Czy aktywistki i aktywiści z Jewish Voice for Peace mieliby z kim rozmawiać w Polsce?

17 lipca zrzeszająca postępowych amerykańskich Żydów organizacja Jewish Voice for Peace opublikowała list otwarty, pod którym wraz z nią podpisało się czterdzieści żydowskich organizacji z całego świata – od Kanady i Wielkiej Brytanii przez Niemcy i Holandię po Republikę Południowej Afryki i Australię. Sygnatariusze wyrazili sprzeciw wobec oszczerczego zrównywania krytyki i bojkotu Izraela z antysemityzmem oraz swoje poparcie dla prawa do bojkotu Izraela jako uprawnionej formy oddolnego politycznego działania w solidarności z Palestyńczykami. Jest to odpowiedź na szereg kampanii oszczerstw, z których największą jest ta wymierzona w Wielkiej Brytanii w przewodniczącego Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna. Dodatkowym kontekstem było nadchodzące nieuchronnie (przegłosowane dwa dni później) uchwalenie przez izraelski parlament ustawy ostatecznie cementującej charakter Izraela jako reżimu apartheidu, co stanowi dodatkowy argument za traktowaniem Izraela tak, jak kiedyś RPA.

Polska: nikt nie woła

Smutno, ale bez zaskoczeń: wśród sygnatariuszy nie ma ani jednej organizacji z Polski.

Tak, zgadliście, postanowiłem więc do nich w tej sprawie napisać.

Czytaj dalej

Niemożliwość Niderlandów

Tak więc znowu się przeniosłem, tym razem do Amsterdamu. Mieszkam w Holandii już prawie trzy miesiące.

Kiedy w Wielkiej Brytanii wyszedłem za mąż, Brexit happened. Kiedy przez osiem miesięcy mieszkałem w Barcelonie, wydarzył się zamach na La Rambli i referendum niepodległościowe z całym towarzyszącym mu kryzysem. Ciekawe, co się wydarzy w Holandii?

Ale to nie miało być o tym.

Przeniosłem się do Holandii, bo mój małżonek dostał pracę, na której mu zależało, lepszą niż mu kiedykolwiek zaoferowano w Londynie. Jest Brytyjczykiem, ale lata nieprzerwanych rządów torysów (i nie, to się wszystko nie zaczęło od Brexitu, to się zaczęło już za pierwszej kadencji Davida Camerona) zdewastowało gospodarkę do takiego stopnia, że poczucie niepewności i zawężania się pola możliwości, jest coraz bardziej wszechogarniające, chyba, że nie będąc skazanym na pracę pasożytujesz w finansach albo nieruchomościach. Kultura samej pracy jest coraz bardziej toksyczna, obserwują to wszyscy, jak kraj długi i szeroki, a cudzoziemca, czyli mnie, jeszcze bardziej przytłacza tam wrażenie, że każde kolejne poszukiwanie pracy czy próby jej zmienienia są, pomimo rosnącego doświadczenia, trudniejsze od poprzednich, warunki dostępu do coraz gorszych miejsc pracy coraz bardziej wyśrubowane. Barcelona w zeszłym roku była naszą pierwszą próbą wyrwania się z Tory Britain, ale mój mąż nie dostał tam pracy, na jakiej mu zależało.

Tak więc, odetchnąłem z ulgą.

Amsterdam (8)

Czytaj dalej

Historia pewnego gwałtu

Édouard Louis, urodzony w 1995 roku, jest nową lewicową gwiazdą francuskiej literatury. Jego autobiograficzny debiut powieściowy, o dorastaniu homoseksualnego chłopca z klasy robotniczej na francuskiej prowincji, En finir avec Eddy Bellegueule (2014; ‘Skończyć z Eddym Belleguele’em’ albo ‘Koniec Eddy’ego Bellegueule’a’), okazał się bestsellerem i szybko został przetłumaczony na angielski, niemiecki, hiszpański i włoski. Druga powieść autora, Histoire de la violence (2016), właśnie ukazuje się po polsku, jako Historia przemocy, nakładem Wydawnictwa Pauza, w przekładzie Joanny Polachowskiej. Również autobiograficzna, ale ogniskuje się wokół jednego traumatycznego doświadczenia, brutalnego gwałtu, którego padł ofiarą.

Czytaj dalej

Konkurs ma zwycięzcę!

W czerwcu zachęcałem Was, byście się zapisali na powiadomienia o każdej nowej publikacji na JaroslawPietrzak.com drogą mailową. Obiecałem, że spośród tych, którzy się zapiszą, do końca lipca wylosuję jedną osobę, która otrzyma egzemplarz Smutków tropików (z autografem).

Wylosowałem: książkę otrzyma Krzysztof Kondrat, kiedy odpowie na mojego maila i poda mi adres, pod który książka może zostać wysłana.

(Na zdjęciu powyżej: Baiz Ash)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

ksiazka-5

Trump Baby nad Londynem

Tekst ukazał się 13 lipca 2018 jako komentarz dnia na łamach portalu Strajk.eu (nieco krótszy, bez drugiego akapitu)

Protesty towarzyszące wizycie prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa w Londynie [edit: protesty w Londynie, wizyta w Wielkiej Brytanii ale – z powodu protestów – z pominięciem Londynu] pokazują stopień delegitymizacji współczesnych elit politycznych. Nie tylko ich rozmiary – chodzi także o ich obecność i reprezentację nawet w największych mainstreamowych mediach, oraz ich formę.

Protesty są obecne i w prasie, i na antenie. Ich przedstawiciele mówią dużo, są widoczni. Bywa, że to przeciwnicy protestujących są na wizji okrutnie ośmieszani. Protesty spotykają się z poparciem, a sama wizyta z krytyką ze strony urzędujących polityków tak rządzącej Partii Konserwatywnej, jak i opozycji, a sam potężny gość, przywódca największego globalnego supermocarstwa, zużywa się na Twitterze w atakach na muzułmańskiego burmistrza europejskiego miasta.

Jeżeli chodzi o formę, Brytyjczycy wybrali strategię szczególnie druzgocącą: bezceremonialne ośmieszenie, obliczone na przebijanie nadmuchanego ego narcystycznego kretyna, który znalazł się na najwyższym stanowisku największego mocarstwa. Nad miastem uniosło się sześciometrowe, napompowane Trump-niemowlę, ze wściekłym wyrazem twarzy, z telefonem w dłoni, gotowe do twittowania.

Trump na dzień przed wizytą udzielił wywiadu tabloidowi „The Sun”. Powiedział, że jeśli Brexit będzie taki miękki, jak na to teraz wygląda (relacje z Unią Europejską pozostaną bliskie), to Wielka Brytania może zapomnieć o wielkiej umowie handlowej z USA, która miała być omawiana w czasie wizyty. Dał też wyraz swojemu poparciu dla Borisa Johnsona, wielkiego rywala premier Theresy May w Partii Konserwatywnej, do niedawna ministra spraw zagranicznych, który podał się do dymisji, bo nie podoba mu się taki Brexit, choć tak naprawdę to po prostu chciałby już wykończyć May i zająć jej miejsce. Trump powiedział w gruncie rzeczy, że widzi w Johnsonie nowego premiera Wielkiej Brytanii, czym wymierzył May jeszcze jeden (po serii dymisji w jej gabinecie) cios w plecy. Na pewno świadomie, ponieważ Trump przyjaźni się z Rupertem Murdochem, wydawcą „The Sun”, który podobno w regularnych rozmowach telefonicznych dzieli się z amerykańskim prezydentem swoimi opiniami politycznymi.

Wystarczy spojrzeć na zdjęcia czy telewizyjne obrazy May z dzisiejszych wydarzeń, żeby w jej przygarbionej, pokrzywionej od zbyt wielu upadków, zderzeń ze ścianami, no i ciosów w plecy, posturze zobaczyć głębokie upokorzenie, ale także rozpaczliwy brak pomysłu. „Nie wiem już, co robić!” – wydaje się krzyczeć każde jej spojrzenie. Byle tylko nie oddać władzy, bo raz, że zawsze marzyła, by być premierem, a dwa, że Corbyn za rogiem.

Johnson z kolei nie może się powstrzymać przed próbami wysadzenia jej z siodła, choć wydaje się niemal pewne, że ostateczny upadek rządu May będzie też końcem władzy konserwatystów, którzy być może ostatecznie rozpadną się jako partia. To, że oficjalna dziś wersja Brexitu jest taka „miękka”, nie wynika z tego, że May zmieniła znowu zdanie (była już w obozie zdecydowanych przeciwników Brexitu, potem objęła tekę premiera zaprzysięgając się idei Brexitu „twardego”), ale z tego, że Torysi po prostu nie mogą się we własnym gronie dogadać, podzieleni na zwalczające się frakcje. Trump też zresztą do dzisiaj zmienił trochę zdanie i nazwał własny wywiad w „The Sun” fake news.

Trump po skomplikowanej architekturze amerykańskich sojuszy porusza się taranem, demolując stosunki, które wielu do niedawna wydawały się niemożliwe do redefinicji, wyryte w kamieniu. Dopiero co zdążył ustawić przeciwko sobie całe NATO na szczycie tej organizacji, rzucając groźbami, że Stany Zjednoczone wycofają się z Paktu Północnoatlantyckiego. Stworzonego przecież przez nie same, wyłącznie w ich własnym imperialnym interesie.

Jesteśmy więc świadkami przedziwnej i chwilami wyjątkowo żenującej pantomimy, w której nikt nie zna scenariusza ani własnej w nim roli. W której wszyscy potykają się o własne nogi w poszukiwaniu punktów odniesienia, a amerykański prezydent demoluje własne Imperium i nawet tego nie widzi.

Klasy panujące schyłkowego kapitalizmu są w amoku i nie potrafią już nawet tego ukrywać.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ekwiwalent

Treatment

(projekt scenariusza filmu fabularnego)

Z reżyserką Katarzyną Klimkiewicz (Flying Blind) rozwijaliśmy kiedyś taki projekt filmu fabularnego.

