Malarstwo Tomasza Przychodzkiego

Jedną z uderzających właściwości malarstwa Tomasza Przychodzkiego jest ten wyraźny kontrast pomiędzy jego pracami. Jedne z nich lśnią światłem (niejednokrotnie najdosłowniej, bo Przychodzki lubi posługiwać się złotem jako kolorem); ujmują pogodnymi, jasnymi barwami; wydają się otwierać nieograniczoną przestrzeń. Inne osaczają mrokiem, który odbiera kolorom życie; wydają się zatłoczone albo oferują niewiele przestrzeni, która nie proponuje wyjścia ze stanu smutku czy rozpaczy. To samo złoto, które gdzie indziej migotało uwodzącym światłem, w tych drugich spływa raczej po płaszczyźnie płótna ciężkimi łzami. Jest to bardzo emocjonalne malarstwo, dla którego punktem wyjścia jest zwykle wspomnienie momentu intensywnego przeżycia – albo euforycznego szczęścia, albo paraliżującego smutku. Ciekawe u Przychodzkiego jest to, jak bardzo – choć nie zawsze na pierwszy rzut oka – te prace są naładowane erotycznie. Dotyczy to zarówno tych zatrzymujących na płótnie pamięć momentu szczęścia, jak i tych traktujących o rozpaczy. I szczęście, i smutek, są tutaj stanami splecionymi z seksualnym pragnieniem, z erotycznym doświadczeniem, z rozkoszą spełnienia, melancholią utraty lub odrzucenia. Ten erotyzm malarstwa Przychodzkiego bywa wyłożony explicite, w nasyconych tęsknotą lub naznaczonych urazem przedstawieniach ciał lub twarzy, ale bywa też poukrywany, zaszyfrowany w innych obiektach.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Ten krótki tekst powstał jako wprowadzenie do wystawy malarstwa Tomasza Przychodzkiego w klubokawiarni Księgarnia w Sosnowcu (w dniach 12-26 maja 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brexit, status quo i przyszłość

Zgadzam się z tymi, którzy – jak lewicowy grecki badacz Stathis Kouvelakis – uważają, że Unia Europejska jest antydemokratycznym, neoliberalnym monstrum, realizującym interesy wielkiego kapitału. Nie da się jej zreformować  w stronę bardziej demokratyczną, realizującą lewicową, solidarną wizję postępu społecznego, ponieważ została ona wymyślona i zaprojektowana w sposób antydemokratyczny i w antydemokratycznych celach. Unię Europejską zaprojektowano tak, by mogła funkcjonować, procedować i decydować, realizując interesy politycznych i ekonomicznych elit kontynentu niezależnie od woli jego społeczeństw, a nawet otwarcie tej woli wbrew. Jak pokazał przykład Grecji – nawet kosztem najsłabszych społeczeństw kontynentu, gotowa złożyć je na ołtarzu zyskowności niemieckich i francuskich banków oraz niemieckich obsesji monetarnych. I nie ma się co łudzić, że na Grecji się to skończy. Skłaniam się ku jego stanowisku, że jedynym prawdziwym wyjściem jest rozwiązanie Unii Europejskiej i budowa nowego projektu solidarnej Europy postępu społecznego zamiast UE, a nie w jej ramach.

Niemniej jednak uważam Brexit za katastrofę. Kontekst i kolejność wydarzeń, a także to, kto jest danych wydarzeń sprawczym podmiotem – to wszystko są rzeczy, które mają ogromne znaczenie. To, czy Unię Europejską zastąpi Europa solidarności i postępu społecznego, zależeć będzie od tego, kto rozmontuje tę pierwszą. Jeśli rozmontuje ją rasistowska prawica, to naprawdę nie zrobi się od tego więcej miejsca dla najbardziej postępowej lewicy.

Brexit, Lexit, szmexit

Brexit jest zwycięstwem rasistowskiej prawicy. To ona (UKIP i najbardziej nieprzewidywalne skrzydło rządzącej Partii Konserwatywnej) nadała ton całej kampanii. Imigranci, imigranci, imigranci. To była jedyna śpiewka. Jeżeli członkowie Socialist Workers Party i innych jeszcze mniejszych grup o jeszcze mniejszym znaczeniu wyobrażają sobie, że powtarzając we własnym gronie kilku tysięcy osób (w skali 65-milionowego kraju) własne argumenty stworzyły jakąś alternatywną narrację o Lexicie, lewicowym wyjściu z Unii, to świadczy to tylko o ich grupowym narcyzmie. Jakieś trzy artykuły na łamach „The Independent” to jeszcze nie realnie funkcjonująca w społeczeństwie alternatywna narracja. Ludzie, którzy w Anglii z dala od Londynu i Liverpoolu zagłosowali za wyjściem, nie mieli przed oczyma rozległych analiz na łamach „International Socialism Journal” tylko nagłówki o imigrantach krzyczące do nich z pierwszych stron tytułów prasowych Ruperta Murdocha. O znaczeniu tej rasistowskiej kampanii świadczy erupcja rasistowskich incydentów po ogłoszeniu wyników referendum. Policja oficjalnie potwierdza przekraczjący 500% skok liczby oficjalnie odnotowanych incydentów tego rodzaju. Angielscy rasiści poczuli, że nareszcie nie muszą swojego rasizmu ukrywać – poczuli się dumni.

To, jaka kampania i przez kogo prowadzona wygrała, to na dodatek tylko pierwsza połowa problemu. Druga jest taka, że nawet gdyby głosowano ze słusznych powodów, potrzebny jest jeszcze dobry plan działania. Odpowiedzialni za kampanię Leave tymczasem nigdy nie opracowali żadnego planu, jak to tak konkretnie będzie wyglądać. Wielką Brytanię czekają więc lata chaosu, który zresztą natychmiast się rozpoczął (dramatyczne spadki na giełdzie, spadek funta do najniższego od ponad trzydziestu lat poziomu). Zwolennicy Lexitu, którzy cieszą się z rezultatu jak z własnego zwycięstwa, są chyba w stanie jakiegoś zaczadzenia. Przypuszczam, że rację ma ekonomista Michael Roberts, który uważa, że Brexit akceleruje kolejną globalną recesję, czy też kolejną fazę obecnego kryzysu systemu kapitalistycznego. Przedstawiciele radykalnej lewicy popierającej Lexit, którym w czasie kampanii udało się upchnąć trzy artykuły w „Independencie”, a poza tym pisywali na swoich radykalnych blogach czytanych głównie w ich własnych niszach ideowych, wyobrażają sobie teraz, że w warunkach nadchodzącego chaosu, słaba i rozbita od dawna lewica nagle rozkwitnie, dotrze ze swoim przekazem do całego brytyjskiego społeczeństwa i porwie jego serca. Oh dear…

Niestety, ostatnim razem, kiedy kapitalizm pogrążony był w tak głębokim strukturalnym kryzysie (faza B u starego dobrego Kondratiewa), a europejska lewica była za słaba, by w kilku kluczowych krajach powstrzymać rasistowską prawicę, to wyjście z tego kryzysu kosztowało ludzkość II wojnę światową. Miejsce City of London w sfinansjeryzowanej strukturze współczesnego kapitalizmu czyni Wielką Brytanię jednym z kluczowych krajów. Tak więc powtórzę: kolejność wydarzeń, oraz to, kto gra w nich pierwsze skrzypce, ma znaczenie – ma znaczenie kolosalne.

Pustynia rzeczywistości

Mleko się już jednak rozlało i lewica musi być gotowa na trudne do przewidzenia tempo wydarzeń. W tym celu musimy przede wszystkim rozumieć, co się dzieje.

To, że wygrała rasistowska kampania sprowadzająca całą dyskusję do „problemu imigrantów”, nie znaczy, że wszyscy, którzy głosowali za opuszczeniem Unii Europejskiej, są rasistami i głosowali z rasistowskich pobudek. Dla większości z nich ten rasizm był po prostu jedyną zaoferowaną im możliwością artykulacji zupełnie innych bolączek.

Chyba najbardziej przenikliwą i frapującą z napisanych na gorąco interpretacji referendum zaproponował Will Davies, autor książki The Happiness Industry. Jego artykuł Thoughts on the Sociology of Brexit opublikowany został na blogu Political Economy Research Centre. Za Brexitem głosowali mieszkańcy Anglii i Walii spustoszonej w procesach neoliberalnej restrukturyzacji brytyjskiego kapitalizmu, poza (zasysającym większość zasobów w kraju) Londynem i Liverpoolem. Mieszkańcy miast i miasteczek, w których manifestowała się kiedyś przemysłowa potęga Wielkiej Brytanii, ale których przemysły pozamykała Margaret Thatcher, a próżni po nich nic w zadowalający sposób nie wypełniło. Mieszkańcy tej porzuconej Anglii i Walii po raz pierwszy od dziesięcioleci (wielu z nich po raz pierwszy w życiu) mogli oddać głos, który naprawdę będzie miał znaczenie, naprawdę zmieni reguły gry, wstrząśnie czymś, zamiast tylko wymieniać twarze decydujące ostatecznie jedynie o ornamentach polityki pozostającej cały czas w ramach tego samego paradygmatu. Niektórzy może nawet i w to nie wierzyli, ale chcieli tę możliwość sprawdzić. Nawet jeśli mieliby sobie tym wyrządzić krzywdę, to byli na nią gotowi w zamian za pierwszą w życiu okazję naprawdę bolesnego walnięcia brytyjskiego establiszmentu „po ryju”. Ewentualność, że wyrządzą sobie samym zbiorową krzywdę, mogła nawet być świadoma i odegrać rolę w podjęciu takiej, a nie innej decyzji. A to dlatego, że głosowały tak grupy społeczne, które nie wierzą już, że mają jeszcze jakąś przyszłość wartą tego słowa. Przyglądanie się pełzającej deklasacji własnych dzieci nie jest tego słowa warte.

Umieszczałoby to Brexit w szerszych procesach społecznej delegitymizacji neoliberalnych elit w oczach ich społeczeństw. Od Stanów Zjednoczonych po Austrię gniew ludu eksploduje ostatnio poparciem dla kandydatów od lewa (Bernie Sanders) do prawa (Donald Trump), których cechą wspólną jest to, że polityczny establiszment niestrudzenie przedstawia ich jako wybór abolutnie nieracjonalny. Dziesiątki milionów ludzi w Europie i Ameryce Północnej mają już powyżej uszu racjonalności zdefiniowanej przez książęta neoliberalnego kapitalizmu i ich urzędowe wieszczki głoszące swoje wyroki z Delf dominujących nadawców telewizyjnych.

Ale głęboki kryzys legitymizacji panującego systemu społeczno-ekonomicznego nie kończy się bynajmniej na tym, że w sprawiedliwość czy słuszność tego systemu nie wierzą już jego ofiary!

Status quo nie istnieje

Chciałbym umieścić Brexit w jeszcze innej sekwencji wydarzeń. Już jakiś czas temu niemiecki ekonomista i socjolog Wolfgang Streeck (w eseju pt. How Will Capitalism End?) zwracał uwagę na to, że nawet elity neoliberalnego kapitalizmu od dawna czują, że ich pozycji nie podpiera już żadna forma legitymizacji – politycznej, moralnej, symbolicznej, kulturalnej. I to dlatego tak bezwstydnie kradną. Nie boją się utraty twarzy, bo wiedzą, że już i tak jej nie mają. Wyszarpują rządowe bailouty dla banków, które doprowadzili na próg bankructwa. Z publicznych (te bailouty) lub akcjonariuszy pieniędzy wypłacają sobie wielomilionowe premie albo odprawy, nawet gdy przynieśli kierowanym instytucjom kolosalne straty. Nie ukrywają kolesiowskiej, korupcyjnej natury kontraktów rządowo-biznesowych czy jawnie oszukańczej lub hazardowej natury wielu produktów finansowych. Z wyjątkiem jakiejś dziwnej i pozbawionej międzynarodowego znaczenia Islandii, nikt z nich za największe nawet przestępstwa finansowe czy skarbowe nie trafia za kratki, nie traci stanowisk, nie spotyka się z ostracyzmem polityków ani mediów. Żaden przekręt, żadne Panama Papers – nic nie jest dziś wystarczającym skandalem, żeby zakończyć twoją karierę, jeśli jesteś jednym z neoliberalnych książątek. Jeżeli ktoś trafi do więzienia, to – jak w przypadku afery LuxLeaks – ci, którzy ujawnią oszustwa finansowe i skarbowe, a nie ci, którzy ich dokonywali.

Nawet władcy tego świata, nawet ci, którzy są największymi beneficjentami neoliberalnego kapitalizmu, nawet ci, którzy nim zarządzają, nie wierzą już w status quo. Nie wierzą, że ten system jest do utrzymania. Wiedzą, że jego dni są policzone i wkrótce wszystko z hukiem rozleci się na kawałki.

Dlatego jedni z nich kradną na potęgę, żeby złowić, ile się da w tych ostatnich dniach przed Armagedonem, rozglądając się jednocześnie za jakimś rozległym a odludnym ranczem w Panamie, Paragwaju czy Patagonii, na którym będzie się można schować przed gniewem ludu, gdy ten zostanie zostawiony sam z łupinami po katastrofie. Inni, ci o najbardziej makiawellicznym usposobieniu, w zaciszu gabinetów projektują nam nowy świat, w którym społeczeństwa podlegają zmilitaryzowanej kontroli i nadzorowi, z całymi ich sektorami pozbawionymi istotnej części praw na różnych arbitralnych podstawach.

Jeszcze inni stracili z oczu jakąkolwiek przyszłość godną tego słowa – dokładnie jak ci sfrustrowani mieszkańcy Anglii i Walii z dala od Londynu i Liverpoolu, tyle, że zupełnie inaczej wyglądają ich rachunki bankowe. Niemniej jednak i oni nie są już w stanie ogarnąć jakiejkolwiek dłuższej perspektywy, nie potrafią już długofalowo zarządzać swoimi przywilejami za pomocą urządzeń, które do niedawna doskonale się w tym zadaniu sprawdzały – prasy, telewizji, sondaży, ratingów, „opinii rynków”. Reagują więc tylko w najbardziej krótkoterminowej perspektywie – jak przeciągnąć ten cały bajzel do jutra, do przyszłego miesiąca, do końca roku. Albo zupełnie nie wiedzą już, co robić. Nie wiedzą już, co robią. I w tej niewiedzy robią już po prostu byle co, w nadziei, że raz na ileś ciosów wystrzelonych na oślep coś się uda, w coś się trafi.

Brexit, i sposób, w jaki Torysi pod przywództwem Davida Camerona się weń wpakowali, to jedna z tych ostatnich historii. Niezwykle spektakularny przykład i coś na kształt definitywnego dowodu, że władcy tego świata nie wiedzą już, co robić i dlatego robią byle co. Przykład jest tak spektakularny, a dowód tak definitywny, ponieważ brytyjska Partia Konserwatywna przez półtora stulecia była najbardziej efektywnym, najbardziej niezawodnym i nabardziej doświadczonym politycznym wykonawcą interesów brytyjskich kapitalistów i kapitalizmu w Wielkiej Brytanii. Od pokoleń wdrożonym i przygotowanym do zarządzania kapitalizmem na niebagatelną, bo światową skalę. Nawet po utracie kolonialnego Imperium brytyjski kapitalizm pozostał przecież jedną z najbardziej „umiędzynarodowionych” formacji kapitalistycznych, z pokrywającą cały świat siecią wielokierunkowych interesów, a City of London jest do dziś czymś w rodzaju finansowej wicestolicy światowego kapitalizmu (nawet międzynarodowe transakcje w euro, choć Wielka Brytania nie wstąpiła do unii walutowej, największy swój globalny wolumen miały dotąd w City of London, nie we Frankfurcie). I nawet ci ludzie, mimo stu pięćdziesięciu lat przekazywanego z pokolenia na pokolenie takiego doświadczenia, dla krótkoterminowej korzyści odbicia głosów UKIP-owi w ostatnich wyborach i rozwiązania wewnętrznej kłótni we własnych szeregach, zaryzykowali interesy całej klasy kapitalistów w Wielkiej Brytanii. W zasadzie, jak już wyraźnie widać, wywrócili cały kram brytyjskiego kapitalizmu do góry nogami.

Cameron chciał upiec nie wiadomo ile pieczeni na jednym ogniu. Jednych załatwi, bo „no przecież zrobiłem referendum, nie moja wina, że naród chciał jednak pozostać w Unii”, i zostaną, choć rozczarowani, po jego stronie. Drugich załatwi na zasadzie: „zrobiłem referendum, ale przecież wiedziałem, że wszyscy i tak zagłosują za pozostaniem, niczego tak naprawdę nie ryzykowałem” – też zostaną z nim. Tak to miało wyglądać. Nawet jeszcze niespodziewanie przyspieszył referendum, w którego kontekście przez wiele miesięcy mówiono raczej o roku 2017, aż tu nagle czerwiec 2016. Boris Johnson z kolei myślał, że nawołując do głosowania za opuszczeniem Unii wzmocni swoje karty na prawym skrzydle Partii Konserwatywnej i przygotuje sobie grunt pod przyszłe przywództwo Torysów, a kampania Leave i tak przegra, nie może być inaczej. W rzeczywostości okazało się, że żaden z nich nie wiedział, co czyni. Dlatego nikt nie opracował politycznych i ekonomicznych scenariuszy wychodzenia z Unii Europejskiej, symulacji, jakie branże mogą tym zostać dotknięte, pomysłów, na jakieś miękkie lądowanie dla nich. Nie mówiąc już o takich szczegółąch, jak sytuacja prawna mieszkających już w UK obywateli innych państw Unii i mieszkających w innych państwach Unii obywateli UK (ani jedni, ani drudzy nie mieli prawa głosu w tym referendum). Nie istnieje żaden plan, nikt nie wie, co teraz.

Kiedy w takiej sytuacji baronowie New Labour, sieroty po Tonym Blairze, zamiast wykorzystać sytuację, czyli Torysów na krawędzi rozpadu, do oblężenia rządu i wymuszenia nowych wyborów, rzucają się w wir spisków przeciwko przywództwu Jeremy’ego Corbyna (w jawnej współpracy z dziennikarzami BBC i „Guardiana”), to jest to kolejna odsłona tego samego procesu. Prawe skrzydło Labour Party (większość jej parlamentarzystów) to dla brytyjskich kapitalistów awaryjne narzędzie zarządzania brytyjskim kapitalizmem, na wypadek gdy urny wyborcze zawiodą Torysów. Wewnętrzny spór w Labour w tym momencie, jeśli ulegnie eskalacji, będzie najpewniej oznaczał polityczną anihilację Labour Party na lata, albo na zawsze. Ale posłowie Partii Pracy tym właśnie się teraz zajmują, z własnego wyboru. To dlatego, że baronowie New Labour, symbiotycznie związani z brytyjskimi kapitalistami (inicjatorka obecnego antycorbynowskiego „zamachu stanu” wewnątrz Partii Pracy, Margaret Hodge, ma swoje za uszami, jeśli chodzi o uciekanie przed podatkami) tak samo nie wiedzą już, co robić i robią w amoku byle co. Wystarczy spojrzeć na beznadziejne nieprzygotowanie „zamachowców” – nie mają nawet żadnej propozycji, kto właściwie miałby zastąpić Corbyna.

