Mechanizm liberalnego populizmu

23 marca premierę na Netfliksie miał drugi po Narcos serial brazylijskiego reżysera i producenta José Padilhi stworzony przez niego dla tej platformy, tym razem w duecie z Eleną Soarez. O Mecanismo, w Polsce pod mniej zwięzłym tytułem Dobrze naoliwiona maszyna, oparty jest na sensacyjnych wydarzeniach znanych jako Operação Lava Jato (Operacja Myjnia Samochodowa), czyli największej aferze korupcyjnej w historii nie tylko Brazylii ale najpewniej świata. Premiera w znaczący sposób niemal zbiegła się w czasie (wyprzedziła ją tylko o dwa tygodnie) ze skandaliczną decyzją sądu federalnego, żeby były prezydent Lula da Silva rozpoczął niezwłocznie karę 12 lat więzienia zasądzoną bez przekonujących dowodów za rzekomą korupcję, pomimo będącej w toku apelacji.

Padilha i dwóch Nascimento (Sandro i kapitan)

Kiedy Padilha był młodym, początkującym reżyserem, zdobywającym uznanie pełnometrażowym dokumentem Autobus 174 (2002, jeden z najbardziej poruszających filmów dokumentalnych w historii kina, piszę o nim w mojej książce Smutki tropików) i bulwersującym fabularnym debiutem Elitarni (2007) jego twórczość napędzał impuls fundamentalnej nieufności dla ideologicznej perspektywy własnej klasy społecznej (zamożnej, wielkomiejskiej klasy średniej).

Opowiadał kiedyś, jak zainteresował się Sandrem Rosą do Nascimento, chłopcem, który w czerwcu 2000 r. „porwał” z zakładnikami autobus 174 na rua do Jardim Botânico w Rio de Janeiro. Sam mieszkał wtedy w Rio i gdy te wydarzenia miały miejsce, był na treningu na siłowni. Przez wiele godzin nie mógł stamtąd wrócić do domu, bo ulica ta jest jedną z głównych połączeń w Cidade Maravilhosa („Cudowne Miasto”, tak Brazylijczycy mówią o Rio). Wielogodzinny impas między policją a tragicznym osiemnastoletnim „porywaczem” autobusu był transmitowany na żywo przez brazylijską telewizję, Padilha oglądał go na ekranach telewizorów wiszących na ścianach siłowni. Początkowo patrzył na to z uczuciem irytacji, że jego plany na resztę dnia legły w gruzach, dopóki nie zaczął przyglądać się zachowaniu czarnego chłopca w „porwanym” autobusie i kwestionować swojej własnej reakcji, rozpoznając jej źródło w ekonomicznym przywileju i klasowym dystansie do głównego bohatera rozgrywającej się tragedii.

Elitarnym natomiast nadał strukturę, która najpierw uwodziła widza faszystowskim pragnieniem osadzonym w klasy średniej tęsknocie do rozwiązania problemów społecznych arbitralną przemocą sił porządku (a nie redystrybucją, zmianą stosunków własności, itd.), by widza następnie za to pragnienie „ukarać”, razem z bohaterem, funkcjonariuszem specjalnych służb zwanych BOPE, kapitanem Nascimento, który staje się na oczach widza wrakiem człowieka.

Źle pomyślana maszyna

Padilha pozostaje sprawnym, zręcznym opowiadaczem historii i posługuje się pięknym obrazem, ale intelektualnie wykonuje w O Mecanismo ogromny skok wstecz. Wyraża się on w utracie wszelkiego krytycyzmu, tej ideologicznej podejrzliwości i nieufności, które kiedyś stanowiły o intelektualnej randze jego twórczości. Jego najnowszy serial jest bezkrytycznym, płaskim odzwierciedleniem dominującej ideologii, bezrefleksyjnie powtarza to, co widać przez okulary klasowego złudzenia brazylijskiej klasy średniej, tej żyjącej w strzeżonych, grodzonych edificios wielkich miast – oraz przez okulary mediów, które ta klasa na co dzień ogląda.

Przed oskarżeniami o uproszczenia czy przeinaczanie faktów (choć pewnie i przed ewentualnymi pozwami o zniesławienie) twórcy bronią się z wyprzedzeniem formułą, że serial jest tylko „inspirowany” autentycznymi wydarzeniami, zmieniając nazwiska kluczowych postaci ze świata polityki i biznesu. Niemniej jednak wiadomo – Brazylijczycy na pewno z miejsca rozpoznają – kto jest kim. Presidenta Janete Ruscov mówi z manieryzmami właściwymi Dilmie Rousseff, takim samym akcentem, ma podobną sylwetkę. Były prezydent João Higino jest fizycznie podobny i mówi z równie ciężkim głosem jak Lula da Silva. Podobnie brzmią lub rymują się nazwiska (Lucio Lemes to Aecio Neves, Samuel Themes to Michel Temer) i nazwy korporacji (Petrobrasil zamiast Petrobras czy Miller & Brecht zamiast Odebrecht).

Upadek Partii Pracowników

Historia upadku rządów Partido dos Trabalhadores i odsunięcia jej od władzy przez skorumpowany sojusz sił oligarchów i neoliberałów – pod pozorem walki z korupcją – w rzeczywistości jest historią na swój sposób tragiczną. Historią postępującej degeneracji ludzi i organizacji o szlachetnych intencjach i wielkich osiągnięciach (kilkadziesiąt milionów ludzi wyciągniętych ze skrajnej biedy), którzy wbrew ogromnym przeciwnościom weszli do gry w polu politycznym ustawionym nie tylko nie przez nich, ale wprost przeciwko nim i wszystkiemu, co chcieli reprezentować. A chcieli reprezentować Brazylię biedaków, kolorowych, pracowników, bezrobotnych, bezdomnych, ludzi bez ziemi, itd. Postawili (Lula a potem Rousseff, a z nimi szeregi ich partyjnych towarzyszy) wszystkie karty na to, żeby zdobyć sobie szacunek i rozepchać w tym wrogim polu miejsce – z uszanowaniem tego pola zasad. Zrobić tyle, ile się da, w tempie, jakie uda się wynegocjować, w zamian za akceptację formalnych ram brazylijskiej (wyjątkowo oligarchicznej) liberalnej demokracji, za dostosowanie się do jej procedur, do jej zwyczajów, do jej kultury. Ale w ten sposób stopniowo upodabniali się do tego, co chcieli zmienić, do tego, z czym chcieli wygrać. Bo brudne układy, zbyt daleko posunięte kompromisy i systemowa korupcja są tak samo integralnym składnikiem brazylijskiej liberalnej demokracji jak wybory i Kongres Narodowy w Brasilii.

Banco de SP

A kiedy już mowa o korupcji – jedna z centralnych tez mojego eseju o brazylijskiej korupcji, który z mojego Notesu brazylijskiego trafił nieco poszerzony do książki Brazylia, kraj przyszłości? (Książka i Prasa, 2016) jest w skrócie taka. Brazylia, owszem, ma strukturalnie wpisany w swoją kulturę problem z korupcją sięgający czasów, kiedy przybywający tam kolonizatorzy z Portugalii nie mieli żadnych ambicji stworzenia w Brazylii sprawiedliwego, dobrego społeczeństwa na dłużej, a jedynie szybkie łupienie jej zasobów i mieszkańców. Przywileje zaś uzyskiwali nie za zasługi i wysiłek (większość wysiłku wykonywali bowiem niewolnicy), a za przylizywanie się odpowiednim patronom. Ale Brazylia nie jest ani jedynym ani najbardziej skorumpowanym krajem na świecie, a korupcja jest immanentną częścią kapitalizmu w ogóle, różnych jego lokalnych odmian na różne sposoby. Społeczeństwa w miarę od niej wolne są wyjątkiem potwierdzającym regułę i często jedynie eksportują korupcję poza swoje granice (np. skandynawskie koncerny w krajach globalnego Południa czy Europy Wschodniej). Korupcja jest natomiast głównym problemem, o którym Brazylijczycy, zwłaszcza ci z klasy średniej, niezmordowanie i bez ustanku rozmawiają, sprowadzając do niego wszystkie bolączki swego kraju, nakręcani do tego przez dominujące media, które nic innego nie krytykują z takim zapamiętaniem. Brazylijskie media i klasa średnia prawią cały czas o korupcji, żeby nie rozmawiać o prawdziwym problemie numer jeden, nierównościach; żeby tym gadaniem skandaliczne brazylijskie nierówności zagłuszyć. Robią tak, bo dzięki tym nierównościom nieliczna w Brazylii klasa średnia z prawdziwego zdarzenia cieszy się poziomem życia znacznie wyższym niż jej typowy europejski odpowiednik. Te nierówności wyrażają się bowiem także w tym, jak tanio mogą kupić ułatwiającą i uprzyjemniającą im życie pracę innych ludzi – np. pokojówek, ogrodników i opiekunek do dzieci, które same mieszkają w fawelach. A z tego wszystkiego zrezygnować by nie chcieli.

Padilha i scenarzystka Elena Soarez jadą jednak po bandzie wizją świata bezkrytycznie sprowadzającą wszystkie problemy społeczne największego kraju Ameryki Południowej do strywializowanego rozumienia korupcji. Wizją rodem z czytanek liberalnego populizmu.

Liberalny populizm

Walter Moura, soteropolitano (bo pochodzi z Salvadoru w stanie Bahia), który dotąd był niemal etatowym aktorem Padilhi (grał kapitana Nascimento w Elitarnych i ich sequelu, a ostatnio Pablo Escobara w Narcos), odmówił mu występu w O Mecanismo. Padilha chciał, żeby zagrał sędziego Paulo Rigo (czyli w rzeczywistości Sérgio Moro). Moura wielokrotnie wypowiadał się publicznie na temat impeachmentu Dilmy Rousseff, bez wahania nazywając go zamachem stanu. Zajmując takie stanowisko, nie mógł przyjąć roli w opowieści, w której w rzeczywistości mocno powiązany z pragnącą wysadzić PT z siodła neoliberalną prawicą sędzia jedynie daje przyzwolenie szlachetnym policjantom-idealistom płci obojga tropiącym korupcję z czystego pragnienia prawdy. W opowieści, w której postaci wzorowane na Rousseff i Luli są jaskrawo przerysowane, karykaturalne, a sam Lula wydaje się jakimś arcymistrzem zła usadowionym na samym szczycie korupcyjnej piramidy, tym, do którego wszystkie nitki mają ostatecznie prowadzić (zobaczymy, jak to będzie rozwinięte w ewentualnym drugim sezonie).

A przypomnijmy, że w rzeczywistości Luli wciąż nie udowodniono żadnego przestępstwa – odsiadywany obecnie wyrok opiera się wyłącznie na tym, że koncern budowlany OAS zaoferował mu luksusowy apartament, ale dowodów, że Lula ten „prezent” przyjął, że choć raz postawił stopę w tym mieszkaniu, nigdy nie przedstawiono. Dilmie (Brazylijczycy mówią o niej po imieniu) ostatecznie nie przedstawiono nawet oficjalnych zarzutów.

Tu właśnie docieramy do najbardziej liberalno-populistycznego poziomu serialu Padilhi i Soarez. Szlachetni policjanci i szlachetna policjantka odkrywają stopniowo coraz wyższe kręgi wielkiego korupcyjnego układu rządzącego Brazylią, a na szczycie tego układu jest władza urzędująca w modernistycznych pałacach Niemeyera oraz wieżach i kopułach Kongresu Narodowego w „retrofuturystycznej” stolicy kraju, Brasilii. Zamiast między burżuazją/kapitałem z jednej strony (ich interesów politycy są najczęściej jedynie wykonawcami, agentami), a wyzyskiwanymi klasami ludowymi z drugiej, antagonizm jest tu zmistyfikowany i przeniesiony: linia jego frontu okazuje się przebiegać między „obywatelami” a państwem, wcielonym w polityków. W ten sposób tworzy się wrażenie, że to politycy wyzyskują i wciągają w swoją przegniłą, amoralną kulturę swoje ofiary, „obywateli” (dyrektorów największych korporacji i pracowników przedsiębiorstwa kanałowego, bez różnicy). Że to politycy korumpują oligarchów, a nie na odwrót.

Oligarchia i politycy

Jest to zupełnie fałszywy obraz stosunków władzy w brazylijskiej odmianie peryferyjnego kapitalizmu. Brazylia to nie Chiny, gdzie wielki biznes wypełnia polecenia rządu i partii. Pole polityczne formalnej demokracji w Brazylii skonstruowane jest tak, żeby władza polityczna mogła akurat tyle, na ile jej pozwoli oligarchia, a ze wszystkim innym grzęzła do śmierci w niekończących się procedurach i poszukiwaniach karkołomnych, chwilowych aliansów w gronie dwudziestu kilku partii politycznych. Bezkarność skorumpowanych brazylijskich polityków bierze się nie z ich nieograniczonej władzy, a z ochrony, jaką im gwarantują, w zamian za usługi polityczne i legislacyjne, oligarchowie. I trwa tylko tak długo, dopóki np. właściciele Rede Globo i prezes banku Bradesco w rozmowie z paroma generałami nie postanowią inaczej i tej gwarancji nie wycofają.

Przeniesienie społecznego gniewu z wyzyskującego społeczeństwo i kraj kapitału wyłącznie na państwo i skorumpowanych polityków okazuje się dziś wyjątkowo skutecznym sposobem na zabezpieczenie interesów wielkiej brazylijskiej burżuazji. Doprowadzenie sytuacji politycznej do stanu, w którym ogromna część społeczeństwa chce już tylko powsadzania polityków do więzień za korupcję – najpierw wszystkich, potem jak najwięcej, aż wreszcie kogokolwiek, byle wreszcie ktoś poszedł za kraty – powoduje, że wielu nie zorientuje się nawet (zanim będzie za późno), że to ci najbardziej i od zawsze skorumpowani, reprezentujący najbardziej reakcyjne siły politycy, agenci tych samych rodzin, które dorobiły się jeszcze na pracy niewolników na plantacjach cukru i kawy, powsadzali do więzień tych, którzy skorumpowani byli znacznie mniej, od niedawna i mimo woli, albo nawet wcale, tylko że udało się ich oczernić w mediach koncernu Globo, bo stanowili jakieś zagrożenie dla oligarchów i marzyli, że Brazylię uda się metodą drobnych kroków trwale zreformować. W taki sposób postępuje w Brazylii pełzający zamach stanu, zapoczątkowany impeachmentem Dilmy Rousseff w 2016. Padilha, kiedyś prowokacyjny demaskator ideologii, serialem Dobrze naoliwiona maszyna bezkrytycznie unosi się na fali tego niebezpiecznego procesu.

 

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 22 kwietnia 2018 na łamach portalu Strajk.eu

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brasilia Kongres Narodowy

Biedni Polacy patrzą na Gazę

Jarosław Pietrzak

Izraelska prawica zachowuje się skrajnie nieodpowiedzialnie, gotowa podpalić region, żeby nabić sobie punktów w sondażach. Strzelanie przez snajperów do osób nieuzbrojonych to morderstwo. Nie powinniśmy milczeć. Masakra w Gazie powinna być przedmiotem międzynarodowego śledztwa.

To słowa opublikowane przez Adriana Zandberga z Partii Razem na Twitterze 31 marca, w reakcji na „Masakrę Paschalną” (określenie krytycznego izraelskiego politologa Neve’a Gordona), której izraelska armia dokonała dzień wcześniej, strzelając do nieuzbrojonych cywili protestujących pokojowo w pobliżu zasieków oddzielających poddaną już jedenasty rok bezwzględnej blokadzie Gazę od Izraela.

Słowa Zandberga nie były ani trafne, ani wystarczające. Sprowadzanie problemu do obecnie rządzącej w Izraelu prawicy sugeruje, że jest tam jakaś lewica albo liberałowie znacząco różniący się od prawicy w swoim podejściu do Palestyńczyków i do niekończącej się okupacji ich terytoriów, co jest założeniem niepoważnym.

Jak pisał niedawno Gideon Levy na łamach dziennika „Haaretz”: to nie Netanjahu, to izraelskie społeczeństwo. Tam, gdzie chodzi o brutalne traktowanie Palestyńczyków, rząd Netanjahu cieszy się szerokim poparciem wszystkich znaczących sił politycznych i opinii publicznej w Izraelu, a ktokolwiek może dziś odebrać władzę Likudowi, będzie kontynuował jego politykę wobec Palestyńczyków, lub będzie jeszcze gorszy. Izrael stał się takim, jakim jest, nie wczoraj, nie przedwczoraj, a na przestrzeni dekad, rękoma zarówno tamtejszej prawicy, jak i lewicy, czy też tego, co tam za lewicę robi.

Krytyka przemocy uskutecznianej przez Izrael dziś, jeśli sprowadza się do krytyki tego premiera, tego rządu i jego doraźnych niepokojów sondażowych, nie jest żadną krytyką. Krytyką stanie się dopiero wtedy, gdy swoim przedmiotem uczyni systemowy charakter izraelskiej przemocy, gdy swoim przedmiotem uczyni rasistowski ustrój Izraela jako brutalnego mocarstwa kolonialnego, które, żeby się nie ograniczać, odmawia nawet zadeklarowania swoich oficjalnych granic, oraz jako reżimu apartheidu.

Jedyny komunikat

Niewystarczające słowa Zandberga były i tak jedynym oficjalnym komunikatem polskiej lewicy w ciągu pierwszych trzech dni od masakry, w której zginęło najpewniej 17 osób (plus jedna, która w wyniku obrażeń zmarła tydzień później), a być może nawet około 1500 odniosło obrażenia. Według pracowników służby zdrowia w Gazie charakter obrażeń wskazuje jednoznacznie, że izraelscy snajperzy strzelali tak, żeby zabić lub uczynić ofiary na zawsze kalekami. Posługiwali się między innymi amunicją, która otwiera się na wszystkie strony w momencie wejścia w ciało ofiary, niczym ołowiana ośmiornica, miażdżąc i rozszarpując tkanki jeszcze bardziej.

Niemal natychmiast po świętach wielkanocnych Partia Razem opublikowała natomiast na Facebooku mema. Co prawda kończył się on naiwnymi dziś wezwaniami do „powrotu do procesu pokojowego” (obowiązkiem lewicy w 2018 jest wiedzieć, że „proces pokojowy” nie tylko jest już martwy, ale też od początku był farsą obliczoną na kiwanie Palestyńczyków), ale naprawił błędy popełnione w pierwszym komunikacie przez Zandberga, podkreślając systemowy charakter opresji i przemocy Państwa Izrael. Komunikat Razem zasługuje na szczere uznanie także dlatego, że było to w tym temacie najodważniejsze – i jedyne! – oficjalne stanowisko jakiejkolwiek partii politycznej w Polsce.

„Masakra Paschalna”, którą niektórzy lewicowi komentatorzy na świecie porównują do wydarzeń w Soweto, jakie w latach 70. XX w. odegrały przełomową rolę w procesie międzynarodowej delegitymizacji reżimu apartheidu w Republice Południowej Afryki, taką samą ciszą otoczona jest także w polskich mediach określających się jako lewicowe, z chlubnym wyjątkiem portalu Strajk.eu (polska edycja „Le Monde diplomatique”, będąc miesięcznikiem, zareaguje w nadchodzącym numerze). Krytyka Polityczna woli mnożyć komentarze do jednego wywiadu z Dominiką Kulczyk. Tygodnik „Przegląd” – poświęcać czas na facebookową ankietę pt. „Czy Polacy lubią zwierzęta”. Nawet „Washington Post” okazał się w tygodniu po masakrze bardziej lewicowy. Czy polskie media sparaliżowało wrażenie obciachu, że jeszcze tak niedawno, w ramach zjednoczonego frontu antypisowskiego, kreowały Netanjahu niemal na arbitra liberalnej demokracji?

Partie polityczne, które nie mają dostępu do władzy nawet u siebie w kraju, mogą sobie wzywać do międzynarodowych śledztw ile wlezie. Jaki wpływ ich wezwania mogą mieć na instytucje zdominowane przez światowe mocarstwa uwikłane w skomplikowane zależności interesów z Izraelem? Niemniej pozbawione obecnie władzy politycznej organizacje mogą zrobić coś innego, by mieć namacalny wpływ na sytuację Palestyńczyków. Palestyńczycy, za pośrednictwem swoich organizacji społeczeństwa obywatelskiego, proszą o to świat od 2005.

Czas na bojkot Izraela

W roku 2005, wzorując się na kampanii ekonomicznego, politycznego i kulturalnego bojkotu reżimu apartheidu rasowego w Republice Południowej Afryki, organizacje palestyńskiego społeczeństwa obywatelskiego wystosowały apel o wyrażenie solidarności z ich walką o samostanowienie i o prawa człowieka w podobnym bojkocie Izraela. W obliczu rosnącego konsensusu specjalistów od prawa międzynarodowego, że Izrael jest reżimem rasowego apartheidu (zbrodnia przeciwko ludzkości zdefiniowana w Międzynarodowej konwencji o zwalczaniu i karaniu zbrodni apartheidu z 1973), bojkot ten na świecie zatacza coraz szersze kręgi. Kampania jest tak skuteczna, że premier Netanjahu umieścił ją w czołówce największych strategicznych zagrożeń dla interesów Izraela i wydaje fortunę na jej zwalczanie, za pośrednictwem kierowanej przez izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych kampanii „Brand Israel” i innych (nierzadko szemranych) operacji.

Do bojkotu przystąpiły wielkie związki zawodowe od Stanów Zjednoczonych przez Wielką Brytanię po RPA, instytucje kulturalne, placówki i stowarzyszenia akademickie, indywidualni twórcy kultury o postępowych poglądach. Wielkie koncerny zmuszone bojkotem zerwały lub nie przedłużyły współpracy z izraelskimi podmiotami gospodarczymi i rządem Izraela, do akcji przystępują władze kolejnych europejskich miast. Bojkot robi ogromne postępy nawet w krajach, w których lobby izraelskie zdołało doprowadzić do jego kryminalizacji (wiele stanów w USA, Francja). Więcej informacji na temat dostępnych jest na stronie kampanii BDS (Boycott, Divestment and Sanctions).

Polska jest jedynym dużym krajem europejskim, w którym kampania BDS właściwie nie zaistniała. Popierają ją nad Wisłą oficjalnie tylko dwie małe organizacje bez dostępu do mainstreamowych mediów – Pracownicza Demokracja i OZZ Inicjatywa Pracownicza.

Tak się składa, że spodziewałem się wielkopiątkowej masakry, podobnie jak każdy, kto uważnie śledzi rozwój wydarzeń w Palestynie, każdy, kto czytał Neve’a Gordona, Aviego Shlaima, Ilana Pappé, Eyala Weizmana. Byłem zszokowany skalą przemocy, z jaką Izrael odpowiedział już pierwszego dnia protestów, ale nie zaskoczony, gdyż mieści się ona doskonale w kolonialnej logice postępowania Izraela względem Palestyńczyków, a obecne protesty były planowane od dawna (i potrwają co najmniej do połowy maja, oficjalnej rocznicy Nakby). Już tydzień wcześniej zacząłem więc pisać do największych organizacji lewicowych i pracowniczych w Polsce, czy 70. rocznica Nakby i powrót kwestii palestyńskiej do samego centrum najważniejszych tematów polityki międzynarodowej to nie najwyższy czas, żeby również zabrały głos.

Pytałem przede wszystkim o to, jakie jest ich stanowisko w sprawie bojkotu Izraela, wraz z uzasadnieniem, a także – jeżeli nie mają takiego stanowiska – kiedy je określą i dlaczego nie stało się tak do tej pory.

Po SLD nie spodziewałem się cudów, ale i tak szczęka mi opadła. „SLD nie będzie popierało bojkotu Izraela” – to cały e-mail od rzeczniczki prasowej Anny Marii Żukowskiej. Zachowano pisownię oryginalną; działaczce nie starczyło czasu nawet na postawienie na końcu kropki czy podpisanie się imieniem i nazwiskiem. Już po wielkopiątkowej masakrze napisałem do niej jeszcze raz, sugerując, że w obliczu tych wydarzeń może zechciałaby jednak sprawę przemyśleć. Do dzisiaj nie zareagowała, pomimo iż korespondencję wysłałem też do wiadomości przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego.

Po Solidarności też się wiele nie spodziewałem, ale oczywiście – jako do jednej z największych centrali związkowych w kraju – napisałem. Odpowiedź była prawie taka sama, również jednym zdaniem, z tą różnicą, że ich rzecznik Marek Lewandowski pisze z poszanowaniem znaków interpunkcyjnych i podpisuje swoje maile.

Zieloni: może tak, a może jednak nie

Zieloni odpowiedzieli mi dopiero po ponad dwóch tygodniach. Oto stanowisko przesłane mi przez rzecznika prasowego Macieja Józefowicza:

Partia Zieloni nie zajmowała do tej pory stanowiska w sprawie udziału w kampanii BDS. Jako partia członkowska Europejskiej Partii Zielonych zgadzamy się natomiast ze stanowiskiem EPZ z 2014 r.,  poświęconym sytuacji w regionie Bliskiego Wschodu. Stanowisko to wzywa do bojkotu towarów pochodzących z osiedli izraelskich na okupowanych terenach palestyńskich.

