Eça i Portugalczycy

Os Maias, w angielskim przekładzie, jako The Maias (po polsku wyszło to kiedyś przetłumaczone jako Ród Maia), czekało u mnie na półce kilka lat. Powieść (z 1888) jest długa, więc musiałem być w odpowiednim nastroju i okolicznościach – długie powieści lubię czytać, kiedy mam do dyspozycji dużo wielogodzinnych bloków czasu.

Mój ulubiony José Saramago powiedział o Os Maias, że to „najwybitniejsza powieść najwybitniejszego powieściopisarza Portugalii”. W Polsce, poza gronem wyspecjalizowanych w tej literaturze filologów, pisarz José Maria Eça de Queiroz (1845-1900) niezbyt jest znany: polski przekład Os Maias wyszedł dopiero równo sto lat po oryginale. Poza Lusofonią (czyli obszarem kulturowym języka portugalskiego) obecnie chyba najbardziej jest Eça kojarzony ze Zbrodnią księdza Amaro (O crime do Padre Amaro, 1875) – w uwspółcześnionej i przeniesionej do Meksyku ekranizacji Carlosa Carrery (2002), nominowanej do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, tytułowego księdza grał Gael García Bernal. Wczesna powieść o cielesnych namiętnościach młodego księdza i ich dramatycznych konsekwencjach ujawniła już jeden z trwałych rysów jego twórczości: fascynację obyczajowymi tabu mieszczańskiej kultury. Powraca u niego np. motyw kazirodztwa, na kartach Rodu Maia, a także w A Tragédia da Rua das Flores. Kazirodztwo często wiąże się u niego z rozdzielonymi, rozbitymi rodzinami, co jest motywem bardzo osobistym. Eça był przez swoją matkę zostawiony z dziadkami tuż po urodzeniu. Jego rodzice pobrali się dopiero, gdy miał cztery lata, ale utrzymywali go na odległość aż do czasu, gdy skończył 21 lat. To zapewne osobisty charakter takich motywów stał za tym, że nie zdecydował się za życia opublikować A Tragédia da Rua das Flores, jakby w obawie, że pewne motywy zostaną odczytane jako zaczerpnięte z historii jego rodziny. A że dochodzi tam do incestu między matką a synem, bał się prowokowania takich podejrzeń.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Os Maias jest rzeczywiście wspaniałą i wspaniale napisaną powieścią. Dzieje ostatnich przedstawicieli jednej z najznakomitszych i nazamożniejszych rodzin Lizbony opisuje Eça pewną siebie, piękną, nierzadko poetycką frazą, połączoną z dyskretnym, ale cały czas obecnym poczuciem humoru. Uczucia i fiksacje swoich bohaterów opisuje z wielkim zrozumieniem, miłością nawet – chcąc się upewnić, że cała ich złożoność będzie odebrana przez czytelnika, potrafi czytelnika przeprowadzić przez pięćdziesiąt stron bez żadnego wydarzenia godnego tego słowa, jednocześnie nie tracąc jego zainteresowania. I choć z takim zrozumieniem i miłością opisuje ich emocjonalne uwikłania, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że świat mieszczańskich konwencji, wszystkie jego gry i gierki, stawki większe i mniejsze, wydają mu się swego rodzaju cyrkiem, z którego po cichu i dyskretnie, ale jednak cały czas się śmieje.

Przedmiotem jego krytycznej, zdystansowanej obserwacji jest kultura mieszczańska w ogóle, ale też jej formacja specyficznie portugalska.

Rentierzy, nudziarze i dyletanci

Jego peryferyjni, portugalscy burżua bardziej niż liberalnych self-made-manów, o których niektórzy z nich czytują, zafascynowani angielską kulturą, przypominają feudalnych ziemian żyjących z renty, z odcinania kuponów od odziedziczonego majątku. W materialistycznych ujęciach globalnej historii społeczno-ekonomicznej uważa się zwykle, że Portugalii i Hiszpanii pozycja hegemona kształtującego swoje zręby we wczesnej nowoczesności kapitalistycznego systemu-świata, pomimo budowy wielkich imperiów kolonialnych, umknęła szybko najpierw do Genui, potem Amsterdamu i Londynu, za sprawą zbyt żywotnych na Półwyspie Iberyjskim struktur feudalnych, z ich preferencją dla demonstrującej władzę widowiskowej konsumpcji nadwyżek przed ich reinwestowaniem w spirali akumulacji kapitału. Eça wydaje się potwierdzać. Główny bohater, Carlos Eduardo da Maia, zostaje lekarzem, otwiera nawet gabinet, ale ponieważ z majątkiem swojego dziadka pracować nie musi, to prawie nikogo nie leczy. Gabinet przydaje mu się bardziej jako platforma dla flirtu i podrywu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zajmował na uniwersytecie miejsce, które zamiast marnować się dla niego mogło było wykształcić jakiegoś lekarza z prawdziwego zdarzenia.

Portugalscy burżua Eçy de Queiroza uwielbiają narzekać na dziadowskość swojego kraju, ale nie wyciągają żadnych wniosków z faktu, że trzymając – jako klasa – w garści większość kraju tego zasobów, to nikt inny jak oni właśnie dysponują środkami i możliwościami, by go ewentualnie ulepszyć. Nie chce im się jednak robić nic, co by wybiegało poza uciechy korzystania z własnych przywilejów; niczym nie potrafią się zająć na poważnie – od czasu do czasu coś ich kręci, ale mamy wrażenie, że z nudów lub dla fanaberii raczej niż z prawdziwej pasji czy powołania. Nic konkretnego z tego nigdy nie wynika. Carlos nie potrafi skupić się na swoich badaniach na tyle, żeby doprowadziły do jakiegokolwiek odkrycia, tak jak jego przyjaciel Ega nigdy nie ukończy swoich pretensjonalnych, bombastycznych projektów literackich. Wszyscy tu ciągle patrzą z podziwem na Londyn i Paryż, punkty odniesienia w każdej sprawie, choć jednocześnie tylko nieliczni z tych burżua wydają się rozumieć lub wiedzieć coś głębszego o francuskiej czy angielskiej kulturze (zabawne i na swój sposób fascynujące są demaskujące to sceny długich konwersacji o byle czym prowadzonych przy kolacjach i innych okazjach).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Nie wiem, czy słusznie to interpretuję, ale właśnie igraniem z prowincjonalną, peryferyjną mieszanką głupiego podziwu dla wszystkiego, co obce i kojarzy się z jakimś odległym ośrodkiem władzy i splendoru, z elementarnym brakiem pojęcia o świecie, tłumaczę sobie dziwną postać jednego z przyjaciół starego Afonso da Maia, niejakiego Steinbrokena. Eça nie raz i nie dwa pisze o nim, że to dyplomata, przedstawiciel ambasady Królestwa Finlandii w Lizbonie. Nie było nigdy żadnego Królestwa Finlandii. Po wielu stuleciach podporządkowania Królestwu Szwecji, w 1809 Finlandia stała się częścią Cesarstwa Rosyjskiego, w ramach którego była Wielkim Księstwem Finlandii. Eça sam o tym na pewno doskonale wiedział. Rodzice nie dali mu może w życiu miłości, ale posłali go do szkół – najpierw takiej z bursą w Porto, potem na studia do Coimbry – i Eça zrobił w życiu niczego sobie karierę. W dyplomacji. Był portugalskim konsulem w Hawanie, Newcastle-upon-Tyne i Bristolu. Jako dyplomata na pewno wiedział, że Finlandia nie jest żadnym królestwem tylko niesuwerenną prowincją Rosji i myślę, że wprowadził ten motyw na zasadzie zgrywy ze swoich czytelników. Wiedział, że częścią z nich będą tacy sami ludzie, jak mieszkańcy jego powieściowej Lizbony (jeden pyta, czy tam w Anglii to piszą np. romantyczne powieści) i śmiał się pod nosem, zastanawiając się, czy i kiedy się skapną.

Odniesienie i powtórzenie

Angielska tłumaczka Eçy, Margaret Jull Costa, zwraca uwagę, że różne rzeczy „chodzą” w tej powieści parami, wydarzenia się dublują, odbijają w sobie nawzajem:

[…] pierwsze Carlosa zachwycone spojrzenie na Marię Eduardę jest bardziej romantyczną wersją pierwszego spojrzenia jego ojca Pedro na Marię Monforte; podczas gdy romans Egi z żoną żydowskiego bankiera stacza się w farsę, Carlos pakuje się w groteskowy romans z księżną de Gouvarinho; Carlos bije Eusèbiozinho dwa razy, raz w dzieciństwie, potem jeszcze raz jako dorosły; Carlos nigdy nie kończy swojej książki o medycynie dawnej i współczesnej, tak jak Egi Pamiętnik Atomu pozostaje jedynie pomysłem, o którym głównie tylko mówi […].[1]

W tych parach i powtórzeniach kryje się głębsza sprawa – intelektualnie, filozoficznie głębsza. Brazylijski krytyk kultury Silviano Santiago napisał kiedyś esej zatytułowany Eça, autor „Madame Bovary”. Igrał w nim z ideą stojącą za opowiadaniem Borgesa, w którym niejaki Pierre Menard pisze jeszcze raz Don Kichota Cervantesa, kilkaset lat po oryginale. Tam gdzie inni – miejmy śmiałość nazwać ich nawet Eçy literackimi „wrogami” – zrzynanie pomysłów fabularnych z Zoli (La faute de l’Abbé Mouret jako źródło dla Zbrodni księdza Amaro) a zwłaszcza Flauberta (Kuzyn Basilio a Madame Bovary), którego Eça uważał za swojego wielkiego mistrza, Santiago proponuje intrygującą i inspirującą interpretację. Fabularne „powtórzenia” uprawiane przez Eçę są świadomą operacją intelektualną ustawiającą wcześniejszą, słynną powieść pochodzącą z Francji, a więc z dominującej na skalę europejską, „centralnej” kultury (najwięcej fabularnej prozy będącej w obiegu w Europie w XIX wieku pochodziło z Francji i Anglii), na pozycji „metajęzyka” wobec jego własnej, portugalskiej powieści. U Eçy

powtórzenie skutkuje głębią. Innymi słowy, każdy komentarz dotyczący postaw Luisy [bohaterka Kuzyna Basilio – przyp. J.P.] czy także jej męża, nie może być lokowany na konwencjonalnej, wąskiej płaszczyźnie moralnej, gwałtownej reakcji na przyczynę, która jest dla czytelnika oczywista, ale będzie musiał się zorganizować po linii reakcji na wcześniejszy tekst literacki […].[2]

Te „powtórzenia” są u Eçy formą konceptualizacji peryferyjnego położenia jego własnej kultury, szukającej na zewnątrz, w mocarstwowych ośrodkach władzy wzorów do naśladowania, punktów odniesienia, sposobów wartościowania – i czego tam jeszcze, nawet sposobów rozumienia samej siebie. Eça powtarza pochodzący z imperialnego centrum wzór i usiłuje go przerobić, przechwycić, zrobić z niego użytek i pożytek dla kultury położonej na peryferiach, na marginesie.

Piszę o tym wszystkim tak naprawdę dlatego, że lektura Os Maias Eçy de Queiroza skłoniła mnie do wyrażenia mojego ogólnego wrażenia o współczesnych Portugalczykach (choć powieść to XIX-wieczna). Portugalczycy to społeczeństwo, które nauczyło się ze swoich pełnych paradoksów dziejów, że łaska Historii na pstrym koniu jeździ i nauka ta uczyniła ich odpornymi na megalomanię, trzeźwymi, krytycznymi, a także po prostu przyzwoitymi ludźmi z kompasem uniwersalizmu zwykle gdzieś pod ręką.

Pstry koń Historii

Portugalia ma wyjątkowe w Europie położenie geograficzne – na samym końcu kontynentu, graniczy lądowo (od wschodu i północy) tylko z jednym sąsiadem, znacznie większym, wyraźnie dominującym. Bywało, że z tym sąsiadem znajdowała się w unii personalnej, co przy takiej różnicy wielkości oznaczało, że stawała się Hiszpanii jakby prowincją. Kiedy obydwa królestwa wyruszyły na podbój świata, Portugalczycy stali się na czas jakiś potęgą niewiele ustępującą Hiszpanii, rozległością zamorskich posiadłości wzbudzając zazdrość społeczeństw, które w szybkim czasie osiągnęły znacznie, znacznie wyższy poziom ekonomicznego i politycznego rozwoju – jak Niderlandy. Jednocześnie to, co pod postacią konturów na mapie świata wyglądało na jeden z największych triumfów wstępu do nowoczesności, w istocie było objawem słabości, toczącej kraj choroby. Historyk Robin Blackburn sugeruje nawet, że zwycięstwo Portugalczyków z Holendrami w rywalizacji o ziemie w Ameryce Południowej wzięło się m. in. z tego jak bardzo biedniejszym i zacofanym krajem była Portugalia[3]. To bieda Portugalczyków (albo ryzyko niebawem się w nią osunięcia, strach przed deklasacją) powodowała, że nigdy nie brakowało chętnych na ryzykowne zamorskie eskapady. Tak wielu tak niewiele miało do stracenia na miejscu. To reparacje do spłacenia po przegranej wojnie z Anglią mobilizowały portugalską koronę do wypychania za morze kolejnych ławic karaweli, z misją grabieży, wydzierania bogactw odkrytym lądom. To zacofane struktury społeczne kiszącego się we własnym sosie feudalizmu pozwalały na uciekanie tych wszystkich bogactw do ośrodków robiących z nich inny jakiś użytek niż np. wystawianie kościołów o wnętrzach całych ociekających złotem, które stoją do dzisiaj od Porto na północy Portugalii po brazylijski Salvador, wszystkie jak na ironię pod wezwaniem świętego Franciszka. Portugalska grabież zamorskich kolonii, przede wszystkim największej i najzasobniejszej z nich, Brazylii, sfinansowała rozwój nie tylko nie Brazylii i innych kolonii, ale nawet nie Portugalii – sfinansowała za to wczesne stadium rozwoju kapitalizmu w Anglii. Na wiele stuleci umieściła Portugalię w tym dziwnym, żenującym w gruncie rzeczy położeniu: niby-mocarstwa kolonialnego, które wyzyskuje podbite zamorskie lądy, ale tylko po to, by wydojonym z tego wszystkiego być natychmiast przez Wielką Brytanię. Tę relację zależności od Wielkiej Brytanii widać na kartach Eçy, widać ją na ulicach niejednego portugalskiego miasta, na których od czasu do czasu zaskakuje czerwona budka telefoniczna w angielskim stylu, widać ją w tym, że winnice w Dolinie Douro należą do dziś do angielskich rodzin i sprzedają swoje porto pod angielskimi nazwami.

Jakby tego wszystkiego było mało, wyemancypowana największa portugalska kolonia, Brazylia, najpierw ogłosiła się cesarstwem, a potem prześcignęła swoją byłą metropolię na różnych płaszczyznach. Z dwudziestokrotnie większą populacją, to ona jest dziś dominującą kulturą języka portugalskiego, jego największą literaturą, jego największą kinematografią, jego największą kulturą muzyczną, jego największą telewizją. Więcej ludzi na świecie widziało samo tylko Miasto Boga niż jakikolwiek film portugalski. To Brazylia jest globalnym graczem politycznym. Portugalia nie tylko niewiele znaczy w skali świata, ale rozpaczliwie słaba jest już w ramach zaledwie Unii Europejskiej, która o mały włos nie zawiesiła tam pod osłoną nocy demokracji, gdy tamtejsza lewicowa koalicja ośmieliła się wyrazić sceptycyzm w stosunku do podporządkowanej niemieckim obsesjom i interesom „wspólnej waluty”.

Ta nasycona kolejnymi, sobie właściwymi paradoksami relacja z Brazylią też się odbija w Os Maias. Brazylia w swoim położeniu w stosunku do Portugalii dubluje położenie Portugalii wobec Londynu, ale sama jest równolegle w takim samym położeniu także i wobec Wielkiej Brytanii, bo Londyn jest wtedy stolicą Rynku Światowego – bycie dostawcą surowców na potrzeby tego ostatniego (złoto, diamenty, cukier, kawa, dzisiaj także ropa naftowa) to gospodarcza rola Brazylii w międzynarodowym podziale pracy, a londyńscy bankierzy sprawują w tamtym okresie kontrolę nad podażą kredytu w Brazylii. Jednocześnie, gdy spojrzeć z daleka, Portugalia wygląda przy Brazylii jak zapomniana sierota, chuchro jakieś, co niechcący kopnąć można albo rozdeptać. Pełna, co prawda, nędzarzy, Brazylia wydała jednocześnie fortuny, przy których Portugalia nie ma się nawet czym zamachnąć. Ten paradoks reprezentuje u Eçy „mąż” Marii Eduardy, Brazylijczyk, którego niby nikt pozytywnie nie szanuje, ale ma skubany nie wiadomo ile pieniędzy, i też nie bardzo wiadomo skąd, więc na otwarcie negatywny, nieskrywany brak szacunku też sobie nikt na wszelki wypadek nie pozwala. No bo cholera wie. Z Brazylią związek ma też sposób, w jaki erotyzowana jest przejmująco smutna postać niebywale pięknej Marii Eduardy. Nie jest ona wcale Brazylijką, ale bardzo długo wszyscy myślą, że jest. Wszyscy, a przede wszystkim zakochany w niej główny bohater, Carlos Eduardo da Maia. Jej brat. Wróć! To był spoiler.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co ja właściwie chciałem powiedzieć? No właśnie, to: być może to właśnie inteligentne, krytyczne przyswojenie własnej – paradoksalnej, zmuszającej do pokory, bo złożonej z wzlotów i upadków – historii uczyniło Portugalczyków takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są.

Historii, na przestrzeni której doświadczyli zarówno roli kontrolującego posiadłości na kilku kontynentach mocarstwa, jak i sklerotycznego arcypierdoły Europy, a przez długi czas jednego i drugiego jednocześnie. Zrozumieli, że historia jest serią złożonych zbiegów okoliczności i nieoczywistych paradoksów, nawet kaprysów losu, a nie zwierciadłem narodowego narcyzmu, który zazwyczaj po prostu nie ma podstaw.

Takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są? Tak, takimi ludźmi, których intelektualiści gwiżdżą sobie na obwoźne oferty Francisów Fukuyamów czy Samuelów Huntingtonów tego świata i, jak José Saramago, zostają do śmierci w Portugalskiej Partii Komunistycznej. Takimi, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że chyba najpiękniejszy gejowski klub w Europie znajduje się u nich w Porto i takie samo miejsce w Londynie byłoby jednym z najdroższych i snobistycznych w tym mieście (i w weekendy nie wpuszczałoby kobiet). Takimi, którzy zrozumieli, czym jest narzucona światu przez Amerykanów „wojna z narkotykami”, więc zdekryminalizowali wszystko, co narkotyków dotyczy. Takimi, że ich kraj jest jednym z bastionów lewicy we współczesnej Europie. Takimi, którzy wobec skandalicznej postawy większości Europy uchodźcom z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej mówią: przyjeżdżajcie do nas.

Przypisy:

[1] Margaret Jull Costa, Introduction, [w:] Eça de Queiroz, The Maias. Episodes from Romantic Life, tłum. Margaret Jull Costa, Sawtry: Dedalus 2007, s. 9.

[2] Silviano Santiago, Eça, Author of “Madame Bovary”, tłum. Tom Burns,  Ana Lúcia Gazzola [w:] Silvano Santiago, The Space In-Between: Essays on Latin American Culture, red. Ana Lúcia Gazzola, Durham – London: Duke University Press, 2001, s. 47.

[3] Robin Blackburn, The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492-1800, London – New York: Verso, 2010, s. 202.

Jarosław Pietrzak

Jeżeli interesuje cię kultura i społeczeństwa języka portugalskiego, to rzuć okiem na moją książkę Smutki tropików i na mojego ebooka Notes brazylijski.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Mrok. Chaos. Theresa May

Rano 24 czerwca 2016. Wynik referendum w sprawie Brexitu, wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Katastrofa dla konserwatywnego premiera Davida Camerona. Grał na to, że wszystko zostanie po staremu. Naród zadecydował na przekór. Cameron zupełnie nie wie, co robić, więc podaje się do dymisji i z ulgą pogwizduje, zamykając za sobą drzwi z numerem 10 (przy Downing Street).