Jego geneza tkwiła w innym scenariuszu, który napisałem kilka lat wcześniej, ale nie udało mi się nic z nim zrobić; zatytułowany był Banita. Klimkiewicz przeczytała ten scenariusz chyba w 2012, a może 2011 roku i choć się jej podobał, to jednak nie widziała samej siebie w jego estetyce, sama by takiego filmu nie zrobiła. Spodobał się jej natomiast bardzo jeden z mniejszych wątków w tej całej historii – o tym, jak główny bohater pracował w wypożyczalni wideo. Wątek był to w pewnym stopniu autobiograficzny (pracowałem w wypożyczalni wideo, jak miałem 20 lat, przez pół roku).

Był to tylko fragment większej całości, ale Klimkiewicz z grupą innych młodych filmowców (większość była wówczas przed debiutem fabularnym) chcieli wtedy przekonać TVP do realizacji serii niskobudżetowych, średniometrażowych filmów, które pozwoliłyby im zaistnieć i skonfrontować się wreszcie z publicznością. Każdy miał być osobną małą historią na własnych prawach, z różnymi bohaterami, itd., i Klimkiewicz chciała wydobyć z mojego Banity ten jeden wątek i rozbudowując go, zrobić z niego taką autonomiczną historię.

Z serii średniometrażowych filmów nic w TVP, jak zwykle, nie wyszło. Po dłuższym czasie nic-z-tego-nie-wychodzenia wymyśliliśmy, że mamy tak naprawdę dość materiału na film pełnometrażowy, taki powiedzmy na 80-90 minut, więc dyskutowaliśmy, aż napisałem wersję pełnometrażową, pt. Ekwiwalent, którą potem jeszcze rozkminialiśmy razem w kilku intensywnych sesjach bardzo zabawnej współpracy.

Ostatecznie projekt jednak umarł. Nie udało nam się znaleźć żadnego producenta, który by zaskoczył, dlaczego nas ta historia tak rajcowała. Co ciekawe, ich reakcje były wszystkie identyczne, jak byśmy cały czas rozmawiali w kółko z tym samym człowiekiem. Szybko zajarzyliśmy, że ich odrzucenie wynikało bez wyjątku z przyjętej przez nas klasowej perspektywy na zwyczajność tej strony Polski po transformacji, której „liberalny” (nad Wisłą to tylko w cudzysłowie) nurt polskiej kultury odmawiał rejestrować. Spróbowaliśmy więc wtedy w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, w nadziei, że gdybyśmy tam jakieś wstępne dofinansowanie zdobyli na pracę nad scenariuszem, to może by nam się potem inaczej rozmawiało z producentami. PISF jednak również odrzucił nasz projekt.

To jest ostatnia wersja tekstu, ta, którą złożyliśmy w 2014 w PISF. Można ją też pobrać w pliku PDF (Ekwiwalent treatment), bo to jednak kilkanaście stron tekstu.

Można też przeczytać inny mój treatment, Niszczenie obrazów.

Kasia_brick_wall_2

Katarzyna Klimkiewicz w Londynie w 2014

Czytaj dalej

Obama i Trump, różnica i powtórzenie

Czas nauczyć się tej frazy: współczesne amerykańskie obozy koncentracyjne.

Nie tylko Guantanamo, nie tylko niegdysiejsze Abu Ghraib. Dziś także prowadzone przez federalną agencję graniczną ICE (U.S. Immigration and Customs Enforcement) lub na jej zlecenie przez prywatnych kontrahentów. Restrykcyjna i bezlitosna polityka imigracyjna administracji prezydenta Donalda Trumpa jest prawdziwym humanitarnym skandalem. Najazdy na miejsca, w których pracuje wielu przybyszów z Ameryki Środkowej; odbieranie dzieci rodzicom i wywożenie ich przez agentów na lotniska pod osłoną nocy; kilkuletnie dzieci za kratkami, a także stawiane przed sądem, by samotnie broniły swych praw; ludzie przetrzymywani bez wyroku, zarzutów, prawidłowego procesu, prawa do wysłuchania. Domniemanie winy wobec uchodźców, którzy powinni mieć prawo do azylu.

Kiedy w mediach społecznościowych i serwisach informacyjnych amerykańskich mediów (chyba właśnie w takiej kolejności) gruchnęło w końcu o rozmiarach i okrucieństwie tego wszystkiego w ostatnich tygodniach, wśród najbardziej „wiralowych”, bulwersujących zdjęć – kilkuletnie dzieci płaczące z przerażenia w klatkach, w których je pozamykano, karierę zrobiły i takie, które szybko zidentyfikowano jako pochodzące jeszcze z… 2014 roku. Tak, zrobiono je na długo przed Trumpem w Białym Domu, w okresie panowania oświeconego Baracka Obamy, laureata Pokojowej Nagrody Nobla. I przedstawiały ten sam proceder, te same sytuacje, w tych samych obozach koncentracyjnych prowadzonych przez tych samych prywatnych kontrahentów – poza datą i „winą Trumpa” wszystko się zgadzało.

Deporter-in-Chief

Nie, Donald Trump niczego tu nie zaczął, niczego sam nie stworzył, nie jest autorem tej polityki; przejął tylko i okrasił swoim wulgarnym, otwarcie rasistowskim wolapikiem politykę systemowego, niewypowiadanego na głos rasizmu w białych rękawiczkach odziedziczoną po swoim poprzedniku, najpiękniejszym z amerykańskich prezydentów. Nie można nawet z czystym sumieniem powiedzieć, że Trump imigracyjną politykę Obamy eskalował, zwielokrotnił, zaostrzył, bo to by przypisywało Obamie większy umiar. W istocie amerykańscy aktywiści zaangażowani w obronę praw imigrantów mieli na Obamę, gdy ten był jeszcze u władzy, swoją środowiskową ksywkę: Deporter-in-Chief, „Pierwszy” albo „Główny Deportujący”.

Administracja Obamy deportowała znacznie więcej osób niż administracja Busha młodszego, która założyła (z połączenia i poprzesuwania kompetencji innych, starszych agencji) ICE. Administracja Obamy zwiększyła do bizantyjskich rozmiarów jej finansowanie: w 2015 sięgnęło ono 18 miliardów dolarów, więcej niż wszystkich innych amerykańskich agencji law enforcement (FBI, DEA, ATF, itd.) razem wziętych. Wszystko po to, by na przestrzeni dwóch kadencji prezydenckich deportować co najmniej 2,5 miliona ludzi, prawdopodobnie więcej niż administracje wszystkich XX-wiecznych prezydentów razem wziętych.

Oficjalny dyskurs uzasadniał tę politykę tak samo, jak dziś, za Trumpa: „bezpieczeństwem”. Pozbywano się jakoby wyłącznie imigrantów, którzy w USA popełniali przestępstwa. Żeby to było w minimalnym stopniu logiczne, w USA musiałby mieć miejsce nagły, wielokrotny wzrost przestępczości imigrantów. Nie, nie miał miejsca. W istocie deportowano nawet osoby, które do USA przyjechały z rodzicami w dzieciństwie i w ogóle nie pamiętały swoich krajów pochodzenia, do krajów tak niebezpiecznych jak Honduras (od czasu zamachu stanu w 2009 oficjalnie najniebezpieczniejsze miejsce na zachodniej półkuli) za drobne wykroczenia drogowe. Lewicowa dziennikarka Abby Martin, związana z południowoamerykańską telewizją Telesur, była świadkiem poprzedzających deportacje masowych procesów za czasów poprzedniego prezydenta, w toku których sędziowie rozprawiali się na raz z kilkudziesięcioma „nielegalnymi”. Zdaniem Martin tempo deportacji przeprowadzanych przez administrację Trumpa wciąż jest poniżej „wydajności” administracji Obamy; podobnie pół roku temu oceniał neoliberalny brytyjski „The Economist”.

Kontinuum: Bush – Obama – Trump

Początki prezydentury Obamy Tariq Ali podsumował esejem President of Cant w „New Left Review” (po roku) a potem książką The Obama Syndrome (po połowie pierwszej kadencji). Główne tezy analizy pakistańsko-brytyjskiego marksisty nie straciły niestety na aktualności na przestrzeni dwóch kadencji Obamy; dobrze podsumowywała je już okładka książki: przedstawiała portret Obamy en face, przez który „wyłazi” twarz George’a W. Busha.

Kilka umiarkowanych, centrowych reform w polityce wewnętrznej – które jako wprowadzone prezydenckimi dekretami (executive orders), a nie przez Kongres – okazały się, jak słynna reforma służby zdrowia, odwracalne. W polityce zagranicznej, której skutki odciskają się na życiu miliardów ludzi poza Stanami Zjednoczonymi, było sporo dobrych chęci, na których często musiało się kończyć (nieudane próby zamknięcia obozu koncentracyjnego w bazie Guantanamo, uniemożliwiane w Kongresie) i umowa z Iranem. Poza tym – tam, gdzie stawką były wielkie geopolityczne, militarne i finansowe interesy amerykańskiego imperium – kontynuacja a nawet eskalacja zasadniczych trendów polityki Busha młodszego, ich systematyzacja, biurokratyzacja, udoskonalenie narzędzi, przesunięcie niektórych akcentów (wojna przy użyciu dronów w miejsce zamykanych katowni CIA).

Różnica w stosunku do poprzedników rysowała się głównie na poziomie stylu, wizerunku, PR. Gdzie Bill Clinton wykorzystywał swoje stażystki, Obama przeprowadził Biały Dom przez dwie kadencje bez skandali seksualnych. Gdzie Bush młodszy był niedouczonym półgłówkiem, z którego lapsusów można się było nabijać, oglądając CNN, Obama był elokwentnym erudytą, którego fotogeniczny uśmiech rozbrajał dziennikarzy i komentatorów liberalnych mediów. Gdzie Bush był rasistą, Obama był ciemnoskóry i miał wyjątkowo mieszane etniczne pochodzenie. Marzenie piarowca, jeżeli tym, co chcesz sprzedać, jest „zmiana”.

Z Trumpem jest tak samo w stosunku do jego poprzednika. Pomimo radykalnej różnicy stylu – od wulgarnego rasizmu i złych manier w kontaktach z mediami po szokujące „ranty” na Twitterze w środku nocy – zdumiewająco wiele z jego polityki jest prostą kontynuacją lub chaotycznym rozwinięciem tego, co przejął po administracji Obamy. Na polityce imigracyjnej się nie kończy.