Przyczyną braku osobnego stanowiska w tej sprawie jest fakt, że Partia Zieloni wypowiadała się wcześniej na temat innych aspektów konfliktu bliskowschodniego. W 2014 roku, po agresji Izraela na Strefę Gazy, Rada Krajowa potępiła ten akt przemocy, domagając się od polskich władz wstrzymania współpracy wojskowej z Tel Awiwem oraz zwiększenia pomocy rozwojowej dla Palestyny. W nowym programie partii znajduje się punkt: „Zarówno Izrael, jak i Palestyna mają prawo do posiadania swych własnych, niepodległych państw i winny powstrzymać się od aktów przemocy.”

Wspomniane wcześniej popierane przez nas stanowisko Europejskiej Partii Zielonych uznaje również, że Izrael, jako państwo sprawujące władzę okupacyjną nad ziemiami palestyńskimi, ponosi odpowiedzialność za dokonane tam naruszenia prawa humanitarnego oraz praw człowieka. W tym celu europejscy Zieloni poparli propozycję utworzenia niezależnej komisji badającej ewentualne zbrodnie wojenne pod auspicjami Rady Praw Człowieka ONZ. Dokument ten oświadcza też, że Izrael ponosi odpowiedzialność za zniszczenie infrastruktury zbudowanej na terenach palestyńskich z funduszy unijnych i wzywa Unię Europejską do domagania się odszkodowania. Z drugiej strony Zieloni krytykują ataki dokonywane na izraelską ludność cywilną przez zbrojne grupy palestyńskie oraz przychylają się do pokojowego rozwiązania konfliktu, gdzie od interesów politycznych ważniejsze będzie życie i bezpieczeństwo zamieszkujących ten obszar Bliskiego Wschodu ludzi. Z tego powodu Zieloni popierają pokojowe współistnienie niepodległego Izraela i Palestyny, z zagwarantowanym prawem powrotu dla palestyńskich uchodźców i ich rodzin.

Mówiąc inaczej, Zieloni: 1) popierają jedynie bojkot zbyt ograniczony, by mógł obalić reżim apartheidu w Izraelu; 2) bojkot ten nie bierze pod uwagę, że we współczesnych łańcuchach produkcyjnych produkty rzadko mają tak precyzyjne i łatwe do określenia pochodzenie, żeby wiadomo było, że pochodzą akurat z nielegalnych osiedli, że produkty nominalnie czy finalnie skądinąd nie zawierają komponentów czy jakiegoś etapu produkcji z osiedli, itd.; 3) ich ograniczony bojkot rozgrzesza produkty izraelskiej gospodarki powstałe w Izraelu właściwym, podczas gdy cała gospodarka Izraela (nie tylko gospodarka nielegalnych osiedli) żeruje na okupacji, na zagrabionej nielegalnie ziemi, na przejętej bez odszkodowań czyli za darmo palestyńskiej własności, na zaniżaniu wartości pracy zdesperowanych Palestyńczyków, wreszcie na supertechnologiach bezpieczeństwa testowanych i „marketowanych” w toku aktów i procesów kolonialnej przemocy na Palestyńczykach; 4) bojkot wyłącznie produktów nielegalnych osiedli ignoruje udział izraelskich placówek akademickich w okupacji i opresji Palestyńczyków (np. naukowy udział w projektach zbrojeniowych), a instytucji kulturalnych w kampaniach propagandowych wybielających wizerunek Izraela na świecie („Brand Israel”) – obydwa te problemy są adresowane przez BDS; 5) Zieloni usiłują zrównoważyć słabość popieranego przez nich bojkotu amoralnym i doprawdy haniebnym dla organizacji określającej się jako lewicowa rozdzielaniem winy i odpowiedzialności pomiędzy okupanta (jedną z dziesięciu najpotężniejszych armii świata) i jego ofiarę (kiedy ostatni raz miały miejsce ataki na izraelską ludność cywilną przez zbrojne grupy palestyńskie?).

OPZZ: najwyższy czas

Budująca odpowiedź przyszła natomiast z OPZZ, i to bardzo szybko. Odpisał osobiście Dyrektor Wydziału Międzynarodowego Piotr Ostrowski:

OPZZ nie ma swojego stanowiska w sprawie polityki Państwa Izrael. Powód jest prozaiczny i zapewne łatwy do przewidzenia. Ograniczoność zasobów zorientowanych na działania międzynarodowe pozwala OPZZ skupiać się (i to też nie we wszystkich obszarach) na sprawach europejskich. Zdaję sobie sprawę, że nasza europocentryczność nie jest tym czego byśmy sobie życzyli, ale taką mamy rzeczywistość. OPZZ – podobnie jak znakomita większość europejskich związków zawodowych – nie współpracuje z izraelską centralą związkową Histadrut, która w kwestii Palestyny i palestyńskich pracowników przyjmuje postawę co najmniej niejasną.

Przedstawię jednak moje prywatne stanowisko. Osobiście poważnie traktuję sytuację na – okupowanych przez Izrael – terytoriach palestyńskich i wynikającą z tego warunki pracy na tych terenach i warunki pracy Palestyńczyków pracujących na terenie Izraela. Za ważne uznaję coroczne raporty Dyrektora Generalnego MOP [Międzynarodowej Organizacji Pracy] dotyczące sytuacji pracowników na arabskich terytoriach okupowanych. Podczas pobytu na corocznej Międzynarodowej Konferencji Pracy biorę także udział w spotkaniach poświęconych tej problematyce, organizowanych przez palestyńskie związki zawodowe.

Osobiście uważam, że Pana list to dobry moment, aby OPZZ także włączyło się do kampanii. Obecnie mamy dość gorący okres przedkongresowy (IX Kongres OPZZ odbędzie się w dn. 24-25 maja), ale sądzę, że po nim uda nam się przygotować stanowisko.”

W związku z tym, jaką rolę w bojkocie w innych krajach odgrywają organizacje zrzeszające pracowników szkolnictwa, oraz społeczny wpływ wywierany przez pracowników tej branży, swoje pytania wysłałem też do Związku Nauczycielstwa Polskiego. Nie doczekałem się żadnej odpowiedzi. To samo w przypadku WZZ Sierpień 80, do którego napisałem przede wszystkim ze względu na jego deklarowany radykalizm.

demo (174) bis

Demonstracja w Londynie w lipcu 2014

Razem raz jeszcze

Od Partii Razem nie udało mi się uzyskać nic ponad to, co ogłosiła w swoim komunikacie tuż po Wielkanocy. A więc żadnego odniesienia do bojkotu Izraela. Nieoficjalnie usłyszałem, że cokolwiek więcej ze strony Razem wymaga wpierw przedyskutowania przez Radę Krajową ewentualnej aktualizacji przez partię jej oficjalnego stosunku do polityki Państwa Izrael. Sposób, w jaki te wiadomości były formułowane, pozwala mi domniemywać, że taka debata będzie miała miejsce w niezbyt dalekiej przyszłości, ale nic oficjalnie nie udało mi się potwierdzić.

Jest poniekąd zrozumiałe, że młodzi politycy we wciąż słabych organizacjach obawiają się stąpania po cienkim lodzie, jakim jest krytyka Izraela. Będzie ona wymagała ciągłej czujności, by z jednej strony niezmordowanie odcinać się od polskiego antysemityzmu, którego szambo wybiło z taką siłą w ostatnich miesiącach, a z drugiej strony bronić się przed oskarżeniami o antysemityzm ze strony mainstreamowych mediów. Cynicznie fabrykowane fałszywe oskarżenia o antysemityzm przyjdą nieuchronnie, ale są one dzisiaj rytuałem przejścia każdego politycznie przyzwoitego człowieka. Od Jeremy’ego Corbyna po Angelę Davies, od Kena Loacha po Penelope Cruz, od Alaina Badiou po Lorde, wszyscy, których polityczne i intelektualne „towarzystwo broni” będzie w przyszłości powodem do dumy, mają to już za sobą.

Oficjalne przystąpienie do bojkotu Izraela spowoduje konfrontację z nowymi formami presji politycznej, ale jeśli ktoś nie ma odwagi lub kręgosłupa, by stawić im czoła, kiedy stawką są wyłącznie okruchy ze stołu sondażowego, to jak będzie można jej lub jemu kiedykolwiek zaufać, że zachowując kręgosłup stawią czoła presjom realnej władzy? Członkowie Razem do dziś szafują Leszka Millera zaangażowaniem w amerykańskiej wojnie w Iraku jako jednym z tych grzechów śmiertelnych całej jego partii, które sprawiają, że nigdy nie wejdą w żaden alians z SLD. Bojkot Izraela to jest wasza okazja, żeby udowodnić, że mówicie poważnie, że czymś się naprawdę, fundamentalnie różnicie w tym, jak wy prowadzilibyście politykę zagraniczną. Czy może z tym Irakiem to tylko taki chwyt propagandowy – dzisiaj łatwy, bo z perspektywy czasu to nawet „New York Times” krytykuje już tamtą wojnę?

Co odpowiemy Historii?

Koniec końców pytanie o bojkot Izraela to pytanie o solidarność z ofiarami brutalnej kolonialnej przemocy bezwstydnie rasistowskiego państwa, którego polityka nie budzi żadnej reakcji ze strony naszych rządów. To pytanie o to, czy jesteśmy w ogóle lewicą. Ba! – czy jesteśmy elementarnie przyzwoitymi ludźmi.

Jeśli polskie organizacje lewicowe, pracownicze i społeczeństwa obywatelskiego odpowiedzą teraz „nie”, będą później musiały stanąć przed innymi pytaniami. Jeżeli zgadzają się z powszechną historyczną oceną o słuszności i sukcesie kampanii bojkotu apartheidu południowoafrykańskiego – to jak wyjaśnią swój odmienny stosunek do bojkotu apartheidu izraelskiego? Że te dwa apartheidy to nie to samo? Rzeczywiście, arcybiskup Desmond Tutu i inni weterani walki z apartheidem południowoafrykańskim nie mają wątpliwości, że ten izraelski jest gorszy. Żadna odpowiedź na takie pytanie nie będzie dobra. Że z wysokości waszej białej europejskości lepiej wiecie, jak Palestyńczycy powinni walczyć o swoje prawa i udzielicie im łaskawie kolejnej lekcji? Że kierowała wami wrażliwość na kwestię historycznych ofiar antysemityzmu na ziemiach polskich? I uznaliście, że najlepszym sposobem, żeby je uszanować, jest stać biernie, kiedy dziś ofiarą rasizmu pada ktoś inny, kiedy coś podobnego dzieje się ponownie na naszych oczach (bo Gaza to wielki obóz koncentracyjny naszych czasów)?

Kiedy izraelski apartheid już upadnie – a patrząc na tempo jego międzynarodowej delegitymizacji, to się może stać szybciej, niż wielu się spodziewa – jak odpowiecie na pytanie, dlaczego polska lewica jako jedyna w Europie niemal nie wzięła udziału w najważniejszej międzynarodowej kampanii solidarnościowej naszych czasów?

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 11 kwietnia 2018 na łamach portalu Strajk.eu

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Globalna kradzież pracy i pieniądze dla wszystkich

„Ekosystem odkrywania kontentu”

We wrześniu 2017 Ericsson Broadcast and Media Services, brytyjska spółka-córka szwedzkiego giganta telekomunikacyjnego, ogłosiła deal podpisany z największą filmową bazą danych na świecie, IMDb. Jest to umowa dystrybucyjna i dotyczy tego, że Ericsson będzie mógł włączyć zasoby IMDb w swój przepastny „content discovery ecosystem”, w swój własny system metadanych obsługujący nadawców telewizyjnych i platformy Video on Demand na całym świecie. Tak, jeśli zastanawialiście się kiedyś, co robi Ericsson, odkąd odsprzedał Japończykom swoją gałąź produkującą smartfony, to między innymi takie rzeczy.

Jeśli oglądasz telewizję, to ramówki, które widzisz na ekranie, informacje o godzinach poszczególnych programów i co leci po tym programie, a także krótkie opisy filmów i programów, zawdzięczasz prawdopodobnie Ericssonowi. Tzn. od momentu przejęcia przez Ericssona firmy wydzielonej kiedyś z BBC, Red Bee Media (sfinalizowane w 2014). I tak, nawet polscy nadawcy telewizyjni biorą to od dostawcy z siedzibą w Londynie. Klientom oferującym swoim widzom usługi bardziej wypasione niż tylko krótkie, dwuzdaniowe opisy EPG na 160 znaków, Ericsson dostarcza znacznie bogatsze metadane, takie jak dłuższe opisy filmów czy odcinków seriali, biografie aktorów i reżysera, listy najważniejszych nagród, linki do Wikipedii czy IMDb właśnie. Wiem z pierwszej ręki, bo pracowałem jako redaktor w londyńskim Ericssonie, głównie przy jednym z projektów VOD.

Komunikat prasowy Ericssona/Red Bee z września mówił, że dane z IMDb wzbogacą ich „content discovery ecosystem” o różne wspaniałe rzeczy, np. linki, ratingi w postaci liczby gwiazdek wygenerowanych z ocen użytkowników, itd. Tylko, że sporo z tego Ericsson wybranym klientom – tym, którzy jak BBC, płacili więcej – już oferował, więc prawdziwym przedmiotem dealu może być tak naprawdę całość bazy danych IMDb. Potencjalnie wszystko, co tam siedzi, filmografie, opisy filmów, recenzje zarejestrowanych użytkowników, biografie, ciekawostki może zostać kiedyś zassane przez Content Management System Ericssona, kiedy tylko rozwiązany zostanie problem ich wpasowania w techniczne parametry wymagane przez Ericssona i jego klientów.

Ericsson od dłuższego czasu szuka nowych sposobów maksymalizacji zysku przez minimalizację kosztów siły roboczej. W okresie przejściowym, po przejęciu Red Bee Media, Ericsson zawiesił cały system kwartalnych premii, obiecując w zamian rewaloryzację wynagrodzeń, pod pozorem integracji brytyjskiej spółki-córki ze swoją globalną „kulturą korporacyjną”. Ten okres przedłużał się w nieskończoność i przez prawie półtora roku, które ja tam przepracowałem – ale i długo później, bo ze dwa razy kogoś z dawnych kolegów zapytałem – nikt nie zobaczył ani premii, ani podwyżki w zamian za likwidację premii. W 2017 Ericsson poszedł dalej i zwolnił większość redaktorów angielskich i francuskich, żeby outsoursować ich pracę do jakiegoś biura… w Indiach. Tak, francuscy, belgijscy, szwajcarscy telewidzowie czytają dzisiaj ramówki i opisy filmów czy programów telewizyjnych pisane dla nich przez kogoś z Pondicherry na półwyspie indyjskim, kogoś, kto większości z tych programów i filmów nigdy nie oglądał i niejednokrotnie nie zna kulturowego kontekstu, w jakim są osadzone. Teraz Ericsson chce iść dalej i używać kontentu tworzonego na łamach IMDb przez użytkowników-pasjonatów kina za darmo.

IMDb, Amazon, Ericsson, praca i wartość

IMDb ma historię sięgającą roku 1990, ale jako strona internetowa wystartowała w 1993 (początkowo pod nazwą Cardiff Internet Movie Database) jako niekomercyjne przedsięwzięcie, początkowo osadzone na akademickich serwerach, jej zasoby tworzone i uzupełniane przez pasjonatów dosyłających kolejne informacje, listy, opisy, recenzje i dyskusje nieodpłatnie i w swoim czasie wolnym. Założyciele serwisu przekształcili go jednak w 1996 roku w spółkę komercyjną, której rentowność wynikała w znacznym stopniu z przejęcia owoców takiej darmowej pracy, zaaranżowanej tak, żeby ukryć jej charakter jako pracy. Oczywiście, IMDb musiało zatrudnić np. informatyków, ale ich praca stanowi jedynie ułamek faktycznego ogółu pracy, która złożyła się na rynkową wartość IMDb i na to, że zaczęła przynosić zyski. Można powiedzieć, że infrastruktura IT jest tu tylko ramą dla prawdziwego produktu, czyli treści, informacji i opinii o kinie. Jedynie twórcy ramy są tu za swoją pracę wynagradzani, twórcy prawdziwego produktu umieszczonego w tej ramie, stworzyli wszystko za darmo.

Tak jak Red Bee Media stała się częścią Ericssona, w procesie koncentracji kapitału i umacniania globalnych monopoli, IMDb została w końcu (w 1998) przejęta przez Amazon, który miliony roboczogodzin zarówno martwej jak i wciąż dodawanej pracy wolontariuszy tworzących za darmo zasoby tego portalu, podporządkował potrzebom reklamowym największego sprzedawcy wysyłkowego planety. Dziś każda filmowa fiszka na IMDb prowadzi linkiem do płyty DVD lub możliwości streamowania danego tytułu online, jeśli dostępne są na Amazonie. Teraz z kolei całe te zasoby zostały udostępnione Ericssonowi, żeby serwis IMDb, a więc teraz Amazon, mógł na nich (na pracy, za którą nigdy nie zapłaciły jej wykonawcom) zarobić jeszcze raz, a Ericsson mógł mieć swój kontent jeszcze taniej nawet niż pisany rękami jakiegoś młokosa w Indiach.

Dlaczego to jest ważne i powinno nas wszystkich interesować? Ponieważ jest to (jedna z wielu) manifestacja globalnych tendencji, a także dlatego, że te tendencje mogłyby być częścią dyskusji o bezwarunkowym dochodzie podstawowym.

Niektórzy tzw. „lewicowi przeciwnicy bezwarunkowego dochodu” wysuwają pod adresem jego zwolenników zarzut wyprowadzony z Karola Marksa teorii wartości. Ich zdaniem my, zwolennicy, uważamy, że teoria o pracy jako tym, co wytwarza wartość, straciła aktualność i zastosowanie, i ogólnie wydaje się nam przez to, że żyjemy już teraz w całkiem innym systemie ekonomicznym, że wszystko się zmieniło. Nie wiem, może ktoś tak rzeczywiście uważa, ale na pewno nie wszyscy z nas, osobiście chyba nie spotkałem.

Owszem, wypatrywanie przy każdej innowacji, która od czasu do czasu restrukturyzuje kapitalizm, wielkiego przełomu, po którym żyjemy już nagle w zupełnie innym świecie, jest niepoważne i często jest produktem konkurencji na kapitalistycznym rynku idei, na którym toczy się zacięta walka między kandydatami do prestiżowej roli twórcy nowej mody intelektualnej. Niemniej jednak – czy aby przypadkiem przekonanie, że w tak dynamicznym i uzależnionym od innowacji (finansowych, technologicznych, organizacyjnych) systemie jak kapitalizm, nic się nigdy i w ogóle nie zmienia, a Marks stworzył zestaw sztywnych definicji i formułek do zupełnie mechanicznego stosowania bez względu na kontekst – a nie to, co stworzył naprawdę: metodę dialektycznej analizy nieustannie zmieniającego się systemu – nie jest takim trochę współczesnym odpowiednikiem „diamatu”, wulgarnej, skostniałej wersji marksizmu okresu stalinizmu? Gdyby Marks żył jakimś cudem do dzisiaj, bez wątpienia on pierwszy tropiłby niuanse przemian systemu, który nauczył nas rozumieć i analizować (celem jego zniesienia, oczywiście). Marks na pewno zajmowałby się więc sztuczkami, za pomocą których kapitał w schyłkowym kapitalizmie, w którym żyjemy, nauczył się rozpraszać na globalną skalę coraz więcej pracy tak, by udawała coś innego.

Nie, praca nie przestała być źródłem wartości – co się jednak zmieniło, to to, że nie wiadomo, jak zmierzyć ogromne ilości globalnie wykonywanej pracy, jak skutecznie przeprowadzić granicę między pracą a nie-pracą, a także to, że nastąpił błyskawiczny rozrost gąszczu sposobów, przy pomocy których kapitał nie tylko przechwytuje pracę, ale i ukrywa nawet przed jej wykonawcami, że pracę świadczą, dzięki czemu świadczą ją za darmo.

Technologia i kradzież pracy

Tryliony roboczogodzin nigdy niezapłaconej pracy wykonanej przez ludzi nieświadomych, że w ogóle wykonują pracę, za sprawą ściemy, jaką jest status „użytkownika” różnych platform i usług internetowych, stanowią podstawę zyskowności i wartości rynkowej większości nowych globalnych monopoli technologicznych – niektórzy ekonomiści urobili na nie nawet skrótowiec FANG (od Facebook, Amazon, Netflix i Google). Te i podobne giganty zatrudniają oczywiście pracowników, np. inżynierów, programistów, administratorów, marketingowców, ale praca ich wszystkich stanowi tylko ułamek ogółu pracy składającej się na wartość i zyski tych przedsiębiorstw – nie miałaby większej wartości bez pracy „użytkowników”, którzy zapełniają te platformy zdjęciami, ilustracjami, blogami, opisami swoich przeżyć, opiniami o książkach, filmach, restauracjach czy bieżącej polityce, no i informacjami o sobie samych. Bez nich wiele z tych platform nie miałoby co sprzedawać, bo to właśnie pracę użytkowników, treści i dane wygenerowane z tej pracy w znacznym stopniu sprzedają.

Pamiętacie, jak do logowania do różnych serwisów musieliśmy przeczytać jakiś krzywy, niewyraźny napis z pola obok czy ponad polami logowania, i gdzieś go tam wstukać za pomocą klawiatury? Wszyscy pracowaliśmy w ten sposób za darmo na wielkim projekcie digitalizacji przez Google milionów książek i pomagaliśmy jego programom odcyfrować tekst wszędzie tam, gdzie druk się zatarł, był niewyraźny, lub skaner coś powyginał.

Dlatego właśnie zarobki informatyków w Dolinie Krzemowej i innych zagłębiach takiej „kreatywnej gospodarki” są tak absurdalnie wysokie. Żadna praca nie jest naprawdę, obiektywnie warta 300 czy 500 tys. dolarów rocznie. Jeśli ktoś otrzymuje takie wynagrodzenie, to jest to nie tyle płaca za jego pracę, co ustrukturyzowany jak płaca udział w zyskach. Zysk to z kolei niezapłacona część pracy. W tym wypadku pracy milionów, niekiedy miliardów tzw. użytkowników tych usług.

Najmniej w gronie FANG jest to jaskrawe w przypadku Netflixa, ale tylko dlatego, że tam, podobnie jak np. w Spotify, ten proces jest zapośredniczony i ukryty przez strukturalne przesunięcie momentu systemowej kradzieży pracy na inny podmiot w łańcuchu dostawców; jednocześnie najbardziej przypomina on tam tradycyjne formy wyzysku.

Z wyjątkiem największych gwiazd promowanych przez globalne monopole muzyczne, nikt nie zarabia za pośrednictwem Spotify tyle samo, co jego odpowiednik pokolenie wcześniej zarabiał na sprzedaży płyt, muzycy młodzi czy pozbawieni łaski wsparcia wielkiego, ponadnarodowego domu wydawniczego, pracują nierzadko prawie za darmo, za sam dostęp do publiczności. Spotify zarabia natomiast krocie, bo oferując tak niskie ceny krok po kroku wypiera z rynku inne sposoby nabywania muzyki przez odbiorców, działa na skalę globalną i takich darmowych i półdarmowych muzyków eksploatuje na masową skalę.

W podobny sposób Netflix czy Amazon Prime wypierają inne formy i kanały odbioru utworów audiowizualnych, kombinując globalny zasięg i dumpingowo niskie ceny. Długofalowo powoduje to, że do twórców trafia coraz mniejsza pula pieniędzy, a presja na koszty powoduje w przemyśle filmowym (jak i w innych przemysłach kultury) ekspansję darmowych staży, pracy za same punkty do CV i wieloletnie nawet odroczenia w płatnościach tantiem czy udziałów w zyskach dla tych, którym udaje się coś na tej pracy zarabiać. W wielu krajach nie jest już właściwie możliwe, by zostać filmowcem czy twórcą telewizyjnym bez finansowego wsparcia zamożnych rodziców (it’s official, w Wielkiej Brytanii progom dostępu do pracy w przemysłach kultury poświęcone było szeroko zakrojone badanie), ponieważ pierwszych kilka lat trzeba przepracować za darmo, a nawet do tego dokładać. Sprzyja temu wszystkiemu ideologia pracy twórczej jako pasji, poświęcenia, cierpienia, a rezultatem jest bezlitosna klasowa selekcja tych, którzy mają dostęp do takiej pracy.