Nie tylko Cameron – najwyraźniej nikt nie wie, co robić! Nawet przywódcy zwycięskiej kampanii Leave wyglądają, jakby ktoś im złośliwie podrzucił to jajo. Cała seria abdykacji – Boris Johnson, Nigel Farage, Michael Gove. Kampania Leave: sukces, do którego nie przyznaje się żaden ojciec.

Do zarządzania tym kryzysem zgłasza się Theresa May. Prawie nikt inny specjalnie się do tego nie wyrywa. Kłopotliwy spadek po Cameronie przejmuje 13 lipca.

Pojawiają się komentarze: neoliberalny kapitalizm oferuje kobietom wysokie stanowiska tylko wtedy, kiedy jest ogólnie przechlapane i chłopcy nie widzą szans na zdobycie trofeum, nawet na wyjście ze wszystkiego z twarzą. Wysyłają dziewczynę, żeby zebrała za nich bęcki. Wysyłają ją na odstrzał.

Może. Ale to tylko część prawdy. Czy najważniejsza? Nie wiem.

Druga część jest taka. May przypomina Margaret Thatcher. Naprawdę ją przypomina, bardzo. Thatcher była swego prototypem metody rozwiniętej później przez neoliberalizm na epicką skalę. Wzięła feminizm za zakładnika, użyła tożsamości jako kobiety, żeby przeforsować najbardziej reakcyjną możliwą wtedy politycznie do przeprowadzenia politykę. Doszła do władzy dzięki zdobyczom wyprzedzających ją historycznie feministek, na ich grzbietach. Użyła swojej tożsamości jako kobiety, by sprzedawać swoją ofertę jako postać postępu. Jej polityka uderzyła w większość kobiet, które najszybciej traciły na uelastycznianym rynku pracy i musiały się nieodpłatnie zająć tym wszystkim, co znalazło się poza zasięgiem ich rodzin wskutek stopniowego demontażu państwa opiekuńczego (opieka nad dziećmi, nad starszymi czy chorymi członkami rodziny, itd.).

Neoliberalizm robi to dziś systematycznie. Wyłania jakiegoś politycznego aktora na podstawie jakichś wizerunkowo atrakcyjnych, „postępowych” parametrów tożsamościowych, żerując na zdobyczach emancypacyjnych przeszłości – ale zacierając pośród tych parametrów kategorię klasy. Kobieta, Afroamerykanin, gej – postęp. A co z tego, że ta kobieta, ten czarny, ten gej należą do wyjątków dopuszczonych do klasy książąt neoliberalnego kapitalizmu, lub w drodze wizerunkowego wyłonionych już z tej klasy? Wszyscy się cieszą, cóż za postęp!

A kiedy przychodzi do realnej polityki uskutecznianej przez tak wyłonionych aktorów, albo czasem po prostu za ich wizerunkiem? Co te miliony czarnoskórych mężczyzn, którzy przewinęli się przez amerykańskie więzienia w ciągu ostatnich ośmiu lat (więziennictwo USA to największy system karceralny w historii ludzkości) na to, że mają prezydenta tego samego koloru skóry? Czy Greczynki pozbawione dziś właściwej opieki medycznej w obliczu np. raka piersi odczuwają ulgę, że to cierpienie, choć zupełnie niepotrzebne, jest mimo wszystko ich udziałem, bo tak dla nich chciały Angela Merkel i Christine Lagarde? Żeby im w bankach „sztymowało”? Czy Libijki mniej cierpią na widok zwłok własnych dzieci, bo bomby, które spadły na ich domy, wysłała tam sekretarz stanu Hillary Clinton? Czy uciekająca przed wojną Syryjka, odesłana z Europy do jakiegoś obozu w głębi Turcji, mniej cierpi zgwałcona przez miejscowego żołnierza, bo Erdoganowi płaci za to Angela Merkel?

Here comes Theresa May. Czy kobiety bite i molestowane w prowadzonych przez prywatnych kontratkorów więzieniach i ośrodkach tymczasowych cierpiały mniej, bo ministrem, który tym kontraktorom to zlecał, a potem obejmował tajemnicą raporty o panującej tam przemocy, była Theresa May?

Theresa May tożsamościowy szwindel neoliberalizmu popchnęła dalej, zanim zdążyła złapać za stołek. Prawie nikt za bardzo nie rwał się do spadku po Cameronie – ale tak trochę to ktoś się jednak przez chwilę wyrywał. Przy pomocy przyjaciół w największych mediach May zarżnęła Andreę Leadsom na oczach świata. Wyrwała z kontekstu jej wypowiedzi, powtórzyła je ustami swoich przyjaciół dziennikarzy tysiąc razy, wyświetliła je w powiększeniu na wszystkich ekranach. I wyszło: tamta flądra próbowała zdyskredytować May jako kobietę bezdzietną.

Neolibralizm wyrywa z konteksu i zawłaszcza elementy emancypacyjnych, postępowych walk przeszłości i obraca je w narzędzia reakcyjnej, wizerunkowej zemsty na przeciwnikach. Narzędzie tych, którzy mają akurat władzę, żeby powtórzyć każde kłamstwo tysiąc razy. Tych, którzy mają media, lub do mediów mają dostęp. Patrz: polowanie na czarownice „antysemityzmu” w Labour Party niedawno.

May jest kobietą, drugą kobietą na stanowisku brytyjskiego szefa rządu. Ile razy to się zdarzyło gdzie indziej?! Bezdzietna, mind you. Cóż za postęp, co za radość! Możemy teraz wszyscy pospołu pęknąć z dumy. Komuś się coś nie podoba, to nienawidzi kobiet. Chce je zmusić do rodzenia. Wiadomo. Komuś się nie podoba blokada Gazy, to nienawidzi Żydów. Wiadomo.

Theresa May jest twarzą wszystkiego, co najgorsze w i bez niej obrzydliwej współczesnej Partii Konserwatywnej. Była najbardziej w prawo wychyloną postacią rządu Davida Camerona. Najdalej w prawo wystającym piórem prawego skrzydła Torysów. Prawicą prawicy. Reakcją reakcji.

Trzy tygodnie temu spotkałem się ze starym znajomym, żeby zobaczyć nowy letni pawilon przy Serpentine Gallery w Hyde Parku. Wybiegłem z metra, bo byłem trochę spóźniony. On kończył papierosa. Jest Hindusem, naukowcem (genetykiem). Po wymianie how-are yous, spojrzał na mnie i westchnął głęboko, bardzo głęboko (z wyrazem tej pięknej twarzy gdzieś w okolicach rozpaczy): Thereeeesa Maaay…. 

Theresa May szczuła na cudzoziemców, wymyśliła minimum, jakie osoba spoza Unii Europejskiej musi zarabiać, żeby móc zostać w kraju (absurdalnie wysokie minimum, 35 tys. funtów rocznie), rozbijała rodziny, wysyłając żony czy dzieci cudzoziemców z powrotem do krajów pochodzenia. Na ulice miast wysłała obwoźne szczekaczki zastraszające „nielegalnych imigrantów”, że albo się zgłoszą na policję, albo „i tak was znajdziemy”. Ikona feminizmu!

Theresa May obejmuje funkcję premiera. Wygłasza szybko fajny spicz. Entuzjazm. Fajny spicz. Niektórzy Torysi, jako że wszyscy chodzili do najdroższych szkół w kraju, potrafią czasem napisać lub czytać z kartki fajny spicz, ale rzadko kiedy, a już zwłaszcza ich współczesny szczep, wierzą w to, co mówią. Mamy to przecież już drugą kadencję.

Dlaczego w ogóle Theresa May zostaje premierem? Skoro premier David Cameron podał się do dymisji, dlaczego nie rozpisać nowych wyborów? Nie, bo nie. Takie rzeczy to w Europie, a nie na naszych ekskluzywnych ą-ę wyspach. Przecież właśnie się z Europy wypisaliśmy. Tutaj dymisja premiera oznacza nowego premiera z tej samej partii, przyfastrygowanego na chybcika do tego samego rządu, a nie jakieś nowe wybory. Nawet jeśli ta sama Theresa May, tylko w czasach, gdy była w opozycji, denuncjowała w 2007 bezwstyd Gordona Browna, że w taki sam sposób obejmuje tekę premiera, a przecież należałoby rozpisać przedterminowe wybory.

Wybory, szczypiory. Dupa, lala, Jaś.

Theresa May obejmuje więc funkcję. Następuje cała seria dymisji i nominacji, rząd – niby ten sam, po co wybory! – zyskuje zupełnie nowe oblicze. Najbardziej prawicowe oblicze w historii brytyjskich rządów od czasu zakończenia II wojny światowej. Theresa May przypomina Margaret Thatcher. Tak, ale to, co zamierza zrobić, dla Thatcher mogło być tylko mokrym snem. Przy tym rządzie Margaret Thatcher była socjaldemokratką. Po polsku: lewaczką.

Rząd Theresy May. Od George’a Freemana, który fantazjował nie tak dawno, jak wykorzystać wysokie bezrobocie w niektórych regionach, by zmiażdżyć tam płacę minimalną, po prawdziwy polityczny hit sezonu: Boris Johnson – pajac, który w swojej dotychczasowej karierze bezceremonialnie obraził ze sto rządów i narodów, który właśnie wygrał referendum, żeby wypisać Wielką Brytanię z wielkiej organizacji miedzynarodowej, a potem zrezygnował z odpowiedzialności za tę wygraną – ministrem spraw zagranicznych. Szefem dyplomacji. SZEFEM DYPLOMACJI.

Pisałem niedawno tak: Brexit jest symptomem tego, że elity neoliberalnego kapitalizmu same nie wierzą już w status quo, nie wiedzą już, co robić więc nerwowo robią byle co. Dlatego May nie miała niemal żadych konkurentów do stołka. Rafael Behr w „The Guardian” cytuje jednak anonimowe partyjne źródło, że w szeregach Torysów rozgrywał się swego rodzaju pucz, w ramach którego najbardziej prawicowa fakcja w partii dążyła do wykorzystania referendum celem odebrania władzy Cameronowi. I postawienia brytyjskiego społeczeństwa przed zupełnie innym rządem, niż ten, który wybrali. Przed rządem, który ukrywa po szufladach taki program, że nigdy by z nim nie wygrał demokratycznych wyborów. A teraz będzie się za wszelką cenę trzymał władzy do przepisowego końca kadencji, do 2020. To nie przeczy teorii „nie wiedzą już co robić, więc robią byle co”.

Pragnienie Theresy May: wykorzystać niepewność i być może chaos okresu Brexitu. Na chaos złożą się wahania kursów walut, inflacja cen produktów importowanych, a więc ogromnej części żywności, możliwe załamania niektórych gałęzi gospodarki, skutkujące wzrostem bezrobocia. Nie wiadomo, bo trudno powiedzieć, jak potoczą się negocjacje z UE. Po przyjacielsku, czy na chama? Ale jeżeli będzie chaos, to wykorzystać. Żeby dokonać ofensywy na niższe i średnie klasy brytyjskiego społeczeństwa. Co może się pojawić na horyzoncie? Miażdżenie płac. Dalsza ekspansja niestabilnych form zatrudnienia. Majstrowanie przy płacy minimalnej (obniżenie, wyjątki, zawieszanie) i limitach tygodniowego czasu pracy. Obstawienie zasiłków takimi zasiekami utrudnień, by na masową skalę zmniejszyć jakiekolwiek szanse na nie. Ograniczanie prawa do strajku i innych form politycznego protestu. Spodziewajmy się grabieży zasobów ciągle jeszcze znajdujących się w rękach państwa i likwidacji wielu ograniczeń motywowanych ekologicznie. Spodziewajmy się polityki przyjaznej oszustom podatkowym, sprzedawanej jako „Wielka Brytania otwarta dla biznesu”. Na tapecie jest nawet wystąpienie Wielkiej Brytanii z grona sygnatariuszy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Startegia Theresy May i jej gangu: krótkoterminowe przetrwanie klas panujących. Zwiększenie stopy wyzysku, zwiększenie skali i tempa grabieży. Skoro świat się wali, ukradnijmy i wyciśnijmy z tej wyspy tyle, ile się w międzyczasie uda. Kto wie, ile jeszcze czasu poistnieje sobie w ogóle takie państwo jak Wielka Brytania. Może niebawem zostanie z tego tylko Zjednoczone Królestwo Anglii i Walii. Boris Johnson jako dobitny znak zawężonego horyzontu, zredukowanych ambicji brytyjskich klas panujących. Tylko elity, które zrezygnowały z szerszej perspektywy międzynarodowego znaczenia dla swojego kraju – zauważył „Washington Post” – mogły powołać takiego szefa dyplomacji. Dla picu, żeby się to za szybko nie rzuciło wszystkim w oczy, utrzymamy broń atomową.

Zagrabić, co się da, ile się da, póki jeszcze się da.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Zaostrzenie ustawy, albo Przyganiał liberał PiSowi

Odkąd w wyborach 2015 roku władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość, a w wyczyszczonym z jakiejkolwiek, nawet choćby nominalnej, farbowanej lewicy parlamencie otworzyło się tak dużo miejsca dla skrajnej prawicy, polscy liberałowie przeżywają chwile demokratycznego uniesienia. Nawet do niedawna ortodoksyjnie „apolityczni” artyści, a także telewizyjni celebryci najlepszego z możliwych światów, wychodzą zachwyceni własnym zaangażowaniem na ulice Warszawy i innych miast w gestach zdecydowanego protestu. Nie podoba im się niszczenie dorobku minionego ćwierćwiecza, chcą powrotu do tak już przecież dobrze zbudowanej liberalnej demokracji, tej sprzed roku 2015. Na tę okoliczność przestali się nawet wstydzić skarpetek w sandałach Wałęsy, który znów stał się dla nich symbolem. Nawet prawa kobiet nagle okazały się im interesujące, chociaż dla ich czołowych przedstawicieli dlatego, że „są sexy i konsekwentne”.

Są tak zaskoczeni nagłą utratą gruntu pod nogami, tak skołowani – przecież mówili ludowi, że PiS jest be, a lud zupełnie nic nie rozumie! – że nawet na łamy „Gazety Wyborczej” (of all places!) wpuścili trochę lewicowej krytyki III RP. Choć wciąż się bronią przed przyjęciem czegokolwiek z tej krytyki do wiadomości.

Najważniejszym zadaniem, jakie sobie ta lewicowa krytyka postawiła, jest wykazanie – i wskazanie tego liberałom, do tej pory skłonnym jedynie do ośmieszania lewicy – że to oni właśnie, liberałowie różnych denominacji, przez ćwierć wieku wyhodowali dziesiejszy PiS i wepchnęli polskie społeczeństwo w jego ramiona.

Z daleka (mieszkam w Londynie) wygląda na to, że dominujący nurt tej krytyki skupia się na tym: liberałowie (różnych denominacji) przez ponad dwie i pół dekady restauracji kapitalizmu w Polsce zbudowali społeczeństwo ogromnych nierówności ekonomicznych, dumne z tego, że na rynku europejskim konkuruje wyłącznie tanią siłą roboczą, pozbawione elementarnych ochronnych struktur państwa opiekuńczego oraz egoistyczną kulturę, w której każdy sam jest winien własnej niedoli, a jeśli sobie nie radzi, to zasługuje tylko na pogardę; PiS jest dla III RP i jej liberalnych budowniczych powrotem wypartego, zemstą tego, co wykluczone.

Ale PiS jako powrót wypartego i zemsta tego, co wykluczone przez liberalne fantazje o wieżowcach, autostradach i pendolino, to mimo wszystko dopiero połowa prawdy. Tego też nie możemy liberałom zapomnieć. To też musimy im teraz powtarzać.

We wtorek 5 lipca 2016 obłąkana katolicka prawica złożyła w Sejmie „społeczny” projekt ustawy, której celem jest całkowity zakaz aborcji, nawet w przypadku ciąży pochodzącej z gwałtu na nieletniej, płodu tak uszkodzonego, że nie ma szans na przeżycie, czy ciąży zagrażającej życiu noszącej ją kobiety. Przepisy antyaborcyjne to jeden z najbardziej wyrazistych przykładów na to, że polscy liberałowie, gdy patrzą z przerażeniem na stojący naprzeciw nich PiS i gorszą jeszcze prawicę w jego ogonie, patrzą na potwora, którego własnoręcznie hodowali i żywili przez ćwierć wieku.

Ta propozycja nie odrzuca bowiem wcale obowiązującego dotychczas w Polsce aborcyjnego „kompromisu”, tylko posuwa go do jego logicznej konkluzji; maksymalizuje milczące założenia już obowiązującej ustawy z 1993, a zwłaszcza realnej społecznej praktyki jej egzekwowania – w rzeczywistości zabieg aborcji bywał przecież w Polsce nieosiągalny nawet w tych nielicznych przypadkach, w których był prawnie dozwolony. Bo „sumienie lekarza”. Obowiązujący w Polsce dotychczas „kompromis aborcyjny” był w rzeczywistości jednym z najostrzejszych, najbardziej bezlitosnych w Europie reżimów prawa w tym zakresie. „Kompromis” ów, podobnie jak dogmat o jego nienaruszalności, był dziełem polskich liberałów (różnych denominacji). Katolicko-narodowa prawica próbuje dzisiaj postawić w tej sprawie kropkę nad „i” napisanym dawno temu przez polskich liberałów, a nie odrzucić ich „demokratyczny dorobek”.

Smutne losy praw reprodukcyjnych kobiet w III RP są jednym z najbardziej wyrazistych manifestacji znacznie szerszego problemu: stosunku III RP do wartości i dziedzictwa Oświecenia w ogóle.

Polscy liberałowie z rozmysłem zredukowali kategorię postępu do wolności akumulowania bogactwa dla tych, którzy dysponują odpowiednimi kapitałami. Ofiary procesów akumulacji liberałowie (różnych denominacji) porzucili nie tylko dlatego, że o nich zapomnieli, nie widzieli ich z okien swoich biurowców, bo tak zaaferowani byli romancą własnej „wolności gospodarczej”. Ofiary te porzucili, bo takiego dokonali wyboru, świadomie.

Język klasowej pogardy – w życiu codziennym, mediach, kulturze głównego nurtu – pomagał im z tym żyć bez wyrzutów sumienia. (Teraz ten język się na nich mści, pogarda powraca odwrócona.) Sam spokój sumienia nie wystarczy jednak, żeby spokojnie sprawować władzę i cieszyć się z przywileju własnej wolności gospodarczej. Dlatego rozmyślnie otworzyli puszkę z demonami, i od czasu do czasu uchylali jej wieczko. Demonami najbardziej reakcyjnych, antyoświeceniowych elementów dziedzictwa polskiej kultury, dla których wytępienia cztery dekady PRL niestety nie wystarczyły.

Czasem była to bierna, pasywna zgoda na stosowaną przez katolicko-narodową prawicę metodę faktów dokonanych – jak z krzyżem, który zawisł w Sejmie. Częściej jednak aktywne działanie samych liberałów, którzy wpuścili Kościół katolicki do szkół, pozwalając mu najpierw sączyć swą truciznę na lekcjach religii, a potem stopniowo, krok po kroku, kolonizować program nauczania innych przedmiotów. (Liberałowie często mówili, że w Polsce trzeba się liczyć z przywiązaniem społeczeństwa do wartości katolickich; prawda jest jednak taka, że ćwierć wieku tych ustępstw z czasem wytworzyło to przywiązanie, a nie odpowiedziało na nie; każdy poważny socjolog potwierdzi, że na początku lat 90. Polacy byli znacznie bardziej tolerancyjnym i otwartym społeczeństwem.)