Kiedy klasy panujące ancien regime’u nie wierzą już w utrzymywalność status quo, znaczy to, że status quo już nie istnieje. Skończyło się, choć siłą naszego przyzwyczajenia utrzymują się jeszcze jego pozory. Umiarkowani reformiści na „realistycznej lewicy”, którzy proponują przyszywanie drobnych prospołecznych poprawek do istniejącego porządku, są być może ostatnimi, którzy wierzą jeszcze w to status quo. Być może nikt nie jest dziś bardziej odklejony od rzeczywistości, niż tacy „realiści”.

Co z tego wynika? Może to, że na ostrożny realizm i ostrożne, reformistyczne korekty zastanej rzeczywistości lewica nie może już sobie pozwolić? Może nie ma już na to czasu i Europę (nie Unię Europejską a Europę) jako całość i jej poszczególne państwa i społeczeństwa uratować może już tylko odwaga radykalnego przedefiniowania naszej społecznej – ekonomicznej i politycznej – rzeczywistości? W przeciwnym razie miotające się już jak kurczak bez głowy elity neoliberalnego kapitalizmu, zanim uciekną za swoimi pieniędzmi na Kajmany i Wyspy Dziewicze, wepchną nas wszystkich w spiralę ekonomicznego chaosu lub wojennej przemocy. Albo jednego i drugiego.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Znaczenie Dilmy Rousseff

Kto ma nieszczęście wiedzę o świecie czerpać głównie z programów informacyjnych którejkolwiek polskiej telewizji, długo mógł się nawet nie domyślać, że w Brazylii dzieje się ostatnio coś oprócz tego, że nadchodzą Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. Polskie stacje telewizyjne z poświęceniem trzymały się swojej najbardziej ugruntowanej w minionym ćwierćwieczu tradycji: konsekwentnego prowincjonalizmu. Dotyczy to także kanałów telewizyjnych dla niepoznaki nazywanych „informacyjnymi”. Tymczasem pełzający, parlamentarno-sądowo-telewizyjny zamach stanu, którego ofiarą padła presidenta Dilma Rousseff, przeprowadzony pod pozorami impeachmentu (Senat 12 maja zawiesił Rousseff i przekazał władzę tymczasowemu rządowi) jest jednym z najważniejszych wydarzeń tego roku. Konsekwencje tego, jak ta historia się dalej potoczy (Dilma – Brazylijczycy mówią o niej po imieniu – nie złożyła bowiem broni), będą globalne.

Zamach stanu

Rousseff od samego początku wymierzonej w nią procedury impeachmentu mówiła o zamachu stanu w białych rękawiczkach. Tak samo nazywali to nie tylko jej wierni zwolennicy, ale także politycy i komentatorzy na lewo od reprezentowanej przez nią Partido dos Trabalhadores, z elokwentnym gwiazdorem Partii Socjalizmu i Wolności (PSOL) Jeanem Wyllysem na czele. Dziś już wiemy, że nie tylko można, ale i należy tak właśnie o tym mówić. Impeachment jest bezpodstawny, Rousseff nie udowoniono żadnego z przestępstw, które brazylijska konstytucja wymienia jako możliwe powody odsunięcia urzędującego prezydenta od władzy, tzw. crimes de responsabilidade. Jest to najzwyklejszy spisek opozycji, która forsuje impeachment, bo zdołała zabezpieczyć wystarczającą liczbę głosów w parlamencie, niezależnie od tego, czy ma prawne podstawy.

Rousseff, postać o naprawdę pięknej biografii, jest wyjątkowym w Brazylii przypadkiem polityczki, nad którą nie ciążą nawet blade podejrzenia o choćby jeden akt korupcji. Po nagraniach, które opublikował dziennik „Folha de São Paulo”, wiemy już z całą pewnością i bez konieczności spekulowania, że opozycja dążyła do usunięcia Rousseff z pałacu Alvorada w nadziei, że zastąpienie jej dotychczasowym wiceprezydentem Michelem Temerem pozwoli zarżnąć wielkie antykorupcyjne śledztwo pod kryptonimem Lava Jato. Ewentualny sukces tego śledztwa grozi więzieniem dosłownie setkom brazylijskich polityków. Jednocześnie proamerykańska, neoliberalna prawica zyskała w ten sposób możliwość utworzenia rządu, który ze swoim programem drakońskich cięć budżetowych i wyprzedaży państwowych aktywów (m. in. ziemi amerykańskim korporacjom) nie miałby w Brazylii żadnych szans osiągnąć władzy w drodze demokratycznych wyborów.

Oczywiście rząd Partii Pracowników zasługiwał na krytykę, a tarapaty, w jakie wpadł, są niestety logiczną konsekwencją filozofii rządzenia, jaką partii tej narzucił były prezydent Lula da Silva. Filozofia ta sprowadzała się do wprowadzania umiarkowanie postępowych reform i programów społecznych na tyle, na ile to możliwe bez konfrontacji z najpotężniejszymi rodzinami Brazylii i uderzania w interesy oligarchów. Opierała się na wierze, że można (stopniowo) rozwiązać problem biedy, nie rozwiązując probelmu bogactwa. Oczywiście, że nie można. Lula potrafił takim układem w miarę skutecznie zarządzać nie tylko dlatego, że ma ogromny talent polityczny (który rzeczywiście posiada; drugą kadencje zamknął z 85-procentowym poparciem społecznym). Także dlatego, że z jego rządami zbiegła się wspaniała międzynarodowa koniunktura na brazylijskie surowce i politykę umiarkowanej redystrybucji dało się finansować ze wzrostu gospodarczego i z bonanzy eksportowej, nie odbierając nic obscenicznie bogatym brazylijskim elitom. Koniunktura ta to już jednak pieśń przeszłości, a Brazylię dosięgły w końcu skutki światowego kryzysu. Oligarchiczne brazylijskie elity, których władzy i stopnia przywileju kilkanaście lat rządów PT nie próbowało nawet ograniczyć, postanowiły teraz tę władzę wykorzystać, żeby obalić rząd i za pomocą neoliberalnych reform przerzucić na biedniejszą większość Brazylijczyków koszty kryzysu ekonomicznego. Błędy i zaniechania, jeśli chodzi o politykę „nieruszania” oligarchów, widać szczególnie jaskrawo na przykładzie wielkich mediów. W Brazylii wszystkie one są prywatne i znajdują się w rękach właściwie pięciu rodzin (są też mniej lub bardziej prawicowe), a telewizyjna korporacja Globo jest prawdziwą potęgą i ma tradycję popierania prawicowej dyktatury, która rozpoczęła się zamachem stanu 1964 roku. PT nigdy nie odważyła się rozbić tych gigantów, które teraz były aktywnym uczestnikiem gry o obalenie Rousseff.

itamaraty

Palácio do Itamaraty, siedziba Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Brasilii

To, że rząd Rousseff zasługiwał na krytykę z pozycji postępowych, nie zmienia jednak faktu, że siły, które odsunęły presidentę od władzy są bez porównania gorsze.

Michel Temer, który wygląda jak ulepiony z żółtawej parafiny jaszczur przebrany w garnitur, nie tylko cieszy się zaledwie 2-procentowym społecznym poparciem, ale ze względu na zarzuty korupcji i innych szwindli ciąży na nim wręcz zakaz kandydowania w wyborach do jakiejkolwiek funkcji publicznej. Został tymczasowym prezydentem, bo był dotychczasowym wiceprezydentem. A wiceprezydentem był dlatego, że partia PMDB, którą reprezentuje, zaczęła tę kadencję w koalicji z Partido dos Trabalhadores Luli i Rousseff, ale potem z tej koalicji wystąpiła i stała się dla rządu Rousseff wrogiem numer jeden.

Temer powołał najbardziej reakcyjny rząd od czasu dwóch dekad prawicowej dyktatury, w całości złożony z białych starców. Bez ani jednej osoby „kolorowej” – w kraju o największej poza Afryką populacji określającej swoje pochodzenie jako afrykańskie. Bez ani jednej kobiety – z dniem powołania tego rządu Brazylia spadła o dwadzieścia kilka pozycji w międzynarodowym rankingu równouprawnienia kobiet. Siedmiu z tych białych starców ma zarzuty korupcyjne. Wszyscy bezwstydnie reprezentują wyłącznie interesy wielkiej brazylijskiej oligarchii – a także wielkich międzynarodowych, głównie amerykańskich korporacji z pożądaniem spoglądających na brazylijskie zasoby, które niebawem wystawione zostaną przez Temera na ich łup.

Rousseff wciąż może wrócić do władzy, jeśli procedura impeachmentu upadnie na którymś etapie w terminie 180 dni, który opozycja ma na udowodnienie jej crimes de responsabilidade. To, że Rousseff nie jest niczemu winna, nie znaczy jednak wcale, że na pewno wygra, gdyż od samego początku prób usunięcia jej z urzędu wymiar sprawiedliwości udowodnił swoją stronniczość, jeżeli nie po prostu udział w spisku przeciwko niej (bezprawnie podsłuchiwano jej rozmowy telefoniczne, których nagrania natychmiast i równie bezprawnie wyciekały do wrogivh rządowi mediów). Również jeśli Rousseff „wygra” całe postępowanie, nie ma pewności, że prawica przyjmie to rozstrzygnięcie i odda władzę. Mówimy o kraju z historią wojskowej dyktatury, której wysocy funkcjonariusze nigdy nie zostali rozliczeni. Już chodzą słuchy, że generałowie, jakby co, są w zasadzie po stronie Temera. Jest jeszcze możliwy taki scenariusz, że ultraneoliberalna prawica zakłada, że ma władzę tylko na 180 dni, i po prostu w ekspresowym tempie splądruje w tym okresie kraj, wyprzeda państwowe aktywa krewnym i znajomym królika, anuluje finansowanie programów społecznych stworzonych przez kilkanaście lat rządów PT, zwolni dziesiątki tysięcy pracowników sektora publicznego, obniży płacę minimalną, renty i emerytury, itd.

Znaczenie Brazylii

Cokolwiek się wydarzy, wpłynie to na kształt świata w najbliższych kilku latach. A to dlatego, że Brazylia jest jednym z najważniejszych państw na świecie, nawet jeśli trudno na to wpaść, oglądając programy informacyjne polskich telewizji. Brazylia jest piątym najludniejszym krajem świata (205 mln mieszkańców) i przez kilkanaście lat rządów PT była jednym z najaktywniejszych podmiotów na arenie międzynarodowej. Tak to podsumował Raul Zibechi w swojej książce The New Brazil:

W 2003 Brazylia pomogła stworzyć G-20 i zorganizowała szczyt IBSA (Indie – Brazylia – Afryka Południowa). W 2004 odegrała aktywną rolę w utworzeniu MINUSTAH (Misji Stabilizacyjnej Narodów Zjednoczonych na Haiti) i przejęła dowództwo operacji wojskowych. Brazylia utworzyła wraz z Indiami, Niemcami i Japonią G-4, mającą na celu reformę Rady Bezpieczeństwa ONZ. W 2005 miał miejsce pierwszy Szczyt Państw Południowoamerykańskich i Arabskich. W 2006 utworzony został Strukturalny Fundusz Konwergencyjny Mercosur, funkcjonujący jako fundusz transferów gotówkowych z Brazylii i Argentyny na wspieranie rozwoju mniejszych krajów takich jak Paragwaj czy Urugwaj. W tym samym roku miał też miejsce pierwszy Szczyt Południowoamerykańsko-Afrykański. W 2007 ustanowiono Banco del Sur (Bank Południa), a Brazylia i Unia Europejska podpisały strategiczne porozumienie. W 2008 zatwierdzony został Traktat Założycielski UNASUR [Unia Narodów Południowoamerykańskich]. W 2009 Brazylia podpisała porozumienia handlowe z Indiami, zinstytucjonalizowany też został sojusz BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny), a Organizacja Państw Amerykańskich została wezwana do odwołania niegdysiejszego wykluczenia Kuby. Brazylia podpisała też strategiczny sojusz z Francją, którego częścią jest daleko posunięta współpraca wojskowa. W 2010 miał miejsce pierwszy szczyt Ameryki Łacińskiej i Karaibów, w którym nie wzięły udziału Stany Zjednoczone, co pozwoliło na powołanie Wspólnoty Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC). […] Jedyne, czego brazylijskiej dyplomacji nie udało się jeszcze osiągnąć, to pozycja stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Również Vijay Prashad, jeden z najwybitniejszych znawców polityki Trzeciego Świata, autor książek The Darker Nations i The Poorer Nations, przy każdej okazji zwraca uwagę, że Brazylia ma dziś najlepszą dyplomację i dysponuje najlepszymi analizami stosunków międzynarodowych spośród wszystkich krajów BRICS w szczególe i globalnego Południa w ogóle.

Oczywiście, skomplikowane mechanizmy władzy tak wielkiego i zróżnicowanego kraju powodują, że żaden proces nie jest jednoznaczny. Również w ramach brazylijskiej aktywności międzynarodowej zbiegają się różne, nieraz rywalizujące lub sprzeczne, tendencje i interesy. Niektórzy bili na alarm, że Brazylia dąży do pozycji regionalnego mocarstwa, które chce podporządkować swoim interesom mniejszych sąsiadów. Do tego na pewno dążyły brazylijskie elity finansowe z ich stolicą w São Paulo. Inni podkreślają, że struktury BRIC i BRICS, których tak aktywnym podmiotem jest Brazylia, zamiast rzucić odważne wyzwanie neoliberalnemu ładowi światowemu, w którym bogata Północ bezwzględnie eksploatuje biedne Południe, poprzestały na szukaniu dróg lepszego urządzenia się ramach tego ładu.

security

Niemniej jednak bilans brazylijskiej aktywności międzynarodowej w ciągu pierwszych kilkunastu lat XXI wieku, a więc w okresie rządów Luli i Rousseff, trzeba ocenić jako pozytywny i niezwykle ważny. Brazylia okazała się jedną z głównych sił stawiających realny opór globalnej samowoli Imperium Amerykańskiego. Brazylijska doktryna obronna zakładała zresztą Stany Zjednoczone jako najważniejsze źródło potencjalnego zagrożenia zewnętrznego (Brazylię od dawna otacza cały kordon amerykańskich instalacji wojskowych, rozłożonych na Karaibach, w Kolumbii, Peru i innych krajach). Amerykański historyk Greg Grandin pisał nie tak dawno, że w naszych ponurych czasach, na początku XXI wieku Amerykę Łacińską można było postrzegać jako ostatni bastion Oświecenia. Widać to choćby w tym, że postępowe rządy w tym regionie odmówiły udziału w skandalu amerykańskiej „wojny z terroryzmem” i eskalacji zbrojnej przemocy w stosunkach międzynarodowych. Mocne stanowisko Brazylii oraz jej polityczna siła na arenie międzynarodowej były jednym z czynników umożliwiających trzymanie się podobnego stanowiska także przez mniejsze kraje Ameryki Południowej, które samodzielnie mogłoby nie być stać na taką asertywność. Siłę Brazylii i jej zdecydowany opór wobec amerykańskiej dominacji można też postrzegać jako parasol ochronny, który lewicowym rządom w sąsiednich krajach, od Wenezueli do Argentyny i Urugwaju, gwarantował w tym okresie względne bezpieczeństwo przed amerykańskimi „interwencjami”.

Michel Temer i Waszyngton

Twardogłowi neoliberałowie, których blok skupił się wokół Temera, reprezentują zupełnie przeciwną brazylijską tradycję polityczną. Tę samą, której przedstawiciel powiedział po zamachu stanu w 1964, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii”. Ich wizja obrony oligarchicznych interesów polega na ponownym uzgodnieniu priorytetów brazylijskiej polityki z interesami Waszyngtonu oraz połączeniu sił z amerykańskimi korporacjami w dziele grabieży Brazylii z jej zasobów. Dzięki serwisowi WikiLeaks wiemy już, że Temer od 2006 roku był informatorem ambasady USA w Brasilii. Na drugi dzień po głosowaniu w niższej izbie parlamentu federalnego, które zdecydowało o skierowaniu impeachmentu Rousseff pod obrady Senatu, Temer natychmiast wysłał jednego ze swoich przydupasów, oficjalnie oskarżonego o korupcję senatora Aloysio Nunesa, do Waszyngtonu. Od 2013 ambasadorem USA w Brazylii jest ta sama Liliana Ayalde, która wcześniej kierowała amerykańską placówką w sąsiednim Paragwaju, gdy w bardzo podobny sposób opozycja usunęła tamtejszego prezydenta Lugo. Kłopoty rządu Rousseff już w okresie poprzedzającym impeachment zdołały obniżyć znacząco profil Brazylii na arenie międzynarodowej, bo walka o przetrwanie rządu pochłaniała tyle energii, że zaczynało jej brakować na aktywność poza granicami kraju (jak choćby w ramach BRICS czy UNASUR). Jeśli neoliberalna prawica utrzyma teraz władzę w Brazylii, oznaczać to będzie, że ten kraj o tak ogromnym znaczeniu dołączy teraz do grona bezkrytycznych sojuszników Stanów Zjednoczonych, które jednocześnie odzyskają zdolność kształtowania polityki całego kontynentu w zgodzie z własnymi interesami. I stanie się to w momencie, gdy Stany Zjednoczone, od dawna agresywne na arenie międzynarodowej, stają się jednocześnie coraz bardziej nieprzewidywalne.

 

Wszystko wskazuje na to, że w nadchodzących wyborach prezydenckich w USA pojedynek odbędzie się między Hillary Clinton a Donaldem Trumpem. Odpowiedź na pytanie, który scenariusz – zwycięstwo Clinton czy Trumpa – jest gorszy dla świata, powinna być cytatem ze Stalina: „obydwa są gorsze”. Trumpa należy się bać na podstawie jego obłąkanych wypowiedzi, są to jednak zgadywanki, ponieważ realnych wysokich funkcji publicznych, po których oceniać można by jakąś polityczną praktykę, nigdy on nie pełnił. Clinton była sekretarzem stanu i możemy ją sądzić po uczynkach. Należała do najbardziej agresywnych jastrzębi w gabinecie Obamy. Ma na sumieniu zbrodnie wojenne w Libii i spiskowanie przeciwko Asadowi celem doprowadzenia do amerykańskiej interwencji w Syrii (dostarczanie rebeliantom broni chemicznej, o której użycie oskarżony miał być następnie reżim Asada). Uchodźcy, którzy uciekają dzisiaj z Libii i Syrii do Europy, są ofiarami m. in. Hillary Clinton.

Prezydentura Baracka Obamy na płaszczyźnie międzynarodowej zawiodła wszystkie pokładane w niej postępowe nadzieje i okazała się brutalną kontynuacją polityki George’a W. Busha. Jeżeli chodzi o podminowujące prawo międzynarodowe praktyki użycia dronów i zabójstw pozasądowych jako metody walki politycznej nawet na terenach krajów, z którymi USA nie są w stanie wojny, administracja Obamy okazała się nawet bardziej katastrofalna niż administracja Busha. Ale wiele wskazuje, że sprawy potoczyły się tak wbrew woli Obamy. Świadczy o tym jego determinacja, by dopiąć negocjacje z Iranem, napięcia z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu, a nawet to, że nigdy nie przestał obiecywać zamknięcia obozu Guantanamo. Obama, ze wszystkimi ustępstwami, na jakie musiał iść w zamian za to, że łaskawie wybrano „pierwszego czarnoskórego prezydenta”, okazał się politykiem tragicznie słabym, zbyt słabym, by powstrzymać roszczenia tego, co Eisenhower określił w 1961 mianem „military-industrial complex”. Różnica między dobiegającą końca prezydenturą Obamy a nadchodzącą potencjalnie prezydenturą Hillary Clinton polegać będzie m. in. na tym, że Clinton nie tylko nie ma ambicji stawienia owemu military-industrial complex jakiegokolwiek oporu – ona ma ambicję realizowania z zapałem jego interesów.