Facebook i Google przechwytują nie tylko pracę swoich użytkowników, ale także – „netflixopodobnie”, spychając sam akt intensyfikacji wyzysku, na inne ogniwa w łańcuchu dostawców – pracę wykonywaną np. w prasie i telewizji. Dziennikarze i wydawcy wykonują pracę wytwarzania właściwych swoim mediom treści, ale ich przemysły tracą coraz większą część dostępu do strumienia przychodów z reklamy, przechwytywaną przez tych dwóch wielkich globalnych monopolistów dzięki temu, że stali się pośrednikiem w tych treści dystrybucji. Pieniądze, które kiedyś trafiałyby od reklamodawców np. do tytułów prasowych, dziś zatrzymują się w rozwieszonych przed nimi sieciach Google’a i Facebooka, gdyż to za ich pośrednictwem setki milionów ludzi dociera dziś do treści wytwarzanych przez prasę, od wiadomości przez komentarze opiniotwórcze i eseje o sztuce po filmy dokumentalne. Facebook okrada prasę nawet z dwóch stron jednocześnie: po pierwsze odbierając jej ogromną część tortu reklamowego wytwarzanego przez jej a nie Facebooka pracę, a po drugie wymuszając na wydawcach opłacanie z ich budżetu reklamowego widoczności własnych materiałów na największym portalu społecznościowym, pod groźbą postępującej utraty odbiorców. W rezultacie następuje degradacja warunków pracy w mediach aż po ekspansję pracy za darmo, za „exposure”, za same punkty do CV i obietnicę, że kiedyś będzie lepiej, bo tradycyjne media coraz częściej stają na krawędzi rentowności.

Oczywiście, przechwytywanie wartości przez silniejszych graczy nie jest samo w sobie zjawiskiem nowym w kapitalizmie. Np. monopol na handel jakimś towarem kolonialnym na rynkach międzynarodowych pozwalał przechwytywać nieproporcjonalnie dużą część jego wartości, okradając jego wytwórców przez niedowartościowanie ich pracy. Nowością jest stopień i skala tego zjawiska, fakt, że przewaga technologiczna dała kilku podmiotom bezprecedensowe pozycje monopolistów globalnych na stworzonych lub przejętych przez nie rynkach. Garstka podmiotów gospodarczych robi to na skalę planety, w błyskawicznym tempie, i w sposób w znacznej mierze niezauważony przez okradanych.

Kto miałby za to (bezwarunkowy dochód podstawowy) zapłacić?

Jedną z odruchowych ripost przeciwników bezwarunkowego dochodu, także lewicowych, jest „retoryczne” pytanie: skąd niby wziąć na to środki? Kto ma za to zapłacić? Nawet jeśli na początek nie mamy odwagi drukować pieniędzy, bo uwierzyliśmy na słowo monetarystom, choć kto jak kto, ale my jako lewica powinniśmy dawno wiedzieć, że ich teoria jest pseudonaukowa; nawet jeśli nie mamy jeszcze odwagi ani strategii, by skutecznie skonfiskować wszystko, co globalne elity poupychały w rajach podatkowych – to wcale nie jest tak, że nie ma z czego. No więc, kto miałby za to zapłacić? Na początek – oni, FANG z przyległościami. Wielkie globalne monopole technologiczne, które opierają swoją potęgę m.in. na różnych formach zmasowanej, strukturalnej, systematycznej kradzieży pracy miliardów z nas – na monetyzacji tego, co my dla nich zrobiliśmy i wciąż robimy za darmo. Może właśnie nadszedł czas, żeby te kolosy zaczęły za tę pracę płacić w formie podatku kierowanego na eksperymenty z uniwersalnym, bezwarunkowym dochodem dla każdego?

Tak zwani „lewicowi przeciwnicy bezwarunkowego dochodu” wyskakują czasem z argumentem, że my, jego zwolennicy, jesteśmy naiwniakami: zamiast wciąż mieć kompas na walkę o socjalizm, chcemy tylko dodać do kapitalizmu uniwersalny dochód niezależny od pracy, i roimy sobie, że nagle prysną wszystkie problemy i kapitalizm przestanie być systemem nie do utrzymania na dłuższą metę. Może myślą tak niektórzy liberalni zwolennicy bezwarunkowego dochodu, ale to nie znaczy, że my myślimy tak samo. Dla nas (patrz: Gorz, Williams i Srnicek, Frase, Szlinder chyba też) dochód taki powinien/może być krokiem kierującym nas we właściwym kierunku, szansą na wyjście z obecnego impasu, przerwanie błędnego koła, w którym kapitalizm w oczywisty sposób umiera, a jednak nie udaje się znikąd podważyć jego totalitarnej władzy.

Już samo to, że po wprowadzeniu bezwarunkowego dochodu nic się nie zawali, nie będzie nawet większej inflacji, nawet kiedy część bezwarunkowego dochodu na którymś etapie sfinansujemy, drukując w brakujące pieniądze (Japonia, która od dawna ustawicznie osuwa się w deflację, usiłuje wywołać inflację, zwiększając raz za razem podaż pieniądza, bez skutku), będzie miało ogromną moc odczarowującą jedynie słuszną teorię ekonomiczną, w której żyliśmy przez ostatnich kilkadziesiąt lat, unieważniając na masową skalę obowiązujący wciąż „zakaz myślenia” i otwierając przestrzeń dla polityczno-ekonomicznej wyobraźni. Podobnie jak zniesienie przymusu bezsensownej, niepotrzebnej bądź wprost szkodliwej społecznie lub ekologicznie pracy (większość pracy, jaką dziś wykonujemy, podpada pod jedną lub więcej z tych kategorii, wykonujemy ją, bo ktoś chce za nią zapłacić, a my musimy zapłacić za życie), uwolni zasoby ludzkie potrzebne na pracę tej wyobraźni i na rozwiązywanie problemów, których nie rozwiążą siły rynkowe, a których rozwiązanie poza rynkiem jest blokowane przez więzienie nas w pracy najemnej.

Opodatkowanie technologicznych gigantów na rzecz pierwszych programów dochodu uniwersalnego oczywiście uderzy w ich stopę zysku, być może nawet zachwieje ich rentownością. To nie jest problem, w każdym razie nie z punktu widzenia lewicy, dla nas to jest właśnie jak najbardziej pozytywny element tego scenariusza. W odpowiedzi mogłyby dostać ofertę nie do odrzucenia: same wnioskować o swoją nacjonalizację – lub „internacjonalizację”, kiedy już wymyślimy, jak w praktyce uspołecznić ponadnarodowe giganty – przez co zostałyby przekształcone, zgodnie z postulatami Morozova i Srnicka, w uspołecznione ponadnarodowe usługi publiczne. A czyż my nie zaoszczędzimy sobie w ten sposób przykrości związanych z rozlewem krwi koniecznym do wywłaszczenia ich kiedyś przemocą? Kilka pieczeni na jednym ogniu.

Oczywiście, taki przełom nie zacznie się w Polsce – państwie słabym, peryferyjnym, klienckim, „z tektury”, grabionym przez globalny kapitał i póki co bez żadnych postępowych ambicji, wręcz dumnym ze swojego zacofania, ale też po prostu niebędącym siedzibą żadnego z takich gigantów. Nawet dla tych, które mają w Polsce swoje oddziały z prawdziwego zdarzenia, Polska jest tylko rynkiem, nie oszukujmy się, najwyżej trzeciej kategorii. Niemniej jednak musimy prowadzić taką konwersację, spekulować, żeby być gotowymi w momencie zmiany międzynarodowego ekonomicznego układu sił. Nie ma dzisiaj stanowiska bardziej nieodpowiedzialnego z lewicowego punktu widzenia, niż naiwna wiara, że z obecnego kryzysu kapitalizmu można wyjść przywracając w jakiś magiczny sposób socjaldemokratyczne rozwiązania okresu powojennych „trzydziestu wspaniałych lat”.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Terence Eastburn

Myśliwi, wojownicy, informatycy

Na Dzień Kobiet (wczoraj) przypomniał mi się James Damore. Pamiętacie tego buca? To ten amerykański informatyk, który pod koniec minionego roku zdobył niespodziewanie światową sławę mizoginicznym „memo” opublikowanym przezeń na wewnętrznych platformach komunikacyjnych jego ówczesnego miejsca pracy, Google. Damore czuł się – jako biały, heteroseksualny mężczyzna – „dyskryminowany” przez panującą w Google „monokulturę politycznej poprawności”, która między innymi usiłuje „promować” kobiety. Zdaniem Damore’a w technologicznych gigantach Doliny Krzemowej są one tak słabo reprezentowane nie za sprawą żadnych przeszkód systemowych tylko różnic w „naturalnych”, „biologicznych” predyspozycjach między mężczyznami a kobietami. IT byłaby jakoby środowiskiem odpowiadającym „naturalnym” predyspozycjom mężczyzn, podczas gdy „naturalne” predyspozycje kobiet realizują się w innych branżach, polach aktywności zawodowej i życiowej. Kiedy memo Damore’a zaczęło szaleć nie tylko w biurach Google’a, ale już po całym internecie, kalifornijski gigant technologiczny zwolnił Damore’a pod zarzutem wzywania do dyskryminacji.

Jest wiele punktów, od których można zacząć krytykę esencjalistycznych argumentów Damore’a o „naturalnych” właściwościach mężczyzn i kobiet, i już to chyba z każdej z nich zrobiono.

Że sektor technologiczny ma problem z dyskryminacją, kobiet i kolorowych mężczyzn (innych niż Hindusi, przynajmniej w świecie anglosaskim) i jeśli pion HR w Google’u jest przynajmniej świadomy istnienia takiego problemu, to to akurat świadczy na ich korzyść. Zabawne, że Damore przekonywał (póki co przegrał w amerykańskim odpowiedniku sądu pracy), że dowodem na to, że padł ofiarą dyskryminacji, jest fakt, że zwolniono go, pomimo iż przedtem dostawał roczną premię w akcjach Google o wartości 150 tys. $. Tymczasem nie każdy w Google’u dostaje taką premię i choć zgaduję, to obawiam się, że przy bliższej inspekcji wyszłoby jednak, że mężczyźni częściej niż kobiety, całkiem więc możliwe, że ta jego premia mogłaby być dowodem w zupełnie innej sprawie.

Że argumentacja wiążąca współczesne „męskie” zawody z tym, że „to mężczyźni byli kiedyś myśliwymi”, a kobiety „zbierały jagody i przytulały dzieci” to pseudonauka, podobnie jak prawie cała psychologia ewolucyjna, z której katalogu większość z tych mądrości się wywodzi. Sposoby zdobywania pożywienia i zaspokajania potrzeb to rzeczy, których się uczymy od innych ludzi, a inni potem od nas, wszystko w odpowiedzi na warunki ekologiczne i ekonomiczne, w jakich żyjemy. Rzeczy wyuczone nie stają się cechami dziedziczonymi potem przez dzieci. Jeżeli ktoś z nas zostawiony na tydzień sam w lesie będzie wiedział, jak sobie dopaść własnoręcznie jakieś mięso, to tylko, jeśli od kogoś się wcześniej nauczył, w przeciwnym razie szybko przekonamy się, że ta umiejętność nie jest wcale zapisana w naszych genach, nawet jeśli jesteśmy akurat mężczyzną. Choć zdolność mówienia i myślenia w języku jest naszą cechą biologiczną, gatunkową, to dzieci mówią wyłącznie w tych językach, w których ktoś wcześniej mówił do nich, a nie w tych, którymi mówili nieznani im przodkowie.

Że nie dziedziczymy cech po przodkach tej samej płci, co nasza – nawet gdybyśmy jednak dziedziczyli zdolności przez naszych przodków wyuczone. Nie wiadomo, dlaczego miałaby to być prawda akurat na tej płaszczyźnie, skoro widzimy we własnych rodzinach na pierwszy rzut oka, że innych cech nie dziedziczymy w taki sposób. Ja mam kolor oczu po ojcu a kształt nosa po matce.

Że może i owszem, mózg dorosłej kobiety różni się trochę od mózgu dorosłego mężczyzny, ale mózgi dwóch osób tej samej płci, z których jedna od dzieciństwa codziennie grała na skrzypcach, a druga nigdy nie uczyła się muzyki, też się różnią. Mózg się zmienia i rozwija w zależności od tego, co robi, czego się uczy, do czego jest stymulowany; nie jest cały z góry i do końca zaprojektowany w momencie zapłodnienia. Od wczesnego dzieciństwa każemy chłopcom i dziewczynkom robić inne rzeczy, jednym zabraniamy płakać, innym zabierać głos „bez potrzeby”, jednym każemy biegać i kopać piłkę, a drugim siedzieć cicho. Jak pod koniec tego procesu ich mózgi miałyby wyglądać tak samo?

Wreszcie, że programiści znaleźli się w rzekomo oczywistym łańcuchu „naturalnie męskich” zajęć, ciągnącym się od polowania i wojny, dopiero w latach 80. XX w., kiedy to wydziały związane z informatyką na politechnikach i uniwersytetach zostały zdominowane przez mężczyzn wraz z rosnącym ekonomicznym uznaniem, znaczeniem i prestiżem programowania i okolic w „nowej gospodarce”. W takich np. latach 50. czy 60. XX w. programistki znajdowały się w analogicznym ciągu „naturalnie kobiecych” zajęć wymagających „naturalnie kobiecych” przymiotów cierpliwości, zdolności wykonywania zadań żmudnych i powtarzalnych, itd. Dokładnie jak opieka nad dziećmi i sprzątanie.

Ale wcale naprawdę nie chciałem tutaj pisać drobiazgowej polemiki z myśleniem à la Damore. Nie mam dla niej czasu ani cierpliwości, a Internet pienił się od nich w zeszłym roku, kiedy karierę zrobiło jego memo. Nie ma nic nowego w tym, że nierówności są przez ich beneficjentów (np. białych, heteroseksualnych mężczyzn o konserwatywnych poglądach, otrzymujących co roku premię w akcjach Google o wartości 150 tys. $) przedstawiane nie jako nierówności właśnie tylko jako różnice, oczywiście naturalne. Bo to ich urządza.

To wszystko miało natomiast stanowić rozbudowane wprowadzenie do prawdziwego tematu, który skłonił mnie, żeby tę notatkę naprędce (między rozmowami w sprawie pracy, nomen omen) napisać: czy współczesna antropologia ma odpowiedź na pytanie o pochodzenie podziału ról innych niż prokreacyjne na męskie i żeńskie, czyli pochodzenie płciowego podziału pracy?

Naszymi najbliższymi krewnymi wśród naczelnych są szympanse i bonobo, mieliśmy wspólnego przodka, nasze gałęzie ewolucyjne rozdzieliły się pięć milionów lat temu. Szympanse i bonobo polują czasem w grupach, a nawet „chodzą na wojnę”, tzn. walczą czasem z innym stadem o terytorium. And guess what? Samice uczestniczą w jednym i drugim. Ze względu na nasze bliskie pokrewieństwo, nie ma powodu sądzić, że wśród naszych prehistorycznych przodków było inaczej.

Największy żyjący francuski antropolog, Maurice Godelier (jego detronizująca Lévi-Straussa książka o metamorfozach struktur pokrewieństwa wciąż oczekuje na polski przekład) jest przekonany, że u źródeł płciowego podziału pracy leży społeczny wynalazek, uniwersalnie wdrożony, który w najbardziej radykalny sposób dokonał separacji człowieka od reszty królestwa zwierząt: udomowienie ognia. A więc nie natura a kultura. Przyjmuje się, że miało ono (udomowienie ognia) miejsce około 500 tys. lat temu, już przez homo erectus, choć był to długi i stopniowy proces, który toczył się w różnych częściach świata w różnym tempie; nasi przodkowie żyli wtedy w niewielkich, społecznościach, które dzieliły dystanse utrudniające szybkie przekazywanie sobie wiedzy.

Nasza kolektywna pamięć, „gatunkowa podświadomość”, by tak rzec, nie straciła wszystkich wspomnień po czasach sprzed płciowego podziału pracy, choć trzeba ich szukać pomiędzy wierszami form, które uległy daleko posuniętej transformacji. Symboliczne ślady są tu i ówdzie zamrożone w rezerwuarach mitów, nawet takich, które wciąż całkiem dobrze pamiętamy. Lévi-Strauss odkrył kiedyś, że są dwie grupy, na które dzieli się większość prastarych mitów ludzkości, w zależności od tego, kiedy powstały: paleolityczne i neolityczne. Paleolityczne opowiadają (wprost, pośrednio lub metaforycznie) o opanowaniu ognia właśnie. Neolityczne o opanowaniu ziemi i cykli przyrody, pór roku, itd., czyli o rolnictwie (wprost, pośrednio lub metaforycznie).

Jeden taki paleolityczny mit wszyscy znamy, to ten o Prometeuszu. Mówi on w swojej rzadziej przypominanej części, że zanim ludzie poznali dzięki Prometeuszowi ogień, nie było wśród nich jeszcze kobiet. Sami mężczyźni. Mówi on też, że wykiwany Zeus za kradzież ognia ukarał nie tylko Prometeusza (przykuwając go do skały i skazując na wyrywanie mu wciąż odrastającej wątroby przez orła); pokarał także ludzi, zsyłając pośród nich pierwszą kobietę, Pandorę, która potem otworzyła puszkę z nieszczęściami. Oczywiście, sympatyzując z feminizmem, łatwo, zwłaszcza za sprawą tej ostatniej bohaterki, zatrzymać się na mizoginicznym poziomie/aspekcie rzeczonego mitu i przeoczyć, że w poprzedzającym opanowanie ognia świecie „bez kobiet” zastygła w nim, w symbolicznym, zwodniczym kamuflażu, odległa pamięć o czasach, w których nie było płciowego podziału pracy. Kobiety nie istniały w tym sensie, że nie dzielił ich od mężczyzn podział pracy a z nim cała jego symboliczna obudowa (albo nadbudowa). Podział ról na męskie i żeńskie jest karą (ceną) za ogień.

Godelier (w Metamorfozach pokrewieństwa, przekład mój, naprędce, na podstawie wydania angielskiego, bo takie mam):

Zwierzęta spożywają swój pokarm na surowo i boją się ognia. Ogień jest zarazem bronią i narzędziem. Posiadanie ognia umożliwiło ludziom ochronę przed dzikimi zwierzętami i przed zimnem. Umożliwiło im wykorzystywanie zasobów – roślin w szczególności – które nieugotowane są niejadalne. Dało im dostęp do nowych, zimnych obszarów globu i oczywiście umożliwiło przetrwanie ostatnich epok lodowcowych […]. Ale ponad wszystko, ogień popchnął przodków człowieka do stworzenia miejsc, w których jedzenie było gotowane i się nim dzielono, obozowisk odrębnych od miejsc, w których dziczyzna była zabijana i rozkrawana.

[…]

Ogień musiał być podtrzymywany i chroniony przed wiatrem, deszczem, itd. Te operacje wymagały ze strony społeczeństwa pewnej organizacji, podziału pracy pomiędzy płciami i pokoleniami. Stąd współpraca dla dobra grupy, która używała ognia do gotowania, ogrzewania się i ochrony. A podczas gdy uczyli się używać ognia jako narzędzia ochrony, ludzie musieli się też nauczyć, jak chronić siebie przed ogniem, jak trzymać dzieci z dala od niego.

Trzymać dzieci z dala od ognia. Skoro to kobiety rodziły i karmiły piersią dzieci, to one zostały też z nimi przy ognisku, żeby młode się nie poparzyły. Ale „naturalność” tego rozszerzenia nie była wcale biologiczna, była już operacją społeczną i symboliczną. Tak opanowanie ognia, jak i zmiany, które zaszły w jego konsekwencji, były naszą (jako ludzi) aktywną interwencją w warunki i sposoby naszego wspólnego istnienia, czyli kulturą.

Są to kluczowe fakty z punktu widzenia analizy okoliczności, które doprowadziły do powstania, w grupach protoludzkich, do społecznych komórek prokreacji i wychowywania dzieci, w których dorośli mężczyźni i kobiety wspólnie pracowali. Ogień to więc początek gotowania pożywienia oraz nowego podziału pracy między mężczyznami a kobietami.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu nad tekstem: Moses Odunmbaku

_20180309_162130

Planalto 2018

W 2018 roku w co najmniej trzech krajach będą miały miejsce wybory, których znaczenie wybiegnie daleko poza tych krajów granice. O ile w Rosji raczej nie będzie niespodzianek – na kolejnej kadencji na Kremlu pozostanie zapewne Władimir Putin – to wyniki wyborów we Włoszech (parlamentarne) i w Brazylii (prezydenckie, do Kongresu Narodowego i władz stanowych) są znacznie trudniejsze do przewidzenia. Sytuacja polityczna we Włoszech jest chaotyczna, młodzi mają zdecydowanie dość status quo, a system bankowy wisi na włosku. Od Włoch może się zacząć kolejna fala wstrząsów targających całą strefą euro (lub Unią Europejską w ogóle). Jednak największą enigmą tego roku są wybory w Brazylii, których rezultat może przesądzić o losach lewicy na całym kontynencie południowoamerykańskim na nie wiadomo jak długo.

Planalto i rzezba

Os Candangos – pomnik budowniczych Brasilii (w głębi Pałac Planalto)

Charles de Gaulle, już jako prezydent Francji, podobno powiedział kiedyś: „Brazylia to nie jest poważny kraj”. To było jednak dawno. Kilkanaście lat rządów Partido dos Trabalhadores Luli da Silvy wyprowadziło największy kraj Ameryki Łacińskiej na pozycję regionalnego mocarstwa, niezwykle aktywnego i skutecznego na arenie międzynarodowej (BRICS, inicjatywy południowo- i latynoamerykańskie, intensyfikacja współpracy gospodarczej z Afryką i Bliskim Wschodem). Administracje Luli (2003-2011) i jego następczyni Dilmy Rousseff (2011-2016) nigdy nie zdołały wyjść poza neoliberalizm, poprzestając na polityce jego hamowania, buforowania i neutralizowania negatywnych konsekwencji, a także awansu Brazylii w globalnej strukturze władzy ekonomicznej. Jednak potężny (także militarnie) sąsiad z sercem po lewej stronie i determinacją, by prowadzić politykę międzynarodową asertywną wobec Waszyngtonu, utrzymywał nieformalny polityczny i ekonomiczny parasol ochronny również nad bardziej radykalnymi projektami politycznymi w mniejszych krajach zachodniej półkuli (Wenezuela, Boliwia, Ekwador, Kuba), powstrzymując znacząco amerykańskie zapędy do ingerowania w politykę państw regionu. Jeśli w październiku 2018 urząd w Pałacu Planalto w Brasilii obejmie przedstawiciel neoliberalnej prawicy (jak to już się stało w Argentynie), może to się okazać katastrofą dla całej Ameryki Południowej. Jeżeli prezydentem zostanie jednak któryś z kandydatów lewicy, może się okazać, że „różowa fala” Ameryki Południowej nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Wyniki wyborów są trudne do przewidzenia nawet jak na standardy świata post-2016. Wszystko dlatego, że najpopularniejszy polityk w kraju, Lula da Silva (sondaże z ostatnich miesięcy dawały mu między 37% a 45% poparcia), najprawdopodobniej zostanie z możliwości udziału w nich wykluczony. Prawica, której udało się, w drodze parlamentarnego zamachu stanu dla niepoznaki nazywanego impeachmentem, usunąć z urzędu Dilmę Rousseff, zamierza – przy pomocy aparatu sprawiedliwości, który zbyt często jest z nią organicznie związany – za wszelką cenę wsadzić Lulę jeszcze przed wyborami do więzienia. Sąd kolejnej instancji potwierdził wyrok dziesięciu lat więzienia dla byłego prezydenta (za rzekomą korupcję), i choć dostępna Luli droga apelacji nie została jeszcze wyczerpana, polityczny charakter tych wyroków nie zostawia zbyt wiele nadziei, że kolejna instancja orzeknie inaczej. A jak orzeknie, to prawica ma w zanadrzu jeszcze inne postępowania przeciwko Luli.

Na rozdrobnionej scenie politycznej Brazylii, na której kotłuje się ponad dwadzieścia partii politycznych o nazwach często pozbawionych związku z ich faktycznym profilem ideowym („socjaldemokracja” jest, na ten przykład, centroprawicowa), nierzadko zresztą w ogóle nieobecnym – usunięcie najpopularniejszego kandydata powoduje, że przewidzenie wyniku jest niemal zupełnie niemożliwe.

Mówi się, że gdyby prawicy udało się wsadzić Lulę przed wyborami do więzienia, PT w ostatniej chwili wystawi na jego miejsce byłego burmistrza São Paulo Fernando Haddada. Haddad wywodzi się z ogromnej społeczności paulistanos pochodzenia libańskiego i był burmistrzem największego miasta południowej półkuli w okresie brutalnie tłumionych przez policję protestów w roku 2013. Nie on był za brutalność policji odpowiedzialny – w kraju, w którym jest ona formacją militarną, rozkazy wydał prawicowy gubernator stanu São Paulo – ale pamięć o tych wydarzeniach na pewno nie zapewni Haddadowi popularności na miarę Luli. Jego potencjalna kandydatura jest jednak zupełnie nieoficjalna; PT idzie w zaparte – jej kandydatem pozostaje niezmiennie Lula.

