Sprzedawca lodów Pelourinho w Salvadorze

Wszystkie imiona Brazylii

Czarnoskóry chłopiec o imieniu Jurij

Podobno żadne paszporty nie mają takiej wartości na czarnym rynku skradzionych i podrabianych dokumentów, jak paszporty brazylijskie. Jak w żadnym innym kraju na świecie w Brazylii możliwa jest do pomyślenia każda kombinacja imienia, nazwiska, koloru skóry, pochodzenia etnicznego – i żadna nie wywołuje zdziwienia.

Brazylia jest chyba najbardziej wymieszanym – pardon le mot – “rasowo” społeczeństwem na świecie, w którym kolejne fale migracji z różnych części Europy, począwszy od XVI-wiecznej Portugalii, w kombinacji z miejscową ludności indiańską (Tupi-Guarani i inne), importem niewolników z Czarnego Lądu, wreszcie także migracjami z Azji i Bliskiego Wschodu (w Brazylii żyje np. więcej Libańczyków niż w samym Libanie, w São Paulo jest ogromna społeczność japońska, a w Rio de Janeiro niejeden bar z przekąskami, popularnymi tutaj pastéis i salgados, prowadzą Chińczycy) złożyły się na fascynującą, wielobarwną mozaikę. Nie wiem, czy gdzieś indziej na świecie można spotkać tylu ludzi o ciemnym kolorze skóry, afrykańskich rysach twarzy i jednocześnie jasnych – zielonych lub nawet niebieskich – oczach.

W Lençóis, barokowym miasteczku w stanie Bahia, w restauracji, w której jadłem dwa razy, pracował czarnoskóry nastolatek o imieniu Yuri. To oczywiście portugalski zapis rosyjskiego Jurij. Od czasu lotu Gagarina imię radzieckiego kosmonauty, czasem pisane też Iuri, jest w Brazylii zdumiewająco popularne. W czasie Karnawału w Rio de Janeiro spotkałem na deptaku wzdłuż plaży Ipanema mestizo z Copacabany także noszącego to imię. Zdarzyło mi się w Salvadorze, że kiedy moje imię zostało niezrozumiane przez osobę, której się przedstawiałem, ulegało zniekształceniu w bardziej Brazylijczykom znanego Jurija.  W tym samym Lençóis właściciele pousady, w której się zatrzymałem, mają na imię Florestano i Thalita. Thalita (lub Talita) to starożytne aramejskie słowo, które dotrwało naszych czasów przede wszystkim dzięki frazie przypisanej przez autorów Ewangelii Chrystusowi uzdrawiającemu dziewczynkę: Talita kum – “dziewczynko, wstań”. Może się mylę, ale nie sądzę, żeby gdziekolwiek poza Brazylią słowo to – pisane czasem Talita lub Talitha – było dzisiaj (wcale tu nierzadkim, na pewno powszechnie znanym) imieniem. Dawno temu było podobno popularnym imieniem wśród purytańskich osadników w koloniach w Ameryce Północnej. Thalita z Lençóis nie ma żadnych bliskowschodnich ani purytańskich korzeni, jest śniadolicą Brazylijką o prostych, czarnych włosach Indianki.

Przyjaciel, u którego zatrzymałem się w São Paulo ma na imię Péricles, choć w jego rodzinie nie było nigdy żadnych Greków. Jeden z jego znajomych jest brazylijskim Japończykiem, ale na imię ma Marcelo. W Salvadorze, stolicy stanu Bahia, wokalista i kompozytor grupy Plano B, ciemnoskóry jak większość mieszkańców tego miasta, nazywa się Vladimir Rosário. Niezwykle popularnym imieniem jest w Brazylii Vinícius – noszą je poeta Vinícius de Moraes, piłkarz Vinícius Oliveira Franco, i wielu innych. Popularne także w sienkiewiczowskiej kombinacji z Markiem – po portugalsku może to być na przykład zapisane jako Marcos Vinícios.

W różnych częściach Brazylii popularne są imiona arabskie i hebrajskie, takie jak Ismail, Farid czy Abraham, choć noszący je ludzie zwykle ani nie mają arabskich czy żydowskich przodków, ani nie identyfikują się na przykład ze związanymi z tymi imionami religiami. Brazylijski Farid czy Ismail, podobnie jak Abraham, może być czarnoskóry czy mestizo, może być katolikiem, członkiem jednej z pączkujących ostatnio protestanckich sekt, lub wyznawcą candomblé.

W przeciwieństwie do innych społeczeństw złożonych z mieszanki kultur, w Brazylii imion nie narzucają zobowiązania wynikające z kulturowych (religijnych, rasowych czy etnicznych) tożsamości, imiona nie są do takowych przypisane i nie służą takiej tożsamościowej identyfikacji jednostki z grupą jej pochodzenia i przynależności. W Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, nawet jeśli nie widzieliśmy jeszcze tej osoby na oczy, ale wiemy, że na imię ma Shantelle, to przed pierwszym spotkaniem na pewno nie będziemy wypatrywać kalifornijskiej blondynki. W Indiach imię i nazwisko do tego stopnia identyfikują przynależność religijną, nierzadko także kastową, do tego stopnia są od takiej przynależności nieoderwalne, że religijna konwersja pociąga za sobą zawsze i bez wyjątku zmianę imienia i nazwiska.

koncert w Lencois w stanie Bahia

Koncert w Lencois w stanie Bahia

Imiona na wolności

W Brazylii tymczasem imiona całkowicie wyemancypowały się od takich znaczeń. Brazylijczycy nadają swoim dzieciom imiona, które im się po prostu podobają, lub z którymi wiąże się jakaś rodzinna bądź osobista historia, bądź też by dać wyraz podziwu słynnemu włeścicielowi danego imienia (jak z tym Gagarinem). Nie zwracając najmniejszej uwagi na etniczne, religijne i inne źródła, konotacje i konteksty tych imion. Nikt też nie spodziewa się po imieniu, że dostarczy ono informacji o zbiorowych tożsamościach, do których można by lub by należało właściciela tego imienia przypisać. Jurij może być czarnoskórym chłopcem, Marcelo może być Japończykiem, a Péricles na nazwisko mieć prostolinijne portugalskie Pinheiro (co znaczy ‘sosna’).

Mój przewodnik na jednej z tras w Chapadzie Diamantinie (to spektakularny park narodowy, z jednym z głównych punktów wypadowych właśnie w Lençois) miał na imię Itamar, choć wyglądał raczej na metysa. Jest to imię hebrajskie. Popularne, wśród ludzi rozmaitego etnicznego pochodzenia, są niektóre imiona rosyjskie, Jurij nie jest jedynym. Tatiana (w Brazylii wymawiane trochę jak ‘Taćjana’), Tania, Sonia. Tatiana, którą poznałem w przepięknym Ouro Preto w Minas Gerais, jest czarnoskórą wyznawczynią umbandy, jednej z afrykańskich religii Brazylii (jej matka jest natomiast praktykującą katoliczką).

Kobieta spzedająca caipirinhę w historycznym centrum Salvadoru

Kobieta spzedająca caipirinhę w historycznym centrum Salvadoru

W Brazylii mnóstwo jest oczywiście tradycyjnych imion portugalskich – João, Sérgio, Marcelo, Flavio, czasem rzadkich, takich jak Belmira (nauczycielka z São Paulo, która przebywała ze mną w tym samym hostelu w Salvadorze tak własnie miała na imię), ale Brazylijczycy mają też niekończące się, i rozwijające się coraz szerzej, pączkujące na wszystkie strony multum imion, którego nie kontroluje żaden oficjalny “spis imion dopuszczalnych”. Mają nie tylko imiona z różnych części świata (choć mają własne portugalskie João, można też spotkać Jeana czy Johna czy Johny’ego, czasem nawet Jhony’ego; słynna brazylijska supermodelka ma na imię Gisèle), ale także jako imiona nadają sobie słowa, które gdzie indziej są nazwiskami. Mozart, Beethoven, Edson, Edilson, Wellington, Nadson, Kleber, Hudson (jak zatoka w Ameryce Północnej) – to wszystko są w Brazylii imiona. Edilson to imię wielu znanych piłkarzy – bardzo zresztą jest to imię w całej Brazylii popularne. Prowadzący jedno z legendarnych kin w Rio de Janeiro, Cine Jóia, przyjaciel mojego znajomego na imię ma Johandson, co poza Brazylią jest przecież skandynawskim nazwiskiem, zwykle zresztą – o ile nie zawsze – pisane bez tego ‘d’ w środku. Jego rodzina jest doskonale brazylijska, nie ma w niej żadnych Skandynawów.

Brazylijczycy noszą imiona dosyć zapomniane nieraz nawet w miejscach, z których pochodzą. Wspomniany Vinícius/Vinícios to jeden przykład. Poznany przeze mnie w Salvadorze czarnoskóry capoeirista (który ni stąd ni zowąd zagadał do mnie kilka zdań po polsku – nauczył się ich od żony swojego brata) nosi starogermańskie imię Adelmar. Partnerka jednego z moich przyjaciół – partnerka w życiu i we wspinaczce, bo oboje pasjami wspinają się na skały (Rio de Janeiro, gdzie mieszkają, jest doskonałym miejscem do życia dla takiej pary) – nosi zaczerpnięte ze starożytnych greckich mitów imię Nereida (tak nazywały się przepiękne nimfy wodne, córki Nereusa i Doris).

Brazylijczycy tworzą także imiona, składając z sobą w nowe kombinacje imiona już istniejące. Lucimara to kombinacja Lucii z Marą, imieniem, które tak poza tym jest popularne w Rumunii. Innym popularnym żeńskim imieniem jest Suely (pisane też Sueli). Angielskie imię Sue (zdrobnienie od Susan/Suzanne, etc.) z sufiksem –ly lub -li. Tak miała na imię tytułowa bohaterka jednego z filmów Karima Aïnouza, jednego z najciekawszych brazylijskich reżyserów, tak ma na imię kobieta, która pracowała w hostelu w malowniczej dzielnicy Rio de Janeiro, Santa Teresa, gdzie zatrzymałem się na czas Karnawału 2014. Matka jednego z moich przyjaciół ma na imię Lucileia. W stanie Bahia spotkałem się z imieniem Jeanderson (francuskie imię Jean plus germańskie/anglosaskie nazwisko Anderson); bywa ono też pisane przez ‘G’ – Geanderson. Córka byłego prezydenta Brazylii Sarneya, ma na imię Roseana, co jest połączeniem imion Rosa/Rose i Ana.

Brazylijczycy tworzą też imiona z innych nazw i wyrazów, a także z fantazją modyfikują ortografię istniejących imion, czy to dublując ‘l’, czy dodając gdzieś nieme ‘h’ (jak wspomniana Thalita z Lençóis). Znajoma jednego z moich przyjaciół z Minas Gerais na drugie imię ma Sthefania, z tym dowcipnym ‘h’ przed pierwszą samogłoską. Do najbardziej ekstremalnych przykładów tej praktyki należy zapewne Jhulhyus. Tak, to udziwniony do granic możliwości stary dobry Julius. Spotkałem się z jednym człowiekiem, który podpisywał się w ten sposób (z reguły są to ludzie młodzi, ta praktyka na obecną skalę jest dość nowym fenomenem).

Betinho, sprzedawca w jednym ze sklepów w historycznym centrum Salvadoru

Betinho, sprzedawca w jednym ze sklepów w historycznym centrum Salvadoru

W pewnym sensie jest to przedłużenie fantazji, z jaką brazylijska kultura stworzyła demonimy, czyli określenia dla mieszkańców różnych części kraju. Mieszkaniec miasta Rio de Janeiro nazywa się carioca, które to słowo wywodzi się z języka Indian Tupi, w którym kara’i oka znaczy „dom białego człowieka”. Mieszkańcy stanu Rio de Janeiro nazywają się fluminense, co jest również określeniem na Holendrów, gdyż w tamtej części Brazylii swoją kolonię mieli kiedyś Holendrzy. Mieszkańcy Salvadoru nazywają się soteropolitanos – ta nazwa powstała z przetłumaczenia nazwy Salvador (‘Zbawiciel’) z portugalskiego na grekę, zbawiciel po grecku to sotero.

Brazylijskie podejście do imion, które zerwały się tam z tożsamościowych smyczy i baraszkują, skacząc swobodnie po wszystkich polach etnicznej, kulturowej i tożsamościowej siatki społeczeństwa największego kraju Ameryki Łacińskiej, jest jednak czymś znacznie więcej niż tylko kulturową ciekawostką. Jest manifestacją wielkiego emancypacyjnego potencjału, który tkwi w brazylijskiej kulturze, uparcie i niestrudzenie przypominając o pragnieniu „mniej nikczemnego świata”, na przekór skandalowi opresywnych społecznych i ekonomicznych nierówności drążących kraj.

Od emancypacji imion do emancypacji ludzkiej?

Antonio Candido, autor wielkiego dzieła Formação da literatura brasileira, a za nim wątek ten podnosi “najznakomitszy współczesny krytyk kultury w tradycji Szkoły Frankfurckiej” (opinia Perry’ego Andersona), Roberto Schwarz – zauważył kiedyś, że w pokładach kultury brazylijskich klas ludowych tkwią być może kluczowe zalążki kultury przyszłego społeczeństwa postburżuazyjnego, zapowiedzi możliwego świata po kapitalizmie, jeśli kiedyś wreszcie poza horyzont kapitalizmu uda się nam wykroczyć. W Brazylii możliwość kultury społeczeństwa postburżuazyjnego i postkapitalistycznego wydaje się w wielu obszarach bardziej namacalna, bardziej realna niż gdziekolwiek indziej. Candido i Schwarz konkretnie wspominają inny, niezwykle istotny wymiar brazylijskiej kultury: wolność kultury brazylijskich klas ludowych od rasizmu[1].

Rasizm w Brazylii istnieje, ale jest narzucany z góry przez burżuazję oraz jej aparaty ideologiczne i aparaty represji, od szkoły i telewizji, po policję i armię. Moi przyjaciele z São Paulo opowiadali mi, jak w liceum czasów wojskowej dyktatury uczono ich, że Indianie są jak dzieci, a czarni powinni być wdzięczni, bo przecież „zostali wyzwoleni” z niewolnictwa. Każdy Brazylijczyk zna historię masakry spod kościoła Candelaria w Rio de Janeiro, gdzie szwadron śmierci uformowany głównie z policjantów “po godzinach”, wymordował śpiące tam na kamiennej posadzce bezdomne dzieci, z których większość była ciemnoskóra. Nikt nigdy nie został za tę zbrodnię skazany, a najsłynniejszy chłopiec, który przeżył masakrę, Sandro Rosa do Nascimento, zginął uduszony przez funkcjonariuszy BOPE kilka lat później, po tym, jak na rua do Jardim Botanico w Rio de Janeiro „porwał” autobus numer 174[2].

Żaden czarny chłopiec w Salvadorze nie ufa policji. I ma rację – funkcjonariusze policji w tym mieście podrzucali nastolatkom z faweli narkotyki do plecaków, żeby sobie poprawić statystyki wykrywalności, a niedawna seria morderstw czarnoskórych młodych mężczyzn, których ciała znajdowano porzucone gdzieś w śmieciach i policja właściwie nic nie zrobiła w tej sprawie, pociągnęła za sobą oskarżenia – wysuwane przez niezależne organizacje pozarządowe – że w mieście pojawił się szwadron śmierci usuwający młodych mężczyzn robiących trochę hałasu w okolicy niektórych prywatnych biznesów. Zdaniem wspomnianych organizacji, na salwadorski szwadron śmierci składają się osoby związane z tamtejszą policją. Mówi się, że sam komendant salwadorskiej policji ma w tej sprawie coś – być może dużo – za uszami[3].

Adelmar, capoeirista znany w Salvadorze jako Negro Drama

Adelmar, capoeirista znany w Salvadorze jako Negro Drama

Badacz brazylijskiego społeczeństwa Jaime Amparo Alves tak pisze z kolei o São Paulo:

Żaden inny fenomen nie może lepiej zilustrować paradygmatycznego miejsca bycia czarnym [blackness] w relacji do Prawa niż makabryczne struktury przestrzeni wytwarzane przez celowe zabójstwa i masowe uwięzienie czarnej młodzieży w fawelach São Paulo. Choć statystyki na temat policyjnej przemocy rzadko kiedy ujawniają rasowy profil ofiar, a georeferencyjne analizy praktyk policyjnych są wciąż rzadkością w Brazylii, badacze zgadzają się zasadniczo co do tego, że zmarginalizowane społeczności miejskie są głównym celem policji. Obok szokującej liczby zabójstw dokonywanych przez zamaskowane szwadrony śmierci, państwo prawnie sankcjonuje zabójstwa dokonywane przez będących na służbie policjantów jako ‘śmierć spowodowaną przez stawianie oporu przy aresztowaniu’ oraz ‘zabójstwa w wyniku oporu’. Human Rights Watch ujawnia, że pomiędzy rokiem 2006 a 2010 policja wojskowa zabiła więcej ludzi w stanie São Paulo (2262 osoby) niż policja w całych Stanach Zjednoczonych razem wziętych (1963 osoby)[4]. W 2011 jedno na każde pięć moderstw popełnionych w mieście São Paulo było popłenione przez policję. Profil ofiar jest spójny: płci męskiej, w wieku 15-24 lat, i czarny.[5]

Natomiast kiedy przyglądamy się kulturze brazylijskich klas ludowych, rasizm jest w niej właściwie nieobecny. Młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety, dziewczęta i chłopcy – wszyscy w Brazylii mają rasowo wymieszane grono znajomych i przyjaciół – w stopniu niewyobrażalnym np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie w miażdżącej większości społeczeństwa ludzie sami się, spontanicznie czy nie, segregują, szukając towarzystwa ludzi o podobnym im rasowo i etnicznie profilu. Ktoś przeprowadzał kiedyś taką sondę w amerykańskim społeczeństwie: „ilu masz przyjaciół innego koloru skóry niż ty?” i wyniki były wstrząsające jak na kraj uważany za (multikulturalną) liberalną demokrację. W Stanach Zjednoczonych istnieje ogarniający cały świat społeczny oddolny apartheid rasowy. W Brazylii wszyscy mają przyjaciół, znajomych, mężów, żony, kochanków, kochanki – innej “rasy”, koloru, pochodzenia niż oni sami. I wszyscy – poza dzielnicami, w których elity ekonomiczne pozamykały się w luksusowych obozach koncentracyjnych otoczonych drutem kolczastym – są tak samo oburzeni rasizmem aparatu represji, gdy kolejny raz kule wystrzelone przez funkcjonariuszy Batalhão das Operações Policiais Especiais czy Unidade da Policia Pacificadora zgaszą młode, nasto- lub dwudziestoletnie ciemnoskóre życie, strzelając bez zadawania pytań.

Rozmawiałem w Brazylii z cudzoziemcami, którzy zdecydowali się w Brazylii osiedlić. Jedną z rzeczy, które ich zafascynowały, oczarowały i przywiązały do kraju, było to, że nigdy nie spotkali się w swoim otoczeniu z jakimkolwiek przejawem rasizmu ze strony “zwykłych ludzi”.

Tytułem wyjaśnienia. Słowo “rasa” piszę w cudzysłowie, bo oczywiście nic takiego jak rasa nie istnieje realnie. Nasz gatunek nie dzieli się w sensie naukowym, biologicznym, antropologicznym, na nic takiego, a teoria ras nie jest w ogóle teorią naukową. „Rasy” istnieją jednak niestety społecznie jako konstrukt kulturowy i ideologiczny, klasyfikując i dzieląc (z czasem jawną, czasem ukrytą, ale zawsze obecną hierarchizacją) ludzkość na odrębne bloki na podstawie arbitralnych kryteriów, np. koloru skóry (choć nie tylko). Rasy zostały wymyślone i stworzone, by jedni ludzie mogli eksploatować innych ludzi[6]. To tytułem wyjaśnienia, dlaczego używam tego brzydkiego słowa, które nie opisuje rzeczywistości, a ją tworzy – i że w słowo to jednocześnie nie wierzę.

Przed budynkiem jednego z ministerstw w Brasilii

Przed budynkiem jednego z ministerstw w Brasilii

Fascynująca przygoda, na jaką wybrały się w Brazylii wszystkie ludzkie imiona, zrywając stare więzy i lekce sobie ważąc historyczne i tożsamościowe brzemię każdego z nich, może nie na pierwszy rzut oka, ale jednak mieści się w tym właśnie horyzoncie, w tym samym horyzoncie, co fascynujący „arasizm” kultury brazylijskiech klas ludowych – za chwilę wyjaśnię, dlaczego.

Najpierw jednak odnotuję, że są oczywiście Brazylijczycy, którzy do tej brazylijskiej nonszalancji podchodzą z niechęcią lub dystansem i ironizują na temat wszystkich tych nowopowstałych, wymyślonych, czy ortograficznie zmodyfikowanych imion. Są to niemal bez wyjątku przedstawiciele nielicznej brazylijskiej klasy średniej lub osoby silnie aspirujące do tego położenia. Habitus tej klasy społecznej – habitus to, jak chce francuski socjolog Pierre Bourdieu, zespół dyspozycji społecznych, kulturalnych, estetycznych, wzorców zachowań i upodobań, właściwych członkom danej klasy społecznej, jej fakcji, oraz przedstawicieli poszczególnych społecznych pól – tak więc habitus ten jest w Brazylii głęboko skażony powracającym poczuciem „obciachu” odczuwanego w kontakcie z fenomenami stricte brazylijskimi, nie mającymi odpowiednika w Europie albo Stanach Zjednoczonych, które dla nich są często odczuwane jako przejaw niedojrzałości cywilizacyjnej ich kraju, bo dla dojrzałości „wzorcem z Sèvres” są zawsze rozwiązania i praktyki kulturowe kosmopolitycznej klasy średniej “Pierwszego Świata”.

Sami Brazylijczycy swoje zwyczaje związane z nadawaniem imion często interpretują tak, że jest to reakcja na stosunkowo ubogi zestaw portugalskich nazwisk, które statystycznie dominują nad nazwiskami innego pochodzenia i rzeczywiście charakteryzują się wysokim stopniem powtarzalności. Santana, Vieira, Moreira, Nascimento, Mendes, Santos i dos Santos – ludzi o którymś z tych nazwisk spotyka się w Brazylii na każdym kroku, w całym kraju, a prawdopodobieństwo, że kolejny Almeida czy Mendonça spotkany na naszej drodze jest spokrewniony ze spotkanymi przez nas wcześniej, jest raczej znikome. Po prostu nazwiska się tu powtarzają.

Ale nie wyjaśnia to wcale do końca skali tego fenomenu, bo Brazylia nie jest jedynym krajem, gdzie nazwiska się tak często powtarzają. Podobnie jest przecież np. w Szwecji (to tamtejszy Andersson jest bodajże najczęściej statystycznie powtarzającym się w jednym kraju nazwiskiem), a Szwedzi w wyborach imion dla swoich dzieci pozostają mimo wszystko niezwykle konformistyczni i rzadko się wychylają poza standardowy zestaw Erików, Karlów, Ingmarów, Henrików, Ann, Ingrid, Liv i dwudziestu może innych dla każdej z płci.

Najbardziej frapujący wymiar ukryty w tej intrygującej brazylijskiej praktyce kulturowej jest jednocześnie niezwykle obiecujący z perspektywy każdego, kto, jak ja, szuka w kulturze przestrzeni i sposobów realizacji – czy chociaż przybliżania się do – „emancypacji ludzkiej”, by użyć starej, ale wciąż na miejscu i wciąż ważnej jako stawka w wielkiej grze o przyszły społeczny kształt ludzkości, kategorii brodatego klasyka z Trewiru.

W tym spontanicznym procesie Brazylijczycy pokazują nam bowiem, że jest możliwe społeczeństwo, w którym indywidualna tożsamość każdego człowieka, wyrażana przecież w pewnym sensie przez imię i nazwisko każdej i każdego z nas, może nie narzucać, nie wiązać się z konieczności z grupowymi przynależnościami tożsamościowymi określonymi przez religię, rasę, grupę etniczną, kastę, sektę, odłam tego czy owego, oraz inne takie byty, które w różnych kulturach zastawiają na nas tożsamościowe pułapki. Bo tożsamość, wbrew niektórym późnonowoczesnym myślicielom, nie tylko nie jest wszystkim, nie tylko nie powinna być wszystkim, ale jest niczym. A w każdym razie – powinna być niczym.

Niczym istotnym.

Działając konkretnie na imionach, ale przecież otwierając w ten sposób pole ogromnych społecznych możliwości oraz ogromnej kulturowej wolności i kreatywności także w innych wymiarach, na innych wektorach projektów emancypacyjnych, Brazylijczycy w tej spontanicznie wypracowanej praktyce kulturowej pokazują nam, że możliwe jest społeczeństwo, w którym cały zbiorowy, historyczny, społeczny dorobek ludzkości – jak wszystkie stworzone dotąd imiona – jest własnością wszystkich, dostępną każdemu, bez względu na jakiekolwiek wykluczające granice etniczne, rasowe, religijne. Że cały ten dorobek ludzkości możemy teraz – musimy tylko zdać sobie sprawę, że możemy – dowolnie przepracować i łączyć w takie kombinacje, jakich pragniemy, lub jakich potrzebujemy, lub jakie wydają się mieć dla nas wartość. Że możemy mieć na imię Tatiana lub Ismail i uczestniczyć w ceremoniach candomblé, a potem zjeść śniadanie z naszą matką katoliczką. Że w XXI wieku, po drugiej stronie Oceanu, możemy mieć na imię Nereida – w miejscu, o którego istnieniu nie wiedzieli ci, którzy jako pierwsi znali to imię. Że możemy wybrać się na drogę pomysłowego przetworzenia całego tego dorobku – tak, żeby razem, z tym wszystkim do dyspozycji, stworzyć lepszą przyszłą przestrzeń dla całej ludzkości, przestrzeń emancypacji ludzkiej, przestrzeń, w której tożsamość jest wreszcie niczym, a potencjał każdej jednostki jest wreszcie uwolniony od jej brzemienia.

Jeżeli istnieje świat poza horyzontem społeczeństwa burżuazyjnego, jeżeli możliwe jest społeczeństwo postburżuazyjne, jeżeli dane będzie nam tam kiedyś razem dotrzeć, to w tym także, w brazylijskiej zabawie imionami, podobnie jak w fenomenalnej, jakby bezwysiłkowej niepodatności brazylijskich klas ludowych na odgórne próby produkcji i dyfuzji rasizmu, tkwi potencjał przyszłej kultury takiego społeczeństwa.

Tancerka, uczestniczka konkursu szkół samby na Sambodromie w Rio de Janeiro

Tancerka, uczestniczka konkursu szkół samby na Sambodromie w Rio de Janeiro

Przypisy

[1] Zob. Roberto Schwarz, Objective Form: Reflections on the Dialectic of Roguery, tłum. (na ang.) John Gledson [w:] tegoż, Two Girls and Other Essays, red. Francis Mulhern, London-New York: Verso 2012, s. 29.

[2] Historia ta stanowi przedmiot dwóch wybitnych filmów – dokumentalnego Autobus 174 Jose Padilhi i fabularnego Ostatni przystanek 174 Bruno Barreto.

[3] Lena Azevedo, Jovens negros na mira de grupos de extermínio na Bahia, „Publica”, 11 lipca 2013, http://apublica.org/2013/07/jovens-negros-na-mira-de-grupos-de-exterminio-na-bahia/, data dostępu 31 grudnia 2014.

[4] Jest całkiem możliwe, że fala przemocy amerykańskiej policji w stosunku do czarnoskórej populacji USA w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy znacząco zmieni to porównanie.

[5] Jaime Amparo Alves, From Necropolis to Blackpolis: Necropolitical Governance and Black Spacial Praxis in São Paulo, Brazil, “Antipode”, t. 46, nr 2 (2014), s. 326.

[6] Zob. Étienne Balibar, Immanuel Wallerstein, Race, nation, classe, Paris : Éditions la Découverte, 1988 ; Theodore W. Allen, The Invention of the White Race, London-New York: Verso, 1994 (t. 1) i 1997 (t. 2); i wiele innych.

Jarosław Pietrzak

Tekst stanowi fragment elektronicznej publikacji pt. Notes brazylijski dostępnej do pobrania w formacie PDF i MOBI

Kino artystów wizualnych

Kino-Sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej pod redakcją Jakuba Majmurka i Łukasza Rondudy to bardzo nietypowa książka, której niektórzy mogą wziąć za złe („brak obiektywności”), że jeden z jej redaktorów i głównych autorów (Ronduda) dokumentuje tu fenomen, którego sam jest przedstawicielem. W znacznym stopniu nawet współtwórcą: ze względu na rolę odegraną w powołaniu w 2011 do życia i funkcjonowaniu dorocznej Nagrody Filmowej przyznawanej przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej we współpracy z Polskim Instytutem Sztuki Filmowej i Szkołą Wajdy na realizację projektu filmowego. Autorzy są świadomi nietypowości sytuacji, w której jeden z autorów pisze zupełnie „z wewnątrz” opisywanego procesu i „pola społecznego” (sami autorzy posiłkują się kategoriami zaczerpniętymi z Bourdieu). Całkiem prawdopodobnie jednak w inny sposób książka na temat filmów realizowanych przez artystów wizualnych powstać obecnie nie mogła. Premiery polskich filmów zrealizowanych przez twórców odwiedzających kinematografię z „pola sztuki”, poczynając od filmów Piotra Uklańskiego oraz Wilhelma i Anki Sasnalów, zastały miejscową krytykę filmową raczej zdezorientowaną (choć Summer Love Uklańskiego trafił na Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji, a film Sasnalów Huba w Berlinie). Jednocześnie współtworzący z Rondudą książkę Majmurek jest jednym z najbardziej przenikliwych polskich krytyków filmowych (jeżeli nie po prostu najlepszym obecnie), do tego zainteresowanym sztuką współczesną i sprawnie obudowuje temat kontekstami.

