Eça i Portugalczycy

Os Maias, w angielskim przekładzie, jako The Maias (po polsku wyszło to kiedyś przetłumaczone jako Ród Maia), czekało u mnie na półce kilka lat. Powieść (z 1888) jest długa, więc musiałem być w odpowiednim nastroju i okolicznościach – długie powieści lubię czytać, kiedy mam do dyspozycji dużo wielogodzinnych bloków czasu.

Mój ulubiony José Saramago powiedział o Os Maias, że to „najwybitniejsza powieść najwybitniejszego powieściopisarza Portugalii”. W Polsce, poza gronem wyspecjalizowanych w tej literaturze filologów, pisarz José Maria Eça de Queiroz (1845-1900) niezbyt jest znany: polski przekład Os Maias wyszedł dopiero równo sto lat po oryginale. Poza Lusofonią (czyli obszarem kulturowym języka portugalskiego) obecnie chyba najbardziej jest Eça kojarzony ze Zbrodnią księdza Amaro (O crime do Padre Amaro, 1875) – w uwspółcześnionej i przeniesionej do Meksyku ekranizacji Carlosa Carrery (2002), nominowanej do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, tytułowego księdza grał Gael García Bernal. Wczesna powieść o cielesnych namiętnościach młodego księdza i ich dramatycznych konsekwencjach ujawniła już jeden z trwałych rysów jego twórczości: fascynację obyczajowymi tabu mieszczańskiej kultury. Powraca u niego np. motyw kazirodztwa, na kartach Rodu Maia, a także w A Tragédia da Rua das Flores. Kazirodztwo często wiąże się u niego z rozdzielonymi, rozbitymi rodzinami, co jest motywem bardzo osobistym. Eça był przez swoją matkę zostawiony z dziadkami tuż po urodzeniu. Jego rodzice pobrali się dopiero, gdy miał cztery lata, ale utrzymywali go na odległość aż do czasu, gdy skończył 21 lat. To zapewne osobisty charakter takich motywów stał za tym, że nie zdecydował się za życia opublikować A Tragédia da Rua das Flores, jakby w obawie, że pewne motywy zostaną odczytane jako zaczerpnięte z historii jego rodziny. A że dochodzi tam do incestu między matką a synem, bał się prowokowania takich podejrzeń.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Os Maias jest rzeczywiście wspaniałą i wspaniale napisaną powieścią. Dzieje ostatnich przedstawicieli jednej z najznakomitszych i nazamożniejszych rodzin Lizbony opisuje Eça pewną siebie, piękną, nierzadko poetycką frazą, połączoną z dyskretnym, ale cały czas obecnym poczuciem humoru. Uczucia i fiksacje swoich bohaterów opisuje z wielkim zrozumieniem, miłością nawet – chcąc się upewnić, że cała ich złożoność będzie odebrana przez czytelnika, potrafi czytelnika przeprowadzić przez pięćdziesiąt stron bez żadnego wydarzenia godnego tego słowa, jednocześnie nie tracąc jego zainteresowania. I choć z takim zrozumieniem i miłością opisuje ich emocjonalne uwikłania, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że świat mieszczańskich konwencji, wszystkie jego gry i gierki, stawki większe i mniejsze, wydają mu się swego rodzaju cyrkiem, z którego po cichu i dyskretnie, ale jednak cały czas się śmieje.

Przedmiotem jego krytycznej, zdystansowanej obserwacji jest kultura mieszczańska w ogóle, ale też jej formacja specyficznie portugalska.

Rentierzy, nudziarze i dyletanci

Jego peryferyjni, portugalscy burżua bardziej niż liberalnych self-made-manów, o których niektórzy z nich czytują, zafascynowani angielską kulturą, przypominają feudalnych ziemian żyjących z renty, z odcinania kuponów od odziedziczonego majątku. W materialistycznych ujęciach globalnej historii społeczno-ekonomicznej uważa się zwykle, że Portugalii i Hiszpanii pozycja hegemona kształtującego swoje zręby we wczesnej nowoczesności kapitalistycznego systemu-świata, pomimo budowy wielkich imperiów kolonialnych, umknęła szybko najpierw do Genui, potem Amsterdamu i Londynu, za sprawą zbyt żywotnych na Półwyspie Iberyjskim struktur feudalnych, z ich preferencją dla demonstrującej władzę widowiskowej konsumpcji nadwyżek przed ich reinwestowaniem w spirali akumulacji kapitału. Eça wydaje się potwierdzać. Główny bohater, Carlos Eduardo da Maia, zostaje lekarzem, otwiera nawet gabinet, ale ponieważ z majątkiem swojego dziadka pracować nie musi, to prawie nikogo nie leczy. Gabinet przydaje mu się bardziej jako platforma dla flirtu i podrywu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zajmował na uniwersytecie miejsce, które zamiast marnować się dla niego mogło było wykształcić jakiegoś lekarza z prawdziwego zdarzenia.

Portugalscy burżua Eçy de Queiroza uwielbiają narzekać na dziadowskość swojego kraju, ale nie wyciągają żadnych wniosków z faktu, że trzymając – jako klasa – w garści większość kraju tego zasobów, to nikt inny jak oni właśnie dysponują środkami i możliwościami, by go ewentualnie ulepszyć. Nie chce im się jednak robić nic, co by wybiegało poza uciechy korzystania z własnych przywilejów; niczym nie potrafią się zająć na poważnie – od czasu do czasu coś ich kręci, ale mamy wrażenie, że z nudów lub dla fanaberii raczej niż z prawdziwej pasji czy powołania. Nic konkretnego z tego nigdy nie wynika. Carlos nie potrafi skupić się na swoich badaniach na tyle, żeby doprowadziły do jakiegokolwiek odkrycia, tak jak jego przyjaciel Ega nigdy nie ukończy swoich pretensjonalnych, bombastycznych projektów literackich. Wszyscy tu ciągle patrzą z podziwem na Londyn i Paryż, punkty odniesienia w każdej sprawie, choć jednocześnie tylko nieliczni z tych burżua wydają się rozumieć lub wiedzieć coś głębszego o francuskiej czy angielskiej kulturze (zabawne i na swój sposób fascynujące są demaskujące to sceny długich konwersacji o byle czym prowadzonych przy kolacjach i innych okazjach).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Nie wiem, czy słusznie to interpretuję, ale właśnie igraniem z prowincjonalną, peryferyjną mieszanką głupiego podziwu dla wszystkiego, co obce i kojarzy się z jakimś odległym ośrodkiem władzy i splendoru, z elementarnym brakiem pojęcia o świecie, tłumaczę sobie dziwną postać jednego z przyjaciół starego Afonso da Maia, niejakiego Steinbrokena. Eça nie raz i nie dwa pisze o nim, że to dyplomata, przedstawiciel ambasady Królestwa Finlandii w Lizbonie. Nie było nigdy żadnego Królestwa Finlandii. Po wielu stuleciach podporządkowania Królestwu Szwecji, w 1809 Finlandia stała się częścią Cesarstwa Rosyjskiego, w ramach którego była Wielkim Księstwem Finlandii. Eça sam o tym na pewno doskonale wiedział. Rodzice nie dali mu może w życiu miłości, ale posłali go do szkół – najpierw takiej z bursą w Porto, potem na studia do Coimbry – i Eça zrobił w życiu niczego sobie karierę. W dyplomacji. Był portugalskim konsulem w Hawanie, Newcastle-upon-Tyne i Bristolu. Jako dyplomata na pewno wiedział, że Finlandia nie jest żadnym królestwem tylko niesuwerenną prowincją Rosji i myślę, że wprowadził ten motyw na zasadzie zgrywy ze swoich czytelników. Wiedział, że częścią z nich będą tacy sami ludzie, jak mieszkańcy jego powieściowej Lizbony (jeden pyta, czy tam w Anglii to piszą np. romantyczne powieści) i śmiał się pod nosem, zastanawiając się, czy i kiedy się skapną.

Odniesienie i powtórzenie

Angielska tłumaczka Eçy, Margaret Jull Costa, zwraca uwagę, że różne rzeczy „chodzą” w tej powieści parami, wydarzenia się dublują, odbijają w sobie nawzajem:

[…] pierwsze Carlosa zachwycone spojrzenie na Marię Eduardę jest bardziej romantyczną wersją pierwszego spojrzenia jego ojca Pedro na Marię Monforte; podczas gdy romans Egi z żoną żydowskiego bankiera stacza się w farsę, Carlos pakuje się w groteskowy romans z księżną de Gouvarinho; Carlos bije Eusèbiozinho dwa razy, raz w dzieciństwie, potem jeszcze raz jako dorosły; Carlos nigdy nie kończy swojej książki o medycynie dawnej i współczesnej, tak jak Egi Pamiętnik Atomu pozostaje jedynie pomysłem, o którym głównie tylko mówi […].[1]

W tych parach i powtórzeniach kryje się głębsza sprawa – intelektualnie, filozoficznie głębsza. Brazylijski krytyk kultury Silviano Santiago napisał kiedyś esej zatytułowany Eça, autor „Madame Bovary”. Igrał w nim z ideą stojącą za opowiadaniem Borgesa, w którym niejaki Pierre Menard pisze jeszcze raz Don Kichota Cervantesa, kilkaset lat po oryginale. Tam gdzie inni – miejmy śmiałość nazwać ich nawet Eçy literackimi „wrogami” – zrzynanie pomysłów fabularnych z Zoli (La faute de l’Abbé Mouret jako źródło dla Zbrodni księdza Amaro) a zwłaszcza Flauberta (Kuzyn Basilio a Madame Bovary), którego Eça uważał za swojego wielkiego mistrza, Santiago proponuje intrygującą i inspirującą interpretację. Fabularne „powtórzenia” uprawiane przez Eçę są świadomą operacją intelektualną ustawiającą wcześniejszą, słynną powieść pochodzącą z Francji, a więc z dominującej na skalę europejską, „centralnej” kultury (najwięcej fabularnej prozy będącej w obiegu w Europie w XIX wieku pochodziło z Francji i Anglii), na pozycji „metajęzyka” wobec jego własnej, portugalskiej powieści. U Eçy

powtórzenie skutkuje głębią. Innymi słowy, każdy komentarz dotyczący postaw Luisy [bohaterka Kuzyna Basilio – przyp. J.P.] czy także jej męża, nie może być lokowany na konwencjonalnej, wąskiej płaszczyźnie moralnej, gwałtownej reakcji na przyczynę, która jest dla czytelnika oczywista, ale będzie musiał się zorganizować po linii reakcji na wcześniejszy tekst literacki […].[2]

Te „powtórzenia” są u Eçy formą konceptualizacji peryferyjnego położenia jego własnej kultury, szukającej na zewnątrz, w mocarstwowych ośrodkach władzy wzorów do naśladowania, punktów odniesienia, sposobów wartościowania – i czego tam jeszcze, nawet sposobów rozumienia samej siebie. Eça powtarza pochodzący z imperialnego centrum wzór i usiłuje go przerobić, przechwycić, zrobić z niego użytek i pożytek dla kultury położonej na peryferiach, na marginesie.

Piszę o tym wszystkim tak naprawdę dlatego, że lektura Os Maias Eçy de Queiroza skłoniła mnie do wyrażenia mojego ogólnego wrażenia o współczesnych Portugalczykach (choć powieść to XIX-wieczna). Portugalczycy to społeczeństwo, które nauczyło się ze swoich pełnych paradoksów dziejów, że łaska Historii na pstrym koniu jeździ i nauka ta uczyniła ich odpornymi na megalomanię, trzeźwymi, krytycznymi, a także po prostu przyzwoitymi ludźmi z kompasem uniwersalizmu zwykle gdzieś pod ręką.

Pstry koń Historii

Portugalia ma wyjątkowe w Europie położenie geograficzne – na samym końcu kontynentu, graniczy lądowo (od wschodu i północy) tylko z jednym sąsiadem, znacznie większym, wyraźnie dominującym. Bywało, że z tym sąsiadem znajdowała się w unii personalnej, co przy takiej różnicy wielkości oznaczało, że stawała się Hiszpanii jakby prowincją. Kiedy obydwa królestwa wyruszyły na podbój świata, Portugalczycy stali się na czas jakiś potęgą niewiele ustępującą Hiszpanii, rozległością zamorskich posiadłości wzbudzając zazdrość społeczeństw, które w szybkim czasie osiągnęły znacznie, znacznie wyższy poziom ekonomicznego i politycznego rozwoju – jak Niderlandy. Jednocześnie to, co pod postacią konturów na mapie świata wyglądało na jeden z największych triumfów wstępu do nowoczesności, w istocie było objawem słabości, toczącej kraj choroby. Historyk Robin Blackburn sugeruje nawet, że zwycięstwo Portugalczyków z Holendrami w rywalizacji o ziemie w Ameryce Południowej wzięło się m. in. z tego jak bardzo biedniejszym i zacofanym krajem była Portugalia[3]. To bieda Portugalczyków (albo ryzyko niebawem się w nią osunięcia, strach przed deklasacją) powodowała, że nigdy nie brakowało chętnych na ryzykowne zamorskie eskapady. Tak wielu tak niewiele miało do stracenia na miejscu. To reparacje do spłacenia po przegranej wojnie z Anglią mobilizowały portugalską koronę do wypychania za morze kolejnych ławic karaweli, z misją grabieży, wydzierania bogactw odkrytym lądom. To zacofane struktury społeczne kiszącego się we własnym sosie feudalizmu pozwalały na uciekanie tych wszystkich bogactw do ośrodków robiących z nich inny jakiś użytek niż np. wystawianie kościołów o wnętrzach całych ociekających złotem, które stoją do dzisiaj od Porto na północy Portugalii po brazylijski Salvador, wszystkie jak na ironię pod wezwaniem świętego Franciszka. Portugalska grabież zamorskich kolonii, przede wszystkim największej i najzasobniejszej z nich, Brazylii, sfinansowała rozwój nie tylko nie Brazylii i innych kolonii, ale nawet nie Portugalii – sfinansowała za to wczesne stadium rozwoju kapitalizmu w Anglii. Na wiele stuleci umieściła Portugalię w tym dziwnym, żenującym w gruncie rzeczy położeniu: niby-mocarstwa kolonialnego, które wyzyskuje podbite zamorskie lądy, ale tylko po to, by wydojonym z tego wszystkiego być natychmiast przez Wielką Brytanię. Tę relację zależności od Wielkiej Brytanii widać na kartach Eçy, widać ją na ulicach niejednego portugalskiego miasta, na których od czasu do czasu zaskakuje czerwona budka telefoniczna w angielskim stylu, widać ją w tym, że winnice w Dolinie Douro należą do dziś do angielskich rodzin i sprzedają swoje porto pod angielskimi nazwami.

Jakby tego wszystkiego było mało, wyemancypowana największa portugalska kolonia, Brazylia, najpierw ogłosiła się cesarstwem, a potem prześcignęła swoją byłą metropolię na różnych płaszczyznach. Z dwudziestokrotnie większą populacją, to ona jest dziś dominującą kulturą języka portugalskiego, jego największą literaturą, jego największą kinematografią, jego największą kulturą muzyczną, jego największą telewizją. Więcej ludzi na świecie widziało samo tylko Miasto Boga niż jakikolwiek film portugalski. To Brazylia jest globalnym graczem politycznym. Portugalia nie tylko niewiele znaczy w skali świata, ale rozpaczliwie słaba jest już w ramach zaledwie Unii Europejskiej, która o mały włos nie zawiesiła tam pod osłoną nocy demokracji, gdy tamtejsza lewicowa koalicja ośmieliła się wyrazić sceptycyzm w stosunku do podporządkowanej niemieckim obsesjom i interesom „wspólnej waluty”.