Wkrótce uczniowie niezależnie od wyznania lub jego braku, na lekcjach polskiego, musieli pisać wypracowania na temat „A jak ty wyraziłbyś swoją wiarę?”. Historia została sprowadzona do opowieści o królach i walkach narodów pojmowanych jako ponadczasowe byty organiczne – kpina w żywe oczy z tego, czym historia jest dzisiaj jako nauka. Daję głowę, że do dzisiaj dzieci uczą się wciąż w polskich szkołach, że ludzie dzielą się na rasy białą, żółtą i czarną. Czy współczesny polski maturzysta lub maturzystka, po współczesnej polskiej szkole, wie, że na ziemiach polskich jeszcze w połowie XIX wieku panowało, pod nazwą pańszczyzny, niewolnictwo, i całkiem prawdpodobnie jest on lub ona potomkiem takich niewolników? Czy współczesny polski maturzysta lub maturzystka wie, że Adam Mickiewicz był socjalistą? A jak zareagowaliby na miłosne listy młodego Fryderyka Chopina do Tytusa Wojciechowskiego?

Na szkole się nie skończyło. Muzeum Powstania Warszawskiego, wszechobecny kult Jana Pawła II, filmy o bitwach warszawskich i wiedeńskich, telewizyjna i filmowa propaganda niestrudzenie zrównująca Związek Radziecki z III Rzeszą.

Każde żądanie poszerzenia praw socjalnych kwitowane hahaszkami, że takie rzeczy to w komunizmie, a to już było i nie wróci. Z tego przecież tylko Gułag i Alternatywy 4. Każdy głos w sprawie praw kobiet czy praw mniejszości seksualnych – paternalizowany lub gromiony (przez liberałów różnych denominacji) za niepotrzebne jątrzenie, awanturnictwo, nieodpowiedzialne skandalizowanie i brak szacunku dla w takim znoju wypracowanych „kompromisów”.

Demony anty-Oświecenia miały pełnić rolę ściśle funkcjonalną. Miały straszyć całym tym strasznym złem, do jakiego prowadzą sny o emancypacji ludzkiej i uniwersalnej równości nas wszystkich. Miały zamykać ofiary restauracji kapitalizmu w ślepych uliczkach irracjonalnych resentymentów i średniowiecznych niemal fiksacji na wszystkim tym, co tak łatwo zasysa emocje i energię, przesłaniając jednak realne przyczyny frustracji, cierpienia, niespełnienia, poczucia braku elementarnej kontroli nad własnym życiem.

Puszki Pandory nie da się jednak otworzyć tylko trochę. Nie da się na dłuższą metę utrzymać wszystkiego, co z niej wyleci, pod kontrolą, w instrumetalnym interesie tych, którzy się tą puszką bawią. Demony anty-Oświecenia żyją potem własnym życiem, wracają w końcu także po tych i do tych, którzy wypuścili je na wolność.

Współczesna polska młodzież, Polacy do gdzieś tak 25 roku życia –  urodzeni i wychowani już w całości w III RP – są bezlitosnym świadectwem i produktem ćwierćwiecza Polski zbudowanej i rządzonej przez liberałów (różnych denominacji). Jak można uciec przed faktem, że młodzi Polacy to dziś chyba najgorsza, politycznie i moralnie najbardziej odpychająca i podła młodzież w Europie?

Znajdujemy się w okresie głębokiego, strukturalnego kryzysu kapitalizmu jako systemu światowego – w takich warunkach łatwo rośnie poparcie dla skrajnej prawicy, która uwodzi część młodzieży obietnicą siły i (fałszywej, ekskluzywnej, partykularnej) wspólnoty opartej na „pragnieniu tego, co nas wyzyskuje”. Jest jednak różnica między rosnącym poparciem, a całkowitym skolonizowaniem zbiorowej wyobraźni pokolenia.

W Wielkiej Brytanii jest Britain First, jest English Defense League, robią one duży bajzel, rasiści krzyczą i biją ludzi, zwłaszcza po referndum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej. Ale jednocześnie dziesiątki tysięcy młodych ludzi wstąpiły do Labour Party od momentu, gdy okazało się, że jej przewodniczącym może zostać jeden z jej najbardziej lewicowych weteranów, Jeremy Corbyn; potem, gdy nim został, a jeszcze potem w kolejnej fali po referendum w sprawie członkostwa w UE. Francja ma Front National, ale francuscy dwudziestolatkowie w liczbie dziesiątek tysięcy walczą na ulicach Paryża przeciwko reakcyjnej nowelizacji prawa pracy (loi El Khomri), a nie z uchodźcami czy „pedałami”. Mimo katastrofalnej porażki rządu Syrizy w konfrontacji z neoliberalnym monstrum Unii Europejskiej, greckiej lewicy udało się zatamować i zmarginalizować faszystowski Złoty Świt. Hiszpańska i portugalska młodzież domaga się od swoich rządów i władz swoich miast polityki społecznej i przyjęcia więcej uchodźców z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Od Wielkiej Brytanii, przez Hiszpanię, po Grecję, młodzież jest nadzieją na to, że istnieje jeszcze (potencjalnie) jakaś przyszłość dla Europy.

Jednak nie w Polsce. W Polsce – im niżej schodzimy po drabinie wieku, w tym głębszy zstępujemy reakcyjny mrok. Jeśli między Wisłą a Bugiem spotykamy kogoś, kto wierzy wciąż w wartości Oświecenia, to największe prawdopodobieństwo jest, że urodził się, jeżeli nie wychował całkowicie, jeszcze w PRL. To młodzi Polacy najbardziej nienawidzą cudzoziemców, muzułmanów i uchodźców, których nigdy nie widzieli, a także kobiet, którym się jakiś Arab podoba. No i „pedałów”. To wśród młodych jest też największe poparcie dla zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej.

Tej młodzieży nie zdążył przecież jeszcze wychować Jarosław Kaczyński. On ją taką zastał, wychowaną przez ćwierć wieku przez polskich liberałów (różnych denominacji). III RP wychowała potwory.

Puszki Pandory – puszki z demonami anty-Oświecenia – nie da się otworzyć tylko trochę.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Mona Hatoum: ciało i terytorium

Pierwsza wielka retrospektywa Mony Hatoum w Wielkiej Brytanii (londyńska Tate Modern, 4 maja – 21 sierpnia 2016) pokazuje pewien powracający w twórczości artystki wątek: to, co znajduje się pomiędzy albo na styku ciała i jego otoczenia, przestrzeni, w której ciało to funkcjonuje.

Corps étranger (‘Ciało obce’, 1994) to instalacja zmontowana z materiałów wideo nagranych przez artystkę w czasie performansów wykonanych w latach 80. (m. in. w londyńskim Battersea Arts Centre), rzucanych następnie na podłogę. Są to ogromnie powiększone obrazy zrealizowane medyczną kamerą sondującą otwory i zagłębienia ciała samej Hatoum; kamera ta wędrowała po powierzchni twarzy, głowy i ciała, wchodziła do wnętrza otworów tego ciała, eksplorując granicę między wnętrzem a zewnętrzem ciała i podmiotu. Projektor rzuca te obrazy na podłogę.

Artystka używała też własnych włosów; włączała je np. w masę, z której wykonywała papier do wielu swoich prac. Włosy są taką dziwną częścią ciała, która do ciała należąc najczęściej i najłatwiej, bezboleśnie, nieraz niezauważalnie się od niego odłącza – ciało może je zostawiać jako ślady w swoim otoczeniu, na powierzchniach, z którymi miało kontakt. Hatoum wykorzystała też obcięte paznokcie, które zatopiła w sześcianie z przeźroczystego tworzywa sztucznego, w którym są „rozrzucone”. Wśród intrygujących tworzyw Hatoum są też materiały, które z przestrzeni wokół ciała trafiają na codzień do wnętrza tego ciała i włączają się w jego strukturę w procesach metabolicznych – takimi pracami są np. niewielkie, urokliwe plecionki ze świeżego makaronu, zostawionego następnie do wyschnięcia.

Wspomniane prace, taki krąg tematyczny, zastosowane techniki i materiały umieszczają więc dorobek Hatoum w perspektywie sztuki feministycznej. Polityczność sztuki Hatoum na tej płaszczyźnie się jednak nie kończy.

Izrael i okupacja

Hatoum urodziła się w Bejrucie w 1952, w rodzinie palestyńskich chrześcijan, których z Hajfy wypędziło powstanie Państwa Izrael w 1948. Dla regularnych bywalców Tate Modern retrospektywa artystki stanowiła swego rodzaju kontynuację, jeżeli nie dotychczasową kulminację znaczącej obecności problematyki palestyńsko-izraelskiej w twórczości wystawianych tam artystów. Na największych retrospektywach ostatnich lat można było oglądać niezwykle ważne prace Richarda Hamiltona (Unorthodox Rendtition, 2009; Maps of Palestine, 2011) i Marlene Dumas (The Wall, The Mother i Mindblocks, wszystkie 2009) poświęcone tej tematyce.

W Keffieh (‘Kefija’ 1993-6) długie czarne włosy zostały użyte zamiast czarnej nici do wyhaftowania tradycyjnego palestyńskiego wzoru pokrywającego chusty noszone zwyczajowo przez tamtejszych mężczyzn. Kefije są atrybutami tradycyjnej palestyńskiej męskości, tutaj ustawionej w nowym świetle użyciem w domyśle kobiecych włosów (w świecie arabskim mężczyźni raczej nie zapuszczają tak długich). Tradycyjna palestyńska męskość znajduje się dziś w konfrontacji z ponowoczesnym, prawdziwie postmodernistycznym mocarstwem kolonialnym, posługującym się „stosowanym postmodernizmem” jako technologią przemocy skierowanej przeciwko cywilom[1].

Present Tense (‘Czas teraźniejszy’, 1996) to 2200 kostek mydła, o kształcie zbliżonym do sześcianu (zbliżonym, bo nie są to kostki do końca równe). Mydło to materiał, który normalnie przewidziany jest do bezpośredniego kontaktu z powierzchnią ciała, utrzymywaną dzięki niemu w stanie higieny. Tutaj jest ono rozłożone na podłodze, jakby było posadzką, tyle że w rzeczywistości w podłodze nie umocowaną, jedynie przykrywającą prostokątną połać jej powierzchni. Szybko dostrzegamy, że cała ta powierzchnia nosi na sobie rysunek, w który układają się kropki na powierzchni niektórych kostek mydła. Ten rysunek to mapa Palestyńskich Terytoriów Okupowanych rozbitych na setki rozłączonych bantustanów wskutek skandalu Porozumień z Oslo z 1993. Mydło użyte tu za surowiec to mydło z Nablusu na Zachodnim Brzegu Jordanu, produkt palestyńskiego rzemiosła wykonywany z oliwy z oliwek z palestyńskich gajów oliwnych. Jest to więc surowiec o ogromnym ładunku emocjonalnym tak dla tych Palestyńczyków, którzy żyją pod izraelską okupacją lub jako obywatele drugiej kategorii w Izraelu „właściwym”, jak i dla tych, których przemoc Państwa Izrael dawno wypędziła z Palestyny (jak Hatoum i jej rodzinę). Kropki na powierzchni tych kostek mydła okazują się być wykonane z wbitych w nie drobnych kawałków czerwonego szkła. Szkło wbite w mydło budzi odruchowe skojarzenia z kaleczeniem skóry, po której ktoś by taką kostkę przesuwał; skojarzenia potęgowane przez kolor tego szkła, kolor krwi. Z kolei drobne ciała obce wbijające się w ludzkie ciało, by poszarpać jego tkanki, przywodzą na myśl niektóre zbrodnicze rodzaje broni używane przez Izrael (wbrew konwencjom genewskim) przeciwko palestyńskiej ludności cywilnej.

Oprócz horroru izraelskiego stosunku do Palestyńczyków w pracy tej daje się jednak wyczuć wpisany w nią równolegle zupełnie inny ton. Opór i wytrwałość, wiara w to, że okupacja, nawet w wykonaniu jednej z najpotężniejszych armii świata, nie będzie trwać wiecznie i zostanie kiedyś przezwyciężona. Mydło jest produktem nietrwałym – wysycha, kurczy się bez wilgoci lub zużywa ze spływającą po nim wodą. Kiedyś kawałki szkła rysujące teraz granice bantustanów, w których Izrael więzi Palestyńczyków, po prostu z tego mydła wypadną, rozsypią się, będzie je można zmieść z tej podłogi. Mapa, którą rysują, to nie wieczność, to tylko tytułowy „czas teraźniejszy” – kiedyś nie zostanie ślad ani po niej, ani po przemocy, którą wyraża.

Kraty, pręty, druty

Tak więc opowieść o ciele i tym, co łączy i dzieli je od jego zewnętrza, od przestrzeni, jest także opowieścią o kontakcie owego ciała z przestrzenią zdefiniowaną najbardziej politycznie – z terytorium. A także o formach politycznej przemocy wywieranej na ludzkich ciałach w walce o tak zdefiniowaną przestrzeń. Formy te mogą mieć moc wyrywania ludzi z terytorium, do którego czują się emocjonalnie przywiązani, i do którego na zawsze tracą wskutek tej przemocy dostęp. Mogą też mieć moc uwięzienia na terytorium najbliższym, szczelnie zamkniętym, z którego nie sposób się wydostać choćby na spotkanie bliskich czy przyjaciół podobnie uwięzionych w sąsiednim takim bantustanie. Sama Hatoum mieszka na stałe w Londynie od 1975 roku, czyli od momentu, kiedy izraelska inwazja na Liban uniemożliwiła jej powrót do Bejrutu z pomyślanego pierwotnie jako tymczasowy pobytu w Wielkiej Brytanii.

Stąd tyle u Hatoum krat, prętów, drutów kolczastych, skojarzeń z więzieniem jako miejscem lub z uwięzieniem jako stanem przestrzennego skrępowania.

Nawet wzór na tradycyjnych kefijach przypomina jej sploty drutu charakterystyczne dla metalowych ogrodzeń. Light Sentence (1992) igra w tytule znaczeniem pierwszego słowa. ‘Lekki wyrok’ to znaczenie podstawowe, ale light znaczy też ‘światło’. Instalacja składa się z trzech ścian drucianych klatek sięgających powyżej wzrostu człowieka. W środku unosi się i opada do podłogi pojedyncza, naga żarówka. Praca zawsze wystawiana jest w osobnym, przeznaczonym tylko dla tej instalacji pomieszczeniu (widziałem ją kilka lat wcześniej w muzeum w Tuluzie) – po ścianach przesuwają się gęste linie cieni rzucach przez kraty klatek, za którymi uwięziona jest żarówka. Quarters (‘Kwatery’, ale też ‘Dzielnice’1996) to instalacja z wielopiętrowych pryczy rozstawionych tak, by przywodziły na myśl Panoptykon u Foucaulta. Cellules (‘Komórki’, ale po francusku także ‘Komory’ lub ‘Cele’ 2012-2013) to osiem klatek z grubych ciemnych prętów, w które wrzucone są naczynia z intensywnie czerwonego szkła. Prawdopodobnie dmuchane były wewnątrz tych klatek, bo wydymają się w komory doskonale wpasowujące się w układ prętów. Wygląda to jak uwięzione w klatkach ludzkie serca, które zamarły tam w bezruchu.

Niezwykle mocna jest też praca Impenetrable (‘Nieprzenikalne’, 2009). Inspirowana rozbrajająco „lekkim” cyklem wenezuelskiego artysty Jesusa Soto, Penetrables (‘Przenikalne’, 1990), wykorzystuje jednak tę inspirację przewrotnie. U Soto cienkie gumowe rurki wiszące pionowo w równych odległościach tworzyły delikatne, przenikalne, migoczące trochę w oczach, gdy się je obchodziło, sześciany. U Hatoum przy bliższej inspekcji okazuje się, że podobny sześcian tworzą twarde, gdube druty kolczaste.

W pracach Mony Hatoum powracają też mapy.

Mapy

Interior/Exterior Landscape (‘Pejzaż wnętrze/zewnętrze’ 2010) to instalacja przypominająca – rozmiarami pomieszczenia, meblami zredukowanymi do funkcjonalnego minimum, łóżkiem bez materaca – celę. Z celą kojarzy się ograniczenie mobilności, z ograniczeniem mobilności kontrastuje z kolei replikowana tutaj trzykrotnie mapa świata. Półkule zachodnia i wschodnia narysowane są na ścianie pod wieszakiem – wyłaniają się zza drucianych wieszaków na koszule. Również wisząca tam torba, coś jakby staroświecka siatka na zakupy, widziana z bliska okazuje się być wycięta z politycznej mapy świata. Kontury kontynentów znaleźć też można na poduszce – tam zarysowane są także szlaki połączeń lotniczych, którymi najczęściej podróżowała sama artystka. Wiele z tych podróży musiało być związanych z pracą czy z wystawami, na które była zapraszana jako artystka właśnie, wielokrotnie, żeby przez sztukę opowiedzieć światu o więzieniu okupacji, w jakim żyją jej palestyńscy rodacy. Sukces w polu sztuki umieścił autorkę na pozycji na tyle uprzywilejowanej w stosunkach władzy (klasowej, politycznej, ekonomicznej), by pozwolić jej przemieszczać się między niezwykle odległymi punktami na Ziemi. Ta pozycja wciąż jest jednak o wiele, wiele za słaba, by oferować realny wpływ na położenie wszystkich tych przemocą okupanta zamkniętych w Gazie, w bantustanach na Zachodnim Brzegu, w obozach dla uchodźców w Libanie, Syrii czy Jordanii. Ba, jest zbyt słaba nawet na to, by pozwolić Hatoum powrócić na ziemię jej dziadków. Pierwszy raz postawić stopę w kraju pochodzenia udało się artystce dopiero w 1996, w wieku 44 lat, na zaproszenie galerii Anadiel w Jerozolimie, dla której zrealizowała Present Tense.

Hot Spot (2013) odwołuje się tytułem do angielskiego zwrotu określającego ośrodek militarnych lub społecznych niepokojów czy walk. Rzeźba ta jest jednak dużym, pustym w środku, prześwitującym „globusem”, uzyskanym z metalowego „rusztowania” naśladującego układ południków i równoleżników, na których rozpięte są wykonane z powyginanego neonu zarysy kontynetów. Neon świeci na czerwono, wytwarzając wrażenie właśnie stanu zapalnego, jakby sygnalizował alarm. W dobie militaryzacji międzynarodowego (nie)porządku cały świat jest ogniskiem zapalnym, jedną wielką strukturą gwałtownych napięć.

Jeśli w tym punkcie wystawy pomyślimy o najnowszych analizach Jeffa Halpera[2], Hot Spot zaczyna podejmować niepokojącą konwersację ze starszym Present Tense. Harper przekonuje, że tym, co gwarantuje Izraelowi, ze zbrodniami wojennymi i zbrodniami przeciwko ludzkości (stosowanie na cywilach zakazanej broni przywoływanej przez Hatoum użyciem odłamków szkła w mydle), jakie cyklicznie i bezwstydnie popełnia na Palestyńczykach i społeczeństwach sąsiednich państw arabskich, jest jego pozycja na światowym rynku wojny. Rola dostawcy najnowocześniejszych technologii – przetestowanych już i sprawdzonych na Palestyńczykach, i jako sprawdzone na ludziach reklamowanych innym siłom zbrojnym, od amerykańskich po indyjskie. Ale także rola dostawcy ideologicznych, quasi-prawnych, a de facto obliczonych na stopniowy demontaż prawa międzynarodowego jako takiego, uzasadnień i wielopiętrowych usprawiedliwień dla stanu permanentnej wojny przeciwko ludności cywilnej. Rozwiązania przetestowane przez Izrael na Palestyńczykach zatruwają później cały system światowy, który przekształca się w totalny stan zapalny. To ma na myśli Eyal Weizman, gdy mówi o fenomenie „izraelizacji”. Jednocześnie znaczenie, jakie wypracowane przez Izrael na Palestyńczykach najbrutalniejsze technologie władzy mają dla drżących o swoje przywileje klas panujących trzeszczącego w szwach systemu kapitalistycznego (Izrael jest ich nauczycielem w dziedzinie skutecznego miażdżenia oporu mas wykluczonych i pokrzywdzonych), gwarantuje bezkarną trwałość okupacji Terytoriów Palestyńskich.