Na książkę składa się bardzo różnorodny materiał, co w tym wypadku jest ogromną zaletą. Eseje głównych autorów tomu, bogaty materiał ilustracyjny, zapiski Beaty Walentynowskiej, montażystki filmów Sasnalów i Zbigniewa Libery, szereg rozmów (m. in z Sasnalami, Katarzyną Kozyrą, Liberą, Anną Molską, Normanem Leto, Jankiem Simonem) składają się na jedną z najciekawszych polskich książek filmowych ostatnich lat – pod warunkiem, że właściwie do niej podejdziemy. Właściwe podejście oznacza w tym wypadku, że nie spodziewamy się podsumowania, syntezy, analizy czy definitywnej interpretacji całego nurtu filmów realizowanych obecnie w Polsce przez artystów wizualnych. Ogromna część książki poświęcona jest projektom jeszcze nieukończonym lub dopiero rozpoczętym (są tu też fragmenty scenariuszy, które szukają dopiero możliwości realizacji, bo nie dostały Nagrody Filmowej). Książkę należy natomiast traktować jako dokumentację obecnego etapu opisywanego fenomenu.

W pomieszczonym w początkowej partii książki eseju Między galerią a multipleksem Majmurek zarysowuje dzieje interakcji między „polem filmu” a „polem sztuki”. Wniosek można z niego wyciągnąć taki, że pomimo napięć między tymi polami w tranzytach pomiędzy nimi nie ma nic nowego (najsłynniejszym na skalę światową przykładem jest brytyjski artysta wizualny i reżyser filmowy Steve McQueen, twórca filmu Zniewolony. 12 Years a Slave), ale jednocześnie częstotliwość tego rodzaju inkursji mających od kilku lat miejsce w Polsce jest zjawiskiem gdzie indziej niespotykanym. Mam wrażenie, że choć autorzy książki nie sprowadzają tematu do „drogi twórczej” autora, zajmują się instytucjami i różnicami między omawianymi polami społecznymi, mimo wszystko traktują ten nurt niemal wyłącznie jako fenomen kulturalny i trochę nie doceniają stricte ekonomicznego poziomu, z którego ten nurt został instytucjonalnie wykreowany.

W warunkach chronicznego niedofinansowania polskiej produkcji kulturalnej i skrajnie niestabilnych warunków materialnych, w jakich pracuje w Polsce większość twórców, ufundowana przez MSN i PISF doroczna nagroda w postaci miliona złotych na realizację eksperymentalnego filmu nie tylko odpowiada na „zapotrzebowanie” ze strony artystów, ale też je kreuje – kieruje ich uwagę w tę stronę. Gdyby współcześni polscy poeci mieli jakiś swój prężny odpowiednik MSN, który ufundowałby z PISFem taką nagrodę dla poetów, za trzy lata mielibyśmy niespotykany nigdzie indziej na świecie regularny nurt „kina poetów”, i „zwrot filmowy” w polskiej poezji, lub poetycki w polskim kinie, jak kto woli. Niektórzy rozmówcy Majmurka i Rondudy wydają się zwracać większą uwagę na ten „trywialny” poziom fenomenu (np. Agnieszka Polska, s. 259, Zbigniew Libera, s. 135).

Do pytań, które zadają autorzy, ja dodałbym jedno: dlaczego niezwykle konserwatywny w swoich procedurach, stosowanych kryteriach oceny i podejmowanych decyzjach PISF w tak regularny sposób wszedł w finansowanie tak niecodziennego zjawiska? Tomasz Kozak, w rozmowie z Majmurkiem, wydaje się spoglądać w tym kierunku:

Instytut nieźle sobie radzi w wymiarze taktycznym: finansowanie oraz liczba produkcji są stabilne, regularnie powstają debiuty, poziom realizacyjny stopniowo rośnie. Natomiast strategia nie istnieje. Nie widać dalekosiężnej wizji rozwoju. Cele są niesprecyzowane. Nie wiadomo, czy dążymy do wzmocnienia kina artystycznego, czy komercyjnego. Jak pogodzić jedno z drugim na rynku wewnętrznym? PISF nie potrafi świadomie kształtować artystycznej i ekonomicznej tożsamości polskiej kinematografii. Zamiast tego płynie z prądem tendencji wytwarzanych przez rynek i najsilniejsze grupy interesów. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza polskie instytucje miały na względzie nie tyle dobro artystów, pracowników, czy szerzej – obywateli, co wygodę administratorów oraz zyski producentów i przedsiębiorców. (s. 318-319).

Dyrektor PISF Agnieszka Odorowicz dysponuje w nim władzą absolutną, podejmując decyzje de facto przesądzające o tym, który film powstanie, a który nie. Instytut zasięga opinii całej rzeszy ekspertów, ale dyrektor Instytutu może – i często to robi – podejmować decyzje według własnego widzimisię, zwykle na zasadzie wyboru grupy nacisku (ekonomicznej lub politycznej), której najbardziej opłaca jej się w danym momencie ulec, sprzeczne z opiniami ekspertów. Dyrektor ingerowała także na różne, formalne i nie, sposoby w sam proces wytwarzania ekspertyz. Taka koncentracja władzy w rękach jednej osoby powoduje, że jej decyzje kształtują artystyczny profil polskiego kina. Jednocześnie jednak PISFem kieruje osoba, która potrafi myśleć jedynie w kategoriach urzędniczych, administracyjnych. Stawki artystyczne, kulturalne, intelektualne są najzwyczajniej poza jej sposobem myślenia, a kina nie wymieniała nawet w pozycji „zainteresowania” w swoim CV, dopóki protekcja ówczesnego ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego nie podarowała jej Instytutu. Odorowicz rozumie takie rzeczy, jak podniesienie średniego budżetu produkcji filmu czy utrzymywanie stabilnej ilości filmów powstających każdego roku, alokowania środków, itd. Natomiast kwestie takie, jak wizje filmu jako sztuki, jego zaangażowanie w artystyczne, intelektualne, filozoficzne czy społeczne stawki i debaty, jakie się toczą w światowym kinie i innych obszarach kultury, są dla niej po prostu niezrozumiałe. Jednocześnie wie, że na kolejnych etapach swojej urzędniczej kariery jej dotychczasowa praca będzie oceniana według tych samych prawideł „kultury audytu”, które sama stosowała wobec twórców.

Kluczową rolę w „kulturze audytu” odgrywają „rezultaty”. 10 lat istnienia PISF, który zwiększył ogólny budżet kinematografii, spowodowało znaczące podniesienie średniego budżetu polskiego filmu i redukcję ilości filmów po prostu żenująco źle zrobionych, na najbardziej elementarnym poziomie filmowego rzemiosła. Dyrektor PISF potrzebuje jednak także innej kategorii „rezultatów”, żeby wykazać swoje sukcesy w ustawowym obowiązku wspierania filmu jako sztuki. Najbardziej wymiernym „rezultatem” na tym polu byłaby obecność polskich filmów na znaczących festiwalach i ilość liczących się nagród. Nie rozumiejąc problematyki filmu jako sztuki, dyrektor Instytutu nie potrafi wygenerować takich mechanizmów oceny projektów, które w znaczący sposób zwiększyłyby ilość powstających w Polsce oryginalnych filmów wysokiej, „światowej” rangi artystycznej. Jej najskuteczniejszą jak dotąd strategią był reimport polskich filmowców, którzy odnieśli już sukces na Zachodzie i stworzenie im wyjątkowo dobrych warunków w Polsce. Mierząc najbardziej prestiżowymi międzynarodowymi nagrodami, najlepsze „rezultaty” na koncie PISF, to przede wszystkim właśnie filmy twórców reimportowanych (Skolimowski, Holland, Pawlikowski). Tylko że nie ma więcej kogo reimportować.

Dofinansowanie filmowej twórczości artystów wizualnych i udział PISF w ufundowaniu Nagrody Filmowej, byłyby więc próbą rozwiązania problemu „rezultatów” tego rodzaju stosunkowo niskim kosztem (PISF daje na nią pół miliona złotych, ułamek budżetu średniego filmu powstającego w ramach „normalnej” kinematografii). Odorowicz zaryzykowała niewielkie z punktu widzenia kierowanej przez nią instytucji pieniądze, w nadziei, że pojawią się jakoś, decyzjami ludzi świata sztuk wizualnych, z dala od konserwatywnej inercji procesu oceny i podejmowania decyzji w PISF, jakieś ekstra „rezultaty” wyrażone nagrodami i obecnością w obiegu festiwalowym i art-house’owym. Jest całkiem możliwe, że gdyby Pawlikowski zrobił Idę i zdobył za nią Oscara kilka lat wcześniej, PISF nie dorzuciłby się do Nagrody Filmowej, bo kwestia „rezultatów”, nie spędzałaby już snu z powiek Odorowicz. O „nerwicy rezultatowej” i próbie jakiegoś wyjścia z impasu konserwatynej inercji procesu wyboru projektów przez PISF jako motywach współfinansowania Nagrody Filmowej pośrednio świadczy fakt, że ta sama Katarzyna Kozyra, która obecnie jest laureatką nagrody i pracuje nad swoim filmem, kilka lat wcześniej nie była w stanie przepchnąć w PISF swojego projektu.

Nie piszę tego w celu dyskredytacji nurtu filmów realizowanych ostatnio w Polsce przez artystów wizualnych. Przyłączam się do Majmurka w trzymaniu za nich kciuków i mam nadzieję, że artyści wizualni wykorzystają ten zaskakujący zbieg instytucjonalnych okoliczności z ogromną korzyścią dla polskiego kina. Za nielicznymi i bardzo pojedynczymi wyjątkami cierpi ono na ciężki prowincjonalizm, oderwanie od i niezrozumienie tego, czym zajmuje się dziś ambitne kino na świecie, czym zajmuje się współczesna kultura, jakie problemy są w niej na porządku dnia. Samo podniesienie standardów produkcyjnych do cywilizowanego minimum nie rozwiąże problemu, który bardziej wynika z warunków daleko posuniętego „chowu wsobnego”, w jakich od dawna reprodukuje się w Polsce „pole filmu”. Poczynając od selekcji do szkół filmowych, kończąc na selekcji projektów, które zyskują finansowanie, wszystko jest w tym polu zorganizowane tak, że ostatecznie zaludniają je osoby o wyjątkowo podobnym społecznym profilu i trajektorii, od klasowej przynależności ich rodziców po taką samą edukację w tej samej szkole filmowej. Rezultatem jest zawieszenie całego tego środowiska w zatęchłym smrodku wąskiego spektrum stojących od dawna w miejscu, niewietrzonych, niepoddawanych kwestii idei, poglądów i myślowych przyzwyczajeń. Nie ma żadnej wymiany doświadczeń i punktów widzenia tam, gdzie wszyscy mają mniej więcej te same doświadczenia i punkt widzenia.

Zasilenie polskiego kina artystami wizualnymi jest nie tylko zastrzykiem swieżej krwi, punktów widzenia wspartych odmiennymi doświadczeniami. Jak pokazują znajdujące się w książce rozmowy z tymi twórcami, problemy, które ich interesują, stanowiska, jakie zajmują, są radykalnie odmienne od dominującej w polskim środowisku filmowym „normy”. To nie są typowe polskich filmowców pogawędki o „człowieku w ogóle”, ani ich wysiłki w poszukiwaniu takiego sposobu wyrażenia własnego reakcjonizmu, który by mimo wszystko dał się przebrać za „humanizm”. Problemy, które ich interesują, to jest zupełnie inna jakość intelektualna. Jedyna zresztą rozmowa w książce, przy której czytaniu bolały mnie chwilami zęby, to upstrzona inteligenckimi pretensjonalizmami, przed którymi ostrzega już sam jej tytuł (Każdy artysta to spotkanie z nowym światem), rozmowa z Wojciechem Marczewskim. I to pomimo iż jest on jednym z moich bardziej ulubionych polskich reżyserów.

Majmurek i Ronduda zauważają (s. 23), że tak naprawdę twórcy opisywanego nurtu nie tyle otwierają polskie kino na problemy, jakimi interesują się dziś artyści wizualni, co nadrabiają zaległości polskiego kina w stosunku do współczesnego ambitnego kina artystycznego na świecie; otwierają je na estetykę, język i problematykę stricte filmową właśnie, na którą było z uporem od dawna zamknięte. Marzy mi się, żeby pojawienie się w polskim kinie twórców z pola sztuki było tylko pierwszą z całej serii takich ożywczych inwazji z zewnątrz.

Jarosław Pietrzak

Kino-Sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej, red. Jakub Majmurek i Łukasz Ronduda, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej i Muzeum Sztuki Nowoczesnej, 2015.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Me Monde diplomatique – edycja polska” (maj 2015).

Galeria

Karnawał w Rio de Janeiro: Galeria

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Zdjęcia pochodzą z Karnawału w Rio de Janeiro w 2014 roku. Jeśli kogoś interesuje więcej, to zapraszam na mojego fotobloga, Surface and Matter.

Sambodromo Rio de Janeiro

Karnawał w Rio de Janeiro

Prawdziwym źródłem społecznej formy, jaką przybiera Karnawał w Brazylii, nie jest chyba kultura chrześcijańska, a raczej kultura afrykańska. Tradycja chrześcijańska wydaje się dostarczać jej zaledwie pretekstu i pozycji w kalendarzu.

Blocos – wędrujące ulicami zorganizowane grupy tańczących, grających, śpiewających Brazylijczyków, do których stopniowo dołączają spontanicznie pijące kosmiczne ilości piwa tłumy – kiedy są duże, mają nierzadko w składzie wóz (w dzisiejszych czasach najczęściej ciężarówkę z platformą), element, z którego Michaił Bachtin błędnie wywiódł kiedyś etymologię nazwy „karnawał”.  Jednak w dominujących rodzajach uprawianej w Karnawale – na ulicach i w Sambodromie – muzyki, głośnej i rytmicznej, wciągającej w rodzaj transu, zawieszającego w uczestniku normalne odczuwanie czasu, a także w samej formule ulicznego  świętowania, w której cała społeczność podąża przez swoją miejscowość i hałaśliwie przeżywa swoje współistnienie jako społeczności właśnie, manifestuje się afrykański żywioł brazylijskiej kultury.

Karnawał w Rio de Janeiro

Karnawał w Rio de Janeiro

Kulturowy „afrykański łącznik” ujawnia się szczególnie wyraźnie oczom każdego, kto tylko miał możliwość uczestniczenia w innych ulicznych świętach w najbardziej afrykańskiej części Brazylii, w stanie Bahia. Uroczystości takie jak święto Iemanjá, Lavagem do Bonfim w Salvadorze, Lavagem do Beco w Itaparice stanowią bardziej „surową”, mniej „przetworzoną” przez żywioł nowoczesnego miasta, formułę takiego świętowania.

„Bez Karnawału w Brazylii już dawno wybuchłaby rewolucja” – westchnął, z mieszaniną podziwu i rezygnacji, Oussama, gdy przyglądaliśmy się jednej z uroczystości przedkarnawałowych w Belo Horizonte, na tydzień przed oficjalnym początkiem Karnawału. W ośrodkach, gdzie Karnawał wybucha z największą siłą, czyli w Rio de Janeiro i Salvadorze, uliczne imprezy przedkarnawałowe zaczynają się nawet i miesiąc wcześniej. Oussama, młody, lewicujący francuski wykładowca historii idei na uniwesytecie w Recife w północnym stanie Pernambuco (wpadliśmy na siebie w tym samym hostelu w stolicy Minas Gerais), chciał zwrócić moją uwagę na centralną funkcję brazylijskiego Karnawału, która jednak łączy tę formę kulturowej ekspresji z funkcją, jaką Karnawał pełnił w przednowoczesnej, feudalnej, chrześcijańskiej Europie.

Karnawał w Rio de Janeiro

Karnawał w Rio de Janeiro

Karnawał zawiesza wszystkie podziały społeczne kraju drążonego od swoich narodzin jednymi z najbardziej przepastnych na świecie nierówności. Mieszkańcy faweli, strzeżonych apartamentowców i przypominających twierdze rezydencji mieszają się w ulicznym szaleństwie, bądź łączą zahipnotyzowani największym spektaklem artystycznym świata rozgrywającym się przez kilka nocy w Sambodromie zbudowanym w Rio de Janeiro przez wielkiego Oscara Niemeyera. Zapominają o nierównościach ekonomicznie „najbardziej niesprawiedliwego kraju na najbardziej niesprawiedliwym kontynencie” (pożyczam tę frazę od brazylijskiego politologa Emira Sadera). Tym samym, rozładowując napięcia takiego społeczeństwa w masowym akcie zbiorowego szaleństwa, pozwalają, niestety, tym nierównościom trwać, odsuwając niebezpieczeństwo społecznego wybuchu, tak bardzo Brazylii potrzebnego.

Brazylijski Karnawał, tak w formie parady szkół samby w Sambodromie, jak i w swoich spontanicznych wcieleniach ulicznych, pozostaje jednak fascynującą, trudną do porównania z czymkolwiek innym, manifestacją niezwykle żywiołowej kultury.

Sambodromo_118

Sambodromo_133

Znaczenia tego fenomenu nie wyczerpują się na samym rozładowywaniu napięć społeczeństwa, w którym skandaliczne bogactwo nielicznych ufundowane jest na bezwzględnym wyzysku większości pracującej za mniej niż tysiąc reais miesięcznie i utrzymywaniu kraju na uniemożliwiającej prawdziwy rozwój ekonomiczny pozycji zaledwie dostarczyciela surowców na rynki międzynarodowe.

Część brazylijskich elit ekonomicznych ogląda karnawał z oddali, z wysokości swoich apartamentów w Copacabanie lub Ipanemie, bądź na ekranach telewizorów w swoich luksusowych rezydencjach. Część zupełnie przed nim ucieka – na plaże w Buzios czy inne miejsca mniej w tym okresie uczęszczane. Kieruje nimi – uświadomiony lub nie – lęk przed tym, że brazylijski tłum to żywioł potężny, liczebny i naprawdę gorący. Żywioł, który w każdej chwili może wyrwać się spod kontroli, tak jak wyrwał się w czerwcu 2013 roku – i mógłby zażądać radykalnej społecznej zmiany. Żywioł, który w każdej chwili jest w stanie niespodziewanie przekuć niewinną z początku zbiorową zabawę w polityczne wyzwanie i zagrożenie dla uprzywilejowanych. Jak to niedawno uczynił fenomen rolezinhos, którzy tańcem szturmowali centra handlowe, zaburzając poczucie bezpieczeństwa zaszywającej się tam przed biedotą – w rytuał konsumpcji – klasy średniej. Żywioł, o którym wydawała się przypominać także jedna z parad Karnawału 2014 w konkursie na Sambodromie: jeden z najbardziej spektakularnych wozów przedstawiał budzącego się ze snu olbrzyma, co przywoływało na myśl jeden z popularnych sloganów towarzyszących zeszłorocznym protestom („Olbrzym się obudził” – Brazylia bywa nazywana „śpiącym Olbrzymem Ameryki Południowej”).

Karnawał w Rio de Janeiro

Karnawał podziwiany z wysokości apartamentów w Copacabanie i Ipanemie

Parada szkół samby, Sambodrom, Rio de Janeiro

Parada szkół samby, Sambodrom, Rio de Janeiro

Niezwykłe widowiska, jakimi są parady w Sambodromie ujawniają z kolei niezwykłą kulturową kreatywność Brazylijczyków – kreatywność kolektywną, zbiorową, ogólnospołeczną. Parady samby nie są pomysłem żadnego wizjonera, są artystycznym fenomenem wypracowanym przez Brazylijczyków na przestrzeni pokoleń kolektywnie, w toku wspólnej, uspołecznionej pracy, włączającym w zbiorowy produkt twórczą pomysłowość i energię każdego z dziesiątek tysięcy uczestników. To rodzaj kreatywności zupełnie inny niż ten, który celebruje i któremu szczególną wartość przypisuje Europa i Ameryka Północna: kreatywność jednostki, mająca swoje korzenie w romantycznej koncepcji indywidualnego geniuszu.

Jarosław Pietrzak

Zdjęcia pochodzą z karnawału w Rio w 2014. Więcej – tutaj.

Tekst stanowi fragment ebooka pt. Notes brazylijski, który jest do pobrania tutaj

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Muzeum Ahistorii Żydów Polskich

Na początku otwartej niedawno wystawy stałej Muzeum Historii Żydów Polskich Polin jest las. Jak większość ekspozycji stałej – w postaci wizualizacji, projektowanych w tym wypadku na rozmieszczone w pierwszej sali tafle szklanych ekranów. Na tle obrazów drzew przesuwają się napisy – cytaty z średniowiecznych tekstów źródłowych.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Im dalej w ten las, im dalej w tę wystawę, tym więcej niepokojących pytań mi nasuwała. Jest to ekspozycja bardzo dziwna: jak na muzeum ze słowem „historia” w nazwie, materialnych śladów historii – wytworów bogatej przecież materialnej kultury polskich Żydów – nie ma w nim prawie wcale. Te, które jakimś cudem spotkał ten zaszczyt, stoją w przejmującej samotności, otoczone multimediami, wizualizacjami, modelami. Można mieć poważne wątpliwości, czy celem tej wystawy jest opowiedzieć historię Żydów polskich czy ją zastąpić plastikowo-cyfrowym symulakrum. Oczywiście, wiem, jaką odpowiedź mają na to twórcy realizacji tego rodzaju: chodziło o wystawę o edukacyjnym bardziej niż stricte muzealnym charakterze. A więc angażującą, trochę interaktywną, i tak dalej. Znam takie odpowiedzi, ale jakoś nie zawsze mnie przekonują. Tym, co robiło na mnie zawsze wrażenie na wystawach okresowych w Muzeum Brytyjskim (np. tej poświęconej nie tak dawno Wikingom), była zdolność ich kuratorów do wplecenia wizualizacji i modeli w rzetelnie zgromadzone i przedstawione, wartościowe i ciekawe obiekty. Wizualizacjom samym w sobie wystarczyłoby dziś udostępnienie ich w Internecie. Metoda zastępowania obiektów wizualizacjami i plastikiem osiąga w Polin „punkt konsternacyjny”, gdy docieramy do tego czerwonego pomieszczenia, w którym króluje w połowie przezroczysty plastikowy tron.

Jeżeli jednak zgodzimy się, że to tak miało być, i że to wszystko po to, aby wystawa stała jak najlepiej spełniała swoją funkcję edukacyjną w epoce, w której daliśmy sobie wcisnąć, że bez podobnych bajerów nie da się już dziś nikogo niczego nauczyć – to czego w takim razie uczy ta wystawa, jaki jest jej edukacyjny „kontent”? Czy rzeczywiście uczy historii polskich Żydów, czy raczej, podobnie jak to plastikowo-cyfrowe symulakrum zastąpiło materialne obiekty żydowskiej kultury, zastępuje historię czymś innym? Na przykład mitem albo „pamięcią” – z całym bagażem selektywności i tendencyjności jednego i drugiego?

Na samym początku, na tle wspomnianych obrazów wschodnioeuropejskiej puszczy, reprezentujących średniowieczną Polskę, przesuwają się przed nami pięknie cytaty ze starych ksiąg o tym, jak to Żydzi przyjechali do Polski, zaproszeni przez gościnnych władców. Tym cytatom nie towarzyszy żaden komentarz krytyczny, żaden komentarz historyczny, są wystrzeliwane w odbiorcę z zamiarem, że trafią w sieć kontekstualną już rozpiętą w jego wyobraźni. Ta sieć, w większości przypadków, jest tam już dawno rozpięta, tyle, że jest to sieć mitu, a nie historii.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Opowieść, która już czeka na te strzały, idzie mniej więcej tak: Żydzi dotarli do Polski, gdzie szukali/znaleźli schronienie przed przemocą, z którą się spotykali w chrześcijańskiej Europie, odkąd Rzymianie rozegnali ich na wieczną tułaczkę po świecie po stłumieniu żydowskiego powstania i zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej w I w. n.e. Prawda, że tak idzie ta opowieść? Nic nie poradzimy, każdy ją słyszał w różnych reiteracjach, od wczesnych lat życia. A co ona ma wspólnego z historią? Niewiele.

Żaden ze mnie historyk, ale uważam, że nie zwalnia mnie to z obowiązku hermeneutycznych podejrzeń, kiedy uderza mnie coś, co mnie do nich niejako wzywa.

Shlomo Sand jest za to profesorem historii, do tego godnym podziwu intelektualistą, i miał na ten temat parę słów do powiedzenia. Tych parę pięknie napisanych, mocnych słów nosi tytuł Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski?[1]. Wschodnioeuropejscy Żydzi nie przyszli do Europy Wschodniej z żadnej tysiącletniej tułaczki po wrogim im świecie. Wschodnioeuropejscy Żydzi pochodzą… z Europy Wschodniej. Polska leży na zachodniej krawędzi Europy Wschodniej, więc tu pewnie skądś przyszli, ale raczej z niedaleka, z terytorium dzisiejszej Ukrainy i Krymu, gdzie przez pewien czas we wczesnym średniowieczu istniało żydowskie (nawrócone na judaizm) królestwo: Kaganat Chazarski[2]. Żydzi nie tułali się po Europie przez całe średniowiecze rozpędzeni po świecie przez mściwych Rzymian za karę za stłumione powstanie (albo „przez Boga” za karę za nieuwierzenie w Chrystusa, jak chciałaby antyjudaistyczna tradycja chrześcijańska). Wypędzenie Żydów z Palestyny nigdy nie miało miejsca, nie jest faktem historycznym, jest mitem.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Żydzi przez co najmniej kilkaset lat intensywnie nawracali na swoją religię, judaizm miał też ogromną siłę przyciągania w warunkach kryzysu ideologicznego Cesarstwa Rzymskiego (rezultatem było, że 7-8% populacji Imperium Rzymskiego na początku naszej ery wyznawało judaizm[3], plus jeszcze ludzie, którzy praktykowali go częściowo). Żydowski prozelityzm ustał, gdy ostatecznie przegrali z jedną ze swoich sekt, która postanowiła wybić się na niepodległość, ogłaszając, że Mesjasz już był nadszedł i że ta doktrynalna różnica uniemożliwia rekoncyliację. Dopiero, gdy przegrał z chrześcijaństwem rywalizację o śródziemnomorski rząd dusz, judaizm zamknął się w twierdzy tożsamościowego eksluzywizmu, ale na marginesach ówczesnego świata wciąż poszukiwał konwertytów.

Że teorie o głównie wschodnioeuropejskim i północnoafrykańskim pochodzeniu większości współczesnych Żydów są dzisiaj przez wielu opatrywane obowiązkowymi adnotacjami o ich wyjątkowej kontrowersyjności (jeżeli w ogóle wspominane) – podkreśla Sand – wynika m. in. z tego, ile wysiłków i środków Państwo Izrael, świadome, jakie wyzwanie rzucają one standardowemu dyskursowi o jego „prawie do istnienia”, zainwestowało w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w wymazanie ich z podręczników. (Nie stroniąc od potężnego i na wielką skalę nadużywanego instrumentu przemocy symbolicznej, jakim jest piętnowanie wszystkich ideologicznych adwersarzy jako „antysemitów”; w wielu przypadkach sam fakt, że taka groźba wisi w powietrzu, jest wystarczającą bronią.)

No dobrze, ale ta pierwsza sala aż tyle przecież nie mówi? Może i wprost nie mówi, ale odniosłem nieodparte wrażenie, że wpisana jest w nią kalkulacja, co zwiedzający ma sobie dopowiedzieć, w jakim kierunku wyobraźnia odbiorcy ma donieść wystrzeliwane przez autorów kule.

Mam takie wrażenie, bo ta pierwsza sala ustanawia swego rodzaju „template”, według którego wymyślone zostaną następne. Muzeum dosłownie zadrukowane jest takimi opatrzonymi nikłym kontekstualnym czy krytycznym komentarzem, powyrywanymi z większych całości cytatami ze źródeł – od arabskich podróżników, przez żydowskich kronikarzy, po dokumenty prawa. Towarzyszą im za to ilustracje i modele, zawsze przywołujące to, co o żydowskiej historii już „wiemy”.

***

Polin (87)

Rozesłali Tatarzy i Kozacy zagony po Polsce, Rusi i Litwie […] Rusini od razu podnieśli bunt i mordowali panów i Żydów.

Ten akurat cytat z Natana Hanowera (kronika pt. Jewen macula czyli Bagno głębokie z 1653) dla Esther Benbassy, która jednakże przygląda się więcej niż dwu zdaniom, jest jednym z najlepszych przykładów na coś zupełnie innego niż dla twórców wystawy. „Kozacy zarzynali tak wielu Żydów i katolików, jak tylko się dało, bez rozróżnienia”[4] – podkreśla Benbassa, a Żydzi stali się celem nie ze względu na swoją etnoreligijną odmienność, a dlatego, że przyjechali tam jako urzędnicy na usługach polskich panów, przeciwko którym skierowane było powstanie Chmielnickiego. Ich żydowska tożsamość nie miała żadnego znaczenia w tych wydarzeniach i Kozaków w ogóle nie interesowała, a jedyną płaszczyzną, w której ten konflikt się rozgrywał, były stosunki władzy.