Ta nasycona kolejnymi, sobie właściwymi paradoksami relacja z Brazylią też się odbija w Os Maias. Brazylia w swoim położeniu w stosunku do Portugalii dubluje położenie Portugalii wobec Londynu, ale sama jest równolegle w takim samym położeniu także i wobec Wielkiej Brytanii, bo Londyn jest wtedy stolicą Rynku Światowego – bycie dostawcą surowców na potrzeby tego ostatniego (złoto, diamenty, cukier, kawa, dzisiaj także ropa naftowa) to gospodarcza rola Brazylii w międzynarodowym podziale pracy, a londyńscy bankierzy sprawują w tamtym okresie kontrolę nad podażą kredytu w Brazylii. Jednocześnie, gdy spojrzeć z daleka, Portugalia wygląda przy Brazylii jak zapomniana sierota, chuchro jakieś, co niechcący kopnąć można albo rozdeptać. Pełna, co prawda, nędzarzy, Brazylia wydała jednocześnie fortuny, przy których Portugalia nie ma się nawet czym zamachnąć. Ten paradoks reprezentuje u Eçy „mąż” Marii Eduardy, Brazylijczyk, którego niby nikt pozytywnie nie szanuje, ale ma skubany nie wiadomo ile pieniędzy, i też nie bardzo wiadomo skąd, więc na otwarcie negatywny, nieskrywany brak szacunku też sobie nikt na wszelki wypadek nie pozwala. No bo cholera wie. Z Brazylią związek ma też sposób, w jaki erotyzowana jest przejmująco smutna postać niebywale pięknej Marii Eduardy. Nie jest ona wcale Brazylijką, ale bardzo długo wszyscy myślą, że jest. Wszyscy, a przede wszystkim zakochany w niej główny bohater, Carlos Eduardo da Maia. Jej brat. Wróć! To był spoiler.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co ja właściwie chciałem powiedzieć? No właśnie, to: być może to właśnie inteligentne, krytyczne przyswojenie własnej – paradoksalnej, zmuszającej do pokory, bo złożonej z wzlotów i upadków – historii uczyniło Portugalczyków takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są.

Historii, na przestrzeni której doświadczyli zarówno roli kontrolującego posiadłości na kilku kontynentach mocarstwa, jak i sklerotycznego arcypierdoły Europy, a przez długi czas jednego i drugiego jednocześnie. Zrozumieli, że historia jest serią złożonych zbiegów okoliczności i nieoczywistych paradoksów, nawet kaprysów losu, a nie zwierciadłem narodowego narcyzmu, który zazwyczaj po prostu nie ma podstaw.

Takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są? Tak, takimi ludźmi, których intelektualiści gwiżdżą sobie na obwoźne oferty Francisów Fukuyamów czy Samuelów Huntingtonów tego świata i, jak José Saramago, zostają do śmierci w Portugalskiej Partii Komunistycznej. Takimi, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że chyba najpiękniejszy gejowski klub w Europie znajduje się u nich w Porto i takie samo miejsce w Londynie byłoby jednym z najdroższych i snobistycznych w tym mieście (i w weekendy nie wpuszczałoby kobiet). Takimi, którzy zrozumieli, czym jest narzucona światu przez Amerykanów „wojna z narkotykami”, więc zdekryminalizowali wszystko, co narkotyków dotyczy. Takimi, że ich kraj jest jednym z bastionów lewicy we współczesnej Europie. Takimi, którzy wobec skandalicznej postawy większości Europy uchodźcom z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej mówią: przyjeżdżajcie do nas.

Przypisy:

[1] Margaret Jull Costa, Introduction, [w:] Eça de Queiroz, The Maias. Episodes from Romantic Life, tłum. Margaret Jull Costa, Sawtry: Dedalus 2007, s. 9.

[2] Silviano Santiago, Eça, Author of “Madame Bovary”, tłum. Tom Burns,  Ana Lúcia Gazzola [w:] Silvano Santiago, The Space In-Between: Essays on Latin American Culture, red. Ana Lúcia Gazzola, Durham – London: Duke University Press, 2001, s. 47.

[3] Robin Blackburn, The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492-1800, London – New York: Verso, 2010, s. 202.

Jarosław Pietrzak

Jeżeli interesuje cię kultura i społeczeństwa języka portugalskiego, to rzuć okiem na moją książkę Smutki tropików i na mojego ebooka Notes brazylijski.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Zła kobieta. Zbrodnie Hillary Clinton

W wyborze między Donaldem Trumpem a Hillary Rodham Clinton nie ma „mniejszego zła”

Specyfika amerykańskiego systemu partyjnego jest taka, że na poziomie ogólnokrajowym wybory sprowadzają się do rywalizacji pomiędzy dwoma dominującymi partiami, Demokratyczną i Republikańską. To są jedyne partie, które w ostatecznym rozrachunku się liczą, choć nie jedyne, które istnieją. Kandydatką amerykańskich Zielonych w nadchodzących wyborach prezydenckich jest Jill Stein. W rozmowie dla niezależnego, lewicowego serwisu informacyjnego (telewizyjno-radiowego) „Democracy Now!” (9 czerwca 2016), zwróciła ona uwagę na ignorowany paradoks wyboru między kandydującą z ramienia Demokratów Hillary Clinton a Donaldem Trumpem z Partii Republikańskiej. Boimy się, do czego może być zdolny taki szaleniec jak Trump, podczas gdy o Clinton wiemy już, że jest do tego samego zdolna. Wiemy z jej dotychczasowego dorobku politycznego. Można by taką opinię zbyć: kandydatka marginalnej partii za wszelką cenę chce się przebić. Problem z tym, że coś jest na rzeczy.

Z punktu widzenia mieszkańców „reszty świata”, do których należy piszący i większość czytających te słowa, najważniejszy jest dorobek byłej Pierwszej Damy (1993-2001) na stanowisku Sekretarz Stanu w administracji prezydenta Baracka Obamy (2009-2013). W amerykańskiej terminologii to minister spraw zagranicznych. Jako szefowa amerykańskiej dyplomacji Hillary Clinton skłaniała się ku rozwiązaniom siłowym wszędzie tam, gdzie się dało.

Honduras

Clinton zaczęła się w ten sposób realizować już w 2009, zaraz po objęciu funkcji. Kiedy prezydent Hondurasu, Manuel Zelaya, zaczął przebąkiwać o podniesieniu płacy minimalnej, miejscowa oligarchia i amerykańscy „obserwatorzy” zaczęli bić na alarm, że to początek „komunistycznej apokalipsy”, jak ironizuje znakomita dziennikarka Belén Fernández (w swoim rozdziale zbiorowej książki amerykańskich feministek poddających dorobek Clinton miażdżącej krytyce, False Choices pod redakcją Lizy Featherstone). 28 czerwca, na kilka godzin przed wyborami połączonymi z referendum w sprawie zaledwie rozważenia możliwości wprowadzenia zmian do konstytucji, wojsko usunęło Zelayę z pałacu prezydenckiego w Tegucigalpie i wywiozło go w piżamie za granicę, do Kostaryki. Pod fałszywym pretekstem, że prezydent chciał w istocie zmienić konstytucję po to, by zostać u władzy do śmierci. W przygotowaniu zamachu stanu na pewno uczestniczyły jakieś siły amerykańskie, choć raczej nie sięgające aż poziomu waszyngtońskiego Departamentu Stanu. Niemniej jednak, kiedy do zamachu już doszło, Clinton dynamicznym krokiem wkroczyła do akcji, by zapewnić operacji trwały sukces. Zaprzeczyła, jakoby miał tam miejsce zamach stanu i zaangażowała się po stronie wojskowych i oligarchów, by uniemożliwić Zelayi powrót do władzy. Wiemy o tym, bo sama się tym chwaliła w autobiografii pt. Hard Choices, wydanej w 2014 roku.

Honduras nie wyszedł od tamtego czasu z chaosu. Morderstwa polityczne stały się codziennością – ich ofiarami padają wiejscy aktywiści zwani campesinos. W warunkach instytucjonalnej niestabilności ograniczone zasoby biednego kraju stały się przedmiotem wojen gangów, a straumatyzowane tym wszystkim społeczeństwo wdrożyło się do przemocy jako sposobu codziennego funkcjonowania i walki o przetrwanie. Dziś Honduras jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów na świecie i głównym źródłem uchodźców na zachodniej półkuli. Świadomość tego wzrosła nieco w samych Stanach, ponieważ uchodźcy ci starają się zwykle dostać do USA. Pewnie dlatego całe passusy dotyczące honduraskiej eskapady Hillary Clinton wstydliwie zniknęły z drugiego, tańszego wydania Hard Choices w miękkiej okładce (2015).

Jemen, Libia, Pakistan, Syria…

Prawdziwą skarbnicą wiedzy o amerykańskiej polityce międzynarodowej okazały się serwis WikiLeaks. Znakomitym przewodnikiem po gąszczu ujawnionych przez organizację Juliana Assange’a dokumentów jest książka The WikiLeaks Files: The World According to US Empire londyńsko-nowojorskiego wydawnictwa Verso. Z rzeczy, które z tych wycieków wiemy o Clinton, warto wymienić współpracę w 2010 z dyktatorem Jemenu w bombardowaniu tamtejszej ludności cywilnej pod pretekstem walki z Al Kaidą. Jemen również stał się areną jednej z największych kampanii zabójstw politycznych przy użyciu dronów. Drugą podobnej skali wojnę przy użyciu dronów Departament Stanu pod wodzą Hillary Clinton eskalował w Pakistanie.

Clinton należała do głównych (wraz z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozy) aktorów dążących do pogłębienia konfliktu w Libii i wciągnięcia weń zachodnich mocarstw. Clinton grała pierwsze skrzypce w propagandowych wysiłkach fabrykujących doniesienia o wyssanych z palca zbrodniach Kaddafiego, takich jak rozdawanie żołnierzom viagry, żeby masowo gwałcili mieszkanki zbuntowanych przeciwko Kaddafiemu miast. Roznoszenie tego rodzaju pomówień od Al Dżaziry po CNN  było częścią kampanii „wytwarzania przyzwolenia” międzynarodowej opinii publicznej dla zachodniej interwencji zbrojnej w Libii i obalenia Muammara Kaddafiego, którego panafrykańskie ambicje poważnie uwierały USA i Francję. Libia, która za Kaddafiego była celem, a nie źródłem migracji zarobkowych, jest dzisiaj państwem upadłym, polityczną próżnią, w której rozwija się Państwo Islamskie.

Legerndarny amerykański dziennikarz Seymour Hersh, którego najnowsza książka to poświęcone rozczarowaniu prezydenturą Obamy The Killing of Osama bin Laden, przekonuje, że Clinton była także odpowiedzialna za szmuglowanie z Libii broni chemicznej do Syrii. Jej adresatem byli rebelianci, walczący przeciwko siłom Baszara Asada, którzy mieli ich użyć tak, żeby oskarżenie dało się rzucić pod adresem Asada właśnie. Chodziło o to, żeby do wojny w Syrii wciągnąć Stany Zjednoczone – Obama powiedział, że Stany Zjednoczone dokonają interwencji, jeśli Asad użyje broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej.

Z WikiLeaks wiemy, że amerykańskie rządy knuły obalenie Asada bez przerwy poczynając od 2005 roku. Finansowano i na inne sposoby wspierano każdą opozycję, nawet kiedy wiedziano, że ma fundamentalistyczny, salaficki profil, z którego ostatecznie powstało Państwo Islamskie. Clinton odziedziczyła więc linię antyasadowską po poprzedniej administracji, ale impet z jakim na tym froncie drążyła charakteryzował się szczerym entuzjazmem i zaangażowaniem z jej strony. Dążyła do eskalacji wojny domowej w Syrii i jedną z centralnych motywacji były dla niej interesy Izraela. Rząd Binjamina Netanjahu od dawna chciał rozwalić Syrię Asada, gdyż osłabiłoby to i dodatkowo oblężyło Iran (Syria była jego sojusznikiem), umocniłoby pozycję Izraela na Wzgórzach Golan okupowanych od 1967, według prawa międzynarodowego stanowiących część terytorium Syrii. Wzmocniłoby dominację Izraela w regionie i dało pożywkę głodnemu wojny przemysłowi zbrojeniowemu tego kraju i kształtującej jego politykę klice dygnitarzy wojskowych. Clinton jest wobec Izraela i wszystkich jego pragnień bezkrytyczna w stopniu szokującym nawet jak na amerykańskie standardy. Miłość ta ma związek z finansami jej kampanii – źródłem ich ogromnej części są proizraelscy milionerzy żydowskiego pochodzenia (m. in. Haim Saban) orbitujący wokół potężnej organizacji lobbingowej AIPAC.

Clinton i Obama

W perspektywie międzynarodowej prezydentura Baracka Obamy okazała się rozczarowującą kontynuacją katastrof z epoki George’a W. Busha, ale stało się tak chyba nie z woli Obamy, a dlatego, że okazał się za słaby, by zrealizować swoje ambicje bardziej pokojowej polityki międzynarodowej, za słaby, by pokonać skupione w i wokół jego administracji znacznie bardziej agresywne interesy „jastrzębi” i amerykańskiego przemysłu wojny. Paradoksalnie świadczyć o tym może nawet najbardziej ponure i brzemienne w skutki dla przyszłości prawa międzynarodowego dziedzictwo Obamy, jego największa zbrodnia: ekspansja niby-wojny przy użyciu dronów, bezzałogowych samolotów sterowanych zdalnie, w rosnącym stopniu przez algorytmy komputerowe. Niemal wszystkie tej niby-wojny ofiary to przypadkowi cywile; wyroki śmierci wydawane są bez sądu, administracyjnie, w tajemnicy; wydawane są na podstawie oskarżenia o walkę przeciwko USA, jakby istniał jakiś uniwersalny, obejmujący i pasterzy w Jemenie, i chłopów w Pakistanie, obowiązek lojalności wszystkich mieszkańców planety w stosunku do Stanów Zjednoczonych; zaburzeniu uległa możliwość prawnego rozróżnienia terytorium w stanie wojny od terytorium w stanie pokoju. Jest jednak taka teoria, że Obama otworzył tę puszkę Pandory, bo amerykańska machina wojenna postawia go przed alternatywą: albo globalny Neogułag na wzór Abu Ghraib i Guantanamo, albo wojna przy użyciu dronów. Wybrał więc to drugie, jako „mniejsze zło”. Jak wiedzą filozofowie przedmiotu (np. Eyal Weizman), z mniejszym złem jest tak, że ponieważ jawi się jako mniejsze, tym łatwiej popełnia się je coraz częściej, aż w końcu suma zła z tych mniejszych złożonego okazuje się większa jeszcze niż to, dla czego miało być alternatywą…

Clinton była zawsze na czele „jastrzębi” w administracji Obamy. Obama pragnął normalizację stosunków z Iranem uczynić jednym z najważniejszych swoich dokonań. Clinton otwarcie i w zgodzie z życzeniami swoich sponsorów z AIPAC mówiła, że najchętniej zmiotłaby Iran z powierzchni Ziemi. Żeby wciągnąć USA do wojny w Syrii, spiski z generałem Davidem Petraeusem knuła za plecami Obamy. Obama chciał zamknąć obóz w Guantanamo. Clinton zlecała swojemu personelowi produkowanie prawnej ekwilibrystyki dowodzącej słuszności jego utrzymywania. I tak dalej. Obama nie umiał powstrzymać amerykańskiej machiny wojennej; Clinton jest tej machiny reprezentantką, uosobieniem.

Clinton i Trump

Jest taka lewicowo-liberalna klisza mówiąca, że nawet przy bardzo krytycznej ocenie Clinton, jest ona przecież oczywistym mniejszym złem niż Trump. Ja tak nie sądzę. Między tym dwojgiem nie ma mniejszego zła. Jest, owszem, wielka różnica, ale jej sendo tkwi w tym, dla kogo każde z nich będzie złem większym.

Trump będzie wewnętrzną katastrofą dla Stanów Zjednoczonych. Cofnie ich dyskurs i praktykę polityczną do XIX wieku, jeszcze bardziej podgrzeje napięcia rasowe i prawdopodobnie zrujnuje amerykańską gospodarkę, albowiem jest ekonomicznym kretynem (fortunę odziedziczył). Ale Trump, przy całym swoim prymitywnym rasizmie i kretyńskiej burżuazyjnej fiksacji na własnym ego, pozostaje stosunkowo niezainteresowany światem zewnętrznym. Jego „ambicje” w tym zakresie ograniczają się do budowy muru na granicy z Meksykiem i wprowadzenia zakazu wjazdu do USA dla muzułmanów. Jest to oczywiście skandaliczne, ale to wciąż nie to samo, co obracanie jednego kraju za drugim w kupę gruzu.