W takim kontekście przejście Brazylii z obozu oporu do obozu sojuszników USA będzie oznaczało ogromną zmianę w globalnym układzie sił. Waszyngton będzie się czuł jeszcze bardziej bezkarny i uprawniony do traktowania całego świata jako przestrzeni dla realizacji swoich „widzimisię”. Biorąc pod uwagę desperację, z jaką amerykańskie elity dążą do utrzymania imperialnej pozycji Stanów Zjednoczonych, pociągnąć to będzie mogło za sobą tylko coraz więcej wojny w kolejnych częściach świata, a także bardzo prawdopodobną serię kolejnych prawicowych zamachów stanu w Ameryce Łacińskiej i kto wie, gdzie jeszcze.

Jednak Dilma Rousseff ciągle może jeszcze wrócić do władzy. Wielu Brazylijczyków, z którymi rozmawiałem, nie traci w tej kwestii optymizmu. Będzie to jednak możliwe tylko, jeśli presidenta odzyska poparcie najbardziej lewicowej części brazylijskiego społeczeństwa, zmobilizowanej w masowych ruchach rozciągających się od tych, które reprezentują rolników bez ziemi, przez związki zawodowe, po te, które żądają darmowego transportu publicznego. Poparcie to utraciła wskutek szeregu „realistycznych kompromisów”, które z czasem stały się znakiem rozpoznawczym jej prezydentury, a już zwłaszcza jej drugiej kadencji, a także wskutek kryminalizacji masowych protestów społecznych w 2013. Miliony Brazylijczyków mogą jeszcze dosłownie zamieszkać w jej obronie na ulicach miast, wokół i na korytarzach rządowych budynków, dopóki nie upadnie bezprawny rząd Temera, jeśli Rousseff odważnie przesunie swoją „agendę” ostro w lewo. Tam się przecież wszystko dla niej zaczęło – w młodości stawiała czoła prawicowej dyktaturze, zaciągając się do marksistowskiej partyzantki. Możliwy jest jeszcze jeden scenariusz – nowe wybory, a w nich powrót Luli da Silvy do aktywnej polityki, jako kandydata na ponowną kadencję prezydencką.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie Medium Publicznego, pt. Czemu powinniśmy się przejmować losem brazylijskiej prezydent Rousseff.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć też okiem na mój Notes brazylijski i na kampanię crowdfundingową.

Nie, rządy PiS nie przypominają PRL

Dwie ulubione intelektualne zabawy współczesnych liberalnych elit w Polsce, gdy wypada przybrać minę obrońców demokracji, praw i wolności. Pierwsza: co złego, to islam. Widzieliśmy to niedawno, gdy liberalne feministki reprodukcyjnych praw kobiet zagrożonych przez nowe legislacyjne pomysły katolicko-narodowej prawicy bronić postanowiły przy użyciu rasistowskich „skrótów myślowych”. Druga: co złego, to PRL. Agnieszka Holland dla prasy polskiej a Andrzej Wajda dla prasy niemieckiej buszują w odważnych paralelach. Czyż to nie wygląda wszystko dokładnie jak PRL? Bo czyż istnieje bardziej niepodważalny argument na niesłuszność jakiejkolwiek polityki, niż porównanie jej do PRL?

Kiedy widzę takie rzeczy, w kieszeni otwiera mi się ten cytat:

Ulubiona metoda moralizującego filistra polega na identyfikowaniu zachowania się reakcji i rewolucji. Odnosi on jednak w tym przypadku sukcesy tylko wtedy, gdy powołuje się na analogie formalne. Dla niego carat i bolszewizm są bliźniakami. Sporządza inwentarz wspólnych cech charakterystycznych katolicyzmu, ściślej jezuityzmu, i bolszewizmu. […] Cechą charakterystyczną tych analogii i podobieństw jest to, że przy ich stosowaniu całkowicie ignoruje się materialne podstawy rozmaitych nurtów, tj. ich naturę klasową i przez to obiektywną rolę dziejową. Zamiast tego za punkt wyjścia przy ocenie i wartościowaniu przyjmuje się dowolne, powierzchowne i drugorzędne objawy, najczęściej stosunek tych prądów do jakiejś abstrakcyjnej zasady, która dla danego krytyka ma szczególną wartość zawodową. Odpowiednio więc dla papieża rzymskiego bliźniakami są wolnomularze, darwiniści, marksiści i anarchiści, gdyż wszyscy oni bluźnierczo zaprzeczają niepokalanemu poczęciu. Dla Hitlera bliźniakami są faszyzm i bolszewizm, gdyż nie podporządkowują się powszechnemu prawu wyborczemu, itd., itp.

A dla jednego z pierwszych udziałowców korporacji Agora S. A. – chciałoby się złośliwie dodać – ową decydującą zasadą o szczególnej wartości zawodowej byłoby to, kto kontroluje media.

Cytowane wyżej słowa napisał w spazmach lat 30. XX wieku Lew Trocki (w Ich moralność a nasza). Wielka szkoda, że współcześnie w Polsce rolę takich moralizujących filistrów pełnią nasze liberalne elity kulturalne.

Nie, rządy Prawa i Sprawiedliwości nie są powrotem do PRL, ani PRL nie przypominają. Wręcz przeciwnie.

Polska Rzeczpospolita Ludowa miała na sumieniu ciężkie grzechy, ale nawet swoje grzechy popełniła wewnątrz horyzontu Oświecenia, do którego ideałów i wartości była nie tylko deklaratywnie przywiązana. To PRL uczyniła Polskę nowoczesnym, nawet jeśli na półperyferyjny sposób, krajem, a Polaków nowoczesnym społeczeństwem. Zredukowała nierówności, otworzyła milionom ludzi drogi awansu społecznego, przekształcając de facto feudalny w większości kraj, przed wojną jeden z najbiedniejszych w Europie, w kraj w znacznym stopniu zindustrializowany, z funkcjonującą strukturą państwa dobrobytu, od darmowych przedszkoli po wypłacane przez państwo emerytury. Zbudowała powszechny system ochrony zdrowia na ówczesnym europejskim poziomie, ogromnie wydłużając długość życia mieszkańców kraju. Zlikwidowała analfabetyzm, zaprosiła chłopskie dzieci do miast, chłopskie i robotnicze zaś na uniwersytety, potem do ról lekarzy, inżynierów, artystów. Zbudowała miliony mieszkań, znalazła sposoby, by biblioteki i kina funkcjonowały też na wsi. Polkom przyznała prawa, o które w wielu krajach Europy Zachodniej kobiety długo jeszcze musiały walczyć (niektóre spośród tych praw wkrótce po upadku PRL zostały zresztą Polkom odebrane).

Owszem, brakowało wolności politycznych, prasa i kultura były pod kontrolą monopartii (nie na tyle dotkliwą, by przeszkodziła jednak powstawaniu wspaniałej literatury, kina i telewizji, przy których dorobek ostatniego ćwierćwiecza raczej blednie, na co twórczość samego Wajdy w PRL i w III RP jest zresztą najlepszym przykładem). System nie był demokratyczny, a walka o prawa polityczne i działalność opozycyjna spotykały się nieraz z brutalną reakcją aparatu państwa (w wielu formalnych demokracjach liberalnych działo się jednak wtedy dokładnie to samo, wystarczy spojrzeć na historię ruchów politycznych czarnej ludności Stanów Zjednoczonych).

Nawet ten składnik PRL – deficyt praw politycznych – wynikał ze stricte oświeceniowego horyzontu etycznego, w ramach którego zbudowano PRL. Był to horyzont wspólny wielu postępowym projektom peryferii i półperyferii systemu światowego, nie było w nim nic złowieszczo wyjątkowego dla PRL. Etyka owa zakładała, że jeśli zbawienie ludzkości jest możliwe, to tylko na tym świecie, bo innego świata nie ma. Że prowadzić do tego zbawienia musi najpierw zniesienie niepotrzebnego cierpienia – głodu, zimna z braku dachu nad głową, przedwczesnej śmierci na uleczalne choroby. Że zniesienie takiego niepotrzebnego cierpienia ma pierwszeństwo przed pełnią praw politycznych, którą w zastanym (niewymarzonym) globalnym układzie sił odsunięto na niesprecyzowane później. Teraz wiemy – i wielu wtedy już się spodziewało, czerpiąc z samego lewicowego dorobku intelektualnego (Róża Luksemburg z jej „nie ma socjalizmu bez demokracji”, wspomniany Trocki) – że doprowadziło to do wykształcenia się biurokracji partyjnej jako klasy panującej, która ostatecznie, w obronie własnego klasowego interesu, gdy PRL zaczęła się ekonomicznie rozsypywać (bynajmniej nie tylko z własnej winy), uruchomiła proces restauracji kapitalizmu. Grzechy i porażki PRL pojawiły się tam, gdzie nie dorosła ona do swoich oświeceniowych ideałów i ambicji, gdzie nie spełniła swoich oświeceniowych obietnic. Nie zmienia to jednak faktu, że PRL była projektem nowoczesnym, postępowym, wyrastającym z dziedzictwa Oświecenia.

Projekt polityczny Prawa i Sprawiedliwości nie tylko nie wyrasta z wartości Oświecenia i nie mieści się w żadnym podobnym horyzoncie – jest on ofensywą na ten horyzont, projektem podważenia i zdarcia z Polski tej niezbyt grubej skorupy Oświecenia, którą się tu jednak udało w końcu położyć na feudalnym, rozpiętym między folwarkiem a plebanią, podłożu polskiej kultury. Tę warstwę w większości położyła zresztą PRL.

Istnieją reakcyjne ideologie, formacje i projekty polityczne, które mimo swego reakcjonizmu są w jakiś sposób bękartami Oświecenia, tzn. przynajmniej jakieś, jakkolwiek wybiórczo i instrumentalnie traktowane, wartości oświeceniowe przywołują. Tak było z różnymi XIX-wiecznymi nacjonalizmami. W przypadku PiS nawet nacjonalizm tego ugrupowania leży gdzieś daleko poza horyzontem charakterystycznym dla nowoczesnych, współczesnych nacjonalizmów – tych, które są, owszem, bękartami, ale jednak bękartami Oświecenia. Tych, które choć kroczą złą stroną historii, to jednak odpowiadają na przemiany współczesnych społeczeństw, a przynajmniej biorą te przemiany pod uwagę. PiS tymczasem wyobraża sobie, że narody się dziś kształtują tak, jak to sobie wyobrażano na przełomie XIX i XX wieku.

PiS-owskie ministerstwo kultury organizuje obciachowe inscenizacje kościelnych ślubów od dawna nieżyjących postaci, a posłowie chcą przedmiotem kryminalnego dochodzenia uczynić każde poronienie. Zachodnie nacjonalizmy afirmują dziś prawo „swoich” kobiet do aborcji czy własne „uznanie” dla praw homoseksualistów, żeby udowodnić wyższość swoich narodów nad innymi, a nawet uzasadniać swoje „prawo” do zbrojnych „interwencji”. Nie mam tu bynajmniej zamiaru być adwokatem „homonacjonalizmu” (Jasbir Puar) ani liberalnego feminizmu na służbie Imperium – chodzi mi jedynie o zarysowanie stopnia odległości PiS od przestrzeni wyznaczanej przez horyzont Oświecenia. PiS jest tak reakcyjny, że nawet inne współczesne reakcjonizmy postrzega jako lewackie fanaberie.

Kiedy przedstawiciele klasy społecznej producentów dóbr kultury, od których w normalnych europejskich społeczeństwach oczekuje się pewnych standardów krytycznego myślenia, produkują tak żenujące porównania, mamy do czynienia z wielką szkodą dla jakości publicznej debaty w Polsce. Od osób, które na codzień zajmują się pracą na symbolach i ideach, mamy prawo oczekiwać głębszego poziomu refleksji, zwłaszcza kiedy nie mogą się powstrzymać od obnoszenia tych swoich przemyśleń od gazety do gazety, od telewizji do telewizji. Tymi „odważnymi atakami” Wajda, Holland et consortes nie wyrządzają PiS-owi żadnej szkody. Wręcz przeciwnie, reprodukują i umacniają strukturę politycznego imaginarium, którego dominacja w Polsce stanowi fundament poparcia PiS. To imaginarium zbudowane jest z wrażeń, afektów i resentymentów w miejsce racjonalnych kategorii pozostających w jakimś związku z materialną rzeczywistością. W tym imaginarium komunizm jest gorszy od faszyzmu, a PRL, czarna dziura w społecznej historii Polski, może być jedynie negatywnym punktem odniesienia, do którego porównać, lub z którym skojarzyć kogoś można i należy tylko po to, żeby go zdyskredytować. U Wajdy i Holland jest dokładnie tak samo.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Sadiq Khan burmistrzem Londynu

It’s official: Sadiq Khan z Partii Pracy będzie burmistrzem Londynu. Sadiq Khan żadną miarą nie jest najbardziej wymarzonym lewicowym burmistrzem stolicy Wielkiej Brytanii, ale jego zwycięstwo jest i tak dla brytyjskiej lewicy wielkim triumfem.

Całkiem możliwe, że Sadiq Khan ma politycznie więcej wspólnego z tym, co Tariq Ali nazwał prowokacyjnie „skrajnym centrum”, niż z lewym skrzydłem Labour Party, które przejęło stery, gdy jej przewodniczącym został Jeremy Corbyn. Sadiq Khan jest w najlepszym razie lewicowym centrystą. Corbyn nie powinien się łudzić (i na pewno się nie łudzi), że w krytycznym momencie walk frakcyjnych wewnątrz samej Labour Khan stanie za nim murem. Wizja, z jaką idzie Khan, jest zasadniczo business friendly, nie ma w niej nic radykalnego, rewolucyjnego.

Niemniej jednak, w obecnym układzie sił, kiedy alternatywą byłoby kolejne zwycięstwo Torysów Davida Camerona, jest to ogromny triumf lewicy.

Jest ogromny, bo to jeden z najważniejszych urzędów w Wielkiej Brytanii – ponad 13% mieszkańców Zjednoczonego Królestwa żyje w aglomeracji Londynu. Jest ogromny, bo Khan zdobył ponoć największą bezwzględną liczbę głosów, jaką w bezpośrednich wyborach kiedykolwiek zdobył jakikolwek polityk w tym kraju.

Jest to triumf lewicy, ponieważ zwycięstwo Khana może się złożyć na proces stopniowego przesuwania centrum politycznej debaty. Jest to triumf lewicy, ponieważ Sadiq Khan oparł swoją kampanię na propozycjach odnoszących się do realnych, materialnych bolączek mieszkańców miasta: obiecał zamrożenie cen transportu miejskiego na cały okres swojej kadencji (londyńskie metro, jeżeli mieszkasz daleko od pracy i masz kiepsko płatną pracę, może spokojnie pochłaniać jedną szóstą twoich zarobków) oraz budowę mieszkań pod wynajem i na sprzedaż. W Londynie normą jest dzisiaj, że ludzie po trzydziestce wciąż dzielą mieszkania z kilkoma obcymi osobami, pokój w takim dzielonym domu czy mieszkaniu może kosztować 800 funtów miesięcznie. Mieszkania na wynajem są często w fatalnym stanie (od lat bez remontu, z inwazjami myszy), ponieważ przy takiej nierównowadze popytu i podaży ktoś i tak weźmie najgorszą nawet spelunę – właściciele po prostu olewają wynajmowane innym domy i mieszkania. A jeżeli chodzi o kupno mieszkania czy domu, to w mieście, którego rynek nieruchomości jest zderegulowaną globalną pralnią brudnych pieniędzy i spekulacyjnym placem zabaw szejków i oligarchów ze wszystkich stron świata, przymiotnik „astronomiczne” dawno przestał wystarczać do opisu ich cen.

Jest to triumf lewicy, ponieważ pomimo umiarkowanego, centrowego oblicza, Sadiq Khan stał się przedmiotem szokującej jak na brytyjskie standardy, otwarcie rasistowskiej kampanii negatywnej ze strony tak Torysów, jak i popierających konserwatystów wielkich mediów. Zac Goldsmith, kandydat Partii Konserwatywnej skoncentrował swoją kampanię na tym, że Khan jest muzułmaninem (jest synem imigranta z Pakistanu, kierowcy autobusu). Oczerniano go, że popiera muzułmański ekstremizm i terroryzm, bo kiedyś coś powiedział w obronie kogoś, kogo gdzieś widziano z kimś, kto kiedyś coś tam z kimś innym miał wspólnego. W rzeczywistości tymczasem Khan ma dorobek jako prawnik i obrońca praw człowieka. To, że czasem modli się w meczetach, nie przeszkodziło mu głosować w parlamencie za legalizacją małżeństw homoseksualnych. W jego sztabie były osoby homoseksualne i osoby pochodzenia żydowskiego. Jest to więc triumf lewicy, bo mieszkańcy brytyjskiej stolicy pokazali, że nie godzą się na politykę, która realne problemy i projekty konkretnego działania usiłuje zastąpić afiliacjami kulturowymi i etnicznymi oraz szczuciem tożsamościowym. Pokazali swoją dezaprobatę dla takiej kampanii. Pokazali, że zamiast tego chcą polityki, która proponuje materialne rozwiązania bytowych problemów. Triumfem lewicy jest nie to, że wygrał muzułmanin, a to, że dla mieszkańców tego miasta wyznanie i etniczne pochodzenie kandydata okazały się być bez znaczenia.

Jest to triumf lewicy, bo udało się to pomimo niezwykłej stronniczości większości wielkich mediów – nie tylko prywatnych, ale też BBC, co wielu Brytyjczyków doprowadza do szczególnego szału. Mieszkańcy Zjednoczonego Królestwa na poważnie oczekują od BBC elementarnej obiektywności, zapisanej tutaj zresztą w odpowiednich ustawach, tymczasem jej dziennikarze do ostatniej chwili przed ogłoszeniem oficjalnych wyników dawali do zrozumienia, że wybory do władz lokalnych, zarówno w Londynie, jak i w całym kraju, to będzie albo już jest dowód klęski przywództwa Corbyna w Labour Party.

Jest to też triumf lewicy, bo wszystko to działo się w warunkach zmasowanego ataku na wyłonione w zeszłym roku, prawdopodobnie najbardziej lewicowe w historii Partii Pracy przewodnictwo. Atak przybrał postać w większości wyssanych z palca lub wysmażonych z byle czego oskarżeń o antysemityzm w szeregach lewicowego skrzydła Labour, w którym zaczepienie ma Corbyn. Temat ten wypłynął po to, żeby uderzyć w Corbyna, który ma długą historię zaangażowania w ruch solidarności z Palestyńczykami. Przez ostatni tydzień przed wyborami trudno się było w mediach doszukać jakichkolwiek debat programowych; hasło „Labour ma problem z antysemityzmem” zajęło całą przestrzeń krajowej debaty.