Trudno sobie wyobrazić, że urzędujący obecnie prezydent Michel Temer (neoliberalna prawica) stanie do wyborów. W zasadzie wisi nad nim wciąż sądowy zakaz startowania w jakichkolwiek wyborach (na osiem lat, za nieprawidłowości w finansowaniu ostatniej kampanii). Na urząd nie został wybrany w żadnych wyborach, wstąpił na niego drogą automatycznej procedury po impeachmencie Dilmy Rousseff. Wcale nie wykluczone, że oligarchowie wymyśliliby jednak jakąś sztuczkę prawną, żeby umożliwić mu kandydowanie, tak jak impeachmentu presidenty Rousseff dokonali, pomimo iż nie udowodniono jej żadnego deliktu konstytucyjnego. Jednak jego prezydentura, upływająca pod znakiem zamrożenia programów społecznych odziedziczonych przez PT i wyprzedaży zasobów państwowych, cieszy się rekordowo niskim poparciem – jedynie 2% społeczeństwa (dla porównania Lula zamknął swoją drugą kadencję poparciem w okolicach 90%). Cztery czwarte Brazylijczyków najchętniej widziałyby Temera w więzieniu (jego koledzy w niższej izbie parlamentu, póki co, ochronili go przed kryminalną odpowiedzialnością za korupcję).

Tres Poderes

Praça dos Três Poderes (Plac Trzech Władz) w Brasilii

Najpopularniejszym spośród pozostałych kandydatów jest skrajnie konserwatywny demagog Jair Bolsonaro. Jego występy upstrzone są ostentacyjną homofobią, mizoginią i rasizmem, a także pochwałami dyktatury wojskowej z lat 1964-84. Głosując za impeachmentem Rousseff w 2016, Bolsonaro zadedykował swój głos tym, którzy ją w czasie dyktatury torturowali (była wtedy w szeregach radykalnej marksistowskiej guerilli). Bolsonaro ma też jednak w sondażach najwięcej opinii kategorycznie go odrzucających – w drugiej turze ta część Brazylijczyków będzie pewnie głosować na zasadzie „każdy, byle nie Bolsonaro”.

Problem w tym, że tym każdym może się okazać zupełny pajac. Luciano Huck, biznesmen i gwiazdor potężnej prywatnej sieci telewizyjnej Globo, tej samej, która wspierała zamach stanu w 1964 i prowadziła aktywną kampanię niszczenia Dilmy Rousseff. Człowiek bez doświadczenia politycznego, gospodarz sobotniego rozrywkowego programu. Jego kandydatura nie jest jeszcze oficjalna, ale dużo się o niej mówi. Huck nie ma żadnego profilu politycznego, jego program telewizyjny jest z gatunku tych „o niczym”, ale partiom centroprawicy zdesperowanej tym, że nie potrafi wystawić wystarczająco popularnego „poważnego” kandydata, mógłby zaoferować swoją ogromną popularność i rozpoznawalność. Głosować może na niego jego telewizyjna publiczność, jak również Brazylijczycy zniechęceni do swojej klasy politycznej w ogóle (jego brak doświadczenia może się dla nich okazać zaletą).

Inni liczący się kandydaci? Marina Silva, była ministra środowiska za pierwszej kadencji Luli, wywodzi się ze społeczności Brazylijczyków pochodzenia afrykańskiego; kandydowała już na najwyższy urząd w 2010 i 2014. Kandydatem lewicowej Demokratycznej Partii Pracy jest Ciro Gomes. Nie są wystarczająco popularni, ale poparcie może im wzrosnąć, jeśli Lula zostanie ostatecznie wyeliminowany. Z ugrupowań na lewo od PT, Partia Socjalizmu i Wolności (PSOL) może wystawić Guilherme Boulosa. Centroprawicowa Partia Brazylijskiej Socjaldemokracji (PSDB) chce wystawić Geraldo Alckmina, gubernatora stanu São Paulo (to on urzędował już wtedy, gdy Fernando Haddad był burmistrzem stołecznego miasta tego stanu).

W sumie kandydatów w wyborach prezydenckich może startować blisko dwudziestu.

Brazylia zajmuje drugie (po USA) miejsce pod względem całkowitych kosztów pochłanianych za każdym razem przez kampanie wyborcze, stąd tak łatwo o przewagę kandydatom popieranym przez wielki kapitał lokalny i transnarodowy. Wszystkie wielkie media znajdują się w ręku pięciu spośród najzamożniejszych rodzin w kraju i zawsze prowadziły bezlitosną kampanię przeciwko najpopularniejszym kandydatom lewicy. Media publiczne w europejskim sensie tego słowa, które miałyby obowiązek oddawania minimum formalnej sprawiedliwości (pod postacią choćby czasu antenowego) różnym partiom politycznym, w Brazylii nie istnieją. Brazylijski ustrój polityczny jest kombinacją silnej administracji prezydenckiej à l’américaine i ordynacji proporcjonalnej na wzór europejski w Kongresie Narodowym. Przy ogromnej ilości partii politycznych, z których wiele nie powstało wokół żadnej politycznej wizji a jako kliki karierowiczów połączone jedynie pragnieniem wspinania się po drabinie aparatu państwa, pozornie silna administracja prezydencka zmuszona jest do organizowania karkołomnych, zwykle krótkotrwałych koalicji, by przeprowadzić każdą znaczącą zmianę. Brazylia jest republiką federacyjną, która przyznaje poszczególnym stanom określoną liczbę reprezentantów w obydwu izbach Kongresu. Ich proporcje od dawna jednak nie odzwierciedlają przemian demograficznych kraju. Słabo zaludnione, najbardziej zacofane ekonomicznie stany z największą koncentracją własności ziemskiej w rękach nielicznych rodzin są najbardziej nadreprezentowane w Kongresie, kosztem najludniejszych stanów południowych o znacznie bardziej postępowej strukturze elektoratu i większym dostępie do machiny wyborczej dla kandydatów bez wsparcia wielkiej własności ziemskiej. Połączone, wszystkie te czynniki stanowią ogromną barierę dla postępowej polityki w Brazylii i doskonałą strukturę zabezpieczającą długofalowo interesy oligarchów.

W piątek 16 lutego prezydent Temer ogłosił, że przekazuje kontrolę nad bezpieczeństwem w Rio de Janeiro bezpośrednio wojsku – pierwsza taka sytuacja, odkąd wojskowi oddali władzę w latach 80. XX wieku. Decyzja ta pociągnęła za sobą natychmiastową rezygnację z urzędu gubernatora stanu Rio de Janeiro. Oficjalnym powodem są dramatyczne statystyki przestępczości, zwłaszcza tej najbardziej brutalnej, z użyciem broni, w połączeniu z okresem największego ruchu turystycznego w Rio de Janeiro (Karnawał). Jest jednak mało prawdopodobne, że wojsko na ulicach poprawi bezpieczeństwo, sytuacja może się równie dobrze przekształcić w regularną wojnę z gangami narkotykowymi w fawelach. Ten stan wyjątkowy prezydent Temer ogłosił na czas nawet do końca roku. Jest to niepokojący sygnał w kraju z taką historią militarnej interwencji w politykę. Trudno nie zadawać sobie pytania, czy oligarchowie nie testują możliwości lub po prostu nie przygotowują się do użycia siły w okresie okołowyborczym.

Planalto guards

Ochrona przed Pałacem Planalto

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 22 lutego 2018 na portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brasilia Kongres Narodowy

Wieże gmachu Kongresu Narodowego w Brasilii

Kryzysu dyplomatycznego nie było

Za sprawą ustawy o IPN polscy antyfaszyści o mały włos nie znaleźli się w Warszawie w kuriozalnym położeniu: zmuszeni do obrony przed polskimi rasistami ambasady najbardziej rasistowskiego państwa świata; do obrony przed tymi, którym faszyzm w Polsce dopiero się marzy – ambasady państwa będącego wzorem i ideałem dla rasistowskiej, faszyzującej prawicy na całym świecie. Tej w Polsce też, tylko ta polska jeszcze nie wymyśliła, jak przezwyciężyć wewnętrzną sprzeczność między podziwem dla bezwstydu, z jakim Izrael stosuje przemoc wobec „niewłaściwej rasowo” ludności na kontrolowanym przez siebie terytorium, a własnym „tożsamościowym”, „organicznym” przywiązaniem do tropów antysemickich.

Czy profesora Zybertowicza MaBeNa to nie ma być taka polska Hasbara? Czy Instytut Solidarności i Męstwa nie jest pomyślany jako polskie Jad Waszem? Czy ministra Glińskiego i innych prawicowców marzenia, by polskie kino podbiło wyobraźnię światowej publiczności epickimi filmami rozpamiętującymi widowiskowo polskie męczeństwa historyczne nie biorą się z zazdrości o kapitał polityczny zbity przez Izrael na eksploatacji obrazów hitlerowskiego ludobójstwa Żydów? Czy pozywanie zagranicznych dziennikarzy i polityków za „szkalowanie Polski” nie byłoby takim trochę izraelskim lawfare na miarę naszych możliwości? Czy polski rząd nie kupuje od Izraela technologii wojskowych przetestowanych przez to państwo na Palestyńczykach (a także Syryjczykach czy Libańczykach)?

Kryzys-widmo, kryzys-ściema

Do konfrontacji antysemitów z antyfaszystami i antyrasistami przed ambasadą Izraela w Warszawie 31 stycznia nie doszło, bo wojewoda ze względów bezpieczeństwa zablokował możliwość demonstrowania komukolwiek. Sądzi się szeroko, że było to motywowane obawą rządu Prawa i Sprawiedliwości przed konsekwencjami obrazów z takiego wydarzenia dla wizerunku Polski na świecie oraz przed ryzykiem dalszej eskalacji „kryzysu dyplomatycznego” wywołanego przez ustawę o IPN. Paradoksalnie decyzja ta chwilowo uchroniła również i lewicę, która miała zamiar stawić się tam z antyfaszystowską kontrdemonstracją, przed ciężkim problemem wizerunkowym i symbolicznym. Jaką przekonującą i spójną narrację antyrasistowską można by skutecznie proponować, gdyby z wizerunkiem antyfaszystowskiej lewicy na trwałe zrosły się obrazy – bo pewnie doszłoby do aktów przemocy – „bohaterskiej obrony” ambasady najbardziej rasistowskiego dziś państwa na świecie?

A jeśli żadnego „kryzysu dyplomatycznego” nie było? Co najwyżej drobna scysja w wielkiej rodzinie współczesnej rasistowskiej prawicy? A może nawet komedia dawno przygotowana i odgrywana przez obydwie strony, polską i izraelską? W której to komedii co najwyżej jakiś drobny szczegół wyrwał się czasem spod kontroli?

Liberalna prasa rozpisuje się o tym, że Kaczyński usiłuje konsolidować władzę swojej partii i neutralizować napięcia wewnątrzkrajowe przez odwracanie społecznej uwagi w stronę coraz to nowych zewnętrznych wrogów. Wygląda to wszystko, jakby nikt w polskiej prasie nie wiedział lub nie pamiętał, że polski rząd podpisał z rządem izraelskim w listopadzie 2016 roku Memorandum of Understanding, którego postanowienia wiszą po dziś dzień na stronach izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, po angielsku. Wynika z nich, że Izrael już wtedy przyjął doskonale do wiadomości, że Polska będzie walczyć z „Polish death camps” i innymi formami tego, co Warszawa uważa za oczernianie naszego narodu i zniekształcanie historii II wojny światowej.

Jeżeli Polska nie przestanie kupować izraelskiego uzbrojenia i głosować po myśli Izraela w Zgromadzeniu Ogólnym i Radzie Bezpieczeństwa ONZ, będzie to pośredni dowód, że żadnego kryzysu nie było; wszystko, co najważniejsze, od dawna było obgadane, reszta to farsa dla gawiedzi i ściema dla żurnalistów w obu krajach. „Haaretz” właśnie podaje, że Izrael chce być gospodarzem szczytu państw Grupy Wyszehradzkiej.

Odświeżona cnota premiera Netanjahu

Rząd Binjamina Netanjahu i konstelacja powiązanych z nim organizacji nie mają żadnych problemów z utrzymywaniem przyjaznych stosunków z rządami i partiami politycznymi innych państw, w których szeregach brylują otwarci antysemici (administracja Trumpa, rząd Orbana na Węgrzech, skrajna prawica w Austrii). Tak długo, jak ten antysemityzm jest dodatkiem do odgrywającego główną rolę, kluczowego dla interesów Izraela, rasizmu wymierzonego w muzułmanów i Arabów. Antysemityzm, prawdziwy lub wyssany z palca (jak „antysemityzm w Labour Party”, kryzys wysmażony z niczego przez izraelskich agentów), przydaje się też do skłaniania miejscowych Żydów do emigracji do Izraela (Netanjahu marzy o takiej fali zwłaszcza z Francji).

W plemiennej, zerojedynkowej przestrzeni polskiej polityki, zdemolowanej ćwierćwieczem dominacji dwóch pozornie rywalizujących narracji, neoliberalnej i katolicko-narodowej, wszystko działa na zasadzie: kto nie z nami, ten z PiS; kto przeciwko PiS, ten z nami. Tak więc wszystko, co się podniosło przeciwko ustawie o IPN czy przy tej okazji przeciwko rządowi PiS, zostało automatycznie i bezrefleksyjnie połączone w jeden zestaw wartych tyle samo głosów słusznego oburzenia. Netanjahu i inni politycy najbardziej rasistowskiego państwa świata stali się nagle głosem jakiejś uniwersalnej etycznej wyroczni. Przy całej odrazie, na jaką zasługują ONR i Młodzież Wszechpolska, a także cynicznie manipulujący rasistowskimi motywami PiS, nikt w tych organizacjach nie ma jednak na sumieniu nawet ułamka zbrodni, jakie obciążają premiera Netanjahu. Naftali Bennett, którego wizyta w Polsce została anulowana, jako bohater wywiadu „Tygodnika Powszechnego” moralizuje o tym, jak źle się dzieje, gdy zaczynamy manipulować historią, nieniepokojony przez szlachetne pismo takimi drobiazgami, jak jego stosunek do rasistowskiej przemocy uskutecznianej przez jego rząd dzisiaj. Bennett jest ministrem edukacji w kraju, w którym ze szkół usuwa się powieści o żydowsko-arabskiej miłości i zakazuje się nauczania prawdy historycznej o krwawych czystkach etnicznych. Tych, które w latach 1947-48 położyły podwaliny pod Państwo Izrael i zrodziły nigdy nie rozwiązany problem milionów palestyńskich uchodźców. Bennett jest też jednym z najaktywniejszych orędowników czystek etnicznych prowadzonych przez Izrael obecnie na Zachodnim Brzegu Jordanu.

Nieszczęściem kraju z lewicą sprowadzoną do parteru, zredukowaną do wąskiego marginesu, pozbawioną zasobów jest, że z pozycji swojej słabości zbyt często i zbyt łatwo – z rozpędu, pośpiechu lub zmęczenia – lewica ta reaguje odruchowym oburzeniem i podłącza się do plemiennej dynamiki polskiego pola politycznego. Skoro zły rząd PiS wywołał gniewną reakcję ze strony izraelskich polityków (która i tak była ściemą), to nagle Binjamin Netanjahu, Naftali Bennett i Jair Lapid stają się moralnymi wyroczniami nawet dla lewicy, z jakiegoś powodu zawieszamy polityczną ocenę pozycji, z jakich oni sami się wypowiadają (powtórzmy – jeszcze bardziej rasistowskich niż pozycje PiS). Skoro PiS mógłby (choć to na pewno ściema) doprowadzić do pogorszenia stosunków dyplomatycznych z Izraelem, to nagle staje się to bardzo dla nas wszystkich cenne, żebyśmy mieli świetne stosunki.

Rasizm Państwa Izrael

Izrael jest jedynym współczesnym państwem, które otwarcie i bez żenady segreguje swoją populację (populację, nad którą ma władzę) na podstawie jej etnoreligijnego pochodzenia – na kategorie zróżnicowane pod kątem biernych i czynnych praw wyborczych, praw społecznych i ekonomicznych, a nawet prawa do życia, które w przypadku Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych nie podlega żadnej ochronie przed przemocą ze strony izraelskich żołnierzy czy osadników. Kilka dni temu izraelski „Haaretz” podał, że izraelscy żołnierze urządzili sobie safari na palestyńskiego nastolatka, ścigając go samochodami i celując mu w głowę. Chłopak zginął. Możemy być pewni, że nikt za to nie odpowie, bo jak Neve Gordon pisał już w 2008, od 1987 (od Pierwszej Intifady) izraelscy żołnierze z zasady nie są pociągani do odpowiedzialności za zabijanie Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych, nawet za zabijanie dzieci. Przemoc taka w ostatnich miesiącach uległa jedynie intensyfikacji. Jest dopiero luty i już troje dzieci w tym roku dostało kulę w głowę za rzucanie kamieniami. Izrael usiłuje obecnie doprowadzić do reeskalacji wojny w Syrii (w której wywołaniu odegrał jedną z głównych ról) oraz jej rozszerzenia na inne państwa regionu (Iran i Liban). W planie globalnym, jak wykazuje Jeff Halper, Izrael jest jednym z kluczowych punktów autorytarnego, faszyzującego dryfu, z jakim mamy obecnie do czynienia w nawet tradycyjnie silnych demokracjach liberalnych. Od Stanów Zjednoczonych po Indie, Izrael jest bowiem globalnym dostawcą technologii (od zbrojeniowych po polityczne) sprawowania brutalnej, urasowionej władzy w warunkach permanentnego kryzysu społecznego.

Nie ma żadnego powodu, by polska lewica martwiła się pogorszeniem stosunków z Izraelem. Obowiązkiem każdej szanującej się, ideowej lewicy jest żądanie ich pogorszenia. Degradacji stosunków dyplomatycznych do poziomu konsularnego (jak uczyniła RPA), odmowy akredytacji ambasadorów z rasistowskimi życiorysami (jak Brazylia), lub całkowitego zerwania stosunków (jak Kuba, Boliwia czy Maroko). Dopóki Izrael nie przestanie sobie urządzać kpin z prawa międzynarodowego, a izraelski apartheid i okupacja Terytoriów Palestyńskich nie upadną.

Precz z rasizmem – polskim i izraelskim

Organizatorzy niedoszłej kontrdemonstracji z warszawskiego Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego mieli trafne przeczucia i początkowo w informacji na stronie wydarzenia na Facebooku podkreślali, że stawiają opór polskiemu antysemityzmowi, jednocześnie odcinając się od polityki Izraela, przed którego ambasadę zamierzali się zejść nacjonaliści. Szybko musieli ten opis zmienić, usuwając z niego frazy krytyczne wobec Izraela, gdyż zostali zbombardowani wyrazami oburzenia płynącymi z lewicy. „Jak tak można akurat teraz?!”

Tymczasem było to jedyne odpowiedzialne i spójne antyrasistowskie stanowisko. Byłoby ono przyjęte jako oczywiste w każdej analogicznej sytuacji. Wyobraźmy sobie, że skrajna prawica organizuje islamofobiczną demonstrację przed ambasadą Arabii Saudyjskiej, bo akurat tę ambasadę znaleźli i potrafili sprawdzić, że jest to z całą pewnością kraj muzułmański. Czy antyfaszystowska lewica musiałaby się tłumaczyć ze słów, że wychodzi z kontrdemonstracją przeciwko islamofobom, co nie znaczy, że broni polityki Arabii Saudyjskiej (zbrodnie wojenne w Jemenie, monstrualne liczby wyroków śmierci, itd.), a organizacja tej demonstracji akurat tam jest jedynie skutkiem głupoty narodowców? Wydaje mi się, że zostałoby to przyjęte z naturalnym zrozumieniem. Przyzwoity politycznie człowiek potępia i Arabię Saudyjską, i islamofobię.

Musimy mówić głośne nie zarówno antysemitom w polskim sejmie, w polskim rządzie i na ulicach polskich miast, jak i systemowemu rasizmowi Państwa Izrael. Być przeciwko jednemu i drugiemu, jednocześnie i nieprzerwanie, bez okresów ochronnych. Stosowanie wobec Izraela wiecznego „ekscepcjonalizmu”, traktowanie go jako wyjątku od zasad poza nim uniwersalnych, kompromituje tylko taki antyrasizm i antyfaszyzm. Nie można być wiarygodnym antyrasistą i milczeć o najbardziej rasistowskim państwie świata, którego nasz kraj jest niezawodnym sojusznikiem. To trochę tak, jakby być za zniesieniem niewolnictwa, ale nie ruszając plantacji, bo kupujemy ich cukier i bawełnę.

Walka z polskim antysemityzmem przy jednoczesnym otaczaniu dyskursywnym kordonem ochronnym takiego państwa jak Izrael nie jest żadnym antyrasizmem. Jest jedynie balansowaniem – na ich warunkach – pomiędzy dwoma komplementarnymi nurtami rasizmu: jednym lokalnym i zaściankowym, zrodzonym z szamba historycznych atawizmów zapóźnionych peryferii, a drugim kosmopolitycznym i o globalnych ambicjach, uzbrojonym w PR, lawfare, setki głowic atomowych i nanoroboty, cieszącym się uprzywilejowanymi stosunkami z innymi brutalnymi mocarstwami, wespół z którymi spogląda bezczelnie w przyszłość, by w niej zbudować piekło w wersji high-tech. Naszym obowiązkiem jest równoczesne i zdecydowane odrzucenie ich obu.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na portalu Strajk.eu 17 lutego 2018.

Foto: Łukasz Zaręba (Jerozolima, 2018)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Katalonia i kryzys neoliberalizmu

21 grudnia odbyły się w Katalonii wybory do lokalnego parlamentu narzucone siłą przez rząd Mariano Rajoya w Madrycie (pierwszy raz w historii zastosowano art. 155 postfrankistowskiej konstytucji pozwalający rządowi centralnemu zawiesić autonomię regionu i przejąć nad nim bezpośrednią kontrolę). Frekwencja była niezwykle wysoka – głosowały cztery piąte uprawnionych. Głosując w takiej liczbie, Katalończycy obalili jeden z centralnych wątków skierowanej przeciwko separatystom kampanii propagandowej prawicowego rządu w Madrycie i głównych ogólnohiszpańskich mediów: że niepodległości Katalonii żąda hałaśliwa mniejszość populacji regionu, która agresywnie odebrała przestrzeń publiczną „milczącej większości”.

Tymczasem żadna milcząca większość nie istnieje – trzy proniepodległościowe bloki wyborcze zdobyły większość w parlamencie, i to pomimo ofensywy politycznej i propagandowej mającej na celu zniechęcenie Katalończyków do ich pomysłów, włącznie z wsadzeniem ministrów rozwiązanego rządu i innych przywódców politycznych do więzienia oraz pogróżkami pod adresem odwołanego przez Madryt przewodniczącego autonomii Carlesa Puigdemonta.

Radykalna lewica straciła troche w parlamencie, najpewniej w wyniku kombinacji dwóch czynników: głosowania strategicznego i głosowania na „relegitymizację” rozwiązanego przez Rajoya rządu Katalonii. Katalończycy, z którymi rozmawiałem, o poglądach na lewo od centrum, planowali lub rozważali głosowanie na partię Puigdemonta z tych względów: nie chcieli ograniczyć szans separatystów na powrót do władzy przez głosowanie na zbyt małe ugrupowanie, bądź chcieli dać swój wyraz przekonaniu, że Rajoy, którego partia ma w Katalonii śladowe poparcie, rozwiązując rząd Puigdemonta dopuścił się w Barcelonie antydemokratycznego bezprawia, zamachu stanu, innymi słowy, że demokratyczny mandat Puigdemonta nie wygasł przed upływem jego pełnej kadencji i decyzja o tym nie należy do Mariano Rajoya (którego Partido Popular uzyskała jedynie 5% głosów).

Barcelona luk triumfalny

Barcelona, Łuk Triumfalny

Patrząc z Barcelony

Większą część roku 2017 mieszkałem w Barcelonie. Stamtąd przyglądałem się, jak kryzys kataloński rozumiany i relacjonowany był w Polsce. Po mediach głównego nurtu, które od dawna nie interesują się światem, nie mają zagranicznych korespondentów i dumnie przyznają, że dużym wydarzeniom i procesom w polityce międzynarodowej nie poświęcą nigdy więcej niż jeden tekst, nie spodziewałem się niczego lepszego. Zasmucające było jednak, jak daleko na lewy biegun polskiej polityki sięgały powierzchowne klisze rodem z neoliberalnych mediów. Ubolewania nad „mnożeniem granic i podziałów w Europie”, „kolejną fala populizmu i nacjonalizmu” (w jednej beczce z Trumpem i madame Le Pen), oczywiście „niezgodne z prawem”, „niereprezentatywne i w ogóle o co im chodzi, „przecież mają autonomię”.