Jeśli w obecnym rozdaniu kart w amerykańskim establiszmencie są jakieś znaczące siły polityczne zainteresowane zatrzymaniem spirali amerykańskich wojen w coraz to nowych częściach świata, to są one wśród Republikanów. Jak bardzo nie przeczyłoby to dekadom naszych przyzwyczajeń. Nawet jeśli kierują nimi jedynie zmęczenie i frustracja wojnami tak długo już, jałowo i bez sukcesów toczonymi. Jeśli skutkiem ma być mniej wojen, to lepsze takie powody, niż żadne. W ostatnich latach to Republikanie, nawet związani kiedyś z administracją Busha młodszego (jak Robert Gates), głosowali i lobbowali przeciwko nowym działaniom wojennym lub eskalacji starych. W tych samych sprawach (Afganistan, Libia, Syria) Clinton pałała żądzą wojny, podobnie jak otaczający ją patrycjat Partii Demokratycznej.

Clinton będzie katastrofą dla reszty świata, bo gotowa jest resztę świata puścić z dymem, byle tylko utrzymać dla swoich przyjaciół z Wall Street imperialną pozycję Stanów Zjednoczonych. Wiemy to na podstawie tego, co już w tej sprawie zrobiła. Uchodźcy dobijający się dzisiaj do bram Europy i tonący w wodach Morza Śródziemnego to uciekinierzy z krajów, na terenie których Hillary Clinton przysposabiała się do roli Cesarzowej Świata. Kiedy wespnie się w końcu i na ten tron, nie będzie już żaden mięczak Obama ograniczał jej pola manewru.

Jarosław Pietrzak

Skrócona wersja tego tekstu ukazała się w Tygodniku Faktycznie (nr 5, 4-10 sierpnia 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Mrok. Chaos. Theresa May

Rano 24 czerwca 2016. Wynik referendum w sprawie Brexitu, wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Katastrofa dla konserwatywnego premiera Davida Camerona. Grał na to, że wszystko zostanie po staremu. Naród zadecydował na przekór. Cameron zupełnie nie wie, co robić, więc podaje się do dymisji i z ulgą pogwizduje, zamykając za sobą drzwi z numerem 10 (przy Downing Street).

Nie tylko Cameron – najwyraźniej nikt nie wie, co robić! Nawet przywódcy zwycięskiej kampanii Leave wyglądają, jakby ktoś im złośliwie podrzucił to jajo. Cała seria abdykacji – Boris Johnson, Nigel Farage, Michael Gove. Kampania Leave: sukces, do którego nie przyznaje się żaden ojciec.

Do zarządzania tym kryzysem zgłasza się Theresa May. Prawie nikt inny specjalnie się do tego nie wyrywa. Kłopotliwy spadek po Cameronie przejmuje 13 lipca.

Pojawiają się komentarze: neoliberalny kapitalizm oferuje kobietom wysokie stanowiska tylko wtedy, kiedy jest ogólnie przechlapane i chłopcy nie widzą szans na zdobycie trofeum, nawet na wyjście ze wszystkiego z twarzą. Wysyłają dziewczynę, żeby zebrała za nich bęcki. Wysyłają ją na odstrzał.

Może. Ale to tylko część prawdy. Czy najważniejsza? Nie wiem.

Druga część jest taka. May przypomina Margaret Thatcher. Naprawdę ją przypomina, bardzo. Thatcher była swego prototypem metody rozwiniętej później przez neoliberalizm na epicką skalę. Wzięła feminizm za zakładnika, użyła tożsamości jako kobiety, żeby przeforsować najbardziej reakcyjną możliwą wtedy politycznie do przeprowadzenia politykę. Doszła do władzy dzięki zdobyczom wyprzedzających ją historycznie feministek, na ich grzbietach. Użyła swojej tożsamości jako kobiety, by sprzedawać swoją ofertę jako postać postępu. Jej polityka uderzyła w większość kobiet, które najszybciej traciły na uelastycznianym rynku pracy i musiały się nieodpłatnie zająć tym wszystkim, co znalazło się poza zasięgiem ich rodzin wskutek stopniowego demontażu państwa opiekuńczego (opieka nad dziećmi, nad starszymi czy chorymi członkami rodziny, itd.).

Neoliberalizm robi to dziś systematycznie. Wyłania jakiegoś politycznego aktora na podstawie jakichś wizerunkowo atrakcyjnych, „postępowych” parametrów tożsamościowych, żerując na zdobyczach emancypacyjnych przeszłości – ale zacierając pośród tych parametrów kategorię klasy. Kobieta, Afroamerykanin, gej – postęp. A co z tego, że ta kobieta, ten czarny, ten gej należą do wyjątków dopuszczonych do klasy książąt neoliberalnego kapitalizmu, lub w drodze wizerunkowego wyłonionych już z tej klasy? Wszyscy się cieszą, cóż za postęp!

A kiedy przychodzi do realnej polityki uskutecznianej przez tak wyłonionych aktorów, albo czasem po prostu za ich wizerunkiem? Co te miliony czarnoskórych mężczyzn, którzy przewinęli się przez amerykańskie więzienia w ciągu ostatnich ośmiu lat (więziennictwo USA to największy system karceralny w historii ludzkości) na to, że mają prezydenta tego samego koloru skóry? Czy Greczynki pozbawione dziś właściwej opieki medycznej w obliczu np. raka piersi odczuwają ulgę, że to cierpienie, choć zupełnie niepotrzebne, jest mimo wszystko ich udziałem, bo tak dla nich chciały Angela Merkel i Christine Lagarde? Żeby im w bankach „sztymowało”? Czy Libijki mniej cierpią na widok zwłok własnych dzieci, bo bomby, które spadły na ich domy, wysłała tam sekretarz stanu Hillary Clinton? Czy uciekająca przed wojną Syryjka, odesłana z Europy do jakiegoś obozu w głębi Turcji, mniej cierpi zgwałcona przez miejscowego żołnierza, bo Erdoganowi płaci za to Angela Merkel?

Here comes Theresa May. Czy kobiety bite i molestowane w prowadzonych przez prywatnych kontratkorów więzieniach i ośrodkach tymczasowych cierpiały mniej, bo ministrem, który tym kontraktorom to zlecał, a potem obejmował tajemnicą raporty o panującej tam przemocy, była Theresa May?

Theresa May tożsamościowy szwindel neoliberalizmu popchnęła dalej, zanim zdążyła złapać za stołek. Prawie nikt za bardzo nie rwał się do spadku po Cameronie – ale tak trochę to ktoś się jednak przez chwilę wyrywał. Przy pomocy przyjaciół w największych mediach May zarżnęła Andreę Leadsom na oczach świata. Wyrwała z kontekstu jej wypowiedzi, powtórzyła je ustami swoich przyjaciół dziennikarzy tysiąc razy, wyświetliła je w powiększeniu na wszystkich ekranach. I wyszło: tamta flądra próbowała zdyskredytować May jako kobietę bezdzietną.

Neolibralizm wyrywa z konteksu i zawłaszcza elementy emancypacyjnych, postępowych walk przeszłości i obraca je w narzędzia reakcyjnej, wizerunkowej zemsty na przeciwnikach. Narzędzie tych, którzy mają akurat władzę, żeby powtórzyć każde kłamstwo tysiąc razy. Tych, którzy mają media, lub do mediów mają dostęp. Patrz: polowanie na czarownice „antysemityzmu” w Labour Party niedawno.

May jest kobietą, drugą kobietą na stanowisku brytyjskiego szefa rządu. Ile razy to się zdarzyło gdzie indziej?! Bezdzietna, mind you. Cóż za postęp, co za radość! Możemy teraz wszyscy pospołu pęknąć z dumy. Komuś się coś nie podoba, to nienawidzi kobiet. Chce je zmusić do rodzenia. Wiadomo. Komuś się nie podoba blokada Gazy, to nienawidzi Żydów. Wiadomo.

Theresa May jest twarzą wszystkiego, co najgorsze w i bez niej obrzydliwej współczesnej Partii Konserwatywnej. Była najbardziej w prawo wychyloną postacią rządu Davida Camerona. Najdalej w prawo wystającym piórem prawego skrzydła Torysów. Prawicą prawicy. Reakcją reakcji.

Trzy tygodnie temu spotkałem się ze starym znajomym, żeby zobaczyć nowy letni pawilon przy Serpentine Gallery w Hyde Parku. Wybiegłem z metra, bo byłem trochę spóźniony. On kończył papierosa. Jest Hindusem, naukowcem (genetykiem). Po wymianie how-are yous, spojrzał na mnie i westchnął głęboko, bardzo głęboko (z wyrazem tej pięknej twarzy gdzieś w okolicach rozpaczy): Thereeeesa Maaay…. 

Theresa May szczuła na cudzoziemców, wymyśliła minimum, jakie osoba spoza Unii Europejskiej musi zarabiać, żeby móc zostać w kraju (absurdalnie wysokie minimum, 35 tys. funtów rocznie), rozbijała rodziny, wysyłając żony czy dzieci cudzoziemców z powrotem do krajów pochodzenia. Na ulice miast wysłała obwoźne szczekaczki zastraszające „nielegalnych imigrantów”, że albo się zgłoszą na policję, albo „i tak was znajdziemy”. Ikona feminizmu!

Theresa May obejmuje funkcję premiera. Wygłasza szybko fajny spicz. Entuzjazm. Fajny spicz. Niektórzy Torysi, jako że wszyscy chodzili do najdroższych szkół w kraju, potrafią czasem napisać lub czytać z kartki fajny spicz, ale rzadko kiedy, a już zwłaszcza ich współczesny szczep, wierzą w to, co mówią. Mamy to przecież już drugą kadencję.

Dlaczego w ogóle Theresa May zostaje premierem? Skoro premier David Cameron podał się do dymisji, dlaczego nie rozpisać nowych wyborów? Nie, bo nie. Takie rzeczy to w Europie, a nie na naszych ekskluzywnych ą-ę wyspach. Przecież właśnie się z Europy wypisaliśmy. Tutaj dymisja premiera oznacza nowego premiera z tej samej partii, przyfastrygowanego na chybcika do tego samego rządu, a nie jakieś nowe wybory. Nawet jeśli ta sama Theresa May, tylko w czasach, gdy była w opozycji, denuncjowała w 2007 bezwstyd Gordona Browna, że w taki sam sposób obejmuje tekę premiera, a przecież należałoby rozpisać przedterminowe wybory.

Wybory, szczypiory. Dupa, lala, Jaś.

Theresa May obejmuje więc funkcję. Następuje cała seria dymisji i nominacji, rząd – niby ten sam, po co wybory! – zyskuje zupełnie nowe oblicze. Najbardziej prawicowe oblicze w historii brytyjskich rządów od czasu zakończenia II wojny światowej. Theresa May przypomina Margaret Thatcher. Tak, ale to, co zamierza zrobić, dla Thatcher mogło być tylko mokrym snem. Przy tym rządzie Margaret Thatcher była socjaldemokratką. Po polsku: lewaczką.

Rząd Theresy May. Od George’a Freemana, który fantazjował nie tak dawno, jak wykorzystać wysokie bezrobocie w niektórych regionach, by zmiażdżyć tam płacę minimalną, po prawdziwy polityczny hit sezonu: Boris Johnson – pajac, który w swojej dotychczasowej karierze bezceremonialnie obraził ze sto rządów i narodów, który właśnie wygrał referendum, żeby wypisać Wielką Brytanię z wielkiej organizacji miedzynarodowej, a potem zrezygnował z odpowiedzialności za tę wygraną – ministrem spraw zagranicznych. Szefem dyplomacji. SZEFEM DYPLOMACJI.

Pisałem niedawno tak: Brexit jest symptomem tego, że elity neoliberalnego kapitalizmu same nie wierzą już w status quo, nie wiedzą już, co robić więc nerwowo robią byle co. Dlatego May nie miała niemal żadych konkurentów do stołka. Rafael Behr w „The Guardian” cytuje jednak anonimowe partyjne źródło, że w szeregach Torysów rozgrywał się swego rodzaju pucz, w ramach którego najbardziej prawicowa fakcja w partii dążyła do wykorzystania referendum celem odebrania władzy Cameronowi. I postawienia brytyjskiego społeczeństwa przed zupełnie innym rządem, niż ten, który wybrali. Przed rządem, który ukrywa po szufladach taki program, że nigdy by z nim nie wygrał demokratycznych wyborów. A teraz będzie się za wszelką cenę trzymał władzy do przepisowego końca kadencji, do 2020. To nie przeczy teorii „nie wiedzą już co robić, więc robią byle co”.

Pragnienie Theresy May: wykorzystać niepewność i być może chaos okresu Brexitu. Na chaos złożą się wahania kursów walut, inflacja cen produktów importowanych, a więc ogromnej części żywności, możliwe załamania niektórych gałęzi gospodarki, skutkujące wzrostem bezrobocia. Nie wiadomo, bo trudno powiedzieć, jak potoczą się negocjacje z UE. Po przyjacielsku, czy na chama? Ale jeżeli będzie chaos, to wykorzystać. Żeby dokonać ofensywy na niższe i średnie klasy brytyjskiego społeczeństwa. Co może się pojawić na horyzoncie? Miażdżenie płac. Dalsza ekspansja niestabilnych form zatrudnienia. Majstrowanie przy płacy minimalnej (obniżenie, wyjątki, zawieszanie) i limitach tygodniowego czasu pracy. Obstawienie zasiłków takimi zasiekami utrudnień, by na masową skalę zmniejszyć jakiekolwiek szanse na nie. Ograniczanie prawa do strajku i innych form politycznego protestu. Spodziewajmy się grabieży zasobów ciągle jeszcze znajdujących się w rękach państwa i likwidacji wielu ograniczeń motywowanych ekologicznie. Spodziewajmy się polityki przyjaznej oszustom podatkowym, sprzedawanej jako „Wielka Brytania otwarta dla biznesu”. Na tapecie jest nawet wystąpienie Wielkiej Brytanii z grona sygnatariuszy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Startegia Theresy May i jej gangu: krótkoterminowe przetrwanie klas panujących. Zwiększenie stopy wyzysku, zwiększenie skali i tempa grabieży. Skoro świat się wali, ukradnijmy i wyciśnijmy z tej wyspy tyle, ile się w międzyczasie uda. Kto wie, ile jeszcze czasu poistnieje sobie w ogóle takie państwo jak Wielka Brytania. Może niebawem zostanie z tego tylko Zjednoczone Królestwo Anglii i Walii. Boris Johnson jako dobitny znak zawężonego horyzontu, zredukowanych ambicji brytyjskich klas panujących. Tylko elity, które zrezygnowały z szerszej perspektywy międzynarodowego znaczenia dla swojego kraju – zauważył „Washington Post” – mogły powołać takiego szefa dyplomacji. Dla picu, żeby się to za szybko nie rzuciło wszystkim w oczy, utrzymamy broń atomową.

Zagrabić, co się da, ile się da, póki jeszcze się da.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

„Brazylia, kraj przyszłości?” w księgarniach

W księgarniach dostępna już jest książka Brazylia, kraj przyszłości? przygotowana przez Fundację Terra Brasilis we współpracy z Instytutem Wydawniczym Książka i Prasa. Podobnie jak moje Smutki tropików, książka ukazała się w serii Biblioteka Le Monde diplomatique.

Brazylia kraj przyszłości okładka

Tom, pod redakcją Janiny Petelczyc i Marka Cichego, stanowi zbiór tekstów i wywiadów poświęconych Brazylii – jej polityce, historii, problemom społecznym, kulturze. Mam przyjemność być jednym z autorów – w książce pomieszczony jest m. in. mój tekst Widmo korupcji. Jest to zaktualizowana i poszerzona wersja eseju, który pierwotnie ukazał się w moim ebooku Notes brazylijski.

