraku znajdzie się na porządku dnia. Blair pozostaje nieformalnym „patronem” prawego skrzydła Partii Pracy, którego personel jest mu na różne sposoby mu dłużny lub zobowiązany. Jak wykazało śledztwo przeprowadzone przez niezależny serwis informacyjny TheCanary.co, podjęte później przez niektóre inne media, agencja PR-owa Portland Communications, związana z najbliższymi przyjaciółmi Blaira, odegrała kluczową rolę w atakach na Corbyna.

Ale Raport Chilcota został opublikowany. Jego werdykt jest, mimo przesadnie ostrożnego języka i metodologii, jasny: nie było podstaw do tej wojny. Corbyna nie udało się usunąć przed czasem, pozostają wewnątrzpartyjne wybory.

Who is Owen Smith?

Puczyści wyłonili kandydata żenującego jak cały ich blok. Gdyby ktoś rok temu powiedział nazwisko Owen Smith, chyba jedyną możliwą reakcją byłoby pytanie: Who is Owen Smith? Albowiem Owen Smith jest nikim par excellence. Mydłkiem, który swoją bezpłciowość musi kompulsywnie nadrabiać seksistowskimi kometarzami na Twitterze i gdzie indziej. Mówi, że opowiada się za wszystkimi tymi wartościami, co Jeremy Corbyn. Na czym więc miałaby polegać korzyść z zastąpienia nim Corbyna? Dlaczego jako poseł nigdy nie wykazał swoimi głosami czy wystąpieniami swojego stosunku do tych wartości? Dlaczego tak się z nimi ukrywał? Za to w młodości lobbował na rzecz pełzającej prywatyzacji narodowego systemu ochrony zdrowia jako piarowiec koncernu farmaceutycznego Pfizer.

Przeciwnicy Corbyna kandydaturą Smitha próbują desperacko przechwycić część definitywnego zwrotu w lewo w szeregach własnej partii, stąd rzekome poparcie Smitha dla tych samych wartości. Smitha przeciwstawiają jednak jako bardziej „wybieralnego” w kategoriach przyszłych wyborów parlamentarnych – Corbyn rzekomo nie jest. Jednak to Corbyn wypada w sondażach lepiej, podczas gdy Smith okazuje się po prostu chodzącą serią gaf. Teraz okazuje się, że Corbyn może wygrać jeszcze większą przewagą głosów, niż poprzednim razem. Od kilku miesięcy do Labour Party zapisują się masy nowych członków, w liczbach sięgających dziesiątek tysięcy tygodniowo. Wszystkie szacunki są jednomyślne: miażdżącą większość z nich stanowią zwolennicy Corbyna. Liczba członków wynosi już ok 640 tys. To więcej niż mają wszystkie inne partie polityczne w Wielkiej Brytanii razem wzięte. Czyni to też Labour Party najliczebniejszą obecnie partią socjaldemokratyczną w Europie, jeżeli nie partią polityczną w ogóle.

Partyjna biurokracja, w większości mocno osadzona w prawym skrzydle partii, wrośnięta w ideologię i koneksje blairystowskie, znalazła się na widok tych procesów w stanie paniki. Pojawiają się insynuacje, że to fala „trockistowskich sekciarzy” infiltruje Partię Pracy – jakby w Wielkiej Brytanii było kiedykolwiek tylu trockistów. Owen Smith właśnie znowu wyciągnął z kapelusza „antysemitów”.

Kilka tysięcy członków dowiedziało się, że zostało zawieszonych w prawach członkowskich (a więc i w prawie do głosowania na przewodniczącego) pod przedziwnymi pretekstami. Najczęściej chodziło o jakiś tweet czy status na Facebooku, wygrzebany gdzieś z odmętów 2014 roku, a wyrażający poparcie dla postulatu czy przedstawiciela innej partii politycznej, dziwnym trafem najczęściej Zielonych. To polityka przestała nagle polegać na przekonywaniu do swoich idei, do swojego projektu nowych ludzi, zdobywania ich dla swojego programu? Czy zdobywanie tych, którzy kiedyś sympatyzowali z innymi partiami, nie jest częścią, a nawet miarą sukcesu politycznego? Jak bez tego można kiedykolwiek wyjść z opozycji?

Na domiar złego 130 tys. ludzi zostało pozbawionych prawa głosu, bo zapisali się do partii za późno, choć w momencie, kiedy się zapisywali, strona internetowa informowała, że zyskują to prawo automatycznie. Od wielu wyciągnięto dodatkowe 25 funtów, za które mieli nabyć to prawo, jeżeli zapisywali się po upływie określonego terminu. Ich pieniądze poszły potem na prawników walczących w sądach administracyjnych o utrzymanie tego administracyjnego wykluczenia.