Nie, o racji w polityce nie decyduje zgodność dążeń, postulatów czy przyjętej praktyki z obowiązującym porządkiem prawnym. Stawki polityki przed duże P bywają poważniejsze, często jest to właśnie walka z obowiązującym porządkiem prawnym o jego postępową zmianę. Toutes proportions gardées, ale walka z niewolnictwem była kiedyś niezgodna z prawem, pomoc człowiekowi, który uciekł z niewoli na plantacji była niezgodna z prawem, podobnie jak gdzie indziej pomoc człowiekowi, który pragnął uciec przed deportacją do obozu koncentracyjnego, a walka z apartheidem była niezgodna z prawem tam, gdzie prawem był apartheid. I tak dalej Wiele praw, którymi dziś się cieszymy, zawdzięczamy temu, że ktoś kiedyś obowiązujące prawo łamał, żeby je nam wywalczyć. To rząd w Madrycie uczynił niemożliwym postępowanie w pełni w zgodzie z hiszpańskim prawem, w które wpisana jest de facto święta nierozerwalna jedność terytorialna Hiszpanii. To rząd w Madrycie odmawiał nie tylko kompromisów, ale nawet rozmów. To Madryt (z osobistej inicjatywy Rajoya) zawiesił w 2010 znowelizowany statut katalońskiej autonomii, to Madryt lekceważył poprzedni, niewiążący prawnie plebiscyt, jako dowód nastrojów społecznych w Katalonii. To także Madryt sprawił, że policzone w referendum głosy nie przekroczyły progu 50% uprawnionych do głosowania – nie tylko utrudniał głosowanie, ale też skonfiskował kilkaset tysięcy oddanych głosów.

Nie, Katalończycy, w tym ci o przekonaniach lewicowych, nie dali się zbałamucić politycznemu cwaniakowi. Jest nawet wręcz przeciwnie – Carles Puigdemont jest umiarkowanym centroprawicowym politykiem, który nigdy nie miał radykalnych ambicji z przekonania. To on stał się zakładnikiem znacznie bardziej radykalnego ludu i czuł, że musi uginać się pod nastrojami społecznymi. Dlatego w okresie tuż po referendum z 1 października tak długo kluczył i lawirował, a z ogłoszeniem niepodległości zwlekał prawie cztery tygodnie – zupełnie nie wiedział, co dalej robić, być może nawet miał nadzieję, że nastroje opadną i będzie jeszcze miał jakąś szansę się z tego rakiem wywinąć. Katalońscy zwolennicy niepodległości nie są pod żadnym urokiem Puigdemonta, polityka bez charyzmy, unoszonego falą wydarzeń i wolą ludu. Nawet ci głosujący na jego partię, strategicznie czy z przekonania, robią sobie z niego żarty (moim ulubionym jest mem „Puigdemont bez okularów”).

Puigdemont bez okularów

Tak, całkiem możliwe, że kataloński separatyzm przez kilkadziesiąt lat postfrankistowskiej liberalnej demokracji był kreowany trochę odgórnie przez władze autonomii, które reagując na represje z czasów Franco kładły wyjątkowy nacisk na kulturową odrębność Katalonii, pierwszeństwo języka i ekspansję autonomicznych struktur politycznych. Jeszcze dekadę temu miażdżącej większości Katalończyków wystarczała autonomia. Idee niepodległościowe nagle podzielać zaczęła większość Katalończyków w odpowiedzi na kryzys 2008 roku i jego polityczne konsekwencje. I nie, wcale nie w taki sposób, w jaki prawicowy populizm żeruje na skutkach kryzysu w innych krajach Europy i w USA.

flaga katalonii barcelona

Kataloński nacjonalizm – lewicowy i kosmopolityczny

Kataloński separatyzm to nie jest prawicowy, reakcyjny, integrystyczny, rasistowski nacjonalizm w rodzaju Młodzieży Wszechpolskiej czy francuskiego Frontu Narodowego. Jakkolwiek trudno to pomieścić w kategoriach nadwiślańskiej wyobraźni politycznej, jest to nacjonalizm kosmopolityczny i lewicowy, rzecz wcale nie tak rzadko spotykana w kulturach języków iberyjskich, zwłaszcza w kulturach zdominowanych przez mocarstwowe dążenia i mocarstwową nostalgię Madrytu. Katalończycy są trochę jak Baskowie, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do baskijskiego ich język jest romański i stosunkowo zrozumiały dla Hiszpanów. Jedni i drudzy stanowią społeczeństwa o najbardziej postępowej kulturze politycznej w Hiszpanii, bynajmniej nie od wczoraj, to jest tam tradycja.

Popularne młodzieżowe lokale w Barcelonie pełne są lewicowych symboli. Związki zawodowe wszędzie widać (zaangażowały się w obronie ważności referendum). Ludzi, którzy zamiast na imigrantów pomstują na „ten pieprzony kapitalizm”, nie trzeba szukać na samym końcu internetu, spotyka się ich przypadkiem i przy okazji, na ulicy i w miejskim ośrodku sportowym. O tych, którzy do Katalonii przybyli z innych części Hiszpanii lub z innych części świata, nie mówią jak o obcych, a jako o „nowych Katalończykach” i jako takich zapraszają ich do udziału w ulicznych demonstracjach niepodległościowców, żeby reprezentowali kosmopolityczną tożsamość współczesnej Katalonii. Nawet po zamachu terrorystycznym na La Rambli nikt nie wybijał muzułmanom szyb w oknach, zamiast tego miały miejsce przejmujące publiczne gesty kulturowej i religijnej tolerancji. Do tego wszystkiego Barcelona jest jednym z najbardziej LGBT-friendly miejsc na świecie.

Ustawianie katalońskiego separatyzmu w jednym rzędzie ze współczesnymi prawicowymi populizmami jest obraźliwe dla Katalończyków. Prawicowi populiści, agresywni nacjonaliści, reakcjoniści tęskniący za Franco, czczący króla i Kościół, owszem, występują w kryzysie katalońskim w dużej liczbie – po przeciwnej stronie konfliktu, po stronie premiera Rajoya i obrońców świętej jedności Hiszpanii.

Nie, Katalończycy nie chcą się oderwać od Hiszpanii, żeby się nie dzielić z biedniejszymi prowincjami kraju – to, że tak mówią wielkie media neoliberalnego skrajnego centrum, nie znaczy, że to prawda. Oczywiście, znajdą się i tacy, wśród katalońskich sił politycznych jest i miejscowa neoliberalna burżuazja. Jakoś nigdy nie spotkałem jednak na mieście zwolennika niepodległości, który by użył tego argumentu. Słyszałem za to: „Nie chcę już dłużej żyć w monarchii, jest XXI wiek, chcę żyć w demokratycznej republice, skoro nie da się tego zrobić w ramach Hiszpanii, to niech to będzie niepodległa republika w samej Katalonii”. Albo: „Nie chcemy dalszego niszczenia naszych praw społecznych, podporządkowani nieusuwalnemu prawicowemu rządowi w Madrycie i archaicznej burbońskiej dynastii nie mamy żadnych szans na ich długofalową obronę”. Kluczowa dla utrzymania przez separatystów większości parlamentarnej radykalnie lewicowa partia CUP jako warunek swojego poparcia dla projektu niepodległościowego podaje, że w okresie przejściowym niepodległości, Katalonia będzie się dokładać do rozwoju najbiedniejszych regionów Hiszpanii.

Tarragona ajuntament

Tarragona, Urząd Miasta

Katalończycy dopisali się en masse do projektu separatystycznego, gdy zrozumieli, że w warunkach postfrankistowskiego porządku konstytucyjnego kryzys ekonomiczny 2008 roku i wymuszona potem (od 2011) przez Brukselę i Berlin polityka drastycznych cięć pociągnęły za sobą jedynie rekonsolidację najbardziej reakcyjnych sił w ramach hiszpańskiego porządku politycznego – coraz bardziej autorytarnej neoliberalnej prawicy, Kościoła, monarchii i europejskiej finansjery wymuszającej politykę zaciskania pasa, ratowania banków i transferu bogactwa w górę. Katalończycy chcą się dzielić z biedniejszymi regionami Hiszpanii – nie chcą natomiast własnym ubożeniem (Katalonia może i jest najbogatszym regionem Hiszpanii, ale też szczególnie dotkniętym polityką zaciskania pasa po 2011) dokładać się na bonusy bankierów w Madrycie i Frankfurcie. Katalończycy trafnie rozpoznali, że hiszpański porządek konstytucyjny, zaprojektowany tak, żeby między innymi umożliwić faszystowskim elitom z okresu dyktatury Franco przetrwanie okresu demokratycznej transformacji na uprzywilejowanej pozycji, pomyślany jako tymczasowy, gdy powstawał, a jednak nigdy odtąd nieruszony, betonuje stosunki władzy, po których można się dziś spodziewać tylko coraz bardziej reakcyjnej i coraz bardzie brutalnej polityki. Uznali więc, że ich jedyną szansą na realizację postępowej polityki (jej przykładem była sama oddolna mobilizacja społeczeństwa w okresie referendum) jest wyłamanie się z tego porządku przez zerwanie z państwem hiszpańskim.

Czy separatyzm małych narodów to jest najbardziej idealny sposób na stawianie oporu neoliberalizmowi i jego nowym represyjnym reżimom? – to może było kiedyś dobre pytanie, ale zanim mleko się rozlało. W polityce rzadko mamy luksus poruszania się w idealnej sytuacji, działać trzeba w takiej, jaką mamy. Katalończycy odmówili poddania się fatalizmowi i zamiast czekać na Godota, czyli aż siły lewicowe w całej Hiszpanii podniosą głowy i wywrócą w końcu postfrankistowski porządek konstytucyjny, otwierając możliwość postępowej zmiany i wyjścia poza neoliberalizm, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i spróbować przekształcić przynajmniej swój własny, mały kraj, jednocześnie proponując nowe otwarcie innym postępowym siłom w Europie.

Zgadzam się z Angeliną Kussy, piszącą z Barcelony na łamach Nowych Peryferii, że paradoksalnie, jeśli Katalończykom się uda, i jeszcze pociągną za sobą inne siły separatystyczne w Hiszpanii, zwłaszcza Basków, to podniosą szanse na radykalne postępowe zmiany w całej Hiszpanii. Taki wstrząs rozbije nawet najtwardszy instytucjonalny beton w Madrycie, otworzy przestrzeń polityczną dla sił spoza postfrankistowskiego duopolu PP-PSOE, wymusi inwestycje w rozwój zacofanych regionów Hiszpanii, a tym samym znaczące przeobrażenie całej jej struktury społecznej. Jak dobrze pójdzie, może nawet ktoś zabije króla, realnie lub symbolicznie.

Barcelona Fundacja Joan Miro detal

Barcelona: Fundacja Joana Miró (detal)

Rajoy i władcy Europy

Nie, premier Mariano Rajoy nie był po prostu niezdarny i niekompetentny w tym, jak odpowiedział na kryzys kataloński. On wiedział, co robi i metodycznie robił to, co długo zamierzał i planował. To było to, co jego elektorat lubi najbardziej (Hiszpania nie ma w parlamencie sił otwarcie skrajnie prawicowych, jako jeden z nielicznych dziś krajów w UE, ale głównie dlatego, że od momentu jej założenia przez byłych funkcjonariuszy reżimu generała Franco, miejsce dla sympatyków skrajnej prawicy znajdowało się zawsze w łonie konserwatywnej PP).

Uderzenie w katalońskich separatystów w tak brutalny sposób nie było żadnym zaburzeniem w normalnym funkcjonowaniu hiszpańskiego państwa, a kulminacją represyjnego trendu, który PP rozwijała, reagując siłowo na wszystkie protesty przeciwko neoliberalizmowi na sterydach implementowanemu hiszpańskiemu społeczeństwu od 2011 roku. Rajoyowi nic nie wyrwało się spod kontroli, rząd PP dążył do tego, żeby kryzys kataloński przerodził się w brutalne użycie siły. Tysiące hiszpańskich policjantów, których desant spadł na Katalonię tuż przed referendum, kiedy było już wiadomo, że regionalna katalońska policja, Mossos d’Esquadra, nie będzie wykonywać rozkazów Madrytu (zamykać komisji, konfiskować kart do głosowania, zatrzymywać głosujących), były ponoć celowo rekrutowane w regionach Hiszpanii, które mają długą historię ksenofobicznej niechęci do Katalończyków. Nadużycie przez nich przemocy było w planie.

Tak samo nie było nic niezwykłego w tym, jak zareagowała Unia Europejska i rządy poszczególnych jej państw członkowskich. Nie zareagowała albo ukryła się za okrągłymi formułkami o wewnętrznych sprawach Hiszpanii.

Rajoya łączy z europejskimi klasami panującymi wspólny interes. Katalońskie referendum wydarzyło się, gdy po zwycięstwie Macrona we Francji i porażce prawicowych populistów w Holandii wielcy książęta europejskiego neoliberalizmu już oddychali z ulgą, że po irracjonalnych wybrykach referendum brexitowego, wyborów w Polsce i w USA przynajmniej w jądrze europejskiego kontynentu udało się zapanować nad „nie-rozumem” ludów i przymusić plebs do głosowania z powrotem, „jak należy” (we Francji przez wypromowanie elokwentnej faszystki jako jedynej alternatywy dla przedstawiciela banków). A tu znowu jacyś separatyści, na miłość boską! Ryzyko, że Katalonia akceleruje kolejną falę wstrząsów w całej Europie, musieli traktować poważnie. Rajoy realizował interes europejskich klas panujących, być może nawet polecenia, ale te wcale nie były konieczne: książęta neoliberalizmu zamieszkują wspólne teatrum publicznych gestów i jedną chmurę milczących założeń, więc kiedy trzeba, rozumieją się bez słowa.

Glories office buildings

Barcelona, biurowce nieopodal stacji Glories

Ostatnie referendum neoliberalizmu

Co, jeśli dla władców Europy stawką w kryzysie katalońskim jest, by 1 października 2017 był już ostatnim neoliberalnym referendum? Książęta neoliberalizmu mają już dosyć europejskiego ludu. Nie chcą więcej zawracać sobie głowy tym, co lud myśli, co uważa, i czego by chciał, odkąd przestał myśleć, uważać i chcieć tego, co mu się tak starannie tłumaczy za pomocą wszystkich dostępnych masowych środków perswazji. Lud ma robić to, co mu każą książęta, a nie mieć jakieś własne zdanie. Głosowania były dobre, kiedy dało się przewidywać i panować nad ich rezultatami. Kiedy lud przyklepywał tylko decyzje książąt neoliberalizmu. W tej perspektywie Katalończycy znaleźli się na pierwszej linii frontu znacznie przerastającego rozmiary ich wymarzonej republiki, frontu, na którym rozstrzygnie się przyszłość nas wszystkich w Europie. W pewnym sensie stawką ich walki też jest to, aby 1 października 2017 okazał się w perspektywie czasu ostatnim neoliberalnym referendum – tyle że zupełnie inaczej. Tym referendum, które wyznaczy początek końca neoliberalizmu w Europie – będą jeszcze potem referenda, to neoliberalizm skończy się wreszcie w Europie. Jeśli przegrają, niepowstrzymywani już przez nikogo książęta neoliberalizmu zamienią Europę w brutalną ponadnarodową dyktaturę bankierów.

Lewica, która niestrudzenie dzieli włos na czworo i zamiast po stronie Katalończyków staje w jednym szeregu z pogrobowcami generała Franco; z rodziną rozpuszczonych francuskich pajaców zasiadającą w XXI wieku na anachronicznym tronie w Madrycie; z dysponentami wielkiego kapitału, którzy zagrozili ucieczką z Katalonii; z prawicowym rządem, który spuścił uzbrojoną policję na staruszki zmierzające do urn do głosowania i do dzisiaj trzyma w więzieniu lokalnych polityków za to, że próbowali wypełnić wolę ludu, grożąc tym samym przywódcy sił separatystycznych, jeśli tylko wróci z Brikseli – taka lewica ma poważnie zaburzony kompas aksjologiczny.

Co, jeśli najbardziej nieodpowiedzialnymi utopistami w Europie są dzisiaj właśnie owi umiarkowani, racjonalni, rozsądni obrońcy europejskiego status quo (niektórzy z nich przekonani, że są lewicą), którzy z uporem godnym lepszej sprawy zwalczają wszystkich zbyt radykalnych kontestatorów – w obronie istniejących struktur władzy, sojuszu burżuazji narodowych z instytucjami UE, które jakoby kiedyś, za sto lat albo tysiąc, uda się zreformować. Co, jeśli żaden scenariusz nie jest dzisiaj bardziej nierealistyczny, żeby nie powiedzieć bardziej niepoważny, niż ten, że obecne europejskie struktury władzy – zaprojektowane przecież jako formalne ramy neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału – mają przed sobą jakąkolwiek stabilną przyszłość? Co, jeśli w warunkach ostatecznego strukturalnego kryzysu systemu kapitalistycznego, prawdziwe pytanie nie brzmi już dawno, czy Unia Europejska jako stabilna i funkcjonująca struktura się utrzyma, czy upadnie, tylko – w jaki sposób i w którą stronę upadnie? W prawo (najpewniej w stronę brutalnej, ponadnarodowej dyktatury bankierów, głównie niemieckich, której peryferie zostaną wyprzedane i splądrowane na podobieństwo Grecji) czy w lewo (wyjścia poza neoliberalizm, poza kapitalizm, w stronę systemu choć trochę mniej niesprawiedliwego i możliwego do ekologicznego utrzymania)? Co, jeśli owi umiarkowani, racjonalni, rozsądni obrońcy status quo, jak dzieci wciąż wierzący, że Unię Europejską jakimś cudem zreformują, byle tylko udało się ją obronić i utrzymać, są właśnie najskuteczniejszymi pożytecznymi idiotami sił, które dążą do wywrócenia istniejących europejskich rozwiązań instytucjonalnych daleko w prawo (bo pomagają im dyskredytować poszukiwania prawdziwych alternatyw)?

Jarosław Pietrzak

Tarragona (2)

Tekst ukazał się na łamach portalu Strajk.eu 28 grudnia 2017.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Wątpliwości birmańskie

Wielkie światowe media, międzynarodowe instytucje i tzw. światowa opinia publiczna zapałały w ostatnich miesiącach niespodziewanym oburzeniem wobec przemocy, jakiej ofiarą pada lud Rohingja, muzułmańska mniejszość etniczna w Mjanmie do niedawna znanej jako Birma. Wyrazy potępienia uderzają w Aung San Suu Kyi, de facto przywódczynię kraju, dzielącą dziś władzę z wojskowymi, przeciwko rządom których niegdyś protestowała. Suu Kyi do niedawna była świętą krową zachodniego liberalnego mainstreamu, laureatką Pokojowej Nagrody Nobla (1991), celebrowaną przez BBC i CNN, nawet bohaterką filmowego kiczu Luca Bessona z Michelle Yeoh w roli głównej, The Lady (2011). Choć powody do zarzutów pod adresem jej formacji politycznej, Narodowej Ligi na rzecz Demokracji, mnożyły się już od dawna – nawet ta konkretna kampania przemocy w stosunku do Rohingja ciągnie się co najmniej od 2012 roku – dopiero w 2017 stało się to wszystko nagle przedmiotem zainteresowania całego świata. W błyskawicznym tempie zebrano na całym świecie 400 tys. podpisów pod petycją o odebranie jej Nagrody Nobla.

Mjanma/Birma jest mało znanym w Europie krajem, utrzymującym wątłe stosunki polityczne i kulturalne z większością krajów Zachodu; jej języki, historia, kultura i zawiłości polityczne są w świecie euroatlantyckim znane tylko wąskiemu gronu specjalistów, w wielu krajach do policzenia na palcach jednej ręki. Większość z nas nie wie o tym kraju prawie nic. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy mieli zastrzeżenia i mieli się na baczności, gdy tak błyskawicznie zmieniła się obowiązująca wersja „prawdy” na temat kraju i jego obecnej politycznej przywódczyni.

Liberałowie i hipokryci

Oczywiście, Suu Kyi okazała się hipokrytką. Choć tak naprawdę może zawsze nią była, i być może dlatego właśnie tak bardzo zakochany był w niej zachodni liberalny mainstream. Metody non-violence w wydaniu Aung San Suu Kyi obowiązują słabych w starciu z silniejszymi, ofiary w konfrontacji z opresorami, lud wobec państwowego i militarnego aparatu represji – ale już nie w odwrotnych kierunkach. Może zawsze chodziło o to, żeby Suu Kyi i jej polityczni koledzy byli bezpieczni, kiedy już dogadają się z Tatmadaw (wojskowymi) i staną częścią aparatu władzy. Dla zachodniego liberalnego mainstreamu jej jednokierunkowy pacyfistyczny prawdopośrodkizm był też pewnie najlepszą gwarancją na zwiększony dostęp do owoców dzikiego birmańskiego kapitalizmu, gdy nastąpią jego „liberalizacja” i „otwarcie” opatrzone wizerunkiem pięknej, filigranowej postury „demokratycznej przywódczyni”.

Oczywiście, powinniśmy demonstrować nasze oburzenie, gdy przywódcy polityczni, których popieraliśmy, udzieliliśmy kredytu zaufania, którym uwierzyliśmy na przykład w to, że wartością, w którą wierzą, jest pokój, deklarowanym wartościom się sprzeniewierzają. Ale kiedy na celowniku takich petycji i fal oburzenia znajdują się tylko przywódcy zdemolowanych kolonialną i neokolonialną grabieżą słabych państw Trzeciego Świata (i Czwartego, jak chcą niektórzy), to ta praktyka też staje się, koniec końców, jaskrawą hipokryzją. Inny laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Barack Obama, kontynuował wszystkie wojny odziedziczone po swoim poprzedniku Bushu młodszym, zaczął kilka następnych, jako jedyny amerykański prezydent był w stanie wojny od pierwszego do ostatniego dnia swoich dwóch kadencji, a także rozpętał na niewyobrażalną wcześniej skalę największą kampanię terrorystyczną XXI wieku, globalną kampanię zabójstw przy użyciu dronów. Gdzie było 400 tys. podpisów, żeby odebrać mu Pokojową Nagrodę Nobla?

Jak długo do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, czystki etniczne, zbrodnie przeciwko ludzkości nie zaczniemy wzywać Bushów, Blairów, Obamów, Sarkozych i Netanjahów tego świata, a jedynie śniadych lub ciemnoskórych polityków na wpół upadłych państw Afryki czy Azji, tak długo te wybiórcze namiętności do „praw człowieka” nie będą miały wiele wspólnego ze sprawiedliwością, dużo za to z neokolonialną dominacją.

Przemoc, motywy i ofiary

Jak to się stało, że przemoc, przed którą uciekają Rohingja, potrzebowała niemal pięciu lat, żeby zwrócić uwagę Zachodu i „społeczności międzynarodowej”?

Liberalna fantazja o kryształowej pacyfistce Aung San Suu Kyi, odegrała tu ogromną rolę, ale ona sama mogłaby nie dać rady. Innym ważnym czynnikiem jest dystrybucja ról Dobrych i Złych Innych w orientalistycznym rozdzielniku rasistowskiej zachodniej wyobraźni. Co najmniej od kryzysu naftowego lat 70. XX w. muzułmanie i Arabowie wysunęli się na czoło tych Złych, ale wzorowy euroatlantycki liberał nie lubi, zwłaszcza przed samym sobą, przyznawać się do swojego rasizmu, potrzebuje więc także Dobrych Innych, których używa sobie za dowód, że przecież lubi, ceni i szanuje, a nawet się fascynuje, niektórymi odległymi kulturami. W głównych rolach Dobrych Innych obsadzeni zostali wyznawcy hinduizmu i buddyzmu, którym new age’owe zaczadzenie przypisuje, z lekceważeniem faktów takich jak rola buddyzmu zen w japońskim faszyzmie czy pogromy muzułmanów w najnowszej historii Indii, immanentny pacyfizm oraz umiłowanie do zgody między ludźmi i pomiędzy ludźmi a światem przyrody.

Ale tak jak podejrzane były całe lata ignorowania przez społeczność międzynarodową przemocy uderzającej od lat w mniejszości etniczne w różnych częściach Birmy (nie tylko w stosunku do Rohingja), tak czujność naszą powinna budzić również obserwowana dzisiaj niespodziewana zmiana wiatru. Jak wiele masowej przemocy w odległych częściach świata nie przebiło się nigdy na pierwsze strony „New York Timesa”, na czołówki serwisów BBC i do uwagi „społeczności międzynarodowej”, jeżeli przemoc ta nie miała znaczenia geopolitycznego, jeżeli jej podniesienie nie wpasowało się akurat w interes któregoś z mocarstw? Mieszkańcy Demokratycznej Republiki Konga czy niedawno Mosulu coś o tym wiedzą. Czy, w takim razie, mamy dzisiaj do czynienia z nagłym ogólnoświatowym przebudzeniem sumień, czy z tym, że przemoc w Mjanmie zyskała nagle dla kogoś znaczenie geopolityczne?