W książce ponadto wywiady z Ladislauem Dowborem, Nilmą Lino Gomes, Flavio Eiró, Thamy Pogrebinschi, Wojciechem Doroszewiczem, Marcelo Facundesem, oraz teksty Adama Traczyka, Agaty Błoch, Aleksandry Pluty, Janiny Petelczyc, Julii Michaels, Zuzanny Jaegermann, Magdaleny Walczuk, Marii Wróblewskiej i Gabriela Borowskiego.

Tytuł odnosi się oczywiście do głośnej książki Stefana Zweiga, który do Brazylii uciekł przed wojenną zawieruchą rozpętaną w Europie przez III Rzeszę.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Zaostrzenie ustawy, albo Przyganiał liberał PiSowi

Odkąd w wyborach 2015 roku władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość, a w wyczyszczonym z jakiejkolwiek, nawet choćby nominalnej, farbowanej lewicy parlamencie otworzyło się tak dużo miejsca dla skrajnej prawicy, polscy liberałowie przeżywają chwile demokratycznego uniesienia. Nawet do niedawna ortodoksyjnie „apolityczni” artyści, a także telewizyjni celebryci najlepszego z możliwych światów, wychodzą zachwyceni własnym zaangażowaniem na ulice Warszawy i innych miast w gestach zdecydowanego protestu. Nie podoba im się niszczenie dorobku minionego ćwierćwiecza, chcą powrotu do tak już przecież dobrze zbudowanej liberalnej demokracji, tej sprzed roku 2015. Na tę okoliczność przestali się nawet wstydzić skarpetek w sandałach Wałęsy, który znów stał się dla nich symbolem. Nawet prawa kobiet nagle okazały się im interesujące, chociaż dla ich czołowych przedstawicieli dlatego, że „są sexy i konsekwentne”.

Są tak zaskoczeni nagłą utratą gruntu pod nogami, tak skołowani – przecież mówili ludowi, że PiS jest be, a lud zupełnie nic nie rozumie! – że nawet na łamy „Gazety Wyborczej” (of all places!) wpuścili trochę lewicowej krytyki III RP. Choć wciąż się bronią przed przyjęciem czegokolwiek z tej krytyki do wiadomości.

Najważniejszym zadaniem, jakie sobie ta lewicowa krytyka postawiła, jest wykazanie – i wskazanie tego liberałom, do tej pory skłonnym jedynie do ośmieszania lewicy – że to oni właśnie, liberałowie różnych denominacji, przez ćwierć wieku wyhodowali dziesiejszy PiS i wepchnęli polskie społeczeństwo w jego ramiona.

Z daleka (mieszkam w Londynie) wygląda na to, że dominujący nurt tej krytyki skupia się na tym: liberałowie (różnych denominacji) przez ponad dwie i pół dekady restauracji kapitalizmu w Polsce zbudowali społeczeństwo ogromnych nierówności ekonomicznych, dumne z tego, że na rynku europejskim konkuruje wyłącznie tanią siłą roboczą, pozbawione elementarnych ochronnych struktur państwa opiekuńczego oraz egoistyczną kulturę, w której każdy sam jest winien własnej niedoli, a jeśli sobie nie radzi, to zasługuje tylko na pogardę; PiS jest dla III RP i jej liberalnych budowniczych powrotem wypartego, zemstą tego, co wykluczone.

Ale PiS jako powrót wypartego i zemsta tego, co wykluczone przez liberalne fantazje o wieżowcach, autostradach i pendolino, to mimo wszystko dopiero połowa prawdy. Tego też nie możemy liberałom zapomnieć. To też musimy im teraz powtarzać.

We wtorek 5 lipca 2016 obłąkana katolicka prawica złożyła w Sejmie „społeczny” projekt ustawy, której celem jest całkowity zakaz aborcji, nawet w przypadku ciąży pochodzącej z gwałtu na nieletniej, płodu tak uszkodzonego, że nie ma szans na przeżycie, czy ciąży zagrażającej życiu noszącej ją kobiety. Przepisy antyaborcyjne to jeden z najbardziej wyrazistych przykładów na to, że polscy liberałowie, gdy patrzą z przerażeniem na stojący naprzeciw nich PiS i gorszą jeszcze prawicę w jego ogonie, patrzą na potwora, którego własnoręcznie hodowali i żywili przez ćwierć wieku.

Ta propozycja nie odrzuca bowiem wcale obowiązującego dotychczas w Polsce aborcyjnego „kompromisu”, tylko posuwa go do jego logicznej konkluzji; maksymalizuje milczące założenia już obowiązującej ustawy z 1993, a zwłaszcza realnej społecznej praktyki jej egzekwowania – w rzeczywistości zabieg aborcji bywał przecież w Polsce nieosiągalny nawet w tych nielicznych przypadkach, w których był prawnie dozwolony. Bo „sumienie lekarza”. Obowiązujący w Polsce dotychczas „kompromis aborcyjny” był w rzeczywistości jednym z najostrzejszych, najbardziej bezlitosnych w Europie reżimów prawa w tym zakresie. „Kompromis” ów, podobnie jak dogmat o jego nienaruszalności, był dziełem polskich liberałów (różnych denominacji). Katolicko-narodowa prawica próbuje dzisiaj postawić w tej sprawie kropkę nad „i” napisanym dawno temu przez polskich liberałów, a nie odrzucić ich „demokratyczny dorobek”.

Smutne losy praw reprodukcyjnych kobiet w III RP są jednym z najbardziej wyrazistych manifestacji znacznie szerszego problemu: stosunku III RP do wartości i dziedzictwa Oświecenia w ogóle.

Polscy liberałowie z rozmysłem zredukowali kategorię postępu do wolności akumulowania bogactwa dla tych, którzy dysponują odpowiednimi kapitałami. Ofiary procesów akumulacji liberałowie (różnych denominacji) porzucili nie tylko dlatego, że o nich zapomnieli, nie widzieli ich z okien swoich biurowców, bo tak zaaferowani byli romancą własnej „wolności gospodarczej”. Ofiary te porzucili, bo takiego dokonali wyboru, świadomie.

Język klasowej pogardy – w życiu codziennym, mediach, kulturze głównego nurtu – pomagał im z tym żyć bez wyrzutów sumienia. (Teraz ten język się na nich mści, pogarda powraca odwrócona.) Sam spokój sumienia nie wystarczy jednak, żeby spokojnie sprawować władzę i cieszyć się z przywileju własnej wolności gospodarczej. Dlatego rozmyślnie otworzyli puszkę z demonami, i od czasu do czasu uchylali jej wieczko. Demonami najbardziej reakcyjnych, antyoświeceniowych elementów dziedzictwa polskiej kultury, dla których wytępienia cztery dekady PRL niestety nie wystarczyły.

Czasem była to bierna, pasywna zgoda na stosowaną przez katolicko-narodową prawicę metodę faktów dokonanych – jak z krzyżem, który zawisł w Sejmie. Częściej jednak aktywne działanie samych liberałów, którzy wpuścili Kościół katolicki do szkół, pozwalając mu najpierw sączyć swą truciznę na lekcjach religii, a potem stopniowo, krok po kroku, kolonizować program nauczania innych przedmiotów. (Liberałowie często mówili, że w Polsce trzeba się liczyć z przywiązaniem społeczeństwa do wartości katolickich; prawda jest jednak taka, że ćwierć wieku tych ustępstw z czasem wytworzyło to przywiązanie, a nie odpowiedziało na nie; każdy poważny socjolog potwierdzi, że na początku lat 90. Polacy byli znacznie bardziej tolerancyjnym i otwartym społeczeństwem.)

Wkrótce uczniowie niezależnie od wyznania lub jego braku, na lekcjach polskiego, musieli pisać wypracowania na temat „A jak ty wyraziłbyś swoją wiarę?”. Historia została sprowadzona do opowieści o królach i walkach narodów pojmowanych jako ponadczasowe byty organiczne – kpina w żywe oczy z tego, czym historia jest dzisiaj jako nauka. Daję głowę, że do dzisiaj dzieci uczą się wciąż w polskich szkołach, że ludzie dzielą się na rasy białą, żółtą i czarną. Czy współczesny polski maturzysta lub maturzystka, po współczesnej polskiej szkole, wie, że na ziemiach polskich jeszcze w połowie XIX wieku panowało, pod nazwą pańszczyzny, niewolnictwo, i całkiem prawdpodobnie jest on lub ona potomkiem takich niewolników? Czy współczesny polski maturzysta lub maturzystka wie, że Adam Mickiewicz był socjalistą? A jak zareagowaliby na miłosne listy młodego Fryderyka Chopina do Tytusa Wojciechowskiego?

Na szkole się nie skończyło. Muzeum Powstania Warszawskiego, wszechobecny kult Jana Pawła II, filmy o bitwach warszawskich i wiedeńskich, telewizyjna i filmowa propaganda niestrudzenie zrównująca Związek Radziecki z III Rzeszą.

Każde żądanie poszerzenia praw socjalnych kwitowane hahaszkami, że takie rzeczy to w komunizmie, a to już było i nie wróci. Z tego przecież tylko Gułag i Alternatywy 4. Każdy głos w sprawie praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych – paternalizowany lub gromiony (przez liberałów różnych denominacji) za niepotrzebne jątrzenie, awanturnictwo, nieodpowiedzialne skandalizowanie i brak szacunku dla w takim znoju wypracowanych „kompromisów”.

Demony anty-Oświecenia miały pełnić rolę ściśle funkcjonalną. Miały straszyć całym tym strasznym złem, do jakiego prowadzą sny o emancypacji ludzkiej i uniwersalnej równości nas wszystkich. Miały zamykać ofiary restauracji kapitalizmu w ślepych uliczkach irracjonalnych resentymentów i średniowiecznych niemal fiksacji na wszystkim tym, co tak łatwo zasysa emocje i energię, przesłaniając jednak realne przyczyny frustracji, cierpienia, niespełnienia, poczucia braku elementarnej kontroli nad własnym życiem.

Puszki Pandory nie da się jednak otworzyć tylko trochę. Nie da się na dłuższą metę utrzymać wszystkiego, co z niej wyleci, pod kontrolą, w instrumetalnym interesie tych, którzy się tą puszką bawią. Demony anty-Oświecenia żyją potem własnym życiem, wracają w końcu także po tych i do tych, którzy wypuścili je na wolność.

Współczesna polska młodzież, Polacy do gdzieś tak 25 roku życia –  urodzeni i wychowani już w całości w III RP – są bezlitosnym świadectwem i produktem ćwierćwiecza Polski zbudowanej i rządzonej przez liberałów (różnych denominacji). Jak można uciec przed faktem, że młodzi Polacy to dziś chyba najgorsza, politycznie i moralnie najbardziej odpychająca i podła młodzież w Europie?

Znajdujemy się w okresie głębokiego, strukturalnego kryzysu kapitalizmu jako systemu światowego – w takich warunkach łatwo rośnie poparcie dla skrajnej prawicy, która uwodzi część młodzieży obietnicą siły i (fałszywej, ekskluzywnej, partykularnej) wspólnoty opartej na „pragnieniu tego, co nas wyzyskuje”. Jest jednak różnica między rosnącym poparciem, a całkowitym skolonizowaniem zbiorowej wyobraźni pokolenia.

W Wielkiej Brytanii jest Britain First, jest English Defense League, robią one duży bajzel, rasiści krzyczą i biją ludzi, zwłaszcza po referndum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej. Ale jednocześnie dziesiątki tysięcy młodych ludzi wstąpiły do Labour Party od momentu, gdy okazało się, że jej przewodniczącym może zostać jeden z jej najbardziej lewicowych weteranów, Jeremy Corbyn; potem, gdy nim został, a jeszcze potem w kolejnej fali po referendum w sprawie członkostwa w UE. Francja ma Front National, ale francuscy dwudziestolatkowie w liczbie dziesiątek tysięcy walczą na ulicach Paryża przeciwko reakcyjnej nowelizacji prawa pracy (loi El Khomri), a nie z uchodźcami czy „pedałami”. Mimo katastrofalnej porażki rządu Syrizy w konfrontacji z neoliberalnym monstrum Unii Europejskiej, greckiej lewicy udało się zatamować i zmarginalizować faszystowski Złoty Świt. Hiszpańska i portugalska młodzież domaga się od swoich rządów i władz swoich miast polityki społecznej i przyjęcia więcej uchodźców z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Od Wielkiej Brytanii, przez Hiszpanię, po Grecję, młodzież jest nadzieją na to, że istnieje jeszcze (potencjalnie) jakaś przyszłość dla Europy.

Jednak nie w Polsce. W Polsce – im niżej schodzimy po drabinie wieku, w tym głębszy zstępujemy reakcyjny mrok. Jeśli między Wisłą a Bugiem spotykamy kogoś, kto wierzy wciąż w wartości Oświecenia, to największe prawdopodobieństwo jest, że urodził się, jeżeli nie wychował całkowicie, jeszcze w PRL. To młodzi Polacy najbardziej nienawidzą cudzoziemców, muzułmanów i uchodźców, których nigdy nie widzieli, a także kobiet, którym się jakiś Arab podoba. No i „pedałów”. To wśród młodych jest też największe poparcie dla zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej.

Tej młodzieży nie zdążył przecież jeszcze wychować Jarosław Kaczyński. On ją taką zastał, wychowaną przez ćwierć wieku przez polskich liberałów (różnych denominacji). III RP wychowała potwory.

Puszki Pandory – puszki z demonami anty-Oświecenia – nie da się otworzyć tylko trochę.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Mona Hatoum: ciało i terytorium

Pierwsza wielka retrospektywa Mony Hatoum w Wielkiej Brytanii (londyńska Tate Modern, 4 maja – 21 sierpnia 2016) pokazuje pewien powracający w twórczości artystki wątek: to, co znajduje się pomiędzy albo na styku ciała i jego otoczenia, przestrzeni, w której ciało to funkcjonuje.

Corps étranger (‘Ciało obce’, 1994) to instalacja zmontowana z materiałów wideo nagranych przez artystkę w czasie performansów wykonanych w latach 80. (m. in. w londyńskim Battersea Arts Centre), rzucanych następnie na podłogę. Są to ogromnie powiększone obrazy zrealizowane medyczną kamerą sondującą otwory i zagłębienia ciała samej Hatoum; kamera ta wędrowała po powierzchni twarzy, głowy i ciała, wchodziła do wnętrza otworów tego ciała, eksplorując granicę między wnętrzem a zewnętrzem ciała i podmiotu. Projektor rzuca te obrazy na podłogę.

Artystka używała też własnych włosów; włączała je np. w masę, z której wykonywała papier do wielu swoich prac. Włosy są taką dziwną częścią ciała, która do ciała należąc najczęściej i najłatwiej, bezboleśnie, nieraz niezauważalnie się od niego odłącza – ciało może je zostawiać jako ślady w swoim otoczeniu, na powierzchniach, z którymi miało kontakt. Hatoum wykorzystała też obcięte paznokcie, które zatopiła w sześcianie z przeźroczystego tworzywa sztucznego, w którym są „rozrzucone”. Wśród intrygujących tworzyw Hatoum są też materiały, które z przestrzeni wokół ciała trafiają na codzień do wnętrza tego ciała i włączają się w jego strukturę w procesach metabolicznych – takimi pracami są np. niewielkie, urokliwe plecionki ze świeżego makaronu, zostawionego następnie do wyschnięcia.

Wspomniane prace, taki krąg tematyczny, zastosowane techniki i materiały umieszczają więc dorobek Hatoum w perspektywie sztuki feministycznej. Polityczność sztuki Hatoum na tej płaszczyźnie się jednak nie kończy.

Izrael i okupacja

Hatoum urodziła się w Bejrucie w 1952, w rodzinie palestyńskich chrześcijan, których z Hajfy wypędziło powstanie Państwa Izrael w 1948. Dla regularnych bywalców Tate Modern retrospektywa artystki stanowiła swego rodzaju kontynuację, jeżeli nie dotychczasową kulminację znaczącej obecności problematyki palestyńsko-izraelskiej w twórczości wystawianych tam artystów. Na największych retrospektywach ostatnich lat można było oglądać niezwykle ważne prace Richarda Hamiltona (Unorthodox Rendtition, 2009; Maps of Palestine, 2011) i Marlene Dumas (The Wall, The Mother i Mindblocks, wszystkie 2009) poświęcone tej tematyce.