Nawet te czystki nie dają puczystom większych szans na przesądzenie wyniku na swoją korzyść. Na prawym skrzydle partii i wśród jego sponsorów pojawiają się więc tu i ówdzie głosy, że dojdzie do rozłamu, że prawe skrzydło ukonstytuuje się w nową partię. Podobno już jacyś prawnicy przyglądają się, jak w takim scenariuszu przejąć zasoby partii, zwłaszcza nazwę i logo. Z drugiej strony w niejednym okręgowym oddziale partii (Constituency Labour Party) odżywają szepty o deselekcji – odwołaniu posłów niezdolnych do pracy z nowym przywództwem partii i zastąpieniu ich innymi przez ich okręgi wyborcze. Miażdżąca większość CLP (285) poparła Corbyna. Smitha zaledwie 53.

Wynik wyborów w Partii Pracy ogłoszony zostanie 24 września.

Jarosław Pietrzak

Jest to dłuższa wersja tekstu, który w skróconej postaci ukazał się dzień wcześniej w serwisie Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Eça i Portugalczycy

Os Maias, w angielskim przekładzie, jako The Maias (po polsku wyszło to kiedyś przetłumaczone jako Ród Maia), czekało u mnie na półce kilka lat. Powieść (z 1888) jest długa, więc musiałem być w odpowiednim nastroju i okolicznościach – długie powieści lubię czytać, kiedy mam do dyspozycji dużo wielogodzinnych bloków czasu.

Mój ulubiony José Saramago powiedział o Os Maias, że to „najwybitniejsza powieść najwybitniejszego powieściopisarza Portugalii”. W Polsce, poza gronem wyspecjalizowanych w tej literaturze filologów, pisarz José Maria Eça de Queiroz (1845-1900) niezbyt jest znany: polski przekład Os Maias wyszedł dopiero równo sto lat po oryginale. Poza Lusofonią (czyli obszarem kulturowym języka portugalskiego) obecnie chyba najbardziej jest Eça kojarzony ze Zbrodnią księdza Amaro (O crime do Padre Amaro, 1875) – w uwspółcześnionej i przeniesionej do Meksyku ekranizacji Carlosa Carrery (2002), nominowanej do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, tytułowego księdza grał Gael García Bernal. Wczesna powieść o cielesnych namiętnościach młodego księdza i ich dramatycznych konsekwencjach ujawniła już jeden z trwałych rysów jego twórczości: fascynację obyczajowymi tabu mieszczańskiej kultury. Powraca u niego np. motyw kazirodztwa, na kartach Rodu Maia, a także w A Tragédia da Rua das Flores. Kazirodztwo często wiąże się u niego z rozdzielonymi, rozbitymi rodzinami, co jest motywem bardzo osobistym. Eça był przez swoją matkę zostawiony z dziadkami tuż po urodzeniu. Jego rodzice pobrali się dopiero, gdy miał cztery lata, ale utrzymywali go na odległość aż do czasu, gdy skończył 21 lat. To zapewne osobisty charakter takich motywów stał za tym, że nie zdecydował się za życia opublikować A Tragédia da Rua das Flores, jakby w obawie, że pewne motywy zostaną odczytane jako zaczerpnięte z historii jego rodziny. A że dochodzi tam do incestu między matką a synem, bał się prowokowania takich podejrzeń.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Os Maias jest rzeczywiście wspaniałą i wspaniale napisaną powieścią. Dzieje ostatnich przedstawicieli jednej z najznakomitszych i nazamożniejszych rodzin Lizbony opisuje Eça pewną siebie, piękną, nierzadko poetycką frazą, połączoną z dyskretnym, ale cały czas obecnym poczuciem humoru. Uczucia i fiksacje swoich bohaterów opisuje z wielkim zrozumieniem, miłością nawet – chcąc się upewnić, że cała ich złożoność będzie odebrana przez czytelnika, potrafi czytelnika przeprowadzić przez pięćdziesiąt stron bez żadnego wydarzenia godnego tego słowa, jednocześnie nie tracąc jego zainteresowania. I choć z takim zrozumieniem i miłością opisuje ich emocjonalne uwikłania, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że świat mieszczańskich konwencji, wszystkie jego gry i gierki, stawki większe i mniejsze, wydają mu się swego rodzaju cyrkiem, z którego po cichu i dyskretnie, ale jednak cały czas się śmieje.

Przedmiotem jego krytycznej, zdystansowanej obserwacji jest kultura mieszczańska w ogóle, ale też jej formacja specyficznie portugalska.