Esther Benbassa jest profesorą nowożytnej historii Żydów na paryskiej Sorbonie, a książka La Souffrance comme identité (‘Cierpienie jako tożsamość’)[5], do której się teraz odwołuję, została przez Académie française uhonorowana Prix Guizot.

Dla Benbassy kronika Hanowera jest przykładem na specyficzne manowce, na jakie od średniowiecza prowadziło coś, co dzisiaj nazywalibyśmy „polityką tożsamości” europejskich Żydów. W sytuacji niechęci, a nawet jawnej wrogości żydowskiej tradycji wobec badania i poznawania przeszłości, czyli wobec historii, zamiast historii przez stulecia kultywowana była „pamięć”. Historia vs pamięć – tak Benbassa ujmuje w swojej książce kluczową, brzemienną w skutki opozycję. Żydzi na porażkę judaizmu w rywalizacji z chrześcijaństwem odpowiedzieli intensyfikacją ekskluzywizmu własnej kultury – odtąd Żydem można się było tylko urodzić, z matki Żydówki. Stali się niezwykle istostnym Innym chrześcijańskiej Europy – bo choć wydali Chrystusa, czyli go „poznali”, to jednak nie przyjęli jego „Dobrej Nowiny”; to odróżniało ich od wszystkich innych Innych chrześcijańskiej Europy. Przypadła im przez to tragiczna rola urzędowego kozła ofiarnego, zawsze pod ręką, gdy wybuchła zaraza, spadło jakieś inne wielkie nieszczęście, albo możni lub kler katolicki chcieli gdzieś odwrócić gniew społeczny. Na to z kolei ich odpowiedzią było czerpanie specyficznej tożsamościowej pociechy z własnej zbiorowej zdolności do stawiania czoła wrogości otoczenia i trwania mimo prześladowań. Wehikułem tej tożsamościowej pociechy były zbiorowe praktyki takiej właśnie „pamięci”, w której cała historia Żydów przyjmuje postać żałobnej liturgii o antyjudaistycznych, a potem antysemickich prześladowaniach, w której pogrom i zmuszanie do przyjęcia chrztu stają się matrycami, w jakie wlewa się nawet te wydarzenia historyczne, które nie nosiły znamion ani jednego, ani drugiego (Hanower wzorował się na kilku starszych kronikach zupełnie innych wydarzeń). Więcej nawet, pogrom i zmuszanie do przyjęcia chrztu stają się razem matrycą historii Żydów w ogóle, historii Żydów jako takiej.

Ostatecznie stało się to nie tylko wyrazem cierpienia, ale i remedium na nie. Pocieszało ludzi bardziej niż sprawiało im ból. I umacniane było przez stulecia, na przestrzeni których Żydów dosięgało nieszczęście za nieszczęściem. Ale to w żadnym razie nie znaczy, że życie Żydów w średniowieczu było niczym innym jak tylko ciągiem prześladowań. To jest dalekie od prawdy[6].

Dalej Benbassa wyjaśnia, dlaczego jest to tak dalekie od prawdy. Ale mniejsza w tym momencie o to. Chodzi o to, że dla Benbassy kronika Hanowera jest przykładem tych mechanizmów. Dla twórców wystawy jest natomiast pozbawioną krytycznego komentarza, dokumentalną „relacją z wydarzeń”. Podobno wystawę przygotowało grono stu historyków. Co się stało z krytyczną lekturą źródeł jako podstawą historii jako nauki?

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Gdyby to były wyłącznie akademickie kontrowersje wokół paru kronikarzy sprzed kilkuset lat, to nie robiłoby to na mnie takiego wrażenia. Problem polega na tym, że ostatecznie stawki tego wszystkiego są jak najbardziej współczesne, co się staje jasne, gdy jesteśmy na wystawie już daleko w XIX wiek, stulecie, w którym Graetz et consortes uznali tożsamościową liturgię pamięci o cierpieniu skumulowaną w poprzednich stuleciach za podstawę akademickiej historii Żydów, tworząc jej „płaczliwą”, jak to nazywa Benbassa, wersję. Kiedy docieramy do powstania syjonizmu, zostaje on wprowadzony do narracji wyłącznie jako nurt intelektualny i polityczny stanowiący jedynie obronną odpowiedź na europejski rasizm w ogóle i antysemityzm w szczególności. Bez żadnych sugestii, że jednocześnie syjonizm sam w sobie również jest rasizmem. Żydzi, uświęceni stuleciami kierowanej przeciw nim z zewnątrz przemocy, mogą – wygląda na to – być jedynie przedmiotem rasizmu innych. Że stali się również jego podmiotem, jest świętokradztwem, na którego wyszeptanie twórcy wystawy nie mogli – sobie i zwiedzającym – pozwolić.

***

Benbassa tak pisze o świątyniach świeckiej religii „pamięci Holokaustu”, stanowiącej rdzeń współczesnej żydowskiej tożsamości (i – dodam – uderzającego w jej współczesnej postaci agresywnego partykularyzmu):

Nowa religia potrzebowała, by Żydzi bez przerwy wyobrażali sobie, że są w komorach gazowych albo na ich progu. Z tego punktu widzenia wizyta w którymś z muzeów holokaustu w Stanach Zjednoczonych jest niezwykle kształcąca. Muzea te przypisują zwiedzającym tożsamość Żydów, którzy zostali zagazowani lub w inny sposób zginęli w obozach. Komory gazowe, krematoria, wejścia do obozów są w nich odtworzone. Co więcej, komunikaty porozmieszczane przez niektóre z tych muzeów, miejsca, w których rytuał pamięci o ludobójstwie jest celebrowany, są przekazywane pośród emocji i wytwarzają jeszcze więcej emocji w odpowiedzi. Od zwiedzającego oczekuje się, by odczuwał wydarzenie, a nie by je zrozumiał. Patos dominuje nad świadomością. Jednak żeby nie zapomnieć, trzeba rozumieć; żeby rozumieć, trzeba umieścić wydarzenie z powrotem w kontekście, który uczynił je w ogóle możliwym. W istocie, by nie zapomnieć, potrzebujemy historii, a nie emocji, które zawsze umykają i trzeba ciągle je ożywiać, z rosnącą za każdym razem intensywnością. Dalej z kolei wynika z tego, że w takim stanie umysłu wyobrażenie sobie, że Żydzi i nie-Żydzi staną twarzą w twarz z własną odpowiedzialnością, tak aby zapobiec powtórzeniu się epizodów takiego barbarzyństwa, staje się niemożliwe. W procesie przerobienia w uniwersalną religię, której przesłanie daje się łatwo zrozumieć, pamięć ludobójstwa złożyła się, paradoksalnie, na deuniwersalizację Żydów, oddalając ich ich od innych, którzy cierpieli i ryglując ich wewnątrz ich własnego cierpienia.[7]

Wystawa stała w Polin nie posuwa się do takiej pornografii, by odtwarzać komory gazowe – budynek Rainera Mahlamäkiego jest z zbyt dobrym na to guście. Ale kiedy docieramy do II wojny światowej i do hitlerowskiego judeocydu, i tak okazuje się, że mimo wszystko znajdujemy się jak najbardziej w tym samym paradygmacie: przewagi emocji nad świadomością i próbą zrozumienia, co się stało w Europie w latach 1942-1945. Przestrzeń tej części wystawy powciskana jest w coraz bardziej nieprzyjemne, ciasne, opresywne pomieszczenia o nieregularnych kształtach, mających wywoływać ponurą grozę, poczucie osaczenia, klaustrofobię. Pojęcie „komór” mimo wszystko kołacze się po głowie.

No i wreszcie sekcja poświęcona okresowi PRL. Szokujące eksplozje antysemityzmu i jego cyniczna instrumentalizacja przez aparat partyjny spotykają się w tej ekspozycji z zasłużoną i niejako naturalną krytyką. Co jest bulwersujące, to przedstawienie jako oczywistego i bezproblemowego – niejako naturalnego – rozwiązania fali emigracji Polaków żydowskiego pochodzenia do Izraela. Podobnie jak wcześniej twórcy przemilczeli charakter syjonizmu jako nie tylko odpowiedzi na europejski rasizm, ale także jeden z wariantów samego tego rasizmu, tak samo przemilczane jest, że wybawienie Żydów ode złego w postaci emigracji do Izraela odbywa się czyimś kosztem. I to akurat kosztem ludu, który nie miał w stosunku do Żydów nic na sumieniu. (Sam pomysł, że we krwi można przez kilka tysiącleci nosić prawo do jakiejś ziemi, prawo, które przeważa nad prawem rodzin, które tam żyją i tę ziemię uprawiają od pokoleń, jest rasistowski par excellence, nawet gdyby entogenetyczna ciągłość między starożytnymi mieszkańcami Palestyny a współczesnymi Żydami nie była zupełną fikcją).

Palestyńczycy są najzupełniej nieobecni w zebranych tam materiałach i relacjach o emigracji do Izraela, nie ma po nich dosłownie żadnego śladu. Niczym w starych fantazjach ojców syjonizmu, ta ziemia była, w oczach twórców wystawy, „ziemią bez ludu” i czekała sobie pusta na żydowski „lud bez ziemi”. Ponieważ nieobecni są Palestyńczycy, można też było wymazać całą przemoc im zadawaną od samych narodzin Państwa Izrael, najpierw w wojnie, w której rodzący się Izrael zagarnął znacznie więcej niż i tak już skandalicznie niesprawiedliwy (na korzyść „Państwa Żydowskiego”) podział mandatowej Palestyny przez ONZ, w czystce etnicznej setek tysięcy Palestyńczyków w toku tej wojny, a potem w całym szeregu kolejnych najeźdźczych wojen i w nielegalnej okupacji Zachodniego Brzegu Jordanu i Gazy, która trwa do dzisiaj.

Ile rodzin Polaków pochodzenia żydowskiego, które wyjechały do Izraela, otrzymało od izraelskiego rządu materialne wsparcie, by osiedlić się na ziemi zagrabionej w toku tej przemocy rodzinom palestyńskim? Ilu palestyńskich cywilów członkowie tych rodzin zastrzelili, odbywając obowiązkową służbę wojskową w Cahalu? Ile z tych rodzin utrzymuje się z pracy w dziedzinach izraelskiej gospodarki bezpośrednio powiąznych z okupacją Zachodniego Brzegu Jordanu i Gazy (od uprawy zagrabionej ziemi, przez przemysł zbrojeniowy i technologie bezpieczeństwa, po różnego rodzaju usługi świadczone armii i instytucjom utrzymującym „porządek” okupacyjny)? Ale takich pytań oczekiwać można by tylko od placowki prawdziwie historycznej, podczas gdy Polin jest raczej świątynią żydowskiej „pamięci”.

***

Polin (21)

Cofnijmy się trochę i przyjrzyjmy wystawie z niejakiego oddalenia, by zebrać jej przekaz „do kupy”, jako swego rodzaju całościowy „łuk narracyjny”. Żeby to dobrze zrobić, warto się cofnąć na tyle, by objąć wzrokiem wystawę wraz z tym co ją poprzedza, z nastrojem, w jaki wrzucony jest zwiedzający, kiedy kieruje się do kolejki do wejścia na wystawę i musi w tej kolejce swoje odstać. Ściany wokół niego wyginają się jak fale. W prezentacji na stronie internetowej muzeum architekt Mahlamäki mówi o wyrwie, jaką eksterminacja polskich Żydów stanowi w ich tysiącletniej historii na tych ziemiach, więc można by pomyśleć, że właśnie o wyrwę chodzi. Ale o ile z zewnątrz to, co wcina się w zwartą bryłę muzeum w dość nieregularny sposób, rzeczywiście można czytać jako wyrwę, to bynajmniej nie wygląda tak już w środku. To są fale i skojarzenie, jakiemu trudno się oprzeć, to rozstępujące się fale Morza Czerwonego, dzięki którym Żydzi uciekają w Księdze Wyjścia z Egiptu.

Ponieważ odstawszy swoje pomiędzy tymi rozstępującymi się falami Morza Czerwonego, zwiedzający przechodzi w końcu do pierwszej sali wystawy, w której historia polskich Żydów zaczyna się od ich przybycia do pokrytego kniejami kraju, w rezultacie budowane jest wrażenie organicznej ciągłości między polskimi Żydami a starożytnymi plemionami, które jakoby uciekły z Egiptu. Żydowska tożsamość staje się w ten sposób tożsamością rozumianą esencjalistycznie, „rasowo”, zamiast jako fenomen z porządku transmisji kulturowej, a więc „pozaorganicznej”. To ma sens mniej więcej taki, jakby wystawę o historii Polaków zacząć od katakumb, w których ukrywali się przed prześladowaniami pierwsi chrześcijanie. Przykład ten pokazuje, że te same formy dyskursu tożsamościowego, które w odniesieniu lub wykonaniu jakiejkolwiek innej grupy, jakiegokolwiek innego zbiorowego podmiotu tożsamościowego, zostałyby przyjęte z konsternacją lub śmiechem, i spotkałyby się dziś z odruchową i zasłużoną krytyką przynajmniej z lewej strony spektrum ideologicznego, przechodzą niezauważone, kiedy mowa o jest o Żydach, bądź kiedy Żydzi opowiadają o sobie. Anything goes.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Wróćmy do wystawy. Kiedy pomost organicznej ciągłości między wyznawcami Jahwe, którzy pod wodzą Mojżesza uciekli z Egiptu, a Żydami, którzy w średniowieczu przybyli do Polski (w domyśle: po wielowiekowej tułaczce przez prześladujący ich świat chrześcijański), jest już przerzucony, widzimy, jak Żydzi trafili w tym pokrytym kniejami królestwie pod wyjątkową w skali europejskiej opiekę gwarantujących ich ochronę rozmaitymi dekretami monarchów.

To też jest zresztą mit, tym razem specyficznie polski – że status Żydów w średniowiecznej Polsce był wyjątkowy. Benbassa podkreśla, że Żydzi byli w średniowieczu raczej uprzywilejowaną mniejszością, która prosperowała w warunkach de facto sojuszu z klasami panującymi, przez wieki objęta w większości królestw i księstw feudalnej Europy różnymi ochronnymi dekretami panujących. To właśnie to uprzywilejowane położenie i przychylność dworów panujących wystawiały ich na akty przemocy, gdy dochodziło do tąpnięć lub dramatycznych przesunięć w kręgach władzy, pomiędzy różnymi siłami politycznymi w obrębie klas panujących, itd.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

W opowieści, którą nam snuje wystawa, okres spokoju pod opieką monarchów dobiega jednak i w Polsce końca. Również i tutaj dosięga Żydów odwieczna nienawiść chrześcijanskiego świata, która ciągnie się przez wieki łańcuchem przemocy. Ten łańcuch przemocy eksploduje w końcu hitlerowskim ludobójstwem europejskich, w tym polskich Żydów, przedstawionym jednak według emocjonalnych, antyintelektualnych przykazań religii „pamięci Holokaustu”. Ale po tym kulminacyjnym punkcie przychodzi wreszcie dziejowe zbawienie, choć niektórzy jego nadejście przyjęli w pełni do wiadomości dopiero w roku 1968. Tym zbawieniem jest „Państwo Żydowskie” powołane na „ziemi bez ludu” dla „ludu bez ziemi”. Żydzi tym samym mogą powrócić tam, dokąd kiedyś zaprowadził ich Mojżesz.

***

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin zmusza do postawienia całego szeregu pytań, których lewica w Polsce w swojej większości wydaje się zadawać niezdolna, zafiksowana na historycznym wyobrażeniu Żydów jako szczególnie uprzywilejowanej dyskursywnie ofiary i intelektualnie sparaliżowana poczuciem, że polska kultura i polskie społeczeństwo nigdy wystarczająco nie rozliczyły się z historią swojego antysemityzmu. Rzeczywiście się nie rozliczyły. Ale to poczucie powoduje, że pojawienie się takiej placówki jak Polin jest w środowiskach lewicowych przyjmowane niemal odruchowo w kategoriach nadrabiania tego rodzaju historycznych zaległości i emancypacji długo tłumionego żydowskiego żywiołu od tysiąca lat stanowiącego część polskiej kultury, który wreszcie odzyskuje należne mu miejsce. Czy jednak emancypacyjne i uniwersalistyczne intencje tak rozumujących osób nie zostają cynicznie przechwycone i de facto zaciągnięte na służbę wyjątkowo agresywnego partykularyzmu?

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Kiedy centralna wystawa takiego muzeum stanowi raczej utkane z mitów symulakrum, niż opowieść z porządku historii rozumianej jako nauka stawiająca pewne wymagania krytyczne, należy mieć odwagę zadać pytanie, które we Francji zadali Alain Badiou i Eric Hazan[8], a w Stanach Zjednoczonych Norman Finkelstein[9]: czy rzeczywiście o historię i rozliczenia z nią w tym wszystkim chodzi, czy może raczej o całkiem współczesne stawki propagandowe, współczesne interesy i legitymizowanie jak najbardziej współczesnych stosunków władzy? Np. o konstruowanie i podtrzymywanie wizerunku Żydów jako wiecznej ofiary, ofiary nad ofiarami, której cierpienie w negatywnym sacrum Holokaustu zyskało ostatecznie status świętszego niż jakiekolwiek inne ludzkie cierpienie – po to, żeby za pomocą pacyfikującej emocjonalnej siły takiego przekazu przesłaniać współczesną rzeczywistość bezwzględnej rasistowskiej przemocy Państwa Izrael w stosunku do ludności palestyńskiej i do jego arabskich sąsiadów? Państwa Izrael, które rości sobie tytuł do reprezentowania wszystkich Żydów, i bezkrytyczna identyfikacja z którym stanowi, jak zauważa Shlomo Sand[10], kluczowy element tożsamości dla rosnących rzesz Żydów w diasporze, którzy tą identyfikacją zastępują utratę więzi z realnie przeżywaną praktyką religijną judaizmu. Ta bezkrytyczna identyfikacja potrafi przejawiać się bardzo agresywnie – np. doprowadzeniem do kryminalizacji solidarności z Palestyńczykami (we Francji).

Czy nasz opór przed przykładaniem do żydowskich dyskursów tożsamościowych tej samej krytycznej miary, jakiej nie wahalibyśmy się stosować w stosunku do żadnego innego zbiorowego podmiotu, ma jakieś lepsze uzasadnienie, niż specjalna taryfa ulgowa przyznawana „szczególnie prześladowanej i dyskryminowanej mniejszości”? Bo teza, że Żydzi są dzisiaj, w drugiej dekadzie XXI wieku, szczególnie w Europie prześladowaną i dyskryminowaną mniejszością, jest po prostu niepoważna. Są dziś w Europie mniejszości dyskryminowane, a nawet prześladowane: społeczności muzułmańskie, Romowie, afrykańscy i azjatyccy sans papiers, by wymienić tylko kilka. Ale Żydzi z całą pewnością nie są jedną z nich. Czy ten opór nie jest w takim razie w gruncie rzeczy sam w sobie antysemicki, bo oparty na milczącym założeniu, że Żydów coś esencjalnie odróżnia i dzieli od reszty ludzkości, w związku z czym w stosunku do nich zawieszamy stadardy intelektualne (ale również etyczne, polityczne) obowiązujące w każdym innym kontekście?

Kolejne ważne pytanie, to czy takie realizacje jak muzeum Polin ze swą wystawą stałą (ale też np. nagły, dziesięć lat temu jeszcze zupełnie niewyobrażalny, wysyp polskich filmów o antysemityzmie i judeocydzie 1942-45) są faktycznie wyłomem w prawicowej narracji, która zajmuje hegemoniczne miejsce w polskim dyskursie publicznym i we współczesnej polskiej kulturze (jak odruchowo chciałaby to widzieć lewica)? Czy może są manifestacją zupełnie innego procesu: nadrabiania przez polską prawicę, która nic przecież w jakiś widoczny sposób nie traci ze swej hegemonicznej pozycji, ideologicznych zaległości w stosunku do prawicy na Zachodzie? A więc stanowią próbę włączenia w tę prawicową hegemonię, zgrania z nią czegoś, co już od dawna jest doskonale zintegrowaną częścią ideologii prawicowej (w tym jej szczepów otwarcie rasistowskich) we Francji, Wielkiej Brytanii, USA i wielu innych krajach: tego, co Ivan Segré nazwał „reakcją filosemicką”[11]? Zachodnia prawica, wpatrzona z podziwem w to, jak Państwo Izrael „radzi sobie z Arabami”, dawno już zamknęła niedobitki antysemitów starej szkoły wciąż (ku jej własnemu dyskomfortowi) obecne w jej szeregach w domenie folkloru forów internetowych, żeby tam się wyżywały z dala od prawdziwej polityki, aż do samotnej śmierci przed zaplutym monitorem.

Muzeum Historii Żydów Polskich Polin

Przypisy

[1] Wyd. polskie: Shlomo Sand, Kiedy i jak wynaleziono naród żydowski?, przeł. Hanna Zbonikowska-Bernatowicz, Warszawa: Dialog 2014.

[2] Shlomo Sand, The Invention of the Jewish People, przeł. (na ang.) Yael Lotan, London – New York: Verso: 2010, s. 210-250. Cytuję na podstawie wydania angielskiego, bo tym dysponuję.

[3] Sh. Sand, The Invention…, s. 167.

[4] Cytuję na podstawie wydania angielskiego. Esther Benbassa: Suffering as Identity: The Jewish Paradigm, przeł. G. M. Goshgarian, London – New York: Verso 2010, s. 48.

[5] Wydanie francuskie: Esther Benbassa, La Souffrance comme identité, Paris : Fayard 2007.

[6] E. Benbassa, Suffering…, s. 42.

[7] E. Benbassa, Suffering…, s. 39-40.

[8] Alain Badiou, Eric Hazan, L’antisémitisme partout – Aujord’hui en France, Paris: La Fabrique 2011.

[9] Norman G. Finkelstein, The Holocaust Industry: Reflections on the Exploitation of Jewish Suffering, London – New York: Verso: 2000.

[10] Shlomo Sand, How I Stopped Being a Jew?, przeł. (na ang.) David Fernbach, London – New York: Verso 2014, s. 93 i in. Wydane już również po polsku przez Wydawnictwo Akademickie Dialog.

[11] Ivan Segré, La Réaction philosémite ou la trahison des clercs, Fécamp : Nouvelles Editions Lignes 2009.

Jarosław Pietrzak

Więcej zdjęć z muzeum Polin na moim fotoblogu Surface and Matter.

Wieże Kongresu Narodowego w Brasilii

Brazylia: między postępem społecznym a regionalnym imperializmem

Kiedy 1 stycznia 2011 roku dobiegł końca okres jego drugiej prezydenckiej kadencji, Luiz Inácio Lula da Silva i reprezentowana przezeń Partido dos Trabalhadores byli przedmiotem zazdrosnych spojrzeń ogromnej części ideowej lewicy w różnych częściach świata. Te dwie kadencje wyglądały na jedną z największych, ba!, jedną z nielicznych success stories, jakie lewica odnotowała w tamtej wciąż neoliberalno-neokonserwatywnej dekadzie gdziekolwiek na świecie.

Lewicowy historyk Perry Anderson podsumował okres rządów pierwszego w historii tego niezwykle oligarchicznego kraju prezydenta o robotniczym pochodzeniu w tonie entuzjastycznym[1], pomimo iż bynajmniej nie zamiatał pod dywan wielkiego korupcyjnego skandalu znanego w Brazylii pod nazwą mensalão.  Lula zakończył swoją drugą kadencję ze społecznym poparciem jeszcze większym, niż to uzyskane w obydwu zwycięskich wyborach. Nie da się ukryć, to się w polityce, zwłaszcza współczesnej, często nie zdarza. Anderson podkreśla, że u źródeł sukcesu leży połączenie charyzmy Luli z siłą zorganizowanego ruchu, który go wyniósł do władzy.

Lista sukcesów rządu Luli jest długa i imponująca. Wysokie ceny ropy naftowej na rynkach światowych oraz chiński popyt na brazylijskie rudy żelaza i soję pomogły rządowi PT wyprowadzić Brazylię z długów, a nawet spłacić wszystkie zagraniczne kredyty przed terminem, a także wyjść do poziomu nadwyżki budżetowej i osiągnąć roczny wzrost PKB powyżej 4%. Bezrobocie spadło, wielki i nie tak wielki biznes też nie skarżył się raczej na zyski. Płaca minimalna rosła, miliony brazylijskich rodzin podniosły swoje położenie na materialnej drabinie. Program Zero Głodu, a przede wszystkim późniejsza Bolsa Família, przyczyniły się do poprawy sytuacji ekonomicznej w najniżej ekonomicznie usytuowanych sektorach społeczeństwa. Dały także milionom rodzin nieznane im wcześniej poczucie „wkluczenia”, włączenia w całość społeczeństwa. Program Bolsa Família powstał jako uniwersalizacja podobnych, istniejących już wcześniej, lecz znacznie mniejszych programów; polega na tym, że każda matka, która wysyła swoje dzieci do szkoły i poddaje regularnym badaniom ich zdrowie, otrzymuje comiesięczny przelew na każde z tych dzieci bezpośrednio z kont rządu federalnego w Brasilii (by ominąć ryzyko jakichkolwiek malwersacji, marnotrawstwa i nadużyć po drodze). W stosunku do okresu sprzed Luli, pod koniec jego drugiej kadencji dziesiątki milionów Brazylijczyków odczuwało poprawę swojego losu.

Rio de Janeiro

Rio de Janeiro

A jednak coś było z tym wszystkim nie tak. Kto nie chciał tego dostrzec, lub nie dostrzegał z daleka, jak choćby wielu lewicowych wielbicieli Luli w Europie, został ostatecznie wytrącony z letargu niebywałą wręcz w kraju powszechnie obowiązującej cordialidade falą protestów, jakie przetoczyły się przez „Olbrzyma” latem 2013 roku. Wszystko to, co rządom PT udało się w Brazylii poprawić, odbyło się w ramach istniejącego tam od dawna porządku własności, z całkowitym poszanowaniem dla reguł gry określonych przez ochronę interesów wielkiej brazylijskiej burżuazji. Rządy Luli i jego następczyni Dilmy Roussef nie zakwestionowały struktury własności ziemskiej ani uprzywilejowania najsilniejszych graczy ekonomicznych, a Brazylia mimo ekonomicznej poprawy pozostaje jednym z najbardziej nierównych społeczeństw na świecie. Wielu Brazylijczyków zaczęło odnosić wrażenie, że był okres poprawy, a teraz mamy „to by było na tyle”, dalej już nie awansują. Szczególnie młodzi ludzie, podobnie jak w Europie, stają wobec zupełnie nieprzyjaznego im rynku pracy, na którym niewiele dostają za własny wysiłek edukacyjny.

Programy redystrybucji wprowadzone na skalę ogólnonarodową przez rządy PT są dla wielkiej brazylijskiej burżuazji w tym kontekście jedynie drobnym ustępstwem, nie stanowiącym zagrożenia dla jej przywilejów i kosztującym niewiele w warunkach doskonałej międzynarodowej koniunktury na brazylijskie surowce. Jak wskazują ci komentatorzy, którzy krytykę wobec „transferowych” rozwiązań rządu PT formułują z pozycji lewicowych, tak naprawdę pozostają one w ramach logiki bezwględnej władzy rynku i czekania, aż jego „niewidzialna ręka” rozwiąże problemy; nie adresują one w ogóle takich problemów jak samo świadczenie fundamentalnych usług publicznych, których rynek nigdy nie rozwiązuje w sposób sprawiedliwy. Rezultatem są np. rodziny, które dostają od rządu niewielki przelew pieniędzy, pod warunkiem, że dzieci będą pod opieką lekarską, ale nigdzie w ich okolicy nie ma placówki świadczącej taką opiekę[2]. Czekając na niewidzialną rękę rynku, czekają na Godota.

Emir Sader w swojej kapitalnej panoramie sytuacji lewicy w Ameryce Łacińskiej[3], umiejscowił Brazylię i PT w kontekście całego regionu, ujmując wszystko w bardzo dialektycznych ramach. Dla niego dekada Luli była okresem rządu pod względem politycznej tożsamości hybrydycznego, z dominującym komponentem postępowym, umiejscowionym jednak w środowisku, które zostało we wcześniejszych dekadach bardzo głęboko przeobrażone (przesunięte w prawo) najpierw przez okres wojskowej dyktatury, a następnie restrukturyzacji neoliberalnej. W takich warunkach stawienie skutecznego oporu dalszym postępom neoliberalizmu i totalitarnej władzy über-rynku jest już ogromnym sukcesem, ale wyjścia poza neoliberalizm jeszcze bynajmniej nie oznacza.

Wydana niedawno po angielsku książka lewicowego urugwajskiego dziennikarza, specjalisty od współczesnych ruchów społecznych Raula Zibechiego, The New Brazil: Regional Imperialism and the New Democracy stanowi głęboką analizę bardzo niejednoznacznych przemian społecznych, ekonomicznych i politycznych w największym kraju Ameryki Południowej, napisaną z pozycji człowieka solidaryzującego się z emancypacyjnymi ruchami swojego kontynentu[4]. Całego kontynentu, bo Brazylia jest już dziś potęgą, której znaczenie i wpływy wykraczają daleko poza jej własne państwowe granice.