Atak ten połączył w szerokim froncie kilka sił. Torysi, ci sami, którzy własną kampanię Goldsmitha oparli na bezczelnie rasistowskim ataku na Khana, a tu nagle okazali się wielkimi tropicielami rasizmu po drugiej stronie, chcieli oczywiście wygrać lokalne wybory, ale także mieć swój udział w obaleniu obecnego przywództwa Partii Pracy. Powrót władzy w Labour w ręce bezideowych blairystów oznaczałby bowiem powrót Partii Pracy w bezpieczne ramy wyznaczone przez neoliberalny konsensus i nawet ewentualna utrata władzy przez Partię Konserwatywną nie uderzyłaby później w interesy tych Torysów, którzy zdążyli sobie coś splądrować na przestrzeni dwóch kadencji Davida Camerona jako premiera.

Ale brało w tym udział także prawe skrzydło Labour, które aktywnie podminowywało szanse Labour w tych wyborach, by następnie użyć tej porażki jako dowodu na klęskę przywództwa Corbyna i pretekstu do odesłania go ze stanowiska. Przeprowadzone przez prawe skrzydło Labour Party pod szyldem „walki z antysemityzmem” polowanie na czarownice odbyło się we współpracy z izraelskimi sponsorami wielu polityków na prawym skrzydle Partii Pracy (ich platformą jest szemrane lobby Labour Friends of Israel). Ambasada Izraela w Wielkiej Brytanii, za pośrednictwem różnych mniej lub bardziej jawnych pośredników, jest ostatnio niezwykle aktywna w dziele obsmarowywania każdego publicznego gestu solidarności z Palestyńczykami lub słowa krytyki polityki Izraela jako aktów antysemityzmu – powodem jest szybko rosnące w Zjednoczonym Królestwie poparcie dla sprawy palestyńskiej oraz dla idei ekonomicznego i kulturalnego bojkotu Izraela.

Zwycięstwo Khana jest więc triumfem lewicy, ponieważ ten szeroki frontalny atak mimo wszystko nie pogrzebał szans ani jego, ani Labour w ogóle. Jest triumfem lewicy także dlatego, że oznacza, iż sierotom po Tonym Blairze nie powiodła się próba wewnątrzpartyjnego „zamachu stanu”.

Nie obyło się niestety bez ofiar, ponieważ co najmniej 19 polityków różnego szczebla, od radnych miejskich po parlamentarzystów, zostało w ogniu tego polowania na czarownice zawieszonych przez władze Partii Pracy (najsłynniejszym jest były burmistrz Londynu, sprzed epoki konserwatysty Borisa Johnsona, Ken Livingstone). Stało się to na skandalicznie wątłych podstawach. Pozostaje mieć nadzieję, że było jedynie taktycznym zagraniem mającym na celu przetrwanie krytycznego okresu wyborczego i zawieszenia zostaną wkrótce rozpatrzone na korzyść poszkodowanych w ten sposób działaczy (wielu z tych rzekomych antysemitów jest zresztą Żydami). Jeżeli tak się nie stanie, może to być niepokojący sygnał, że integralność pozycji nowego przywództwa Labour w sprawach międzynarodowych zaczyna ulegać erozji pod wpływem presji z zewnątrz i z wewnątrz, ze strony prawego skrzydła partii.

Jarosław Pietrzak

Komentarz ten napisany został dla portalu Strajk.eu (i ukazał się tam 7 maja 2016)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Banałem w faszyzm?

O Modern Holocaust Marii Peszek

Nad „protest songiem” Marii Peszek Modern Holocaust warto się poważnie zastanowić nie ze względu na jakąś jego szczególną jakość, a ze względu na to, czego jest symptomem. Zarówno sam utwór zresztą, jak i jego entuzjastyczne przyjęcie przez część liberalnej i liberalno-lewicowej opinii w Polsce.

Nie jestem krytykiem muzycznym i skupię się tu wyłącznie nad warstwą tekstową tego songu. Z tekstu, oprócz pojedynczego podmiotu lirycznego najpewniej tożsamego z samą artystką (która dostaje internetowe i inne pogróżki), wyłania się także pewien podmiot zbiorowy, jacyś „my”. „Hejt nasz polski powszedni”, „Zło jest w każdym z nas, zło robimy sami”, itd. Zaimki osobowe i dzierżawcze oraz formy czasownika wskazujące na pierwszą osobę liczby mnogiej. Na pierwszy rzut oka tym „my” jest polskie społeczeństwo/naród, jesteśmy w domyśle „my, Polacy”. Ale to „my” rozpada się na dwa poziomy – nagle okazuje się, że nie „my” a „Ty też w domu masz własny swój karabin”. Ostatecznie „my, Polacy” okazują się raz być wszystkimi Polakami, a raz dzielić na tych Polaków, których diagnoza jest tu stawiana, i tych, którzy tę diagnozę stawiają. I tu zaczyna się robić ciekawie – albo może właśnie nieciekawie.

Kiedy „my” przestaje oznaczać wszystkich Polaków, zaczyna szukać opozycji, przez które określa się w stosunku do tej reszty, będącej tu zamierzonym obiektem krytyki. Żeby to węższe „my”, w domyśle „lewicowo-liberalne” (bo należą do niego osoby, jak podmiot liryczny czy sama artystka, posądzane np. o żydostwo, liberalne podejście do seksualności i homoseksualizm) mogło się w tekście dobrze ukonstytuować i określić, poszukuje ono negatywnych punktów odniesienia – tego wszystkiego, od czego się dumnie różni. Przestrzeń, w którą w ten sposób wkraczamy, to kraina żenująco naiwnego liberalizmu, takiego z Europy Wschodniej lat 90., nawet jeśli niektóre przywoływane postaci-obrazy pochodzą z lat nieco późniejszych.

Hitler i Stalin wyrzuceni jednym tchem w tym samym zdaniu. Putin i Bin Laden tak samo w innym. Co złego to „totalitaryzm” (III Rzesza i ZSRR, jakby były to byty w jakikolwiek sposób porównywalne), „rosyjski tyran” będący w liberalnym imaginarium czymś na kształt „przedłużenia Stalina”, i „islamski terrorysta”, bez powodu i irracjonalnie nienawidzący „zachodnich wolności”. Z tego wynika, że co dobrego to liberalna demokracja zdefiniowana w sposób ani trochę bardziej wyrafinowany niż w „Gazecie Wyborczej” w latach 90. Hitler, Stalin, swego rodzaju „reinkarnacja” tego ostatniego w osobie Putina i figura odsyłająca w okolice „islamofaszyzmu” stanowią współrzędne na mapie politycznego zła, na której mieści się, choć nie chce się do tego przyznać, przenikająca polskie społeczeństwo nienawiść, wżerający się w nie „hejt”.

Jest jednak pewien problem z taką liberalną diagnozą postępującej faszyzacji polskiego życia społecznego. Jeżeli ma to być krytyka postępującego przesuwania się polskiej polityki w prawo, to jest to krytyka bezrefleksyjnie powielająca banalne liberalne opozycje, które zorganizowały polską wyobraźnię polityczną w minionym ćwierćwieczu. Stalinizm używany po to, by do piekła wysłać nie tylko Związek Radziecki (ustawiony na równi z Trzecią Rzeszą) i „realny socjalizm” („czego Zomo pałą nie zajebało”), ale także samą ideę komunizmu, całą tradycję walk o emancypację ludzką i o przekroczenie naszej zastanej społecznej kondycji. Peszek wyobraża sobie, że odważnie krytykuje radykalny dryf polskiej polityki w prawo, podczas gdy ten dryf jest konsekwencją delegitymizacji wszystkich idei politycznych na lewo od socjaldemokracji. Delegitymizacja ta umożliwiła bowiem przesunięcie całego spektrum politycznego, czyniąc poglądy niegdyś prawicowe dziś umiarkowanymi czy centrowymi, niegdyś niedopuszczalne – dziś zaledwie ekscentrycznymi. Założenia tej delegitymizacji Peszek sama bezkrytycznie reprodukuje, wypowiadając się z wewnątrz bańki, z której ZSRR wygląda tak samo jak Trzecia Rzesza. Na ten problem Peszek nie potrafi w ciekawy sposób odpowiedzieć, bo horyzont jej własnej politycznej wyobraźni należy do problemu.

Peszek na dodatek trywializuje kwestię ideologii, sprowadzając ją do poziomu „hejtu” i nienawiści, które na dodatek są w jej ujęciu typowo – by nie rzec „naturalnie” – polskie („hejt nasz powszedni”, „polskiej nienawiści zeżre wściekły pies”). We wzroście znaczenia ksenofobicznej skrajnej prawicy nie ma tymczasem nic specyficznie polskiego – i to nie ma na aż dwa sposoby.

Skrajna prawica rośnie w siłę i przenosi coraz więcej ze swojej ideologii do politycznego mainstreamu w całej Europie i dzieje się to w kontekście postępującego kryzysu systemu kapitalistycznego i strukturanego kryzysu Unii Europejskiej. Oba kryzysy generują społeczne frustracje i resentymenty. Polski wariant tych procesów ma swoje wyjątkowe rysy (jak całkowite wyrugowanie jakiejkolwiek lewicy z parlamentu, powszechność rasistowskiej retoryki w mediach głównego nurtu i słabość lewicowej na nią odpowiedzi, itd.), nie jest jednak procesem w całości wyjątkowym. To jeden sposób, na który „diagnoza” Peszek jest błędna.

Drugi jest taki, że to, co w procesie podbijania polskiej rzeczywistości społecznej przez ksenofobiczną prawicę, rzeczywiście jest specyficzne dla naszego kraju, nie bierze się z jakiejś ponadczasowej „polskości”, którą Peszek wydaje się esencjalizować. Esencjalizacja jakiejkolwiek tożsamości nigdy nie prowadzi w żadnych postępowych kierunkach. Prawicowy obłęd, w jaki osuwa się obecnie ogromna część polskiego społeczeństwa, nie wynika z żadnej „genetycznej” predyspozycji tego akurat narodu do nienawiści. Jedną z rzeczy, z których natomiast wynika, jest model i społeczne koszty (wzrost nierówności, masowe bezrobocie, wypychanie milionów ludzi na przymusową emigrację za chlebem) transformacji ustrojowej po 1989 roku, wraz z narzuconą społeczeństwu narracją o braku alternatywy dla neoliberalizmu. To wytworzeniu konsensu wokół tej bezalternatywności służyło takie przemeblowanie zbiorowej wyobraźni politycznej Polaków, żeby wszystko, co nie jest neoliberalizmem, wylądowało w jednym worku z nazizmem i straszyło natychmiastowym osunięciem się w „totalitaryzm”. Jeżeli chcesz godziwych zasiłków dla wszystkich bezrobotnych, to tak naprawdę chcesz Gułagu! Ale tego Peszek nie będzie w stanie sproblematyzować tak długo, jak długo wypowiada się z wewnątrz bańki liberalnych złudzeń (Hitler, Stalin, Oświęcim i Zomo wrzucone do jednego worka), które stworzyły warunki dla prawicowego obłędu zasysającego dziś Polaków. Co więcej, sprowadzanie współczesnego problemu ksenofobicznej polskiej prawicy do jakiejś genetycznej polskiej „nienawistności” jest wypieraniem i ukrywaniem realnych procesów politycznych, a także realnej opowiedzialności za procesy (ktoś wprowadzał i wytwarzał zgodę na impozycję neoliberalizmu w Polsce, ktoś niszczył każdy punkt widzenia wykraczający poza neoliberalny konsensus), które ostatecznie wytworzyły obecne stężenie frustracji i resentymentów.

Naprawdę bulwersujące w utworze Peszek jest jednak znaczące przemilczenie, jakie rzuca się nam w oczy, gdy przyglądamy się obecnym w nim obiektom ksenofobicznej prawicowej nienawiści. Na swoje miejsce w roli ofiary zasłużyły osoby nieheteroseksualne – jest mowa o palonej warszawskiej tęczy (choć ta konkretna tęcza rościła sobie prawa do szerszego pola semantycznego, tęcza jako symbol jest powszechnie kojarzona z ruchami LGBT), jest inwektywa „śmierdzisz lesbą”. Na swoje miejsce zasłużyli Żydzi – jest mowa o ludziach palonych kiedyś w stodole, czyli o wydarzeniach takich jak w Jedwabnem, jest obelga „żydowska kurewno”, a Holokaust króluje nad tekstem w samym tytule. Wielkimi nieobecnymi są natomiast uchodźcy z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, muzułmanie, osoby pochodzenia arabskiego. Jest to szokujące, bo to właśnie oni, oraz osoby ze względu na karnację czy turban na głowie „podejrzane” o to, że należą do jednej z tych grup, padły w ciągu ostatniego roku ofiarą większości aktów rasistowskiej przemocy. Oni też są obiektem najbardziej bezkarnego i bezwstydnego rasistowskiego bełkotu w głównym nurcie polskiej polityki i w dominujących, także tych nominalnie liberalnych, mediach.

Zupełne przemilczenie rasizmu islamofobicznego, antyarabskiego i wymierzonego w uchodźców szukających obecnie masowo schronienia w Europie w rzekomo antyrasistowskim utworze szokuje, bo został on przecież nagrany po wielomiesięcznym okresie intensywnej nagonki w mediach i rosnącej liczby aktów tak ukierunkowanej przemocy na ulicach polskich miast. Jak można coś takiego rozumieć? Co ta nieobecność właściwie znaczy?

Może to, że rytualne gesty „obrony Żydów” i „krytyki antysemityzmu” są dzisiaj tak naprawdę łatwe i niczym nie grożą? A w zestawie z wyrazami sympatii dla mniejszości seksualnych mieszczą się po prostu w kanonie dobrego tonu liberalnej klasy średniej i pozujących na lewicowo-liberalne „elit kulturalnych”, bo pasują do ich wyobrażeń o „europejskości”? Podczas gdy zabranie głosu w obronie uchodźców z Syrii, Libii czy Afganistanu albo publiczne potępienie islamofobii, wręcz przeciwnie, wymagają dziś w Polsce autentycznej odwagi i mogą dla popularnego artysty oznaczać konieczność stawienia czoła rasizmowi liberalnego (drobno)mieszczaństwa, czyli swojego własnego, bezpośredniego otoczenia i odbiorców?

Obrona Żydów przed polskimi antysemitami niewiele dzisiaj od takich obrońców wymaga. Większość współczesnych polskich antysemitów nigdy nie spotkała Żyda (Wietnamczyków jest dziś w Polsce kilka razy więcej), pozostaje im więc palenie kukieł i ewentualne wypady na zabytkowe cmentarze. A kukieł wystarczy bronić oburzonymi komentarzami na Facebooku, zyskując w ten sposób wizerunek „postępowca” wśród znajomych, bez konieczności wejścia w autentyczną konfrontację. Paleniem kukły można się szlachetnie pooburzać, nic więcej nie robiąc i spać spokojnie, doskonale wiedząc, że i tak nikt nie zginie. Wilk syty i owca cała.

Muzułmanie i osoby pochodzenia arabskiego, jak również osoby posądzone o to, że są muzułmanami lub Arabami (studenci z Portugalii, sikhijski turysta z Wielkiej Brytanii) padają tymczasem ofiarami realnej przemocy, trafiają do szpitali z poważnymi obrażeniami ciała, muszą wymieniać drzwi, które im podpalono. A liberalne (drobno)mieszczaństwo z otoczenia Marii Peszek, to, które ma w Londynie przyjaciół gejów, a na półce albumy o kulturze żydowskiej, podziela większość „poglądów”, które do tych aktów przemocy prowadzą, które wytwarzają na nie przyzwolenie.

Tak więc daleki od radykalnej odwagi, song Peszek jest raczej owocem żenującego konformizmu. Jeżeli nie czegoś gorszego. Bo jeśli w ostatnich miesiącach Maria Peszek nie zauważyła, kto stanowi główny cel współczesnego rasizmu (nie tylko w Polsce), to być może dlatego, że nie zauważyła w ogóle, że to jest rasizm. Co z kolei zmuszałoby nas do postawienia pytania, dlaczego tego nie zauważyła. W większości podobnych przypadków trafna jest odpowiedź, że część z tych „poglądów” osoba, która tego rasizmu nie zauważyła, po prostu popiera.

Modern Holocaust Marii Peszek jest dla mnie symptomem szerszego problemu, jakim jest intelektualna nieudolność większości polskich elit kulturalnych w ich próbach odpowiedzi na niebezpieczne procesy umacniania się ksenofobicznej, coraz bardziej radykalnej prawicy w Polsce. Agnieszka Holland porównuje rządy PiS do PRL, choć jako kobieta mogłaby np. pomyśleć o kwestii praw reprodukcyjnych, by zacząć sobie zdawać sprawę z kretynizmu takiego porównania. Nieco młodsi filmowcy puchnęli z dumy na demonstracjach w obronie „dobrego imienia Lecha Wałęsy” jako „symbolu demokracji”, choć Wałęsa jako prezydent miał wcale nie mniejszy apetyt na całość władzy, kosztem demokracji i rządów prawa, niż obecnie ma Prezes, tyle że nie potrafił tego swojego celu osiągnąć. I tak dalej.

Kiedy mówimy o faszyzmie w Polsce dziś, musimy mieć się z dwóch stron na baczności. Samo dojście PiS do władzy, a nawet jego obecny, irracjonalny sposób rządzenia, to jeszcze nie faszyzm. Tego mocnego ale ważnego terminu lepiej nie trywializować. Jarosław Kaczyński nigdy nie będzie Adolfem Hitlerem. Nie jest też jednak prawdą, że trzeba aż Hitlera, żebyśmy mogli zacząć mówić o faszyzmie – generał Franco nie był Hitlerem, nie był do Hitlera porównywalny, był jednak faszystą. Każdy zinstytucjonalizowany faszyzm poprzedza też proces faszyzacji społeczeństwa, proces, który – jeśli nie zostanie powstrzymany – do faszyzmu w końcu doprowadzi.

O faszyzacji w Polsce dziś na pewno możemy już mówić. I jeżeli wszystko, co polskie elity kulturalne potrafią z siebie wykrzesać w krytycznej odpowiedzi na ten proces, rozpina się między konformistycznymi niby-protest-songami à la Maria Peszek i pojękiwaniami o PRL w stylu Agnieszki Holland, postępom dalszej faszyzacji wiele w Polsce nie zagraża.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie internetowej Medium Publicznego.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Dziwny przypadek „Ziemi obiecanej”

To jest bydło! […] Ja mogę tak mówić, ode mnie mają chleb!

Ja bym chciał, żeby moja Łódź rosła! Żeby miała wspaniałe pałace! Zielone, piękne ogrody! I w ogóle, żeby był wielki ruch, wielki handel, wielki pieniądz!