Nawet obsceniczne prezenty podatkowe dla jego przyjaciół miliarderów miały swój odpowiednik na początku prezydentury Obamy. Była nim amnestia od jakiejkolwiek odpowiedzialności, prawnej i finansowej, jakiej udzielił bankierom i spekulantom finansowym odpowiedzialnym za wywołanie kryzysu finansowego 2008 roku.

Trump wywołał oburzenie awansowaniem na szefową CIA Giny Haspel, osobiście odpowiedzialnej za przypadki tortur w amerykańskich katowniach w ramach ogłoszonej przez Busha młodszego „wojny z terroryzmem”, a potem za usuwanie dowodów tych tortur w postaci ich nagrań. Poprzedzające nominację przesłuchania przed amerykańskim Senatem pokazały, że Haspel – pytana konkretnie o to przez senator Kamalę Harris – do dzisiaj nie widzi w tych torturach nic niemoralnego. Ale odpowiedzialność za fakt, że taka socjopatka jak Haspel, podobnie jak inni kaci rozsiani po świecie w torturowniach George’a W. Busha, mogła spokojnie do dzisiaj robić karierę w CIA, nie niepokojona przez aparat sprawiedliwości, również spoczywa na Obamie. To była druga – obok tej dla finansjery – z wielkich amnestii, od jakich Obama postanowił rozpocząć swoją pierwszą kadencję. „Patrzmy w przyszłość, nie w przeszłość” – powiedział. Aż przyszłość okazała się tym samym, co przeszłość, a Gina Haspel symbolem fundamentalnej ciągłości tych trzech administracji: Busha, Obamy i Trumpa.

Na Wschodzie bez zmian

Trump był szeroko krytykowany za korupcyjny charakter swoich umizgów do saudyjskiej rodziny królewskiej – ale i tutaj widzimy ciągłość z poprzednikiem, bo żadna waszyngtońska administracja nie zrobiła dotąd Saudom lepiej niż administracja Obamy. Przez tych osiem lat Biały Dom dostarczył Ar-Rijadowi broń i szkolenia o łącznej wartości 115 miliardów dolarów, robiąc to nawet wtedy, kiedy z ich użyciem Saudowie obracali już Jemen w piekło na ziemi.

Stany Zjednoczone Donalda Trumpa zaangażowane są w regularne wojny w siedmiu krajach, nie licząc szemranych „ekspedycji” grup wojskowych w kilkudziesięciu krajach (najwięcej w Afryce), zwykle bez większej wiedzy Kongresu, a co dopiero opinii publicznej. Wszystkie te wojny Trump odziedziczył po Obamie, nie ponosi odpowiedzialności za wybuch czy amerykańskie zaangażowanie w żadną z nich. Administracja Obamy do dnia ostatniego kontynuowała wojny, które przejęła w spadku po Bushu młodszym (w Afganistanie, Iraku i Somalii) i rozpoczęła cztery nowe: w Libii, Syrii, Jemenie i na północy oficjalnego sojusznika, Pakistanu.

Na wojnie siły Trumpa na masową skalę bombardują cele przy użyciu dronów – ale to Obama znormalizował prowadzenie wojny takimi metodami. Bush stosował je w drodze wyjątku, jako „dodatek” do wojny tradycyjnymi metodami. Obama uczynił z nich codzienność funkcjonowania Imperium Amerykańskiego w obszarach jego zwiększonego zainteresowania militarnego. W samym tylko pierwszym roku swojego urzędowania Obama przeprowadził więcej ataków przy użyciu dronów niż George W. Bush przez całą swoją prezydenturę, i to według oficjalnych statystyk administracji Obamy, które kto wie, o ile są zaniżone. A potem było jeszcze gorzej.

Instrumenty autorytaryzmu

Pierwszy problem z dronami polega na tym, że ich użycie – zdalnie sterowane z odległej bazy, mogą operować gdziekolwiek, bez formalnego postawienia przez amerykańskiego żołnierza stopy na obcym terytorium – rozmazuje kluczowe w prawie międzynarodowym rozróżnienia między terytorium w stanie pokoju a terytorium w stanie wojny. Zniesienie tego rozróżnienia pozwala na prowadzenie wojen nieoficjalnych, nigdy nikomu nie wypowiedzianych, coraz dalej od jakkolwiek rozumianej demokratycznej kontroli. Takie były Obamy wojny w północnym Pakistanie i Jemenie (przed wybuchem w 2015 obecnej wojny domowej). Drugi problem z dronami polega na tym, że ich chirurgiczna precyzja jest mitem, a miażdżąca większość ofiar to przypadkowe osoby, które znalazły się w towarzystwie, sąsiedztwie albo zamiast „uzasadnionego” celu. I to uzasadnionego tylko jeśli – i to są kolejne problemy – zgodzimy się, że jest coś uzasadnionego w zabijaniu obywateli obcych państw, których winą jest np. przynależność do organizacji deklarujących wrogość do Stanów Zjednoczonych, a także orzekanie o tym bez procesu, prawa do obrony, w drodze objętej ścisłą tajemnicą administracyjnej decyzji podejmowanej za zamkniętymi drzwiami przez prezydenta USA, na podstawie rekomendacji służb, w których dobre intencje nie mamy powodu wierzyć.

Demontaż demokratycznych standardów prawnych w związku z przyznaniem atakom z dronów tak ogromnej roli we współczesnej praktyce wojennej Stanów Zjednoczonych jest częścią szerszego procesu, którym zarządzała administracja Obamy. Procesu gromadzenia w Białym Domu coraz liczniejszych autorytarnych instrumentów władzy, niepodlegających żadnej publicznej kontroli, z dala od oczu Kongresu, prasy, sądów. Administracja Obamy przyznała sobie prawo do zabijania w ten sam sposób (z dronów, bez wyroku, podpisem prezydenta) także obywateli amerykańskich. W 2011 zalegalizowała możliwość bezterminowego przetrzymywania podejrzanych bez przedstawienia im formalnych zarzutów i realizacji ich prawa do procesu. To również za Obamy nastąpiła prawdziwa eksplozja globalnych programów masowego szpiegowania wszystkich i wszystkiego. Ci, którzy biją na alarm, że Trump zaprowadzi w USA faszyzm, powinni przynajmniej przyznać, że wszystkie pomocne ku temu narzędzia otrzymał na dzień dobry w prezencie od Obamy – wystarczy, że postawi kropkę nad i.

Hologram i marchewkowy Kaligula

Należę do tych, którzy wierzą w dobre intencje Obamy – nie tak miało być, na pewno nie aż tak źle. Obama nigdy nie był radykałem; zmiana, którą chciał przynieść, nie wykraczała poza horyzont „zdroworozsądkowej” postępowości stricte liberalnej, jednak w kilka tych liberalnie postępowych wartości pewnie wierzył naprawdę. O lepszym dziedzictwie, jakie chciał po sobie zostawić, świadczy chociażby umowa z Iranem, dla której zaryzykował cały swój polityczny kapitał. Biorąc pod uwagę jego nieukrywany antagonizm z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu, to, że po sporze o Iran i tak podniósł jeszcze sumy, na jakie Waszyngton subwencjonuje izraelskie zbrodnie wojenne, świadczy dla mnie o jego słabości raczej niż cynizmie. Zbyt często brakowało odwagi – jak pokazały małżeństwa homoseksualne, z którymi czekał tak długo, ze strachu, że mogą mu przekreślić reelekcję.

Jako pierwszy Afroamerykanin na najwyższym amerykańskim urzędzie stanął w obliczu sił trwalszych niż prezydenckie administracje, które na pewno dały mu do zrozumienia, że jest tolerowany, pod warunkiem, że się za bardzo nie wychyli, że mu się np. nie zacznie na serio roić jakiś powiedzmy pacyfizm. Sił, które na uwadze mają zawsze długofalowe imperialne interesy Stanów Zjednoczonych i własną pozycję jako ich gwaranta lub beneficjenta. Dysponenci wielkiego kapitału, Pentagon, CIA, itd.

Jako inteligentny i utalentowany polityk, Obama umiał manewrować tak, żeby przetrwać dwie kadencje, niezagrożony np. impeachmentem, ale za cenę stanowczo zbyt daleko idących kompromisów. Trump, nieokrzesany i wulgarny, polityczny amator i demagog, nie ma talentów i doświadczenia Obamy, dlatego te same siły, które Obamę utrzymywały w ryzach, żeby mu się nie zamarzyło za dużo postępowości i emancypacji, wobec Trumpa od razu przystąpiły do prób zniszczenia go – z obawy, że jego obłąkanie i nieprzewidywalność zachwieją podstawami Imperium Amerykańskiego, a jego sympatia dla Władymira Putina, jakiekolwiek są jej powody, odsunie perspektywę wojny z Rosją, dla której z taką nadzieją tyle zainwestowali w kandydaturę Hillary Clinton. Bo tym właśnie jest Russiagate, wojną domową wewnątrz amerykańskiej prawicy (obejmującej Republikanów i większość Demokratów zasiadających w Kongresie), rebelią frakcji wojny z Rosją i frakcji długofalowych interesów Imperium przeciwko frakcji natychmiastowej grabieży, skupionej wokół Trumpa.

Jeśli zgodzimy się, że w polityce, zwłaszcza tak wielkiej, dobre chęci to stanowczo za mało, to może się okazać, że główna różnica między administracjami Obamy i Trumpa będzie taka. Trump nie tyle z czymś radykalnie zerwał, co zepsuł ogromny hologram z olśniewającym uśmiechem telegenicznego poprzednika – hologram, który przesłaniał Amerykanom i sporej części świata widok na to, czym naprawdę są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej: ufundowanym na rasistowskiej przemocy nienasyconym imperium, któremu się wydaje, że cały świat jest jego własnością, żerowiskiem i śmietnikiem. Polityczna i moralna brzydota Trumpa, to jak bezwstydnie posługuje się on rasistowską i seksistowską retoryką, jak histerycznie się zachowuje, kiedy urażone jest jego ego, przebudziła już miliony Amerykanów z letargu, w jakim utrzymywała ich prezydentura Obamy („skoro czarny mężczyzna został już prezydentem, to jest dobrze i będzie tylko coraz lepiej!”).