Wzrost znaczenia Brazylii manifestuje się nie tylko w jej awansie do pozycji szóstej największej gospodarki świata. Brazylia przechodzi dziś, jak mówi cytowany przez Zibechiego Marcio Pochmann z PT, były dyrektor Instytutu Stosowanych Badań Społecznych (IPEA), swoją trzecią historyczną próbę kapitalistycznej restrukturyzacji, tym razem polegającą na tworzeniu ogromnych grup kapitałowych w sektorze prywatnym i państwowym oraz w funduszach emerytalnych gigantycznych firm państwowych. Nieskrywanym wzorem są Chiny, zwłaszcza fakt, że spośród 500 największych dziś korporacji 150 jest chińskich; celem rządu PT jest wprowadzenie do tego grona supergigantów z Brazylii (naftowy „klejnot w koronie”, Petrobras, banki i inne instytucje finansowe, korporacje energetyczne i telekomunikacyjne, firmy budowlane i przetwórcy żywności). Brazylia konsekwentnie dąży też do zwielokrotnienia swojej kadry naukowej i ilości patentów technologicznych. Vijay Prashad, autor wybitnej książki The Poorer Nations[5], uważa, że Brazylia, choć demograficznie znacznie mniejsza niż Chiny i Indie, do nie tak dawna też bez porównania słabsza geopolitycznie niż Rosja, prowadzi obecnie najbardziej zaawansowaną dyplomację i dysponuje najbardziej wyrafinowanymi analizami współczesnych stosunków międzynarodowych ze wszystkich członków grupy BRICS.

Zibechi tak podsumowuje najważniejsze regionalne i globalne osiągnięcia rządu w Brasilii:

W 2003 Brazylia pomogła stworzyć G-20 i zorganizowała szczyt IBSA (Indie – Brazylia – Afryka Południowa). W 2004 odegrała aktywną rolę w utworzeniu MINUSTAH (Misji Stabilizacyjnej Narodów Zjednoczonych na Haiti) i przejęła dowództwo operacji wojskowych. Brazylia utworzyła G-4, wraz z Indiami, Niemcami i Japonią, mającą na celu reformę Rady Bezpieczeństwa ONZ. W 2005 miał miejsce pierwszy Szczyt Państw Południowoamerykańskich i Arabskich. W 2006 utworzony został Strukturalny Fundusz Konwergencyjny Mercosur, funkcjonujący jako fundusz transferów gotówkowych z Brazylii i Argentyny na wspieranie rozwoju mniejszych krajów takich jak Paragwaj czy Urugwaj. W tym samym roku miał też miejsce pierwszy Szczyt Południowoamerykańsko-Afrykański. W 2007 ustanowiono Banco del Sur (Bank Południa), a Brazylia i Unia Europejska podpisały strategiczne porozumienie. W 2008 zatwierdzony został Traktat Założycielski UNASUR [Unia Narodów Południowoamerykańskich]. W 2009 Brazylia podpisała porozumienia handlowe z Indiami, zinstytucjonalizowany też został sojusz BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny), a Organizacja Państw Amerykańskich została wezwana do odwołania niegdysiejszego wykluczenia Kuby. Brazylia podpisała też strategiczny sojusz z Francją, którego częścią jest daleko posunięta współpraca wojskowa. W 2010 miał miejsce pierwszy szczyt Ameryki Łacińskiej i Karaibów, w którym nie wzięły udziału Stany Zjednoczone, co pozwoliło na powołanie Wspólnoty Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC). Ogólny impet w kierunku współpracy Południe-Południe spowodował, że między rokiem 2003 a 2008 obroty handlowe Brazylii z krajami Mercosur wzrosły o 222%, z Afryką o 316%, z Azją o 329%, a o 370% z krajami arabskimi. Jedyne, czego brazylijskiej dyplomacji nie udało się jeszcze osiągnąć, to pozycja stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ.[6]

W międzyczasie Brazylii udało się skłonić kraje regionu do odrzucenia amerykańskich układów o wolnym handlu, które obróciłyby prawie całą Zachodnią Półkulę w kompletną quasi-kolonię USA, na podobieństwo Meksyku w ramach NAFTA.

Zibechi punkt ciężkości swoich rozważań kładzie jednak na ambiwalentnych aspektach godnego skądinąd podziwu geopolitycznego awansu Brazylii. W celu przygotowania teoretycznego przypomina teorię sub-imperializmu, którą stworzył Ruy Mauro Marini. Po zamachu stanu w 1964 Marini, członek rewolucyjnej grupy Politica Operária (POLOP),  zmuszony był wyemigrować (żył w Meksyku i w Chile) i to na emigracji napisał swoje najważniejsze prace[7] analizujące brazylijski zamach stanu i naturę powstałego w jego (lub ich, bo potem miał miejsce jeszcze „zamach w zamachu” w 1968) wyniku reżimu jako przypadek sub-imperializmu.

Marini odcinał się od tych analiz Brazylijskiej Partii Komunistycznej (PCB), które w zamachu stanu widziały jedynie zewnętrzną (amerykańską) interwencję instalującą w Brasilii bezwolny, marionetkowy rząd. Nie ulega wątpliwości, że USA sponsorowały zamach i junta działała w ramach określonych przez amerykańskie ambicje geopolityczne („co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii”). Marini podkreślał jednak rolę sojuszu, jaki wytworzył się między wielką brazylijską burżuazją a elitą militarną kraju, zwłaszcza najwyższymi figurami w armii wykształconymi na Wyższej Szkole Wojennej (Escola Superior de Guerra), oraz analizował projekt polityczny wpisujący się co prawda w ramy amerykańskiego imperializmu okresu zimnej wojny, ale będący projektem zrodzonym właśnie z owego aliansu burżuazyjno-militarnego. Zrodzonym w odpowiedzi na kryzys, w jaki brazylijska gospodarka weszła w 1962 (w 1964, roku zamachu stanu, inflacja wyniosła 91%) i na rosnącą wskutek tego kryzysu temperaturę walk klasowych. Projekt polityczny aliansu burżuazyjno-militarnego polegał na tym, by akceptując dominację Stanów Zjednoczonych na Zachodniej Półkuli uczynić Brazylię wpisanym w warunki pax americana regionalnym sub-mocarstwem, ośrodkiem, który niejako pośredniczy w globalnym łańcuchu władzy i akumulacji kapitału, dzięki własnej pozycji pomiędzy globalnym centrum, któremu jest zasadniczo posłuszne, a lokalnymi słabeuszami; pozycji regionalnego imperium, dominującego nad sąsiadami i częściowo eksploatującego ich zasoby, które przechwytuje tym samym część wędrującego tak „w górę” (aż do Wall Street) kapitału. Brazylijska burżuazja, wespół ze swą elitą militarną, „przyjęła pozycję mniejszego partnera w sojuszu z obcym kapitałem”, a polityka zagraniczna dyktatury dążyła do zachowania równowagi między interesami narodowej burżuazji a hegemonią USA[8].

Zibechi wskazuje na kolosalne różnice między sytuacją Brazylii w okresie prawicowej dyktatury a projektem politycznym, który realizowany jest obecnie pod rządami PT. Projekt spod znaku Luli sytuuje się w otwartej opozycji do amerykańskich prób odzyskania terenu w Ameryce Łacińskiej. Ma na celu wykorzystanie osłabienia globalnej pozycji Waszyngtonu i dalsze wyłamywanie się spod jego dominacji. Wystarczy sobie przypomnieć stanowczość i przypominającą chwilami Chruszczowa wściekłość prezydent Roussef pomstującej na globalny program szpiegowski NSA (Brazylia zamierza całkowicie uniezależnić swój internet od amerykańskich ośrodków) czy wysiłki zmierzające do zmiany międzynarodowego położenia Kuby. Uwolniona spod jarzma zagranicznego długu, niepotrzebująca już dziś pomocy międzynarodowych instytucji finansowych, Brazylia, utrzymując formalnie poprawne stosunki, należy obecnie do najbardziej elokwentnych adwersarzy USA na arenie międzynarodowej.

Zibechi wskazuje jednak, że pod wieloma względami obecny awans Brazylii do roli niekwestionowanego regionalnego mocarstwa stanowi kontynuację tradycji wypracowanej przez organicznych intelektualistów brazylijskiej burżuazji wykształconych w kręgu Wyższej Szkoły Wojennej. Zibechi ukazuje proces „poszerzania elity rządzącej”, włączenia wysokich szczebli PT i powiązanych z nią związków zawodowych do klasy zarządzających wielkim kapitałem – poprzez kluczowe stanowiska w państwowych lub dokapitalizowanych przez państwo gigantach takich jak Petrobras czy Eletrobras, bankach, a także w funduszach emerytalnych wielkich państwowych przedsiębiorstw, które to fundusze dysponują dziś ogromnymi środkami kapitałowymi (ogromnymi już nie tylko w skali narodowej, wewnątrzbrazylijskiej).

Proces nowej kapitalistycznej restrukturyzacji Brazylii, który się w ramach takiego sojuszu sił odbywa, choć kwestionuje i rzuca wyzwanie amerykańskiej dominacji nad światowym Południem i nad Zachodnią Półkulą, jednocześnie nie kwestionuje samej idei podporządkowania Ameryki Południowej rynkom światowym, ze wszystkimi ich kaprysami, z ich tendencją do utrzymywania krajów peryferyjnych w położeniu, w którym są przede wszystkim dostawcami surowców, muszą rywalizować niskimi kosztami, itd. Tak spektakularne projekty brazylijskiego rządu, jak zupełna przebudowa sieci wodnej (rzeki, tamy, kanały) ma za zadanie nie tyle wyemancypować Brazylię czy Amerykę Południową z władzy rynków światowych, co je z nimi mocniej jeszcze zintegrować, powiększyć ich konkurencyjność w dostarczaniu na te rynki swoich produktów (póki co, wciąż dominują surowce). W tych wielkich projektach natura (Amazonia, wielkie rzeki, wszystkie kategorie naturalnych zasobów, którymi dysponuje Brazylia, a więc minerały, energia, a także cała jej bioróżnorodność – to najbardziej bioróżnorodny kraj na świecie) jest traktowana wyłącznie jako przeszkoda do techologicznego pokonania lub surowce do zmonetyzowania na rynkach światowych, bez względu na interes lokalnych społeczności czy konsekwencje ekologiczne. Tego, co się dzieje w Amazonii, Zibechi nie waha się określać mianem kolejnej fazy brutalnej kolonizacji.

Największe inwestycje, takie jak tamy czy elektrownie, cechuje też ogromna skala nadużyć w stosunku do zatrudnianych na nich nisko wykwalifikowanych pracowników, którzy wciąż czekają na to, aż ich los w „Nowej Brazylii” się poprawi. Warunki, w jakich są na takich budowach zakwaterowani, urągają jakimkolwiek standardom; są oskubywani przez rekrutujące ich agencje i oszukiwani co do przyszłych płacowych warunków zatrudnienia; skandaliczny jest też narzucany im czas pracy. Nie mogą jednak łatwo wyrwać się z takiej życiowej pomyłki, ponieważ fizycznie ciężko z takich przedsięwzięć wrócić na własną rękę (budowy są w miejscach niezwykle dalekich od ich miejsc pochodzenia, nierzadko daleko od jakiegokolwiek miasta; samodzielne przebycie w jakikolwiek sposób niektórych części Brazylii stanowi nie lada wyzwanie). A jednocześnie wielkie korporacje budowlane, takie jak Odebrecht, najbardziej bezpośredni beneficjenci takich projektów, są czołowym źródłem prywatnych dotacji finansujących działalność PT (np. na wybory prezydenckie, drugie po amerykańskich najdroższe pod względem kosztów kampanii na świecie).

Brazylijski kapitalizm dokonuje także ekspansji zagranicznej. To jest rozwiązanie, jakie brazylijska burżuazja znajduje dla strukturalnej bariery, jaką dla akumulacji kapitału zaczyna w pewnym momencie stanowić właściwy Brazylii poziom nierówności (stanowi on barierę dla popytu i konsumpcji). By nie oddawać niczego ze swoich kosmicznych wręcz przywilejów ekonomicznych w kraju, dokonuje ona ekspansji na zewnątrz, sięgając po zasoby, rynki zbytu i siłę roboczą, w wielu krajach Ameryki Południowej tańszą już niż w Brazylii. Brazylijska ekspansja na zewnątrz bywa na tyle agresywna, by generować ostry opór w krajach, których dotyczy (Ekwador, Peru, Boliwia) oraz napięcia dyplomatyczne między nimi a Brazylią. W przypadku Paragwaju, konflikty związane z kolonizacją ogromnych obszarów ziemi w tym kraju przez garstkę latyfundystów z Brazylii, spowodowały nawet „manewry” oddziałów brazylijskiego wojska w okolicach granicy.

Tak, brazylijski kapitalizm dokonuje bowiem także ekspansji militarnej. Brazylia ma ogromne ambicje związane z rozwojem swoich sił zbrojnych i z rozwojem swojego przemysłu zbrojeniowego (porozumienia z Francją zakładają ogromne brazylijskie zakupy najnowszego francuskiego uzbrojenia, np. myśliwców Rafale, ale także transfer tych technologii do Brazylii). Stanowi to część brazylijskich ambicji rozwoju wysoko zaawansowanych technologii i związanych z nimi przemysłów (Brazylia wśród celów stawia sobie m.in. dziesięsiokrotne zwiększenie do 2022 liczby patentów, osiągnięcie do tego czasu liczby 450 tys. naukowców i 5-procentowego udziału w światowej produkcji naukowej, a także potrojenie liczby inżynierów i wystrzelenie w kosmos własnych satelitów), ale jest to jednocześnie także część wykutego w murach Wyższej Szkoły Wojennej projektu budowy regionalnego imperium.

Ekspansja militarna Brazylii (Brazylia dąży także do budowy własnej broni atomowej) jest odpowiedzią na realistyczną ocenę sytuacji międzynarodowej. Co najmniej od czasu drugiej amerykańskiej inwazji na Irak jest już jasne, że Stany Zjednoczone nie chcą się pogodzić z własną słabnącą pozycją jako globalnego hegemona i gotowe są na wszystko, na każdą formę militarnej przemocy i gwałtów na prawie międzynarodowym, by perspektywę utraty władzy nad światem oddalić. Już administracja poprzednika Luli, Fernanda Henrique Cardoso, nie miała wątpliwości, że narzucona światu przez Amerykanów – jeszcze przed „wojną z terroryzmem” – „wojna z narkotykami” była jedynie pretekstem, propagandową zasłoną dymną umożliwiającą rozmieszczanie wojsk na terenie Ameryki Południowej (Kolumbia, Ekwador, Peru). To dlatego Brazylia nigdy nie udzieliła „wojnie z narkotykami” żadnego poparcia. W połowie lat 90. XX w. brazylijskie elity wojskowe amerykański „antynarkotykowy” Plan Colombia odczytywały jednoznacznie jako bezpośrednie zagrożenie dla Amazonii. W opinii brazylijskich strategów i analityków to nie jest ani przypadek, ani dobry znak, że drugą po tej w Bagdadzie największą amerykańską ambasadą jest od co najmniej dekady placówka w Bogocie, a Kolumbia to czwarty (po Izraelu, Egipcie i Iraku) odbiorca amerykańskiej tzw. pomocy wojskowej. Odkąd w 1999 Amerykanie rozmontowali Howard Base w Panamie, militarna obecność USA w regionie uległa jedynie intensyfikacji. W połowie pierwszej dekady XX w. amerykańskie Southern Command miało do dyspozycji bazy na Kubie (Guantánamo), Portoryko, w Hondurasie, Salwadorze, Ekwadorze, na Arubie i Curaçao, a także sieć 17 naziemnych garnizonów (stałe i jawne w Peru i Kolumbii oraz ruchome i „nieoficjalne” w szeregu państw karaibskich i andyjskich). Brazylijscy stratedzy i rząd PT traktują to wszystko śmiertelnie poważnie. W kwietniu 2010 roku brazylijska prasa podała, że miała miejsce największa od 1964 roku relokacja sił zbrojnych na terenie kraju – przemieszczenie ogromnej liczby wojska do Amazonii właśnie i na płaskowyż w centrum kraju. Innym szczególnie istotnym strategicznie obszarem są te części atlantyckich wód terytorialnych, pod którymi całkiem niedawno odkryto ogromne złoża ropy naftowej.

Biorąc pod uwagę, że ze wszystkich państw globalnego Południa to Brazylia prowadzi najskuteczniejszą dyplomację i dysponuje najlepszymi ekspertyzami stosunków międzynarodowych, a także mając świadomość tego, co w ostatnich dekadach spotykało inne niepokorne wobec Imperium Dolara państwa „siedzące” na ropie naftowej, obawy Pałacu Planalto i tamtejszych elit wojskowych są najprawdopodobniej całkowicie uzasadnione. Amerykański cordon sanitaire wokół największego kraju Ameryki Południowej niepokojąco kojarzy się z pętlą wojskowych instalacji, jaką Amerykanie zbudowali wokół Iranu (tyle tylko, że rozmiary Brazylii i jej położenie nad Oceanem, z niezwykle długą linią brzegową, oraz polityczny renesans sił postępowych u sąsiadów Brazylii, uniemożliwiają podobną jej gęstość). Jeżeli polityka jest sztuką możliwego, to trudno się aż tak bardzo dziwić, że rząd wywodzący się z tradycji robotniczych, socjalistycznych, którego przedstawiciele, jak choćby sama Dilma Roussef, byli w młodości więzieni i torturowani przez aparat przemocy wojskowej junty, wszedł w takiej sytuacji w pragmatyczny sojusz z elitą wojskową, która nigdy specjalnie nie zerwała z tamtymi swoimi tradycjami.

Sytuacja jest dziś otwarta. Długoterminowy rezultat tych procesów jest wciąż nieoczywisty. Jest faktem, że rząd w Brasilii porusza się w rzeczywistości, której warunki narzucone są przez potężne imperium na północy. Imperium, które przez ostatnich kilkadziesiąt lat nigdy nie wahało się nadużywać w stosunku do Ameryki Łacińskiej przemocy; wywoływało wojny domowe, finansowało prawicowe zamachy stanu, a potem przez dziesięciolecia wspierało powstałe w ten sposób dyktatury. Pryncypialny, naiwny pacyfizm Brazylii byłby jej samobójstwem, i to poszerzonym, bo pogrążającym cały kontynent. To, że Ameryka Południowa jest dziś nieporównanie bezpieczniejsza niż 20 lat temu, że USA utraciły tak wiele z dawnych możliwości instalowania tam rządów służących interesom Waszyngtonu i Wall Street, jest prawdopodbnie w decydującym stopniu zasługą asertywności Brazylii i wzrostu jej potęgi, także militarnej. Dalszy wzrost zdolności obronnych Brazylii jest warunkiem bezpieczeństwa całego kontynentu w przyszłości – wszystkie pozostałe kraje kontynentu są wielokrotnie mniejsze i tylko Brazylia ma potencjał umożliwiający długofalowe odsunięcie łap Waszyngtonu od jego bogactw. Jakikolwiek długofalowy postęp społeczny w Ameryce Południowej zależy od ukształtowania się tam autonomicznej, niezależnej od Waszyngtonu, realnie silnej władzy, zdolnej stawić odpór hegemonicznym planom USA.

Largo do Terreiro de Jesus w historycznym centrum Salvadoru

Largo do Terreiro de Jesus w historycznym centrum Salvadoru. Bezdomny mężczyzna śpi w miejscu, gdzie do lat 80. XIX w. biczowano niewolników

Jakim rodzajem mocarstwa będzie jednak Brazylia przyszłości w stosunku do swoich sąsiadów? Historia zna przypadki mocarstw cieszących się swoją pozycją bez uciekania się do przemocy wobec słabszych sąsiadów czy słabszych partnerów wymiany ekonomicznej. Teraźniejszość także zna taki przypadek: Chiny. Zibechi przestrzega jednak przed naturą ekspansywnych ambicji wielkiej brazylijskiej burżuazji, której niekoniecznie chodzi w tym wszystkim o budowę, jak już podbije sąsiednie rynki, kontynentalnego socjalizmu. Jak długo najbardziej pokrzywdzeni ekonomicznie Brazylijczycy – mieszkańcy najbardziej zaniedbanych stanów, takich jak Ceará, Maranhão czy Bahia, oraz masy bezwględnie wyzyskiwanych nisko wykwalifikowanych robotników – będą musieli czekać, aż ich los się poprawi? Kiedy Brazylia będzie wystarczająco silna i wystarczająco bezpieczna, by rozwiązanie ich dramatycznych problemów przestało być odkładane na wieczne poźniej? Zibechi szansę na utrzymanie progresywnego kursu (lub powrót do niego) – a więc na ocalenie tego wszystkiego, co warte w brazylijskiej polityce ocalenia, co koniecznie trzeba w niej ocalić – widzi w sojuszach między brazylijskimi ruchami emancypacyjnymi, ruchami obrony chłopów bez ziemi, pracowników bez kwalifikacji, Indian Amazonii, a podobnymi ruchami protestującymi przeciwko brazylijskiej ekspansi kapitalistycznej w Paragwaju, Peru, Ekwadorze, Boliwii czy Urugwaju. Razem muszą walczyć o właściwe miejsce celów społecznych w rozwojowych projektach, które dla całego kontynentu rysuje Brazylia. Razem muszą walczyć o wyznaczenie granic ekspansywnym ambicjom finansowych elit z Avenida Paulista.

Jest jeszcze jedna kwestia. Historia Brazylii znała już sojusze między ruchami lewicowymi, postępowymi, a sektorami brazylijskiej burżuazji i brazylijską armią. Jak dotąd w najbardziej krytycznych momentach armia i wielka burżuazja nie wahały się przemocą odesłać lewicy na śmietnik, do więzień i na przymusową emigrację, i przejąć całkowitą kontrolę nad całym aparatem państwa. Czy rząd PT jest jakoś na takie ryzyko przygotowany?

 Jarosław Pietrzak

[1] Perry Andreson, Lula’s Brazil, „London Review of Books” nr 7/2011 (31 marca), s. 3-12.

[2] Zob. Np. Lena Lavinas, 21st Century Welfare, “New Left Review” nr 84, Nov/Dec 2013.

[3] Emir Sader, The New Mole: Paths of the Latin American Left, przeł. (na ang.) Iain Bruce, London-New York: Verso 2011.

[4] Raúl Zibechi, The New Brazil: Regional Imperialism and the New Democracy, przeł. (na ang.) Ramor Ryan, Edinburgh-Oakland-Baltimore: AK Press, 2014.

[5] Vijay Prashad, The Poorer Nations: A Possible History of the Global South, London-New York: Verso 2012.

[6] Zibechi, dz.cyt., s. 76.

[7] Ruy Mauro Marini, Subdesarrollo y revolución, Mexico: Siglo XXI, 1974; tegoż, La acumulación capitalista mundial y el subimperialismo, “Cuadernos Políticos” 12, kwiecień-czerwiec 1977.

[8] Marini, Subdesarrollo…, s. 57-58; cyt. za Zibechi, dz.cyt., s. 29.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Bez Dogmatu” (nr 3-4/2014).

Jego nieco zmieniona wersja wchodzi w skład ebooka Notes brazylijski, dostępnego pod postacią plików PDF i MOBI.

Zdjęcia z Brazylii pochodzą z mojego fotobloga Surface and Matter.

Według Ibsena

Franco Moretti, włoski badacz literatury (badacz marksistowski i „ilościowy”) uważa Ibsena za wielkiego – jednego z najwybitniejszych – portrecistów i pejzażystów europejskiej cywilizacji burżuazyjnej. Z całym jej nowym modelem racjonalności – i z całym ciężarem jej nowego zestawu irracjonalności. Moretti zwraca uwagę, że tym, co pozwoliło Ibsenowi na przestrzeni kilkunastu dramatów odmalować tak wszechstronny i przenikliwy krajobraz kapitalizmu i portret klasy społecznej, która go stworzyła i narzuciła światu, jest szczególna perspektywa mieszkańca kraju na obrzeżach kontynentu, do którego kapitalizm w skonsolidowanej postaci przyszedł późno i przeszedł kilka etapów swojego rozwoju w przyspieszonym tempie. Dzięki temu burżua Ibsena reprezentują wszystkie stadia i warianty mieszczańskiej kondycji: od „pozytywistycznego” optymizmu, że cały świat uda się ulepszyć, zracjonalizować, uwydajnić i wycisnąć z niego zysk, właściwego okresom wzrostu, po mroki irracjonalizmów spadające na mieszczański świat w okresach długotrwałych, strukturalnych kryzysów. Na całej przestrzeni tego spektrum mieszczańskiej kondycji właściwe jest (u Ibsena, według Morettiego) poszukiwanie dróg ekspansji (dla własnego ego mieszczanina i dla stojącego za nim procesu akumulacji kapitału) przez wyprawy w sferę swego rodzaju mroku, obszar moralnej szarości. Na tereny, które są nie do końca legalne, nie do końca nielegalne, niekoniecznie zakazane, ale na pewno nieuczciwe.

To dlatego Ibsen, ponad sto lat po swojej śmierci, jest tak popularny i wciąż obecny na scenach Londynu. Miasta, które wciąż jest światową vice-stolicą kapitalizmu finansowego. Miasta, którym rządzą banksterzy z City, mistrzowie ekspansji przez robienie rzeczy na pewno nieuczciwych, co do których odruchowe etyczne intuicje sugerowałyby, że powinny być nielegalne, ale które jakoś mimo to prawie nigdy nie okazują się z punktu widzenia prawa przestępstwami, nawet w tych nieczęstych sytuacjach, kiedy sprawę decyduje się zbadać prokuratura. Kariera Ibsenowskiego starego Ekdala załamała się co prawda przed laty, bo jego akurat sprawiedliwość wysłała do więzienia, ale on był tylko wykonawcą poleceń Haakona Werle, którego nigdy nic za to nie spotkało.

Tej jesieni Barbican Theatre zorganizował, przy wsparciu ambasady Norwegii, poświęcony Ibsenowi międzynarodowy sezon, na którym można było obejrzeć między innymi fenomenalną adaptację Dzikiej kaczki wystawianą przez australijski teatr Belvoir Sydney. Simon Stone wyreżyserował sztukę, którą na potrzeby współczesnego widza „przepisał” z Chrisem Ryanem. Napisaną w 1884 roku sztukę przenieśli we współczesność, usunęli kilka drugoplanowych postaci, pozostawiając tylko sześć najważniejszych, które pozostały ze swoimi norweskimi imionami. Hjalmar i Gina są tu drobnymi przedsiębiorcami, organizują jakieś eventy i przyjęcia, często widzimy przynajmniej jedno z nich przy laptopie. Hedvig jest dyskretnie upodobniona do współczesnych nastolatek, w wersji geek. Zainteresowana Gregersem, żeby dodać mu odwagi, informuje go, że nie jest już dziewicą. Gregers, w pierwszej po latach rozmowie z Hjalmarem, o życiu osobistym w ostatnich kilku latach, o związkach i kobietach, z którymi nic trwałego mu nie wyszło (zostawił kobietę, która go kochała i zaszła w nim w ciążę), żartuje, że myślał nawet, że jest gejem, „ale podobno do tego trzeba czuć pociąg do mężczyzn”. Jednocześnie nic w tych zmianach nie jest na siłę, nic nie jest przesadzone; wszystko ma sens w ramach i w związku z projektem artystycznym i intelektualnym Ibsena. Rozwija jego kluczowe wątki i pokazuje, jak bardzo żyjemy wciąż w tym samym świecie, który Norweg poddawał takiej krytyce. Choć na pierwszy rzut oka tyle tyle się zmieniło – np. w przetasowaniach w moralności seksualnej (imperatyw kolekcjonowania wrażeń zamiast purytańskiej represji) – to wciąż żyjemy w tym samym świecie, którego Realnym jest kapitał, a klasą panującą burżuazja. Artyści z Belvoir Sydney pokazują swoimi zmianami wreszcie kontynuację procesów społecznych i kulturowych, którymi w swoich kilkunastu sztukach zajmował się brodacz ze Skien.

Australijscy twórcy zachowali podstawową strukturę dramatu, który rozwija się ku tej samej kulminacji, ale skondensowali historię do nieco poniżej półtorej godziny: sceny są krótsze, dynamiczne, „zmontowane” trochę jak w filmie, ale historia zasadniczo pozostaje ta sama. Sztuki Ibsena wystawiane w całości trwają zwykle około trzech godzin. Ta kondensacja to coś znacznie więcej niż tylko obawa o uwagę współczesnego widza, czy gest zabiegania o widza młodego, przyzwyczajonego do szybko migających obrazów. Ta kondensacja problematyzuje samo nasze przyzwyczajenie do szybkiej narracji, naszą niezdolność do wygospodarowania trzech godzin uwagi dla jednej odgrywanej na scenie historii.

Nasz czas to bowiem jeszcze jedna płaszczyzna, w której kapitalizm i jego logika, po tym, jak zawłaszczyły już przestrzeń geograficzną (choćby tę z map, o których mówi stary Ekdal w rozmowie z Hjalmarem, w odniesieniu do przekrętów, w które Ekdala wepchnął niegdyś Haakon Werle), podbijają całość naszego świata, jego kolejne wymiary i kolejne płaszczyzny naszego doświadczenia świata, kolonizują krok po kroku każdy zakątek naszego życia. Dziś Internet – z którego Hjalmar i Gina korzystają, by zdobywać klientów dla swojego małego biznesu, a Hedvig z jego pomocą dowiaduje się, co jest nie tak z jej wzrokiem – zwielokrotnił wydajność i tempo komunikacji, i częstotliwość przepływów kapitału, zwiększył także wydajność wielu procesów produkcyjnych.