Raport Saskii Sassen, wybitnej holendersko-amerykańskiej badaczki globalnych ekonomicznych i demograficznych fluktuacji współczesnego kapitalizmu, opublikowany na łamach brytyjskiego „The Guardian”, był pierwszą, jaką znalazłem, publikacją w anglojęzycznych mediach głównego nurtu, która dopisywała do kryzysu w Mjanmie szerszy kontekst. Sassen zwraca uwagę, że w Birmie ludzie uciekają z wiosek od lat, i że stoi za tym, właściwa też innym miejscom w Azji i nie tylko, ekspansja wielkich inwestycji nastawionych na wydzieranie ziemi jej bogactw naturalnych, surowcowych – w tym celu zainteresowane przemysły muszą najpierw wydrzeć ziemię społecznościom, które dotąd żyły z jej uprawy. Sassen podaje, że ta ekonomicznie inspirowana przemoc zaczęła się już w latach 90. XX w., pod rządami junty, uderza w osady muzułmańskie i buddyjskie – nie jest prawdą, że jest wycelowana wyłącznie w Rohingja jako mniejszość muzułmańską.

Zapewne wysłannicy kapitału mobilizują religie, żeby podsycać napięcia i mistyfikować w świadomości zmuszanych do ucieczki wieśniaków prawdziwe stawki tej operacji. Biedacy pozabijają się, pospalają sobie nawzajem wioski o bóstwa, proroków i demony, zostawiając pustą ziemię, na której w przyszłym roku wyrośnie tu gazociąg, a tam kopalnia jadeitów.

Ale dlaczego nic z tego, że chodzi o ziemię, i że nie tylko Rohingja padają ofiarą przemocy, nie przebija się do większości zachodnich mediów? Dlaczego na ekonomiczny kontekst zwraca uwagę Al Jazeera English, ale CNN już nie? Wiemy, dlaczego ekstrakcyjny kapitał chce, żeby wypędzani i wypędzający wieśniacy i szeregowcy w mundurach myśleli, że chodzi o religię – ale dlaczego Zachodnie media, tak daleko od sporów między birmańskimi buddystami i muzułmanami, chcą, żebyśmy i my wierzyli, że w Mjanmie rozgrywa się konflikt o podłożu wyłącznie etniczno-religijnym, a nie konflikt o ziemię, o jej koncentrację w rękach przemysłów wydobywczych? Żebyśmy my także – choć obojętne nam są ich odległe teologiczne namiętności – nie zrozumieli nigdy, co tam się dzieje?

Zasada nieufności

Serwisy informacyjne wydawane w Azji, np. „Asia Times” z Hongkongu, podają tymczasem wiadomości niepokojąco czasem trudne do wpisania w narrację, jaką opowiadają nam media na Zachodzie. Że zbrojna organizacja przedstawiająca się jako reprezentująca wolnościowe dążenia Rohingja, ARSA (Arakan Rohingya Salvation Army), dopiero całkiem niedawno – w 2016 – zmieniła nazwę, żeby schować przed zachodnimi mediami swój fundamentalistyczny religijny rodowód. Pierwotnie nazywała się Harakah al-Yakin („Ruch Wiary”). Że wbrew temu, co mówią jej przywódcy, organizacja ma związki z dżihadystami w Pakistanie, a jej przywódca, Ataullah abu Ammar Junjuni, znany także jako Hafiz Tohar, kształcił się w Arabii Saudyjskiej. Że stosuje taktyki, które są obliczone na to, że birmańskie wojsko w odpowiedzi uderzy w cywili – wbrew tradycji walk separatystycznych w innych częściach kraju, wojownicy ARSA mieszają się z cywilami, ubierają się tak jak oni, itd. Że jeden z przywódców tej organizacji istnieje tylko pod pseudonimem Sharif i nigdy nie występuje w jej propagandowych materiałach wideo, podobno dlatego, że ma zbyt wyraźny obcy akcent (wskazujący na urdu, język urzędowy Pakistanu, jako prawdopodobny pierwszy język). Że w mediach społecznościowych rzekomo oddolna chłopska organizacja posługuje się zaskakująco dobrym angielskim.

Jak większość z nas, nie dysponuję zasobami, żeby sprawdzić, ile z każdej wersji wydarzeń ma pokrycie w rzeczywistości, ale dość jest tego, żeby podejrzewać, że coś tu śmierdzi, że wersję wydarzeń, którą sprzedają nam korporacyjne zachodnie media może od rzeczywistości dzielić kilka stopni oddalenia. Dlatego właśnie, że nie dysponujemy środkami, żeby zweryfikować większość z tego, co nagle słyszymy o Mjanmie, i że jest to kraj tak mało znany, musimy być podejrzliwi, trzymać się zasady nieufności. Tym bardziej, że do grona przebudzonych obrońców Rohinjów dołączył nagle – surprise, surprise! – Bernard-Henri Lévy, który ostatnie kilkadziesiąt lat życia spędził jako „intelektualny opiekun” francuskich islamofobów i zawodowy podżegacz wojenny. Oczywiście, każdy ma prawo wierzyć w jego nagłą moralną przemianę – podobnie jak w jednorożce i krasnoludki.

A co, jeśli to nie przypadek, że Mjanma zbliżyła się w ostatnich latach do Chin i z nimi postanowiła robić swoje najbardziej spektakularne interesy? Miały być dostawy birmańskiego gazu do Chin, ale także rurociąg przerzucający przez Mjanmę do Chin ropę i gaz docierające tam z krajów Zatoki Perskiej – znacznie skróciłoby to czas podróży cennych surowców energetycznych do Państwa Środka, które jak dotąd musi czekać, aż pokonają one drogę morską przez Singapur i Morze Południowochińskie.

Co, jeśli to nie jest przypadek, że nagłe odkrycie przez „społeczność międzynarodową” przemocy w Mjanmie, skupione tylko na jednej grupie etnicznej, zbiega się w czasie z wielką geopolityczną porażką Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, czyli niemal pewną już klęską operacji obalenia Baszszara al-Asada w Syrii, a także z intensyfikacją napięć z Koreą Północną? Asadowi być może już tylko kilka bitew zostało do wygrania (z pomocą Rosji) wojny ze sponsorowanymi przez Zachód, arabskie monarchie i Izrael dżihadystami – jeśli tak się w istocie stanie, to Waszyngton być może będzie musiał pogodzić się z tym, że doktryna wymiany reżimów osiągnęła swój kres przynajmniej na Bliskim Wschodzie, no chyba że za cenę wojny z Rosją. Jednak Hillary Clinton, kandydatka tych sektorów amerykańskiego kompleksu wojenno-zbrojeniowego i wielkiej amerykańskiej burżuazji, które grały na zbrojną konfrontację z Rosją (dlatego jej kampanię finansowało 9 z 10 największych korporacji zbrojeniowych), przegrała amerykańskie wybory prezydenckie, oddając Biały Dom Donaldowi Trumpowi, a ten postawił na normalizację stosunków z Rosją (jedyny racjonalny element jego „programu politycznego”). Ale pozycja Trumpa w Białym Domu jest słaba i pod ostrzałem z wielu stron („zawdzięcza swoje stanowisko Putinowi”). Co, jeśli dla Trumpa sposobem na zażegnanie wojny z Rosją i jednocześnie utrzymanie się u władzy była złożona kompleksowi wojenno-zbrojeniowemu obietnica stworzenia możliwości wojny gdzie indziej, rozbicia eurazjatyckiego sojuszu Moskwa-Pekin-Teheran przez uderzenie nie w Rosję, a w Chiny, zaczynając od ich bezpośrednich sąsiadów i partnerów (ekonomicznych i politycznych): Korei Północnej i Mjanmy?

Żeby nie było wątpliwości: musimy być krytyczni wobec Aung San Suu Kyi, która jest prawdopodobnie winna co najmniej ciężkiego zaniechania i od dawna miała swoje za uszami, jeśli chodzi o mniejszości etniczne w swoim kraju. Ale to nie zwalnia nas od innych kierunków naszego krytycyzmu i naszej podejrzliwości. Aung San Suu Kyi jest hipokrytką, a jej Liga od dawna wypłukana z jakiejkolwiek wartościowej politycznie treści. Ale to nie znaczy jeszcze, że Suu Kyi jest wszystkiemu winna – przemoc w Birmie zaczęła się dużo wcześniej niż Suu Kyi zdobyła władzę. Niekoniecznie to też znaczy, że intencje jej nagłych możnych krytyków są takie szczere, za jakie się przebierają.

Być może staje się Suu Kyi na naszych oczach kolejnym Saddamem Husajnem, dawną pupilką i pieszczochą Zachodu, wspieraną szerokim strumieniem amerykańskich pieniędzy, która wypadła z łask, kiedy przytuliła się do kogoś innego niż Waszyngton – kiedy swoje interesy postanowiła robić po swojemu, a nie pod dyktando Białego Domu i Wall Street. W międzyczasie Zachodni liberał wpada w pułapkę wyrzutów swojego sumienia: po dekadach islamofobii, które obróciły w gruzy jeden muzułmański kraj za drugim i przyłożyły się do eskalacji rasowej i religijnej przemocy w USA i Europie, może teraz pocieszyć się, że on przecież nie jest rasistą, nie jest islamofobem, bo zapłakał właśnie nad muzułmanami z Mjanmy, nawet podpisał petycję w internecie. A kiedy Waszyngton pod przykrywką jakiejś międzynarodowej koalicji usunie już Suu Kyi, w międzyczasie przechrzczoną na „azjatyckiego Hitlera w spódnicy”, a kolejny milion ludzi zginie w kolejnej „humanitarnej interwencji zbrojnej”, proces grabieży ziemi będzie się posuwał dalej, tym razem na korzyść amerykańskiego i może brytyjskiego przemysłu – niezagrożony, nierozpoznany, bo my, podobnie jak birmańscy chłopi, dawaliśmy sobie przez cały czas mydlić oczy, że chodziło o religię.

 

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na łamach portalu Strajk.eu 3 października 2017.

Fotografia: Htoo Tay Zar – zasady użytkowania: Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=19252538, modyfikacje: zdjęcie przycięte od góry i dołu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brazylijska przemoc

Najbardziej zdumiewającym wymiarem brazylijskiej przemocy – skali przemocy w Brazylii – wcale nie jest to, jak tej przemocy jest dużo. Najbardziej zdumiewa, że jest jej tak mało. Tak, wszyscy znamy Miasto Boga – powieść Paulo Linsa i film Fernando Meirellesa i Katii Lund, wszyscy znamy Elitarnych Jose Padilhi, wszyscy widzieliśmy w telewizji relację z jakiejś krwawej jatki na ulicach Rio de Janeiro czy São Paulo, strzelaniny w szkole, napadu z bronią, czy wojny między druglordami wciąż sprawującymi władzę w niejednej faweli a jednostkami Policia Pacificadora.

A jednak, mimo wszystko, podtrzymuję: najbardziej zdumiewającym rysem przemocy w Brazylii jest to, jak jej jest niewiele.

miasto boga

Miasto Boga (2002)

Jak zostałem obrabowany

Byłem w Brazylii dwa razy – drugi raz prawie trzy miesiące. Faktycznie, zostałem raz okradziony. Rzecz się miała tak.

Moi znajomi z São Paulo, Péricles i Fabio, zabrali mnie od swojego rodzinnego domu na plaży, w znajdującej się półtorej godziny samochodem od finansowego centrum kraju miejscowości Bertioga. Fabio został w domu, bo nie lubi być długo na słońcu. Ja po sześciu latach życia w Londynie i po zimie poprzedniego roku, która stanowiła w stolicy Albionu, ni mniej, ni więcej, tylko siedem miesięcy mokrych ciemności, byłem wygłodniały słońca, więc razem z Périclesem snuliśmy się po plaży, na której było trochę ludzi, ale rozstrzelonych na jej długości bardzo nierównomiernie. Po jakimś czasie takiego łażenia wzdłóż brzegu, ze stopami podmywanymi wodą, stwierdziliśmy, że wejdziemy na chwilę głębiej do wody. Byliśmy akurat na pustej części plaży, w dość dalekim promieniu nie widać było żywej duszy.

Rozłożyliśmy moją cangę z Salvadoru (canga to to coś, co Brazylijczycy rozkładają na piasku zamiast ręcznika, turystom często sprzedawane są z flagą Brazylii, mozaiką z Copacabany, albo Chrystusem z Corcovado). Na niej położyliśmy torbę, do której Péricles włożył nasze klapki, gdy już byliśmy stopami w wodzie, swoje stare okulary słoneczne i może z sześć czy siedem reais, gdybyśmy chcieli na plaży kupić wodę czy coś. Jest to mniej więcej równowartość dwóch funtów szterlingów. Zostawiliśmy te nasze szpargały kilka metrów od linii brzegu i poszliśmy do wody.

Trzeba było zejść dość daleko od brzegu, bo woda długo była płytka. Cały czas rozmawialiśmy, ale w pewnym momencie obaj obejrzeliśmy się za siebie, za grupą trzech nastoletnich chłopców, przemierzających plażę na rowerach. Przejechali obok naszych rzeczy, jakby otaczając je, z dwóch stron. Obaj pomyśleliśmy „Oh, fuck!”, ale nic nie powiedzieliśmy, bo nie chcieliśmy być za bardzo paranoiczni. Chłopcy odjechali, nie ruszając naszych rzeczy. Nad plażą, niemal nad naszymi głowami, unosił się śmigłowiec policji wojskowej. Odwróciliśmy się ponownie od brzegu wyczekując nadchodzącej fali. Coś nas jednak tchnęło i obaj obejrzeliśmy się znowu za siebie. Jeden z tych trzech chłopców zawrócił. Dwaj stali może kilkadziesiąt metrów dalej. Ten, który zawrócił, zasuwał w stronę naszych szpargałów. Zaczęliśmy krzyczeć i biec do brzegu, ale biegnąc w wodzie nie mogliśmy być ani trochę tak szybcy, jak chłopak na rowerze. Wciąż jadąc, przechylił się, wyciagnął rękę i już zawracał z naszą torbą w garści. Byliśmy już na brzegu, może dziesięć metrów od złodzieja, ale on się szybko oddalał, a Périclesa złapał skurcz w łydce. Chłopak na rowerze zrównał ze swoimi dwoma kolegami i odjechali szybko w trójkę. Widać było, że nie zaglądają, co jest w skradzionej torbie, dopóki nie będą bezpiecznie daleko.

„Co myśmy w ogóle myśleli, biegnąc za nim?” – westchnął Péricles. – „Że go złapiemy i co, będziemy się z nim bić o torbę z klapkami i kilkoma monetami w środku?”

Faktycznie. Cała trójka naszych “złoczyńców” musiała kilka minut później przeżyć pewne rozczarowanie. Na pewno liczyli na coś więcej, jakiś porfel, telefon, ale my nic takiego z rozmysłem nie zabraliśmy na plażę. Frustrujące trochę jednak dla nas było, że to się wydarzyło pod okiem patrolującego plażę helikoptera policyjnego.

To jedyna rzecz, jaka została mi kiedykolwiek w Brazylii skradziona. Klapki były na dodatek stare, kupione jeszcze za czasów poprzedniego pobytu w Brazylii, w 2011 roku. Dni swojej świetności miały już za sobą, bo zabierałem je w międzyczasie na każdy urlop w ciepłe strony. Nosiłem się już z zamiarem ich wyrzucenia i zastąpienia nowymi.

Nie znaczy to, że cała ta historia nie wyrządziła nam krzywdy. Péricles miał tam też swoje okulary przeciwsłoneczne, stare, ale jedyne, jakie zabrał na ów weekend na plaży. No i musieliśmy wracać do domu na bosaka.

Już piasek na plaży, tam gdzie zaczynał się suchy, bo fale już dalej nie docierały, był potwornie gorący, rozpalony lejącym się z nieba żarem. Ale prawdziwy koszmar zaczął się, gdy wyszliśmy z plaży na wyłożoną kostką, a potem betonowymi płytami drogę. Péricles obolały po skurczu w nodze, żaden z nas nieprzyzwyczajony do chodzenia na bosaka po betonie. Francisco w Itaparice nie miał z tym problemu, ale jak powiedział, “na to trzeba lat praktyki”. Desperacko wyszukiwaliśmy wyłaniających się czasem koło krawężnika lub spomiędzy betonowych płytek kępek trawy, staraliśmy się skakać szybciej, gdy w promieniu kilku czy kilkunastu metrów majaczył jakiś nieśmiały, blady trawnik. Ulga była jednak niewielka. O ile trawa miała zwykle temperaturę niższą niż beton, była już do szczętu spalona słońcem, sucha, połamana i twarda, kaleczyła jeszcze dodatkowo nasze poparzone już, czerwone stopy.

Był to chyba najdłuższy kilometr w moim życiu. Kiedy dotarliśmy do domu, wrzuciłem zwłoki moich stóp do basenu i nie wyciągnąłem ich stamtąd przez chyba dwie godziny. Jestem trudny do zdarcia – kiedyś przez trzy tygodnie chodziłem ze złamaną stopą, nie wiedząc, że jest złamana (myślałem, że to tylko lekka opuchlizna spowodowana zwichnięciem) – nocą jeszcze wtarłem w swoje stopy mnóstwo jakiegoś kremu i nazajutrz byłem cały i zdrów. Péricles jednak nie mógł normalnie chodzić przez kilka kolejnych dni, wszystko to bowiem obudziło jakiś starszy, niedoleczony problem w jego stopach.

Oprócz tego byliśmy oczywiście wściekli, że nas taka kretyńska sytuacja spotkała, że się wystawiliśmy na tak głupi łup jakimś młokosom.

Jak na doświadczenie legendarnej “brazylijskiej przemocy” było to jednak niewiele. Nikt do nas nie strzelał, nie groził nożem, nasze straty materialne w skradzionych dobrach były śmiesznej wartości, a obrażenia Périclesa były raczej skutkiem głupiego łańcucha koincydencji, które się w tak przykry złożyły koniec, niż samego aktu dokonanego przez tych przypadkowych chłopców.

Jak już powiedziałem, był to jedyny przypadek, kiedy padłem w Brazylii ofiarą przemocy. Każdy się chyba ze mną zgodzi, że był to przypadek bezprzykładnie niespektakularny; na moim osiedlu w Dąbrowie Górniczej działy się nieraz bardziej sensacyjne wydarzenia. Nie byłem też nigdy świadkiem aktów przemocy skierowanej w stosunku do innych osób, a wybrałem się kiedyś na całą noc do nocnego klubu w faweli w Rio de Janeiro, w innej faweli, słynnej Rocinhi, rządzonej wtedy wciąż przez gangi narkotykowe, nawet się kiedyś zgubiłem.

Przemoc jako rzeczywistość

Ale nie, nie znaczy to wszystko, że w Brazylii nie istnieje problem przemocy i że nic nikomu nigdzie nie grozi. Kto szuka kłopotów, w Brazylii bez większego problemu je znajdzie. Ja nie kusiłem losu i nie zostawiłbym nigdy swojego ukochanego aparatu fotograficznego na plaży, na “kandze”, tak jak z Périclesem zostawiliśmy torbę ze starymi klapkami i sześcioma reais wrzuconymi tam luzem. Nosiłem przy sobie umiarkowane ilości gotówki i najwyżej jedną kartę kredytową. Kiedy po północy robiło się wokół mnie zbyt gęsto, rozglądałem się wokół i rozważałem, czy nie schować jednak mojego canona w plecaku. Ufałem też swojemu instynktowi. Jeśli jakaś ponura ulica w Salvadorze odbijała się dreszczami na moich plecach (a są tam takie ulice – po zmroku tak na mnie działała rua Chile), nigdy więcej nie zapuszczałem się tam po zmierzchu, a już na pewno nie w pojedynkę.

Raz w czasie całego mojego pobytu przestraszyłem się idących w moim kierunku dwóch wysokich młodych mężczyzn, których spojrzenie wywołało u mnie to, co Anglicy nazywają trafnym – jak tak wiele w języku angielskim – słowem unease. Był to ostatni dzień mojego pobytu w Rio, w rękach miałem tego mojego canona, z kartą pamięci pełną zdjęć. Głupio byłoby to stracić tuż przed wyjazdem na lotnisko Galeão. Tym razem nie miałem nawet z sobą plecaka, żeby go gdzieś schować. Miałem wrażenie, że ci dwaj młodzi ludzie wstali na mój widok ze stopni, na których wcześniej siedzieli i zmierzali w moim kierunku. Ponieważ zazwyczaj młodzi brazylijscy mężczyźni wywołują we mnie raczej fascynację – nigdzie nie widziałem tylu tak zabójczo pięknych mężczyzn, jak w Brazylii – niż jakąkolwiek formę lęku, postanowiłem dać wiarę swojemu instynktowi i przyspieszyłem kroku, schodząc im z drogi i znikając z ich radaru.

Ale mimo wszystko, przez cały okres swojej podróży chodziłem z moim canonem wszędzie, gdzie tylko chciałem, nierzadko sam, wielokrotnie włócząc się z nim do późna w noc, w miastach małych i dużych, przytulnych jak Lençóis czy Ouro Preto i słynących – jak Salvador, Rio i São Paulo – z przemocy i ulicznego złodziejstwa, czasem bardzo bezczelnego (w São Paulo opowiadano mi o młodych mężczyznach podjeżdżających na motorach do chodników przy ulicach i wyrywających swoim ofiarom torby czy aparaty fotograficzne, nierzadko odcinając w przelocie nożem paski trzymające je na szyi czy ramieniu pechowego piechura; w filmie Linha de passe Waltera Sallesa i Danieli Thomas możemy zobaczyć, jak wyrywają je z samochodów, w których wybijają szyby). Nic realnie złego nigdy mnie nie spotkało.

police (8)

Policia militar na jednej z ulic Wyższego Miasta w Salvadorze w stanie Bahia

A stranger is a friend you haven’t met yet. To moja ulubiona definicja obcego i lubię trzymać się jej w podroży. Obcy, w każdym razie przez czas mojej podróży przez Brazylię, zwracali mi tę samą monetę. I odwrotnie. Jeśli przestraszysz się chłopaka, bo ma czarną skórę, on nie będzie tak całkiem bez racji, jeśli zapragnie dać ci za to po mordzie i zachować się w sposób, do jakiego go swoją na niego reakcją wezwałeś.

Przyszłym podróżnikom do Brazylii, jeśli potrzebują mniej poetyckiej porady, zalecam zachowywanie się w sposób, który nie kieruje zbyt wiele uwagi na posiadane przez nich wartościowe przedmioty. Jeśli twoja troska o aparat, czy cokolwiek tam nosisz przy sobie, przybiera postać zbyt nerwową, podrywami paniki reagujesz na każdego zbliżającego się człowieka, nerwowo zasłaniasz swój drogocenny obiekt przed widokiem innych, wysyłasz dość jasny komunikat, że cokolwiek tam masz, musi być cholernie drogie: może warto zaryzykować i spróbować ci to zakosić. Ja w nocy zmieniałem mojemu canonowi obiektyw na jasny, fizycznie krótki, bez zmiennej ogniskowej, przeznaczony do zdjęć przy niskiej ilości światła (nie używam flesza), który sprawia, że cały aparat zaczyna wyglądać znacznie bardziej niepozornie; dzięki temu mogłem się zachowywać, jakby był znacznie skromniejszy niż jest w istocie. W miejscach bardzo zatłoczonych, albo po zmroku, gdy mamy przy sobie coś wartościowego, np. aparat fotograficzny, bezpieczniej jest nie pozostawać cały czas w jednym miejscu; lepiej przemieszczać się w tłumie, nie dając potencjalnym złodziejom czasu na oszacowanie dystansu, ryzyka, możliwych podejść i na zorganizowanie samego podejścia do obiektów, które mamy przy sobie.

Przestępczość i przemoc nie są wytworem fantazji radykalnych brazylijskich filmowców, pragnących wstrząsnąć sumieniami swojego społeczeństwa i przekonać je do swoich tez; pewne miejsca są w Brazylii niezbyt bezpieczne. Jak by nie było, Miasto Boga powstało z kompilacji osobistych doświadczeń Paulo Linsa i socjologiczno-antropologicznego materiału testymoniów zgromadzonego przez niego i jego współpracowników w ramach akademickiego projektu badawczego, z którego potem zrodziła się powieść. Innymi słowy, Miasto Boga, powieść i film, zasadniczo ulepione są z faktów i relacji niemal bezpośrednich[1].

W tym samym hostelu w Santa Teresa, w którym i ja przebywałem będąc w Rio – przepiękny hostel Alma de Santa przy rua Andres Belo – zatrzymały się też dwie Angielki, które na dzień przed wylotem z powrotem do Londynu wybrały się na Corcovado, każda ze swoim aparatem, by sfotografować Rio spod stóp betonowej figury Cristo Redentor. Zachowywały sie bardzo rozważnie, bo spod Corcovado wróciły taksówką, tak daleko, jak tylko się dało. Niestety nie dało się pod same drzwi Alma de Santa, bo ulica Andresa Belo nie jest tak naprawdę ulicą, a pnącymi się stromo długimi schodami, z domami po obydwu stronach. Dziewczyny zajechały tą taksówką do samego szczytu tych schodów. Taksówkarz odjechał w swoją stronę, dziewczyny zaczęły schodzić po stopniach w stronę hostelu.