Ich pierwszą reakcją jest opór przeciwko polityce Trumpa i jemu samemu, a ten powinien szybko prowadzić do odkrycia, że prawie wszystko, co im się w Trumpie nie podoba, działo się już, w ten czy inny sposób, wcześniej, ma długą historię, leży w naturze, czasem nawet u fundamentów ich państwa. Od dziesięcioleci nie było w Stanach takiej politycznej mobilizacji. ICE straciła na deportacyjnej „wydajności” z czasów Obamy, bo Amerykanie po raz pierwszy zaczęli tej polityce stawiać masowy opór (dziesiątki miast ogłosiły się sanctuary cities, miastami bezpiecznymi dla imigrantów, odmawiającymi współpracy z ICE). Gdy piszę te słowa setki kobiet blokują korytarz w Departamencie Sprawiedliwości, domagając się rozwiązania ICE. Wielu Amerykanów dopiero gdy Trump wykonał pierwsze swojej administracji mordy z dronów (niektóre z nich nawet autoryzowane jeszcze przez Obamę, ale nie wykonane przed 20 stycznia 2017) zorientowało się, że Waszyngton robi to od dawna rutynowo. I tak dalej.

W tej sytuacji do zadań lewicy – w Stanach i wszędzie indziej, bo nikt nie jest wolny od skutków amerykańskiej polityki – musi należeć to, by nie dać się wkręcić w narrację, że to tylko Trump jest problemem, że bez niego wszystko będzie dobrze. A także nie dać się wkręcić w najgłupszą wersję tej historii: że Trump jest zły, bo jest marionetką Putina, u władzy dzięki rosyjskim hakerom a nie patologiom amerykańskiej tzw. demokracji. Jedyny interesujący aspekt tej historii jest taki, że wojna domowa wewnątrz imperialnej prawicy, której ta historia jest przejawem, tworzy szczeliny, przez które radykalna krytyka polityki Białego Domu może się dostać nawet do najbardziej zachowawczych mainstreamowych mediów i być przez nie należycie nagłośniona.

Problemem jest nie sam marchewkowy Kaligula tylko Imperium, na czele którego stoi.

Tekst ukazał się na łamach portau Strajk.eu 7 lipca 2018.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Mohammed Assaf i Gaza

Palestyński wokalista Mohammed Assaf ma dzisiaj (15 lipca 2018) wystąpić w Londynie, na jednorazowym koncercie (Logan Hall, Unversity College London UCL). Koncert zbiega się niestety z nową ofensywą Izraela na oblężoną z każdej strony strefę Gazy. Wczoraj miał bowiem miejsce najcięższyszy atak, jakiego Gaza doświadczyła od czasu operacji Protective Edge w 2014.

Ten piękny a skromny chłopak o jeszcze piękniejszym głosie jest urodzonym w libijskiej Misracie, w 1989, palestyńskim uchodźcą. Mohammed Assaf wychował się w obozie Chan Junis (Khan Younis) w Gazie. Pięć lat temu, w czerwcu 2013 zwyciężył w drugiej edycji programu Arab Idol na antenie satelitarnej telewizji MBC; już przed finałem był największą sensacją konkursu – pisała o nim wtedy prasa na całym świecie, daleko poza światem arabskim.

Samo wydostanie się z Gazy (blokada) na wstępne przesłuchania w Kairze zajęło mu dwa dni. Kiedy już dotarł do hotelu w egipskiej stolicy, w którym się odbywały, okazało się, że się spóźnił. Kandydaci byli przesłuchiwani na podstawie biletów z przypisanymi im ściśle wyliczonymi okienkami czasowymi. Bilety już się skończyły, więcej nie wydawano. Inny chłopak usłyszał jednak jego głos i oddał mu swój bilet, mówiąc: „Ja się tu chciałem tylko sprawdzić, ale do finału nie dotrę. Ty dotrzesz”.

Jego historia jest tematem filmu Hany’ego Abu Assada Idol z ulicy (Ya Tayr El Tayer) z 2015 roku. Hany Abu Assad to ten sam twórca, który zrobił Paradise Now i Omara (ale film nie jest aż tak dobry jak tamte dwa).

Assaf jest kolejnym przypadkiem mnogości form, indywidualnych i zbiorowych, politycznych i symbolicznych, jakie przyjmuje opór Palestyńczyków wobec usiłującego ten opór wszelkimi sposobami zmiażdżyć bezwzględnego kolonialnego mocarstwa. Gdzie mocarstwo chce ich biologicznie wyniszczyć, zatruwając im wodę, odcinając dostawy prądu do szpitali, odstrzeliwując im nogi – oni pozostają piękni. Gdzie mocarstwo bombardowaniami, dronami, kulami snajperów, porywaniem dzieci i torturowaniem ich w wojskowych więzieniach usiłuje zepchnąć ich do stanu przestraszonych zwierząt – oni zachowują nienaruszone najbardziej wyjątkowe ze składników człowieczeństwa, takie jak zdolność do świadomego tworzenia piękna. Gdzie mocarstwo usiłuje skazać ich na osamotnienie i zapomnienie przez resztę świata, odcinając ich środkami militarnej blokady, murem apartheidu i checkpointami, korumpując rządy, by nie wyrażały w tej sprawie woli swoich ludów – oni pozostają w sercach tych ludów, od Marakeszu po Muskat, i w wielu innych miejscach na świecie.

I w swoim niestrudzonym przywiązaniu do życia, w swojej niezmordowanej niezgodzie na rezygnację z godności, nie przestają wymyślać sposobów, by swojemu oprawcy i jego imperialnym sojusznikom, regionalnym i światowym, po raz kolejny powiedzieć, że wciąż tu są, nie zniknęli, nigdzie się nie wybierają i nie zamierzają się poddać. Mogą np. przechwycić w tym celu nadawany do setek milionów odbiorców banalny telewizyjny format, skopiowany z Zachodu w procesach kulturalnego imperializmu przez korporację telewizyjną zdradzieckiego regionalnego mocarstwa, które sprzymierzyło się z ich oprawcami (MBC Group to korporacja o kapitale saudyjskim), a swoim oprawcom zagrać na nosie tuż za ich granicami (program produkowany jest w Bejrucie, ex aequo z Kairem muzycznej stolicy świata arabskiego).

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Dusza i srom. Wątek Karin w „Szeptach i krzykach” Ingmara Bergmana

Sto lat temu, 14 lipca 1918 urodził się Ingmar Bergman. Z tej okazji wygrzebałem jeszcze taki mój staroć ze studiów, poświęcony jednemu z moich najbardziej ulubionych filmów. „Szepty i krzyki” (Viskningar och rop, 1972).

Napisałem go gdzieś w 2002 albo 2003 roku, jako pracę zaliczeniową na zajęciach z analizy filmu prowadzonych na Uniwersytecie Śląskim przez dr Agnieszkę Ćwikiel, która na widok tytułu wywróciła oczami i powiedziała: „No ja rozumiem, że pan jest skandalistą…”. 😊


Dusza i srom. Wątek Karin w „Szeptach i krzykach” Ingmara Bergmana

Wierzę w żądzę ciała i niewyleczalną samotność duszy

Hjalmar Söderberg, Gertrud [1]

Najbardziej drastyczna scena już i bez niej okrutnych Szeptów i krzyków, samookaleczenie Karin, jest kluczowa dla interpretacji postaci kreowanej przez Ingrid Thulin. Tymczasem polska literatura ma skłonność do powierzchownego odczytania tej sceny. U Kwiatkowskiego czytamy: „Karin nienawidzi starszego od siebie męża, dyplomaty, odczuwa do niego wstręt fizyczny, co pchnęło ją kiedyś do desperackiego samookaleczenia.”[2] U Garbicza prawie słowo w słowo to samo, przy czym jeden motyw z tej właśnie sekwencji autor ten pociąga do zupełnie innej odpowiedzialności znaczeniowej, pisze bowiem kilka wersów niżej, że Karin nienawidzi „fałszu Marii, tak jak wszystkich przeklinanych w myślach kłamstw innych” ludzi.[3] Tymczasem monolog o niesprecyzowanych kłamstwach toczy się właśnie po drodze do drastycznego postępku wepchnięcia kawałka szkła w pochwę, co nie jest bez znaczenia. Szczepański zmierza w tym kierunku, który moim zdaniem jest słuszny, ale wydaje mi się, że mógł poczynić w nim jeszcze ze dwa kroki.[4] Nienawiść Karin do męża jest faktem niezbitym; Bergman zaznaczył to nawet expressis verbis w scenariuszu,[5] a na ekranie skutecznie zrobił z Georga Ärlina odpychającą zimną rybę. Ale ograniczenie się do tego przypomina zdiagnozowanie objawu jako przyczyny.

Ci dwaj ostatni autorzy słusznie zauważyli, że przy wszystkich niuansach psychologicznych budowanych wspólnie przez Bergmana i jego wielkie aktorki, cztery postaci kobiet czekających w czerwonym domu na śmierć jednej z nich są bardzo silnie spolaryzowane. Szczepański układa je nawet w antynomiczne pary (Karin –  Anna i Maria – Agnes).[6] Wprawdzie odnotowuje tych antynomii więcej, bo bierze pod uwagę także postaci drugoplanowe, te dwie jednak są najważniejsze. Nietrafna jest natomiast propozycja A. Helman, która sugeruje uznać je za personifikacje abstrakcyjnych pojęć z zakresu stałych zainteresowań Bergmana: nienawiści (Karin), samotności (Maria), śmierci (Agnes) i miłości (Anna).[7]

Monografia Bergmana pióra T. Szczepańskiego może służyć za dowód, jak przydatnym narzędziem dla badania twórczości największego szwedzkiego reżysera jest psychoanaliza. Odwołam się jednak nie do Freuda – a do Junga.[8] Trzy siostry reprezentują bowiem archetyp trójcy z odepchniętym (tu: przez to, że jest służącą i nie jest spokrewniona z pozostałymi trzema kobietami) czwartym elementem brakującym do archetypu czwórcy, który stanowi Anna.[9] Doskonale również realizują Jungowski model psychiki człowieka z jej czterema składnikami – funkcjami. Do takiego tropu czuję się dodatkowo uprawomocniony tym, że sam Bergman sygnalizował, że czerwień scenografii, w której rozgrywa się dramat bohaterek, symbolizuje wnętrze duszy[10]; już wcześniej dokonywał też podobnych operacji, przedstawiając w dwóch postaciach dwie strony ludzkiej osobowości (Milczenie, Persona). Można więc niejako „umieścić” te cztery postaci w jednej duszy.