Wydawać by się na chłopski rozum mogło, że takie postępy w wydajności powinny skutkować większą ilością czasu wolnego dla nas wszystkich. W końcu chyba o to powinno chodzić z tym całym wzrostem produktywności: żeby więcej można było zrobić mniejszym nakładem pracy i ogólnego czasu pracy, czego logicznym, matematycznym rezultatem powinno być więcej czasu na życie poza pracą; na życie po prostu. Na bycie wolnym. Choćby na to, żeby spędzić czasem cztery godziny na pięcioaktowej sztuce w teatrze. A jednak wszyscy mamy coraz mniej czasu na życie, coraz mniej czasu, w którym jesteśmy wolni: pracujemy coraz więcej, sami prosimy o nadgodziny, łapiemy dodatkowe zlecenia na weekendy, na wieczory. Jednocześnie niewielu z nas ma powody mieć wrażenie, że zarabia na tym wszystkim coraz więcej. Nawet, kiedy w naszym własnym, prywatnym czasie zajmujemy się czymś niezarobkowym, jesteśmy wdrożeni, wytresowani do tego, by z wachlarza dostępnych nam możliwości wybierać takie formy spędzania czasu, które jakoś się – niekoniecznie teraz, ale w przyszłości – „opłacą”, choćby dostarczając kilku intrygujących, wyróżniających nas z tłumu zapisów w CV. Nawet, kiedy nie robimy już nawet tego, kontaktując się ze starymi przyjaciółmi przy pomocy mediów społecznościowych, wrzucając tam zdjęcia, uzupełniając informacje o naszym ulubionym filmowcu na IMDB czy na Filmwebie, wciąż wykonujemy pracę zwiększającą rynkową wartość usług, których jesteśmy „użytkownikami” – świadczymy ich dostawcom darmową pracę.

A teraz wróćmy do Ibsena, i do Dzikiej kaczki Belvoir Sydney według Ibsena. Make no mistake: przy całym zróżnicowaniu społecznych i zawodowych ról, które wykonują bohaterowie sztuk Norwega, nie nabrał się on nigdy na takie ideologiczne ściemy jak kategoria „klasy średniej”. Jego bohaterowie, z wyjątkiem kilku krzątających się po domu służących, to burżua, choć nie wszyscy są udziałowcami fabryk, stoczni czy ubezpieczalni. Zgodnie z uzupełniającą Marksa definicją Immanuela Wallersteina, podział na burżuazję i proletariat wciąż jest aktualny, również w rzeczywistości przedstawionej przez Belvoir Sydney, o ile tylko zrozumiemy, że burżuazja to przede wszystkim klasa żyjąca z dostępu do wartości dodatkowej przechwyconej z pracy innych ludzi, którzy wynagradzani są jednynie częścią wartości produktu swojej pracy, bez jej wartości dodatkowej (oni stanowią proletariat).

Skoro już padło nazwisko Wallersteina, wraz z jedną z wielu jego propozycji, wyciągnijmy też inną, bo ma znaczenie dla odczytania tego przedstawienia. Wallerstein podkreśla, że z rozwojem kapitalizmu toczą się dwa równoległe procesy społeczne: obok – albo raczej ponad – dobrze od dawna marksistom znanej proletaryzacji mas skazanych na sprzedaż jedynego, co im zostało do wymiany na rynku, czyli własnej siły roboczej, toczy się równoległy proces burżuazyfikacji, formowania się i ekspansji specyficznie kapitalistycznych klas dominujących, oraz asymilacji klas dominujących pochodzących z innych formacji społecznych. Proces burżuazyfikacji jest jednym z wielkich tematów Ibsena, wyciągniętym przez twórców z Belvoir Sydney szczególnie wyraziście na wierzch zmianami w tekście i pomysłami inscenizacyjnymi.

Oprócz stopnia, do jakiego czas naszego życia skolonizowany jest przez służące ekspansji burżuazji mechanizmy akumulacji kapitału, wskutek którego nikt już sobie nie pozwala na wystawianie sztuk w pełnych pięciu aktach, nie przegapmy szklanych ścian, za którymi toczy się (prawie) całe przedstawienie. Niczym w akwarium. Pomysł narodził się pewnie w odpowiedzi na praktyczny problem: jak bez wyrządzania krzywdy zwierzęciu osiągnąć pewność, że kaczka (żywy ptak występuje w przedstawieniu) nie wymknie się spod kontroli, nie przestraszy się, albo nie zapragnie po prostu polatać sobie nad publicznością?

Ale rozwiązanie to ma daleko posunięte konsekwencje dla ostatecznego odczytania Ibsena przez Stone’a, Ryana i ich kolegów z Belvoir Sydney. Potęguje bowiem wrażenie osaczenia, ograniczenia, uwięzienia bohaterów w wąskich ramach czegoś na kształt akwarium (szklanej klatki), odcinającego ich od szerszej przestrzeni, od tlenu nawet. Okazuje się, że proces burżuazyfikacji, proces ekspansji kapitalizmu i podboju świata przez burżuazję i jej „wartości” nawet klasie beneficjentów tego procesu nie daje żadnej wolności naprawdę wartej tego słowa. To dlatego, że skuteczny proces burżuazyfikacji, wraz z coraz efektywniejszym wyciskaniem ze świata i z życia wartości dodatkowej, wymaga obracania dosłownie wszystkiego na obraz i podobieństwo burżuazji jako klasy oraz procesu waloryzacji kapitału jako podstawy istnienia tej klasy. W doskonale zburżuazyfikowanym świecie każdy staje się kartą w księdze rachunkowej, bilansem zysków i strat, przychodów i rozchodów, wydatków i zwrotów, aktywów i zobowiązań. Każdy staje się saldem, różnicą między „winien” i „ma”. Hedvig popełnia samobójstwo, bo zrozumiała, że w takich kategoriach – jako córka innego mężczyzny, niż ten, który ją wychował; jako tracąca bezpowrotnie wzrok; jako „dowód winy” swojej matki – jest dla świata tylko źle ulokowaną, chybioną inwestycją, wydatkiem, który się nie zwróci, jednym wielkim niespłacalnym debetem. Dominujący także są zdominowani przez własną klasową dominację. Jej zniesienie wyzwoliłoby wszystkich ludzi.

Jarosław Pietrzak

 

The Wild Duck, reż. Simon Stone, scen. Simon Stone i Chris Ryan wg Dzikiej kaczki Henrika Ibsena. Występują: Brendan Cowell (Hjalmar Ekdal), John Gaden (Haakon Werle), Anita Hegh (Gina Ekdal), Richard Piper (Ekdal), Sara West (Hedvig Ekdal), Dan Wyllie (Gregers Werle). Produkcja: Belvoir Sydney.

Kazimierz Malewicz suprematyzm

Malewicz w Tate Modern

Londyńskiej galerii Tate Modern można postawić wiele zarzutów i niejedno mieć za złe. Tate jest jedną z tych wielkich, wpływowych na skalę światową instytucji kulturalnych Wielkiej Brytanii, w której problem uzależnienia współczesnego „pola sztuki” od wielkiego biznesu (od „pola władzy ekonomicznej”) jest szczególnie widoczny. Nie jest to nowy proces; w tę stronę popchnęła te instytucje Margaret Thatcher i cięcia, jakimi jej rząd uderzył w ich publiczne finansowanie. Thatcher była kulturalną ignorantką i nienawidziła wszystkiego, co funkcjonowałoby poza „wolnym” rynkiem, w publicznie finansowanej przestrzeni publicznej. Ale także, jak zauważył kiedyś Hanif Kureishi, szczerze nienawidziła sztuki za możliwości ekspresji, jakie oferuje krytyce społecznej, strategiom politycznego niezadowolenia, gniewu i oporu. Instytucje w rodzaju Tate Modern od tamtego czasu rozwijały i pogłębiały swoje ekonomiczne kontakty ze sponsorami z kręgów wielkiego biznesu i wielkiego kapitału, w tym moralnie najbardziej podejrzanych biznesów, takich jak korporacje naftowe czy organizacje przestępcze – przepraszam – finansowe City of London. Dzięki uzyskiwanym w ten sposób coraz większym środkom współtworzyły też kolejny problem: przekształcenie współczesnego rynku sztuki w irracjonalne, zupełnie obłąkane kasyno, w którym zwłoki rekinów w formalinie i dziesiątki regałów z lekarstwami podpisane nazwiskiem Damiena Hirsta zgarniają wielomilionowe jackpoty, kolosalne pieniądze cyrkulują w wąskim kręgu wylosowanych przez rynek twórców i galerii, ale sytuacja ekonomiczna przeciętnego twórcy z roku na rok jest coraz bardziej niestabilna i zagrożona, bo zwycięzcy biorą wszystko.

Tate sama temu wszystkiemu, oczywiście, winna nie jest, i trzeba jej przyznać, że podejmuje starania, by uzyskać tych grzechów odpuszczenie. Na przykład organizuje wspaniałe wystawy retrospektywne, które dzięki możliwościom tak silnej instytucji są w stanie zgromadzić kompletny przegląd twórczości artysty i czasami po prostu nie mają sobie równych. Wystawy Joana Miró, Gerharda Richtera, Yayoi Kusamy czy Alighiero Boettiego to były przeżycia, których się nie zapomina.

Jakby tęskniąc skrycie za logiką inną niż ta, którą narzuca totalitarna władza über-rynku, Tate Modern szczególną sympatią, jeśli chodzi o organizowanie retrospektyw, wydaje się darzyć twórców o orientacji jasno lewicowej. Tak jest z dobiegającą już końca retrospektywą Kazimierza Malewicza, która bez wątpienia należy do tych wystaw, które na długo pozostaną w pamięci.

*****

Fabryka obala dwóch poprzednich mówców i mówi: „Stworzę od nowa świat i jego ciało, przekształcę świadomość człowieka, uczynię człowieka wszechobecnym, mocą znajomości wszystkich tych doskonałości, które są we mnie, a świat będzie we mnie wcielony […] Ja będę tym, który wie wszystko, ja będę Bogiem, Bogiem jedynym, który zna wszystkie sprawy wszechświata. Wszystkie żywioły Natury razem we mnie będą zebrane, i będę wiecznością. Dam człowiekowi dar wzroku, słuchu, mowy w całej wielości przestrzeni, zrekonstruuję mechanikę jego ciała podług doskonałych wzorów. Ludzką wolę mieć będę jako składnik mojego własnego płynnego funkcjonowania, zaabsorbuję moc wiatru, wody, ognia i atmosfery, uczynię je wszystkie wyłączną własnością człowieka. A kiedy wszystko powiedziane już będzie i zrobione, cały ten świat, będący dotąd tylko nieudanym technicznym eksperymentem Boga, zostanie przeze mnie przebudowany i stanie się dobry”. Cóż to więc przemawia do nas w tak śmiały sposób ustami Fabryki? To sam Bóg wykrzykuje przez usta Fabryki.

Kazimierz Malewicz (Bóg nie został obalony, teza 30, Witebsk 1920, wyd. 1922)[1]

 

Malewicz jest jednym z tych artystów, których jakąś znajomość posiada każdy człowiek z minimum edukacji humanistycznej i kulturalnej, ale którzy jednocześnie w świadomości wielu istnieją głównie w połączeniu z jakimś wąskim wycinkiem dorobku, jeżeli nie po prostu z jednym najsłynniejszym dziełem. W przypadku Malewicza – jest to malarstwo suprematystyczne lub czasem po prostu sam najbardziej definitywny Czarny kwadrat na białym tle (z których pierwszy, bo było ich potem jeszcze kilka, różnych rozmiarów i o różnym stosunku kwadratu do tła, namalowany został w 1915). Olbrzymią zasługą wystawy jest właśnie przypomnienie i zebranie w jednym miejscu „całości” Malewicza. Jest to całość niezwykle burzliwa: życie artysty z ogromnego lecz peryferyjnego kraju, który w 1917 roku wywrócił historię do góry nogami i stał się jednym z politycznych centrów świata, wygląda w niej jak swego rodzaju podróż w czasie: przyspieszona podróż przez wszystkie stawki nowoczesności, w każdym razie wszystkie „dotamtychczasowe” jej stawki.

1078

 

 

Malewicz urodził się na cztery lata przed śmiercią Karola Marksa, w Kijowie, według obowiązującego wówczas w Rosji kalendarza – 11 lutego 1879 roku, jako pierwszy z czternaściorga dzieci w polskiej rodzinie. Jego polską tożsamość kulturową podkreślało łatwo w Rosji rozpoznawane jako katolickie imię Kazimierz. Jako przedstawiciel mniejszości jednocześnie etnicznej i religijnej, nie mającej wówczas nigdzie w Europie własnego państwa narodowego, w młodości Malewicz pragnął przede wszystkim wyemancypować się z ograniczeń takiej tożsamościowej przynależności: pragnął stać się artystą nie-mniejszościowym, w pełni i prawomocnie rosyjskim. Pragnął to osiągnąć włączając się w tematyczne kręgi rosyjskiego malarstwa figuratywnego. To – „zostać artystą rosyjskim”[2] – mu się w pewnym sensie udało: jego nazwisko jest dziś na całym świecie zapisywane zawsze w transliteracji z rosyjskiego.

Ale „zostać artystą rosyjskim” to był tylko nieśmiały początek gorączkowych ambicji, aspiracji i poszukiwań Malewicza. Odkąd w 1906 przeniósł się (z Kurska, dokąd jego rodzina przeprowadziła się z Kijowa w 1896) do Moskwy, znalazł się w kosmopolitycznym artystycznym środowisku z dostępem do wielkich kolekcji nowoczesnej zachodniej sztuki (zbiory Siergieja Szczukina i Iwana Morozowa dawały ogląd historii francuskiego malarstwa od impresjonizmu do kubizmu). Malewicz wchodził w gorączkowy dialog z tym wszystkim, czego się stopniowo uczył o sztuce modernistycznej i o ideach, z którymi ta sztuka rezonowała i do których nawiązywała. Przeszedł w swojej twórczości etapy od symbolizmu i impresjonizmu po kubofuturyzm, przyswajając i filtrując przez siebie kluczowe style i nurty nowoczesnego malarstwa. Zanim wystąpił ze swoimi kompozycjami suprematystycznymi, nauczył się malować na wszystkie inne kluczowe sposoby do tamtej pory wypracowane w nowoczesnej gorączce zachodnioeuropejskiego pola sztuki. Wystawa w Tate Modern składa się z sal kapitalnie reprezentujących poszczególne etapy tego procesu. Przemierzywszy w przyspieszonym tempie wspólną drogę starszych zachodnich kolegów po fachu, postanowił ich wyprzedzić, zapoczątkowując to, co sam nazwał malarstwem suprematystycznym (kompozycje prostych figur geometrycznych i linii w ograniczonej liczbie barw).

Malewicz nie posiadał gruntownego wykształcenia humanistycznego, był jednak niezwykle chłonny na wszystko, z czym spotykał się w kontaktach i rozmowach z twórcami i intelektualistami prowadzącymi własne poszukiwania w innych dziedzinach kultury. Pierwsze eksperymenty Malewicza z malarstwem posługującym się abstrakcyjnymi, niefiguratywnymi motywami zainspirowane były jego kontaktami z poetami futurystycznymi i ich zabawami słowotwórczymi. W Tate można zobaczyć projekty a także zapis filmowy jednej z inscenizacji futurystycznej opery Zwycięstwo nad Słońcem, skomponowanej przez Michaiła Matiuszyna, z librettem Aleksieja Kruczenycha, do której scenografię i kostiumy stworzył Malewicz.

suprematism-1915-7

Malewicz, jaki wyłania się z wystawy w Tate Modern, to artysta zaangażowany w wyścig „izmów” wysokiego modernizmu ze względu na specyficzne, autonomiczne stawki pola produkcji kulturowej i osiągnięcie wśród nich „zasłużonego”, wysokiego miejsca (być może stąd właśnie zdarzało mu się antydatowanie niektórych obrazów: żeby wykazać jak bardzo wyprzedzał współczesnych?) – ale bynajmniej nie tylko ze względu na nie. Przede wszystkim ze względu na najwyższe stawki nowoczesności i centralne obietnice Oświecenia, te leżące w i odnoszące się do porządku rzeczywistości społecznej.

Owszem, w samym Malewicza rozumieniu stworzonego i nazwanego przez siebie (a potem przez siebie propagowanego w instytucjach artystycznych) suprematyzmu, tkwi niewątpliwy element może niekoniecznie arogancji, ale na pewno przekonania o własnej wielkości. Dialektyczny proces rozwoju sztuki nowoczesnej w diagramach i tabelach przygotowywanych na potrzeby dydaktyczne na zajęcia ze studentami (są na wystawie) Malewicz ukazywał tak, by suprematyzm był rozumiany jako swego rodzaju zwieńczenie i punkt właściwie docelowy sztuki modernistycznej. Cały proces dydaktyczny witebskiego Unowisu polegał na kształceniu młodych artystów poprzez kolejne style modernizmu aż do suprematyzmu, jako przedstawiciele którego mieli oni opuścić szkołę i z czarnymi kwadratami na sztandarach wkroczyć na scenę ideologiczną okresu komunizmu wojennego. W tym sensie sama nazwa suprematyzmu ma coś na kształt drugiego znaczenia: Malewicz mówił o supremacji (czyli dominacji) czystego wrażenia estetycznego nad zadaniem przedstawiania jakichkoliwiek form zaczerpniętych ze świata realnego, ale z tych wszystkich jego tabeli i wykresów można odnieść usprawiedliwione wrażenie, że dominacja nad innymi nurtami w sztuce, status kulminacji, punktu szczytowego w całej historii sztuki Zachodu, też mu się nieśmiało, a może całkiem śmiało, roił.

suprematism-1915-3

Ale Malewicz myślał o sztuce nowoczesnej jako o części procesu emancypacyjnego ludzkości, walki o ludzką emancypację. Dialektyka „izmów” sztuki wysokiego modernizmu była dla niego drogą w poszukiwaniu tego celu. T.J. Clark w poświęconym Witebskowi doby komunizmu wojennego rozdziale[3] swoich epizodów z historii artystycznego modernizmu doskonale odmalowuje atmosferę okresu, w którym zaangażowani w projekt rewolucyjny intelektualiści i artyści, w tym Malewicz i jego uczniowie (jak El Lissitzky) wierzyli, że utopia wyzwolenia ludzkości z eksploatacji i przemocy społeczeństwa klasowego naprawdę jest już za zakrętem historii, wykuwana w chaosie pierwszych lat po Rewolucji. To było środowisko, w którym gorąco zaangażowany w ideę komunizmu Malewicz naprawdę mógł na poważnie wierzyć, że historia rozumiana jako dzieje walki o emancypację ludzkości, jako historia walki klas, dobiegnie wkrótce końca. To znaczy osiągnie spełnienie. Malewicz spodziewał się więc, że w tym samym procesie swoje zwieńczenie i swego rodzaju „rozwiązanie” osiąga również historia sztuki.

Rewolucyjny, emancypacypacyjny wymiar suprematyzmu leżał dla jego twórcy w potencjale stworzenia nowego, dynamicznego języka wizualnego, który zamiast na klasowej dystynkcji wyrafinowanych form odwołujących się do – mówiąc późniejszym językiem Pierre’a Bourdieu – kapitału kulturalnego odbiorców uprzywilejowanych na tyle, by przymiotami tego kapitału się szczycić, odwoływał się do prostych, elementarnych, egalitarnych form wizualnych: czytelnych figur geometrycznych, linii i kilku, a czasem nawet tylko jednego (w obrazach malowanych „biało na białym”) koloru. Ale było w tym też coś jeszcze, coś, co dzisiaj skłaniałoby nas nawet do lektury przez pryzmat myśli postsekularnej.

Dla Malewicza Czarny kwadrat zawierał w sobie wszystkie inne formy i barwy. Nie tylko w przenośni. Kuratorzy i historycy informują, że pod powierzchnią pierwszego kwadratu, tego z 1915, znajduje się bardziej złożona kompozycja, dopiero w ostatecznej wersji sprowadzona do słynnego czworokąta (w rzeczywistości nie jest to, wbrew tytułowi, doskonały kwadrat). Czarny kwadrat proponował formę, która zawarła w sobie wszystkie inne dotychczasowe (społeczne) formy i je przekroczyła proponując formę uniwersalną. Czarny kwadrat otwierał swego rodzaju okno na post-rewolucyjne społeczeństwo przyszłości, wolne społeczeństwo, które z chaosu Rewolucji miało się wyłonić; społeczeństwo, w którym wszystko było jeszcze możliwe i „do zrobienia”.

Ale Czarny kwadrat to też swego rodzaju świecki, rewolucyjny „Duch Święty”.

Malewicz był świetnym kuratorem swojej własnej twórczości[4]. Pierwsza wystawa, na której publicznie zaprezentował, wraz z innymi obrazami suprematystycznymi, swój Czarny kwadrat na białym tle (zatytułowana Ostatnia futurystyczna wystawa malarstwa 0,10, grudzień 1915 – styczeń 1916), ulokowała najsłynniejsze dzieło suprematyzmu pod sufitem w lewym górnym rogu pomieszczenia, w miejscu, które kojarzy się w Rosji z tym, gdzie w tradycyjnych prawosławnych domostwach wiesza się ikonę (układ przestrzenny tej słynnej wystawy został w jednej z sal Tate Modern odtworzony). Czarny kwadrat byłby więc czymś niemal sakralnym, czy może bałwochwalczym zamachem na kody religijne? A może właśnie „Duchem Świętym” w materialistycznym sensie, w jakim dziś reinterpretują dziedzictwo chrześcijańskie (jako wciąż warte obrony z lewicowego punktu widzenia) filozofowie tacy jak Alain Badiou i Slavoj Žižek, czy nawet Terry Eagleton? Duch Święty jako, powiedzmy, uniwersalna wspólnota wszystkich ludzi – „Fabryka” w witebskich pismach Malewicza – która bierze swój zbiorowy los w swoje kolektywne ręce, decyduje się na odwagę wspólnego, politycznego kształtowania swojej własnej przyszłości i świata, w którym razem żyje. Niepewność i groza, ale i spektakularne możliwości, jakie ta odwaga otwiera – na to wszystko oknem jest Czarny kwadrat. (To takie, „metafizyczne” poniekąd podejście do problematyki rewolucji społecznej w sztuce spowoduje później, już po przejęciu władzy w ZSRR przez Stalina, formułowane przez wrogów Malewicza oskarżenia, że prowadzi on „sponsorowany przez państwo klasztor”.)

Ale w pewnym momencie, w geście jeszcze jednej radykalnej konkluzji i kolejnego intelektualnego cięcia Malewicz doszedł do wniosku, że czy to królewskie, czy mieszczańskie portrety, czy też suprematystyczne trójkąty, koła i kwadraty, malarstwo jako takie – malarstwo w ogóle – jest częścią społeczeństwa klasowego; częścią rzeczywistości, w której uprzywilejowane klasy społeczne żyją z ucisku większości i z tego, co wycisną z tego ucisku, stać je na wieszanie sobie na ścianach obrazów lub spędzanie czasu wolnego w galeriach malarstwa. Malarstwo jest więc częścią takiego społeczeństwa, o jakiego zniesienie przecież w Rewolucji chodzi. „Malarstwo umarło, jak stary porządek, ponieważ było jego organiczną częścią”, zadeklarował już w 1919. Malewicz na całe lata porzucił właściwie malarstwo, poświęcając się między innymi nauczaniu, pisaniu (między innymi o tym, że trójkąty i kwadraty, zamiast płócien, pokrywać powinny kadłuby i skrzydła samolotów, ówczesnych symboli nowoczesności) oraz „architektonom”, tym dziwnym niby-modelom architektonicznym, poszukującym dla suprematystycznej estetyki bardziej praktycznych zastosowań, choć co do praktycznych możliwości realizacji większości z tych modeli jako budowli miewano więcej niż wątpliwości.

***

Powrót Malewicza w późnym okresie twórczości – w okresie stabilizacji „panowania” Stalina na Kremlu – do malarstwa figuratywnego (od roku 1927 do śmierci w 1935), bywa często, dość odruchowo, interpretowany jako ugięcie się artysty pod ciężarem ideologicznych i estetycznych dekretów stalinowskiego socrealizmu, z punktu widzenia których eksperymenty kulturalne okresu Rewolucji i lat 20. XX wieku były niebezpiecznym formalistycznym odchyleniem. W poświęconym temu okresowi w twórczości Malewicza eseju pomieszczonym w towarzyszącym wystawie książkowym katalogu Evgenia Petrova[5] słusznie broni tych obrazów przed powierzchownym ocenianiem ich w ten sposób. Niektóre obrazy z tego okresu są naprawdę bardzo piękne (mój ulubiony: Trzy postacie z 1928) i zbywanie ich jako przejawu kapitulacji wobec oczekiwań socrealizmu jest wyrazem albo złej woli, albo intelektualnego lenistwa. I nie chodzi wcale o to, że sąsiedztwo z socrealizmem automatycznie dyskwalifikowałoby jakąkolwiek twórczość – Agata Pyzik w swojej wydanej niedawno książce zaproponowała błyskotliwą i intrygującą obronę socrealizmu[6], po której nic nie jest już w tej sprawie takie samo. Chodzi raczej o to, że oprócz tego, iż niektóre z nich przedstawiają chłopów i robotników, estetycznie nic w nich nie przypomina malarstwa socrealistycznego. Petrova popełnia jednak w swoim eseju inny błąd, dość pospolity wśród intelektualistów wschodniej części Europy, polegający na wczytywaniu w dzieło na siłę religii i na dodatek rozumieniu tam tej rzekomej religii jako szlachetnej formy wewnętrznego, osobistego oporu wobec stalinizmu (a może w ogóle komunizmu). Na „dowód” Petrova wyciąga między innymi witebskie pisma Malewicza z okresu pracy w Unowisie. Choć na przemian z „Fabryką” pojawia się tam i „Bóg” (wraz ze „Sztuką”, „Kościołem”, itd.), za „Bogiem” u Malewicza, gorąco przywiązanego do Rewolucji, nie stoi nic, pod czym podpisałby się statystycznie prawdopodobny ksiądz czy pop. Jeżeli już, stanowią one sugerowaną przeze mnie wcześniej swego rodzaju Malewicza „intuicję postsekularną”, przeczucie antropologicznego podobieństwa w sposobie, w jaki człowiek odczuwa objawienie religijne i zaangażowanie polityczne.

self-portrait-1933

Z powrotu Malewicza do malarstwa figuratywnego ja wyczytałbym natomiast kilka innych rzeczy. Wpływ nie tyle socrealizmu, co powrotu kosmopolitycznego humanizmu jako nadającego ton radzieckiej kulturze lat 30. XX wieku[7]. Zrozumienie, że wraz z tym, co wyłoniło się z Rewolucji Październikowej (w pewnym momencie: stalinizm) historia bynajmniej nie dobiegła jeszcze końca, w tym końca nie dobiegła historia klasowej niesprawiedliwości i walki z tą niesprawiedliwością, a więc historia walki o emancypację ludzką. Zrozumienie, wraz z którym przyszła i swego rodzaju pokora, także wobec faktu, że sztuka operująca abstrakcyjnymi figurami, na której też, jak się okazało, wcale nie zamknęła się historia sztuki, jest być może znacznie bardziej niezrozumiała i niedostępna, a więc też znacznie mniej komunikatywna, niż się Malewiczowi oraz jego kolegom i uczniom wydawało w okresie najintensywniejszej gorączki suprematyzmu. Jeżeli można tu mówić o Malewicza kapitulacji, to nie wobec estetycznych dekretów Kremla. Tym, co skapitulowało, skuliło ogon, były Malewicza własne, wcześniejsze – jasne już było, że przesadzone – wyobrażenia, że „skok ludzkości z Królestwa Konieczności do Królestwa Wolności” już się dokonuje, jeszcze tylko czekamy na lądowanie u celu. Przy tym wszystkim: jednoczesna tęsknota za wizualnym językiem zdolnym wyrażać abstrakcyjne idee. Tęknota odbijająca się w tajemniczych gestach dłoni, które niczym znaki jakiegoś nieznanego migowego języka, gestykulacyjnego szyfru czy orientalnego tańca, wykonuje wiele portretowanych przez późnego Malewicza postaci, w tym on sam na swoim słynnym autoportrecie z 1933; także w dziwnie „średniowiecznych” czy „renesansowych”, jakby pochodzących z innego kontekstu, kompozycjach i szatach przedstawianych współczesnych postaci.

Zza tamtej z kolei tęsknoty zerka czasem jeszcze jedna, z nią związana, ale jednak osobna w swojej specyfice: za tym momentem, kiedy nic nie było jeszcze przesądzone, kiedy przesądzony nie był jeszcze dryf w stronę stalinizmu; kiedy wszystko (a więc wolność i równość wszystkich ludzi, wolność z okowów społeczeństwa klasowego) było jeszcze możliwe. Na znak tej tęsknoty wiele z tych późnych obrazów w funkcji sygnatury zamiast nazwiska twórcy nosi mały czarny kwadracik z białą ramką, umieszczony gdzieś w dolnym rogu.

Jarosław Pietrzak

Przypisy

[1] Cyt. za T.J. Clark, Farewell to an Idea: Episodes from a History of Modernism, 1999, s. 237.