Izrael wynalazł całkiem nową, wciąż przez prawo międzynarodowe nierozpoznaną, zbrodnię przeciwko ludzkości: zbrodnię okupacji permanentnej. Takiej okupacji, która nie ma zamiaru kiedykolwiek dobiec końca. Prawo międzynarodowe definiuje okupację jako stan przejściowy, utrzymujący minimum porządku do czasu zawarcia porozumień pokojowych i cywilnej normalizacji w terenie. Stanu, który trwa do dzisiaj w najlepsze, bez żadnych widoków na zmiany, od 1967 roku, nie sposób już jednak nazywać przejściowym. „Czas teraźniejszy” z pracy z 1996 okazuje się uporczywie przeciągać, trwać, nie przemijać. Nie daje się odesłać do przeszłości…

Jarosław Pietrzak

[1] Zob. Eyal Weizman, Hollow Land: Israel’s Architecture of Occupation, London – New York: Verso, 2007.

[2] Jeff Halper, War Against the People: Israel, the Palestinians and Global Pacification, London: Pluto Press, 2015.

 

Tekst ukazał się w miesięczniku Le Monde diplomatique – edycja polska (czerwiec 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brexit, status quo i przyszłość

Zgadzam się z tymi, którzy – jak lewicowy grecki badacz Stathis Kouvelakis – uważają, że Unia Europejska jest antydemokratycznym, neoliberalnym monstrum, realizującym interesy wielkiego kapitału. Nie da się jej zreformować  w stronę bardziej demokratyczną, realizującą lewicową, solidarną wizję postępu społecznego, ponieważ została ona wymyślona i zaprojektowana w sposób antydemokratyczny i w antydemokratycznych celach. Unię Europejską zaprojektowano tak, by mogła funkcjonować, procedować i decydować, realizując interesy politycznych i ekonomicznych elit kontynentu niezależnie od woli jego społeczeństw, a nawet otwarcie tej woli wbrew. Jak pokazał przykład Grecji – nawet kosztem najsłabszych społeczeństw kontynentu, gotowa złożyć je na ołtarzu zyskowności niemieckich i francuskich banków oraz niemieckich obsesji monetarnych. I nie ma się co łudzić, że na Grecji się to skończy. Skłaniam się ku jego stanowisku, że jedynym prawdziwym wyjściem jest rozwiązanie Unii Europejskiej i budowa nowego projektu solidarnej Europy postępu społecznego zamiast UE, a nie w jej ramach.

Niemniej jednak uważam Brexit za katastrofę. Kontekst i kolejność wydarzeń, a także to, kto jest danych wydarzeń sprawczym podmiotem – to wszystko są rzeczy, które mają ogromne znaczenie. To, czy Unię Europejską zastąpi Europa solidarności i postępu społecznego, zależeć będzie od tego, kto rozmontuje tę pierwszą. Jeśli rozmontuje ją rasistowska prawica, to naprawdę nie zrobi się od tego więcej miejsca dla najbardziej postępowej lewicy.

Brexit, Lexit, szmexit

Brexit jest zwycięstwem rasistowskiej prawicy. To ona (UKIP i najbardziej nieprzewidywalne skrzydło rządzącej Partii Konserwatywnej) nadała ton całej kampanii. Imigranci, imigranci, imigranci. To była jedyna śpiewka. Jeżeli członkowie Socialist Workers Party i innych jeszcze mniejszych grup o jeszcze mniejszym znaczeniu wyobrażają sobie, że powtarzając we własnym gronie kilku tysięcy osób (w skali 65-milionowego kraju) własne argumenty stworzyły jakąś alternatywną narrację o Lexicie, lewicowym wyjściu z Unii, to świadczy to tylko o ich grupowym narcyzmie. Jakieś trzy artykuły na łamach „The Independent” to jeszcze nie realnie funkcjonująca w społeczeństwie alternatywna narracja. Ludzie, którzy w Anglii z dala od Londynu i Liverpoolu zagłosowali za wyjściem, nie mieli przed oczyma rozległych analiz na łamach „International Socialism Journal” tylko nagłówki o imigrantach krzyczące do nich z pierwszych stron tytułów prasowych Ruperta Murdocha. O znaczeniu tej rasistowskiej kampanii świadczy erupcja rasistowskich incydentów po ogłoszeniu wyników referendum. Policja oficjalnie potwierdza przekraczjący 500% skok liczby oficjalnie odnotowanych incydentów tego rodzaju. Angielscy rasiści poczuli, że nareszcie nie muszą swojego rasizmu ukrywać – poczuli się dumni.

To, jaka kampania i przez kogo prowadzona wygrała, to na dodatek tylko pierwsza połowa problemu. Druga jest taka, że nawet gdyby głosowano ze słusznych powodów, potrzebny jest jeszcze dobry plan działania. Odpowiedzialni za kampanię Leave tymczasem nigdy nie opracowali żadnego planu, jak to tak konkretnie będzie wyglądać. Wielką Brytanię czekają więc lata chaosu, który zresztą natychmiast się rozpoczął (dramatyczne spadki na giełdzie, spadek funta do najniższego od ponad trzydziestu lat poziomu). Zwolennicy Lexitu, którzy cieszą się z rezultatu jak z własnego zwycięstwa, są chyba w stanie jakiegoś zaczadzenia. Przypuszczam, że rację ma ekonomista Michael Roberts, który uważa, że Brexit akceleruje kolejną globalną recesję, czy też kolejną fazę obecnego kryzysu systemu kapitalistycznego. Przedstawiciele radykalnej lewicy popierającej Lexit, którym w czasie kampanii udało się upchnąć trzy artykuły w „Independencie”, a poza tym pisywali na swoich radykalnych blogach czytanych głównie w ich własnych niszach ideowych, wyobrażają sobie teraz, że w warunkach nadchodzącego chaosu, słaba i rozbita od dawna lewica nagle rozkwitnie, dotrze ze swoim przekazem do całego brytyjskiego społeczeństwa i porwie jego serca. Oh dear…

Niestety, ostatnim razem, kiedy kapitalizm pogrążony był w tak głębokim strukturalnym kryzysie (faza B u starego dobrego Kondratiewa), a europejska lewica była za słaba, by w kilku kluczowych krajach powstrzymać rasistowską prawicę, to wyjście z tego kryzysu kosztowało ludzkość II wojnę światową. Miejsce City of London w sfinansjeryzowanej strukturze współczesnego kapitalizmu czyni Wielką Brytanię jednym z kluczowych krajów. Tak więc powtórzę: kolejność wydarzeń, oraz to, kto gra w nich pierwsze skrzypce, ma znaczenie – ma znaczenie kolosalne.

Pustynia rzeczywistości

Mleko się już jednak rozlało i lewica musi być gotowa na trudne do przewidzenia tempo wydarzeń. W tym celu musimy przede wszystkim rozumieć, co się dzieje.

To, że wygrała rasistowska kampania sprowadzająca całą dyskusję do „problemu imigrantów”, nie znaczy, że wszyscy, którzy głosowali za opuszczeniem Unii Europejskiej, są rasistami i głosowali z rasistowskich pobudek. Dla większości z nich ten rasizm był po prostu jedyną zaoferowaną im możliwością artykulacji zupełnie innych bolączek.

Chyba najbardziej przenikliwą i frapującą z napisanych na gorąco interpretacji referendum zaproponował Will Davies, autor książki The Happiness Industry. Jego artykuł Thoughts on the Sociology of Brexit opublikowany został na blogu Political Economy Research Centre. Za Brexitem głosowali mieszkańcy Anglii i Walii spustoszonej w procesach neoliberalnej restrukturyzacji brytyjskiego kapitalizmu, poza (zasysającym większość zasobów w kraju) Londynem i Liverpoolem. Mieszkańcy miast i miasteczek, w których manifestowała się kiedyś przemysłowa potęga Wielkiej Brytanii, ale których przemysły pozamykała Margaret Thatcher, a próżni po nich nic w zadowalający sposób nie wypełniło. Mieszkańcy tej porzuconej Anglii i Walii po raz pierwszy od dziesięcioleci (wielu z nich po raz pierwszy w życiu) mogli oddać głos, który naprawdę będzie miał znaczenie, naprawdę zmieni reguły gry, wstrząśnie czymś, zamiast tylko wymieniać twarze decydujące ostatecznie jedynie o ornamentach polityki pozostającej cały czas w ramach tego samego paradygmatu. Niektórzy może nawet i w to nie wierzyli, ale chcieli tę możliwość sprawdzić. Nawet jeśli mieliby sobie tym wyrządzić krzywdę, to byli na nią gotowi w zamian za pierwszą w życiu okazję naprawdę bolesnego walnięcia brytyjskiego establiszmentu „po ryju”. Ewentualność, że wyrządzą sobie samym zbiorową krzywdę, mogła nawet być świadoma i odegrać rolę w podjęciu takiej, a nie innej decyzji. A to dlatego, że głosowały tak grupy społeczne, które nie wierzą już, że mają jeszcze jakąś przyszłość wartą tego słowa. Przyglądanie się pełzającej deklasacji własnych dzieci nie jest tego słowa warte.

Umieszczałoby to Brexit w szerszych procesach społecznej delegitymizacji neoliberalnych elit w oczach ich społeczeństw. Od Stanów Zjednoczonych po Austrię gniew ludu eksploduje ostatnio poparciem dla kandydatów od lewa (Bernie Sanders) do prawa (Donald Trump), których cechą wspólną jest to, że polityczny establiszment niestrudzenie przedstawia ich jako wybór abolutnie nieracjonalny. Dziesiątki milionów ludzi w Europie i Ameryce Północnej mają już powyżej uszu racjonalności zdefiniowanej przez książęta neoliberalnego kapitalizmu i ich urzędowe wieszczki głoszące swoje wyroki z Delf dominujących nadawców telewizyjnych.

Ale głęboki kryzys legitymizacji panującego systemu społeczno-ekonomicznego nie kończy się bynajmniej na tym, że w sprawiedliwość czy słuszność tego systemu nie wierzą już jego ofiary!

Status quo nie istnieje

Chciałbym umieścić Brexit w jeszcze innej sekwencji wydarzeń. Już jakiś czas temu niemiecki ekonomista i socjolog Wolfgang Streeck (w eseju pt. How Will Capitalism End?) zwracał uwagę na to, że nawet elity neoliberalnego kapitalizmu od dawna czują, że ich pozycji nie podpiera już żadna forma legitymizacji – politycznej, moralnej, symbolicznej, kulturalnej. I to dlatego tak bezwstydnie kradną. Nie boją się utraty twarzy, bo wiedzą, że już i tak jej nie mają. Wyszarpują rządowe bailouty dla banków, które doprowadzili na próg bankructwa. Z publicznych (te bailouty) lub akcjonariuszy pieniędzy wypłacają sobie wielomilionowe premie albo odprawy, nawet gdy przynieśli kierowanym instytucjom kolosalne straty. Nie ukrywają kolesiowskiej, korupcyjnej natury kontraktów rządowo-biznesowych czy jawnie oszukańczej lub hazardowej natury wielu produktów finansowych. Z wyjątkiem jakiejś dziwnej i pozbawionej międzynarodowego znaczenia Islandii, nikt z nich za największe nawet przestępstwa finansowe czy skarbowe nie trafia za kratki, nie traci stanowisk, nie spotyka się z ostracyzmem polityków ani mediów. Żaden przekręt, żadne Panama Papers – nic nie jest dziś wystarczającym skandalem, żeby zakończyć twoją karierę, jeśli jesteś jednym z neoliberalnych książątek. Jeżeli ktoś trafi do więzienia, to – jak w przypadku afery LuxLeaks – ci, którzy ujawnią oszustwa finansowe i skarbowe, a nie ci, którzy ich dokonywali.

Nawet władcy tego świata, nawet ci, którzy są największymi beneficjentami neoliberalnego kapitalizmu, nawet ci, którzy nim zarządzają, nie wierzą już w status quo. Nie wierzą, że ten system jest do utrzymania. Wiedzą, że jego dni są policzone i wkrótce wszystko z hukiem rozleci się na kawałki.

Dlatego jedni z nich kradną na potęgę, żeby złowić, ile się da w tych ostatnich dniach przed Armagedonem, rozglądając się jednocześnie za jakimś rozległym a odludnym ranczem w Panamie, Paragwaju czy Patagonii, na którym będzie się można schować przed gniewem ludu, gdy ten zostanie zostawiony sam z łupinami po katastrofie. Inni, ci o najbardziej makiawellicznym usposobieniu, w zaciszu gabinetów projektują nam nowy świat, w którym społeczeństwa podlegają zmilitaryzowanej kontroli i nadzorowi, z całymi ich sektorami pozbawionymi istotnej części praw na różnych arbitralnych podstawach.

Jeszcze inni stracili z oczu jakąkolwiek przyszłość godną tego słowa – dokładnie jak ci sfrustrowani mieszkańcy Anglii i Walii z dala od Londynu i Liverpoolu, tyle, że zupełnie inaczej wyglądają ich rachunki bankowe. Niemniej jednak i oni nie są już w stanie ogarnąć jakiejkolwiek dłuższej perspektywy, nie potrafią już długofalowo zarządzać swoimi przywilejami za pomocą urządzeń, które do niedawna doskonale się w tym zadaniu sprawdzały – prasy, telewizji, sondaży, ratingów, „opinii rynków”. Reagują więc tylko w najbardziej krótkoterminowej perspektywie – jak przeciągnąć ten cały bajzel do jutra, do przyszłego miesiąca, do końca roku. Albo zupełnie nie wiedzą już, co robić. Nie wiedzą już, co robią. I w tej niewiedzy robią już po prostu byle co, w nadziei, że raz na ileś ciosów wystrzelonych na oślep coś się uda, w coś się trafi.

Brexit, i sposób, w jaki Torysi pod przywództwem Davida Camerona się weń wpakowali, to jedna z tych ostatnich historii. Niezwykle spektakularny przykład i coś na kształt definitywnego dowodu, że władcy tego świata nie wiedzą już, co robić i dlatego robią byle co. Przykład jest tak spektakularny, a dowód tak definitywny, ponieważ brytyjska Partia Konserwatywna przez półtora stulecia była najbardziej efektywnym, najbardziej niezawodnym i nabardziej doświadczonym politycznym wykonawcą interesów brytyjskich kapitalistów i kapitalizmu w Wielkiej Brytanii. Od pokoleń wdrożonym i przygotowanym do zarządzania kapitalizmem na niebagatelną, bo światową skalę. Nawet po utracie kolonialnego Imperium brytyjski kapitalizm pozostał przecież jedną z najbardziej „umiędzynarodowionych” formacji kapitalistycznych, z pokrywającą cały świat siecią wielokierunkowych interesów, a City of London jest do dziś czymś w rodzaju finansowej wicestolicy światowego kapitalizmu (nawet międzynarodowe transakcje w euro, choć Wielka Brytania nie wstąpiła do unii walutowej, największy swój globalny wolumen miały dotąd w City of London, nie we Frankfurcie). I nawet ci ludzie, mimo stu pięćdziesięciu lat przekazywanego z pokolenia na pokolenie takiego doświadczenia, dla krótkoterminowej korzyści odbicia głosów UKIP-owi w ostatnich wyborach i rozwiązania wewnętrznej kłótni we własnych szeregach, zaryzykowali interesy całej klasy kapitalistów w Wielkiej Brytanii. W zasadzie, jak już wyraźnie widać, wywrócili cały kram brytyjskiego kapitalizmu do góry nogami.

Cameron chciał upiec nie wiadomo ile pieczeni na jednym ogniu. Jednych załatwi, bo „no przecież zrobiłem referendum, nie moja wina, że naród chciał jednak pozostać w Unii”, i zostaną, choć rozczarowani, po jego stronie. Drugich załatwi na zasadzie: „zrobiłem referendum, ale przecież wiedziałem, że wszyscy i tak zagłosują za pozostaniem, niczego tak naprawdę nie ryzykowałem” – też zostaną z nim. Tak to miało wyglądać. Nawet jeszcze niespodziewanie przyspieszył referendum, w którego kontekście przez wiele miesięcy mówiono raczej o roku 2017, aż tu nagle czerwiec 2016. Boris Johnson z kolei myślał, że nawołując do głosowania za opuszczeniem Unii wzmocni swoje karty na prawym skrzydle Partii Konserwatywnej i przygotuje sobie grunt pod przyszłe przywództwo Torysów, a kampania Leave i tak przegra, nie może być inaczej. W rzeczywostości okazało się, że żaden z nich nie wiedział, co czyni. Dlatego nikt nie opracował politycznych i ekonomicznych scenariuszy wychodzenia z Unii Europejskiej, symulacji, jakie branże mogą tym zostać dotknięte, pomysłów, na jakieś miękkie lądowanie dla nich. Nie mówiąc już o takich szczegółąch, jak sytuacja prawna mieszkających już w UK obywateli innych państw Unii i mieszkających w innych państwach Unii obywateli UK (ani jedni, ani drudzy nie mieli prawa głosu w tym referendum). Nie istnieje żaden plan, nikt nie wie, co teraz.

Kiedy w takiej sytuacji baronowie New Labour, sieroty po Tonym Blairze, zamiast wykorzystać sytuację, czyli Torysów na krawędzi rozpadu, do oblężenia rządu i wymuszenia nowych wyborów, rzucają się w wir spisków przeciwko przywództwu Jeremy’ego Corbyna (w jawnej współpracy z dziennikarzami BBC i „Guardiana”), to jest to kolejna odsłona tego samego procesu. Prawe skrzydło Labour Party (większość jej parlamentarzystów) to dla brytyjskich kapitalistów awaryjne narzędzie zarządzania brytyjskim kapitalizmem, na wypadek gdy urny wyborcze zawiodą Torysów. Wewnętrzny spór w Labour w tym momencie, jeśli ulegnie eskalacji, będzie najpewniej oznaczał polityczną anihilację Labour Party na lata, albo na zawsze. Ale posłowie Partii Pracy tym właśnie się teraz zajmują, z własnego wyboru. To dlatego, że baronowie New Labour, symbiotycznie związani z brytyjskimi kapitalistami (inicjatorka obecnego antycorbynowskiego „zamachu stanu” wewnątrz Partii Pracy, Margaret Hodge, ma swoje za uszami, jeśli chodzi o uciekanie przed podatkami) tak samo nie wiedzą już, co robić i robią w amoku byle co. Wystarczy spojrzeć na beznadziejne nieprzygotowanie „zamachowców” – nie mają nawet żadnej propozycji, kto właściwie miałby zastąpić Corbyna.

Kiedy klasy panujące ancien regime’u nie wierzą już w utrzymywalność status quo, znaczy to, że status quo już nie istnieje. Skończyło się, choć siłą naszego przyzwyczajenia utrzymują się jeszcze jego pozory. Umiarkowani reformiści na „realistycznej lewicy”, którzy proponują przyszywanie drobnych prospołecznych poprawek do istniejącego porządku, są być może ostatnimi, którzy wierzą jeszcze w to status quo. Być może nikt nie jest dziś bardziej odklejony od rzeczywistości, niż tacy „realiści”.

Co z tego wynika? Może to, że na ostrożny realizm i ostrożne, reformistyczne korekty zastanej rzeczywistości lewica nie może już sobie pozwolić? Może nie ma już na to czasu i Europę (nie Unię Europejską a Europę) jako całość i jej poszczególne państwa i społeczeństwa uratować może już tylko odwaga radykalnego przedefiniowania naszej społecznej – ekonomicznej i politycznej – rzeczywistości? W przeciwnym razie miotające się już jak kurczak bez głowy elity neoliberalnego kapitalizmu, zanim uciekną za swoimi pieniędzmi na Kajmany i Wyspy Dziewicze, wepchną nas wszystkich w spiralę ekonomicznego chaosu lub wojennej przemocy. Albo jednego i drugiego.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Sadiq Khan burmistrzem Londynu

It’s official: Sadiq Khan z Partii Pracy będzie burmistrzem Londynu. Sadiq Khan żadną miarą nie jest najbardziej wymarzonym lewicowym burmistrzem stolicy Wielkiej Brytanii, ale jego zwycięstwo jest i tak dla brytyjskiej lewicy wielkim triumfem.