Kapitalizm peryferii, kapitalizm w ogóle

W swoim znakomitym eseju o dramatach Henrika Ibsena[1] Franco Moretti przyjrzał się wszystkim kilkunastu scenicznym utworom Norwega jako kronice burzliwych procesów rozwoju kapitalizmu, jakie przez kraj, który do tych procesów dołączył się późno, przetoczyły się w skondensowanej formie i przyspieszonym tempie, na przestrzeni jednego pokolenia. Kronice dokumentującej także wynikające z tych procesów gwałtowne zmiany w sposobach, na jakie człowiek postrzega i odczuwa samego siebie, swoje relacje z innymi ludźmi i ze światem. Ziemia obiecana Władysława Reymonta nie zajmuje takiego miejsca w europejskiej literaturze, jakie osiągnęła dramaturgia Ibsena (w Londynie, gdzie mieszkam, każdego roku na afisz trafiają co najmniej dwie nowe inscenizacje sztuk Norwega). Przy wszystkich różnicach gatunku, stylu i pozycji w światowym obiegu literackim, z Ibsenem pokrewne jest intelektualne zadanie, jakie Reymont sobie postawił: powieść jest kroniką tego rodzaju zmian, równie przyspieszonych i dramatycznie skondensowanych, tyle że na innej z europejskich peryferii kapitalizmu. Pozwólmy sobie na marginesie dodać, że jednej z tych, które historycznie mają jak dotąd znacznie mniej szczęścia i sukcesów w próbach przekroczenia ograniczeń tego peryferyjnego położenia.

Zrealizowana przez Andrzeja Wajdę w r. 1974 ekranizacja powieści Reymonta zajmuje za to w światowym kinie miejsce w rzędzie najlepszych, najbardziej przejmujących i najbardziej przekonujących obrazów kształtowania się pewnych konkretnych formacji kapitalizmu: formacji wschodnioeuropejskiej, w XIX wieku. Tak jak powiedzmy Aż poleje się krew (There Will Be Blood) Paula Thomasa Andersona pokazuje narodziny amerykańskiego modelu kapitalizmu z perwersyjnego związku wielkiego kapitału z protestanckim fundamentalizmem.

Jest tego trochę. Element etnicznej obcości, „zewnętrzne” kulturowe pochodzenie ogromnej części kapitału, zwłaszcza tego największego. Procesy ekspansji kapitalistycznej strukturalnie zbieżne z ich odpowiednikami w koloniach europejskich mocarstw („grabież ziemi”, mówiąc Różą Luksemburg). Procesy akumulacji kapitału pod nieobecność „tworzenia narodu” w ramach scentralizowanego państwa narodowego. Koincydencja pierwotnych form akumulacji kapitału i niedojrzałej „kultury przemysłowej” z konkurencją ekonomiczną kultur (a więc i technologii) przemysłowych w wyżej rozwiniętych gospodarkach. „Kultura przemysłowa” liczyła już tam chociaż jedno lub dwa pokolenia, na przestrzeni których mogła się trochę ustabilizować, wypracować instytucje i instrumenty dyscyplinowania kapitału bardziej cywilizowane niż podpalenia fabryk, czy wreszcie, by ekonomicznie uprzywilejowaną pozycję zwycięzców w wyścigu akumulacji ubrać w uzasadniające tę pozycję piórka dystynkcji i kapitału kulturalnego. Gdy w Łodzi nowobogaccy, nieczytający ksiąg innych niż rachunkowe burżua oddają się niewybrednej zabawie na prymitywnym zlepku niedocenionego (vide prymitywny śmiech Mülera) numeru baletowego z wulgarnymi kawałkami przypadkowej farsy i występami amatorskimi, w Paryżu Victor Hugo zostawia po sobie 6 milionów franków w rencie francuskiej i suezach („robił w literaturze”). Oraz, last but not least, specyficzny dla wschodniej Europy recykling elity starych, feudalnych stosunków, szlachty, na potrzeby nowych stosunków produkcji – pauperyzacja jednych jej przedstawicieli oraz „burżuazyfikacja” innych, czyli włączenie ich w obieg klasy społecznej beneficjentów społeczeństwa przemysłowego, żyjącej z udziału w przechwyconej wartości dodatkowej[2].

Peryferyjna kompresja, zaostrzenie, przyspieszenie i równoczesność procesów z różnych stadiów historycznego rozwoju kapitalizmu okazują się kapitalnym wehikułem unoszącym chyba najbardziej i najkonsekwetniej marksistowską wizję w historii polskiego kina. Opowieść o tym, jak potomek polskiej szlachty Karol Borowiecki, polski Żyd Moryc Welt i łódzki Niemiec Maks Baum zakładają wspólnie fabrykę i im się wszystko spektakularnie nie udaje, podana jest tak, by wszystko wplecione zostało w całą złożoność społecznych stosunków konkretnego kapitalizmu peryferyjnego i kapitalizmu w ogóle.

Historia zwycięzców, historia przegranych

Klasycy pisali swego czasu:

W ciągu swego stuletniego zaledwie panowania klasowego burżuazja stworzyła siły wytwórcze znacznie liczniejsze i potężniejsze niż wszystkie poprzednie pokolenia razem. Ujarzmienie sił przyrody, rozpowszechnienie maszyn, zastosowanie chemii w przemyśle i rolnictwie, żegluga parowa, koleje żelazne, telegrafy elektryczne, przysposobienie pod uprawę całych części świata, uspławnienie rzek, całe rzesze ludności jakby wyczarowane spod ziemi – które z poprzednich stuleci przypuszczało, że takie siły wytwórcze drzemią w łonie pracy społecznej?[3]

Borowiecki, Welt i Baum, ich energia i entuzjazm, reprezentują heroiczną narrację kapitalizmu, narrację burżuazyjnego self-made mana, który wyrywa się zastanym ograniczeniom i zmienia otaczającą go rzeczywistość, tworzy „z niczego” („ja nie mam nic, ty nie masz nic…”) swoje miejsce w świecie i swoją pozycję, samego siebie czyniąc jednym z motorów uniwersalnego procesu, w którym „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. Kamera podąża za losami bohaterów w nerwowy, energiczny sposób odzwierciedlający ich gorączkę złapania Łodzi, wschodzącej wschodnioeuropejskiej metropolii przemysłowej, za pysk.

Jednocześnie jednak optyka, w jakiej odmalowywana jest społeczna i ekonomiczna rzeczywistość Łodzi, wiele wydaje się zawdzięczać estetyce lewicowej XIX-wiecznej grafiki prasowej. Klasowe rysy zwłaszcza burżuazji (Bucholc, Zuckerowa, itd.) są podkreślone grubą kreską przerysowania: brak skrupułów, pogarda dla pracujących na ich majątki robotników, traktowanie ich cierpienia jak czegoś oczywistego, zasłużonego, nie zasługującego na chwilę refleksji, a co dopiero jakieś zapobieganie. Bucholc na prośby rodziny chorego pracownika o wsparcie, wyrzuca ich list i życzy nieszczęśnikowi, by sobie „zdechł”. Burżuje trwonią swoje nadwyżki na demonstracyjne marnotrastwo w możliwie najgorszym guście, piją na umór, mają śladową lub żadną edukację kulturalną, bez skrupułów wykorzystują swoją przewagę ekonomiczną by wymuszać seksualny dostęp do ciał proletariackich kobiet, wabiąc je próżną obietnicą wyjścia z zaklętego koła biedy i ogłuszającego huku fabryki. Z przerysowaniami w rysunku poszczególnych postaci jako graczy i pionków w ekominycznym rozdaniu rezonuje przerysowywanie właściwości przestrzeni w kadrach Witolda Sobocińskiego, Edwarda Kłosińskiego i Wacława Dybowskiego. Kamera często spogląda przez obiektyw szerokokątny, także we wnętrzach, także poruszając się w tych wnętrzach, dzięki czemu obejmuje większą przestrzeń, ale jednocześnie zniekształca jej perspektywę, wygina jej kanty i kąty.

Film uwieść się heroicznej narracji kapitalizmu i self made mana, mimo caej jej porywającej energii, nie daje. Nieustannie konfrontuje „wersję oficjalną” kapitalizmu, tę lansowaną przez tradycję liberalizmu, z jej drugą stroną, prawdziwym obliczem[4].

Weźmy dla przykładu tę spośród oficjalnych cnót Kapitału, którą zwą Konkurencją. Zwycięski pochód kapitału toczy się, owszem, w procesach konkurencji, ale tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. Kiedy ma inne wyjście, wybierze monopol lub oligopol. Sama zaś konkurencja, wbrew swym szlachetnym pretensjom, ani nie jest „zdrowa”, ani uczciwa, ani sprawiedliwa. Kiedy trzeba, przyjmie i postać podpaleń fabryk (cudzych, by zaszkodzić rywalom, lub własnych, by uniknąć niewypłacalności). Opiera się na nierównym i niesprawiedliwym dostępie do informacji, np. do tego, że, kiedy i o ile zmianie ulegną cła wwozowe na bawełnę. Wcale nie musi prowadzić do podniesienia jakości: musi prowadzić do podnoszenia zysków. W ustabilizowanym międzynarodowym podziale pracy przemysły niektórych społeczeństw generują największy zysk produkując towary o zamierzenie niskiej jakości. Kto by chciał zmienić taki stan rzeczy, może się spotkać np. ze zmową potencjalnych źródeł kredytu, które w obronie miejscowych interesów oligarchicznych kredytu zaczną odmawiać. Widzimy, jak konkurencja, owszem, prowadzi czasem do innowacji, i do iwestycji w te innowacje. Ale, znów wbrew prorokom Rynku, te innowacje wcale z natury nie tworzą miejsc pracy, częściej mają na celu ich zmniejszenie („Maszyna was nie potrzebuje”). Im więcej bezrobotnych („rezerwowej armii pracy”), tym bardziej jest czym straszyć tych, którzy pracę mają, gdyby np. zachciało im się podwyżki. Równie dziwne, co odosobnione przypadki kapitalistów, którzy odczuwają swoje społeczne położenie w kategoriach jakichś zobowiązań w stosunku do tych, których praca stanowiła zawsze podstawę ich bogactwa i, jak stary Baum, ojciec Maksa, nie godzą się na zmiany, które by oznaczały zmniejszanie zatrudnienia (bo co ci ludzie wtedy poczną?), przegrywają walkę konkurencyjną i zostają z niej wyeliminowani. Wreszcie: z konkurencją jest też tak, że w końcu ktoś ją wygrywa. A wtedy jest już zaorane. I czego by liberalni bajkopisarze nie opowiadali o „własnych zasługach”, „nagrodzie za wytrwałość” i innych wróżkach, dołączyć do klasy wielkich kapitalistów Borowieckiemu uda się ostatecznie jedynie za sprawą aktu łaski starego Mülera, który odda mu za żonę swoją nie do końca udaną córkę Madę w pakiecie z pałacem do zamieszkania. Baum i Welt urządzą się natomiast jako klieci Mülera i Borowieckiego, czerpiący z zasobów stołu przyjaciela.

ziemia obiecana

Realny socjalizm, realny kapitalizm

Państwo oficjalnie określające się jako socjalistyczne, należące do międzynarodowego bloku powołującego się w swojej retoryce na teorię społeczną Marksa, finansując produkcję o takim rozmachu (budżet wynosił ponad 31 mln ówczesnych złotych), we wstępnych kalkulacjach uwzględniało pewnie wynikające z filmu o takiej wymowie korzyści propagandowe. Jednak film zapraszał do lektury krytycznej także w stosunku do systemu politycznego, w którym powstał. Dał się bowiem czytać jako wskazywanie palcem, jak wiele z tego, przeciwko czemu „realny socjalizm” miał być zwrócony, co miał znieść i zastąpić, wciąż istnieje w jego własnej rzeczywistości. Gdyby klasy społeczne już w nim nie istniały, nie trzeba by wciąż było naginać rozziewu między nimi np. instytucją punktów za pochodzenie (dobrze, że naginano, ale skoro trzeba to było robić, znaczy, że wciąż istniały). Gdyby nie istniał już wyzysk, nie byłoby wyniszczającej organizm pracy w fabrykach w systemie trzyzmianowym. I nikt nie miałby ani władzy, ani potrzeby wydać rozkazu strzelania do protestujących czy domagających się poprawy swego losu robotników. „Realny socjalizm” jako kapitalizm realizowany innymi środkami? Kryptokapitalizm? Lew Trocki, Immanuel Wallerstein, Tony Cliff czy Jane Hardy na różne sposoby by się z tym zgodzili.

Na przestrzeni całego filmu jeden wątek jest intelektualnie nieprzerwanie słabszy niż opis miasta jako ośrodka procesów akumulacji kapitału, dynamika procesów zachodzących między tymi, którzy posiadają kapitał, a tymi, którzy na sprzedaż mają tylko pracę własnych rąk. Co u Reymonta było „antyurbanizmem” i opozycją między monstrum miasta a  spokojniejszym życiem w biologicznej zgodzie z naturą, u Wajdy przerodziło się w przeciwieństwo między skręconym kompulsywnym rytmem kapitalizmu demonem miasta a odchodzącą do historii moralną czystością kultury szlacheckiej, która przegrywa z siłami kapitalizmu, w tym z siłą nabywczą prostaków nuworyszy, dzięki procesom rynkowym przejmującym i profanujacym świątynie szlacheckiej tradycji (jak majątek Borowieckich trafiający w ręce Kaczmarka/Karczmarskiego). Szlachta i jej kultura są jedynym elementem świata przedstawionego, który nie jest w rzeczywistość społeczną swojego czasu wpisany dialektycznie i opisany krytycznie. Rola szlachty w wytworzeniu i utrzymaniu polskiego wariantu peryferyjnego kapitalizmu, przez historyków o orientacji materialistycznej zgodnie uznawana za z gruntu negatywną[5], jest z tej opowieści wyparta, a czystość szlacheckiej kultury zmitologizowana w postaciach starego Borowieckiego i Anki, narzeczonej Karola. Jakby szlachta nie miała swojego udziału we wpędzaniu chłopstwa w wielowiekową nędzę, która to nędza z kolei wypychała ich do miast na pastwę wszystkich Bucholców i Karolów Borowieckich tego świata. Wajda sam nie pochodzi z polskiej szlachty. Jego dziadkowie byli jeszcze chłopami, Wajda jednak kupuje z całym dobrodziejstwem inwentarza narrację o tym, że jako przedstawiciel inteligencji należy do klasy społecznej będącej spadkobierczynią szlachty, jej tradycji i roli w polskim społeczeństwie. I że to dobrze. W tym całkowitym braku krytycyzmu w stosunku do szlachty jest więc coś z pragnienia parweniusza, by udowodnić, że jest wart tradycji, do której dokonał kooptacji, by wkupić się pochlebstwami w jej łaski. Wbrew faktowi, że awans społeczny szerokich grup społecznych w epoce PRL, w tym ich dostęp do klasy społecznej producentów dóbr kultury, był w ogromnym stopniu możliwy dzięki zrzuceniu przez PRL przynajmniej części krępującego rozwój społeczny i gospodarczy Polski przez kilka stucleci balastu kulturowej dominacji szlachty.

Ziemia obiecana jest jednym z najbardziej znanych na świecie polskich filmów (nominowany do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, nagrodzony na MFF w Moskwie), także w Polsce funkcjonując w społecznej świadomości jako nie tylko jeden z najważniejszych filmów Wajdy i jeden z tytułów do wyjątkowej pozycji, jaką reżyser ten zajmuje w społecznym polu polskiego kina czy narodowej kultury w ogóle, ale także jedna z nieodzownych pozycji we wszystkich rankingach polskich filmów wszech czasów[6]. Radykalnie marksistowski wydźwięk uczynił tę wyjątkową pozycję filmu niesłychanie dziwną po 1989 roku, kiedy to tytułem do sprawnego funkcjonowania w elitach kulturalnych, tytułem do nowej formy kulturowego „szlachectwa”, szybko stało się albo stawianie znaków równości między komunizmem a faszyzmem (Wajda sam uczyni to na wielką skalę w Katyniu), albo np. pierwiastek „antykomunizmu” w oficjalnym życiorysie. Że się przecież zawsze, całe życie, bezkompromisowo, jak wszyscy, „walczyło z komuną”. Nawet jeśli się za tej samej komuny bez większego problemu robiło filmy w tempie i z budżetami, o których w „wolnej Polsce” większość filmowców może do końca życia tylko marzyć. W Polsce po 1989 potraktować dzieło sztuki od marksizmu, jeśli komuś się zdarzało, służyło zwykle jego dyskredytacji. W obróconej w poligon neoliberałów Polsce ideologiczna ofensywa neofitów kapitalizmu odesłała do sali śmiechu każdą kapitalizmu krytykę, każdą nawet nieśmiałą propozycję nałożenia na „wolny rynek” paru elementarnych hamulców, każdą pokrzywdzonych próbę politycznego wyartykułowania ich krzywdy.

Przyjęła się więc dość szeroko praktyka zastępowania poważniejszego wysiłku interpretacyjnego raczej bezrefleksyjnym, z gruntu rytualnym kultem Arcydzieła, mnożącym okazje do wręczania Wajdzie kolejnych bukietów czy jeszcze jednej figurki z tego czy innego metalu. Sam Wajda włączył się aktywnie w ten proces. Zapomniał o całym krytycznym ładunku filmu i w zgodzie z wymogami aktualnie obowiązującej myśli jedynie słusznej widział w nim już głównie apologię fascynującej energii kapitalizmu. Jakby cały ten zapis miejskiej biedy, cierpienia robotników, te wszystkie urwane przez maszyny kończyny, te wszystkie gwałcone przez burżujów nastolatki z biednych rodzin lub bez rodzin, cała ta pogarda żywiona przez uprzywilejowanych do tych, których praca wytwarza ich zysk (jak przypomina David Harvey, zysk to końcu nic innego jak niezapłacona część pracy[7]) – jakby to wszystko wyparowało nagle z filmu. To wszystko jednak nie wyparowało i problem z tym to prawdopodobnie – Wajda nie przedstawił nigdy żadnego przekonującego uzasadnienia dla tego posunięcia – jedyny faktyczny powód, dla którego w roku 2000 reżyser przemontował film na potrzeby ponownej dystrybucji kinowej przez Vision.

Idzie nowe

Nowa wersja montażowa nie była niczym innym jak skróceniem filmu o prawie pół godziny. Oglądając wersję oryginalną z 1974 roku i wersję z roku 2000 jedną za drugą, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jedyną intencją, świadomą czy nie, była próba desperackiego, i dlatego przeprowadzonego trochę na oślep, wykastrowania Ziemi obiecanej przynajmniej z części treści krytycznej i elementów niekompatybilnych z oficjalnymi ideologiami III RP.

Jedna z początkowych scen: polski lichwiarz recytuje zwulgaryzowane pozytywistyczne komunały, że naród się musi zabrać do roboty, a nie organizować powstania, to w kraju zaraz będzie lepiej – w wersji anno 2000 pozbawiona została swojego oryginalnego kontrapunktu, w którym wychodzi on następnie przed dom i z nieskrywaną antysemicką pogardą poniewiera żydówkami zmuszonymi przez ubóstwo zastawiać u niego nieliczne wartościowe przedmioty, jakie przetrwały w ich posiadaniu. W Polsce po 1989 nie można w sposób tak bezpośredni pokazać organicznego związku między kapitalizmem a antysemityzmem[8]. Na użytek ideologii wiecznego „doganiania Zachodu” (będącej przedłużeniem i reanimacją tego somego zwulgaryzowanego pozytywizmu reprezentowanego we wspomnianej scenie przez lichwiarza) antysemityzm przesunięty został dyskursywnie na wygodny ideologicznie margines rzekomych kulturowych atawizmów, zacofania, „ciemnego ludu”. Ogromna w tym zresztą zasługa najbardziej wpływowego (neoliberalnego) medium okresu, „Gazety Wyborczej”, której Wajda został po przemianach własnościowych udziałowcem.