[2] John Milner, Malevich: Becoming Russian, [w:] Malevich, red. Achim Borchardt-Hume, London: Tate Publishing 2014, s. 34-38.

[3] T.J. Clark, Farewell…, s. 225-297 (rozdział 5, God Is Not Cast Down).

[4] Christina Lodder, Malevich as Exhibition Maker, [w:] Malevich, s. 94-98.

[5] Evgenia Petrova, From Suprematism to Supranaturalism: Malevich’s Late Works, [w:] Malevich, s. 164-169.

[6] Agata Pyzik, Poor but Sexy: Culture Clashes in Europe East and West, Winchester-Washington: Zero Books 2014, s. 165-220.

[7] Por. Katerina Clark, Moscow, the Fourth Rome: Stalinism, Cosmopolitanism, and the Evolution of Soviet Culture, 1931-1941, Cambridge-London: Harvard University Press, 2011; Slavoj Žižek, W obronie przegranych spraw, przeł. Julian Kutyła, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2008, s. 203-252.

The Old Vic_The Crucible_Richard Armitage (John Proctor) and Samantha Colley (Abigail Williams) photo credit Johan Persson

Polityczne rytuały Yaël Farber

Susannah Clapp z dziennika „The Guardian” szła na „Czarownice z Salem” („The Crucible”) Arthura Millera, wystawiane latem 2014 na deskach londyńskiego Old Vica, „na wpół spodziewając się, że reżyser Yaël Farber przeniosła akcję z Massachusetts roku 1692”. Szczerze mówiąc, ja też. W każdym razie, zastanawiałem się, czy poszła w tym kierunku i zadawałem sobie pytanie, na czym – jeśli tak – polegać będzie tym razem cały koncept. Podobnie jak Clapp wciąż mam bowiem przed oczyma absolutnie wspaniałą inscenizację Panny Julii Augusta Strindberga, która wstrząsnęła festiwalem w Edynburgu w 2012 r., a którą ja widziałem później, w 2013, w teatrze londyńskich Riverside Studios. Było to pierwsze z trzech widzianych przeze mnie dotąd spektakli w reżyserii Farber.

Julie i John

Nie wiem, czy Strindberg był mizoginem, być może był – powiedziała po spektaklu w Riverside Studios piękna reżyser z południowoafrykańskiego Johannesburga. – Ale wynalazł niezwykle potężny wehikuł narracyjny. Mężczyzna i kobieta, w ciągu jednej nocy, rozmawiają i dają się ponieść pożądaniu, uderzając w całą strukturę swojego społeczeństwa.

Pod zafrykanizowanym tytułem Mies Julie kryje się adaptacja najsłynniejszej i najczęściej do dziś granej sztuki największego szwedzkiego dramaturga. Produkcja Baxter Theatre Centre Uniwersytetu Kapsztadzkiego objechała światowe sceny i znalazła się w dziesiątce najlepszych produkcji teatralnych 2012 roku według „New York Timesa” i pierwszej piątce według „Guardiana”.

Farber mówi, że chciała wydobyć na powierzchnię skandal i siłę rażenia, które sprawiały, że napisanej w 1888 roku tak długo nikt nie miał wówczas odwagi wystawiać w jej rodzimej Szwecji. Przeniosła akcję na burską farmę po zniesieniu apartheidu. Julie (Hilda Cronje) jest białą córką właściciela, jej sceniczyny partner (Bongile Mantsai) ma tym razem angielskie imię John i jest jednym z czarnych pracowników jej ojca. Krystyna stała się Christine (Thoko Ntshinga), nie jest narzeczoną a matką Johna. Ona również pracuje na farmie, tu się urodziła i spędziła całe życie. Rzeczywistość ekonomiczna nie uległa w tym mikroświecie zasadniczym przeobrażeniom po oficjalnym zniesieniu formalnej rasowej segregacji i wygląda na to, że długo jeszcze nie ulegnie. Utrwalona jest w strukturze własności, od której John i Christine, jak i inni o tym kolorze skóry, są odcięci, skazani na konieczność sprzedaży swojej niedowartościowanej pracy białym właścicielom. W stosunku do ojca Julie – nieobecnego tej nocy – pozostają ekonomicznie w położeniu quasi-niewolniczym (John zalega Burowi jeszcze trzy swoje przyszłe wynagrodzenia, na poczet kosztów naprawy podłogi uszkodzonej przez Christine, która w napadzie szału chciała się pod nią dokopać do grobów przodków, na których kościach wyrosło burskie bogactwo).

Jest jeszcze czwarta, nie występuąca w oryginalnej Pannie Julii postać: snująca się czasem po i wokół sceny, czasem nucąca gdzieś z jej boku swoje stare plemienne melodie Ukhokho (Tandiwe Nofirst Lungisa). Nie uczestniczy bezpośrednio w akcji, jest duchem, reprezentuje czarnych przodków i ich bolesną przeszłość, duchy zmarłych i pokrzywdzonych wciąż obecne w społecznej, ekonomicznej i symbolicznej przestrzeni farmy.

U Farber napięciu seksualnemu między bohaterami odpowiada stopień fizycznego napięcia, w jakim przez cały czas przedstawienia znajdują się poruszające się szybko i gwałtownie, jakby cały czas gotowe do ciosu, skoku lub orgazmu, ciała Cronje i Mantsaia. Cronje ma w sobie coś z Cate Blanchett. Mantsai, z wykształcenia tancerz, to góra doskonale wyrzeźbionych, imponujących mięśni, jest do tego znacznie wyższy niż drobna Cronje. Rezultatem jest elektryzujące napięcie w grze statusów i pozycji, która walczy u nich o pierwszeństwo z pulsującym pożądaniem. John bez wątpienia dominuje fizycznie, ale jego położenie jest beznadziejnie słabe wobec Julie, która zajmuje pozycję siły na płaszczyznach klasy, własności i rasy. Jednocześnie jej pozycja w ramach swojej klasy jest znacznie słabsza, niż John to sobie wyobraża, bo jako kobieta jest tylko córką właściciela domu i ziemi. Sama właściwie nic materialnego – oprócz „pozycji”, koloru skóry, nazwiska ojca – póki co, nie posiada. John, mimo iż autentycznie jej pożąda i od dawna był w dziewczynie zakochany, za swoje upokarzające położenie chciałby się odegrać, sięgając po jedyne współrzędne, jakie potencjalnie dawałyby mu nad dziewczyną przewagę: ideologiczne współrzędne męskiej dominacji i siłę fizyczną.

“Love is not possible in this mess…” – mówi w pewnym momencie John. Bajzel, który tak naprawdę ma na myśli, to oczywiscie nie tylko kuchnia, w której rzecz się toczy, a cała rzeczywistość urasowionego społeczeństwa klasowego, w którym jedni żyją kosztem i z pracy innych, dzięki wyzuciu ich i wykluczeniu z własności. Rzeczywistość, która niszczy wpisaną w człowieka możliwość lepszych, prawdziwszych relacji z innymi; która nasyca te relacje przemocą i zmusza ludzi do walki o utrzymanie bądź zdobycie pozycji, a w rezultacie do zachowań reprodukujących jedynie i umacniających taką strukturę rzeczywistości. Kosztem ich własnego szczęścia, kosztem tego, czego naprawdę pragną, gdyby tylko mogli odrzucić role przypisane im w klasowym rozdaniu.

Transfer „wielkiego” tekstu literackiego w nowy, zwykle współczesny kontekst, może grozić ześlizgnięciem się w banał przypominający rozprawkę prymusa o tym, że ten a ten klasyk jest „wiecznie żywy” i „wciąż aktualny”. Farber odniosła jednak ogromny sukces, bo nie poprzestała na udowadnianiu „ponadczasowości”; potrafiła za sprawą tego transferu osiągnąć ogromny intelektualny, poznawczy i krytyczny zysk. Rozciągnęła Strindbergowską krytykę społeczeństwa burżuazyjnego na peryferie kapitalistycznego świata. Kapitalistycznego świata również i na peryferiach urządzonego na zgubny obraz i podobieństwo burżuazji: zburżuazyfikowanego, jakby mógł powiedzieć Immanuel Wallerstein, tyle, że z elementami lokalnego kolorytu. Udało się Farber pokazać rasę jako przebranie i zasłonę dymną klasy oraz jej przedłużenie czy projekcję na skalę światową; jako ideologiczną funkcję niesprawiedliwego podziału pracy, własności i wartości dodatkowej. Udaje się jej pokazać niepełność – bądź wręcz pozorność – liberalnej emancypacji kobiety w ramach społeczeństwa klasowego. Emancypacja Julie jest możliwa kosztem wyzysku pracowników jej ojca, a więc i innych kobiet, takich, jak Christine. Pozostaje niepełna, a koniec końców i tak zwieńczy ją porażka. Więźniami relacji dominacji są obydwie strony tej relacji: zniesienie relacji dominacji wyzwoliłby wszystkich ludzi.

Prawa do adaptacji przepisanego przez Farber Strindberga do lokalnych warunków w innych częściach świata zostały zakupione przez twórcow teatralnych w innych krajach, między innymi Ameryki Łacińskiej. Farber, która jest Żydówką, wyznała, że marzy jej się, by ktoś zrobił to samo w Izraelu/Palestynie. Przyznaję, że też bardzo chciałbym coś takiego zobaczyć.

Zgwałcone

Nirbhaya, kolejne dzieło Farber, miało swoją oficjalną premierę ponownie na festiwalu w Edynburgu, rok później. Zanim jej ekipa tam jednak z gotowym przedstawieniem wylądowała, Farber pokazała kilka nieoficjalnych, przedpremierowych spektakli znowu w (zamkniętych właśnie) Riverside Studios. Widziałem jeden z tych. Kilka dni później było to już jedno z największych wydarzeń Edynburga.

Główną osią przedstawienia jest historia gwałtu, którego tragiczną ofiarą padła Jyoti Singh Pandey. Historia wstrząsnęła Indiami i długo nie schodziła z serwisów informacyjnych na całym świecie. Dziewczyna wracała wieczorem z jednym ze swoich przyjaciół z kina w Delhi. Wsiedli razem do autobusu, który, jak się okazało, nie był w trasie żadnego oficjalnego kursu, był wynajęty czy nieformalnie przejęty przez grupę młodych mężczyzn, którzy pobili oboje, a dziewczynę wielokrotnie zgwałcili – tak brutalnie, że nie udało się uratować jej życia, pomimo iż przeniesiono ją do najwyższej klasy szpitala aż w Singapurze. Nirbhaya znaczy ‘nieustraszona’ albo ‘ta, która się nie boi’ – był to przydomek, którym wstrząśnięte wydarzeniem indyjskie społeczeństwo i środki masowego przekazu zaczęły określać ofiarę. Przydomek wziął się w znacznym stopniu z komunikacyjnej konieczności – w tamtym okresie upublicznianie nazwiska dziewczyny i jakichkolwiek informacji o jej rodzinie objęte było zakazem sądu.

To tutaj mamy pierwszy klucz do przedstawienia: ambiwalentne, pokalane poczęcie takiego zakazu. Z jednej strony szacunek dla prywatności bezpośrednich i pośrednich ofiar okrutnego aktu przemocy, dążenie do ich ochrony przed intruzją w ich życie podnieconych tragedią mediów. Z drugiej – wstyd, poczucie nieczystości, jakie w indyjskiej kulturze towarzyszy i narzucane jest z zewnątrz ofierze gwałtu. Zakaz miał chronić dziewczynę i jej rodzinę, bo inaczej niehybnie spadłby na nich wszystkich ciężar kolosalnego upokorzenia. Na przydomku tym kładzie się także dodatkowo warstwa swego rodzaju mistyfikacji: ton heroizacji, traktujący dziewczynę niemal tak, jakby dokonała ona jakiegoś świadomego, „bohaterskiego” wyboru postawienia swojego życia w niebezpieczeństwie. Trudno chyba o bardziej niepokojący i moralnie podejrzany sposób postrzegania ofiary tak brutalnego aktu przemocy.

Tym, co Farber wzięła tu na warsztat, jest zadanie przedostania się przez powierzchowne warstwy mitologizacji oraz wzburzenia i odruchowego oburzenia, którymi uniosły się całe Indie. Zadanie przedostania się do głębokich struktur seksualnej, patriarchalnej przemocy, które przenikają indyjską kulturę, a także wstydu, który paraliżuje ofiary i tak często w Indiach pozostawia sprawców bezkarnymi, nierzadko wyposażonymi we władzę nad ofiarami (większość przemocy wobec kobiet w Indiach ma miejsce nie na ulicy czy w szemranych autobusach, a w rodzinie i we wspólnym gospodarstwie domowym).

Tak, warsztat to więcej niż dobre słowo. Przedstawienie powstało w formie warsztatu właśnie, przeprowadzonego w Bombaju, w ramach którego Farber pracowała z grupą siedmiorga indyjskich aktorów: sześcioma kobietami (Sapna Bhavnani, Priyanka Bose, Poorna Jagannathan, Sneha Jawale, Rukhsar Kabir, Japjit Kaur) i jednym mężczyzną (Ankur Vikal). Cała siódemka główną oś głośnego wydarzenia i słynnej ofiary osnuła własnymi, autobiograficznymi historiami, własnymi doświadczeniami przemocy seksualnej. Noszone przez odtwórczynie rany pozostawiły trwały ślad nie tylko na duszy, ale także na ciele: jednej z kobiet oblano twarz kwasem. Ofiary przebijają się przez indyjską kulturę wstydu narzucanego ofiarom, wyprowadzają swoje doświadczenia jako ofiar na scenę, „na światło dnia” – chciałoby się powiedzieć, gdyby scena nie była przez większość czasu pogrążona w takim mroku, na tle takiej czerni. Pokazują, że nie będą się wstydzić tego, co im uczyniono, bo to nie one są winne. Jest to gest odwagi: pokazują na scenie swoje nagie blizny, i historie, które do nich doprowadziły. Niektóre z nich mają niemało do stracenia, zdecydowały się wiele postawić na szali: Priyanka Bose – swoją karierę jako bollywoodzkiej aktorki filmowej.

Tkając z tego wszystkiego swego rodzaju siatkę otaczającą centralne wydarzenie gwałtu i spowodowanej obrażeniami śmierci Jhoti, udało się Farber pokazać, że problemem jest cała kulturowa struktura codzienności, a dramatyczne wydarzenia, które czasem wstrząsają całym społeczeństwem, są tylko najbardziej spektakularnymi, najbardziej gwałtownymi przejawami normy, reguły, a nie ciosami zadanymi normalnemu biegowi rzeczy. Tak gwałtowna przemoc jest kropką nad i w strukturze codzienności, kresem, do którego logicznie prowadzi struktura społecznej codzienności.

Farber jest jednocześnie zbyt inteligentna i zbyt utalentowana, by ześliznąć się w pułapkę orientalizmu (w sensie Saidowskim). Jako przedstawicielka białej, europejskiej mniejszości w RPA mogłaby w nią przecież łatwo wpaść, rytualnie oburzając się okrucieństwem Wschodu i utwierdzając się przez to oburzenie we własnej okcydentalnej wyjątkowości. Udaje się jej tego uniknąć, bo aktorki i aktor opowiadają tu swoje historie w pierwszej osobie, pod własnymi, prawdziwymi imionami. Udaje się jej to także dzięki temu, że wątkiem amerykańskim potrafi niepokojąco, niejednoznacznie wpisać indyjską strukturę męskiej dominacji w globalne struktury dominacji – ekonomicznej, politycznej, ideologicznej, w której różne orientalistyczne figury Innego, w tym figury kobiece (kobiety uległej, podporządkowanej, albo wymagającej wyzwolenia przez kogoś z zewnątrz, itd.), są składnikami złożonych globalnych struktur dominacji – ideologicznej, politycznej, ekonomicznej, kulturalnej, militarnej. Procesy kolonialnej i neokolonialnej dominacji i eksploatacji wepchnęły wiele kultur w położenie, w którym ponosząc straty ekonomiczne, polityczne, itd., przeszły do defensywy kulturowo-tożsamościowej, bardzo często zagęszczając sieć powinności kobiet i podnosząc ciężar spoczywających na nich zobowiązań tak materialnych, jak i symbolicznych. Nieodpłatna praca reprodukcyjna w gospodarstwie domowym, plus niedoszacowana praca świadczona na rynku, plus zwiększony nacisk na przechowywanie „honoru” grupy krewniaczej, plemiennej lub etnicznej, itd.

Indie są jednym z tych miejsc, w których okres kolonialnego podporządkowania Londynowi pociągnął za sobą pogorszenie położenia kobiet. Do dzisiaj, wedle niektórych, najbardziej materialnych wskaźników (takich jak ochrona ich fizycznej integralności i zdrowia, ich bezpieczeństwo ekonomiczne) należy ono do najgorszych na świecie (w tyle za Arabią Saudyjską). Jak pisze najwybitniejszy żyjący francuski antropolog Maurice Godelier, rdzeń indyjskiego położenia kobiet to wpisany głęboko w indyjską kulturę (na pewno w jej dominującą, północną część), niekoniecznie świadomie artykułowany przez indywidualne jednostki, strach przed krwią menstruacyjną. Z tego lęku bierze się położenie kobiety jako potencjalnie niosącej z sobą zagrożenie „nieczystością”, którą w sobie nosi i która się z jej ciała cyklicznie wydostaje. To „zagrożenie” pociąga za sobą ideologiczną konieczność sprawowania nad kobietą kontroli, najpierw przez ojca i braci, potem przez rodzinę męża. Stanowi to źrodło indyjskiej „kultury posagów”: rodzina dziewczyny niejako płaci rodzinie, która przyjmuje ją za żonę dla swojego syna za przejęcie „ciężaru” kontroli nad zagrożeniem nieczystością, którą jako kobieta w sobie nosi. We współczesnych Indiach ta podskórna, licząca tysiące lat warstwa problemu wchodzi w nową relację z kosmopolitycznymi aspiracjami ekonomicznych elit i klas średnich Indii w warunkach globalizacji neoliberalnej i integracji Indii z jej procesami. Fakt, że rywalizacja o status odbywa się teraz w tych klasach na poziomie planety, z klasowymi odpowiednikami w innych karajach, w wyścigu o kosmopolityczne wyznaczniki statusu, oraz włączona w ramy globalnych przepływów kapitału, pociąga za sobą inflację posagów i podtrzymuje, jeśli nie zwiększa, presję na będące przedmiotem matrymonialnej wymiany kobiety (na ich „czystość”, „cześć”, itd.).

Dziewczęta z Salem

Farber sztuki Arthura Millera donikąd z amerykańskiego Massachuessets końca XVII wieku nie przeniosła. Przy pomocy kostiumu, bardzo oszczędnej scenografii i niewielu rekwizytów odtworzyła atmosferę epoki, w której kwestia aktywnej obecności Szatana w bezpośrednim otoczeniu ludzi potrafiła rozpalić wyobraźnię całych społeczności i pogrążyć je na długo w zbiorowym szaleństwie. Sztuka Millera jest jednym z tych tekstów, które drobiazgowo opisując społeczny proces w konkretnym, odległym w czasie miejscu, czynią to tak znakomicie, że rzucają światło także na nasze rozumienie innych sytuacji, procesów społecznych w innych kontekstach.

Choć w poświęconym inscenizacji na deskach Old Vic wywiadzie dla dziennika „The Independent” Farber wypowiadała się raczej w kategoriach uniwersalnej „natury ludzkiej”, przedstawienie podąża za tekstem Millera (zdeklarowanego, zagorzałego marksisty) w drobiazgowym opisie konkretnych relacji władzy w w konkretnym, materialnym kontekście społecznym, historycznym, kulturowym. I ekonomicznym: społeczność Salem od dawna drążą konflikty o ziemię, o własność. Oskarżenia o czary nie tylko zaproponowały – najpierw kilka, potem coraz więcej – kozłów ofiarnych sfrustrowanej tymi napięciami społeczności, ale też okazują się poręcznym środkiem walki ekonomicznej i powiększania przywileju już dobrze sytuowanych rodzin. Oskarżenie o czary pociągało bowiem za sobą utratę nieruchomości przez rodzinę oskarżonego – jej przepadek na rzecz władz Salem, które natychmiast sprzedawały grunty i zabudowania na aukcji. Obserwujemy więc jeden z wczesnych etapów organicznego związku między amerykańską formą kapitalizmu a protestanckim fundamentalizmem religijnym, związku, który do dzisiaj kształtuje oblicze i język amerykańskich relacji ze światem.

Old Vic jest stosunkowo zachowawczą, mieszczańską sceną – choć w swojej kategorii znakomitą (dyrektorem artystycznym jest od lat amerykański aktor Kevin Spacey). Byłem ciekaw, jak w scenę o takim a nie innym profilu wpisze się reżyser tak niespecjalnie mieszczański jak Farber. Okazało się, że pozwolono jej na wiele, włącznie z przesunięciem sceny ku środkowi i otoczeniem jej z każdej strony przez widownię. Tragedia obłąkanego amerykańskiego miasteczka rozgrywa się więc w centrum, otoczona z każdej strony widzami. Czujemy się trochę jak tłum samego Salem, który zbiegł się i gapi się na to, co się dzieje: na oskarżenia, na procesy, na egzekucje i postępujące społeczne spustoszenie. Tworzy to też wrażenie właściwej takim jak Salem społecznościom „sankcji z boku”: porządek moralny utrzymywany jest przez wzajemne obserwowanie się członków społeczności, świadomość bycia nieprzerwanie wystawionym na etyczne osądy i oceny innych, dyscyplinujący strach przed utratą twarzy w oczach sąsiadów i znajomych z parafii. Farber prowadzi aktorów, zwłaszcza aktorki, w bardzo fizyczny sposób, podobnie jak w Mies Julie. Wprowadza je w trans, sprawia, że w najmocniejszych choreograficznie scenach ich ciała wyginają się, rzucają po scenie w naprawdę niepokojący sposób, czasem całymi, skoordynowanymi grupami. Najbardziej wizyjne sceny sprawiają wrażenie uczestniczenia w jakimś tajemniczym, bulwerusjącym obrzędzie – albo egzorcyzmie.

Choć centralną postacią jest, za tekstem, John Proctor (gra go znany z ekranizacji Hobbita Richard Armitage, który podobno od zawsze marzył o tej roli), nieoczywisty, nieesencjonalny, materialistyczny feminizm Farber nie przestaje dawać o sobie znać. Abigail Williams (Samantha Colley) i jej przyjaciółki w znacznym stopniu przyczyniły się do rozpętania piekła, w jakie obróciło się następnie ich miasteczko, ale widzimy, do jakiego stopnia są one ofiarami struktury społecznej purytańskiego miasteczka. Ich seksualność jest pod całkowitym nadzorem, ich perspektywy wyznaczone głównie decyzjami mężczyzn. Nie mają żadnej władzy nad własnym życiem, żadnego głosu w swojej społeczności, nikt się z nimi nie liczy. Zestaw dopuszczalnych zachowań jest tak wąski, że nawet tak niewygórowane pragnienia, jak taniec na łące, urastają do rangi nie lada transgresji. Wraz z pierwszymi podejrzeniami i oskarżeniami o czary odkrywają nieznane im wcześniej uczucie bycia w centrum uwagi całego miasteczka i okolic. Upajają się nieznanym im wcześniej poczuciem władzy, która im nagle przypadła; poczuciem realnego, w istocie ogromnego wpływu na wydarzenia i na życie całej społeczności. W tym poczuciu się zatracają, prawdopodobnie same przekonują się do irracjonalnych nonsensów, które wygadują, wreszcie tracą zupełnie kontrolę nad demonami, które wypuściły i nie pozostaje im już nic innego, jak ratować własną skórę, grając do końca raz przyjęte role. To radykalnie nowe poczucie zostaje instrumentalnie przechwycone przez grupy interesu, dla których procesy czarownic otwierają drogę do akumulacji nieruchomości.

Teatr, który uprawia Farber, trzyma za pysk, czasem nawet traumatyzuje. W najlepszych swoich wcieleniach wywołuje dziwny rodzaj katharsis. Dziwny, bo prowadzący widza przez bardzo silne emocje, ale jakoś nie oferujący na koniec poczucia oczyszczenia. Przechodzi się przez to jak przez jakiś wymagający, mroczny rytuał, ale o ile rytuał zwykle składa się z kontrolowanych transgresji w ściśle wyznaczonych mu kulturowo ramach, po to, by każdy wrócił potem „rozładowany” do rzeczywistości wraz z jej społecznymi sprzecznościami i funkcjonował w niej mniej lub bardziej w zgodzie z normą, o tyle po zamknięciu każdego z politycznych rytuałów Farber niełatwo wrócić do normalnego kontaktu z rzeczywistością pozostawioną na zewnątrz teatru, na zewnątrz przestrzeni tego rytuału. „I don’t know how to be anymore” – mówi w pewnym momencie tytułowa bohaterka Mies Julie, dla mnie osobiście najmocniejszym z tych trzech przedstawień. Do takiego stanu – stanu, w którym nie wiadomo, jak dalej po prostu być w rzeczywistości takiej, jaka jest, czyli ukształtowanej przez zdefiniowane przemocą stosunki władzy – stara się Farber nas za każdym razem doprowadzić.

 Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się w miesięczniku Le Monde diplomatique – edycja polska (wrzesień 2014).

Foto: Johan Persson

Londyn, 9 sierpnia 2014, demonstracja solidarności z Palestyną

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami

O „prawie do obrony”

W czasie zawieszonej dopiero niedawno, trwającej 51 dni operacji Protective Edge szczególny wysiłek działaczy, aktywistów i komentatorów (intelektualistów i ekspertów od prawa międzynarodowego), aktywnie zaangażowanych w sprawę palestyńską włożony został w dekonstruowanie zwłaszcza jednego elementu propagandowego volapüku Izraela: wątku „prawa Izraela do obrony”. Noura Erakat, John Dugard, Richard Falk (on już od dawna), Seumas Milne, Tariq Ali – by wymienić kilka tylko nazwisk spośród tych wszystkich, którzy w obliczu kolejnej zbrodniczej ofensywy na bezbronną, przeludnioną i odciętą przez Izrael (i jego pomagierów w Egipcie) od świata enklawę nie ustają w wysiłkach, by wątek izraelskiego „prawa do obrony” nie mógł sobie już dłużej wygodnie leżeć w przestrzeni debaty i pozostawać z nami na prawach oczywistej oczywistości.

Nie ma w prawie międzynarodowym – podkreślają – czegoś takiego jak prawo mocarstwa okupującego w sposób militarny terytorium innego społeczeństwa do obrony przed znajdującą się pod jego okupacją ludnością, nie wspominając już o kuriozalnym koncepcie „obrony” przez zmasowany, zbrojny atak na okupowaną ludność i jej cywilną infrastrukturę.

Nie ma czegoś takiego. Pure and simple.

To ludność znajdująca się pod zbrojną okupacją obcego mocarstwa ma prawo do obrony, do stawiania oporu i do aktywnej walki z okupantem. Izrael nie ma prawa bronić się przed Palestyńczykami. To Palestyńczycy mają święte prawo bronić się przed Izraelem, w tym wystrzeliwując weń swoje prymitywne w porównaniu z supernowoczesną infrastrukturą Izraela rakiety. Jest to prawo nie tylko moralne. Jest to prawo w ścisłym sensie słowa ‘prawo’. Jego podstawą jest Deklaracja w sprawie przyznania niepodległości krajom i narodom kolonialnym (rezolucja Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych 1514 (XV) z 14 grudnia 1960 roku) oraz Czwarta Konwencja Genewska z 1949 r. (której Izrael jest stroną) i dwa jej protokoły dodatkowe z 1977 r. (których podpisania Izrael zawsze odmawiał, bo nigdy nie zamierzał się do nich stosować).

Fakt, że Izrael w roku 2005 wycofał swoje wojska z terytorium Strefy Gazy, nie wyłącza jej mieszkańców i ich legalnej reprezentacji, jaką stanowi Hamas, z tych definicji. Prawo międzynarodowe nie ma najmniejszych wątpliwości, że Gaza pozostaje pod izraelską okupacją; instytucje prawa międzynarodowego nie przestały nigdy Gazy określać mianem jednego z „Palestyńskich Terytoriów Okupowanych”. Izrael kontroluje bowiem granice i przejścia graniczne, wody przybrzeżne, przestrzeń powietrzną (w której bzyczą, zawsze gotowe do strzału, izraelskie drony) i elektromagnetyczną Gazy, kontroluje także ruch z i do Gazy, w tym wszystkie dostawy – towarów, surowców, energii, wody, pomocy medycznej i humanitarnej (z których większość konfiskuje).

Izrael wreszcie nie tylko nie ma w tym kontekście żadnego prawa do „samoobrony” – w stosunku do Terytoriów Okupowanych (znajdujących się pod okupacją od 1967 roku) i ich prawowitych mieszkańców nie ma w ogóle żadnych praw, ponieważ okupacja każdego skrawka ziemi, który leży poza granicami sprzed 1967 roku jest całkowicie nielegalna i odbywa się z pogwałceniem prawa międzynarodowego, w tym szeregu odnoszących się bezpośrednio do tej sytuacji rezolucji ONZ (w szczególności rezolucji 242 i 338, ustanawiających międzynarodowy konsensus prawny w tej kwestii). W stosunku do tych terytoriów, według prawa, Izrael ma tylko zobowiązania. Z których się nie wywiązuje.