W Keffieh (‘Kefija’ 1993-6) długie czarne włosy zostały użyte zamiast czarnej nici do wyhaftowania tradycyjnego palestyńskiego wzoru pokrywającego chusty noszone zwyczajowo przez tamtejszych mężczyzn. Kefije są atrybutami tradycyjnej palestyńskiej męskości, tutaj ustawionej w nowym świetle użyciem w domyśle kobiecych włosów (w świecie arabskim mężczyźni raczej nie zapuszczają tak długich). Tradycyjna palestyńska męskość znajduje się dziś w konfrontacji z ponowoczesnym, prawdziwie postmodernistycznym mocarstwem kolonialnym, posługującym się „stosowanym postmodernizmem” jako technologią przemocy skierowanej przeciwko cywilom[1].

Present Tense (‘Czas teraźniejszy’, 1996) to 2200 kostek mydła, o kształcie zbliżonym do sześcianu (zbliżonym, bo nie są to kostki do końca równe). Mydło to materiał, który normalnie przewidziany jest do bezpośredniego kontaktu z powierzchnią ciała, utrzymywaną dzięki niemu w stanie higieny. Tutaj jest ono rozłożone na podłodze, jakby było posadzką, tyle że w rzeczywistości w podłodze nie umocowaną, jedynie przykrywającą prostokątną połać jej powierzchni. Szybko dostrzegamy, że cała ta powierzchnia nosi na sobie rysunek, w który układają się kropki na powierzchni niektórych kostek mydła. Ten rysunek to mapa Palestyńskich Terytoriów Okupowanych rozbitych na setki rozłączonych bantustanów wskutek skandalu Porozumień z Oslo z 1993. Mydło użyte tu za surowiec to mydło z Nablusu na Zachodnim Brzegu Jordanu, produkt palestyńskiego rzemiosła wykonywany z oliwy z oliwek z palestyńskich gajów oliwnych. Jest to więc surowiec o ogromnym ładunku emocjonalnym tak dla tych Palestyńczyków, którzy żyją pod izraelską okupacją lub jako obywatele drugiej kategorii w Izraelu „właściwym”, jak i dla tych, których przemoc Państwa Izrael dawno wypędziła z Palestyny (jak Hatoum i jej rodzinę). Kropki na powierzchni tych kostek mydła okazują się być wykonane z wbitych w nie drobnych kawałków czerwonego szkła. Szkło wbite w mydło budzi odruchowe skojarzenia z kaleczeniem skóry, po której ktoś by taką kostkę przesuwał; skojarzenia potęgowane przez kolor tego szkła, kolor krwi. Z kolei drobne ciała obce wbijające się w ludzkie ciało, by poszarpać jego tkanki, przywodzą na myśl niektóre zbrodnicze rodzaje broni używane przez Izrael (wbrew konwencjom genewskim) przeciwko palestyńskiej ludności cywilnej.

Oprócz horroru izraelskiego stosunku do Palestyńczyków w pracy tej daje się jednak wyczuć wpisany w nią równolegle zupełnie inny ton. Opór i wytrwałość, wiara w to, że okupacja, nawet w wykonaniu jednej z najpotężniejszych armii świata, nie będzie trwać wiecznie i zostanie kiedyś przezwyciężona. Mydło jest produktem nietrwałym – wysycha, kurczy się bez wilgoci lub zużywa ze spływającą po nim wodą. Kiedyś kawałki szkła rysujące teraz granice bantustanów, w których Izrael więzi Palestyńczyków, po prostu z tego mydła wypadną, rozsypią się, będzie je można zmieść z tej podłogi. Mapa, którą rysują, to nie wieczność, to tylko tytułowy „czas teraźniejszy” – kiedyś nie zostanie ślad ani po niej, ani po przemocy, którą wyraża.

Kraty, pręty, druty

Tak więc opowieść o ciele i tym, co łączy i dzieli je od jego zewnętrza, od przestrzeni, jest także opowieścią o kontakcie owego ciała z przestrzenią zdefiniowaną najbardziej politycznie – z terytorium. A także o formach politycznej przemocy wywieranej na ludzkich ciałach w walce o tak zdefiniowaną przestrzeń. Formy te mogą mieć moc wyrywania ludzi z terytorium, do którego czują się emocjonalnie przywiązani, i do którego na zawsze tracą wskutek tej przemocy dostęp. Mogą też mieć moc uwięzienia na terytorium najbliższym, szczelnie zamkniętym, z którego nie sposób się wydostać choćby na spotkanie bliskich czy przyjaciół podobnie uwięzionych w sąsiednim takim bantustanie. Sama Hatoum mieszka na stałe w Londynie od 1975 roku, czyli od momentu, kiedy izraelska inwazja na Liban uniemożliwiła jej powrót do Bejrutu z pomyślanego pierwotnie jako tymczasowy pobytu w Wielkiej Brytanii.

Stąd tyle u Hatoum krat, prętów, drutów kolczastych, skojarzeń z więzieniem jako miejscem lub z uwięzieniem jako stanem przestrzennego skrępowania.

Nawet wzór na tradycyjnych kefijach przypomina jej sploty drutu charakterystyczne dla metalowych ogrodzeń. Light Sentence (1992) igra w tytule znaczeniem pierwszego słowa. ‘Lekki wyrok’ to znaczenie podstawowe, ale light znaczy też ‘światło’. Instalacja składa się z trzech ścian drucianych klatek sięgających powyżej wzrostu człowieka. W środku unosi się i opada do podłogi pojedyncza, naga żarówka. Praca zawsze wystawiana jest w osobnym, przeznaczonym tylko dla tej instalacji pomieszczeniu (widziałem ją kilka lat wcześniej w muzeum w Tuluzie) – po ścianach przesuwają się gęste linie cieni rzucach przez kraty klatek, za którymi uwięziona jest żarówka. Quarters (‘Kwatery’, ale też ‘Dzielnice’1996) to instalacja z wielopiętrowych pryczy rozstawionych tak, by przywodziły na myśl Panoptykon u Foucaulta. Cellules (‘Komórki’, ale po francusku także ‘Komory’ lub ‘Cele’ 2012-2013) to osiem klatek z grubych ciemnych prętów, w które wrzucone są naczynia z intensywnie czerwonego szkła. Prawdopodobnie dmuchane były wewnątrz tych klatek, bo wydymają się w komory doskonale wpasowujące się w układ prętów. Wygląda to jak uwięzione w klatkach ludzkie serca, które zamarły tam w bezruchu.

Niezwykle mocna jest też praca Impenetrable (‘Nieprzenikalne’, 2009). Inspirowana rozbrajająco „lekkim” cyklem wenezuelskiego artysty Jesusa Soto, Penetrables (‘Przenikalne’, 1990), wykorzystuje jednak tę inspirację przewrotnie. U Soto cienkie gumowe rurki wiszące pionowo w równych odległościach tworzyły delikatne, przenikalne, migoczące trochę w oczach, gdy się je obchodziło, sześciany. U Hatoum przy bliższej inspekcji okazuje się, że podobny sześcian tworzą twarde, gdube druty kolczaste.

W pracach Mony Hatoum powracają też mapy.

Mapy

Interior/Exterior Landscape (‘Pejzaż wnętrze/zewnętrze’ 2010) to instalacja przypominająca – rozmiarami pomieszczenia, meblami zredukowanymi do funkcjonalnego minimum, łóżkiem bez materaca – celę. Z celą kojarzy się ograniczenie mobilności, z ograniczeniem mobilności kontrastuje z kolei replikowana tutaj trzykrotnie mapa świata. Półkule zachodnia i wschodnia narysowane są na ścianie pod wieszakiem – wyłaniają się zza drucianych wieszaków na koszule. Również wisząca tam torba, coś jakby staroświecka siatka na zakupy, widziana z bliska okazuje się być wycięta z politycznej mapy świata. Kontury kontynentów znaleźć też można na poduszce – tam zarysowane są także szlaki połączeń lotniczych, którymi najczęściej podróżowała sama artystka. Wiele z tych podróży musiało być związanych z pracą czy z wystawami, na które była zapraszana jako artystka właśnie, wielokrotnie, żeby przez sztukę opowiedzieć światu o więzieniu okupacji, w jakim żyją jej palestyńscy rodacy. Sukces w polu sztuki umieścił autorkę na pozycji na tyle uprzywilejowanej w stosunkach władzy (klasowej, politycznej, ekonomicznej), by pozwolić jej przemieszczać się między niezwykle odległymi punktami na Ziemi. Ta pozycja wciąż jest jednak o wiele, wiele za słaba, by oferować realny wpływ na położenie wszystkich tych przemocą okupanta zamkniętych w Gazie, w bantustanach na Zachodnim Brzegu, w obozach dla uchodźców w Libanie, Syrii czy Jordanii. Ba, jest zbyt słaba nawet na to, by pozwolić Hatoum powrócić na ziemię jej dziadków. Pierwszy raz postawić stopę w kraju pochodzenia udało się artystce dopiero w 1996, w wieku 44 lat, na zaproszenie galerii Anadiel w Jerozolimie, dla której zrealizowała Present Tense.

Hot Spot (2013) odwołuje się tytułem do angielskiego zwrotu określającego ośrodek militarnych lub społecznych niepokojów czy walk. Rzeźba ta jest jednak dużym, pustym w środku, prześwitującym „globusem”, uzyskanym z metalowego „rusztowania” naśladującego układ południków i równoleżników, na których rozpięte są wykonane z powyginanego neonu zarysy kontynetów. Neon świeci na czerwono, wytwarzając wrażenie właśnie stanu zapalnego, jakby sygnalizował alarm. W dobie militaryzacji międzynarodowego (nie)porządku cały świat jest ogniskiem zapalnym, jedną wielką strukturą gwałtownych napięć.

Jeśli w tym punkcie wystawy pomyślimy o najnowszych analizach Jeffa Halpera[2], Hot Spot zaczyna podejmować niepokojącą konwersację ze starszym Present Tense. Harper przekonuje, że tym, co gwarantuje Izraelowi, ze zbrodniami wojennymi i zbrodniami przeciwko ludzkości (stosowanie na cywilach zakazanej broni przywoływanej przez Hatoum użyciem odłamków szkła w mydle), jakie cyklicznie i bezwstydnie popełnia na Palestyńczykach i społeczeństwach sąsiednich państw arabskich, jest jego pozycja na światowym rynku wojny. Rola dostawcy najnowocześniejszych technologii – przetestowanych już i sprawdzonych na Palestyńczykach, i jako sprawdzone na ludziach reklamowanych innym siłom zbrojnym, od amerykańskich po indyjskie. Ale także rola dostawcy ideologicznych, quasi-prawnych, a de facto obliczonych na stopniowy demontaż prawa międzynarodowego jako takiego, uzasadnień i wielopiętrowych usprawiedliwień dla stanu permanentnej wojny przeciwko ludności cywilnej. Rozwiązania przetestowane przez Izrael na Palestyńczykach zatruwają później cały system światowy, który przekształca się w totalny stan zapalny. To ma na myśli Eyal Weizman, gdy mówi o fenomenie „izraelizacji”. Jednocześnie znaczenie, jakie wypracowane przez Izrael na Palestyńczykach najbrutalniejsze technologie władzy mają dla drżących o swoje przywileje klas panujących trzeszczącego w szwach systemu kapitalistycznego (Izrael jest ich nauczycielem w dziedzinie skutecznego miażdżenia oporu mas wykluczonych i pokrzywdzonych), gwarantuje bezkarną trwałość okupacji Terytoriów Palestyńskich.

Izrael wynalazł całkiem nową, wciąż przez prawo międzynarodowe nierozpoznaną, zbrodnię przeciwko ludzkości: zbrodnię okupacji permanentnej. Takiej okupacji, która nie ma zamiaru kiedykolwiek dobiec końca. Prawo międzynarodowe definiuje okupację jako stan przejściowy, utrzymujący minimum porządku do czasu zawarcia porozumień pokojowych i cywilnej normalizacji w terenie. Stanu, który trwa do dzisiaj w najlepsze, bez żadnych widoków na zmiany, od 1967 roku, nie sposób już jednak nazywać przejściowym. „Czas teraźniejszy” z pracy z 1996 okazuje się uporczywie przeciągać, trwać, nie przemijać. Nie daje się odesłać do przeszłości…

Jarosław Pietrzak

[1] Zob. Eyal Weizman, Hollow Land: Israel’s Architecture of Occupation, London – New York: Verso, 2007.

[2] Jeff Halper, War Against the People: Israel, the Palestinians and Global Pacification, London: Pluto Press, 2015.

 

Tekst ukazał się w miesięczniku Le Monde diplomatique – edycja polska (czerwiec 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Malarstwo Tomasza Przychodzkiego

Jedną z uderzających właściwości malarstwa Tomasza Przychodzkiego jest ten wyraźny kontrast pomiędzy jego pracami. Jedne z nich lśnią światłem (niejednokrotnie najdosłowniej, bo Przychodzki lubi posługiwać się złotem jako kolorem); ujmują pogodnymi, jasnymi barwami; wydają się otwierać nieograniczoną przestrzeń. Inne osaczają mrokiem, który odbiera kolorom życie; wydają się zatłoczone albo oferują niewiele przestrzeni, która nie proponuje wyjścia ze stanu smutku czy rozpaczy. To samo złoto, które gdzie indziej migotało uwodzącym światłem, w tych drugich spływa raczej po płaszczyźnie płótna ciężkimi łzami. Jest to bardzo emocjonalne malarstwo, dla którego punktem wyjścia jest zwykle wspomnienie momentu intensywnego przeżycia – albo euforycznego szczęścia, albo paraliżującego smutku. Ciekawe u Przychodzkiego jest to, jak bardzo – choć nie zawsze na pierwszy rzut oka – te prace są naładowane erotycznie. Dotyczy to zarówno tych zatrzymujących na płótnie pamięć momentu szczęścia, jak i tych traktujących o rozpaczy. I szczęście, i smutek, są tutaj stanami splecionymi z seksualnym pragnieniem, z erotycznym doświadczeniem, z rozkoszą spełnienia, melancholią utraty lub odrzucenia. Ten erotyzm malarstwa Przychodzkiego bywa wyłożony explicite, w nasyconych tęsknotą lub naznaczonych urazem przedstawieniach ciał lub twarzy, ale bywa też poukrywany, zaszyfrowany w innych obiektach.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Ten krótki tekst powstał jako wprowadzenie do wystawy malarstwa Tomasza Przychodzkiego w klubokawiarni Księgarnia w Sosnowcu (w dniach 12-26 maja 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brexit, status quo i przyszłość

Zgadzam się z tymi, którzy – jak lewicowy grecki badacz Stathis Kouvelakis – uważają, że Unia Europejska jest antydemokratycznym, neoliberalnym monstrum, realizującym interesy wielkiego kapitału. Nie da się jej zreformować  w stronę bardziej demokratyczną, realizującą lewicową, solidarną wizję postępu społecznego, ponieważ została ona wymyślona i zaprojektowana w sposób antydemokratyczny i w antydemokratycznych celach. Unię Europejską zaprojektowano tak, by mogła funkcjonować, procedować i decydować, realizując interesy politycznych i ekonomicznych elit kontynentu niezależnie od woli jego społeczeństw, a nawet otwarcie tej woli wbrew. Jak pokazał przykład Grecji – nawet kosztem najsłabszych społeczeństw kontynentu, gotowa złożyć je na ołtarzu zyskowności niemieckich i francuskich banków oraz niemieckich obsesji monetarnych. I nie ma się co łudzić, że na Grecji się to skończy. Skłaniam się ku jego stanowisku, że jedynym prawdziwym wyjściem jest rozwiązanie Unii Europejskiej i budowa nowego projektu solidarnej Europy postępu społecznego zamiast UE, a nie w jej ramach.

Niemniej jednak uważam Brexit za katastrofę. Kontekst i kolejność wydarzeń, a także to, kto jest danych wydarzeń sprawczym podmiotem – to wszystko są rzeczy, które mają ogromne znaczenie. To, czy Unię Europejską zastąpi Europa solidarności i postępu społecznego, zależeć będzie od tego, kto rozmontuje tę pierwszą. Jeśli rozmontuje ją rasistowska prawica, to naprawdę nie zrobi się od tego więcej miejsca dla najbardziej postępowej lewicy.