Całkiem możliwe, że Sadiq Khan ma politycznie więcej wspólnego z tym, co Tariq Ali nazwał prowokacyjnie „skrajnym centrum”, niż z lewym skrzydłem Labour Party, które przejęło stery, gdy jej przewodniczącym został Jeremy Corbyn. Sadiq Khan jest w najlepszym razie lewicowym centrystą. Corbyn nie powinien się łudzić (i na pewno się nie łudzi), że w krytycznym momencie walk frakcyjnych wewnątrz samej Labour Khan stanie za nim murem. Wizja, z jaką idzie Khan, jest zasadniczo business friendly, nie ma w niej nic radykalnego, rewolucyjnego.

Niemniej jednak, w obecnym układzie sił, kiedy alternatywą byłoby kolejne zwycięstwo Torysów Davida Camerona, jest to ogromny triumf lewicy.

Jest ogromny, bo to jeden z najważniejszych urzędów w Wielkiej Brytanii – ponad 13% mieszkańców Zjednoczonego Królestwa żyje w aglomeracji Londynu. Jest ogromny, bo Khan zdobył ponoć największą bezwzględną liczbę głosów, jaką w bezpośrednich wyborach kiedykolwiek zdobył jakikolwek polityk w tym kraju.

Jest to triumf lewicy, ponieważ zwycięstwo Khana może się złożyć na proces stopniowego przesuwania centrum politycznej debaty. Jest to triumf lewicy, ponieważ Sadiq Khan oparł swoją kampanię na propozycjach odnoszących się do realnych, materialnych bolączek mieszkańców miasta: obiecał zamrożenie cen transportu miejskiego na cały okres swojej kadencji (londyńskie metro, jeżeli mieszkasz daleko od pracy i masz kiepsko płatną pracę, może spokojnie pochłaniać jedną szóstą twoich zarobków) oraz budowę mieszkań pod wynajem i na sprzedaż. W Londynie normą jest dzisiaj, że ludzie po trzydziestce wciąż dzielą mieszkania z kilkoma obcymi osobami, pokój w takim dzielonym domu czy mieszkaniu może kosztować 800 funtów miesięcznie. Mieszkania na wynajem są często w fatalnym stanie (od lat bez remontu, z inwazjami myszy), ponieważ przy takiej nierównowadze popytu i podaży ktoś i tak weźmie najgorszą nawet spelunę – właściciele po prostu olewają wynajmowane innym domy i mieszkania. A jeżeli chodzi o kupno mieszkania czy domu, to w mieście, którego rynek nieruchomości jest zderegulowaną globalną pralnią brudnych pieniędzy i spekulacyjnym placem zabaw szejków i oligarchów ze wszystkich stron świata, przymiotnik „astronomiczne” dawno przestał wystarczać do opisu ich cen.

Jest to triumf lewicy, ponieważ pomimo umiarkowanego, centrowego oblicza, Sadiq Khan stał się przedmiotem szokującej jak na brytyjskie standardy, otwarcie rasistowskiej kampanii negatywnej ze strony tak Torysów, jak i popierających konserwatystów wielkich mediów. Zac Goldsmith, kandydat Partii Konserwatywnej skoncentrował swoją kampanię na tym, że Khan jest muzułmaninem (jest synem imigranta z Pakistanu, kierowcy autobusu). Oczerniano go, że popiera muzułmański ekstremizm i terroryzm, bo kiedyś coś powiedział w obronie kogoś, kogo gdzieś widziano z kimś, kto kiedyś coś tam z kimś innym miał wspólnego. W rzeczywistości tymczasem Khan ma dorobek jako prawnik i obrońca praw człowieka. To, że czasem modli się w meczetach, nie przeszkodziło mu głosować w parlamencie za legalizacją małżeństw homoseksualnych. W jego sztabie były osoby homoseksualne i osoby pochodzenia żydowskiego. Jest to więc triumf lewicy, bo mieszkańcy brytyjskiej stolicy pokazali, że nie godzą się na politykę, która realne problemy i projekty konkretnego działania usiłuje zastąpić afiliacjami kulturowymi i etnicznymi oraz szczuciem tożsamościowym. Pokazali swoją dezaprobatę dla takiej kampanii. Pokazali, że zamiast tego chcą polityki, która proponuje materialne rozwiązania bytowych problemów. Triumfem lewicy jest nie to, że wygrał muzułmanin, a to, że dla mieszkańców tego miasta wyznanie i etniczne pochodzenie kandydata okazały się być bez znaczenia.

Jest to triumf lewicy, bo udało się to pomimo niezwykłej stronniczości większości wielkich mediów – nie tylko prywatnych, ale też BBC, co wielu Brytyjczyków doprowadza do szczególnego szału. Mieszkańcy Zjednoczonego Królestwa na poważnie oczekują od BBC elementarnej obiektywności, zapisanej tutaj zresztą w odpowiednich ustawach, tymczasem jej dziennikarze do ostatniej chwili przed ogłoszeniem oficjalnych wyników dawali do zrozumienia, że wybory do władz lokalnych, zarówno w Londynie, jak i w całym kraju, to będzie albo już jest dowód klęski przywództwa Corbyna w Labour Party.

Jest to też triumf lewicy, bo wszystko to działo się w warunkach zmasowanego ataku na wyłonione w zeszłym roku, prawdopodobnie najbardziej lewicowe w historii Partii Pracy przewodnictwo. Atak przybrał postać w większości wyssanych z palca lub wysmażonych z byle czego oskarżeń o antysemityzm w szeregach lewicowego skrzydła Labour, w którym zaczepienie ma Corbyn. Temat ten wypłynął po to, żeby uderzyć w Corbyna, który ma długą historię zaangażowania w ruch solidarności z Palestyńczykami. Przez ostatni tydzień przed wyborami trudno się było w mediach doszukać jakichkolwiek debat programowych; hasło „Labour ma problem z antysemityzmem” zajęło całą przestrzeń krajowej debaty.

Atak ten połączył w szerokim froncie kilka sił. Torysi, ci sami, którzy własną kampanię Goldsmitha oparli na bezczelnie rasistowskim ataku na Khana, a tu nagle okazali się wielkimi tropicielami rasizmu po drugiej stronie, chcieli oczywiście wygrać lokalne wybory, ale także mieć swój udział w obaleniu obecnego przywództwa Partii Pracy. Powrót władzy w Labour w ręce bezideowych blairystów oznaczałby bowiem powrót Partii Pracy w bezpieczne ramy wyznaczone przez neoliberalny konsensus i nawet ewentualna utrata władzy przez Partię Konserwatywną nie uderzyłaby później w interesy tych Torysów, którzy zdążyli sobie coś splądrować na przestrzeni dwóch kadencji Davida Camerona jako premiera.

Ale brało w tym udział także prawe skrzydło Labour, które aktywnie podminowywało szanse Labour w tych wyborach, by następnie użyć tej porażki jako dowodu na klęskę przywództwa Corbyna i pretekstu do odesłania go ze stanowiska. Przeprowadzone przez prawe skrzydło Labour Party pod szyldem „walki z antysemityzmem” polowanie na czarownice odbyło się we współpracy z izraelskimi sponsorami wielu polityków na prawym skrzydle Partii Pracy (ich platformą jest szemrane lobby Labour Friends of Israel). Ambasada Izraela w Wielkiej Brytanii, za pośrednictwem różnych mniej lub bardziej jawnych pośredników, jest ostatnio niezwykle aktywna w dziele obsmarowywania każdego publicznego gestu solidarności z Palestyńczykami lub słowa krytyki polityki Izraela jako aktów antysemityzmu – powodem jest szybko rosnące w Zjednoczonym Królestwie poparcie dla sprawy palestyńskiej oraz dla idei ekonomicznego i kulturalnego bojkotu Izraela.

Zwycięstwo Khana jest więc triumfem lewicy, ponieważ ten szeroki frontalny atak mimo wszystko nie pogrzebał szans ani jego, ani Labour w ogóle. Jest triumfem lewicy także dlatego, że oznacza, iż sierotom po Tonym Blairze nie powiodła się próba wewnątrzpartyjnego „zamachu stanu”.

Nie obyło się niestety bez ofiar, ponieważ co najmniej 19 polityków różnego szczebla, od radnych miejskich po parlamentarzystów, zostało w ogniu tego polowania na czarownice zawieszonych przez władze Partii Pracy (najsłynniejszym jest były burmistrz Londynu, sprzed epoki konserwatysty Borisa Johnsona, Ken Livingstone). Stało się to na skandalicznie wątłych podstawach. Pozostaje mieć nadzieję, że było jedynie taktycznym zagraniem mającym na celu przetrwanie krytycznego okresu wyborczego i zawieszenia zostaną wkrótce rozpatrzone na korzyść poszkodowanych w ten sposób działaczy (wielu z tych rzekomych antysemitów jest zresztą Żydami). Jeżeli tak się nie stanie, może to być niepokojący sygnał, że integralność pozycji nowego przywództwa Labour w sprawach międzynarodowych zaczyna ulegać erozji pod wpływem presji z zewnątrz i z wewnątrz, ze strony prawego skrzydła partii.

Jarosław Pietrzak

Komentarz ten napisany został dla portalu Strajk.eu (i ukazał się tam 7 maja 2016)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Szeregowcy na froncie Rynku

Jeden z „grubszych” esejów w mojej książce Smutki tropików. Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne, poświęciłem twórczości Alejandro Gonzaleza Iñárritu. A konkretnie pierwszym czterem jego filmom, tekst został bowiem ukończony przed powstaniem w 2014 Birdmana (w Polsce doprowadzenie do wydania książki moze być procesem niezwykle czasochłonnym). Opisuję tam twórczość meksykańskiego reżysera jako projekt, którego istotą jest odmalowanie panoramy współczesnego systemu kapitalistycznego jako globalnego systemu pogrążonego w kryzysie.

Staram się tam wyłożyć, że – rozumiane w ten sposób – to ambitne przedsięwzięcie układałoby się w następującą sekwencję:

1) obraz miasta Meksyk w Amorres perros (2000) – jako mikrokosmos neoliberalnego „kapitalizmu do sześcianu”, w którym wszystkie sprzeczności tego reżimu akumulacji skupiają się w soczewce jednej metropolii;

2) obraz pogrążonych w anomii obrzeży społecznych hegemona systemu, Stanów Zjednoczonych – w 21 gramów (21 Grams, 2003); przy czym ten akurat film uważam za wyjątkowo nieudany;

3) panoramiczny pejzaż systemu jako obejmującego całą planetę łańcucha przemocy – ekonomicznej, politycznej i nagiej, dosłownie fizycznej w Babel (2006);

4) wreszcie obraz postępującego próchnienia systemu na przykładzie tego, co można by nazwać „tiermondyzacją” (od tiers monde, Trzeci Świat) dotychczasowego „Pierwszego Świata” w Biutiful 2010, filmie, który egzemplifikacją tego procesu czyni Barcelonę.

To były wszystkie pełnometrażowe filmy Iñárritu, gdy ukończyłem tamten esej, którego postanowiłem nie aktualizować po Birdmanie, a zamiast tego poczekać raczej na trochę więcej kolejnych filmów, by zobaczyć, jak dalej rozwinie się twórczość jednego z najwybitniejszych współczesnych filmowców Ameryki Łacińskiej.

Jedną z cech wspólnych pierwszych trzech filmów Iñárritu jest ich nielinearna, skomplikowana, „przetasowana” struktura czasowa, do kompletu z dużą liczbą bohaterów rozmieszczonych w kilku równoległych wątkach opowiadania. Po tych trzech filmach Iñárritu chciał uniknąć automatycznego kojarzenia swojego nazwiska i twórczości wyłącznie z wielowątkowymi, niechronologicznymi „łamigłówkami”. Wtedy też jego twórczosć zaczyna trzymać się czegoś, co nazwałbym „dialektyką ciągłości i zerwania”. W Biutiful Iñárritu zrywa z mnogością wątków, dyscyplinuje się do (prawie) linearnej, chronologicznej narracji. Trzyma się jednak swojego wielkiego tematu – panoramy globalnego systemu kapitalistycznego jako systemu w stanie postępującego rozkładu. W Birdmanie zmniejszył pole widzenia, stał się bardziej kameralny, rozstał się z nerwowym montażem na rzecz nieprawdopodobnie długich, ale wewnętrznie bardzo dynamicznych ujęć, a nawet ukrycia samych cięć, które we wcześniejszych jego filmach bywały bardzo gęste. Ale wciąż kontynuował swoje dzieło opisu systemu kapitalistycznego, tym razem portretując rozterki i frustracje podmiotów znajdujących się bliżej ośrodków władzy ekonomicznej i symbolicznej, i w tym położeniu uwikłanych w karuzelę permanentnej rywalizacji o status. Nowy Jork, w którym wszystko się toczy, jest bowiem jednocześnie ośrodkiem władzy finansowej i dystrybucji prestiżu kulturalnego o dalekim zasięgu oddziaływania.

Zjawa (The Revenant, 2015) z Leonardo DiCaprio w roli powracającego z martwych Hugh Glassa dziełu Iñárritu dodaje nową oś – historyczną. Mimo wszystkich skomplikowanych czasowych układanek, Iñárritu wcześniej malował społeczny pejzaż obecnego stadium kapitalizmu, zasadniczo jego teraźniejszości, przesuwając się na jego skali geograficznej, od ośrodków władzy do przestrzeni niemocy (i z powrotem). Tym razem poszerzył tę swoją panoramę o spojrzenie na jeden z momentów genealogii naszej teraźniejszości.

Odnotowano już, że film meksykańskiego reżysera dość lekce sobie waży autentyczne wydarzenia, którymi twórcy się inspirowali. W rzeczywistości historyczny Glass przeszedł swoją gehennę latem a nie zimą, nie tak daleko na północ kontynentu, jakby wynikało z plenerów, w których Iñárritu wymęczył swojego aktora. Pierwowzór postaci DiCaprio nie miał dzieci z żadnego zwiazku z Indianką, a już na pewno żadnego syna-Metysa nie miał z sobą na feralnej ekspedycji. W rzeczywistości też odnalazł swoich zdrajców, ale porzucił pragnienie zemsty. O ile zimę zamiast lata czy wybór surowszego pejzażu wielu byłoby skłonnych zaakceptować jako powszechne w sztukach widowiskowych, a zwłaszcza w Hollywood, zabiegi dramatyzujące, o tyle radykalna zmiana konkluzji całej tej historii wydaje się niektórym sprzeczna z prawdziwym sensem i „morałem” losu Glassa (wybaczenie zamiast zemsty).

Nie wydaje mi się, żeby był to właściwy sposób myślenia o tym filmie. Iñárritu posłużył się nazwiskiem autentycznej postaci, której dramatyczna historia była w amerykańskiej kulturze przedmiotem kilku literackich i filmowych reiteracji, ale wydaje się dla mnie oczywiste, że nie podchodził do tego projektu jak do biografii historycznej postaci. Była ona dla niego tylko pretekstem, punktem wyjścia, choć być może wyraziłby to jaśniej gdyby zmienił Glassowi nazwisko. Tak czy owak, Hugh Glass to nie Abraham Lincoln czy George Washington i swoboda w manipulowaniu przez reżysera życiorysem postaci nie wypacza tu rozumienia jakiegoś fundamentalnego wydarzenia czy procesu politycznego, nie fałszuje żadnego szerszego planu historycznego, nie mistyfikuje naszego rozumienia świata społecznego, w którym żyjemy. Być może też, jako Meksykaninowi, Iñárritu przez myśl nie przeszło, że w amerykańskim odbiorze ta postać jest na tyle znana, żeby ktoś się później czepiał, jaka była pora roku, gdy przechodziła przez swoją „dolinę łez”.

revenant-noc-las

Właściwe podejście do tego filmu wymaga odbierania go jak czegoś na kształt epickiego wizualnego poematu, którego rytm wyznaczają kontrasty między zbliżeniami ludzkich twarzy (przede wszystkim umęczonego DiCaprio) a zapierającymi dech ujęciami wielkich przestrzeni niepodbitej jeszcze natury; między znaczącym unieruchomieniem okaleczonego ciała a eksplozjami tempa w scenach walki, ucieczek, upadków w przepaści. Wszystko to połączone zachwycającymi piruetami kamery. Postać głównego bohatera, który akurat zachował nazwisko autentycznego Hugh Glassa, jest tutaj częścią całości, w której wcale nie chodzi o skurpulatny, księgowy zapis, którego dokładnie dnia w roku, na jakiej szerokosci i długości geograficznej co się przydarzyło prawdziwemu Hugh Glassowi (choć amerykańska kampania marketingowa filmu wpuszcza trochę w takie maliny).

Co byłoby więc prawdziwym tematem tego epickiego wizualnego poematu?

Od zeszłego roku na londyńskim West Endzie triumfuje nowy, przyniesiony z Broadwayu, musical Harveya Fiersteina, Kinky Boots z muzyką Cyndi Lauper, adaptacja filmu z Chiwetelem Ejioforem z 2005, w Polsce znanego jako Kozaczki z pieprzykiem. Opowiadana tam historia reprezentuje modelową liberalną narrację o rynku. Fabryka butów w Northampton, od czterech pokoleń w rękach tej samej miejscowej rodziny, wypierana jest z rynku przez importerów tańszych, choć często gorszych jakościowo, butów produkowanych z dala od Wielkiej Brytanii. Wystarczy jednak odkryć właściwą niszę (buty dla transwestytów i drag queens), by wszystko się dobrze ułożyło. Przy tym wszystkim rynek objawia też swój charakter jako środowiska sprzyjącego emancypacji, bo wielką w tym wszystkim rolę odegra transwestyta/drag queen z Londynu, zaakceptowany przez miejscową społeczność. Jednocześnie rynek jest czymś neutralnym, nie poddawanym krytyce, a jego obecność i wyroki przyjmowane jak zdarzenia pogodowe. Rynek rzuca swoje wyzwania, ale w ogólnym rozrachunku jest obiektywny i dobry.

Zjawa jest w pewnym sensie o tym właśnie, że taka liberalna fantazja o rynku jest kłamstwem.

Tak się składa, że dopiero co zmarła wybitna angielska historyczka Ellen Meiksins Wood, marksistowska badaczka zajmująca się kształtowaniem się systemu kapitalistycznego a także przednowoczesnymi systemami społeczno-ekonomicznymi. Podkreślała ona, że w rynku – takim, z jakim mamy do czynienia w systemie kapitalistycznym – nie ma nic naturalnego. W przednowoczesnych systemach społecznych, jej zdaniem, rynki istniały jako dodatek, uzupełnienie, dające możliwość wymiany inaczej nie konsumowanych nadwyżek produkcyjnych wytwarzanych z zasady w innych niż rynkowe stosunkach produkcji. W kapitalizmie Rynek jest wszechogarniającą matrycą całego życia społecznego. Do tego stanu nie doprowadził żaden „naturalny” proces, wynikający z samej wewnętrznej dynamiki rozwoju ekonomicznego wcześniejszych społeczeństw. (Najlepiej świadczy o tym fakt, iż kapitalizm narodził się tylko w jednej części świata, wcale nie najwyżej wtedy rozwiniętej – w zachodniej Europie. Gdy w Europie Zachodniej zaczynały się przemiany, z których ukształtował się kapitalizm, znacznie wyżej rozwinięte wówczas ekonomicznie Chiny i Indie nie ciążyły nawet w podobnym kierunku; do jego krwiobiegu włączone zostały militarną przemocą.) Rynek – oraz kapitalizm jako system, w którym całość naszego życia społecznego, wszystkie obecne w nim relacje władzy, są przez Rynek ukształtowane – mógł się rozwinąć tylko za sprawą przemocy i bewzględnej nagiej siły, które w interesie klas posiadających przekształciły jedno społeczeństwo za drugim w tym kierunku. Zaczęło się od grodzenia ziemi czyli zawłaszczenia (przemocą) commons, potem przyszła kolej na podboje coraz to nowych kolonii. Rynek to piekło przyniesione na świat na lufach karabinów, bagnetach, kulach armatnich.