W Polsce po 1989 Kościół katolicki okazał się kluczowym sojusznikiem ideologicznym neoliberałów i podporą ich reform, za co w zamian dostał Komisję Majątkową i specjalne względy elit kulturalnych np. dla katolickiej moralności seksualnej. Miejsca na tyle ekranowego seksu już nie było: niektóre sceny (jak ta, w której Borowiecki i Moryc podglądają Maksa w łóżku z dziewczyną) zostały okrojone, a słynna scena orgii Borowieckiego i będącej w ciąży Zuckerowej w luksusowym wagonie pociągu do Berlina wyleciała z filmu bez śladu. Wśród innych scen, które wypadły, jest i ta, w której tańczące w balecie dziewczęta wystawione są na selekcję zainteresowanych ich seksualnymi usługami mężczyzn z pieniędzmi. Scena ta traktowała w istocie o dramatycznej ekonomicznej kondycji tych, którzy nowobogackiemu mieszczaństwu dostarczali usług estetycznych i rozrywki. Dramatyzm tej kondycji zmuszał pracujące w tym sektorze młode kobiety do wystawiania swych ciał na scenie na sprzedaż potencjalnym „protektorom”. Aż chciałoby się złośliwie zapytać, czy Wajda bał się, że rzesze współczesnych młodych pracowników „przemysłów kultury” – na niekończących się stażach i praktykach, na opiewających na trzysta złotych umowach o dzieło, oczekujących miesiącami na przelew tych trzystu złotych, np. z kont korporacji Agora S.A. – zobaczą jakąś ciągłość między losem tych dziewcząt a własnym…

Jedno w tym dość niespotykanym w historii kina akcie autocenzury udało się Wajdzie na pewno: wersja montażowa anno 2000 zdołała wyprzeć z obiegu i w znacznej (zapewne rosnącej) mierze ze społecznej świadomości wersję oryginalną. Od tamtej pory to wersja anno 2000 powtarzana jest w telewizji i wydawana na płytach DVD. Poszukując wersji oryginalnej, by na potrzeby tego eseju przypomnieć ją sobie w szczegółach, przekonałem się, że nie funkcjonuje ona nawet w pirackim obiegu internetowym. „Do ściągnięcia” Ziemia obiecana dostępna jest w sieci w wielu miejscach, ale wszędzie jest to wersja anno 2000. Do montażu anno 1974 nie dotarłbym, gdyby Adam Ostolski nie zobaczył na na Facebooku okrzyku mojej rozpaczy, i nie zaoferował mi przetransferowania filmu z zabytkowej kasety VHS, na którą jego znajoma nagrała z telewizji oryginalną wersję filmu jeszcze gdzieś w odmętach lat 90., i gdyby kaseta ta jakimś cudem nie doczekała naszych czasów na jego półce.

Co się Wajdzie nie udało, to neutralizacja przenikającej cały film jaskrawej krytyki kapitalizmu. W jedynej powielanej obecnie wersji film jest okaleczony, jego dialektyczny rytm cierpi na tych interwencjach poważną niezborność, wciąż jednak jest tam i skandaliczna klasowa pogarda Bucholca wobec wszystkich, którzy pracują na jego fortunę; jest i urwana noga robotnika, i wystawiony mu za poplamiony jego krwią bal bawełny rachunek; i wyrzucona w powietrze, w oczy tłumu i na wiatr historii, czerwień chusty zastrzelonego robotnika – ukochany kolor brodacza z Trewiru. Brodacza, który w ostatnich latach po raz kolejny w historii wykazuje swoją niegasnącą, alarmującą aktualność. Te same kule, które wystrzelono na rozkaz Borowieckiego w ostatniej sekwencji Ziemi obiecanej, znów świszczą na ulicach niejednego miasta, w stronę protestującego ludu Aten, w stronę południowoafrykańskich górników – lista na pewno długo jeszcze nie będzie zamknięta.

Przypisy

[1] Franco Moretti, The Grey Area. Ibsen and the Spirit of Capitalism, “New Left Review” nr 61, Jan/Feb 2010, s. 117-131. Tekst po polsku ukazał się w moim przekładzie pt. Ibsen i duch kapitalizmu na stronie Lewica.pl: http://www.lewica.pl/index.php?id=22401

[2] Zob. np. Immanuel Wallerstein, Class Conflict in the Capitalist World-Economy, w: Etienne Balibar, Immanuel Wallerstein, Race, Nation, Class. Ambiguous Identities, przeł. [z fr. na ang.] Chris Turner, London: Verso 1991.

[3] Karol Marks, Fryderyk Engles, Manifest Partii Komunistycznej, Warszawa: Książka i Wiedza 1979, s. 42.

[4] Z nowszych publikacji ta ten temat zob. znakomitą pracę: Domenico Losurdo, Liberalism. A Counter-History, tłum. (z włoskiego na ang.) Gregory Elliott, London – New York: Verso, 2011.

[5] Jako swego rodzaju podsumowanie tematu, zob. Anna Sosnowska, Zrozumieć zacofanie, Warszawa: Trio, 2004.

[6] Przez miesięcznik „Film” Ziemia obiecana uznana została za najwybitniejszy polski film w 1997 i 2007 roku, przy okazji kolejnych okrągłych rocznic pisma.

[7] Zob. David Harvey, The Enigma of Capital: And the Crises of Capitalism, London: Profile Books, 2010.

[8] Po polsku zob. przede wszystkim: Piotr Kendziorek, Antysemityzm a społeczeństwo mieszczańskie. W kręgu interpretacji neomarksistowskich, Warszawa: Trio, 2004.

Jarosław Pietrzak

Tekst ten, w odrobinę skróconej wersji, ukazał się w książce Wajda: Przewodnik Krytyki Politycznej, red. Jakub Majmurek, Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2013, s. 45-55.

Już po tym, jak go napisałem, oryginalna, „nieocenzurowana” przez samego Wajdę wersja montażowa z 1974 została odrestaurowana i ponownie wypuszczona do obiegu. Nie zmienia to jednak faktu, że przez kilkanaście lat ten oryginalny montaż był niedostępny dla ogółu publiczności i podtrzymuję swoją interpretację powodów, jakie stały za tym aktem autocenzury. Nie potrafię się też oprzeć podejrzeniu, że pewną rolę w „uwolnieniu” wersji oryginalnej odegrała atmosfera „obciachu” otaczająca mimo wszystko montaż z 2000, zwłaszcza ocenzurowanie scen erotycznych.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

O (i na marginesie) powieści Saleema Haddada „Guapa”

Ciała arabskich queerów stały się polem bitwy w znacznie większej wojnie

Saleem Haddad, The Myth of the Queer Arab Life

 

 

„Gdzieś na Bliskim Wschodzie”…

Akcja debiutanckiej powieści Saleema Haddada Guapa toczy się współcześnie w wielkim mieście w nienazwanym kraju arabskim. Uchodźcy, którzy przebywają w kraju w obozach, kojarzą się z sytuacją w Libanie, Syrii przed obecną wojną domową czy Jordanii. Gejowskie życie nocne, którego „królową” jest jeden z najbliższych przyjaciół głównego bohatera, Maj, najbardziej odruchowo kojarzyłoby się z Bejrutem; w Bejrucie też (choć pewnie nie tylko) miało miejsce wydarzenie podobne do znajdującego swe miejsce w powieści najazdu policji na kino w biednej dzielnicy, stanowiące miejsce homoseksualnych schadzek i rodzaj „pikiety”. Rysy systemu politycznego, który wyłania się z opisywanych sytuacji – formalnie republikańskiego, de facto jednak dyktatury – przypominałyby najbardziej Egipt albo Syrię. Pewne elementy pejzażu społecznego, jak choćby filipińska gosposia, przypominają jednak Liban. W odniesieniu do policji politycznej pada raz słowo Mukhabarat (Muẖābarāt), które najpowszechniej kojarzy się z bezpieką egipską, ale w języku arabskim używane jest też do nazywania służb wywiadowczych Jordanii, Iraku, Syrii, Arabii Saudyjskiej i Libii.

Haddad_Guapa-260x390

Miasto i kraj, w którym ze swoją seksualnością zmaga się główny bohater i zarazem narrator, Rasa, reprezentują więc coś w rodzaju „gdzieś na Bliskim Wschodzie” albo „Bliski Wschód w ogóle”. Ryzykowne zagranie, grożące osunięciem się w orientalistyczny fantazmat. Orientalizm – w sensie, jaki nadał temu słowu Edward Said w przełomowej książce z 1978 r. pod takim właśnie tytułem – to (rasistowska) ideologia, która buduje obraz „Wschodu” z wybranych „egzotycznych” elementów jego kultur i wrzuca je wszystkie do jednego ponadczasowego worka, w którym nie ma miejsca na niuanse i rozróżnienia, na to, że przecież są to nie tylko bardzo różne społeczeństwa, ale też wewnętrznie zróżnicowane klasowo, nierzadko religijnie, a także zmieniające się w czasie w toku procesów historycznych. Muzułmański Bliski Wschód, jako twór ideologiczny, jako ahistoryczny fantazmat, był Europie i Zachodowi potrzebny jako tożsamościowy Inny, w opozycji do którego budowano nowoczesną tożsamość Europy, a potem Zachodu euroatlantyckiego. Taki obraz był potrzebny najpierw, by Europa wymyśliła sobie, czym się różni od nie-Europy, a następnie, by świat euro-atlantycki nauczył się dobrze czuć z własną dominacją nad resztą ludzkości i jej eksploatacją. Muzułmański Bliski Wschód z orientalistycznych fantazji funkcjonuje właśnie jako taki ahistoryczny „Bliski Wschód w ogóle”. Same te fantazje, choć prezentują się zawsze jako odwieczny i stały obraz Bliskiego Wschodu i jego immanentnej „natury”, ulegały jednak poważnym zmianom historycznym, nawet odwróceniom o 180 stopni, w zależności od tego, od czego akurat wtedy tożsamość europejska/euroatlantycka chciała się we własnych oczach odróżniać.

Kiedy arabski pisarz postanawia posłużyć się wehikułem narracyjnym geograficznej nieprecyzyjności – nienazwanym arabskim krajem na Bliskim Wschodzie – może to jednak być podjęte lub rzucone jako wyzwanie, służyć dobrej sprawie i zostać zwieńczone artystycznym sukcesem. Incendies Wajdiego Mouawada, genialny dramat równie genialnie później zekranizowany przez Denisa Villeneuve’a (Pogorzelisko), może być jednym z najmocniejszych dowodów w tej sprawie. Haddad postanowił – podobno po okresie wahania – podjąć to ryzyko. W końcu arabska tożsamość posiada też poziomy i składniki wychodzące poza granice postkolonialnych państw narodowych i przechodzące im w poprzek. Egipskie kino popularne; muzyka produkowana w Kairze i Bejrucie; telewizja nadawana z Kataru, Libanu i Dubaju; dzięki wspólnocie języka literackiego także wiele gazet ma zasięg ponadgraniczny, panarabski („Al-Hayat”, „Al-Ahram” i in.). Haddad buduje świat swojej powieści z bardzo realnych, materialnch konkretów, dotykalnych, mających temperaturę i zapachy. Przedmiotów życia codziennego, kulturowych artefaktów, potraw, drobiazgowo obserwowanych klasowych habitusów. Haddad miał z czego to budować. Urodził się (w 1983) w stolicy Kuwejtu, jego ojciec jest w połowie Palestyńczykiem, w połowie Libańczykiem, a matka w połowie Irakijką, w połowie Niemką. Wychowywał się m. in. w Jordanii, pracował z organizacją Lekarze Bez Granic w Jemenie, Syrii i Iraku. Świat Guapy udaje mu się więc mimo wszystko skonstruować bardzo materialistycznie, unikając osunięcia się w powierzchowność fantazji „orientalisty”.

Ale Haddad zdecydował się na to rozwiązanie – na nienazwany arabski kraj na Bliskim Wschodzie – przede wszystkim dlatego, że korespondowało mu ono z sytuacją głównego bohatera, zagubionego i skołowanego w kwestiach własnej tożsamości i przynależności komplikowanych przez homoseksualne pragnienie. Rasa ma problem z odpowiedziami na pytania, kim jest, do jakiego świata i jakej grupy należy – ze względu na naturę i kierunek swojego pożądania. Zamyka się w łazience, puszcza wodę, i uczy się do lustra powiedzieć do samego siebie: Anā lūṭī; Anā ẖawal… Jestem… kim? – pedałem? – gejem? Jak arabskie słowa mają sie do „tożsamości seksualnej”?

Alhambra fountain - Copy

Królestwa rozwiązłości

Seksualność, w tym centralna w powieści Haddada homoseksualność, odgrywała jedną z głównych ról w operacjach podmieniania Bliskiemu Wschodowi grzechów, żeby dopasować je do zmieniających się tożsamościowych potrzeb Zachodu. Kiedy europejska nowoczesność budowała swoją tożsamość przez represję, nadzór i dyscyplinę seksualności, rysując restrykcyjne granice dzielące normę od anomalii i wymyślając m. in. coś takiego jak homoseksualizm (słowo powstało w latach 60. XIX wieku), muzułmański Bliski Wschód służył jako negatywny punkt odniesienia: wielkie gniazdo rozwiązłości, zboczeń i rozpasania. A spragnieni ciała innego mężczyzny Europejczycy, których było na to stać, uciekali do Maroka czy któregoś z królestw lub prowincji Lewantu, by w śniadych ramionach pięknych arabskich młodzieńców odnajdować stygmatyzowane czy wręcz kryminalizowane w Europie rozkosze.

Jeszcze mniej niż trzy dekady temu włoski redaktor, podróżujący często po Magrebie, pisał w relacji z Maroka m. in., że „Marokańczyk ma wzwód cały czas, więc turysta dostaje, czego chce”, a

Rašīd, facet, który kręci się wokół Café de France w al-Gueliz, europejskiej dzielnicy Marakeszu, zagadał do mnie, z nadętymi nozdrzami, z napompowaną klatką piersiową, wykonując jakiś gest rodem z karate: „Jestem Rašīd, znany jako oracz turystów. Czym mogę służyć?”.

Pewien Amerykanin na kontrakcie w Teheranie przed Rewolucją Islamską Chomeiniego pisał:

Iran był dla mnie, i dla wielu jak ja, seksualnym rajem. Zarówno pod względem ilości, jak i jakości, było to najbardziej ekscytujące doświadczenie w moim życiu. Jednak za jednym czy może dwoma wyjątkami nigdy nie spotkałem w Iranie Irańczyka, który by całkowicie określił się jako homoseksualny.

Świat arabski i muzułmański do początku XIX wieku zrodziły literaturę o tematyce homoerotycznej w ilościach nie znających odpowiednika gdziekolwiek w Europie w równoległych okresach historycznych. Z samej tej literatury, jak również z relacji podróżników europejskich po krajach muzułmańskiego Bliskiego Wschodu i vice versa (podróżników stamtąd po Europie) wynika, że zachowania dziś klasyfikowane jako homoseksualne, cieszyły się na Bliskim Wschodzie bez porównania większą akceptacją i powszechnością praktykowania. To dlatego Tariq Ali, kiedy zdał sobie sprawę, że islamofobia stała się centralną i kluczową ideologią w strukturze współczesnego zachodniego rasizmu, która domaga się odpowiedzi ze strony lewicy, i postanowił napisać swój Kwintet Muzułmański, cykl pięciu powieści odmalowujących wkład świata arabskiego i muzułmańskiego w rozwój cywilizacji, także zachodniej, tyle miejsca poświęcił w nich erotycznym wątkom homoseksualnym.

Powszechność i akceptacja. Działo się to jednak bez pojęcia odpowiadającego kategorii homoseksualizmu i binarnej opozycji homo- vs heteroseksualizm (która jest specyficznym wytworem euroatlantyckiej nowoczesności). Fascynującym opracowaniem tego tematu jest znakomita książka Khaleda El-Rouayheba Before Homosexuality in the Arab-Islamic World, 1500-1800. Autor zaznacza, że jego obserwacje i wnioski do jakiegoś stopnia zachowują ważność rozciągnięte głębiej w przeszłość, niż wskazują ramowe daty z tytułu, jak również do sąsiadujących z Arabami innych kultur muzułmańskich (Turcja, Persja/Iran, itd.). Powstrzymuje się jednak przed aplikowaniem ich poza te ramy, gdyż obszarem jego ekspertyzy jest właśnie literatura arabska tego okresu.

Islam oficjalnie zakazuje liwāṭ, analnego stosunku seksualnego między dwoma mężczyznami. Zakazuje konkretnego czynu, a nie „typu osobowości”, z czym go nawet nie wiąże. Arabska kultura rozwijała się przez kilkanaście stuleci na ogromnym obszarze; jest kulturą złożoną, w której obecne i ścierające się były różne nurty, m. in. restrykcyjnej religijnej jurysprudencji z niezwykle w niej silnymi nurtami celebrującymi zmysłowe doświadczenie rzeczywistości (jako pochodzącej od Boga). W niezliczonych kontekstach zakaz analnego stosunku seksualnego był przychylnie „zawieszany” i ignorowany, gdy między partnerami istaniała różnica wieku i dojrzały mężczyzna był insertywnym partnerem pasywnego młodzieńca, którego urodą się zachwycał nieraz publicznie. Młody mężczyzna, który przyjmował rolę pasywną, ryzykował w wielu kontekstach, że wypadnie w oczach swojego otoczenia z kategorii męskości normatywnej i zacznie być postrzegany jako „nie-mężczyzna”. W ramy normatywnej męskości powracał jednak zwykle, gdy po raz pierwszy się żenił. Statusu „prawdziwego”, normatywnego mężczyzny nigdy nie tracił mężczyzna angażujący się w stosunki z innymi mężczyznami zawsze i wyłącznie jako ten, który penetruje drugiego. Nierzadko na tym lub innym etapie życia był żonaty lub angażował się w pozamałżeńskie stosunki z kobietami.

Uczucia nieskonsumowane w postaci stosunku, platoniczne uwielbienie urody młodego mężczyzny, wyrażane w formie różnego rodzaju sublimacji estetycznych, było przedmiotem represji wyłącznie najbardziej twardogłowych koranicznych jurystów. Nawet oni jednak nie mogli nikogo przekonać, że samo uczucie mężczyzny do innego mężczyzny, samo podziwianie jego urody jest już grzeszne, co najwyżej, że może wyrwać się spod kontroli i doprowadzić do zakazanego czynu, liwāṭ. Jednocześnie to przyzwolenie na otwartą adorację urody innego mężczyzny dawało znaczne możliwości ukrywania, że miłość ta jest konsumowana, bo po prostu rzeczy fundamentalnie zakazanej nie robiło się przy świadkach, a formy aktywności seksualnej innej niż analna penetracja zwykle rozumiane były jako znajdujące się poza owym centralnym zakazem.