Rentierzy, nudziarze i dyletanci

Jego peryferyjni, portugalscy burżua bardziej niż liberalnych self-made-manów, o których niektórzy z nich czytują, zafascynowani angielską kulturą, przypominają feudalnych ziemian żyjących z renty, z odcinania kuponów od odziedziczonego majątku. W materialistycznych ujęciach globalnej historii społeczno-ekonomicznej uważa się zwykle, że Portugalii i Hiszpanii pozycja hegemona kształtującego swoje zręby we wczesnej nowoczesności kapitalistycznego systemu-świata, pomimo budowy wielkich imperiów kolonialnych, umknęła szybko najpierw do Genui, potem Amsterdamu i Londynu, za sprawą zbyt żywotnych na Półwyspie Iberyjskim struktur feudalnych, z ich preferencją dla demonstrującej władzę widowiskowej konsumpcji nadwyżek przed ich reinwestowaniem w spirali akumulacji kapitału. Eça wydaje się potwierdzać. Główny bohater, Carlos Eduardo da Maia, zostaje lekarzem, otwiera nawet gabinet, ale ponieważ z majątkiem swojego dziadka pracować nie musi, to prawie nikogo nie leczy. Gabinet przydaje mu się bardziej jako platforma dla flirtu i podrywu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zajmował na uniwersytecie miejsce, które zamiast marnować się dla niego mogło było wykształcić jakiegoś lekarza z prawdziwego zdarzenia.

Portugalscy burżua Eçy de Queiroza uwielbiają narzekać na dziadowskość swojego kraju, ale nie wyciągają żadnych wniosków z faktu, że trzymając – jako klasa – w garści większość kraju tego zasobów, to nikt inny jak oni właśnie dysponują środkami i możliwościami, by go ewentualnie ulepszyć. Nie chce im się jednak robić nic, co by wybiegało poza uciechy korzystania z własnych przywilejów; niczym nie potrafią się zająć na poważnie – od czasu do czasu coś ich kręci, ale mamy wrażenie, że z nudów lub dla fanaberii raczej niż z prawdziwej pasji czy powołania. Nic konkretnego z tego nigdy nie wynika. Carlos nie potrafi skupić się na swoich badaniach na tyle, żeby doprowadziły do jakiegokolwiek odkrycia, tak jak jego przyjaciel Ega nigdy nie ukończy swoich pretensjonalnych, bombastycznych projektów literackich. Wszyscy tu ciągle patrzą z podziwem na Londyn i Paryż, punkty odniesienia w każdej sprawie, choć jednocześnie tylko nieliczni z tych burżua wydają się rozumieć lub wiedzieć coś głębszego o francuskiej czy angielskiej kulturze (zabawne i na swój sposób fascynujące są demaskujące to sceny długich konwersacji o byle czym prowadzonych przy kolacjach i innych okazjach).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Nie wiem, czy słusznie to interpretuję, ale właśnie igraniem z prowincjonalną, peryferyjną mieszanką głupiego podziwu dla wszystkiego, co obce i kojarzy się z jakimś odległym ośrodkiem władzy i splendoru, z elementarnym brakiem pojęcia o świecie, tłumaczę sobie dziwną postać jednego z przyjaciół starego Afonso da Maia, niejakiego Steinbrokena. Eça nie raz i nie dwa pisze o nim, że to dyplomata, przedstawiciel ambasady Królestwa Finlandii w Lizbonie. Nie było nigdy żadnego Królestwa Finlandii. Po wielu stuleciach podporządkowania Królestwu Szwecji, w 1809 Finlandia stała się częścią Cesarstwa Rosyjskiego, w ramach którego była Wielkim Księstwem Finlandii. Eça sam o tym na pewno doskonale wiedział. Rodzice nie dali mu może w życiu miłości, ale posłali go do szkół – najpierw takiej z bursą w Porto, potem na studia do Coimbry – i Eça zrobił w życiu niczego sobie karierę. W dyplomacji. Był portugalskim konsulem w Hawanie, Newcastle-upon-Tyne i Bristolu. Jako dyplomata na pewno wiedział, że Finlandia nie jest żadnym królestwem tylko niesuwerenną prowincją Rosji i myślę, że wprowadził ten motyw na zasadzie zgrywy ze swoich czytelników. Wiedział, że częścią z nich będą tacy sami ludzie, jak mieszkańcy jego powieściowej Lizbony (jeden pyta, czy tam w Anglii to piszą np. romantyczne powieści) i śmiał się pod nosem, zastanawiając się, czy i kiedy się skapną.

Odniesienie i powtórzenie

Angielska tłumaczka Eçy, Margaret Jull Costa, zwraca uwagę, że różne rzeczy „chodzą” w tej powieści parami, wydarzenia się dublują, odbijają w sobie nawzajem:

[…] pierwsze Carlosa zachwycone spojrzenie na Marię Eduardę jest bardziej romantyczną wersją pierwszego spojrzenia jego ojca Pedro na Marię Monforte; podczas gdy romans Egi z żoną żydowskiego bankiera stacza się w farsę, Carlos pakuje się w groteskowy romans z księżną de Gouvarinho; Carlos bije Eusèbiozinho dwa razy, raz w dzieciństwie, potem jeszcze raz jako dorosły; Carlos nigdy nie kończy swojej książki o medycynie dawnej i współczesnej, tak jak Egi Pamiętnik Atomu pozostaje jedynie pomysłem, o którym głównie tylko mówi […].[1]