Glassa rzuciło na odległą linię frontu tej ekspansji. Ziemia, na której ten front się przesuwa, kiedyś stanie się hegemonem całego systemu (ośrodkiem największej władzy w relacjach odmalowanych przez Iñárritu w Babel), ale do tego historycznego przełomu jeszcze jest daleko. Na razie dopiero wydziera sobie przestrzeń życiową, lokalne elity mają różne (Północ versus Południe) wizje własnego miejsca w globalnym podziale pracy. Niezachwianą światową stolicą Rynku jest wciąż Londyn. Glass, jego towarzysze, ich mówiący po francusku konkurenci – oni wszyscy są szeregowcami podbijającymi dla Rynku świat, wydzierającymi dla Rynku zasoby, surowce, naturę, infiltrującymi ziemie zamieszkane przez nieprzygotowane na konfrontację z tak potężnym i tak bezlitosnym jak Rynek wrogiem przednowoczesne społeczeństwa amerykańskich Indian, przekonane, że to one należą do zamieszkiwanej ziemi, a nie na odwrót. Glass i podobni mu ludzie nie wybrali sobie jednak roli, która im przypadła. Rynek wyrywa ludzi ze starych, „organicznych” struktur społecznych, zapewniających jakieś formy bezpieczeństwa, i rzuca ich w sam środek wojny wszystkich ze wszystkimi – którą Hobbes błędnie zdiagnozował jako stan „natury”. Glass, jego towarzysze i wrogowie z ekspedycji, członkowie innych podobnych ekspedycji poszukujących zasobów i surowców do wyrwania ziemi i jej wcześniejszym mieszkańcom, sami zostali wcześniej, przemocą Rynku, wyrwani – lub ich rodziny zostały już we wcześniejszych pokoleniach wyrwane – z ich przednowoczesnych wspólnot. Przemocą zostali wrzuceni w środowisko, w którym stają się agentami niosącymi dalej w świat tę samą przemoc. Rynkowa konkurencja jako über-mechanizm kształtujący wszystkie relacje międzyludzkie, posiada taką moc dyscyplinującą, demoralizującą i socjalizującą do różnych form przemocy, ponieważ tych, którzy odmówią podążania za jej przykazaniami, bądź też im nie podołają, natychmiast spycha na granicę społecznego i biologicznego przetrwania. Rzuca ich na pastwę niedźwiedzi, innych bestii, innych ludzi.

Wbrew temu, co się może na pierwszy rzut oka wydawać, moim zdaniem nie jest to wcale film o przetrwaniu człowieka w konfrontacji z Naturą. To jest film o przetrwaniu na na najbardziej zewnętrznej linii frontu Rynku, idącego na podbój nowych żerowisk, wysyłającego ze swoich metropolii (najpierw europejskich, potem lokalnych) wyrwane ze swoich korzeni osamotnione, wyalnienowane jednostki, by poszerzały pole walki ekonomicznej. Iñárritu zdjęcia do filmu realizował w „survivalowy” sposób przywodzący na myśl amazońskie i andyjskie ekspedycje Wernera Herzoga w latach 70. i 80. Jakby chciał, żeby sam sposób pracy korespondował z okrucieństwem przedmiotu opowiadania.

Zapierające dech w piersiach ujęcia wielkich, otwartych przestrzeni dzikiej przyrody (wybitny meksykański operator Emmanuel Lubezki kręcił cały film bez użycia sztucznego światła) funkcjonują w nim na różnych poziomach znaczeń. Jest to przestrzeń, którą Rynek postrzega jako otwartą dla zawłaszczenia i odebrania jej przednowoczesnym mieszkańcom. Proporcja, jaką w wielu tych ujęciach zajmuje niebo (aż do 4/5 powierzchni kadru), może z jednej strony odzwierciedlać kierujące ekspansją Rynku (fałszywe) wyobrażenie ośrodków jego władzy o potencjalnie nieograniczonej, nieskończonej przestrzeni dostępnej dla owej ekspansji. Za to wyobrażenie płacimy dzisiaj realną groźbą ekologicznej zagłady ludzkości. Może też być odbiciem poczucia osamotnienia człowieka wypchniętego do bezwzględnej walki przez rynkowy imperatyw konkurencji. Ale niebo ma też w zachodniej kulturze trudne do przeoczenia konotacje metafizyczne – dlatego tutaj może również symbolizować pragnienie zupełnie innego etycznego horyzontu niż narzucona przez Rynek etyka silniejszego.

Przypisując Glassowi dziecko ze związku z Indianką, której postać przywoływana jest w ujęciach retrospekcji, Iñárritu powraca do obecnego już wcześniej w jego twórczości motywu. Jest nim marzenie o – lub moż elepiej wiara w możliwość wyjścia poza wytwarzaną przez kapitalizm alienację i egoizm podmiotu rzuconego na wojnę wszystkich ze wszystkimi. Tą samą wiarę widzieliśmy w zakończeniu Biutiful, kiedy kobieta z Senegalu zrezygnowała z powrotu do organicznej wspólnoty swojego pochodzenia, po to, by – kierowana impulsem etycznym wywiedzionym z przednowoczesnych struktur symbolicznych – przyjąć odpowiedzialność (nie będzie się jej później dało kontraktualnie „wypowiedzieć”!) za nieswoje dzieci, które uczyni swoją rodziną z wyboru. Zostaje z nimi w Barcelonie. Glass Alejandro Gonzaleza Iñárritu, w wykonaniu DiCaprio, potrafił wznieść się ponad fundmentalną dla kapitalizmu rasistowską interpelację podmiotu (zob. Race, nation, classe Balibara i Wallersteina), przekroczyć ją z miłości do kobiety innego koloru skóry, przestawicielki radykalnie odmiennej kultury, której język opanował jak własny, odrzucając tym samym pojęcia o kulturowej wyższości Zachodu. Trzymał się etycznych zobowiązań wobec ich wspólnego syna wykraczających daleko poza egoistycznie utylitarne, kontraktualne ramy właściwe stosunkom podmiotów-uczestników „wolnej wymiany” w przestrzeni Rynku. Jeśli istnieje jeszcze szansa na świeckie zbawienie ludzkości – wydaje się znów sugerować Iñárritu – tkwi ona w jednoczesnym przekroczeniu zarówno ograniczeń organicznych tożsamości przednowoczesnych, jak i egoizmu nowoczesnego podmiotu kształtującego wszystkie swoje relacje na wzór i podobieństwo transakcji rynkowych. A zarazem w połączeniu etycznych impulsów zakorzenionych symbolicznie w przednowoczesnych systemach wartości z wolnością nowoczesnej, uwolnionej z „głupoty wiejskiego życia”, wyemancypowanej jednostki Oświecenia.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze. Tam będę na bieżąco informował o dostępności mojej książki Smutki tropików, która w drugiej połowie lutego będzie już w księgarniach.

 

Image Copyright © 2015 Twentieth Century Fox Film Corporation. All rights reserved. THE REVENANT Motion Picture Copyright © 2015 Regency Entertainment (USA), Inc. and Monarchy Enterprises S.a.r.l. All rights reserved.

2015

Długa, ciemna noc

Żyjemy w strasznych czasach, ale nawet na standardy takich czasów zamknięty właśnie rok 2015 chyba bez większych wątpliwości można uznać za najgorszy jak dotąd rok XXI wieku.

***

Unia Europejska nie tylko znalazła się w najgłębszym kryzysie w swojej historii, ale też – zarzynając Grecję i obracając europejskie państwo w kraj Trzeciego Świata, kolonię niemieckich i francuskich banków na zawsze w niewoli niespłacalnego nigdy długu – ujawniła być może swoje prawdziwe oblicze jako organizacji par excellence i nieodwracalnie neoliberalnej: pozbawionego nawet pozorów solidarności technokratycznego monstrum na służbie wielkiego, ponadnarodowego kapitału, obliczonego na miażdżenie demokratycznego oporu przeciwko dyktatowi rynków. Katastrofa traktatu TTIP, jeżeli ruchom społecznym nie uda się go zablokować, będzie logicznym zwieńczeniem tej trajektorii Unii. Lewica i ruchy postępowe znalazły się w stytuacji, w której muszą zacząć sobie zadawać pytania, których wcześniej najczęściej sobie nie zadawały – na pewno nie miały ich w zwyczaju sobie zadawać w Polsce.

Skoro Unia Europejska stała się Hydrą Kapitału, wysysającą soki ze słabszych ekonomicznie krajów peryferyjnych, i wypluwającą je, gdy kończą się perspektywy zysków z ich eksploatacji przez kilka krajów zachodnio-północnego „bieguna” Europy – to może o to właśnie od początku w projekcie Unii Europejskiej chodziło? Skoro strefa euro w tak jednoznaczny sposób (wystarczy spojrzeć na dynamikę bilansów handlowych Niemiec i krajów Południa Europy od wprowadzenia unii monetarnej) okazała się niczym innym jak wehikułem powiększania niemieckiej przewagi ekonomicznej nad resztą kontynentu i narzucania przez niemiecką finansjerę polityki gwałcącej wyrażaną demokratycznie wolę europejskich społeczeństw – to może od początku o to w projekcie „wspólnej waluty” tak naprawdę chodziło? Skoro źródłem konfliktów i napięć pomiędzy państwami europejskimi jest obecnie sama struktura konstrukcji europejskiej, to może wszyscy my, których do idei zjednoczonej Europy przyciągła internacjonalistyczna wizja zjednoczonego, wolnego od konfliktów narodowych kontynentu oraz uniwersalistycznej kultury, jaką na takim podłożu można by budować – może my wszyscy po prostu daliśmy się nabrać, byliśmy pożytecznymi idiotami odgrywającymi niewielkie role w przez i pod kogoś innego napisanym scenariuszu?

Nie stać nas już dłużej na odgrywanie starej i kompletnie już zdezaktualizowanej komedii, w której obowiązywał prosty i jednoznaczny podział na entuzjastycznych wobec Unii postępowców z jednej i zacofanych ksenofobów z drugiej strony. Może warto zacząć pytać, czy lepszym sposobem na zbudowanie Europy, która będzie solidarną wspólnotą postępu społecznego, a nie bezduszną, niepoddawalną demokratycznej kontroli technokracją, nie byłoby aby czasem budowanie jej niezależnie od Unii Europejskiej albo nawet zamiast niej, na jej grobie? (Tym bardziej, że jeśli sprawy będą podążać swoim obecnym torem, w narzuconym w minionym roku tempie, być Unia Europejska za dziesięć lat będzie już tylko stosem nieczytanego przez nikogo papieru).

Los, jaki stał się udziałem Grecji, powinien napawać przerażeniem każdego myślącego człowieka w Europie. Niemieckie elity pokazały, że w razie oporu wobec polityki gospodarczej i wizji europejskich finansów, która służy niemal wyłącznie ich (niemieckich elit) interesom, nie zawahają się w zbuntowanych republikach traktowanej jak ich „imperium zewnętrzne” Unii Europejskiej sprawować władzy przy użyciu bankowych zamachów stanu. Że głęboko wpisane w świadomość niemieckiej burżuazji jest podejście do Europy jako „naturalnej” przestrzeni jej własnej ekspansji, a także swego rodzaju „surplusu”, który zawsze można puścić z dymem, gdyby coś zagrażało jej pozycji ekonomicznej i politycznej (dwie wojny światowe, a teraz finansowe zamachy stanu, to wszystko w ciągu niewiele więcej niż stulecia). Władza niemieckiej finansjery okazała się tak potężna, że nic nie dało rady uratować Grecji – ani rosnące w całej Europie (z wyjątkiem chyba tylko tej moralnej pustyni między Odrą a Bugiem) poczucie solidarności z Grekami, ani głosy najbardziej wpływowych ekonomistów, że proponowane rozwiązania przyniosą zgubę Grecji, ale i Europie, uczynią spłacenie greckiego długu zupełnie nierealnym, a więc powiększą sumę strat. Bo nie chodziło w tym w ogóle o ekonomię sensu stricto. Chodziło o pokazową akcję ukarania i złamania woli narodu, który śmiał Cesarzowej Angeli i europejskiej banksterce reprezentowanej przez Dijsselbloema powiedzieć „nie!”. Żeby inne europejskie społeczeństwa nie ważyły się podejmować politycznych eksperymentów, kwestionujących absolutną władzę neoliberalnych technokratów. Nie udało się jeszcze zagasić wszystkich ognisk oporu, te jednak najmocniej trzymają się w słabych, małych krajach Południa, jak Portugalia, które mogą zostać złamane równie łatwo i bezwzględnie jak Grecja, chyba że nowa lewicowa koalicja zdoła szybko wyprowadzić kraj z pułapki strefy euro.

Rozmiary Hiszpanii dawałyby jej większe pole manewru, ale najważniejsza siła przeciwna wymuszanej na reszcie Europy przez Niemcy polityce zaciskania pasa, Podemos, nie tylko nie odniosła wystarczającego sukcesu w niedawnych wyborach, ale jest też ruchem bez porównania bardziej tchórzliwym niż lewica portugalska czy Syriza, dopóki ta ostatnia nie została złamana i – dla niezdrowej tożsamościowej fiksacji na punkcie pozostania w strefie euro – nie przyjęła programu swojej opozycji. Jak powiedział Frédéric Lordon, Tsipras i Warufakis przynajmniej próbowali walczyć, Iglesias kluczowego problemu wspólnej waluty nie ma odwagi nawet poruszać. Chyba że Iglesias myśli, jak kiedyś Fidel Castro, czyli zamierza prawdziwy rozmach swojego programu ogłosić dopiero po objęciu władzy. Ale jakoś nie sądzę.

***

Dekady katastrofalnych interwencji Zachodu na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz w Afryce Północnej wyprowadziły cały ten szmat świata na bezprecedensowe poziomy chaosu. Chaos ten rozprzestrzeniał się i połębiał niemal z tygodnia na tydzień, aż wreszcie, w 2015, rykoszety zaczęły uderzać w Europę, i to właściwie z różnych stron jednocześnie.

Kryzys uchodźczy wszedł w 2015 na zupełnie nowy poziom – przez ostatnich dwanaście miesięcy do Europy dotarło ponad milion osób, uciekających z ogarniętych wojami Syrii, Libii, Afganistanu… Nikt nie wie, ile pięknych ludzkich istnień zgasło po drodze, głównie w wodach Morza Śródziemnego, ilu Aylanów Kurdich nigdy nie poznamy z imienia. Nikt nie wie, ile zgaśnie zabitych przez europejską zimę, która dopiero się zaczęła. Staje się jasne, że na ich milczącą masową śmierć gdzieś w czyśćcu nieprzekraczalnego „pomiędzy” – pomiędzy Europą a jej „zewnętrzem”, na pograniczach między państwami, na dworcach, drogach i bezdrożach kontynentu – liczą żałosne jak chyba jeszcze nigdy dotąd, nędzne wyszehradzkie skurwysyny Dzikiego Wschodu Unii, które odmawiają solidarnego udziału w jakimkolwiek politycznym rozwiązaniu kryzysu, za który ponoszą przecież część odpowiedzialności. Dla właściwego pryszczatym łamagom onanistycznego pragnienia, by poocierać się o muskuły cudzej (amerykańskiej) potęgi, rozbiły kiedyś próby stworzenia ogólnoeuropejskiego frontu delegitymizacji amerykańskiej wojny w Iraku, z którego to kraju ruin powstała Organizacja Państwa Islamskiego. Wyszehradzkie skurwysyny nie są oczywiście jedynymi, którzy nie będą musieli jeszcze w XXII wieku wstydzić się swojej postawy w obliczu tego kryzysu. Póki co, właściwie tylko Szwecja i Niemcy wychodzą z niego z twarzą, nie ma się jednak co oszukiwać – jedną z głównych motywacji Merkel było ratowanie wizerunku po szkodach, jakich ten wizerunek doznał w toku operacji zarzynania Grecji. Szwecja, która przyjęła największą w stosunku do własnej populacji proporcję uchodźców, stanęła przed groźbą niemożności radzenia sobie z dalszą eskalacją kryzysu i przymknęła granice. Szwedzka minister Åsa Romson rozplakała się, gdy musiała ogłosić, że inne państwa UE muszą w końcu również zacząć pomagać.

Masy uchodźców, które wylały się w końcu z Turcji i Libanu na brzegi Europy, to oczywiście nie wszystko. Wyparte eksportowanej przez Zachód przemocy, koniecznej, by podtrzymać skadal neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału na skalę globalną i niemożliwe przecież na dłuższą metę do utrzymania poziomy konsumpcji grabionej z Bliskiego Wschodu taniej energii, powróciło w 2015 także w innych formach: od zamachów w Paryżu w styczniu po zamachy w Paryżu w listopadzie, zorganizowane przez zdesperowanych młodych ludzi uwiedzionych przez Daesz i jakoby z nim powiązanych. Koniec mrzonek, że wysyłana w świat przemoc nigdy nie wróci do domu. Odpowiedź zachodnich mocarstw? – najbardziej katastrofalna z możliwych: jeszcze więcej bomb, jeszcze więcej wojny, jakby to nie zachodnie wojny w regionie wszystko w ogóle spowodowały. I normalizacja permanentnego stanu wyjątkowego (czyli pełzający demontaż demokracji liberalnej) na własnym terytorium. Odpowiedź zachodnich społeczeństw? – wzrost poparcia dla skrajnej prawicy, rasizm, retoryka wojny cywilizacji na nowych sterydach, dalsza marginalizacja lewicy…

***

Polacy naprawdę dali w 2015 czadu. Za życia nie doświadczyłem wielu powodów do dumy z kraju, z którego mam wątpliwe szczęście pochodzić, ale to, co się wydarzyło w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, to było sporo nawet na mój stopień rozczarowania krajem i zamieszkującym je, zdemoralizowanym ćwierćwieczem neoliberalnego prania mózgów, „społeczeństwem”.

Gdy zarzynano Grecję, nie tylko nasze pajace na najwyższych eszelonach politycznych struktur Unii szukały form waloryzacji swojego autorytetu w robieniu dobrze Merkel i Dijsselbloemowi – również polskie społeczeństwo poczuwało się do (ubranej w szmatki „moralnego oburzenia” na żyjących ponad stan śródziemnomorskich leni) solidarności z niemiecką grabieżą bardziej niż z losem upokarzanej i równanej z ziemią Grecji. Jakby samo narcystyczne wyobrażanie sobie nas samych po stronie silniejszego mogło zaczarować rzeczywistość, w której nasze faktyczne położenie w Europie (jako nieinnowacyjnej, podwykonawczej gospodarki konkurującej głównie niskimi kosztami pracy i uzależnionej od obcego kapitału) stawia nas bliżej losu Grecji, niż mamy jaja się przed sobą przyznać.

Gdy Europa nie mogła już dłużej udawać, że kryzysu uchodźczego nie ma i musiała zacząć szukać politycznego rozwiązania (zamiast zostawiać wszystko na barkach kilku krajów, które geograficzny przypadek rzucił na pierwszą linię – Malty, Włoch, Grecji), Polacy wpadli w rasistowski szał, niezależnie od tego, czy ktoś się szczególnie dobijał do polskich bram, czy nie. Wszyscy, którzy żywimy przywiązanie do wartości uniwersalizmu, albo po prostu jesteśmy elementarnie przyzwoitymi ludźmi, przeżyliśmy bolesne chwile, przekonując się, jak doskonałą aplikacją do wykrywania rasistów wśród krewnych, przyjaciół i znajomych okazał się Facebook. Kiedy ostatni raz straciliśmy szacunek do tak wielu od lat znanych nam ludzi w tak krótkim czasie? Oczywiście, nie tylko wyszehradzkie skurwysyny zachowały się w te sytuacji haniebnie. Nie muszę daleko szukać, rząd Wielkiej Brytanii, gdzie od lat żyję, zadeklarował, że na przestrzeni czterech lat przyjmie rocznie tyle osób, ile Niemcy i Szwecja przyjmowały w pewnym momencie dziennie. Ale w Wielkiej Brytanii ludzie organizowali się spontanicznie i masowo, żeby zmusić rząd do przyjęcia wielokrotnie większej liczby uchodźców, i żeby oddolnie zorganizować pomoc dla nich – w Polsce tymczasem ludzie wychodzili na ulice, żeby wyrazić swoją nienawiść do uciekających przed śmiercią ofiar wojny! (dodajmy: wojny wywołanej przez Zachód, przez Polskę jako jego przydupasa też, jeśli pamiętamy, że wicekrólem zdemolowanego Iraku, kolebki Daesz, był kiedyś Marek Belka).