„Izrael nie ma prawa się bronić. Ma jedynie obowiązek się wycofać [z Terytoriów Okupowanych]” – jak powiedział krótko i zwięźle niezastąpiony Seumas Milne z dziennika „The Guardian” na wielkiej demonstracji (największej propalestyńskiej demonstracji na Wyspach Brytyjskich), która miała miejsce w Londynie 9 sierpnia.

Być może skala energii, jaką w czasie najnowszej izraelskiej kampanii militarnej przemocy obrońcy sprawy palestyńskiej włożyli w adresowanie tej właśnie kwestii i wprowadzenie jej do mainstreamu – na znacznie większą skalę niż w czasie poprzednich dwóch ofensyw na Gazę (kiedy większą siłę przebicia miał wciąż problem proporcjonalności użytej siły i dyksusje na temat „kto naprawdę zaczął”) – ujawnia niekoniecznie jasne, ale narastające poczucie, że gra, jaka toczy się na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych, toczy się o najbardziej centralne stawki nowoczesności, w tym nowożytnej filozofii prawa, oraz o miejsce, jakie izraelskie harce z najbardziej fundamentalnymi kategoriami, włącznie z decydowaniem o tym, co i kiedy jest prawem, a co i kiedy nie jest, mają w kryzysie kapitalizmu jako systemu światowego. Miejsce zapowiadające w coraz bardziej niepokojący sposób przyszłość, która z celowników izraelskich dronów zdaje się zerkać na nas wszystkich z już całkiem niedaleka.

O prawie do porównań

Małgorzata Anna Maciejewska napisała kiedyś świetny tekst polemiczny, rozprawiała się w nim z histerykami, którzy agresywnymi spazmami (i rytualnymi oskarżeniami o antysemityzm) reagują na każde retoryczne porównanie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości, które systematycznie popełnia Państwo Izrael, ze zbrodniami, które spotkały kiedyś między innymi europejskich Żydów ze strony nazistowskich Niemiec. „[P]orównanie nie jest stwierdzeniem tożsamości”, przypominała Maciejewska. Autorzy tacy jak Norman Finkelstein czy Esther Benbassa poddają miażdżącej krytyce kult absolutnej, quasi-sakralnej wyjątkowości Holokaustu, zabraniający racjonalnych analiz i umieszczania ludobójstwa Żydów („judeocyd” – nazwa zaproponowana kiedyś przez historyka Arno Mayera jest znacznie lepsza niż obciążone nadmiarem religijnego ładunku nazwy ‘Holokaust’ i ‘Shoah’) w jakimkolwiek kontekście historycznym, porównawczym, itp. Wskazują także na bezpośredni, organiczny i funkcjonalny związek tego kultu z ideologią Państwa Izrael, które buduje i instrumentalizuje religię „Pamięci Holokaustu”, by legitymizować swoje postępowanie w stosunku do Palestyńczyków (i mieszkańców sąsiednich krajów arabskich). To dzięki tej „świeckiej religii” Państwo Izrael cały czas wmawia światu, że jako rzekomy spadkobierca ofiar Holokaustu jest wciąż ofiarą, która się broni – podczas gdy od dnia swoich narodzin w roku 1948 raczej bezlitośnie atakuje. Roszcząc sobie (kontestowany) tytuł do reprezentowania wszystkich Żydów, wciąż maluje się na  bezbronną ofiarę, na tego chłopca z warszawskiego getta, z podniesionymi rękoma, który szuka ratunku przed widmem czającego się za rogiem sequelu z Holokaustu. Tymczasem w rzeczywistości Izrael urósł już do rangi jednej z dziesięciu największych potęg militarnych planety i jest mocarstwem atomowym.

Strach przed oskarżeniem o antysemityzm powoduje jednak, że nawet osoby krytyczne wobec okupacyjnej polityki Państwa Izrael, nawet orientacji mniej lub bardziej lewicowej, do dziś rutynowo ozdabiają swoje wypowiedzi całą ornatmentyką zapewnień, że nie porównują, że się odcinają od porównań, że to, że tamto. Powtarzają nawet za Hasbarą odwracające uwagę od istoty problemu ostrzeżenia przed antysemityzmem w szeregach krytyków Izraela, albo zastanawiają się, czy Palestyńczycy nie są trochę tym dla niektórych lewicowców, czym Tybetańczycy dla liberałów (czyli fiksacją i fantazą). A wracając do porównania z III Rzeszą, pukają się w głowę i pytają, czy Izrael wywołał wojnę światową i wymordował na niej dziesiątki milionów ludzi.

Cóż, III Rzesza w takim powiedzmy roku 1936 też jeszcze nie wywołała wojny światowej, a izraelskie zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości są już, mimo niewielkich rozmiarów  kraju-sprawcy, odpowiedzialne za dwie trzecie całej światowej populacji uchodźców. A ocenę systemów politycznych za pomocą liczenia trupów pozostawmy może specjalistom w tej domenie, „myślicielom” liberalnym; zadaniem lewicy powinna być raczej „krytyczna krytyka” czyli zaglądanie pod powierzchnię procesów społecznych i politycznych oraz analiza struktury rzeczywistości. Świadomi tego, jak żenującym zabiegiem retorycznym jest reductio ad Hitlerum, nie możemy jednocześnie dać się wspuścić w maliny: nie każde porównanie do III Rzeszy to reductio ad Hitlerum. Czasami bywa też i tak, że na to, by nie zadawać pytań o pewne podobieństwa, absolutnie nie możemy sobie już pozwolić.

Laboratoria strukturalnych kryzysów

Przypomnijmy więc dla porządku – bo to nie jest dziś wiedza potoczna, nawet na lewicy, która niejednokrotnie powtarza na ten temat liberalne majaki – czym pod powierzchnią był projekt polityczny III Rzeszy i jego kulminacja w postaci II wojny światowej i dokonanych w jej toku ludobójstw. Marksistowska wykładnia (Wallerstein, Neumann, Kendziorek, i wielu, wielu innych) idzie – w ogromnym skrócie – mniej więcej tak:

W latach 30. XX wieku kapitalizm był już od lat w długotrwałym, strukturalnym kryzysie. Poprzednie progi tego trwającego w sumie kilka dekad kryzysu wyznaczała I wojna światowa, a następnie Wielki Kryzys Gospodarczy. Taki długotrwały kryzys akumulacji nosi w ekonomii nazwę fazy B cyklu Kondratiewa. Kryzys był to tak głęboki, że zagrażał już nie tylko dalszej akumulacji kapitału (najważniejszy imperatyw racjonalności kapitalistycznej), ale nawet reprodukcji prostej już istniejącego kapitału. Niósł więc z sobą groźbę uderzenia w stan posiadania wielkiej burżuzazji i w jej klasowe panowanie. Częścią tego strukturalnego kryzysu było chylenie się pozycji Londynu jako dotychczasowego hegemona kapitalistycznej gospodarki-świata (hegemon to centrum nieproporcjonalnie dużych udziałów w globalnej akumulacji kapitału).

III Rzesza była projektem wielkiej niemieckiej burżuazji mającym na celu przejęcie przynajmniej części schedy po upadającym Imperium Brytyjskim, a także znalezienie takiego wyjścia ze strukturalnego kryzysu, które pozwoliłoby utrzymać stosunki własności i klasowe panowanie burżuazji. Agresywny nacjonalizm i rasizm były w tym projekcie mechanizmem mobilizowania niemieckiego społeczeństwa i odsuwania go od konkurencyjnego projektu wyjścia z tego kryzysu – projektu komunistycznego, a więc projektu, który by zniósł kapitalizm i klasowe panowanie burżuazji tout court. Antysemityzm był w tym projekcie mechanizmem rozładowywania napięć wewnątrzspołecznych, które taki projekt musiał wywołać; dostarczał wygodnego kozła ofiarnego. Pierwsza faza tego projektu zakładała głęboką militaryzację niemieckiej gospodarki i podporządkowanie jej przemysłowi zbrojeniowemu – na kredyt. Kredyt, który miała potem pokryć druga faza, grabież Europy w czasie wojny, w toku której miało powstać kontynentalnych rozmiarów imperium. Europa miała najpierw zostać złupiona, a następnie gruntownie przeobrażona ekonomicznie i politycznie. Część populacji, według kryteriów rasowych, wciąż miałaby cieszyć się jakimiś prawami (pod warunkiem akceptacji dla nowej, nazistowskiej racjonalności politycznej); część miała zostać obrócona w niewolniczą siłę roboczą pracującą dla niemieckiego kapitału, umożliwiając utrzymanie klasowego panowania burżuazji, nawet gdyby kryzysu akumulacji nie udało się nigdy konstruktywnie przełamać; część byłaby poddana deportacjom lub (po konferencji w Wannsee) systematycznej, planowej eksterminacji.

Mówiąc jednym zdaniem: III Rzesza była laboratorium politycznym, próbą wynalezienia takiego reżimu rządomyślności, który porzuciwszy wszystkie liberalne fantazje o „wolnych” umowach między „równymi” podmiotami prawa, umożliwiłby wielkiej burżuazji zachowanie swojego stanu posiadania na wypadek, gdyby kryzys akumulacji miał się okazać „wieczny”.

Liberalny kapitalizm (liberalna demokracja) dopiero w sojuszu z ZSRR zdołał(a) pokonać III Rzeszę, dusząc, jak powiedziałby Slavoj Žižek, swój własny „symptom”. Kryzys akumulacji został ostatecznie przełamany, głównie w konsekwencji masowej destrukcji kapitału, jaka dokonała się w toku II wojny światowej; po jej zakończeniu kapitalistyczny system-świat wszedł w kolejną fazę A cyklu Kondratiewa, fazę długotrwałego wzrostu i akumulacji („trzydzieści wspaniałych lat”).

Dziś jednak po „wspaniałym trzydziestoleciu” nawet wspomnienia są już raczej mgliste. Kapitalizm jest w podobnym, trwającym już od kilku dekad kryzysie jak ten, który doprowadził do powstania III Rzeszy a następnie do II wojny światowej. Najpierw próbowano mu zaradzić globalną restrukturyzacją systemu podług recept neoliberalnych, ale i te ostatecznie zawiodły (David Harvey, Chris Harman, Samir Amin, i inni). Zdaniem niektórych (jak Wallerstein i Wolfgang Streeck), jest to najgłębszy i całkiem prawdopodobnie śmiertelny kryzys w dotychczasowej historii kapitalizmu. Centralną hipotezę mojego wywodu stanowi ta, że Izrael – pomimo wszystkich powierzchownych różnic – pełni w obecnym kryzysie rolę strukuralnie podobną do tej, w jakiej w poprzednim takim kryzysie zadebiutowała III Rzesza. Stanowi wynaturzoną przesadnię skondensowanych wszystkich najgorszych elementów właściwej sobie historycznej fazy kapitalizmu i jednocześnie laboratorium, w którym testuje się taki nowy system społeczno-polityczny, który umożliwi wielkiej burżuazji zachowanie klasowego panowania, gdyby kryzys akumulacji okazał się nie do przezwyciężenia i pozostał z nami „na zawsze”; gdyby „konieczny” (z punktu widzenia wielkiej burżuazji) okazał się dryf w stronę innego niż kapitalizm systemu społecznego: systemu jeszcze gorszego.

Władza dyscyplinarna, bio-władza, władza suwerenna

Jedną z wielu zalet znakomitej książki Neve’a Gordona Israel’s Occupation jest to, że nie tylko gromadzi i porządkuje materiał faktograficzny i opowiada kolejne etapy okupacji Terytoriów Palestyńskich jako rozwijającego się, dramatycznego – przede wszystkim dla Palestyńczyków – procesu, ale także rozpina fakty i narrację na pewnej ramie teoretycznej, pochodzącej z grubsza z Foucault. Gordon analizuje zmiany w izraelskich technologiach władzy i zarządzania okupowaną populacją palestyńską pod względem relacji między trzema typami władzy: władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną.

Z tych trzech to dwie pierwsze są specyficznie właściwe nowoczesności. Władza dyscyplinarna nakierowana jest na zarządzanie jednostkami, trenuje każdą z nich do postępowania zgodnie z oczekiwaniami porządku społecznego. Bio-władza zarządza zbiorowym organizmem społecznym, kształtując, decyzjami politycznymi, takie wymiary życia jak zdrowie publiczne, oczekiwana i średnia długość życia, materialna tego życia jakość (pod względem wskaźników zachorowalności, tego, jakie są dominujące przyczyny umieralności, itd). Władza suwerenna z kolei to naga władza arbitralnego decydowania, kiedy prawo ma zastosowanie, a kiedy nie ma; jako dominująca forma władzy najbardziej dotychczas właściwa przednowoczesnym formom politycznej organizacji społeczeństw.

„Dotychczas” jest w ostatnim zdaniu bardzo ważnym przysłówkiem. Analiza Gordona pokazuje fundamentalną zmianę w proporcjach pomiędzy tymi trzema modalnościami władzy, która zachodzi po wybuchu Pierwszej Intifady w 1987 roku. Do tamtego czasu Izrael czynił starania, by jawić się jako „okupant oświecony”. Izraelska polityka starała się choć trochę legitymizować jakimś stopniem „modernizującego” wpływu na życie na terytoriach okupowanych, włączając ich mieszkańców w krwiobieg swojej ekonomii, coś tam wydając na politykę zdrowotną czy na instytucje edukacyjne na Terytoriach Okupowanych oraz utrzymując pewne minimum pozorów rządów prawa. To ostatnie przejawiało się np. tym, że izraelskim władzom zdarzało się sądzić izraelskich żołnierzy, którzy w skandaliczny sposób nadużyli siły w stosunku do palestyńskiej ludności cywilnej. O ile odsetek żołnierzy Cahalu faktycznie skazanych za zbrodnie na palestyńskich cywilach zawsze był spektakularnie niski, o tyle wraz z wybuchem Intifady mamy do czynienia z zupełnie nową jakością: sprawy takie nie trafiają już niemal w ogóle do sądów. Oferuje to izraelskim żołnierzom zupełną bezkarność, niezależnie od skali i stopnia przemocy, którą zastosują wobec wydanej na ich łaskę populacji, umożliwiając im nawet bezkarne strzelanie do dzieci i chwalenie się tym na Instagramie.

Naga siła militarnego reżimu, któremu podporządkowana jest całość palestyńskiego życia, arbitralną, decyzją suwerena wyłączyła palestyńskie życie z porządku, w którym obowiązuje ochrona jakiegolwiek prawa. Wyłączyła palestyńskie życie z porządku, w którym sąd ma obowiązek przyjrzeć się choćby sprawie, jeśli ofiarą jest Palestyńczyk; jeśli życiem, któremu zadano cierpienie lub kres, jest życie palestyńskie. Nie koniec na tym: z porządku w którym obowiązuje ochrona jakiegoś prawa, wyłączyła również życie każdego, kto opowie się w obronie uniwersalnych, niezbywalnych praw Palestyńczyków jako istot ludzkich.

Przekonała się o tym ostatnim rodzina zamordowanej przez izraelskich żołnierzy Amerykanki Rachel Corrie, która mogła jedynie pozwać Państwo Izrael z powództwa cywilnego, gdyż jego władze nie tylko uznały, że śmierć Rachel nie zasługuje na postępowanie karne, ale nawet sprawców morderstwa objęły ochroną prawną i proceduralną w normalnym porządku prawnym należną ofiarom przestępstw lub świadkom, którym grozi odwet ze strony np. zorganizowanych grup przestępczych. Nawet pozew z powodztwa cywilnego, siłą rzeczy wytoczony w Izraelu (przed sądem w Hajfie) skończył się, oczywiście, porażką rodziny Corrie. Przekonali się o tym samym organizatorzy tureckiej misji w ramach pierwszej Flotylli Wolności – izraelskie wojsko zamordowało 9 obywateli Turcji i jednego Amerykanina tureckiego pochodzenia. Nikt nigdy za żadną z tych śmierci nie stanął przed sądem, w sprawie żadnej z nich nie uruchomiono postępowania.

Moja hipoteza nie polega na tym, że Izrael powraca do modalności władzy właściwych społeczeństwom przednowoczesnym, ale że wyłoniła się tam zupełnie nowa, przerażająca konfiguracja relacji między tymi trzema formami władzy (władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną). Konfiguracja ta polega na podporządkowaniu technologicznych wymiarów (albo „przedłużeń”) władzy dyscyplinarnej oraz bio-władzy nadrzędnej i dominującej roli władzy suwerennej.

Fenomenem, który stanowi szczególnie wyrazistą manifestację tego zupełnie nowego stanu rzeczy, są drony. Drony mieszczą w sobie pewne wysoko rozwinięte pod względem technologicznym rozwiązania, które stanowią „superprzedłużenie” zadań właściwych władzy o charakterze stricte nowoczesnym: np. rozwijają i pogłębiają panoptyczną kontrolę nadzorowanego społeczeństwa i dyscyplinują skadające się nań jednostki do niepodejmowania zachowań czy omijania miejsc klasyfikowanych przez operatorów dronów jako „podejrzane”. Jednocześnie jednak podporządkowują je nadrzędnej i arbitralnej władzy wyłączania pewnych kategorii ludzkiego życia znajdującego się pod lupą dronów spod ochrony prawa. Decyzje o pozbawieniu życia za pomocą uderzeń z dronów podejmuje się bez sądu, bez dowodów, nie ma w odniesieniu do nich zastosowania żadna ochrona prawna, nie ma prawa do obrony, obowiązku wykazania winy, procedur odwoławczych. Decyzja zapada zza biurka, pulpitu lub konsoli, na podstawie przypuszczeń, domniemań, podejrzeń, impulsów, wrażeń, „widzimisię”. Odpowiedzialność natomiast przeniesiona zostaje na same ofiary, które będąc na celowniku dronów, podjęły „podejrzanie” wyglądające zachowania (po szczegółową analizę perwersji władzy związanych z ekspansją dronów odsyłam do pracy Grégoire’a Chamayou La Théorie du drone).

Inną, choć przez drony związaną z poprzednią, szczególną egzemplifikacją tej nowej konfiguracji wzajemnych zależności między władzą dyscyplinarną, bio-władzą i władzą suwerenną jest monstrualny zestaw sztuczek, dzięki któremu dla prawników izraelskiej armii Palestyńczyk bez mała nigdy nie jest cywilem. Izraelska armia stosuje powszechnie dwie formy „ostrzeżenia”, że dom mieszkalny zostanie zbombardowany: albo dzwoni do kogoś, że na budynek coś spadnie (za 5 minut, za 3 minuty, czasem za minutę), albo zrzuca na dom mały pocisk, który ma narobić dużo huku, przebija często dach, ale nie zmiata jeszcze domu z powierzchni ziemi. Za minutę lub pięć spada ładunek właściwy. Co z tym robią izraelskie harce z prawem? Izrael twierdzi, że jeśli rodzina zamieszkująca ten dom nie opuści domu, zanim zostanie zbombardowany, to znaczy, że podjęła decyzję o przyjęciu roli „voluntary human shields”, „dobrowolnych żywych tarcz”, tym samym tracąc swój status cywili. Jest to agrument najzupełniej nieprawdopodobny, tym bardziej, że Palestyńczycy mieszkają często w wielopokoleniowych rodzinach, w domu są dzieci w rożnym wieku i osoby starsze, nierzadko jest też ktoś okaleczony w poprzednich ofensywach Izraela, i wyprowadzić wszystkich na bezpieczną odległość w zaledwie kilka lub nierzadko jedną minutę jest po prostu niemożliwe, często nie ma też dokąd uciec, bo dane osiedle czy dzielnica są pod szerszym ostrzałem. Izraelscy prawnicy traktują to jednak poważnie. Rodzina, która nie ucieknie, klasyfikowana jest jako „żywe tarcze Hamasu”.

Izraelizacja kapitalizmu permanentnego kryzysu

Jean-Claude Paye pisał kiedyś (w opublikowanym po polsku w zasłużonym piśmie „Lewą Nogą” eseju Guantánamo i nowy porządek prawny), że jesteśmy świadkami anomalii w systemie prawnym, które mogą zapowiadać porządek prawny przyszłości, porządek bez najmniejszej przesady przerażający, polegający właśnie na tym, że pewne kategorie ludzi wyjmuje się arbitralnymi decyzjami spod ochrony jakiegokolwiek prawa (prawa kraju pochodzenia, prawa kraju przebywania, wreszcie prawa międzynarodowego). Przed tym samym, i towarzyszącym temu całym zestawem przemian prawa w ogóle, ostrzega wybitna i zasłużona brytyjska prawniczka Gareth Peirce. Ten nowy porządek jest jednak uniwersalizacją, globalizacją porządku przetestowanego i sprawdzonego na polityczno-militarnym poligonie, jaki stanowi Państwo Izrael, a przede wszystkim sposoby, na jakie w okresie po 1987 roku zarządza ono – i uderza w – znajdującą się pod jego kontrolą populację palestyńską.

Eyal Weizman posługuje się specjalnym terminem: izraelizacja. Izraelizacja to upodanianie się najbardziej brutalnych stosunków bezwzględnej władzy do technik rozwiniętych i doprowadzonych do perfekcji w relacji Państwa Izrael do ludności palestyńskiej. Weizman przywołuje jako szczególnie wyrazisty przykład okupowany przez USA i ich sojuszników Irak, ale izraelizacja to proces, którego skala i zasięg są bez porównania większe i stopniowo przekształcają życie nas wszystkich w reżimach wciąż nominalnie utrzymujących, że są liberalnymi demokracjami, wywierając kolosalny wpływ na całokształt globalnych stosunków władzy.

W Stanach Zjednoczonych, których polityka międzynarodowa kształtowana jest pod patologizującym wpływem izraelskiego lobby, zwłaszcza ultraprawicowej organizacji AIPAC, trzymającej w kieszeni prawie cały amerykański Kongres, Biały Dom uzurpuje sobie, na wzór Izraela, prawo do administracyjnego decydowania o pozbawieniu życia domniemanych wrogów (najczęściej zwanych „terrorystami”); prezydent Obama powołuje się nawet na wyroki Sądu Najwyższego Izraela (sic!), by uzasadnić swoje prawo do zlecania pozasądowych zabójstw nawet obywateli własnego kraju. Policja w Nowym Jorku uczy się od izraelskiej armii zarządzania mniejszościami etnicznymi i społecznościami wykluczonymi. Oddziały wojska, które pacyfikowały protesty Afroamerykanów w Ferguson w Missouri przeszły izraelskie szkolenie. Izraelskie firmy zbrojeniowe produkujące drony oferują je siłom policyjnym wielkich, multietnicznych metropolii, jako środek sprawowania nadzoru i pacyfikacji społecznego gniewu. Sama ekspansja dronów, swego rodzaju „dronizacja” porządku światowego, jedno z największych współczesnych zagrożeń i największych wyzwań politycznych dla wszelkich sił postępowych, początek swój ma właśnie w Izraelu: jak dowiadujemy się choćby od Chamayou, pierwszy cykl rozwoju dronów został przez USA jako nierozwojowy zarzucony po II wojnie światowej i to dopiero siły zbrojne Izraela przywróciły ten rodzaj uzbrojenia na porządek dnia, a następnie przekonały do niego Pentagon. Wkrótce nawet tak peryferyjne i komicznie nieistotne w globalnym układzie sił państwa jak to rozkopane pole cebuli między Odrą a Bugiem, będą miały drony i nikt nawet nie będzie ukrywał, że będą one miały za zadanie „pomagać” w kontrolowaniu ewentualnych społecznych protestów ich własnej populacji, zwłaszcza jej sektorów najbardziej ekonomicznie wykluczonych. W Wielkiej Brytanii rząd pozwala Amerykanom latami trzymać swoich obywateli bez wyroku ani nawet dowodów w Guantánamo i po cichu wprowadza możliwość procesów sądowych, których przebieg i służący mu materiał dowodowy będzie mógł być zachowany w tajemnicy przed oskarżonym, uniemożliwiając mu tym samym skuteczną obronę. We Włoszech i innych krajach na obrzeżach Unii Europejskiej przygraniczne formacje wojskowe strzelają do uciekających przed wojną i głodem migrantów z Afryki czy Azji, próbujących przedrzeć się do lepszego życia przez zasieki Twierdzy Europa, niczym do pozbawionej praw łownej zwierzyny. W Indiach rządząca prawica, odkąd Izrael stał się dla tego kraju głównym dostawcą broni, uczy się i zamierza na wielką skalę naśladować w stosunku do własnej populacji muzułmańskiej metody wypracowane przez Izrael na i w stosunku do Palestyńczyków. Już lata temu Naomi Klein wskazywała, że narzucona światu przezd administrację Busha II „wojna z terroryzmem” była „globalizacją doktryny Likudu” (partia, z ramienia której rządzi teraz Netanjahu).

I tak dalej, i tak dalej.

Rządy Stanów Zjednoczonych i większości państw europejskich (ostatnim bastionem wartości Oświecenia, mówiąc słowami amerykańskiego historyka Grega Grandina, znów jest Ameryka Łacińska) grzęzną w obrzydliwym stopniu nie tylko tolerancji dla zachowania Izraela, ale nawet aktywnej współpracy i wsparcia udzielanego tym działaniom. Czasami wyglądają wręcz one, jakby Izrael dokonywał outsourcingu pewnych działań służących obronie pozycji Izraela do władz innych krajów. Stany Zjednoczone udzielają Izraelowi tak bezwarunkowego (i kosztownego) poparcia, że właściwie podminowują już swoje własne interesy – nie potrafią jednak przestać. Amerykańskie służby szturmują mieszkania redaktorów zasłużonego dla sprawy palestyńskiej portalu Electronic Intifada. Europejskie służby graniczne zatrzymują na lotniskach Francji, Belgii i innych krajów obywateli UE, wybierających się do Izraela, by tam uczestniczyć w akcjach solidarnościowych w obronie Palestyńczyków. Francuski rząd ściga się z prawicowymi proizraelskimi żydowskimi organizacjami lobbingowymi w polowaniu na rzekomych antysemitów w szeregach krytyków Izraela i zakazuje demonstracji solidarności z mieszkańcami bombardowanej Gazy. Rząd Grecji zatrzymuje w swoich portach statki uczestniczące w drugiej Flotylli Wolności, by tym razem nie dotarły one nawet w tak wciąż dalekie pobliże portu w Gazie, jak razem poprzednim.

I tak dalej, i tak dalej.

Trudno oprzeć się wrażeniu, jakby manifestowało się tutaj coś więcej niż tylko trwanie tych wszystkich rządów w pułapce różnego rodzaju biznesowych powiązań i w dyplomatycznym szachu w kontaktach z Jerozolimą i Tel Awiwem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta gorliwość w już nie tylko spełnianiu wszelkich – najbardziej nawet skandalicznych – próśb ze strony rządu Izraela, ale nawet zgadywaniu z wyprzedzeniem jego potencjalnych życzeń, reprezentuje jakiś obsceniczyny doprawdy eksces. Jakby zachodnie klasy panujące w Izraelu broniły czegoś znacznie więcej, niż tylko jednego z wielu formalnie równoprawnych państw i rządów. Jakby w Izraelu broniły właśnie tego wyjątkowego, doprowadzonego do doskonałości modelu, prototypu, wzoru do zapożyczenia, w którym wielka burżuazja w swoich różnych wydaniach narodowych i w jej wydaniu transnarodowym (nazwanym przez Denisa Duclosa kosmokracją) widzi nadzieję na zachowanie swojej klasowej władzy na okoliczność zmaterializowania się coraz bardziej realistycznego scenariusza, zgodnie z którym obecny kryzys kapitalizmu zostanie z nami już „na zawsze”; że powrót na ścieżkę długotrwałego wzrostu i względnie harmonijnej akumulacji w warunkach istniejącego reżimu własności nie będzie już nigdy możliwy. (Konkurencyjnym wyjściem byłoby, oczywiście, zniesienie panującego reżimu własności i zastąpienie kapitalizmu systemem bardziej egalitarnym, tego jednak wielka burżuazja nie utożsamia ze swoim własnym interesem.)

Atrakcyjność Izraela jako modelu nowego reżimu rządomyślności i racjonalności politycznej, na którego podobieństwo powoli acz konsekwentnie przeobrażają się zachodnie liberalne demokracje (do niedawna tak, w każdym razie, zwane), wynika z tego, jak doskonale nadaje się on jako taki do zastosowania w specyficznych warunkach obecnego strukturalnego kryzysu kapitalizmu.

W warunkach strukturalnego kryzysu, z którego niemiecka burżuazja szukała ratunku w projekcie III Rzeszy, przyszłość klasowego panowania wiązała się wciąż z koniecznością wyzyskiwania pracy tych, którzy nie dysponowali własnością środków produkcji; stąd część (wschodnioeuropejska) siły roboczej miała trafić do niewoli, wyzyskiwana dosłownie na granicy biologicznej reprodukcji pracującego organizmu, bez perspektywy dożycia jakiegoś odpoczynku w starości, za to z perspektywą śmierci z łopatą, motyką czy kilofem w ręku.