W tych parach i powtórzeniach kryje się głębsza sprawa – intelektualnie, filozoficznie głębsza. Brazylijski krytyk kultury Silviano Santiago napisał kiedyś esej zatytułowany Eça, autor „Madame Bovary”. Igrał w nim z ideą stojącą za opowiadaniem Borgesa, w którym niejaki Pierre Menard pisze jeszcze raz Don Kichota Cervantesa, kilkaset lat po oryginale. Tam gdzie inni – miejmy śmiałość nazwać ich nawet Eçy literackimi „wrogami” – zrzynanie pomysłów fabularnych z Zoli (La faute de l’Abbé Mouret jako źródło dla Zbrodni księdza Amaro) a zwłaszcza Flauberta (Kuzyn Basilio a Madame Bovary), którego Eça uważał za swojego wielkiego mistrza, Santiago proponuje intrygującą i inspirującą interpretację. Fabularne „powtórzenia” uprawiane przez Eçę są świadomą operacją intelektualną ustawiającą wcześniejszą, słynną powieść pochodzącą z Francji, a więc z dominującej na skalę europejską, „centralnej” kultury (najwięcej fabularnej prozy będącej w obiegu w Europie w XIX wieku pochodziło z Francji i Anglii), na pozycji „metajęzyka” wobec jego własnej, portugalskiej powieści. U Eçy

powtórzenie skutkuje głębią. Innymi słowy, każdy komentarz dotyczący postaw Luisy [bohaterka Kuzyna Basilio – przyp. J.P.] czy także jej męża, nie może być lokowany na konwencjonalnej, wąskiej płaszczyźnie moralnej, gwałtownej reakcji na przyczynę, która jest dla czytelnika oczywista, ale będzie musiał się zorganizować po linii reakcji na wcześniejszy tekst literacki […].[2]

Te „powtórzenia” są u Eçy formą konceptualizacji peryferyjnego położenia jego własnej kultury, szukającej na zewnątrz, w mocarstwowych ośrodkach władzy wzorów do naśladowania, punktów odniesienia, sposobów wartościowania – i czego tam jeszcze, nawet sposobów rozumienia samej siebie. Eça powtarza pochodzący z imperialnego centrum wzór i usiłuje go przerobić, przechwycić, zrobić z niego użytek i pożytek dla kultury położonej na peryferiach, na marginesie.

Piszę o tym wszystkim tak naprawdę dlatego, że lektura Os Maias Eçy de Queiroza skłoniła mnie do wyrażenia mojego ogólnego wrażenia o współczesnych Portugalczykach (choć powieść to XIX-wieczna). Portugalczycy to społeczeństwo, które nauczyło się ze swoich pełnych paradoksów dziejów, że łaska Historii na pstrym koniu jeździ i nauka ta uczyniła ich odpornymi na megalomanię, trzeźwymi, krytycznymi, a także po prostu przyzwoitymi ludźmi z kompasem uniwersalizmu zwykle gdzieś pod ręką.

Pstry koń Historii

Portugalia ma wyjątkowe w Europie położenie geograficzne – na samym końcu kontynentu, graniczy lądowo (od wschodu i północy) tylko z jednym sąsiadem, znacznie większym, wyraźnie dominującym. Bywało, że z tym sąsiadem znajdowała się w unii personalnej, co przy takiej różnicy wielkości oznaczało, że stawała się Hiszpanii jakby prowincją. Kiedy obydwa królestwa wyruszyły na podbój świata, Portugalczycy stali się na czas jakiś potęgą niewiele ustępującą Hiszpanii, rozległością zamorskich posiadłości wzbudzając zazdrość społeczeństw, które w szybkim czasie osiągnęły znacznie, znacznie wyższy poziom ekonomicznego i politycznego rozwoju – jak Niderlandy. Jednocześnie to, co pod postacią konturów na mapie świata wyglądało na jeden z największych triumfów wstępu do nowoczesności, w istocie było objawem słabości, toczącej kraj choroby. Historyk Robin Blackburn sugeruje nawet, że zwycięstwo Portugalczyków z Holendrami w rywalizacji o ziemie w Ameryce Południowej wzięło się m. in. z tego jak bardzo biedniejszym i zacofanym krajem była Portugalia[3]. To bieda Portugalczyków (albo ryzyko niebawem się w nią osunięcia, strach przed deklasacją) powodowała, że nigdy nie brakowało chętnych na ryzykowne zamorskie eskapady. Tak wielu tak niewiele miało do stracenia na miejscu. To reparacje do spłacenia po przegranej wojnie z Anglią mobilizowały portugalską koronę do wypychania za morze kolejnych ławic karaweli, z misją grabieży, wydzierania bogactw odkrytym lądom. To zacofane struktury społeczne kiszącego się we własnym sosie feudalizmu pozwalały na uciekanie tych wszystkich bogactw do ośrodków robiących z nich inny jakiś użytek niż np. wystawianie kościołów o wnętrzach całych ociekających złotem, które stoją do dzisiaj od Porto na północy Portugalii po brazylijski Salvador, wszystkie jak na ironię pod wezwaniem świętego Franciszka. Portugalska grabież zamorskich kolonii, przede wszystkim największej i najzasobniejszej z nich, Brazylii, sfinansowała rozwój nie tylko nie Brazylii i innych kolonii, ale nawet nie Portugalii – sfinansowała za to wczesne stadium rozwoju kapitalizmu w Anglii. Na wiele stuleci umieściła Portugalię w tym dziwnym, żenującym w gruncie rzeczy położeniu: niby-mocarstwa kolonialnego, które wyzyskuje podbite zamorskie lądy, ale tylko po to, by wydojonym z tego wszystkiego być natychmiast przez Wielką Brytanię. Tę relację zależności od Wielkiej Brytanii widać na kartach Eçy, widać ją na ulicach niejednego portugalskiego miasta, na których od czasu do czasu zaskakuje czerwona budka telefoniczna w angielskim stylu, widać ją w tym, że winnice w Dolinie Douro należą do dziś do angielskich rodzin i sprzedają swoje porto pod angielskimi nazwami.