Na stopniach siedziało dwóch młodych mężczyzn, którzy na ich widok wstali. Podeszli do nich, zagrodzili im drogę, postraszyli je bronią – choć najprawdopodobniej była to jakaś atrapa: trwał wtedy Karnawał. Zabrali obydwa aparaty, kartę kredytową i niewielką ilość gotówki, które jedna z dziewczyn miała przy sobie. I błyskawicznie się ulotnili. Najprawdopodobniej do jednej z faweli, które wspinają się na wzgórze niedaleko stamtąd. Roztrzęsione dziewczyny nie mogły pojąć, że to się stało zaledwie kilkanaście kroków od celu, od hostelu, w którym mogły się zamknąć i schronić, ostatniego dnia ich trwającej dwa miesiące z hakiem podróży po kontynencie. Ale uderzyło mnie, jak opisując tę sytuację, podkreślały, że obaj sprawcy byli “czarnymi facetami”, “black guys”… Nie było mnie tam, nie widziałem, ale całkiem możliwe dwaj młodzi negros zobaczyli w oczach turystek strach przed “czarnymi z faweli” i pod wpływem impulsu postanowili je za tę zniewagę ukarać…

Tanya, moja koleżanka z pracy, w czasach kiedy jeszcze pracowałem w firmie internetowej w Londynie, została napadnięta i obrabowana pierwszego dnia w Rio de Janeiro, jeszcze w drodze z lotniska do hostelu. Jest faktem, że ze swymi bardzo jasnymi włosami i germańskim typem urody Tanya wygląda tak bardzo gringo, że bardziej już nie można. Innym faktem jest, że turystki są w Brazylii znacznie bardziej narażone na napady rabunkowe niż ich koledzy płci męskiej. Napastnicy niemal nigdy nie szukają zaczepki, okazji do bitki ani uszkodzeń ciała. Jeśli ryzykują kradzież czy napaść na turystę – a jest to jednak spore ryzyko, bo policja w Brazylii jest uzbrojona po zęby, lubi czasem pokazowo zademonstrować, że turyści są w tym kraju bezpieczni i do chłopców z faweli strzela bez wahania – jest to zwykle motywowane pragnieniem odniesienia szybkiej, jednorazowej korzyści materialnej. Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że zdrowo wyglądający mężczyzna, tym bardziej ich grupa, będzie się trochę skuteczniej bronił (tak, w każdym razie, rozumują).

Dobry aparat fotograficzny wart jest w Brazylii pół lub nawet półtora roku pracy, jeśli zarabia się minimalne wynagrodzenie, a że w Brazylii nie wszyscy są włączeni w obieg gospodarki formalnej, wielu ma do dyspozycji nawet mniej niż oficjalne wynagrodzenie minimalne. Na dodatek sprzęt elektroniczny, smartfony Apple’a czy laptopy wszystkich marek są w Brazylii nawet kilka razy droższe niż w USA czy Europie Zachodniej. Odpowiada za to fenomen, który w biznesie nazywają podobno Brazilian opportunity, ‘brazylijską okazją’ – te same firmy, które sprzedają te dobra znacznie taniej w Europie czy w Ameryce Północnej, w Brazylii naliczają wielokrotnie większe marże, bo wąska grupa najbogatszych Brazylijczyków gotowa jest zapłacić tyle, w zamian za prestiż, w zamian za możliwość demonstrowania, że ich na to stać; wielkim biznesom mechanizm ten pozwala osiągać ten sam zysk przy sprzedaży znacznie mniejszej ilości sztuk, czyli mniejszym wysiłkiem. Wielu brazylijskich nastolatków wie, że ich rodzice nigdy nie odłożą tyle pieniędzy, że sami, sprzedając piwo i wodę na plaży też nigdy nie zarobią tyle, żeby te przedmioty znalazły się w zasięgu ich ręki. Tanya została zaatakowana z użyciem bezpośredniej fizycznej przemocy. Marcos Vinicios, piękny dwudziestopięciolatek z Niterói, pracujący w Rio (Niterói to miasto po drugiej stronie zatoki, nad którą leży Rio de Janeiro i drugiej stronie mostu, który tam prowadzi z Rio), zorientował się tylko, podziwiając jedno z karnawałowych blocos, że złoty naszyjnik w kształcie serca zniknął z jego szyi, ktoś go zerwał.

Przemoc jako fantazja

Czasami można odnieść wrażenie, że to sami Brazylijczycy najbardziej panikują i najbardziej straszą przyjezdnych brazylijską przemocą i przestępczością, malując obraz kraju, w którym na każdym kroku na przybysza z zewnątrz czyha jakieś zagrożenie. Nikt tak często jak Brazylijczycy nie będzie ci odradzał zabrania gdziekolwiek aparatu fotograficznego czy laptopa; Brazylijczycy będą o krok od doradzenia ci, żebyś najlepiej w ogóle nie wyciągał aparatu, bo z aparatem to nigdzie nie jest tak naprawdę bezpiecznie.

Brazylijczycy są ludźmi bardzo serdecznymi i wielu z nich motywuje realna troska o twój dobrostan, nawet jeśli dopiero co cię poznali.

Wielu Brazyliczykom doskwiera też coś w rodzaju nerwicy na tym punkcie. Péricles powiedział mi, że kiedyś przestał w ogóle oglądać w telewizji i czytać w prasie bieżące wiadomości, bo już nie mógł spać od tego, że cały czas relacjonują mu jakieś akty przemocy. Problem z tymi relacjami polega na tym, że kreują one wyolbrzymione i skrzywione wrażenie kraju, w którym dzień powszedni każdego mieszkańca to poszukiwanie przesmyków pomiędzy strzelaniną, napadem z bronią w ręku, agresywną awanturą a, powiedzmy, wypadkiem samochodowym.

“To jest wielki kraj, pół kontynentu, prawie dwieście milionów ludzi. A ogólnokrajowa telewizja i gazety relacjonują każdy napad, każdy strzał z pistoletu, każdego szaleńca czy frustrata, któremu coś odbiło gdzieś na drugim końcu kontynentu, w Amazonii czy w Pernambuco. Wyobraź sobie, że w angielskiej telewizji relacjonują ci każde morderstwo, każdy śmieszny napad na prowincjonalny bank dokonany w całej Europie, gdzieś na obrzeżach Norwegii, w jakimś mieście na Węgrzech, w Estonii i Bóg wie gdzie jeszcze. Można by było zwariować, no nie?”

Większość Brazylijczyków, ile by nie narzekali na korupcję polityków i bezczelność, z jaką kraj eksploatują jego oligarchiczne elity, kocha Brazylię i jest z niej dumna, zwłaszcza z jej dorobku kulturalnego, z globalnej rozpoznawalności jego kultury, oraz z jego naturalnego, tak różnorodnego piękna (jak to sformułowali autorzy jednego z przewodników Lonely Planet: „każdy Brazylijczyk jako swój obraz raju na Ziemi wskaże inne miejsce, niemal na pewno będzie to jednak gdzieś w granicach Brazylii”). Oni by po prostu bardzo chcieli, żeby każdy odwiedzający Brazylię wywiózł stamtąd tylko dobre wspomnienia i spędził resztę życia, opowiadając krewnym i znajomym, jak tam było wspaniale.

Brazylijczycy z klasy średniej z kolei często mają znacznie bardziej ambiwalentne podejście. Trawi ich poważny kompleks, że Brazylia nie spełnia standardów świata cywilizowanego wyznaczanych przez rozwinięte kraje Zachodu i kulturę ich klas średnich; to niespełnianie standardów wywołuje u nich dziwny miks emocji, od irytacji i gniewu po zażenowanie i wstyd. Oni ostrzegają przybysza przed zagrożeniami czyhającymi na każdym kroku w dzikim, wciąż tak mało ucywilizowanym kraju. Jednocześnie robią to w tym celu, żeby przybyszowi, wdrożonemu tymi opowieściami do wzmożonej czujności i szczególnej ostrożności, ostatecznie nic się nie stało, a wizerunek kraju w jego oczach został jako tako ocalony, ostatecznie bardziej pozytywny niż ten, który wyłaniał się z dozowanych mu opowieści grozy; bardziej pozytywny niż ten, na który go przygotowywano.

Przy całej niewątpliwej skali przemocy w Brazylii, pozostaje wciąż zdumiewającym faktem, że przemocy jest w Brazylii, w regularnych międzyludzkich interakcjach, mimo wszystko tak niewiele. W czasie Karnawału w Rio de Janeiro największe zdumienie gringos wywołuje to, że przy tylu milionach pijanych i pijących jeszcze więcej ludzi, którzy wędrują w blocos, tańczą i bawią się na ulicach całego wielkiego miasta, większość uczestników i obserwatorów tego zbiorowego szaleństwa nie spotyka się z żadnymi zachowaniami agresywnymi, wszyscy są niezwykle serdeczni i po prostu bawią się razem. Teraz wyobraźmy sobie million pijanych Polaków czy Anglików na ulicach jednego miasta…

Brazylijczycy mają wszelkie obiektywne powody do agresji i do wybuchów przemocy.

Przemoc i nierówności

Pod względem ekonomicznym Brazylia pozostaje “najbardziej niesprawiedliwym krajem na najbardziej niesprawiedliwym kontynencie”. Według danych z 2011 roku w ręce górnego kwintyla społeczeństwa (20% uzyskujących najwyższe dochody Brazylijczyków) trafia wciąż 57% całości dochodów brazylijskiej gospodarki, zaledwie 3% mniej niż dziesięć lat wcześniej. Dolny kwintyl społecznej drabiny dochodów, 20% najmniej zarabiających Brazylijczyków, uzyskuje zaledwie 3% całości dochodów generowanych przez swoją narodową gospodarkę. Na kontynencie, który cały rozdarty jest drastycznymi ekonomicznymi nierównościami, Brazylię charakteryzują nierówności gorsze jeszcze niż w większości państw regionu. Współczynnik społecznych nierówności (Gini index) wynosi w Brazylii 0.529 (dane wciąż za rok 2011)[2]. Jest to jeden z najbardziej dramatycznych wyników na świecie.

Brazylia, z tak ogromnymi bogactwami naturalnymi, jest jedniocześnie trzecim po Chinach i Indiach państwem z największą populacją zamieszkującą slumsy, zwane tam fawelami. Mają one lokalną specyfikę, lokalne cechy charakterystyczne – przede wszystkim są bez porównania lepiej zbudowane niż shanty towns w innych częściach świata, bo wiele z nich założyli „na dziko” wykwalifikowani robotnicy budowlani. Slumsy pozostają jednak slumsami, nawet kiedy są trochę lepiej zbudowane. Wedle danych podawanych – na podstawie ONZ-HABITAT i innych źródeł – przez Mike’a Davisa, mieszkańców faweli było jeszcze niedawno 51,7 mln, co stanowiło 36,6% ludności kraju[3]. W Chinach slumsy zamieszkuje według tych samych zestawień 37,8% ludności, w Indiach 55,5%.

Chociaż rządząca Partido dos Trabalhadores chwali się, że prowadzona przez nią polityka podniosła w ciągu dekady status materialny ponad 70 milionów ludzi, część wyprowadzając ze skrajnej biedy, część z biedy przenosząc w domenę tego, co w Brazylii uchodzi za klasę średnią (z reguły awans ma miejsce do tamtejszej “niższej klasy średniej”), to pewną rolę w entuzjastycznym tonie tych statystyk odgrywa jednak fakt, jakich w nich użyto miar biedy i skrajnej biedy. Brazylijskie statystyki wyjątkowo nisko ustawiają ich oficjalne progi. Lena Lavinas z Instytutu Ekonomii Universidade Federal de Rio de Janeiro zauważyła, że gdyby brazylijscy ekonomiści (i politycy) stosowali tę samą metodologię, której używa się teraz w Unii Europejskiej (próg biedy wyznaczając na poziomie 50% mediany dochodów), jako żyjących w biedzie trzeba by policzyć aż 40% populacji Brazylii, 70 milionów Brazylijczyków. Na dodatek sama ta mediana dochodu na głowę wynosi w Brazylii zaledwie śmieszne 466 reais miesięcznie, przybliżona równowartość zaledwie 240$[4]. Koszty życia w Brazylii nie należą przy tym do najniższych na świecie, w miastach mogą być porównywalne do Europy, a miasta, które – jak São Paulo czy Brasília – koncentrują w sobie największą władzę polityczną i ekonomiczną, są po prostu bardzo drogie, drogie nawet na zachodnią kieszeń. Ogólnie rzecz ujmując, Brazylia jest najdroższym pod względem kosztów utrzymania państwem w Ameryce Południowej.

pelourinho (42)

Bezdomny śpiący pod dawnym pręgierzem, przy którym biczowano niewolników, na placu przed kościołem św. Franciszka w Salvadorze

Między przemocą a nierównościami społecznymi związek istnieje najzupełniej bezpośredni, jest on też jak najbardziej przyczynowo-skutkowy[5]. Najwyższe miejsca w niesławnych rankingach przestępczości zajmują zawsze i niezmiennie państwa z najwyższym współczynnikiem Giniego. Nierówności kreują frustracje i gniew, które eksplodują nieraz w zupełnie przypadkowych “krótkich spięciach”. Nierówności generują agresywną rywalizację o ograniczone zasoby pomiędzy tymi, którym na drabinie dochodów przypadły  najniższe pozycje. Mechanizmy narastania przemocy i produkcji przestępczości w takich warunkach fenomenalnie pokazują najwybitniejsze brazylijskie favela movies, takie jak Miasto Boga, Linha de passé, Elitarni, Ostatni przystanek 174, oraz filmy dokumentalne, jak Autobus 174. Nierówności popychają w stronę organizacji przestępczych, które nierzadko oferują biednym młodym mężczyznom odciętym od dróg społecznie uznawanego awansu społecznego jedyną drogę do awansu przynajmniej ekonomicznego, nierzadko też najlepszą dostępną im formę kapitału społecznego, bo proponują struktury wzajemnej lojalności, ochrony (przed przemocą innych), i tak dalej.

David Harvey trafnie kiedyś określił też przestępczność jako “prywatyzację redystrybucji”. Nierówności na taką skalę są manifestacją nieistnienia lub porażki realnej polityki ekonomicznej redystrybucji. Pozwalają nielicznym przejmować kontrolę nad coraz szerszymi zasobami bogactwa społecznego, kosztem wyzyskiwanej i wykluczonej z dostępu do tych zasobów większości. Wówczas nierzadko najbardziej dynamiczne jednostki, najbardziej zdeterminowane, by zmienić swój los, nieskłonne tak po prostu zaakceptować swoje liche położenie i jego ideologiczne alibi wciskane im przez uprzywilejowanych (za pośrednictwem mediów, szkoły, Kościoła), biorą sprawy w swoje ręce i przemocą redystrybuują część bogactwa zawłaszczonego przez dominującą ekonomicznie mniejszość. Wielu z nich, gdyby żyło w lepszym („mniej nikczemnym”) świecie, byłoby całkiem prawdopodobnie najbardziej wartościowymi członkami swoich społeczności, wnoszącymi w ich życie nawięcej energii oraz społecznej i ekonomicznej aktywności, asertywność i dynamiczne poszukiwanie rozwiązań.

Brazylijczycy mają wszelkie powody, by być znacznie bardziej agresywnymi, niż są w rzeczywistości. Mają wszelkie powody, by wybuchać użyciem przemocy znacznie częściej i na szerszą skalę, niż im sie to rzeczywiście zdarza. Chłopiec z faweli ma wszelkie powody (i swego rodzaju prawo) rzucać kamieniami w okna luksusowego apartamentowca, którego mieszkańcy odgradzają się od niego i jemu podobnych, a także od odpowiedzialności za nich i za całość społeczeństwa, murem i drutem kolczastym (lub nawet drutem z żyletkami, które po prostu porozcinałyby ciało potencjalnego intruza!); którego mieszkańcy plują mu w twarz swoimi ekonomicznymi przywilejami i swoim pragnieniem fizycznego i symbolicznego odseparowania się od reszty swojego społeczeństwa.

W swojej masowej większości, Brazylijczycy są ciepłymi, przyjaznymi ludźmi, ciekawymi każdego przybysza z daleka, z miejsca zaprzyjaźniającymi się z dopiero co spotkanymi ludźmi. Ich stosunek do otaczającego ich świata społecznego zdefiniowany jest zasadą serdeczności (cordialidade) i przesiąknięty rodzajem ciepłego, zapraszającego do fizycznej i emocjonalnej bliskości, zuniwersalizowanego, adresowanego jakby do całego świata, polimorficznego erotyzmu. Poszczególne lokalne i klasowe wspólnoty nasycone są także pokładami pewnej spontanicznie reprodukującej się, nieprawdopodobnie cierpliwej solidarności, które zapobiegają rozwiązaniom agresywnym oraz chronią te społeczności i ich przedstawicieli przed rozwiązaniami przemocowymi i wybuchami agresji.

capoeira (218)

capoeirista z Salvadoru znany jako Negro Drama

Dlatego, kiedy porzucone przez klasę panującą, coraz bardziej zatłoczone fawele, stoczyły się po równi pochyłej przemocy gangów handlujących narkotykami, Brazylijczycy nie przyjęli tego jak zmian pór roku – że tak to już jest, że ludzie się od czasu do czasu zabijają na ulicy. Pomimo dekad ignorowania całego tego zestawu problemów przez rządzących i elity ekonomiczne, które odpowiedziały jedynie wymianą zamków w drzwiach i symbolicznym obsikaniem swojego terytorium przez zwiększenie liczby pracowników ochrony, większość społeczeństwa była wstrząśnięta rozwojem wypadków tak znakomicie sportretowanych przez Linsa a potem Meirellesa w obydwu (powieściowej i filmowej) tekstualnych odsłonach Miasta Boga. Popularność zwłaszcza filmu, a także udział tej popularności w doprowadzeniu do pierwszego wyborczego zwycięstwa Luli i Partii Pracowników, dowodzą, do jakiego stopnia problem był dla większości Brazylijczyków – zwłaszcza tych, którzy nie mogli się pozamykać w miejskich twierdzach z prywatną ochroną – palący.

Za mało przemocy…

Tak więc – najbardziej zdumiewającym wymiarem przemocy w Brazylii jest wbrew pozorom to, jak jej jest niewiele.

Ale na tym nie koniec. Największym związanym z brazylijską przemocą problemem jest to… że jest jej za mało. Że Brazylijczycy tak rzadko się do niej uciekają: wtedy, kiedy absolutnie należałoby się do niej uciec, pod adresem tych, którzy byliby odbiorcami słusznego gniewu. Że tak łatwo oddają całą przemoc w ręce elit ekonomcznych, wykonawców ich politycznej woli i stojącej na flankach ich stanu posiadania policji. Że za mało jest takiej pięknej, demokratycznej, niemal rewolucyjnej przemocy, jaka ogólnospołeczną energią wylała się na ulice 350 brazylijskich miast w czerwcu, i w lipcu 2013 roku, zanim została zdominowana przez „antykorupcyjne” centrum.

Pięknej demokratycznej, zbiorowej przemocy, skierowanej przeciwko symbolom przywilejów klas panujących.

Reżyser i scenarzysta Karim Aïnouz powiedział kiedyś[6], że jeden z głównych powodów, dla których zainteresowała go postać João Francisco dos Santosa, głównego bohatera jego wspaniałego filmu Madame Satã, leżał w tej właśnie przestrzeni semantycznej. João (we wspaniałej kreacji fascynującego Lazaro Ramosa), wraz ze swą estradowo-karnawałową personą, był dla Aïnouza atrakcyjną i pociągającą odpowiedzią na ten właśnie, charakteryzujący unikających konfrontacji Brazylijczyków, tak przywiązanych do tradycyjnej cordialidade (serdeczności), deficyt agresywnej asertywności. João, kiedy mu się coś nie podobało, kiedy ktoś uzurpował sobie prawa do dominowania nad nim, kiedy ktoś z pozycji władzy – przewagi ekonomicznej (jak w przypadku zatrudniających go miernych artystów kabaretowych), czy monopolu na usankcjonowaną przemoc (jak w przypadku policji), przewagi symbolicznej (jak w przypadku patrzących nań krzywo heteroseksualnych mężczyzn) – to robił sceny, wrzeszczał, dawał w pysk, a nawet strzelał. Konsekwentnie rujnował sobie w ten sposób życie, ale własna godność i własna podmiotowość były dla niego ważniejszymi stawkami.

Do takiej właśnie przemocy odwołuje się Czarny Blok, którego aktywiści działają w przestrzeni publicznej, włączając się w akcje protestacyjne zalewające kraj od czerwca 2013 roku, przy użyciu widowiskowych, zamierzonych aktów wandalizmu. Uważają oni (dość podstawnie), że żadne inne formy protestu nie robią najmniejszego wrażenia na władzy, nie przyciągają też zainteresowania dziennikarzy mainstreamowych mediów, o których mają jak najgorsze zdanie[7]. Nazywają swoje działanie „przemocą performatywną”. Ubrani na czarno młodzieńcy z twarzami pozasłanianymi chustami, trzymający się za ręce, by sprawniej stawiać opór próbującej ich rozbić policji, pojawili się w czerwcu 2013 roku na ulicach dwóch najważniejszych, jeśli idzie o stopień oddziaływania ogólnonarodowego, miastach Brazylii: São Paulo i Rio de Janeiro. Szukali konfrontacji z policją, wybijali okna w oddziałach banków, niszczyli inne symbole globalnego kapitalizmu. W październiku 2013 roku osłaniali swoimi kordonami demonstracje studentów przed przemocą policji. Pozostają ruchem nielicznym (jednorazowo taki „Czarny Blok” liczy na demonstracji w dużym mieście około 50 do 100 osób), raczej marginalnym na tle całości zorganizowanych ruchów protestu, jednak zdołali zająć poczesne miejsce w dyskursie dominujących środków masowego przekazu, zdeterminowanych, by zwalczać ten radykalnie antyautorytarny, antyburżuazyjny i antyelitarystyczny ruch.

Układ sił pomiędzy poszczególnymi klasami społecznymi Brazylii oraz koniunktura ekonomiczna znajdują się obecnie w realnym impasie. Rządząca wciąż PT tkwi w potrzasku właściwych peryferiom kapitazmu ograniczeń burżuazyjnej formalnej demokracji liberalnej oraz wyraźnego wyczerpania się możliwości wzrostu ekonomicznego i poprawy sytuacji mas ludowych bez uderzenia w wielką własność brazylijskiej oligarchii. Wielką własność, na straży nienaruszalności której stoi niekwestionowany przez PT porządek prawny liberalnej demokracji. Jedyne sytuacje, w których PT odważyła się, przy użyciu upolitycznionej siły, uderzyć we własność wielkiej brazylijskiej burżuazji, miały miejsce, kiedy federalne siły zbrojne uderzyły na wykorzystujące pracę niewolniczą plantacje na najbiedniejszym północnym wschodzie kraju (Nordeste). Były to więc sytuacje, w których wielcy właściciele ziemscy w jaskrawy sposób gwałcili podstawy samego porządku burżuazyjnego: zasadę formalnej wolności stron kontraktu (w tym umowy o zatrudnienie) czy minimum uczciwej konkurencji (ich koszty produkcji były niższe niż plantatorów, którzy zatrudniali pracownikom i płacili im regularne wynagrodzenie).

Wielka brazylijska burżuazja nie śpi i odczuwa na swoich bankowych saldach napięcia wynikające ze spowolnienia tempa brazylijskiego wzrostu, a tym samym i procesów akumulacji kapitału. Wielokrotnie w swojej i swojego kraju historii dała jasno do zrozumienia, że nie brzydzi się militarnej i policyjnej przemocy, kiedy potrzebuje odzyskać pełnię kontroli nad procesami ekonomicznego podziału bogactwa i przenieść koszty stagnacji na tych, którzy i tak mają najmniej, wracając na drogę pogłębiania rozdzierających kraj ekonomicznych nierówności. To, co wielka brazylijska burżuazja przedstawiała jako “konserwatywną modernizację” lat 60. i 70., większość świata bez wahania klasyfikowała jako faszystowską dyktaturę.

Jeżeli Brazylijczycy – cała ich większość nie zamieszkująca penthouse’ów Ipanemy ani otoczonych drutem kolczastym pałaców – nie potraktują wydarzeń z czerwca 2013 jako jedynie próby kostiumowej dla większej i bardziej zdecydowanej mobilizacji; jeżeli nie przypomną sobie na czas o możliwości (i konieczności) zastosowania politycznie wyartykułowanej kolektywnej przemocy skierowanej w tych, którzy najbardziej ich wyzyskują, to ci, którzy ich wyzyskują, mogą przypomnieć sobie pierwsi i znów kolektywnie, przy użyciu militarno-policyjnego aparatu represji, uderzyć w tych, których wyzyskują.