Brexit, Lexit, szmexit

Brexit jest zwycięstwem rasistowskiej prawicy. To ona (UKIP i najbardziej nieprzewidywalne skrzydło rządzącej Partii Konserwatywnej) nadała ton całej kampanii. Imigranci, imigranci, imigranci. To była jedyna śpiewka. Jeżeli członkowie Socialist Workers Party i innych jeszcze mniejszych grup o jeszcze mniejszym znaczeniu wyobrażają sobie, że powtarzając we własnym gronie kilku tysięcy osób (w skali 65-milionowego kraju) własne argumenty stworzyły jakąś alternatywną narrację o Lexicie, lewicowym wyjściu z Unii, to świadczy to tylko o ich grupowym narcyzmie. Jakieś trzy artykuły na łamach „The Independent” to jeszcze nie realnie funkcjonująca w społeczeństwie alternatywna narracja. Ludzie, którzy w Anglii z dala od Londynu i Liverpoolu zagłosowali za wyjściem, nie mieli przed oczyma rozległych analiz na łamach „International Socialism Journal” tylko nagłówki o imigrantach krzyczące do nich z pierwszych stron tytułów prasowych Ruperta Murdocha. O znaczeniu tej rasistowskiej kampanii świadczy erupcja rasistowskich incydentów po ogłoszeniu wyników referendum. Policja oficjalnie potwierdza przekraczjący 500% skok liczby oficjalnie odnotowanych incydentów tego rodzaju. Angielscy rasiści poczuli, że nareszcie nie muszą swojego rasizmu ukrywać – poczuli się dumni.

To, jaka kampania i przez kogo prowadzona wygrała, to na dodatek tylko pierwsza połowa problemu. Druga jest taka, że nawet gdyby głosowano ze słusznych powodów, potrzebny jest jeszcze dobry plan działania. Odpowiedzialni za kampanię Leave tymczasem nigdy nie opracowali żadnego planu, jak to tak konkretnie będzie wyglądać. Wielką Brytanię czekają więc lata chaosu, który zresztą natychmiast się rozpoczął (dramatyczne spadki na giełdzie, spadek funta do najniższego od ponad trzydziestu lat poziomu). Zwolennicy Lexitu, którzy cieszą się z rezultatu jak z własnego zwycięstwa, są chyba w stanie jakiegoś zaczadzenia. Przypuszczam, że rację ma ekonomista Michael Roberts, który uważa, że Brexit akceleruje kolejną globalną recesję, czy też kolejną fazę obecnego kryzysu systemu kapitalistycznego. Przedstawiciele radykalnej lewicy popierającej Lexit, którym w czasie kampanii udało się upchnąć trzy artykuły w „Independencie”, a poza tym pisywali na swoich radykalnych blogach czytanych głównie w ich własnych niszach ideowych, wyobrażają sobie teraz, że w warunkach nadchodzącego chaosu, słaba i rozbita od dawna lewica nagle rozkwitnie, dotrze ze swoim przekazem do całego brytyjskiego społeczeństwa i porwie jego serca. Oh dear…

Niestety, ostatnim razem, kiedy kapitalizm pogrążony był w tak głębokim strukturalnym kryzysie (faza B u starego dobrego Kondratiewa), a europejska lewica była za słaba, by w kilku kluczowych krajach powstrzymać rasistowską prawicę, to wyjście z tego kryzysu kosztowało ludzkość II wojnę światową. Miejsce City of London w sfinansjeryzowanej strukturze współczesnego kapitalizmu czyni Wielką Brytanię jednym z kluczowych krajów. Tak więc powtórzę: kolejność wydarzeń, oraz to, kto gra w nich pierwsze skrzypce, ma znaczenie – ma znaczenie kolosalne.

Pustynia rzeczywistości

Mleko się już jednak rozlało i lewica musi być gotowa na trudne do przewidzenia tempo wydarzeń. W tym celu musimy przede wszystkim rozumieć, co się dzieje.

To, że wygrała rasistowska kampania sprowadzająca całą dyskusję do „problemu imigrantów”, nie znaczy, że wszyscy, którzy głosowali za opuszczeniem Unii Europejskiej, są rasistami i głosowali z rasistowskich pobudek. Dla większości z nich ten rasizm był po prostu jedyną zaoferowaną im możliwością artykulacji zupełnie innych bolączek.

Chyba najbardziej przenikliwą i frapującą z napisanych na gorąco interpretacji referendum zaproponował Will Davies, autor książki The Happiness Industry. Jego artykuł Thoughts on the Sociology of Brexit opublikowany został na blogu Political Economy Research Centre. Za Brexitem głosowali mieszkańcy Anglii i Walii spustoszonej w procesach neoliberalnej restrukturyzacji brytyjskiego kapitalizmu, poza (zasysającym większość zasobów w kraju) Londynem i Liverpoolem. Mieszkańcy miast i miasteczek, w których manifestowała się kiedyś przemysłowa potęga Wielkiej Brytanii, ale których przemysły pozamykała Margaret Thatcher, a próżni po nich nic w zadowalający sposób nie wypełniło. Mieszkańcy tej porzuconej Anglii i Walii po raz pierwszy od dziesięcioleci (wielu z nich po raz pierwszy w życiu) mogli oddać głos, który naprawdę będzie miał znaczenie, naprawdę zmieni reguły gry, wstrząśnie czymś, zamiast tylko wymieniać twarze decydujące ostatecznie jedynie o ornamentach polityki pozostającej cały czas w ramach tego samego paradygmatu. Niektórzy może nawet i w to nie wierzyli, ale chcieli tę możliwość sprawdzić. Nawet jeśli mieliby sobie tym wyrządzić krzywdę, to byli na nią gotowi w zamian za pierwszą w życiu okazję naprawdę bolesnego walnięcia brytyjskiego establiszmentu „po ryju”. Ewentualność, że wyrządzą sobie samym zbiorową krzywdę, mogła nawet być świadoma i odegrać rolę w podjęciu takiej, a nie innej decyzji. A to dlatego, że głosowały tak grupy społeczne, które nie wierzą już, że mają jeszcze jakąś przyszłość wartą tego słowa. Przyglądanie się pełzającej deklasacji własnych dzieci nie jest tego słowa warte.

Umieszczałoby to Brexit w szerszych procesach społecznej delegitymizacji neoliberalnych elit w oczach ich społeczeństw. Od Stanów Zjednoczonych po Austrię gniew ludu eksploduje ostatnio poparciem dla kandydatów od lewa (Bernie Sanders) do prawa (Donald Trump), których cechą wspólną jest to, że polityczny establiszment niestrudzenie przedstawia ich jako wybór abolutnie nieracjonalny. Dziesiątki milionów ludzi w Europie i Ameryce Północnej mają już powyżej uszu racjonalności zdefiniowanej przez książęta neoliberalnego kapitalizmu i ich urzędowe wieszczki głoszące swoje wyroki z Delf dominujących nadawców telewizyjnych.

Ale głęboki kryzys legitymizacji panującego systemu społeczno-ekonomicznego nie kończy się bynajmniej na tym, że w sprawiedliwość czy słuszność tego systemu nie wierzą już jego ofiary!

Status quo nie istnieje

Chciałbym umieścić Brexit w jeszcze innej sekwencji wydarzeń. Już jakiś czas temu niemiecki ekonomista i socjolog Wolfgang Streeck (w eseju pt. How Will Capitalism End?) zwracał uwagę na to, że nawet elity neoliberalnego kapitalizmu od dawna czują, że ich pozycji nie podpiera już żadna forma legitymizacji – politycznej, moralnej, symbolicznej, kulturalnej. I to dlatego tak bezwstydnie kradną. Nie boją się utraty twarzy, bo wiedzą, że już i tak jej nie mają. Wyszarpują rządowe bailouty dla banków, które doprowadzili na próg bankructwa. Z publicznych (te bailouty) lub akcjonariuszy pieniędzy wypłacają sobie wielomilionowe premie albo odprawy, nawet gdy przynieśli kierowanym instytucjom kolosalne straty. Nie ukrywają kolesiowskiej, korupcyjnej natury kontraktów rządowo-biznesowych czy jawnie oszukańczej lub hazardowej natury wielu produktów finansowych. Z wyjątkiem jakiejś dziwnej i pozbawionej międzynarodowego znaczenia Islandii, nikt z nich za największe nawet przestępstwa finansowe czy skarbowe nie trafia za kratki, nie traci stanowisk, nie spotyka się z ostracyzmem polityków ani mediów. Żaden przekręt, żadne Panama Papers – nic nie jest dziś wystarczającym skandalem, żeby zakończyć twoją karierę, jeśli jesteś jednym z neoliberalnych książątek. Jeżeli ktoś trafi do więzienia, to – jak w przypadku afery LuxLeaks – ci, którzy ujawnią oszustwa finansowe i skarbowe, a nie ci, którzy ich dokonywali.

Nawet władcy tego świata, nawet ci, którzy są największymi beneficjentami neoliberalnego kapitalizmu, nawet ci, którzy nim zarządzają, nie wierzą już w status quo. Nie wierzą, że ten system jest do utrzymania. Wiedzą, że jego dni są policzone i wkrótce wszystko z hukiem rozleci się na kawałki.

Dlatego jedni z nich kradną na potęgę, żeby złowić, ile się da w tych ostatnich dniach przed Armagedonem, rozglądając się jednocześnie za jakimś rozległym a odludnym ranczem w Panamie, Paragwaju czy Patagonii, na którym będzie się można schować przed gniewem ludu, gdy ten zostanie zostawiony sam z łupinami po katastrofie. Inni, ci o najbardziej makiawellicznym usposobieniu, w zaciszu gabinetów projektują nam nowy świat, w którym społeczeństwa podlegają zmilitaryzowanej kontroli i nadzorowi, z całymi ich sektorami pozbawionymi istotnej części praw na różnych arbitralnych podstawach.

Jeszcze inni stracili z oczu jakąkolwiek przyszłość godną tego słowa – dokładnie jak ci sfrustrowani mieszkańcy Anglii i Walii z dala od Londynu i Liverpoolu, tyle, że zupełnie inaczej wyglądają ich rachunki bankowe. Niemniej jednak i oni nie są już w stanie ogarnąć jakiejkolwiek dłuższej perspektywy, nie potrafią już długofalowo zarządzać swoimi przywilejami za pomocą urządzeń, które do niedawna doskonale się w tym zadaniu sprawdzały – prasy, telewizji, sondaży, ratingów, „opinii rynków”. Reagują więc tylko w najbardziej krótkoterminowej perspektywie – jak przeciągnąć ten cały bajzel do jutra, do przyszłego miesiąca, do końca roku. Albo zupełnie nie wiedzą już, co robić. Nie wiedzą już, co robią. I w tej niewiedzy robią już po prostu byle co, w nadziei, że raz na ileś ciosów wystrzelonych na oślep coś się uda, w coś się trafi.

Brexit, i sposób, w jaki Torysi pod przywództwem Davida Camerona się weń wpakowali, to jedna z tych ostatnich historii. Niezwykle spektakularny przykład i coś na kształt definitywnego dowodu, że władcy tego świata nie wiedzą już, co robić i dlatego robią byle co. Przykład jest tak spektakularny, a dowód tak definitywny, ponieważ brytyjska Partia Konserwatywna przez półtora stulecia była najbardziej efektywnym, najbardziej niezawodnym i nabardziej doświadczonym politycznym wykonawcą interesów brytyjskich kapitalistów i kapitalizmu w Wielkiej Brytanii. Od pokoleń wdrożonym i przygotowanym do zarządzania kapitalizmem na niebagatelną, bo światową skalę. Nawet po utracie kolonialnego Imperium brytyjski kapitalizm pozostał przecież jedną z najbardziej „umiędzynarodowionych” formacji kapitalistycznych, z pokrywającą cały świat siecią wielokierunkowych interesów, a City of London jest do dziś czymś w rodzaju finansowej wicestolicy światowego kapitalizmu (nawet międzynarodowe transakcje w euro, choć Wielka Brytania nie wstąpiła do unii walutowej, największy swój globalny wolumen miały dotąd w City of London, nie we Frankfurcie). I nawet ci ludzie, mimo stu pięćdziesięciu lat przekazywanego z pokolenia na pokolenie takiego doświadczenia, dla krótkoterminowej korzyści odbicia głosów UKIP-owi w ostatnich wyborach i rozwiązania wewnętrznej kłótni we własnych szeregach, zaryzykowali interesy całej klasy kapitalistów w Wielkiej Brytanii. W zasadzie, jak już wyraźnie widać, wywrócili cały kram brytyjskiego kapitalizmu do góry nogami.

Cameron chciał upiec nie wiadomo ile pieczeni na jednym ogniu. Jednych załatwi, bo „no przecież zrobiłem referendum, nie moja wina, że naród chciał jednak pozostać w Unii”, i zostaną, choć rozczarowani, po jego stronie. Drugich załatwi na zasadzie: „zrobiłem referendum, ale przecież wiedziałem, że wszyscy i tak zagłosują za pozostaniem, niczego tak naprawdę nie ryzykowałem” – też zostaną z nim. Tak to miało wyglądać. Nawet jeszcze niespodziewanie przyspieszył referendum, w którego kontekście przez wiele miesięcy mówiono raczej o roku 2017, aż tu nagle czerwiec 2016. Boris Johnson z kolei myślał, że nawołując do głosowania za opuszczeniem Unii wzmocni swoje karty na prawym skrzydle Partii Konserwatywnej i przygotuje sobie grunt pod przyszłe przywództwo Torysów, a kampania Leave i tak przegra, nie może być inaczej. W rzeczywostości okazało się, że żaden z nich nie wiedział, co czyni. Dlatego nikt nie opracował politycznych i ekonomicznych scenariuszy wychodzenia z Unii Europejskiej, symulacji, jakie branże mogą tym zostać dotknięte, pomysłów, na jakieś miękkie lądowanie dla nich. Nie mówiąc już o takich szczegółąch, jak sytuacja prawna mieszkających już w UK obywateli innych państw Unii i mieszkających w innych państwach Unii obywateli UK (ani jedni, ani drudzy nie mieli prawa głosu w tym referendum). Nie istnieje żaden plan, nikt nie wie, co teraz.

Kiedy w takiej sytuacji baronowie New Labour, sieroty po Tonym Blairze, zamiast wykorzystać sytuację, czyli Torysów na krawędzi rozpadu, do oblężenia rządu i wymuszenia nowych wyborów, rzucają się w wir spisków przeciwko przywództwu Jeremy’ego Corbyna (w jawnej współpracy z dziennikarzami BBC i „Guardiana”), to jest to kolejna odsłona tego samego procesu. Prawe skrzydło Labour Party (większość jej parlamentarzystów) to dla brytyjskich kapitalistów awaryjne narzędzie zarządzania brytyjskim kapitalizmem, na wypadek gdy urny wyborcze zawiodą Torysów. Wewnętrzny spór w Labour w tym momencie, jeśli ulegnie eskalacji, będzie najpewniej oznaczał polityczną anihilację Labour Party na lata, albo na zawsze. Ale posłowie Partii Pracy tym właśnie się teraz zajmują, z własnego wyboru. To dlatego, że baronowie New Labour, symbiotycznie związani z brytyjskimi kapitalistami (inicjatorka obecnego antycorbynowskiego „zamachu stanu” wewnątrz Partii Pracy, Margaret Hodge, ma swoje za uszami, jeśli chodzi o uciekanie przed podatkami) tak samo nie wiedzą już, co robić i robią w amoku byle co. Wystarczy spojrzeć na beznadziejne nieprzygotowanie „zamachowców” – nie mają nawet żadnej propozycji, kto właściwie miałby zastąpić Corbyna.

Kiedy klasy panujące ancien regime’u nie wierzą już w utrzymywalność status quo, znaczy to, że status quo już nie istnieje. Skończyło się, choć siłą naszego przyzwyczajenia utrzymują się jeszcze jego pozory. Umiarkowani reformiści na „realistycznej lewicy”, którzy proponują przyszywanie drobnych prospołecznych poprawek do istniejącego porządku, są być może ostatnimi, którzy wierzą jeszcze w to status quo. Być może nikt nie jest dziś bardziej odklejony od rzeczywistości, niż tacy „realiści”.