Pod tym względem sytuacja obecnego kryzysu kapitalizmu jest znacząco odmienna. Rozwój sił wytwórczych, kolosalny wzrost wydajnosci pracy, jaki się dokonał w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci (automatyzacja i komputeryzacja) i polityczny sukces reżimu własności intelektualnej jako wehikułu akumulacji kapitału, sprawiły, że siła robocza jest dziś znacznie mniej istotnym składnikiem Marksowskiego modelu P – T – P’ (pieniądz – towar – pieniądz powiększony o zysk). Do najbardziej rozwijających się i przynoszących najbardziej spektakularne zyski należą dziś te dziedziny aktywności gospodarczej, które potrzebują stosunkowo niewielkich nakładów ludzkiej pracy, jedynie garstki bardzo wykwalifikowanych jednostek, i obywają się często bez tworzenia nowych miejsc pracy, nawet gdy szybko rosną pod względem liczebnej bazy swoich klientów. Wykonywane przez klikę wtajemniczonych operacje na wirtualnych rachunkach; usługi internetowe; aplikacje na urządzenia mobilne; inne „przemysły kreatywne” i przemysły kulturowe nierzadko żyjące w większym stopniu z renty od już zgromadzonej martwej pracy niż z bieżącej produkcji, produkcji angażującej pracę proporcjonalnie, w przeliczeniu na potencjalne zwroty od inwestycji, niewielu osób. Coraz szersze segmenty ludzkości, coraz większe rzesze ludzi są już kapitałowi i klasie społecznej jego dysponentów najzwyczajniej niepotrzebne jako siła robocza.

Izraelskie rozwiązanie

Rozwiązanie, jakie przetestowało na takie okoliczności Państwo Izrael, rozwiązanie, któremu z takim perwersyjnym pożądaniem przygląda się burżuazja w innych częściach świata, to zupełne i trwałe fizyczne wykluczenie całych segmentów populacji (wedle jakiegoś arbitralnego kryterium, w tym wypadku pochodzenia etnicznego i religijnego, ale to zawsze można będzie dostosować do lokalnych warunków) z dostępu do formalnej gospodarki, z możliwości podjęcia choćby rywalizacji o pracę. Odgrodzeni murami, zasiekami, całymi sekwencjami fizycznych przeszkód uniemożliwiających im wydostanie się z ich miejscowości do pracy, na poszukiwanie pracy czy do szkoły albo uniwersytetu, na którym mogliby zdobyć jakieś kwalifikacje na potrzeby pracy w przyszłości. Pozamykani w bantustanach na Zachodnim Brzegu Jordanu albo w megaslumsie Gazy, pod ciągłym ostrzałem z ziemi, powietrza, i z morza, tam, gdzie w pobliżu jest morze. Ostrzeliwani lub bombardowani, gdy w tych swoich bantustanach lub odciętych od świata slumsach usiłują kłaść podwaliny pod jakiekolwiek produktywne ekonomiczne działanie, sami stworzyć sobie z niczego jakąś pracę. Ataki bombowe w perzynę obracają jedyną elektrownię w Gazie i ponad sto fabryk, nawet uprawa pietruszki na tych skrawkach dostępnej wicąż ziemi i jej zbieranie grożą śmiercią od izraelskiego strzału. Śmiercią z rąk izraelskich żołnierzy tak samo grozi połów ryb. Pracy teoretycznie nie brakuje tylko personelowi medycznemu, ale właściwie nie da się jej wykonywać, bo szpitale też co dwa lata są bombardowane, a trzy czwarte dostaw do nich (większość o charakterze zewnętrznej pomocy humanitarnej) rutynowo konfiskowane przez Izrael.

Palestyńczycy nie są już Izraelowi potrzebni nawet do tego, żeby wyzyskiwać ich pracę – ale to nie znaczy, że nie są potrzebni w ogóle. Wykluczenie w kapitalizmie ma zawsze charakter funkcjonalny, wykluczeni są w kapitalizmie potrzebni jako wykluczeni – to w Izraela stosunku do Palestyńczyków nie uległo zmianie, zmianie natomiast uległy parametry tej funkcjonalności. Już nie chodzi o to, żeby wykluczenie skazywało Palestyńczyków na wykonywanie najgorszej, najsłabiej wynagradzanej, przynoszącej najmniej społecznego uznania i najbardziej niedowartościowanej pracy. Od tego są dzisiaj legitymizujący się nie zawsze solidnym żydowskim pochodzeniem przybysze z upadłego ZSRR i starzy dobrzy Mizrahim (Żydzi arabscy); zresztą pracy, nawet kiepskiej, i tak jest do zlecenia coraz mniej. Jak niestrudzenie powtarzają Frank Barat z Trybunału Russella i Shir Hever, ekonomista z Alternative Information Centre, jak to lata już temu zdiagnozowała w Doktrynie szoku Naomi Klein, Palestyńczycy – nie tylko w Gazie, ale tam widać to na najbardziej szokującą skalę – potrzebni są Izraelowi jako zupełnie nowa historycznie forma mięsa armatniego. Są także potrzebni jako straszak integrujący to do reszty już obłąkane społeczeństwo zabarykadowane wewnątrz fortyfikacji Twierdzy Izrael.

Nowa forma mięsa armatniego, bo jego funkcją nie jest umieranie na froncie za interesy klas panujących „własnej ojczyzny”; Palestyńczycy są marketingowym mięsem armatnim izraelskiego przemysłu zbrojeniowego. Izrael mimo populacji przegrywającej zestawienie z niejednym współczesnym miastem, jest jednocześnie jednym z dziesięciu największych światowych producentów i eksporterów uzbrojenia i supertechnologii bezpieczeństwa. Izraelski eksport broni w przeliczeniu na głowę mieszkańca wynosi 300$ rocznie, najwięcej na świecie; dla porównania, dla USA, największego światowego eksportera broni, jest to jedynie 95$. Sztokholmski instytut SIPRI podaje, że izraelski eksport uzbrojenia podwoił się w okresie 2001-2012. Jest to kluczowy przemysł kraju, którym rządzi nierozerwalny sojusz między wychowaną w kulturze paranoi elitą militarną a burżuazją zbrojeniową. Uwięzieni w Gazie i innych bantustanach, bez możliwości ucieczki, bez możliwości schronienia się gdziekolwiek, Palestyńczycy służą izraelskiemu przemysłowi zbrojeniowemu jako monstrualny showcase, na którym może zademonstrować skuteczność swoich technologii w walce z żywymi ludźmi, by następnie sprzedawać swoją broń na rynkach światowych jako przetestowaną w walce, przetestowaną na ludziach. Przetestowaną w zabijaniu ludzi. Z transmisją na żywo – ostatnim razem przez ponad 50 dni – w kanałach telewizyjnych na całym świecie. W trakcie lub tuż po każdej kolejnej agresji na Gazę (kiedy nastąpi następna? w 2016 czy wcześniej? – bo odstępy pomiędzy kolejnymi są coraz krótsze) zyski i notowania akcji izraelskich firm zbrojeniowych szybują w górę.

Palestyńczycy jako straszak, jako ci, którzy zawsze mogą coś tam wystrzelić zza muru (w tym celu izraelska armia regularnie zmusza mieszkańców Gazy i enklaw na Zachodnim Brzegu do wystrzelenia czegoś czasem systematycznymi prowokacjami, a to strzelając do dzieci, a to zabijając strzałami z dronów jakiegoś politycznego reprezentanta Palestyńczyków) z kolei utrzymują Izraelczyków w stanie ciągłego napięcia, zawsze jakoś obecnej obawy o własne bezpieczeństwo. To z kolei pozwala upiec więcej nawet niż dwie pieczenie na jednym ogniu. Legitymizuje, uzasadnia i naturalizuje patologiczną w Izraelu pozycję armii jako instutucji, która obejmuje i kształtuje całość życia społecznego i politycznego (Tyler). Izrael wiele mówi o tym, że jest jedyną na Bliskim Wschodzie demokracją liberalną, ale od jego powstania rządzą nim niemal wyłącznie wojskowi; w rzeczywistości jest to wojskowa etnokracja (jako etnokrację ustrój polityczny Izraela definiuje Shlomo Sand). Ciągle odświeżana obawa o własne i bliskich bezpieczeństwo fizyczne napędza i podtrzymuje wewnętrzny popyt na produkty najważniejszego izraelskiego przemysłu. Wpływa także na utrzymywanie izraelskiego społeczeństwa w stanie gorączkowego nacjonalistycznego podniecenia, w stanie wyjątkowej identyfikacji z panującym reżimem rządomyślności. Poziom tej identyfikacji przejawia się w „stopniu degeneracji izraelskiego społeczeństwa” (Tariq Ali): 95-procentowe, entuzjastyczne społeczne poparcie dla agresji na Gazę oznacza, mówiąc dosadnie, że tylko 5% izraelskich Żydów nie jest pogrążonymi w jakimś obłędzie rasistami. W porównaniu z Izraelem Teksas jest dziś ostoją tolerancji i multikulturalizmu.

Palestyńczycy jako straszak trzymający do kupy izraelskie społeczeństwo rozdarte ogromnymi wewnętrznymi nierównościami i wytwarzający zgodę na rządy kliki wojskowych i burżuazji zbrojeniowej muszą być na tyle zdesperowani, ich sytuacja musi być na tyle beznadziejna, by wybuchali czasem gniewem na tyle silnym, by ciarki przestrachu przebiegły czasem po plecach smażącego sobie odwłok na plaży w Tel Awiwie izraelskiego mieszczucha (jakaś rakieta dosięgła lotniska Ben Guriona!). Muszą być jednak na tyle bezsilni, by za każdym razem takie zagrożenie dało się opanować. Środkiem do tego celu jest nadwerężenie biologicznej i społeczno-kulturowej tkanki palestyńskiego życia do stopnia, w którym zachwiana jest możliwość jego długoterminowej reprodukcji jako spójnego społeczeństwa. Jeżeli prawie jedna czwarta (źródła, gdy piszę te słowa, podają 504 lub 514) ofiar ostatniego ataku to dzieci, tylko imbecyl lub socjopata może jeszcze wierzyć w zapewnienia Netanjahu i australijskiego kolonisty, jego nie znającego wstydu rzecznika Marka Regeva, że stanowiły one collateral damage w atakach na faktyczne cele powiązane jakoś z Hamasem. Śmierć ogromnej liczby dzieci, okaleczenie i osierocenie jeszcze większej (odpowiednio prawie 3400 i 13000) należały do faktycznych celów opracji Protective Edge. O „przypadku” to można by jeszcze mówić, gdyby zginęło kilkoro czy kilkanaścioro dzieci, a rany odniosło kilkadziesiąt, ale nie wtedy, kiedy chodzi o ponad 500 i ponad 3000 – gdy liczby są tego rzędu, to nie jest to „przypadek”. Jedna ze szkół prowadzonych w Gazie przez Organizację Narodów Zjednoczonych 17 razy wysyłała izraelskiemu dowództwu swoje współrzędne wraz z informacją, że mają tam schronienie rodziny z dziećmi, które musiały uciec ze swoich domów. Szkoła została zbombardowana. Nie pomimo tego, że była to szkoła, prowadzona przez ONZ, i że spały tam dzieci, a właśnie dlatego, że była to szkoła i że spały w niej dzieci.

Sednem izraelskiej przemocy w stosunku do cywilnej ludności i infrastruktury Terytoriów Okupowanych jest zadawanie tej populacji takich ciosów, by uniemożliwić jej normalne odtwarzanie się jako społeczeństwa. Zabijanie i kaleczenie dzieci uderza w jego reprodukcję na najbardziej elementarnym biologicznym poziomie (i stanowi przedłużenie polityki – to są słowa przedstawicieli izraelskiego rządu – utrzymywania Palestyńczyków „na diecie”: dopuszczanie na terytorium Gazy takiej ilości kalorii, by utrzymać populację dosłownie na krawędzi biologicznego przetrwania). Dzieciom, które uniknęły śmierci w tej i poprzednich „operacjach” zadawane są monstrualne krzywdy, które na zawsze naznaczą ich rozwój emocjonalny i fizyczny (Ewa Jasiewicz powiedziała kiedyś, że większość dzieci w Gazie cierpi na to, co zachodnia psychiatria nazywa zespołem stresu pourazowego – problem jednak w tym, że nie ma żadnego „po” w tym ich urazie, ten stres nie ma miejsca po czymkolwiek, bo w warunkach oblężenia Gazy i stres, i uraz trwają nieprzerwanie). Wyprowadzić takie rzesze dzieci, właściwie całe pokolenie, z takiej traumy jest w stanie tylko silnie zintegrowane, mające wspólną mapę wartości i sprawne instytucje socjalizacji, enkulturacji i opieki społeczeństwo. To dlatego – po to, by to uniemożliwić – bomby spadły właśnie na instytucje socjalizacji, enkulturacji i opieki, instytucje, za pomocą których Palestyńczycy odtwarzają się jako społeczeństwo, które dzieli jakieś wspólne narracje o sobie i o świecie wokół siebie, podziela pewien zestaw społecznych praktyk i dzięki temu potrafi działać wspólnie. Dlatego bomby spadły na prawie 170 szkół, na ponad sto meczetów, na ponad dwadzieścia szpitali i na 5 uniwersytetów. Za dużo tego na collateral damage, to były faktyczne cele operacji – nie ma wątpliwości Navi Pillay, Wysoka Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka. Okupantowi chodzi o to, by Palestyńczycy rozpadli się jako społeczeństwo, rozpadli się do jakiegoś stanu zrozpaczonego zdziczenia, w którym będą wciąż skutecznym straszakiem, ale nie będą w stanie politycznie zorganizować się przeciwko okupantowi.

To dlatego Izrael przez cały czas trwania tej kampanii tak bardzo plątał się w zeznaniach, co właściwie jest jej celem (najpierw rzekomo porwani i zamordowani przez Hamas chłopcy; gdy nawet izraelska policja musiała przyznać, że Hamas nie miał z tym nic wspólnego, nagle sednem sprawy stały się rakiety wystrzeliwane przez Hamas w stronę terytorium Izraela; gdy Hamas próbował przestać, nagle powodem wszystkiego i celem ofensywy stały się tunele). Nawet po zakończeniu całej tej ofensywy, Izrael nie potrafi wytworzyć spójnego komunikatu, o co chodziło i co właściwie osiągnięto. Osłabienie Hamasu? Hamas jeszcze nigdy nie miał tak silnego poparcia! Chodzi o to, że prawdziwe cele tego wszystkiego były tak obsceniczne, tak odrażające, że w żaden sposób, przy pomocy nawet najbardziej wygimnastykowanego zespołu cynicznych PR-owców, nie da się takich celów sprzedać opinii międzynarodowej; władze Izraela mówią więc w tej sprawie dosłownie byle co, byle tylko nie powiedzieć prawdy.

Izrael – i wypracowany przezeń po 1987 roku model zarządzania permanentnym kryzysem i zupełnym strukturalnym wykluczeniem całych mas ludności – przedmiotem pożądania i zazdrości ze strony tych sektorów wielkiej burżuazji w innych częściach świata, które mniej lub bardziej pogodziły się z perspektywą, że obecny kryzys kapitalizmu już się raczej nie skończy, w każdym razie nie w wyobrażalnej przyszłości, wobec czego zainteresowane są przede wszystkim obroną swoich przywilejów na przyszłość określoną przez takie właśnie warunki. Podobnie jak w poprzednim tak głębokim kryzysie kapitalizmu projekt III Rzeszy był przedmiotem pożądania i zazdrości klas panujących także poza Niemcami, które nierzadko szukały dróg akcesu do tego projektu lub możliwości jego skopiowania.

Jest jeszcze jeden istotny aspekt. W poprzednim tak głębokim kryzysie, na ówczesnym poziomie rozwoju sił wytwórczych, na „atrakcyjność” projektu III Rzeszy z punktu widzenia burżuazyjnych elit składało się przejęcie politycznej i militarnej kontroli nad ogromnym terytorium, z jego zasobami naturalnymi, z istniejącym tam już bogactwem, które można częściowo przejąć, z jego rynkiem konsumenckim, wreszcie z zasobami eksploatowalnej siły roboczej. W obecnym kryzysie kapitalizmu Izrael „atrakcyjnym” czyni stworzony przezeń model niewielkiej, ale uzbrojonej po zęby i na każdą okoliczność twierdzy. W twierdzy takiej schronienie mogą znaleźć książęta transnarodowej finansjery wraz ze swoimi dworami, kapłani przemysłów kreatywnych wraz z robiącymi im dobrze ministrantami, oczywiście arystokracja przemysłu zbrojeniowego – wraz z ich niższym i pomocniczym personelem oraz zasobami dostawców usług. Rzesze wykluczonych z ekonomii takiej twierdzy trzymane pod butem militarnej potęgi tworzą atmosferę zagrożenia, która integruje społeczeństwo wewnątrz twierdzy w stopniu neutralizującym jego wewnętrzne sprzeczności i napięcia; do tego podtrzymują ostatni wielki, wciąż sprawnie i szybko kręcący się przemysł, który wytwarza coś dotykalnie realnego (zbrojenia i bezpieczeństwo). Gdyby wyskoczyła niespodziewanie potrzeba dodatkowego zastrzyku siły roboczej, można zawsze wyselekcjonować jakąś grupę w którymś z bantustanów za murami twierdzy i wpuścić ją na jakichś wymyślnych warunkach do środka. Zasadniczo jednak, przy obecnym poziomie rozwoju technologicznego, wyzyskiwać zdesperowane populacje można na odległość; grabić ich zasoby można w punktowych, planowanych z daleka operacjach, następnie zostawiając je samym sobie z konsekwencjami ekologicznymi czy humanitarnymi; bronić się przed słusznym gniewem pokrzywdzonych też można zza monitorów komputerów. Tego rodzaju twierdze to przyszłość, jaką mniej lub bardziej wyraźnie widzą dla siebie sektory klas panujących w różnych częściach naszej planety. Miejsce na zewnątrz tych twierdz, pod ich ostrzałem, okupacją, oblężeniem, lub po prostu w stanie odcięcia od materalnych możliwości tworzenia kolektywnych warunków do normalnego życia, w warunkach permanentnej katastrofy ekologicznej lub humanitarnej, bądź też w stanie groźby, że niebawem się tam osuniemy – to miejsce, jakie w tej wizji czeka większość z nas.

Bezwarunkowa solidarność

Nigdy nie zapomnę pierwszej pro-palestyńskiej demonstracji, na której byłem w Londynie w 2012 roku. Wydarzenie zupełnie różne od małych, rachitycznych odpowiedników, jakie demonstracje takie mają w oduczonej dwudziestopięcioleciem dzikiego neoliberalizmu elementarnej międzyludzkiej solidarności Polsce. Demonstracje, które miały w Londynie miejsce w tym roku, w czasie operacji Protective Edge, pod względem liczby uczestników przebiły tamte z 2012 roku wielokrotnie (ta z 9 sierpnia 2014 była największą pro-palestyńską demonstracją, jaka kiedykolwiek miała miejsce w Londynie) i także były głęboko poruszające. Ale nigdy nie zapomnę tej pierwszej. Nigdy nie zapomnę tego dwudziestoparoletniego chłopaka, białego Brytyjczyka, stojącego z megafonem na podeście ustawionym przy High Street Kensington. Ambasada Izraela jest nieopodal. Nie pamiętam, jak się nazywał, ale nigdy nie zapomnę tego, jak długo i niestrudzenie, z jaką energią chłopak ten zdzierał sobie gardło, krzycząc do tego megafonu: „Gaza, Gaza, don’t you cry, we will never let you die!” i „In our thousands, in our millions, we are all Palestinians!” Pomimo iż był Brytyjczykiem jak najbardziej brytyjskiego pochodzenia, nie można było mieć większych wątpliwości: ten chłopak zdzierał tam sobie gardło z takim zaangażowaniem, bo czuł, że ta sprawa fundamentalnie go dotyczy, tak jak dotyczy każdej ludzkiej istoty. Że sprawa palestyńska, skala krzywdy i niesprawiedliwości zadanych Palestyńczykom, żeby zachodnie mocarstwa mogły po II wojnie światowej poczuć się lepiej ze swoimi wyrzutami sumienia z powodu hitlerowskiego judeocydu, jest sprawą uniwersalną, jest sprawą wszystkich ludzi.

Co robi szczególnie wielkie wrażenie na pro-palestyńskich demonstracjach w Londynie, to fenomenalnie uniwersalny ich skład tożsamościowy, społeczno-kulturowy. Wielka Brytania ma ogromną społeczność arabską, ale wraz z brytyjskimi Arabami idą przedstawiciele wszystkich innych muzułmańskich społeczności, od Somalijczyków po Irańczyków; wraz z muzułmanami lewicowcy wszelkich maści, intelektualiści, związki zawodowe, przedstawiciele świeckich organizacji żydowskich i ortodoksyni Żydzi, Brytyjczycy pochodzenia karaibskiego, ci Brytyjczycy, którzy czują się odpowiedzialni za własną historię (choćby za tzw. deklarację Balfoura z 1917 r.), zawsze przyjeżdżają też Irlandczycy. Sam nie wiem, kto jeszcze. Wszyscy ludzie, którzy mają nieuśpione sumienia i wiedzą, że prawda nigdy nie leży pośrodku.

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami. Wszyscy, jako istoty ludzkie, mamy moralny obowiązek solidarności z Palestyńczykami – jako istotami ludzkimi. Jako istotami ludzkimi w doprawdy tragicznym położeniu, stojącymi w osamotnionej konfrontacji z czwartą najpotężniejszą armią świata, sponsorowaną przez Imperium Dolara, pozbawieni ochrony jakiegokolwiek skutecznego prawa, od pokoleń pod bezwzględną militarną okupacją, grabieni, poniżani, mordowani, wsadzani do więzień nawet w wieku 11 lat, porzuceni przez wielkich międzynarodowych graczy, którzy mogliby coś wymusić na władzach w Jerozolimie i Tel Awiwie, ale wolą robić z nimi interesy. Istotom ludzkim w takim położeniu należy się solidarność bezwarunkowa. Bezwarunkowa, to znaczy bez względu na to, jak ich polityczne wybory (Hamas) i działania (rakiety wystrzeliwane w Izrael, błyskawiczne wyroki śmierci na 21 oskarżonych o kolaborację z Izraelem) mają się do naszych zachodnich, liberalnych gustów politycznych. Zachodnie, liberalne gusta polityczne są luksusem poza zasięgiem społeczeństwa, które od pokoleń łamane jest presją tego, co izraelski historyk Avi Shlaim nazwał niedawno „najdłuższą i najbrutalniejszą nowoczesną okupacją”. To my, dostarczając demokratycznej legitymacji rządom, które za nasze podatki robią z Izraelem (zwłaszcza z jego przemysłem zbrojeniowym i armią) rozmaite interesy i odmawiają stawiania go przed elementarnymi standardami prawa międzynarodowego, ponosimy część odpowiedzialności za beznadzieję sytuacji Palestyńczyków i za to, jak niewiele opcji zostało im już do wyboru. Nie mamy w tej sytuacji prawa uzależniać naszej solidarności od spełnienia naszych fantazji o wyborach politycznych, jakich powinni dokonywać. If the occupation is ugly, you will not have a pretty resistance, jak powiedział w Hyde Parku Tariq Ali. A po tym jak Izrael skutecznie skorumpował przywództwo Fatah i Organizacji Wyzwolenia Palestyny, de facto outsource’ując do nich zadania okupacji (Gordon), i w gruncie rzeczy je pacyfikując, by jednocześnie przystąpić do intensyfikacji grabieży ziemi na Zachodnim Brzegu i mnożenia żydowskich osiedli (Edward Said samotnie ostrzegał przed laty, że do tego tak naprawdę doprowadzą porozumienia z Oslo, a nawet, że Izraelowi po prostu o to w nich chodzi, i miał rację) – po tym wszystkim Hamas jest dla wielu (po ostatnich wydarzeniach najprawdopodobniej większości, także na Zachodnim Brzegu) Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych ostatnią liczącą się polityczną organizacją, która udowodniła w praktyce, że nie porzuci walki o ich prawo do życia i ich prawo do życia w godności. I udowodniła to jako organizacja właśnie – nie tracąc kompasu politycznego, nawet dojrzewając jako ruch narodowo-wyzwoleńczy, pomimo iż Izrael systematycznie, głowa po głowie, „usuwa” od lat kolejnych przedstawicieli jej przywództwa. Co stoi w olbrzymim kontraście z losami Fatah i Organizacji Wyzwolenia Palestyny, których przywództwo w późnych latach Jasira Arafata i po jego śmierci (dziś wiemy już, że został otruty), nie tylko nigdy nie dorosło do jego formatu, ale też uległo smutnej demoralizacji.

Wszyscy jesteśmy więc Palestyńczykami – albo skurwysynami. Wybór jest tylko taki.

Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami także dlatego, że walka Palestyńczyków znajduje się w epicentrum walki o kluczowe stawki naszego stadium nowoczesności, w tym o przetrwanie samych nowoczesności centralnych obietnic (wolności i równości wszystkich ludzi), a może nawet o przetrwanie warunków możliwości choćby dalszej o te obietnice walki. To, że w boju o takie stawki, porzucony przez zachodnie tak zwane demokratyczne rządy, stoi osamotniony ruch, który podkreśla swoją islamską tożsamość, jest tylko kolejnym ponurym świadectwem stanu rozpaczliwej moralnej i aksjologicznej nędzy, w jakim znajduje się euroatlantycka polityka. Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami, bo stworzony w toku siłowych eksperymentów na nich system bezwzględnego zarządzania permanentnym kryzysem i wykluczeniem to prototyp, który w kolejnych stadiach obecnego kryzysu kapitalizmu będzie replikowany na większą skalę i dostosowywany do różnych lokalnych kontekstów. Bo izraelska okupacja to puszka Pandory, otwarta już, z której wydostają się demony hulające następnie po całym świecie i krok po kroku zmieniające rzeczywistość polityczną i panujący reżim rządomyślności także w krajach europejskich i Ameryce Północnej. Musimy tę puszkę zamknąć, wepchnąć demony, tyle z nich, ile uda nam się zatrzymać, z powrotem, i zakopać ją głęboko, nie zostawiając mapy, jak ją odnaleźć; a potem wyruszyć na poszukiwanie tych demonów, które już hulają po świecie i zaczęły go podbijać. W pewnym sensie jest już za późno: w tym sensie, że puszka dawno jest już otwarta i historia kroczy już tą ścieżką. Musimy jednak tę okoliczność, tę, że już w pewnym sensie jest za późno, traktować nie jako powód do fatalizmu, a jako impuls do szczególnej mobilizacji i działania. Musimy zatrzymać historię na tej drodze. Musimy ją z niej zawrócić.

Kiedy nasze klasy polityczne nie tylko odmawiają podejmowania jakichkolwiek działań, by pociągnąć Izrael do odpowiedzialności i go powstrzymać przed kontynuacją zbrodni na Palestyńczykach, a nawet w najlepsze robią z nim interesy, ci wszyscy z nas, którzy odmawiamy być skurwysynami, musimy wykorzystać wszystkie inne dostępne nam sposoby realizacji imperatywu bezwarunkowej solidarności z Palestyńczykami. Wywierać presję na naszych polityków, organizować demonstracje jak ta w Londynie 9 sierpnia 2014, rozliczać każdego z nich z jego stosunku do Izraela. Ale musimy też przyłączyć się do każdego dostępnego nam bojkotu: odrzucać wszelkie produkty made in Israel, odrzucać wszelkie produkty i usługi korporacji, o których wiemy, że prowadzą biznes z izraelskimi podmiotami, z izraelskim rządem lub inwestują w Izraelu; powinniśmy bojkotować imprezy sportowe i kulturalne, instytucje kulturalne i akademickie, a także poszczególnych twórców, akademików i sportowców, którzy oficjalnie reprezentują wszelkie jednostki organizacyjne finansowane lub sponsorowane przez Państwo Izrael lub uczestniczą w przedsięwzięciach propagandowych Państwa Izrael (takich jak „Brand Israel”). Jak powiada Naomi Klein, bojkot Izraela jest najlepszą bronią, jaką w obecnych warunkach dysponujemy, ponieważ po prostu ma ogromną szansę być skuteczny: Izrael, jako kraj z niewielkim rynkiem wewnętrznym, jest całkowicie zależny od rynków zewnętrznych, i jeśli je utraci, straci grunt pod nogami.

Oczywiście, oberwie się nam po drodze od antysemitów i musimy być na to gotowi. Najwyższy czas przestać się już jednak tego bać. Ta od dawna już, i coraz bardziej, nadużywana taktyka oczerniania każdej krytyki Izraela i każdej obrony niezbywalnych, uniwersalnych praw Palestyńczyków, będzie już niebawem na granicy wyczerpania. To nie kreowany przez takie oskarżenia „antysemityzm” ma dzisiaj cokolwiek wspólnego z rasizmem, to pratyka tego rodzaju oskarżeń o antysemityzm jest jednym z centralnych wehikułów obecnie dominujących – tych, które są dziś faktycznym problemem politycznym – form rasizmu (Badiou, Hazan, Segré). Dożyliśmy czasów tragicznej doprawdy ironii, w których kto nie będzie ni razu nazwany antysemitą, ten całkiem prawdopodobnie nie jest przyzwoitym człowiekiem. Towarzystwo w gronie w ten sposób oskarżonych jest już doprawdy wyśmienite – od Normana Finkelsteina, przez Alaina Badiou, Erica Hazana, Rogera Watersa, Rihannę, po Penelope Cruz, Javiera Bardema i Pedro Almodovara. Z takich oskarżeń, za to, że opowiadamy się w obronie niezbywalnych praw Palestyńczyków, w przyszłości będziemy jedynie mogli być dumni.

Jarosław Pietrzak

Najważniejsza literatura:

Zdjęcie nad tekstem pochodzi z mojego fotobloga Surface and Matter.