Jednak dzisiaj, w Europie, gdy w jednym zdaniu padają Arabowie czy muzułmanie i homoseksualiści, obrazy, które niemal automatycznie są przed nasze oczy przywoływane, to mężczyźni zrzucani przez wojowników Państwa Islamskiego z dachów wysokich budynków czy Iran, gdzie „homoseksualizm jest karalny”. Jak to się stało, jak do tego doszło?

MiddleEasternMaleModel

Królestwa zakazów i kar

W połowie XIX wieku dominacja polityczna, militarna i ekonomiczna Zachodu przekuła się już w dominację kulturalną. El-Rouayheb wskazuje, że już egipski uczony Rifā’ah al-Ṭahṭāwī (Rifā’ah aṭ-Ṭahṭāwī), który kształcił się w Paryżu w latach 1826-31 zapowiadał ten dryf. Nie tylko odnotował on stopień dezaprobaty, z jaką Europejczycy obserwowali arabski luz w temacie wyrażania erotycznych uczuć między mężczyznami – on sam przyjął także ten europejski punkt widzenia. Uznał, że Europejczycy mają rację, ten składnik arabskiej kultury rzeczywiście jest powodem do wstydu i powinien być przedmiotem zwalczania. Kiedy tłumaczył arabską poezję erotyczną na francuski, to gdy obiektem uczucia poety lub podmiotu lirycznego był młodzieniec, podmieniał w tłumaczeniu rodzaj gramatyczny wszystkich dotyczących tego młodzieńca określeń. Jego przekłady udawały w rezultacie poezję heteroseksualną.

Elity świata muzułmańskiego i jego klasy średnie, okcydentalizujące swoją edukację, stopniowo przyjęły w drugiej połowie XIX wieku wiele z zachodniego sposobu postrzegania homoseksualności. W drugiej połowie XX wieku proces wyzwalania się społeczeństw Trzeciego Świata z kolonializmu szedł w świecie arabskim w parze z orkiestrowanymi przez instytucje państwowe projektami konstruowania nowoczesnej tożsamości narodowej zdolnej do stania na jednej płaszczyźnie z silnymi euroatlantyckimi tożsamościami narodowymi. Represja widzialności praktyk homoseksualnych była w różnym stopniu częścią tych procesów, w strukturalnym związku z represją innych fenomenów, które w tym kontekście wydawały się grozić „niemęskim”, „zniewieściałym” czy „zdemoralizowanym” wizerunkiem szukających wstępu do nowoczesności państw arabskich, jak choćby tradycja męskich tancerzy brzucha (tak, męskich tancerzy brzucha). Względnie postępowe projekty polityczne świeckich reżimów odwołujących się, jak porządek ustanowiony przez Nassera w Egipcie, nawet do wartości w pewnym stopniu lewicowych, a w każdym razie progresywnych i modernizujących, zaczęły się uginać i upadać pod presją polityczną i ekonomiczną USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Świeckie ruchy lewicowe zostały stopniowo wyeliminowane przez siły sponsorowane przez CIA i marionetkowe reżimy wspierane przez Biały Dom. Próżnię po świeckiej lewicy i po progresywnych wizjach rozwoju zajęły ruchy islamu politycznego (też zresztą wspierane przez CIA, Pentagon i inne zachodnie ośrodki władzy). Stary zakaz liwāṭ, analnego stosunku seksualnego między mężczyznami, zlał się z przeniesionymi z Zachodu ideami dotyczącymi homoseksualizmu. Wzmocniły się one wzajemnie i zrodziły nowe jakościowo formy represji i opresji.

Ale coś stało się równocześnie po drugiej stronie. Zachód, w swoich kulturowych technologiach dyscyplinowania seksualności przeszedł od wiktoriańskiej represji do imperatywów narcystycznej rywalizacji, kolekcjonowania wrażeń i „spełniania siebie”, a także kompletnego utowarowienia seksualności, sprzedawanych samym zachodnim społeczeństwom przez ich przemysły kulturowe jako seksualne „wyzwolenie”. Zachód nigdy nie stracił jednak ideologicznej potrzeby posiadania Innego, przez różnicę wobec którego mógł się czuć lepszy i rozgrzeszony z winy brutalnej eksploatacji reszty świata. Ten sam Bliski Wschód, który dla cnotliwej hipokryzji wiktoriańskiej Europy był siedliskiem niemoralnej rozpusty i seksualnego zezwierzęcenia, dla Zachodu szczycącego się nagle swoim seksualnym „wyzwoleniem”, stał się teraz potrzebny jako otchłań zacofanych seksualnych zakazów i kar, przestrzeń, w której nie ma wolności „sypiania z kim chcesz”, w której homoseksualizm bywa karany śmiercią.

W nowych krucjatach Zachodu świat arabski i muzułmański wydają się istnieć wyłącznie w celu prześladowania kobiet i gejów, połączonych w jeden pakiet ulubionych przez Zachód ofiar prześladowań, nad których losem lubi się on pochylać, kiedy trzeba utwierdzić się we własnym liberalizmie, ale nie wtedy, kiedy toną w wodach Morza Środziemnego. Niezależnie od tego, że niektóre kraje arabskie mają bardziej liberalne przepisy w zakresie praw reprodukcyjnych kobiet niż niektóre państwa Unii Europejskiej (Polska, Irlandia, Malta), a taka np. Tunezja przyznała kobietom prawo do aborcji wcześniej niż Francja czy Niemcy. Niezależnie od tego, że Iran ajatollahów miał przez kilkadziesiąt lat fenomenalne wskaźniki dostępu kobiet do wyższego wykształcenia, a zapisy tamtejszego prawa kryminalizujące stosunki homoseksualne pozostawały martwe, bo uruchomienie postępowania obłożono takimi restrykcjami, że stało się możliwe tylko teoretycznie (oskarżenie wymaga czterech naocznych świadków stosunku – świadkowie muszą być płci męskiej i o nieposzlakowanej opinii). Ci młodzi mężczyźni, o których kiedyś czytałeś w jednej z internetowych legend o Iranie, w rzeczywistości nie zostali skazani „za to, że się kochali”, a za wspólny gwałt na dziecku.

Jednocześnie pojęcie homoseksualizmu (łączące w sobie wszystkie, nie tylko analny, stosunki seksualne między osobami tej samej płci, ale także samo pragnienie, nawet nigdy nie wyrażone, skierowane do osób tej samej płci) dorobiło się może własnego arabskiego słowa, urobionego jako kalka z języków europejskich (šuḏūḏ ǧinsī), jednak słowo to w niewielkim stopniu zdołało – pardon le mot – spenetrować pokłady kultury klas ludowych i nie przyjęło się jak dotąd na powszechnym poziomie żadnej wersji potocznego, mówionego arabskiego. W kulturze klas ludowych wiele starych rozróżnień – przede wszystkim to na aktywną i pasywną rolę w stosunku analnym, gdzie mężczyzna zawsze aktywny niczym się nie różni od mężczyzny wyłącznie heteroseksualnego – wciąż ma się dobrze.

O rzeczywistość, jej niuanse i skomplikowanie – o prawdę, mówiąc krótko – w zachodnich krucjatach w obronie muzułmańskich kobiet i gejów wcale nie chodzi. Chodzi o to, żeby zachodni telewidz nie czuł się źle, oglądając w serwisach informacyjnych bombardowane miasta w kolejnym muzułmańskim kraju, któremu zachodnie mocarstwa chcą zagrabić zasoby surowcowe, więc mówią, że chodzi o demokrację, o czadory i burki, i o gejów. Jakby bomby, spadając na ich domy, mogły ominąć kobiety i gejów i sprawiedliwie spaść tylko na głowy ich patriarchalnych oprawców. Jakby patriarchalni oprawcy nie stawali się takimi, jakby nie zapiekali się w tej roli właśnie wskutek imperialnego terroru, bezustannej presji i przemocy wywieranej na ich społeczeństwa ze strony władców świata. A wojowników Państwa Islamskiego, jak Haddad zwrócił uwagę w artykule napisanym dla serwisu The Daily Beast, homoseksualni mężczyźni interesują tylko dlatego, że ciosy skierowane w nich są ciosami we w wartości Zachodu; że ciosy skierowane w nich wstrząsną Zachodem i wywołają tam przerażenie.

Pragnienie w cieniu Imperium

Usytuowanie homoseksualnego podmiotu, homoseksualnego pragnienia, homoseksualnego ciała w stosunkach władzy nie tylko społeczeństwa, w którym najbardziej bezpośrednio są usadowione, ale także w znacznie szerszych stosunkach władzy organizujących relacje pomiędzy całymi społeczeństwami, a więc stosunkach globalnej dominacji – to jest wielki temat, z którym mierzy się Haddad. Dlatego środkową z trzech długich części, na które zamiast rozdziałów dzieli się Guapa, zatytułował Imperial Dreams. Trzy części to coś jak tryptyk w malarstwie, a w tradycyjnym tryptyku środkowy segment dominuje, przezeń przebiegają osie symetrii, w nim skupiają się perspektywy. Tutaj środkowa część opowiada wspomnienia narratora z okresu studiów na amerykańskim uniwersytecie.

Pojechał tam w nadziei, że w Ameryce uwolni się jego skrywane pragnienie, jego tłumione, ukrywane, homoseksualne ja, w domu przerażone represją patriarchalnego społeczeństwa. Ale tam wszystko się tylko skomplikowało. Osie inności, odmienności, tożsamości, pomiędzy którymi przybyszowi z Bliskiego Wschodu, homoseksualnemu czy nie, trzeba było nauczyć się lawirować, zamiast się rozpłynąć, uległy rozmnożeniu, a ich krawędzie okazały się wcale nie mniej ostre. Wśród Arabów inny, bo pragnie seksualnej bliskości innego mężczyzny, wśród Amerykanów pozostanie jednak przede wszystkim Arabem. Zwłaszcza po 11 września. Zakocha się tam tylko raz, w Sufyanie, Amerykaninie arabskiego pochodzenia, „najpiękniejszym człowieku, jakiego kiedykolwiek spotkał”, który jednak przed jego uczuciem ucieknie… w fałszywą bezpieczną przystań tożsamościowego integryzmu. Rasa, który nie znajdzie w Ameryce seksualnego wyzwolenia, na szczęście – w bibliotece, w której pracuje – odnajdzie inne niż Sufyan intelektualne oparcie: będą nim Marks, Gramsci, Chatterjee (również intelektualni przewodnicy samego Haddada).

Tytuł powieści także pochodzi gdzieś z porządku globalnych stosunków dominacji. Guapa to gejowski bar prowadzony przez lesbijkę w swego rodzaju pół-tajemnicy. Od pewnego czasu ulubione miejsce Rasy i jego najlepszego od dzieciństwa przyjaciela, Maja. Guapa znaczy ‘piękna’ – po hiszpańsku. A hiszpański to z arabskiego punktu widzenia jednocześnie jeden z języków Zachodu (Hiszpanii, jednego z dwóch pierwszych mocarstw kolonialnych, później bezlitośnie zdeklasowanej i zmarginalizowanej, ale swoją dużą kolonię w Maroku mającej jeszcze w XX wieku), ale też zarazem spoza tego Zachodu prawdziwego współczesnego centrum. Owszem, Hiszpania leży w Europie, ale nie prowadzi w Afryce Północnej ani zachodniej Azji nic podobnego do interesów anglosaskich czy francuskich. Hiszpański jest też językiem innych peryferii – Ameryki Łacińskiej. Peryferie te są jednocześnie kulturalnie integralną częścią szeroko rozumianej cywilizacji Zachodu. Peryferie te również od dawna dociskane są butem Imperium Dolara, ale mocarstwu z Północy nie udało się jednak zdławić ich tradycji popularnych ruchów postępowych, wciąż tworzących inspirujące cały świat zagłębia walki o emancypację ludzką – w tym „odmieńcow” seksualnych. Nazwa Guapa wydaje się więc wyrażać pragnienie emancypacji, świata w którym bez obaw można każdemu, kogo znajdujemy pięknym, niezależnie od jego i naszej płci, powiedzieć, że jest piękny; ale też opór przed uwiedzeniem przez fałszywe obietnice emancypacji składane przez hipokryzję uniwersalizmu Imperium.

 

Rasa, Taymour, Maj i inni

Haddad porywa czytelnika postaciami, które rozpisał tak, że na długo z czytelnikiem pozostaną. Najważniejszą z tych postaci jest oczywiście dwudziestoparoletni Rasa, który sam tutaj o sobie opowiada. Dla kontrastu ze skalą stosunków dominacji, w które wpisane jest jego skołowane homoseksualne pragnienie, „właściwa” akcja powieści toczy się w ciągu jednej doby. Dzień wschodzi ze wstydem – minionej nocy jego babcia Teta, przez dziurkę od klucza, odkryła u niego w pokoju, u niego w łóżku, jego ukochanego Taymoura, który dotąd zawsze wymykał się, zanim Teta się obudziła. Ile widziała? Unikać jej teraz czy stanąć do otwartej konfrontacji? A może próbować wmawiać starszej kobiecie, że coś jej się przyśniło, jak doradza mu jego przyjaciółka Basma? Ale to nie koniec problemów. Jego przyjaciel Maj, który był z nimi ostatniego wieczora w Guapie, zniknął, nikt nie wie, gdzie się podział. W radio mówią o najeździe policji na szemrane kino, którego mrok słynął z tego, że pozwalał wygłodniałym seksualnie mężczynom na chwilę odnaleźć nawzajem swoje ciała. Czy Maj polazł tam po wyjściu z Guapy? Jest w areszcie? Atmosfera polityczna w mieście jest na granicy wybuchu. Demokratyczne demonstracje sprzed kilku miesięcy, wyciągnięte na ulice na fali Arabskiej Wiosny, dawno przechwycili i zdominowali islamiści. Amerykańska dziennikarka potrzebuje pomocy Rasy jako tłumacza, żeby porozmawiać z ludźmi na biednych przedmieściach. Wieczorem Rasa ma iść na wesele – wydarzenie to tak nad nim ciąży, że Rasa jako narrator nie mówi nam nawet do ostatniej chwili, kto jest tym jego żeniącym się dziś przyjacielem. Jakby do ostatniej chwili starał się wyprzeć ze świadomości, co się dzisiaj stanie.

W tę akcję właściwą, rozpiętą na przestrzeni mniej-więcej dwudziestu czterech godzin, wpisane są retrospekcje, wspomnienia Rasy wybiegające aż do jego dzieciństwa. Dowiadujemy się z nich wiele o społecznym usytuowaniu jego rodziny. Niegdyś zamożna klasa średnia, wciąż trzymająca fason, ale zdeklasowana o jeden poziom (sprzedaż domu i przeprowadzka do mieszkania, wciąż jednak w dobrej dzielnicy) po śmierci ojca, który był lekarzem. Matka zniknęła z życia Rasy, choć być może została od Rasy odizolowana przez Tetę, matkę jego ojca. Jako przedstawiciel wykształconej, zokcydentalizowanej klasy średniej, Rasa zinternalizował swoje homoseksualne pożądanie jako tożsamość. Ta osamotniona tożsamość czepiała się punktów odniesienia w zachodniej kulturze masowej i wykradała przyjemności z oglądanych potajemnie w nocy filmów erotycznych na polskim (sic!) kanale satelitarnym (były „heteryckie”, ale występowali w nich piękni, nadzy mężczyźni). Swoją seksualną inicjację przeżył w wieku czternastu lat z przypadkowym, jednorazowym incydencie z młodym taksówkarzem, od którego dzielił go oczywisty dystans klasowy. Dystans, który wyrażał się także w odmiennym doświadczeniu przez nich homoseksualnego pragnienia i jego realizacji. Także w tym, jak przeżyli to konkretne wydarzenie, które ich na chwilę połączyło.

Klasowo uwikłana, tylko że odwrotnie, jest także miłość Rasy do Taymoura, skazanego na sukces, przystojnego syna bogatej, niezwykle wpływowej rodziny. Taymour musi odgrywać komedię społecznego konwenansu, jeśli nie chce oddać odziedziczonej społecznej pozycji, więc Rasa staje się jego dirty little secret. To dysproporcja ich klasowej pozycji powoduje, że Rasa tak długo obawia się i wzbrania oddać Taymourowi analnie – jakby bał się oddać mu pełnię władzy nad sobą, potwierdzić jego całkowitą społeczną przewagę.

Inne postacie Haddada również fascynują. Babka głównego bohatera, Teta, obracając dom w mauzoleum zmarłego syna, czyli ojca Rasy, stała się personifikacją patriarchalnego porządku niczym Bernarda Alba u Garcíi Lorki. De facto wypędzona przez nią matka chłopaka, która nigdy nie oduczyła się swoich młodzieńczych ideałów i nie umiała dostosować się do drobnomieszczańskiego konformizmu, osuwając się w uzależnienie od alkoholu. Przyjaciel Rasy, Maj, który swoją ostentacyjną queerness rzuca wyzwanie własnemu patriarchalnemu społeczeństwu i występuje jako drag queen, ale nieustannie poszukuje też dialektycznych strategii sprzeciwu wobec tych form imperializmu kulturalnego, które gay identity eksportują jako wehikuł neokolonialnej przewagi nad „dzikimi”, nad „wrogami zachodnich wolności”.

Wspaniała powieść, oby nie musiała długo czekać na polskie wydanie.

Jarosław Pietrzak

Saleem Haddad, Guapa, New York: Other Press, 2016.

 

Cytaty z podróżników (Włocha i Amerykanina) pochodzą z tekstów Gianniego De Martino i Jerry’ego Zarita pomieszczonych w tomie: Sexuality and Eroticism Among Males in Moslem Societies, red. Arno Schmitt, Jehoeda Sofer, New York – London – Norwood: Harrington Park Press, 1992.

Źródła, z których korzystałem, stosowały różne szkoły transkrypcji języka arabskiego (Haddad stosuje uproszczoną angielską, Schmitt i Sofer oraz El-Rouayheb dwie różne transkrypcje naukowe). Starałem się ujednolicić tę transkrypcję (za pomoc w tym dziękuję Sławomirowi Królakowi) według zasad ISO; imiona bohaterów powieści Haddada zostawiłem w formie, w jakiej są one zapisywane w Guapie.

Tekst ukazał się pierwotnie, pod tytułem Lūṭī, ẖawal, gay… w serwisie Queer.pl.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Jak żądać wszystkiego?

Choć tytuł książki Nicka Srnicka i Alexa Williamsa Inventing the Future: Postcapitalism and a World Without Work może mylnie wskazywać na intelektualne okolice najnowszej książki Paula Masona (czy jeszcze gorzej: dorobku Jeremy’ego Rifkina), mamy do czynienia z propozycją innego zupełnie rzędu. Srnicek i Williams bynajmniej nie wyobrażają sobie, że żyjemy w świecie, w którym praca jako filar systemu ekonomicznego i warunek utrzymania większości ludzi się już prawie skończyła. Nie są też tak naiwni, by zakładać, jak Mason, że same przemiany technologiczne w naturalny sposób pociągną za sobą wyjście poza horyzont kapitalizmu, który sam z siebie będzie chciał nadgonić własne społeczne „przeterminowanie” i dostosować się do postępowych możliwości wynikających jakoby immanentnie z technologii (czyli samorzutnie i bez walki anulować swoje sprzeczności i imperatywy). Jakby kapitalistycznej formy uspołecznienia nie utrzymywały przede wszystkim interesy klas panujących, a nie same ograniczenia technologiczne. (Chyba nie tylko mnie przypomina to stalinowską wersję marksizmu, z „rozwojem sił wytwórczych” detronizującym walkę klas jako centralny problem polityczny?).