Co z tego wynika? Może to, że na ostrożny realizm i ostrożne, reformistyczne korekty zastanej rzeczywistości lewica nie może już sobie pozwolić? Może nie ma już na to czasu i Europę (nie Unię Europejską a Europę) jako całość i jej poszczególne państwa i społeczeństwa uratować może już tylko odwaga radykalnego przedefiniowania naszej społecznej – ekonomicznej i politycznej – rzeczywistości? W przeciwnym razie miotające się już jak kurczak bez głowy elity neoliberalnego kapitalizmu, zanim uciekną za swoimi pieniędzmi na Kajmany i Wyspy Dziewicze, wepchną nas wszystkich w spiralę ekonomicznego chaosu lub wojennej przemocy. Albo jednego i drugiego.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Znaczenie Dilmy Rousseff

Kto ma nieszczęście wiedzę o świecie czerpać głównie z programów informacyjnych którejkolwiek polskiej telewizji, długo mógł się nawet nie domyślać, że w Brazylii dzieje się ostatnio coś oprócz tego, że nadchodzą Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. Polskie stacje telewizyjne z poświęceniem trzymały się swojej najbardziej ugruntowanej w minionym ćwierćwieczu tradycji: konsekwentnego prowincjonalizmu. Dotyczy to także kanałów telewizyjnych dla niepoznaki nazywanych „informacyjnymi”. Tymczasem pełzający, parlamentarno-sądowo-telewizyjny zamach stanu, którego ofiarą padła presidenta Dilma Rousseff, przeprowadzony pod pozorami impeachmentu (Senat 12 maja zawiesił Rousseff i przekazał władzę tymczasowemu rządowi) jest jednym z najważniejszych wydarzeń tego roku. Konsekwencje tego, jak ta historia się dalej potoczy (Dilma – Brazylijczycy mówią o niej po imieniu – nie złożyła bowiem broni), będą globalne.

Zamach stanu

Rousseff od samego początku wymierzonej w nią procedury impeachmentu mówiła o zamachu stanu w białych rękawiczkach. Tak samo nazywali to nie tylko jej wierni zwolennicy, ale także politycy i komentatorzy na lewo od reprezentowanej przez nią Partido dos Trabalhadores, z elokwentnym gwiazdorem Partii Socjalizmu i Wolności (PSOL) Jeanem Wyllysem na czele. Dziś już wiemy, że nie tylko można, ale i należy tak właśnie o tym mówić. Impeachment jest bezpodstawny, Rousseff nie udowoniono żadnego z przestępstw, które brazylijska konstytucja wymienia jako możliwe powody odsunięcia urzędującego prezydenta od władzy, tzw. crimes de responsabilidade. Jest to najzwyklejszy spisek opozycji, która forsuje impeachment, bo zdołała zabezpieczyć wystarczającą liczbę głosów w parlamencie, niezależnie od tego, czy ma prawne podstawy.

Rousseff, postać o naprawdę pięknej biografii, jest wyjątkowym w Brazylii przypadkiem polityczki, nad którą nie ciążą nawet blade podejrzenia o choćby jeden akt korupcji. Po nagraniach, które opublikował dziennik „Folha de São Paulo”, wiemy już z całą pewnością i bez konieczności spekulowania, że opozycja dążyła do usunięcia Rousseff z pałacu Alvorada w nadziei, że zastąpienie jej dotychczasowym wiceprezydentem Michelem Temerem pozwoli zarżnąć wielkie antykorupcyjne śledztwo pod kryptonimem Lava Jato. Ewentualny sukces tego śledztwa grozi więzieniem dosłownie setkom brazylijskich polityków. Jednocześnie proamerykańska, neoliberalna prawica zyskała w ten sposób możliwość utworzenia rządu, który ze swoim programem drakońskich cięć budżetowych i wyprzedaży państwowych aktywów (m. in. ziemi amerykańskim korporacjom) nie miałby w Brazylii żadnych szans osiągnąć władzy w drodze demokratycznych wyborów.

Oczywiście rząd Partii Pracowników zasługiwał na krytykę, a tarapaty, w jakie wpadł, są niestety logiczną konsekwencją filozofii rządzenia, jaką partii tej narzucił były prezydent Lula da Silva. Filozofia ta sprowadzała się do wprowadzania umiarkowanie postępowych reform i programów społecznych na tyle, na ile to możliwe bez konfrontacji z najpotężniejszymi rodzinami Brazylii i uderzania w interesy oligarchów. Opierała się na wierze, że można (stopniowo) rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując probelmu bogactwa. Oczywiście, że nie można. Lula potrafił takim układem w miarę skutecznie zarządzać nie tylko dlatego, że ma ogromny talent polityczny (który rzeczywiście posiada; drugą kadencje zamknął z 85-procentowym poparciem społecznym). Także dlatego, że z jego rządami zbiegła się wspaniała międzynarodowa koniunktura na brazylijskie surowce i politykę umiarkowanej redystrybucji dało się finansować ze wzrostu gospodarczego i z bonanzy eksportowej, nie odbierając nic obscenicznie bogatym brazylijskim elitom. Koniunktura ta to już jednak pieśń przeszłości, a Brazylię dosięgły w końcu skutki światowego kryzysu. Oligarchiczne brazylijskie elity, których władzy i stopnia przywileju kilkanaście lat rządów PT nie próbowało nawet ograniczyć, postanowiły teraz tę władzę wykorzystać, żeby obalić rząd i za pomocą neoliberalnych reform przerzucić na biedniejszą większość Brazylijczyków koszty kryzysu ekonomicznego. Błędy i zaniechania, jeśli chodzi o politykę „nieruszania” oligarchów, widać szczególnie jaskrawo na przykładzie wielkich mediów. W Brazylii wszystkie one są prywatne i znajdują się w rękach właściwie pięciu rodzin (są też mniej lub bardziej prawicowe), a telewizyjna korporacja Globo jest prawdziwą potęgą i ma tradycję popierania prawicowej dyktatury, która rozpoczęła się zamachem stanu 1964 roku. PT nigdy nie odważyła się rozbić tych gigantów, które teraz były aktywnym uczestnikiem gry o obalenie Rousseff.

itamaraty

Palácio do Itamaraty, siedziba Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Brasilii

To, że rząd Rousseff zasługiwał na krytykę z pozycji postępowych, nie zmienia jednak faktu, że siły, które odsunęły presidentę od władzy są bez porównania gorsze.

Michel Temer, który wygląda jak ulepiony z żółtawej parafiny jaszczur przebrany w garnitur, nie tylko cieszy się zaledwie 2-procentowym społecznym poparciem, ale ze względu na zarzuty korupcji i innych szwindli ciąży na nim wręcz zakaz kandydowania w wyborach do jakiejkolwiek funkcji publicznej. Został tymczasowym prezydentem, bo był dotychczasowym wiceprezydentem. A wiceprezydentem był dlatego, że partia PMDB, którą reprezentuje, zaczęła tę kadencję w koalicji z Partido dos Trabalhadores Luli i Rousseff, ale potem z tej koalicji wystąpiła i stała się dla rządu Rousseff wrogiem numer jeden.

Temer powołał najbardziej reakcyjny rząd od czasu dwóch dekad prawicowej dyktatury, w całości złożony z białych starców. Bez ani jednej osoby „kolorowej” – w kraju o największej poza Afryką populacji określającej swoje pochodzenie jako afrykańskie. Bez ani jednej kobiety – z dniem powołania tego rządu Brazylia spadła o dwadzieścia kilka pozycji w międzynarodowym rankingu równouprawnienia kobiet. Siedmiu z tych białych starców ma zarzuty korupcyjne. Wszyscy bezwstydnie reprezentują wyłącznie interesy wielkiej brazylijskiej oligarchii – a także wielkich międzynarodowych, głównie amerykańskich korporacji z pożądaniem spoglądających na brazylijskie zasoby, które niebawem wystawione zostaną przez Temera na ich łup.

Rousseff wciąż może wrócić do władzy, jeśli procedura impeachmentu upadnie na którymś etapie w terminie 180 dni, który opozycja ma na udowodnienie jej crimes de responsabilidade. To, że Rousseff nie jest niczemu winna, nie znaczy jednak wcale, że na pewno wygra, gdyż od samego początku prób usunięcia jej z urzędu wymiar sprawiedliwości udowodnił swoją stronniczość, jeżeli nie po prostu udział w spisku przeciwko niej (bezprawnie podsłuchiwano jej rozmowy telefoniczne, których nagrania natychmiast i równie bezprawnie wyciekały do wrogivh rządowi mediów). Również jeśli Rousseff „wygra” całe postępowanie, nie ma pewności, że prawica przyjmie to rozstrzygnięcie i odda władzę. Mówimy o kraju z historią wojskowej dyktatury, której wysocy funkcjonariusze nigdy nie zostali rozliczeni. Już chodzą słuchy, że generałowie, jakby co, są w zasadzie po stronie Temera. Jest jeszcze możliwy taki scenariusz, że ultraneoliberalna prawica zakłada, że ma władzę tylko na 180 dni, i po prostu w ekspresowym tempie splądruje w tym okresie kraj, wyprzeda państwowe aktywa krewnym i znajomym królika, anuluje finansowanie programów społecznych stworzonych przez kilkanaście lat rządów PT, zwolni dziesiątki tysięcy pracowników sektora publicznego, obniży płacę minimalną, renty i emerytury, itd.

Znaczenie Brazylii

Cokolwiek się wydarzy, wpłynie to na kształt świata w najbliższych kilku latach. A to dlatego, że Brazylia jest jednym z najważniejszych państw na świecie, nawet jeśli trudno na to wpaść, oglądając programy informacyjne polskich telewizji. Brazylia jest piątym najludniejszym krajem świata (205 mln mieszkańców) i przez kilkanaście lat rządów PT była jednym z najaktywniejszych podmiotów na arenie międzynarodowej. Tak to podsumował Raul Zibechi w swojej książce The New Brazil:

W 2003 Brazylia pomogła stworzyć G-20 i zorganizowała szczyt IBSA (Indie – Brazylia – Afryka Południowa). W 2004 odegrała aktywną rolę w utworzeniu MINUSTAH (Misji Stabilizacyjnej Narodów Zjednoczonych na Haiti) i przejęła dowództwo operacji wojskowych. Brazylia utworzyła wraz z Indiami, Niemcami i Japonią G-4, mającą na celu reformę Rady Bezpieczeństwa ONZ. W 2005 miał miejsce pierwszy Szczyt Państw Południowoamerykańskich i Arabskich. W 2006 utworzony został Strukturalny Fundusz Konwergencyjny Mercosur, funkcjonujący jako fundusz transferów gotówkowych z Brazylii i Argentyny na wspieranie rozwoju mniejszych krajów takich jak Paragwaj czy Urugwaj. W tym samym roku miał też miejsce pierwszy Szczyt Południowoamerykańsko-Afrykański. W 2007 ustanowiono Banco del Sur (Bank Południa), a Brazylia i Unia Europejska podpisały strategiczne porozumienie. W 2008 zatwierdzony został Traktat Założycielski UNASUR [Unia Narodów Południowoamerykańskich]. W 2009 Brazylia podpisała porozumienia handlowe z Indiami, zinstytucjonalizowany też został sojusz BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny), a Organizacja Państw Amerykańskich została wezwana do odwołania niegdysiejszego wykluczenia Kuby. Brazylia podpisała też strategiczny sojusz z Francją, którego częścią jest daleko posunięta współpraca wojskowa. W 2010 miał miejsce pierwszy szczyt Ameryki Łacińskiej i Karaibów, w którym nie wzięły udziału Stany Zjednoczone, co pozwoliło na powołanie Wspólnoty Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC). […] Jedyne, czego brazylijskiej dyplomacji nie udało się jeszcze osiągnąć, to pozycja stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Również Vijay Prashad, jeden z najwybitniejszych znawców polityki Trzeciego Świata, autor książek The Darker Nations i The Poorer Nations, przy każdej okazji zwraca uwagę, że Brazylia ma dziś najlepszą dyplomację i dysponuje najlepszymi analizami stosunków międzynarodowych spośród wszystkich krajów BRICS w szczególe i globalnego Południa w ogóle.

Oczywiście, skomplikowane mechanizmy władzy tak wielkiego i zróżnicowanego kraju powodują, że żaden proces nie jest jednoznaczny. Również w ramach brazylijskiej aktywności międzynarodowej zbiegają się różne, nieraz rywalizujące lub sprzeczne, tendencje i interesy. Niektórzy bili na alarm, że Brazylia dąży do pozycji regionalnego mocarstwa, które chce podporządkować swoim interesom mniejszych sąsiadów. Do tego na pewno dążyły brazylijskie elity finansowe z ich stolicą w São Paulo. Inni podkreślają, że struktury BRIC i BRICS, których tak aktywnym podmiotem jest Brazylia, zamiast rzucić odważne wyzwanie neoliberalnemu ładowi światowemu, w którym bogata Północ bezwzględnie eksploatuje biedne Południe, poprzestały na szukaniu dróg lepszego urządzenia się ramach tego ładu.

security

Niemniej jednak bilans brazylijskiej aktywności międzynarodowej w ciągu pierwszych kilkunastu lat XXI wieku, a więc w okresie rządów Luli i Rousseff, trzeba ocenić jako pozytywny i niezwykle ważny. Brazylia okazała się jedną z głównych sił stawiających realny opór globalnej samowoli Imperium Amerykańskiego. Brazylijska doktryna obronna zakładała zresztą Stany Zjednoczone jako najważniejsze źródło potencjalnego zagrożenia zewnętrznego (Brazylię od dawna otacza cały kordon amerykańskich instalacji wojskowych, rozłożonych na Karaibach, w Kolumbii, Peru i innych krajach). Amerykański historyk Greg Grandin pisał nie tak dawno, że w naszych ponurych czasach, na początku XXI wieku Amerykę Łacińską można było postrzegać jako ostatni bastion Oświecenia. Widać to choćby w tym, że postępowe rządy w tym regionie odmówiły udziału w skandalu amerykańskiej „wojny z terroryzmem” i eskalacji zbrojnej przemocy w stosunkach międzynarodowych. Mocne stanowisko Brazylii oraz jej polityczna siła na arenie międzynarodowej były jednym z czynników umożliwiających trzymanie się podobnego stanowiska także przez mniejsze kraje Ameryki Południowej, które samodzielnie mogłoby nie być stać na taką asertywność. Siłę Brazylii i jej zdecydowany opór wobec amerykańskiej dominacji można też postrzegać jako parasol ochronny, który lewicowym rządom w sąsiednich krajach, od Wenezueli do Argentyny i Urugwaju, gwarantował w tym okresie względne bezpieczeństwo przed amerykańskimi „interwencjami”.

Michel Temer i Waszyngton

Twardogłowi neoliberałowie, których blok skupił się wokół Temera, reprezentują zupełnie przeciwną brazylijską tradycję polityczną. Tę samą, której przedstawiciel powiedział po zamachu stanu w 1964, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii”. Ich wizja obrony oligarchicznych interesów polega na ponownym uzgodnieniu priorytetów brazylijskiej polityki z interesami Waszyngtonu oraz połączeniu sił z amerykańskimi korporacjami w dziele grabieży Brazylii z jej zasobów. Dzięki serwisowi WikiLeaks wiemy już, że Temer od 2006 roku był informatorem ambasady USA w Brasilii. Na drugi dzień po głosowaniu w niższej izbie parlamentu federalnego, które zdecydowało o skierowaniu impeachmentu Rousseff pod obrady Senatu, Temer natychmiast wysłał jednego ze swoich przydupasów, oficjalnie oskarżonego o korupcję senatora Aloysio Nunesa, do Waszyngtonu. Od 2013 ambasadorem USA w Brazylii jest ta sama Liliana Ayalde, która wcześniej kierowała amerykańską placówką w sąsiednim Paragwaju, gdy w bardzo podobny sposób opozycja usunęła tamtejszego prezydenta Lugo. Kłopoty rządu Rousseff już w okresie poprzedzającym impeachment zdołały obniżyć znacząco profil Brazylii na arenie międzynarodowej, bo walka o przetrwanie rządu pochłaniała tyle energii, że zaczynało jej brakować na aktywność poza granicami kraju (jak choćby w ramach BRICS czy UNASUR). Jeśli neoliberalna prawica utrzyma teraz władzę w Brazylii, oznaczać to będzie, że ten kraj o tak ogromnym znaczeniu dołączy teraz do grona bezkrytycznych sojuszników Stanów Zjednoczonych, które jednocześnie odzyskają zdolność kształtowania polityki całego kontynentu w zgodzie z własnymi interesami. I stanie się to w momencie, gdy Stany Zjednoczone, od dawna agresywne na arenie międzynarodowej, stają się jednocześnie coraz bardziej nieprzewidywalne.