Trzy siostry to funkcje świadomości, Anna jest funkcją czwartą zepchniętą do nieświadomości. Reprezentuje ona funkcję emocji, co widzimy przez cały film: zawsze pierwsza przybiega do cierpiącej Agnes, obdarza ją bezinteresowną miłością, pieści, przytula do piersi, nie boi się jej bólu, nawet na mgnienie oka nie daje znać, że w ogóle odczuwa nieprzyjemny zapach umierającego ciała swej pani. Jej wiara również jest przede wszystkim emocjonalna – gdyby dopuściła do niej elementy refleksji, nie mogłaby ufać w mądrość Boga, który zabrał jej niczemu nie winną córeczkę. Agnes to funkcja intuicji, gdyż to właśnie jest pryzmat, przez który odbiera ona świat. Twierdzę tak, ponieważ wypowiadane przez Agnes na przestrzeni całego filmu opinie opierają się zawsze na jej wewnętrznym przekonaniu, a nie na empirycznie zaobserwowanych faktach: pisze ona w dzienniku, że siostry przy niej czuwają, spoglądając na Marię, która wcale nie czuwa, tylko śpi; mówi, że czuje bliskość pomiędzy sobą i siostrami, podczas gdy my widzimy doskonale, że tu nie ma żadnej bliskości; używa czasownika „spodziewać się”. Ze słów pastora dowiadujemy się ponadto, że była ona bardzo wierząca, co też nie wynika przecież ze sceptycznego rozumowania ani percepcji za pośrednictwem zmysłów; nie jest to też wiara emocjonalna (jak u Anny), skoro nigdy nie widzimy jej w trakcie modlitwy. Maria z kolei to percepcja przez zmysły. Bergman obsadził tu najbardziej zmysłową swoją aktorkę, Liv Ullmann, która bez przerwy dotyka swojego dekoltu, szyi, rozchylonych łapczywie mięsistych ust, mówi „jestem powierzchowna”[11]. I zdradza męża – też na zasadzie konsumpcji wrażeń zmysłowych. Ponadto Bergman już w scenariuszu charakteryzuje ją słowami: „podobać się – to jedyne prawo, które uznaje”.[12] Pomysł, że jest ona personifikacją samotności, nie da się w żaden sposób uargumentować; jak na bohaterkę Bergmana, ona akurat ma z samotnością najmniejszy problem. Karin natomiast realizuje funkcję rozumu, do czego za chwilę powrócę.

W takiej konfiguracji antynomie wymienione wcześniej pokrywają się z parami przeciwstawnych biegunów modelowego (czy może lepiej: najczęściej spotykanego) wg Junga układu psychiki człowieka w cywilizacji Zachodu:

Karin Szepty i krzyki

Agnes jest przeciwieństwem Marii, co bardzo dobitnie wyraża fakt, że nigdy nie miała mężczyzny. Anna jest niższa stanem i nie spokrewniona, jest więc odsunięta w strefę cienia, jak emocje u modelowego Europejczyka. Karin jest więc jej przeciwieństwem, tym samym powinna kierować tym całym stadłem, skoro znajduje się na szczycie układu. I rzeczywiście tak jest, bo to Karin podejmuje wszystkie „organizacyjne” decyzje: prowadzi jakieś księgi, rachunki, wzywa lekarza do Agnes.

Że Karin to rozum, pokazuje się widzowi na różne sposoby. Jej twarz jest kamienna, usta zaciśnięte, brwi napięte. Czyta, pisze, nosi okulary. Maria mówi o niej, że zawsze bardzo dużo czytała i jest z nich najmądrzejsza. Kiedy pomaga wijącej się z bólu Agnes, nie zalewa jej miłością, jak Anna, lecz wykonuje racjonalne posunięcia, jakie w takiej sytuacji nakazuje rozsądek: podkłada poduszkę, przemywa jej twarz, jedzie po lekarza.

Cztery kobiety realizują więc opisane przez Junga funkcje psychiki. Ale nie personifikują. Personifikacja, to ostatnia rzecz, jakiej należy szukać w Skandynawii – silna polaryzacja postaci, często tam spotykana, ma źródło w tradycji narracji staroskandynawskiej, mającej zawsze na celu realistyczny opis losów konkretnego człowieka, a nie wyrażanie abstrakcyjnych pojęć.[13] Każda z kobiet jest autonomiczną jednostką ludzką; zawdzięcza to drobiazgowej precyzji i trosce o każdy niuans, z jakimi Bergman i jego aktorki nad nimi pracowali. Każda ma swój własny dramat i jest wewnętrznie skomplikowana. Dlatego od tej pory porzucam pozostałe trzy, gdyż nie przydadzą mi się więcej do opisania postaci Karin.

Szepty i krzyki Liv Ullmann Ingrid Thulin

Karin to rozum, ale rozum w momencie kryzysu. Rozum cierpiący z powodu odsunięcia funkcji przeciwstawnej zbyt głęboko w cień. Jak dramatyczne jest to cierpienie, pokazują liczne sceny, w których funkcja emocji usiłuje rozpaczliwie wybić się na niepodległość. Z początku jest to jeszcze jako tako do zniesienia: Karin słyszy wieczorem coś oprócz szumu wiatru, coś, czego obecna tam Anna nie słyszy. Karin wymyka się wtedy z pokoju. Zaraz potem Anna spostrzega, że w pokoju obok Agnes pragnie, żeby ktoś ją przytulił. Czyżby tego Karin się przelękła? Dalej bywa już tylko gorzej. W jednym z refrenów otwierających kolejne odsłony filmu, kiedy to przychodzi kolej na zbliżenie en face twarzy Karin, jej usta usiłują wydobyć z siebie rozpaczliwy krzyk. Ale Karin nie pozwala na to. Jej twarz znów zamienia się w kamień.

Gdy Maria chce przytulić Karin, dotknąć jej, pocałować, bohaterka Ingrid Thulin wpada w panikę. „Nie dotykaj mnie! Nienawidzę tych wszystkich dotyków!” – ale widzimy, że dotyk jest tym, czego ona właśnie najbardziej potrzebuje. Dotyku nie jako percepcji, ale jako fizycznego dowodu emocjonalnej więzi, czego w jej życiu nie ma; „wielki kapitał uczuć” leżał w niej dotąd „zamknięty i nienaruszony”[14].  „Nie mogę! Ten ciągły lęk! Jak w piekle!” Później, przy kolacji, Karin przeprasza Marię za swoje zachowanie. Mówi o jakichś przyziemnych sprawach, o sprzedaży domu, o prawniku, ale co i rusz zmienia niespodziewanie ton, wyraz twarzy i temat: „Wiele razy chciałam odebrać sobie życie”, „bez miłosierdzia, ulgi, pomocy”. Ucieka w końcu z jadalni – przed emocjami, które (dokładnie jak to opisywał Jung) wobec ich tłumienia przez całe życie, zdobywają teraz nad nią całkowitą władzę. W końcu dochodzi do chwili zbliżenia między siostrami; siadają pod ścianą, dotykają się, szepczą coś czule, nie słyszymy nawet, co – reżyser tłumi to dźwiękami Bacha. Najważniejszy jest sam fakt nawiązania emocjonalnego kontaktu.

Wkrótce okazuje się, że najważniejszy tylko dla Karin. To, co dla niej było wstrząsem jedynym w swoim rodzaju (w skali całego życia), dla Marii było jednym z wielu mało ważnych wrażeń – mówi nawet, że nie może „pamiętać wszystkich drobiazgów”! Na twarzy Karin maluje się wtedy porażający ból. Ale zaraz następuje wstrząs dla widza: słyszymy z ust Marii, że Karin ma dzieci! Rzecz ma miejsce już prawie pod koniec filmu, a nigdy nam ich nie pokazano – świadczy to, że nie ma ona z nimi żadnej więzi. Jest to kropka nad „i” w jej wizerunku jako kompletnej emocjonalnej inwalidki.

Samookaleczenie mieści się także w tej właśnie orbicie. Nienawiść do męża jest tylko tego symptomem, a nie sednem sprawy. Żeby to udokumentować, dokonam pewnego skrótu historyczno-kulturowego.

Skandynawia jest jedyną częścią Europy, w której na dobrą sprawę nie było feudalizmu. Sytuacja różniła się w szczegółach w poszczególnych państwach regionu, pojawiały się – bardzo późno – zalążki systemu (najdalej posunięte w Danii), ale uogólnianie, że praktycznie go tam nie było, jest prawomocne.[15] Najbardziej dobitne symptomy tego faktu są takie, że np. w Szwecji i Norwegii nigdy nie doszło do pozbawienia chłopów wolności osobistej, w Islandii przez całe średniowiecze panowała (trochę dziwna, ale jednak) demokracja, zaś wiele skandynawskich słów oznaczających przynależność społeczną nie da się dobrze przetłumaczyć na inne europejskie języki, ponieważ ich pole znaczeniowe jest bardziej płynne, przy często innym zabarwieniu emocjonalnym i wartościującym. Pomimo bezsprzecznych związków kulturalnych z resztą Europy, zawsze zachowywała Skandynawia elementy swoiste tylko dla siebie, stanowiące o jej zdecydowanej odrębności. Dlatego po dziś dzień widać w krajach północy kontynentu silne konsekwencje tego braku rozwiniętego feudalizmu, w całej ich kulturze, nie tylko symbolicznej.