Jakby tego wszystkiego było mało, wyemancypowana największa portugalska kolonia, Brazylia, najpierw ogłosiła się cesarstwem, a potem prześcignęła swoją byłą metropolię na różnych płaszczyznach. Z dwudziestokrotnie większą populacją, to ona jest dziś dominującą kulturą języka portugalskiego, jego największą literaturą, jego największą kinematografią, jego największą kulturą muzyczną, jego największą telewizją. Więcej ludzi na świecie widziało samo tylko Miasto Boga niż jakikolwiek film portugalski. To Brazylia jest globalnym graczem politycznym. Portugalia nie tylko niewiele znaczy w skali świata, ale rozpaczliwie słaba jest już w ramach zaledwie Unii Europejskiej, która o mały włos nie zawiesiła tam pod osłoną nocy demokracji, gdy tamtejsza lewicowa koalicja ośmieliła się wyrazić sceptycyzm w stosunku do podporządkowanej niemieckim obsesjom i interesom „wspólnej waluty”.

Ta nasycona kolejnymi, sobie właściwymi paradoksami relacja z Brazylią też się odbija w Os Maias. Brazylia w swoim położeniu w stosunku do Portugalii dubluje położenie Portugalii wobec Londynu, ale sama jest równolegle w takim samym położeniu także i wobec Wielkiej Brytanii, bo Londyn jest wtedy stolicą Rynku Światowego – bycie dostawcą surowców na potrzeby tego ostatniego (złoto, diamenty, cukier, kawa, dzisiaj także ropa naftowa) to gospodarcza rola Brazylii w międzynarodowym podziale pracy, a londyńscy bankierzy sprawują w tamtym okresie kontrolę nad podażą kredytu w Brazylii. Jednocześnie, gdy spojrzeć z daleka, Portugalia wygląda przy Brazylii jak zapomniana sierota, chuchro jakieś, co niechcący kopnąć można albo rozdeptać. Pełna, co prawda, nędzarzy, Brazylia wydała jednocześnie fortuny, przy których Portugalia nie ma się nawet czym zamachnąć. Ten paradoks reprezentuje u Eçy „mąż” Marii Eduardy, Brazylijczyk, którego niby nikt pozytywnie nie szanuje, ale ma skubany nie wiadomo ile pieniędzy, i też nie bardzo wiadomo skąd, więc na otwarcie negatywny, nieskrywany brak szacunku też sobie nikt na wszelki wypadek nie pozwala. No bo cholera wie. Z Brazylią związek ma też sposób, w jaki erotyzowana jest przejmująco smutna postać niebywale pięknej Marii Eduardy. Nie jest ona wcale Brazylijką, ale bardzo długo wszyscy myślą, że jest. Wszyscy, a przede wszystkim zakochany w niej główny bohater, Carlos Eduardo da Maia. Jej brat. Wróć! To był spoiler.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co ja właściwie chciałem powiedzieć? No właśnie, to: być może to właśnie inteligentne, krytyczne przyswojenie własnej – paradoksalnej, zmuszającej do pokory, bo złożonej z wzlotów i upadków – historii uczyniło Portugalczyków takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są.

Historii, na przestrzeni której doświadczyli zarówno roli kontrolującego posiadłości na kilku kontynentach mocarstwa, jak i sklerotycznego arcypierdoły Europy, a przez długi czas jednego i drugiego jednocześnie. Zrozumieli, że historia jest serią złożonych zbiegów okoliczności i nieoczywistych paradoksów, nawet kaprysów losu, a nie zwierciadłem narodowego narcyzmu, który zazwyczaj po prostu nie ma podstaw.

Takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są? Tak, takimi ludźmi, których intelektualiści gwiżdżą sobie na obwoźne oferty Francisów Fukuyamów czy Samuelów Huntingtonów tego świata i, jak José Saramago, zostają do śmierci w Portugalskiej Partii Komunistycznej. Takimi, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że chyba najpiękniejszy gejowski klub w Europie znajduje się u nich w Porto i takie samo miejsce w Londynie byłoby jednym z najdroższych i snobistycznych w tym mieście (i w weekendy nie wpuszczałoby kobiet). Takimi, którzy zrozumieli, czym jest narzucona światu przez Amerykanów „wojna z narkotykami”, więc zdekryminalizowali wszystko, co narkotyków dotyczy. Takimi, że ich kraj jest jednym z bastionów lewicy we współczesnej Europie. Takimi, którzy wobec skandalicznej postawy większości Europy uchodźcom z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej mówią: przyjeżdżajcie do nas.

Przypisy:

[1] Margaret Jull Costa, Introduction, [w:] Eça de Queiroz, The Maias. Episodes from Romantic Life, tłum. Margaret Jull Costa, Sawtry: Dedalus 2007, s. 9.

[2] Silviano Santiago, Eça, Author of “Madame Bovary”, tłum. Tom Burns,  Ana Lúcia Gazzola [w:] Silvano Santiago, The Space In-Between: Essays on Latin American Culture, red. Ana Lúcia Gazzola, Durham – London: Duke University Press, 2001, s. 47.

[3] Robin Blackburn, The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492-1800, London – New York: Verso, 2010, s. 202.

Jarosław Pietrzak

Jeżeli interesuje cię kultura i społeczeństwa języka portugalskiego, to rzuć okiem na moją książkę Smutki tropików i na mojego ebooka Notes brazylijski.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Mrok. Chaos. Theresa May

Rano 24 czerwca 2016. Wynik referendum w sprawie Brexitu, wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Katastrofa dla konserwatywnego premiera Davida Camerona. Grał na to, że wszystko zostanie po staremu. Naród zadecydował na przekór. Cameron zupełnie nie wie, co robić, więc podaje się do dymisji i z ulgą pogwizduje, zamykając za sobą drzwi z numerem 10 (przy Downing Street).

Nie tylko Cameron – najwyraźniej nikt nie wie, co robić! Nawet przywódcy zwycięskiej kampanii Leave wyglądają, jakby ktoś im złośliwie podrzucił to jajo. Cała seria abdykacji – Boris Johnson, Nigel Farage, Michael Gove. Kampania Leave: sukces, do którego nie przyznaje się żaden ojciec.

Do zarządzania tym kryzysem zgłasza się Theresa May. Prawie nikt inny specjalnie się do tego nie wyrywa. Kłopotliwy spadek po Cameronie przejmuje 13 lipca.

Pojawiają się komentarze: neoliberalny kapitalizm oferuje kobietom wysokie stanowiska tylko wtedy, kiedy jest ogólnie przechlapane i chłopcy nie widzą szans na zdobycie trofeum, nawet na wyjście ze wszystkiego z twarzą. Wysyłają dziewczynę, żeby zebrała za nich bęcki. Wysyłają ją na odstrzał.

Może. Ale to tylko część prawdy. Czy najważniejsza? Nie wiem.

Druga część jest taka. May przypomina Margaret Thatcher. Naprawdę ją przypomina, bardzo. Thatcher była swego prototypem metody rozwiniętej później przez neoliberalizm na epicką skalę. Wzięła feminizm za zakładnika, użyła tożsamości jako kobiety, żeby przeforsować najbardziej reakcyjną możliwą wtedy politycznie do przeprowadzenia politykę. Doszła do władzy dzięki zdobyczom wyprzedzających ją historycznie feministek, na ich grzbietach. Użyła swojej tożsamości jako kobiety, by sprzedawać swoją ofertę jako postać postępu. Jej polityka uderzyła w większość kobiet, które najszybciej traciły na uelastycznianym rynku pracy i musiały się nieodpłatnie zająć tym wszystkim, co znalazło się poza zasięgiem ich rodzin wskutek stopniowego demontażu państwa opiekuńczego (opieka nad dziećmi, nad starszymi czy chorymi członkami rodziny, itd.).

Neoliberalizm robi to dziś systematycznie. Wyłania jakiegoś politycznego aktora na podstawie jakichś wizerunkowo atrakcyjnych, „postępowych” parametrów tożsamościowych, żerując na zdobyczach emancypacyjnych przeszłości – ale zacierając pośród tych parametrów kategorię klasy. Kobieta, Afroamerykanin, gej – postęp. A co z tego, że ta kobieta, ten czarny, ten gej należą do wyjątków dopuszczonych do klasy książąt neoliberalnego kapitalizmu, lub w drodze wizerunkowego wyłonionych już z tej klasy? Wszyscy się cieszą, cóż za postęp!