 

Wszystko wskazuje na to, że w nadchodzących wyborach prezydenckich w USA pojedynek odbędzie się między Hillary Clinton a Donaldem Trumpem. Odpowiedź na pytanie, który scenariusz – zwycięstwo Clinton czy Trumpa – jest gorszy dla świata, powinna być cytatem ze Stalina: „obydwa są gorsze”. Trumpa należy się bać na podstawie jego obłąkanych wypowiedzi, są to jednak zgadywanki, ponieważ realnych wysokich funkcji publicznych, po których oceniać można by jakąś polityczną praktykę, nigdy on nie pełnił. Clinton była sekretarzem stanu i możemy ją sądzić po uczynkach. Należała do najbardziej agresywnych jastrzębi w gabinecie Obamy. Ma na sumieniu zbrodnie wojenne w Libii i spiskowanie przeciwko Asadowi celem doprowadzenia do amerykańskiej interwencji w Syrii (dostarczanie rebeliantom broni chemicznej, o której użycie oskarżony miał być następnie reżim Asada). Uchodźcy, którzy uciekają dzisiaj z Libii i Syrii do Europy, są ofiarami m. in. Hillary Clinton.

Prezydentura Baracka Obamy na płaszczyźnie międzynarodowej zawiodła wszystkie pokładane w niej postępowe nadzieje i okazała się brutalną kontynuacją polityki George’a W. Busha. Jeżeli chodzi o podminowujące prawo międzynarodowe praktyki użycia dronów i zabójstw pozasądowych jako metody walki politycznej nawet na terenach krajów, z którymi USA nie są w stanie wojny, administracja Obamy okazała się nawet bardziej katastrofalna niż administracja Busha. Ale wiele wskazuje, że sprawy potoczyły się tak wbrew woli Obamy. Świadczy o tym jego determinacja, by dopiąć negocjacje z Iranem, napięcia z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu, a nawet to, że nigdy nie przestał obiecywać zamknięcia obozu Guantanamo. Obama, ze wszystkimi ustępstwami, na jakie musiał iść w zamian za to, że łaskawie wybrano „pierwszego czarnoskórego prezydenta”, okazał się politykiem tragicznie słabym, zbyt słabym, by powstrzymać roszczenia tego, co Eisenhower określił w 1961 mianem „military-industrial complex”. Różnica między dobiegającą końca prezydenturą Obamy a nadchodzącą potencjalnie prezydenturą Hillary Clinton polegać będzie m. in. na tym, że Clinton nie tylko nie ma ambicji stawienia owemu military-industrial complex jakiegokolwiek oporu – ona ma ambicję realizowania z zapałem jego interesów.

W takim kontekście przejście Brazylii z obozu oporu do obozu sojuszników USA będzie oznaczało ogromną zmianę w globalnym układzie sił. Waszyngton będzie się czuł jeszcze bardziej bezkarny i uprawniony do traktowania całego świata jako przestrzeni dla realizacji swoich „widzimisię”. Biorąc pod uwagę desperację, z jaką amerykańskie elity dążą do utrzymania imperialnej pozycji Stanów Zjednoczonych, pociągnąć to będzie mogło za sobą tylko coraz więcej wojny w kolejnych częściach świata, a także bardzo prawdopodobną serię kolejnych prawicowych zamachów stanu w Ameryce Łacińskiej i kto wie, gdzie jeszcze.

Jednak Dilma Rousseff ciągle może jeszcze wrócić do władzy. Wielu Brazylijczyków, z którymi rozmawiałem, nie traci w tej kwestii optymizmu. Będzie to jednak możliwe tylko, jeśli presidenta odzyska poparcie najbardziej lewicowej części brazylijskiego społeczeństwa, zmobilizowanej w masowych ruchach rozciągających się od tych, które reprezentują rolników bez ziemi, przez związki zawodowe, po te, które żądają darmowego transportu publicznego. Poparcie to utraciła wskutek szeregu „realistycznych kompromisów”, które z czasem stały się znakiem rozpoznawczym jej prezydentury, a już zwłaszcza jej drugiej kadencji, a także wskutek kryminalizacji masowych protestów społecznych w 2013. Miliony Brazylijczyków mogą jeszcze dosłownie zamieszkać w jej obronie na ulicach miast, wokół i na korytarzach rządowych budynków, dopóki nie upadnie bezprawny rząd Temera, jeśli Rousseff odważnie przesunie swoją „agendę” ostro w lewo. Tam się przecież wszystko dla niej zaczęło – w młodości stawiała czoła prawicowej dyktaturze, zaciągając się do marksistowskiej partyzantki. Możliwy jest jeszcze jeden scenariusz – nowe wybory, a w nich powrót Luli da Silvy do aktywnej polityki, jako kandydata na ponowną kadencję prezydencką.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie Medium Publicznego, pt. Czemu powinniśmy się przejmować losem brazylijskiej prezydent Rousseff.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć też okiem na mój Notes brazylijski i na kampanię crowdfundingową.

Nie, rządy PiS nie przypominają PRL

Dwie ulubione intelektualne zabawy współczesnych liberalnych elit w Polsce, gdy wypada przybrać minę obrońców demokracji, praw i wolności. Pierwsza: co złego, to islam. Widzieliśmy to niedawno, gdy liberalne feministki reprodukcyjnych praw kobiet zagrożonych przez nowe legislacyjne pomysły katolicko-narodowej prawicy bronić postanowiły przy użyciu rasistowskich „skrótów myślowych”. Druga: co złego, to PRL. Agnieszka Holland dla prasy polskiej a Andrzej Wajda dla prasy niemieckiej buszują w odważnych paralelach. Czyż to nie wygląda wszystko dokładnie jak PRL? Bo czyż istnieje bardziej niepodważalny argument na niesłuszność jakiejkolwiek polityki, niż porównanie jej do PRL?

Kiedy widzę takie rzeczy, w kieszeni otwiera mi się ten cytat:

Ulubiona metoda moralizującego filistra polega na identyfikowaniu zachowania się reakcji i rewolucji. Odnosi on jednak w tym przypadku sukcesy tylko wtedy, gdy powołuje się na analogie formalne. Dla niego carat i bolszewizm są bliźniakami. Sporządza inwentarz wspólnych cech charakterystycznych katolicyzmu, ściślej jezuityzmu, i bolszewizmu. […] Cechą charakterystyczną tych analogii i podobieństw jest to, że przy ich stosowaniu całkowicie ignoruje się materialne podstawy rozmaitych nurtów, tj. ich naturę klasową i przez to obiektywną rolę dziejową. Zamiast tego za punkt wyjścia przy ocenie i wartościowaniu przyjmuje się dowolne, powierzchowne i drugorzędne objawy, najczęściej stosunek tych prądów do jakiejś abstrakcyjnej zasady, która dla danego krytyka ma szczególną wartość zawodową. Odpowiednio więc dla papieża rzymskiego bliźniakami są wolnomularze, darwiniści, marksiści i anarchiści, gdyż wszyscy oni bluźnierczo zaprzeczają niepokalanemu poczęciu. Dla Hitlera bliźniakami są faszyzm i bolszewizm, gdyż nie podporządkowują się powszechnemu prawu wyborczemu, itd., itp.

A dla jednego z pierwszych udziałowców korporacji Agora S. A. – chciałoby się złośliwie dodać – ową decydującą zasadą o szczególnej wartości zawodowej byłoby to, kto kontroluje media.

Cytowane wyżej słowa napisał w spazmach lat 30. XX wieku Lew Trocki (w Ich moralność a nasza). Wielka szkoda, że współcześnie w Polsce rolę takich moralizujących filistrów pełnią nasze liberalne elity kulturalne.

Nie, rządy Prawa i Sprawiedliwości nie są powrotem do PRL, ani PRL nie przypominają. Wręcz przeciwnie.

Polska Rzeczpospolita Ludowa miała na sumieniu ciężkie grzechy, ale nawet swoje grzechy popełniła wewnątrz horyzontu Oświecenia, do którego ideałów i wartości była nie tylko deklaratywnie przywiązana. To PRL uczyniła Polskę nowoczesnym, nawet jeśli na półperyferyjny sposób, krajem, a Polaków nowoczesnym społeczeństwem. Zredukowała nierówności, otworzyła milionom ludzi drogi awansu społecznego, przekształcając de facto feudalny w większości kraj, przed wojną jeden z najbiedniejszych w Europie, w kraj w znacznym stopniu zindustrializowany, z funkcjonującą strukturą państwa dobrobytu, od darmowych przedszkoli po wypłacane przez państwo emerytury. Zbudowała powszechny system ochrony zdrowia na ówczesnym europejskim poziomie, ogromnie wydłużając długość życia mieszkańców kraju. Zlikwidowała analfabetyzm, zaprosiła chłopskie dzieci do miast, chłopskie i robotnicze zaś na uniwersytety, potem do ról lekarzy, inżynierów, artystów. Zbudowała miliony mieszkań, znalazła sposoby, by biblioteki i kina funkcjonowały też na wsi. Polkom przyznała prawa, o które w wielu krajach Europy Zachodniej kobiety długo jeszcze musiały walczyć (niektóre spośród tych praw wkrótce po upadku PRL zostały zresztą Polkom odebrane).

Owszem, brakowało wolności politycznych, prasa i kultura były pod kontrolą monopartii (nie na tyle dotkliwą, by przeszkodziła jednak powstawaniu wspaniałej literatury, kina i telewizji, przy których dorobek ostatniego ćwierćwiecza raczej blednie, na co twórczość samego Wajdy w PRL i w III RP jest zresztą najlepszym przykładem). System nie był demokratyczny, a walka o prawa polityczne i działalność opozycyjna spotykały się nieraz z brutalną reakcją aparatu państwa (w wielu formalnych demokracjach liberalnych działo się jednak wtedy dokładnie to samo, wystarczy spojrzeć na historię ruchów politycznych czarnej ludności Stanów Zjednoczonych).

Nawet ten składnik PRL – deficyt praw politycznych – wynikał ze stricte oświeceniowego horyzontu etycznego, w ramach którego zbudowano PRL. Był to horyzont wspólny wielu postępowym projektom peryferii i półperyferii systemu światowego, nie było w nim nic złowieszczo wyjątkowego dla PRL. Etyka owa zakładała, że jeśli zbawienie ludzkości jest możliwe, to tylko na tym świecie, bo innego świata nie ma. Że prowadzić do tego zbawienia musi najpierw zniesienie niepotrzebnego cierpienia – głodu, zimna z braku dachu nad głową, przedwczesnej śmierci na uleczalne choroby. Że zniesienie takiego niepotrzebnego cierpienia ma pierwszeństwo przed pełnią praw politycznych, którą w zastanym (niewymarzonym) globalnym układzie sił odsunięto na niesprecyzowane później. Teraz wiemy – i wielu wtedy już się spodziewało, czerpiąc z samego lewicowego dorobku intelektualnego (Róża Luksemburg z jej „nie ma socjalizmu bez demokracji”, wspomniany Trocki) – że doprowadziło to do wykształcenia się biurokracji partyjnej jako klasy panującej, która ostatecznie, w obronie własnego klasowego interesu, gdy PRL zaczęła się ekonomicznie rozsypywać (bynajmniej nie tylko z własnej winy), uruchomiła proces restauracji kapitalizmu. Grzechy i porażki PRL pojawiły się tam, gdzie nie dorosła ona do swoich oświeceniowych ideałów i ambicji, gdzie nie spełniła swoich oświeceniowych obietnic. Nie zmienia to jednak faktu, że PRL była projektem nowoczesnym, postępowym, wyrastającym z dziedzictwa Oświecenia.

Projekt polityczny Prawa i Sprawiedliwości nie tylko nie wyrasta z wartości Oświecenia i nie mieści się w żadnym podobnym horyzoncie – jest on ofensywą na ten horyzont, projektem podważenia i zdarcia z Polski tej niezbyt grubej skorupy Oświecenia, którą się tu jednak udało w końcu położyć na feudalnym, rozpiętym między folwarkiem a plebanią, podłożu polskiej kultury. Tę warstwę w większości położyła zresztą PRL.

Istnieją reakcyjne ideologie, formacje i projekty polityczne, które mimo swego reakcjonizmu są w jakiś sposób bękartami Oświecenia, tzn. przynajmniej jakieś, jakkolwiek wybiórczo i instrumentalnie traktowane, wartości oświeceniowe przywołują. Tak było z różnymi XIX-wiecznymi nacjonalizmami. W przypadku PiS nawet nacjonalizm tego ugrupowania leży gdzieś daleko poza horyzontem charakterystycznym dla nowoczesnych, współczesnych nacjonalizmów – tych, które są, owszem, bękartami, ale jednak bękartami Oświecenia. Tych, które choć kroczą złą stroną historii, to jednak odpowiadają na przemiany współczesnych społeczeństw, a przynajmniej biorą te przemiany pod uwagę. PiS tymczasem wyobraża sobie, że narody się dziś kształtują tak, jak to sobie wyobrażano na przełomie XIX i XX wieku.

PiS-owskie ministerstwo kultury organizuje obciachowe inscenizacje kościelnych ślubów od dawna nieżyjących postaci, a posłowie chcą przedmiotem kryminalnego dochodzenia uczynić każde poronienie. Zachodnie nacjonalizmy afirmują dziś prawo „swoich” kobiet do aborcji czy własne „uznanie” dla praw homoseksualistów, żeby udowodnić wyższość swoich narodów nad innymi, a nawet uzasadniać swoje „prawo” do zbrojnych „interwencji”. Nie mam tu bynajmniej zamiaru być adwokatem „homonacjonalizmu” (Jasbir Puar) ani liberalnego feminizmu na służbie Imperium – chodzi mi jedynie o zarysowanie stopnia odległości PiS od przestrzeni wyznaczanej przez horyzont Oświecenia. PiS jest tak reakcyjny, że nawet inne współczesne reakcjonizmy postrzega jako lewackie fanaberie.

Kiedy przedstawiciele klasy społecznej producentów dóbr kultury, od których w normalnych europejskich społeczeństwach oczekuje się pewnych standardów krytycznego myślenia, produkują tak żenujące porównania, mamy do czynienia z wielką szkodą dla jakości publicznej debaty w Polsce. Od osób, które na codzień zajmują się pracą na symbolach i ideach, mamy prawo oczekiwać głębszego poziomu refleksji, zwłaszcza kiedy nie mogą się powstrzymać od obnoszenia tych swoich przemyśleń od gazety do gazety, od telewizji do telewizji. Tymi „odważnymi atakami” Wajda, Holland et consortes nie wyrządzają PiS-owi żadnej szkody. Wręcz przeciwnie, reprodukują i umacniają strukturę politycznego imaginarium, którego dominacja w Polsce stanowi fundament poparcia PiS. To imaginarium zbudowane jest z wrażeń, afektów i resentymentów w miejsce racjonalnych kategorii pozostających w jakimś związku z materialną rzeczywistością. W tym imaginarium komunizm jest gorszy od faszyzmu, a PRL, czarna dziura w społecznej historii Polski, może być jedynie negatywnym punktem odniesienia, do którego porównać, lub z którym skojarzyć kogoś można i należy tylko po to, żeby go zdyskredytować. U Wajdy i Holland jest dokładnie tak samo.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.