Wraz z procesami feudalizacji zaszły tymczasem w kulturze Europy zmiany o niebywałym znaczeniu. Znakomicie opisuje to Michaił Bachtin, który twierdzi, że w okresie przedfeudalnym istniał pierwotny „kompleks” kulturowy, również i narracyjny, w którym wszystkie sprawy ludzkiego życia, od kultu religijnego i śmierci przez seks po pracę i jedzenie, były jednakowo ważne; żadna nie była gorsza ani wstydliwa. Wraz z pogłębianiem się społecznej stratyfikacji „różnicują się dziedziny ideologii”, jedne z „elementów” trafiają w dziedziny wysokie, inne w niskie. „W ideologii i literaturze dokonuje się ich redystrybucji, umieszcza na różnych płaszczyznach – wysokich lub niskich, w różnych gatunkach, stylach, tonacjach. Dawne człony sąsiedztwa już nie spotykają się w jednym kontekście, nie występują obok siebie, zagubiono bowiem nadrzędną ogarniającą całość. […] Jeśli zachowane zostaną pewne związki pomiędzy tymi elementami […], to nabierają one charakteru metaforycznego.”[16] Zarówno elementy jak i związki pomiędzy nimi ulegają „skrajnemu uwzniośleniu (akt seksualny sublimuje się i zaszyfrowuje często tak, że nie sposób go rozpoznać), zyskują rangę symboli. […] Dzieje się tak, jakby odżegnywały się one od jakiegokolwiek związku z wulgarną powszednią rzeczywistością.”[17] Ciało i seks – to odtąd dwoje najbardziej niechcianych dzieci w kulturze feudalnej Europy. Ze spostrzeżeniami Bachtina rymują się wyniki śledztwa Huizingi tropem bękarciej tułaczki seksu w kulturze, rozpoczętej w średniowieczu.[18] Tak ważna sfera seksualna została z jednej strony wyrzucona do rynsztoka, a z drugiej, w ramach obrony przed biologicznym sednem sprawy, obudowana gmachem wielkiej mistyfikacji: amour courtois; rycerskie zabawy w rodzaju „zdobywania twierdzy miłości”; symbole pozbawione jakiegokolwiek związku – kwiat róży jako dziewictwo (Roman de la Rose), zdjęcie opaski z oczu jako defloracja (Carmina Burana z XIII wieku); wreszcie w konsekwencji miłość romantyczna.

Odważę się przyjąć, że sferę seksualną można umieścić w samym centrum funkcji emocji, jako że z nią wiążą się najsilniejsze uczucia, najbardziej oporne wobec argumentów rozumu, najbardziej wobec niego przeciwstawne. Karin wyrzuca seks najgłębiej w strefę cienia ze względu na jego biologiczną „nieestetyczność”. „Nie mogę już oddychać z poczucia winy!” – mówi Karin do Marii. Swoje ciało (twór biologiczny) pogrzebała w grobowcu sztywnego stroju, z reguły czarnego (wytwór estetyczny). Warto zauważyć, że skoro akcja toczy się pod koniec XIX wieku, wszystkie siostry na pewno chodziły w gorsetach. Tymczasem pokazano to tylko w przypadku Karin, więc tylko w odniesieniu do niej ma to znaczenie. Scena wieczornej toalety jest powolna i żmudna, a gorset sprawia wrażenie niemal więzienia, z którego ona na noc z ulgą się uwalnia. Jakby tego było mało, Karin wpada we wściekłość, gdy orientuje się, że służąca Anna w tym czasie na nią patrzy: Karin nie chce, by ktoś przyglądał się, jak pozbawia ona swoją biologiczną nagość estetycznej fortyfikacji.

W kulminacyjnej scenie, w której zmarła już Agnes usiłuje uporczywie czepiać się jeszcze świata żywych, Karin odmawia jej dotyku (dotyku!) następującymi argumentami: „rozkłada się, ma plamy na rękach”. Tak więc od udzielenia pomocy siostrze powstrzymuje ją biologiczna nieestetyczność (znów) jej stanu.

Karin jest ofiarą owej wielkiej mistyfikacji, którą kultura europejska obudowała sferę seksualną, by ukryć jej wymiar biologiczny. Jako najbardziej z sióstr oczytana i wykształcona, była w największym stopniu na tę mistyfikację podatna i całkowicie jej uległa, stąd to „poczucie winy”, przywiązane do seksu przez chrześcijaństwo, religię sprzęgniętą z feudalizmem. Kłamstwa, których nienawidzi, to cała owa otoczka przekłamująca tę sferę człowieczeństwa. O tym, że nienawidzi „tych wszystkich kłamstw”, mówi przecież dotykając kawałka szkła (widzimy to w zbliżeniu), które rozbiła, gdy dowiedziała się, że drogi do łóżka nie odwlecze już żadna filiżanka kawy. I które wkrótce wbije sobie między nogi. Nie chodzi więc bynajmniej o wszystkie kłamstwa w ogóle, ale o te konkretne kłamstwa symboliczne, w konfrontacji z którymi seks okazał się boleśnie nieestetyczny.

Kulturę skandynawską, której Bergman jest nie tylko jednym z najwybitniejszych, ale i najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli, cechuje to, że z powodu owego niedorozwoju feudalizmu, ów pradawny „kompleks” Bachtinowski i specyficzne cechy składników narracji wciąż odbijają się bardzo silnym echem w jej utworach. Bachtin nazwał to „realistyczną emblematyką”. Polega ona na tym, że w opowieści pojawiają się pewne realne motywy i wydarzenia, ale w takim nagromadzeniu, że „znaczenie obrazu przerasta wszystkie partykularne cechy przestrzenne, czasowe, społeczno-historyczne, przerasta, ale nie odrywa się od tej konkretnej podstawy społeczno-historycznej.”[19] Każdy realny element reprezentuje wtedy całą sferę, do której przynależy. W sztuce skandynawskiej po dziś dzień najczęściej nie stosuje się żadnej okrężnej metaforyki. Najważniejszy jest konkret reprezentujący całą sferę, której część składową stanowi. Najwyraźniej to widać właśnie w sposobie ujmowania sfery seksualnej, jako tej najbardziej na reszcie kontynentu owijanej w bawełnę. Kiedy artysta skandynawski chce mówić o seksie, to pokazuje czy opisuje seks, a nie różę, opaskę czy wizyty u fryzjerki (jak Leconte w Mężu fryzjerki). Znakomicie to widać w tamtejszym kinie: filmy z Astą Nielsen, filmy Vilgota Sjömana czy wreszcie samego Bergmana (Milczenie chociażby). To samo dotyczy np. narodzin (U progu życia) czy śmierci (bardzo wiele jego filmów); każdy taki problem reprezentowany jest przez realne zdarzenie – konkretne narodziny, konkretny akt seksualny, konkretną śmierć.[20] Stąd też się bierze dobitność środków artystycznych Bergmana, w której nie zna on litości. I zastosowanie jako symbolu wnętrza duszy – czerwieni, a więc koloru, który w istocie jest przecież kolorem krwi, kolorem wnętrza ciała[21]. Najbardziej metafizyczne abstrakcje wyraża więc Bergman przy użyciu konkretów wręcz biologicznych, co również ma swoje źródło w pradawnym kompleksie narracyjnym opisanym przez Bachtina.

Dlatego twierdzę, że gdyby Karin chodziło o kłamstwa w ogóle, pokaleczyłaby sobie raczej język niż łono. Gdyby chodziło tylko o nienawiść do męża, to jego by okaleczyła, a nie siebie. (Kiedy Elisabet w Personie czuła wstręt do swego dziecka, to pragnęła śmierci synka, a nie własnej.) Poza tym Bergman pokazałby przynajmniej jednego mężczyznę, który wydałby się Karin pociągający; mężczyznę, którym chciałaby Fredrika zastąpić. A tego nie robi.

Karin czuje niechęć i nienawiść do męża, z którą Bergman każe się widzowi identyfikować za sprawą jego brzydoty, oschłości, bijącego od niego chłodu i do tego jeszcze pogardy dla otoczenia zauważalnej w każdym jego spojrzeniu. Ale fakt tej nienawiści reprezentuje większą całość, do której przynależy: mianowicie niechęć Karin do sfery życia, która okazała się estetycznie i emocjonalnie nie dorównywać maskującemu ją kłamstwu symbolicznemu. Inne drogi interpretacji są zbyt okrężne.

W scenie samookaleczenia i następnej, kiedy to Karin siada na łóżku i demonstracyjnie, na oczach Fredrika, rozmazuje sobie krew wokół ust, na jej twarzy ból walczy z wyrazem jakiejś perwersyjnej przyjemności. Zdarzenie to reprezentuje całość jej wewnętrznego dramatu. Całe życie mordowała w sobie tę sferę życia, a wraz z nią wszystkie emocje, uzbrajając się w pancerz rozumu, stroju, kultury; w „kokon, który spowija” ją „i całkowicie izoluje od świata”[22]. Tym samym jednak coraz bardziej dramatyczna jest jej potrzeba realizacji odsuwanych potrzeb. Przy czym należy pamiętać, że te potrzeby nie dotyczą samych doświadczeń (a więc percepcji), w jakich gustuje Maria. Te potrzeby to spełnienie emocjonalnej i estetycznej obietnicy, jaką jej dała kultura. Czuje do tej sfery niepokonywalną niechęć i zarazem jest to to, czego najbardziej potrzebuje. Odsuwając czwartą funkcję zbyt daleko, stała się jej bezbronną ofiarą i nigdy sobie już z tym nie poradzi.  Chce   ją w sobie zabić, a potrzebuje ją zaspokoić. A może nawet: chce ją w sobie zabić, bo potrzebuje ją zaspokoić.

Jej stan reprezentuje z kolei nieszczęście całej naszej kultury. Karin realizuje przecież funkcję dominującą w świecie Zachodu, której wszystkie pozostałe są podporządkowane, a zależności pomiędzy czterema kobietami w czerwonym domu tworzą obraz najczęściej spotykanego u nas układu psychiki. Nieszczęście zapoczątkowane w epoce feudalizmu i zdobywania kontynentu przez legitymizującą ten ustrój religię chrześcijańską, która kluczowe ludzkie emocje naznaczyła piętnem grzechu. (Nieszczęście, z którego wbrew pozorom do dzisiaj się nie wydobyła – pomimo iż ciało i seks wróciły do łask, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakiejś niezrównoważonej postaci, skoro Europa ma ujemny przyrost naturalny, a jak mało kogo stać ją na dzieci. Ciało i seks wróciły na piedestał, ale bez kontekstu; stały się celem samym w sobie.)

Bergman opisuje więc w wątku Karin dramat ogólnoeuropejski, przy użyciu środków wyraźnie pochodzących z silnie odrębnej części składowej kultury europejskiej: środków typowo skandynawskich.[23]

Przypisy

[1] Dramat nie drukowany po polsku. Cyt. za: Andrzej Chojecki, Wstęp, [w:] Pär Lagerkvist, Wybór prozy [Gość w rzeczywistości, Karzeł, Sybilla, Śmierć Ahasvera, Pielgrzym na morzu], przeł. Zygmunt Łanowski, Wrocław 1986, s. IX.