A kiedy przychodzi do realnej polityki uskutecznianej przez tak wyłonionych aktorów, albo czasem po prostu za ich wizerunkiem? Co te miliony czarnoskórych mężczyzn, którzy przewinęli się przez amerykańskie więzienia w ciągu ostatnich ośmiu lat (więziennictwo USA to największy system karceralny w historii ludzkości) na to, że mają prezydenta tego samego koloru skóry? Czy Greczynki pozbawione dziś właściwej opieki medycznej w obliczu np. raka piersi odczuwają ulgę, że to cierpienie, choć zupełnie niepotrzebne, jest mimo wszystko ich udziałem, bo tak dla nich chciały Angela Merkel i Christine Lagarde? Żeby im w bankach „sztymowało”? Czy Libijki mniej cierpią na widok zwłok własnych dzieci, bo bomby, które spadły na ich domy, wysłała tam sekretarz stanu Hillary Clinton? Czy uciekająca przed wojną Syryjka, odesłana z Europy do jakiegoś obozu w głębi Turcji, mniej cierpi zgwałcona przez miejscowego żołnierza, bo Erdoganowi płaci za to Angela Merkel?

Here comes Theresa May. Czy kobiety bite i molestowane w prowadzonych przez prywatnych kontratkorów więzieniach i ośrodkach tymczasowych cierpiały mniej, bo ministrem, który tym kontraktorom to zlecał, a potem obejmował tajemnicą raporty o panującej tam przemocy, była Theresa May?

Theresa May tożsamościowy szwindel neoliberalizmu popchnęła dalej, zanim zdążyła złapać za stołek. Prawie nikt za bardzo nie rwał się do spadku po Cameronie – ale tak trochę to ktoś się jednak przez chwilę wyrywał. Przy pomocy przyjaciół w największych mediach May zarżnęła Andreę Leadsom na oczach świata. Wyrwała z kontekstu jej wypowiedzi, powtórzyła je ustami swoich przyjaciół dziennikarzy tysiąc razy, wyświetliła je w powiększeniu na wszystkich ekranach. I wyszło: tamta flądra próbowała zdyskredytować May jako kobietę bezdzietną.

Neolibralizm wyrywa z konteksu i zawłaszcza elementy emancypacyjnych, postępowych walk przeszłości i obraca je w narzędzia reakcyjnej, wizerunkowej zemsty na przeciwnikach. Narzędzie tych, którzy mają akurat władzę, żeby powtórzyć każde kłamstwo tysiąc razy. Tych, którzy mają media, lub do mediów mają dostęp. Patrz: polowanie na czarownice „antysemityzmu” w Labour Party niedawno.

May jest kobietą, drugą kobietą na stanowisku brytyjskiego szefa rządu. Ile razy to się zdarzyło gdzie indziej?! Bezdzietna, mind you. Cóż za postęp, co za radość! Możemy teraz wszyscy pospołu pęknąć z dumy. Komuś się coś nie podoba, to nienawidzi kobiet. Chce je zmusić do rodzenia. Wiadomo. Komuś się nie podoba blokada Gazy, to nienawidzi Żydów. Wiadomo.

Theresa May jest twarzą wszystkiego, co najgorsze w i bez niej obrzydliwej współczesnej Partii Konserwatywnej. Była najbardziej w prawo wychyloną postacią rządu Davida Camerona. Najdalej w prawo wystającym piórem prawego skrzydła Torysów. Prawicą prawicy. Reakcją reakcji.

Trzy tygodnie temu spotkałem się ze starym znajomym, żeby zobaczyć nowy letni pawilon przy Serpentine Gallery w Hyde Parku. Wybiegłem z metra, bo byłem trochę spóźniony. On kończył papierosa. Jest Hindusem, naukowcem (genetykiem). Po wymianie how-are yous, spojrzał na mnie i westchnął głęboko, bardzo głęboko (z wyrazem tej pięknej twarzy gdzieś w okolicach rozpaczy): Thereeeesa Maaay…. 

Theresa May szczuła na cudzoziemców, wymyśliła minimum, jakie osoba spoza Unii Europejskiej musi zarabiać, żeby móc zostać w kraju (absurdalnie wysokie minimum, 35 tys. funtów rocznie), rozbijała rodziny, wysyłając żony czy dzieci cudzoziemców z powrotem do krajów pochodzenia. Na ulice miast wysłała obwoźne szczekaczki zastraszające „nielegalnych imigrantów”, że albo się zgłoszą na policję, albo „i tak was znajdziemy”. Ikona feminizmu!

Theresa May obejmuje funkcję premiera. Wygłasza szybko fajny spicz. Entuzjazm. Fajny spicz. Niektórzy Torysi, jako że wszyscy chodzili do najdroższych szkół w kraju, potrafią czasem napisać lub czytać z kartki fajny spicz, ale rzadko kiedy, a już zwłaszcza ich współczesny szczep, wierzą w to, co mówią. Mamy to przecież już drugą kadencję.

Dlaczego w ogóle Theresa May zostaje premierem? Skoro premier David Cameron podał się do dymisji, dlaczego nie rozpisać nowych wyborów? Nie, bo nie. Takie rzeczy to w Europie, a nie na naszych ekskluzywnych ą-ę wyspach. Przecież właśnie się z Europy wypisaliśmy. Tutaj dymisja premiera oznacza nowego premiera z tej samej partii, przyfastrygowanego na chybcika do tego samego rządu, a nie jakieś nowe wybory. Nawet jeśli ta sama Theresa May, tylko w czasach, gdy była w opozycji, denuncjowała w 2007 bezwstyd Gordona Browna, że w taki sam sposób obejmuje tekę premiera, a przecież należałoby rozpisać przedterminowe wybory.