Porażka lewicy

Srnicek i Williams zaczynają w pewnym sensie wręcz odwrotnie niż autorzy widzący w samych przemianach technologicznych rodzący się już nowy wspaniały świat, będący jedynie kwestią czasu: mianowicie od diagnozy, że sytuacja lewicy jest dziś globalnie raczej rozpaczliwa. Z tego z kolei wynika, że porządek ekonomiczny neoliberalnego kapitalizmu jest dziś w zasadzie niezagrożony, a neoliberalizm sprawuje władzę nad naszą społeczną wyobraźnią, niezachwianie funkcjonując jako „kolektywny zdrowy rozsądek” naszych czasów. Autorzy zwracają uwagę, że wbrew intuicjom wielu osób na lewicy, niekoniecznie chodzi o to, że ruchy czy poglądy lewicowe mają niewystarczające poparcie społeczne. W różnych częściach świata lewicy udawało się w ostatnich kilkunastu latach gromadzić imponujące masy ludzkie – w protestach antywojennych czy mobilizacjach przeciwko polityce austerity, a w USA także np. przeciwko rasistowskiej przemocy policji. A jednak lewica ewidentnie przegrywa, nawet tam, gdzie formalnie przejmuje władzę (z najbardziej bolesnym przykładem Grecji na czele).

W pierwszym rozdziale autorzy podejmują się ogólnej charakterystyki ruchów i mobilizacji lewicowych naszych czasów, klasyfikując je wszystkie jako formy ogólnego trendu, który nazywają folk politics. Różne są formy folk politics: od spontanicznych, masowych mobilizacji „oburzenia” czy to na klasę polityczną jako taką, czy na konkretne posunięcia rządów państw czy władz miejskich, przez mobilizacje w obronie poszczególnych usług publicznych (np. konkretnych szkół czy szpitali), masowe zbiórki pieniędzy interweniujące w jakieś aktualne sytuacje kryzysowe aż po praktyki nazywane przez nich mianem „lokalizmu”, w których chodzi o budowanie w naszym bezpośrednim otoczeniu (regionie czy mieście) sieci społecznych i ekonomicznych powiązań, w których np. wszyscy kupują żywność od rolników w najbliższej okolicy.

Te konstatacje pozwalają autorom przejść do pytania: dlaczego przy tym wszystkim przegrywamy? Srnicek i Williams stają na stanowisku, że przyczyną kryzysu jest właściwa całej konstelacji takiej współczesnej lewicy krótkość horyzontu, w jakim określa ona swój stosunek do rzeczywistości, brak wizji długofalowej, wybiegającej poza interwencje w najbliższe otoczenie lub w najbliższej perspektywie czasowej, a także zasadnicza reaktywność takiej lewicy. Autorzy nie kwestionują znaczenia każdej takiej poszczególnej mobilizacji (chociaż niektóre owszem) – wielokrotnie ratują one życie lub zdrowie osób i całych grup społecznych. Podkreślają oni jednak, że jeżeli na tym się kończy (a obecnie w najbardziej dalekosiężnych przedsięwzięciach kończy się na próbach uratowania co się da z resztek państwa dobrobytu zbudowanego w okresie trente glorieuses), to lewica pozostaje formacją wyłącznie reaktywną. Aktywna w obronie pewnych przyczółków, nie jest w stanie w ten sposób podważyć ekspansywnej logiki neoliberalnego kapitalizmu, który ze swojej natury jest systemem globalnym. Jest też systemem, który sam siebie postrzega jako projekt wciąż niedokończony i jako taki głodny jest nowych żerowisk dla kapitału. Cały czas szukający nowych rynków do podbicia i stworzenia od zera – w zastępstwie niszczonych usług publicznych, w nowych przestrzeniach otwieranych dla akumulacji kapitału przez reżim własności intelektualnej, itd. Ponieważ jego ambicje są totalne, oddanie czasem jakiejś niszy tu i ówdzie zupełnie go jako procesu nie zatrzymuje; po taką niszę można będzie wrócić później. Autorzy przywołują robiący już karierę cytat z Jodi Dean: „Goldman Sachs doesn’t care if you raise chickens”. Globalny, uniwersalizujący charakter kapitalizmu wymaga globalnej, uniwersalistycznej odpowiedzi. Przekroczyć kapitalizm może wyłącznie konkurencyjna wizja, która przebije go w swoim globalnym, uniwersalizującym charakterze.

Triumf neoliberalizmu

A „dlaczego oni wygrywają?” Oni, czyli prawica. Neoliberałowie podbili i kontrolują sferę „kolektywnego zdrowego rozsądku” współczesnych społeczeństw. Udało im się narzucić kategorie, w których postrzegamy rzeczywistość społeczną, wszystkie te parametry, które decydują o tym, co jesteśmy w stanie pomyśleć jako ekonomicznie i politycznie realistyczne, możliwe, poważne. Ale neoliberałom udało się też – podkreślają Srnicek i Williams – odbić lewicy całe imaginarium i wokabularz przyszłości. Tymczasem kategoria przyszłości (i wszystko, co z nią związane) była przez prawie całą historię nowoczesności naturalną domeną lewicy. To lewica budowała najśmielsze wizje przyszłości i stawiała radykalne żądania postępu rozumianego jako niosący uniwersalną poprawę losu ogółu ludzkości. Pomimo iż nie udało się jej wywalczyć najbardziej radykalnego ze swoich projektów (ostatecznie znieść kapitalizm), to gdzieniegdzie na świecie są jeszcze miejsca nadające się do życia i wszystkie one są takimi za sprawą historycznych zdobyczy lewicy. Dzisiaj jednak najwięcej, na co potrafi się zamachnąć lewica formacji folk politics to obrona nierozmontowanych jeszcze elementów powojennego państwa dobrobytu, przez co brzmi czasem jak formacja konserwatywna. Językiem przyszłości szafują za to neoliberałowie; modernizacja niemal zawsze i automatycznie oznacza dzisiaj neoliberalną restrukturyzację, uelastycznianie zatrudnienia, delokalizację produkcji, itd.

Ale neoliberałowie osiągnęli obecny stan hegemonii (w Gramsciańskim sensie tego słowa) ze stanu marginalnej sekty, której długo nawet kapitaliści nie chcieli traktować poważnie. Ich ambicje były jednak od początku globalne i długofalowe; nie chcieli bronić osaczonych nisz, tylko przebudować cały świat na obraz i podobieństwo rynku z ich fantazji. W tym celu budowali długofalowe wizje, sieć organizacji i think tanków z „Watykanem” w sedzibie Mont Pelerin Society von Hayeka, w ramach których nastąpiła specjalizacja i podział pracy. Wypracowywały one teorie, ekspertyzy i materiały propagandowe od abstrakcyjnych po konkretne scenariusze wydarzeń, przeznaczone dla odbiorców o różnym poziomie przygotowania teoretycznego, od najwyższych decydentów politycznych po nauczycieli. Długo nie mieli żadnego wpływu na rzeczywistość, ale cierpliwie czekali na kryzys. Kryzys naftowy lat 70. XX wieku pociągnął za sobą kombinację inflacji, stangancji i rosnącego bezrobocia, na którą dominujący wtedy keynesizm nie był przygotowany i nie miał odpowiedzi (według założeń keynesizmu, to wszystko nie miało prawa wydarzyć się jednocześnie). Wystarczająco skonsolidowanej, radykalnej i przygotowanej na różnych poziomach (dla polityków, banków centralnych, dziennikarzy, nauczycieli, działaczy związkowych) odpowiedzi nie dostarczyły też środowiska na lewo od keynesizmu. Próżnię błyskawicznie wypełnili neoliberałowie, którzy od dziesięcioleci w rozsianych po całym świecie instytutach polerowali swoje świecidełka.

Odzyskać język, odzyskać przyszłość

Srnicek i Williams wskazują, by pod względem myślenia strategicznego wzorować się na neoliberałach, odbijając im jednocześnie przyszłość. Zbudować konkurencyjną wizję przyszłości, która posunie do przodu wielkie zadanie uniwersalnej emancypacji ludzkości. Wizję, która dostarczy postępowej odpowiedzi na nadchodzące katastrofalne kryzysy społeczne, polityczne i ekonomiczne, których neoliberalzm nie będzie w stanie rozwiązać (bo sam je generuje). Autorzy wskazują centralny kryzys, który już się wyłania: kombinacja wzrostu globalnej podaży siły roboczej, „populacji nadmiarowej” (globalizacja neoliberalna podwoiła masy światowego proletariatu dostępnego do wyzyskiwania przez zglobalizowany kapitał, włączając w jego liczbę wypychanych ze wsi do miast dotychczasowych rolników w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej) oraz umożliwianej przez postęp technologiczny automatyzacji pracy, która już ogranicza zapotrzebowanie przemysłu na siłę roboczą (od czasu kryzysu 2008 gospodarki, które powróciły na drogę wzrostu zrobiły to w większości nie wracając do przedkryzysowej ilości miejsc pracy, a jeśli nawet, to zastępując stare miejsca pracy zatrudnieniem o znacznie gorszej jakości; istniejące już szacunki wyliczają, że w ciągu najbliższych dwóch dekad w wyniku automatyzacji zniknie od 47 do 80% miejsc pracy). Oczywistą konsekwencją spotkania się tych dwóch procesów będzie coraz mniej pracy dostępnej dla jej szukających i coraz więcej bezrobotnych, coraz bardziej zdesperowanych, by sprzedać swoją pracę na jakichkolwiek warunkach. Masowe, rosnące lawinowo bezrobocie, postępujące uśmieciowienie i prekaryzacja zatrudnienia, bezprecedensowa pauperyzacja większej części ludzkości, rozrost gospodarki nieformalnej, coraz większy chaos migracyjny i formy rozgrywania różnych urasowionych grup proletariatu jedna przeciwko drugiej przez klasy panujące.

Jeśli zostawimy te dwa procesy mechanizmom neoliberalnego kapitalizmu. Ale tu Srnicek i Williams proponują wykorzystanie ich do budowy zupełnie innego świata, dla którego odzyskać dla lewicy „kolektywny zdrowy rozsądek” może program polityczny skupiony wokół dwóch centralnych, połączonych nierozerwalnie postulatów. Pierwszy: żądanie maksymalnej automatyzacji wszelkiej bezsensownej, powtarzalnej i ogłupiającej pracy (czyli większości istniejącej pracy; jeżeli tylko kilkanaście procent pracujących odczuwa dziś jakikolwiek rodzaj satysfakcji z wykonywania swojej pracy, nie wynika to z tego, że cała reszta powinna zmienić pracę, a tego, że tylko tyle sensownej w jakikolwiek sposób pracy oferuje współczesna gospodarka; ponieważ jest jej tak niewiele, pozostanie ona zawsze poza zasięgiem większości, zmuszonej wybierać między różnymi formami koszmaru, lub pozbawionej możliwości wyboru, skazanej na cokolwiek, co jest on offer). Drugi: żądanie bezwarunkowego dochodu dla wszystkich. I muszą one iść razem.

Srnicek i Williams wydają się doskonale  świadomi różnych form także pochodzącej z lewa krytyki poszczególnych składników ich wywodu i się do nich w swojej argumenacji odnoszą. Na tezy, że nie ma jak dotąd wystarczających dowodów na aż taki wzrost produktywności, odpowiadają m. in., że możemy mieć do czynienia z opóźnieniem wynikającym z tego, że przemysł nie wyciągnął jeszcze wystarczających konsekwencji z możliwości technologicznych. Ale także z tego, że presja na płace, umożliwiona kapitałowi przez tak szybko powiększoną podaż pracy na skalę globalną, powoduje, że nie ma aż tak silnych bodźców do automatyzacji. Ta jednak przyspiesza już teraz tempa, skoro już nawet fabryki w Chinach masowo zastępują pracowników robotami. Automatyzowana jest nawet praca dziennikarzy: newsy w serwisach rynkowych (o kursach walut, papierów wartościowych, surowców) już piszą roboty; transport pojazdami bez kierowców jest już kwestią niedalekiej przyszłości.

LMDpage1

Autorzy są także świadomi ryzyka przechwycenia postulatu dochodu bezwarunkowego przez neoliberałów. Dlatego Srnicek i Williams podkreślają, że dochód bezwarunkowy nie może – jak chce wielu zwolenników tego rozwiązania – zastępować dotychczasowego systemu zabezpieczeń społecznych, a musi go uzupełniać. Zastąpienie całej struktury państwa dobrobytu dochodem podstawowym otworzyłoby jedynie rynki dla potencjalnej ekspansji kapitału w próżniach wytworzonych po usuniętych elementach państwa opiekuńczego. Dochód ten musi też być wysoki. Jeżeli będzie zbyt niski, by utrzymać człowieka na godnym poziomie, nie da nikomu wolności odrzucenia niechcianej czy bezsensownej pracy, a stanie się pośrednią subwencją dla biznesu, który dzięki niej będzie mógł płacić za pracę poniżej minimum reprodukcji siły roboczej.

Dochód bezwarunkowy musi być wystarczający, by uwolnić człowieka z niewoli pracy ogłupiającej, degradującej czy po prostu nudnej lub nie oferującej życiu dręczonego nią człowieka żadnego sensu, otwierając jednocześnie w jego życiu przestrzeń czy to dla dalszej nauki, spędzania czasu z dzieckiem, czy np. koncentracji na osobistych projektach (artystycznych, literackich, społecznych), które potrzebują dużych nakładów czasu, inaczej niedostępnego. Jego zadaniem w skali ogólnospołecznej z kolei ma być kolosalna demobilizacja siły roboczej, wycofanie ogromnej części jej podaży z rynku pracy. Najpierw zatrzyma to skutki włączenia setek milionów wywłaszczonych chińskich, indyjskich czy afrykańskich wieśniaków w obręb dostępnego zglobalizowanemu kapitałowi proletariatu, a wkrótce potem pozbawi dysponentów kapitału ogromnej części władzy nad nim. Znalezienie pracowników będzie wymagało oferowania im coraz lepszych płac i innych korzyści. Wzrost kosztów siły roboczej, jak również odmowa wykonywania ogłupiającej czy niebezpiecznej dla zdrowia pracy, będą wymuszały postępy automatyzacji i technologiczne rozwiązania zwiększające wydajność. Postępy na polu wydajności produkcji będzie wtedy można przekuć nie w zwiększanie sumy produkcji, a w skracanie tygodniowego czasu pracy przy zachowaniu dotychczasowych rozmiarów produkcji.

Połączenie tych dwóch żądań – bezwarunkowego, niezależnego od pracy dochodu dla każdego i automatyzacji wszelkiej pracy dającej się zautomatyzować – w ściśle spleciony, radykalny program przebudowy całej rzeczywistości społecznej, jest w stanie połączyć w jeden wspólny, prawdziwie masowy front różne odłamy lewicy, aż po ruchy walczące dotąd samotnie o jedną sprawę. Usuwa sprzeczność pomiędzy „tradycyjną” lewicą broniącą miejsc pracy (nierzadko w niszczycielskich dla środowiska przemysłach) a lewicą „zieloną”. Wynikające z implementacji tych postulatów skrócenie czasu pracy – do czterech, potem trzech dni w tygodniu – przyniesie ogromne oszczędności ekologiczne samym tylko zmniejszeniem liczby ludzi każdego dnia udających się w drogę do pracy. Wolność odmowy pracy niosącej z sobą katastrofalne skutki ekologiczne może nawet w jakiejś perspektywie doprowadzić do stopniowego zamykania całych szkodliwych przemysłów, bo nikt nie będzie chciał w nich pracować. Zwiększenie sumy czasu wolnego w każdym gospodarstwie domowy zmniejszy marnotrawstwo żywności i zużycie plastikowych opakowań, w których sprzedawane są szybkie posiłki do podgrzania w mikrofalówce, itd. Ruch feministyczny zdobywa swego rodzaju uznanie dla pracy opiekuńczej (byłoby to wprowadzenie okrężną drogą starego postulatu wynagrodzenia dla kobiet pracujących przede wszystkim w gospodarstwie domowym), ale także uzyskuje kolosalną zmianę w materialnej sytuacji milionów kobiet utrzymywanych przemocą ekonomiczną w toksycznych relacjach z krzywdzącymi je partnerami, od których dzięki gwarantowanemu dochodowi nie będą się bały odejść. I tak dalej.

Srnicek i Williams odżegnują się od proklamacji, że wraz z automatyzacją wszelkiej powtarzalnej, rutynowej pracy i nastaniem powszechnego dochodu bezwarunkowego nastąpi „koniec historii”, ale przekonują, że otworzą one przestrzeń zupełnie nowych możliwości politycznej przebudowy naszego świata w stronę pełnej emancypacji ludzkości. Od nowych form indywidualnej i zbiorowej kreatywności uwolnionej wyzwoleniem z niewoli pracy zarobkowej, a nawet nowych form podmiotowości, jakie będzie można tworzyć w rzeczywistości, w której przestanie nas określać wymuszona na nas praca, po możliwości walki politycznej o przekroczenie kapitalizmu w świecie, w którym wielkie sektory przemysłu będą obsługiwane przez niewielką liczbę wykwalifikowanych pracowników zarządzających resztą zrobotyzowanych procesów (będą oni mogli np. zastrajkować, blokując dwa czy trzy węzły logistyczne i w ten sposób zaburzając ogromną transkontynentalną sieć transportową).

Jarosław Pietrzak

Nick Srnicek, Alex Williams, Inventing the Future: Postcapitalism and a World Without Work, London-New York: Verso, 2015.

Tekst ukazał się w kwietniu 2016 w polskiej edycji miesięcznika Le Monde diplomatique.

Jestem na Facebooku i na Twitterze. Rzuć też okiem na moją książkę o kinie latynoamerykańskim.

Meksyk, męskość i globalizacja

Meksyk, męskość i globalizacja to jeden z trzynastu esejów wchodzących w skład mojej książki Smutki tropików. Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne, która ukazała się w serii Biblioteka Le Monde diplomatique, nakładem Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa. Esej, analizujący trzy meksykańskie filmy poświęcone problematyce męskości i interpelacji męskiego podmiotu w warunkach społeczno-ekonomicznych globalizacji neoliberalnej (z przystąpieniem Meksyku do NAFTA), składa się z trzech części, z których dwie pierwsze postanowiłem udostępnić tutaj, na mojej stronie internetowej.

  1. Męskość, Rewolucja i NAFTA (o filmie Przepiórki w płatkach róży, reż. Alfonso Arau, 1993)
  2. Seks i status quo (o filmie I twoją matkę też, reż. Alfonso Cuarón, 2001)
  3. Kosmopolityczne fantazje i nieznośna realność bytu (czyli ekonomii) (o filmie Ucieczka z piekła, reż Cary Joji Fukunaga, 2009; z niego pochodzi fotos powyżej).

Więcej informacji o zawartości książki można znaleźć tutaj.

Książkę można nabyć bezpośrednio u wydawcy, a także w księgarniach internetowych, sieci EMPIK i innych księgarniach na terenie Polski.

Jestem na Facebooku i Twitterze.