W październiku szambo wybiło do reszty. Jakkolwiek rozumiana, jakkolwiek niedoskonała – jakakolwiek lewica została wymieciona bez śladu z ław parlamentu, czyniąc polski Sejm jedynym całkowicie prawicowym parlamentem w Europie, w którym miejsce zrobiło się za to nawet dla neonazistowskiej skrajnej prawicy i klinicznych przypadków szaleństwa. Niektórzy się cieszą, że Razem przekroczyło prog uprawniający do państwowej subwencji – ale kto nam obieca, że ta sytuacja skończy się na jednej kadencji? Co, jeśli nie? Natychmiast cofnął się w czasie cały dyskurs publiczny. Gdy już zaczynaliśmy mieć nieśmiałą nadzieję, że na horyzoncie polskich debat politycznych zaczynają się pojawiać poważne dyskusje o realnych problemach ekonomicznych, o wizjach rozwoju, o porównaniach alternatywnych rozwiązań dotyczących polityki zatrudnienia czy inwestycji ekonomiczncyh, bezprecedensowe zwycięstwo PiS skasowało wszystkie te nadzieje jednym wielkim przyciskiem delete. Świat się wali, a Polacy znów cofnęli się do infantylnego stadium plemiennego sporu o to, w której wersji prawicowego piekła lepiej dogorywać, w którym na dodatek obydwa plemiona nawzajem traktują się od komunistów. I znów ta stara śpiewka – albo jesteś wyznawcą Prezesa i jego nawiedzonej świty, albo „broniących demokracji” neoliberalnych banksterów, z Balcerowiczem przywróćonego do roli Arcykapłana Neoliberalnego Rozumu. Po innych opcjach ślad zaginął. Jedyne, co tacy „obrońcy demokracji” mają do zaoferowania, to powrót do tego, co było przez ostatnie ćwierć wieku, tak jakby to nie to, co było przez ostanie ćwierć wieku – kształt transformacji ustrojowej opartej na klasowej pogardzie, intensyfikacji wykluczeń i bardzo selektywnej, klasowej wolności – wybiło tym szambem w 2015.

***

Gdzie by nie przesunąć palcem po mapie, trudno o współrzędne dające powody do większego optymizmu. Nawet Chiny najwyraźniej wkraczają w fazę ekonomicznego kryzysu. Nawet one tracą już zdolność częściowego chociaż buforowania ekonomicznej niewydolności globalnego systemu późnego kapitalizmu. Co pełniłoby zupełnie inną rolę, gdyby istniało większe społeczne poczucie, że kapitalizm jest przekarczalny i gdyby powszechniejsza była wiara w jakiś pozytywny (czyli jakoś socjalistyczny) projekt jego przekroczenia.

W różnych punktach Afryki rozlewają się ogniska chaosu. W Japonii konsoliduje się i pogrąża w irracjonalizmie tamtejszy konserwatyzm. Rosja Putina ostatecznie powiedziała basta! prowadzonej od ćwierć wieku przez USA i NATO polityce jej stopniowego „spychania”, a docelowo także (jeśli wierzyć pewnym dokumentom strategicznym, m. in autorstwa Brzezińskiego) doprowadzenia w przewidywalnej przyszłości do jej faktycznej dekompozycji jako funkcjonującego, scentralizowanego państwa. I postanowiła przejąć geopolityczną inicjatywę. Kto wie, jak długą serię wojen zastępczych i wojen o wpływy mamy teraz przed sobą? Indie podążają ścieżką reakcyjnego integryzmu, hinduskiego fundamentalizmu i agresywnego kwestionowania wielokulturowej natury indyjskiego dorobku cywilizacyjnego; w błyskawicznym tempie demontują liberalne zabezpieczenia swojego systemu politycznego i wkrótce „największą demokracją świata” będą już tylko z nazwy i we wspomnieniach.

Erdoğan w Turcji postanowił wykorzystać chaos w regionie – wojny w sąsiednich państwach, Daesz, kryzys uchodźczy, za pomocą którego może wywierać naciski na Europę – jako zespół okoliczności sprzyjających jego marzeniu, by przejść do historii jako ten, który odrodził Turcję jako Imperium, jako ojciec jakiegoś Nowego Imperium Osmańskiego, jeśli trzeba, to na zbiorowej mogile Kurdów. Dynastia saudyjska postanowiła się ratować ucieczką do przodu: podpalić cały region, byle tylko utrzymać się jeszcze kilka lat tronu i swoich kont bankowych. Nawet jeżeli żaden scenariusz, w którym ten chaos w końcu w nią samą nie uderzy, nie jest na dłuższą metę choćby prawdopodobny. Egipt, najludniejszy kraj arabski, jest szczególnie bolesnym przypadkiem załamania się wszystkich nadziei wiązanych przez społeczeństwa Bliskiego Wschodu z Arabską Wiosną, znów w ramionach wojskowej dyktatury i pod wpływem nacisków z kontrolujących linie kredytowe niejednego kraju arabskiego królestw na południowych brzegach Zatoki Perskiej.

Kolejne zwycięstwo Binjamina Netanjahu i jego partii Likud skonsolidowało Izrael jako państwo jawnie już, i z coraz większą determinacją, faszystowskie, tym groźniejsze na skalę międzynarodową, że ekonomicznie uzależnione od wojny jako podstawowego produktu swojej gospodarki i uzbrojone w jakieś trzysta głowic nuklearnych. Zdesperowani Palestyńczycy podnieśli znowu głowy, ale ich osamotniona walka z czwartą potęgą militarną planety i prototypem reakcyjnych reżimów nadchodzącej (niedalekiej) przyszłości, podobnie jak siódma dekada ich cierpienia, znowu zniknęła z radarów światowej opinii publicznej, tym razem przesłonięta wojną w Syrii. Obama wydatkował cały swój polityczny kapitał na nuklearny deal z Iranem – to był wielki sukces, ale jego ceną było to, że nie zostało już tego kapitału, by efektywnie przeciwstawić się w jakiejkolwiek innej sprawie lobby izraelskiemu w Waszyngtonie (a to lobby izraelskie było najważniejszym przeciwnikiem w batalii o Iran Deal). Amerykańska subwencja dla izraelskiej okupacji i cyklicznych inwazji „Państwa Żydowskiego” na sąsiadujące kraje wzrosła więc z trzech do pięciu miliadów dolarów rocznie. Niebawem Amerykanie będą wybierać następcę Obamy – wygląda na to, że między rasistowskim klaunem a zamieszaną w zbrodnie wojenne w Libii, proizraelską jastrzębicą.

O głębokości i „sile wciągania” reakcyjnego bagna, w które jako ludzkość się osuwamy, świadczy to, że postępowy cykl zakończył się nawet w tej części świata, która w ciągu minionych kilkunastu lat pełniła, bez przesady, rolę ostatniego bastionu Oświecenia: w Ameryce Łacińskiej. Prawica po raz pierwszy od stu lat wygrała demokratyczne wybory w Argentynie (wcześniej przejmowała władzę wyłącznie w drodze zamachów stanu) i zaczęła od ofensywy na media publiczne, by zabezpieczyć się przed krytyką, gdy przystąpi do demontażu socjalnych zdobyczy kirchnerismo. Lata ekonomicznego sabotażu stosowanego przez wielką wenezuelską burżuazję w kompradorskim sojuszu z Amerykanami wymęczyły tamtejsze społeczeństwo tak, że doprowadziły do utraty (we wzorowo przeporwadzonych wyborach) władzy przez obóz chavista – nowa, prawicowa władza nie ukrywa, że jej zamiarem jest demontaż zdobyczy socjalnych i odwrócenie postępu społecznego dokonanego w zakończonej właśnie epoce bolivarianismo. Stopniowy dryf brazylijskiej Partido dos Trabalhadores w stronę bezideowego technokratyzmu, za rządów Dilmy Rousseff coraz bardziej uległej wobec żądań wielkiego kapitału, znacząco zmniejszył społeczne poparcie dla PT i podniósł poziom społecznych frustracji, na czym swoje ugrać postanowiła prawica, dążąc do impeachmentu presidenty największego państwa Ameryki Łacińskiej (pomimo iż źródłem niezadowolenia jest niewystaczająco lewicowa polityka rządu PT, a nie prawoskręt nastrojów społecznych).

***

Pośród tego ponurego pejzażu niewiele da się znaleźć sygnałów optymistycznych, pozytywnych. Wyspowe eksperymenty z bezwarunkowym dochodem podstawowym (miasta w Holandii, Finlandia) mogą się kiedyś okazać pierwszymi jaskółkami konstruktywnych projektów wyjścia poza horyzont kapitalizmu, ale dopiero w trudnej do przewidzenia przyszłości. By to było w ogóle do pomyślenia, najpierw musimy jednak wyjść z ciemnej nocy, w jaką się osunęliśmy i, póki co, osuwamy coraz głębiej. Prawdziwym powiewem świeżego powietrza było zwycięstwo Jeremy’ego Corbyna w wyborach na przewodniczącego brytyjskiej Partii Pracy. Jak powiedział Tariq Ali, Corbyn jest najbardziej lewicowym przywódcą, jakiego kiedykolwiek miała Labour Party. Być może trzeba żyć w Wielkiej Brytanii, żeby sobie naprawdę zdawać sprawę, jak wielka zmiana zaszła w tutejszej polityce w ciągu ostatnich miesięcy. Jego zwycięstwo sprawiło, że do Labour w kilka tygodni zapisało się kilkadziesiąt tysięcy nowych członków oraz członków, którzy przed laty odeszli z partii rozczarowani degrengoladą epoki blairyzmu. Do mainstreamu brytyjskiej polityki powróciły kwestie do niedawna stamtąd wygnane, zamiast „ile jeszcze austerity?” zaczęliśmy rozmawiać „dlaczego, po co i czy w ogóle jakiejkolwiek jeszcze austerity?”. Polityka stała się na powrót przestrzenią prawdziwego sporu. Z dnia na dzień polityka stała się w Wielkiej Brytanii porywająca, znów stała się piękna. Znów stała się tym samym, co miłość: „procedurą prawdy”. Jeżeli Labour pod przywództwem Corbyna udałoby się za kilka lat dojść do władzy, byłby to przełom polityczny na skalę Europy. W przeciwieństwie do Grecji, Portugalii czy nawet Hiszpanii, Wielka Brytania jest jedną z kluczowych gospodarek nie tylko Unii Europejskiej; nie tylko nie jest w podobny sposób zależna od obcego kapitału, ale też jest kapitału jednym z głównych eksporterów; posiada suwerenną kontrolę nad własną, cieszącą się międzynarodową wiarygodnością walutą, co daje jej ogromne pole manewru w zakresie polityki gospodarczej. W Wielkiej Brytanii to się może udać – złamanie lewicowego rządu tutaj nie będzie takie łatwe jak w Grecji. Ale Corbyn ma potężnych, wyjątkowo zmobilizowanych wrogów – wśród wyhodowanych w latach blairystowskiej demoralizacji wpływowych posłów własnej partii i po stronie wielkiego kapitału medialnego, który przypuścił na niego bezprecedensowy atak. Który to atak był jednym z czynników mobilizujących te dziesiątki tysięcy ludzi zapisujących się do Labour (wśród nich piszący te słowa), żeby dostarczyć Corbynowi wystarczającego poparcia w partyjnych szeregach, by przetrwał ewentualne próby wewnątrzpartyjnego „zamachu stanu”.

***

2015 był najgorszym jak dotąd rokiem XXI wieku. Nie oszukujmy się jednak: wkraczamy właśnie w rok 2016, który może być tylko gorszy.

Nie uda się ugasić żadnego z pożarów, które zapłonęły w 2015. Pojawią się nowe ogniska zapalne. Globalny system kapitalistyczny będzie trzeszczał w coraz to nowych miejscach. I nie będzie to nawet rok przełomowy. Na przełom, moment, w którym tendencje zaczną się w końcu odwracać, będziemy czekać dłużej, być może bardzo długo. Nie wiemy, za jaką cenę. Ostatnim razem tak głęboki strukturalny kryzys akumulacji kapitału na skalę planety przełamał dopiero spektakl destrukcji już istniejącego kapitału w postaci II wojny światowej. Stawki są jeszcze poważniejsze niż wtedy, wręcz ostateczne. Znów pod znakiem zapytania znajdują się wszystkie emancypacyjne obietnice Oświecenia i warunki możliwości dalszej o nie walki, ale tym razem do kompletu z nimi zagrożone są już nawet ekologiczne warunki naszego przetrwania jako gatunku – odliczamy już waściwie dni do momentu, w którym zniszczenia wywołane przez kapitalistyczną eksploatację planety przekroczą próg nieodwracalności, „niezatrzymywalności” i zapoczątkują proces ziorowego samobójstwa ludzkości. Wkroczyliśmy w długą, ciemną noc. Długą, ciemną noc, której nie możemy przespać. Każdy, kto pozwala sobie dzisiaj na „nieinteresowanie się polityką”, bierze na siebie odpowiedzialność za nadchodzące katastrofy, za piekło, w jakim będą żyły jego dzieci i wnuki, oraz – let’s face it – za nadchodzącą ekologiczną zagładę ludzkości.

Jarosław Pietrzak

Polub mnie na Facebooku, obserwuj mnie na Twitterze

Im więcej bomb, tym więcej bomb

Mam trzydzieści sześć lat. Jak daleko sięgam pamięcią, z telewizji zawsze dobiegały wieści o jakiejś zachodniej wojnie w jakimś muzułmańskim kraju, albo do następnej takiej wojny przygotowaniach. Różne były oficjalne niepodważalne racje. Broń masowego rażenia, której jednak przez kilkanaście lat nie znaleziono. Obrona mniejszości etnicznych, które nagle potem zostawiano na pastwę losu. Obrona demokracji, która potem okazywała się dla tamtejszych społeczeństw jeszcze odleglejszym mirażem, niż przedtem. Wojna z terroryzmem, któremu dopiero ta wojna zaczęła spędzać zdesperowanych, gotowych na wszystko rekrutów. Wojna z religijnym terroryzmem przez ataki zbrojne na kraje, które nigdy z religijnym fundamentalizmem nie miały nic wspólnego, ale za to siedzą na ropie natowej i innych surowcach, albo leżą w niefortunnym położeniu tuż obok niepokornych krajów, które na nich siedzą. Wojna z terroryzmem wyhodowanym wcześniej przez zachodnie rządy, żeby wyeliminować w świecie arabskim i muzułmańskim nurty socjalistczne, marksistowskie, panarabskie, nacjonalistyczne.

Czy naprawdę można było wierzyć, że wysyłana przez dekady w świat przemoc nigdy nie wróci do nadawcy? Czy naprawdę można było nie wiedzieć, że kiedyś w końcu wróci? Kto sieje wiatr, zbiera burze.

Tak, wiemy, że to wszystko nasza wina, ale teraz nie możemy tego już tak porzucić, nie możemy ludzi w Syrii i Iraku zostawić na łaskę wyhodowanego przez Zachód monstrum! Musimy teraz pokonać „Państwo Islamskie”!

To byłaby nawet niezła myśl, całkiem atrakcyjna na poziomie etycznych uogólnień – oznaczałaby przyjęcie przez Zachód odpowiedzialności za wywołane przez siebie dotąd katastrofy, za ogarnięcie stworzonego wcześniej chaosu. Ale prawdziwy świat, ten, w którym realnie żyjemy, nie jest ćwiczeniem z etycznych abstrakcji. Prawdziwy świat tworzą i zamieszkują realni ludzie. Którzy albo posiadają zdolności, wiedzę, kompetencje, środki i prawdziwą polityczną wolę, żeby pewne akcje skutecznie i dobrze przeprowadzić, albo ich nie posiadają. I inni ludzie, których ciała będą okaleczane, głodne i bez dachu nad głową i których życia będą brutalnie przerywane, jeśli ci pierwsi tego wszystkiego nie posiadają.

Czy wydarzyło się w ostatnich latach coś, cokolwiek, co by nam pozwalało mniemać, że zaszła w obrębie amerykańskiej, francuskiej, brytyjskiej klasy politycznej i tamtejszych elit wojskowych jakaś fundamentalna, głęboka przemiana jakościowa? Przepraszam, nie zauważyłem. Jeżeli, to na jeszcze gorsze; kiedyś przynajmniej premierem jednego z tych państw był Dominique de Villepin. Co więc daje nam powody, żeby snuć tak śmiałe wizje, że ci sami ludzie, którzy dopiero co obrócili w perzynę Libię (otwierając tam przestrzeń dla al-Kaidy i Daesh, przestrzeń, której tam wcześniej nie było), w Syrii będą już nagle wiedzieli, co robią i wszystko się powiedzie? Nie ma też powodu sądzić, że europejskie mocarstwa coś specjalnie pod tym względem różni od USA. W przypadku Libii to nie Waszyngton a Paryż właśnie grał pierwsze skrzypce w zagrzewaniu „wolnego świata” do „interwencji”. Francuska awantura w Mali daje nam jakieś nadzieje? Albo fakt, że Francja do naprawdę niedawna wspierała w Syrii radykalnych islamskich rebeliantów – dostawami broni – w nadziei na obalenie Asada? (Może Francja awansowała w oczach Daesh do roli wroga nr 1 nie tylko ze względu na historię jej kolonializmu w świecie arabskim, ale także ze względu na to, że w ich poczuciu całkiem niedawno ich zdradziła, zmieniając nagle fronty?)

W 2004, po zamachach przeprowadzonych przez al-Kaidę w Madrycie, Hiszpanie wymienili rząd na taki, który całkowicie wycofał ich kraj z awantur Stanów Zjednoczonych i NATO w zachodniej Azji. Od tamtej pory Hiszpania stała się krajem całkowicie wolnym od zamachów terrorystycznych a nawet ich prób. Może to był faktycznie jedyny przypadek, kiedy tak niekonwencjonalna decyzja się tak dobrze skończyła – ale może właśnie dlatego jedyny, że był to chyba jedyny raz w najnowszej historii, kiedy w obliczu „powrotu wypartego” zachodniego neoimperializmu podjęto decyzję o przerwaniu cyklu przemocy zamiast o jego eskalacji?

Żeby było jasne: nie jestem pacyfistą tout court. Jako markista uważam, że nie każda przemoc i nie każda wojna ma tę samą kwalifikację moralną. Nie ma znaku równości między przemocą ofiar opresji a przemocą opresorów. Wojna wyzwoleńcza lub obronna to nie to samo, co wojna najeźdźcza. Przemoc rewolucyjna to nie to samo, co przemoc reakcyjna. Ale wojna Francji przeciwko Daesh nie jest ani wyzwoleńcza, ani obronna, ani rewolucyjna. To wcześniejsza neokolonialna przemoc Francji współtworzyła przemoc, która teraz przyszła z odwetem do samego serca Francji.

Ale przecież Arabowie i inni muzułmanie na Bliskim Wschodzie sami sobie z Daesh nigdy nie poradzą! Musimy im pomóc!

Tak? A co, jeśli jest dokładnie na odwrót? Może Arabowie i muzułmanie mają już powyżej uszu „pomocy” ze strony Zachodu? Może właśnie sami sobie w końcu najlepiej poradzą? Ba, może tylko oni sami mogą sobie z tym poradzić? Bo tylko wtedy Daesh utraci podstawę swojego ideologicznego przyciągania, swój propagandowy wizerunek ostatniego obrońcy świata Islamu przed najazdami niewiernych? Bo zwycięstwo dokonane przez sojusz sił sąsiednich państw muzułmańskich, który przywróci na tamtych terenach pokój i normalne funkcjonowanie społeczeństwa na powrót w zgodzie z miejscowym dziedzictwem kultury i z drogimi tamtejszym społeczeństwom systemami symbolicznymi, a nie podług dyktatu zachodnich mocarstw, podważy i wyrwie z korzeniami wszystkie pretensje Organizacji Państwa Islamskiego. Zostanie bowiem zrozumiane i zapamiętane jako zwycięstwo prawomocnej kultury muzułmańskiej i arabskiej nad perwersyjną, brutalną herezją, która dążyła do budowy neośredniowiecza. Nie mówiąc już o konsekwencjach w zakresie zbiorowej godności społeczeństw Bliskiego Wschodu, które odzyskają w ten sposób poczucie własnej kolektywnej sprawczości, podmiotowości, kontroli nad wspólnym losem. A nieskompromitowane wschodzące potęgi globalnego Południa wynegocjują zamykające wszystko rozstrzygnięcia dyplomatyczne.