Wybory, szczypiory. Dupa, lala, Jaś.

Theresa May obejmuje więc funkcję. Następuje cała seria dymisji i nominacji, rząd – niby ten sam, po co wybory! – zyskuje zupełnie nowe oblicze. Najbardziej prawicowe oblicze w historii brytyjskich rządów od czasu zakończenia II wojny światowej. Theresa May przypomina Margaret Thatcher. Tak, ale to, co zamierza zrobić, dla Thatcher mogło być tylko mokrym snem. Przy tym rządzie Margaret Thatcher była socjaldemokratką. Po polsku: lewaczką.

Rząd Theresy May. Od George’a Freemana, który fantazjował nie tak dawno, jak wykorzystać wysokie bezrobocie w niektórych regionach, by zmiażdżyć tam płacę minimalną, po prawdziwy polityczny hit sezonu: Boris Johnson – pajac, który w swojej dotychczasowej karierze bezceremonialnie obraził ze sto rządów i narodów, który właśnie wygrał referendum, żeby wypisać Wielką Brytanię z wielkiej organizacji miedzynarodowej, a potem zrezygnował z odpowiedzialności za tę wygraną – ministrem spraw zagranicznych. Szefem dyplomacji. SZEFEM DYPLOMACJI.

Pisałem niedawno tak: Brexit jest symptomem tego, że elity neoliberalnego kapitalizmu same nie wierzą już w status quo, nie wiedzą już, co robić więc nerwowo robią byle co. Dlatego May nie miała niemal żadych konkurentów do stołka. Rafael Behr w „The Guardian” cytuje jednak anonimowe partyjne źródło, że w szeregach Torysów rozgrywał się swego rodzaju pucz, w ramach którego najbardziej prawicowa fakcja w partii dążyła do wykorzystania referendum celem odebrania władzy Cameronowi. I postawienia brytyjskiego społeczeństwa przed zupełnie innym rządem, niż ten, który wybrali. Przed rządem, który ukrywa po szufladach taki program, że nigdy by z nim nie wygrał demokratycznych wyborów. A teraz będzie się za wszelką cenę trzymał władzy do przepisowego końca kadencji, do 2020. To nie przeczy teorii „nie wiedzą już co robić, więc robią byle co”.

Pragnienie Theresy May: wykorzystać niepewność i być może chaos okresu Brexitu. Na chaos złożą się wahania kursów walut, inflacja cen produktów importowanych, a więc ogromnej części żywności, możliwe załamania niektórych gałęzi gospodarki, skutkujące wzrostem bezrobocia. Nie wiadomo, bo trudno powiedzieć, jak potoczą się negocjacje z UE. Po przyjacielsku, czy na chama? Ale jeżeli będzie chaos, to wykorzystać. Żeby dokonać ofensywy na niższe i średnie klasy brytyjskiego społeczeństwa. Co może się pojawić na horyzoncie? Miażdżenie płac. Dalsza ekspansja niestabilnych form zatrudnienia. Majstrowanie przy płacy minimalnej (obniżenie, wyjątki, zawieszanie) i limitach tygodniowego czasu pracy. Obstawienie zasiłków takimi zasiekami utrudnień, by na masową skalę zmniejszyć jakiekolwiek szanse na nie. Ograniczanie prawa do strajku i innych form politycznego protestu. Spodziewajmy się grabieży zasobów ciągle jeszcze znajdujących się w rękach państwa i likwidacji wielu ograniczeń motywowanych ekologicznie. Spodziewajmy się polityki przyjaznej oszustom podatkowym, sprzedawanej jako „Wielka Brytania otwarta dla biznesu”. Na tapecie jest nawet wystąpienie Wielkiej Brytanii z grona sygnatariuszy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Startegia Theresy May i jej gangu: krótkoterminowe przetrwanie klas panujących. Zwiększenie stopy wyzysku, zwiększenie skali i tempa grabieży. Skoro świat się wali, ukradnijmy i wyciśnijmy z tej wyspy tyle, ile się w międzyczasie uda. Kto wie, ile jeszcze czasu poistnieje sobie w ogóle takie państwo jak Wielka Brytania. Może niebawem zostanie z tego tylko Zjednoczone Królestwo Anglii i Walii. Boris Johnson jako dobitny znak zawężonego horyzontu, zredukowanych ambicji brytyjskich klas panujących. Tylko elity, które zrezygnowały z szerszej perspektywy międzynarodowego znaczenia dla swojego kraju – zauważył „Washington Post” – mogły powołać takiego szefa dyplomacji. Dla picu, żeby się to za szybko nie rzuciło wszystkim w oczy, utrzymamy broń atomową.

Zagrabić, co się da, ile się da, póki jeszcze się da.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.