[2] Aleksander Kwiatkowski, Film skandynawski. Fakty – dzieła – twórcy, Warszawa 1986, s. 215.

[3] Adam Garbicz, Kino, wehikuł magiczny. Przewodnik osiągnięć filmu fabularnego. Podróż czwarta 1967-1973, Kraków 2000, s. 448.

[4] Tadeusz Szczepański, Zwierciadło Bergmana, Gdańsk 1999, s. 325-336.

[5] Ingmar Bergman, Szepty i krzyki, przeł. Andrzej Asłanowicz, „Dialog” 1974, nr 6, s. 75, 78.

[6] T. Szczepański, op. cit., s. 336.

[7] Alicja Helman, Dramaturgia Ingmara Bergmana, „Dialog” 1974 nr 6, s. 94.

[8] Do teorii Junga odwołuję się przede wszystkim na podstawie: Jerzy Prokopiuk, C.G. Jung, czyli gnoza XX wieku, [w:] Carl Gustav Jung, Archetypy i symbole. Pisma wybrane, przeł. J. Prokopiuk, Warszawa 1976, s. 5-40.

[9] Por. C.G. Jung, Próba psychologicznej interpretacji dogmatu o Trójcy Świętej, [w:] idem, op. cit., s. 169-238.

[10] Za: T. Szczepański, op. cit., s.325.

[11] Fragmenty dialogów podaję za emisją w TVP2 w 1995 roku, a nie za scenariuszem, ponieważ gotowy film różni się nieco od niego. Z tajemniczych przyczyn TVP nie pofatygowała się ujawnić nazwiska autora ich polskiej wersji.

[12] I. Bergman, op. cit., s. 75.

[13] Personifikacje nigdy się zbyt dobrze w Skandynawii nie zadomowiły. Bohaterowie sag staroskandynawskich noszą cechy silnej polaryzacji, ale to dlatego, że dawano wiarygodne portrety psychologiczne, koncentrując się na wyławianiu kilku najistotniejszych cech charakteru danego człowieka, co ułatwiało prowadzenie w narracji konfliktu z antagonistami – pamiętajmy, że sagi najpewniej były najpierw przekazywane ustnie, więc nie mogły sobie pozwolić na drobiazgowość w tej materii, na jaką stać XIX- czy XX-wieczną powieść psychologiczną, która ma do dyspozycji setki stron druku. Zawsze jednak szło o opis człowieka (nie idei), co uzyskiwano drogą wyciągania najważniejszych, konstytuujących jego postępowanie cech. Jest to wręcz przeciwieństwo personifikacji, która nie szuka słów dla konkretnego ciała, lecz jakiegoś ciała dla wyimaginowanego słowa. Por. też przypis 16 oraz: Witold Nawrocki, Literatura islandzka, [w:] Dzieje literatur europejskich, t.2 cz.2, Warszawa 1982, red. Władysław Floryan, s. 35-63. Ryszard K. Nitschke, Literatura staroskandynawska, [w:] ibidem, s. 5-33. W. Nawrocki, Literatura islandzka: problemy i postacie, [w:] idem, Klasycy i współcześni. Szkice o prozie skandynawskiej XIX i XX wieku, Poznań 1985, s. 43-86.

[14] I. Bergman, op. cit., s. 75.

[15] Feudalizm tam w końcu dotarł, ale w formie niedorozwiniętej. Gdyby to porównywać z wzorcową dla tego ustroju Francją, to właściwie prawdziwego feudalizmu w Skandynawii nie było – dyferencjacja poszczególnych grup społecznych pod względem prawnym, ekonomicznym i kulturowym nie zbliżyła się do stanu w krajach reszty Europy. Dostępne w języku polskim publikacje na temat historii Skandynawii to np.: Ingvar Andersson, Dzieje Szwecji, przeł. Stanisław Piekarczyk, Warszawa 1967. Andrzej Bereza-Jarociński, Zarys dziejów Norwegii, Warszawa 1991. Tadeusz Cieślak, Historia Finlandii, Wrocław 1983. W. Czapliński, K. Górski, Historia Danii, Wrocław 1965. P.G. Foote, D.M. Wilson, Wikingowie, Warszawa 1975. Aron Guriewicz, Wyprawy wikingów, przeł. Stanisław Ludkiewicz, Warszawa 1969. Adam Kersten, Historia Szwecji, Wrocław 1973. Else Roesdahl, Historia Wikingów, przeł. Franciszek Jaszuński, Gdańsk 1996. Z braku osobnego opracowania historii Islandii przydatne są uwagi zawarte w: Witold Nawrocki, op. cit., Ryszard K. Nitschke, op. cit.

[16] Michaił Bachtin, Formy czasu i czasoprzestrzeni w powieści, [w:] idem, Problemy literatury i estetyki, przeł. Wincenty Grajewski, Warszawa 1982, s. 433-434.

[17] Ibidem.

[18] Johan Huizinga, Jesień średniowiecza, Warszawa 1998, s. 135-149 (rozdział Stylizacja miłości).

[19] M. Bachtin, op. cit., s. 446.

[20] Nie charakteryzuje to oczywiście każdego skandynawskiego dzieła sztuki, ale te cechy należą do dystynktywnych. Że oderwanie od konkretu wiąże się z feudalizmem, świadczyć może zaobserwowana przez Huizingę (op. cit., passim) niezdolność średniowiecza do opisania rzeczywistości i okupacja całej ówczesnej kultury przez alegorie i personifikacje. I właśnie jedynym miejscem w Europie ówczesnej, gdzie powstała wartościowa literatura realistyczna (sagi) była Skandynawia, przede wszystkim Islandia, swego rodzaju „kwintesencja” regionu; tam też powstał najwybitniejszy utwór historyczny średniowiecza, Heimskringla Snorriego Sturlusona. Por. W. Nawrocki, op. cit.; R. Nitschke, op. cit., oraz Gerard Labuda, O islandzkich sagach rodowych, [w:] Saga rodu z Laxdalu, przeł. Apolonia Załuska-Strömberg, Poznań 1973, s. 192-208 (posłowie). Innym ciekawym dowodem jest rola Natury w sztuce regionu: w całej Europie została ona zredukowana do „tła akcji”, z wyjątkiem Skandynawii, gdzie do dziś nie utraciła pozycji bohatera. Jest to właśnie wciąż żywy element pochodzący z przedfeudalnego sposobu myślenia (por. M. Bachtin, op. cit., oraz A. Guriewicz, Kategorie kultury średniowiecznej, przeł. Józef Dancygier, Warszawa 1976, s. 29-94).

[21] Swoją drogą w archaicznych, przedfeudalnych systemach wyobrażeń, krew bywała często utożsamiana z duszą. Por np. Księga Rodzaju, 9, 4.

[22] C.G. Jung, Cień, [w:] idem, op. cit., s. 71.

[23] Można by powiedzieć, że pokazuje skutki psychiczne rozbicia dokonanego przez feudalizm, ale używa do tego środków artystycznych wywodzących się jasno z kręgu kulturowego, na który ten feudalizm wpłynął najsłabiej. Być może jest to paradoks, ale nieustanny dialog i ambiwalencja pomiędzy tym, co ogólnoeuropejskie, a tym, co wciąż silnie skandynawskie, stanowi cechę charakterystyczną tamtejszej kultury, jak to zauważył w podsumowaniu swego szkicu o literaturze szwedzkiej Zenon Ciesielski (Literatura szwedzka, [w:] Dzieje literatur europejskich, op. cit., s. 309-310.)

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Coś dziwnego. Emily Thornberry i beduińska wioska

4 lipca wydarzyło się w Westminsterze coś dziwnego.

Jak pisał dopiero co Jerzy Szygiel, w przeciwieństwie do większości podobnych wydarzeń dotychczas, w obliczu równania przez Izrael z ziemią wioski palestyńskich Beduinów Chan al-Ahmar europejskie państwa nie poprzestały tym razem na rutynowych wyrazach potępienia czy ubolewania. Na miejsce udali się konsulowie kilku europejskich państw, które sfinansowały szkołę w Chan al-Ahmar. Nic to ostatecznie nie zmieniło, ale samo w sobie było zmianą w odniesieniu do obowiązującej dotychczas normy.

Coś dziwnego, coś innego niż zwykle, wydarzyło się też w Londynie.

W brytyjskim Parlamencie padły ostre słowa. Wielka Brytania, niezależnie od tego, która z dwóch głównych brytyjskich partii politycznych rządziła, zawsze ostatecznie wspierała politykę Izraela. W najgorszym razie „wstrzymywała się od głosu” lub doszukiwała się prawdy pośrodku.

Niezależnie która rządziła, zawsze zdarzały się w nich (obydwu głównych brytyjskich partiach politycznych) głosy przeciwne obowiązującemu wobec konfliktu bliskowschodniego standardowi. Więcej po stronie Labour Party, “the party with socialists in it”. Jeremy Corbyn, zanim został przewodniczącym, zasiadał nawet w radzie brytyjskiej Palestine Solidarity Campaign. Legendarny Tony Benn przejechał kiedyś na wizji walcem po prezenterce BBC, gdy publiczna brytyjska telewizja odmawiała nadawania informacji o zbiórce środków na pomoc ofiarom bombardowań Gazy. Inny legendarny poseł Labour Party, Gerald Kaufman, mówił kiedyś z ław Parlamentu: „Moja babcia nie zginęła [z rąk nazistów – przyp. JP] po to, żeby dostarczać przykrywki dla izraelskich żołnierzy mordujących palestyńskie staruszki”. Nawet wśród Torysów bywali w tej sprawie dysydenci. Baronowa Warsi, jeszcze za czasów premiera Davida Camerona, podała się do dymisji z funkcji ministry spraw zagranicznych konserwatywnego rządu, gdy zrozumiała, że brytyjski rząd nie zamierza powiedzieć ani słowa więcej w obliczu izraelskiej Operacji Protective Edge w 2014 roku.