Banco de SP

Wieżowiec Banco de São Paulo

Przypisy

[1] Roberto Schwarz, Paulo Lins’ Novel ‘Cidade de Deus’, przeł. (z port. na ang.) John Gledson [w:] City of God in Several Voices. Brazilian Social Cinema as Action, red. Else R.P. Vieira, Nottingham: CCCP 2005, s. 5-12; przedrukowane w: Roberto Schwarz, Two Girls and Other Essays, red. Francis Mulhern, London-New York: Verso 2012, s. 223-234.

[2] Lena Lavinas, 21st Century Welfare, “New Left Review” nr 84, listopad-grudzień 2013, s. 31-32.

[3] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 39.

[4] L. Lavinas, dz. cyt., s. 31.

[5] Zob. np. Richard Wilkinson, Kate Pickett, Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, Warszawa: Czarna Owca, 2011.

[6] Demetrios Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, London: Faber and Faber 2010, s. 191-201.

[7] Esther Solano Gallego i Paulo Rogério Lugoboni, The story of the unsung heroes: Black Bloc Brazil, ROAR Magazine, http://roarmag.org/2014/06/brazil-black-bloc-protests/

Jarosław Pietrzak

Tekst pochodzi z ebooka Notes brazylijski (2015), dostępnego do pobrania na platformie Gumroad.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Al Dżazira na celowniku Saudów

Na początku czerwca Arabia Saudyjska skłoniła swoich sojuszników w Zatoce Perskiej (Zjednoczone Emiraty Arabskie i Bahrajn) oraz swoje państwa klienckie (Egipt, szczątkowe rządy Jemenu i Libii) do zerwania wszelkich stosunków i zapoczątkowania międzynarodowej izolacji swojego maleńkiego sąsiada. Rzekomym powodem drastycznych kroków, wśród których znalazła się próba odcięcia Kataru od dostaw żywności, było „finansowanie przez Katar międzynarodowego terroryzmu”. Przedłużający się okres przedziwnej szarady, w okresie którego Saudowie odkładali przedstawienie konkretnych żądań czy postulatów, pokazał Rijadowi, jego przyjaciołom i klientom, że oprócz takich globalnych potęg jak Malediwy, Komory i Mauretania, świat nie rwie się specjalnie do udziału w tym przedsięwzięciu. Donald Trump pobredził sobie przez chwilę na Twitterze, ale przecież to w Katarze Stany Zjednoczone mają swoją największą bazę wojskową w Zatoce Perskiej. Nie udało się zaszantażować nawet tak upadłego państwa jak Somalia, która odmówiła udziału w tym cyrku choćby za cenę utraty saudyjskiej „pomocy finansowej”.

Kiedy Saudowie przedstawili w końcu konkrety – listę trzynastu żądań i termin ich realizacji – można było odnieść kilka różnych wrażeń. Jedno było takie, że Saudowie usiłują zepchnąć na Katar ciężar odpowiedzialności za coś, w czym sami mają znacznie większy udział: sponsorowanie salafickich organizacji siejących terror na Bliskim Wschodzie i poza nim. Ale jest też inne – że niektóre zarzuty i żądania wypocono na siłę, żeby na dłuższej liście przymaskować trochę to, jak bardzo Saudów i emirów w Abu Zabi, Dubaju i Szardży skręca z powodu Al Dżaziry, globalnego imperium medialnego założonego przez ówczesnego emira Kataru szejka Hamada bin Chalifę as-Saniego w drugiej połowie lat 90. XX wieku.

Al Dżazira znaczy Półwysep

Kiedy emir próbował rozkręcić Al Dżazirę, akurat upadł kanał BBC Arabic. Była to spółka joint venture brytyjskiego nadawcy publicznego i saudyjskiego kapitału medialnego. Miała nadawać po arabsku i trzymać się standardów dziennikarskiego i produkcyjnego profesjonalizmu wyprowadzonych z BBC. Umowa z Saudyjczykami zawierała klauzule o redakcyjnej wolności, prezentowaniu rozmaitych opinii, punktów widzenia różnych stron, o prawie do krytyki rządów, o udzielaniu głosu opozycji. Umowa umową, ale Saudyjczycy kontrolowali przekaźniki, przez które sygnał satelitarny trafiał do odbiorników w całym świecie arabskim. Kiedy na antenę BBC Arabic trafili przedstawiciele opozycji wobec monarchii w Rijadzie, saudyjska strona tej joint venture wyłączyła po prostu przekaźniki. BBC i saudyjska korporacja Orbit zerwały wtedy umowę. 150 dziennikarzy i innych znakomicie wyszkolonych profesjonalistów znalazło się bez pracy.

Zbiegło się to w czasie z marzeniami szejka Hamada o odegraniu historycznej roli większej niż rozmiary jego malusieńkiego królestewka, roli, która odpowiadałaby bogactwom, zgromadzonym przez jego państewko za sprawą złóż gazu i ropy. Jedną z możliwości Hamad widział w rozwoju mediów, które w świecie arabskim były w owym czasie wyjątkowo żenującymi tubami propagandowymi teokratycznych monarchii i sklerotycznych dyktatur regionu. Katar miał już swoją własną państwową telewizję, Qatar Broadcasting Corporation, ale chodziło o coś zupełnie innego, o kanał satelitarny zwracający się do całego świata arabskiego, dla którego Katar, w sensie swoich rozmiarów, był jak mały palec wystający z boku Półwyspu Arabskiego (nazwa Al Dżazira oznacza właśnie Półwysep, w domyśle Arabski). Zwolnieni przez umarłą przedwcześnie BBC Arabic dostali propozycje pracy dla nowego nadawcy satelitarnego z siedzibą w Ad-Dauha. Częścią oferty była redakcyjna wolność na wzór tej obiecanej im wcześniej przez BBC Arabic.

Szejk Hamad na brak pieniędzy nie narzekał, na odpalenie Al Dżaziry wyłożył więc 137 milionów dolarów, w formie kredytu, który miał sfinansować jej funkcjonowanie przez pierwszych pięć lat. Plan zakładał, że w tym okresie stanie się dochodowym przedsięwzięciem komercyjnym.

Ale nadawca musiał stawić czoła ograniczeniu, jakim jest dostępność częstotliwości, na których można na różną skalę nadawać. W początkowym okresie Al Dżazira musiała się zadowolić słabszym transponderem – saudyjskie korporacje satelitarne, od których wszystko zależało w domenie arabskich kanałów satelitarnych, nie chciały jej dać nic lepszego. Dopóki kolejny zbieg okoliczności nie sprawił, że jeden z kanałów, dostarczany na potężniejszy transponder z Europy, przez France Telecom, przełączył nagle – wskutek pomyłki człowieka lub błędu technicznego – film animowany dla dzieci na pół godziny ostrego porno z zupełnie innego źródła. Nie tylko Saudyjczycy wpadliby w szał. Saudyjczycy wpadli, pozrywali umowy i uwolniła się częstotliwość, którą zdobyła Al Dżazira.

Miles Al Jazeera

Al Dżazira rosła, nadawała coraz więcej godzin programu, zdobywała coraz większą widownię w całym świecie arabskim – widownię zaskoczoną jej profesjonalizmem, nowoczesnością, różnorodnością opinii, którym udzielała głosu, opinii wielokrotnie krytycznych wobec ich władców i rządzących. Mottem Al Dżaziry zostało: „Opinia – i inna opinia”. Na porządku dziennym były wywiady i talk shows z udziałem przedstawicieli opozycji wobec Domu Saudów. By przekroczyć bariery różnic pomiędzy lokalnymi dialektami języka arabskiego, językiem antenowym został klasyczny, literacki arabski, znany każdemu w miarę wykształconemu człowiekowi od Maroka po Oman.

Istniała taka legenda, że arabscy dziennikarze mieli w Al Dżazirze prawo krytykować wszystkie arabskie reżimy, tak długo, jak długo nie mówią nic złego o Katarze. Hugh Miles, brytyjski dziennikarz, syn ambasadora w Arabii Saudyjskiej, autor książki opisującej historię powstania i pierwszych lat Al Dżaziry (wydanej w 2005), podważał tę opinię, wyliczając przypadki krytyki rządu katarskiego na antenie Al Dżaziry, a także wskazując na zawarte w umowach z członkami zarządu klauzule chroniące ich przed interwencjami w linię redakcyjną ze strony emira czy jego rządu. Katarska polityka była słabo obecna w programach Al Dżaziry przede wszystkim dlatego, że od początku miała to być telewizja panarabska, poruszająca tematy, które interesują międzynarodową arabską publiczność. Z takiej perspektywy polityka w Egipcie, Arabii Saudyjskiej, Iraku, sprawa palestyńska przez większą część czasu zajmowały naturalnie więcej miejsca niż sprawy maleńkiego emiratu.

Jeżeli Al Dżazira miała od początku być elementem dyplomacji kulturalnej Kataru, to bardziej w ten sposób, że miała umieścić ten kraj na mapie świata, sprawić, że wszyscy o nim słyszeli, pozwolić władcom Kataru prowadzenie polityki międzynarodowej niezależnej od Arabii Saudyjskiej i „boksowanie powyżej własnej kategorii wagowej”. Gdyby była jeszcze jedną propagandową tubą kolejnego arabskiego rządu, nigdy by tego nie osiągnęła – takich telewizji Arabowie od Fezu przez Kair po Abu Zabi mieli pod dostatkiem.

Jest jednak możliwe, że taka rola Al Dżaziry, jako instrumentu soft power, finansowanego niezależnie od własnej nierentowności, wyszła dopiero „w praniu”, tzn. w konsekwencji jej wielkiego sukcesu. Udzielony na pierwszych pięć lat funkcjonowania kredyt zakładał, że Al Dżazira stanie się po prostu dochodowym, samofinansującym się biznesem. Nigdy się nim nie stała, zawsze była deficytowa, pomimo swojej ogromnej popularności. Dom Saudów, pod krytyką dziennikarzy Al Dżaziry, zapraszających na antenę przedstawicieli saudyjskiej opozycji, w ramach zemsty i prób perswazji nałożył na katarskiego nadawcę rodzaj międzynarodowego embarga reklamowego. Nie tylko Saudyjczycy niczego tam nie reklamowali, ale też grozili zagranicznym firmom, że karą za reklamy na antenie Al Dżaziry będzie bojkot ich produktów i zrywanie kontraktów w Arabii Saudyjskiej (największy pod względem siły nabywczej rynek w świecie arabskim).

Po pierwszych pięciu latach okazało się, że Al Dżazira wciąż jest deficytowa, ale emir widział w niej już takie korzyści symboliczne i dyplomatyczne, że od tamtej pory subwencjonował ją nieprzerwanie. Kiedy w Tunezji i Egipcie zaczęła się arabska wiosna, Al Dżazira przedstawiała się już oficjalnie jako katarski nadawca publiczny, tym tłumacząc, co ją różni od amerykańskich nadawców komercyjnych takich jak Fox News czy CNN – skąd się wzięła różnica między sukcesem, jakim były jej relacje z Tunezji i Egiptu, a porażką, jaką na tym froncie poniosły wielkie media amerykańskie.

Okres heroiczny

Okres heroiczny w historii Al Dżaziry zaczął się w roku 1998, kiedy to jej dziennikarze przełamali monopol zachodnich nadawców na dostarczanie wiadomości z frontu pierwszej amerykańskiej inwazji na Irak. Ale Zachód o Al Dżazirze usłyszał dobrze dopiero w 2001 roku, przy okazji nadanej przez nią taśmy Osamy Bin Ladena, w której komentował ataki z 11 września. Wtedy to na Zachodzie zaczęły się szerzyć opinie, że Al Dżazira „sprzyja terrorystom”.

W pierwszej dekadzie XXI wieku, kiedy zachodni nadawcy redukowali liczbę swoich korespondentów zagranicznych, cięli koszty, obniżając coraz bardziej swoje profesjonalne standardy, Al Dżazira dynamicznie rosła. W szczytowym momencie miała blisko sto biur na całym świecie, a więc mniej więcej w co drugim państwie, jak podają Mohamed Zayani i Sofiane Sahraoui, jej organizacja była silnie zdecentralizowana, poszczególne biura regionalne cieszyły się ogromną swobodą redakcyjną i produkcyjną, także w zakresie wydatków – gdy działo się coś ważnego, gdzie warto być pierwszą ekipą telewizyjną, obowiązywała zasada „jakby co, Ad-Dauha zapłaci wszystkie rachunki”. Odsprzedaż oryginalnych materiałów agencjom i innym telewizjom stała się jednym z głównych źródeł dochodów Al Dżaziry.

zayani sahraoui al jazeera

Al Dżazira była zawsze z Palestyńczykami, każdą izraelską agresję relacjonując ze strony palestyńskiej. Palestyńczycy, którzy są najlepiej wykształconym arabskim społeczeństwem, bywali najbardziej nadreprezentowaną grupą wśród personelu katarskiej telewizji. Palestyńczyk Wadah Khanfar, współpracujący z tą telewizją od jej wczesnych lat, relacjonujący dla niej z Afganistanu i Iraku, został nawet w 2003 jej dyrektorem zarządzającym, a w 2006 dyrektorem generalnym całego imperium medialnego Al Dżaziry.

W czasie wojny w Afganistanie, Al Dżazira była jedynym nadawcą telewizyjnym, który miał dziennikarzy – i biuro – w bombardowanym kraju. Samo biuro też zostało przez Amerykanów zbombardowane, podobnie jak biuro w Iraku w czasie drugiej amerykańskiej inwazji. Zginęło kilku dziennikarzy. Nie były to pomyłki, bo Amerykanie znali lokalizacje biur prasowych, a jak wiemy już od dawna, w okresie wojny w Iraku George W. Bush i Tony Blair rozmawiali nawet o tym, czy by nie zbombardować także głównej siedziby nadawcy w Katarze, żeby uciszyć w końcu jej nieprzerwaną krytykę anglosaskiej „interwencji” w Zatoce Perskiej.

Niedawno wyszło na jaw, że prezydenta USA do zbombardowania głównej siedziby Al Dżaziry podjudzał następca tronu Abu Zabi, Mohamed bin Zayed, co pokazuje, od jak dawna katarski nadawca stoi teokratycznym monarchiom w Zatoce Perskiej kością w gardle. W istocie krytyczny coverage Al Dżaziry doprowadził już wcześniej do kilku kryzysów dyplomatycznych. Arabia Saudyjska, siedem innych państwa arabskich i Etiopia co najmniej raz wycofały przy jakiejś okazji swojego ambasadora w Katarze, domagając się czy to interwencji w jej linię redakcyjną, czy to po prostu całkowitego zamknięcia telewizji przez emira. W okolicy jednego z tych incydentów emir powiedział podobno, że Al Dżazira ma dla Kataru większą wartość niż cały jego korpus dyplomatyczny. Saudyjczycy doszli w końcu do wniosku, że wygrać z Al Dżazirą mogą tylko na jej własnym podwórku, tzn. budując dla niej równie nowoczesną i profesjonalną konkurencję, zmuszoną do przyjęcia wyższych standardów dziennikarskich. Tak powstała (w 2003) Al Arabija, nadająca z Abu Zabi, ale oparta o kapitał saudyjski.

Pierwszą dekadę obecnego stulecia Al Dżazira zamknęła jako największa pod wieloma względami telewizja informacyjna na świecie, z największą liczbą reporterów i najbardziej międzynarodowym, mówiącym dziesiątkami języków personelem. Jej logo – będące kaligraficznym zapisem samej nazwy – znalazło się w pierwszej dziesiątce najbardziej rozpoznawanych w skali globalnej znaków towarowych. Dawno przestała być tylko jednym kanałem, przeistaczając się w całą grupę mediów – w 2006 odpaliła Al Jazeera English i jej serwis internetowy, powstały kanały tematyczne (sportowy, poświęcony filmom dokumentalnym; w kolejnych latach – kanał egipski i bałkański, aplikacja mobilna i „wiralowy” serwis internetowy AJ+, a także nieudana próba wejścia na rynek amerykański, Al Jazeera America).

al jazeera mubasher misr

Arabska Wiosna

Wybuch arabskich rewolucji w Tunezji i Egipcie przyniósł kolejne wielkie chwile Al Dżaziry, która relacjonowała wydarzenia na okrągło, z samego ich środka, nie ukrywając sympatii dla społeczeństw, które porwały się, by obalić reżimy Mubaraka i Ben Alego. Kiedy Hugh Miles pisał w swojej książce, że to Al Dżazira zmobilizowała społeczeństwo Arabii Saudyjskiej do masowych aktów solidarności ze zmagającymi się z izraelską okupacją Palestyńczykami, wbrew ich władcom, którzy od dawna układali się pod stołem z rządami Izraela, ignorując cierpienia Palestyńczyków, niektórzy wskazywali to jako jeden ze słabych punktów jego książki, argumentując, że nie przedstawił wystarczających argumentów o przyczynowo-skutkowych związkach między tymi erupcjami a dziennikarstwem Al Dżaziry. W okresie rewolt w Tunezji i Egipcie nie dało się już jednak nie dostrzegać, że relacje Al Dżaziry pokazały wszystkim arabskim społeczeństwom, jak wiele goryczy i frustracji jest im wspólnych, niezależnie od tego, pod którym stetryczałym wojskowym czy średniowiecznym monarchą konkretnie żyją, a to musiało odegrać rolę mobilizacyjną.

Kiedy jednak wiatry arabskiej wiosny rozniosły się dalej, w Al Dżazirze coś się wyraźnie zmieniło – w odniesieniu do wydarzeń w Libii i Syrii. Jakby dynastia as-Sanich postanowiła w końcu wykorzystać zaufanie i wiarygodność zbudowane przez kilkanaście lat funkcjonowania Al Dżaziry, by w tych dwóch przypadkach w bezwstydny sposób ich nadużyć i forsować regionalne interesy Kataru. Jak dokładnie to się stało, to temat na wielkie dochodzenie – dziennikarskie, medioznawcze, polityczne. Czy był to rezultat centralnych wytycznych, czy specyficznego doboru reporterów i redaktorów? Jakie znaczenie miały zmiany u szczytu władzy w Katarze – przygotowania emira Hamada do odstąpienia władzy swojemu synowi (co nastąpiło w 2013)? Do jakiego stopnia zadziałał tu spadek po liberalnej tradycji BBC, z której wywodził się założycielski trzon personelu Al Dżaziry – wyobraźnia polityczna à la BBC ma skłonność do sprowadzania polityki zawsze do powierzchownej opozycji między „dyktaturą” a „demokracją”, „reżimem” a stawiającym mu opór „społeczeństwem obywatelskim”, niezależnie od tego, jaką realną treścią te kategorie są wypełnione np. w kontekście gry imperializmów i stosunków dominacji pomiędzy państwami.

Tak czy owak, w odniesieniu do Libii i Syrii przekaz katarskiej telewizji podejrzanie zszedł się z przekazem prowojennych korporacyjnych mediów amerykańskich, narracja Al Dżaziry rymowała się podejrzanie ze śpiewką zachodniej koalicji od „wymiany reżimów”. Al Dżazira bezkrytycznie powtarzała fabrykowane przez otoczenie Hillary Clinton, ówczesnej sekretarz stanu USA, pomówienia o rozdawanej żołnierzom Kaddafiego viagrze (żeby gwałcili) i innych monstrualnych, jak się często później okazało, nieprawdziwych zbrodniach sił „reżimowych”. Al Dżazira odegrała swoją rolę w rozpowszechnianiu nigdy nie potwierdzonych doniesień o stosowanej przez Baszszara al-Asada przeciwko cywilom broni chemicznej. Prezentowała jako „demokratyczną opozycję” czy „umiarkowanych rebeliantów” salafickich dżihadystów, których organizacje prowadziły jednocześnie kampanie o znamionach ludobójstwa przeciwko ludności niesunnickiej, i ktoś w Al Dżazirze musiał o tym wiedzieć. Kolportowała i uwiarygodniała szemrane materiały niezwykle podejrzanych Białych Hełmów (wiele wskazuje, że propagandowego odgałęzienia al-Kaidy, finansowanego przez wywiady Wielkiej Brytanii i USA w nadziei na obalenie Asada) jako rzetelne relacje i dowody wydarzeń, choć wiarygodność ich materiałów wideo została wielokrotnie więcej niż podważona. W obydwu wojnach, w Libii i w Syrii, Katar był stroną, zaangażowaną z różnych powodów w „wymianę reżimu”, szczególnie w przypadku Syrii liczącą na korzyści z takiej wymiany (gazociąg przez jej terytorium, którego rząd Asada nie chciał, faworyzując alternatywny projekt z Iranem i Rosją).

Bilans

Libia i Syria, w mniejszym stopniu okresowe łagodzenie przekazu na temat monarchii saudyjskiej (w okresach nadziei Kataru na poprawę stosunków z Rijadem) – są plamami na kartach historii Al Dżaziry. Teraz, kiedy obecny kryzys może się zakończyć jej zupełną likwidacją lub poważnymi zmianami w jej linii programowej, nie powinniśmy jednak zapomnieć o jej kartach wspaniałych.

Przez te dwie dekady z hakiem Al Dżazira wstrząsnęła światowym rynkiem telewizyjnym i obiegiem informacji. Nie tylko podważyła hegemonię Zachodu w światowym obiegu informacji, ale – jak powiada Hugh Miles – w znacznym stopniu odwróciła kierunek jej przepływu: ze Wschodu na Zachód, z Globalnego Południa na Północ (nikt nie miał w XXI wieku więcej międzynarodowych korespondentów niż Al Dżazira). Wywróciła propagandową wojenną narrację Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników o Afganistanie i Iraku. Relacjonowała to, czego zachodnie i arabskie media relacjonować nie chciały. Wstrząsnęła kulturą arabskich mediów masowych bezprecedensowo poszerzając możliwości wypowiedzi i debaty publicznej na tematy polityczne i obyczajowe. Historycy powiedzą kiedyś, że odegrała jedną z kluczowych ról w wielkim przełomie, jaki dokonał się w światowej opinii publicznej na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat w odniesieniu do sprawy palestyńskiej, podminowując skutecznie i na taką skalę jak nikt przed nią propagandową narrację Izraela, że to on jest ofiarą, która tylko się broni. Al Jazeera English programowo udostępniała swój czas antenowy głosom i punktom widzenia niedoreprezentowanym w mainstreamowych mediach na Zachodzie, a więc głosom lewicowym, antywojennym, antyimperialistycznym, czy ekonomicznie heterodoksyjnym. Dziennikarze Al Dżaziry dali przez minione dwie dekady dowody nie tylko wielkiego profesjonalizmu, ale też niezwykłego poświęcenia, prawdziwego heroizmu w imię docierania do prawdy – w Iraku i Afganistanie ponieśli śmierć, w Egipcie po zamachu stanu el-Sisiego trafili do więzienia, w którym siedzą do dzisiaj (a Al Dżazira jest tam zresztą obecnie zakazana). Al Dżazira wyprodukowała, zleciła lub zakupiła od niezależnych twórców niezwykłe bogactwo filmów dokumentalnych prezentujących problemy i punkty widzenia świata arabskiego oraz Globalnego Południa w ogóle.

Niezależnie od tego, co się z nią stanie w konsekwencji obecnego kryzysu w Zatoce Perskiej, Al Dżazira przejdzie do historii jako jedno z największych i najbardziej przełomowych instytucjonalnych osiągnięć kulturalnych końca XX i pierwszych dekad XXI wieku. Jej zamknięcie lub skrępowanie będzie wielką szkodą dla wolności słowa i prawa do informacji, dostarczając natychmiastowej wymówki dla obniżenia standardów przez dotychczasową konkurencję Al Dżaziry.

A historia Al Dżaziry może być punktem wyjścia dla refleksji na znacznie ogólniejsze tematy. O tym, że w epoce dominacji wielkiego, skoncentrowanego, zglobalizowanego kapitału telewizja może najprawdopodobniej być albo dobra, albo na siebie zarabiać – te dwie rzeczy są być może nie do pogodzenia. O tym, że w takich warunkach każde medialne przedsięwzięcie, które chce mieć jakiś wpływ na rzeczywistość, jest zawsze uwikłane w stosunki władzy i grę potężnych sił – kapitału lub władzy politycznej. Że dziennikarze, podobnie jak inni twórcy, muszą czasem podjąć wielkie moralne ryzyko i próbować robić swoje, wypełniać swoje zadanie, nawet gdy przedsięwzięcie, do którego przystępują, jest gdzieś głęboko, na dnie, produktem wybujałego ego jakiegoś absolutnego monarchy czy rozpasanego miliardera, albo zostanie kiedyś nadużyte tak, jak wiarygodność Al Dżaziry wobec Libii i Syrii. Jeżeli chcą uczynić świat lepszym miejscem, dziennikarze i inni twórcy muszą czasem obstawiać i takie zakłady…

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 12 lipca 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Zobacz też: Imperium kulturalne Kataru.

Jestem na Facebooku i Twitterze.