W przeciwnym razie na każdego zabitego przez Francuzów, Amerykanów czy Brytyjczyków bojownika do Daesh wstępować będzie pięciu, albo i dziesięciu nowych młodych mężczyzn i chłopców, wielu z nich osieroconych wcześniej i straumatyzowanych w nalotach bombowych przysłanych im z „pomocą” przez zachodnie mocarstwa. A rosnące wskutek eskalacji konfliktu rasowe napięcia w Europie będą w stronę Daesh popychać tysiące młodych ludzi sfrustrowanych napaściami na hidżaby ich sióstr, określaniem ich mianem „imigrantów” lub „issus de l’immigration”, choć już ich rodzice urodzili się we Francji, oraz tym, że arabskie nazwisko zmniejsza o 75% ich szanse na otrzymanie pracy, o którą się ubiegają i do której mają kwalifikacje. Tym bardziej, że do tych istniejących już form dyskryminacji dołączać będą w warunkach eskalacji konfliktów nowe formy stygmatyzacji i otwartej rasistowskiej przemocy.

Może Daesh wcale nie jest silne – może jest silne jedynie zasobami, które otrzymuje z zewnątrz? Daesh nie ma w końcu żadnego przemysłu zbrojeniowego, całe swoje uzbrojenie bierze skądinąd. Może właśnie całkowite, natychmiastowe i konsekwentne wycofanie się Zachodu z kompulsywnego gmerania w organizmie Bliskiego Wschodu otworzyłoby drogę do pokonania Daesh w zaledwie kilka miesięcy? Siłami rządowych wojsk Syrii i Iraku, a także bojowników kurdyjskich, którzy już wykazali się heroizmem i skutecznością, oraz z pomocą Iranu, który już tej pomocy dostarcza, a także Libanu?

Ale to wycofanie musiałoby być naprawdę całkowite i konsekwentne, to znaczy obejmujące przerwanie nie tylko dostaw dla „umiarkowanych” islamskich rebeliantów (którzy albo jednoczą siły z Daesh lub al-Kaidą, albo te dostawy i tak jakoś przechodzą z ręki do ręki), ale także – albo zwłaszcza – wszystkich transferów finansowych i materialnych do Arabii Saudyjskiej, konstelacji tych niedorzecznych królestewek w Zatoce Perskiej, Turcji i Izraela, którego rola w wojnie domowej w Syrii jest w ogromnym stopniu przemilczana przez media głównego nurtu (w Polsce w ogóle wspominana?), a mogła należeć do kluczowych. Ja w każdym razie nie wierzę ani w przypadkowość zestrzeleń przez siły zbrojne Izraela syryjskich samolotów rządowych akurat wtedy, kiedy ostrzeliwały pozycje al-Kaidy i Daesh, ani w przypadkowość podobieństwa konturów „Państwa Islamskiego” z pojawiającymi się od dawna (od polowy lat 50.), cyklicznie, planami strategicznymi Izraela dążącymi do narysowania mapy regionu w ten czy inny sposób na nowo.

Gdyby kraje na Bliskim Wschodzie, o których doskonale wiadomo, że z nich oraz przez ich terytorium i systemy finansowe płynie pomoc dla Daesh, objąć natychmiastowym bezwzględnym embargiem i sankcjami bankowymi, uciąć wszelkie dostawy do nich, zawiesić jakiekolwiek prowadzone z nimi interesy, a także zatrzymać strumień pieniędzy nieprzerwanie płynący z Waszyngtonu do Izraela, szybko wyschłyby strumienie dostaw do „Państwa Islamskiego”. Arabia Saudyjska jest już zaangażowana w pochłaniającą ogromne zasoby wojnę w Jemenie, a broń i amunicja same się nie robią.

Biorąc pod uwagę centralną rolę monarchii saudyjskiej w całym tym problemie (Rijad wytwarza punkty zapalne poza swoimi granicami i eksportuje tam własnych radykałów, żeby póki co nie robili zamieszania w królestwie), w stosunku do tego kraju można by pomyśleć i o bardziej radykalnych środkach, jak zamrożenie lub nawet konfiskata aktywów Domu Saudów na zagranicznych rachunkach bankowych i inwestycyjnych. Przypadek majątku rodziny Kaddafiego pokazuje, że to się da zrobić, kiedy chce się to zrobić. To, że tego „nie da się zrobić” w stosunku do saudyjskiej rodziny królewskiej, nie jest jakimś obiektywnym faktem przyrody a wyborem politycznym zachodnich elit.

Zachodnie elity polityczne, będące zakładnikami przemysłów zbrojeniowego, energetycznego i finansowego, wolą iść inną drogą. Stany Zjednoczone i Francja wciąż uważają usunięcie Asada za priorytet, nie dostrzegając w tym nawet taktycznej sprzeczności z priorytetem walki z Daesh, nie widząc też powodu do refleksji, że bez ich spisków przeciwko Asadowi (knutych od 2005 roku) syryjska wojna być może nigdy by nie wybuchła. Kilka dni po zamachach w Paryżu Waszyngton zatwierdził sprzedaż broni dla Arabii Saudyjskiej o wartości miliarda dolarów. Nawet Francja nadal sprzedaje broń Arabii Saudyjskiej. Unia Europejska chce płacić Turcji miliardy euro za zatrzymanie przepływu uchodźców z Syrii, nie pytając w ogóle o dziwne fenomeny na granicy turecko-syryjskiej, przez którą mysz z jednym nabojem się nie przeciśnie, jeżeli adresatem są walczący Kurdowie, ale która okazuje się intrygująco porowata i nieszczelna, gdy adresatem jest Daesh. Prezydent Obama dopiero co podniósł też wysokość rocznej pomocy przekazywanej przez USA Izraelowi z trzech do pięciu miliardów dolarów.

giphy

(źródło animacji)

Przemysł zbrojeniowy nie będzie w najbliższych latach narzekał na straty. Nie będą się też skarżyć bankierzy finansujący jego operacje i obracający jego zyskami. W ich interesie zachodnie mocarstwa wybrały drogę dolewania oliwy do ognia, eskalacji przemocy i pogłębiania chaosu, pomimo iż doświadczenia z Iraku, Afganistanu i Libii powinny już były nauczyć nas, że zachodnie interwencje zbrojne otwierają tylko nowe kaskady katastrof. Nic dobrego z tego nie wyniknie.

Im więcej bomb, tym więcej bomb.

Jak długo jeszcze? Aż podpalimy cały świat?

Jarosław Pietrzak

Według Ibsena

Franco Moretti, włoski badacz literatury (badacz marksistowski i „ilościowy”) uważa Ibsena za wielkiego – jednego z najwybitniejszych – portrecistów i pejzażystów europejskiej cywilizacji burżuazyjnej. Z całym jej nowym modelem racjonalności – i z całym ciężarem jej nowego zestawu irracjonalności. Moretti zwraca uwagę, że tym, co pozwoliło Ibsenowi na przestrzeni kilkunastu dramatów odmalować tak wszechstronny i przenikliwy krajobraz kapitalizmu i portret klasy społecznej, która go stworzyła i narzuciła światu, jest szczególna perspektywa mieszkańca kraju na obrzeżach kontynentu, do którego kapitalizm w skonsolidowanej postaci przyszedł późno i przeszedł kilka etapów swojego rozwoju w przyspieszonym tempie. Dzięki temu burżua Ibsena reprezentują wszystkie stadia i warianty mieszczańskiej kondycji: od „pozytywistycznego” optymizmu, że cały świat uda się ulepszyć, zracjonalizować, uwydajnić i wycisnąć z niego zysk, właściwego okresom wzrostu, po mroki irracjonalizmów spadające na mieszczański świat w okresach długotrwałych, strukturalnych kryzysów. Na całej przestrzeni tego spektrum mieszczańskiej kondycji właściwe jest (u Ibsena, według Morettiego) poszukiwanie dróg ekspansji (dla własnego ego mieszczanina i dla stojącego za nim procesu akumulacji kapitału) przez wyprawy w sferę swego rodzaju mroku, obszar moralnej szarości. Na tereny, które są nie do końca legalne, nie do końca nielegalne, niekoniecznie zakazane, ale na pewno nieuczciwe.

To dlatego Ibsen, ponad sto lat po swojej śmierci, jest tak popularny i wciąż obecny na scenach Londynu. Miasta, które wciąż jest światową vice-stolicą kapitalizmu finansowego. Miasta, którym rządzą banksterzy z City, mistrzowie ekspansji przez robienie rzeczy na pewno nieuczciwych, co do których odruchowe etyczne intuicje sugerowałyby, że powinny być nielegalne, ale które jakoś mimo to prawie nigdy nie okazują się z punktu widzenia prawa przestępstwami, nawet w tych nieczęstych sytuacjach, kiedy sprawę decyduje się zbadać prokuratura. Kariera Ibsenowskiego starego Ekdala załamała się co prawda przed laty, bo jego akurat sprawiedliwość wysłała do więzienia, ale on był tylko wykonawcą poleceń Haakona Werle, którego nigdy nic za to nie spotkało.

Tej jesieni Barbican Theatre zorganizował, przy wsparciu ambasady Norwegii, poświęcony Ibsenowi międzynarodowy sezon, na którym można było obejrzeć między innymi fenomenalną adaptację Dzikiej kaczki wystawianą przez australijski teatr Belvoir Sydney. Simon Stone wyreżyserował sztukę, którą na potrzeby współczesnego widza „przepisał” z Chrisem Ryanem. Napisaną w 1884 roku sztukę przenieśli we współczesność, usunęli kilka drugoplanowych postaci, pozostawiając tylko sześć najważniejszych, które pozostały ze swoimi norweskimi imionami. Hjalmar i Gina są tu drobnymi przedsiębiorcami, organizują jakieś eventy i przyjęcia, często widzimy przynajmniej jedno z nich przy laptopie. Hedvig jest dyskretnie upodobniona do współczesnych nastolatek, w wersji geek. Zainteresowana Gregersem, żeby dodać mu odwagi, informuje go, że nie jest już dziewicą. Gregers, w pierwszej po latach rozmowie z Hjalmarem, o życiu osobistym w ostatnich kilku latach, o związkach i kobietach, z którymi nic trwałego mu nie wyszło (zostawił kobietę, która go kochała i zaszła w nim w ciążę), żartuje, że myślał nawet, że jest gejem, „ale podobno do tego trzeba czuć pociąg do mężczyzn”. Jednocześnie nic w tych zmianach nie jest na siłę, nic nie jest przesadzone; wszystko ma sens w ramach i w związku z projektem artystycznym i intelektualnym Ibsena. Rozwija jego kluczowe wątki i pokazuje, jak bardzo żyjemy wciąż w tym samym świecie, który Norweg poddawał takiej krytyce. Choć na pierwszy rzut oka tyle tyle się zmieniło – np. w przetasowaniach w moralności seksualnej (imperatyw kolekcjonowania wrażeń zamiast purytańskiej represji) – to wciąż żyjemy w tym samym świecie, którego Realnym jest kapitał, a klasą panującą burżuazja. Artyści z Belvoir Sydney pokazują swoimi zmianami wreszcie kontynuację procesów społecznych i kulturowych, którymi w swoich kilkunastu sztukach zajmował się brodacz ze Skien.

Australijscy twórcy zachowali podstawową strukturę dramatu, który rozwija się ku tej samej kulminacji, ale skondensowali historię do nieco poniżej półtorej godziny: sceny są krótsze, dynamiczne, „zmontowane” trochę jak w filmie, ale historia zasadniczo pozostaje ta sama. Sztuki Ibsena wystawiane w całości trwają zwykle około trzech godzin. Ta kondensacja to coś znacznie więcej niż tylko obawa o uwagę współczesnego widza, czy gest zabiegania o widza młodego, przyzwyczajonego do szybko migających obrazów. Ta kondensacja problematyzuje samo nasze przyzwyczajenie do szybkiej narracji, naszą niezdolność do wygospodarowania trzech godzin uwagi dla jednej odgrywanej na scenie historii.

Nasz czas to bowiem jeszcze jedna płaszczyzna, w której kapitalizm i jego logika, po tym, jak zawłaszczyły już przestrzeń geograficzną (choćby tę z map, o których mówi stary Ekdal w rozmowie z Hjalmarem, w odniesieniu do przekrętów, w które Ekdala wepchnął niegdyś Haakon Werle), podbijają całość naszego świata, jego kolejne wymiary i kolejne płaszczyzny naszego doświadczenia świata, kolonizują krok po kroku każdy zakątek naszego życia. Dziś Internet – z którego Hjalmar i Gina korzystają, by zdobywać klientów dla swojego małego biznesu, a Hedvig z jego pomocą dowiaduje się, co jest nie tak z jej wzrokiem – zwielokrotnił wydajność i tempo komunikacji, i częstotliwość przepływów kapitału, zwiększył także wydajność wielu procesów produkcyjnych.

Wydawać by się na chłopski rozum mogło, że takie postępy w wydajności powinny skutkować większą ilością czasu wolnego dla nas wszystkich. W końcu chyba o to powinno chodzić z tym całym wzrostem produktywności: żeby więcej można było zrobić mniejszym nakładem pracy i ogólnego czasu pracy, czego logicznym, matematycznym rezultatem powinno być więcej czasu na życie poza pracą; na życie po prostu. Na bycie wolnym. Choćby na to, żeby spędzić czasem cztery godziny na pięcioaktowej sztuce w teatrze. A jednak wszyscy mamy coraz mniej czasu na życie, coraz mniej czasu, w którym jesteśmy wolni: pracujemy coraz więcej, sami prosimy o nadgodziny, łapiemy dodatkowe zlecenia na weekendy, na wieczory. Jednocześnie niewielu z nas ma powody mieć wrażenie, że zarabia na tym wszystkim coraz więcej. Nawet, kiedy w naszym własnym, prywatnym czasie zajmujemy się czymś niezarobkowym, jesteśmy wdrożeni, wytresowani do tego, by z wachlarza dostępnych nam możliwości wybierać takie formy spędzania czasu, które jakoś się – niekoniecznie teraz, ale w przyszłości – „opłacą”, choćby dostarczając kilku intrygujących, wyróżniających nas z tłumu zapisów w CV. Nawet, kiedy nie robimy już nawet tego, kontaktując się ze starymi przyjaciółmi przy pomocy mediów społecznościowych, wrzucając tam zdjęcia, uzupełniając informacje o naszym ulubionym filmowcu na IMDB czy na Filmwebie, wciąż wykonujemy pracę zwiększającą rynkową wartość usług, których jesteśmy „użytkownikami” – świadczymy ich dostawcom darmową pracę.

A teraz wróćmy do Ibsena, i do Dzikiej kaczki Belvoir Sydney według Ibsena. Make no mistake: przy całym zróżnicowaniu społecznych i zawodowych ról, które wykonują bohaterowie sztuk Norwega, nie nabrał się on nigdy na takie ideologiczne ściemy jak kategoria „klasy średniej”. Jego bohaterowie, z wyjątkiem kilku krzątających się po domu służących, to burżua, choć nie wszyscy są udziałowcami fabryk, stoczni czy ubezpieczalni. Zgodnie z uzupełniającą Marksa definicją Immanuela Wallersteina, podział na burżuazję i proletariat wciąż jest aktualny, również w rzeczywistości przedstawionej przez Belvoir Sydney, o ile tylko zrozumiemy, że burżuazja to przede wszystkim klasa żyjąca z dostępu do wartości dodatkowej przechwyconej z pracy innych ludzi, którzy wynagradzani są jednynie częścią wartości produktu swojej pracy, bez jej wartości dodatkowej (oni stanowią proletariat).

Skoro już padło nazwisko Wallersteina, wraz z jedną z wielu jego propozycji, wyciągnijmy też inną, bo ma znaczenie dla odczytania tego przedstawienia. Wallerstein podkreśla, że z rozwojem kapitalizmu toczą się dwa równoległe procesy społeczne: obok – albo raczej ponad – dobrze od dawna marksistom znanej proletaryzacji mas skazanych na sprzedaż jedynego, co im zostało do wymiany na rynku, czyli własnej siły roboczej, toczy się równoległy proces burżuazyfikacji, formowania się i ekspansji specyficznie kapitalistycznych klas dominujących, oraz asymilacji klas dominujących pochodzących z innych formacji społecznych. Proces burżuazyfikacji jest jednym z wielkich tematów Ibsena, wyciągniętym przez twórców z Belvoir Sydney szczególnie wyraziście na wierzch zmianami w tekście i pomysłami inscenizacyjnymi.

Oprócz stopnia, do jakiego czas naszego życia skolonizowany jest przez służące ekspansji burżuazji mechanizmy akumulacji kapitału, wskutek którego nikt już sobie nie pozwala na wystawianie sztuk w pełnych pięciu aktach, nie przegapmy szklanych ścian, za którymi toczy się (prawie) całe przedstawienie. Niczym w akwarium. Pomysł narodził się pewnie w odpowiedzi na praktyczny problem: jak bez wyrządzania krzywdy zwierzęciu osiągnąć pewność, że kaczka (żywy ptak występuje w przedstawieniu) nie wymknie się spod kontroli, nie przestraszy się, albo nie zapragnie po prostu polatać sobie nad publicznością?

Ale rozwiązanie to ma daleko posunięte konsekwencje dla ostatecznego odczytania Ibsena przez Stone’a, Ryana i ich kolegów z Belvoir Sydney. Potęguje bowiem wrażenie osaczenia, ograniczenia, uwięzienia bohaterów w wąskich ramach czegoś na kształt akwarium (szklanej klatki), odcinającego ich od szerszej przestrzeni, od tlenu nawet. Okazuje się, że proces burżuazyfikacji, proces ekspansji kapitalizmu i podboju świata przez burżuazję i jej „wartości” nawet klasie beneficjentów tego procesu nie daje żadnej wolności naprawdę wartej tego słowa. To dlatego, że skuteczny proces burżuazyfikacji, wraz z coraz efektywniejszym wyciskaniem ze świata i z życia wartości dodatkowej, wymaga obracania dosłownie wszystkiego na obraz i podobieństwo burżuazji jako klasy oraz procesu waloryzacji kapitału jako podstawy istnienia tej klasy. W doskonale zburżuazyfikowanym świecie każdy staje się kartą w księdze rachunkowej, bilansem zysków i strat, przychodów i rozchodów, wydatków i zwrotów, aktywów i zobowiązań. Każdy staje się saldem, różnicą między „winien” i „ma”. Hedvig popełnia samobójstwo, bo zrozumiała, że w takich kategoriach – jako córka innego mężczyzny, niż ten, który ją wychował; jako tracąca bezpowrotnie wzrok; jako „dowód winy” swojej matki – jest dla świata tylko źle ulokowaną, chybioną inwestycją, wydatkiem, który się nie zwróci, jednym wielkim niespłacalnym debetem. Dominujący także są zdominowani przez własną klasową dominację. Jej zniesienie wyzwoliłoby wszystkich ludzi.

Jarosław Pietrzak

 

The Wild Duck, reż. Simon Stone, scen. Simon Stone i Chris Ryan wg Dzikiej kaczki Henrika Ibsena. Występują: Brendan Cowell (Hjalmar Ekdal), John Gaden (Haakon Werle), Anita Hegh (Gina Ekdal), Richard Piper (Ekdal), Sara West (Hedvig Ekdal), Dan Wyllie (Gregers Werle). Produkcja: Belvoir Sydney.