A jednak, 4 lipca wydarzyło się coś dziwnego. Posłowie obydwu partii, nieliczni ale elokwentni (Richard Burden z Labour i Nicholas Soames z Partii Konserwatywnej), wyrazili swoje oburzenie, nazwali grabież grabieżą, zbrodnie zbrodniami i zażądali zajęcia przez Wielką Brytanię stanowiska w obliczu zrównania przez Izrael z ziemią, z pogwałceniem prawa międzynarodowego, kolejnej palestyńskiej wioski, Chan al-Ahmar.

Głos zabrała także Emily Thornberry. Ministra spraw zagranicznych w gabinecie cieni Jeremy’ego Corbyna. Gdyby wszystko w gabinecie cieni (niby-rząd proponowany przez największą partię opozycyjną) zależało od Corbyna, nie byłoby w tym nic dziwnego. Ale nie wszystko w Labour Party i w gabinecie cieni zależy od Corbyna.

Corbyn jest bezustannie podminowywany przez partyjną prawicę, blairystów, dla których jest chodzącą zniewagą. Kolejne wcielenia jego gabinetu cieni są próbami zawiązania tymczasowego zawieszenia między corbynistami (mającymi poparcie większości szeregowych członków partii) a partyjną prawicą (z większością na ławach opozycji w parlamencie), żeby ci ostatni zaprzestali choćby chwilowo prób wysadzenia Corbyna z siodła. Emily Thornberry pochodzi z tej wrogiej Corbynowi prawicy Labour Party.

Emily Thornberry należy także do Labour Friends of Israel. To grupa w ramach Labour Party, która stanowi część izraelskiego lobby w brytyjskiej polityce, równolegle do Conservative Friends of Israel wśród Torysów. Obie te organizacje lobbystyczne (lobby izraelskie to od dawna największa struktura lobbingowa obcego państwa w brytyjskim życiu publicznym) współpracują nieoficjalnie i najpewniej nielegalnie – tylko że nikt nie chce tego pod tym kątem zbadać – z ambasadą Izraela w Wielkiej Brytanii. W 2017 roku czteroczęściowy reportaż śledczy Al Dżaziry pokazał m. in., jak w konszachtach między agentami ambasady Izraela a Labour Friends of Israel od 2015 pichci się z niczego skandal pt. „antysemityzm w Labour Party”, obliczony na zniszczenie Jeremy’ego Corbyna zanim wieloletni i szczery sympatyk sprawy palestyńskiej zostanie premierem znaczącego europejskiego państwa.

Jeszcze w grudniu minionego roku Emily Thornberry, bezwstydnie bo w jawnej opozycji wobec przekonań Corbyna, brała udział w imprezach Labour Friends of Israel i izraelskiego lobby w Wielkiej Brytanii, i wygłaszała na nich przemowy potępiające bojkot Izraela, szkalujące zaangażowanych sympatyków sprawy palestyńskiej od antysemitów, itd.

A jednak, Emily Thornberry, 4 lipca 2018 roku, powiedziała m. in. takie oto słowa:

To wymuszone wysiedlenie, to naruszenie prawa międzynarodowego, ten cios zadany rozwiązaniu pod postacią dwóch państw [żydowskiego i palestyńskiego – przyp. JP], ma miejsce dzisiaj, dokładnie w czasie, kiedy my tutaj siedzimy. I jesteśmy już wszyscy naprawdę zmęczeni zadawaniem pytań o to, co jeszcze można zrobić, żeby opanować czy skłonić rząd Netanjahu do tego, by zaczął słuchać swoich międzynarodowych sojuszników, by zaczął wykonywać rezolucje ONZ dotyczące osiedli żydowskich, by zaczął postępować z jakimś minimum uczciwości i sprawiedliwości w przedmiocie zezwoleń budowlanych [dla Palestyńczyków]. To wszystko staje się coraz większą stratą czasu. […] Najwyższy czas, by Wielka Brytania stanęła na czele największych państw na świecie w procesie uznania państwa palestyńskiego, i by uczyniła to niezwłocznie, dopóki pozostaje jeszcze jakieś państwo do uznania.

Równanie z ziemią wiosek by budować w ich miejsce żydowskie osiedla jest zbrodnią wojenną. Uniemożliwia rozwiązanie konfliktu przez utworzenie w końcu kiedyś na terytorium historycznej Palestyny dwóch państw, bo izraelska grabież ziemi skutkuje tym, że nie bardzo jest już na czym to palestyńskie państwo postawić. Ziemia pod kontrolą palestyńską została już zredukowana do porozrywanych, malutkich bantustanów, komunikacja pomiędzy którymi jest już możliwa tylko, jeśli izraelska łaska na checkpointach pozwoli. A izraelska grabież ziemi nie ustaje, posuwa się szybko naprzód – podobnie jak przekształcanie przestrzeni pod izraelską kontrolą tak, by wszystko co izraelskie było z sobą doskonale skomunikowane, ponad głowami Palestyńczyków, którzy czasem nie mogą już wyjść z domu do własnego sadu.

Te rzeczy ci z nas, którzy od dawna stoimy murem z Palestyńczykami, wiedzieliśmy już od jakiegoś czasu. Two-state solution – rozwiązanie przez utworzenie w końcu dwóch niezależnych, suwerennych, graniczących z sobą państw – od dawna jest już niemożliwe. Nie, że wkrótce nie będzie już możliwe – od dawna jest już niemożliwe. Żaden suwerenny byt nie może tak wyglądać: pięć wiosek z ugorami i kupą kamieni tu, kilka małych porozdzielanych miasteczek tam, a wszystkie drogi pomiędzy nimi, wstęp na nie, zbiorniki wodne itd., pod kontrolą Izraela. I może jeszcze mają gdzieś pomieścić kilka milionów palestyńskich uchodźców wytworzonych przez ponad siedemdziesiąt lat izraelskiej przemocy.

Prawdziwy szkopuł tkwi w tym, że Izrael i jego lobbyści w USA, Wielkiej Brytanii, Francji, innych krajach europejskich, ONZ, itd., doskonale wiedzą, że rozwiązanie polegające na podzieleniu historycznej Palestyny pomiędzy dwa państwa jest już niemożliwe. Wiedzą to, bo od dawna o to tylko zawsze im chodziło: żeby palestyńskie państwo nigdy nie powstało, żeby nie dało się go „zrobić”; żeby Izrael wziął kiedyś w końcu wszystko, Palestyńczyków zmuszając w końcu do ucieczki, przejścia z uchodźctwa w trwałą emigrację, lub przyjęcia roli pariasów i pół-niewolników we własnym kraju. Gadka o two-state solution była zawsze tylko ściemą, mającą na celu mydlenie oczu tak Palestyńczykom jak i reszcie świata, zyskiwaniem czasu, w którym można było robić wszystko, żeby takiego rozwiązania nie dało się już uskutecznić. Gadanie o nim miało sprawić, żeby nikt się nie zorientował, dopóki nie będzie już za późno. Jak podzielić pomiędzy dwa państwa terytorium, na którym wszystkie drogi są de facto pod kontrolą tylko jednego z nich, gdzie trzeba, unosząc się na słupach ponad bantustanami drugiego; gdzie jedno z tych państw trzyma murem drugie w malutkich, nieskomunikowanych z sobą nawzajem enklawach?

Kiedy Emily Thornberry mówi w brytyjskim Parlamencie słowa, pod którymi bez większych zmian podpisać mógłby się Jeremy Corbyn – on związany z Palestine Solidarity Campaign, ona z Labour Friends of Israel – może to znaczyć coś zupełnie innego, niż to, że Corbyn zdobywa aż taką kontrolę nad swoimi blairystowskimi wewnątrzpartyjnymi wrogami.

Może to oznaczać, że rozpada się cała ta konstrukcja, w której Izrael grabi ziemię i zabija Palestyńczyków, a jego instytucje propagandowe i lobbingowe na świecie uprawiają constructive blurring (konstruktywne zamazywanie) oraz ściemy o „procesie pokojowym” i two-state solution. Gadanie o nim (tylko na zewnątrz, w swoim dyskursie wewnętrznym rząd Netanjahu nie ukrywa, że nigdy nie odpuści do państwa palestyńskiego) służy jedynie maskowaniu działań mających tak naprawdę na celu budowę w ramach jednego państwa nieodwracalnego, permanentnego reżimu rasowego apartheidu, w którym na zawsze pozbawieni praw i kontroli nad własnym życiem Palestyńczycy zepchnięci są do Gazy i na odizolowane skrawki suchej ziemi na Zachodnim Brzegu.

Kiedy Emily Thornberry mówi takie słowa – może znaczy to, że niektóre, bardziej racjonalne gałęzie projektu syjonistycznego (w tym wypadku skupieni Labour Friends of Israel) zaczynają się rewoltować przeciwko obłąkaniu Netanjahu? Rewoltują się, bo widzą, że bezwstyd, z jakim Netanjahu sobie poczyna, nie tyle przekreśla two-state solution, bo ono dawno już temu zostało przekreślone, co gra w otwarte karty, przestając udawać, że drugie państwo kiedyś powstanie.

A kiedy wszyscy zrozumieją, że dwa państwa są niemożliwe, nastąpi redefinicja pola walki, jej warunków i stawek: stanie się ona walką o to, jakie będzie to jedno państwo – czy będzie reżimem rasowego apartheidu czy demokratycznym, multietnicznym państwem wszystkich swoich mieszkańców cieszących się tymi samymi prawami? To ostatnie zrealizuje oczywiście wielokrotnie reafirmowane przez ONZ prawo milionów palestyńskich uchodźców do powrotu i stanie się tym samym państwem w większości arabskim, z żydowską mniejszością. Z punktu widzenia celów projektu syjonistycznego byłaby to porażka i katastrofa, ale delegitymizacja krwawej euro-amerykańskiej kolonii na Bliskim Wschodzie doprowadzi tam nieuchronnie. Rozpad wewnętrznego konsensusu wokół oficjalnej, utrzymywanej na potrzeby świata zewnętrznego, narracji projektu syjonistycznego, przyspieszy tę delegitymizację, bo otworzy przestrzeń dla krytyki Izraela także tam, gdzie do niedawna krytyka taka prowadziła do nieuchronnych oskarżeń ze strony przemysłu tropicieli „antysemityzmu”. To jest dobra wiadomość.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.